Instamama - Chantel Guertin

Kup ebooka

24.99 zł
20.76 zł (21,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O Insta­ma­mie

Insta­mama to wspa­niała kome­dia roman­tyczna o nie­po­pu­lar­nych wybo­rach kobiet, zagro­że­niach czy­ha­ją­cych na nowo­cze­sne związki i odwa­dze do zmian. A to wszystko w skom­pli­ko­wa­nej erze Insta­grama. Boha­terką książki jest Kit Kid­ding, o któ­rej czę­sto pomy­ślisz, prze­cze­su­jąc media spo­łecz­no­ściowe!

Ash­ley Audrain, autorka best­sel­le­ro­wej - według "The New York Timesa" - książki The Push

Zabawna, roman­tyczna, dająca do myśle­nia - książka Insta­mama poka­zuje drogę kobiety do odkry­cia swo­ich praw­dzi­wych potrzeb. Postaci wykre­owane przez Chan­tel Guer­tin są ujmu­jące i znie­wa­la­jące, a sama histo­ria rado­sna, pełna nadziei i inspi­ra­cji. Ide­alna, żeby ode­rwać się od rze­czy­wi­sto­ści, a przy tym moty­wu­jąca do speł­nia­nia marzeń.

Saman­tha M. Bailey, autorka książki Woman on the Edge, numeru jeden na liście naj­le­piej sprze­da­ją­cych się ksią­żek w USA

Insta­mama Chan­tel Guer­tin to #Insta­Smieszna kome­dia roman­tyczna. Dow­cipna i pory­wa­jąca. Przed­sta­wia nowo­cze­sną histo­rię o miło­ści, która mile zasko­czy czy­tel­nika uro­czymi i zabaw­nymi sce­nami pierw­szych spo­tkań oraz wni­kli­wymi spo­strze­że­niami. Wspa­niała, sek­sowna, bły­sko­tliwa! #Kocham.

Karma Brown, autorka best­sel­lera Recipe for a Per­fect Wife

Insta­mama to list miło­sny do mojej duszy. Śmieszna do łez, sek­sowna, poru­sza­jąca powieść o miło­ści i rodzi­nie. Bły­sko­tliwa i uro­cza. Odkrywa fascy­nu­jące zawi­ło­ści życia nowo­cze­snych kobiet.

Kerry Clare, autorka książki Waiting for a Star to Fall

Bły­sko­tliwa i znie­wa­la­jąca. To nowo­cze­sna opo­wieść o nie­spo­dzie­wa­nie poja­wia­ją­cych się wię­ziach mię­dzy­ludz­kich i prze­war­to­ścio­wy­wa­niu prio­ry­te­tów; ze świet­nie wykre­owaną drogą Kit do otwar­cia się na nowe, przy jed­no­cze­snym pozo­sta­niu wierną sobie.

Farah Heron, autorka książki Acci­den­tally Enga­ged

W tej cza­ru­ją­cej kome­dii roman­tycz­nej Chan­tel Guer­tin sta­wia pyta­nie: "A co, jeśli marka stwo­rzona przez cie­bie w mediach spo­łecz­no­ścio­wych dla pro­mo­wa­nia roz­woju oso­bi­stego, powstrzy­muje twój wła­sny roz­wój?". Przed takim dyle­ma­tem staje Kit Kid­ding, cha­ry­zma­tyczna pro­mo­torka życia wol­nego od dzieci, kiedy zako­chuje się w znie­wa­la­ją­cym, samot­nym tacie i musi zde­cy­do­wać, czy zary­zy­ko­wać utratę swo­jego poukła­da­nego życia. Autorka przy­gląda się życiu influ­en­cerki, a jej opisy są prze­ni­kliwe i zabawne. Pozosta­wia czy­tel­nika z dyle­ma­tem, czy nie zli­kwi­do­wać swo­ich kont w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

Kate Hil­ton, autorka książki Bet­ter Luck Next Time

Chan­tel Guer­tin błysz­czy w tej dow­cip­nej i czu­łej kome­dii roman­tycz­nej, która poka­zuje, z jaką pre­sją mie­rzą się współ­cze­sne kobiety w pracy, związ­kach, macie­rzyń­stwie, i oczy­wi­ście w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. A to z całą ple­jadą uro­czych postaci dru­go­pla­no­wych oraz przy­pra­wia­ją­cym o omdle­nia sze­fem kuchni. Chcia­ła­bym, żeby ktoś poda­ro­wał mi tę książkę, kiedy mia­łam dwa­dzie­ścia lat.

Jean Melt­zer, autorka książki The Mat­zah Ball

Insta­mama Chan­tel Guer­tin to bar­dzo roman­tyczna i jakże aktu­alna kome­dia, z nie­ocze­ki­wa­nymi zwro­tami akcji i zgrab­nie ujętą kry­tyką prze­sta­rza­łych kon­we­nan­sów, które na­dal nas ogra­ni­czają, w tym wiecz­nie żywy dyle­mat: kariera czy macie­rzyń­stwo? A wszystko napi­sane żar­to­bli­wym, cie­płym i wart­kim języ­kiem. Prze­pyszna i do kom­pul­syw­nego czy­ta­nia!

Jen­ni­fer Rob­son, autorka best­sel­lera The Gown

W Insta­ma­mie jest wszystko: boha­terka, z którą chcia­ła­byś się zaprzy­jaź­nić, główna postać męska, którą chcia­ła­byś na chło­paka, a do tego ple­jada postaci, dzięki któ­rym ta mądra i świeża opo­wieść o miło­ści oraz życio­wych wybo­rach jest nie­zwy­kle bły­sko­tliwa.

Dzięki Chan­tel Guer­tin śmia­łam się, omdle­wa­łam i ner­wowo prze­rzu­ca­łam kolejne strony. Ale rów­nież myśla­łam o tym, jak prze­szłość kształ­tuje przy­szłość, oraz o tym, że zmiany wyma­gają odwagi. Ide­alna dla fanów Sally Thorne i Emily Henry. Będzie­cie ją pole­cały wszyst­kim zna­jo­mym!

Marissa Sta­pley, autorka best­sel­lera Lucky

jeden

Koń­czę roz­dział książki i powoli wra­cam do rze­czy­wi­sto­ści. Wstaję z ławki, chło­nąc ostat­nie pro­mie­nie wio­sen­nego słońca, wsu­wam książkę do torby i ruszam w stronę hotelu.

No, Kit, dasz radę!, dodaję sobie odwagi. Jesz­cze tylko ten jeden raz i będziesz miała zali­czone w sumie dwa­dzie­ścia influ­en­cer­skich even­tów w tym tygo­dniu - to chyba rekord. Wia­domo, że wio­sna to czas na otwar­cia, pre­zen­ta­cje nowo­ści i początki współ­pracy. A zapro­sze­nie na event Beach­da­zer gwa­ran­tuje fan­ta­styczną pla­żówkę. Obec­nie mój ideał dobrej zabawy to pój­ście do domu, zrzu­ce­nie naj­bar­dziej nie­wy­god­nych szpi­lek świata, które rezer­wuję jedy­nie na takie wyda­rze­nia, wsko­cze­nie w ulu­bioną piżamę, nala­nie sobie dużego kie­liszka wina i dokoń­cze­nie książki. Ale OK. Jest pią­tek (#Pią­tek!) i cho­ciaż te otwar­cia nie przy­no­szą kasy, to potem spła­cają się w kam­pa­niach. Muszę tylko się tro­chę pouśmie­chać, wypić kok­tajl, popstry­kać zdję­cia i podzie­lić się nimi z fol­lo­wer­sami. Prze­cież to nie ope­ra­cja na otwar­tym sercu, wma­wiam sobie.

Mój tele­fon wibruje.

- Gdzie jesteś?

Czy­tam wia­do­mość od Felo­ise, mojej agentki. Pew­nie widzi posty innych influ­en­ce­rów i boi się, że zde­cy­do­wa­łam się nie pójść na tę imprezę.

Robię zdję­cie Hotelu 6ix, pięć­dzie­się­cio­pię­tro­wego hotelu-rezy­den­cji i jej wysy­łam, opie­ra­jąc się przy tym chęci prze­wró­ce­nia oczami, bo Felo­ise doci­ska mnie ostat­nio. No cóż, robi po pro­stu to, co do niej należy. I to dla­tego jest tak roz­chwy­ty­wana. A ja sama wybra­łam taką pracę i takie życie, mogę więc mieć pre­ten­sje jedy­nie do sie­bie.

Oto ja, super­wo­man w bia­łym T-shir­cie, czar­nych cyga­ret­kach i srebr­nych szpil­kach, wma­wia­jąca sobie, że daje radę. Głowa wysoko, przy­kle­jony uśmiech. Popy­cham masywne szklane drzwi, prze­rzu­ca­jąc przez ramię moje śred­niej dłu­go­ści brą­zowe włosy.

Lobby Hotelu 6ix przy­po­mina jaski­nię - wykoń­czone w ciem­nym drew­nie, zim­nym metalu i lśnią­cych kafel­kach. Po lewej stro­nie cze­kają usta­wione w rzę­dzie asy­stentki. Stoją według wzro­stu, jak matrioszki, z pod­kład­kami do pisa­nia w rękach, błysz­czą­cymi uśmie­chami i wło­sami uło­żo­nymi w stylu pla­żo­wym. Mają na sobie białe sukienki, oku­lary prze­ciw­sło­neczne i torby pla­żowe prze­wie­szone w zgię­ciu ręki.

- Cześć, Kit! - zwraca się do mnie śpiew­nym gło­sem jedna z nich. - Jesteś!

Usi­łuję przy­po­mnieć sobie jej imię. To Ema­line, uświa­da­miam sobie, kiedy ta odha­cza mnie na liście, po czym pro­wa­dzi do lustrza­nej ściany z win­dami. Jedziemy na czter­dzie­ste pię­tro, roz­ma­wia­jąc o niczym. Wysia­damy w olbrzy­miej sali z oknami od pod­łogi do sufitu, dają­cymi per­spek­tywę nie­mal trzy­stu sześć­dzie­się­ciu stopni na Toronto: CN Tower, OVO Cen­tre, w któ­rym koszy­kówkę tre­nuje dru­żyna Rap­tors, no i wyspy, które są ulu­bio­nym miej­scem let­nich wypraw wszyst­kich, poza mną.

Byłam już w tej sali przy oka­zji trzech innych even­tów, ale wciąż zachwyca mnie ten widok na pano­ramę mia­sta. Na dzi­siaj sala została cał­ko­wi­cie prze­kształ­cona i przy­po­mina kom­pleks pla­żowy. Cho­ciaż widzia­łam już z milion trans­for­ma­cji pomiesz­czeń, ta robi na mnie wra­że­nie: na kilku oknach poja­wiły naklejki foto­gra­ficzne z nie­któ­rych państw, na ich tle można sobie zro­bić "zdję­cie z Bali" albo z Taj­lan­dii czy z Austra­lii. Pod­łogę pokryto grubą war­stwą pia­sku, na któ­rym poroz­sta­wiano leżaki i para­sole oraz poroz­rzu­cano piłki pla­żowe.

- Tu możesz ode­brać swoją torbę pla­żową - mówi Ema­line, pro­wa­dząc mnie do usta­wio­nych w rzę­dzie sło­mia­nych koszy­ków z frę­dzel­kami, płó­cien­nych toreb w paski i tore­bek w jasnych kolo­rach z neo­no­wymi rącz­kami. Wszyst­kie są śliczne, z sen­ten­cjami w stylu: "Wszystko mogę, nic nie muszlę!" i "A może nad morze!". Wybie­ram pasu­jącą do mojego stroju torbę w biało-czarne paski z napi­sem: "Żyj na fali!". Zaglą­dam do środka. Jest w niej wszystko, czego potrzeba na plażę: japonki, ręcz­nik, oku­lary prze­ciw­sło­neczne, kape­lusz i - gwóźdź pro­gramu - lokówka od Beach-dazer. Zawar­tość robi wra­że­nie. Gdy­bym miała dwa­dzie­ścia lat, pew­nie cie­szy­ła­bym się z tych zaba­we­czek przez długi czas, ale teraz zasta­na­wiam się, czy naprawdę potrze­buję nowej lokówki, ręcz­nika i oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Prze­cież to wszystko mogła­bym kupić w skle­pie, nie poświę­ca­jąc na to tyle czasu, ile na ten event. No i na ręcz­niku nie byłoby logo Beach­da­zer.

- Czy te domki pla­żowe nie są fan­ta­styczne? - Ema­line poka­zuje odle­głą ścianę, na któ­rej stwo­rzono pół tuzina jasnych dom­ków pla­żo­wych.

Domki nie są praw­dziwe, nie można do nich wejść, są tylko dla ozdoby. I na potrzeby Insta­grama, żeby dać influ­en­ce­rom moż­li­wość wyboru wła­ści­wego tła. Ale wyglą­dają bar­dzo reali­stycz­nie. A jeśli komuś nie odpo­wia­dają, bo potrze­buje wię­cej natu­ral­nego świa­tła, na przy­kład foto­gra­fowi, któ­rego nie stać na wła­sne prze­no­śne oświe­tle­nie, to znaj­dzie on tutaj ścianę z mro­żo­nego szkła, usta­wioną bli­sko jed­nego z dużych okien. Zresztą jest tu wszystko.

- Jeśli potrze­bu­jesz się prze­brać, przy win­dach są toa­lety - mówi Ema­line. - Są też sto­iska fry­zjer­skie, gdzie możesz sobie zro­bić fry­zurę na "Beach­da­zer" - wkłada pod­kładkę do pisa­nia pod pachę, żeby zro­bić w powie­trzu znak cudzy­słowu. - A potem czę­stuj się jedze­niem i drin­kami. Wspa­nia­łej zabawy i wielu uda­nych zdjęć. Nie mogę się docze­kać, żeby zoba­czyć, jak będziesz wyglą­dała! - klasz­cze z eks­cy­ta­cji, a potem podaje mi różową kar­teczkę. - To jest lista hasz­ta­gów, żebyś nie zapo­mniała.

Patrzę na kartkę: #życie­to­be­ach­da­zer, #napla­że­da­zer, #pla­żo­we­wło­sy­mam­tog­dzieś.

Ema­line prze­pra­sza mnie i zaczyna swoją śpiewkę od nowa, pod­cho­dząc do innej kobiety, która wła­śnie weszła do sali z dużą czarną torbą prze­wie­szoną przez ramię. Podąża za nią foto­graf, dwu­dzie­sto­pa­ro­letni, szczu­pły, wysty­li­zo­wany. Praw­do­po­dob­nie świeżo upie­czony absol­went szkoły foto­graficznej. Cho­ciaż może to jej chło­pak. A może jedno i dru­gie.

Roz­glą­dam się po sali, roz­wa­ża­jąc, czy wyeks­po­no­wać pla­żowe loki czy szkla­neczkę bur­bona usta­wioną na kamie­niu. I wtedy zauwa­żam innych influ­en­ce­rów. @NoNo­JoJo stoi na "plaży", trzy­ma­jąc dmu­chaną piłkę. Znana jest z tego, że nie używa fil­trów i nie edy­tuje zdjęć, ale ma swo­jego pro­fe­sjo­nal­nego foto­grafa, a on - cały zestaw sprzętu oświe­tle­nio­wego. Widzę, jak robi jej zdję­cia, pod­czas gdy ona pod­rzuca piłkę, śmieje się i łapie ją z powro­tem. Potem pod­cho­dzi do niego, zerka na ekran apa­ratu, przy­ta­kuje, że zdję­cia są OK, to zna­czy akcep­tuje je, następ­nie siada na fotelu pla­żo­wym, zakłada oku­lary prze­ciw­sło­neczne, bie­rze różowy kok­tajl i - krę­cąc para­so­leczką - udaje, że popija go przez papie­rową słomkę w paski. Tym­cza­sem @Mop­sia­Mama usi­łuje nakło­nić swo­jego mopsa do sie­dze­nia w odpo­wied­niej pozy­cji na jed­nym z tych dużych dmu­cha­nych fla­min­gów, umiesz­czo­nych na końcu nie­bie­skiego pasma na pod­ło­dze, które ma przy­po­mi­nać wodę. Mops nie jest zain­te­re­so­wany, dla­tego @Mop­sia­Mama wygląda na zestre­so­waną. W tym momen­cie przy­po­mi­nam sobie, że dziś byłam na otwar­ciu kafejki i spa dla zwie­rza­ków w Yor­kville i dosta­łam torebkę z pre­zen­tami. Się­gam do mojej dużej torby od Balen­ciagi. No i pro­szę, mam sma­ko­łyki dla psa. Prze­py­cham się do @Mop­sia­Mama i podaję jej cia­steczko w kształ­cie lakieru do paznokci. Spo­gląda na nie, potem na mnie, i w podzię­ko­wa­niu obej­muje mnie w teatral­nym geście, po czym wraca do zdjęć.

Tak wła­śnie wyglą­dają eventy. Nie ma tam nud­nych prze­mó­wień czy pre­zen­ta­cji dzia­ła­nia pro­duk­tów - ten aspekt zanikł około pię­ciu lat temu. Wszel­kie potrzebne infor­ma­cje dosta­niemy na skrzynki mej­lowe po zakoń­cze­niu wyda­rze­nia wraz z zawar­tymi w naszych umo­wach danymi doty­czą­cymi spo­sobu infor­mo­wa­nia w postach o efek­tach uży­cia lokówki. Markę obcho­dzą jedy­nie nasze zdję­cia. Wydano dzie­siątki tysięcy dola­rów, żeby pod­czas tego eventu stwo­rzyć nam ide­alne warunki do wyko­na­nia per­fek­cyj­nych fotek, a my mamy je umie­ścić na Insta­gra­mie, by u naszych fol­lo­wer­sów wywo­łać zazdrość, że nie spę­dzili piąt­ko­wego wie­czoru tam gdzie my. A także wmó­wić im, że zakup lokówki Beach­da­zer sprawi, że ich życie będzie pięk­niej­sze. Dla­tego na even­cie jemy pięk­nie zaser­wo­wane potrawy, pijemy zna­ko­mite kok­tajle, roz­ma­wiamy z innymi influ­en­ce­rami i sta­ramy się zro­bić jak naj­lep­sze zdję­cia. Złe zdję­cie nie jest tylko złym zdję­ciem: złe zdję­cie to niski wskaź­nik zaan­ga­żo­wa­nia obser­wu­ją­cych. A to z kolei ozna­cza, że nie możesz żądać dużo pie­nię­dzy za udział w kam­pa­nii. A jeśli wskaź­nik jest naprawdę niski, marka usuwa cię ze swo­jej listy itp., itd. ...aż nie jesteś w sta­nie utrzy­mać się z bycia influ­en­ce­rem. Więk­szość z nas zdo­była swo­ich fol­lo­wer­sów, zanim nastą­piła zmiana algo­rytmu. Teraz musisz stale usu­wać boty dla pew­no­ści, że twoja lista fol­lo­wer­sów jest legalna. Bo cho­ciaż marki prze­ko­nują, że nie są tak bar­dzo zain­te­re­so­wane licz­bami fol­lo­wer­sów, w rze­czy­wi­sto­ści jest prze­ciw­nie. A pozy­ski­wa­nie nowych to dłu­go­trwały pro­ces - prze­biega bar­dziej w tem­pie żół­wia niż zająca. Marki są wybredne, a fol­lo­wersi - jesz­cze bar­dziej.

Autumn (@Love­Au­tumn) prze­chyla się do mnie z sąsied­niego krze­sła.

- Zała­pa­łaś się na majówkę Cry­stal Clear, prawda? - pyta, a ja kręcę głową.

- O kur­czę, prze­pra­szam. Wyda­wało mi się, że nale­żysz do piątki wybrań­ców. Zabie­rają nas na wyspę Fogo na dwie noce - otwiera usta. - Wie­rzysz w to? Nie, żebyś sama nie mogła tam poje­chać...

Obie wybu­chamy śmie­chem i popi­jamy drinki. Wiemy, że nikt nie jeź­dzi do takich miejsc sam. Jed­nak nie o to cho­dzi. Prze­cież każdy może zatrzy­mać się w insta­gra­mo­wym Fogo Island Inn, jeśli stać go, by na tej wyspie, poło­żo­nej daleko na Atlan­tyku, zapła­cić dwa tysiące dola­rów za noc w hotelu i podró­żo­wać przez cały dzień samo­lo­tem, samo­cho­dem i pro­mem. Nie w tym rzecz. Cho­dzi o to, żeby NIE MUSIEĆ pła­cić. Pozy­ska­nie zapro­szeń na majówkę to nie­for­malne zawody mię­dzy influ­en­ce­rami. I cho­ciaż wma­wiam sobie, że mi nie zależy, że nie jest to mój główny cel even­towy i dar­mowy wyjazd nie opłaci mi rachun­ków, czuję się ura­żona, że nie zna­la­złam się w gru­pie wybrań­ców. I nie zmie­nia tego mój zapeł­niony po brzegi kalen­darz, do któ­rego nie dała­bym rady wci­snąć kil­ku­dnio­wej pro­mo­cyj­nej majówki. Zwłasz­cza że muszę jesz­cze popra­co­wać nad odczy­tem Kobiety w biz­ne­sie, do czego zobo­wią­za­łam się w swo­jej fir­mie.

Godzinę póź­niej moje śred­niej dłu­go­ści brą­zowe - zwy­kle pro­ste - włosy, są poskrę­cane w duże fale, a ja roz­glą­dam się za ide­al­nym miej­scem do usta­wie­nia sta­tywu na apa­rat. Ktoś puka mnie w ramię. Odwra­cam się i widzę męż­czy­znę ubra­nego na czarno, z apa­ratem zawie­szo­nym na szyi.

- Mogę? - pyta i pod­nosi apa­rat.

- Oczy­wi­ście.

Odsu­wam kosmyk wło­sów z twa­rzy. Takie eventy zatrud­niają też swo­ich foto­gra­fów, aby asy­stenci mogli stwo­rzyć spe­cjalne raporty po zakoń­cze­niu imprezy.

- Gdzie mam sta­nąć?

Prze­krę­cam się tro­chę w kie­runku okna, żeby zre­du­ko­wać cie­nie i sto­suję uśmiech, który dopra­co­wa­łam do per­fek­cji pod­czas tysiąca podob­nych zdjęć, na tysiącu podob­nych wyda­rzeń pro­mo­cyj­nych.

Ale foto­graf patrzy gdzieś nade mną. Odwra­cam się i widzę @Legal­na­Bru­netka. To Balaya i jej brą­zowe włosy, oczy w kolo­rze kawy, nie­ska­zi­telna brą­zowa skóra, wzrost metr osiem­dzie­siąt i syl­wetka modelki. Stu­diuje prawo, ale nie ukrywa, że jeśli przed ukoń­cze­niem stu­diów zdo­bę­dzie milion fol­lo­wer­sów, rzuci szkołę dla życia influ­en­cerki. "To moja pasja" - zapew­niała w wywia­dzie dla "The Cut", który czy­ta­łam przed kil­koma mie­sią­cami. Arty­kuł "kupił" jej kolejne trzy­sta tysięcy fol­lo­wer­sów. A ja jej wie­rzę. Wie­rzę, że kocha się stroić i robić sobie zdję­cia. Jak teraz. Kocha każdą minutę takiego życia.

Umy­kam w prawo, zawsty­dzona, kiedy @Legal­na­Bru­netka idzie w moją stronę - bio­dra do przodu, usta w dzió­bek. Roz­glą­dam się po sali, zasta­na­wia­jąc się, jak długo powin­nam tu jesz­cze zostać.

- Prze­stań! Obec­ność tutaj nie może być aż tak straszna! - mówi ktoś. A ja odwra­cam się i spo­glą­dam w naj­zie­leń­sze oczy, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Wyrzeź­biona twarz z lekko widocz­nym zaro­stem, ciemna skóra i włosy Rogera Fede­rera. Męż­czy­zna jest wysoki, ma sze­ro­kie ramiona i trzyma w jed­nej ręce tacę pełną jedze­nia w taki spo­sób, że wygląda na lekką jak piórko.

- Słu­cham?

- Czy nie powin­naś wyglą­dać, jak­byś się świet­nie bawiła? Uśmie­chać się i tak dalej? Stać cię na wię­cej.

- Uśmie­cha­łam się, dopóki nie zde­cy­do­wa­łeś, że będziesz dyk­to­wał mi, jak powin­nam się zacho­wy­wać - dla­czego w ogóle roz­ma­wiam z tym gościem?

- Eee tam... Uda­wa­łaś tylko, że się uśmie­chasz. Twoje oczy, twój umysł, były gdzie indziej. Powin­naś być zachwy­cona, że tu jesteś. To powinna być wspa­niała zabawa, ale ty tego nie czu­jesz. I do tego źle ci z tym, bo masz świa­do­mość, że powin­naś być bar­dziej zaan­ga­żo­wana, wykrze­sać z sie­bie wię­cej pod­eks­cy­to­wa­nia z dar­mo­wego fry­zjera, drin­ków, ład­nych zdjęć, wspa­nia­łego jedze­nia - i moż­li­wo­ści nazy­wa­nia tego pracą. A ty wyglą­dasz tutaj prze­waż­nie na roz­mytą - prze­pra­szam za wyra­że­nie. Można to wyczy­tać z two­jej twa­rzy z plaży - śmieje się. - Powinni to umiesz­czać na tor­bach, które wam tu roz­dają.

Opa­dła mi szczęka. Dla­czego naj­przy­stoj­niejsi faceci zawsze muszą być jed­no­cze­śnie naj­więk­szymi dup­kami? Już mam na niego nasko­czyć, ale on szcze­rzy się i mówi:

- Draż­nię się z tobą. Masz śliczną buzię, tyko wyglą­dasz, jak­byś nie chciała tu być.

- Po pierw­sze, nie potrze­buję, żebyś ana­li­zo­wał mój wygląd, bo to nie twoja sprawa. A po dru­gie, jesteś męż­czy­zną na even­cie rekla­mu­ją­cym lokówkę. Jak bar­dzo musisz być zde­spe­ro­wany?

- To - wska­zuje na mnie pal­cem - było sek­si­stow­skie. Ale nie wezmę tego do sie­bie, bo - w odróż­nie­niu od cie­bie - nie jestem sta­rze­ją­cym się influ­en­ce­rem. Wła­ści­wie to jestem Insta­ate­istą. Jestem też powo­dem, dla któ­rego nie możesz prze­stać jeść kana­pe­czek, bo to ja je zro­bi­łem - uśmie­cha się, a jego zie­lone oczy iskrzą.

- Wow - mówię, wachlu­jąc się ręką. - Musisz być spe­cem od cate­ringu, skoro zdo­by­łeś to zle­ce­nie.

Wygląda na skon­fun­do­wa­nego.

- Cate­ring na wyda­rze­niu pro­mo­cyj­nym wyłącz­nie dla kobiet, na któ­rym nikt nawet nie dotyka jedze­nia. Te przy­stawki mogłyby być nie­ja­dalne, a nikt i tak by się nie zorien­to­wał.

Oczy mu się zwę­ziły, a ja pry­cham i odcho­dzę z łomo­cą­cym ser­cem i bur­cze­niem w brzu­chu. Nie, nie ma mowy, żebym zja­dła cokol­wiek, co zro­bił ten kre­tyn.

Pod­cho­dzi do mnie Lucy, sze­fowa firmy PR-owej, zatrud­niona do popro­wa­dze­nia tego eventu.

- Ahoj! - szcze­rzy się.

Sta­wiam szklankę na wyso­kim sto­liku obok, bo Lucy wita się nie cału­sem w powie­trzu, tak jak inni spe­cja­li­ści od reklamy, ale moc­nym uści­skiem. Znamy się od czasu, kiedy obie racz­ko­wa­ły­śmy w tej branży. Jest jedną z moich naj­ulu­bień­szych zna­jo­mych.

- Dzięki, że przy­szłaś. Wiem, że nie zno­sisz takich imprez. Tym bar­dziej dużo to dla mnie zna­czy.

- Żar­tu­jesz, ośmior­niczko? Świet­nie się pła­wię!

Obie wybu­chamy śmie­chem, a ja w duchu prze­kli­nam gościa od cate­ringu.

- Wiem, że to prze­sada, ale klient wydaje się zado­wo­lony.

Wzru­szam ramio­nami i uśmie­cham się. Lucy i ja współ­pra­cu­jemy z tymi samymi mar­kami, mię­dzy innymi z Fresh Food Fast, która prze­syła klien­tom skład­niki do wyko­na­nia domo­wych posił­ków. Wszystko w odmie­rzo­nych ilo­ściach, zapa­ko­wane w ładne kar­to­nowe pudełka nada­jące się do recy­klingu. Kiedy zja­dasz przy­go­to­wane z tych skład­ni­ków potrawy, czu­jesz się, jak­byś rato­wał Zie­mię. Albo przy­naj­mniej takie jest zało­że­nie. Fresh Food Fast jest moim naj­więk­szym klien­tem. Lucy pomaga mi w pracy dla nich, a ja wspie­ram ją w pracy dla innych klien­tów.

- Przy­po­mnij mi, że mam coś dla cie­bie. To wej­ściówka do mini­spa na Dzień Matki. Goście mogą przy­pro­wa­dzić córki lub matki, więc możesz zabrać... - gry­zie się w język. - O, cho­lera. Jestem bez­na­dziejna. Prze­pra­szam!

- W porządku, Luce - kręcę głową i kładę rękę na jej ramie­niu. - Nie przej­muj się.

- Chcę ci kogoś przed­sta­wić - mówi, roz­glą­da­jąc się po sali, i znika, a po chwili wraca, pro­wa­dząc kogoś pod rękę.

I oto stoi przede mną szef kuchni. Znowu. Uśmie­cha się do mnie tymi swo­imi dołecz­kami w policz­kach.

- Poznaj Willa McGre­gora - mówi Lucy. - Jest sze­fem kuchni. Zatrud­ni­łam go na ten event. Pró­bo­wa­łaś jego potraw? Są nie­sa­mo­wite. Will, poznaj Kit Kid­ding, jedną z naszych głów­nych influ­en­ce­rek.

Patrzy na mnie wycze­ku­jąco. To nie pierw­szy raz, kiedy Lucy usi­łuje mnie z kimś wyswa­tać. Potrafi wyło­wić dla mnie sek­sow­nych męż­czyzn. Jestem jej wdzięczna, że nawet w takim nawale pracy myśli naj­pierw o mnie. Tylko że ja nie jestem pewna, czy chcę jesz­cze zaan­ga­żo­wać się w jakiś zwią­zek. Cza­sami myślę, że naj­le­piej będzie mi już zawsze samej.

- Pozna­li­śmy się już - mówię grzecz­nie, a z mojego brzu­cha dobiega gło­śne bur­cze­nie.

Jakiś spec od reklamy dotyka ramie­nia Lucy, a ona, uno­sząc palec, każe mu chwilę zacze­kać.

- Prze­pra­szam, muszę was opu­ścić. Powin­ni­ście ze sobą poroz­ma­wiać. Will nie ma Insta­grama - z sze­roko otwar­tymi oczami zwraca się do Willa: - Może Kit mogłaby ci z tym pomóc - uśmie­cha się, kle­piąc go po ramie­niu.

- Nie ma szans - mówię, kiedy już jestem pewna, że Lucy nie sły­szy.

- No i dobrze. Nie potrze­buję pomocy. Nie jesteś nieco za stara na influ­en­cerkę? - pyta Will z uśmiesz­kiem w oczach.

- Nie jesteś za dużym dup­kiem, żeby być sze­fem kuchni?

- Myślę, że sze­fo­wie kuchni powinni być dup­kami - śmieje się. - A ja nie twier­dzę, że jesteś stara, per se. Jesteś cał­kiem ładna.

Nie tak­suje mnie wzro­kiem z góry na dół, jak się tego spo­dzie­wam. Jego oczy są sku­pione na moich, a ja nie potra­fię uciec wzro­kiem od jego spoj­rze­nia.

- Czy influ­en­cerki to nie nasto­latki czy dwu­dzie­sto­pa­ro­latki, miesz­ka­jące z rodzi­cami i przez cały dzień robiące sobie sel­fie? - drażni się ze mną.

- Skąd czer­piesz infor­ma­cje, dziadku? Z pro­gramu Date­line? - odpa­lam, choć stra­ci­łam rezon. - Zda­jesz sobie sprawę, że pro­wa­dze­nie kuchni bez konta na Insta­gra­mie to słaba decy­zja? Jedna z naj­bar­dziej popu­lar­nych kate­go­rii na Insta to żywie­niowe porno.

- Wow, już mówisz do mnie nie­grzecz­nie - unosi brwi i świ­druje mnie wzro­kiem. Serce mi pod­ska­kuje. Cho­lera.

- I skąd w ogóle Lucy cię wytrza­snęła? Z Alle­gro Lokal­nie? - no i odzy­ska­łam rezon.

- Z życia - odpo­wiada. - Powin­naś kie­dyś spró­bo­wać. A, racja, jeśli nie możesz zro­bić zdję­cia i go wrzu­cić do sieci, to czy zda­rze­nie rze­czy­wi­ście ma miej­sce?

Oczy mu błysz­czą ze zło­ści, ale zdra­dzają go dołki w policz­kach. Zapiera mi dech i zanim zdążę się poha­mo­wać, flir­tuję z nim.

- A może byśmy się prze­ko­nali? - podaję mu mój tele­fon. - Przy­daj się na coś. Zrób mi zdję­cie, żebym mogła już stąd wyjść i wró­cić do mojego praw­dzi­wego życia.

Odcho­dzę, kie­ruję się do nie­bie­skiego domku pla­żo­wego, ale w duchu modlę się, żeby za mną szedł. Odwra­cam się. Jest. Idzie w moją stronę. Przyj­muję pozę wypra­co­waną przez ostat­nie lata. Will patrzy na mnie przez obiek­tyw, a ja przy­glą­dam się jego syl­wetce. Umię­śnio­nym ramio­nom, mocno zary­so­wa­nej szczęce, opa­lo­nej skó­rze. O rany!

- Może rzuć fris­bee - mówi Will. Robię do niego głu­pią minę, a on wyrzuca ręce w górę w obron­nym geście i dodaje: - No co? Myśla­łem, że zada­niem insta­gra­mo­wego chło­paka jest dawa­nie wska­zó­wek.

- Po pro­stu zrób zdję­cie.

Pozuję jesz­cze kilka razy, od nie­chce­nia bio­rąc fris­bee, bo zaję­cie czymś rąk to tak naprawdę nie naj­gor­szy pomysł.

- Pro­szę - Will oddaje mi tele­fon. - Zro­bi­łem trzy czy cztery zdję­cia. Na pewno jedno z nich się nada.

- Trzy czy cztery?! - chwy­tam za tele­fon.

Wybu­cha śmie­chem.

- Spo­koj­nie. Jest jakieś sto.

- Świet­nie. Dzię­kuję. Muszę już iść. Do zoba­cze­nia, Willu McGre­go­rze.

Kiwa głową, zaci­ska­jąc wydatne usta.

- Do zoba­cze­nia, Kit.

Kie­ruję się do wyj­ścia. Żegnam się z asy­stent­kami, które roz­dają ponow­nie kartki z hasz­ta­gami, na wypa­dek gdyby ktoś jakimś cudem zgu­bił te pierw­sze. Docie­ram do windy, a kiedy zamy­kają się drzwi, wydy­cham powie­trze i roz­luź­niam się. Szkoda, że nie inte­re­suje mnie teraz rand­ko­wa­nie, bo ten facet jest sek­sowny. Mimo że jest dup­kiem.

Prze­cho­dząc przez lobby, otwie­ram apli­ka­cję Ubera i kiedy wpi­suję swój adres, dostaję ese­mesa od nie­zna­nego numeru.

Pójdź ze mną na praw­dzi­wego drinka. W barze w lobby za trzy minuty.

Serce mi pod­sko­czyło. Wpa­truję się w tele­fon. Jak? Kiedy? Czy to wia­do­mość do mnie?

Kli­kam w ese­mesa i widzę, że jest tam wia­do­mość ode mnie do tego kogoś. Brzmi nastę­pu­jąco:

Cześć, cia­cho! Serio?!

Gapię się na swój tele­fon. Prze­krę­cam go, żeby się upew­nić, że jest rze­czy­wi­ście mój. Na etui widzę zdję­cie sta­rych fran­cu­skich drzwi, przed któ­rymi leżą na pod­ło­dze wiel­kie sterty ksią­żek. Tak. To mój tele­fon. Ale ja nie wysy­ła­łam tego ese­mesa. Zer­kam na tę wia­do­mość - jest sprzed trzech minut.

- Nie­zły trick, prawda? - pod­no­szę głowę i widzę przed sobą Willa.

- Jak to zro­bi­łeś?

Wzru­sza ramio­nami.

- Chodź - w rękach trzyma pudełko. - Przy­nio­słem ci moje przy­stawki. Pomy­śla­łem, że jesteś głodna. Bur­cze­nie w brzu­chu zwy­kle ozna­cza głód - śmieje się. - Choć podzi­wiam twoją deter­mi­na­cję, by nie spró­bo­wać moich kana­pek tylko dla­tego, że mnie nie lubisz.

- Daj mi to - mówię, łapiąc za pudełko. - I dzię­kuję.

- Pro­szę bar­dzo - lewą ręką odsuwa z twa­rzy pukiel błysz­czą­cych gru­bych wło­sów.

Żad­nego dzwonka. Idę za nim do baru w lobby. Zaj­mu­jemy dwa stołki przy barze i otwie­ramy pudełko. Bar­man prze­ciera sha­ker do mar­tini.

- Co podać? - pyta.

- Bur­bon z lodem - mówię z peł­nymi ustami. Will unosi brew.

- A nie dziew­czyń­ski drink? Podoba mi się twój styl. Dla mnie to samo.

Bar­man kiwa głową.

- Na rachu­nek?

- Nie - odpo­wia­dam, a Will mówi w tej samej chwili: - Pew­nie! - I spo­gląda na mnie.

- Sama płacę za swoje drinki - infor­muję. I sama roz­li­czam sobie podatki, i sama radzę sobie z pro­ble­mami, dodaję w myślach.

- Nie cho­dziło mi o to, że ja posta­wię drinka tobie. Pomy­śla­łem, że to ty mogła­byś posta­wić drinka mnie po tym, jak zro­bi­łem ci zdję­cia warte milion dola­rów i przy­nio­słem ci jedze­nie.

Prze­wra­cam oczami.

- Dobrze. Na jeden rachu­nek - wrzu­cam do ust coś w rodzaju sma­żo­nego pie­rożka. Jest prze­pyszny.

Chwilę póź­niej bar­man popy­cha w naszym kie­runku drinki. Bie­rzemy szklanki do rąk, a Will stuka swoją o moją.

- Opu­bli­ko­wa­łaś już to zdję­cie? Dosta­łaś już milion laj­ków? Bo o to cho­dzi w tej grze, prawda?

- To nie gra. Popro­si­łeś mnie o drinka, żeby mnie drę­czyć, czy z jakie­goś innego powodu?

Will wzru­sza ramio­nami.

- Mniej wię­cej o to cho­dziło. Tak łatwo się z tobą dro­czyć.

- A cie­bie łatwo klep­nąć - ude­rzam go lekko w ramię.

- Ręka mi pło­nie.

- To te mię­śnie. Nie możesz przejść obok nich obo­jęt­nie - Will się prze­ciąga. - Ćwi­czysz te drę­twe powie­dzonka przed lustrem, zanim wyj­dziesz z domu?

Prze­ko­ma­rzamy się tak przez jakiś czas. W pew­nej chwili jego kolano dotyka mojego. To elek­try­zu­jące uczu­cie, jakby prąd prze­biegł przez moje ciało. Zama­wiamy kolejne drinki, a ja cze­kam na te małe spię­cia, cza­sem sama je pro­wo­kuję: tu ręka, tam kolano... Nie­winne, ale odu­rza­jące. Wresz­cie bar­man ogła­sza ostat­nią kolejkę.

Wstaję i biorę torbę. Will też się pod­nosi.

- Faj­nie było - mówi.

- Może dla cie­bie - teraz ja się z nim draż­nię. Część mnie nie chce, żeby to spo­tka­nie się skoń­czyło. Nie­chęt­nie przy­znaję, że bawię się znacz­nie lepiej niż sama w pustym miesz­ka­niu.

- Chcesz zoba­czyć widok z mojego pokoju? - pyta.

- Czy jest lep­szy niż z okna sali even­to­wej? - ripo­stuję, ale jestem zain­try­go­wana. Jeśli ma tu pokój, to zna­czy, że nie jest z mia­sta. A to z kolei ozna­cza, że byłaby to przy­goda na jedną noc. Nie musia­ła­bym się z nim już spo­ty­kać. Jed­no­ra­zowa sprawa. Takie mi teraz naj­bar­dziej pasują. Żad­nych zobo­wią­zań, żad­nego zaan­ga­żo­wa­nia. To jest rok, w któ­rym mam się sku­piać tylko na karie­rze - niczym innym.

- Will kręci głową.

- Widok jest gor­szy. Ale mam orzeszki w barku. Chcesz zoba­czyć moje orzeszki?

Usi­łuje zacho­wać powagę, ale kiedy zaczy­nam się śmiać, on też wybu­cha śmie­chem.

- No widzisz? Wie­dzia­łem. Chcesz zoba­czyć moje orzeszki. Chodźmy.

Kiwam głową, a Will bie­rze mnie za rękę i pro­wa­dzi do windy. A potem jedziemy wyżej i wyżej. Ciało przy ciele, aż bra­kuje mi tchu. Will prze­suwa dłoń po moich ple­cach. Opusz­kami pal­ców dociera do szyi. Jego dotyk wywo­łuje mro­wie­nie w całym ciele, jakby doty­kał mnie wszę­dzie. Chcę spo­wol­nić czas, żeby prze­dłu­żyć chwilę cudow­nego ocze­ki­wa­nia.

Sły­chać pik­nię­cie i drzwi windy otwie­rają się. Will łapie mnie za rękę i pro­wa­dzi wzdłuż kory­ta­rza, grze­biąc w kie­szeni w poszu­ki­wa­niu karty. Prze­ciąga ją przez zamek, otwiera drzwi i wciąga mnie do środka. Kop­nia­kiem zamyka drzwi, a ja odwra­cam się i popy­cham go na nie. Chcę rzą­dzić. Pod­cho­dzę do niego. Łapie mnie za bio­dra, a ja prze­su­wam rękami po jego ramio­nach. Przy­ciąga mnie do sie­bie i pró­buje poca­ło­wać, ale ja kie­ruję usta do jego ucha. Przy­gry­zam pła­tek, a on dyszy, ści­ska­jąc moje bio­dra. Roz­pi­nam kilka guzi­ków jego dopa­so­wa­nej koszuli, ale prze­rywa mi i ściąga ją przez głowę. Całuje i przy­gryza moją szyję. Jego klatka pier­siowa jest umię­śniona i opa­lona. Pasmo wło­sków pro­wa­dzi w dół brzu­cha i znika za linią bie­li­zny. Ścią­gam biały pod­ko­szu­lek, przy­po­mi­na­jąc sobie, że wło­ży­łam pod niego prak­tyczny cie­li­sty biu­sto­nosz. Na chwilę wraca mi świa­do­mość, ale za moment to uczu­cie znika, kiedy Will zbliża się do mnie, prze­su­wa­jąc pal­cami w górę moich ple­ców. Potem roz­pina zapię­cie biu­sto­nosza. Kręci nim na palcu, po czym strzela jak z procy na drugi koniec pokoju. Wybu­cham śmie­chem.

- O! Podo­bają ci się moje sztuczki, co?

- Jesz­cze nie wiem - odpo­wia­dam, kiedy prze­suwa mnie w kie­runku łóżka. Sia­dam na kra­wę­dzi, a on pochyla się nade mną. Języ­kiem wyty­cza linię pomię­dzy moimi pier­siami w dół - do brzu­cha, do kra­wę­dzi spodni. Roz­pina je, a ja się z nich wyśli­zguję, zrzu­ca­jąc jed­no­cze­śnie szpilki.

- Mam nie prze­sta­wać? - pyta, patrząc na mnie. Naci­skam jego głowę w dół, a on deli­kat­nie popy­cha mnie do tyłu, tak abym się poło­żyła. Rękami roz­chyla mi nogi i przy­suwa głowę do mojej W. Jego usta poru­szają się coraz szyb­ciej. Jęczę. Nie mogę się powstrzy­mać.

- Cze­kaj - mówi. Odcho­dzi, a ja mogę obej­rzeć go w całej oka­za­ło­ści.

Jak to moż­liwe, że jesteś taki wyspor­to­wany, skoro jesteś kucha­rzem? Nie powi­nie­neś mieć obwi­słego brzu­cha od jedze­nia masła i sera?! - wołam za nim.

- Uch...

Sły­chać, że cze­goś szuka.

- Nie prze­chwa­la­łeś się cza­sem, jakim to jesteś dobrym sze­fem kuchni? - draż­nię się z nim.

- Czemu roz­ma­wiamy o moich zdol­no­ściach kuli­nar­nych?! - woła z łazienki. - Powin­naś raczej pytać, czy jestem dobry w łóżku.

Czuję, jak twarz mi czer­wie­nieje, ale udaję pewną sie­bie, co ma suge­ro­wać, że cokol­wiek tu robimy, nie jest dla mnie nowo­ścią. - Dobrze więc. Jesteś dobry w łóżku?

- Będziesz musiała się prze­ko­nać - mówi, wycho­dząc z łazienki z błysz­czącą kwa­dra­tową paczuszką w ręce.

- Wygląda to pew­nie, jak­bym pla­no­wał seks na dzi­siej­szy wie­czór. Ale prawda jest taka, że trzy­mam kon­dom w walizce. Był tam od zawsze.

- Od zawsze?

Marsz­czy brwi.

- No tak, wła­ści­wie to nie od zawsze. Ale spraw­dzę, żeby mieć pew­ność - mruży oczy, żeby odczy­tać datę, a potem unosi zaci­śniętą pięść. - Dobra. Uff!

Roz­rywa opa­ko­wa­nie i zakłada kon­dom, a ja czuję gorąco od pra­gnie­nia, aby poczuć go pod sobą. Zaczy­namy powoli, a potem tempo przy­spie­sza. Prze­wra­cam go na plecy. Sia­dam na nim i poma­ga­jąc sobie ręką, zsu­wam się na niego. Poru­szamy się w zgod­nym ryt­mie. Wygi­nam plecy do tyłu. Jego ręce na moich bio­drach. A potem prze­kłada mnie tak, że to on jest na górze. Znowu łapiemy rytm. Opiera ręce obok moich ramion, jakby robił nade mną pompki. Seks z nim jest lep­szy niż jaki­kol­wiek inny. Szczy­tuję, a chwilę póź­niej on także roz­luź­nia mię­śnie. Opa­damy bez tchu na plecy.

- Tego się nie spo­dzie­wa­łem - mówi Will, a jego oczy się śmieją. Potwier­dzają to także jego dołeczki w policz­kach.

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej na­dal leżymy w masyw­nym hote­lo­wym łóżku. Will wpa­truje się inten­syw­nie w moje oczy. Głasz­cze moje włosy, a ja się do niego uśmie­cham. To jest takie pro­ste i wygodne, jak­by­śmy się znali od wie­ków, a nie od kilku godzin. Jak to moż­liwe? Prze­chyla się i całuje mnie w usta. Poca­łu­nek jest miękki i czuły. Potem opiera mnie na swo­jej zgię­tej ręce i jest mi tak dobrze. Zbyt dobrze. Owi­jam się pościelą i sia­dam.

- Muszę iść - mówię.

- Nie, nie musisz - odpo­wiada z zaska­ku­jącą pew­no­ścią sie­bie. - Zostań. Rano zamó­wimy jedze­nie. Co tylko zechcesz. Gofry, bitą śmie­tanę...

- Nie mogę - powta­rzam. - Rano mam coś do zro­bie­nia.

Will przy­gląda się w mil­cze­niu, jak zbie­ram ubra­nia. Tyłem do niego. Ubie­ram się, świa­doma jego spoj­rze­nia. Potem odwra­cam się i całuję go szybko.

- Faj­nie było. Do zoba­cze­nia - mówię, choć wiem, że to nie­prawda. Ni­gdy wię­cej się z nim nie spo­tkam. Szu­kam torebki i torby pla­żo­wej. Wiszą na krze­śle. Chwy­tam je i wycho­dzę.

dwa

Nie ma nic lep­szego od poran­nego jog­gingu, prawda? Wła­śnie prze­bie­głam się wzdłuż pro­me­nady i czuję się jak na waka­cjach w mie­ście! Bie­ga­nie to jeden z lep­szych spo­so­bów na pod­krę­ce­nie kre­atyw­no­ści! #uda­ne­go­week­endu #tre­ning #fit­nes­smo­ty­wa­cja

Oczy­wi­ście nie bie­gam. Leżę w łóżku w piża­mie, roz­my­śla­jąc o nocy z Wil­lem. O tym, jak nam było dobrze razem, tak pro­sto, bez kom­pli­ka­cji. Cie­kawe, czy jesz­cze kie­dyś się zoba­czymy?

Publi­kuję zdję­cie, które zro­biła mi Felo­ise kilka tygo­dni temu. Nie bie­ga­łam wtedy. Jedy­nie prze­bra­łam się w nowe błysz­czące leg­ginsy, spor­towy top i buty. Truch­ta­łam w tę i z powro­tem, aż Felo­ise zła­pała odpo­wied­nie uję­cie. Zdję­cia fit­ness robią dobrą robotę na Insta­gra­mie, a Felo­ise zała­twia mi wła­śnie kon­trakt z dużą marką spor­tową. Mówi, że podo­bam się temu klien­towi, ale jeśli mie­liby roz­wa­żyć pod­pi­sa­nie ze mną umowy, moje konto musi być bar­dziej #fit­nes­smo­ty­wu­jące. Ostat­nio nie wsta­wia­łam takich tre­ści na konto. Wpraw­dzie jeź­dzi­łam na rowe­rze i cho­dzi­łam na jogę, ale robi­łam to dla sie­bie, a nie żeby pstry­kać sel­fie. Jed­nak nie mogę odrzu­cać takich intrat­nych kon­trak­tów, bo życie w poje­dynkę jest o wiele bar­dziej kosz­towne, niż kie­dy­kol­wiek myśla­łam. Dla­tego powin­nam bar­dziej wyko­rzy­stać konto insta­gra­mowe, w końcu do tego wła­śnie mi służy. Mam to w gło­wie za każ­dym razem, gdy muszę zro­bić coś, czego nie lubię. To tylko praca, tłu­ma­czę sobie.

Tele­fon bzy­czy, a moje serce pod­ska­kuje. Ale to nie może być Will, prze­cież kom­plet­nie go spła­wi­łam. I wypa­dłam z jego pokoju jak strzała. Taki wła­śnie mia­łam plan, upo­mi­nam sie­bie. Nawet jeśli był to naj­lep­szy seks od czasu dobrych rela­cji z Eri­kiem. Albo jesz­cze wcze­śniej. Myślę o Ericu. I zmar­no­wa­nych pię­ciu latach. I roz­sta­nie z nim zaraz po stu­diach... Ni­gdy wię­cej. Tym razem będzie po mojemu. Żad­nych zobo­wią­zań. Żad­nego uza­leż­nie­nia od dru­giej osoby. Żad­nych związ­ków.

Tele­fon na­dal bzy­czy, a ja wra­cam do rze­czy­wi­sto­ści.

To Felo­ise.

- Przed chwilą opu­bli­ko­wa­łam zdję­cie z bie­ga­nia - mówię, zanim zdąży o coś zapy­tać. Męczy mnie o to od kilku tygo­dni.

- Ci od Fresh Food Fast są źli - mówi.

- Ale o co cho­dzi? Moje zdję­cia są zawsze świetne.

- Ale to nie jest jedze­nie przez cie­bie przy­rzą­dzone.

Poczu­łam się zawsty­dzona, co zda­rza się za każ­dym razem, gdy zawa­lam jakieś domowe zaję­cie. Zaraz myślę o mamie i o tym, jak dobrze radziła sobie abso­lut­nie ze wszyst­kim: goto­wa­niem, dzier­ga­niem, szy­ciem... Czemu nie odzie­dzi­czy­łam po niej tej cechy?

- No i?

- Robisz kam­pa­nię marki, któ­rej jedy­nym celem jest dostar­cza­nie ludziom skład­ni­ków do GOTO­WA­NIA W DOMU. Musisz goto­wać, Kit.

- Ale ja nie gotuję. Uprze­dza­łam cię o tym, kiedy pod­pi­sy­wa­ły­śmy umowę. Zapew­nia­łaś mnie wtedy, że nie ma pro­blemu.

Felo­ise wzdy­cha:

- Tak. I oni to rozu­mieją. Dla­tego ich agen­cja PR przy­syła kogoś, kto będzie goto­wać za cie­bie. Twoim zada­niem będzie tylko zro­bić odpo­wied­nie zdję­cia. To chyba możesz zro­bić?

Robię minę do tele­fonu.

- Kucharz będzie u cie­bie dzień po twoim powro­cie. Przy­ślę ci zapro­sze­nie.

Roz­łą­czam się, a moje myśli natych­miast wra­cają do Willa. Natych­miast zapo­mi­nam o Fresh Food Fast. Pew­nie już wyjeż­dża. Otwie­ram wia­do­mość, którą prze­słał mi wczo­raj i wtedy to do mnie dociera: numer jest tutej­szy.

#

Po połu­dniu jestem już w samo­lo­cie. Lecę do Mil­wau­kee na kon­fe­ren­cję Kobiety Ame­ryki Pół­noc­nej w biz­ne­sie - jeden z moich ulu­bio­nych even­tów, na któ­rym nie muszę tylko pozo­wać do sel­fie. Mam tam wygło­sić mowę moty­wa­cyjną, nad którą pra­co­wa­łam od tygo­dni. To wła­śnie uwiel­biam robić. Zamiast być influ­en­cerką z Insta­grama i wpły­wać na życie kobiet poprzez moją książkę Na zawsze bez dzieci - o aspek­tach i rado­ściach nie­po­sia­da­nia potom­stwa. Jej wyda­nie zapo­cząt­ko­wało powsta­nie dzie­sią­tek grup Bez dzieci w całych Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Kana­dzie. Grup umoż­li­wia­ją­cych kobie­tom wymianę doświad­czeń na temat kariery, życio­wych celów i wielu innych rze­czy, oczy­wi­ście oprócz wycho­wy­wa­nia dzieci. Co chwila poja­wiają się infor­ma­cje o utwo­rze­niu kolej­nej takiej grupy. Wygląda na to, że kobiety despe­racko potrze­bo­wały prze­strzeni do roz­mów o swo­ich pra­gnie­niach oraz decy­zjach o nie­po­sia­da­niu dzieci bez odczu­wa­nia przy tym poczu­cia winy.

Sia­dam wygod­nie w fotelu. Sły­szę pik­nię­cie tele­fonu.

Tamta noc była fajna. Znaj­dziesz czas na kola­cję w tym tygo­dniu? Może w czwar­tek?

Czuję ciarki na całym ciele. Coś mnie w nim tak bar­dzo pociąga - mimo począt­ko­wego znie­sma­cze­nia jego aro­gan­cją. Wydaje się sta­ro­modny i to mi się w nim podoba - to jego ese­me­so­wa­nie peł­nymi zda­niami, jakby pisał mejla, i ta wład­czość - zapra­sza­nie do zro­bie­nia kon­kret­nej rze­czy w kon­kret­nym dniu, a nie jak inni, tak nie­pewni, że nie wiesz, czy zapra­szają cię na spo­tka­nie w tym stu­le­ciu, i czy w ogóle zależy im na spo­tka­niu z tobą. Może powin­nam się z nim spo­tkać? No co takiego się sta­nie? Targa mną nie­po­kój, bo czuję, że on ma nadzieję na coś wię­cej. Nie, nie mogę sobie na to pozwo­lić. Nie teraz. Nie mogę zako­chać się w męż­czyź­nie, który naj­pierw będzie mnie bło­go­sła­wił za to, że nie goni go mój tyka­jący zegar bio­lo­giczny, a potem z pew­no­ścią z tego powodu mnie opu­ści. Tak jest zawsze. Dla­tego na razie, do czasu, aż znajdę nie­za­wodną metodę, jak nie dać sobie zła­mać serca, będę trzy­mała się face­tów, któ­rych imiona ledwo pamię­tam, któ­rzy nie zaj­mują moich myśli dłu­żej niż jedną mili­se­kundę dzien­nie. Will stąpa po kru­chym lodzie.

Zamy­kam wia­do­mość. Wsu­wam tele­fon do torebki i wycią­gam książkę.

#

Reje­struję się w hotelu. Piszę do Glo­rii i Xiu - moich naj­lep­szych kole­ża­nek, które będą na kon­fe­ren­cji - że już jestem. Roz­pa­ko­wuję walizkę, ogar­niam się i raz jesz­cze zer­kam na swój odczyt, który mam wygło­sić wie­czo­rem na kola­cji z oka­zji otwar­cia kon­fe­ren­cji. Kiedy już jestem gotowa, scho­dzę do baru w lobby - ciem­nego pomiesz­cze­nia w odcie­niu bursz­tynu.

Wita mnie kilka kobiet z lokal­nej grupy Bez dzieci.

- Obser­wu­jemy cię na Insta­gra­mie od lat - mówi jedna z nich.

Inna twier­dzi, że jest moją fanką od cza­sów, kiedy nie pro­wa­dzi­łam jesz­cze bloga No Kid­ding na Buz­z­Feed. Wydaje mi się, że to było wieki temu. Pisa­łam wtedy na temat: Rand­ko­wa­nie, kiedy wiesz, że nie chcesz mieć dzieci. Kobieta jest mniej wię­cej w moim wieku. Przed­sta­wia się jako Arietta Smith. Roz­po­znaję to imię.

- Uwiel­biam to, co robisz - mówię. - Co roku zama­wiam twoje plan­nery.

Arietta two­rzy inspi­ru­jące kalen­da­rze dla kobiet pra­cu­ją­cych. W jej plan­ne­rach nie­dziela na przy­kład to dzień, kiedy odpo­wia­dasz na te setki mejli, które pomi­nę­łaś w ciągu tygo­dnia, a nie - jak w typo­wych plan­ne­rach dla kobiet - dzień na tygo­dniowe roz­pla­no­wa­nie posił­ków.

Odnaj­dują mnie Glo­ria i Xiu. Sia­damy przy sto­liku. Xiu jest cich­sza niż zwy­kle. Wydaje mi się, że to ze zmę­cze­nia, bo ma za sobą osiem­dzie­się­cio­go­dzinny - albo i dłuż­szy - tydzień pracy, który zali­czyła, by móc tu przy­je­chać. Glo­ria za nią nad­ra­bia, traj­ko­cząc o domu, który udało się jej sprze­dać w trak­cie lotu tutaj.

- Apar­ta­menty Lane­way to dla mnie żyła złota - mówi. - Powin­naś o tym pomy­śleć.

Kręcę głową.

- Bez garażu nie biorę.

- Wiem. Ale w twoim zakre­sie ceno­wym... - Spo­gląda na mnie jak znaw­czyni rynku nie­ru­cho­mo­ści. I może rze­czy­wi­ście jest w tym świet­nie roze­znana, ale tylko ja wiem, czego mi potrzeba. I po co szu­kam garażu.

Kobieta przy sto­liku obok roz­ma­wia przez tele­fon i z minuty na minutę wydaje się coraz bar­dziej poru­szona. Sły­szymy, jak mówi:

- To tylko jeden week­end, Miles. Musisz sobie pora­dzić. Też jesteś rodzi­cem.

Glo­ria par­ska śmie­chem:

- Kocham życie bez dzieci, a wy?

Wypusz­czam powie­trze, bo JA TEŻ!

Nagle zja­wia się jedna z orga­ni­za­to­rek i pyta, czy zro­bi­ły­śmy już sobie zdję­cie na tle bil­l­bo­ardu z reklamą kon­fe­ren­cji, opa­trzo­nego hasz­ta­giem #kobie­tyw­biz. Szybko się uwiecz­niamy, by mieć już to z głowy, po czym idziemy do głów­nej sali, w któ­rej odbę­dzie się kola­cja. Uma­wiam się z Glo­rią i Xiu na póź­niej, w barze, a sama prze­cho­dzę do głów­nego stołu, gdzie zare­zer­wo­wano mi miej­sce obok jed­no­rę­kiej sur­ferki. Jej pamięt­nik pochło­nę­łam pół roku temu, cho­ciaż słowo "pochło­nę­łam" nie jest na miej­scu, skoro to histo­ria o dziew­czy­nie, która prze­żyła atak rekina. Lepiej zabrzmi: "nie mogłam się ode­rwać od jej książki".

Dziew­czyna mówi, że także czy­tała moją książkę i pyta, czy zamie­rzam wydać drugą.

- Mój wydawca ma nadzieję, że napi­szę kon­ty­nu­ację w stylu "pięć lat póź­niej" - odpo­wia­dam.

Krzywi się, a ja jej przy­ta­kuję.

- No wła­śnie.

Nasze książki może i są teraz best­sel­le­rami, ale daleko im do kla­sy­ków, które się nie sta­rzeją, a ich sprze­daż ni­gdy nie spada. Więk­szość kobiet na sali pew­nie też czy­tała moją książkę, dla­tego wkrótce orga­ni­za­to­rzy kon­fe­ren­cji nie będą już jej zama­wiać w ramach kon­traktu.

Bar­dzo podo­bało mi się two­rze­nie Na zawsze bez dzieci, ale trwało bar­dzo długo, cho­ciaż pisa­łam tę książkę, zanim kam­pa­nie do Insta­grama zaczęły pochła­niać moją ener­gię. Dla­tego teraz, gdy mam na gło­wie tyle spraw do zała­twie­nia, pisa­nie książki nie wcho­dzi jed­nak w rachubę.

Kątem oka dostrze­gam orga­ni­za­torkę tego spo­tka­nia. Drobną kobietkę około czter­dziestki z krót­kimi blond wło­sami przy­cię­tymi na boba. W koper­to­wej sukience do łydki i cie­li­stych szpil­kach zmie­rza do sceny. Ude­rza paznok­ciem w mikro­fon, pro­sząc o ciszę. Zamie­niamy się w słuch.

Kobieta przed­sta­wia się, wita uczest­ni­ków, po czym pre­zen­tuje moje naj­waż­niej­sze osią­gnię­cia. Brzmią impo­nu­jąco. Nawet dla mnie. Choć prawda jest taka, że na poin­ter­ne­to­wym rynku wydaw­ni­czym nawet best­sel­le­rowa książka nie przy­nosi docho­dów, z któ­rych można się utrzy­mać. Nato­miast gwa­ran­tuje fanów w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, a co za tym idzie - stałe zain­te­re­so­wa­nie róż­nych marek współ­pracą w celu spie­nię­że­nia owego zain­te­re­so­wa­nia.

Sły­szę grom­kie brawa, co ozna­cza, że teraz moja kolej, by podejść do mikro­fonu. Wstaję, odwra­cam się i macham ręką do setek zgro­ma­dzo­nych kobiet. Wystę­po­wa­łam z odczy­tem już wiele razy, ale jesz­cze ni­gdy przed tak liczną publicz­no­ścią. Ten week­end, prze­zna­czony dla kobiet w biz­ne­sie, przy­cią­gnął ponad dwa tysiące uczest­ni­czek. Wszyst­kie miej­sca na kola­cję zostały wyprze­dane. I - co ważne dla mnie - każda z tych kobiet kupi egzem­plarz mojej książki. To moi ludzie. Moje kobiety. Moje przy­ja­ciółki. Bez­dzietne z wyboru. Te zaś, które nie zga­dzają się z moją filo­zo­fią, w trak­cie moty­wu­ją­cej prze­mowy praw­do­po­dob­nie wymkną się do baru albo toa­let.

- Witam panie! - mówię do mikro­fonu. - Kto się cie­szy, że jest tu z nami? Na tej kon­fe­ren­cji, w ten week­end? Wśród tysięcy inspi­ru­ją­cych kobiet, które myślą podob­nie? Jeste­ście pra­co­wite. Jeste­ście nie­za­leżne. Jeste­ście silne. Jeste­ście mądre. I być może nie macie dzieci, jak ja - robię prze­rwę na nad­cho­dzący aplauz i okrzyki. - A może macie. Ale w ten week­end jeste­śmy tu razem, co ozna­cza, że posta­no­wi­ły­śmy posta­wić sie­bie na pierw­szym miej­scu. Cie­szę się, że widzę tyle zna­jo­mych twa­rzy i tyle nowych, które mam nadzieję poznać. Bo jeste­śmy kobie­tami. Jeste­śmy fan­ta­styczne. I jeste­śmy tu, żeby zmie­nić na lep­sze naszą pracę. Popra­wić same sie­bie. Ulep­szyć nasze życie. Razem.

Tłum wiwa­tuje. Jestem zachwy­cona.

#

Następ­nego ranka, z iden­ty­fi­ka­to­rem na szyi, zaj­muję miej­sce na pierw­szej sesji w tym dniu. Bośniacka uchodź­czyni opo­wiada o swo­jej dro­dze do uzy­ska­nia stop­nia pro­fe­sora w dzie­dzi­nie sztucz­nej inte­li­gen­cji. Potem wdowa po kapo z kar­telu Sina­loa refe­ruje, jak udało jej się utwo­rzyć sto­wa­rzy­sze­nie dobro­czynne na rzecz edu­ka­cji. Następ­nie słu­cham wykładu, jak wyna­le­zie­nie roweru wywo­łało wcze­sną falę femi­ni­zmu w epoce wik­to­riań­skiej. Do prze­rwy obia­do­wej czuję się już tak zain­spi­ro­wana, że mogła­bym pod­bi­jać świat.

Po połu­dniu impreza dzieli się na trzy czę­ści. Uczest­ni­czę w panelu Bez­dzietna z wyboru. Sala jest mała, ale pełna. Zwy­kle nawet kobiety, które mają dzieci, przy­cho­dzą na te panele, bo dla wielu posia­da­nie dzieci nie jest rów­no­znaczne z odsta­wie­niem na bok kariery. Ozna­cza to jed­nak, że dys­ku­sje bywają kon­tro­wer­syjne. Ale potra­fię sobie z tym pora­dzić.

- Czy wywyż­szasz się nad kobie­tami, które decy­dują się na dzieci? - nie­unik­nione pyta­nie pada pod koniec spo­tka­nia. Kie­ro­wane jest do mnie jako przy­wód­czyni przed­mio­to­wego ruchu.

- Oczy­wi­ście, że nie - odpo­wia­dam. - Nie wywyż­szam się nad nikim. Decy­zja o nie­po­sia­da­niu dziecka jest bar­dzo oso­bi­sta i każda z nas musi ten wybór zde­fi­nio­wać po swo­jemu. Mogę mówić tylko za sie­bie, ale czego naj­bar­dziej bym chciała? Żeby wkład, jaki wno­szą kobiety w spo­łe­czeń­stwo, wykra­czał daleko poza ich zdol­ność do pro­kre­acji. Zdol­ność do two­rze­nia życia nie jest rów­no­znaczna z obo­wiąz­kiem jego two­rze­nia. Nie rozu­miem, dla­czego fakt, że posia­dam tę kobiecą funk­cję bio­lo­giczną miałby komu­kol­wiek - męż­czyź­nie czy kobie­cie - pozwa­lać na decy­do­wa­nie o moim życiu. Dla­czego? Tylko dla­tego, że mam macicę? Życie z wyboru bez dzieci jest odrzu­ce­niem tych zało­żeń. Silne kobiety, które podej­mują taką decy­zję, codzien­nie muszą wal­czyć z prze­ko­na­niem, że kobieta MUSI być matką. Two­rzą nowy wzór kobie­cej toż­sa­mo­ści. Posze­rzają hory­zonty, a to trudna praca.

- A twoja matka? Co w takim razie o niej myślisz? - pada pyta­nie.

Zaci­skam zęby.

- Moja matka nie ma tu nic do rze­czy. Pro­szę o następne pyta­nie.

#

Kolej­nego dnia stoję w kolejce do kon­troli na lot­ni­sku. Cze­kam na prze­świe­tle­nie bagażu, kiedy pod­cho­dzi do mnie ofi­cer i pyta:

- To należy do pani?

Wska­zuje na małą nie­bie­ską walizkę.

- Tak, do mnie.

- Muszę panią popro­sić o uda­nie się za mną na koniec kolejki - mówi zim­nym tonem.

Jest mniej wię­cej w moim wieku. Ma ciemną skórę, prze­szy­wa­jące brą­zowe oczy, pełne usta, i sze­ro­kie ramiona. Uśmie­cham się do niego słodko, ale on nie reaguje. Zaczy­nam się dener­wo­wać.

- Dokąd pani leci?

- Do Toronto.

Kiwa głową.

Patrzę, jak zakłada czarne gumowe ręka­wiczki i otwiera moją walizkę.

Na szczę­ście ubra­nia są uło­żone, a bie­li­zna dobrze ukryta, ale on zaczyna grze­bać w bagażu. Wsuwa dło­nie głę­boko i wyciąga pierw­szy z upo­min­ków.

Jesz­cze pod­czas kon­fe­ren­cji zawie­ziono nas auto­bu­sem do sta­rej fabryki Har­leya-David­sona na obrze­żach Mil­wau­kee, w któ­rej teraz pro­du­ko­wane są wibra­tory dla firmy pro­wa­dzo­nej wyłącz­nie przez kobiety. Opro­wa­dzono nas po obiek­cie, a na koniec, oczy­wi­ście, każda z nas dostała w pre­zen­cie kilka fir­mo­wych best­sel­le­rów - impre­zo­wych upo­min­ków, z czego nie­źle się uśmia­ły­śmy. Ale teraz nie jest mi do śmie­chu. Moja walizka leży sze­roko otwarta przy flu­ore­scen­cyj­nym świe­tle, a ja się zasta­na­wiam, dla­czego musia­łam przy­jąć te wszyst­kie podarki.

- A to co? - pyta ofi­cer.

- Smu­kły Softail - odpo­wia­dam, patrząc na połą­cze­nie chromu i gumy w jego ręce. Opo­wia­dano nam o korzy­ściach z jego niskich pomru­ków, ale o tym nie zamie­rzam mu mówić.

Kła­dzie przed­miot na sto­liku obok walizki. Następ­nie wyciąga Gru­ba­ska. Jest jasno­ró­żowy, błysz­czący i trzę­sie się w ręce. Tra­fia obok Smu­kłego Softa­ila. A potem ofi­cer wyciąga Niskie Zawie­sze­nie (działa na małych obro­tach i powoli...), a następ­nie Króla Szosy (zabie­rze cię w różne miej­sca...).

Czuję obec­ność osób usta­wio­nych za mną. Męż­czyzn, kobiet, dzieci i sta­rusz­ków. Wszy­scy obser­wują, jak ofi­cer wyciąga ostat­nie urzą­dze­nie - Elek­tryczny Ślizg, do któ­rego pasuje mała kuleczka słu­żąca do - zresztą, nie­ważne. Twarz mi pło­nie. Czy mogła­bym porzu­cić, ot tak, tę walizkę? Czy mam w niej coś, czego NAPRAWDĘ potrze­buję? Ale nagle uświa­da­miam sobie, że tak naprawdę nie mam się czego wsty­dzić. Biorę głę­boki oddech, pro­stuję się i patrzę ofi­cerowi pro­sto w oczy.

- To wszystko? - pyta. Spu­ścił tro­chę z tonu i uśmie­cha się do mnie.

- Tak. To wszystko - odpo­wia­dam pew­nie.

- Wie pani - mówi, wkła­da­jąc wibra­tory z powro­tem do walizki i zapi­na­jąc suwak. - Odro­bina szminki i mogłaby pani zna­leźć męż­czy­znę, który zastą­piłby to wszystko...

trzy

Następ­nego dnia cią­gle myślę o tym kre­ty­nie z ochrony lot­ni­ska. Im wię­cej, tym bar­dziej jestem wście­kła. Nie potrze­buję męż­czy­zny, żeby mi wyja­śniał, jak zna­leźć roz­kosz czy ją uzy­skać. I z góry zało­żył, że jestem hete­ro­sek­su­alna. A gdy­bym była les­bijką? Osobą nie­bi­narną? Nie jego zasrany inte­res! Nie będzie mi jakiś sztywny dupek mówił, jak mam żyć. To kolejny powód, dla­czego nie anga­żuję się w związki z męż­czy­znami. Seks? OK. Coś poważ­niej­szego? Nic z tego. Pro­blem jedy­nie polega na tym, że chyba za dużo roz­my­ślam o sek­sie - a to dla­tego, że nie pozwa­lam sobie na nic ponadto. Na przy­kład, dla­czego moją pierw­szą reak­cją na tego kre­tyna musiał być zachwyt nad jego brą­zo­wymi oczami? Czemu nie mogłam od razu doj­rzeć dupka, który się za nimi ukry­wał?

Bzy­czy inter­kom. Fionn, znany jako miły dozorca (w moim budynku pra­cuje dwóch peł­no­eta­to­wych dozor­ców. Fionn to sym­pa­tyczny dzia­dek), infor­muje mnie, że szef kuchni z Fresh Food Fast czeka w lobby.

- I ma ze sobą duże pudło z jedze­niem, więc lepiej go wpuść, zanim go prze­ko­nam, aby mi coś ugo­to­wał na lunch - śmieje się rubasz­nie, a ja odwza­jem­niam uśmiech. Otwie­ram drzwi i pra­wie upusz­czam tele­fon.

- Ty?! To ty jesteś tym sze­fem kuchni?

- Do usług - odpo­wiada Will, uno­sząc deli­kat­nie kąciki ust i pre­zen­tu­jąc dołeczki w policz­kach. - Nie wie­dzia­łaś, że to ja?

Zabiję Lucy.

Will ma na sobie zno­szone dżinsy i szary dopa­so­wany pod­ko­szu­lek, który pod­kre­śla jego opa­lone ramiona, jego mię­śnie napi­nają się od dźwi­ga­nia dużego pudła uło­żo­nego na zie­lo­nym pudełku Fresh Food Fast. Myślami jestem przy tej nocy w hotelu. Odpy­cham te myśli, ale jego ciało ociera się o moje, kiedy wcho­dzi do miesz­ka­nia. I znowu wszyst­kie te odczu­cia powra­cają.

Sta­wia pudełka na wyspie kuchen­nej.

- Więc to ty jesteś tą influ­en­cerką, która nie umie goto­wać? - szcze­rzy się. - Powi­nie­nem się domy­ślić.

- To jak ty mówisz o sobie? Insta­ate­ista? - sztur­cham go w żebra.

Zga­dza się, ale to tutaj to twoja sprawa, nie moja. Nie dbam o to, jakie zdję­cia zro­bisz czy opu­bli­ku­jesz. Ja mam tylko przy­rzą­dzić to - kle­pie kar­to­nowe pudło. - Wygląda na pię­cio­gwiazd­kowy posi­łek. Ale nie rozu­miem: skoro nie lubisz goto­wać, czemu zgo­dzi­łaś się na współ­pracę z firmą dostar­cza­jącą pro­dukty na posiłki?

Zakła­dam ręce na piersi.

- To naprawdę nie twoja sprawa.

- Wiem... Zro­bi­ła­byś wszystko dla kasy. Rozu­miem - wzru­sza ramio­nami, po czym odwraca się, aby zoba­czyć widok z okna. - No tak, budy­nek miesz­kalny, kolejny budy­nek miesz­kalny, budowa budynku miesz­kal­nego i mały kawa­łek jeziora. - Gapię się na niego i pozwa­lam, aby jego komen­tarz pozo­stał bez odpo­wie­dzi. - No to utknę­li­śmy tu razem - mówi, odwra­ca­jąc do mnie twarz z uśmie­chem od ucha do ucha. - Mogło być gorzej.

- Zaj­mijmy się pracą - mówię. - Rób swoje - macham nad pudłem - a ja zajmę się swoim - pod­no­szę tele­fon.

Zie­lone oczy wpa­trują się we mnie.

- Tak jest, sze­fowo - odpo­wiada i z zaska­ku­jącą zręcz­no­ścią wypa­ko­wuje kilka dużych noży, blok do sie­ka­nia, ręcz­niki kuchenne... Jak kuchenny magik.

- Wow, przy­go­to­wa­łeś się - mówię, sia­da­jąc na tabo­re­cie.

Przy­go­to­wa­łeś się? Mój gen od bły­sko­tli­wych ripost chyba ma dzi­siaj wolne. Może nie powin­nam z nim w ogóle roz­ma­wiać?

- Lubię uży­wać wła­snego sprzętu.

Alu­zja jest tak oczy­wi­sta, że nawet nie odpo­wia­dam. Gapię się na niego.

Zaczer­wie­nił się.

- Serio, powin­naś zoba­czyć, co znaj­duję w szaf­kach, kiedy robię u ludzi cate­ring.

O nie! Natych­miast przy­po­mi­nam sobie o książ­kach. Cał­kiem o nich zapo­mnia­łam.

- Wyja­śnij mi - mówi Will, otwie­ra­jąc pudełko od Fresh Food Fast - dosta­jesz to jedze­nie za darmo i pła­cisz, aby ci to ktoś ugo­to­wał na pod­sta­wie tych bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo łatwych prze­pi­sów. - Poka­zuje dużą zło­żoną na pół kartę z kolo­ro­wymi zdję­ciami. - Ale sama ni­gdy nic z tego nie ugo­to­wałaś?

Kiwam głową.

- A zja­dasz to cho­ciaż?

- Nie.

Patrzy na mnie zie­le­nią sze­roko otwar­tych oczu. Jest dziś świeżo ogo­lony i nie mogę prze­stać myśleć, jak byłoby czuć na skó­rze tę świeżo ogo­loną twarz. Tę gładką, miękką skórę na moich rękach, policzku, mię­dzy nogami... Prze­stań, Kit! Pełen pro­fe­sjo­na­lizm!

- Wiesz, że codzien­nie jedna na dzie­więć osób cho­dzi spać głodna? Wła­śnie jako wolon­ta­riusz bra­łem udział w even­cie dla jed­nego z ban­ków żyw­no­ści. A u cie­bie takie mar­no­traw­stwo. Jak możesz wyrzu­cać tyle jedze­nia?

- Nie wyrzu­cam go - odpo­wia­dam obra­żona. - Oddaję tym, któ­rzy lubią goto­wać, albo zano­szę do przy­tułku na końcu ulicy.

Szcze­rze mówiąc, zro­bi­łam to tylko raz, i cho­ciaż oka­zano mi wdzięcz­ność, zro­zu­mia­łam, że pudełko z żyw­no­ścią tylko dla dwóch osób nie do końca jest tym, czego potrze­bują w tym miej­scu. On ma rację, oczy­wi­ście. Twarz mi czer­wie­nieje, ale nawet jeśli Will to zauwa­żył, nie dał tego po sobie poznać.

- Chyba zapo­mnia­łem sitka - mru­czy do sie­bie z pochy­loną głową.

Otwiera szafkę, zanim zdą­ży­łam go powstrzy­mać. Spo­gląda na książki. Zamyka drzwiczki i otwiera następną. Kolejne książki. I kolejną. Jesz­cze wię­cej ksią­żek. Pochyla się i otwiera szafkę pod wyspą kuchenną. Nie widzę otwar­tej szafki, ale wiem, co on widzi. Książki. Will pro­stuje się i patrzy na mnie.

Wzru­szam ramio­nami.

- Mało tutaj pó­łek na książki, więc impro­wi­zuję.

Kie­ruje na mnie palec.

- Mhm. Gotu­jesz ze mną. Nie będziesz mnie roz­pra­szała, sie­dząc tam tylko i pach­nąc. - Unosi brew i przy­gląda mi się prze­cią­gle, po czym odwraca się i otwiera pie­kar­nik. - Kurwa mać! Prze­cież to grozi poża­rem!

- Nie, jeśli ni­gdy nie włą­czasz pie­kar­nika - odpo­wia­dam spo­koj­nie.

Myślę o mojej mamie. Tak dobrze goto­wała i pie­kła. Pie­kar­nik ni­gdy nie odpo­czy­wał, a zapach bułe­czek czy cia­stek roz­no­sił się po domu zawsze, kiedy wra­ca­łam ze szkoły. Czę­sto łapa­łam jakiś sma­ko­łyk jesz­cze w dro­dze do pokoju, gdzie roz­ma­wia­łam przez tele­fon z kole­żan­kami. Czemu czę­ściej nie zosta­wa­łam z mamą na dole? Gdy­bym tylko wie­działa, jak mało mamy czasu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki