jeden
Kończę rozdział książki i powoli wracam do rzeczywistości. Wstaję z ławki, chłonąc ostatnie promienie wiosennego słońca, wsuwam książkę do
torby i ruszam w stronę hotelu.
No, Kit, dasz radę!, dodaję sobie odwagi. Jeszcze tylko ten jeden raz
i będziesz miała zaliczone w sumie dwadzieścia influencerskich eventów w tym tygodniu - to chyba rekord. Wiadomo, że wiosna to czas na otwarcia,
prezentacje nowości i początki współpracy. A zaproszenie na event
Beachdazer gwarantuje fantastyczną plażówkę. Obecnie mój ideał dobrej
zabawy to pójście do domu, zrzucenie najbardziej niewygodnych szpilek
świata, które rezerwuję jedynie na takie wydarzenia, wskoczenie w ulubioną piżamę, nalanie sobie dużego kieliszka wina i dokończenie
książki. Ale OK. Jest piątek (#Piątek!) i chociaż te otwarcia nie
przynoszą kasy, to potem spłacają się w kampaniach. Muszę tylko się
trochę pouśmiechać, wypić koktajl, popstrykać zdjęcia i podzielić się
nimi z followersami. Przecież to nie operacja na otwartym sercu,
wmawiam sobie.
Mój telefon wibruje.
- Gdzie jesteś?
Czytam wiadomość od Feloise, mojej agentki. Pewnie widzi posty innych
influencerów i boi się, że zdecydowałam się nie pójść na tę imprezę.
Robię zdjęcie Hotelu 6ix, pięćdziesięciopiętrowego hotelu-rezydencji i jej wysyłam, opierając się przy tym chęci przewrócenia oczami, bo
Feloise dociska mnie ostatnio. No cóż, robi po prostu to, co do niej
należy. I to dlatego jest tak rozchwytywana. A ja sama wybrałam taką
pracę i takie życie, mogę więc mieć pretensje jedynie do siebie.
Oto ja, superwoman w białym T-shircie, czarnych cygaretkach i srebrnych
szpilkach, wmawiająca sobie, że daje radę. Głowa wysoko, przyklejony
uśmiech. Popycham masywne szklane drzwi, przerzucając przez ramię moje
średniej długości brązowe włosy.
Lobby Hotelu 6ix przypomina jaskinię - wykończone w ciemnym drewnie,
zimnym metalu i lśniących kafelkach. Po lewej stronie czekają ustawione
w rzędzie asystentki. Stoją według wzrostu, jak matrioszki, z podkładkami do pisania w rękach, błyszczącymi uśmiechami i włosami
ułożonymi w stylu plażowym. Mają na sobie białe sukienki, okulary
przeciwsłoneczne i torby plażowe przewieszone w zgięciu ręki.
- Cześć, Kit! - zwraca się do mnie śpiewnym głosem jedna z nich. -
Jesteś!
Usiłuję przypomnieć sobie jej imię. To Emaline, uświadamiam sobie,
kiedy ta odhacza mnie na liście, po czym prowadzi do lustrzanej ściany z windami. Jedziemy na czterdzieste piętro, rozmawiając o niczym.
Wysiadamy w olbrzymiej sali z oknami od podłogi do sufitu, dającymi
perspektywę niemal trzystu sześćdziesięciu stopni na Toronto: CN Tower,
OVO Centre, w którym koszykówkę trenuje drużyna Raptors, no i wyspy,
które są ulubionym miejscem letnich wypraw wszystkich, poza mną.
Byłam już w tej sali przy okazji trzech innych eventów, ale wciąż
zachwyca mnie ten widok na panoramę miasta. Na dzisiaj sala została
całkowicie przekształcona i przypomina kompleks plażowy. Chociaż
widziałam już z milion transformacji pomieszczeń, ta robi na mnie
wrażenie: na kilku oknach pojawiły naklejki fotograficzne z niektórych
państw, na ich tle można sobie zrobić "zdjęcie z Bali" albo z Tajlandii
czy z Australii. Podłogę pokryto grubą warstwą piasku, na którym
porozstawiano leżaki i parasole oraz porozrzucano piłki plażowe.
- Tu możesz odebrać swoją torbę plażową - mówi Emaline, prowadząc mnie
do ustawionych w rzędzie słomianych koszyków z frędzelkami, płóciennych
toreb w paski i torebek w jasnych kolorach z neonowymi rączkami.
Wszystkie są śliczne, z sentencjami w stylu: "Wszystko mogę, nic nie
muszlę!" i "A może nad morze!". Wybieram pasującą do mojego stroju torbę
w biało-czarne paski z napisem: "Żyj na fali!". Zaglądam do środka. Jest
w niej wszystko, czego potrzeba na plażę: japonki, ręcznik, okulary
przeciwsłoneczne, kapelusz i - gwóźdź programu - lokówka od Beach-dazer.
Zawartość robi wrażenie. Gdybym miała dwadzieścia lat, pewnie
cieszyłabym się z tych zabaweczek przez długi czas, ale teraz
zastanawiam się, czy naprawdę potrzebuję nowej lokówki, ręcznika i okularów przeciwsłonecznych. Przecież to wszystko mogłabym kupić w sklepie, nie poświęcając na to tyle czasu, ile na ten event. No i na
ręczniku nie byłoby logo Beachdazer.
- Czy te domki plażowe nie są fantastyczne? - Emaline pokazuje odległą
ścianę, na której stworzono pół tuzina jasnych domków plażowych.
Domki nie są prawdziwe, nie można do nich wejść, są tylko dla ozdoby. I na potrzeby Instagrama, żeby dać influencerom możliwość wyboru
właściwego tła. Ale wyglądają bardzo realistycznie. A jeśli komuś nie
odpowiadają, bo potrzebuje więcej naturalnego światła, na przykład
fotografowi, którego nie stać na własne przenośne oświetlenie, to
znajdzie on tutaj ścianę z mrożonego szkła, ustawioną blisko jednego z dużych okien. Zresztą jest tu wszystko.
- Jeśli potrzebujesz się przebrać, przy windach są toalety - mówi
Emaline. - Są też stoiska fryzjerskie, gdzie możesz sobie zrobić fryzurę
na "Beachdazer" - wkłada podkładkę do pisania pod pachę, żeby zrobić w powietrzu znak cudzysłowu. - A potem częstuj się jedzeniem i drinkami.
Wspaniałej zabawy i wielu udanych zdjęć. Nie mogę się doczekać, żeby
zobaczyć, jak będziesz wyglądała! - klaszcze z ekscytacji, a potem
podaje mi różową karteczkę. - To jest lista hasztagów, żebyś nie
zapomniała.
Patrzę na kartkę: #życietobeachdazer, #naplażedazer,
#plażowewłosymamtogdzieś.
Emaline przeprasza mnie i zaczyna swoją śpiewkę od nowa, podchodząc do
innej kobiety, która właśnie weszła do sali z dużą czarną torbą
przewieszoną przez ramię. Podąża za nią fotograf, dwudziestoparoletni,
szczupły, wystylizowany. Prawdopodobnie świeżo upieczony absolwent
szkoły fotograficznej. Chociaż może to jej chłopak. A może jedno i drugie.
Rozglądam się po sali, rozważając, czy wyeksponować plażowe loki czy
szklaneczkę burbona ustawioną na kamieniu. I wtedy zauważam innych
influencerów. @NoNoJoJo stoi na "plaży", trzymając dmuchaną piłkę. Znana
jest z tego, że nie używa filtrów i nie edytuje zdjęć, ale ma swojego
profesjonalnego fotografa, a on - cały zestaw sprzętu oświetleniowego.
Widzę, jak robi jej zdjęcia, podczas gdy ona podrzuca piłkę, śmieje się
i łapie ją z powrotem. Potem podchodzi do niego, zerka na ekran aparatu,
przytakuje, że zdjęcia są OK, to znaczy akceptuje je, następnie siada na
fotelu plażowym, zakłada okulary przeciwsłoneczne, bierze różowy koktajl
i - kręcąc parasoleczką - udaje, że popija go przez papierową słomkę w paski. Tymczasem @MopsiaMama usiłuje nakłonić swojego mopsa do siedzenia
w odpowiedniej pozycji na jednym z tych dużych dmuchanych
flamingów, umieszczonych na końcu niebieskiego pasma na podłodze, które
ma przypominać wodę. Mops nie jest zainteresowany, dlatego @MopsiaMama
wygląda na zestresowaną. W tym momencie przypominam sobie, że dziś byłam
na otwarciu kafejki i spa dla zwierzaków w Yorkville i dostałam torebkę
z prezentami. Sięgam do mojej dużej torby od Balenciagi. No i proszę,
mam smakołyki dla psa. Przepycham się do @MopsiaMama i podaję jej
ciasteczko w kształcie lakieru do paznokci. Spogląda na nie, potem na
mnie, i w podziękowaniu obejmuje mnie w teatralnym geście, po czym wraca
do zdjęć.
Tak właśnie wyglądają eventy. Nie ma tam nudnych przemówień czy
prezentacji działania produktów - ten aspekt zanikł około pięciu lat
temu. Wszelkie potrzebne informacje dostaniemy na skrzynki mejlowe po
zakończeniu wydarzenia wraz z zawartymi w naszych umowach danymi
dotyczącymi sposobu informowania w postach o efektach użycia lokówki.
Markę obchodzą jedynie nasze zdjęcia. Wydano dziesiątki tysięcy dolarów,
żeby podczas tego eventu stworzyć nam idealne warunki do wykonania
perfekcyjnych fotek, a my mamy je umieścić na Instagramie, by u naszych
followersów wywołać zazdrość, że nie spędzili piątkowego wieczoru tam
gdzie my. A także wmówić im, że zakup lokówki Beachdazer sprawi, że ich
życie będzie piękniejsze. Dlatego na evencie jemy pięknie zaserwowane
potrawy, pijemy znakomite koktajle, rozmawiamy z innymi influencerami i staramy się zrobić jak najlepsze zdjęcia. Złe zdjęcie nie jest tylko
złym zdjęciem: złe zdjęcie to niski wskaźnik zaangażowania
obserwujących. A to z kolei oznacza, że nie możesz żądać dużo pieniędzy
za udział w kampanii. A jeśli wskaźnik jest naprawdę niski, marka usuwa
cię ze swojej listy itp., itd. ...aż nie jesteś w stanie utrzymać się z bycia influencerem. Większość z nas zdobyła swoich followersów, zanim
nastąpiła zmiana algorytmu. Teraz musisz stale usuwać boty dla pewności,
że twoja lista followersów jest legalna. Bo chociaż marki przekonują, że
nie są tak bardzo zainteresowane liczbami followersów, w rzeczywistości
jest przeciwnie. A pozyskiwanie nowych to długotrwały proces - przebiega
bardziej w tempie żółwia niż zająca. Marki są wybredne, a followersi -
jeszcze bardziej.
Autumn (@LoveAutumn) przechyla się do mnie z sąsiedniego krzesła.
- Załapałaś się na majówkę Crystal Clear, prawda? - pyta, a ja kręcę
głową.
- O kurczę, przepraszam. Wydawało mi się, że należysz do piątki
wybrańców. Zabierają nas na wyspę Fogo na dwie noce - otwiera usta. -
Wierzysz w to? Nie, żebyś sama nie mogła tam pojechać...
Obie wybuchamy śmiechem i popijamy drinki. Wiemy, że nikt nie jeździ do
takich miejsc sam. Jednak nie o to chodzi. Przecież każdy może zatrzymać
się w instagramowym Fogo Island Inn, jeśli stać go, by na tej wyspie,
położonej daleko na Atlantyku, zapłacić dwa tysiące dolarów za noc w hotelu i podróżować przez cały dzień samolotem, samochodem i promem. Nie
w tym rzecz. Chodzi o to, żeby NIE MUSIEĆ płacić. Pozyskanie zaproszeń
na majówkę to nieformalne zawody między influencerami. I chociaż wmawiam
sobie, że mi nie zależy, że nie jest to mój główny cel eventowy i darmowy wyjazd nie opłaci mi rachunków, czuję się urażona, że nie
znalazłam się w grupie wybrańców. I nie zmienia tego mój zapełniony po
brzegi kalendarz, do którego nie dałabym rady wcisnąć kilkudniowej
promocyjnej majówki. Zwłaszcza że muszę jeszcze popracować nad odczytem
Kobiety w biznesie, do czego zobowiązałam się w swojej firmie.
Godzinę później moje średniej długości brązowe - zwykle proste - włosy,
są poskręcane w duże fale, a ja rozglądam się za idealnym miejscem do
ustawienia statywu na aparat. Ktoś puka mnie w ramię. Odwracam się i widzę mężczyznę ubranego na czarno, z aparatem zawieszonym na szyi.
- Mogę? - pyta i podnosi aparat.
- Oczywiście.
Odsuwam kosmyk włosów z twarzy. Takie eventy zatrudniają też swoich
fotografów, aby asystenci mogli stworzyć specjalne raporty po
zakończeniu imprezy.
- Gdzie mam stanąć?
Przekręcam się trochę w kierunku okna, żeby zredukować cienie i stosuję
uśmiech, który dopracowałam do perfekcji podczas tysiąca podobnych
zdjęć, na tysiącu podobnych wydarzeń promocyjnych.
Ale fotograf patrzy gdzieś nade mną. Odwracam się i widzę
@LegalnaBrunetka. To Balaya i jej brązowe włosy, oczy w kolorze kawy,
nieskazitelna brązowa skóra, wzrost metr osiemdziesiąt i sylwetka
modelki. Studiuje prawo, ale nie ukrywa, że jeśli przed ukończeniem
studiów zdobędzie milion followersów, rzuci szkołę dla życia
influencerki. "To moja pasja" - zapewniała w wywiadzie dla "The Cut",
który czytałam przed kilkoma miesiącami. Artykuł "kupił" jej kolejne
trzysta tysięcy followersów. A ja jej wierzę. Wierzę, że kocha się
stroić i robić sobie zdjęcia. Jak teraz. Kocha każdą minutę takiego
życia.
Umykam w prawo, zawstydzona, kiedy @LegalnaBrunetka idzie w moją stronę
- biodra do przodu, usta w dzióbek. Rozglądam się po sali, zastanawiając
się, jak długo powinnam tu jeszcze zostać.
- Przestań! Obecność tutaj nie może być aż tak straszna! - mówi ktoś. A ja odwracam się i spoglądam w najzieleńsze oczy, jakie kiedykolwiek
widziałam. Wyrzeźbiona twarz z lekko widocznym zarostem, ciemna skóra i włosy Rogera Federera. Mężczyzna jest wysoki, ma szerokie ramiona i trzyma w jednej ręce tacę pełną jedzenia w taki sposób, że wygląda na
lekką jak piórko.
- Słucham?
- Czy nie powinnaś wyglądać, jakbyś się świetnie bawiła? Uśmiechać się i tak dalej? Stać cię na więcej.
- Uśmiechałam się, dopóki nie zdecydowałeś, że będziesz dyktował mi, jak
powinnam się zachowywać - dlaczego w ogóle rozmawiam z tym gościem?
- Eee tam... Udawałaś tylko, że się uśmiechasz. Twoje oczy, twój umysł,
były gdzie indziej. Powinnaś być zachwycona, że tu jesteś. To powinna
być wspaniała zabawa, ale ty tego nie czujesz. I do tego źle ci z tym,
bo masz świadomość, że powinnaś być bardziej zaangażowana, wykrzesać z siebie więcej podekscytowania z darmowego fryzjera, drinków, ładnych
zdjęć, wspaniałego jedzenia - i możliwości nazywania tego pracą. A ty
wyglądasz tutaj przeważnie na rozmytą - przepraszam za wyrażenie. Można
to wyczytać z twojej twarzy z plaży - śmieje się. - Powinni to
umieszczać na torbach, które wam tu rozdają.
Opadła mi szczęka. Dlaczego najprzystojniejsi faceci zawsze muszą być
jednocześnie największymi dupkami? Już mam na niego naskoczyć, ale on
szczerzy się i mówi:
- Drażnię się z tobą. Masz śliczną buzię, tyko wyglądasz, jakbyś nie
chciała tu być.
- Po pierwsze, nie potrzebuję, żebyś analizował mój wygląd, bo to nie
twoja sprawa. A po drugie, jesteś mężczyzną na evencie reklamującym
lokówkę. Jak bardzo musisz być zdesperowany?
- To - wskazuje na mnie palcem - było seksistowskie. Ale nie wezmę tego
do siebie, bo - w odróżnieniu od ciebie - nie jestem starzejącym się
influencerem. Właściwie to jestem Instaateistą. Jestem też powodem, dla
którego nie możesz przestać jeść kanapeczek, bo to ja je zrobiłem -
uśmiecha się, a jego zielone oczy iskrzą.
- Wow - mówię, wachlując się ręką. - Musisz być specem od cateringu,
skoro zdobyłeś to zlecenie.
Wygląda na skonfundowanego.
- Catering na wydarzeniu promocyjnym wyłącznie dla kobiet, na którym
nikt nawet nie dotyka jedzenia. Te przystawki mogłyby być niejadalne, a nikt i tak by się nie zorientował.
Oczy mu się zwęziły, a ja prycham i odchodzę z łomocącym sercem i burczeniem w brzuchu. Nie, nie ma mowy, żebym zjadła cokolwiek, co
zrobił ten kretyn.
Podchodzi do mnie Lucy, szefowa firmy PR-owej, zatrudniona do
poprowadzenia tego eventu.
- Ahoj! - szczerzy się.
Stawiam szklankę na wysokim stoliku obok, bo Lucy wita się nie całusem w powietrzu, tak jak inni specjaliści od reklamy, ale mocnym uściskiem.
Znamy się od czasu, kiedy obie raczkowałyśmy w tej branży. Jest jedną z moich najulubieńszych znajomych.
- Dzięki, że przyszłaś. Wiem, że nie znosisz takich imprez. Tym bardziej
dużo to dla mnie znaczy.
- Żartujesz, ośmiorniczko? Świetnie się pławię!
Obie wybuchamy śmiechem, a ja w duchu przeklinam gościa od cateringu.
- Wiem, że to przesada, ale klient wydaje się zadowolony.
Wzruszam ramionami i uśmiecham się. Lucy i ja współpracujemy z tymi
samymi markami, między innymi z Fresh Food Fast, która przesyła klientom
składniki do wykonania domowych posiłków. Wszystko w odmierzonych
ilościach, zapakowane w ładne kartonowe pudełka nadające się do
recyklingu. Kiedy zjadasz przygotowane z tych składników potrawy,
czujesz się, jakbyś ratował Ziemię. Albo przynajmniej takie jest
założenie. Fresh Food Fast jest moim największym klientem. Lucy pomaga
mi w pracy dla nich, a ja wspieram ją w pracy dla innych klientów.
- Przypomnij mi, że mam coś dla ciebie. To wejściówka do minispa na
Dzień Matki. Goście mogą przyprowadzić córki lub matki, więc możesz
zabrać... - gryzie się w język. - O, cholera. Jestem beznadziejna.
Przepraszam!
- W porządku, Luce - kręcę głową i kładę rękę na jej ramieniu. - Nie
przejmuj się.
- Chcę ci kogoś przedstawić - mówi, rozglądając się po sali, i znika, a po chwili wraca, prowadząc kogoś pod rękę.
I oto stoi przede mną szef kuchni. Znowu. Uśmiecha się do mnie tymi
swoimi dołeczkami w policzkach.
- Poznaj Willa McGregora - mówi Lucy. - Jest szefem kuchni. Zatrudniłam
go na ten event. Próbowałaś jego potraw? Są niesamowite. Will, poznaj
Kit Kidding, jedną z naszych głównych influencerek.
Patrzy na mnie wyczekująco. To nie pierwszy raz, kiedy Lucy usiłuje mnie
z kimś wyswatać. Potrafi wyłowić dla mnie seksownych mężczyzn. Jestem
jej wdzięczna, że nawet w takim nawale pracy myśli najpierw o mnie.
Tylko że ja nie jestem pewna, czy chcę jeszcze zaangażować się w jakiś
związek. Czasami myślę, że najlepiej będzie mi już zawsze samej.
- Poznaliśmy się już - mówię grzecznie, a z mojego brzucha dobiega
głośne burczenie.
Jakiś spec od reklamy dotyka ramienia Lucy, a ona, unosząc palec, każe
mu chwilę zaczekać.
- Przepraszam, muszę was opuścić. Powinniście ze sobą porozmawiać. Will
nie ma Instagrama - z szeroko otwartymi oczami zwraca się do Willa: -
Może Kit mogłaby ci z tym pomóc - uśmiecha się, klepiąc go po ramieniu.
- Nie ma szans - mówię, kiedy już jestem pewna, że Lucy nie słyszy.
- No i dobrze. Nie potrzebuję pomocy. Nie jesteś nieco za stara na
influencerkę? - pyta Will z uśmieszkiem w oczach.
- Nie jesteś za dużym dupkiem, żeby być szefem kuchni?
- Myślę, że szefowie kuchni powinni być dupkami - śmieje się. - A ja nie
twierdzę, że jesteś stara, per se. Jesteś całkiem ładna.
Nie taksuje mnie wzrokiem z góry na dół, jak się tego spodziewam. Jego
oczy są skupione na moich, a ja nie potrafię uciec wzrokiem od jego
spojrzenia.
- Czy influencerki to nie nastolatki czy dwudziestoparolatki,
mieszkające z rodzicami i przez cały dzień robiące sobie selfie? -
drażni się ze mną.
- Skąd czerpiesz informacje, dziadku? Z programu Dateline? - odpalam,
choć straciłam rezon. - Zdajesz sobie sprawę, że prowadzenie kuchni bez
konta na Instagramie to słaba decyzja? Jedna z najbardziej popularnych
kategorii na Insta to żywieniowe porno.
- Wow, już mówisz do mnie niegrzecznie - unosi brwi i świdruje mnie
wzrokiem. Serce mi podskakuje. Cholera.
- I skąd w ogóle Lucy cię wytrzasnęła? Z Allegro Lokalnie? - no i odzyskałam rezon.
- Z życia - odpowiada. - Powinnaś kiedyś spróbować. A, racja, jeśli nie
możesz zrobić zdjęcia i go wrzucić do sieci, to czy zdarzenie
rzeczywiście ma miejsce?
Oczy mu błyszczą ze złości, ale zdradzają go dołki w policzkach. Zapiera
mi dech i zanim zdążę się pohamować, flirtuję z nim.
- A może byśmy się przekonali? - podaję mu mój telefon. - Przydaj się na
coś. Zrób mi zdjęcie, żebym mogła już stąd wyjść i wrócić do mojego
prawdziwego życia.
Odchodzę, kieruję się do niebieskiego domku plażowego, ale w duchu
modlę się, żeby za mną szedł. Odwracam się. Jest. Idzie w moją stronę.
Przyjmuję pozę wypracowaną przez ostatnie lata. Will patrzy na mnie
przez obiektyw, a ja przyglądam się jego sylwetce. Umięśnionym ramionom,
mocno zarysowanej szczęce, opalonej skórze. O rany!
- Może rzuć frisbee - mówi Will. Robię do niego głupią minę, a on
wyrzuca ręce w górę w obronnym geście i dodaje: - No co? Myślałem, że
zadaniem instagramowego chłopaka jest dawanie wskazówek.
- Po prostu zrób zdjęcie.
Pozuję jeszcze kilka razy, od niechcenia biorąc frisbee, bo zajęcie
czymś rąk to tak naprawdę nie najgorszy pomysł.
- Proszę - Will oddaje mi telefon. - Zrobiłem trzy czy cztery zdjęcia.
Na pewno jedno z nich się nada.
- Trzy czy cztery?! - chwytam za telefon.
Wybucha śmiechem.
- Spokojnie. Jest jakieś sto.
- Świetnie. Dziękuję. Muszę już iść. Do zobaczenia, Willu McGregorze.
Kiwa głową, zaciskając wydatne usta.
- Do zobaczenia, Kit.
Kieruję się do wyjścia. Żegnam się z asystentkami, które rozdają
ponownie kartki z hasztagami, na wypadek gdyby ktoś jakimś cudem zgubił
te pierwsze. Docieram do windy, a kiedy zamykają się drzwi, wydycham
powietrze i rozluźniam się. Szkoda, że nie interesuje mnie teraz
randkowanie, bo ten facet jest seksowny. Mimo że jest dupkiem.
Przechodząc przez lobby, otwieram aplikację Ubera i kiedy wpisuję swój
adres, dostaję esemesa od nieznanego numeru.
Pójdź ze mną na prawdziwego drinka. W barze w lobby za trzy minuty.
Serce mi podskoczyło. Wpatruję się w telefon. Jak? Kiedy? Czy to
wiadomość do mnie?
Klikam w esemesa i widzę, że jest tam wiadomość ode mnie do tego kogoś.
Brzmi następująco:
Cześć, ciacho! Serio?!
Gapię się na swój telefon. Przekręcam go, żeby się upewnić, że jest
rzeczywiście mój. Na etui widzę zdjęcie starych francuskich drzwi, przed
którymi leżą na podłodze wielkie sterty książek. Tak. To mój telefon.
Ale ja nie wysyłałam tego esemesa. Zerkam na tę wiadomość - jest sprzed
trzech minut.
- Niezły trick, prawda? - podnoszę głowę i widzę przed sobą Willa.
- Jak to zrobiłeś?
Wzrusza ramionami.
- Chodź - w rękach trzyma pudełko. - Przyniosłem ci moje przystawki.
Pomyślałem, że jesteś głodna. Burczenie w brzuchu zwykle oznacza głód -
śmieje się. - Choć podziwiam twoją determinację, by nie spróbować moich
kanapek tylko dlatego, że mnie nie lubisz.
- Daj mi to - mówię, łapiąc za pudełko. - I dziękuję.
- Proszę bardzo - lewą ręką odsuwa z twarzy pukiel błyszczących grubych
włosów.
Żadnego dzwonka. Idę za nim do baru w lobby. Zajmujemy dwa stołki przy
barze i otwieramy pudełko. Barman przeciera shaker do martini.
- Co podać? - pyta.
- Burbon z lodem - mówię z pełnymi ustami. Will unosi brew.
- A nie dziewczyński drink? Podoba mi się twój styl. Dla mnie to samo.
Barman kiwa głową.
- Na rachunek?
- Nie - odpowiadam, a Will mówi w tej samej chwili: - Pewnie! - I spogląda na mnie.
- Sama płacę za swoje drinki - informuję. I sama rozliczam sobie
podatki, i sama radzę sobie z problemami, dodaję w myślach.
- Nie chodziło mi o to, że ja postawię drinka tobie. Pomyślałem, że to
ty mogłabyś postawić drinka mnie po tym, jak zrobiłem ci zdjęcia warte
milion dolarów i przyniosłem ci jedzenie.
Przewracam oczami.
- Dobrze. Na jeden rachunek - wrzucam do ust coś w rodzaju smażonego
pierożka. Jest przepyszny.
Chwilę później barman popycha w naszym kierunku drinki. Bierzemy
szklanki do rąk, a Will stuka swoją o moją.
- Opublikowałaś już to zdjęcie? Dostałaś już milion lajków? Bo o to
chodzi w tej grze, prawda?
- To nie gra. Poprosiłeś mnie o drinka, żeby mnie dręczyć, czy z jakiegoś innego powodu?
Will wzrusza ramionami.
- Mniej więcej o to chodziło. Tak łatwo się z tobą droczyć.
- A ciebie łatwo klepnąć - uderzam go lekko w ramię.
- Ręka mi płonie.
- To te mięśnie. Nie możesz przejść obok nich obojętnie - Will się
przeciąga. - Ćwiczysz te drętwe powiedzonka przed lustrem, zanim
wyjdziesz z domu?
Przekomarzamy się tak przez jakiś czas. W pewnej chwili jego kolano
dotyka mojego. To elektryzujące uczucie, jakby prąd przebiegł przez moje
ciało. Zamawiamy kolejne drinki, a ja czekam na te małe spięcia, czasem
sama je prowokuję: tu ręka, tam kolano... Niewinne, ale odurzające.
Wreszcie barman ogłasza ostatnią kolejkę.
Wstaję i biorę torbę. Will też się podnosi.
- Fajnie było - mówi.
- Może dla ciebie - teraz ja się z nim drażnię. Część mnie nie chce,
żeby to spotkanie się skończyło. Niechętnie przyznaję, że bawię się
znacznie lepiej niż sama w pustym mieszkaniu.
- Chcesz zobaczyć widok z mojego pokoju? - pyta.
- Czy jest lepszy niż z okna sali eventowej? - ripostuję, ale jestem
zaintrygowana. Jeśli ma tu pokój, to znaczy, że nie jest z miasta. A to
z kolei oznacza, że byłaby to przygoda na jedną noc. Nie musiałabym się
z nim już spotykać. Jednorazowa sprawa. Takie mi teraz najbardziej
pasują. Żadnych zobowiązań, żadnego zaangażowania. To jest rok, w którym
mam się skupiać tylko na karierze - niczym innym.
- Will kręci głową.
- Widok jest gorszy. Ale mam orzeszki w barku. Chcesz zobaczyć moje
orzeszki?
Usiłuje zachować powagę, ale kiedy zaczynam się śmiać, on też wybucha
śmiechem.
- No widzisz? Wiedziałem. Chcesz zobaczyć moje orzeszki. Chodźmy.
Kiwam głową, a Will bierze mnie za rękę i prowadzi do windy. A potem
jedziemy wyżej i wyżej. Ciało przy ciele, aż brakuje mi tchu. Will
przesuwa dłoń po moich plecach. Opuszkami palców dociera do szyi. Jego
dotyk wywołuje mrowienie w całym ciele, jakby dotykał mnie wszędzie.
Chcę spowolnić czas, żeby przedłużyć chwilę cudownego oczekiwania.
Słychać piknięcie i drzwi windy otwierają się. Will łapie mnie za rękę i prowadzi wzdłuż korytarza, grzebiąc w kieszeni w poszukiwaniu karty.
Przeciąga ją przez zamek, otwiera drzwi i wciąga mnie do środka.
Kopniakiem zamyka drzwi, a ja odwracam się i popycham go na nie. Chcę
rządzić. Podchodzę do niego. Łapie mnie za biodra, a ja przesuwam rękami
po jego ramionach. Przyciąga mnie do siebie i próbuje pocałować, ale ja
kieruję usta do jego ucha. Przygryzam płatek, a on dyszy, ściskając moje
biodra. Rozpinam kilka guzików jego dopasowanej koszuli, ale przerywa mi
i ściąga ją przez głowę. Całuje i przygryza moją szyję. Jego klatka
piersiowa jest umięśniona i opalona. Pasmo włosków prowadzi w dół
brzucha i znika za linią bielizny. Ściągam biały podkoszulek,
przypominając sobie, że włożyłam pod niego praktyczny cielisty
biustonosz. Na chwilę wraca mi świadomość, ale za moment to uczucie
znika, kiedy Will zbliża się do mnie, przesuwając palcami w górę moich
pleców. Potem rozpina zapięcie biustonosza. Kręci nim na palcu, po czym
strzela jak z procy na drugi koniec pokoju. Wybucham śmiechem.
- O! Podobają ci się moje sztuczki, co?
- Jeszcze nie wiem - odpowiadam, kiedy przesuwa mnie w kierunku łóżka.
Siadam na krawędzi, a on pochyla się nade mną. Językiem wytycza linię
pomiędzy moimi piersiami w dół - do brzucha, do krawędzi spodni. Rozpina
je, a ja się z nich wyślizguję, zrzucając jednocześnie szpilki.
- Mam nie przestawać? - pyta, patrząc na mnie. Naciskam jego głowę w dół, a on delikatnie popycha mnie do tyłu, tak abym się położyła. Rękami
rozchyla mi nogi i przysuwa głowę do mojej W. Jego usta poruszają się
coraz szybciej. Jęczę. Nie mogę się powstrzymać.
- Czekaj - mówi. Odchodzi, a ja mogę obejrzeć go w całej okazałości.
Jak to możliwe, że jesteś taki wysportowany, skoro jesteś kucharzem? Nie
powinieneś mieć obwisłego brzucha od jedzenia masła i sera?! - wołam za
nim.
- Uch...
Słychać, że czegoś szuka.
- Nie przechwalałeś się czasem, jakim to jesteś dobrym szefem kuchni? -
drażnię się z nim.
- Czemu rozmawiamy o moich zdolnościach kulinarnych?! - woła z łazienki.
- Powinnaś raczej pytać, czy jestem dobry w łóżku.
Czuję, jak twarz mi czerwienieje, ale udaję pewną siebie, co ma
sugerować, że cokolwiek tu robimy, nie jest dla mnie nowością. - Dobrze
więc. Jesteś dobry w łóżku?
- Będziesz musiała się przekonać - mówi, wychodząc z łazienki z błyszczącą kwadratową paczuszką w ręce.
- Wygląda to pewnie, jakbym planował seks na dzisiejszy wieczór. Ale
prawda jest taka, że trzymam kondom w walizce. Był tam od zawsze.
- Od zawsze?
Marszczy brwi.
- No tak, właściwie to nie od zawsze. Ale sprawdzę, żeby mieć pewność -
mruży oczy, żeby odczytać datę, a potem unosi zaciśniętą pięść. - Dobra.
Uff!
Rozrywa opakowanie i zakłada kondom, a ja czuję gorąco od pragnienia,
aby poczuć go pod sobą. Zaczynamy powoli, a potem tempo przyspiesza.
Przewracam go na plecy. Siadam na nim i pomagając sobie ręką, zsuwam się
na niego. Poruszamy się w zgodnym rytmie. Wyginam plecy do tyłu. Jego
ręce na moich biodrach. A potem przekłada mnie tak, że to on jest na
górze. Znowu łapiemy rytm. Opiera ręce obok moich ramion, jakby robił
nade mną pompki. Seks z nim jest lepszy niż jakikolwiek inny. Szczytuję,
a chwilę później on także rozluźnia mięśnie. Opadamy bez tchu na plecy.
- Tego się nie spodziewałem - mówi Will, a jego oczy się śmieją.
Potwierdzają to także jego dołeczki w policzkach.
Dwadzieścia minut później nadal leżymy w masywnym hotelowym łóżku. Will
wpatruje się intensywnie w moje oczy. Głaszcze moje włosy, a ja się do
niego uśmiecham. To jest takie proste i wygodne, jakbyśmy się znali od
wieków, a nie od kilku godzin. Jak to możliwe? Przechyla się i całuje
mnie w usta. Pocałunek jest miękki i czuły. Potem opiera mnie na swojej
zgiętej ręce i jest mi tak dobrze. Zbyt dobrze. Owijam się pościelą i siadam.
- Muszę iść - mówię.
- Nie, nie musisz - odpowiada z zaskakującą pewnością siebie. - Zostań.
Rano zamówimy jedzenie. Co tylko zechcesz. Gofry, bitą śmietanę...
- Nie mogę - powtarzam. - Rano mam coś do zrobienia.
Will przygląda się w milczeniu, jak zbieram ubrania. Tyłem do niego.
Ubieram się, świadoma jego spojrzenia. Potem odwracam się i całuję go
szybko.
- Fajnie było. Do zobaczenia - mówię, choć wiem, że to nieprawda. Nigdy
więcej się z nim nie spotkam. Szukam torebki i torby plażowej. Wiszą na
krześle. Chwytam je i wychodzę.
dwa
Nie ma nic lepszego od porannego joggingu, prawda? Właśnie przebiegłam
się wzdłuż promenady i czuję się jak na wakacjach w mieście! Bieganie to
jeden z lepszych sposobów na podkręcenie kreatywności! #udanegoweekendu
#trening #fitnessmotywacja
Oczywiście nie biegam. Leżę w łóżku w piżamie, rozmyślając o nocy z Willem. O tym, jak nam było dobrze razem, tak prosto, bez komplikacji.
Ciekawe, czy jeszcze kiedyś się zobaczymy?
Publikuję zdjęcie, które zrobiła mi Feloise kilka tygodni temu. Nie
biegałam wtedy. Jedynie przebrałam się w nowe błyszczące legginsy,
sportowy top i buty. Truchtałam w tę i z powrotem, aż Feloise złapała
odpowiednie ujęcie. Zdjęcia fitness robią dobrą robotę na Instagramie, a Feloise załatwia mi właśnie kontrakt z dużą marką sportową. Mówi, że
podobam się temu klientowi, ale jeśli mieliby rozważyć podpisanie ze mną
umowy, moje konto musi być bardziej #fitnessmotywujące. Ostatnio nie
wstawiałam takich treści na konto. Wprawdzie jeździłam na rowerze i chodziłam na jogę, ale robiłam to dla siebie, a nie żeby pstrykać
selfie. Jednak nie mogę odrzucać takich intratnych kontraktów, bo życie
w pojedynkę jest o wiele bardziej kosztowne, niż kiedykolwiek myślałam.
Dlatego powinnam bardziej wykorzystać konto instagramowe, w końcu do
tego właśnie mi służy. Mam to w głowie za każdym razem, gdy muszę zrobić
coś, czego nie lubię. To tylko praca, tłumaczę sobie.
Telefon bzyczy, a moje serce podskakuje. Ale to nie może być Will,
przecież kompletnie go spławiłam. I wypadłam z jego pokoju jak strzała.
Taki właśnie miałam plan, upominam siebie. Nawet jeśli był to
najlepszy seks od czasu dobrych relacji z Erikiem. Albo jeszcze
wcześniej. Myślę o Ericu. I zmarnowanych pięciu latach. I rozstanie z nim zaraz po studiach... Nigdy więcej. Tym razem będzie po mojemu.
Żadnych zobowiązań. Żadnego uzależnienia od drugiej osoby. Żadnych
związków.
Telefon nadal bzyczy, a ja wracam do rzeczywistości.
To Feloise.
- Przed chwilą opublikowałam zdjęcie z biegania - mówię, zanim zdąży o coś zapytać. Męczy mnie o to od kilku tygodni.
- Ci od Fresh Food Fast są źli - mówi.
- Ale o co chodzi? Moje zdjęcia są zawsze świetne.
- Ale to nie jest jedzenie przez ciebie przyrządzone.
Poczułam się zawstydzona, co zdarza się za każdym razem, gdy zawalam
jakieś domowe zajęcie. Zaraz myślę o mamie i o tym, jak dobrze radziła
sobie absolutnie ze wszystkim: gotowaniem, dzierganiem, szyciem... Czemu
nie odziedziczyłam po niej tej cechy?
- No i?
- Robisz kampanię marki, której jedynym celem jest dostarczanie ludziom
składników do GOTOWANIA W DOMU. Musisz gotować, Kit.
- Ale ja nie gotuję. Uprzedzałam cię o tym, kiedy podpisywałyśmy umowę.
Zapewniałaś mnie wtedy, że nie ma problemu.
Feloise wzdycha:
- Tak. I oni to rozumieją. Dlatego ich agencja PR przysyła kogoś, kto
będzie gotować za ciebie. Twoim zadaniem będzie tylko zrobić odpowiednie
zdjęcia. To chyba możesz zrobić?
Robię minę do telefonu.
- Kucharz będzie u ciebie dzień po twoim powrocie. Przyślę ci
zaproszenie.
Rozłączam się, a moje myśli natychmiast wracają do Willa. Natychmiast
zapominam o Fresh Food Fast. Pewnie już wyjeżdża. Otwieram wiadomość,
którą przesłał mi wczoraj i wtedy to do mnie dociera: numer jest
tutejszy.
#
Po południu jestem już w samolocie. Lecę do Milwaukee na konferencję
Kobiety Ameryki Północnej w biznesie - jeden z moich ulubionych
eventów, na którym nie muszę tylko pozować do selfie. Mam tam wygłosić
mowę motywacyjną, nad którą pracowałam od tygodni. To właśnie uwielbiam
robić. Zamiast być influencerką z Instagrama i wpływać na życie kobiet
poprzez moją książkę Na zawsze bez dzieci - o aspektach i radościach
nieposiadania potomstwa. Jej wydanie zapoczątkowało powstanie dziesiątek
grup Bez dzieci w całych Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Grup
umożliwiających kobietom wymianę doświadczeń na temat kariery, życiowych
celów i wielu innych rzeczy, oczywiście oprócz wychowywania dzieci. Co
chwila pojawiają się informacje o utworzeniu kolejnej takiej grupy.
Wygląda na to, że kobiety desperacko potrzebowały przestrzeni do rozmów
o swoich pragnieniach oraz decyzjach o nieposiadaniu dzieci bez
odczuwania przy tym poczucia winy.
Siadam wygodnie w fotelu. Słyszę piknięcie telefonu.
Tamta noc była fajna. Znajdziesz czas na kolację w tym tygodniu? Może w czwartek?
Czuję ciarki na całym ciele. Coś mnie w nim tak bardzo pociąga - mimo
początkowego zniesmaczenia jego arogancją. Wydaje się staromodny i to mi
się w nim podoba - to jego esemesowanie pełnymi zdaniami, jakby pisał
mejla, i ta władczość - zapraszanie do zrobienia konkretnej rzeczy w konkretnym dniu, a nie jak inni, tak niepewni, że nie wiesz, czy
zapraszają cię na spotkanie w tym stuleciu, i czy w ogóle zależy im na
spotkaniu z tobą. Może powinnam się z nim spotkać? No co takiego się
stanie? Targa mną niepokój, bo czuję, że on ma nadzieję na coś więcej.
Nie, nie mogę sobie na to pozwolić. Nie teraz. Nie mogę zakochać się w mężczyźnie, który najpierw będzie mnie błogosławił za to, że nie goni go
mój tykający zegar biologiczny, a potem z pewnością z tego powodu mnie
opuści. Tak jest zawsze. Dlatego na razie, do czasu, aż znajdę
niezawodną metodę, jak nie dać sobie złamać serca, będę trzymała się
facetów, których imiona ledwo pamiętam, którzy nie zajmują moich myśli
dłużej niż jedną milisekundę dziennie. Will stąpa po kruchym lodzie.
Zamykam wiadomość. Wsuwam telefon do torebki i wyciągam książkę.
#
Rejestruję się w hotelu. Piszę do Glorii i Xiu - moich najlepszych
koleżanek, które będą na konferencji - że już jestem. Rozpakowuję
walizkę, ogarniam się i raz jeszcze zerkam na swój odczyt, który mam
wygłosić wieczorem na kolacji z okazji otwarcia konferencji. Kiedy już
jestem gotowa, schodzę do baru w lobby - ciemnego pomieszczenia w odcieniu bursztynu.
Wita mnie kilka kobiet z lokalnej grupy Bez dzieci.
- Obserwujemy cię na Instagramie od lat - mówi jedna z nich.
Inna twierdzi, że jest moją fanką od czasów, kiedy nie prowadziłam
jeszcze bloga No Kidding na BuzzFeed. Wydaje mi się, że to było wieki
temu. Pisałam wtedy na temat: Randkowanie, kiedy wiesz, że nie chcesz
mieć dzieci. Kobieta jest mniej więcej w moim wieku. Przedstawia się
jako Arietta Smith. Rozpoznaję to imię.
- Uwielbiam to, co robisz - mówię. - Co roku zamawiam twoje plannery.
Arietta tworzy inspirujące kalendarze dla kobiet pracujących. W jej
plannerach niedziela na przykład to dzień, kiedy odpowiadasz na te setki
mejli, które pominęłaś w ciągu tygodnia, a nie - jak w typowych
plannerach dla kobiet - dzień na tygodniowe rozplanowanie posiłków.
Odnajdują mnie Gloria i Xiu. Siadamy przy stoliku. Xiu jest cichsza niż
zwykle. Wydaje mi się, że to ze zmęczenia, bo ma za sobą
osiemdziesięciogodzinny - albo i dłuższy - tydzień pracy, który
zaliczyła, by móc tu przyjechać. Gloria za nią nadrabia, trajkocząc o domu, który udało się jej sprzedać w trakcie lotu tutaj.
- Apartamenty Laneway to dla mnie żyła złota - mówi. - Powinnaś o tym
pomyśleć.
Kręcę głową.
- Bez garażu nie biorę.
- Wiem. Ale w twoim zakresie cenowym... - Spogląda na mnie jak znawczyni
rynku nieruchomości. I może rzeczywiście jest w tym świetnie rozeznana,
ale tylko ja wiem, czego mi potrzeba. I po co szukam garażu.
Kobieta przy stoliku obok rozmawia przez telefon i z minuty na minutę
wydaje się coraz bardziej poruszona. Słyszymy, jak mówi:
- To tylko jeden weekend, Miles. Musisz sobie poradzić. Też jesteś
rodzicem.
Gloria parska śmiechem:
- Kocham życie bez dzieci, a wy?
Wypuszczam powietrze, bo JA TEŻ!
Nagle zjawia się jedna z organizatorek i pyta, czy zrobiłyśmy już sobie
zdjęcie na tle billboardu z reklamą konferencji, opatrzonego hasztagiem
#kobietywbiz. Szybko się uwieczniamy, by mieć już to z głowy, po czym
idziemy do głównej sali, w której odbędzie się kolacja. Umawiam się z Glorią i Xiu na później, w barze, a sama przechodzę do głównego stołu,
gdzie zarezerwowano mi miejsce obok jednorękiej surferki. Jej pamiętnik
pochłonęłam pół roku temu, chociaż słowo "pochłonęłam" nie jest na
miejscu, skoro to historia o dziewczynie, która przeżyła atak rekina.
Lepiej zabrzmi: "nie mogłam się oderwać od jej książki".
Dziewczyna mówi, że także czytała moją książkę i pyta, czy zamierzam
wydać drugą.
- Mój wydawca ma nadzieję, że napiszę kontynuację w stylu "pięć lat
później" - odpowiadam.
Krzywi się, a ja jej przytakuję.
- No właśnie.
Nasze książki może i są teraz bestsellerami, ale daleko im do klasyków,
które się nie starzeją, a ich sprzedaż nigdy nie spada. Większość kobiet
na sali pewnie też czytała moją książkę, dlatego wkrótce organizatorzy
konferencji nie będą już jej zamawiać w ramach kontraktu.
Bardzo podobało mi się tworzenie Na zawsze bez dzieci, ale trwało
bardzo długo, chociaż pisałam tę książkę, zanim kampanie do Instagrama
zaczęły pochłaniać moją energię. Dlatego teraz, gdy mam na głowie tyle
spraw do załatwienia, pisanie książki nie wchodzi jednak w rachubę.
Kątem oka dostrzegam organizatorkę tego spotkania. Drobną kobietkę około
czterdziestki z krótkimi blond włosami przyciętymi na boba. W kopertowej
sukience do łydki i cielistych szpilkach zmierza do sceny. Uderza
paznokciem w mikrofon, prosząc o ciszę. Zamieniamy się w słuch.
Kobieta przedstawia się, wita uczestników, po czym prezentuje moje
najważniejsze osiągnięcia. Brzmią imponująco. Nawet dla mnie. Choć
prawda jest taka, że na pointernetowym rynku wydawniczym nawet
bestsellerowa książka nie przynosi dochodów, z których można się
utrzymać. Natomiast gwarantuje fanów w mediach społecznościowych, a co
za tym idzie - stałe zainteresowanie różnych marek współpracą w celu
spieniężenia owego zainteresowania.
Słyszę gromkie brawa, co oznacza, że teraz moja kolej, by podejść do
mikrofonu. Wstaję, odwracam się i macham ręką do setek zgromadzonych
kobiet. Występowałam z odczytem już wiele razy, ale jeszcze nigdy przed
tak liczną publicznością. Ten weekend, przeznaczony dla kobiet w biznesie, przyciągnął ponad dwa tysiące uczestniczek. Wszystkie miejsca
na kolację zostały wyprzedane. I - co ważne dla mnie - każda z tych
kobiet kupi egzemplarz mojej książki. To moi ludzie. Moje kobiety. Moje
przyjaciółki. Bezdzietne z wyboru. Te zaś, które nie zgadzają się z moją
filozofią, w trakcie motywującej przemowy prawdopodobnie wymkną się do
baru albo toalet.
- Witam panie! - mówię do mikrofonu. - Kto się cieszy, że jest tu z nami? Na tej konferencji, w ten weekend? Wśród tysięcy inspirujących
kobiet, które myślą podobnie? Jesteście pracowite. Jesteście niezależne.
Jesteście silne. Jesteście mądre. I być może nie macie dzieci, jak ja -
robię przerwę na nadchodzący aplauz i okrzyki. - A może macie. Ale w ten
weekend jesteśmy tu razem, co oznacza, że postanowiłyśmy postawić siebie
na pierwszym miejscu. Cieszę się, że widzę tyle znajomych twarzy i tyle
nowych, które mam nadzieję poznać. Bo jesteśmy kobietami. Jesteśmy
fantastyczne. I jesteśmy tu, żeby zmienić na lepsze naszą pracę.
Poprawić same siebie. Ulepszyć nasze życie. Razem.
Tłum wiwatuje. Jestem zachwycona.
#
Następnego ranka, z identyfikatorem na szyi, zajmuję miejsce na
pierwszej sesji w tym dniu. Bośniacka uchodźczyni opowiada o swojej
drodze do uzyskania stopnia profesora w dziedzinie sztucznej
inteligencji. Potem wdowa po kapo z kartelu Sinaloa referuje, jak udało
jej się utworzyć stowarzyszenie dobroczynne na rzecz edukacji. Następnie
słucham wykładu, jak wynalezienie roweru wywołało wczesną falę feminizmu
w epoce wiktoriańskiej. Do przerwy obiadowej czuję się już tak
zainspirowana, że mogłabym podbijać świat.
Po południu impreza dzieli się na trzy części. Uczestniczę w panelu
Bezdzietna z wyboru. Sala jest mała, ale pełna. Zwykle nawet kobiety,
które mają dzieci, przychodzą na te panele, bo dla wielu posiadanie
dzieci nie jest równoznaczne z odstawieniem na bok kariery. Oznacza to
jednak, że dyskusje bywają kontrowersyjne. Ale potrafię sobie z tym
poradzić.
- Czy wywyższasz się nad kobietami, które decydują się na dzieci? -
nieuniknione pytanie pada pod koniec spotkania. Kierowane jest do mnie
jako przywódczyni przedmiotowego ruchu.
- Oczywiście, że nie - odpowiadam. - Nie wywyższam się nad nikim.
Decyzja o nieposiadaniu dziecka jest bardzo osobista i każda z nas musi
ten wybór zdefiniować po swojemu. Mogę mówić tylko za siebie, ale czego
najbardziej bym chciała? Żeby wkład, jaki wnoszą kobiety w społeczeństwo, wykraczał daleko poza ich zdolność do prokreacji.
Zdolność do tworzenia życia nie jest równoznaczna z obowiązkiem jego
tworzenia. Nie rozumiem, dlaczego fakt, że posiadam tę kobiecą funkcję
biologiczną miałby komukolwiek - mężczyźnie czy kobiecie - pozwalać na
decydowanie o moim życiu. Dlaczego? Tylko dlatego, że mam macicę? Życie
z wyboru bez dzieci jest odrzuceniem tych założeń. Silne kobiety, które
podejmują taką decyzję, codziennie muszą walczyć z przekonaniem, że
kobieta MUSI być matką. Tworzą nowy wzór kobiecej tożsamości. Poszerzają
horyzonty, a to trudna praca.
- A twoja matka? Co w takim razie o niej myślisz? - pada pytanie.
Zaciskam zęby.
- Moja matka nie ma tu nic do rzeczy. Proszę o następne pytanie.
#
Kolejnego dnia stoję w kolejce do kontroli na lotnisku. Czekam na
prześwietlenie bagażu, kiedy podchodzi do mnie oficer i pyta:
- To należy do pani?
Wskazuje na małą niebieską walizkę.
- Tak, do mnie.
- Muszę panią poprosić o udanie się za mną na koniec kolejki - mówi
zimnym tonem.
Jest mniej więcej w moim wieku. Ma ciemną skórę, przeszywające brązowe
oczy, pełne usta, i szerokie ramiona. Uśmiecham się do niego słodko, ale
on nie reaguje. Zaczynam się denerwować.
- Dokąd pani leci?
- Do Toronto.
Kiwa głową.
Patrzę, jak zakłada czarne gumowe rękawiczki i otwiera moją walizkę.
Na szczęście ubrania są ułożone, a bielizna dobrze ukryta, ale on
zaczyna grzebać w bagażu. Wsuwa dłonie głęboko i wyciąga pierwszy z upominków.
Jeszcze podczas konferencji zawieziono nas autobusem do starej fabryki
Harleya-Davidsona na obrzeżach Milwaukee, w której teraz produkowane są
wibratory dla firmy prowadzonej wyłącznie przez kobiety. Oprowadzono nas
po obiekcie, a na koniec, oczywiście, każda z nas dostała w prezencie
kilka firmowych bestsellerów - imprezowych upominków, z czego nieźle się
uśmiałyśmy. Ale teraz nie jest mi do śmiechu. Moja walizka leży szeroko
otwarta przy fluorescencyjnym świetle, a ja się zastanawiam, dlaczego
musiałam przyjąć te wszystkie podarki.
- A to co? - pyta oficer.
- Smukły Softail - odpowiadam, patrząc na połączenie chromu i gumy w jego ręce. Opowiadano nam o korzyściach z jego niskich pomruków, ale o tym nie zamierzam mu mówić.
Kładzie przedmiot na stoliku obok walizki. Następnie wyciąga Grubaska.
Jest jasnoróżowy, błyszczący i trzęsie się w ręce. Trafia obok Smukłego
Softaila. A potem oficer wyciąga Niskie Zawieszenie (działa na małych
obrotach i powoli...), a następnie Króla Szosy (zabierze cię w różne
miejsca...).
Czuję obecność osób ustawionych za mną. Mężczyzn, kobiet, dzieci i staruszków. Wszyscy obserwują, jak oficer wyciąga ostatnie urządzenie -
Elektryczny Ślizg, do którego pasuje mała kuleczka służąca do - zresztą,
nieważne. Twarz mi płonie. Czy mogłabym porzucić, ot tak, tę walizkę?
Czy mam w niej coś, czego NAPRAWDĘ potrzebuję? Ale nagle uświadamiam
sobie, że tak naprawdę nie mam się czego wstydzić. Biorę głęboki oddech,
prostuję się i patrzę oficerowi prosto w oczy.
- To wszystko? - pyta. Spuścił trochę z tonu i uśmiecha się do mnie.
- Tak. To wszystko - odpowiadam pewnie.
- Wie pani - mówi, wkładając wibratory z powrotem do walizki i zapinając
suwak. - Odrobina szminki i mogłaby pani znaleźć mężczyznę, który
zastąpiłby to wszystko...
trzy
Następnego dnia ciągle myślę o tym kretynie z ochrony lotniska. Im
więcej, tym bardziej jestem wściekła. Nie potrzebuję mężczyzny, żeby mi
wyjaśniał, jak znaleźć rozkosz czy ją uzyskać. I z góry założył, że
jestem heteroseksualna. A gdybym była lesbijką? Osobą niebinarną? Nie
jego zasrany interes! Nie będzie mi jakiś sztywny dupek mówił, jak mam
żyć. To kolejny powód, dlaczego nie angażuję się w związki z mężczyznami. Seks? OK. Coś poważniejszego? Nic z tego. Problem jedynie
polega na tym, że chyba za dużo rozmyślam o seksie - a to dlatego, że
nie pozwalam sobie na nic ponadto. Na przykład, dlaczego moją pierwszą
reakcją na tego kretyna musiał być zachwyt nad jego brązowymi oczami?
Czemu nie mogłam od razu dojrzeć dupka, który się za nimi ukrywał?
Bzyczy interkom. Fionn, znany jako miły dozorca (w moim budynku pracuje
dwóch pełnoetatowych dozorców. Fionn to sympatyczny dziadek), informuje
mnie, że szef kuchni z Fresh Food Fast czeka w lobby.
- I ma ze sobą duże pudło z jedzeniem, więc lepiej go wpuść, zanim go
przekonam, aby mi coś ugotował na lunch - śmieje się rubasznie, a ja
odwzajemniam uśmiech. Otwieram drzwi i prawie upuszczam telefon.
- Ty?! To ty jesteś tym szefem kuchni?
- Do usług - odpowiada Will, unosząc delikatnie kąciki ust i prezentując
dołeczki w policzkach. - Nie wiedziałaś, że to ja?
Zabiję Lucy.
Will ma na sobie znoszone dżinsy i szary dopasowany podkoszulek, który
podkreśla jego opalone ramiona, jego mięśnie napinają się od dźwigania
dużego pudła ułożonego na zielonym pudełku Fresh Food Fast. Myślami
jestem przy tej nocy w hotelu. Odpycham te myśli, ale jego ciało ociera
się o moje, kiedy wchodzi do mieszkania. I znowu wszystkie te odczucia
powracają.
Stawia pudełka na wyspie kuchennej.
- Więc to ty jesteś tą influencerką, która nie umie gotować? - szczerzy
się. - Powinienem się domyślić.
- To jak ty mówisz o sobie? Instaateista? - szturcham go w żebra.
Zgadza się, ale to tutaj to twoja sprawa, nie moja. Nie dbam o to, jakie
zdjęcia zrobisz czy opublikujesz. Ja mam tylko przyrządzić to - klepie
kartonowe pudło. - Wygląda na pięciogwiazdkowy posiłek. Ale nie
rozumiem: skoro nie lubisz gotować, czemu zgodziłaś się na współpracę z firmą dostarczającą produkty na posiłki?
Zakładam ręce na piersi.
- To naprawdę nie twoja sprawa.
- Wiem... Zrobiłabyś wszystko dla kasy. Rozumiem - wzrusza ramionami, po
czym odwraca się, aby zobaczyć widok z okna. - No tak, budynek
mieszkalny, kolejny budynek mieszkalny, budowa budynku mieszkalnego i mały kawałek jeziora. - Gapię się na niego i pozwalam, aby jego
komentarz pozostał bez odpowiedzi. - No to utknęliśmy tu razem - mówi,
odwracając do mnie twarz z uśmiechem od ucha do ucha. - Mogło być
gorzej.
- Zajmijmy się pracą - mówię. - Rób swoje - macham nad pudłem - a ja
zajmę się swoim - podnoszę telefon.
Zielone oczy wpatrują się we mnie.
- Tak jest, szefowo - odpowiada i z zaskakującą zręcznością wypakowuje
kilka dużych noży, blok do siekania, ręczniki kuchenne... Jak kuchenny
magik.
- Wow, przygotowałeś się - mówię, siadając na taborecie.
Przygotowałeś się? Mój gen od błyskotliwych ripost chyba ma dzisiaj
wolne. Może nie powinnam z nim w ogóle rozmawiać?
- Lubię używać własnego sprzętu.
Aluzja jest tak oczywista, że nawet nie odpowiadam. Gapię się na niego.
Zaczerwienił się.
- Serio, powinnaś zobaczyć, co znajduję w szafkach, kiedy robię u ludzi
catering.
O nie! Natychmiast przypominam sobie o książkach. Całkiem o nich
zapomniałam.
- Wyjaśnij mi - mówi Will, otwierając pudełko od Fresh Food Fast -
dostajesz to jedzenie za darmo i płacisz, aby ci to ktoś ugotował na
podstawie tych bardzo, bardzo, bardzo łatwych przepisów. - Pokazuje dużą
złożoną na pół kartę z kolorowymi zdjęciami. - Ale sama nigdy nic z tego
nie ugotowałaś?
Kiwam głową.
- A zjadasz to chociaż?
- Nie.
Patrzy na mnie zielenią szeroko otwartych oczu. Jest dziś świeżo ogolony
i nie mogę przestać myśleć, jak byłoby czuć na skórze tę świeżo ogoloną
twarz. Tę gładką, miękką skórę na moich rękach, policzku, między
nogami... Przestań, Kit! Pełen profesjonalizm!
- Wiesz, że codziennie jedna na dziewięć osób chodzi spać głodna?
Właśnie jako wolontariusz brałem udział w evencie dla jednego z banków
żywności. A u ciebie takie marnotrawstwo. Jak możesz wyrzucać tyle
jedzenia?
- Nie wyrzucam go - odpowiadam obrażona. - Oddaję tym, którzy lubią
gotować, albo zanoszę do przytułku na końcu ulicy.
Szczerze mówiąc, zrobiłam to tylko raz, i chociaż okazano mi
wdzięczność, zrozumiałam, że pudełko z żywnością tylko dla dwóch osób
nie do końca jest tym, czego potrzebują w tym miejscu. On ma rację,
oczywiście. Twarz mi czerwienieje, ale nawet jeśli Will to zauważył, nie
dał tego po sobie poznać.
- Chyba zapomniałem sitka - mruczy do siebie z pochyloną głową.
Otwiera szafkę, zanim zdążyłam go powstrzymać. Spogląda na książki.
Zamyka drzwiczki i otwiera następną. Kolejne książki. I kolejną. Jeszcze
więcej książek. Pochyla się i otwiera szafkę pod wyspą kuchenną. Nie
widzę otwartej szafki, ale wiem, co on widzi. Książki. Will prostuje się
i patrzy na mnie.
Wzruszam ramionami.
- Mało tutaj półek na książki, więc improwizuję.
Kieruje na mnie palec.
- Mhm. Gotujesz ze mną. Nie będziesz mnie rozpraszała, siedząc tam tylko
i pachnąc. - Unosi brew i przygląda mi się przeciągle, po czym odwraca
się i otwiera piekarnik. - Kurwa mać! Przecież to grozi pożarem!
- Nie, jeśli nigdy nie włączasz piekarnika - odpowiadam spokojnie.
Myślę o mojej mamie. Tak dobrze gotowała i piekła. Piekarnik nigdy nie
odpoczywał, a zapach bułeczek czy ciastek roznosił się po domu zawsze,
kiedy wracałam ze szkoły. Często łapałam jakiś smakołyk jeszcze w drodze
do pokoju, gdzie rozmawiałam przez telefon z koleżankami. Czemu częściej
nie zostawałam z mamą na dole? Gdybym tylko wiedziała, jak mało mamy
czasu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki