3 grudnia
W piątek rano Stucky wyszedł ze
swojego wynajętego mieszkania przy vicolo Dotti w odrobinę lepszym
nastroju. Powiedzmy, że humor zaczął mu się z wolna podnosić
z poziomu ziemi i zaczynał oscylować na wysokości kolan. Wydawało
mu się nawet, że nieco lepiej widzi, przynajmniej od tego czasu,
kiedy musiał mocno zmrużyć oczy, by trafić grudką ziemi w trumnę
Martiniego.
Uliczka, bardzo stara, krótka i ślepa,
zakończona pięknym murem, stanowiła istny koncentrat wdów i panien,
tak gęsty, że inspektor musiał zasłaniać się kłamstwem o swym
rychłym ożenku, odkładanym co prawda z miesiąca na miesiąc, by
bronić się przed ofensywą dwóch swoich sąsiadek, sióstr całkiem
zacnych, gdyby nie ich nadmierne zamiłowanie do białego welonu.
Gdy dotarł do kwestury, czekała na
niego niespodzianka: to się stało znowu, tym razem w porze otwarcia
sklepów. Kolejna ekspedientka została gwałtownie poszarpana,
kiedy schylała się, by podnieść sklepową kratę. Zrobił się
mały rwetes, dziewczyna zaczęła krzyczeć wniebogłosy i paru
emerytów, kuśtykając i podskakując, ruszyło jej na pomoc. Fizyczna
niewydolność zatrzymała ich już po kilku metrach i nie udało im
się zobaczyć drania, który rozpłynął się w powietrzu, kiedy oni
próbowali złapać oddech. Dziewczyna, jasnowłosa i świeża niczym
duńskie ciasteczko maślane, pobiegła zgłosić zdarzenie.
Stucky popatrzył na czekoladkę, którą
kobieta położyła na biurku.
- Rzucił tym we mnie - parsknęła
blondynka, naśladując ruch delikatnymi pazurkami polakierowanymi na
czarno.
- Widziała go pani?
- Tylko ruch ręki, która czymś
rzucała... i dostałam czekoladką.
- Co to za sklep, w którym pani
pracuje, signorina Gentili?
- Szkło domowe.
Uważnie zanotował wszystkie szczegóły,
które podała mu kobieta. Pochwałę pitbula należącego do jej
chłopaka, który z pewnością by ją obronił, i żal z powodu
kozaczków na obcasie, przez które upadła, i to, że czuje się
często obserwowana, nawet wtedy, kiedy idzie na pocztę albo do banku,
albo do kościoła. Przyglądają mi się, westchnęła, przyciskając
dłonie do policzków, jakby kochała je ponad wszystko. Kiedy wyszła,
chwycił w palce maleńkie zawiniątko. Słynne czekoladki znane pod
marką Baci, czyli Całuski. Cynfolia była urzekająca. Rozwinął ją,
myśląc, że nigdy nie dawał w prezencie czekoladek, ani też ich
nie dostawał, nigdy nie czuł takiej potrzeby. No, może raz czy drugi
czekoladki z rumem z Cuneo, dla ich aromatu i wielkości, dla tej
przesady w najczystszej postaci, tak samo jak gianduja ze śmietanką,
kupowane na Fondamenta delle Zattere, kiedy mieszkał w Wenecji podczas
studiów. Rozpakował Całuska, położył na talerzyku, rozprostował
prostokątny kawałek cynfolii i delikatnie położył na nim cienki
pasek papieru, na którym wydrukowano krótką sentencję, dołączaną
do każdej czekoladki z osobna.
Całuski, którymi sprawca obdarzył
zaatakowane ekspedientki, oddał do policyjnego laboratorium, lecz
analiza wykazała jedynie, że to zwyczajne czekoladki: kakao, orzechy
laskowe, cukier. Wszystko jak trzeba. Nie wierzył, żeby zawierały
truciznę, co to, to nie. Gość cię atakuje, wrzuca do kieszeni zatrute
baci i liczy na to, że ktoś go zje? Chciał po
prostu dać jakiś mały bonus chłopakom z laboratorium, niech i oni
coś mają ze śledztwa.
Dlaczego czekoladka? Co
oznaczała? Stucky odgryzł kawałek. Nic szczególnego, słodka,
przyjemna w smaku. To oczywiście nie wystarczyło, by traktować
sprawę w kategoriach romantycznych, jakby za atakami stał jakiś
amant krótkodystansowiec. Nawet przez chwilę nie pomyślał, że chodzi
o miłość czy namiętność.
Ekspedientki, westchnął Stucky,
ekspedientki, a chciałby nazywać je cukiereczkami, motylkami, pączkami
orchidei. Niezłe cipy, nazwałby je Martini, pozując na wulgarnego. Ale
nie można, powiedział sobie, popijając kawę. Nie na głos.
Nie pamiętał innych epizodów
napastowania w poprzednich tygodniach. Napady i groźby były
specjalnością Martiniego.
W ciągu dwóch dni dostał
w spadku po przyjacielu nie tylko tonę żalu i bólu, ale także
stertę papierzysk. Poszedł do jego pokoju, wciąż jeszcze pustego,
i czując się tak, jakby podnosił kamień nagrobny, zaczął otwierać
szuflady. Na grzbiecie pierwszej, wypisane czarnym pisakiem, widniało
ulubione motto Martiniego w dialekcie weneckim: Rivo co rivo
ma co rivo rivo. "Zrozumiem, kiedy zrozumiem, ale jak już
zrozumiem, to naprawdę zrozumiem". W środku znajdowała się żółta
teczka z napisem "Ekspedientki", wypisanym pełnym zawijasów pismem
kolegi. Stucky uśmiechnął się do swoich wspomnień.
"Wszyscy profilują kryminalistów,
a tu trzeba patrzeć na nich en face".
"Martini, a mnie jak byś
sprofilował?"
"Spółka szczęścia
i intuicji".
"Fleming też odkrył penicylinę przez
łut szczęścia i nikt nie narzeka. No dobrze, ale więcej szczęścia
czy intuicji?"
"Intuicja jest udziałowcem
mniejszościowym".
W teczce nie było wiele: cztery
ekspedientki złożyły doniesienie, że odbierały w sklepie groźnie
brzmiące telefony.
Zapisał adresy, a następnie uprzedził
kobiety telefonicznie, że nie dzwoni ich prześladowca, lecz kwestura,
i że odwiedzi je w niedługim czasie.
Zaczął od sklepu z krawatami przy
vicolo Barberia; ekspedientka była młodą kobietą o pełnych wargach,
ciemnowłosą i śniadą; wysokie obcasy dodawały jej majestatycznego
wyglądu.
- Dopiero teraz przychodzicie? Teraz
już nie ma potrzeby! - przywitała go z irytacją
w głosie. Wyczuła, że Martini nie potraktował poważnie tych
zgłoszeń, przekonany, że potrafi ocenić, które z przykrości
należą do przejściowych. Życie pokarało go za tę naiwność.
Tylko krawaty, zapytał zbity z tropu
Stucky, a ona w odpowiedzi mruknęła, że akcesoria.
- Jakiego rodzaju?
Paski, rękawiczki, szelki,
portfele, ale to prawda, najważniejszym artykułem są krawaty,
zwłaszcza klubowe. Klasyczne, dla notariuszy, adwokatów, doradców
podatkowych i przedstawicieli handlowych. Tych od hi-fi i tych od
zegarków.
- Proszę powiedzieć, co się
wydarzyło?
- Cały tydzień telefonów
z groźbami.
- Do domu?
- Nie, tu do sklepu. Od poniedziałku
do piątku, dwa razy dziennie.
- Który to był tydzień?
- Od poniedziałku dwudziestego drugiego
do piątku dwudziestego szóstego listopada.
- Nieprzyzwoite słowa?
- Rzecz gustu...
- A według pani?
- Mówił, że jestem tępa i pusta
jak bęben. Niewyraźnie mówił, trochę bełkotliwie. Mówił mi:
nie potrafisz się nawet podpisać...
- To obraźliwe. A... prawdziwe
groźby?
Kobieta zanurzyła palce lewej dłoni
we włosach, odgarniając je do tyłu. Nosiła wspaniały złoty
pierścionek.
- Obrażanie kogoś bez powodu to
nie groźba?
- Prawda. Przygotowuję odpowiednie
środki bezpieczeństwa. Umieścimy pani sklep na szczycie listy. Nic
się pani nie stanie.
- No pewnie. A póki co przywozi mnie
tu i stąd odwozi narzeczony.
- Jesteśmy też my, to znaczy
policjanci.
- Ale ja już mam mojego
narzeczonego.
- Ach, oczywiście.
- Dzięki temu oszczędzą na nas
podatnicy.
- Godne pochwały. A jeśli coś
się jeszcze wydarzy, proszę bez wahania zawiadomić kwesturę. To nie
obciąży zanadto podatnika.
Następny był sklep z perfumami
niedaleko katedry. Dziewczyna porządkowała wystawę w witrynie. Długie
palce przesuwały opakowania z gracją czaplego dzioba.
- Chciałbym porozmawiać z signoriną
Casale.
- To ja. Jeśli to w związku
z telefonami...
- Tak, wiem, nie spieszyliśmy się
przesadnie. Jestem inspektor Stucky. Stucky przez "ce ka".
- Stucky? - Kobieta spojrzała na
niego zdziwiona.
- Włoch i przyjęty do policji
w drodze regulaminowego konkursu. A co do telefonów...
- Tylko jednego dnia odebrałam
sześć. Może się to powtórzy i myślę, że będę się musiała
przyzwyczaić. Moja matka też tak mówi: przywyknij. Ludzie mają
różne problemy w pracy, twoim są telefony. Matka mówi, że jest
wiele dziewczyn, do których wydzwaniają nawet na telefon domowy. Okropni
ludzie. Będę musiała się przyzwyczaić...
- Co pani usłyszała przez
telefon?
- Bełkotliwy głos. Nie wszystko dało
się zrozumieć. Że jestem głupia, że jestem pusta. Powiedział mi:
Idź sobie! Ja zapytałam, a gdzie mam iść?
- A on?
- Idź do diabła,
odpowiedział...
- Do diabła?
- I jeszcze dodał: Niewierna. Według
mnie to wariat. Myśli pan, że może zrobić coś złego?
Stucky już miał odpowiedzieć, kiedy
do sklepu weszła klientka. W jednej chwili zmieniając ton głosu,
ekspedientka zapytała: Czym mogę pani służyć? Kobieta szukała
nowego zapachu, zastanawiała się, mam jakąś ideę, ale nie potrafię
jej ująć słowami, zapach ma mnie zaskoczyć, rozumie pani, o co mi
chodzi? Jak wtedy, kiedy szukasz... nie wiem...
- Jak wtedy, kiedy się szuka adoratora,
a on nagle wychodzi zza rogu.
- O właśnie.
- Ten zapach będzie doskonały. -
Rozpyliła jej mały obłok na wewnętrznej stronie nadgarstka
i delikatnie rozprowadziła kciukiem. Cytrusy, powiedziała kobieta,
powąchawszy.
- Proszę jeszcze raz powąchać.
- Cytrusy, ale zapach się jakby
oddala...
- Tak samo jak adorator. Pojawia się,
zaskakuje i już jest daleko. Proszę mi wierzyć, są najlepsze.
- Zapach cytrusów prawie całkiem
znikł, rzeczywiście. Teraz coś jak piżmo, ale delikatne, i...
wanilia?
- Podoba się pani?
Ze swojego miejsca w kącie Stucky
patrzył, jak dziewczyna się uśmiecha, uprzejmie rozmawia, troskliwie
i sprawnie pakuje zakupione perfumy, zamienia jeszcze kilka słów
z klientką i w końcu się z nią żegna.
- Nie zrobią pani nic złego,
signorina Casale. Może pani być spokojna. A propos, kiedy zaczęły
się telefony?
- To chyba było... piętnastego albo
szesnastego listopada.
Stucky ruszył dalej wzdłuż
via Campana. Teraz patrzył na witryny z obcym mu dotychczas
zainteresowaniem. To był cały świat. Dla niego w większej
części nieznany. Czy był jakiś sens w rozmieszczeniu tych
sklepów? Papierniczy, lodziarnia, koszule, lampy, perły i złoto -
i to wszystko w przypadkowym porządku?
Trzecim sklepem była narożna
trafika z elegancką wystawą fajek i tytoni.
- Pani Verzieri? - zapytał kobietę
stojącą nieruchomo za kontuarem i w tej samej chwili jego wzrok padł
na godło wyryte w drewnie: "Tytoń Verzieri, od 1928 roku".
- Czym mogę służyć? - odparła
kobieta, wpatrując się w mankiety jego płaszcza i na krótką
chwilę błyskając złotą muszlą kolczyka w uchu.
- Jest pani żoną właściciela?
- Właścicielką. On był zwyczajnym
przedstawicielem i wciąż wierzy, że może być przedstawicielem
czego tylko zechce na całym świecie.
- Ja w związku z telefonami. Jestem
inspektor Stucky.
- Austriak?
- Nie, proszę pani, Włoch.
- Jak już panu powiedziałam przez
telefon, nic szczególnego. Dwa albo trzy razy w ciągu dnia, a potem
już nic.
- Pamięta pani dzień?
- Trzynastego listopada,
w sobotę.
- Co pani powiedziano?
- Żebym się wstydziła...
- Że jest pani ekspedientką?
- Ja?
- Ach, w rzeczy samej. Pani jest
przecież właścicielką.
- Tak jak moja babka i moja matka. Od
tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego.
Sklep z bielizną, w którym
pracowała czwarta ekspedientka, był wciśnięty pomiędzy bank
i księgarnię.
Przyglądając się witrynie, Stucky
oszacował, że w sklepie nie może się znajdować więcej niż
kilka kilogramów towaru. Jedna z najlżejszych działalności
w mieście.
Signorina Bergamin, jak przedstawiła
się dziewczyna, była wspaniałą przedstawicielką swojej
kategorii: ciemnowłosą, magnetyczną, prostą jak słupek kwiatu
lilii. Koordynowała spojrzeniem mały oddział dziewcząt, które
zamieniały anatomiczne proporcje w rozmiary, rozdając uśmiechy
i zachwyty - oczywiście, fantastycznie, czarująco, pięknie -
podczas gdy niebiański orszak dam poruszał biustonoszami w kolorach
malwowym, łososiowym i kwiatu truskawki.
- A więc otrzymała pani nieprzyjemne
telefony, w których ktoś wypowiadał pod pani adresem niepochlebne
słowa.
- Dosyć niepochlebne. - Mówiąc
to, podniosła jednocześnie cieniutkie koronkowe stringi, które niemal
zawisły w powietrzu.
- Obrażono panią?
- Usłyszałam męski głos, który
powiedział mi, że mam się wstydzić i że zostanę ukarana...
- Ukarana? Powiedział wprost, że
będzie pani ukarana?
- Dokładnie tak powiedział.
- A jak pani zinterpretowała te
słowa? Jako groźby?
Kobieta powolnymi ruchami rozciągała
podwiązkę.
- Tak, groźby.
- Jest jakiś powód, z którego
mieliby pani grozić?
- Nie wydaje mi się...
- Kiedy to się stało?
- W zeszłą sobotę.
- I natychmiast zawiadomiła pani
policję?
- Zatelefonowałam od razu. Lepiej
zachowywać ostrożność.
Wracając do kwestury, Stucky zaczął
porządkować w głowie informacje, które uzyskał, i wbrew własnym
chęciom zaczął traktować sprawę poważnie. Od telefonów do aktów
agresji, sprawa się rozwijała. Martini się odmeldował w samą
porę. Żadne tam "Zrozumiem, kiedy zrozumiem, ale jak już zrozumiem,
to zrozumiem".
Na schodkach piazza dei Signori Stucky
zobaczył Checa Malagę, jak nazywała jegomościa większość ludzi,
choć inspektor doskonale znał jego prawdziwe imię i nazwisko
oraz przynależność do rodu najbardziej renomowanych cukierników
w mieście. Ubranie pachniało mu jeszcze masłem i mlekiem, aromatami
do ciasta, rumem i migdałami. Mężczyzna żebrał dla przyjemności,
porządnie ubrany i ogolony, z długimi siwymi włosami zaczesanymi do
tyłu i w ciemnych okularach kryjących ślepotę, którą spowodował
zbyt szybki motocykl marki Gucci przy wejściu w zakręt drogi
prowadzącej między łagodnymi wzgórzami w okolicach Asolo. Żebrał
tak, jak bogatemu przystoi, z białym kotem o błękitnych oczach
na smyczy i małym Alim, Tunezyjczykiem z urodzenia i żebrakiem
z zawodu, który trzymał zamiast niego kapelusz na datki,
uśmiechając się bez cienia pretensji do przyspieszających kroku
przechodniów. Stucky rzucił drobną monetę chłopakowi i przywitał
się z Chekiem Malagą, który z serdecznością odwzajemnił powitanie,
poznając policjanta po głosie.
- Jak się pan miewa,
inspektorze?
- Nie narzekam.
- W samej rzeczy nie
słyszałem.
- Jak pan sądzi, spokój
w mieście?
Ciąg dalszy w wersji pełnej