1
KOPENHAGA
Nymindevej w dzielnicy Vanl?se było oazą spokoju, tonącą w blasku wschodzącego słońca, dopóki ciszy nie przerwał szum krótkofalówki, podrywając do lotu drzemiącego na gałęzi kosa. W głębi tej podmiejskiej ulicy rozpięto biało-czerwoną taśmę policyjną, za którą ustawiły się wozy patrolowe. Przy najbliższej karetce stało kilku sanitariuszy w odblaskowych kamizelkach, a niewiele dalej przy masce samochodu dowódcy jednostki taktycznej zebrała się grupa uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy. Jak dotąd na ulicę nie wyszedł żaden z mieszkańców, a jedyną osobą, której funkcjonariusze nakazali zawrócić, był dostawca gazet, prawdziwy ranny ptaszek. Pośród policjantów znajdowała się nowo przybyła inspektor Cecilie Mars z Wydziału Zabójstw. Miała na sobie czarną skórzaną kurtkę nałożoną na kamizelkę kuloodporną i parę obcisłych dżinsów, które przyciągnęły spojrzenia kilku funkcjonariuszy. Cecilie przeczesała dłonią krótkie blond włosy i odwróciła się, by spojrzeć na dowódcę jednostki, Nielsa P.
- Ile ofiar śmiertelnych? - zapytała.
Niels był potężnie zbudowanym mężczyzną, wyższym od Cecilie o kilka głów. Spojrzał na nią z góry.
- Z potwierdzonych: jedna.
- Ilu rannych?
- Nie wiemy.
- Ilu sprawców?
- Na pewno jeden, ale może ich być więcej.
- Więc nie masz pojęcia, ilu ludzi się tam ukrywa? - Spojrzała w stronę domu z czerwonej cegły po przeciwnej stronie ulicy.
- Żywych?
- Tak, żywych, Niels.
- Mamy obraz tylko jednego pokoju i kuchni. - Niels P. wskazał ręką w rękawiczce na dach domu, o którym rozmawiali. - W pozostałych pomieszczeniach zaciągnięto zasłony. Nasi snajperzy widzieli ruch w salonie, ale nie byli w stanie ustalić, ani ile osób tam przebywa, ani jaki jest ich stan. To mógł być sprawca. Albo zakładnicy...
- Przyjęłam. Jak długo to trwa?
- Wezwanie nadeszło o drugiej trzydzieści nad ranem, ale wtedy było już po zabójstwie.
- To co tu robisz przez cały ten czas? - zapytała Cecilie, marszcząc brwi.
- Czekamy na negocjatora. Wygląda na to, że na komendzie doszło do zamieszania. Pierwszy na liście jest chory, a drugiego dopiero co udało się złapać, więc...
- Cholera jasna. Nie możemy tak stać i czekać - powiedziała, odpinając pasek przypiętej u boku kabury.
Niels P. otworzył w zdumieniu usta.
- Nie jestem pewien, czy powinniśmy tam teraz wkraczać. Sytuacja może szybko eskalować, co zwiększy liczbę ofiar.
- Kto powiedział cokolwiek o nas? - Odwróciła się o dziewięćdziesiąt stopni i zawołała: - Troels!
Troels opierał się o nieoznakowany radiowóz i patrzył na nią sennie. Ze swoimi piegowatymi policzkami i blond włosami wyglądał jak żółtodziób świeżo po akademii - co nie było dalekie od prawdy. Troels wyprostował się i podszedł do niej szybkim krokiem.
- Tak?
- Za mną - zarządziła.
- Gdzie...? Tam? - skinął głową w kierunku domu.
- Dlaczego nie poczekasz na negocjatora, Cecilie? - zapytał Niels P. - Jestem pewien, że zaraz tu będzie.
- A gdyby tam była twoja rodzina? Też byś tu stał i czekał, Niels?
Zanim Niels zdążył odpowiedzieć, Cecilie już przeszła przez ulicę, z Troelsem depczącym jej po piętach. Kiedy dotarła do pomalowanej na biało bramy, spojrzała na zamontowaną obok skrzynkę pocztową. Na górze znajdowała się tabliczka z napisem irene & j?rgen olsen, a pod spodem nicklas olsen. Zawiasy skrzypnęły, gdy pchnęła furtkę i ruszyła ścieżką ogrodową. Przed nimi wznosił się dom, który nie wyróżniał się zbytnio na tle innych budynków w okolicy. Mimo to okna z zaciągniętymi zasłonami zdawały się wpatrywać w nich martwymi oczami.
- Wyciągnij broń, Troels, i idź za mną - poleciła cicho Cecilie, kierując się w stronę drzwi wejściowych.
Troels szybko wyjął swojego Glocka z kabury i odbezpieczył go.
Cecilie chwyciła za kołatkę i mocno trzasnęła nią w drzwi. Kiedy nic się nie stało, zaczęła walić w nie bez opamiętania. Po jakiejś minucie ze środka dobiegł szelest. Cecilie cofnęła się o krok, gdy drzwi się otworzyły.
Młody mężczyzna wpatrywał się w nią przekrwionymi oczami. Miał bladą, pokrytą trądzikiem twarz, do której kleiły się tłuste, sięgające ramion włosy. Cecilie przyjrzała się brunatnym, zaschniętym plamom na pomiętej koszulce mężczyzny. Mogły to być pozostałości pizzy. Albo plamy krwi.
Uśmiechnęła się do niego.
- Dzień dobry. Nazywam się Cecilie Mars i jestem z policji. To mój partner, Troels - powiedziała, wskazując za siebie.
Mężczyzna wpatrywał się w nią bez słowa.
- Wpadliśmy tylko sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Chłopak podrapał się po tyłku.
- Wszystko jest... w porządku.
- Nazywasz się Nicklas?
- Tak...
- Czy poza tobą w domu jest ktoś jeszcze, Nicklasie?
- Tak...
- Możemy wejść?
- Dlaczego? Kim jesteś? - prychnął.
- Jesteśmy z policji, nazywam się...
- No tak. Spoko - powiedział, kiwając głową. - Wejdźcie, ale na chwilę. Gram. - Nicklas odwrócił się i zniknął.
Cecilie wyciągnęła broń i otworzyła drzwi na oścież.
- On jest chyba porobiony, nie sądzisz? - wyszeptał Troels.
Ruszyli długim korytarzem, w którym panował półmrok. Z pokoju na drugim końcu korytarza sączyło się światło.
- Nicklasie? - zawołała Cecilie, gdy szli przed siebie. Kiedy dotarli do otwartych drzwi prowadzących do ciemnego salonu, Cecilie zatrzymała się i szybko zajrzała do środka. Nikogo nie dostrzegła. Ruszyli w stronę najbardziej oddalonego pokoju. Gdy podeszli bliżej, odgłosy wystrzałów i krzyków nasiliły się.
W środku Nicklas siedział tyłem do drzwi, zwrócony w stronę ultraszerokiego ekranu, na którym grał w Call of Duty. Zakrzywiony monitor pokrywał sporą część ściany, przenosząc go prosto na pole bitwy. Po jego prawej stronie znajdował się laptop, na którym prowadził wideorozmowę z czterema innymi graczami.
Gdy Cecilie i Troels weszli do pokoju, zauważyli kobietę siedzącą na krześle biurowym po lewej stronie drzwi, z tasakiem do mięsa wbitym w czaszkę. Miała około pięćdziesiątki i była ubrana w jaskrawożółty szlafrok pokryty zakrzepłą krwią. Troels wciągnął powietrze, powstrzymując odruch wymiotny. Cecilie podeszła do kobiety i przyłożyła dwa palce do jej gardła, aby sprawdzić puls, chociaż od razu wiedziała, czego się spodziewać.
- Troels, będziesz miał na niego oko, podczas gdy ja przeszukam resztę domu? - Cecilie wycelowała broń w Nicklasa. Wciąż był pochłonięty rozgrywką.
Troels skinął na nią nieobecnym wzrokiem.
- Ty... chcesz, żebym tu został?
- Tak, proszę - przytaknęła Cecilie, wychodząc z pokoju.
Udała się do kuchni, w której panował bałagan.
- Halo? - zawołała w ciemność. Nie otrzymała odpowiedzi. Nie byłaby wcale zaskoczona, gdyby spotkała ojca Nicklasa, J?rgena - choć nie spodziewała się, że zastanie go żywego. Przeszła przez kuchnię i minęła stół, na którym walały się puste butelki po coli i kartony po pizzy.
- Cecilie?! - krzyknął z drugiego pokoju Troels. - Cecilie? Znalazłaś coś?
Nie odpowiedziała. Zamiast tego otworzyła drzwi, które prowadziły do sypialni, gdzie na wielkim łóżku leżały sterty ubrań. Cecilie zauważyła, że tylko jedna połowa łóżka była pościelona. Podeszła do szafy i przesunęła drzwi na bok. Podobnie jak łóżko, szafa była w połowie pusta. Może J?rgen już tu nie mieszkał? Wyszła z sypialni, po drodze sprawdzając łazienkę i zauważając, że w domu nie było nikogo poza Nicklasem i martwą kobietą. Cecilie wróciła do przedpokoju, gdzie zastała Troelsa stojącego na końcu korytarza.
- Znalazłaś coś? - zawołał.
- Masz go na oku? - zapytała zaskoczona.
W tym momencie w drzwiach za Troelsem pojawił się Nicklas dzierżący tasak do mięsa. W ostrzu odbijało się światło monitora.
- Za tobą! - krzyknęła Cecilie.
Troels próbował się odwrócić, ale jego pistolet uderzył o futrynę drzwi i wypadł mu z ręki. Glock wylądował z hukiem na podłodze, a Troels zaczął szukać go gorączkowo.
- Giń, demonie, giń! - krzyknął Nicklas, robiąc krok w stronę Troelsa i zamachując się na niego tasakiem.
Trzy strzały trafiły Nicklasa w sam środek klatki piersiowej. Stracił równowagę i przewrócił się do tyłu, ściągając ekran komputera na podłogę.
Cecilie powoli opuściła broń. Wystrzały wciąż odbijały się echem w jej uszach, a w ustach czuła metaliczny posmak opadającej mgiełki prochu. Podeszła do Troelsa, który kucał w drzwiach.
- Nic ci nie jest? - krzyknęła do niego. Kiwnął głową w odpowiedzi, a ona przepchnęła się obok niego.
W pokoju Nicklas leżał na podłodze u stóp martwej matki, jedną ręką ściskając jej gołą kostkę. Z jego ust ciekła szkarłatna strużka krwi.
- Abel... Abla... - wymamrotał. Po chwili zwolnił uścisk i przestał oddychać.
Cecilie schowała Glocka do kabury. Słyszała, że jednostka taktyczna wbiega do domu przez drzwi frontowe.