2
Był wczesny wieczór, a bar sportowy na Vester Voldgade już pękał w szwach.
Duży lokal rozbrzmiewał dźwiękami hitów z lat osiemdziesiątych i okrzykami klientów, oglądających mecz Ligi Mistrzów na dużym ekranie. Przy drugim końcu baru stały dwa rzędy stołów bilardowych, a wokół nich tłoczyli się, czekający na swoją kolej i pochłaniający litry alkoholu, gracze.
Cecilie Mars stała przy jednym z tylnych stołów, celując kijem w bilę. Była drobna i niezbyt wysoka, musiała więc stawać na palcach, by sięgnąć do blatu. Odgarnęła grzywkę z oczu. Trzej mężczyźni przy stole obserwowali ją w milczeniu, ściskając nerwowo kufle z piwem. Cecilie mocno pchnęła białą bilę, która z brzękiem uderzyła w fioletową, a ta z kolei potoczyła się w linii prostej w kierunku najdalszego otworu w rogu. Biała bila odbiła w bok, uderzając w czarną.
- A niech to szlag - mruknęła Cecilie, obserwując trajektorię czarnej bili mknącej w kierunku środkowego otworu. - Cholera! - wykrzyknęła, gdy czarna bila wpadła do dziury.
- Gupiku, wygląda na to, że stawiasz kolejną rundę - powiedział ze śmiechem Lasse, który był od niej o trzy głowy wyższy i o wiele potężniej zbudowany. Przyciągnął ją do siebie, sprawiając, że zniknęła w fałdach pasiastej koszuli. Cecilie lekko wbiła łokieć w jego bok i uwolniła się.
- Benny, Henrik. Pijecie Hoegaardensa, jak Lasse? - Wskazała kijem kufle swoich dwóch kolegów. Obaj skinęli głowami, a Benny uniósł swój kufel w toaście, po czym całkowicie go opróżnił.
Odłożyła kij na stół i skierowała się do baru na drugim końcu lokalu. Po drodze zauważyła Andreasa Bostada, siedzącego w rogu wraz z dwoma mężczyznami w średnim wieku. W tym barze sportowym tylko oni byli ubrani w garnitury i domyśliła się, że pracowali dla prokuratury.
- Dobry wieczór, panie prokuratorze - powiedziała z uśmiechem, zatrzymując się obok Andreasa.
Andreas odwzajemnił jej uśmiech i przeczesał dłonią kręcone blond włosy. Następnie położył rękę na jej ramieniu, a ona poczuła ciepło jego dłoni przez cienki materiał koszulki.
- Dobrze cię widzieć. Wszystko w porządku? - zapytał.
Cecilie odwróciła wzrok. I tak patrzyła na niego już zbyt długo. Andreas w niczym nie przypominał typowego prokuratora, zazwyczaj tak seksownego jak puszka pasztetu z wątróbki. Zamiast tego wyglądał jak bohater z ekranizacji powieści Johna Grishama, w stylu Matthew McConaugheya.
- To mój kolega, Jesper Lund - powiedział, wskazując na stojącego najbliżej niego mężczyznę w średnim wieku. - A ten za nim to Steen Holz.
- Czy mogę zaproponować młodej damie drinka? - zapytał Jesper Lund w dialekcie, który zdradzał, że pochodzi z północnej Kopenhagi. Uśmiechnął się sugestywnie. Jego oczy były mętne od alkoholu.
- Może innym razem. To bezdyskusyjnie moja kolejka - skinęła na barmana. - Cztery Hoegaardeny dla mnie i trzy whisky dla prawników.
- Tak się składa, że jestem psychologiem, ale skoro kupujesz... - zażartował Steen Holz z lekkim uśmiechem.
- Steen jest naszym ekspertem. Nie, żeby nam to dzisiaj znacząco pomogło - powiedział Andreas.
Wokół nich rozległ się ryk, niepozostawiający wątpliwości, że właśnie padł gol. Cecilie zaparła się mocno na nogach, aby nie przewrócił jej żaden ze skaczących z radości mężczyzn, tłoczących się obok niej. Barman wrócił z jej zamówieniem. Podała trzy kieliszki Jacka Danielsa Andreasowi, który rozdał je kolegom.
- Co świętujemy? - zapytał Steen Holz.
- Czy musi być jakiś powód?
- Z mojego doświadczenia wynika, że większość ludzi jakiś ma.
Z uznaniem skinęła głową.
- A więc za to, że wszyscy żyjemy, i że jest wtorek. - Chwyciła cztery szklanki piwa i odwróciła się. - Miłej nocy!
Kiedy wróciła do pozostałych, Lasse podniósł swój kufel.
- Zdrowie mojej partnerki, która jest piekielnie utalentowaną śledczą, ale najgorszą na świecie graczką w bilard!
- Dobrze powiedziane!
- I nie zapomnijmy pogratulować ci awansu, Gupiku. Zasłużyłaś na niego.
Benny i Henrik przytaknęli chórem, a Cecilie otarła łezkę wzruszenia.
- Dobra, bierzmy się do roboty. Zamierzam zemścić się na zwycięzcy.
Podczas gdy Benny ustawiał bile, Cecilie odwróciła się w stronę baru. Andreas siedział bokiem, wpatrując się w nią. Uniósł swój kieliszek, a ona zrobiła to samo.
Benny i Henrik rozpoczęli grę, a Cecilie usiadła, by przyglądać się ich rozgrywce.
- Myślę, żeby będę się zaraz zawijać - powiedział Lasse. - A ty? Podwieźć cię?
Potrząsnęła głową.
- Nie mogę wyjść, dopóki nie pokonam Benny'ego.
- W takim razie długa noc przed wami.
Uśmiechnęła się i upiła łyk piwa.
- Obstaję przy tym, co powiedziałem wcześniej - dodał Lasse. - Cholernie dobra robota, Gupiku. Papa jest z ciebie dumny.
Nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Lasse był od niej kilka lat młodszy, i mimo obfitego zarostu, wciąż przypominał wesołego chłopaka z Aarhus.
- Dziękuję, tato.
- Mam nadzieję, że pozostaniemy partnerami. I że nie uciekniesz zbyt szybko.
- Nic się nie zmieniło, poza tym, że będę mieć trochę więcej papierkowej roboty.
Spojrzał nieobecnym wzrokiem w dal.
- Zajdziesz daleko, Gupiku. Na sam szczyt. Pewnego dnia zasiądziesz w biurze komisarza. Poczekaj, a się przekonasz.
- Pracuję w policji od dziesięciu lat i nadal nie widziałam tego biura od środka. Tak czy inaczej, dobrze mi w wydziale zabójstw.
Ponownie stuknęli się kuflami. Dwadzieścia minut później Lasse wyszedł, a ona rozegrała rundkę z Bennym, następnie dwie partyjki z Henrikiem i jeszcze jedną z Bennym. Wszystkie przegrała. W końcu obaj napili się postawionego przez nią piwa i podziękowali za rozegranie kilku rund. Niedługo potem pożegnali się i wyszli z baru.
Cecilie odłożyła kij i rozejrzała się po lokalu. Mecz skończył się już dawno i sala zaczynała się przerzedzać. Tylko najbardziej wytrwali pozostali przy barze. Andreas najwyraźniej odłączył się od imprezy i sprawdzał właśnie telefon. Cecilie zarzuciła kurtkę na ramię i podeszła do niego.
- Co powiedziałeś swojej świcie? - zapytała z uśmiechem.
Andreas szybko schował telefon do kieszeni kurtki.
- Że muszę obejrzeć mecz do końca.
- Kto grał?
- Nie mam pojęcia. A ty?
- Musiałam się napocić, żeby mieli dość.
- Czy ty w ogóle znasz zasady?
- Wiem, że czarna dopiero na końcu.
- Tam, gdzie zwykle? - zapytał, patrząc na nią badawczo.
Cecilie usiadła nago na Andreasie i wsunęła w siebie jego nabrzmiałego penisa. Powoli poruszała się w górę i w dół, w pełni kontrolując tempo. Czuła, jak wsuwa się w nią i wysuwa, jak ją wypełnia, i jak próbuje wepchnąć się jeszcze głębiej. Wbiła paznokcie w jego klatkę piersiową, zwiększając tempo. Usłyszała dobywający się z jego ust głośny jęk. Jego ręce na jej pośladkach zacisnęły się i wkrótce znaleźli wspólny rytm. To było odurzające uczucie. Jakby unosiła się w powietrzu, spoglądając w dół na nich dwoje. Widziała siebie i jego, pieprzących się w odrapanym, pogrążonym w żółtawym świetle latarni pokoju hotelowym, do którego przez otwarte okno sączył się ryk ruchu ulicznego. Czuła się brudna i rozwiązła, i było jej z tym dobrze. Ich ruchy stawały się gwałtowne, a jego uścisk coraz mocniejszy. W końcu skończył w niej i usłyszała jego przeciągłe westchnienie. Chciała zatracić się na zawsze, ale czuła, jak jej ciało przywołuje ją do porządku. Chwilę później, leżąc na jego klatce piersiowej poczuła, że jego serce bije bardzo szybko. Pachniał przyjemnie potem, perfumami i jej płynami rozmazanymi na jego twarzy. Przytulił ją do siebie, a ona przez chwilę niemal rozluźniła mięśnie, leżąc w jego objęciach.
- Cholera... Cecilie... Cholera - wymamrotał.
W tym momencie wstała z łóżka. Popatrzył na nią ze zdziwieniem.
- Wszystko w porządku?
- Tak. - Znalazła na podłodze swoje majtki i wciągnęła je na siebie. Następnie sięgnęła po dżinsy.
- Może następnym razem powinniśmy znaleźć inne miejsce? - zasugerował Andreas.
- Dlaczego? - zapytała, podciągając dżinsy do pasa.
Podeszła do okna i spojrzała na Istedgade. Grupa bezdomnych stała przy drzwiach hostelu po przeciwnej stronie ulicy. Wyglądało na to, że niedługo dojdzie do bójki.
- Myślałem o lepszym hotelu.
- Ten jest idealny. Zwłaszcza pod kątem finansowym.
Z jego ust dobył się pusty śmiech.
- Jesteś cyniczna, Cecilie.
- Nie bardziej niż ty. Po prostu rzadziej.
- To może zamiast tego spotkamy się u ciebie?
Odwróciła się, by sprawdzić, czy mówi poważnie. Sądząc po jego wyrazie twarzy, tak właśnie było. Wciągnęła koszulkę przez głowę.
- A może u ciebie?
Odwrócił wzrok.
- Nie sądzę, by zostało to dobrze przyjęte. Pomimo tego, że jesteśmy w separacji.
Przygryzła wargę. Nie chciała być złośliwa. Jednak zasady panujące w domu Andreasa nie miały dla niej znaczenia.
Wstał z łóżka i zaczął zbierać swoje ubrania z podłogi.
- Dlaczego nazywają cię Gupik?
- Tylko Lasse i kilku przyjaciół.
- Ale dlaczego?
- Zaczęło się w szkole policyjnej. "Cecilie" została skrócona do Sille, potem do Silver Darling, jak ten śledź, a potem Lasse zaczął nazywać mnie "Gupik". Jak ta mała rybka. Sprytne, co?
Andreas zapiął koszulę.
- Od dzisiaj mam się do ciebie zwracać inspektorko Gupik?
- Mówiłam ci. Tak nazywają mnie moi przyjaciele. Czy my jesteśmy przyjaciółmi, Andreas?
Włożyła skórzaną kurtkę i uśmiechnęła się do niego. Idealny uśmiech Andreasa nieco przygasł.