Insomnia - Sarah Pinborough

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Samochód pojawia się jakby znikąd.

Żadnego ostrzegawczego pisku hamulców, żadnego zdumionego spojrzenia przez okno - tylko ostry zgrzyt rozpędzonego metalu uderzającego o metal, wybuch energii, katastroficzna kakofonia. Impet zderzenia jest tak wielki, że szkło natychmiast rozpryskuje się w drobny mak. Podwoziem wstrząsa gwałtowny dreszcz, auto wzbija się wysoko w powietrze, całkiem jak wagonik rozpędzonego rollercoastera, a potem koziołkuje i ciężko opada w przydrożnym rowie.

Później następuje chwila koszmarnego bezruchu - ledwie słyszalne skrzypienie, gdy metal osiada, następnie absolutna cisza. Radio już nie gra. Nie słychać już odgłosów ożywionej rozmowy. Wszystko zmieniło się diametralnie w ciągu zaledwie kilku sekund.

Niemrawe ruchy na siedzeniu pasażera. Boleśnie ograniczona, uwięziona, skrępowana desperacja. Krzyk, który brzmi jak zduszone rzężenie.

Drugi samochód, wielki kawał żelastwa z napędem na cztery koła, nadal stoi na drodze, z maską pogiętą w harmonijkę. Jego silnik, o dziwo, wciąż pracuje - brzmi to jak suchotniczy kaszel starca, ale słychać go przez cały czas. Przez chwilę, tylko odrobinę dłuższą, niż trwało zniszczenie całego uniwersum życia w drugim pojeździe, rozdygotany kierowca siedzi za kierownicą. Słońce wciąż lśni na niebie i prześwieca przez gałęzie drzew. Nadal jest piękny, wczesny poranek, a droga wciąż jest pusta.

Droga wciąż jest pusta.

Żadnych świadków.

Niecałe dwa kilometry do domu...

Kierowca stawia wszystko na jedną kartę. Łut szczęścia. Poduszka powietrzna nie zadziałała. Jeśli wóz ruszy, kierowca odjedzie. Nie obejrzy się za siebie. Jeśli nie... zostanie i stawi czoła konsekwencjom. Trzęsącą się ręką wrzuca pierwszy bieg, potem zaciska dłonie na kierownicy, nagle boleśnie świadom wysyłanych przez ciało sygnałów - ech niedawnego zderzenia. Potężny silnik posłusznie wprawia w ruch maszynę, która zawraca i zaczyna toczyć się z wolna przed siebie. Kierowca ogląda się przez ramię.

Nie może nic na to poradzić. Postać uwięziona na fotelu pasażera podnosi dłoń w błagalnym geście.

Z ust postaci za kierownicą wydobywa się zbolały jęk. Wezwą karetkę. Zadzwonią po nią z budki telefonicznej. Ale w pobliżu nie ma żadnej budki... Ktoś jednak z pewnością wkrótce się pojawi, prawda? Przed dziewiątą rano ta droga robi się ruchliwa. Ktoś im pomoże... Na pewno.

1

Dwanaście dni do urodzin

"W domu ktoś jest".

To w zasadzie nie tyle myśl, ile przeczucie, podszept instynktu, intuicja - siadam w łóżku, nagle w pełni przebudzona; serce wali mi jak młotem. Zegar wskazuje godzinę 01:13, a ja zastygam w bezruchu, nasłuchując pilnie, święcie przekonana, że lada chwila usłyszę skrzypnięcie dobiegające z korytarza lub zobaczę groźny cień wyłaniający się ze spowitego mrokiem kąta pokoju. Ale nic takiego się nie dzieje. Otacza mnie tylko bębnienie deszczu o szyby i nocna cisza.

Dostaję gęsiej skórki. Coś mnie obudziło. To nie był sen - tylko coś innego. Coś... ktoś w domu. Nie mogę się otrząsnąć i pozbyć tego uczucia - całkiem jak wtedy, gdy byłam mała i miewałam tak realistyczne koszmary, że byłam pewna, iż wróciłam znów do tamtej nocy, a moja przybrana matka przybiegała, żeby mnie uspokoić, nim obudzę całą rodzinę.

Robert śpi jak zabity na swojej połowie łóżka, odwrócony do mnie plecami. Nie budzę go. To pewnie nic takiego, ale i tak pozostaję czujna, niespokojna.

"Dzieci..."

Nie zdołam zasnąć, dopóki nie sprawdzę, co u nich, więc wstaję i wymykam się na korytarz, dygocąc z zimna, gdy moje stopy dotykają chłodnego dywanu.

Czuję się dziwnie mała, wpatrując w mrok przestronnego korytarza, który wydaje się nie mieć końca i otwiera się przede mną niczym ziejąca paszcza potwora. Idę przed siebie - jestem matką i żoną. Kobietą sukcesu. To mój dom. Moja bezpieczna przystań; żałuję, że nie wzięłam ze sobą telefonu, żeby użyć go jako latarki. Zerkam przez balustradę na schodach. W cieniach poniżej nie dostrzegam żadnego ruchu. Nie słyszę żadnych szmerów, które świadczyłyby o obecności włamywaczy, zagarniających w nocy nasze mienie. Żadnego zagrożenia.

Gwałtowny podmuch wiatru uderza mocno w okno, niosąc ze sobą krople deszczu, i niemal podskakuję. Idę do końca korytarza i przystaję obok okna: zwieńczonej łukiem plamy nieprzeniknionej czerni. Osłaniam oczy dłońmi i przyciskam twarz do zimnego szkła, ale dostrzegam jedynie niewyraźne sylwetki drzew. Żadnego światła. Żadnej aktywności. Mimo to znów przechodzi mnie dreszcz, gdy zawracam i skręcam korytarzem do pokoi dzieci. Nie mogę otrząsnąć się ze złych przeczuć.

Otwieram drzwi pokoju Willa i natychmiast czuję się nieco lepiej. Mój pięcioletni malec, teraz już dumny uczeń podstawówki, śpi na wznak; ciemne włosy, tak bardzo podobne do moich, ma zmierzwione i sklejone od potu, a jego kołderka w dinozaury leży skopana w nogach. Może też ma kiepską noc... Przykrywam go jak najostrożniej, ale mimo to porusza się niespokojnie i otwiera oczy.

- Mamusiu? - mamrocze zdezorientowany, ale kiedy się uśmiecham, odpowiada tym samym i przekręca się na bok. Widzę pod poduszką jego szkicownik i wysuwam go spod niej.

- Nic dziwnego, że się obudziłeś - szepczę - skoro usnąłeś na swoim notatniku...

Jest otwarty na jego najnowszym dziele i obracam go w tę i we w tę, próbując w mroku dojrzeć szczegóły. Szczerze powiedziawszy, rysunek wygląda jak portret psa, którego rozjechał samochód. Dwukrotnie.

- To dinozaur! - wyjaśnia Will. Śmieje się, a potem ziewa, jakby nawet on wiedział, że nie jest zbyt dobry w rysowaniu, ale wcale się tym nie przejmuje.

- Oczywiście, że tak! - Odkładam notes na jego szafkę nocną i całuję go na dobranoc. Półprzytomny, rano z pewnością nie będzie o niczym pamiętał.

Idę do pokoju Chloe. Moja córka śpi głębokim snem sprawiedliwego, z jasnymi włosami rozrzuconymi na poduszce, niczym Śpiąca Królewna z bajki - choć w głębi duszy wiem, że jako siedemnastoletnia zagorzała feministka natychmiast skwitowałaby podobną uwagę stwierdzeniem, że bajki to mizoginistyczny bełkot. Wracam do swojego pokoju, besztając się w myślach za paranoiczny strach.

Wślizguję się do łóżka i zwijam w kłębek; Robert ledwie się porusza. Jest dopiero pierwsza trzydzieści. Jeśli teraz zasnę, będę miała jeszcze cztery godziny, zanim trzeba będzie wstać. Nie powinnam mieć problemu z ponownym uśnięciem - nigdy dotąd nie miałam, prowadząc tak zabiegany, wyczerpujący i obfitujący we wrażenia tryb życia, więc przytulam głowę do poduszki i spokojnie czekam na sen. Bezskutecznie.

O trzeciej rano sprawdzam maile - o północy Buckley przysłał gratulacje z powodu mojego wczorajszego zwycięstwa w sądzie w sprawie rozwodowej Stockwellów - potem przeglądam w telefonie wiadomości i idę do toalety. Niemal budzę przy tym Roberta, ale mój mąż tylko mamrocze coś przez sen, po czym zarzuca na mnie bezwładne, ciężkie ramię. Leżę, przeglądając w myśli grafik zajęć zaplanowany na ten szybko nadchodzący dzień, coraz bardziej sfrustrowana tym, że będę im musiała stawić czoła zmęczona. W biurze muszę być o siódmej trzydzieści. Rzadko kiedy wracam do domu przed upływem dwunastu godzin - i to tylko wówczas, gdy uda mi się wymówić od obowiązkowego wyjścia na drinki. Nie mogę sobie folgować - szczególnie teraz. Nie, gdy mam szansę zostać najmłodszym partnerem w firmie. Kocham swoją pracę. Naprawdę.

Robię kilka ćwiczeń oddechowych, które znam z zajęć jogi, próbując rozluźnić każdy mięsień w moim ciele i opróżnić umysł - co brzmi zwodniczo prosto, ale zwykle kończy się tym, że zaczynam się zastanawiać nad głupotami, takimi jak na przykład czy nie zabraknie mleka albo czy nie powinniśmy przypadkiem zmienić dystrybutora gazu; i chociaż moje tętno spada, nadal nie mogę usnąć.

To będzie długi dzień.

2

Jedenaście dni do urodzin

W pracy mamy dziś prawdziwy kocioł. Do dziesiątej czterdzieści pięć biorę udział w dwóch spotkaniach, dokonuję kilku rozliczeń i oddzwaniam do trójki klientów, próbując im na spokojnie wyjaśnić, że nie mogę sprawić, by sądy działały szybciej, ani wymóc sprawniejszego udzielania odpowiedzi od adwokatów ich partnerów, jakkolwiek irytujące mogą być owe opóźnienia - i że za każdym razem, gdy muszę dzwonić, by ich uspokoić, generuje to dodatkowe koszty. Ludziom zawsze jest bardziej śpieszno do rozwiązywania małżeństw niż do ich zawierania.

Sprawdzam komórkę. Mam trzy nieodebrane połączenia z nieznanego numeru, ale ktokolwiek to jest, będzie musiał poczekać. W tej chwili mam ważniejsze rzeczy do roboty.

Alison.

Gdy rozlega się pukanie do drzwi, biorę głęboki oddech. Z Alison nigdy nie jest łatwo.

- Proszę!

Alison Canwick jest po pięćdziesiątce i uważa, że jej wiek sam w sobie powinien gwarantować jej autorytet, a fakt, iż jest radczynią prawną o wiele dłużej ode mnie, powinien liczyć się bardziej niż to, że jest moją młodszą prawniczką. Jeśli zostanę partnerem, chyba mnie zamorduje.

- Dobra robota z byłą panią McGregor. - Uśmiecham się, wskazując jej krzesło, ale nie korzysta z zaproszenia. - Z pewnością jest zadowolona z orzeczenia.

- Tak bardzo, jak zadowolony może być ktoś, kogo mąż po trzydziestu latach małżeństwa odszedł w stronę zachodzącego słońca z kobietą w wieku ich najstarszej córki.

"Rany, nie możesz po prostu przyjąć komplementu?" - mam ochotę spytać. Specjalnością Alison są rozwścieczone żony, które pragną zemsty. Tak naprawdę nie jestem nawet do końca pewna, czy rzeczywiście zależy im na zemście, czy może przypadkiem nie jest tak, że to Alison podjudza je, by szły na całość - tak jak sama zrobiła, gdy dziesięć lat temu mąż zostawił ją dla innej. Może gdyby przestała podsycać ich gniew, jej własny również by przygasł? Tak czy inaczej, choć sprawa pani McGregor zakończyła się sukcesem, nie wszystko poszło po myśli klientki Alison. Prawda jest taka, że pochwaliłam ją tylko po to, by złagodzić nieco wydźwięk tego, co zaraz powiem.

- Hm, cóż, tak. Do rzeczy. - Siadam, mimo że ona nadal stoi. - Chodzi o twoje godziny rozliczeniowe - informuję ją, a rysy jej twarzy tężeją. Nie ma sensu dłużej zwlekać ani owijać w bawełnę. - Od dwóch tygodni wyrabiasz poniżej osiemdziesięciu procent normy i pomyślałam, że sprawdzę, czy przypadkiem nie dzieje się coś, co mogłoby...

- Jestem pewna, że ten głupi program komputerowy nie zawsze rejestruje wszystko prawidłowo - przerywa mi bez ogródek.

- Proszę, Alison, daj mi dokończyć - mówię. To właśnie drugi problem: Alison nigdy się nie myli. Nigdy też nie potrafi się przyznać do własnych słabości. - Niczego ci nie zarzucam - kłamię. - Chcę się tylko upewnić, że wszystko u ciebie w porządku. Zazwyczaj znacznie lepiej radzisz sobie z wyrabianiem normy. - Tym razem nie mijam się z prawdą; trzeba jej to przyznać: jest sumienna. I ambitna. I choć nie ze wszystkim radzi sobie śpiewająco, doskonale wie, że musimy wyrabiać co najmniej osiemdziesiąt procent godzin roboczych, żeby rozliczenia się zgadzały.

- Nic mi nie jest - odpowiada naburmuszona. - Postaram się poprawić wyniki.

- Pamiętaj, że w razie potrzeby zawsze możesz się do mnie zwrócić. - Ledwie wypowiadam te słowa, a już widzę, że popełniłam błąd. Napina mięśnie szczęki i piorunuje mnie wzrokiem.

- Będę o tym pamiętać - cedzi przez zaciśnięte zęby.

Z niezręcznej sytuacji ratuje nas obie pukanie do drzwi. Po chwili do środka wchodzi Rosemary, moja sekretarka - również po pięćdziesiątce, ale dla odmiany emanująca ciepłem i życzliwością wobec świata; w dłoniach trzyma duży wazon z różami.

- Spójrz tylko! - Stawia wazon na ozdobnym stoliku pod oknem. Są piękne; co najmniej ze dwadzieścia sztuk.

- To dla mnie? - pytam zdezorientowana. Nie przypominam sobie, aby na dziś przypadała jakaś specjalna data, a Robert nigdy nie kupuje mi róż. Wie, że zamiast ciętych kwiatów, które wyglądają pięknie, ale są nieuchronnie skazane na zgnicie na śmietniku, wolę rośliny doniczkowe, które przeżyją dłużej.

Wyraźnie zaciekawiona Alison marudzi z odejściem, ale nie zamierzam sobie zawracać głowy jej wypraszaniem.

- Było dołączone do bukietu. - Rosemary wręcza mi kartkę.

Dobry Boże, to od Parkera Stockwella...!

Jeszcze raz dziękuję. A jeśli kiedykolwiek będziesz miała ochotę na kolację, po prostu zadzwoń. Parker

Z gardła wyrywa mi się stłumiony jęk. Rosemary spogląda na mnie pytająco, a Alison rzuca szydercze:

- Niech no zgadnę: pan Stockwell? - Po czym odwraca się na pięcie i odchodzi, jakimś cudem emanując aurą triumfu, która irytuje mnie jeszcze bardziej niż jej wcześniejsze zachowanie.

- Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie był taką łajzą - mamroczę, patrząc na kwiaty. - Zaprasza mnie na kolację. Wątpię, by spodziewał się odmowy, mimo że jestem mężatką.

- Och, z pewnością mało kto mu odmawia!

- Racja. Ale gość zdecydowanie nie jest w moim typie. - Biorę głęboki oddech i wykreślam Alison z mojego grafika na ten dzień. - Może powinnam umówić go z Alison? - Parskam krótkim śmiechem na samą myśl o tym pomyśle. - Dlaczego taka z niej jędza?

- Jest po prostu zazdrosna i tyle - kwituje Rosemary. - Jesteś młodsza, odnosisz większe sukcesy, masz cudowną rodzinę i... och, a skoro już o tym mowa, byłabym zapomniała: dzwoniła twoja siostra. Powiedziała, że próbowała się dodzwonić na twoją komórkę, i prosiła, żebyś oddzwoniła. Najszybciej, jak to możliwe.

Phoebe...

Nagle zapominam o wszystkim: o kwiatach, Alison, napiętym grafiku i nieprzespanej nocy. Phoebe. Dzwoniła. Wywołuję nieznany numer z nieodebranych połączeń. Ma brytyjski prefiks. Phoebe. Moja siostra. Wróciła. Jedyne, co przychodzi mi w tej chwili do głowy, to... Dlaczego teraz? Dlaczego akurat tuż przed moimi urodzinami?