Późnym popołudniem, gdy zbierałam się do wyjścia, w drzwiach minęłam się z mężczyzną, który wpadł na krótką chwilę, aby zaprosić nas do siebie. Podziękowałam i, mimo iż pogoda nie sprzyjała spacerom, wybiegłam do "Omegi" - kafejki, która z czasem stała się jedną z moich ulubionych. Tam pracowałam, czytałam, rozmyślałam, słuchałam audycji radiowych, łączyłam się ze znajomymi. Lubiłam, kiedy podawano mi herbatę w tradycyjnym imbryku i moment, w którym rozlewałam ją do maleńkiej szklanki.
Kelnerzy, a było ich dwóch, popisywali się. Simo - swoim numerem telefonu, a Zouhir - obietnicą zabrania mnie na Saharę i przedstawienia swojej rodzinie. Oczywiście skinęłam głową i uśmiechnęłam się.
- Cześć Madaleine, jestem twoim sąsiadem.
Młody mężczyzna w okularach, ubrany w długi ciemny i dość modny płaszcz, stanął przede mną.
- Bardzo się cieszę - powiedziałam, a on zniknął.
Kilka minut później powrócił, usiadł przy mnie i próbował dowiedzieć się kilku istotnych informacji na mój temat. Jako że rozmowa się nie kleiła, a winę za to ponosił jedynie nieudolny język, który plątał się, zlepiając niezdarnie długo rozważane słowa, zniknął ponownie, a chwilę potem stanął przede mną ze swoim kolegą.
- Czy obaj jesteście studentami? - zapytałam, ale zamiast odpowiedzi zobaczyłam skonfundowane twarze, a chłopacy w tym samym czasie gotowi byli opuścić lokal.
Jak tylko pomyślałam, że dał sobie spokój i już nie wróci, kątem oka zobaczyłam go ponownie na schodach w towarzystwie innego znajomego. Podeszli, przywitali się i usiedli. Tym razem płynnie i bez jakichkolwiek językowych problemów przeszliśmy przez zestaw standardowych pytań, aczkolwiek sam dialog - dojrzały, gładki, zabawny - kolosalnie różnił się od poprzednich. Najbardziej zaskoczyła mnie jego normalność. Nie pytali, czy jestem mężatką, czy chciałabym wyjść za mąż ani też nie interesował ich mój wiek. Chociaż opowiadali nieco o sobie - Ali, mój sąsiad, był bezrobotny i od roku szukał pracy, a Mohamed studiował księgowość - to skupili się raczej na doświadczeniach i przeżyciach, które zaprowadziły mnie do tego właśnie konserwatywnego miejsca, jakim jest Khenifra.
Pomimo iż głodna byłam dialogu i czysto ludzkiego kontaktu opartego na rozmowie, z której rodziło się coś więcej niż tylko pozdrowienia, ostrzeżenia, czy słowa nawołujące do jedzenia, pożegnałam się z Mohamedem, a razem z Alim przespacerowaliśmy się w stronę naszej dzielnicy.
Gdy doszliśmy do naszej ulicy, Ali zaprosił mnie do siebie. Po stromych schodach weszłam do jego domu, bardziej przytulnego, bo skurczonego do rozmiarów eleganckiego apartamentu, w którym dominowały dwie typowo marokańskie kanapy ustawione pod ścianą, telewizor, stół, dość intymna kuchnia, pokój Alego oraz salon i sypialnia, które widziałam z daleka. Przywitała mnie jego mama, Mina, która przygotowała dla nas herbatę i boucheyary. Piękna, ciepła, przyjazna kobieta, a na dodatek znakomita kucharka - jej boucheyary były doskonałe! Ali podsunął mi album ze zdjęciami rodzinnymi, które zastąpiły nieporadne słowa. Śmiech wypełnił ciszę, a herbata i boucheyary zapełniły pusty żołądek.
Mina podarowała mi prezent: parę kolczyków z naszyjnikiem. Nalegała i nie przyjmowała odmowy. Kochałam ją i jej bezinteresowną matczyność, jej schludną osobowość i silne uściski; przytulała tak, jakby mocno kochała. Potrzebowałam jej. Umówiłyśmy się jutro na kawę, a teraz nadszedł czas, by wrócić do domu i podzielić się nowinami z moją rodziną.
- Poznałam Alego, jego mamę i Mohameda - krzyknęłam z radości, jak gdybym po raz pierwszy w życiu spotkała żywą istotę.
Meryam i Hakima spojrzały po sobie i nie odezwały się ani słowem, a na kolczyki i naszyjnik nie chciały nawet spojrzeć. Czy to zazdrość? Czy to forma kontroli? Czy może kombinacja obu? Mimo że moje wnętrze wciąż bulgotało z radości, zewnętrzna zgaszona forma usiadła w pokoju i zachowywała się tak, jakby do niczego nie doszło.
*
Nie było określonego czasu na spanie, czy pobudkę. Wieczorne dyskusje trwały, dopóki wszyscy nie zmęczyli się rozmową; mogła to być północ, druga nad ranem, a czasem moje wrażliwe i obolałe od zatyczek uszy słyszały je przez całą noc. Te głosy nie spały, tylko czuwały.
Hakima budziła się o siódmej rano, robiła śniadanie dla Achrafa i Moada, i odprawiała ich do szkoły. Chleb trzeba było upiec, herbatę zaparzyć, dziadków nakarmić. Podczas gdy ona wyrabiała ciasto na boucheyary i chleb, i przygotowywała obiad, obydwie Fadmy przychodziły rankiem na plotki. Nie skarżyła się, czasem wzdychała, gdy była zmęczona. Za mąż wyszła, gdy miała osiemnaście lat i od tego momentu jej życie kręciło się wokół gotowania, pieczenia, sprzątania, robienia zakupów i opieki nad wszystkimi - dziećmi, dziadkami, mężem. Oto poranna procedura: Hakima parzyła herbatę, robiła kawę, podgrzewała mleko, podawała do stołu boucheyary albo ciasto, a jeśli nie, to chleb z oliwą lub lekko podsmażane kawałki starego chleba zmieszanego z cukrem i oliwą.
Bez względu na to, jak smaczny był chleb, mój żołądek nie mógł strawić więcej niż kilka małych kawałków dziennie, więc rankiem zawsze z nadzieją czekałam na boucheyary podawane z miodem. Faktem było, że każdy na nie czekał, a szczególnie Papa Mohamed, który - choć żartem - już dzień wcześniej dawał Hakimie do zrozumienia, czego oczekuje na śniadanie.
- Jutro, Hakima, Inshallah...