Inshallah. Oddech Maroka - Magdalena Wąsiura

Kup ebooka

44.90 zł
39.06 zł (37,51 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ali

Późnym popołudniem, gdy zbierałam się do wyjścia, w drzwiach minęłam się z mężczyzną, który wpadł na krótką chwilę, aby zaprosić nas do siebie. Podziękowałam i, mimo iż pogoda nie sprzyjała spacerom, wybiegłam do "Omegi" - kafejki, która z czasem stała się jedną z moich ulubionych. Tam pracowałam, czytałam, rozmyślałam, słuchałam audycji radiowych, łączyłam się ze znajomymi. Lubiłam, kiedy podawano mi herbatę w tradycyjnym imbryku i moment, w którym rozlewałam ją do maleńkiej szklanki.

Kelnerzy, a było ich dwóch, popisywali się. Simo - swoim numerem telefonu, a Zouhir - obietnicą zabrania mnie na Saharę i przedstawienia swojej rodzinie. Oczywiście skinęłam głową i uśmiechnęłam się.

- Cześć Madaleine, jestem twoim sąsiadem.

Młody mężczyzna w okularach, ubrany w długi ciemny i dość modny płaszcz, stanął przede mną.

- Bardzo się cieszę - powiedziałam, a on zniknął.

Kilka minut później powrócił, usiadł przy mnie i próbował dowiedzieć się kilku istotnych informacji na mój temat. Jako że rozmowa się nie kleiła, a winę za to ponosił jedynie nieudolny język, który plątał się, zlepiając niezdarnie długo rozważane słowa, zniknął ponownie, a chwilę potem stanął przede mną ze swoim kolegą.

- Czy obaj jesteście studentami? - zapytałam, ale zamiast odpowiedzi zobaczyłam skonfundowane twarze, a chłopacy w tym samym czasie gotowi byli opuścić lokal.

Jak tylko pomyślałam, że dał sobie spokój i już nie wróci, kątem oka zobaczyłam go ponownie na schodach w towarzystwie innego znajomego. Podeszli, przywitali się i usiedli. Tym razem płynnie i bez jakichkolwiek językowych problemów przeszliśmy przez zestaw standardowych pytań, aczkolwiek sam dialog - dojrzały, gładki, zabawny - kolosalnie różnił się od poprzednich. Najbardziej zaskoczyła mnie jego normalność. Nie pytali, czy jestem mężatką, czy chciałabym wyjść za mąż ani też nie interesował ich mój wiek. Chociaż opowiadali nieco o sobie - Ali, mój sąsiad, był bezrobotny i od roku szukał pracy, a Mohamed studiował księgowość - to skupili się raczej na doświadczeniach i przeżyciach, które zaprowadziły mnie do tego właśnie konserwatywnego miejsca, jakim jest Khenifra.

Pomimo iż głodna byłam dialogu i czysto ludzkiego kontaktu opartego na rozmowie, z której rodziło się coś więcej niż tylko pozdrowienia, ostrzeżenia, czy słowa nawołujące do jedzenia, pożegnałam się z Mohamedem, a razem z Alim przespacerowaliśmy się w stronę naszej dzielnicy.

Gdy doszliśmy do naszej ulicy, Ali zaprosił mnie do siebie. Po stromych schodach weszłam do jego domu, bardziej przytulnego, bo skurczonego do rozmiarów eleganckiego apartamentu, w którym dominowały dwie typowo marokańskie kanapy ustawione pod ścianą, telewizor, stół, dość intymna kuchnia, pokój Alego oraz salon i sypialnia, które widziałam z daleka. Przywitała mnie jego mama, Mina, która przygotowała dla nas herbatę i boucheyary. Piękna, ciepła, przyjazna kobieta, a na dodatek znakomita kucharka - jej boucheyary były doskonałe! Ali podsunął mi album ze zdjęciami rodzinnymi, które zastąpiły nieporadne słowa. Śmiech wypełnił ciszę, a herbata i boucheyary zapełniły pusty żołądek.

Mina podarowała mi prezent: parę kolczyków z naszyjnikiem. Nalegała i nie przyjmowała odmowy. Kochałam ją i jej bezinteresowną matczyność, jej schludną osobowość i silne uściski; przytulała tak, jakby mocno kochała. Potrzebowałam jej. Umówiłyśmy się jutro na kawę, a teraz nadszedł czas, by wrócić do domu i podzielić się nowinami z moją rodziną.

- Poznałam Alego, jego mamę i Mohameda - krzyknęłam z radości, jak gdybym po raz pierwszy w życiu spotkała żywą istotę.

Meryam i Hakima spojrzały po sobie i nie odezwały się ani słowem, a na kolczyki i naszyjnik nie chciały nawet spojrzeć. Czy to zazdrość? Czy to forma kontroli? Czy może kombinacja obu? Mimo że moje wnętrze wciąż bulgotało z radości, zewnętrzna zgaszona forma usiadła w pokoju i zachowywała się tak, jakby do niczego nie doszło.

*

Nie było określonego czasu na spanie, czy pobudkę. Wieczorne dyskusje trwały, dopóki wszyscy nie zmęczyli się rozmową; mogła to być północ, druga nad ranem, a czasem moje wrażliwe i obolałe od zatyczek uszy słyszały je przez całą noc. Te głosy nie spały, tylko czuwały.

Hakima budziła się o siódmej rano, robiła śniadanie dla Achrafa i Moada, i odprawiała ich do szkoły. Chleb trzeba było upiec, herbatę zaparzyć, dziadków nakarmić. Podczas gdy ona wyrabiała ciasto na boucheyary i chleb, i przygotowywała obiad, obydwie Fadmy przychodziły rankiem na plotki. Nie skarżyła się, czasem wzdychała, gdy była zmęczona. Za mąż wyszła, gdy miała osiemnaście lat i od tego momentu jej życie kręciło się wokół gotowania, pieczenia, sprzątania, robienia zakupów i opieki nad wszystkimi - dziećmi, dziadkami, mężem. Oto poranna procedura: Hakima parzyła herbatę, robiła kawę, podgrzewała mleko, podawała do stołu boucheyary albo ciasto, a jeśli nie, to chleb z oliwą lub lekko podsmażane kawałki starego chleba zmieszanego z cukrem i oliwą.

Bez względu na to, jak smaczny był chleb, mój żołądek nie mógł strawić więcej niż kilka małych kawałków dziennie, więc rankiem zawsze z nadzieją czekałam na boucheyary podawane z miodem. Faktem było, że każdy na nie czekał, a szczególnie Papa Mohamed, który - choć żartem - już dzień wcześniej dawał Hakimie do zrozumienia, czego oczekuje na śniadanie.

- Jutro, Hakima, Inshallah...

Lekcja

"Dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota, i co do wszechświata nie jestem pewien" (Albert Einstein).

Pożegnałam się z Europą dokładnie dwa tygodnie temu. Nie skarżyłam się na nic, ale od czasu do czasu tęskniłam za tym, co dobre: za prysznicem, wanną, radiową czwórką BBC, szczególnie w niedzielne poranki, za kinem i rozmowami z przyjaciółmi przy lampce Bordeaux lub Côte de Lyon. Biorąc pod uwagę popularność, jaką tu zdobywałam, zastanawiałam się nad napisaniem własnej książki telefonicznej.

Dwóch młodych mężczyzn poznanych w publicznym ogrodzie próbowało zwabić mnie w swoje sieci - banalnie, nieelegancko, odpychająco. I mimo że wyglądali na starszych, to zachowywali się jak nastolatkowie. Jeden, dwudziestoośmioletni ochroniarz, miał w zanadrzu kilka zdań po angielsku i francusku; drugi, Said, nie był szczególnie utalentowany. Chwileczkę. Zapomniałam o dwóch istotnych rzeczach: piciu i paleniu. Jeśli nie sączył whisky ukrytej w wewnętrznej kieszeni kurtki, to palił haszysz, a na dokładkę popalał Marlboro. Przystojny, a głupi jak but. W rzeczywistości obaj nie świecili przykładem.

- A co powiesz na spacer wzdłuż rzeki? - zadawali pytania, rozbierając mnie wzrokiem.

- Gdzie dokładnie? - zapytałam.

- W góry - odpowiedzieli.

- Są dość daleko - podejrzliwie zerknęłam w ich stronę.

- Moglibyśmy zatrzymać się w domu Saida, jak się zmęczymy - zasugerował ochroniarz.

Chociaż nie było powodu do paniki, stawałam się coraz bardziej czujna. Energia, jaką emanowali - brudna, obraźliwa, tania i odpychająca - zaniepokoiła mnie.

Gdy się ich pozbyłam, wzięłam głęboki oddech. I być może był to zbieg okoliczności, że kolejny mężczyzna zwrócił na mnie uwagę i zaproponował odprowadzenie mnie do domu. Niespodziewanie Said i jego przyjaciel zjawili się tuż za nami, udając, że w ogóle mnie nie znają. Gdy dotarliśmy do La Scierie, odprężyłam się.

- Proszę, zadzwoń do mnie. Chciałbym cię zabrać na kawę - powiedział i dodał: - Jeśli tego nie zrobisz, przyjdę po ciebie, teraz wiem, gdzie mieszkasz.

Zaśmiał się i zniknął. Ta bezsensowna uwaga nauczyła mnie dziś jednego: nigdy więcej nie zdradzę obcemu facetowi swojego miejsca zamieszkania.

Fadma, najlepsza przyjaciółka Hakimy, wyciągnęła mnie za rękę z domu i zaprowadziła do swojego. - Aji, aji!1 - krzyczała, dodając: - Hrira... koul! Poziom mojego głodu był zerowy, ale przyjemność z zaproszenia większa niż apetyt. Fadma, jak każdy z nas, miała swoje dwie strony. Jedna - stopniowo ujawniająca cechy muzułmańskiej konserwatystki, druga - sentymentalna i nad wyraz czuła. Dzieci ją kochały, a ona odwzajemniała się ciepłem i bliskością. W rzeczywistości ciepło generowane przez tę rodzinę było jedyną formą ogrzewania w całym domu - nie posiadał ani pieca, ani grzejnika gazowego. Tu, jak w każdym innym domu, telewizor był bezcennym dobytkiem, formą utrzymywania kontaktu z rzeczywistością - lepszą, bogatszą, śmieszniejszą, ogłupiającą; rzeczywistością, w której dominowały seriale i piłka nożna - narodowa obsesja, którą dziewięćdziesiąt pięć procent mężczyzn śledziło nieustannie, gapiąc się godzinami w ekrany telewizorów.

Muszę się do czegoś przyznać: hrira była jedyną zupą, której nie lubiłam. Bez względu na to przez kogo była przygotowana i w jaki sposób przyprawiona, kombinacja ciecierzycy, drobnego makaronu i sosu pomidorowego po prostu mi nie smakowała. Niemniej jednak, z grzeczności i wdzięczności za jedzenie, zjadałam wszystko, co było na talerzu.

- Fadma... dziecko... - powiedziała Hakima, wskazując na brzuch przyjaciółki.

- Jesteś w ciąży? Gratulacje! A gdzie jest ojciec dziecka?

Ojciec ponoć często wyjeżdżał do pracy i tylko raz w miesiącu zjawiał się na dzień lub dwa w domu, rozpieszczając Fadmę i chłopców. Mając dwóch synów, desperacko pragnęła córki.

- Jak będzie dziewczynka, to nazwie ją po tobie - zaśmiała się Hakima.

Przenikliwy ból głowy zmieniający się w migrenę zjawił się tuż po zjedzeniu zupy. Zaszyłam się więc w swoim pokoju, aby uciąć sobie krótką drzemkę, gdy po chwili krzyki dochodzące z dołu wyrwały mnie z błogiego wypoczynku. Co się dzieje? Kto tak wrzeszczy? Pośpieszyłam na dół i zobaczyłam ojca kuzyna Lahcena, jednego z braci Papy Mohameda, stojącego naprzeciwko Papy z pianą w ustach, jakby gotowego do ataku. Szybko usiadłam, myśląc, że uratuję sytuację, że pewnie zrobi się nieśmiały, widząc obcą mu twarz, że się uspokoi i przywróci do porządku, ale tak szybko jak usiadłam, równie szybko musiałam się podnieść. Papa Mohamed wyprostował się jak struna, którą z furią naciągał ojciec Lahcena. Zamachnął się, gdy nagle na równe nogi poderwała się babcia Halima i stanęła pomiędzy rywalami, wymachując swoimi kościstymi ramionami i piszcząc jak myszka. Do bijatyki na szczęście nie doszło, ale awantura nie ustawała i czym cichszy stawał się Papa Mohamed, tym głośniejszy był jego brat. Cokolwiek zostało wykrzyczane tego wieczoru, wywołało gorącą debatę po tym, jak wściekły ojciec Lahcena zniknął z domu, a jego syn w pokojowy już sposób próbował przywrócić emocjonalną równowagę.

1 Aji [ażi] - chodź, przyjdź.