Spis treści
CZĘŚĆ PIERWSZA. OCZEKIWANIE
Czerwiec 2008
Lipiec 2008
Sierpień 2008
Wrzesień 2008
Październik 2008
Listopad 2008
Styczeń 2009
Luty 2009
Marzec 2009
Kwiecień 2009
Maj 2009
Czerwiec 2009
Lipiec 2009
Sierpień 2009
Wrzesień 2009
Październik 2009
Listopad 2009
Grudzień 2009
Luty 2010
Telefon
Nasz Synek?
Pierwsze spotkanie
Wspólny weekend
Tydzień razem
Tęsknota
Jedziemy po Niego
U nas
Codzienność
CZĘŚĆ DRUGA. WE TROJE
Październik 2011
Listopad 2011
Grudzień 2011
Styczeń 2012
Luty 2012
Marzec 2012
Kwiecień 2012
Maj 2012
Czerwiec 2012
Lipiec 2012
Sierpień 2012
Wrzesień 2012
Październik 2012
Listopad 2012
Grudzień 2012
Styczeń 2013
Kwiecień 2013
Wrzesień 2013
Grudzień 2013
Styczeń 2014
Luty 2014
Marzec 2014
Kwiecień 2014
Lipiec 2008
Czy to źle, że cały czas myślimy o tym, żeby jeszcze spróbować zapłodnienia in vitro? Żeby mieć pewność, że spróbowaliśmy wszystkiego, aby mieć swoje własne, biologiczne dziecko?O adopcji rozmawialiśmy długo przed zapisaniem się na zabieg.
W grudniu 2007 roku wykonałam pierwszy telefon do ośrodka adopcyjnego. Wolne terminy były we wrześniu 2008 roku. Zapisałam nas. Byliśmy na spotkaniu, aby dowiedzieć się czegoś więcej. I nasze szkolenie tak naprawdę miało się zacząć dopiero we wrześniu, wcześniej mieliśmy spróbować zapłodnienia pozaustrojowego. Jeden telefon z ośrodka, jakaś para zrezygnowała i jest dla nas miejsce, pytanie, czy chcemy zacząć wcześniej. Nasza odpowiedź mogła być tylko jedna. Mieliśmy zacząć na początku czerwca. To znak, że adopcja to słuszny wybór? Jedyny wybór? My to chyba po prostu czuliśmy, wiedzieliśmy gdzieś tam w środku, że tak.
Jednak pojechaliśmy do stolicy, do kliniki wykonującej zabiegi zapłodnienia pozaustrojowego. Personel miły, uśmiechnięty. Pary z takimi samymi problemami jak nasze, zerkamy na siebie.
– Jaka jest ich historia – myślimy.
– Jaka jest ich historia – myślą oni.
Spoglądam na jakąś młodą kobietę i zastanawiam się, co czuje i na ile jej desperacja jest bliska mojej. Ile czasu przepłakała, rozpaczając jak ja, gdy kolejny raz dostała miesiączkę i już wiedziała, że nie usłyszy od lekarza: gratuluję, jest pani w ciąży.
Nigdy tego nie usłyszałam, ale raz moja nadzieja była większa niż kiedykolwiek wcześniej. Była prawie pewność. Nie dostałam okresu o czasie. Czekałam, bo znam swój organizm i wiem, że lubi mi płatać takie figle. W końcu zadzwoniłam do lekarza, kazał zrobić badanie beta hCG. Pojechaliśmy rano przed pracą. Wynik będzie po południu. Przed końcem pracy (oczywiście nie byłam w stanie się na niczym skupić) przyjechał mój Mąż i już widziałam w jego oczach, jakie wieści ma dla mnie. Była ciąża. Był nasz cud, ale to były tylko cyfry. Lekarz nic nie widział na USG. Kazał uzbroić się w cierpliwość i nie pozwolił się cieszyć.
Tylko że my nie mogliśmy się nie cieszyć. Tyle czasu na to czekaliśmy. Powiedzieliśmy tylko Rodzicom i dwóm znajomym parom. Przy sobotnim śniadaniu myśleliśmy o imieniu, gdzie stanie łóżeczko, jak pomalujemy pokój. Świetnie się składało, bo byliśmy w trakcie remontu.
Dostałam leki, bo lekko plamiłam. Po weekendzie miałam ostre bóle, znowu lekarz, zwiększona dawka leku, zwolnienie. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Te same badania, magiczne cyferki lecą w dół, ciąża biochemiczna... Moja rozpacz, łzy. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
Jeszcze kilka dni zwolnienia. Pojechaliśmy nad morze. Trochę odpoczęliśmy. Bunt, złość, rozpacz cały czas mi towarzyszyły. Moja dobra znajoma była w ciąży i u niej wszystko było w porządku. Jej dziecko się w niej rozwijało. Ja dostałam tylko namiastkę tego, co ona miała tak po prostu, od razu, bez wysiłku. Ja nie zobaczyłam tego magicznego punktu na USG. Moje dziecko noszę cały czas tylko w swojej wyobraźni, nie pod sercem, choć wtedy – dokładnie rok temu – prawie je tam poczułam. Nie! Ja je poczułam, ale to był tylko sen, z którego brutalnie zostałam wyrwana. Patrząc w klinice na inne pary, wiem, że są smutniejsze i tragiczniejsze historie niż nasza. Nie lubię do niej wracać, bo boli tak samo, bo myślę, ile lat dziś miałoby to dziecko, które dało mi o sobie znać, że jest, że próbuje znaleźć we mnie bezpieczne miejsce. Tak chciałam mu pomóc, rozmawiając z nim i prosząc je, aby było silne, by mnie nie zostawiało. Nie jestem w stanie pojąć rozpaczy kobiet, które ronią ciąże dużo bardziej zaawansowane. Nasza była tylko czterotygodniowa, a ja już zdążyłam to dziecko pokochać. Już nie mam w sobie tego buntu i pretensji do świata. Wiem, że TO się kiedyś stanie. Będę mamą.
Jednak nie pomoże nam w tym medycyna, to nie dla nas. Trzymając w rękach z jednej strony procedurę zapłodnienia in vitro i procedurę adopcyjną, nie mieliśmy wątpliwości. To pierwsze było dla nas zbyt skomplikowane, przeraziła nas liczba badań, jakie musi przejść kobieta, i liczba leków, które musi przyjąć. Do tego ogromne jak dla nas koszty, mały procent szans na powodzenie. Następnej wizyty w klinice nie było.
***
Kolejne pytanie, które sobie zadaję, dotyczy tego, czy jestem próżna, bo chciałabym, aby moje dziecko było ładne. Rodzice biologiczni myślą dokładnie tak samo – usłyszałam od naszej psycholog.
Tyle razy mówiono nam, że "zrobimy" ładne dzieci. Jak każda matka będę pewnie i tak myślała, że moje dziecko jest najpiękniejsze, najmądrzejsze, najlepsze. Często marzę sobie, że mamy dwójkę swoich biologicznych dzieci. Chłopiec jest starszy, podobny do Męża, ma jego niebieskie oczy z takim samym błyskiem i takimi samymi chochlikami, proste, rozjaśnione letnim słońcem włosy. Zapuszczałabym mu je, wyglądałby jak jego tata, kiedy sam był dzieckiem. Ma na imię Marcel, Kacper, Szymon... Mała jest podobna do mnie, ma moje kręcone, ciemnobrązowe włosy, ciemne oczy. To nasza Amelia, Lena, Sonia... Ma charakterek, po mamusi.
Przyziemne mam te marzenia. Mimo ich zwykłości nie chcą się spełnić. A może gdzieś tam czekają już na nas taki Marcel, taka Amelia. Tylko że my jeszcze o tym nie wiemy. Oni też jeszcze nie...
Październik 2008
Często słyszałam od kobiet w ciąży coś na zasadzie: a wiesz, w międzyczasie urodziłam dziecko, no drugie i mam spokój. To wszystko tak brzmi, jakby mówiły: byłam przeziębiona. Czemu to, co dla innych kobiet jest czymś najnormalniejszym w świecie, dla mnie stało się nieosiągalne? Czy ma jakiś głębszy sens ten "boski plan"? Chcę wierzyć, że ma i na końcu tego wszystkiego poznam odpowiedzi na te pytania, i tak jak inne kobiety będę mogła mówić głośno to, co na razie wypowiadam po cichu, szeptem...
***
Uświadomiłam sobie ostatnio – codziennie w sumie to do mnie dociera – jakim wsparciem jest dla mnie Mąż. Wakacyjna miłość przerodziła się w coś wielkiego, poważnego. Chociaż różnie u nas bywało, to zawsze czuliśmy, że po prostu jesteśmy sobie przeznaczeni. Czasami zastanawiam się, jak by to było, gdyby kilka lat temu nasze drogi się rozeszły. Czy każde z nas miałoby już swoją rodzinę, dziecko? Czy bylibyśmy szczęśliwi bez siebie? Podjęliśmy inne decyzje, jesteśmy razem, inaczej być nie mogło. Czy inny mężczyzna dałby mi tę siłę? Nie potrafiłabym walczyć z kimś, kto nie chciałby adopcji, przekonywać go do tego. Może kiedyś dojrzałby do tego, ale mnie była potrzebna taka postawa, jaką przyjął mój mężczyzna. Dało mi to pewność, że możemy to zrobić, że razem damy radę. Najważniejsze jest dziecko, a drogi, aby zostać rodzicami, są różne. Nasza droga to adopcja. On wiedział chyba o tym już od dawna, ja dzięki niemu zrozumiałam to szybciej, niż się spodziewałam.
Wiem, że on, tak samo jak ja, codziennie o Tobie myśli. To wszystko, co do Ciebie tu kieruję, jest również tym, co chciałby Ci powiedzieć Twój Tata. On tak samo czeka na Ciebie, tęskni za Tobą...
***
Piętnasty października – to dziś zbiera się komisja kwalifikacyjna. Jestem raczej spokojna, chciałabym tylko zacząć działać. Myślimy jeszcze cały czas o zawyżeniu wieku. Sama nie wiem. Zobaczymy po kwalifikacji. Dotykałam dużego brzucha ciężarnej koleżanki i już nie zazdrościłam jej tak bardzo... nie bolało...
***
Koniec października i... MAMY KWALIFIKACJĘ. To nie fakt, że ją dostaliśmy, wywołuje we mnie takie emocje, bo pani z ośrodka wcześniej uspokoiła nas, że z tym raczej nie będzie problemów (chociaż i tak się denerwowałam), tylko fakt, że to się stało i teraz jesteśmy tak blisko jak nigdy dotąd i że ja już nie tylko wierzę, ale i wiem, że będziemy wkrótce mamą i tatą. Tak jakbym usłyszała to wyczekane: gratulacje, jest pani w ciąży!
Jestem taka szczęśliwa. Już się niczego nie boję. To wszystko dzięki Tobie... Już niedługo się zobaczymy...
Inny początek. Adopcja. Piękno powtórnych narodzin
Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-316-3
? Honorata Wójcik-Tuliszka i Wydawnictwo Novae Res 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Joanna Małkowska
KOREKTA: Katarzyna Czapiewska
OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska
KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl
WYDAWNICTWO NOVAE RES
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Autor i wydawnictwo dziękują Danielowi Tuliszce (Tuliszka.com) za wsparcie finansowe publikacji.