Inne tempo - Jacek Gutorow

Kup ebooka

10.25 zł
8.51 zł (8,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis wierszy

[Ledwie tknięty, wieża i czarne planty]

Suchy dryf

Mgła

Żywioły

Metamorfozy

Nad stawem

Rytuały

Zielsko. Wspomnienie

Sen

Zachód słońca po deszczu

Pomiędzy

Łubiny

Bug

I.

II.

III.

IV.

V.

Inne tempo

Hebrajszczyzna

Wiersz przeciw podróżom

Parataksa

Temat z Kitaja

Mandarynka

Czego nie namalowali Holendrzy

>Z notatnika: grudniowe spacery

Pierwszy

Drugi

Trzeci

Czwarty

Piąty

Ale przecież romantyzm się skończył

Się

Akt poetycki

Sygnalizacja świetlna w mieście Opolu (po lekturze Pokarmów ziemskich André Gide'a)

Temat ze Schuylera

Koniec lata miłości (wrześniowa piosenka)

Zbliżenia

I. Jadąc na wieczór poezji

II. Sznurowadło

III. Na temat

IV. All heavy forms

V. Creative writing

Kasztan

Śliwy

Nad brzegiem rzeki

Dekompresja (piosenka)

[Dwie białe łódki na białym tle]

Bez tytułu

Jak w zwierciadle

Koniec bajki (apokryf)

Od Autora

Suchy dryf

Zapłaczmy nad tym miejscem. Szerokość wstęgi

i jej splot w naszym wspólnym pandemonium,

kiedy sny dzielone są po uważaniu. Znaczki, muszki owocówki,

szorstka dolina w głąb ekranu, z którego suniemy

wprost na górki, uroczyska i nagle spiętrzone

wertepy. Płaczmy, bo nikt nie woła. Jedźmy

z tym koksem na brzeg świata, gdzie bogowie

jeszcze przed chwilą palili światła.

Pozostał po nich żwir. Nawet głodne spojrzenie

nie wskrzesi poranka, który mógł być tuż tuż,

za zakrętem. Pusty dźwięk nie odnajduje echa.

Tornado myśli to burza w szklance wody.

Okolica ma sucho w gardle; spieczone skały

fosforyzują w czas taniego zmierzchu.

Utknęliśmy tu na dobre - jak kursory

obojętne na ruchy myszką, trapy zawieszone w nicości,

szare eminencje, ale tylko we własnych oczach lub we własnym gronie.

To czas kursywy, kiedy wszystko odbywa się na stronie.

Czas myszkowania po nieistotnych zakamarkach pamięci.

Czas jak sztolnia, w której uczymy się żyć,

poboczne dygresje na samobójczym torze;

zapadnia otwiera się i jest czas zmarnowanej szansy,

długi jak życie. Dryf znosi nas poza ekran.

Wężej i ciaśniej, aż wciska nas w wir

sumujący wszystkie operacje. Stąd już niedaleko do gwiazd,

tych żebraczych, trzymających nas w szachu

od chwili urodzenia. Lecimy w dół skali, którą mierzyliśmy

stopień prawdziwości nas samych. Po szybie

spływają łzy, a niezakotwiczony statek wpatruje się jednym okiem

w nadchodzącą burzę. Edytor podkreśla błędy w tych obrazach:

żadnej zatoki, bo ta jest mirażem; żadnych łez, bo mamy suche oczy;

żadnej serenady na najwyższym piętrze, skąd dochodzą tylko

głosy opuszczonych istot. Ostatni widok

pruje się na wietrze i raz jeszcze

przybywa lat. Zapłaczmy nad tym miejscem,

które mocno nas trzyma, wchodzi pod skórę

i wypiera duszę. Na wieży nikt nie woła.

Na dole skrzętnie pracują cienie.

Ktoś wypożycza sprzęt i schodzi, ale nie jest

prorokiem w ten czas sypania po oczach,

kiedy skały następują po sobie jak przęsła kolejnych stron -

jeszcze jedna, jeszcze jedna, aż w naszym świecie

robi się uskok i jest marna, dwuwymiarowa perspektywa.

Na nią być może zasłużyliśmy. Bo na pewno nie na świt

na podgórskiej łące, sunący powoli przez zaplecza myśli.

Coś mogło schodzić do lądowania, ale zostaliśmy tutaj

sami i rozproszeni. Czekajmy cierpliwie.