Inne Światy, antologia inspirowana pracami Jakuba Różalskiego - Sylwia Chutnik, Jacek Dukaj, Aneta Jadowska, Anna Kańtoch, Jakub Małecki, Remigiusz Mróz, Łukasz Orbitowski, Robert J. Szmidt, Aleksandra Zielińska, Jakub Żulczyk


Reflow text when sidebars are open.
To nawet nie o to chodzi, że mam sześć centymetrów wzrostu i jestem najmniejszy z ekipy, bardziej o coraz większe drętwienie w prawej nodze, ale weź im to wytłumacz. Prosiak mówi, że się lenię, a ja naprawdę mam problem z tą nogą. Od trzydziestu lat porządnej zimy nie było, trochę popada i od razu roztopy. Tak że to jest zwyczajny reumatyzm, mówię im, a oni tak, kurwa, reumatyzm, na dupie byś tylko leżał, miglancu, i czekał, aż inni ci wszystko przyniosą.
Jak bym czekał, jak idę z wami, odpowiadam. To tamci na wiosce czekają. Ale co zrobić, dopada nas niż demograficzny. Do tego, jak łatwo się domyślić, sto lat temu prawie wyginęliśmy przez rozwój motoryzacji i od tamtej pory z populacją jest u nas raczej chujowiutko. Generalnie to musimy iść do tego śmietnika, bo nie ma co żryć, nasi naprawdę już korę z drzew obgryzają.
Poprawiam czapkę, bo zsuwa mi się bez przerwy na gały - od złego jedzenia głowa mi się zmniejsza - i kulam się dalej za nimi. Patrzę pod nogi, bo ten parking pod marketem to smutna sprawa, dziura na dziurze, dziury z dziurami łączą się razem w taki szary asfaltowy ser, a to jest bardzo duża przeszkoda, zwłaszcza jak się ma sześć centymetrów wzrostu.
Prosiak ma osiem centymetrów wzrostu i żyje w takim ogólnym przekonaniu, że jest kozak. Ma łapy jak serdle, na lewej wydziarane serce matki. Czapka czerwienieje mu jak radziecki sztandar, bo raz na zapleczu Rossmanna był nieotwarty lakier do paznokci i Prosiak maluje nim czapkę, nadając jej całkiem tego połysk.
Market jest niczego sobie, bo ludź w stróżówce popija spirytus i ma od tego różne stany deliryczne, więc bierze nas za część swoich światów wyśnionych. Tak że to, ogólnie rzecz biorąc, bezpieczna sprawa. Można powiedzieć, wymarzona.
Najpierw krzyczał, że nas widzi, ale Prosiak mu warknął, żeby tak się nie darł, bo go zawiozą w kaftan, w sensie do takiej placówki dla ludziów, co mają zepsute pod czapką, no to teraz nic już nie mówi, zgodnie z zasadą, że człowiek powinien słuchać przede wszystkim samego siebie.
Nam wiele nie potrzeba. To, co najlepsze, oczywiście już zepsute. Generalnie te pięćset lat temu, gdy ludziowie akceptowali naszą obecność, żywność była dużo lepsza. Samym masłem, co baba przed chałupę wystawiała, można się było pożywić bardzo przyzwoicie.
Jest nas czterech: ja, Prosiak, Laufer i Kunegunda. Moja godność Baryła. Nie śmiejcie się, bo u nas, w sensie w naszym plemieniu, imiona nadaje się w wieku dorosłym i z losowania. To uroczysta uroczystość, o najwyżej randze dostojności, na której wszyscy jedzą wizyjnego muchomora, i stąd te imiona.
Każdy ma jakąś przypadłość, nie tylko ja. Wszyscy są raczej po siedemdziesiątce - młodzież przenosi się na północ. Siedemdziesiąt to u nas wiek średni. Prosiak ma coś z płucami, pewnie bronchit, ale jak kaszle, to udaje, że śpiewa. Laufer to taki laluś, wąsy spomadował miodem z uszu, broda w warkoczyk, kiedyś bardzo dobrze i daleko skakał, ale teraz ma spore problemy z równowagą po tym, jak wpadł do słoika z butaprenem. Kunegunda była pięknością, ale dawno, jeszcze jak u ludziów panował komunizm. Urodziła dwadzieścioro dzieciów, z czego przeżyło aż pięć, i ma brodę jak wszyscy, plus knypcia na łbie prawie tak dużego jak sam łeb, no ale to nie problem, bo i tak nosimy czapki.
Starość nie radość.
Ale nie peniamy.
Potrzeba nam niewiele.
(...)
Nazwałem go Erzet, bo kiedyś usłyszałem, że psy reagują na zbitki twardych spółgłosek, a żadna inna zbitka nie wydawała mi się twardsza. Co najważniejsze, zareagował od razu, więc nie musieliśmy się z mamą zastanawiać nad wyborem imienia, choć na początku mama kazała mi natychmiast zabrać z domu tego małego hultaja. Tak powiedziała, hultaj. Czasem wołały tak na mnie inne dzieci, teraz mama w ten sposób zawołała na psa.
Erzeta poznałem pewnego dnia, gdy wracałem ze szkoły. Była jesień, sama końcówka, taka, że już grubszy sweter nie wystarczy, trzeba zakładać też płaszcz. Ojciec niby był młody, gdy go nosił, a i tak poły sięgały mi za kolana, plątały się między nogami. Na nogach miałem buty, też za duże, wszystko za duże, albo to ja jestem jeszcze za mały. W każdym razie pora była taka, że już marzłem, choć twardo nie zakładałem czapki. Czapkę akurat mam maminą i chłopaki często to wyśmiewają, więc wolę mieć czerwone uszy, niż dać im kolejny powód do zaczepek. Gapiłem się w niebo i wypatrywałem bocianów, bo ktoś ze starszej klasy opowiadał, że widział bociany, co odlatywały na południe. Niby nie wierzyliśmy, bo już dawno nikt nie widział bociana, nikt nie widział żadnego ptaka poza pojedynczymi krukami, ale mimo wszystko dyskretnie zadzieraliśmy głowy i sprawdzaliśmy, czy aby nie ma tam czegoś ze skrzydłami i czerwonym dziobem. Tak wyglądał bocian na obrazku w bajce dla dzieci z zerówki, a że w zerówce było tylko troje dzieci, to podbieraliśmy im książki, żeby oglądać, choć wszyscy znali całość na pamięć. Troje w zerówce, młodszych na razie nie ma.
Bardzo chciałem tego bociana zobaczyć, pobiec do domu i zawołać, że mamo, patrz, bociany lecą na południe, zatem jest jakieś południe, a jak południe, to i cieplej, więc i u nas będzie ciepło, bo z bocianami wróci wiosna, i to taka, że sam grubszy sweter wystarczy. Zadzierałem głowę i powłóczyłem nogami w za dużych butach, mijałem szkołę, okoliczne domy, kupy gruzu i hałdy śmieci, gdzieś po drodze trafił się ktoś z sekty, jakaś staruszka pogroziła ręką, zwyzywała od pogrobowców i burzycieli, a bociana ani śladu.
Łąki były brązowe i zgniłe, gdzieniegdzie sterczały gołe pnie, w nosie kręcił pył. Gdybym poszedł w lewo, dotarłbym do Limba, a raczej do tego, co z Limba zostało, minąłbym metalowe cielsko pyrola i pogapił się na jego powykręcane nogi - ale z daleka, na wypadek gdyby przyleźli sekciarze i chcieli mnie zabrać pod ziemię. Bo jak się wchodzi na teren Limba, to wszystko wolno, nikt nie widzi, pyrol nie widzi, kamery ma zaflegmione węglowym pyłem. Tyle nam węgla po Limbie zostało - pył i z rzadka wybuchy metanu, czasem lekkie trzęsienie ziemi.
Do domu mam blisko, wystarczy minąć ruinę tartaku. Tartak sukcesywnie rozbierają na opał, bo drzew już nie ma, a te, co są, to stoją na rynku, otoczone drutem, pilnowane i hołubione, nawet sekciarze gapią się na nie łakomym okiem, jakby modlenia się do pyrola było im za mało. Pięknie by tam wyglądało gniazdo bocianie, w samym środku wioski, żeby każdy mógł te bociany oglądać od wiosny do jesieni, przez te kilka miesięcy, zanim niebo znowu się zrobi szare, powietrze mroźne, a słońce schowa się za pyłowe chmury jakby na wieczność. Bo wtedy dzień to będzie tych parę godzin w kolorze popiołu, że nawet do szkoły wstawać się nie chce, w te same podręczniki, co zostały, zaglądać. Taki, że nic się nie chce, tylko spać i jeść, a do jedzenia nuda albo puszka od święta.
Tego dnia gapienie się w niebo coś w końcu przyniosło. Przez chwilę to się nawet cieszyłem, ale tylko przez chwilę, bo zaraz sobie wyobraziłem tę straszną zimę, co ma przyjść. Zimę, co skuje rzeki i tym samym otworzy innym drogę do naszej wioski, i co każe wkładać słomę do butów, żeby stopy nie odmarzły, i znosić drewno pod piec. Kiedyś paliło się węglem, mama przechowuje mały kamyk zawinięty w szmatkę i mówi, że ojciec wyniósł go spod ziemi tego dnia, gdy został sztygarem. Zmusza mnie, żebym patrzył i wspominał ojca dobrze, ale do tego wcale mi ten kamyk potrzebny nie jest - wystarczy, że przyłożę ucho do ziemi. Jak się mocno skupię, to słyszę, jak warstwy ziemi się przemieszczają, jak trzeszczą chodniki, jak terkoczą pyrole na przodku, a nogi mechów ocierają się o ścianę szybu. Po co mi jakiś kamyk, co barwi skórę, jak go dotknąć?
W dniu, w którym znalazł mnie Erzet, z nieba leciały białe płatki. Małe białe płatki, ale jak się przyjrzeć, to jednak trochę szare. Najpierw mi się smutno zrobiło, bo jesień, choć nie złota, a bura, to jest zło znane, czyli mniejsze - a zima wiadomo. Nigdy nie ma dobrych butów na zimę. Ale potem to już się nawet zaśmiałem - przecież będzie można lepić bałwany! Zacząłem podskakiwać, wiedząc, że błotnistą breję zaraz skuje mróz i lód tak śmiesznie zacznie trzeszczeć pod stopami. Wystawiałem język, łapałem płatki. Były ciepłe, smakowały trochę jak papier.
Gapiłem się w niebo, a wtedy w poły płaszcza zaplątał mi się Erzet. Był niski i przysadzisty, czarny jak grudka węgla, co ją trzyma mama, od krótkich łapek po czubki szpiczastych uszu. Wyglądał jak taka kluska rozciągnięta w rękach. Skakał wkoło szczęśliwy, jakby się cieszył, że widzi kogoś żywego, albo że widzi mnie właśnie. Rył łapkami w błocie, odsłaniał zęby, wystawiał język i machał ogonem, cały czas w lewo. Oprócz tego, że psy lubią zbitki twardych wyrazów, wiem również, że merdanie ogonem w lewo wskazuje na radość, a w prawo na niepokój. Nie bałem się, że mnie ugryzie, bo wszystkie psy, które znałem, były przyjazne. W wiosce zostało ich tyle, co kot napłakał, w większości starych, jeśli nie liczyć paru suk mieszkających u bogatszych ludzi wkoło rynku. Te wyprowadzano na spacery na długich skórkowych smyczach.
Wyciągnąłem rękę do psa, pogłaskałem go i podrapałem po głowie, dałem się nawet polizać i śmiałem się, że na co wypatrywać bocianów, jak wystarczy się schylić, a tu takie skarby.
(...)
Co łączy krasnoluda w czerwonej czapie na tle swojskiego podlaskiego gumna, maszyny kroczące rodem z Gwiezdnych wojen wędrujące po polach podczas sianokosów na kresowej prowincji i wąsatych husarzy zmagających się w czas srogiej zimy z monstrami ze stali, najeżonymi rurami wydechowymi plującymi smolistym dymem? Wszystkie te obrazy zrodziły się w wyobraźni Jakuba Różalskiego. A potem ruszyły na podbój świata.
To nie tylko parabola. Znacie już to nazwisko, na pewno tak; a jeśli nie, z pewnością wkrótce poznacie. Nie jest to marketingowa chwalba albo czcze przechwałki - po prostu o Różalskim i jego twórczości jest coraz głośniej na całym świecie; ba, na świecie jak dotąd może nawet głośniej niż w Polsce. To jednak się zmienia - nie może być inaczej, skoro poszczególne przedsięwzięcia oparte na wykreowanych przez tego twórcę światach zdobywają kolejnych fanów, zataczają coraz szersze viralowe kręgi, zapładniają sny.
Jakub Różalski (rocznik 1981) to malarz, ilustrator, twórca gier i obrazów cyfrowych. W swojej karierze zawodowej pracował już jednak także jako projektant biżuterii, otarł się o gamedev jako artysta koncepcyjny, a nawet dotarł do Hollywood, gdzie pracował przy Skull Island, najnowszej ekranizacji przygód King Konga. Jednak skrzydła rozwinął dopiero w roku 2014, po przeprowadzce do Niemiec, kiedy, by odreagowywać cienie korpo-roboty w firmie zajmującej się robieniem gier, zajął się własnymi, niezależnymi projektami. Sam mówi: "Prawda jest taka, że wszystko zawdzięczam żonie. Gdyby nie wsparcie Alsu, jej siła i przekonanie, że wszystko będzie ok i że muszę robić to, co kocham, nie zdecydowałbym się podejmować ryzyka tak wiele razy w tak krótkim czasie". Dodajmy, że żona Jakuba sama jest artystką, wywodzącą się z Sankt Petersburga tancerką z tatarskimi korzeniami. Ten amalgamat wrażliwości, tradycji i wielonarodowościowych wpływów wyraźnie odbija się w jego pracach.
Najgłośniejsze z nich - obok obrazów - są dziś dwie gry: planszowa Scythe, uznana w wielu międzynarodowych zestawieniach za grę roku 2016, i komputerowa Iron Harvest, zapowiedziana dopiero na 2019, ale już wzbudzająca szerokie zainteresowanie. Dość powiedzieć, że pieniądze potrzebne na jej ukończenie zebrano na kickstarterowej zbiórce w rekordowo krótkim czasie, a zgromadzone środki trzykrotnie przekroczyły zakładaną sumę. Ptaszki ćwierkają też o ewentualnym serialu telewizyjnym bądź filmie kinowym, na temat którego trwają zaawansowane negocjacje... Skąd wziął się ten sukces i międzynarodowa popularność?
Przeróżnych referencji - od tych malarskich, po popkulturowe - jest tu całkiem sporo. Fundament stanowi XIX-wieczne malarstwo realistyczne, z Józefem Chełmońskim, militarystą Józefem Brandtem i pejzażystą Iwanem Szyszkinem na czele. Na to jednak nakładają się skojarzenia z komiksem, nowoczesnymi grami wideo, wysokobudżetowym kinem. Nieprzypadkowo w opiniach, które pojawiają się na temat prac Różalskiego poza polskimi granicami, często pojawia się sformułowanie "epickie". To oczywiście współczesny dowód uznania, pełen zachwytu wykrzyknik na określenie czegoś niepowtarzalnego i pełnego rozmachu. Ale w drugim, tym bardziej pierwotnym ze znaczeń, to także epitet wskazujący na inną cechę tych grafik: fakt, że poza uściskiem kadru kryją się całe intrygujące historie, nieodkryte tajemnice, czekające na opowiedzenie dramaty. I tak retrofuturystyczne mechy na parę kroczą tu ramię w ramię z Pierwszą Kadrową, modernistyczne transformery odpoczywają przed akcją wśród łąk Polesia, a jaegery na silniki Diesla mokną w deszczu na rozmiękłych błoniach Podhala. Albo wśród rozsłonecznionych lasów, nostalgicznych zimowych pejzaży i bukolicznych pól w trakcie sianokosów można wypatrzeć stado wygłodniałych wilkołaków czy rodzinę krasnali załatwiających swoje sekretne krasnoludzkie sprawy.
Za każdym pociągnięciem pędzla kryją się całe wszechświaty.
Nazwy poszczególnych prac dają przedsmak tego, z czym mamy na nich do czynienia: Nieproszeni goście, Przed burzą, Czarne skrzydła, Sierp i młot, Mech na polu... Układają się one w cztery główne cykle: 1920+, z alternatywną wersją wojny polsko-bolszewickiej; Wolfpack, o losach watahy wilkołaków w różnych epokach i sceneriach; Stories From Other Worlds, zaanektowany przez gnomy, giganty i wszelakich bohaterów folkloru wpisanych w twarde historyczne realia; oraz Apocalypse Day, w którym ogrywane są motywy z II wojny światowej. Oprócz internetu wybór ich wszystkich można znaleźć w albumie Howling at the Moon, opublikowanym w ekskluzywnej edycji przez amerykańskiego wydawcę.
Takie komiksy mogliby tworzyć Malczewski lub Grottger, gdyby scenariusze pisali im Słowacki, Sienkiewicz, Prus, Verne albo Wells.
Nic dziwnego, że po podobne inspiracje sięgnęli teraz także pisarze.
W niniejszym zbiorze znajdziecie dziesięć tekstów inspirowanych ilustracjami Jakuba Różalskiego. Świadomie połączono tutaj pisarzy takich jak Jacek Dukaj czy Remigiusz Mróz, których twórczość zdobyła popularność w bardzo różnych kręgach czytelniczych. Tym samym na pokładzie antologii znajdują się i zdobywcy Paszportu Polityki, i bestsellerowi autorzy prozy gatunkowej na czele z fantastyką i kryminałem, i głośni autorzy tak zwanej współczesnej prozy bezprzymiotnikowej. Jak poradzili sobie z przeniesieniem klimatu tej sztuki na język beletrystyki, co uznali w niej za subiektywnie pociągające, odświeżające, ważne?
Jedni postanowili pożenić motywy z prac Różalskiego z tym, co znamy już z ich wcześniejszych książek - i tak skrzaty czy wilkołaki przeniosły się w scenerię wielkomiejską w różnych okresach historycznych. Inni z kolei wykorzystali okazję, by zrobić wypad na sąsiedzkie literackie terytorium, obszar, którego na co dzień nie eksplorują. Kolejni skorzystali z pretekstu, by ze swadą wrócić do stylistyki, od której raczej odeszli w swoich ostatnich książkach. A jeszcze inni wykorzystali wykreowane przez Różalskiego scenerie i postacie, by w nowym sztafażu opowiedzieć towarzyszące im od lat obsesje i fascynacje. Znajdziecie tu zatem i rozgrywającą się w realiach Dalekiego Wschodu historię dalszych losów metalu lżejszego od powietrza profesora Geista. I opowieść przesyconą na wskroś kulturą, wierzeniami i folklorem polskich Tatarów. I tekst o artefakcie, który towarzyszy bohaterom przez pokolenia, mając moc odmieniania ich życiorysów, na dobre i złe. I opowieść o fascynacji, która zmienia się w przekleństwo... I dużo więcej. Każdy z Was ma możliwość już samodzielnie sprawdzić, jaką ścieżką podążyli poszczególni twórcy, wystarczy jedynie przewrócić kartki tej antologii. Wszystkim tekstom towarzyszą rzecz jasna ilustracje będące punktem wyjścia do snucia własnych historii i dopełnieniem opowiadań na płaszczyźnie ikonografii.
Klucz do twórczości Różalskiego wydaje się tymczasem przejrzysty, co nie znaczy, że prosty: to historia, popkultura i szeroko rozumiana polskość, wstrząśnięte, niezmieszane, połączone w odpowiednio wyważonych proporcjach. Zwłaszcza ten ostatni składnik może zaskakiwać, lecz chyba nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że to właśnie on mógł przesądzić o sukcesie tych dzieł, jako języczek u wagi. W unifikującej aurze globalizacji podobne szczere i bezpretensjonalne ewenementy, oznaki oryginalności płynące z artystycznej potrzeby ducha, a nie chłodnej kalkulacji, wyłomy w wysokobudżetowej rutynie - wciąż mają moc przyciągania autentycznego zainteresowania odbiorców, kreowania nowych znaczeń.
To dziś chyba w ogóle najlepsza droga do budowania patriotyzmu na miarę XXI wieku, otwartego na świat i to, co mają do zaproponowania Inni. Prace Różalskiego i zaproszonych do tego przedsięwzięcia autorów przypominają o tym akurat w roku, w którym Polska obchodzi stulecie odzyskania niepodległości. Koincydencja jest być może przypadkowa, ale niekoniecznie bez znaczenia.
Jak bowiem lepiej budować polską dumę narodową, która nie jest pychą, zadowolenie z bycia częścią tej wspólnoty, kreatywność i potęgę ducha - jeśli nie na estetyce, która ma moc inspirowania nie tylko naszej wyobraźni?
Michał Cetnarowski
redaktor "Nowej Fantastyki" i Storytel.pl,
pisarz uhonorowany nagrodą im. Janusza A. Zajdla
Pasterz: str. 15, 37.
Droga mleczna: str. 20.
Czas wracać do domu: str. 24-25.
Do przeglądu: str. 31.
Czerwony smok: str. 40-41.
Wieczorny spacer z psem: str. 48-49, 68-69.
Igrając z wiatrem: str. 56.
Jagienka: str. 80, 93, 103.
Apokalipsa: str. 85.
Wiadomo kogo obwinią: str. 106-107, 124.
Babciu, czemu masz takie wielkie oczy: str. 112.
Demon: str. 116-117, 129.
Żeglarz: str. 132-133, 148-149.
Żniwiarka: str. 141, 171.
Przed burzą: str. 156-157, 176, 179.
Mroczni żołnierze: str. 164.
Popołudniowa herbatka: str. 182-183.
Nadchodzi śniadanie: str. 191.
Długo wyczekiwane spotkanie: str. 196, 203.
Przedwiośnie: str. 206-207, 212-213, 223.
Kolory jesieni: str. 227.
Mglisty wiosenny poranek: str. 237.
Widzę cię!: str. 246-247, 282-283.
Nie powinno was tu być: str. 260.
Prawdziwa natura: str. 272, 307.
Myśliwy staje się zwierzyną: str. 295.
Opuszczona kopalnia: str. 310-311.
Maszyna we mgle: str. 316.
Żelazny pająk: str. 322-323, 335.
Maszyna ponad mięśnie: str. 329.
Dziwny gość w lesie: str. 332.
Sabantuy: str. 338-339, 360-361, 381.
Karawana: str. 347, 375.
Na skrzydłach wiatru: str. 354-355.
Domek na drzewie: str. 368
Futrzany demon: str. 384-385.
Konkurenci: str. 391, 407.
Warrior pose / Poranna joga: str. 394-395, 404.
Wędrowcy: str. 399.
Togawa: str. 410-411, 532-533.
Zupa już czeka: str. 422-423
Mroczny szogun: str. 428, 583.
Obcy na obcej ziemi: str. 444, 558, 588.
Zielone pola: str. 461, 540.
Pożegnanie: str. 475, 595.
Najeźdźcy z dalekich krain: str. 500, 570-571.
7 września 1934 roku
Gospoda przy przeprawie trzeszczała w szwach. Nie był to zaciszny ryokan - o takim luksusie w głębi prowincjonalnej prefektury można było co najwyżej pomarzyć - lecz zwykła, choć spora chata przy bocznym trakcie, jedyna na tym brzegu rzeki. Pewien obrotny miejscowy kupiec przejął ją wiele lat wcześniej i przerobił na coś z grubsza przypominającego prawdziwy zajazd. Brakowało tu pokoi dla podróżnych, a kuchnia oparta na lokalnych specjałach wołała o pomstę do nieba, ale to akurat nie spędzało snu z powiek długonosemu właścicielowi ani jego gościom.
Pobliski prom kursował całą dobę, od końca roztopów do późnej jesieni, zatem wędrowcy udający się tą drogą na północny brzeg musieli czekać najwyżej kwadrans, aż do jednego z trzech pomostów dobije smukła łódź albo szeroka barka towarowa. W tak krótkim czasie można było wypić góra czarkę herbaty lub kolejkę grzanej sake. A że ruch na tym szlaku był zazwyczaj niewielki, pięć stołów w środku i dwie ławy rozstawione pod wiatą od strony brzegu w zupełności wystarczały do obsłużenia podróżnych.
Brak miejsca dawał się ludziom we znaki tylko w niepogodę, jak tego dnia, gdy ołowiane niebo od samego świtu roniło tłuste łzy. Podczas ulewy ruch na rzece ustał. Flisacy obsługujący przeprawę schronili się w zaciszu przystani, czekając razem z pasażerami na przejaśnienie, które wciąż nie chciało nadejść, mimo że złożono już kilka ofiar i nieprzerwanie zanoszono gorące modły.
Z tego też powodu w świecącej zazwyczaj pustkami zaniedbanej izbie, która mogła pomieścić w porywach dwudziestu podróżnych, zebrało się niemal dwa razy tyle ludzi. Sytuację pogarszało to, że przy największym chabudai rozsiadło się zaledwie pięć osób: wyniosła trzydziestolatka o pociągłej twarzy i wielkich, ponurych migdałowych oczach, niewątpliwie arystokratka, być może krewna samego prefekta Uesugi; towarzyszący jej starszy mężczyzna o pobrużdżonym obliczu weterana - wrażenie srogości tego człowieka potęgowała blizna, biegnąca od prawej części czoła przez nasadę nosa aż po zarys szczęki po lewej stronie kanciastej żuchwy - oraz trzech buńczucznych przybocznych w barwach pana Minamoto, pierwszego kuzyna i najwierniejszego z wasali szoguna odległego Eikoku.
Pozostali goście tłoczyli się przy czterech mniejszych stołach, a ci, dla których i tam zabrakło miejsca, zalegli gdzie się dało: na matach pod ścianami, a nawet na jedynym wolnym kawałku podłogi tuż przy drzwiach.
Nikt się jednak nie skarżył, ponieważ uwięzieni w zajeździe podróżni nie mieli wielkiego wyboru. Reszta wioski rybackiej, do której należała gospoda, leżała na przeciwległym brzegu rzeki, a po tej stronie przeprawy w promieniu dwóch ri nie znalazłbyś żadnej zacnej miejscowości. Rozsądniej więc było znosić chwilowe niewygody, niż moknąć przez pół dnia w drodze do najbliższego mostu, położonego w odległej o ponad pięć godzin marszu stolicy prefektury. Nie mówiąc już o tym, że pobierano tam dwukrotnie wyższe myto.
Tłok wszakże, tak jak bezczynność, wzmaga w człowieku irytację, ta zaś szybko kiełkuje w porywczym sercu i poślednim umyśle, a gdy karmiona z pozoru błahymi zwadami urośnie ponad miarę i zepchnie pozostałe emocje na samo dno duszy, wystarczy jedna jedyna iskra, by nastąpił wybuch. Tłumiona godzinami złość zmienia się w agresję przy byle okazji, takiej choćby jak pojawienie się kolejnych szukających schronienia wędrowców.
Ktoś naparł właśnie na drzwi gospody od zewnątrz, lecz nie zdołał ich otworzyć na oścież. Masywne drewniane skrzydło, uchylne, zrobione na miejscową modłę, zatrzymało się w pół drogi na plecach jednego z roninów, którzy zabijali czas nie tylko popijaniem sake, ale i grą w sh?gi. Mężczyzna stracił równowagę, a gdy rozpaczliwie próbował ją odzyskać, zahaczył ręką o planszę, roztrącając pionki.
Mgnienie oka później zarówno gracz, jak i jego partner oraz dwaj towarzyszący im niechlujnie zarośnięci młodzicy sięgali już po broń. Stojący w progu starzec zastygł w bezruchu. Przygięty do ziemi, przemoknięty od stóp do głów, rozczochrany i potwornie brudny wyglądał jak najprawdziwszy bakemono i chyba tylko to skojarzenie uchroniło go od natychmiastowej śmierci. Roninom, podobnie jak pozostałym gościom, wydał się monstrum głównie za sprawą sporych rozmiarów paki, którą dźwigał na kościstych plecach pod płachtą łopoczącego na wietrze brezentu. To ona nadawała mu nadnaturalny nieludzki wygląd.
Minęły dwie, może trzy sekundy i potrącony ronin otrząsnął się z zaskoczenia. Zaklął pod nosem, zrozumiawszy, że ma przed sobą nie demona, lecz nieszkodliwego starca. Zgrzytnęła klinga wysuwana z pochwy.
- Szlachetny panie, oszczędź życie nędznego tay?! - zaskomlał pieśniarz, przypadając do ziemi.
Jego błagania nie zdołały powstrzymać podchmielonych roninów. Długo tłumiona frustracja, spotęgowana poczuciem wstydu, znalazła już bowiem ujście - płynęła z krwią od serca do dłoni dzierżącej rękojeść uchigatany.
- Mate.
Jedno słowo, rzucone półgłosem, niby od niechcenia, za to tonem tak autorytarnym, że zabrzmiało donośniej od uderzenia w dzwon. Sam jego dźwięk wystarczył, by napastnik zamarł, jakby jakaś niewidzialna siła chwyciła go za nadgarstek, uniemożliwiając mu dobycie broni. Mężczyzna z blizną, trącony w ramię wachlarzem szlachetnie urodzonej damy, poderwał się z miejsca.
Ronin zerknął w jego kierunku, niepewnie, jakby zdziwiony własną reakcją, ale nie dokończył ruchu, którego naturalną konsekwencją byłoby rozpłatanie głowy starca, bo tylko ona wystawała spod paki, przypominającej teraz żółwiową skorupę.
- Litości, litości - skamlał wędrowiec, bojąc się oderwać wzrok od zabłoconych mat wyściełających podłogę.
- Odstąpcie. - Kolejne polecenie wypowiedziane tym samym tonem, równie spokojnie.
- Jak pan sobie życzy, sędzio Ky?goku. - Młodzik, jeden z towarzyszy grających roninów, pokłonił się z szacunkiem idącemu w stronę drzwi mężczyźnie.
Jego kompani niezwłocznie uczynili to samo. Szermierz, który tak krewko sięgnął po broń, pochylił głowę ostatni. Jako honorowy wojownik musiał dopełnić obyczaju i dać zakosztować obnażonemu ostrzu krwi, oczywiście własnej.
Sędzia nawet na niego nie spojrzał. Podszedł do wylęknionego starca, szturchnął go w ucho trzcinową laską, a gdy przerażony wędrowiec skulił się jeszcze bardziej, parsknął głośno.
- Wstawaj! - warknął.
Starzec łypnął spod ociekającego deszczówką kołtuna, po czym podniósł się ciężko, sapiąc pod brzemieniem dźwiganej paki.
- Dzięki ci, dostojny panie. Oby Amaterasu...
- Milcz. - Pan Ky?goku nie zamierzał wysłuchiwać dziękczynnych mów kogoś tak niegodnego jak wędrowny pieśniarz. Zareagował na prośbę damy, której towarzyszył, lecz to jeszcze nie znaczyło, że będzie się bratał z byle prostakiem. - Twierdzisz, że jesteś tay??
- Jestem, szlachetny panie. Zwą mnie Honshiro - odparł starzec takim tonem, jakby liczył na to, że zostanie rozpoznany. Spróbował się też pokłonić wybawcy z należytym szacunkiem, ale mało brakowało, by znów padł na kolana pod ciężarem paki, w której, co stało się już jasne dla wszystkich, taszczył instrumenty, a może i lalki.
- Gdzie reszta twojej trupy?
Stary pieśniarz chciał się odwrócić w drzwiach, lecz zaczepił paką o framugę.
- Moi aktorzy zostali...
- Ilu ich jest? - przerwał mu bezceremonialnie sędzia.
- Dwóch. Tylko dwóch.
- Dobrze. Pani Ueda życzy sobie wiedzieć, co możesz jej zaśpiewać.
- Jestem biegły zarówno w tokiwazu, jak i w kiyomoto.
Kobieta o migdałowych oczach zastukała wachlarzem w stół, zwracając na siebie uwagę sędziego. Ten, zachowując kamienną twarz, cofnął się do stołu i wysłuchał uważnie kilku krótkich zdań.
- Znasz Balladę o Szponach Smoka?
- Hai! - przytaknął pieśniarz z dumą.
Goście powitali to oświadczenie zgodnym pomrukiem. Im także, po kilku godzinach oczekiwania na poprawę pogody, przydałaby się odrobina rozrywki. A tokiwazu, zwłaszcza traktujące o najdonioślejszym wydarzeniu, które zapoczątkowało nową erę cesarstwa, wydawało się idealne ku pokrzepieniu serc.
- Kazuya, Junji, chodźcie tu szybko! - zawołał starzec w mrok. - Scenę trzeba rozstawić!
- Sędzio... - jęknął porywczy ronin, na moment wyciągając krwawiący kciuk z ust.
Nie musiał kończyć. Pan Ky?goku zauważył już swój błąd. W gospodzie nie było miejsca na rozłożenie wszystkich rekwizytów. Kolejna narada z panią Ueda była krótsza niż poprzednia.
- Zaśpiewasz do akompaniamentu, ale bez lalek - zdecydował mężczyzna z blizną. - Zaraz zrobimy ci miejsce. - Jednym ruchem dłoni polecił przybocznym usiąść po obu stronach kobiety, której przysięgli chronić.
Przy największym stole mogło biesiadować osiem osób, nawet dziesięć, gdyby zaszła taka potrzeba, zatem ruch ten przykuł uwagę wszystkich obecnych, szczególnie tych, którzy przycupnęli wcześniej na podłodze. Zwłaszcza roninów. Sędzia nie miał jednak ochoty na towarzystwo brudnych, do tego zdrowo już wstawionych prostaków. Trzcinka, którą trzymał w dłoni, minęła ich i wskazała dwóch kupców, sądząc z wyglądu, braci, którzy siedzieli na tobołkach między najmniejszymi stołami. Trzecim wybrańcem okazał się mnich komus? w pękatym tengai na głowie, dotąd stojący w głębi sali przy brudnym oknie wychodzącym na rozległe łąki. Ostatnim, czwartym gościem zaproszonym do chabudai sędziego był wyniosły samuraj z klanu Hatakeyama, którego miejsce przy stoliku w kącie natychmiast zajęła brzemienna kobieta. Reszta czekających musiała obejść się smakiem.
W czasie gdy następowała roszada, stary pieśniarz osuszył chustą twarz i dłonie, rozwinął niewielką, mocno wytartą tatami i uklęknął na niej powoli, celebrując każdy ruch, jakby występował w najprawdziwszym teatrze. Pierwszy z uczniów, szczupły chłopak o bardzo delikatnych rysach, który właśnie kończył stroić shamisen, zasiadł po jego prawicy. Drugi, zostawiwszy pakę z dekoracjami pod wiatą, zajął miejsce za plecami mistrza, by usługiwać mu podczas występu.
Ballada o Szponach Smoka powstała zaledwie czterdzieści lat wcześniej, ale w naprawdę krótkim czasie udało jej się zdetronizować nawet prześwietną Heike monogatari. I słusznie, w całych dziejach świata nie było bowiem wznioślejszej pieśni sławiącej czyny Amaterasu.
Gdy rozbrzmiały pierwsze akordy, w gospodzie, niczym w prawdziwym teatrze, zapanowała cisza. Umilkły szmery rozmów, brzdęki odstawianych naczyń, szelesty poprawianych szat. Jedynym dźwiękiem, który docierał teraz do uszu słuchaczy, prócz samej melodii rzecz jasna, był szum deszczu nieprzerwanie padającego na strzechę.
Honshiro przymknął oczy. Nie miał przed sobą kart z tekstem, co wzbudziło najpierw konsternację pani Ueda, a chwilę później podziw wszystkich podróżnych, okazało się bowiem, że stary tay?, jak przystało na prawdziwego mistrza tokiwazu, zna cały tekst na pamięć.
Pieśń poprzedził wysoki, płaczliwy jęk uderzonych strun, do którego tchnienie później dołączył modulowany z wyczuciem głos recytatora, o wiele czystszy i silniejszy, niż można by sądzić na podstawie nikczemnego wyglądu wędrownego artysty.
Zebrani, słuchając z ukontentowaniem kolejnych fraz, mogli się zanurzyć w historii, w której bogini po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zstąpiła na ziemię, by zmienić losy świata.
A było to tak...
(...)
Wilk
Prowadziła ich chorągiew z białym krzyżem. Za nią sunęło czterech konnych w mundurach z czarnego sukna i w butach z cholewami. Ramiona obciążały im torby myśliwskie. Do boków mieli przytroczone szable bądź florety. Dowódca dodatkowo nosił czerwony fez z barankiem i biały wełniany szalik.
Za nimi postępowali strzelcy, może siedmiu, w czamarkach bądź żółtych kożuchach i półwysokich kapeluszach obszytych krepą. Na żółtych tasiemkach przytwierdzonych do ramion migotał śnieg. Nieśli jednostrzałowe karabiny Dreysego i ciężkie dubeltówki. Ładunki pochowali w ładownicach, w skórzanych torbach i po kieszeniach. Nad grupą górował olbrzymi mężczyzna z czarną brodą, dzikim spojrzeniem i pałaszem wciśniętym za pas. Miał minę cyrkowego siłacza, któremu nieoczekiwanie skończyły się podkowy do łamania, więc nie wie, co począć z dłońmi.
Kosynierów było najwięcej, przynajmniej dziesięciu, w koszulach z surowego jedwabiu, płóciennych spodniach i kurtkach z łosiowej skóry. Czapki barankowe naciągnęli głęboko na oczy. Ci, dla których nie starczyło przekutych kos, trzymali tyki od grochu, każda z wbitym zębem od brony. Ostatni prowadził konia za uzdę. Zwierzę ciągnęło wóz obciążony przez skrzynie i worki, spomiędzy których wystawała pęknięta lufa falkonetu. Koła grzęzły w udeptanym śniegu. Za taborem szli kolejni kosynierzy i strzelcy. Pochód zamykał oddział konnych, którzy bez przerwy spoglądali za siebie, na łyse drzewa i białe zaspy czochrane przez wiatr.
W środku pochodu, za pierwszą grupą strzelców, a przed kosynierami szedł chłopak w czarnej kamizelce i wysokich butach. Do pasa przywiązaną miał siekierkę z krótkim trzonkiem. Kieszeń dziurawego płaszcza wypychały mu Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego, które znał na pamięć, a jednak nie potrafił wyrzucić. Plecak wpijał się w pałąkowate ramiona. Chłopak bez przerwy przekładał dziwerówkę z ręki do ręki, jakby kolba parzyła go w dłonie. Zostawał w tyle za strzelcami, zwalniał i spuszczał głowę. Można by pomyśleć, że zasypia w marszu. Między kosynierami przytomniał i przyspieszał kroku. Widziany z daleka był mniejszy, daleko bardziej kruchy od swoich towarzyszy. Miał na imię Kajetan i to on przyniósł z lasów Skórę.
*
Wieś przylegała do młodego, spalonego lasu. Z tej odległości widzieli tylko dachy kryte strzechą i białą wieżę kościoła. Porucznik puścił czterech ludzi przodem. Pozostali czekali zbici w niewielkie gromady, między wozem a ścianą drzew. Palili skręcane papierosy i popijali lemoniadę zrobioną z brudnego, otłuszczonego słoniną cukru. Zwiad wrócił z dobrą nowiną: pleban już czekał , grzano wodę w gospodzie.
Przed wsią przechylała się kapliczka przydrożna otoczona niskim płotem. Chałupy wzniesiono z pobielanego kamienia, okna sięgały niemal pod sam okap. Po środku niewielkiego placu stała studnia z żurawiem, obok kościółek i budynek farny. Dalej wznosił się pagór, a na nim lichy cmentarzyk. Pod płotem od strony wsi płytki dół oczekiwał jakiegoś wielkiego grzesznika. Porucznik, nim zsiadł z konia, rozesłał warty. Kazał też pilnować okien karczmy, by nikt nie pobiegł po Moskali. Razem z podoficerami zaszyli się na plebanii, gdzie omawiali wysokość podatku na cele narodowe. Oddział zaczął się rozpuszczać.
Kajetan trzymał się wielkiego mężczyzny o twarzy zagubionego cyrkowca. Z sobie tylko znanych przyczyn uważał go za przyjaciela. Olbrzym miał na imię Pustowójt, lecz wszyscy zwali go Gałązką, trochę dla żartu, a trochę dlatego, że gołymi rękami Moskalom kruszył kręgosłupy. Gałązka wiedział, co w życiu ważne, i zaraz skierował się do karczmy.
W karczmie panował półmrok. Ściany były szare, strop ciemny. Na stołach stały lichtarze, na blacie gołe świeczki. Stare, miedziane wagi zwisały z drewnianych kołków. Gospodarz skrawał ser i ciskał wprost na stół. Wniesiono chleb, słoninę, ziemniaki z okrasą. W stalowe kubki o wielkich uchach polała się wódka. Kajetan nie chciał jej pić, ale uznał, że żołnierzowi wypada. Jego towarzysze broni zgromadzili się wokół paleniska i rozwieszali ubrania nad ogniem. Wypalali tyfus, febrę, wszy i strach przed klęską.
Im więcej Kajetan pił, tym bardziej czuł się żołnierzem, a mniej żałował, że uciekł od ojca, który nie chciał słyszeć niczego o królach duchach i Wallenrodach. Pił wódkę, grzał ręce przy ogniu i śmiał się razem z Gałązką. W karczmie pojawił się jeden z podoficerów i zdradził, co wszystkich czeka. Jutro, wyspani i wypoczęci, przeprawią się przez most na Nidzie, zaminują go i wysadzą, tak by Moskale nie przeszli. Kajetan chciał wiedzieć, czemu nie przeprawią się przez zamarzniętą rzekę, i usłyszał, że to niemożliwe: wiosna blisko, lód cienki, człowieka nie utrzyma, a co dopiero armatę. Kazano mu się nad tym zastanowić, więc myślał ile sił, co niezbyt mu wychodziło. Szkła nie starczyło i na blaty pozbijane z desek wjechała wódka w misach. Czerpali ją wprost do kieliszków i tylko Gałązka zagarniał sobie do kubka. Zaczął śpiewać. Pieśń natychmiast podchwycili inni.
Na starym mieście, przy wodotrysku,
pułkownik Trepow dostał po pysku...
Kajetan zbudził się niedługo przed swoją zmianą. Był środek nocy. Piekła go twarz, miał sucho w ustach. Gałązka dał mu wodę i wskazał miejsce warty, kępę zarośli pomiędzy kościołem i wzgórzem cmentarnym, w pobliżu grobu wykopanego pod płotem. Kajetanowi ani trochę się to nie podobało. Najbardziej marzły mu stopy. Wieś posnęła, drewniane krzyże grzęzły w śniegu jak zagubieni wędrowcy, a nad lasem kładła się delikatna łuna. Gdzieś daleko rozbrzmiał wystrzał, za nim okrzyk czy ryk zwierzęcia, Kajetan nie potrafił rozróżnić.
Błysnęły pochodnie. Kajetan przykucnął między drzewami. Ze spalonego lasu wyłoniła się grupa mężczyzn w sukmanach narzuconych na brzuszlaki. Nieśli kogoś na noszach i spieszyli się tak, że ciało spadło i potoczyło się po śniegu. Zatrzymało się niedaleko Kajetana. Był to wielki mężczyzna, niemal tak duży jak Gałązka, z wyłupionym okiem, ranami na udach i klatce piersiowej i otwartym gardłem. Chłopi podnieśli go, odwracając głowy od rozwartej, szczerbatej gęby.
Do trumny nasypano grochu. Ksiądz modlił się słabym głosem, światło pochodni padało na poważne, pobrużdżone twarze, a jeden z chłopów pozostawił nóż w sercu zmarłego. Następnie odrąbali mu głowę i położyli między udami. Trumnę zabito gwoźdźmi, skrępowano łańcuchem i złożono do grobu. Ksiądz sięgnął po kropidło, łopaty poszły w ruch i nim Kajetan zdążył się zorientować, przy płocie nie było już ani księdza, ani chłopów, ani pochodni. Zagrała trąbka, a Kajetan rozdarł się głośniej od niej. Gałązka zaszedł go od tyłu. Czas wyruszać, powiedział, idą Moskale.
(...)
Jakubowi i innym grafikom, którzy poszerzają ramy naszej wyobraźni.
1Zawieja
W tak słoneczny dzień mgła nie powinna się pojawić - a zarazem z jakiegoś powodu wydawało się, że nie miała także prawa zniknąć. Mimo to Albin Rakus obserwował, jak powoli wyłania się z niej dziwny, nieznany kształt.
Początkowo przywodził na myśl ogromny okręt, jednak z każdą mijającą chwilą coraz bardziej kojarzył się Albinowi z pająkiem. Kiedy kłęby białej mgły w końcu opadły, oczom Rakusa i czworgu towarzyszących mu przy sianokosach przyjaciół ukazała się konstrukcja tyle intrygująca, ile przerażająca.
Zaraz potem mocny podmuch zwalił ich wszystkich z nóg. Jedna z kobiet krzyknęła, zawtórował jej mąż, któremu kosa wypadła z rąk i poszybowała w dal. Albin kątem oka dostrzegł, że jeden z towarzyszy został porwany przez podmuch wiatru. Obrócił się, próbując przekrzyczeć wichurę, ale bezskutecznie.
Wsparł się z trudem na rękach, mrużąc oczy. Podmuchy od okrętu niosły w ich stronę niemal wszystko, co napotkały na swej drodze. Drobinki piachu były jak grad, przed którym nie sposób było się skryć. Rakus osłonił twarz przedramieniem, starając się dostrzec, co z jego kompanami.
Po chwili z ulgą odkrył, że wszyscy są cali i zdrowi. Dwoje zostało odrzuconych kawałek dalej, pozostali znajdowali się tuż obok. Albin zaczął się czołgać w kierunku Adrianny, jedynej osoby, którą byłby gotów osłonić własnym ciałem, nawet gdyby w jej kierunku zwiało całą tę gigantyczną, widoczną w oddali konstrukcję.
Po kilku chwilach zmagania się z wichurą miał wrażenie, że podmuchy wygnały duszę z jego ciała. Ale może nie miało to nic wspólnego z tym, co działo się wokół, może stało się to dużo wcześniej.
W końcu doczołgał się do żony przyjaciela. Popatrzył na nią z niepokojem, niepewny, czy nic jej się nie stało.
- Chryste! - krzyknęła Adrianna.
Obejmowała wbity w ziemię pal, zupełnie jakby wisiała nad przepaścią, a kawałek drewna stanowił granicę między życiem a śmiercią. Rakus zbliżył się jeszcze bardziej, po czym również uchwycił się słupa.
- Jesteś cała?
Pokiwała głową i nerwowo rozejrzała się za mężem.
- Wszystko z nim w porządku - zapewnił ją Albin. - Złapał za pal kawałek dalej.
Należało dziękować Bogu, że to wszystko działo się akurat teraz, kiedy w pole powbijane były liczne żerdzie. Gdyby nie one, cała piątka z pewnością borykałaby się teraz z problemem znacznie poważniejszym niż przekrzyczenie wichury.
Ta powoli ustawała, mimo to Rakus miał poczucie, że siły natury odpuściły jedynie na krótko. I że najgorsze dopiero nadejdzie.
- Co się dzieje? - zapytała Adrianna. - Co to jest?
Z trudem podniósł wzrok. W powietrzu nadal unosiły się piach, liście, gałęzie i drobiny żwiru. Po mgle co prawda nie było śladu, ale jej miejsce zajęły kłęby wirującego nad ziemią pyłu.
- Wygląda jak wikińska łódź - odparł.
- Ale skąd...
Urwała. I właściwie nie musiała kończyć.
- Skądkolwiek tu trafiła, nie przyniosła ze sobą niczego dobrego - odezwał się po chwili Albin.
- Na Boga... zginiemy?
Nie chciał odpowiadać. Przyjrzał się osobliwej konstrukcji i przypomniał sobie, że czytał niegdyś o podobnych jednostkach. Zwano je bodaj smoczymi okrętami, a ich widok na horyzoncie zazwyczaj stanowił zapowiedź dopustu Bożego. Im bliżej lądu podpływały, tym bardziej prawdopodobne stawało się plądrowanie, palenie i zrównywanie z ziemią przybrzeżnych osad.
Rakus wzdrygnął się na myśl, że w tym wypadku może być podobnie.
Spojrzał przed siebie. Pale powbijane w ziemię zdawały się wyznaczać ścieżkę biegnącą prosto do smoczego okrętu. Przy odrobinie szczęścia mógłby dostać się tam tą drogą i uzyskać choć kilka odpowiedzi na kłębiące mu się w głowie pytania.
Jeszcze podczas poprzednich żniw podobne szaleństwo nie przeszłoby mu przez myśl, od tamtej pory wiele się jednak zmieniło. Na swoje życie patrzył teraz bowiem wyłącznie przez pryzmat zakazanego, niespełnionego uczucia do Adrianny.
Przez ostatni rok stopniowo pogrążał się w marazmie, a rzeczy, które niegdyś przynosiły mu radość, stały się miałkie i pozbawione wyrazu.
Miał dosyć. Momentami tak bardzo, że gotów byłby nawet pożegnać się z życiem, gdyby tylko otrzymał w zamian gwarancję spokoju. Popatrzył na Adriannę, a potem na jej męża, który ostrożnie czołgał się w ich stronę.
Nadszedł kolejny podmuch. Wszyscy mocniej chwycili się żerdzi.
Tym razem wiatr odpuścił znacznie szybciej, ale uczucie mogło być subiektywne, pomyślał Rakus. Teraz byli przygotowani - przynajmniej na tyle, na ile mogli być, kiedy należało się spodziewać niespodziewanego.
Czym był ten okręt? Skąd się wziął? I dlaczego wyglądał tak osobliwie?
Albin potrząsnął głową. Nie było sensu zadawać sobie kolejnych pytań, należało znaleźć odpowiedzi, zanim będzie za późno. Nie miał bowiem wątpliwości, że sytuacja się nie poprawi. Wręcz przeciwnie.
- Poczekaj tutaj - rzucił.
- Co robisz?
- Ktoś musi to sprawdzić.
- Ale...
- Nic mi nie będzie - zapewnił, choć w jego głosie zabrakło przekonania. - Przejdę od żerdzi do żerdzi, doprowadzą mnie pod sam statek.
- I co potem, Albin? - zapytała Adrianna z niepokojem. - To... to wychynęło z piekieł, rozumiesz? Musimy trzymać się od tego z daleka, a nie...
- Obawiam się, że nas na to nie stać.
- Oszalałeś.
Popatrzył na masywny, podniszczony kadłub majaczący w kłębach pyłu i piachu.
- Być może - przyznał. - Ale razem ze mną oszalał dziś cały świat.
Nie czekając na odpowiedź, puścił pal i ruszył przed siebie, kuląc się, jakby w okolicy czekał oddział wrogiej armii, gotowy wypalić do niego z broni. Słyszał, że Adrianna jeszcze za nim woła, ale nie miał zamiaru reagować.
Wiatr na przemian wzmagał się i słabł. Rakus zatrzymywał się przy żerdziach, przeczekiwał mocniejsze podmuchy, a potem ruszał dalej. Z każdym kolejnym metrem obawiał się coraz bardziej, że jego podróż nieoczekiwanie się skończy, że zza burty wyleje się fala wikińskich wojów, których chrześcijańscy kronikarze opisywali jako wyjątkowo ohydne bestie.
Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Jedynym przeciwnikiem Albina zdawała się natura. A może jej przeciwieństwo. Jakaś forma absolutnego, piekielnego wynaturzenia.
Odsunął tę myśl, zatrzymując się przy ostatnim palu. Teraz mógł się przyjrzeć konstrukcji i uszkodzeniom kadłuba, które jednoznacznie sugerowały, że smoczy okręt brał udział w jakiejś bitwie.
Morskiej? Nie, wydawało się, że nie, stał bowiem na swego rodzaju mechanicznych cokołach, co kazało Rakusowi sądzić, że to jednostka lądowa, nie wodna. Z tej perspektywy Albin dostrzegał także głowę smoka umocowaną do dziobnicy i złowrogo odcinającą się na tle nieba.
Zostało mu jeszcze kilka metrów. Zgarbił się, zaczerpnął tchu, a potem puścił się pędem przed siebie. Dopadłszy do podstawy jednego z filarów, zdał sobie sprawę, że wichura nagle ustała.
Początkowo pomyślał, że wiatr dał za wygraną, zaraz jednak uzmysłowił sobie, że w istocie wbiegł w oko cyklonu. Panował tu spokój, ale wokół nadal szalały koszmarne podmuchy.
Rozejrzał się, szukając wejścia na pokład. Obszedł mechaniczne cokoły, sprawdzając skrupulatnie każdy z nich. Nigdzie nie dostrzegł drabiny ani innego elementu konstrukcyjnego, po którym mógłby się wspiąć.
W końcu trafił na coś, co przypominało drzwi. Niewielka wnęka była akurat na tyle szeroka, by zmieścił się w niej człowiek. Albin wcisnął się między ściany.
Przez moment stał w bezruchu, czekając, aż coś się wydarzy. Sekundy jednak mijały, a sytuacja pozostawała bez zmian. Zaśmiał się cicho z własnej naiwności. Czego się spodziewał? Że zniknie w ten sam magiczny sposób, w jaki smoczy okręt pojawił się na polu?
Wyprostował się i uznał, że jedynym sposobem dostania się na pokład jest wdrapanie się po kadłubie. Jakaś droga z pewnością istniała, musiał ją tylko znaleźć.
Opuścił wnękę, robiąc krok w prawo.
I nagle znalazł się w zupełnie innym miejscu.
(...)
Tato klęczy w rogu, plecami do mnie, nieruchomy. Jest ciemno. Cicho. Pachnie naftą i przypalonym mlekiem. Tato klęczy i modli się bezgłośnie. Nie słyszę go. Wiem, że porusza ustami.
Kiedyś próbowałem rozmawiać z nim, tłumaczyć. Zapytałem nawet, czy uważa, że to w ogóle na coś się przydaje. Popatrzył tylko na mnie, zaskoczony, że w ogóle mogę myśleć inaczej. Dla niego to wszystko było jasne, wszystko łączyło się ze sobą, więc klęczał przed swoim nowym bogiem, drobny i cichy.
Czasami zatraca się w modlitwie i znajduję go w środku nocy opartego czołem o ścianę. Czasami jęczy cicho. Czasami strużka śliny spływa mu po brodzie. Biorę go wtedy pod pachy i prowadzę do łóżka. Za pierwszym razem przestraszyłem się, jaki jest lekki. Zazwyczaj się nie odzywa, czasami mruczy coś niezrozumiale. Tylko raz odezwał się w ciemności czystym, wyraźnym głosem:
- Prosiłem, żeby Ludwiś wyzdrowiał.
Miałem wtedy ochotę potrząsnąć nim, rzucić o ścianę. Krzyczeć na niego. Wepchnąć do pokoju, do którego nie zaglądał przez kilkanaście lat, a potem zetrzeć ze ściany to cholerstwo, do którego modlił się całymi dniami.
Nigdy tego nie zrobiłem i teraz też nie robię. Przyglądam się tylko zgarbionej sylwetce i nie rozumiem, jak to możliwe, że to ten sam człowiek, który kiedyś, stojąc na podwórku, podrzucał mnie wysoko ponad głowę i któregoś razu w pojedynkę przepchnął zepsuty ciągnik aż z Miłkowca. Teraz nie dałby rady poprowadzić roweru. Przestał jeść kilka dni po tym, jak dotarły do nas pierwsze plotki. Prawie rok temu. Najpierw oczywiście nie wierzył, jak my wszyscy. A potem nagle znalazłem go wciśniętego w kąt, z kolanami pod drżącą brodą, prawie w tym samym miejscu, w którym klęczy teraz. Chciałem zapytać, co się stało. Czy dobrze się czuje. Albo jeszcze inaczej, cokolwiek. Nie odezwałem się. Podniósł na mnie wzrok i powiedział:
- A jak nam Ludwisia zabiorą? Przecież już jest tak dobrze.
Niedługo później zaczęły się modlitwy. Dwa-trzy razy dziennie. Zachęcał mnie, chodź, pomóż, musimy zmierzyć się z tym wspólnie. Teraz trudno byłoby już to zliczyć: co rusz klęka, wstaje, klęka znowu. Prawie ciągle mruczy coś pod nosem. Chciałbym go pobić, zrobić mu krzywdę, a zaraz potem chciałbym go przytulać, głaskać po tej łysej głowie.
Z pokoju Ludwisia dobiega nagle krzyk. Chwila ciszy i kolejny wrzask, głośniejszy. Tato nie porusza się, jakby nie słyszał, ale wiem, że słyszy. Ludwisia nie da się nie słyszeć. Jeśli Ludwiś chce, słyszą go sąsiedzi w promieniu kilometra. Właśnie się obudził. Łańcuchy dzwonią o beton, ryk pulsuje w ścianach domu. Zamykam oczy. Może zaraz przestanie.
Nie przestaje.
Wyje coraz głośniej i głośniej, mój brat, którego prawie już nie pamiętam normalnego. Wiem, że taki był, widziałem przecież zdjęcia. Mam też trochę wspomnień: idziemy na ryby, rzucamy się śnieżkami, naprawiamy rower. Przed snem słuchamy maminej kołysanki. Pamiętam nawet pierwszą zwrotkę: "Idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd. Gwiazdki błyszczą i migocą, aż wyjrzały ptaszki z gniazd". Jednak z roku na rok wszystko to blednie i niedługo Ludwiś będzie już tylko tym czymś, co siedzi teraz za zamkniętymi drzwiami i wyje.
Chowam się cały pod koc i próbuję nie myśleć o moim bracie przykutym łańcuchami do podłogi ani o ojcu, który modli się do plamy wilgoci na ścianie.
*
Wszyscy znamy legendy o Bazyliszku, o panu Twardowskim, o Pająkach. Tych ostatnich jest oczywiście najwięcej, prawie każda inna. Pamiętam, że babcia bez końca potrafiła opowiadać historię, jak to na własne oczy widziała Pająki tu u nas, w Wierzbowie. Był rok 1920. Trwały żniwa. Babcia miała sześć lat, siedziała na polu, w przydużym słomianym kapeluszu, a słońce roztapiało świat wokół niej. W pewnym momencie ktoś jęknął. Jedna, dwie, trzy osoby. Sierpy upadły na rżysko. Babcia patrzyła, jak kolejni chłopi klękają albo żegnają się, wyprostowani. Wtedy je zobaczyła.
(...)
Trudno mu było czytać przy słabym świetle księżyca, jednak nie zapalał lampy - nie chciał obudzić synka. Zresztą w ostatnich miesiącach powtarzał tekst błogosławieństwa tyle razy, że znał go na pamięć. Przesuwał długie paski papieru między palcami, a potem zwijał je w ciasny rulonik i wsuwał do skórzanego futerału zawieszonego na tasiemce z czerwonego jedwabiu. Oplatała ona klatkę piersiową Witii - biegła od lewego ramienia i znikała pod prawą pachą. Była tam od dnia narodzin chłopca, zostanie aż do śmierci. Jego w tym głowa, by jak najodleglejszej. To dlatego co noc, od wielu miesięcy, powtarzał ten rytuał.
Ojciec, hadżi Murza, uważał, że przesadza, że po hramotkę sięga się w nadzwyczajnych okolicznościach, w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. W każdej innej wystarcza sama jej obecność na ciele.
- Żyję siedemdziesiąt siedem lat, synu, i dotąd tylko dwa razy była potrzeba, by ją rozwijać: raz po tym, jak stratował mnie koń, i drugi, gdy moja dusza była bliska opętania przez fiereja. To nasza ochrona ostateczna, synu, gdy brakuje nadziei, a niebezpieczeństwa nie da się oddalić inaczej - powtarzał tym nieznoszącym sprzeciwu głosem mędrca.
Hadżi Murza nie rozumiał, że to była właśnie taka sytuacja. Życie jego wnuka wisiało na włosku, dopóki on, Bahr Łaszkuć, nie spłaci długu. Był coraz bliżej, lecz strach przed tym, że boska cierpliwość jest równie krucha jak życie jego dziecka, nie dawał mu spać. Więc choć powieki mu ciążyły, a głowa opadała, przesuwał pasek hramotki między palcami, mamrocząc słowa modlitwy. Gdy skończył, uniósł nieznacznie kołdrę okrywającą drobne ciało Witii, wsunął papierowy rulonik do futerału i obwiązał go dokładnie czerwoną przędzą, by błogosławieństwo nie wysunęło się w ciągu dnia, kiedy chłopiec będzie biegał i bawił się tak, jakby nad jego głową nie wisiał miecz Damoklesa.
Głaszcząc go po głowie, zanucił kołysankę, którą zwykle śpiewała mu matka. Siedziała na bujanym fotelu otulona miękką poświatą świecy, przyciskała synka do piersi i nuciła mu piosenkę o królewnie z piernika. Witia miewał koszmary, ledwie wyrósł z niemowlęctwa. Budził się z płaczem i choć jeszcze prawie nie mówił, próbował opowiadać o złych rzeczach, które widział po drugiej stronie zasłony świata. Uspokajał się tylko w objęciach matki, a gdy zasypiał, Olga przywoływała Bahra spojrzeniem, by ułożył małego w łóżeczku.
- On śpi, Bahr. Czy i ty jesteś śpiący? Może spróbujemy mu zrobić siostrzyczkę? - pytała z psotą w oczach, a jemu z miejsca mijało zmęczenie.
Boże, jak on za nią tęsknił. Nigdy nie myślał, że przeżyje bez niej choćby tydzień, tymczasem minęły już dwa lata. Ale był Witia - Bahr miał powody, by wciąż oddychać.
Nie wiedział, ile zostało w pamięci dziecka z tych czterech lat spędzonych z matką. Nie pytał - mówienie o niej za bardzo bolało - ale chciał, by malec miał jakieś wspomnienie Olgi. Tym drobiazgiem, który ją przypominał, była kołysanka.
To miało być dla Witii wyjątkowe Kurban Bajram - pierwsze święto ofiary, podczas którego nie będzie traktowany jak dziecko, ale jak młody mężczyzna. Na równi z ojcem i dziadkiem będzie dzielił mięso.
Bahrowi ścisnęło się serce. Odruchowo dotknął czoła dziecka, jakby się upewniał, że Witia wciąż tu jest. Miał nerwy w strzępach - może to przez Kurban Bajram, rocznicę dnia, w którym Bóg nakazał złożyć Abrahamowi ofiarę z Izaaka. A może było tak za sprawą osobliwego przeczucia. Miewał takowe jako syn fałdżeja.
Jego ojciec rozmawiał z duchami i magia pozwalała mu dojrzeć przyszłość. Bahr miał tylko cichutkie podszepty, niepokój i sny, których nie potrafił zinterpretować. Były jak obcy język, którego nigdy nie opanował, ale rozpoznawał nastrój ukryty w nieznanych słowach. Ostatnio brzmiały nerwowo i groźnie.
Jeszcze dwa lata temu się ich nie bał, wiedział, że nigdy nie zostanie fałdżejem - potrafił ledwie ułamek tego, co ojciec. Ale męczące przeczucia nasilały się, w koszmarach nawiedzały go anioły i ciemność. Wkrótce zachorowali jego najbliżsi. A on nie umiał zapobiec najgorszemu.
Nawet ojciec, choć magia była mu łaskawa, nie potrafił ich uzdrowić. Mówił, że to nie fiereje - złe demony - wywołały niemoc, lecz coś innego, coś, wobec czego był bezsilny. Bahr mógł się więc tylko modlić. I robił to. Dniami i nocami nie wstawał z klęczek, składając Bogu obietnice w zamian za łaskę uzdrowienia jego rodziny. Prawie mu się udało. "Prawie" było lepsze niż nic, ale żal pozostał.
Bahr doskonale rozumiał przesłanie. Wszystko jest w rękach Boga. Ojciec czerpał z tego pociechę. On nie spał ze strachu.
Jako boży dłużnik każdego dnia obawiał się, że Bóg zażąda spłaty, a w Kurban Bajram ten strach wymykał się spod kontroli; Bahrowi drżały ręce, kiedy odgarniał wilgotne kosmyki z czoła synka. Niedawno sny znów się nasiliły, były nie do zniesienia. Wypełnione aniołami, ciemnością, rżeniem koni i czarnym nurtem rzeki.
Ojciec radził mu poczekać z pielgrzymką do rozejmu. Był mądrym człowiekiem, hadżim, mimo to nie rozumiał, że strach pożera serce Bahra, nie dostrzegał, jak kruche jest życie Witolda.
Bahr to wiedział. Było bardziej kruche niż życie Olgi, którą stracił, bo nie był wystarczająco dobry, by Allah zostawił z nim oboje. Bo nie żył lepiej, nie składał większej ofiary, nie modlił się częściej...
Był tak zmęczony, że ledwie znalazł siłę, by przejść przez pokój, położyć się w łóżku i okryć wełnianym kocem. Już prawie świtało - a więc i tej nocy nie zaśnie. Już do tego przywykł. Wiedział, że odpocznie dopiero wtedy, gdy jego dziecko będzie bezpieczne. Do tego czasu musi mu wystarczyć korzenny czaj z mlekiem i miodem.
(...)
pajączku latazamieńmy się życiamiczy dźwignę twoje?
?
Gaj bogini nad doliną obłoków rośnie w śmiechu małej Kiyoko.
Pierwszego dnia dziesiątego miesiąca w dwudziestym roku Meiji, Mutsuhito, cesarz bóg syn cesarza K?mei, wyrusza na siódmą rokudai junk?, przez kraj, przez sny poddanych, przez przeszłość i przyszłość.
Nie widzę sprawiedliwości w wyrokach niebios, żywiołów i geografii.
Gaj bogini nad doliną obłoków rośnie w śmiechu małej Kiyoko.
Opuścili wioskę ?kamu przed świtem, Kiyoko i dziadek; a ścieżka jest stroma, ścieżka jest kręta. Dziadek niósł sadzonki jabłoni cesarskich, mała Kiyoko niosła bambusowy koszyk z jedzeniem.
Widziana z południa, od strony rzeki, Góra Pijanego Księżyca to burzowa fala zieleni; z północy, od Trzech Dolin i głównego koryta unkai - wyszczerbiony kieł smoka. Urwisko obnaża chorobę kła: połamane krzywizny skał, ropne zacieki żółtej gliny.
Na jego szczycie, w koronie gaju Kiyoko biega między pniami przepołowionymi na yin cienia i yang światła i liczy miejsca przeznaczone na sadzonki. Paprocie promieni słonecznych łaskoczą ją figlarnie. Gaworzy wiatr do ciepłych muszelek uszu.
Kiyoko zatrzymuje się na byle przebłysk nieskończoności: mglistej linii oceanu, Słońca wyrosłego ponad sąsiednią górę, domków ?kamu jak zabawek smoka Ry?jin. Nigdy nie była tak blisko nieba.
Widzi poruszenia kami w liściach. One także śmieją się do Kiyoko.
W świecie życia i ruchu niewiele jest istot, które nie odpowiedzą Kiyoko tym samym radosnym zachwytem.
Pierzaste łby chmurzysk, jak psów, jak świń, jak ropuch nadogromnych, wychylają ciekawsko zza krawędzi urwiska.
Ostatnią sadzonkę dziadek przekazuje w dłonie dziewczynki. Są zbyt małe, nie mają władzy nad twardymi ciałami roślin. To dłonie dziadka powodują dłońmi Kiyoko.
Dziadek mlaska bezzębnie, gdy spożywają potem suchary senbei i słone kulki onigiri. "Nikt nie spróchnieje wcześniej niż pierwsze drzewo, które zasadził w gaju Izanami".
Po pierwszym drzewku dziadka nie ma już śladu.
Było to drzewo kaki. W gaju bogini sadzono wyłącznie kaki, jednakże Ułaskawieni, zesłani do ?kamu edyktem bezgranicznie miłosiernego cesarza, okazują swe posłuszeństwo i skruchę również w ten sposób: rozsadzając i pielęgnując jabłonie przeszczepione do Nihonu z obcej przyrody Zachodu.
Ojca Kiyoko, zanim się narodziła, rozstrzelano za bunt. Ojciec Kiyoko uczestniczył w buncie przeciwko obyczajom i narzędziom zamorskich barbarzyńców.
Hitori, futari, sannin, liczy Kiyoko przyszłe drzewa jak ludzi i śmieje się, śmieje.
Pierwszego dnia dziesiątego miesiąca w dwudziestym roku Meiji, Mutsuhito, cesarz bóg syn cesarza K?mei, wyrusza na siódmą rokudai junk?, przez kraj, przez sny poddanych, przez przeszłość i przyszłość.
Na północy, w regionie T?hoku, w prefekturach Aomori i Akita trwa kolejne powstanie chłopów przeciwko nowym podatkom i nowym rządom.
Na południu, w prefekturze Ehime, Sumitomo sprowadza do zarządzania kopalnią Besshi europejskich inżynierów. Ci oyatoi gaikokujinowie korespondują z francuskimi, brytyjskimi, holenderskimi koloniami w Azji oraz z salonami i uczelniami Paryża i Londynu, i tą drogą dociera do Pierwszego Ministra It? Hirobumi Błogosławiona Propozycja.
Meirokusha, Stowarzyszenie Szóstego Roku Meiji, opublikowało Listę Czterdziestu Trzech: tych i tylko tych rzeczy, które muszą pozostać niezmienione, aby Nihon był Nihonem; resztę zmienić można i należy.
Na miejscu pierwszym - władza cesarza, od niej pochodzi wszystko inne. Na miejscu drugim - wiara przodków.
Cesarstwo Rosyjskie ogłosiło budowę linii kolejowej biegnącej przez całą Syberię. Skoro ukończy budowę, w jego mocy będzie przerzucać dowolnie liczne armie z Europy na sam próg Nihonu.
A nawet nie wszystkie miasta i porty Nihonu pozostają pod władzą cesarza. Traktaty podpisane pod lufami armat Czarnych Okrętów oddały handlowi i prawu barbarzyńców miasta i zatoki i nabrzeżne składy węgla.
Mutsuhito ma trzydzieści siedem lat, licząc wedle tradycyjnej rachuby Kraju Bogów. Konkubiny urodziły mu syna i córkę; cesarzowa jest bezpłodna. Nie spiera się z wyrokami bogów, z wyrokami losu.
Po zmroku, otoczony tuzinami policjantów, schodzi z drogi, wspina się na przełęcze i wzgórza, i w ciszy moszczonej dźwiękami skrzydeł nocnych ptaków i rzekotem żab podziwia piękno i okrucieństwo świata śmiertelników. Komponuje poezję, której nikt nigdy nie przeczyta.
Podróż bez końca - pusta jest głowa wędrowca - dzban na kamienie tęsknoty.
Nadworni nauczyciele rangaku i rigaku pokazali mu, że nie ma wojny między zasadami świata Darwina i zasadami świata Konfucjusza. Nihon także zajmuje tylko takie miejsce, jakie mu się należy, a należy mu się, ponieważ je sobie wywalczył.
W snach Mutsuhito cesarstwo jego syna jest najpotężniejszym krajem świata, jego floty rządzą na wszystkich oceanach, jego pieniądz wykupuje skarby europejskich stolic, jego poddani stąpają mocno po chodnikach imperiów białego człowieka.
Czyż Amaterasu nie obiecała, że władza cesarska sięgnie wszędzie tam, gdzie sięgają promienie Słońca?
Tymczasem Mutsuhito musi część rokudai junk? odbywać pieszo, albowiem drogi jego państwa są rzekami błota, po których nawet w palankinie niebezpiecznie jest podróżować.
Przy świetle Księżyca czyta chińskie znaki poezji waka i kanshi otrzymanej od małżonki; cesarzowa także jest poetą.
Schodzi ze wzgórza. Oni już na niego czekają.
Z Europy, z Kraju, Który Nie Istnieje, przybył emisariusz koterii Błogosławionej Propozycji i tu, pod osłoną nocy, piątego dnia jedenastego miesiąca, opodal wioski Sogaosawa, w namiotach dworu i rządu rozstawionych w gaju morelowym, dobił targu z Ministrem Kształcenia i Reform Mori Arinori.
Cesarz nie bierze udziału w żadnych targach. Cesarz nic nie mówi. Nikt nic nie mówi. Żaden gest protokołu nie potwierdza obecności cesarza.
Cudzoziemcy latami bezskutecznie ubiegali się o audiencję w T?ky?. Mutsuhito jest pierwszym władcą, który ujrzał zachodniego barbarzyńcę. Którego ujrzał zachodni barbarzyńca.
Jak wije się płomień na wietrze - w oczach zmęczonych wojowników czerwień bogini Słońca - sto dwudziesta druga iskra w wieczności - twarz tenn? w mroku.
Z purpurowych rąk emisariusza, przez ręce policjanta, ministra i dworzan kinj? do rąk cesarza trafia masywny dar. Jest to metalowy żuraw rozpostarty do lotu, długi na dwa shaku, skrzydło do skrzydła. W świetle pochodni i lampionów pobłyskuje chropowatą skórą nieczystej stali.
Emisariusz Kraju, Który Nie Istnieje, kłania się sztywno.
Żuraw sprawia wrażenie cięższego nawet od Miecza Zbierających Się Na Niebie Chmur, z którym Mutsuhito się nie rozstaje. Jednak cesarska dłoń w białej rękawiczce, zaskoczona całkowitym brakiem wagi prezentu, podskakuje, lotus palców pęka i stalowy ptak unosi się, między milczeniem dworzan, milczeniem ministrów i milczeniem cudzoziemców, unosi się w ciemne niebo, ponad chryzantemowe chorągwie, żółte płomienie i cienie gałęzi, unosi się i rozmywa wśród gwiazd.
Cesarz również trwa w milczeniu. Tylko lekko porusza głową, jeszcze bardziej żołniersko prostuje plecy. Tak? Tak.
Treść układu pozna zaledwie czternaście osób; żadna z nich jej nie spisze, nie zdradzi przed śmiercią. Oto ta treść: Kraj, Który Nie Istnieje, przekaże Cesarstwu Nihonu sekretne formuły Żelaza Ducha oraz ludzi niezbędnych dla jego produkcji. Cesarstwo Nihonu zbuduje na tych formułach potęgę militarną zdolną do związania sił zbrojnych Rosji na Dalekim Wschodzie - tak by na drugim, europejskim jej krańcu Kraj, Który Nie Istnieje, zdołał wygryźć z bezbronnego wtedy ciała Imperium Rosyjskiego wystarczająco wiele terytorium, ażeby nareszcie zaistnieć. Następnie podpisane zostaną dokumenty Błogosławionego Przymierza.
Obecnie bowiem nie ma kto z kim go zawrzeć. Nie ma i nie może być żadnego sojuszu i prawa między tym, co istnieje, i tym, co nie istnieje.
Jest tylko milczenie boskiej osoby cesarza.
W snach poddanych Mutsuhito żelazne bogi zamorskich barbarzyńców kroczą ponad morzami i górami. Ogłuszający grzmot!, zapaść horyzontu!, tsunami! Początek nowej ery.
Imię emisariusza Kraju, Który Nie Istnieje, brzmi Wo Ku Kyi i ma on twarz brodatego demona onry?.
Nie widzę sprawiedliwości w wyrokach niebios, żywiołów i geografii.
Hokkaid? nie zostało urodzone przez Izanami. Ezochi nie istniało wtedy.
Na początku Izanami wydała w świat Osiem Wielkich Wysp oraz kami wiatru, wody, gór, ognia. Krwawiła obficie, a jej krew burzyła i parowała wody oceanu. I zmarła Izanami, rodząc ogień. Izanagi, jej brat i mąż, pociął w szale nowo narodzone kami płomienia na osiem wulkanów.
Mieszkamy na martwych i żywych ciałach bogów. Geografia jest obrazem teologii.
Te moje słowa także pochodzą z nauk holenderskich.
Pośrodku gaju na Górze Pijanego Księżyca znajduje się starożytna kapliczka ze strzępem pępowiny ukochanego dziecka Izanami oraz odłamkiem klingi miecza Izanagi. Jeśli nie wywieziono jej tu na północ, nie ukryto celowo w obcych ostępach - kto ją dopisał do dopisanej wyspy?
Lecz chyba wiem, dlaczego krew niebiańska burzy się wokół adoptowanej wyspy i fale wężowych chmur prą dolinami i korytami rzek Hokkaid?. Dlaczego to pod ich osłonę oddano pierwsze kuźnie Żelaza Ducha i wioskę zdrajców.
Mam kamień z Duan, mam pałeczkę tuszu. W ręku moim pędzel. Patrz.
? ?
W domu doktora Aka żyje się życiem zachodnich barbarzyńców.
Serce rodziny pęka z hukiem dzwonu; przełamany jest stół; gaśnie żar wieczerzy; o jak zimno!, jak martwo!
Teraz zasuń w głowie ściany z papieru.
W domu doktora Aka żyje się życiem zachodnich barbarzyńców. Cały parter domu doktora Aka zbudowano na modłę europejską. Doktor Aka jest jednym z rangakusha, uczonych w naukach holenderskich.
Co drugi dzień skoro świt Kiyoko wędruje z dołu, z wioski, do jego domu na zboczu zniedołężniałego wulkanu. Dźwigając oburącz tobołek z książkami zawiniętymi w furoshiki i recytując niemo słówka niemieckie, angielskie, francuskie.
W ?kamu nie ma terak?ya, i nie ma szkoły państwowej.
Z rozporządzenia ministra nieskończenie miłosiernego cesarza wszystkie dzieci obojga płci, niezależnie od stanu i zamożności rodziny, uczyć się muszą przez co najmniej trzy lata.
Lecz Kiyoko uczyć się będzie lat pięć, dziesięć, trzynaście. Rangaku to jej wyrok. Rangaku to kajdany zamknięte na duszach zdrajców.
W pokoju gościnnym o powierzchni dwunastu tatami znajduje się kwadratowy stół z absurdalnie wysokimi nogami i cztery niemal równie wysokie krzesła jak trony, z oparciami-deskami, z ciemnego, ciężkiego drewna.
Kiyoko wspina się na krzesło jakby dosiadała konia. Takumi, najstarszy z ich czwórki, tylko się wyprostował, podskoczył na piętach i usiadł z głośnym "uch!". Hibiki, on najmłodszy, raz po raz zsuwa się z gładkiego drewna. Doktor Aka czeka cierpliwie, aż czerwony z zażenowania Hibiki znieruchomieje na twardym siedzisku.
W drodze powrotnej do ?kamu Sakurako krzywi się małpio, masuje pośladki. "Też bym czciła ukrzyżowanego boga, jakbym całe życie wysiadywała na den Stühlen".
W domu doktora Aka żyje się życiem zachodnich barbarzyńców. Doktor Aka ubiera się w wąskie spodnie z szorstkiej wełny. Cały jest odziany w wełnę. Zamiast kimona nosi ciasne koszule i jackets. Nie ma obi; ma mrowie guzików. Nawet stóp nie obejmują mu tabi, lecz skórzane buty: pudełka na stopy. Na nosie doktora - okrągłe okulary w grubej oprawie. Szyja doktora - w pętli twardego kołnierzyka.
Kiyoko widzi kalekie, kanciaste ruchy tak skrępowanego rangakusha i czuje - tak jakby także to widziała - dlaczego ojciec stanął pod sztandarem j?i przeciwko cesarskiemu brokatowi.
Wiosna. Deszcz, zapach ciepłej zieleni, smutne ślepia kałuż. Uwięzieni przez złośliwą aurę pod dachem doktora. Ścieżka z wulkanu znowu się obsunęła: zdarto z mięsistego zbocza cienką skórę błota. Dzieci patrzą w milczeniu na świeże rany gór. Góry cierpią w odwiecznym bydlęcym otępieniu.
Tylko ten szelest kropel, tylko wibracja dżdżu.
Takumi dłubie w nosie. Sakurako wystawia głowę poza werandę i łyka siwe strugi. Hibiki zasnął na stojąco, oparty czołem o rzeźbiony filar werandy. Kiyoko wślizgnęła się z powrotem do domu. Nikt nie spostrzegł, nikt nie usłyszał.
Tu nie zdejmuje się sandałów, w domu doktora Aka. Podłogi wyłożono grubymi tkaninami. Doktora nie ma, wyszedł w interesach z początkiem ulewy, pod bambusowo-papierowym parasolem, zabrawszy służącego i służącą.
Kiyoko przemyka korytarzem w cieniach. Zagląda do pokoju na tyłach. Ściany zabudowane półkami z książkami. Pomiędzy książkami - ciemne obrazy. Kiyoko patrzy. Nie ludzie stworzyli te obrazy. Czarno-białe gęstwiny plam. Malują je maszyny zachodnich barbarzyńców. Kiyoko wie: to są fotografie. Na jednej - góra. Zna jej kształt. Jest to góra Fuji. Kiyoko zobaczyła górę Fuji. Na drugiej - szare równiny z pagórkami, wielkie łodzie. Morze. Ocean. Statki na oceanie. Kiyoko ma odtąd ocean w głowie. Na trzeciej - pan doktor Aka w europejskim stroju, a za nim siedmiu białych diabłów, z brodami, w cylindrach i melonikach, wyżsi, jeszcze bardziej europejscy. Kiyoko ma Europę.
Zagląda do pokoju po drugiej stronie schodów. Kobieta w jedwabnym kimonie siedzi na wysokim krześle przy wysokim stole, na stole - wystygła herbata i wełna zasupłana na drutach; kobieta czyta gazetę. Podnosi wzrok na Kiyoko. Kiyoko patrzy na kobietę jak na czwartą fotografię.
"Czego szukasz, dziecko?" "Nie wiem".
Żona doktora Aka miała pracę, pracowała w Biurze Kolonizacji Hokkaid?. Żona doktora Aka pochodzi z prowincji Satsumy.
Doktor Aka był zaufanym człowiekiem Kurody Kiyotaki, kiedy ten jako dyrektor Biura sam sobie oraz swoim zausznikom sprzedawał połowę Hokkaid?. Skandal niemal obalił rząd. Teraz żyją tu jak na wygnaniu, czekając na pomyślną zmianę wiatrów. Wiatry już się zmieniają.
Żona doktora Aka prenumeruje "Jogaku Zasshi" i "Iratsume". Żona doktora Aka jest jeszcze bardziej nowoczesna niż doktor Aka. Ma suknie paryskie, ma kosmetyki do zachodniego malunku oblicza. W Akademii dla Kobiet Atomi nauczyła się lubić i podziwiać wszystko to, co zachodnie. Opowie Kiyoko o Trzech Nieposłuszeństwach, o przyszłości małżeństw z miłości, i o buncie kobiet przeciwko rozwodom, i że tylko z pieniędzy bierze się władza, a pieniądze z pracy, a praca z wykształcenia, bo ukochany przez Niebiosa cesarz zniósł prawo han i samurajowie utracili rentę z dworu suwerena, samurajowie wożą rikszami tłustych handlarzy i lichwiarzy, a żony samurajów sprzedają się w dzielnicach rozkoszy.
Kiyoko jest córką samuraja.
Deszcz odsłonił rany.
"Córka".
Weź w dłoń pędzelek. Napisz.
Napisałaś. Widzisz. Córka to kanji ?, to kobieta i dobro. Czy każda córka to dobra kobieta? Czyż nie ma córek - niedobrych kobiet? Czy mogę być dobrą kobietą niecórką?
"To napisz inaczej". Państwo Aka nie mają dzieci.
Herbata odsunięta na bok. Rozwinięty kłębek wełny, zapomniane druty.
Palą się t?r? nad werandą, gdy wraca doktor Aka. Pośród kart papieru pokrytych znakami nieistniejącego pisma, w którym myśli się innymi oczywistościami - mała Kiyoko. Z palcami czarnymi od atramentu i roześmianymi oczami. Klęczy wysoko na stole i kaligrafuje swoje kanji i kana.
Żona doktora Aka pali papierosa. Doktor Aka zdejmuje okulary. Doktor Aka przeciera okulary. Pan i pani Aka wymieniają spojrzenia.
"Nie wiem".
Dłoń do pędzla ma Kiyoko po matce. Doktor Aka zawsze chwalił jej kanji, chwalił płynność splotu korzeni znaków, rytm ruchów ręki.
Na następnej lekcji wręczy im pióra ze stalowymi ostrzami. Będą się uczyć łacińskiego alfabetu, będą się uczyć pisania jak dziobanie kury.
Ponieważ jej ojciec zbytnio ukochał ten Kraj Bogów, Kiyoko posiądzie sekrety myśli, mowy i pisma cudzoziemców. W domu doktora Aka, gdzie kobiety czytają gazety i córka jest wyrazem świata, o jakim nie śniło się Konfucjuszowi.
(...)
Pojechałam na operację autobusem sto trzydzieści osiem. Miałam na sobie płaszczyk wiatrem podszyty i ledwo-ledwo perfumy. Nie lubię zapachu szpitala, chciałam mieć zapach domowy, więc trochę się popsikałam, chociaż niby nie wolno. Przyniesienie czegoś, co kojarzy się z bezpiecznym miejscem, to zaprzeczenie idei molocha. Jechałam przecież do wielkiej trwogi, a nie na imieniny. W piórniku brzęczały kolorowe długopisy, na wypadek nagłej chęci pisania pamiętnika. Przeszłam Kijowską i skręciłam w Brzeską. Jeszcze kilka dni temu oprowadzałam tędy turystów, pokazując im, niczym Bronisław Malinowski, dzikie obszary stolicy. Ludzie z twarzami ptaków. Wchodziliśmy w podwórka, wąchaliśmy cudze pranie. Zajrzałam nawet przez okno do mieszkania na parterze, ktoś jadł przy stole nakrytym ceratą. Spojrzał groźnie, jadł dalej.
Barbara Łopieńska pisała o tej ulicy ponad trzydzieści lat temu: "Ulica w środku Pragi. Mieszkańcy nieparzystej strony płacą nawet pierwszą strefę komornego, bo to właściwie centrum. Ulica niewielka, położona na tyłach bazaru Różyckiego, w pobliżu dwóch dworców: Warszawa Wschodnia i Wileńska"*. Brzeska, nic się nie zmieniło. Stare kamienice, kapliczki w środku podwórek i dzieciaki odbijające głośno piłkę o czerwone cegły. Wokół hula gentryfikacja, a ludzie stoją na balkonach i drą się do przewodników wycieczek: "Co wy tam wiecie? Ludzi spraszacie do nas jak do zoo, zaraz wam na łeb doniczkę zrzucę i się skończy". Turyści patrzą z zainteresowaniem, robią zdjęcia, kadrują facetów opartych o swoje samochody zaparkowane niedbale. Jednym kołem na chodniku, drugim gdzieś przy latarni. Drewniane schody na klatce mają takie dziury, że niejedna noga wylądowała przez nie w gipsie. Może tak łaskawie wycieczki przejdą się i zobaczą, w jakich warunkach żyją ludzie w stolicy, a nie cieszą się, jakby przebywali w skansenie Warszawy. Zwiedzający zaczęli wchodzić do klatek i fotografować czyjeś pranie wiszące na sznurkach. Czyjeś graty przewalone na balkonie bez barierek. Okoliczne dzieciaki były coraz bardziej nakręcone. Oprócz wykrzykiwania w stronę zwiedzających brzydkich wyrazów zaczęły rzucać w tłum piłką. Ktoś ją złapał, odrzucił. Zaczęła się interakcja. Podeszła zataczająca się pani, która coraz głośniej mówiła, że nikt nic nie rozumie. "Co wy tam wiecie?", pytanie powracało i to już nie była sceneria filmu Rezerwat, ale jakieś zajęcia z filozofii. Ciągłe "wy", "my". Jasny podział plemienny. Zasady są te same od lat: ludzi stąd nie ruszamy, cała reszta nie ma tu czego szukać. Co innego goście w okolicznej knajpie, no ale miejsce jest już oswojone, wpisane na listę dziedzictwa lokalnego pod hasłem "nie ruszać". Kolejna zasada: nie ruszać się stąd. "Bo oni chrzczą się u Świętego Floriana, umierają w Przemienieniu Pańskim". Lewy brzeg jest dla pedałów.
Korci, żeby oswoić "dzikich", idealnych do pocztówki, to jasne. Warszawę dzieli Wisła niczym tory w każdym porządnym miasteczku. Po jednej stronie musi zawsze zostać namiastka: "Ach, jak to kiedyś bywało". Chce się odnaleźć fragmenty tamtego świata. Z Wiechem, tętniącym życiem bazarem i podwórkiem z trzepakiem. Ale tamtejsi mieszkańcy to nie żywy skansen; nie mają zamiaru pozować nam do żadnych zdjęć.
Nieprzyjemne uczucie podpatrywania autochtonów i pewnego rodzaju wyższości pozostało przez cały dzień. Dobrze mi tak, zachciało się podglądać autochtonów niczym egzotyczne ludy. Teraz szłam z podkulonym ogonem, zupełnie inna niż kilka dni temu. Nie taka rozgadana, nie taka pewna siebie. Gryzłam skórkę przy paznokciu, skubałam spierzchnięte usta. Wodziłam wzrokiem po starych cegłach, po starych twarzach patrzących zza winkla. Bałam się. Zła ulica wcale nie ma szacunku, zła ulica szczerzy kły na takich, jak ja.
(...)