Inne opowieści starej Łęczycy - Mirosław Pisarkiewicz

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dziura w ziemi

Kiedy pan Wiesław Kozanecki powziął zamiar wybudowania przy ulicy Nowotki 12 (ob. ul. J. Grodzkiej) domu mieszkalnego i elektrycznej piekarni, nie przeczuwał z pewnością, że stanie się sponsorem badań archeologicznych. Nie podejrzewa też zapewne, iż działka budowlana kryje w sobie niebywałe skarby kultury materialnej sprzed wieków. Nie! Nie chodzi o pożydowskie złoto, czy inne tego typu znaleziska. Jednak przedmioty znalezione podczas badań okazały się warte wielokroć więcej, a badania przyniosły rewelacyjne wprost odkrycia.

Na początku odpowiedzmy na pytanie dlaczego państwo Kozaneccy finansowali prace archeologiczne? Ich planowana budowa położona jest w obrębie Starego Miasta, a Starówka leży w strefie ochrony konserwatorskiej i wszystkie prowadzone w jej granicach prace ziemne poprzedzone muszą być wykopaliskami dokonywanymi, zgodnie z obowiązującymi przepisami, na koszt inwestora. O zakresie tego typu archeologicznych działań decyduje Wojewódzki Konserwator Zabytków po konsultacji ze specjalistami.

Konserwator płocki zlecił przeprowadzenie potrzebnych działań dyrektorowi Muzeum w Łęczycy, a zarazem archeologowi - Krzysztofowi Gowinowi. I oto na początku października niewykwalifikowani robotnicy pod kierunkiem p. Gowina rozpoczęli prace wykopaliskowe, które rozbudziły miecie wiele plotek i długo przyciągały tłumy gapiów. Ciekawość była niezmierna - każde tego typu badania przynoszą efekty w postaci znalezisk - oczekiwano więc na sensację. Codziennie obok wykopu przeciągały tłumy łęczycan - niejednokrotnie, zwłaszcza w początkowej fazie, niszcząc efekty pracy robotników.

Powoli z ziemi zaczął wyłaniać się coraz głębszy wykop, na którego ścianach zarysowały się kolejne warstwy osadnicze. Mimo, że badania prowadzone były w kwartale miasta od początku zamieszkanym przez Żydów, ziemia zachowywała się neutralnie i okazywała tylko obraz swojej przeszłości, nie odsłaniając szczegółów związanych z zamieszkującą ją nacją. Wykop prowadzono w dwóch kierunkach - wzdłuż Żydowskiej, gdzie dokonano najważniejszych odkryć, oraz krawędzią Nowotki - wykop sondażowy. Ustalono, że pierwotna Łęczyca znajdowała się w początkach swego istnienia o 1,6 metra niżej od obecnego poziomu gruntu. Potwierdzają to badania prowadzone w początkach lat 80. (XX w.) w innych punktach miasta. Ich kierownikiem był wówczas Andrzej Bartczak, który konsultował wykop, o którym mowa. Wykopaliska potwierdziły również trwałość układu przestrzennego miasta - domy w północnej części Starówki zbudowane budowane są wzdłuż działek wytyczonych w średniowieczu.

Trzeba było zagłębić się na trzy metry, by dotrzeć do warstw nieskażonych nigdy ręką człowieka. Nad nimi wyraźnie zarysowały się ślady XIII wiecznych początków miasta. Niewątpliwą sensacją stało się odkrycie w warcie osadniczej z XIV wieku autentycznego, średniowiecznego bruku - okazuję się, że Łęczyca w swoich początkach posiadała utwardzone ulice, co było w Polsce, co było w Polsce ówczesnej raczej ewenementem. Co najciekawsze, w wiekach następnych bruk przysypano i powstała podła, błotniska uliczka, którą wybrukowano dopiero w XIX wieku.

Nie przetrwały ślady średniowiecznej zabudowy, zniszczone podczas prac budowlanych przy kolejnych budynkach wznoszonych na badanej działce w ciągu wieków. A było ich najmniej pięć. Najstarsze były drewniane - w ziemi tkwią liczne fragmenty zbutwiałego drewna. Późniejsze budynki nie były także zbyt solidne, o czym świadczą szczątki drewnianych ścian piwnicznych z końca XVII wieku. Zabudowania te spłonęły - odkryto w wykopie wiele fragmentów spalonej polepy glinianej. Odnaleziono także relikty XVIII - wiecznego domu o konstrukcji szachulcowej. Ciekawostką jest sprawa fundamentów najnowszej budowli powstałej pod koniec XIX wieku - użyto do budowy głazów z dawnych murów obronnych - wykorzystane zostaną przy ich rekonstrukcji, a więc wrócą niejako na swoje miejsce.

Prócz ciekawskich, prace ściągnęły także panią Dorotę Parzychowską - Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, która z zainteresowaniem śledziła postępy badań. Pracujący łopatami i szpachelkami robotnicy wydobyli z głębi ziemi wiele cennych dla kultury i dziejów Łęczycy przedmiotów. Z niezmiernym respektem wydostawali z błotnistej ziemi XIII - wieczną ceramikę, robotnicy zamienieni tymczasowo w poszukiwaczy przeszłości. Z delikatnością wyciągali na światło dzienne ułamki glinianych naczyń, XVIII - wieczne szkło, kości zwierzęce, rogi krowie i kozie. Znaleziono nawet szable dzika i czaszkę - prawdopodobnie lisa.

Najcenniejszym jednak trofeum stały się średniowieczne ... skórzane buty. Jeden zachował się w całości, drugi we fragmencie. Ciekawy jest także grot bełtu kuszy z XIII wieku. Wśród kilkudziesięciu kilogramów znalezisk znajdują się malowane talerze, świder metalowy, relikty bielonej konstrukcji domu i polepa, w której zachowały się odciski tejże konstrukcji. Zabytki przekazane zostały do zbiorów łęczyckiego muzeum. Krzysztofa Gowina ciekawią niezmiernie inne fragmenty Starego Miasta. Czeka więc niecierpliwie na prace budowlane w strefie chronionej - przyniosą z pewnością odkrycia wyjaśniające wiele zagadek z przeszłości.

Nie rozpoznaną do końca tajemnicą jest niezidentyfikowany obiekt, najwyraźniej o przeznaczeniu gospodarczym, na terenie działki państwa Kozaneckich. Prawdopodobnie powstał w okresie rzymskim, jeszcze przed lokacją Łęczycy w obecnym miejscu. Być może w chwili oddawania tego numeru do druku zagadka zostanie rozwiązana. Okaże się być może wówczas, że zanim miasto powstało w obecnym miejscu, istniało w rejonie dzisiejszej Starówki osadnictwo.

Dziura w ziemi, "Ziemia Łęczycka", nr 14 (619) z 26 października 1990 r.

Dziwne dzieje Sławoszewa

Około dwóch kilometrów na zachód od Daszyny w powiecie łęczyckim znajduje się niewielka wieś o nazwie Sławoszew. Jej początki, według zapisków ks. Antoniego (?) Maciążkiewicza, sięgają czasów króla Władysława Warneńczyka. Niewielkie dobra, za męstwo, miał wówczas otrzymać od władcy rycerz Jan Sławoszewski, od którego nazwiska przyjęły nazwę owe dobra i wieś.

Po śmierci męża i jedynego syna, Zuzanna z Roztworowskich Sławoszewska miała ufundować drewnianą świątynię pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła, którą arcybiskup gnieźnieński wyniósł do godności parafii. Inna wersja podaje, że drewniany kościołeczek postawili w XV wieku kustosze archikolegiaty łęczyckiej, którzy byli następnie jej zarządcami, aż do 1533 roku. Dekretem abp. gnieźnieńskiego Macieja Drzewieckiego w roku 1533 proboszczami Sławoszewa zostali kanonicy łascy, którzy pozostawali nimi, aż do 1819 roku.

Parafia istniała do 1828 roku. Następnie włączono ją do parafii w Mazewie.

Według innej wersji Parafia przetrwała do czasów Księstwa Warszawskiego, kiedy to zlikwidowano ją. Administrator majątku, pod nieobecność właściciela, miał rozebrać nieczynny kościółek. Jak powiadają mieszkańcy Sławoszewa stracił po tym czynie rozum i zmarł w okropnej biedzie, gdzieś pod płotem. Przestraszony dziedzic zarządził odbudowę drewnianej świątyńki z materiału pozostałego po rozebranej. Kościółek ten istnieje do dziś.

Drewniana budowla pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP wystawiona w latach 1840 - 1841 jest obecnie filią parafii w Mazewie. Pośród barokowego wyposażenia znajdują się blachy z herbami Sulima, Jastrzębiec i Radwan.

Jedna z legend mówi, że tak naprawdę kościółek nakazał potajemnie rozebrać sam właściciel majątku, który założył we dworze lożę masońską. Jest faktem historycznym, że urodził się w sławoszewskim dworze Antoni Ostrowski, znany dziewiętnastowieczny działacz sejmowy, który był faktycznie masonem i podobno w jego dworze funkcjonowało pomieszczenie loży, czy też pronaosu, w którym spotykali się członkowie. Czy był to jednak dwór w Sławoszewie?

Zuzanna Sławoszewska przekazała z czasem sławoszewskie dobra Grabskim. I tu zaczyna się nowy wątek historyczny, który należałoby rozwinąć w odrębnym artykule, ponieważ Grabscy mieszkający wówczas w Ziemi Łęczyckiej, z czasem przenieśli się na jej krańce, które obecnie zwane są ziemią łowicką, i tam to przyszedł na świat premier Stanisław Grabski - słynna postać życia politycznego i gospodarczego II Rzeczpospolitej.

Na cmentarzu w Oszkowicach pod Piątkiem, znajduje się grób rodzinny Grabskich z napisem: "Andrzej Grabski herbu Pomian /1787 - 1881 /jego syn Feliks /1826 - 1897/ właściciel Borowa - ojciec Władysława Grabskiego - ministra skarbu i premiera". Owi Grabscy z Borowa to w prostej linii potomkowie Grabskich osiadłych na Sławoszewie i kilku innych łęczyckich majątkach. Ich groby rodzinne znajdują się m.in. w Strzegocinie koło Witoni, a dwór w Kucharach Strzegocińskich.

Maria Sęczkowska podaje w "Przewodniku po Łęczycy i powiecie łęczyckim" (Łęczyca 2000), że kolejnymi właścicielami dóbr Sławoszewskich byli Morzkowscy, Grabowscy, Dobrzyccy i Mszczonowscy. Jeden z Mszczonowskich - Franciszek lub Mateusz - wybudował w Sławoszewie neoklasycystyczny dwór, który stoi do dziś, choć wymaga natychmiastowego ratunku. Czy to w tym dworze istniała masońska loża? Raczej nie, musi chodzić o inny dwór, gdyż ten wybudowany przez Mszczonowskiego, w 1864 roku, przeszedł wkrótce, na drodze licytacji, w ręce ozorkowskiego fabrykanta Augusta Schlössera. A może Mszczonowski był masonem?

Schlösserowie swoje posiadanie Sławoszewskiego majątku zaczęli niefortunnie od założenia ogrodu na miejscu dawnego cmentarza. Zrehabilitowali się jednak fundując dzwon do kościółka, a nawet ukrywając go przed konfiskatą władz niemieckich podczas pierwszej wojny światowej. Dzwon nie uniknął jednak swojego przeznaczenia - został zrabowany przez hitlerowców w czasie II wojny światowej i prawdopodobnie przetopiony na potrzeby przemysłu wojennego III Rzeszy.

Sławoszew ze swoim uroczym kościółkiem i niszczejącym dworem jest niezwykle ciekawym miejscem powiatu łęczyckiego. Odradzający się w Łęczycy oddział PTTK może wróci do tradycji jesiennych rajdów pieszych, których trasy wiodły w latach 70. XX wieku z Daszyny przez Sławoszew i Garbalin do Łęczycy? Z pewnością warto Sławoszew odwiedzić.

Dziwne dzieje Sławoszewa, "Siódma Prowincja", nr 1 - 4 (38 - 41) z 2000 r.

Niezwykłe dzieje wsi Sławoszew, "Dziennik Łódzki" - "Wiadomości dnia", nr 286, wyd. E z 8 grudnia 2000 r.

Kaplica w Sławoszewie, "Posłaniec Bernardyński", nr 7 (53) z września 2003 r.

Karol Wojtyła wśród łęczycan

Związki Jana Pawła II z Ziemią Łęczycką

Łęczycanie co najmniej trzy razy zapraszali oficjalnie papieża Jana Pawła II do przyjazdu do Łęczycy i łęczyckiego Tumu. Szczególnie pamiętam zaproszenie z czasu sprawowania pierwszy raz urzędu Burmistrza Łęczycy przez Krzysztofa Lipińskiego w latach 90. XX w. Tekst zaproszenia Ojca Świętego miałem honor układać osobiście, a mój przyjaciel, znakomity plastyk, Andrzej André Adamczewski wykonywał słusznych rozmiarów dokument, pod moim czujnym okiem, w swojej pracowni plastycznej położonej przy łęczyckim rynku. Całość akceptował biskup łowicki Alojzy Orszulik (decyzją Jana Pawła II Łęczyckie z Diecezji Łódzkiej trafiło w granice nowoutworzonej Diecezji Łowickiej). Gdy wykonano specjalną tubę na zwój pisma, przyszedł czas odbicia na nim pieczęci. Burmistrz osobiście odciskał suche tłoki na czerpanym papierze dokumentu. Pomylił się zresztą i odbił przypadkowo tłok Przewodniczącego Rady zamiast swojego i w końcu na zaproszeniu znalazły się trzy różne odciski łęczyckich pieczęci. Dokument trafił do Watykanu.

Burmistrz Łęczycy zawiózł do Watykanu także ... rzeźbę Diabła Boruty (!). Nie był to jedyny prezent łęczycan dla Ojca Świętego. Podczas jego pobytu w Polsce w czerwcu 1997 roku Janowi Pawłowi II wręczono podczas mszy w Kaliszu srebrną makietę, o wadze kilku kilogramów, przedstawiającą Archikolegiatę Łęczycką w Tumie. Dzieło wykonał łęczycki jubiler Jacek Piaskowski. Na postumencie wygrawerowano napis dedykujący dar od Społeczeństwa Ziemi Łęczyckiej dla Jana Pawła II w ... 30 rocznice odwiedzin Tumu przez kardynała Karola Wojtyłę. Łęczycka parafia św. Andrzeja, z okazji wręczenia papieżowi daru, wydała specjalny folder. Na jego pierwszej stronie znalazło się zdjęcie srebrnej makiety archikolegiaty w Tumie, a na ostatniej archiwalna fotografia przedstawiająca kardynała Wojtyłę podczas uroczystości kończących Millenium Chrztu Polski, które odbywały się w 1967 roku w podłęczyckim Tumie.

Niezwykłe wydawnictwo ukazało się także staraniem ówczesnych władz Łęczycy. Fotografie z pobytu Burmistrza w Watykanie, z darami dla papieża, i inne, ukazujące wręczanie daru łęczycan Janowi Pawłowi II w Kaliszu, zostały wydane w formie ekskluzywnego albumu bibliofilskiego oprawionego w skórę. Nakład Księgi o pokaźnym formacie wynosił zaledwie kilka czy kilkanaście egzemplarzy. Niestety, los wydawnictwa nie jest mi znany. Wiele fotografii z uroczystości w Watykanie i Kaliszu zamieszczono natomiast w obszernym "Biuletynie Informacyjnym Rady i zarządu Miasta Łęczycy" wydanym specjalnie na koniec kadencji Burmistrza i władz miasta.

Bardziej materialną i szerzej dostępną pamiątką "papieską" w Łęczycy jest płyta pamiątkowa wmurowana w prezbiterium fary św. Andrzeja Apostoła. Zaświadcza ona o udziale grona łęczycan w I Komunii Świętej z Ojcem świętym Janem Pawłem II na Lublinku w Łodzi.

Łęczycanie wielokrotnie spotykali się z Janem Pawłem II w różnych miejscach - od Watykanu po Łowicz. Szczególna byłą papieska pielgrzymka dnia 14 czerwca 1999 roku do Łowicza. Specjalnymi pociągami mieszkańcy Łęczycy, a szczególnie my nauczyciele, udaliśmy się wraz z młodzieżą łęczyckich szkół na łowickie spotkanie z papieżem. Szczególną radość sprawił łęczycanom Ojciec Święty, wielokrotnie wspominając w swojej homilii w Łowiczu - Ziemię Łęczycką i łęczycki Tum. Pamiętam jak byliśmy wtedy dumni i wzruszeni. Niestety, w drukowanym tekście homilii, który był wówczas rozpowszechniany w formie kolorowej książeczki, Łęczyckie i Tum wspominane były tylko raz. Swoim zwyczajem Jan Paweł II po prostu mówił pielgrzymom więcej niż zaplanował na piśmie. Widać w sercu łęczycanie mieli dla niego swoje szczególne miejsce. Szkoda, że mieszkańcy Łęczycy nie mogą się zapoznać z zarejestrowanym zapisem tych słów. Ojciec Święty z wielką czułością wspominał naszą łęczycką ziemię.

Łęczycanka, pani Otylia Kokocińska, wspomina pobyt kardynała Karola Wojtyły 11 czerwca 1967 roku w łęczyckim Tumie. Były to uroczystości kończące ogólnopolskie obchody Millenium Chrztu Polski. Cała uroczystość kończąca Millenium została zaplanowana właśnie w Tumie, w romańskiej archikolegiacie (jedynej w kraju) - miejscu pierwszych polskich sejmów, licznych synodów kościelnych, wieloletniej siedzibie arcybiskupów gnieźnieńskich, z których co najmniej czterech spoczywa w jej murach, a które kryją również relikty pierwszego polskiego klasztoru - opactwa Najświętszej Marii Panny założonego przez św. Wojciecha. Służba Bezpieczeństwa starała się nie dopuścić do przyjazdu do archi kolegiaty łęczyckiej prymasa Stefana Wyszyńskiego, któremu towarzyszył kardynał Karol Wojtyła. Chłopi polnymi drogami mieli doprowadzić samochód z dostojnikami do łęczyckiego Tumu. Padał deszcz. Mimo to zebrał się tłum ludzi. Wielu mieszkańców okolicy posiada w swoich rodzinnych albumach mnóstwo pożółkłych zdjęć z tamtej uroczystości. Kardynał Wojtyła z charakterystycznym uśmiechem jest widoczny na wielu z nich pod parasolem. Pani Kokocińska opowiada zabawną historię - nad głowami siedzących w fotelach Prymasa Tysiąclecia i kardynała Wojtyły rozpostarty był baldachim (wedle innej wersji był to naprędce zamontowany brezent). Zbierająca się na materiale deszczówka groziła zarwaniem prowizorycznej osłony. Ktoś kijem starał się uchylić materiał i wylać nagromadzoną wodę. I wylał ... ale całą na kardynała Wojtyłę, który podobno skomentował, że w życiu nie miał tyle wody za kołnierzem, a według innych, że w życiu nie był tak wymyty (wykąpany) na mszy. Inni twierdzą, że kardynał mówił o powtórnyym chrzcie. Dziś po pobycie wybitnych duchownych pozostałe fotografie i tablica pamiątkowa wmurowana w kruchcie łęczyckiej archi kolegiaty w Tumie. Pozostały także fotografie i dokumenty zgromadzone przez Służbę Bezpieczeństwa przechowywane w archiwum IPN w Łodzi. W 2007 roku pobyt Prymasa Wyszyńskiego i kardynała Karola Wojtyły na uroczystościach w Tumie opisał na podstawie akt bezpieki Sebastian Zaborowski w prawie 200 stronicowej książce pełnej nieznanych fotografii i dokumentów (S. Zaborowski, Milenium Łęczyckie. Fakty, dokumenty, wspomnienia, Łęczyca-Łódź 2007). Książka zawiera donosy i raporty funkcjonariuszy i tajnych współpracowników SB, a także wspomnienia i relacje uczestników tamtych wydarzeń.

Szczególnym związkiem Jana Pawła II z Ziemią Łęczycką jest wyniesienie na ołtarze św. Urszuli Ledóchowskiej, która założyła w Łęczycy w 1932 roku Dom Zgromadzenia Sióstr Urszulanek SJK, który odwiedzała co najmniej dziesięciokrotnie, często w nim nocując. Upamiętnia to tablica na budynku pourszulańskim przy ul. Poznańskiej na Starym Mieście w Łęczycy. Łęczyckie Urszulanki wielokrotnie spotykały się z Janem Pawłem II. Nie sposób zliczyć tych wszystkich spotkań i działań sióstr związanych z Ojcem Świętym.

Jeszcze ważniejszym związkiem jest rozpropagowanie na cały świat kultu Bożego Miłosierdzia i wyniesienie do grona świętych siostry Faustyny Kowalskiej z Głogowca koło Świnic Warckich w Łęczyckiem. Jest to największy dar Ojca Świętego dla Ziemi Łęczyckiej. Kult Bożego Miłosierdzia ściąga do Głogowca i świnickiego sanktuarium coraz większe rzesze pielgrzymów z całego świata. Tym tajemnym darem Jan Paweł II niezwykle ubogacił Ziemię Łęczycką. Ta pożegnała go wspaniale w kwietniu 2005 roku - świecami w oknach, żałobnymi portretami na ulicach i w witrynach sklepów, modlitwą, mszami w świątyniach i placach, nabożeństwami, apelami jasnogórskimi i czuwaniem. Był wreszcie rozpoczęty mszą polową na rynku łęczyckim Biały Marsz do Tumu, w którym wzięło udział trzy tysiące łęczyckich uczniów ze wszystkich szkół. Rynek łęczycki drżał od ich śpiewu, gdy zaintonowali "Barkę", a droga z miasta do archikolegiaty od lat nie była tak żywa.

I żywy był wydany w tych dniach przez Braciszków, jak w Łęczycy mówi się o miejscowych Ojcach Bernardynach, specjalny numer łęczyckiego "Posłańca Bernardyńskiego" (4/70 z kwietnia 2005) z artykułami, zdjęciami, poezją, fragmentami papieskich dokumentów i .... anegdotami związanymi z JP II. Wkrótce także jedną z najważniejszych ulic miasta przemianowano na Aleje Jana Pawła II, a jego imię nadano miejscowemu gimnazjum.

Pożegnaliśmy go płaczem. A teraz jesteśmy dumni z jego pobytu w Tumie, z łowickiej homilii, a nade wszystko z wyniesienia skromnej dziewczyny z Głogowca na ołtarze a jej idei Bożego Miłosierdzia na cały świat.

Jesteśmy dumni, że Jan Paweł II jest w części łęczycaninem.

Karol Wojtyła wśród łęczycan, "Posłaniec Bernardyński", nr 4 (70) z 30 kwietnia 2005 r.

Karol Wojtyła wśród łęczycan. Związki Jana Pawła II z Ziemią Łęczycką /w:/ Habemus Papam. Almanach Literacki wydany z okazji 35 - lecia pontyfikatu Ojca Świętego Jana Pawła II, red. Edward Przebieracz, Tarnowskie Góry 2013, s. 81 - 84.

Życie nie zmarnowane

Zbliża się południe. Jestem umówiony na rozmowę z Mieczysławem Cieniakiem. Wchodzę na werandę domu przy ulicy Bitwy nad Bzurą. Dzwonię. Po chwili w otwartych drzwiach staje pan Mieczysław. Badawcze spojrzenie. Na powitanie mówi: "Pan jest stąd, z Łęczycy, poznaję pana". Podaje rękę, zaprasza do środka. Idziemy do gabinetu. Energiczny mężczyzna, średniego wzrostu, ubrany w białą koszulę i krawat.

Mieczysław Cieniak urodził się w 1903 roku na Śląsku. Studia ekonomiczne ukończył w stołecznej Wyższej Szkole Handlowej. Jeszcze przed wojną osiadł w Łęczycy, pracując do pamiętnego września trzydziestego dziewiątego na stanowisku dyrektora Banku Spółdzielczego Ziemi Łęczyckiej. Działał w Polskim Związku Zachodnim. Angażował się w pracę z harcerzami, niósł pomoc bezrobotnym. Nade wszystko cenił jednak dom, życie rodzinne.

Stary, parterowy, ni to chata, ni dworek, po prostu - domek z dwuspadowym dachem i przeszkloną werandą. Białe ściany z drewnianymi zdobieniami w kolorze zieleni.

Pełno tu fotografii

książek, zegarów. Na półkach posążki. Na ścianach militaria. Broń biała. Biurko w gabinecie wypełnione papierami. Notatki, gazety, listy z kraju i zagranicy.

We wrześniu 1939 roku Mieczysław Cieniak, komendant Obrony Przeciwlotniczej w Łęczycy, dowodził ponad setką ludzi. Okupant mu tego nie darował. Po wejściu Niemców został aresztowany. Wkrótce odzyskał wolność, ale po paru tygodniach znów zamknęły się za nim wrota łęczyckiego więzienia. W maju czterdziestego roku, razem ze stu pięćdziesięcioma innymi osobami wywieziony został do Dachau. Z tamtego transportu żyje ich do dziś pięciu. Tylko tylu wytrzymało obóz. Później było Mauthausen. Wreszcie, już do samego wyzwolenia, Gusen. Ostatni obozowy numer - 46651. Pokazuje ślady na skroni - poddawano mnie pseudomedycznym doświadczeniom. W obozie pracowałem w kamieniołomach - codziennie sto razy narażony byłem na śmierć. Opisuje scenę mordu, opowiada jak wyglądała łaźnia, gdzie rozegrał się dramat. Padają niemieckie nazwiska czytane z pamiętnika: "... więźnia rozebrano do naga, to był porucznik z armii gen. Maczka. Stałem w kącie modląc się, by nikt mnie nie zauważył". Zobaczyli, ale zdołałem w nadludzkiej desperacji uciec. Ważyłem wtedy 40 kilogramów.

Wyciąga z szuflady kilka maleńkich książeczek. Są to oryginalne rękopisy wierszy pisanych w obozie. Mówi, że nie wszystkim je pokazuje. Pożółkłe kartki, zapełnione starannym pismem. Zaczyna recytować z pamięci:

Przez lat pięć budził nie dzwon trwogi

I po zachodzie barłóg ścielił

Pięć lat raniłem swoje nogi

Dążąc w tęsknocie do nadziei

Pięć lat - wśród piekła czarnej nocy

Brzegiem krateru a lawiną

Biegłem na skrzydłach Bożej mocy

Do jutra szczęścia - ścieżką siną

Pisał, gdzie się dało i na czym się dało. Na workach od cementu, paczkach po papierosach, strzępach opakowań. Wieczorami leżąc na wąskiej pryczy, dzielonej z kolegą, przepisywał je na czysto. Atramentu i papieru dostarczał przyjaciel pracujący u kapo. Często współtowarzysze niedoli prosili: "Mieciu, Mieciu poczytaj". Pilnowali, by nikt ich nie złapał i ... w ogarniętym szaleństwem śmierci obozie, pojawiała się nagle iskierka ciepła i nadziei. Płynęły więc gawędy o łęczyckim, poczciwym diable Borucie i jego figlach, strofy patriotyczne, liryki, wreszcie Droga Krzyżowa. Jej kopię wysłał niedawno do papieża. Pięknie oprawiona księga z dedykacją dla Jana Pawła II. Podziękowanie za przeżycie tamtych dni, wypalonych w pamięci na całe życie. Wypełnionych cierpieniem, rozpaczą, tęsknotą za żoną i dziećmi, za każdą cząstką zwyczajności.

Zawsze

cechowała mnie żywotność

ta vis Witalis, energia życia. Byłem operatywny, chciałem przeżyć., bardzo pomogły mi w późniejszym okresie paczki z domu. Wiem, że jej - mojej żonie - też było ciężko. Wysiedlona została na Zamojszczyznę, gdy najmłodsze z naszych dzieci miało zaledwie kilka tygodni. Wspaniały człowiek - podkreśla. Niedługo minie równe sześćdziesiąt lat od ich ślubu.

Opowiada, jak pracował przy umacnianiu brzegu Dunaju. Młodzi oprawcy wrzucili go do rzeki, chcąc zabić. Na szczęście inni kazali wyciągnąć. Był wpół żywy. Zdarzali się i dobrzy Niemcy - stwierdza. Tylekroć uchodziłem śmierci. Choćby wtedy, gdy esesman chciał mnie strącić ze skały. Uczepiłem się go w przedśmiertnym strachu z siłą człowieka, który nie chce zginąć. Udało się.

W pokoju kot łasi się do moich nóg. Głaszczę go słuchając pana Mieczysława. Zasypuje mnie informacjami, co chwilę wstaje, przynosi kolejne zdjęcia, książki, rękopisy, dokumenty. Nie nadążam z notowaniem. Tyle jeszcze trzeba zrobić - mówi. Jest sugestywny. Przed oczami płyną obrazy - kamieniołomy, obozowa prycza, wychudli więźniowie, butni i brutalni esesmani, niebo sprzed ponad czterdziestu już lat. Chciałbym zadać tyle pytań, lecz to pan Mieczysław kieruje rozmową.

Gospodyni tego gościnnego domu, pani Maria, prosi, aby już powoli kończyć - mąż wyszedł niedawno ze szpitala. Ale gdzie tam. Pan Mieczysław przynosi stertę kartek zapisanych poezją. - Widzi pan ile tego jest, trzeba by było to uporządkować, złożyć do wydawnictwa, ale czasu mało i siły już nie te.

Oglądam jeszcze garść fotografii, zdjęcie pana Mieczysława z marszałkiem Rola - Żymierskim. Wszędzie uroczystości, sztandary, mównice, tłumy ludzi. Gabloty z odznaczeniami. W 1980 roku otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Wszystkich dyplomów, medali i orderów nie sposób wymienić. Zbiory. Te przedwojenne zniszczyli i rozgrabili Niemcy. Został tylko orzeł połamany hitlerowskimi butami dziś złożony w Izbie Pamięci Narodowej.

Skąd się wzięło zamiłowanie do militariów, nie zdążyłem już zapytać. Umawiamy się na spotkanie za kilka dni. Wychodzę na ulicę skąpaną w letnim słońcu. Spoglądam jeszcze raz na schludnie ubranego pana, stojącego na ganku. Mijam ogród pielęgnowany od tylu lat. Fantazyjny zameczek pośród starych owocowych drzew przyciąga dzieci. Tak, to ten sam dom i ten sam ogród, w którym mieszkali przed wojną. Tylko, że w 1945 roku stały gołe mury. Wszystko zrabowano. Ich mieszkanie zajął niemiecki prawnik. Urządzanie trzeba było zacząć jak kiedyś. Wszystko od nowa.

Mieczysław Cieniak wrócił z Gusen do Łęczycy wkrótce po oswobodzeniu obozu. Szybko

włączył się w nurt życia

Gdy odzyskał siły rozpoczął pracę na stanowisku kierownika handlu i aprowizacji w miejscowym Starostwie Powiatowym. Kontynuował dawne pasje. Już w 1946 roku miał swoje spotkanie poetyckie. Rok później, działając w Lidze Przyjaciół Żołnierza, zainicjował ufundowanie sztandaru 7. Pułkowi Lotnictwa Bombowego, stacjonującemu wówczas pod Łęczycą. Przez długie lata był naczelnym redaktorem pism regionalnych, wpierw "Zagłębia Łęczyckiego", potem "Ziemi Łęczyckiej". Od początki istnienia ZBoWiD prezesował tutejszemu kołu. Z jego inicjatywy powstały dosłownie wszystkie pomniki ofiar wojny i okupacji na Ziemi Łęczyckiej, a także wzorowo zorganizowana i utrzymana kwatera wojenna na cmentarzu przy ulicy Buczka (Kaliska). Chlubą koła jest również Izba Pamięci Narodowej, będąca właściwie małym muzeum. Ostatnio, także dzięki staraniom pana Mieczysława, otrzymała Krzyż Grunwaldu II klasy.

Jak na jedno życie ogromnie dużo, ale dawać z siebie więcej niż brać, to dewiza, której MIeczysław Cieniak był wierny od najmłodszych lat.

Życie nie zmarnowane, "Tygodnik Płocki", nr 30 z 26 lipca 1987 r.

Mieczysław Cieniak (1903 - 1991)

Z żałobnej karty

Nas kilka godzin przed śmiercią w dniu 6 października przyjechała do Łęczycy ekipa telewizyjna z Warszawy, aby zrobić materiał z Mieczysławem Cieniakiem. Niestety, do nagrania już nie dojść nie mogło. Bardzo schorowany w ostatnich miesiącach, odszedł pozostawiając za sobą osobliwe i niezwykle bogate życie.

Urodził się w Maczkach w Zagłębiu Dąbrowskim. Kształcił się w Kaliszu, gdzie uzyskał maturę. Studia ekonomiczne odbył w Wyższej Szkole Handlowej w Warszawie, skąd trafił do Łęczycy, z którą związał się już na całe swoje długie życie. Po osiedleniu się w grodzie Boruty objął kierownicze stanowisko w Banku Ziemi Łęczyckiej. Pracował także w Spółdzielni Rolniczo - Handlowej, działając równocześnie w Polskim Związku Zachodnim i w harcerstwie.

We wrześniu 1939 roku dowodził w Łęczycy cywilną obroną przeciwlotniczą. Aresztowano go na początku okupacji, jeszcze w 1939 roku. Pięć i pół roku przebywał kolejno w hitlerowskich obozach w Dachau, Mauthausen i Gusen, gdzie do wyzwolenia przebywał pod numerem 46651. Zapoczątkowana w łęczyckim więzieniu obozowa tułaczka, przeplatana tańcem ze śmiercią, zakończyła się 5 maja 1945 roku wyzwoleniem przez Amerykanów. Z czasów obozowych, oprócz wspomnień, pozostało około 190 wierszy. Wiele z nich po wojnie publikowano w prasie i antologiach.

Po powrocie z Austrii natychmiast rzucił się w wir pracy obejmując kierownictwo Wydziału Aprowizacji Starostwa Łęczyckiego. Za świetne wykonywanie obowiązków odznaczono go już w 1946 roku Srebrnym Krzyżem Zasługi. Od 1947 roku pracował w Warszawie w Zjednoczeniu Przemysłu Muzycznego a następnie w Ministerstwie Drobnego Przemysłu i Rzemiosła. Od 1954 roku pracował jako inspektor organizacyjny Wojewódzkiej Rady Narodowej w Łodzi. W 1956 roku powrócił do pracy w Łęczycy jako kierownik działu organizacyjno - prawnego Łęczyckich Zakładów Górniczych, gdzie doczekał emerytury w roku 1966.

Przez cały okres pracy zawodowej kontynuował działalność społeczną. Współtworzył w Łęczycy oddział Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych. Stanął na czele komitetu dla ufundowania sztandaru 7. Pułkowi Bombowców Nurkujących Ziemi Łęczyckiej. W latach 1957 - 1991 prezesował łęczyckim kombatantom. Był inicjatorem budowy pomnika żołnierzom poległym w Bitwie nad Bzurą w Łęczycy i pomników w Jankowie, Giecznie i Kadzidłowej. Dzięki jego staraniom przez długie lata funkcjonowała w Łęczycy Izba Pamięci Narodowej z bogatą ekspozycją poświęconą Bitwie nad Bzurą. Ponadto brał udział w pracach Zarządu Wojewódzkiego w Płocku "Związku kombatantów RP i byłych więźniów politycznych". Był przewodniczącym Komisji Upamiętniania Miejsc Pamięci i Męczeństwa w województwie płockim. Działał w okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i Stalinowskich Instytutu Pamięci Narodowej w Łodzi. Walne Zebranie Związku Inwalidów Wojennych w Ozorkowie nadało mu godność honorowego prezesa, takimż zaszczytem obdarzyło go Towarzystwo Miłośników Ziemi Łęczyckiej.

Czynnie uczestniczył w pracach Towarzystwa Naukowego Płockiego. Przez wiele lat brał udział w organizowaniu obchodów Bitwy nad Bzurą. W 1957 roku zainicjował wskrzeszenie powstałej w 1932 roku "Ziemi Łęczyckiej", której był przez wiele lat naczelnym redaktorem. Mieczysław Cieniak został odznaczony m.in. Krzyżami: Komandorskim, Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Oświęcimskim, honorowymi odznakami Łęczycy, województwa łódzkiego, płockiego, poznańskiego oraz Kalisza. Słynął także jako kolekcjoner.

W 1987 roku w wywiadzie zamieszczonym w "Tygodniku Płockim" pod znamiennym tytułem "Życie nie zmarnowane" napisałem słowa, które przytaczam, gdyż nic nie straciły na swojej aktualności: "Jak na jedno życie ogromnie dużo, ale dawać więcej niż brać, to dewiza, której Mieczysłąw Cieniak był wierny od najmłodszych lat".

Rodzina, koledzy i przyjaciele żegnali go na uroczystościach pogrzebowych na łęczyckim cmentarzu.

"Kurier Mazowiecki", nr 21 z 5 Listopada 1991 r.

Ciernista droga

Po skrzypiących schodach

uciekają wspomnienia

stemplowane "Ałtajskij Kraj"

czasem jeszcze gdzieś w duszy

zrodzą się z serca drżeniem

tamten świat

tamci ludzie

"Ałtaj"

Są życiorysy duże i małe. To oczywisty truizm, jest w nim jednak zawarty, mimo pozornej beznamiętności, duży ładunek emocjonalny. O życiorysy duże każdy w jakiś sposób otarł się, gorzej jest z tymi małymi, często pozostają nieznane, a przecież właśnie z nich składa się istnienie społeczeństw i pokoleń. To, że są małe, nie oznacza, iż są mniej ważne od tych dużych - jak mówi Desiderata: "Każdy człowiek ma swoją opowieść". Opowieść, którą pragnę przytoczyć, zna już wielu, choć zapewne w innych wydaniach, lecz należy jej wysłuchać uważnie raz jeszcze, aby została śladem naszych dziejów.

Pani Helena Klein ma 89 lat. Jest drobna i niewysoka, ale wypełniona energią, która kiedyś musiała być istnym ogniem. Podobno jest to typowe dla mieszkańców Wilna, skąd pochodzi. Jej przedwcześnie zmarły ojciec był nauczycielem muzyki, a dziad brał udział w Powstaniu Styczniowym. Z Wilna zachowała wiele wspomnień, kończyła tam rosyjskie gimnazjum, szczególnie wyraźnie rysuje jej się w pamięci Ostra Brama i dziady żebrzące obok - nie pozwalali nikomu przejść ani przejechać pod nią w czapce. Z Wilna rodzina przeniosła się do Grodna, gdzie pani Helena pobierała prywatne lekcje. W trakcie dwuletniego pobytu w mieście nad Niemnem poznała Antoniego Kleina (sama nazywa się z domu Sawicka), z którym po ślubie przeniosła się do Białegostoku. Mąż, absolwent Politechniki Warszawskiej, miał tu dobrą posadę.

Wybuchła wojna. Antoni Klein został zmobilizowany. Po zawiłych perypetiach znalazł się w Palestynie- poważna kontuzja nogi nie pozwoliła mu na dalszy udział w wojnie. Pani Helena została sama z dwunastoletnim synem, w mieście zajętym przez Rosjan. Mimo to pomagała w tym czasie innym, udzielając im dachu nad głową.

Przyszli po nich, jak zwykle, w nocy, kazali się spakować i zabrali do bydlęcych wagonów. Dom pozostawiony bez opieki ograbiono, tylko niektóre z rzeczy ocaliła znajoma. Jechali na Wschód przez wiele dni. Największe przerażenie ogarnęło ją, gdy pociąg zatrzymał się przy głazie, na którym wyryty był napis z jednej strony "Europa" a drugiej "Azja".

Później były lata pracy w sowchozie w Bijsku (Ałtajski Kraj) - Ludzie tam nie byli źli, tylko system - mówi pani Helena śpiewnym wileńskim akcentem. Rosjanie często pomagali, ostrzegali przed rewizjami, dawali mleko dla syna. Mało go wówczas nie straciła aresztowano go, gdyż piekąc ziemniaki z innymi chłopcami spalił furę ze słomą. Poszła kilkanaście kilometrów do aresztu śledczego - chciała za syna dać złoty zegarek, ale puścili go bez łapówki. Wreszcie przyszłą amnestia. Syn Andrzej, znany rysownik - m.in. współautor Albumu Grunwaldzkiego (malował też jego ojciec), mimo 15 lat zgłosił się do Andersa. Potem była szkoła w Palestynie. Tam spotkał przypadkowo ojca. Do Bijska zaczęły napływać listy. Antoni pozostał w Palestynie, Andrzej znalazł się w szkole kadetów lotnictwa w Anglii - w wojnie nie wziął już udziału. Obaj wrócili do Polski w 1947 roku.

Pod koniec wojny kazano brać zesłańcom radzieckie paszporty. Polacy rozpoczęli bojkot i wielu z nich trafiło do więzienia. Wzywani do biura po dokument zabierali ze sobą przybory do mycia. Rosjanie przekonali się w końcu, że to nie ma sensu - odebrali paszporty. Pracowała wówczas w biurze, znała rosyjski - wypisywała dokumenty, rozdzielała paczki z darami, które zaczęły przychodzić. Wszyscy żyli nadzieją, ale nadal jak i w poprzednich latach, najgorsze były tęsknota i troska.

W 1946 roku znalazła się w pociągu jadącym do kraju. Już nie transportowano ich pod bronią, jak w tamtą stronę, ale wagony były takie same. Przed granicą czekało ją najgorsze - dopatrzono się, że w jej paszporcie brak daty wydania - chciano ją cofnąć do Ałtajskiego Kraju. Straszne było to, że paszport w urzędzie wypisywała przecież sama. W końcu puścili. Gdy minęli granicę jadąca z nimi zakonnica zmarła na zawał. Tak wrócili do Polski. W kościele przy granicy modlili się ze łzami w oczach. Niczego nie rozumiały tylko dzieci - trzeba im było wszystko tłumaczyć - w Bijsku nie było przecież kościołów. Przyjechała do brata do Łodzi, była tak zmizerowana i obdarta, że jej nie poznał. Wspomina incydent z konduktorem łódzkiego tramwaju. Nie miała biletu, ale gdy dowiedział się, że z zesłania - nie tylko dał jej spokój, ale jeszcze zatrzymał tramwaj w miejscu dla niej dogodnym, choć nie było tam przystanku. Po powrocie męża zamieszkali początkowo w Łodzi. Przyjaciel, prof. Jażdżewski ściągnął ich do Łęczycy i tutaj już pozostali. Nie pojechali nigdy do Wilna, Grodna ani nawet do Białegostoku.

W Łęczycy mieszka sama na piętrze oficyny w podwórzu starej kamienicy. Jej mieszkanie to małe muzeum, odwiedzanie często przez zwiedzających - jest nawet księga pamiątkowa z licznymi wpisami, także w obcych językach. Część kolekcji przepadła w czasie wojny. Tylko niektóre eksponaty ocalały pośpiesznie zakopane we wrześniu na strychu obok komina. Ale i obecne są niezwykle cenne. Wiele tu obrazów męża, syna i wnuka. Na ścianie kolekcja szabli (jedną z nich swego czasu za pokaźną sumę chciał odkupić szablista Jerzy Pawłowski) sąsiaduje z oryginalnym szyszakiem krzyżowca przywiezionym przez męża z Palestyny. W jednej z gablot unikat na skalę europejską - belemit (jeżowiec) z głową. Wśród licznych dokumentów prym wiodą listy napisane na brzozowej korze ze stemplami radzieckiej cenzury. Był też ukryty po amnestii dowód zesłania - niestety, gdy kilka lat temu dołączyła go do podania do ZBoWiDu o przyznanie praw kombatanckich, dokument skradziono.

Teraz zapisała się do Związku Sybiraków.

Pani Helena wspomina przez moment brata, który brał udział w Powstaniu Warszawskim, po jego upadku i pobycie w obozie wyjechał do Ameryki, skąd już nie wrócił. Jeszcze chwilę kochane Wilno i nadniemeńskie Grodno. "- To okropne. Teraz człowiek myśli, czy to wszystko było możliwe". Mówi ze łzami w oczach.

Ciernista droga, "Tygodnik Płocki", nr 37 z 10 września 1988 r.

Siostra Śmiałowska

To nazwisko jest dla większości łęczycan kluczem wywołującym uśmiech sympatii. Duża część mieszkańców miasta zapytana o Siostrę opowiada o niej, jak o kimś bliskim - wielu mówi z dumą "jestem jej wychowankiem". Siostra Magdalena pamięta doskonale swoich podopiecznych - nawet tych sprzed lat kilkudziesięciu, z przymrużeniem oka nazywa siebie "babcią" i "prababcią" ich często dorosłych już dzieci.

Niewysoka lecz tryskająca energią, z niezanikającym niemal uśmiechem, przy czym stanowcza a czasami nieustępliwa, zwłaszcza jeśli idzie o dobro dzieci, Siostra Śmiałowska jest niemal postacią w Łęczycy legendarną.

Urodziła się w okresie Zaborów (23 lipca 1914) w Oberhausen w Niemczech. Rodzice sprowadzili się do Polski w roku 1920. Ojciec, będąc wielkim patriotą, miał kłopoty z władzami niemieckimi, nie chcąc służyć w zaborczej armii zdezerterował z niej. W wolnej Polsce został natomiast urzędnikiem ... wojskowym. Zamieszkali w Poznańskiem. Rodzina szybko się powiększała i, mimo że ojciec pracował w poznańskiej Cytadeli, ciężko było utrzymać dziewięcioro dzieci. Matka trzymała jednak pieczę nad gospodarstwem i formacją duchową dzieci - dzięki jej zasadom aż trójka wybrała życie zakonne. Irena - takie jest świeckie imię Siostry Magdaleny Śmiałowskiej - zakochana w pracy z dziećmi (spowodował to kontakt z własnym, licznym rodzeństwem) podjęła naukę w Poznaniu w szkole dla przedszkolanek, którą ukończyła w roku 1937 składając maturę. Niemal w tym samym czasie przywdziała suknię zakonną - decyzja rodziła się w ciągu wielu miesięcy pobytu na stancji u zakonnic, które znając ją doskonale, z radością przyjęły do swego grona. Urszulanki potrzebowały do swoich zakładów wychowawczych kwalifikowanych nauczycielek, dlatego też jeszcze w 1937 roku, już jako Siostra Magdalena, trafiła do Łęczycy, gdzie Urszulanki prowadziły przedszkole przy ul. Poznańskiej (obecnie kamieniczka TNP). Nastąpiły dni znojnej pracy z ponad czterdziestką dzieci.

Wybuchła wojna

Niemcy aż do 1940 roku nie interesowali się przedszkolem. Latem nagle zamknęli je, a w 1942 roku wywieźli 13 sióstr do obozu pod Rawiczem (obecnie miejscowość, gdzie znajdował się obóz koncentracyjny "Nonnenlager - Schmuckert", dla duchowieństwa i zgromadzeń zakonnych, nazywa się Bojanowo Nowe), wśród nich była Siostra Magdalena. Jesienią rozpoczęły się selekcje do pracy i innych obozów. Wybrana w czasie jednej z nich, mimo nieznajomości niemieckiego, trafiła jako wychowawczyni do niemieckiego domu dla polskich sierot w Poznaniu. Przełożoną była oczywiście Niemka, ale życie, w porównaniu z obozowym, stało się w miarę znośne. W Zakładzie przy ul. Głównej zajmowała się dziećmi od 1,5 do 7 roku życia. Były to przeważnie sieroty wojenne. Przed Wielkanocą w 1944 roku została zabrana do pracy w domu dla sierot niemieckich, mieszczącym się w zabudowaniach poznańskiego klasztoru Oblatów. Ciężko przeżyła rozstanie z polskimi dziećmi, z których część trafiła do obozów, a inne, często porwane rodzicom, wysyłane były na zniemczenie.

W Kinderheimie

było głodno i na domiar złego poprzedni Zakład upomniał się o jej pozostawienie, a nowy nie chciał Siostry oddać. Z radością stwierdziła, że część dzieci to Polacy porwani na zniemczenie - postanowiła pomagać im wszelkimi sposobami.

Tragiczna sytuacja nie wydawała jej się jednak bez wyjścia- stąd radość z możliwości niesienia pomocy. Niemiecki personel nie potrafił zajmować się płaczącymi i krzyczącymi dziećmi. Szybko, nie tylko że stała się nieodzowna, ale właściwie przejęła opiekę nad malcami. "Opatrzność Boża, że tam byłam" - wspomina Siostra - "Wśród niemieckich dzieci było wiele z rodzin mieszanych lub podejrzanych, że przodek był Niemcem". Nie zważając na niedożywienie i bywało, potworne zmęczenie, dniem i nocą, nieraz z cierpieniem ciała i duszy, opiekowała się maluchami. Lgnęły do jej serdeczności wszystkie, nawet te nie mogące porozumieć się z powodu bariery językowej. Ryzykując rozmawiała z dziećmi tylko po polsku, nie chciała uczyć się zresztą niemieckiego. Ale było jej tego mało - zaczęła wydobywać od Niemek z kierownictwa dane o dzieciach. I ryzykując życiem odnajdywała ich rodziny powiadamiając, gdzie znajduje się porwane potomstwo. Z czasem podczas spacerów do parku dyskretnie umożliwiała kontakty rodziców z dziećmi. Maluchy były na tyle przedziwnie mądre, że nawet straszone i bite nie zdradzały Niemcom żadnych informacji. Ryzykując i przezwyciężając rozliczne trudności dotarła do niemal wszystkich rodzin.

Siostra Śmiałowska wspomina jeden wydawałoby się beznadziejny przypadek - "Ale we wszystkim jest ręka Boska" - po długich i bezowocnych poszukiwaniach przyśniło jej się w nocy szczęśliwe zakończenie i faktycznie, w krótkim czasie dotarła do rodziny porwanej dziewczynki.

Przyszedł styczeń 1945 roku

i rozkaz ewakuacji Kinderheimu do Niemiec. Decydowały o losie dzieci już tylko godziny i desperacja Siostry. W płaszczu narzuconym na habit biegała po domach dzieci, z których odnalezionymi rodzicami utrzymywała kontakt i powiadamiała kiedy i skąd malcy będą wywożeni, umawiała się także jak ich ubierze, by łatwo można było każdego rozpoznać. Papierosami przekupiła kierowcę autobusu, który wywoził Kinderheim na dworzec kolejowy, ten polskie dzieci wypuszczał jednymi drzwiami a niemieckie drugimi. Oczekujący w pobliżu rodzice po prostu je porywali. Uniknęło dzięki temu wywiezieniu kilkanaście. Jedno z dzieci zaplątało się wśród Niemców - mało wówczas nie postradała życia, przewracając się na torach przed pędzącym pociągiem, gdy biegła je ratować. Pomogła jedna z Niemek podając chłopca matce.

Później przyszedł front. Siostra ukrywała się z innymi zakonnicami w piwnicach u Zmartwychwstanek przez dwa tygodnie. Wyzwolenie nie oznaczało powrotu do normalności - cudem, wraz z kilkoma tak jak i ona młodymi zakonnicami, uniknęła gwałtu, a może i śmierci z rąk żołnierzy radzieckich. Przez Swarzędz i Kutno pieszo i w bydlęcych wagonach podążyła do Łęczycy, po drodze znajdując się kilkakrotnie pod ostrzałem.

W Łęczycy

zastała zniszczone pomieszczenia częściowo zamieszkane przez ludzi. Mimo to już w marcu 1945 roku założyła przedszkole - oczywiście równolegle prowadząc sierociniec. Wojsko dało łóżka a pani Zofia Wojtczak z "ciocią UNNRRą" także miały niemały wkład. Ówczesny burmistrz mimo utrudnień ze strony działaczy PPR, przekazał siostrom do przedszkola wyposażenie z poniemieckich urzędów.

W 1947 roku Urszulanki przeniosły dzieci z Poznańskiej na Panieńską dog machu ponorbertańskiego. Dziesięć lat później przeprowadzą z ulicy Waryńskiego (Poznańskiej) na Panieńską cały klasztor. Przedszkole będzie liczyć wówczas trzy oddziały ze 120 dziećmi. Siostra Śmiałowska przez te lata będzie kierowniczką przedszkola, przełożoną Domu Zakonnego i katechetką w mieście i okolicznych wsiach.

W 1966 roku przedszkole zamknięto zabierając jego wyposażenie na potrzeby państwowego zakładu. Nie poddała się - mimo trudności ze strony władz, otworzyła żłobek.

Z żalem opuściła Łęczycę w 1975 roku obejmując kierownictwo Domu Zakonnego w Ozorkowie. Po powrocie w roku 1987 postarała się o ponowne otwarcie przedszkola przy Panieńskiej. Kierując nim myśli o jego rozwoju. A czy nie ma dosyć pracy z dziećmi? - Wręcz przeciwnie - przygotowuje właśnie z maluchami przedstawienie.

Siostra Śmiałowska, "Ziemia Łęczycka", nr 4 (609) z 8 czerwca 1990 r., s. 1 i 5.

Opowieść o księdzu dziekanie

"Trudno jest pisać cudnie o potoczne rzeczy". Horacy w tych słowach zamknął stosunek do życia ludzkiego - pełnego mozołu i codziennej ciężkiej pracy. Każde trwanie składa się z gamy barw, kolor szary, oznaczający zwyczajny trud, występuje w tej tęczy najczęściej.

Każdy łęczycanin pozna bez trudu tę wysoką sylwetkę, pełną wewnętrznej siły i swoistej dumy. Głowa przyprószona aureolą gołębiej siwizny, w zadumaniu unosi się nad lekko pochylonymi przez czas ramionami. Czarna sutanna harmonizuje z postacią.

Ksiądz Kazimierz Gorszwa, bo o nim tu mowa, urodził się 75 lat temu, 11 a właściwie 24 sierpnia 1915 roku. Ta podwójna data wynika z różnicy między kalendarzem europejskim a tym, który był używany w Rosji do rewolucji. Przyszedł na świat w Tomsku, jako jedenaste dziecko Anastazji z Kosackich i Stefana Gorszwów. Rodzice pochodzili z okolic Świsłoczy, w Tomsku znaleźli się z powodu pracy głowy rodziny, który zarobkował jako kolejarz.

Po rewolucji

w 1922 roku, korzystając z umowy między rządami polskim i radzieckim, Gorszwowie przyjechali do Polski i osiedli w Koluszkach. Tam, mały wówczas, Kazimierz rozpoczął swoją edukację w siedmioklasowej szkole powszechnej. Po jej ukończeniu uczęszczał do Gimnazjum Polskiej Macierzy Szkolnej, gdzie w 1936 roku uzyskał maturę.

Przez cały ten okres znajdował się pod wpływem niezwykłej religijności ojca i swojej matki, która marzyła i modliła się, aby został księdzem. Od klasy piątej szkoły powszechnej był ministrantem, ale ostateczna decyzja wstąpienia do seminarium nastąpiła pod wpływem spotkania z księdzem Gadzinowskim - ówczesnym prefektem w Koluszkach, a późniejszym dziekanem w Łęczycy. Nigdy nie przypuszczał młody Kazimierz, że kiedyś obejmie w Łęczycy schedę po swoim przewodniku duchowym.

W Seminarium Duchownym w Łodzi

znalazł się zaraz po maturze. W tym też czasie do Łodzi sprowadzili się rodzice. Naukę przerwał w 1939 roku wybuch wojny. Alumnów zwolniono do domu. Udał się wówczas ze swoim bratem do Warszawy, gdzie obydwaj zaciągnęli się ochotniczo do batalionów kopiących rowy przeciwczołgowe. Nieustanne bombardowania były typową scenerią dla kopaczy.

Po upadku stolicy powrócił do Łodzi, gdzie wznowiono zajęcia w Seminarium. W grudniu 1939 roku Niemcy nakazali opuszczenie jego gmachu, przeniesiono się więc do letniego ośrodka seminaryjnego w Szczawinie, skąd także wyrzucono wszystkich w lutym 1940 roku. Alumni rozjechali się do domów. Kazimierz udał się do rodziców wierząc, że będzie mógł skończyć wkrótce uczelnię. Sposobność taka nadarzyła się dopiero w 1942 roku, gdy biskup sandomierski Jan Kanty Lorek przygarnął kilku alumnów, by doprowadzić ich do święceń. Znalazł się wówczas w ich gronie.

Niemcy w zasadzie nie sprawiali trudności, ukończył więc naukę i 7 maja 1944 roku otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Lorka. Niemal natychmiast został wysłany jako wikary do Łaznowa pod Piotrkowem Trybunalskim. Tu doczekał wyzwolenia i przeniesienia na wikariat do Moszczenicy. Jeszcze w 1945 roku wysłano go do Tuszyna, gdzie podjął pracę w szkole jako etatowy prefekt. Religii uczył także w następnych latach w Aleksandrowie Łódzkim, Sulejowie, Łęcznie i Białej. W 1952 roku przeniesiony został do Tomaszowa Mazowieckiego, pracując nadal jako prefekt, tym razem dla szkół średnich. Znojna, wieloletnia praca znalazła uznanie u przełożonych i zaowocowała przeniesieniem na

Probostwo w Topoli Królewskiej w 1964 roku

W trakcie wykonywania obowiązków proboszcza Topolskiego ksiądz Kazimierz otrzymał kolejny awans, tym razem na łęczyckiego dziekana. Odtąd, nie licząc Tomska, Łęczyca stanie się jakby dla niego drugim miastem "ojczystym" - pierwszym są oczywiście Koluszki. Po śmierci księdza kanonika Stanisława Maciejewskiego, ks. Kazimierz Gorszwa zostaje proboszczem łęczyckiej fary w 1971 roku.

W Łęczycy

czeka nowego proboszcza wiele pracy. Będąc duchownym musi stać się jednocześnie człowiekiem wielu świeckich zawodów, by móc sprostać masie problemów codziennego życia dekanatu i parafii. Przeprowadza wiele remontów instalacji w kościele, tworząc przy okazji nową kaplicę pod wezwaniem św. Józefa. Oddaje do użytku łęczycan kaplicę na cmentarzu (dawny grobowiec Janickich). W ostatnich latach poszerza cmentarz, po kilkuletnich bojach z władzami, i buduje nową cmentarną kaplicę, której głównym akcentem będą trzy spiżowe dzwony, podobne do tych, które jego staraniem zawisły w dzwonnicy przy farze. Niestety, nie można ich do zakończenia remontu używać, ale ksiądz ma nadzieję, że nieraz zadzwonią wszystkie swoimi spiżowymi sercami.

Ksiądz dziekan kocha sztukę, jego mieszkanie zdobi wiele obrazów Józefa Wasiołka, Stanisława Gibińskiego czy Stanisława Staniewskiego. Z tym ostatnim wiąże się wiele prac na terenie fary - ale to już całkiem odrębna opowieść.

Ksiądz Kazimierz wydobył, a właściwie wyrwał z niszczącego młyna czasu, wiele bezcennych obrazów zdobiących obecnie, po gruntownej konserwacji, kościół św. Andrzeja Apostoła. Niemal o każdym można by przytoczyć fascynującą historię. Jak na przykład o Madonnie przywiezionej z Rzymu przez córkę Remigiusza Białkiewicza (prawnika i powstańca styczniowego) - obraz poświęcił papież Leon XIII, o czym świadczy napis na odwrocie. Przysłonięty innym płótnem przedstawiającym św. Annę, odkryty został przez dziekana. Wyglądało to tak jakby Matka Boska chciała wyjść z ukrycia. Można by pisać o obrazach Gersona, jego niedawno odnalezionym św. Walentym, Madonnie ufundowanej przez parafian za czasów ks. Ignacego Medyńskiego, czy choćby o krucyfiksie znalezionym przez ks. Gorszwę w podziemiach kaplicy, a ufundowanym przez słynnego historyka kościoła ks. kan. Józefa Kalasantego Mętlewicza (spoczywającego na łęczyckim cmentarzu).

Zasługi dziekana są ogromne i nie sposób wszystkich tu wymienić - każdy kto przychodzi do kościoła naocznie może się o nich przekonać. Ksiądz Kazimierz nie zamierza spocząć na laurach - mimo 75 lat chce jeszcze zbudować Dom Parafialny i zorganizować, jeśli czas pozwoli, muzeum kościelne w Organistówce. W listopadzie płyta pamięci łęczycan zamordowanych w Katyniu i obozach, a następnie ... jeszcze wiele, wiele planów.

Życie jest tęczą pełną wszystkich barw i odcieni - wiele w niej szarości, koloru pracy wykonywanej każdego dnia. Ale czy ta szarość jest naprawdę szara? Wydaje się, że częściej podświetlana promieniami słońca jest podobna w barwie raczej do uśmiechu wdzięcznego człowieka.

W uznaniu z pracę uhonorowano ks. Kazimierza Gorszwę przywilejem rokiety i mantoletu, nadając jednocześnie godność kanonika.

Opowieść o księdzu dziekanie, "Ziemia Łęczycka", nr 8 (613) z 3 sierpnia 1990 r., s. 1 i 4.