Opowiadanie to słyszałem na
pewnym myśliwskim obiedzie. Przy stole siedziało kilku gentlemanów
nie tylko w czarnych, ale i w czerwonych żakietach. Po skończonym
deserze zaczęliśmy palić cygara i rozmawiać o koniach i polowaniu.
Przypominaliśmy sobie dziwaczne nagonki, jak naprzykład ta, kiedy
lisom udawało się zmylić ślady i wyprowadzić psy i myśliwych z
jednego końca hrabstwa na drugi. Te dzielne lisy bywały w końcu
dopędzane przez dwa lub trzy utykające psy i przez pieszego
dojeżdżacza. Reszta pozostawała zawsze w tyle i nie mogła przyjąć
udziału w tak uroczystym akcie.
Prowadząc podobne rozmowy, goście popijali portwejn, a w miarę,
jak pili, opowiadania ich stawały się coraz bardziej fantastyczne.
Teraz przytaczano takie wypadki, kiedy myśliwy pochłonięty
całkowicie gonitwą za lisem, znajdował się nagle i zgoła
nieoczekiwanie - w nieznanym mu kraju. W opowiadaniach tych lisy
przeżywały zdarzenia nie tyle zdumiewające, ile niezwykłe. Pewien
lis, uciekając przed psami, wdrapał się na wysoką wierzbę i ukrył w
jej gałęziach; inny, bardziej przebiegły, dla uniknięcia
niebezpieczeństwa wpadł do stajni, należącej do pewnego zamku i
dopiero trzeba go było wyciągać ze żłobu za ogon; inny znowu wbiegł
przez uchylone drzwi do jakiegoś domu, włożył damski kapelusz i
zmyliwszy w ten sposób czujność psów, które go wzięły za żonę
myśliwego - uniknął niebezpieczeństwa.
Gdy goście skończyli swe fantastyczne opowiadania, zabrał
głos sam gospodarz, opowiadając nam o dwu nad wyraz ciekawych
wypadkach ze swej przeszłości myśliwskiej. Zwłaszcza zainteresował
nas drugi wypadek. Ponieważ gospodarz zaczął długo pokasływać i
chrząkać, przeto byliśmy pewni, że usłyszymy wiele rzeczy istotnie
zajmujących. Nasz gospodarz był wielkim smakoszem i zawsze
przekładał lepsze na potem. W danej chwili miał w sobie dużo powagi
i okazywał pewne zdenerwowanie. Nie ulegało wątpliwości, że
zamierzał olśnić słuchaczy czemś bardzo zajmującem.
- Zdarzyło się to w tym czasie, kiedy nie miałem w swem
posiadaniu tego majątku - zaczął gospodarz. - Psy wtedy miał sir
Charles Adyr od niego przeszły one do starego Lazoma, od Lazoma -
do mnie. Zresztą być może, że ta historja rozegrała się za
Lazoma... Chociaż, nie, nie, zdarzyło się to za Adyra. Tak, za
Adyra, na początku lat siedmdziesiątych, mniej więcej w
siedmdziesiątym drugim roku.
Człowiek, o którym będę opowiadał, mieszka obecnie
gdzieindziej, ale sądzę, że wielu z pośród panów pamięta go.
Nazywano go Danbury, Walter Danbury. Myśmy go przezwali poprostu
Wat. Był on synem starego Jos Danbury z Górnego Askombu. Po śmierci
ojca Wat odziedziczył przyzwoitą fortunkę, ponieważ, jak się
okazało, był jedynym spadkobiercą. Brat jego, jeżeli go sobie
przypominacie, utonął, gdy poszła na dno "Wielka Chartia". Majątek
Wata wynosił ogółem kilkaset akrów, natomiast ziemia była
prześliczna, a w tym czasie, wiecie panowie, uprawianie ziemi było
złotym interesem. Przy tem na majątku nie ciążyły długi, co już ma
doniosłe znaczenie. W niezadłużonym majątku, jak to mówią, farmer
żyje jak u Boga za piecem. Ale dawne to lata. Obecnie, kiedy cena
pszenicy spadła, wszystko idzie inaczej... Tak, gentlemani,
zagraniczna pszenica i telegraf - to dwie plagi, pod któremi jęczy
nasza ojczyzna. Ziarno tanieje, a kupujący, dzięki telegrafowi,
orjentuje się szybko w cenach.
Otóż ten młody Wat Danbury był jedynym pod każdym względem
chłopcem. Konno jeździł znakomicie, a myślistwo kochał do
szaleństwa. Ale, jak wam wiadomo, niebezpieczną jest nieraz rzeczą
powierzać zbyt młodym ludziom znaczną fortunę, ponieważ młodzi
ludzie nie mają doświadczenia i nie umieją należycie oceniać
pieniędzy. Pod tym względem i Wat nie był wolny od grzechu. Jakoś
głowę sobie zawrócił i pewien czas prowadził się rozwięźle. Nie
powiem, aby oddawał się jakim występkom. Broń Boże! W tych czasach
było ogromnie modne w naszych okolicach pijaństwo. Młodemu
Danbury'emu tylko w to graj! Ponieważ był młodzieńcem towarzyskim,
więc stronić od kolegów nie lubił, owszem naśladował ich we
wszystkiem. W ten sposób wciągnął się w pijatykę i pił więcej, niż
tego wymagano.
Zapewne wiecie panowie o tem, że używanie trunków w dowolnej
ilości nigdy nie zaszkodzi, o ile picie odbywa się wieczorem po
wstrzemięźliwem spędzeniu dnia. Tego warunku Danbury nie mógł
dotrzymać, a to ze względu, że otaczało go zbyt wielu przyjaciół.
Więc korzystał z częstej okazji do picia, a tak pił, że wiele już
osób miało go za człowieka zupełnie straconego.
Właśnie w tym czasie wydarzył się ten zabawny wypadek. Los
sprawił Watowi tak pouczającą kąpiel, że ten poprzysiągł sobie raz
na zawsze, iż nie tknie nawet butelki whisky.
Zwyczajem większości ludzi, Wat dokonywał na swem zdrowiu
najrozmaitsze doświadczenia, nie troszcząc się wcale o następstwa.
Ale najbłahsze niedomaganie przejmowało go do głębi i czyniło zeń
bezprzykładnego tchórza. Zresztą takie momenty przeżywał dość
rzadko. Spędzając całe lata na otwartem powietrzu, Wat był zdrów,
jak tur, i rozkoszował się zdrowiem, zaprawdę godnem
pozazdroszczenia.
Whisky jednak dokonała swego i pewnego pięknego poranku
młodzieniec spostrzegł, że jest z nim źle. Ręce ma roztrzęsione i
każdy nerw w nim drga, jak nazbyt naprężona struna skrzypiec. W
wigilję tego dnia spożył obiad w źle ogrzanem mieszkaniu i
przeziębił się trochę. Ale i wino, które tam pił, widocznie było
nieszczególne. Jednem słowem zaniemógł troszeczkę.
Wat przeląkł się: język ma szorstki, jak kąpielowy ręcznik,
a w głowie cyka mu zegar uderzając wahadłem to tę, to ową stronę.
Pomyślał, co za nieszczęście go dotknęło i wnet posłał po doktora
Middltona, rodzonego ojca Middltona który obecnie odbywa praktykę w
Askombie.
Trzeba nadmienić, że Middlton był starym przyjacielem
nieboszczyka Jos Danburego i ogromnie gorszył się tym, że syn jego
przyjaciela prowadzi żywot tak opłakany. Postanowił więc skorzystać
z choroby Wata i wprowadzić go na drogę moralną. Zbadawszy
dokładnie młodzieńca, doktór zrobił poważny wyraz twarzy i wygłosił
tyradę o zgubności napojów wyskokowych. Pokręcił smutnie głową,
powiedział coś o możliwości białej gorączki, co gorsza, o
beznadziejnem pomieszaniu zmysłów. Wata ogarnęło śmiertelne
przerażenie.
- Czy doprawdy niema ratunku i narażony jestem, na
pomieszanie zmysłów? - zawołał rozpaczliwie.
- Hm... trudno orzec, nie wiem - odrzekł z powagą doktór - w
każdym razie nie mam prawa wyrokować, że panu nic nie grozi. Ma pan
nerwy ogromnie rozstrojone. Na dobrą sprawę, w ciągu tego dnia mogą
wystąpić symptomaty tej choroby, o której wspomniałem. Trzeba
zaczekać do wieczora.
- A jeżeli przed wieczorem nic takiego nie zajdzie, to czy
mogę liczyć na wyzdrowienie?
Doktór pomyślał trochę i odrzekł:
- Nic panu nie będzie groziło, ale pod warunkiem, że w ciągu
całego dnia nawet nie powącha pan alkoholu.
Doktór przyznał w duchu, że pewne zastraszenie pacjenta
będzie miało zbawienne skutki.
- A jakież to są symptomaty? - zapytał pokornie Danbury.
-
Delirium tremens - odparł Middlton - zaczyna się od złego
funkcjonowania organów ocznych. Potem nastąpią męczące halucynacje.
- O, Boże, już jestem chory. W oczach migają mi czerwone
światełka!
Doktór, widząc, że słowa jego odniosły pożądany skutek, jął
go teraz pocieszać.
- No, światełka to głupstwo - żółciowe zaburzenia. W białej
gorączkę zwykłe przedmiotu przeistaczają się w owady, żmije i
nieznane dziwaczne zwierzęta.
- A gdyby mi stanęły w oczach te owady, to co mam robić?
- Zawezwij pan mnie - odpowiedział doktór i, przyobiecawszy
mu przynieść lekarstwo wyszedł.
Po wyjściu doktora młody Wat Danbury wstał i zaczął
rozglądać się naokoło. Był przygnębiony i nieszczęśliwy i zdawało
mu się, że przeniesiono go do szpitala dla umysłowo chorych.
Wprawdzie doktór zapewniał, że o ile do wieczora nie wystąpią żadne
nieprzyjazne symptomaty, to wszystko przejdzie pomyślnie - ale któż
odgadnie, jaki będzie koniec tego dnia? Do wieczora było jeszcze
daleko, a już Wat spoglądał na zwykły przyrząd do zdejmowania
obuwia ze strachem. A nuż ten przyrząd przeistoczy się nagle w
potwornego pająka albo w jaką poczwarę?! Zaiste, Wat przeżywał
minuty i godziny, pełne nieopisanego lęku. Wreszcie wyczerpała mu
się cierpliwość i zapragnął wyjść z tego dusznego pokoju na świeże
powietrze. Pocóż więc sterczy w tej dusznej atmosferze, kiedy
zaledwie w odległości pół mili od jego domu Askomb urządza
polowanie? A wszak jest to już obojętne, gdzie Wat Danbury doczeka
się symptomatów białej gorączki: tutaj, w pokoju, czy też w polu,
na koniu? Przytem bolała go głowa i musiał stanowczo zaczerpnąć
świeżego powietrza.
Decyzję swą wykonał szybko. Po upływie dziesięciu minut miał
już na sobie strój myśliwski, po upływie zaś następnych dziesięciu
minut siedział w siodle. Pochłaniając z przyjemnością świeże
powietrze, Wat wyruszył w pole na swej ulubionej klaczy Matyldzie.
Zrazu osłabiony przeżyciami dnia trzymał się w siodle niepewnie,
ale wkrótce wróciły mu siły. Byłby czuł się lepiej, gdyby nie
ostrzegające słowa doktora co do objawów białej gorączki.
Przyłączywszy się jednak do towarzystwa w Granel-Hanger, Wat
zapomniał o przepowiedni Middltona. Psy zaledwie były spuszczone.
Pogoda najbardziej sprzyjała polowaniu. Nie było ani wiatru, ani
deszczu, grunt zaś miał w sobie dość wilgoci, aby psy, nie zbijając
się z tropu, goniły za zwierzęciem. Myśliwych zjechało się
conajmniej czterdziestu - doskonali w sztuce polowania i brawurowi
jeźdźcy. Powoli, cała kawalkada dotarła do Black-Hanger. Twarze
wszystkich promieniały radością, wiedzieli bowiem, że znajdą tutaj
niezliczoną moc lisów.
W owych czasach, proszę panów, Anglja posiadała wspaniałe
lasy, w których mnożyły się lisy. Co zaś dotyczy Black-Hanger, to
zagajnik ten ciemny i gęsty, poprostu trząsł się od lisów.
Najtrudniej było wypędzić lisa z zarośli, ale skoro został
wypędzony, to wtedy - hulaj dusza! Tropienie lisów w owym czasie
obfitowało w niezwykle wesołe momenty.
W Black-Hanger myśliwi zaczęli zajmować stanowiska. Jedni z
pośród nich zagłębili się śladem psów do lasu w poszukiwaniu
zwierza, drudzy czatowali na leśnych drożynach, inni wreszcie
zostali w polu, oczekując na lisa, wypłoszonego z zarośli.
Młody Wat Danbury znał tę miejscowość, jak własne pięć
palcy. Zagłębił się w zagajniku i stanął w miejscu, gdzie zbiegało
się kilka leśnych drożyn. Wyglądał zwierza z niecierpliwością;
czuł, że gonitwa z przeszkodami wyjdzie mu na dobre. Klacz Matylda
również pojmowała doniosłość zadania. Wszak znano ją jako
najlepszego kłusaka w całem hrabstwie. Dodać muszę, że ślicznem
była zwierzęciem. Szeroka, koścista posiadała niezwykłą siłę i
wytrzymałość. Wat był dobrym jeźdźcem, ważył razem z siodłem nie
więcej nad sto czterdzieści funtów, nic też dziwnego, że nikt nie
miał odwagi stawać z nim w zawody.
Otóż młody Danbury stał na leśnym manowcu, oczekując na
zwierza i przysłuchując się krzykom łowczego i dojeżdżaczów.
Czasami w krzakach błysnęły ogony i jasno-kasztanowe grzbiety psów.
Pojedyńcze i przyciszone naszczekiwania dawały znać, że w zagajniku
pracuje dobrze wytresowana sfora.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.