Inne niebo - Katarzyna Grabowska

-
Proszę czekać

I. NIESPODZIEWANY CIOS

Kilka mie­się­cy, któ­re spę­dzi­łam naj­pierw w Bu­rii, a póź­niej w Ce­do­wii, nie przy­bli­ży­ło mnie do roz­wią­za­nia ta­jem­ni­cy Ma­teo. Po­zna­łam wpraw­dzie kil­ka se­kre­tów, jed­nak na­dal da­le­ka by­łam od od­kry­cia praw­dy. Ze­msta bo­gów przed wie­ka­mi po­łą­czy­ła moje losy z lo­sa­mi Oilell, spra­wia­jąc, iż przy­szło mi do­świad­czyć cier­pień bę­dą­cych udzia­łem sio­stry Ca­ha­la. Tak jak i ona we­szłam w skom­pli­ko­wa­ne re­la­cje uczu­cio­we z trze­ma męż­czy­zna­mi, tak jak i ona mu­sia­łam po­że­gnać swo­ją naj­więk­szą mi­łość. Tak jak Oilell sta­łam się rów­nież od­po­wie­dzial­na za ska­za­nie naj­bliż­szej memu ser­cu oso­by na wiecz­ność w La­sie Po­tę­pio­nych. Zło­wro­gie fa­tum wi­sia­ło nad moją gło­wą, ni­czym ciem­ne chmu­ry nad po­grą­żo­ną w cha­osie kra­iną.

Ja, Ju­lia, dziew­czy­na z dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku, tra­fia­jąc do Bu­rii, sta­łam się ma­gi­kiem, cza­ro­dziej­ką, któ­ra, ko­rzy­sta­jąc z cu­dów współ­cze­snej mi tech­ni­ki, za­skar­bi­ła so­bie przy­chyl­ność księ­cia Ekhar­da. Dzię­ki jego opie­ce mo­głam za­adap­to­wać się do wa­run­ków jak­że od­mien­nych od tych mi zna­nych. To, że prze­trwa­łam, że nie spło­nę­łam na sto­sie, za­wdzię­cza­łam przede wszyst­kim Wey­li­no­wi, któ­ry jako pierw­szy wy­cią­gnął do mnie po­moc­ną dłoń. To rów­nież on oca­lił moje ży­cie, gdy uzna­na za zdraj­czy­nię i po­są­dzo­na o pa­ra­nie się czar­ną ma­gią, mia­łam zo­stać ska­za­na na śmierć.

Ucie­ka­jąc przed okrut­ną karą, po­dą­ża­jąc przez Las Po­tę­pio­nych, od­kry­łam swo­je prze­zna­cze­nie. Nie wpły­nę­ło to jed­nak na po­pra­wę mo­jej sy­tu­acji. Wręcz prze­ciw­nie. Do­pie­ro wte­dy zro­zu­mia­łam, iż wszyst­ko, co się ma wy­da­rzyć, już daw­no zo­sta­ło za­pla­no­wa­ne, a ja je­stem je­dy­nie pion­kiem. Moje ży­cie przy­po­mi­na­ło roz­pę­dzo­ną ko­lej­kę gór­ską. Raz znaj­do­wa­łam się na sa­mym dole, a za chwi­lę wzno­si­łam się na szczyt, z któ­re­go zjazd przy­pra­wiał mnie o sza­leń­stwo. Zo­sta­jąc zmu­szo­ną do ślu­bu z Ewe­nem, by­łam pew­na, iż po­ślu­biam znaj­dę bez żad­nych praw i ma­jąt­ku, a tym­cza­sem oka­za­ło się, iż po­moc­nik me­dy­ka tak na­praw­dę jest wy­brań­cem bo­gów i wnu­kiem po­tęż­ne­go wiel­kie­go księ­cia Ca­ha­la.

Zo­sta­łam księż­ną. Tak, tak do­kład­nie. Czyż to nie za­baw­ne? A jed­nak ten za­szczyt­ny ty­tuł nie uchro­nił mnie przed ko­lej­ną klę­ską. Prze­zna­cze­nia nie moż­na oszu­kać. Od­na­la­zło mnie w Ce­do­wii i dało o so­bie znać z jesz­cze więk­szą i okrut­niej­szą siłą. Stra­ci­łam Her­ma­na... Te­raz mu­sia­łam opu­ścić Ewe­na. Moje ży­cie w tej dziw­nej kra­inie za­to­czy­ło koło. Po­now­nie zo­sta­łam zmu­szo­na do uciecz­ki. Zno­wu, ni­czym prze­stęp­ca, chył­kiem opusz­cza­łam za­mek, któ­ry ja­wił mi się jako bez­piecz­na przy­stań. Pło­ną­cy za­mek Cle­d­wi­na zo­stał za nami. Z od­da­li do­la­ty­wa­ły nas przy­tłu­mio­ne okrzy­ki wo­jen­ne wal­czą­cych ry­ce­rzy i szczęk orę­ża. Wpraw­dzie by­li­śmy w dość spo­rej od­le­gło­ści od ob­lę­żo­nej twier­dzy, jed­nak od­gło­sy nio­sły się po­przez wrzo­so­wi­ska i pa­gór­ki, od­bi­ja­jąc się echem od skał, na któ­rych sta­li­śmy.

Nie mo­głam na to dłu­żej pa­trzeć. Od­wró­ci­łam się i przy­mknę­łam po­wie­ki. Chcia­łam po­zbyć się tego prze­ra­ża­ją­ce­go wi­do­ku. My by­li­śmy bez­piecz­ni, ale wszy­scy, któ­rzy po­zo­sta­li w zam­ku, zo­sta­li wy­da­ni na pa­stwę wro­ga.

Czy Mo­re­ena oka­że li­tość pod­da­ją­cym się? Czy do­cho­wa wa­run­ków ka­pi­tu­la­cji? Je­śli tyl­ko po to, aby osią­gnąć swój cel, po­zba­wi­ła ży­cia nie­win­ne dzie­ci, mu­sia­ła być zdol­na do wszyst­kie­go.

Mar­twi­łam się o No­elę, Ori­na, księ­cia Cle­d­wi­na, no i o... Ewe­na. Zna­łam na­sta­wie­nie Mo­re­eny do mo­je­go męża. Uwa­ża­ła go za znaj­dę i nie chcia­ła za­ak­cep­to­wać fak­tu, iż był wnu­kiem księ­cia.

- Naj­mi­ło­ściw­sza pani... - Lu­cjusz pod­szedł do mnie i po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu. - Wszyst­ko bę­dzie do­brze.

- Wie­rzysz w to? - Otwo­rzy­łam oczy i spoj­rza­łam na nie­go. - Wie­rzysz, że może być do­brze? Je­steś aż tak na­iw­ny?

Nie od­po­wie­dział, a w jego wzro­ku do­strze­głam bez­miar smut­ku. On tak­że mar­twił się o losy swo­ich bli­skich. Po­zo­sta­wił na zam­ku mi­łość swe­go ży­cia. Był ko­lej­ną oso­bą, któ­ra cier­pia­ła prze­ze mnie. Po­czu­łam się win­na.

- Prze­pra­szam. - Te­raz to ja go po­cie­sza­łam. - Masz ra­cję, bę­dzie do­brze. Trze­ba w to wie­rzyć. Na pew­no bę­dzie do­brze.

- Mu­si­my ru­szać - ode­zwał się Wey­lin. Na­dal stał ukry­ty za ska­łą i pa­trzył na łunę wzno­szą­cą się nad zam­kiem. - Trze­ba tyl­ko za­cho­wać ostroż­ność, bo woj­ska Mo­re­eny mogą pa­tro­lo­wać dro­gi.

- Dla­te­go nie mo­że­my po­dró­żo­wać tak jak te­raz. - Lu­cjusz otrzą­snął się ze smut­nych my­śli. Na po­wrót stał się rze­czo­wym i kom­pe­tent­nym se­kre­ta­rzem księ­cia. Obo­wią­zek przede wszyst­kim.

- W ta­kim ra­zie co pro­po­nu­jesz?

- Naj­mi­ło­ściw­szy pan o wszyst­kim po­my­ślał. - Lu­cjusz się­gnął do le­żą­ce­go u jego stóp wor­ka po­dróż­ne­go. - Mu­sim się prze­brać, aby po­dej­rzeń ni­ja­kich nie wzbu­dzać. W na­szych sza­tach je­ste­śmy zbyt wi­docz­ni. Trza nam stać się jed­ny­mi z ludu.

Roz­su­płał trocz­ki wią­żą­ce pa­ku­nek i wy­łu­skał z nie­go kil­ka sza­rych, pro­stych szat, ja­kie no­szą zwy­kli wie­śnia­cy.

- Nasz pan ka­zał od chło­pów, któ­rzy schro­ni­li się na zam­ku, wziąć co lep­sze odzie­nie, co­by­śmy mo­gli wro­ga zmy­lić.

- Te sza­ty? - Wey­lin czub­kiem mie­cza uniósł je­den ze stro­jów. - Mamy je na sie­bie wdziać?

- Nie ina­czej - po­twier­dził Lu­cjusz. - Bę­dziem uda­wać zwy­kłych wie­śnia­ków, któ­rzy po­dró­żu­ją do są­sied­niej wsi.

- Kpić ra­czysz? - Wey­lin zmarsz­czył brwi.

Do­strze­głam, że mię­sień na jego po­licz­ku zno­wu za­czął nie­bez­piecz­nie drgać. Do­brze wie­dzia­łam, że jest to ozna­ka ogrom­ne­go wzbu­rze­nia.

- Gdzież­bym śmiał, pa­nie. Tu cho­dzi o bez­pie­czeń­stwo naj­mi­ło­ściw­szej pani. Prze­ca to naj­waż­niej­sze...

- Ależ to wy­bor­ny po­mysł! - Po­spie­szy­łam se­kre­ta­rzo­wi z po­mo­cą. - Idąc wy­stro­je­ni, tak jak te­raz, na pew­no wzbu­dzi­li­by­śmy po­dej­rze­nia - za­czę­łam tłu­ma­czyć. - Le­piej prze­brać się za ko­goś in­ne­go. Prze­cież gdy ucie­ka­li­śmy z Bu­rii, też przy­wdzia­łam mę­skie sza­ty i uda­wa­łam gierm­ka. To nic strasz­ne­go.

- A niby jak mam iść w chłop­skim stro­ju z mie­czem u boku? - Te­raz do roz­mo­wy wtrą­cił się Dun­ham.

Je­dy­nie Bre­don i Ka­me­na nie za­bie­ra­li gło­su. Mło­dy ksią­żę ze sto­ic­kim spo­ko­jem po­dzi­wiał łunę uno­szą­cą się nad zam­kiem, a prze­ra­żo­na służ­ka przy­kuc­nę­ła pod ska­łą i przy­ci­ska­jąc do sie­bie wy­pcha­ny pa­ku­nek, sta­ra­ła się ukryć za nim.

- Nie pój­dziem z mie­cza­mi - od­po­wie­dział Lu­cjusz.

Wey­lin prych­nął ze zło­ści i ci­snął sza­rą sza­tę na zie­mię.

- Głu­po­ty wie­rut­ne pra­wisz! Bez mie­cza mamy iść? Nę­dza­rzy uda­wać? A jak niby mamy się bro­nić, gdy nam słu­dzy Mo­re­eny dro­gę zaj­dą?

- Je­śli zaj­dą, to i wol­no pusz­czą. Będą my­śle­li, że­śmy pro­ści chło­pi. Ta­ko­wi ich nie in­te­re­su­ją. Wy­bacz, pa­nie, ale oni lud zwy­kły za nic mają i się nim nie kło­po­czą. Go­rzej, je­śli na­po­tka­li­by na dro­dze ko­goś z ry­cer­stwa. Nie twier­dzę, że nie je­ste­ście wy­bor­ny­mi wo­jow­ni­ka­mi, jed­nak­że dwa mie­cze... - Tu z po­wąt­pie­wa­niem po­pa­trzył na Bre­do­na, sza­cu­jąc za­pew­ne, czy gdy­by ksią­żę miał miecz, przy­dał­by się do cze­goś, jed­nak uznaw­szy, że brat Mo­re­eny nie na­da­je się do wal­ki, cią­gnął da­lej: - ...nic nie zdzia­ła­ją w star­ciu z wro­gi­mi woj­ska­mi.

- I niby dla­te­go mam za tchó­rza ro­bić i sza­ty chłop­skie wdzie­wać? Ho­nor swój mam i pier­wej zgi­nę, niż jako tchórz w ob­cej skó­rze się scho­wam! - za­grzmiał groź­nie Dun­ham.

- Ra­cja to! Ry­ce­rzo­wi nie przy­sta­je ucie­kać w prze­bra­niu. Co in­ne­go nie­wia­stom. - Tu Wey­lin wy­raź­nie na­wią­zał do mo­ich wcze­śniej­szych słów. - My ślu­bu­je­my, że god­no­ści i ho­no­ru ry­cer­skie­go bę­dziem prze­strze­gać i zgi­niem, a mie­cza nie zło­żym.

- Tu cho­dzi o ży­cie naj­mi­ło­ściw­szej pani! - upo­mniał Lu­cjusz. - Czy słu­żąc swej pani, nie mo­żesz stać się i tchó­rzem, je­śli to za­pew­ni jej bez­pie­czeń­stwo? Po­mnij, że cza­sem sy­tu­acja wy­ma­ga ogrom­ne­go po­świę­ce­nia.

Wey­lin umilkł. Prze­niósł wzrok na mnie i przez dłuż­szą chwi­lę pa­trzył uważ­nie pro­sto w moje oczy. Pew­nie prze­kli­nał w my­ślach dzień, gdy spo­tkał mnie o po­ran­ku na bu­riań­skim trak­cie. Gdy­by wte­dy nie uli­to­wał się nad dzi­wa­dłem dys­po­nu­ją­cym ogniem Ma­teo i świa­tłem, któ­re nie pa­rzy, na­dal wiódł­by spo­koj­ny ży­wot na zam­ku księ­cia Ekhar­da. Gdy­by po­słu­chał słów swych to­wa­rzy­szy, ra­dzą­cych po­zbyć się mnie jak naj­prę­dzej... Sprze­ci­wił się im wte­dy. Za­ufał mi, że nie je­stem złem wcie­lo­nym, i oto te­raz zbie­rał plo­ny swe­go za­ufa­nia. Prze­ze mnie, cho­ciaż był je­dy­nym spad­ko­bier­cą Ekhar­da, mu­siał opu­ścić dwór swe­go wuj­ka. Mu­siał po­rzu­cić wszyst­ko, co znał i co było mu bli­skie. Prze­ze mnie zo­stał zbie­giem prze­dzie­ra­ją­cym się przez ostę­py Lasu Po­tę­pio­nych, po­szu­ki­wa­nym i na­pięt­no­wa­nym w oj­czyź­nie. Przez to, że oca­lił mi ży­cie, na­ra­ził wła­sną sio­strę na nie­bez­pie­czeń­stwo. Prze­cież gdy­by nie ja, La­ve­na ni­g­dy nie mu­sia­ła­by do­świad­czyć nie­wy­gód pie­szej wę­drów­ki przez prze­klę­ty las, do któ­re­go na­wet naj­dziel­niej­si ry­ce­rze pod­czas po­lo­wa­nia wcho­dzą z trwo­gą. Gdy­by nie ja, nie sta­ła­by się też ofia­rą gwał­tu, co skut­ko­wa­ło jej póź­niej­szą pró­bą sa­mo­bój­czą. Gdy­by nie ja, Her­man na­dal by żył...

Wey­lin miał pra­wo mnie prze­kli­nać. Za­ry­zy­ko­wał wszyst­ko, a oprócz cier­pień nie otrzy­mał w za­mian nic. Nie po­tra­fi­łam od­wza­jem­nić jego uczu­cia, na­wet nie chcia­łam. Był tyl­ko moim przy­ja­cie­lem, a jemu to nie wy­star­cza­ło. Jak­że mu­siał się czuć, zda­jąc so­bie spra­wę, że ta nie­po­rad­na, prze­stra­szo­na dziew­czy­na w nie­przy­zwo­icie krót­kiej, jak na pa­nu­ją­ce tu zwy­cza­je, su­kien­ce, dziew­czy­na, do któ­rej wzdy­chał i dla któ­rej na sza­li po­sta­wił swo­je ży­cie, zo­sta­ła żoną in­ne­go, a co wię­cej sta­ła się księż­ną, któ­rej mu­siał słu­żyć?

Do­pie­ro te­raz uzmy­sło­wi­łam so­bie peł­nię od­czuć Wey­li­na. De­win miał ra­cję, mó­wiąc, iż przy­nio­sę samo nie­szczę­ście. Tak się sta­ło! Wszy­scy, któ­rych na­po­tka­łam na swo­jej dro­dze, do­zna­li cier­pień. Zra­ni­łam każ­de­go, a naj­bar­dziej tych, któ­rzy ob­da­rzy­li mnie mi­ło­ścią.

- Mam stać się nędz­nym tchó­rzem - po­wtó­rzył wol­no Wey­lin, na­dal nie spusz­cza­jąc ze mnie wzro­ku. - Mam się oka­zać człe­kiem bez ho­no­ru... Tam­ci ży­cie tra­cą w wal­ce, a ja... Uro­dzi­łem się ry­ce­rzem. Ry­ce­rzem chcia­łem po­mrzeć.

- Wiem, pa­nie...

- Milcz! - Uci­szył Lu­cju­sza ge­stem. Wol­no ob­ra­cał w dło­ni miecz, wpa­tru­jąc się w jego po­ły­sku­ją­ce ostrze. - Nie ma rze­czy cen­niej­szej dla ry­ce­rza niż jego miecz. Ten mu i mat­ką, i oj­cem. Ni­g­dy go nie opusz­cza. Po­win­no­ścią ry­ce­rza jest umrzeć, dzier­żąc miecz w ręce lub od ran nim za­da­nych. Je­śli jed­nak... - Umilkł na chwi­lę. - Je­śli jed­nak tak ma być, to tak bę­dzie. Je­śli... naj­mi­ło­ściw­szą pa­nią ochro­nię w ten spo­sób...

Od­rzu­cił miecz i peł­nym do­sto­jeń­stwa ru­chem od­piął pas, któ­ry na­stęp­nie rów­nież ci­snął na zie­mię.

- Ale jak to, Wey­li­nie? - Dun­ham z nie­na­wi­ścią w oczach po­pa­trzył na mnie. - Cóż ty czy­nisz? Prze­ca się nie go­dzi...

- Rób to, co ja! - wark­nął gniew­nie. - Ślu­bo­wa­łeś swe­mu panu po­słu­szeń­stwo. To roz­kaz!

- Ten znaj­da nie jest two­im pa­nem! - krzyk­nął Dun­ham, ale nim zdą­żył za­re­ago­wać, Wey­lin wy­mie­rzył mu po­li­czek. Pla­śnię­cie dło­ni za­brzmia­ło ze zdwo­jo­ną siłą w mo­ich uszach.

- Wey­li­nie! - Dun­ham wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go. - Prze­cie ty na­stęp­cą Ekhar­do­we­go tro­nu je­steś, a Ewen to znaj­da!

- Ju­żem nie jest na­stęp­cą. - Ro­ze­śmiał się jak sza­le­niec. - Ten znaj­da, jak go na­zy­wasz, oka­zał się wnu­kiem księ­cia Cle­d­wi­na, a co za tym idzie, jest też sy­nem mego wuj­ka. Nie tyl­ko tron Ce­do­wii mu się na­le­ży, ale i Bu­rii. Poj­mu­jesz? Po­mnij też, że ksią­żę Cle­d­win go­ści­ny nam na swym zam­ku udzie­lił, a my do nie­go przy­sta­li. Pod jego służ­bę się za­cią­gnę­li. W chwi­li, gdy wła­dzę w ręce wnu­ka od­dał, my Ewe­no­wi sta­li­śmy się pod­le­gli.

- Na­wet je­śli, to i tak tchó­rzyć nie chcę! Nie po­tom tyle lat z mie­czem w dło­ni prze­pę­dził, abym te­raz miał hań­bą się okryć! To wstyd prze­ogrom­ny! Jak z czymś ta­kim mógł­bym da­lej żyć? Jako kto? To­bie też nie lza tego czy­nić! Opa­mię­taj się! Za­łóż pas i przy­pnij miecz na po­wrót! Ry­ce­rzem je­steś!

- Nie! - Ode­pchnął ręce Dun­ha­ma, po­da­ją­ce mu pod­nie­sio­ny z zie­mi miecz. - Roz­kaz jest roz­ka­zem. Mu­sim go wy­peł­nić. Je­śli ty nie chcesz, ja cię zmu­szać nie będę. Twój wy­bór, czy tchó­rzem się sta­niesz, czy zdraj­cą, co roz­ka­zów swe­go pana nie słu­cha.

- Ewen nie jest moim pa­nem - po­wtó­rzył z mocą Dun­ham. - Ty nim je­steś!

- Więc czyń tak, jak ci każę!

- Mam stać się tchó­rzem, bo za­miast ro­zu­mu słu­chasz ser­ca? Przez tyle lat by­li­śmy wier­ny­mi dru­ha­mi, a te­raz mó­wisz mi, że mam miecz od­rzu­cić lub zdraj­cą się oka­zać? Wszyst­ko przez nią! - Splu­nął ze wstrę­tem w moją stro­nę. - Ża­łu­ję, że­śmy ją wte­dy, tam, na trak­cie, nie po­trak­to­wa­li ku­szą... Gdy­by ta wiedź­ma...

Ni­g­dy już jed­nak nie do­wiem się, co chciał da­lej po­wie­dzieć, gdyż Wey­lin gwał­tow­nym ru­chem po­chwy­cił swój miecz, na­dal trzy­ma­ny przez Dun­ha­ma, i bez chwi­li wa­ha­nia za­głę­bił ostrze w jego pier­si.

- Wey­li­nie! - zdo­łał krzyk­nąć ol­brzym, nim w peł­ni zdał so­bie spra­wę z tego, co wła­śnie się sta­ło.

Nie spo­dzie­wał się ta­kie­go za­cho­wa­nia po swo­im przy­ja­cie­lu. Z wy­ra­zem bez­gra­nicz­ne­go zdzi­wie­nia na twa­rzy prze­niósł wzrok z Wey­li­na na swo­ją pierś. Uniósł obie dło­nie i za­ci­snął je na ostrzu, tak jak­by chciał upew­nić się, że to wszyst­ko dzie­je się na­praw­dę.

- Wey­li­nie... - po­wtó­rzył, a z jego ust po­le­cia­ła struż­ka krwi.

Opu­ścił ręce bez­wład­nie wzdłuż cia­ła. Już zro­zu­miał okrut­ną praw­dę. Ten, któ­re­mu ufał, któ­re­go uwa­żał za przy­ja­cie­la, przed­ło­żył ży­cie ob­cej ko­bie­ty nad wła­sny ho­nor i wię­zy bra­ter­stwa.

- To wszyst­ko przez nią... - wy­rzę­ził.

- Wy­bacz. - Wey­lin z nie­zwy­kłym spo­ko­jem, wręcz opa­no­wa­niem wy­cią­gnął miecz z cia­ła Dun­ha­ma, po czym, od­rzu­ciw­szy oręż, ob­jął słab­ną­ce­go to­wa­rzy­sza. - Nie bę­dziesz tchó­rzem ani nie do­pu­ścisz się zdra­dy. Zgi­niesz jak ry­cerz. Tyle mogę dla cię uczy­nić, za te wszyst­kie wspól­ne lata.

Krzyk uwiązł mi w gar­dle. Za­sło­ni­łam usta dło­nią, gry­ząc pal­ce z bez­sil­no­ści. Pa­trzy­łam, jak cia­łem Dun­ha­ma wstrzą­sa­ją drgaw­ki. Jak na­gle nie­ru­cho­mie­je i wiot­cze­je w ob­ję­ciach Wey­li­na, u stóp któ­re­go utwo­rzy­ła się czer­wo­na pla­ma.

Wszy­scy za­mar­li­śmy. W nie­mej ci­szy pa­trzy­li­śmy na tę dra­ma­tycz­ną sce­nę. Żad­ne z nas nie wy­da­ło z sie­bie naj­cich­sze­go dźwię­ku, na­wet sta­ra­li­śmy się od­dy­chać ci­szej, tak jak­by ja­kiś nie­po­trzeb­ny ton lub ruch mógł za­gro­zić i na­sze­mu ist­nie­niu. Nie mo­gli­śmy uwie­rzyć w to, co się wła­śnie sta­ło. To wy­kra­cza­ło poza na­sze moż­li­wo­ści zro­zu­mie­nia.

Wey­lin i Dun­ham byli przy­ja­ciół­mi. Wspól­nie z Lan­nem i Her­ma­nem two­rzy­li zgra­ną dru­ży­nę, któ­ra dziel­nie sta­wia­ła czo­ło nie­bez­pie­czeń­stwom. Nic nie było im strasz­ne, ra­zem mie­li siły, aby prze­no­sić przy­sło­wio­we góry. Jed­nak­że ta wspa­nia­ła kom­pa­nia prze­sta­ła już ist­nieć. Śmierć Her­ma­na, odej­ście Lan­na, pra­gną­ce­go wspie­rać La­ve­nę, i te­raz za­bój­stwo Dun­ha­ma. Bo to było za­bój­stwo! W mo­ich oczach nic nie uspra­wie­dli­wia­ło po­stęp­ku Wey­li­na. Jak mógł za­dać cios przy­ja­cie­lo­wi? Jak mógł za­bić go bez mru­gnię­cia okiem? Jak w ogó­le mógł się na to zdo­być? Po tym wszyst­kim, co ra­zem prze­szli? Przy­po­mnia­łam so­bie chwi­lę, gdy wra­ca­jąc z Her­ma­nem po ło­wach na skrzy­dla­ki, pod­wie­zie­ni przez uczyn­ne­go wie­śnia­ka, na­po­tka­li­śmy na zam­ku Dun­ha­ma. Nie po­znał nas wte­dy. Albo gdy, prze­mie­rza­jąc ostę­py Lasu Po­tę­pio­nych, po­dzi­wia­li­śmy kunszt ło­wiec­ki ol­brzy­ma, któ­ry wy­ko­naw­szy wła­sno­ręcz­nie włócz­nię, bro­dził po rze­ce, ło­wiąc dla nas ryby. Może i Dun­ham nie był moim fa­nem, ale na pew­no ce­cho­wa­ła go wier­ność swe­mu panu. Nie lu­bił mnie, gdyż wi­dział to, cze­go nie do­strzegł Wey­lin. Ro­zu­miał, iż spro­wa­dzam nie­szczę­ście na bli­skich mi lu­dzi, a ce­niąc swe­go pana, po pro­stu się o nie­go lę­kał. Chciał go przede mną uchro­nić. Nie­ste­ty, nie uda­ło mu się tego do­ko­nać i, co gor­sza, przy­szło mu za to za­pła­cić jak­że wy­so­ką cenę.

Czas dłu­żył mi się nie­mi­ło­sier­nie. Mia­łam wra­że­nie, że mi­nę­ły już całe wie­ki, a Wey­lin na­dal stał wy­pro­sto­wa­ny, ści­ska­jąc bez­wład­ne cia­ło Dun­ha­ma. Wy­glą­dał jak po­sąg wy­ku­ty w mar­mu­rze. Chłód zda­wał się od nie­go ema­no­wać i mro­zić na­sze ser­ca. Nie by­li­śmy w sta­nie po­jąć tego, co wła­śnie się sta­ło.

- Pa­nie... - Lu­cjusz pierw­szy prze­mó­wił, zbie­ra­jąc w so­bie dość od­wa­gi na prze­rwa­nie peł­nej tra­gi­zmu ci­szy. - Trza go po­cho­wać, nim pój­dziem da­lej...

Wey­lin drgnął na dźwięk jego gło­su. Przy­chy­lił się i zło­żył cia­ło Dun­ha­ma na zie­mi. Spoj­rzał na swo­je za­krwa­wio­ne dło­nie i sza­tę. Jego wzrok prze­niósł się wol­no na ka­łu­żę krwi u stóp. Od­wró­cił się w moją stro­nę.

- Mu­sia­łem to zro­bić - wy­ja­śnił, cho­ciaż wca­le go nie za­py­ta­łam. - Mu­sia­łem... Nie za­słu­żył, aby być tchó­rzem, a tym bar­dziej zdraj­cą. Był dziel­nym ry­ce­rzem! Dziel­nym! - po­wtó­rzył z mocą.

Za­trzę­słam się, a Lu­cjusz ob­jął mnie współ­czu­ją­co.

- Naj­mi­ło­ściw­sza pani, czy wszyst­ko w po­rząd­ku? Do­brze się, pani, czu­jesz?

- Dla­cze­go? - wy­du­ka­łam z tru­dem. - Dla­cze­go? Tak nie po­win­no się stać. To prze­ze mnie...

- Naj­mi­ło­ściw­sza pani... - Se­kre­tarz ski­nął ręką na nie mniej prze­ra­żo­ną niż ja Ka­me­nę. - Pro­szę o tym nie my­śleć. A ty - zwró­cił się do drżą­cej służ­ki, któ­ra wresz­cie pod­nio­sła się i zbli­ży­ła do nas - po­móż się prze­brać swo­jej pani. Masz wszyst­ko przy­go­to­wa­ne, czyż nie?

Kiw­nę­ła gło­wą, nie­zdol­na do wy­po­wie­dze­nia cho­ciaż jed­ne­go sło­wa. Z trwo­gą zer­k­nę­ła na Wey­li­na.

Je­dy­nie Bre­don nie oka­zał po so­bie żad­nych uczuć. Mimo iż wi­dział, co się sta­ło, na­dal ze sto­ic­kim spo­ko­jem kon­tem­plo­wał łunę uno­szą­cą się nad zam­kiem.

Ka­me­na i Lu­cjusz od­pro­wa­dzi­li mnie na bok, gdzie zo­sta­łam sama ze służ­ką. Choć od­da­li­łam się z miej­sca zbrod­ni, cią­gle przed ocza­mi mia­łam zdzi­wio­ne spoj­rze­nie Dun­ha­ma i wy­raz jego twa­rzy, gdy zdał so­bie spra­wę, że jego pan, naj­lep­szy druh, wła­śnie go za­bi­ja.

Do tej pory mia­łam Wey­li­na za przy­ja­cie­la, obroń­cę. Wie­le mu za­wdzię­cza­łam, i mimo że czę­sto się z nim kłó­ci­łam, czu­łam przed nim pe­wien re­spekt. Nie mia­łam po­ję­cia, że po­tra­fi być tak bez­dusz­ny i okrut­ny. Ten, któ­ry wy­da­wał się moim anio­łem stró­żem, oka­zał się oto nik­czem­nym ło­trem, za nic ma­ją­cym przy­jaźń. Przy­po­mnia­ły mi się ostat­nie sło­wa wy­po­wie­dzia­ne przez Bal­du­rię: "Cza­sem przy­ja­cie­le wca­le nie są przy­ja­ciół­mi". Te­raz na­bra­ły dla mnie no­we­go zna­cze­nia.