Rozdział 1
- 1 -
Na tym polega problem z dziewczynami takimi jak ja...
Tak przy okazji, to tekst mojej matki. Dajcie tej kobiecie podwójną
whisky po długim dniu w stacji telewizyjnej, a trzy minuty później
będzie siedziała po turecku na podłodze w kuchni z pudłem zdjęć,
wygrzebując moje najlepsze fotki.
Jojo w wieku czternastu lat, z aparatem na zębach, ale mimo to piękna, w diademie na spłowiałych od słońca włosach.
Joey piętnastoletnia, świeżo upieczona przewodnicząca drugiej klasy,
oszołomiona swoją spektakularną wygraną.
Szesnastoletnia Joles, najlepsza sprzedawczyni czerwca w lodziarni
Costello, pozująca nieco zbyt dumnie z czekiem bonusowym.
Niezależnie od tego, jak często powtarzamy tę scenę - a możecie mi
wierzyć, robimy to często - matka nigdy nie odbiega od scenariusza.
- Mój Boże, Jo-Lynn, spójrz tylko na siebie - mawia, a alkohol podkreśla
jej śpiewny akcent z Tennessee. - Zobacz, kim mogłabyś być, gdybyś się
postarała.
Czasami się buntuję, odpowiadając na przykład:
- To doprawdy wielka strata, że się nie realizuję w konkursach
piękności, samorządzie szkolnym oraz przemyśle lodziarskim.
Najczęściej jednak znoszę jej wyrzuty w milczeniu, aż matka w końcu
wzdycha, nie ze złością, tylko z rozczarowaniem, i stwierdza:
- Nie postarasz się. Nigdy tego nie robisz. Na tym polega problem z dziewczynami takimi jak ty...
Ma na myśli niegrzeczne dziewczyny. Zuchwałe. Trudne pannice, które
pyskują i się obijają, kpią z ułożonych chłopaków, mających ułożoną
przyszłość, i prychają lekceważąco - niekoniecznie wrednie, ale też
niezbyt miło - gdy inne dziewczęta odważą się zabrać głos na jakiś
temat. Wystarczy dowolny synonim do "złej", taką właśnie dziewczyną
jestem.
To znaczy byłam. Czas przeszły. Staram się - naprawdę staram - poprawić albo przynajmniej być mniej
paskudna. Lecz problem z dziewczynami takimi jak ja polega na tym, że z niezwykłą łatwością wszystko zawalają.
- Spokojnie - mówię do siebie na głos w swoim pokoju. - Wszystko jest
dobrze.
Nie panikuję. Jeszcze nie. Nie, teraz próbuję być wielozadaniowa:
wciskam się w czarne legginsy, przekopuję kosz na brudy w poszukiwaniu w miarę czystego swetra, dzwonię do Milesa Metcalfa, używając telefonu z klapką. (Nie z wyboru, żeby było jasne; to jest "konsekwencja moich
poczynań"). Rozlega się jeden sygnał. Drugi. Przy trzecim wyczesuję
palcami kołtun z mokrych, splątanych włosów. Przy czwartym wyjmuję z kosza golf, burozielony i dwa rozmiary za duży.
Przy piątym wzdycham z irytacją.
- Mój Boże, Miles, możesz odebrać?
Nie odbiera. Rzucam telefon na łóżko i słucham powitania na poczcie
głosowej: "Hej, tu Miles Metcalf. Przepraszam, że nie odebrałem, ale
skontaktuję się, gdy tylko będę mógł".
- Elo, tu Jo. - Przeciskam głowę przez golf. - Pilnie potrzebujesz
nowego tekstu, ziom. "Skontaktuję się"? Co ty, masz dziewięćdziesiąt
lat? - Milknę. Próbuję się uspokoić. Biorę telefon do ręki i dodaję: -
Wiem, że pewnie jesteś już w szkole albo w drodze do niej czy coś, ale
pilnie potrzebuję podwózki. Zostaniesz moim bohaterem na wieki wieków,
pozdro, pa.
Zamykam telefon, a głośny stuk klapki niepokoi moją kotkę Bazylię.
Spogląda, nie mrugając oczami, ze swojej grzędy na oknie. Jeszcze nie
zauważyła, że warstewka lodu pokryła szybę, zasłaniając widok na
zaśnieżoną ulicę. Bazylia jest piękna, ale pod kopułą ma wyłącznie biały
szum.
Celuję w nią palcem.
- Nie osądzaj mnie, kocico.
Panikuję i miotam się tak z powodu zepsutego budzika.
No dobra, jest zepsuty w takim sensie, że zapomniałam go wczoraj
nastawić, mimo że nagryzmoliłam: "NASTAW BUDZIK!!!" na wściekle różowej
karteczce i przykleiłam ją do lustra w łazience. Gdy szczotkowałam zęby,
miałam przed oczami to przypomnienie i oczywiście pomyślałam: "Aha,
muszę to zrobić". A potem tego nie zrobiłam.
Ale nie panikuję, pamiętacie? Smaruję korektorem ogromny pryszcz na
brodzie, dźwigam plecak z podłogi i wypadam na korytarz. Bazylia śmiga
obok mnie na dół po schodach, lecz ja za nią nie idę. Najpierw muszę
zaliczyć najważniejszy przystanek.
- Lee! - Pukam do drzwi pokoju mojego brata. Materac skrzypi, ale nikt
nie odpowiada. Łomoczę mocniej. - Hej, debilu, wiem, że nie śpisz.
Potrzebuję podwózki do szkoły - szepczę.
- Co?
- Spóźniłam się na autobus - wyjaśniam głośniej i otwieram drzwi.
Wytężam wzrok w zaskakującej ciemności: rolety są opuszczone, do tego na
karniszu wisi wyblakły polarowy koc. Mrugam, próbując przyzwyczaić
wzrok. - Kurczaki, leżysz na łożu śmierci?
- Boli mnie głowa - odpowiada, jakby mówienie też sprawiało mu ból.
Jakbym była zbyt tępa, żeby zauważyć na nocnym stoliku otwartą flaszkę
najlepszego bourbona taty. Ziewając i się przeciągając, mój brat dodaje:
- Ale przeżyję.
- To super, bo musimy jechać. - Zerkam na jego budzik: cztery minuty po
siódmej. To oznacza, że mam dwadzieścia sześć minut do pierwszego
dzwonka, po którym lepiej, żebym już siedziała w pracowni komputerowej u pana Chopry, bo inaczej... Z trudem przełykam ślinę. - Natychmiast.
- Poproś tatę.
- Porzucił nas.
- Na zawsze?
- Gorzej. - Opieram się o framugę. - Na śniadanie.
To taka tradycja. Raz na dwa miesiące tato i jego dawni kumple, szefowie
kuchni, spotykają się w knajpie Flower City na cześć minionych dni
chwały, kiedy to wytaczali się pijani ze swoich restauracji o piątej nad
ranem i ruszali na poszukiwanie czarnej kawy i naleśników.
- Poproś swoich przyjaciół - proponuje Lee. - To znaczy przyjaciela, w liczbie pojedynczej.
Niegrzeczne, ale prawdziwe.
Niestety Miles, jak zawsze nadambitny, codziennie melduje się w szkole
godzinę przed czasem. Najczęściej rano wypełnia testy na zajęcia z nauk
ścisłych lub ćwiczy gamy na saksofonie barytonowym. W pozostałe dni jada
śniadanie - bajgiel jagodowy na zimno z masłem - w towarzystwie dyrektor
Lund.
Ot tak, dla rozrywki.
Zapewne dzięki temu, że jest liżydupą, zagwarantuje sobie pozycję
najlepszego ucznia i piętnaście tysięcy dolarów stypendium "ufundowanego
dzięki hojnemu wsparciu Stowarzyszenia Absolwentów Liceum Culver oraz
obserwatorów takich jak wy, dziękujemy", a ja... nie.
Rzecz w tym, że:
- Miles nie wchodzi w rachubę. Nie możesz choć raz czegoś dla mnie
zrobić, Lee? Nigdy o nic nie proszę. - Szybko dodaję: - Poza podwózką od
czasu do czasu.
- Nie ma mowy. - Kładzie się na brzuchu. - To nie moja wina, że jesteś...
- Jaka jestem? - odpowiadam, jakbym rzucała mu wyzwanie. "No dawaj,
spróbuj".
Lee podnosi głowę powolnym, zbolałym ruchem. Przygląda mi się przez
chwilę. Piaskowe włosy ma przyklapnięte z jednej strony, a jego oczy
błyszczą szkliście w mroku sypialni. Po chwili znów składa głowę na
poduszce.
- Zamknij za sobą drzwi, proszę.
Mogłabym się z nim kłócić. Powiedzieć: "Nie udawaj, że nadal jestem
jedyną porażką w tej rodzinie". Ale mam za mało czasu. Wychodzę, unosząc
środkowe palce i zostawiając drzwi szeroko otwarte. Wołam jeszcze z podestu schodów:
- Na szczęście mam plan awaryjny!
Dobrze, że nie wie, na czym ten plan polega. Wpadam do kuchni, w której
wisi gęsty gorzki aromat porannej kawy taty, i zgarniam z blatu kluczyki
do samochodu Lee. To, że czterokrotnie oblałam egzamin na prawko, nie
oznacza, że nie potrafię prowadzić auta. Oznacza tylko, że nie jestem w tym zbyt dobra. Głównie w parkowaniu równoległym i skrętach w lewo, ale
komu to potrzebne?
Z całą pewnością dam radę przejechać trzy kilometry do Culver.
Bazylia wychodzi za mną do przedpokoju i miauczy, jakby kpiła: "Taaa,
jasne".
- Dam radę, kocie. - Kładę kluczyki na konsoli obok portretowego zdjęcia
Lee wykonanego na zakończenie liceum. Wygląda jak prawdziwy złoty
chłopak: nieskazitelny smoking, błysk w oku i lśniący biały uśmiech,
ukazujący dołki w policzkach.
Za to mój portret nie nadaje się do wystawienia. Trzymam jego kopię w szufladzie biurka, częściowo ukrytą pod garścią spinaczy, trzema
przeterminowanymi kondomami i pomiętą torebką zioła, którą wysępiłam od
Cody'ego Forsythe'a zeszłej jesieni, kiedy jeszcze z nim rozmawiałam.
Kiedy w ogóle z kimkolwiek rozmawiałam.
- Wszystko dobrze... - zapewniam się cicho.
Na tym polega problem z dziewczynami takimi jak ja: powtarzamy sobie
kłamstwa, aż zaczynają brzmieć jak prawda. Sznuruję buty: wszystko jest
dobrze. Zapinam kurtkę pod brodę, a sztuczne futerko łaskocze mnie w nos: wszystko dobrze. Otwieram drzwi i moim oczom ukazuje się... śnieżny
zimowy poranek?
- O kurde!
Śnieg pada wielkimi, ciężkimi płatkami, a niebo wygląda jak żółtoczarny
siniak - jest równocześnie jasne i ciemne. Boże broń, by władze okręgu
ogłosiły dzień wolny z powodu śnieżycy. To efekt uboczny srogich zim w Rochester - jesteśmy na nie zbyt dobrze przygotowani. Pługi śnieżne,
piaskarki, niezasłużona pewność siebie za kółkiem...
Bazylia znów miauczy: "No to powodzenia, kretynko!".
Ale jakie mam wyjście? Zadzwonić do Milesa jeszcze z milion razy? Albo
gorzej jeszcze, do mojej matki do Channel 12 i przyznać, że znowu
zawaliłam, potwierdzając, że jestem dokładnie taką dziewczyną, za jaką
mnie uważa?
Mowy nie ma.
Ruszam i szybkim ruchem sięgam po kluczyki. Za szybkim. Spadają na
podłogę, a ja z rozpędu wychodzę z pustymi rękami. Wzdycham, klnąc pod
nosem, ale kiedy się odwracam...
- Tego szukasz? - Lee podzwania kluczykami trzymanymi w ręku. Choć jego
twarz ma odcień zielonkawej bieli, udaje mu się krzywo uśmiechnąć, gdy
stwierdza: - Sprytnie, Jo.
A potem zatrzaskuje mi drzwi przed nosem.
Siła uderzenia wstrząsa witrażowym oknem. Klapka we wrzutce na pocztę
unosi się i po chwili opada. A mnie ogłusza tak, że nawet nie przemyka
mi przez myśl, by sięgnąć do gałki w drzwiach, dopóki nie rozlega się
głuchy stuk zamykanego rygla.
Walę czołem w szybę.
- No to klops.
- Dasz radę!
Odchylam głowę do tyłu. Każdego innego dnia mogłabym zażartować z tej
sytuacji. "Rany, ale błyskawiczna akcja, ha, ha". Ale nie dziś. Dziś
wypuszczam powietrze z płuc, a mój oddech formuje obłok na mrozie, i robię jedyną rzecz, której staram się nigdy, przenigdy nie robić:
spoglądam na drugą stronę ulicy.
Niczym obiektyw, wyostrzający się na właściwym punkcie, mój wzrok pada
na śliczną, miłą Maddie Price.
Stoi pod ostatnią włączoną latarnią uliczną, a złoty promień oświetla ją
i - co najważniejsze - jej durną białą toyotę prius. W jednej okrytej
rękawiczką dłoni trzyma zmiotkę do śniegu, drugą przyciska telefon do
ucha.
- Przecież się zgodziłam. - Jej słowa ledwie słychać, ale ton ma ostry.
Może jest zirytowana.
Chrzanić to. Teraz chichocze. Pewnie rozmawia z Codym. Chodzą ze sobą od
trzech miesięcy? Czterech? Tak się przechwala, że jest najlepszym
chłopakiem na ziemi, jakby była pierwszą dziewczyną, która się
kiedykolwiek zakochała. Nieważne, że ani jedno jej słowo nie jest
prawdą.
Wierzcie mi, znam prawdziwego Cody'ego Forsythe'a. Pewnego dnia Maddie
też go pozna.
Lecz teraz mówi:
- Do zobaczenia niedługo.
I, kończąc rozmowę, uśmiecha się z rozmarzeniem.
Doskonała okazja, by zawołać:
- Maddie!
Zaskoczona szybko zerka w moją stronę, ale równie szybko odwraca wzrok.
Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że pomyślała: "Eee, a ta czego
chce?". Pędzę w jej stronę po zaśnieżonym chodniku.
Staje do mnie plecami, zmiatając ostatnią warstwę puchu z przedniej
szyby. Pewnie chętnie by mnie ignorowała przez całą wieczność, ale
niestety ślizgam się na lodzie i z impetem wpadam w bagażnik jej auta,
niemal się wywracając, co obiektywnie jest zabawne, ale ona się nie
śmieje. Ani nie uśmiecha. Nawet nie mruga.
Kiwam do niej głową, łapiąc pion.
- Co słychać?
- Zgubiłaś się? - Strząsa płatek śniegu z policzka, jakby już się mną
znudziła.
- Och, nie. Mieszkam tu. - Wskazuję kciukiem za plecy.
- Żartowałam.
- Jasne. Ja też żartowałam. - Parskam wymuszonym śmiechem. Ona nie jest
wcale rozbawiona. - Widzisz, żart polega na tym, że jesteśmy sąsiadkami,
więc...
- Chcesz czegoś, Jo? - Maddie krzyżuje ramiona na piersi. Wstrząsa nią
dreszcz. Mroźne powietrze zabarwiło jej twarz na bolesny różowy kolor.
Koniuszki uszu ma jeszcze ciemniejsze. Jej dzisiejszy strój - dopasowane
spodnie, botki do kostek, miękki kremowy sweter pod rozpiętym wełnianym
płaszczem - wygląda zarówno modnie, jak i praktycznie.
- Wyglądasz jak z cholernego katalogu L.L. Bean - wyrywa mi się.
- To chciałaś mi powiedzieć?
- Tak. A właściwie nie. Mogę się z tobą zabrać? Zamierzałam zwędzić
samochód brata, ale...
Mówię w ten sposób: "Jesteś moją jedyną nadzieją". Maddie też o tym wie.
Zna na pamięć rozkład jazdy autobusów z czasów przed prawkiem, więc
rozumie, że bez jej pomocy się spóźnię. Wzdycha z rozdrażnieniem, ale
dałabym sobie głowę uciąć, że niechęć w tych lodowatobłękitnych oczach
topnieje. Zdecydowanie jej ciało się rozluźnia. Jestem pewna, że...
- Nie.
Tak jakby parskam śmiechem.
- Słucham?
Maddie robi wielki krok w moją stronę. Stoimy tak blisko, że widzę w kąciku jej ust smugę różowego błyszczyka. Czuję perfumy o zapachu kwiatu
pomarańczy. Jest dobre dwanaście centymetrów wyższa ode mnie, ale się
nie kulę. Co to to nie.
Nawet gdy oświadcza z uśmiechem tak szerokim, że niemal dzieli jej twarz
na pół:
- Nie, Jo. Nigdy.
Stoimy tak - w milczeniu i bezruchu - wydawałoby się, że przez całą
wieczność. W końcu zakładam zamarznięty lok za ucho i stwierdzam:
- Strasznie to podłe.
- Nie wiem, czego się spodziewałaś. - Maddie z trudem otwiera drzwi
auta, walcząc z podmuchem wiatru, który porusza jej delikatnie
falowanymi włosami. - Nie żebym była wredna, ale dlaczego miałabym ci w czymkolwiek pomagać?
- Dlatego, Maddie.
Jestem bezwstydna. Zmuszam ją, by przypomniała sobie, jak ta sytuacja -
my dwie, razem, gadające na chodniku - wydawała się zupełnie normalna
ledwie kilka lat temu. Wiem, że ona też to pamięta.
Przez sekundę się waha - jej złośliwy uśmiech blednie, a między brwiami
pojawia się lekka zmarszczka.
W końcu to śliczna, miła Maddie Price. Nie chciałam, by to określenie do
niej przylgnęło. Prześladowało ją aż do ostatniej klasy. Ale nie
zrujnowało jej życia i nie jest kłamliwe. Dziewczyna ma doskonałą
frekwencję, świetne oceny, niemal zagwarantowane przyjęcie na
NYU1. Dodajmy do tego chłopaka, który jest gwiazdą futbolu, i popularnych przyjaciół, a ujrzymy obraz dokładnie odpowiadający
oczekiwaniom.
Nikt się dwa razy nie zastanawia nad taką dziewczyną.
Maddie potrząsa głową, jakby próbowała pozbyć się tej właśnie myśli, i opada na fotel kierowcy.
- Powodzenia z szukaniem transportu.
- Maddie, poczekaj. - Blokuję drzwi nogą. - Wiesz, że nie mogę się
spóźnić. Po prostu nie mogę.
Wygina usta.
- A to dlaczego?
Pytanie retoryczne. Od sześciu tygodni jestem na warunkowym i jakoś
wszyscy o tym wiedzą. A spóźnienie oznacza dodatkowy tydzień do mojego
wyroku, który powinien się skończyć jutro, gdy ukażą się oceny za
pierwszy semestr, więc naprawdę nie mogę się spóźnić.
- Na Boga, Maddie, chcesz, żebym błagała? Proszę bardzo. - Opadam na
kolana i szeroko rozkładam ramiona. - Wiesz, że nigdy bym nie prosiła,
gdybym nie była zrozpaczona, ale nie mam...
Trzaska drzwiami. Dźwięk niesie się echem po ulicy i przenika mnie aż do
kości.
Czyli tak to się skończy: Maddie odjedzie, ja zostanę sama.
Ale najpierw otwiera okno i wystawia przez nie głowę, wokół której
wściekle wiruje śnieg.
- Ani trochę ci nie współczuję - oznajmia ze śmiertelną powagą. - Sama
jesteś sobie winna.
Znów parskam śmiechem, ale tym razem to boli. Mocno. Obdarzywszy mnie
ostatnim uroczym uśmiechem, Maddie rusza spod krawężnika.
Coś gorącego szczypie mnie pod powiekami. Nie będę płakała. Ja nigdy nie
płaczę. Nawet wtedy, gdy miałam dziewięć lat, potknęłam się na chodniku,
upadłam i obluzowałam przednie zęby, a usta wypełniła mi krew. Ani w czasie zeszłych wakacji, kiedy przebiłam sobie stopę zardzewiałym
gwoździem, ani wcześniejszego lata, gdy chłopcy się upili i powiedzieli,
że to oni wydrapali kiedyś moje imię na pisuarze, i dlaczego nie
wyluzuję, przecież to tylko żart, no nie?
Zatem nie. Przez Maddie Price też się nie rozkleję.
Zamiast tego wstaję. Otrzepuję topniejący śnieg z mokrych, zmarzniętych
kolan.
I z niewyjaśnionych przyczyn przypominam sobie kolejne zdjęcie - to,
którego moja mama nie może nigdy zobaczyć.
Zostało zrobione ostatniej jesieni, pod koniec października. W noc
ogniska na plaży w parku Durand Eastman. Na tej fotce jestem ubrana w obcisłe dżinsowe szorty, znoszone białe trampki i czarną bluzę na zamek,
która nie należy do mnie. Wystarczyłby sposób, w jaki przechylam głowę,
prezentując malinkę na łuku szyi, ale znacznie gorszy jest mój uśmiech.
Przekorny. Kokieteryjny. Jakbym już wtedy wiedziała więcej, niż niektóre
dziewczyny się kiedykolwiek dowiedzą.
A gówno wiedziałam.
Zwłaszcza tego, że gdy nocne niebo wypełni się gwiazdami, gdy ognisko
będzie z sykiem dogasało, a we wszystkich telefonach rozlegnie się
dźwięk powiadomienia: SZEŚĆ NOWYCH ZDJĘĆ, nagle stanę się najgorszą
wersją siebie: siedemnastoletnią Jo, wyrzutkiem.
Ale pewnie na tym polega problem z dziewczynami takimi jak ja. Zawsze
dostają to, na co zasługują.
Rozdział 2
- 2 -
Po niecałych pięciu minutach tracę czucie w palcach. Minutę później
śnieg wsypuje mi się do butów. Po kolejnych dwóch skręcam na rogu koło
sklepu rybnego i wpadam w poślizg na lodzie, dla równowagi chwytając się
znaku na przystanku autobusowym i szepcząc:
- Kurdekurdekurde.
Nie muszę szeptać. W pobliżu nikogo nie ma. Nawet plac po drugiej
stronie ulicy jest opustoszały, od bankomatu aż po 7-Eleven, gdzie wraz
z chłopakami - kiedy jeszcze byli moimi kumplami - wpadaliśmy po
przekąski. Zawsze kupowałam ten sam zestaw: krakersy, paczkę surowych
cynamonowych bułeczek i karton soczków Capri Sun.
Czuję ukłucie w sercu. Brakuje mi takich drobiazgów. Tego, jak
opróżniałam sześć soczków jeden po drugim. Jak otwieraliśmy opakowanie
bułeczek i zgarnialiśmy lukier palcami. Jak niemal się dławiliśmy,
próbując powstrzymać śmiech, bo byliśmy głupi, upaleni i zupełnie nic
nie mogło nas dotknąć.
Cyfrowy wyświetlacz na banku zmienia się z minus siedmiu stopni na
siódmą dwadzieścia jeden.
Ukłucie w sercu staje się mocniejsze. Pełne złości. Przedłużenie okresu
warunkowego jest już pewne, podobnie jak satysfakcja Maddie. Oczyma
wyobraźni widzę, jak zarzuca ramiona na piegowatą szyję Cody'ego i szepcze, muskając ustami jego ucho: "Jo łatwo pada na kolana, co nie?".
Za moim plecami rozlega się klakson. Wyjmuję rękę z kieszeni, gotowa
pokazać środkowy palec, ale klakson znów robi "biiip-biiip".
Przygotowana na awanturę zaglądam w otwarte okno i widzę...
- Mój bohaterze!
Miles Metcalf uśmiecha się, wciskając język w przerwę między górnymi
jedynkami.
- Pochlebiasz mi.
- Tylko gdy na to zasłużysz, a zasługujesz, ziom.
Wzrusza ramionami, lekko zawstydzony.
- Posypywałem solą chodnik przed domem sąsiadów. To starsi, sympatyczni
ludzie. Ale odsłuchałem twoją wiadomość przed wyjazdem i domyśliłem się,
że zapomniałaś telefonu, więc pojechałem trasą... - Milknie na widok mojej
miny. - Przepraszam. Za dużo paplę. Wsiadaj!
Ciągnę za klamkę i z samochodu wypadają dwie puste puszki po red bullu.
Na podłodze leży kolejnych dziesięć, a na siedzeniu kilkanaście
połamanych cukierków w kształcie serc.
- Przepraszam za bałagan. - Zgarnia okruchy na dłoń, a potem się gapi,
jakby pytał: "Co mam zrobić z garścią połamanych serc?". W końcu rzuca
je na tylne siedzenie.
- Bez urazy - mówię, wsiadając i rozkopując stertę puszek - ale czy twój
samochód kiedyś wyglądał inaczej?
Marszczy brwi, lecz nie oponuje. Nie miałoby to sensu. Jego organizm
funkcjonuje na cukrze i kofeinie. Miles nosi w kieszeniach kilka paczek
kwaśnych żelków, a napoje energetyczne żłopie jak wodę. Jeśli coś może
podnieść mu tętno i/lub zabarwić język na niebiesko, na pewno to
pochłonie.
Z uchwytu na kubek wyjmuję cukierka Starburst, odwijam z papierka i wsuwam do ust.
- Jedź szybko - ponaglam. Czeka, aż zapnę pas, i rusza z poślizgiem,
zaciskając pobielałe palce na kierownicy, która niemal wyrywa mu się z rąk. Nerwowo łapię za uchwyt nad drzwiami. - Ale też bezpiecznie...
- Sorki, sorki, sorki. - Wciska pulsacyjnie hamulec, dopóki opony znów
nie odzyskują przyczepności, i wypuszcza powietrze z płuc. - Nieźle jak
na pierwszy raz, co?
Kradnę kolejnego starbursta.
- Pierwszy raz?
- Pierwszy raz w takich warunkach pogodowych. Zima była łagodna, więc... -
Miles milknie i się czerwieni. Chłopak ma koszmarną skłonność do
rumieńców. Prowokują go najmniejsze drobiazgi: zła odpowiedź na teście,
rude dziewczyny z grzywką, sama wzmianka o seksie.
Gdy czytaliśmy Romea i Julię w dziewiątej klasie, pan Hardy pozwolił
nam obejrzeć adaptację filmową pod warunkiem, że zachowamy spokój w tej
milisekundzie, w której widać piersi Julii. Większość chłopaków śliniła
się w oczekiwaniu na tę scenę. Ale nie Miles. Nerwowo kiwał nogą,
stukając w ławkę, i ściskał ołówek w morderczym chwycie, niemal łamiąc
go na pół.
Tuż przed sceną, gdy w oczekiwaniu pochyliliśmy się na krzesłach, Cody
mruknął:
- Już po wszystkim, gościu.
I Miles uniósł wzrok idealnie we właściwym (niewłaściwym?) momencie.
Natychmiast spuścił głowę, totalnie zażenowany, ale nie dość szybko.
Zobaczył.
Gorzej - wszyscy widzieliśmy, że zobaczył.
Zgotowaliśmy mu piekło. Chłopaki chichotały, kopały jego krzesło,
przerzucały się jego ołówkiem. Ja postukałam go palcem w ramię i spytałam teatralnym szeptem:
- O mój Boże, stanął ci?
Próbował coś powiedzieć, wydusić zaprzeczenie, ale z jego ust nie
wydobył się żaden dźwięk. Jak nazywa się głęboka czerwień? Purpura?
Szkarłat? Tak mocno płonęła mu twarz. A my wszyscy - ja i chłopaki,
moje chłopaki, których uważałam za kumpli -
śmialiśmy się do rozpuku z biednego, nieśmiałego, niewinnego Milesa.
A teraz proszę bardzo! Oto ja i on, który jako jedyny pozostał przy
mnie, kiedy ostatniej jesieni wszystko się rypnęło. Mój przyjaciel, w liczbie pojedynczej.
Szczypię go w policzek.
- Czuję się zaszczycona, że twój pierwszy raz odbył się ze mną.
- Taa, jasne. - Odtrąca moją rękę. - Uważasz, że jesteś zabawna, prawda?
- Bo jestem. Szkoda, że wszyscy nie są tacy zabawni jak ja.
Miles parska śmiechem. Odgarnia loki, przyklepane przez wełnianą czapkę.
Chyba chciałby coś powiedzieć, ale słowa zamierają mu na ustach. To mu
się często zdarza: nasze przekomarzanie rwie się, co i rusz przechodząc
w smutną, przygnębiającą ciszę.
- Buuu - buczę z rozczarowaniem. I to jest żart. Serio.
Milczenie wisi między nami, gdy Miles wjeżdża do tunelu. Kiedy wyłaniamy
się po drugiej stronie, w oddali rysuje się kontur miasta, postrzępiony
i szary na tle ciemniejszego nieba. Śnieg wkrótce straci swój urok, ale
teraz wygląda to całkiem pięknie.
To znaczy nadal nie znoszę Rochester. Zawsze mieszkałam tylko tu i bardzo chcę się stąd wyrwać. Z całego serca.
Ale czasami sobie wyobrażam, jak by to było zostać.
Wtedy myślę o śniegu padającym powoli w zimowe poranki takie jak ten,
kiedy wydaje się, że świat zamarł. Tak jakbym mogła po prostu...
odetchnąć. A potem przez sześć miesięcy niebo jest bezustannie szare
albo słyszę, jak ktoś mówi: "Widzisz tę dziewczynę? To jej gołe fotki...".
Mój wzrok pada na zegar na tablicy rozdzielczej.
- Miles, muszę cię o coś poprosić.
Jego gęste brwi unoszą się odrobinę, a ja próbuję uśmiechnąć się uroczo,
nawet bezradnie.
Wskazuję na prędkościomierz i sugeruję:
- Możesz trochę przycisnąć?
Kosztuje go to co najmniej dziesięć lat życia, ale pędzi, przekraczając
dopuszczalny limit o całe osiem kilometrów na godzinę, przejeżdżając nie
na jednym, ale dwóch żółtych światłach, by dowieźć nas do Culver minutę
przed czasem.
Wyskakuję, nim samochód się całkiem zatrzyma.
- Jeszczerazdziękizapodwózkę!
- Co? - Miles walczy z zapięciem pasa. - Poczekaj!
Nie mam czasu na czekanie. Biegnę przez oblodzony dziedziniec i wpadam
do szkoły przez wyjście ewakuacyjne obok sali muzycznej. Przytłumiony
hałas - bębnienie w pianino, zawodzenie skrzypiec, ośliniony jęk puzonu
- oznacza, że nikt się tu nie będzie kręcił.
Świetnie, uniknę spotkania z dyrektor Lund. Co rano wita studentów przy
głównym wejściu w towarzystwie innych pracowników z trzeszczącymi
krótkofalówkami przypiętymi do pasków. Założę się, że gdyby mnie teraz
zobaczyła, posłałaby mi ten chłodny, pewny siebie uśmiech i rzuciła:
- Sugeruję, żebyś się pospieszyła, Kirby.
Spieszę się, spieszę.
Skręcam w lewo, w skrzydło dla ostatnich klas, i wpadam do pracowni
komputerowej w tej samej sekundzie, w której rozlega się dzwonek. Byłoby
to imponujące dokonanie, gdybym głośno nie łupnęła drzwiami o ścianę.
Pan Chopra zerka na mnie znad okularów bez oprawek, przyciskając marker
do białej tablicy.
Cichutko zamykam za sobą drzwi.
- Przepraszam.
- Dziękuję, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością - komentuje nauczyciel
i wraca do rysowania swojego autoportretu. - Usiądź. I postaraj się nie
zrobić sobie krzywdy, dobrze?
Strzelam do niego z palca jak z pistoletu, mrużąc oko i kląskając
językiem, a potem wchodzę prosto w stolik z drukarką. Nikt nie jest na
tyle uprzejmy, by udawać, że tego nie zauważył. Nie bliźniaki, Kyle i Tyler Spencer z identycznymi uśmiechami na twarzach. Nie April Kirk,
która przeszywa mnie złym wzrokiem spod ognistorudej grzywki.
Nie Hudson Harper-Moore.
Śledzi każdy mój krok w stronę ostatniego rzędu ławek, w którym siedzimy
przedzieleni pustym krzesłem. Przeżuwa plastikowe mieszadełko z kawy na
wynos, ale bezsprzecznie próbuje ukryć uśmiech. Sposób, w jaki mierzy
mnie wzrokiem, jak unosi kącik ust...
Poruszam wargami, żądając bezgłośnie: "Przestań".
Ale on nie przestaje.
Odchyla się na tylnych nogach krzesła i mówi tak, bym tylko ja
usłyszała:
- Mocne wejście...
Kładę rękę między jego łopatkami i naciskam w dół. Udaje mu się
wyprostować, nim się wywróci, ale krzesło głośno stuka metalowymi nogami
o linoleum.
Pan Chopra odsuwa się od tablicy.
- Dlaczego nadal stoisz, Jo?
- To nie ja!
- Dlaczego nadal stoisz? - powtarza. Siadam. Nauczyciel wygląda
dokładnie tak jak jego kreskówkowy portret: ramiona splecione na piersi,
usta zaciśnięte w cienką linię, ponury, ale nie groźny. - Wszystko w porządku?
- Tak, poradziłam sobie. - To nie miał być żart, ale Hudson przykłada
wierzch dłoni do ust, tłumiąc śmiech. Zrzucam kurtkę z ramion, bo nagle
robi mi się gorąco. - Zamknij się, Hudson.
Chłopak wyciąga ramię i wspiera je o oparcie pustego krzesła.
- Przepraszam, czy ja coś mówiłem?
- O, nie. Nie zamierzam prowadzić z tobą tej gry.
- Jakiej gry? - Przekrzywia głowę, ucieleśnienie niewinności, a pasmo
ciemnych długich włosów wymyka mu się zza ucha. Pod tym kątem doskonale
widzę jego twarz - piegi rozsypane na nosie, ciepłe brązowe oczy ze
złocistymi plamkami, małą bliznę na górnej wardze.
A potem ma czelność się do mnie uśmiechnąć.
Hudson nie jest wcale okropny. Miło się na niego patrzy i to w gruncie
rzeczy przyzwoity gość, ale się nie przyjaźnimy. Już nie. No dobra, być
może raz (albo dwa) przyjaźniliśmy się dość blisko, ale ognisko, nudesy,
wszelkie przykre następstwa szybciutko wszystko między nami zabiły.
Choć on nigdy nie stawiał mnie pod pręgierzem jak reszta tych dupków.
Ale mimo to jest cholernie irytujący.
- Wiesz co? - Prostuję oba środkowe palce. - Jesteś trzecią osobą,
której dziś to pokazuję, ale teraz robię to z pełnym przekonaniem.
- Dzięki. - Po raz kolejny maskuje uśmiech, tym razem popijając kawę,
jakby wygrał tę rundę gry, w której podobno w ogóle nie bierze udziału.
Tej, dzięki której dorobiliśmy się jako para tytułu Najgorętszego
Flirtu.
Tej, w której ja już nie mogę uczestniczyć.
Kładę dłonie płasko na blacie stołu i przekazuję mu wiadomość ruchem
warg. Krztusi się kawą i wypluwa resztki do kubka. Wycierając brodę,
zwraca się do nauczyciela:
- Panie profesorze, Jo właśnie kazała mi się p...
- Dwie minuty. - Chopra ściska nasadę nosa. - Zostały tylko dwie minuty.
- Co jest za dwie...? - zaczynam.
Hudson obraca monitor w moją stronę.
NIE ZAPOMNIJ!! Dziś ostatni dzień składania aplikacji na staż
uczniowski.
Podania otrzymane po 11:59 piątego lutego
zostaną zwrócone bez rozpatrzenia. Bez wyjątków i dodatkowych terminów!
W celu uczczenia tego ekscytującego wydarzenia dyrektor Lund zaprasza
ostatnie klasy do sali gimnastycznej podczas pierwszej przerwy na SPECJALNĄ NIESPODZIANKĘ ufundowaną przez
absolwentów-mentorów! Zostaną podane lekkie przekąski.
Obecność obowiązkowa ?
Osuwam się na krześle, aż mój tyłek wystaje poza siedzisko.
- Ten uśmieszek ze mnie szydzi.
- Ze mnie też - mamrocze Hudson.
Staż uczniowski to doroczny program mentorski, w którym dobiera się w pary absolwentów Culver oraz najbardziej obiecujących młodych liderów.
(Owszem, ściągnęłam tę frazę z ulotki przyklejonej we wszystkich
kabinach toaletowych w budynku). Od "bezcennego doświadczenia
zawodowego" po cudne, słodkie nawiązywanie kontaktów ten program to
mokry sen najlepszych uczniów najlepszej szkoły w rejonie.
Choć mimo wytłuszczonych KAPITALIKÓW oraz dwóch (!!) wykrzykników
rzeczywiście zapomniałam o ostatecznym terminie - ale miałam słuszny
powód.
A mianowicie taki, że gówno mnie to obchodzi.
- Dobra, dzieciaki - mówi Chopra po sprawdzeniu obecności i jakimś cudem
brzmi to jak zakończenie zajęć. Rozlega się szuranie krzeseł i zapinanie
zamków błyskawicznych. A potem jakby po namyśle nauczyciel dodaje: - Jo,
możesz chwilkę zostać?
- A muszę? - pytam. Jego mina oznacza, że tak. Gdy sala pustoszeje,
podchodzę do jego biurka, biorę długopis i rysuję rządek smutnych buziek
na liście obecności. - Co to za specjalna niespodzianka?
- Spotkanie i przywitanie z mentorami - wyjaśnia. Ostatniej smutnej
buźce dodaję zmarszczone brwi i jest teraz najsmutniejsza i najbardziej
wściekła ze wszystkich. Pan Chopra zabiera mi długopis. - Jo, spóźniasz
się z layoutem.
- Jakim layoutem? - Udaję, że nie wiem, o czym mówi. Chodzi mu
oczywiście o layout księgi pamiątkowej dla ostatnich klas, mój projekt
zaliczeniowy w tym semestrze. Możliwe, że miałam go oddać dwa tygodnie
temu.
- I jesteś mi winna sześć miniprojektów. Sześć. Musiałem... - Chopra milknie i stuka długopisem
w klawiaturę. - Conti poprosił o twoje portfolio.
Żołądek mi się skręca ze strachu.
- Co? Dlaczego?
Wiem dlaczego. Pan Conti, zastępca dyrektora i wrzód na tyłku, sprawuje
nadzór nad moim okresem warunkowym. Przez ostatnie sześć tygodni
przestrzegałam wszelkich ustaleń i zasad. Żadnych spóźnień, zostawania
po lekcjach, interwencji administracyjnych. Jutro mamy się spotkać w sprawie zakończenia mojej kary.
Zakończenia jej!
- Powiedziałem mu, że muszę przekonwertować format pliku, by go wysłać,
ale że dostarczę go do środy. - Każde słowo wymawia powoli i starannie.
Z naciskiem. Dodaje cicho: - Nie mogę cię dłużej kryć, Jo.
- Nie, wiem. Wiem. - Ruszam do drzwi. - To będzie najlepsze portfolio,
jakie pan...
- Zmykaj - przerywa mi.
Chętnie stosuję się do polecenia.
Rozdział 3
- 3 -
Problem w tym, że nie skończę portfolio do środy. Ponieważ nie zrobiłam
nic z mniejszymi projektami i prawie nic z layoutem księgi pamiątkowej.
Zaczęłam, ale zrezygnowałam, kiedy ktoś w rubryce dokonań wpisał
"Największa Dziwka Roku: Jo-Lynn Kirby" - trzynaście razy.
Wyrwałam wszystkie wpisy, a strzępy wrzuciłam do kosza, jakby mnie to
nic nie obchodziło.
I nie obchodzi.
Kolejny problem: wolałabym walnąć głową w ścianę niż iść na poznanie i powitanie absolwentów. Staż uczniowski zupełnie mnie nie interesuje. Po
prostu nie jestem na tyle zdesperowana, by udowadniać, że jestem
najlepsza z najlepszych. By robić, co należy w celu zdobycia tego, czego
chcę.
Dla mnie jest to niewyobrażalne. Skąd inni wiedzą, czego chcą? Ja nawet
nie mam pojęcia, co chcę zjeść na śniadanie. Bekon, jajka i sezamowy
bajgiel z serem? Płatki? A może nic, skoro zanim się zdecyduję, będzie
już pora obiadu?
- Wszystko dobrze - mruczę pod nosem. Moje kroki dudnią zsynchronizowane
z uderzeniami serca.
- Gadasz do siebie?
- Daj mi spokój, Hudson. - Przyspieszam, ale on z łatwością mnie
dogania. To niesprawiedliwe. Jest tak wysoki, że jeden jego krok równa
się trzem moim. - Nie powinieneś już być na spotkaniu i powitaniu? -
odgryzam się.
- Popsułbym niespodziankę. - Wysokim łukiem rzuca pusty kubek po kawie
do kosza na śmieci, nawet nie muskając krawędzi. - Po pierwsze, chciało
mi się siku. Po drugie, nie jestem najmocniejszym kandydatem, więc...
- Aha. Racja. - Właściwie o tym wiedziałam.
Najmocniejszy kandydat ma rozum, ambicję, a do tego konkretne plany na
studia.
Zeszłej jesieni wybuchł prawdziwy skandal, kiedy gruchnęła wieść, że
Hudson Harper-Moore - zajmujący drugie miejsce w rankingu, mający
wygłosić mowę na zakończenie szkoły i dostać dziesięć tysięcy dolarów,
które są w pakiecie - nie złożył podania na żadną uczelnię.
A naprawdę paskudnie się zrobiło, gdy jakaś anonimowa grupa uczniów
zażądała, by zrzekł się swojego miejsca. Zamieścili nawet list otwarty w szkolnej gazetce, domagając się, by "postąpił właściwie" i "pomyślał o kolegach", czyli "o ich przyszłości". A co z jego przyszłością?
Tamtym uczniom zależy tylko na pozycji w rankingu, pieniądze nic dla
nich nie znaczą. (Nigdy nie pytałam, ale jakoś przeczuwam, że dla
Hudsona mogą wiele znaczyć). Gazeta wycofała list po tym, jak Lund
interweniowała, przesyłając mail o etyce czy coś, ale mleko już się
rozlało.
- No i tak to - dodaje Hudson. Niezręczna cisza niesie nas do otwartych
drzwi sali gimnastycznej.
Jednak nie wchodzimy do środka.
Sala ocieka czernią i srebrem, barwami naszej szkoły. Z belek zwisają
flagi i wypełnione confetti balony, a pod ścianą stoi bufet. Śmietanka
Culver otacza kilkanaście składanych stolików rozstawionych na
parkiecie, ustawiając się w kolejkach po dwadzieścia, trzydzieści osób.
Oto Jack Parker, najbardziej nieznośny dzieciak na zajęciach z ekonomii
dla zaawansowanych, toruje sobie łokciami drogę przez trybuny, jakby się
spóźnił na spotkanie Młodych Republikanów. Dalej Daniele de Palma, przez
jedno "l", znana osobistość i szkolna fotografka, cyka fotki chętnym
dziewczętom z orkiestry, błyskając fleszem.
Brzęczenie napiętych nerwów, głośne bicie dwóch setek serc uczniów
ostatniej klasy - to dla mnie zbyt wiele.
Opieram się bezwładnie o ścianę.
- Nie chcę tam wchodzić.
- Ja też nie. - Hudson chwilę milczy. - To... może nie wchodźmy.
Unoszę wzrok i spoglądam na niego. Gwałtownie wciągam powietrze.
Dokładnie w takiej pozie uchwyciła nas w ostatnim semestrze Daniele
Przez Jedno L na zdjęciu, dzięki któremu otrzymaliśmy swój tytuł
Najgorętszego Flirtu: ja wciśnięta w szafkę, Hudson pochylony nade mną z leniwym półuśmieszkiem i łokciem wspartym nad moją głową.
Gdybym chciała - ale wcale nie chcę - mogłabym idealnie wpasować się w krzywiznę jego ciała. Stanąć na palcach, żeby dokładnie mnie widział,
gdy się uśmiecham, kusząco i miło, ale nie za miło.
Mogłabym kokieteryjnie wzruszyć ramionami i zapytać:
- A co innego proponujesz?
Hudson mruga gwałtownie.
- Co?
- Co? - Przyciskam rękę do ust. "Co innego proponujesz?"?
Na chwilę wcieliłam się w dziewczynę, którą kiedyś byłam, i te słowa
mimowolnie mi się wymknęły. Widzicie, istnieje bardzo cienka granica
między Najgorętszym Flirtem a Największą Dziwką. A ja nie miałam
pojęcia, że istnieje, dopóki jej nie przekroczyłam.
Oblewam się rumieńcem i odpowiadam:
- Nieważne.
A potem daję nura do sali.
- Jo! - woła za mną, ale niemal w tej samej chwili ktoś krzyczy:
- Hudson!
Cody Forsythe. Rozpoznałabym ten głos wszędzie - szorstki i schrypnięty,
jakby po niedoleczonym zapaleniu krtani. Cody stoi pod koszem z Benem
Sulkinem, najlepszym miotaczem, drugi w kolejce do siwowłosego mentora z opalenizną natryskową. Na tabliczce widnieje napis: "Frank Hatch,
Finanse".
- Tutaj, stary! - woła Cody, przykładając ręce do ust.
Hudson się waha. Przesuwa wzrokiem po eleganckich garniturach chłopaków,
potem zerka na swój strój: czarne dżinsy, niechlujne trampki, dżinsową
kurtkę narzuconą na białą koszulkę. Gdy znów podnosi głowę, spogląda nie
na kolegów, lecz na mnie - i teraz Cody też mnie dostrzega.
Wnętrzności mi się skręcają, gdy unosi wargę. Do dziesiątej klasy
chodziliśmy do tego samego ortodonty, ale zgryz Cody'ego się poprawił w ciągu roku. Teraz Cody właściwie się nie uśmiecha, tylko obnaża zęby.
Posyłam Hudsonowi zdawkowy uśmiech.
- Miłej zabawy z kumplami!
Znów mnie woła, ale ja już kryję się w podekscytowanym tłumie, starając
się nie myśleć, że to kiedyś też byli moi kumple. Z naciskiem na "byli".
Nogi niosą mnie w stronę bufetu. Pewnie mogłabym odszukać Milesa, ale to
by oznaczało towarzystwo jego durnowatych kumpli, którzy uważają mnie za
bezmózgą blondynę. (Dajcie spokój, przecież widać, że to jest ciemny blond). Przynajmniej z tyłu przy bufecie
odetchnę, mimo że powietrze przesycone jest zapachem lakieru i potu. Tam
mogę pobyć sama.
Poza tym wiadomo - słodycze.
Przeglądam ofertę: racuchy z jabłkami, tartinki wiśniowe, croissanty z posypką z ciemnej czekolady. Wyciągam rękę po papierowy talerzyk, ale w tej samej chwili sięga po niego jakaś kobieta.
- Sorki, że się wcinam - mówi - ale jestem tak głodna, że zaraz zacznę
zżerać samą siebie. - Kłapie szczypcami do nabierania niczym paszczą
potwora. - Czuję się winna. Na co masz ochotę?
- Hm, na bułeczkę z karmelem - odpowiadam. Kobieta kładzie ją na
talerzyku i gestem wskazuje, żebym go wzięła. - Jest pani jedną... z nich?
- Macham w kierunku stolików dla mentorów.
- Wyglądasz na zaskoczoną.
Bo nie tak ich sobie wyobrażałam. Po pierwsze kobieta jest młoda, chyba
nawet przed trzydziestką. Włosy ma upięte w niedbały kok, nosi
powyciągany sweter, a w rajstopach od kolan do kostek poleciały jej
oczka. Na obu nogach.
Czytając mi w myślach, wyjaśnia:
- Przyszłam tu tylko dla jedzenia. - Wbija zęby w trójkąt z ciasta
francuskiego, a lukier osypuje się na jej dżinsową sukienkę. - Dlaczego
nie podlizujesz się jak wszyscy inni?
Jak na dany znak głos Cody'ego wznosi się ponad hałas. Chłopak wyraźnie
złapał flow. Ben Sulkin też. (Wygląda na to, że Hudson się już
poddał). Chłopaki rozluźniają krawaty, śmieją się niczym członkowie
stowarzyszenia studentów wspominający dawne, dobre czasy, a Frank Hatch,
Finanse wszystko to łyka.
Mentorka kiwa głową w ich stronę.
- To twoi przyjaciele?
Chyba żartuje. Na pewno nie oczekuje, że potwierdzę. Próbuję zobaczyć
siebie jej oczami: przygarbione ramiona, długie splątane włosy, za duże
ubrania, mające ukryć moje ciało. Tak jakbym chciała całkowicie zniknąć.
Kręcę głową.
- Dawni przyjaciele.
- Tak? A co się stało?
Nie spodziewa się chyba, że wyznam prawdę, a właściwie to co w ogóle
miałabym powiedzieć? "Och, jasne, kumplowałam się z tymi kolesiami, ale
wkurzyłam tego niskiego - Cody'ego, oczywiście, wiem, że ma na imię Cody
- więc wysłał moje nagie fotki do wszystkich na swojej liście
kontaktów".
Takiej historii raczej nie opowiem.
Więc od niechcenia wzruszam ramionami. Obojętnie.
- Kiedyś byłam spoko, ale już nie jestem, więc mnie nie lubią. -
Spoglądam na swój talerz. - Właściwie to okazuje się, że nigdy mnie nie
lubili.
- A to dlaczego?
- Nie wiadomo. - Podnoszę bułeczkę i wgryzam się w nią łapczywie. Dodaję
z pełnymi ustami: - Mam taką ujmującą osobowość.
Nie rozmawiamy przez jakieś dziesięć sekund. Odliczam. W jedenastej
kobieta poprawia na nosie okulary w metalowych oprawkach, jakby chciała
mi się dokładniej przyjrzeć.
- Nie dosłyszałam twojego imienia.
- Bo go nie podałam. Jestem Jo.
- Jo i co dalej?
- Myślnik Lynn Kirby.
Kiwa głową raz, potem drugi i wyciąga rękę.
- Tess Spradlin - przedstawia się.
Gapię się na nią - to znaczy na Tess - i jej wyciągniętą rękę. Hm, czy
to właśnie jest nawiązywanie kontaktów? Szansa, bym miała prawo ubiegać
się o staż, będąc na warunkowym, jest bliska zeru, a poza tym nawet
gdybym mogła, to nie wiem, czy w ogóle bym chciała. Mam ogromny
potencjał, ale nie umiem go wykorzystać. To znak firmowy Jo-Lynn Kirby.
Już mam powiedzieć: "Ja też tu przyszłam tylko dla jedzenia", ale gryzę
się w język i ujmuję jej dłoń.
- Przykro mi, że przeszkadzam... - No nie, Maddie. Tuż obok mnie, z wymuszonym uśmiechem
przyklejonym do twarzy.
Narasta we mnie coś w rodzaju śmiechu, gorzkiego i nieprzyjemnego.
- Tobie jest przykro? Serio?
A ona nadaje niezrażona, jakbym się w ogóle nie odezwała:
- To dla mnie zaszczyt, że mogę panią poznać, panno Spradlin. Nazywam
się Maddie Price. - Robi pauzę, jakby się spodziewała, że Tess rozpozna
jej nazwisko. - Ja, hmm, czekałam w kolejce do pani, ale moje
przyjaciółki...
Spogląda na trybuny, na których siedzą te jej przyjaciółki.
Ptaszyny.
Dorobiły się tego przydomka przez pana Foksa, naszego nauczyciela
historii w drugiej klasie. Na każdej lekcji, gdy chichotały,
szczebiotały i uciszały się nawzajem: "Ciii, ciii", stukał długopisem w brodę, zostawiając na skórze niebieskie plamki tuszu, i mówił:
- Czyżbym nie zamknął okna? Wygląda na to, że dziś ptaszyny głośno
świergolą.
A teraz Kathleen O'Mara przyciąga resztę Ptaszyn bliżej do siebie,
jeszcze bliżej, i szepcze coś wrednego. Poznaję po sposobie, w jaki Sara
Caruso się uśmiecha, wyginając swoje idealne brwi. Po tym, jak Michaela
Russell uderza Kathleen w ramię, ale też nie może powstrzymać uśmieszku.
Jednak dopiero gdy odwracają się w naszą stronę, wszystkie naraz,
uświadamiam sobie, że uwaga nie tylko była wredna, ale też dotyczyła
mnie.
Gorący rumieniec wypełza na moją twarz. Zmuszam się, by spuścić wzrok.
Patrzeć gdziekolwiek, tylko nie na nie. Inne dziewczyny nigdy za mną nie
przepadały, a Ptaszyny szczególnie.
Przynajmniej antypatia jest wzajemna.
- Ja, hm... - Maddie się jąka, jakby próbowała sobie przypomnieć zdanie
wyczytane w książce. Nie żeby normalnie tryskała pewnością siebie, ale
to wygląda dziwnie. Niemal jakby miała tremę w obliczu gwiazdy ekranu. -
Nie mogłam przepuścić okazji, by poznać panią osobiście, panno Spradlin.
- Czym się zajmujesz, Tess? - pytam, odgryzając kolejny kęs bułeczki.
- Jest napisane w programie. - Maddie podnosi ulotkę z bufetu i wciska
mi ją do ręki.
Taka pomocna, taka oczywista ta Maddie Price. Zerkam na stronę z biogramami mentorów.
TESS SPRADLIN jest kierowniczką redakcji w "ROC Weekly". Absolwentka
prestiżowego Instytutu Dziennikarstwa im. Arthura L. Cartera na
Uniwersytecie Nowojorskim, przez kilka lat pracowała jako freelancerka w Nowym Jorku, zanim wróciła do Rochester. Jej artykuły ukazywały się w takich czasopismach jak "The City", "Chirp" i inne.
Równie dobrze mogli dodać zastrzeżenie, że nikt, kto nie jest Maddie
Price, nie może ubiegać się o staż u niej.
I chyba mniej więcej to właśnie teraz wyjaśnia. Mówi coś o "Sokolim
Wzrokiem", szkolnej gazetce, którą rzadko kiedy czytam. Coś o tym, że
ona też wybiera się na NYU. (Nie, to nie jest jeszcze potwierdzone, ale
złożyła podanie przed terminem, więc wkrótce powinna dostać odpowiedź).
- Uważam, że idealnie do siebie pasujemy - stwierdza i nawet ja to
kupuję.
- Ty też piszesz?
Dopiero po sekundzie uświadamiam sobie, że Tess zwraca się do mnie, ale
w tej właśnie sekundzie wpycham w siebie resztę bułki. Wskazuję na pełne
usta, a potem przeżuwam, przeżuwam i przeżuwam, aż w końcu udaje mi się
wymamrotać:
- Nie.
- Z nas dwóch to raczej ja jestem pisarką. - Maddie błyska swoim
najbardziej sztucznym uśmiechem, muskając palcami delikatny naszyjnik z granatami, prezent na osiemnastkę od Cody'ego.
Wyrzucam talerzyk do śmietnika.
- Z całą pewnością, Mads.
Tess taksuje nas wzrokiem, zachwycona, choć udaje, że wcale nie.
Jakbyśmy z Maddie były kolejnym materiałem do opisania.
- Przepraszam, jeszcze jedno pytanie. - Tess wskazuje na mnie paznokciem
pokrytym odrapanym czarnym lakierem. - Nie piszesz, ale potrafisz?
- Chyba potrafię sklecić zrozumiałe zdanie.
- W takim razie będę zachwycona, jeśli złożysz aplikację na staż, Jo.
Przy ostatnim słowie - szybkim, jednosylabowym uderzeniu mojego imienia
- twarz Maddie się zapada. Marszczy się jak kawałek papieru zmięty w dłoni. Już mam się wycofać ("Przykro mi, ale nie jestem
zainteresowana"), gdy Maddie z niedowierzaniem cicho parska śmiechem i wypowiada jedno proste słowo:
- Nie.
Trzy litery, pełne zdanie.
Nikt mi nie będzie dyktował, co mam robić.
Płynnym ruchem wyrywam serwetkę ze stojaka, wyjmuję długopis z torby i pochylam się, by napisać: "Mówiłam, że umiem sklecić zdanie".
- Proszę. - Zamaszystym gestem podaję Tess serwetkę. - Możesz to uznać
za moją aplikację.
A potem odwracam się do Maddie i tuż przed odejściem robię coś naprawdę
podłego: puszczam do niej oko.
Wiem, że nie jestem bez winy. Drażnię ją. Prowokuję. Ale już mnóstwo
razy próbowałam się wyplątać z tego bałaganu, wyjaśnić, że z nią nie
rywalizuję. Ani teraz, ani wtedy, ani nigdy. Czasami mogłabym przysiąc,
że nasz konflikt trwa wyłącznie dlatego, że ona nie potrafi odpuścić.
Choć przypuszczam, że ja też nie, więc nie powinnam się wymądrzać.
Rozdział 4
- 4 -
To się czasami zdarza. Zapominam, że już nie jestem dziewczyną, która
może mówić lub robić, co chce, i uchodzi jej to na sucho, zapominam, że
mam tylko jeden jedyny cel: wypierdalać stąd.
Stąd, czyli z liceum Culver. Stąd, czyli z Rochester w stanie Nowy Jork.
Zatem daję za wygraną. Nie wychylam się i trzymam buzię na kłódkę.
Odliczam dni do zakończenia szkoły, co okazuje się nieznośnie
przygnębiające. Postanawiam więc skupić się na jutrze. Jeszcze tylko
jeden dzień. Powtarzam ten zwrot w myślach aż do zakończenia lekcji.
- Jeszcze tylko jeden dzień, co? - Miles niezdarnie zapina guziki
kurtki. - A potem będziesz wolna!
- Miejmy nadzieję. - Szukam karty bibliotecznej w szafce. Zgodnie z zasadami warunkowego powinnam spędzać cztery godziny tygodniowo w bibliotece, ponieważ Conti chyba liczy na to, że będę odrabiała zadania
domowe.
Spoiler: Nic z tego.
- Myśl pozytywnie! - Miles opiera się o sąsiednią szafkę, ale
natychmiast się odsuwa.
Chyba sobie przypomniał, do kogo należy: do April Kirk.
Widzicie, Miles i April chodzili ze sobą przez krótką chwilę. Sprawa
była na tyle poważna, że nawet wybrali się razem na bal, ale nie na tyle
poważna, by związek przetrwał wakacje, które dziewczyna spędziła na
obozie muzycznym. Nigdy nie dopytywałam się o powód zerwania, ponieważ
nic mnie to nie obchodzi, sorki, ale April zwróciła się przeciwko mnie
na długo przed tym, zanim zrobiła to cała reszta: posyłała mi
złowieszcze spojrzenia i traktowała mnie tak ozięble, że niemal
nabawiłam się odmrożeń.
Nawet nie wiem, co jej zrobiłam.
- Świętujmy jutro. - Miles próbuje stuknąć ramieniem w moje ramię, ale
nie trafia. Tak jak Bazylia, kiedy chce się otrzeć o moje nogi, ale
przestrzela i skręca całe ciało. - Świętujmy twoje uwolnienie. To znaczy
koniec warunkowego.
Zatrzaskuję drzwi szafki.
- Zobaczymy, czy nie obleję, dobrze?
- Nie oblejesz.
- A jeśli? - To ma być żart, ale... Wszystko jest możliwe.
Po sławetnym ognisku moje stopnie pogarszały się z każdym testem, do
którego się nie przygotowałam, z każdym spóźnionym lub nieoddanym esejem
- a ja obserwowałam to wszystko niczym widz w teatrze swojego własnego
życia. Pozwalałam, by to się działo.
Przed feriami zimowymi Conti wezwał mojego ojca, by omówić "pewne
niepokojące kwestie". Tato kiwał głową we właściwych momentach.
Marszczył brwi, gdy zapadała cisza. A potem, gdy Conti oznajmił, że do
końca semestru będę na okresie warunkowym, powiedział:
- No cóż, jestem pewien, że Jo bardzo się stara.
- Nie oblejesz - powtarza Miles, wyglądając przez okno na dziedziniec.
Śnieg pada nieco rzadziej, ale niebo pociemniało. Przyciska rękę do
szyby. Ciepło jego dłoni rozchodzi się promieniście. - Mogę ci pomóc,
wiesz. Jeśli potrzebujesz.
Dzwonek brzmi na tyle głośno, że mogę udawać, iż nie dosłyszałam jego
słów.
Dwie minuty później wkraczam do biblioteki. Jestem w fatalnym nastroju.
Jeszcze jeden dzień i tak dalej, ale mam serdecznie dość. Podaję kartę
dyżurnej pierwszoklasistce, młodszej siostrze Kathleen O'Mary.
Irlandzkie geny są silne: dziewczyna ma duże zielone oczy, jasną cerę i bardzo ciemne włosy.
Podbija moją kartę i podsuwa mi ją z nieśmiałym uśmiechem.
- Proszę, Jo-Lynn.
- Jo. - Poprawiam ją odruchowo.
- Och... Przepraszam.
- Nie! Nie przepraszaj. Dziękuję... hm, Clare - odpowiadam. Uśmiecha się
wzruszona, że zapamiętałam jej imię. (Nie zapamiętałam, nosi
identyfikator). Niezdarnie macham ręką i idę do kąta ze słownikami,
gdzie opadam na wypełnione kulkami siedzisko. Sztruksowy pokrowiec jest
wytarty i poplamiony. Wolę nie wiedzieć czym.
Odgrywam rolę pilnej uczennicy: rozpinam plecak i wyjmuję zeszyt.
Fizyka. Rzyg. Tylko Miles, prawdopodobnie przyszły student MIT2,
zapisał się na rozszerzone zajęcia u pana Holta. Nikt, kto nie jest
takim geniuszem jak on, nigdy nie dostał oceny wyższej niż trója. Od
czasów mojego idealnego brata i jego godnej zazdrości czwórki z minusem.
Z zeszytu wypadają niedokończona kartkówka i zaległe zadanie domowe, ale
nie szkodzi. Wszystko jest dobrze.
Poza tym, że wiszący pod kratką wentylacyjną plakat z hasłem "DASZ
RADĘ!" się marszczy, jakiś czytający mangę dzieciak siąka nosem, a ponadto nie podoba mi się, jak wygląda "J", gdy zapisuję swoje imię,
więc gwałtownie zamykam zeszyt, a potem również oczy. Jedyne, o czym
chcę teraz myśleć, to niemyślenie.
Spokój trwa maksymalnie dwie minuty.
Nawet z zamkniętymi powiekami wyczuwam, że ktoś staje między mną a górną
lampą, zasłaniając światło niczym chmura nasuwająca się na tarczę
słońca. Wstrzymuję oddech i nie ruszam się, bo jeśli będę udawała
martwą, to...
- Jo?
- Nie. - Cisza trwa dwie, trzy, cztery sekundy, a potem otwieram oczy.
Leniwie unoszę głowę. I posyłam mój najbardziej promienny uśmiech Maddie
Price. - Niezależnie od tego, czego chcesz, odpowiedź brzmi "nie".
- Liczyłam na to, że porozmawiamy.
- Liczyłaś na to, że porozmawiamy - powtarzam. Nie, nie jestem wredna,
to jej własne słowa i intonacja, ale Maddie się wzdryga. Siadam prosto,
a workowy fotel zapada się pode mną. - Chodzi o tę durną serwetkę?
Napiszę mail do tej całej Tess, jeśli ty...
- Nie, nie. To znaczy, potrzebuję tego stażu, Jo, więc powinnaś się
wycofać, ale... - Maddie głośno wypuszcza powietrze, przeczesując ręką
przyprószone śniegiem włosy. - Nie chodzi o to.
- No dobra, spoko, w takim razie czego chcesz ode mnie?
I nagle, ot tak po prostu, Maddie Price pęka. Zakrywa twarz szalikiem,
ale szloch wydziera się z jej gardła, jakby miał szpony i kły.
- Ekhm. - Tylko tyle udaje mi się wydukać. Dźwigam się z poduchy i podchodzę do niej powoli, jakby była dzikim kotem w pułapce. Nikt
jeszcze nie zwrócił na nas uwagi i wolę, żeby tak pozostało.
Nie mogę - nie chcę - zostać obwiniona o to, że doprowadziłam ją do łez.
Znów.
Z trudem oddychając, dziewczyna szepcze:
- Przepraszam... Bardzo przep...
- Cicho bądź - odpowiadam i ujmuję ją za rękę, po czym prowadzę między
regałami do nieczynnej toalety dla personelu. Ogrzewanie nie działa, a woda ze spłuczki płynie dopiero po trzykrotnym naciśnięciu klapki.
Gdy drzwi są już bezpiecznie zamknięte, Maddie opiera się rękami o umywalkę w kolorze niemowlęcego błękitu. Smarki z jej nosa spływają na
usta. Próbuje odetchnąć, ale dławi się powietrzem.
- Fuj, Maddie. - Wręczam jej papierowy ręcznik z podajnika.
Wydmuchuje nos.
- Przepraszam.
- Przestań przepraszać.
- Ja... - Bierze gwałtowny drżący wdech, a potem wypuszcza powietrze na
kilka razy.
Jakoś nietaktowne wydaje mi się obserwowanie, jak próbuje odbudować w sobie osobę, którą zawsze udawała. Skupiam się więc na wszystkim poza
nią: na piramidzie rolek papieru toaletowego, na kręgu różowego mydła
zaschniętego wokół odpływu umywalki, na ciężkim łomocie swojego serca.
Bije w szybkim, nierównym rytmie. Aż w końcu oddech Maddie się uspokaja.
Postępuję kroczek w jej stronę.
- Maddie?
Głośno wzdycha, wpatrując się w swoje oczy w zaparowanym lustrze. I mówi:
- Chyba wpadłam w kłopoty.
W systemie ogrzewania rozlega się syk, a z kratki wentylacyjnej dolatuje
powiew lodowatego powietrza. Po moich plecach przebiega dreszcz.
- Ty... co?
- Chyba wpadłam w kłopoty - powtarza, już opanowana - ale myślę, że
możesz mi pomóc.
- Ja? - Zmuszam się do śmiechu. - Ech, nie. Nie ma mowy.
- Proszę, Jo. Nie mogę się zwrócić do nikogo innego. Ani do
przyjaciółek. Ani do...
- Nie. - Cofam się, uderzając łokciem w umywalkę, a ból przeszywa moje
ramię. - Co to w ogóle znaczy? Jakie kłopoty? - Obracam to słowo w myślach, a potem wciągam powietrze tak gwałtownie, że niemal krztuszę
się własną śliną. - O mój Boże, jesteś w ciąży?
- Co? Nie! To by było...
- Niepokalane poczęcie?
Rumieni się.
- Nie musisz tego tak ujmować.
To, że Maddie jest dziewicą, nie powinno mnie wcale zaskakiwać. Cody
jest jej pierwszym chłopakiem. Możliwe, że pierwszym wszystkim. Nie
wiem, czy kiedykolwiek się całowała przed tą nocą na plaży, gdy chłopak,
którego kochała, odwzajemnił jej zainteresowanie - choć tylko dlatego,
że był z pewnych względów zdesperowany.
Słyszałam, jak powiedział: "Ta dziewczyna zrobi dla mnie wszystko".
Czyli jednak nie zrobiła wszystkiego.
Maddie przesuwa dłonią po lepkiej od łez twarzy.
- Wyjaśnię ci wszystko, obiecuję, tylko... nie tutaj. Może pójdziemy na
kawę?
- Jestem uziemiona do trzeciej.
- W takim razie spotkajmy się o trzeciej. Przy stojaku na rowery?
- Jeszcze się nie zgodziłam. - "Jeszcze". Maddie też zwraca na to uwagę.
Ściągam wodze. Odzyskuję kontrolę. - Nie żebym była wredna, ale dlaczego
miałabym ci w czymkolwiek pomagać?
Może to nikczemne z mojej strony, że powtarzam jej okrutne słowa z dzisiejszego poranka.
Świeże łzy zbierają się w kącikach jej oczu.
- Dlatego, Jo.
W jakimś sensie to brzmi jeszcze okrutniej.
"Nie". Trzy litery, jedno pełne zdanie. Tak niewiarygodnie łatwo to
powiedzieć - "nie", ot tak, po prostu - i nie rozumiem, dlaczego nigdy
mi to nie wychodzi. Nie rozumiem, dlaczego zamiast tego mówię:
- Dobra.
Maddie podąża za mną między regałami.
- Trzecia, tak? - upewnia się, nadeptując mi na piętę. Zatrzymuję się,
by poprawić but, a ona kieruje się do niestrzeżonego wyjścia awaryjnego.
Zatrzymuje się przy drzwiach i posyła mi ten swój śliczny, miły uśmiech.
Nie zamierzam odpowiadać tym samym.
- To brzmi, jakbyś mnie wrabiała, wiesz?
Nie jestem pewna w co. Nazwijmy to przeczuciem.
Maddie marszczy brwi.
- Nigdy bym ci tego nie zrobiła.
Tyle że zrobiła. I to wiele razy. Mogłabym jej przypomnieć największe
hity. Impreza nad basenem? Koniec dziewiątej klasy? Jak kazałaś mi
zaprosić chłopaków i wmówiłaś swojej mamie, że to był mój pomysł? A jak
powiedziałaś Cody'emu o mnie i o...?
- Do zobaczenia, Jo. - Maddie popycha drzwi, ale przystaje w progu.
Zastanawiam się, czy czeka, aż odezwie się alarm. I zostanie złapana.
Ale gdy znów się do mnie odwraca, z jej twarzy nie da się niczego
wyczytać. Jakby w ogóle nie płakała. - Nikt nigdy nie może się o tym
dowiedzieć.
Zapiera mi dech w piersi.
- Co ty powiedziałaś?
Raczej chodzi mi o: "Dlaczego to powiedziałaś?".
Te słowa w tej właśnie kolejności, te czyste niebieskie oczy...
Ale Maddie już nie ma, wyszła na mróz, idzie, pochylając się pod naporem
wiatru, jak cień na świeżej warstwie śniegu.
Rozdział 5
- 5 -
Czekam na Maddie przy stojaku rowerowym z rękami głęboko w kieszeniach i szalikiem naciągniętym do połowy twarzy. Spod warstw ubrań wystaje tylko
pasek mojej skóry: oczy, kości policzkowe, nasada nosa.
Mimo to mróz mocno mi doskwiera.
O trzeciej, tak? Pewnie jest już pięć po. Ostatni uczniowie spieszą do
autobusów, których zużyte silniki warkoczą i dudnią. Czarny dym unosi
się z rur wydechowych.
- Pospiesz się, Maddie. - Przestępuję z nogi na nogę. - Pospiesz się,
pospiesz.
Rozglądam się po parkingu dla najstarszych klas, szukając białego
priusa. I dziewczyny w czarnym wełnianym płaszczu. (Jakby to nie był
opis połowy uczennic Culver w zimie). Jakaś laska zmierza w tę stronę,
ale to nie Maddie, i nie jest sama. Mrużę oczy, próbując dostrzec coś
przez śnieg, po czym rzucam się za najbliższy kubeł na śmieci, ślizgając
się na zamarzniętej kałuży jakiegoś paskudztwa i tłumiąc odruch
wymiotny.
Tylko Ptaszyny mogły mnie zmusić do czegoś takiego.
Kathleen O'Mara jak zawsze idzie na czele.
- Możemy się pospieszyć? Dzięki!
Nie dajcie się zwieść: Kathleen jest najgorsza, złośliwa, poważna i bardzo, bardzo katolicka. Nigdy nie widziałam, by się uśmiechała, i to
nie jest żart.
Choć chyba jest tego bliska, gdy Sara wywija orła na lodzie.
- Zbieraj się, Caruso - warczy. Nie umiem stwierdzić, czy naprawdę się
wścieka, czy nie. Pomogłoby, gdyby wykazywała się czymś choćby zbliżonym
do poczucia humoru.
Nieważne. Sara jest zawstydzona. Chichocze, odrzucając głowę do tyłu, a jej szkarłatne usta kontrastują z bielą śniegu.
- Złamałam sobie dupę! - krzyczy. Jej schrypnięty głos na mrozie brzmi
jeszcze bardziej chropowato.
Pewnego dnia w zeszłym roku na jakiejś imprezie, gdy Miles się wstawił
kiepskim piwem, wyznał mnie i Cody'emu, że jej głos wydaje mu się -
serio - erotyczny. Dokładnie tego słowa użył. Erotyczny. Ryczałam ze śmiechu tak głośno, że się
zsunęłam ze stołka, a Cody wycedził:
- Koleś, ktoś cię tu w ogóle zaprosił?
Zarumieniony Miles odpowiedział:
- Hm, ty.
Choć wcale nie o to chodziło.
Sara nadal skarży się na ból tyłka, a Michaela Russell przyklęka obok
niej.
- Zostań ze mną! - woła, przyciskając rękę do czoła przyjaciółki. -
Zaraz ci pomogę. Jestem lekarką.
- Nie jesteś lekarką... - syczy Kathleen.
- Proszę się odsunąć. Potrzebujemy dostępu do świeżego powietrza.
- Jesteśmy na dworze. Pełno tu powietrza.
- Czy mam pani podać środki uspokajające? - Michaela próbuje zachować
powagę, ale po sekundzie pęka. Ze wszystkich Ptaszyn ona jest
najznośniejsza. W zeszłym roku byłyśmy jedynymi dziewczynami na
zajęciach z rozszerzonej biologii, więc uparła się, żebyśmy pracowały w parze. Gadałyśmy o jej praktykach w lokalnym Archiwum Dziedzictwa
Historycznego Czarnych, o naszej słabości do kiepskich musicali
filmowych i o tym, jak Hudson obcina mój tyłek, gdy się pochylam nad
mikroskopem.
- Hej, to ja. - Sara unosi rękę. - Czy to możliwe, że rzeczywiście
złamałam tyłek?
Michaela podnosi ją, ale sama też z trudem utrzymuje równowagę.
Dziewczyny piszczą, wczepiając się w siebie, a Kathleen zagania je do
samochodu. Obracając kluczyk na palcu, pyta:
- A tak w ogóle, co Maddie chce uczcić?
- To niespodzianka. - Michaela zerka w telefon. - O cholera, już jest na
miejscu.
W mojej piersi wzbiera furia, gorąca i ciężka. Jeśli Maddie już jest na
miejscu, to znaczy, że tu jej nie ma, co znaczy, że mnie cholernie
wystawiła. Wystawiła mnie... na co dokładnie?
- Jedźmy, zanim się wścieknie - nalega Kathleen. - Nie jestem w nastroju
na te...
- Ukrywasz się?
Potykam się i padam prosto na tyłek, dokładnie tak jak Sara. Hudson,
tłumiąc śmiech, wyciąga rękę. Odtrącam ją i wstaję, wskazując głową jego
kubek z kawą.
- Kofeina to narkotyk, wiesz?
- Dzięki za troskę. Co robisz?
- Czekam na... - Zaskakuje mnie wyraźny głos Maddie w mojej głowie: "Nikt
nigdy nie może się o tym dowiedzieć". Wciskam zmarznięte ręce do
kieszeni. - Na kogoś.
- Ale jesteś tajemnicza.
- Wcale nie. Przepraszam, ale muszę zdążyć na autobus.
- Czekaj! - Wyciąga rękę, żeby chwycić mnie za ramię, ale rezygnuje,
jakby się bał, że cofnę się przed jego dotykiem. (I ma rację, zrobiłabym
to). Otwiera swojego SUV-a z głośnym "blip-blip". - Podrzucić cię?
Boże, jakież to kuszące. Nie cierpię jazdy autobusem - tego, jak się
chybocze, pełznąc po oblodzonych ulicach, wiszącej w środku stęchłej
woni ogrzewania i spoconych pierwszoklasistów. Przejażdżka na pewno
wywoła u mnie atak choroby lokomocyjnej. Jak zawsze w taką pogodę.
Ale z Hudsonem to zbyt ryzykowne. Zbyt jakieś. Już słyszę te szepty:
"Widziałaś, że Jo wsiadła do samochodu Hudsona? Ciekawe, dokąd
pojechali. Ciekawe, co robili".
Rumieńce palą moje policzki. Cofam się o krok, byle dalej od niego.
- Podziękuję - odpowiadam i odchodzę, nie mówiąc nic więcej i ani razu
się nie oglądając.
Gdy brnę do domu, lampy uliczne migoczą w zapadającym zmroku niczym
pomarańczowe kule. Prawie zwymiotowałam w autobusie. Chłód liże moje
wilgotne dłonie.
Ale wewnątrz płonie ogień. Tli się tuż pod powierzchnią skóry,
wyciskając kropelki potu na karku. Powinnam była wiedzieć, że nie należy
ufać Maddie Price, ale to wszystko - łzy, drżące usta, naleganie, że
"nikt nigdy nie może się dowiedzieć" - wydaje się zbyt bezwzględne nawet
jak na nią.
W domu po drugiej stronie ulicy włącza się światło.
Rozpromieniona pani Price mija okno w wykuszu, trzymając telefon w wyciągniętej ręce. Rozmowa wideo? Pewnie z Maddie. Nikt nie budzi w niej
takiej radości jak córeczka. Kobieta podchodzi do włącznika i zwiększa
natężenie światła z żyrandola: jaśniej, jaśniej, a potem ciemniej.
Nagle się zatrzymuje. Marszczy brwi. Powoli unosi dłoń do ust.
- Nie podglądaj sąsiadów.
Podskakuję.
- Jezu!
Moja mama śmieje się, stojąc na schodach z papierosem w ustach. Pozwala
sobie na dwa tygodniowo. "Paskudny nałóg", mawia. To jedyna paskudna
rzecz w niej. Nawet w takim stanie, bez makijażu, z włosami zebranymi w niedbały kucyk, spodniami do jogi wetkniętymi w buty z owczej skóry,
jest niesprawiedliwie piękna.
Matki na konkursach piękności roztkliwiały się nad naszym podobieństwem.
"Te oczy!" (Ona ma oszałamiająco chabrowe, ja po prostu... niebieskie).
"Te włosy!" (Jej są złote i jedwabiste, moje kilka odcieni ciemniejsze i wiecznie splątane). Stosowały taki chwyt, żeby zwrócić uwagę Katie Lynn
Springer, byłej Miss Nastolatek Tennessee, jakby ich córki mogły
wchłonąć jej zwycięstwo przez samą bliskość.
Śmiech na sali. Ja wyszłam z jej łona i skończyłam z banem na lokalne
konkursy.
Matka wskazuje głową dom naprzeciwko.
- Co ta rodzina ma przeciwko zasłonom?
To nie jest prawdziwe pytanie, tylko kolejna pozycja na jej liście
zażaleń do Price'ów. Pozostałe dotyczą: koloru ich domu w odcieniu piany
morskiej, starego psa, Tannera, który cierpi na lęk separacyjny i ujada
jak najęty, czteroosobową rodzinkę krasnali pod żywopłotem, nadal w komplecie, choć zeszłego lata pan Price przeprowadził się do loftu w centrum.
- Ci ludzie po prostu chcą być oglądani - dodaje, gasząc papierosa w kubku po kawie.
Dym snuje się za nami do domu, a właściwie nie, wręcz przeciwnie -
wydobywa się z niego. W holu wisi szara mgła, a detektor zaczyna wyć.
Zarzucam szalik na kratkę wentylacyjną.
- Tato coś piecze?
Z kuchni dobiega stek przekleństw, co uznaję za odpowiedź twierdzącą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki