Inna niż wszystkie - Meredith Adamo

Kup ebooka

36.90 zł
30.60 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- 1 -

Na tym polega pro­blem z dziew­czy­nami takimi jak ja...

Tak przy oka­zji, to tekst mojej matki. Daj­cie tej kobie­cie podwójną whi­sky po dłu­gim dniu w sta­cji tele­wi­zyj­nej, a trzy minuty póź­niej będzie sie­działa po turecku na pod­ło­dze w kuchni z pudłem zdjęć, wygrze­bu­jąc moje naj­lep­sze fotki.

Jojo w wieku czter­na­stu lat, z apa­ra­tem na zębach, ale mimo to piękna, w dia­de­mie na spło­wia­łych od słońca wło­sach.

Joey pięt­na­sto­let­nia, świeżo upie­czona prze­wod­ni­cząca dru­giej klasy, oszo­ło­miona swoją spek­ta­ku­larną wygraną.

Szes­na­sto­let­nia Joles, naj­lep­sza sprze­daw­czyni czerwca w lodziarni Costello, pozu­jąca nieco zbyt dum­nie z cze­kiem bonu­so­wym.

Nie­za­leż­nie od tego, jak czę­sto powta­rzamy tę scenę - a może­cie mi wie­rzyć, robimy to czę­sto - matka ni­gdy nie odbiega od sce­na­riu­sza.

- Mój Boże, Jo-Lynn, spójrz tylko na sie­bie - mawia, a alko­hol pod­kre­śla jej śpiewny akcent z Ten­nes­see. - Zobacz, kim mogła­byś być, gdy­byś się posta­rała.

Cza­sami się bun­tuję, odpo­wia­da­jąc na przy­kład:

- To doprawdy wielka strata, że się nie reali­zuję w kon­kur­sach pięk­no­ści, samo­rzą­dzie szkol­nym oraz prze­my­śle lodziar­skim.

Naj­czę­ściej jed­nak zno­szę jej wyrzuty w mil­cze­niu, aż matka w końcu wzdy­cha, nie ze zło­ścią, tylko z roz­cza­ro­wa­niem, i stwier­dza:

- Nie posta­rasz się. Ni­gdy tego nie robisz. Na tym polega pro­blem z dziew­czy­nami takimi jak ty...

Ma na myśli nie­grzeczne dziew­czyny. Zuchwałe. Trudne pan­nice, które pyskują i się obi­jają, kpią z uło­żo­nych chło­pa­ków, mają­cych uło­żoną przy­szłość, i pry­chają lek­ce­wa­żąco - nie­ko­niecz­nie wred­nie, ale też nie­zbyt miło - gdy inne dziew­częta odważą się zabrać głos na jakiś temat. Wystar­czy dowolny syno­nim do "złej", taką wła­śnie dziew­czyną jestem.

To zna­czy byłam. Czas prze­szły. Sta­ram się - naprawdę sta­ram - popra­wić albo przy­naj­mniej być mniej paskudna. Lecz pro­blem z dziew­czy­nami takimi jak ja polega na tym, że z nie­zwy­kłą łatwo­ścią wszystko zawa­lają.

- Spo­koj­nie - mówię do sie­bie na głos w swoim pokoju. - Wszystko jest dobrze.

Nie pani­kuję. Jesz­cze nie. Nie, teraz pró­buję być wie­lo­za­da­niowa: wci­skam się w czarne leg­ginsy, prze­ko­puję kosz na brudy w poszu­ki­wa­niu w miarę czy­stego swe­tra, dzwo­nię do Milesa Met­calfa, uży­wa­jąc tele­fonu z klapką. (Nie z wyboru, żeby było jasne; to jest "kon­se­kwen­cja moich poczy­nań"). Roz­lega się jeden sygnał. Drugi. Przy trze­cim wycze­suję pal­cami koł­tun z mokrych, splą­ta­nych wło­sów. Przy czwar­tym wyj­muję z kosza golf, buro­zie­lony i dwa roz­miary za duży.

Przy pią­tym wzdy­cham z iry­ta­cją.

- Mój Boże, Miles, możesz ode­brać?

Nie odbiera. Rzu­cam tele­fon na łóżko i słu­cham powi­ta­nia na poczcie gło­so­wej: "Hej, tu Miles Met­calf. Prze­pra­szam, że nie ode­bra­łem, ale skon­tak­tuję się, gdy tylko będę mógł".

- Elo, tu Jo. - Prze­ci­skam głowę przez golf. - Pil­nie potrze­bu­jesz nowego tek­stu, ziom. "Skon­tak­tuję się"? Co ty, masz dzie­więć­dzie­siąt lat? - Milknę. Pró­buję się uspo­koić. Biorę tele­fon do ręki i dodaję: - Wiem, że pew­nie jesteś już w szkole albo w dro­dze do niej czy coś, ale pil­nie potrze­buję pod­wózki. Zosta­niesz moim boha­te­rem na wieki wie­ków, pozdro, pa.

Zamy­kam tele­fon, a gło­śny stuk klapki nie­po­koi moją kotkę Bazy­lię. Spo­gląda, nie mru­ga­jąc oczami, ze swo­jej grzędy na oknie. Jesz­cze nie zauwa­żyła, że war­stewka lodu pokryła szybę, zasła­nia­jąc widok na zaśnie­żoną ulicę. Bazy­lia jest piękna, ale pod kopułą ma wyłącz­nie biały szum.

Celuję w nią pal­cem.

- Nie osą­dzaj mnie, kocico.

Pani­kuję i mio­tam się tak z powodu zepsu­tego budzika.

No dobra, jest zepsuty w takim sen­sie, że zapo­mnia­łam go wczo­raj nasta­wić, mimo że nagry­zmo­li­łam: "NASTAW BUDZIK!!!" na wście­kle różo­wej kar­teczce i przy­kle­iłam ją do lustra w łazience. Gdy szczot­ko­wa­łam zęby, mia­łam przed oczami to przy­po­mnie­nie i oczy­wi­ście pomy­śla­łam: "Aha, muszę to zro­bić". A potem tego nie zro­bi­łam.

Ale nie pani­kuję, pamię­ta­cie? Sma­ruję korek­to­rem ogromny pryszcz na bro­dzie, dźwi­gam ple­cak z pod­łogi i wypa­dam na kory­tarz. Bazy­lia śmiga obok mnie na dół po scho­dach, lecz ja za nią nie idę. Naj­pierw muszę zali­czyć naj­waż­niej­szy przy­sta­nek.

- Lee! - Pukam do drzwi pokoju mojego brata. Mate­rac skrzypi, ale nikt nie odpo­wiada. Łomo­czę moc­niej. - Hej, debilu, wiem, że nie śpisz. Potrze­buję pod­wózki do szkoły - szep­czę.

- Co?

- Spóź­ni­łam się na auto­bus - wyja­śniam gło­śniej i otwie­ram drzwi. Wytę­żam wzrok w zaska­ku­ją­cej ciem­no­ści: rolety są opusz­czone, do tego na kar­ni­szu wisi wybla­kły pola­rowy koc. Mru­gam, pró­bu­jąc przy­zwy­czaić wzrok. - Kur­czaki, leżysz na łożu śmierci?

- Boli mnie głowa - odpo­wiada, jakby mówie­nie też spra­wiało mu ból. Jak­bym była zbyt tępa, żeby zauwa­żyć na noc­nym sto­liku otwartą flaszkę naj­lep­szego bour­bona taty. Zie­wa­jąc i się prze­cią­ga­jąc, mój brat dodaje: - Ale prze­żyję.

- To super, bo musimy jechać. - Zer­kam na jego budzik: cztery minuty po siód­mej. To ozna­cza, że mam dwa­dzie­ścia sześć minut do pierw­szego dzwonka, po któ­rym lepiej, żebym już sie­działa w pra­cowni kom­pu­te­ro­wej u pana Cho­pry, bo ina­czej... Z tru­dem prze­ły­kam ślinę. - Natych­miast.

- Poproś tatę.

- Porzu­cił nas.

- Na zawsze?

- Gorzej. - Opie­ram się o fra­mugę. - Na śnia­da­nie.

To taka tra­dy­cja. Raz na dwa mie­siące tato i jego dawni kum­ple, sze­fo­wie kuchni, spo­ty­kają się w knaj­pie Flo­wer City na cześć minio­nych dni chwały, kiedy to wyta­czali się pijani ze swo­ich restau­ra­cji o pią­tej nad ranem i ruszali na poszu­ki­wa­nie czar­nej kawy i nale­śni­ków.

- Poproś swo­ich przy­ja­ciół - pro­po­nuje Lee. - To zna­czy przy­ja­ciela, w licz­bie poje­dyn­czej.

Nie­grzeczne, ale praw­dziwe.

Nie­stety Miles, jak zawsze nadam­bitny, codzien­nie mel­duje się w szkole godzinę przed cza­sem. Naj­czę­ściej rano wypeł­nia testy na zaję­cia z nauk ści­słych lub ćwi­czy gamy na sak­so­fo­nie bary­to­no­wym. W pozo­stałe dni jada śnia­da­nie - baj­giel jago­dowy na zimno z masłem - w towa­rzy­stwie dyrek­tor Lund.

Ot tak, dla roz­rywki.

Zapewne dzięki temu, że jest liży­dupą, zagwa­ran­tuje sobie pozy­cję naj­lep­szego ucznia i pięt­na­ście tysięcy dola­rów sty­pen­dium "ufun­do­wa­nego dzięki hoj­nemu wspar­ciu Sto­wa­rzy­sze­nia Absol­wen­tów Liceum Culver oraz obser­wa­to­rów takich jak wy, dzię­ku­jemy", a ja... nie.

Rzecz w tym, że:

- Miles nie wcho­dzi w rachubę. Nie możesz choć raz cze­goś dla mnie zro­bić, Lee? Ni­gdy o nic nie pro­szę. - Szybko dodaję: - Poza pod­wózką od czasu do czasu.

- Nie ma mowy. - Kła­dzie się na brzu­chu. - To nie moja wina, że jesteś...

- Jaka jestem? - odpo­wia­dam, jak­bym rzu­cała mu wyzwa­nie. "No dawaj, spró­buj".

Lee pod­nosi głowę powol­nym, zbo­la­łym ruchem. Przy­gląda mi się przez chwilę. Pia­skowe włosy ma przy­klap­nięte z jed­nej strony, a jego oczy błysz­czą szkli­ście w mroku sypialni. Po chwili znów składa głowę na poduszce.

- Zamknij za sobą drzwi, pro­szę.

Mogła­bym się z nim kłó­cić. Powie­dzieć: "Nie uda­waj, że na­dal jestem jedyną porażką w tej rodzi­nie". Ale mam za mało czasu. Wycho­dzę, uno­sząc środ­kowe palce i zosta­wia­jąc drzwi sze­roko otwarte. Wołam jesz­cze z pode­stu scho­dów:

- Na szczę­ście mam plan awa­ryjny!

Dobrze, że nie wie, na czym ten plan polega. Wpa­dam do kuchni, w któ­rej wisi gęsty gorzki aro­mat poran­nej kawy taty, i zgar­niam z blatu klu­czyki do samo­chodu Lee. To, że czte­ro­krot­nie obla­łam egza­min na prawko, nie ozna­cza, że nie potra­fię pro­wa­dzić auta. Ozna­cza tylko, że nie jestem w tym zbyt dobra. Głów­nie w par­ko­wa­niu rów­no­le­głym i skrę­tach w lewo, ale komu to potrzebne?

Z całą pew­no­ścią dam radę prze­je­chać trzy kilo­me­try do Culver.

Bazy­lia wycho­dzi za mną do przed­po­koju i miau­czy, jakby kpiła: "Taaa, jasne".

- Dam radę, kocie. - Kładę klu­czyki na kon­soli obok por­tre­to­wego zdję­cia Lee wyko­na­nego na zakoń­cze­nie liceum. Wygląda jak praw­dziwy złoty chło­pak: nie­ska­zi­telny smo­king, błysk w oku i lśniący biały uśmiech, uka­zu­jący dołki w policz­kach.

Za to mój por­tret nie nadaje się do wysta­wie­nia. Trzy­mam jego kopię w szu­fla­dzie biurka, czę­ściowo ukrytą pod gar­ścią spi­na­czy, trzema prze­ter­mi­no­wa­nymi kon­do­mami i pomiętą torebką zioła, którą wysę­pi­łam od Cody'ego For­sy­the'a zeszłej jesieni, kiedy jesz­cze z nim roz­ma­wia­łam.

Kiedy w ogóle z kim­kol­wiek roz­ma­wia­łam.

- Wszystko dobrze... - zapew­niam się cicho.

Na tym polega pro­blem z dziew­czy­nami takimi jak ja: powta­rzamy sobie kłam­stwa, aż zaczy­nają brzmieć jak prawda. Sznu­ruję buty: wszystko jest dobrze. Zapi­nam kurtkę pod brodę, a sztuczne futerko łasko­cze mnie w nos: wszystko dobrze. Otwie­ram drzwi i moim oczom uka­zuje się... śnieżny zimowy pora­nek?

- O kurde!

Śnieg pada wiel­kimi, cięż­kimi płat­kami, a niebo wygląda jak żół­to­czarny siniak - jest rów­no­cze­śnie jasne i ciemne. Boże broń, by wła­dze okręgu ogło­siły dzień wolny z powodu śnie­życy. To efekt uboczny sro­gich zim w Roche­ster - jeste­śmy na nie zbyt dobrze przy­go­to­wani. Pługi śnieżne, pia­skarki, nie­za­słu­żona pew­ność sie­bie za kół­kiem...

Bazy­lia znów miau­czy: "No to powo­dze­nia, kre­tynko!".

Ale jakie mam wyj­ście? Zadzwo­nić do Milesa jesz­cze z milion razy? Albo gorzej jesz­cze, do mojej matki do Chan­nel 12 i przy­znać, że znowu zawa­li­łam, potwier­dza­jąc, że jestem dokład­nie taką dziew­czyną, za jaką mnie uważa?

Mowy nie ma.

Ruszam i szyb­kim ruchem się­gam po klu­czyki. Za szyb­kim. Spa­dają na pod­łogę, a ja z roz­pędu wycho­dzę z pustymi rękami. Wzdy­cham, klnąc pod nosem, ale kiedy się odwra­cam...

- Tego szu­kasz? - Lee podzwa­nia klu­czy­kami trzy­ma­nymi w ręku. Choć jego twarz ma odcień zie­lon­ka­wej bieli, udaje mu się krzywo uśmiech­nąć, gdy stwier­dza: - Spryt­nie, Jo.

A potem zatrza­skuje mi drzwi przed nosem.

Siła ude­rze­nia wstrząsa witra­żo­wym oknem. Klapka we wrzutce na pocztę unosi się i po chwili opada. A mnie ogłu­sza tak, że nawet nie prze­myka mi przez myśl, by się­gnąć do gałki w drzwiach, dopóki nie roz­lega się głu­chy stuk zamy­ka­nego rygla.

Walę czo­łem w szybę.

- No to klops.

- Dasz radę!

Odchy­lam głowę do tyłu. Każ­dego innego dnia mogła­bym zażar­to­wać z tej sytu­acji. "Rany, ale bły­ska­wiczna akcja, ha, ha". Ale nie dziś. Dziś wypusz­czam powie­trze z płuc, a mój oddech for­muje obłok na mro­zie, i robię jedyną rzecz, któ­rej sta­ram się ni­gdy, przeni­gdy nie robić: spo­glą­dam na drugą stronę ulicy.

Niczym obiek­tyw, wyostrza­jący się na wła­ści­wym punk­cie, mój wzrok pada na śliczną, miłą Mad­die Price.

Stoi pod ostat­nią włą­czoną latar­nią uliczną, a złoty pro­mień oświe­tla ją i - co naj­waż­niej­sze - jej durną białą toyotę prius. W jed­nej okry­tej ręka­wiczką dłoni trzyma zmiotkę do śniegu, drugą przy­ci­ska tele­fon do ucha.

- Prze­cież się zgo­dzi­łam. - Jej słowa led­wie sły­chać, ale ton ma ostry. Może jest ziry­to­wana.

Chrza­nić to. Teraz chi­cho­cze. Pew­nie roz­ma­wia z Codym. Cho­dzą ze sobą od trzech mie­sięcy? Czte­rech? Tak się prze­chwala, że jest naj­lep­szym chło­pa­kiem na ziemi, jakby była pierw­szą dziew­czyną, która się kie­dy­kol­wiek zako­chała. Nie­ważne, że ani jedno jej słowo nie jest prawdą.

Wierz­cie mi, znam praw­dzi­wego Cody'ego For­sy­the'a. Pew­nego dnia Mad­die też go pozna.

Lecz teraz mówi:

- Do zoba­cze­nia nie­długo.

I, koń­cząc roz­mowę, uśmie­cha się z roz­ma­rze­niem.

Dosko­nała oka­zja, by zawo­łać:

- Mad­die!

Zasko­czona szybko zerka w moją stronę, ale rów­nie szybko odwraca wzrok. Gdy­bym miała zga­dy­wać, powie­dzia­ła­bym, że pomy­ślała: "Eee, a ta czego chce?". Pędzę w jej stronę po zaśnie­żo­nym chod­niku.

Staje do mnie ple­cami, zmia­ta­jąc ostat­nią war­stwę puchu z przed­niej szyby. Pew­nie chęt­nie by mnie igno­ro­wała przez całą wiecz­ność, ale nie­stety śli­zgam się na lodzie i z impe­tem wpa­dam w bagaż­nik jej auta, nie­mal się wywra­ca­jąc, co obiek­tyw­nie jest zabawne, ale ona się nie śmieje. Ani nie uśmie­cha. Nawet nie mruga.

Kiwam do niej głową, łapiąc pion.

- Co sły­chać?

- Zgu­bi­łaś się? - Strząsa pła­tek śniegu z policzka, jakby już się mną znu­dziła.

- Och, nie. Miesz­kam tu. - Wska­zuję kciu­kiem za plecy.

- Żar­to­wa­łam.

- Jasne. Ja też żar­to­wa­łam. - Par­skam wymu­szo­nym śmie­chem. Ona nie jest wcale roz­ba­wiona. - Widzisz, żart polega na tym, że jeste­śmy sąsiad­kami, więc...

- Chcesz cze­goś, Jo? - Mad­die krzy­żuje ramiona na piersi. Wstrząsa nią dreszcz. Mroźne powie­trze zabar­wiło jej twarz na bole­sny różowy kolor. Koniuszki uszu ma jesz­cze ciem­niej­sze. Jej dzi­siej­szy strój - dopa­so­wane spodnie, botki do kostek, miękki kre­mowy swe­ter pod roz­pię­tym weł­nia­nym płasz­czem - wygląda zarówno mod­nie, jak i prak­tycz­nie.

- Wyglą­dasz jak z cho­ler­nego kata­logu L.L. Bean - wyrywa mi się.

- To chcia­łaś mi powie­dzieć?

- Tak. A wła­ści­wie nie. Mogę się z tobą zabrać? Zamie­rza­łam zwę­dzić samo­chód brata, ale...

Mówię w ten spo­sób: "Jesteś moją jedyną nadzieją". Mad­die też o tym wie. Zna na pamięć roz­kład jazdy auto­bu­sów z cza­sów przed praw­kiem, więc rozu­mie, że bez jej pomocy się spóź­nię. Wzdy­cha z roz­draż­nie­niem, ale dała­bym sobie głowę uciąć, że nie­chęć w tych lodo­wa­to­błę­kit­nych oczach top­nieje. Zde­cy­do­wa­nie jej ciało się roz­luź­nia. Jestem pewna, że...

- Nie.

Tak jakby par­skam śmie­chem.

- Słu­cham?

Mad­die robi wielki krok w moją stronę. Sto­imy tak bli­sko, że widzę w kąciku jej ust smugę różo­wego błysz­czyka. Czuję per­fumy o zapa­chu kwiatu poma­rań­czy. Jest dobre dwa­na­ście cen­ty­me­trów wyż­sza ode mnie, ale się nie kulę. Co to to nie.

Nawet gdy oświad­cza z uśmie­chem tak sze­ro­kim, że nie­mal dzieli jej twarz na pół:

- Nie, Jo. Ni­gdy.

Sto­imy tak - w mil­cze­niu i bez­ru­chu - wyda­wa­łoby się, że przez całą wiecz­ność. W końcu zakła­dam zamar­z­nięty lok za ucho i stwier­dzam:

- Strasz­nie to podłe.

- Nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łaś. - Mad­die z tru­dem otwiera drzwi auta, wal­cząc z podmu­chem wia­tru, który poru­sza jej deli­kat­nie falo­wa­nymi wło­sami. - Nie żebym była wredna, ale dla­czego mia­ła­bym ci w czym­kol­wiek poma­gać?

- Dla­tego, Mad­die.

Jestem bez­wstydna. Zmu­szam ją, by przy­po­mniała sobie, jak ta sytu­acja - my dwie, razem, gada­jące na chod­niku - wyda­wała się zupeł­nie nor­malna led­wie kilka lat temu. Wiem, że ona też to pamięta.

Przez sekundę się waha - jej zło­śliwy uśmiech bled­nie, a mię­dzy brwiami poja­wia się lekka zmarszczka.

W końcu to śliczna, miła Mad­die Price. Nie chcia­łam, by to okre­śle­nie do niej przy­lgnęło. Prze­śla­do­wało ją aż do ostat­niej klasy. Ale nie zruj­no­wało jej życia i nie jest kłam­liwe. Dziew­czyna ma dosko­nałą fre­kwen­cję, świetne oceny, nie­mal zagwa­ran­to­wane przy­ję­cie na NYU1. Dodajmy do tego chło­paka, który jest gwiazdą fut­bolu, i popu­lar­nych przy­ja­ciół, a ujrzymy obraz dokład­nie odpo­wia­da­jący ocze­ki­wa­niom.

Nikt się dwa razy nie zasta­na­wia nad taką dziew­czyną.

Mad­die potrząsa głową, jakby pró­bo­wała pozbyć się tej wła­śnie myśli, i opada na fotel kie­rowcy.

- Powo­dze­nia z szu­ka­niem trans­portu.

- Mad­die, pocze­kaj. - Blo­kuję drzwi nogą. - Wiesz, że nie mogę się spóź­nić. Po pro­stu nie mogę.

Wygina usta.

- A to dla­czego?

Pyta­nie reto­ryczne. Od sze­ściu tygo­dni jestem na warun­ko­wym i jakoś wszy­scy o tym wie­dzą. A spóź­nie­nie ozna­cza dodat­kowy tydzień do mojego wyroku, który powi­nien się skoń­czyć jutro, gdy ukażą się oceny za pierw­szy semestr, więc naprawdę nie mogę się spóź­nić.

- Na Boga, Mad­die, chcesz, żebym bła­gała? Pro­szę bar­dzo. - Opa­dam na kolana i sze­roko roz­kła­dam ramiona. - Wiesz, że ni­gdy bym nie pro­siła, gdy­bym nie była zroz­pa­czona, ale nie mam...

Trza­ska drzwiami. Dźwięk nie­sie się echem po ulicy i prze­nika mnie aż do kości.

Czyli tak to się skoń­czy: Mad­die odje­dzie, ja zostanę sama.

Ale naj­pierw otwiera okno i wysta­wia przez nie głowę, wokół któ­rej wście­kle wiruje śnieg.

- Ani tro­chę ci nie współ­czuję - oznaj­mia ze śmier­telną powagą. - Sama jesteś sobie winna.

Znów par­skam śmie­chem, ale tym razem to boli. Mocno. Obda­rzyw­szy mnie ostat­nim uro­czym uśmie­chem, Mad­die rusza spod kra­węż­nika.

Coś gorą­cego szczy­pie mnie pod powie­kami. Nie będę pła­kała. Ja ni­gdy nie pła­czę. Nawet wtedy, gdy mia­łam dzie­więć lat, potknę­łam się na chod­niku, upa­dłam i oblu­zo­wa­łam przed­nie zęby, a usta wypeł­niła mi krew. Ani w cza­sie zeszłych waka­cji, kiedy prze­bi­łam sobie stopę zardze­wia­łym gwoź­dziem, ani wcze­śniej­szego lata, gdy chłopcy się upili i powie­dzieli, że to oni wydra­pali kie­dyś moje imię na pisu­arze, i dla­czego nie wylu­zuję, prze­cież to tylko żart, no nie?

Zatem nie. Przez Mad­die Price też się nie roz­kleję.

Zamiast tego wstaję. Otrze­puję top­nie­jący śnieg z mokrych, zmar­z­nię­tych kolan.

I z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn przy­po­mi­nam sobie kolejne zdję­cie - to, któ­rego moja mama nie może ni­gdy zoba­czyć.

Zostało zro­bione ostat­niej jesieni, pod koniec paź­dzier­nika. W noc ogni­ska na plaży w parku Durand East­man. Na tej fotce jestem ubrana w obci­słe dżin­sowe szorty, zno­szone białe trampki i czarną bluzę na zamek, która nie należy do mnie. Wystar­czyłby spo­sób, w jaki prze­chy­lam głowę, pre­zen­tu­jąc malinkę na łuku szyi, ale znacz­nie gor­szy jest mój uśmiech. Prze­korny. Kokie­te­ryjny. Jak­bym już wtedy wie­działa wię­cej, niż nie­które dziew­czyny się kie­dy­kol­wiek dowie­dzą.

A gówno wie­dzia­łam.

Zwłasz­cza tego, że gdy nocne niebo wypełni się gwiaz­dami, gdy ogni­sko będzie z sykiem doga­sało, a we wszyst­kich tele­fo­nach roz­le­gnie się dźwięk powia­do­mie­nia: SZEŚĆ NOWYCH ZDJĘĆ, nagle stanę się naj­gor­szą wer­sją sie­bie: sie­dem­na­sto­let­nią Jo, wyrzut­kiem.

Ale pew­nie na tym polega pro­blem z dziew­czy­nami takimi jak ja. Zawsze dostają to, na co zasłu­gują.

Rozdział 2

- 2 -

Po nie­ca­łych pię­ciu minu­tach tracę czu­cie w pal­cach. Minutę póź­niej śnieg wsy­puje mi się do butów. Po kolej­nych dwóch skrę­cam na rogu koło sklepu ryb­nego i wpa­dam w poślizg na lodzie, dla rów­no­wagi chwy­ta­jąc się znaku na przy­stanku auto­bu­so­wym i szep­cząc:

- Kur­de­kur­de­kurde.

Nie muszę szep­tać. W pobliżu nikogo nie ma. Nawet plac po dru­giej stro­nie ulicy jest opu­sto­szały, od ban­ko­matu aż po 7-Ele­ven, gdzie wraz z chło­pa­kami - kiedy jesz­cze byli moimi kum­plami - wpa­da­li­śmy po prze­ką­ski. Zawsze kupo­wa­łam ten sam zestaw: kra­kersy, paczkę suro­wych cyna­mo­no­wych bułe­czek i kar­ton socz­ków Capri Sun.

Czuję ukłu­cie w sercu. Bra­kuje mi takich dro­bia­zgów. Tego, jak opróż­nia­łam sześć socz­ków jeden po dru­gim. Jak otwie­ra­li­śmy opa­ko­wa­nie bułe­czek i zgar­nia­li­śmy lukier pal­cami. Jak nie­mal się dła­wi­li­śmy, pró­bu­jąc powstrzy­mać śmiech, bo byli­śmy głupi, upa­leni i zupeł­nie nic nie mogło nas dotknąć.

Cyfrowy wyświe­tlacz na banku zmie­nia się z minus sied­miu stopni na siódmą dwa­dzie­ścia jeden.

Ukłu­cie w sercu staje się moc­niej­sze. Pełne zło­ści. Prze­dłu­że­nie okresu warun­ko­wego jest już pewne, podob­nie jak satys­fak­cja Mad­die. Oczyma wyobraźni widzę, jak zarzuca ramiona na pie­go­watą szyję Cody'ego i szep­cze, muska­jąc ustami jego ucho: "Jo łatwo pada na kolana, co nie?".

Za moim ple­cami roz­lega się klak­son. Wyj­muję rękę z kie­szeni, gotowa poka­zać środ­kowy palec, ale klak­son znów robi "biiip-biiip". Przy­go­to­wana na awan­turę zaglą­dam w otwarte okno i widzę...

- Mój boha­te­rze!

Miles Met­calf uśmie­cha się, wci­ska­jąc język w prze­rwę mię­dzy gór­nymi jedyn­kami.

- Pochle­biasz mi.

- Tylko gdy na to zasłu­żysz, a zasłu­gu­jesz, ziom.

Wzru­sza ramio­nami, lekko zawsty­dzony.

- Posy­py­wa­łem solą chod­nik przed domem sąsia­dów. To starsi, sym­pa­tyczni ludzie. Ale odsłu­cha­łem twoją wia­do­mość przed wyjaz­dem i domy­śli­łem się, że zapo­mnia­łaś tele­fonu, więc poje­cha­łem trasą... - Milk­nie na widok mojej miny. - Prze­pra­szam. Za dużo paplę. Wsia­daj!

Cią­gnę za klamkę i z samo­chodu wypa­dają dwie puste puszki po red bullu. Na pod­ło­dze leży kolej­nych dzie­sięć, a na sie­dze­niu kil­ka­na­ście poła­ma­nych cukier­ków w kształ­cie serc.

- Prze­pra­szam za bała­gan. - Zgar­nia okru­chy na dłoń, a potem się gapi, jakby pytał: "Co mam zro­bić z gar­ścią poła­ma­nych serc?". W końcu rzuca je na tylne sie­dze­nie.

- Bez urazy - mówię, wsia­da­jąc i roz­ko­pu­jąc stertę puszek - ale czy twój samo­chód kie­dyś wyglą­dał ina­czej?

Marsz­czy brwi, lecz nie opo­nuje. Nie mia­łoby to sensu. Jego orga­nizm funk­cjo­nuje na cukrze i kofe­inie. Miles nosi w kie­sze­niach kilka paczek kwa­śnych żel­ków, a napoje ener­ge­tyczne żło­pie jak wodę. Jeśli coś może pod­nieść mu tętno i/lub zabar­wić język na nie­bie­sko, na pewno to pochło­nie.

Z uchwytu na kubek wyj­muję cukierka Star­burst, odwi­jam z papierka i wsu­wam do ust.

- Jedź szybko - pona­glam. Czeka, aż zapnę pas, i rusza z pośli­zgiem, zaci­ska­jąc pobie­lałe palce na kie­row­nicy, która nie­mal wyrywa mu się z rąk. Ner­wowo łapię za uchwyt nad drzwiami. - Ale też bez­piecz­nie...

- Sorki, sorki, sorki. - Wci­ska pul­sa­cyj­nie hamu­lec, dopóki opony znów nie odzy­skują przy­czep­no­ści, i wypusz­cza powie­trze z płuc. - Nie­źle jak na pierw­szy raz, co?

Kradnę kolej­nego star­bur­sta.

- Pierw­szy raz?

- Pierw­szy raz w takich warun­kach pogo­do­wych. Zima była łagodna, więc... - Miles milk­nie i się czer­wieni. Chło­pak ma kosz­marną skłon­ność do rumień­ców. Pro­wo­kują go naj­mniej­sze dro­bia­zgi: zła odpo­wiedź na teście, rude dziew­czyny z grzywką, sama wzmianka o seksie.

Gdy czy­ta­li­śmy Romea i Julię w dzie­wią­tej kla­sie, pan Hardy pozwo­lił nam obej­rzeć adap­ta­cję fil­mową pod warun­kiem, że zacho­wamy spo­kój w tej mili­se­kun­dzie, w któ­rej widać piersi Julii. Więk­szość chło­pa­ków śli­niła się w ocze­ki­wa­niu na tę scenę. Ale nie Miles. Ner­wowo kiwał nogą, stu­ka­jąc w ławkę, i ści­skał ołó­wek w mor­der­czym chwy­cie, nie­mal łamiąc go na pół.

Tuż przed sceną, gdy w ocze­ki­wa­niu pochy­li­li­śmy się na krze­słach, Cody mruk­nął:

- Już po wszyst­kim, gościu.

I Miles uniósł wzrok ide­al­nie we wła­ści­wym (niewła­ści­wym?) momen­cie. Natych­miast spu­ścił głowę, total­nie zaże­no­wany, ale nie dość szybko. Zoba­czył.

Gorzej - wszy­scy widzie­li­śmy, że zoba­czył.

Zgo­to­wa­li­śmy mu pie­kło. Chło­paki chi­cho­tały, kopały jego krze­sło, prze­rzu­cały się jego ołów­kiem. Ja postu­ka­łam go pal­cem w ramię i spy­ta­łam teatral­nym szep­tem:

- O mój Boże, sta­nął ci?

Pró­bo­wał coś powie­dzieć, wydu­sić zaprze­cze­nie, ale z jego ust nie wydo­był się żaden dźwięk. Jak nazywa się głę­boka czer­wień? Pur­pura? Szkar­łat? Tak mocno pło­nęła mu twarz. A my wszy­scy - ja i chło­paki, moje chło­paki, któ­rych uwa­ża­łam za kum­pli - śmia­li­śmy się do roz­puku z bied­nego, nie­śmia­łego, nie­win­nego Milesa.

A teraz pro­szę bar­dzo! Oto ja i on, który jako jedyny pozo­stał przy mnie, kiedy ostat­niej jesieni wszystko się ryp­nęło. Mój przy­ja­ciel, w licz­bie poje­dyn­czej.

Szczy­pię go w poli­czek.

- Czuję się zaszczy­cona, że twój pierw­szy raz odbył się ze mną.

- Taa, jasne. - Odtrąca moją rękę. - Uwa­żasz, że jesteś zabawna, prawda?

- Bo jestem. Szkoda, że wszy­scy nie są tacy zabawni jak ja.

Miles par­ska śmie­chem. Odgar­nia loki, przy­kle­pane przez weł­nianą czapkę. Chyba chciałby coś powie­dzieć, ale słowa zamie­rają mu na ustach. To mu się czę­sto zda­rza: nasze prze­ko­ma­rza­nie rwie się, co i rusz prze­cho­dząc w smutną, przy­gnę­bia­jącą ciszę.

- Buuu - buczę z roz­cza­ro­wa­niem. I to jest żart. Serio.

Mil­cze­nie wisi mię­dzy nami, gdy Miles wjeż­dża do tunelu. Kiedy wyła­niamy się po dru­giej stro­nie, w oddali rysuje się kon­tur mia­sta, postrzę­piony i szary na tle ciem­niej­szego nieba. Śnieg wkrótce straci swój urok, ale teraz wygląda to cał­kiem pięk­nie.

To zna­czy na­dal nie zno­szę Roche­ster. Zawsze miesz­ka­łam tylko tu i bar­dzo chcę się stąd wyrwać. Z całego serca.

Ale cza­sami sobie wyobra­żam, jak by to było zostać.

Wtedy myślę o śniegu pada­ją­cym powoli w zimowe poranki takie jak ten, kiedy wydaje się, że świat zamarł. Tak jak­bym mogła po pro­stu... ode­tchnąć. A potem przez sześć mie­sięcy niebo jest bez­u­stan­nie szare albo sły­szę, jak ktoś mówi: "Widzisz tę dziew­czynę? To jej gołe fotki...".

Mój wzrok pada na zegar na tablicy roz­dziel­czej.

- Miles, muszę cię o coś popro­sić.

Jego gęste brwi uno­szą się odro­binę, a ja pró­buję uśmiech­nąć się uro­czo, nawet bez­rad­nie.

Wska­zuję na pręd­ko­ścio­mierz i suge­ruję:

- Możesz tro­chę przy­ci­snąć?

Kosz­tuje go to co naj­mniej dzie­sięć lat życia, ale pędzi, prze­kra­cza­jąc dopusz­czalny limit o całe osiem kilo­me­trów na godzinę, prze­jeż­dża­jąc nie na jed­nym, ale dwóch żół­tych świa­tłach, by dowieźć nas do Culver minutę przed cza­sem.

Wyska­kuję, nim samo­chód się cał­kiem zatrzyma.

- Jesz­cze­raz­dzię­ki­za­po­dwózkę!

- Co? - Miles wal­czy z zapię­ciem pasa. - Pocze­kaj!

Nie mam czasu na cze­ka­nie. Bie­gnę przez oblo­dzony dzie­dzi­niec i wpa­dam do szkoły przez wyj­ście ewa­ku­acyjne obok sali muzycz­nej. Przy­tłu­miony hałas - bęb­nie­nie w pia­nino, zawo­dze­nie skrzy­piec, ośli­niony jęk puzonu - ozna­cza, że nikt się tu nie będzie krę­cił.

Świet­nie, uniknę spo­tka­nia z dyrek­tor Lund. Co rano wita stu­den­tów przy głów­nym wej­ściu w towa­rzy­stwie innych pra­cow­ni­ków z trzesz­czą­cymi krót­ko­fa­lów­kami przy­pię­tymi do pasków. Założę się, że gdyby mnie teraz zoba­czyła, posła­łaby mi ten chłodny, pewny sie­bie uśmiech i rzu­ciła:

- Suge­ruję, żebyś się pospie­szyła, Kirby.

Spie­szę się, spie­szę.

Skrę­cam w lewo, w skrzy­dło dla ostat­nich klas, i wpa­dam do pra­cowni kom­pu­te­ro­wej w tej samej sekun­dzie, w któ­rej roz­lega się dzwo­nek. Byłoby to impo­nu­jące doko­na­nie, gdy­bym gło­śno nie łup­nęła drzwiami o ścianę. Pan Cho­pra zerka na mnie znad oku­la­rów bez opra­wek, przy­ci­ska­jąc mar­ker do bia­łej tablicy.

Cichutko zamy­kam za sobą drzwi.

- Prze­pra­szam.

- Dzię­kuję, że zaszczy­ci­łaś nas swoją obec­no­ścią - komen­tuje nauczy­ciel i wraca do ryso­wa­nia swo­jego auto­por­tretu. - Usiądź. I posta­raj się nie zro­bić sobie krzywdy, dobrze?

Strze­lam do niego z palca jak z pisto­letu, mru­żąc oko i klą­ska­jąc języ­kiem, a potem wcho­dzę pro­sto w sto­lik z dru­karką. Nikt nie jest na tyle uprzejmy, by uda­wać, że tego nie zauwa­żył. Nie bliź­niaki, Kyle i Tyler Spen­cer z iden­tycz­nymi uśmie­chami na twa­rzach. Nie April Kirk, która prze­szywa mnie złym wzro­kiem spod ogni­sto­ru­dej grzywki.

Nie Hud­son Har­per-Moore.

Śle­dzi każdy mój krok w stronę ostat­niego rzędu ławek, w któ­rym sie­dzimy prze­dzie­leni pustym krze­słem. Prze­żuwa pla­sti­kowe mie­sza­dełko z kawy na wynos, ale bez­sprzecz­nie pró­buje ukryć uśmiech. Spo­sób, w jaki mie­rzy mnie wzro­kiem, jak unosi kącik ust...

Poru­szam war­gami, żąda­jąc bez­gło­śnie: "Prze­stań".

Ale on nie prze­staje.

Odchyla się na tyl­nych nogach krze­sła i mówi tak, bym tylko ja usły­szała:

- Mocne wej­ście...

Kładę rękę mię­dzy jego łopat­kami i naci­skam w dół. Udaje mu się wypro­sto­wać, nim się wywróci, ale krze­sło gło­śno stuka meta­lo­wymi nogami o lino­leum.

Pan Cho­pra odsuwa się od tablicy.

- Dla­czego na­dal sto­isz, Jo?

- To nie ja!

- Dla­czego na­dal sto­isz? - powta­rza. Sia­dam. Nauczy­ciel wygląda dokład­nie tak jak jego kre­sków­kowy por­tret: ramiona sple­cione na piersi, usta zaci­śnięte w cienką linię, ponury, ale nie groźny. - Wszystko w porządku?

- Tak, pora­dzi­łam sobie. - To nie miał być żart, ale Hud­son przy­kłada wierzch dłoni do ust, tłu­miąc śmiech. Zrzu­cam kurtkę z ramion, bo nagle robi mi się gorąco. - Zamknij się, Hud­son.

Chło­pak wyciąga ramię i wspiera je o opar­cie pustego krze­sła.

- Prze­pra­szam, czy ja coś mówi­łem?

- O, nie. Nie zamie­rzam pro­wa­dzić z tobą tej gry.

- Jakiej gry? - Prze­krzy­wia głowę, ucie­le­śnie­nie nie­win­no­ści, a pasmo ciem­nych dłu­gich wło­sów wymyka mu się zza ucha. Pod tym kątem dosko­nale widzę jego twarz - piegi roz­sy­pane na nosie, cie­płe brą­zowe oczy ze zło­ci­stymi plam­kami, małą bli­znę na gór­nej war­dze.

A potem ma czel­ność się do mnie uśmiech­nąć.

Hud­son nie jest wcale okropny. Miło się na niego patrzy i to w grun­cie rze­czy przy­zwo­ity gość, ale się nie przy­jaź­nimy. Już nie. No dobra, być może raz (albo dwa) przy­jaź­ni­li­śmy się dość bli­sko, ale ogni­sko, nudesy, wszel­kie przy­kre następ­stwa szyb­ciutko wszystko mię­dzy nami zabiły.

Choć on ni­gdy nie sta­wiał mnie pod prę­gie­rzem jak reszta tych dup­ków.

Ale mimo to jest cho­ler­nie iry­tu­jący.

- Wiesz co? - Pro­stuję oba środ­kowe palce. - Jesteś trze­cią osobą, któ­rej dziś to poka­zuję, ale teraz robię to z peł­nym prze­ko­na­niem.

- Dzięki. - Po raz kolejny maskuje uśmiech, tym razem popi­ja­jąc kawę, jakby wygrał tę rundę gry, w któ­rej podobno w ogóle nie bie­rze udziału. Tej, dzięki któ­rej doro­bi­li­śmy się jako para tytułu Naj­go­ręt­szego Flirtu.

Tej, w któ­rej ja już nie mogę uczest­ni­czyć.

Kładę dło­nie pła­sko na bla­cie stołu i prze­ka­zuję mu wia­do­mość ruchem warg. Krztusi się kawą i wypluwa resztki do kubka. Wycie­ra­jąc brodę, zwraca się do nauczy­ciela:

- Panie pro­fe­so­rze, Jo wła­śnie kazała mi się p...

- Dwie minuty. - Cho­pra ści­ska nasadę nosa. - Zostały tylko dwie minuty.

- Co jest za dwie...? - zaczy­nam.

Hud­son obraca moni­tor w moją stronę.

NIE ZAPO­MNIJ!! Dziś ostatni dzień skła­da­nia apli­ka­cji na staż uczniow­ski.

Poda­nia otrzy­mane po 11:59 pią­tego lutego zostaną zwró­cone bez roz­pa­trze­nia. Bez wyjąt­ków i dodat­ko­wych ter­mi­nów!

W celu uczcze­nia tego eks­cy­tu­ją­cego wyda­rze­nia dyrek­tor Lund zapra­sza ostat­nie klasy do sali gim­na­stycz­nej pod­czas pierw­szej prze­rwy na SPE­CJALNĄ NIE­SPO­DZIANKĘ ufun­do­waną przez absol­wen­tów-men­to­rów! Zostaną podane lek­kie prze­ką­ski.

Obec­ność obo­wiąz­kowa ?

Osu­wam się na krze­śle, aż mój tyłek wystaje poza sie­dzi­sko.

- Ten uśmie­szek ze mnie szy­dzi.

- Ze mnie też - mam­ro­cze Hud­son.

Staż uczniow­ski to doroczny pro­gram men­tor­ski, w któ­rym dobiera się w pary absol­wen­tów Culver oraz naj­bar­dziej obie­cu­ją­cych mło­dych lide­rów. (Ow­szem, ścią­gnę­łam tę frazę z ulotki przy­kle­jo­nej we wszyst­kich kabi­nach toa­le­to­wych w budynku). Od "bez­cen­nego doświad­cze­nia zawo­do­wego" po cudne, słod­kie nawią­zy­wa­nie kon­tak­tów ten pro­gram to mokry sen naj­lep­szych uczniów naj­lep­szej szkoły w rejo­nie.

Choć mimo wytłusz­czo­nych KAPI­TA­LI­KÓW oraz dwóch (!!) wykrzyk­ni­ków rze­czy­wi­ście zapo­mnia­łam o osta­tecz­nym ter­mi­nie - ale mia­łam słuszny powód.

A mia­no­wi­cie taki, że gówno mnie to obcho­dzi.

- Dobra, dzie­ciaki - mówi Cho­pra po spraw­dze­niu obec­no­ści i jakimś cudem brzmi to jak zakoń­cze­nie zajęć. Roz­lega się szu­ra­nie krze­seł i zapi­na­nie zam­ków bły­ska­wicz­nych. A potem jakby po namy­śle nauczy­ciel dodaje: - Jo, możesz chwilkę zostać?

- A muszę? - pytam. Jego mina ozna­cza, że tak. Gdy sala pusto­szeje, pod­cho­dzę do jego biurka, biorę dłu­go­pis i rysuję rzą­dek smut­nych buziek na liście obec­no­ści. - Co to za spe­cjalna nie­spo­dzianka?

- Spo­tka­nie i przy­wi­ta­nie z men­to­rami - wyja­śnia. Ostat­niej smut­nej buźce dodaję zmarsz­czone brwi i jest teraz naj­smut­niej­sza i naj­bar­dziej wście­kła ze wszyst­kich. Pan Cho­pra zabiera mi dłu­go­pis. - Jo, spóź­niasz się z lay­outem.

- Jakim lay­outem? - Udaję, że nie wiem, o czym mówi. Cho­dzi mu oczy­wi­ście o lay­out księgi pamiąt­ko­wej dla ostat­nich klas, mój pro­jekt zali­cze­niowy w tym seme­strze. Moż­liwe, że mia­łam go oddać dwa tygo­dnie temu.

- I jesteś mi winna sześć mini­pro­jek­tów. Sześć. Musia­łem... - Cho­pra milk­nie i stuka dłu­go­pi­sem w kla­wia­turę. - Conti popro­sił o twoje port­fo­lio.

Żołą­dek mi się skręca ze stra­chu.

- Co? Dla­czego?

Wiem dla­czego. Pan Conti, zastępca dyrek­tora i wrzód na tyłku, spra­wuje nad­zór nad moim okre­sem warun­ko­wym. Przez ostat­nie sześć tygo­dni prze­strze­ga­łam wszel­kich usta­leń i zasad. Żad­nych spóź­nień, zosta­wa­nia po lek­cjach, inter­wen­cji admi­ni­stra­cyj­nych. Jutro mamy się spo­tkać w spra­wie zakoń­cze­nia mojej kary.

Zakoń­cze­nia jej!

- Powie­dzia­łem mu, że muszę prze­kon­wer­to­wać for­mat pliku, by go wysłać, ale że dostar­czę go do środy. - Każde słowo wyma­wia powoli i sta­ran­nie. Z naci­skiem. Dodaje cicho: - Nie mogę cię dłu­żej kryć, Jo.

- Nie, wiem. Wiem. - Ruszam do drzwi. - To będzie naj­lep­sze port­fo­lio, jakie pan...

- Zmy­kaj - prze­rywa mi.

Chęt­nie sto­suję się do pole­ce­nia.

Rozdział 3

- 3 -

Pro­blem w tym, że nie skoń­czę port­fo­lio do środy. Ponie­waż nie zro­bi­łam nic z mniej­szymi pro­jek­tami i pra­wie nic z lay­outem księgi pamiąt­ko­wej. Zaczę­łam, ale zre­zy­gno­wa­łam, kiedy ktoś w rubryce doko­nań wpi­sał "Naj­więk­sza Dziwka Roku: Jo-Lynn Kirby" - trzy­na­ście razy.

Wyrwa­łam wszyst­kie wpisy, a strzępy wrzu­ci­łam do kosza, jakby mnie to nic nie obcho­dziło.

I nie obcho­dzi.

Kolejny pro­blem: wola­ła­bym wal­nąć głową w ścianę niż iść na pozna­nie i powi­ta­nie absol­wen­tów. Staż uczniow­ski zupeł­nie mnie nie inte­re­suje. Po pro­stu nie jestem na tyle zde­spe­ro­wana, by udo­wad­niać, że jestem naj­lep­sza z naj­lep­szych. By robić, co należy w celu zdo­by­cia tego, czego chcę.

Dla mnie jest to nie­wy­obra­żalne. Skąd inni wie­dzą, czego chcą? Ja nawet nie mam poję­cia, co chcę zjeść na śnia­da­nie. Bekon, jajka i seza­mowy baj­giel z serem? Płatki? A może nic, skoro zanim się zde­cy­duję, będzie już pora obiadu?

- Wszystko dobrze - mru­czę pod nosem. Moje kroki dud­nią zsyn­chro­ni­zo­wane z ude­rze­niami serca.

- Gadasz do sie­bie?

- Daj mi spo­kój, Hud­son. - Przy­spie­szam, ale on z łatwo­ścią mnie doga­nia. To nie­spra­wie­dliwe. Jest tak wysoki, że jeden jego krok równa się trzem moim. - Nie powi­nie­neś już być na spo­tka­niu i powi­ta­niu? - odgry­zam się.

- Popsuł­bym nie­spo­dziankę. - Wyso­kim łukiem rzuca pusty kubek po kawie do kosza na śmieci, nawet nie muska­jąc kra­wę­dzi. - Po pierw­sze, chciało mi się siku. Po dru­gie, nie jestem naj­moc­niej­szym kan­dy­da­tem, więc...

- Aha. Racja. - Wła­ści­wie o tym wie­dzia­łam.

Naj­moc­niej­szy kan­dy­dat ma rozum, ambi­cję, a do tego kon­kretne plany na stu­dia.

Zeszłej jesieni wybuchł praw­dziwy skan­dal, kiedy gruch­nęła wieść, że Hud­son Har­per-Moore - zaj­mu­jący dru­gie miej­sce w ran­kingu, mający wygło­sić mowę na zakoń­cze­nie szkoły i dostać dzie­sięć tysięcy dola­rów, które są w pakie­cie - nie zło­żył poda­nia na żadną uczel­nię.

A naprawdę paskud­nie się zro­biło, gdy jakaś ano­ni­mowa grupa uczniów zażą­dała, by zrzekł się swo­jego miej­sca. Zamie­ścili nawet list otwarty w szkol­nej gazetce, doma­ga­jąc się, by "postą­pił wła­ści­wie" i "pomy­ślał o kole­gach", czyli "o ich przy­szło­ści". A co z jego przy­szło­ścią?

Tam­tym uczniom zależy tylko na pozy­cji w ran­kingu, pie­nią­dze nic dla nich nie zna­czą. (Ni­gdy nie pyta­łam, ale jakoś prze­czu­wam, że dla Hud­sona mogą wiele zna­czyć). Gazeta wyco­fała list po tym, jak Lund inter­we­nio­wała, prze­sy­ła­jąc mail o etyce czy coś, ale mleko już się roz­lało.

- No i tak to - dodaje Hud­son. Nie­zręczna cisza nie­sie nas do otwar­tych drzwi sali gim­na­stycz­nej.

Jed­nak nie wcho­dzimy do środka.

Sala ocieka czer­nią i sre­brem, bar­wami naszej szkoły. Z belek zwi­sają flagi i wypeł­nione con­fetti balony, a pod ścianą stoi bufet. Śmie­tanka Culver ota­cza kil­ka­na­ście skła­da­nych sto­li­ków roz­sta­wio­nych na par­kie­cie, usta­wia­jąc się w kolej­kach po dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści osób.

Oto Jack Par­ker, naj­bar­dziej nie­zno­śny dzie­ciak na zaję­ciach z eko­no­mii dla zaawan­so­wa­nych, toruje sobie łok­ciami drogę przez try­buny, jakby się spóź­nił na spo­tka­nie Mło­dych Repu­bli­ka­nów. Dalej Daniele de Palma, przez jedno "l", znana oso­bi­stość i szkolna foto­grafka, cyka fotki chęt­nym dziew­czę­tom z orkie­stry, bły­ska­jąc fle­szem.

Brzę­cze­nie napię­tych ner­wów, gło­śne bicie dwóch setek serc uczniów ostat­niej klasy - to dla mnie zbyt wiele.

Opie­ram się bez­wład­nie o ścianę.

- Nie chcę tam wcho­dzić.

- Ja też nie. - Hud­son chwilę mil­czy. - To... może nie wchodźmy.

Uno­szę wzrok i spo­glą­dam na niego. Gwał­tow­nie wcią­gam powie­trze. Dokład­nie w takiej pozie uchwy­ciła nas w ostat­nim seme­strze Daniele Przez Jedno L na zdję­ciu, dzięki któ­remu otrzy­ma­li­śmy swój tytuł Naj­go­ręt­szego Flirtu: ja wci­śnięta w szafkę, Hud­son pochy­lony nade mną z leni­wym pół­u­śmiesz­kiem i łok­ciem wspar­tym nad moją głową.

Gdy­bym chciała - ale wcale nie chcę - mogła­bym ide­al­nie wpa­so­wać się w krzy­wi­znę jego ciała. Sta­nąć na pal­cach, żeby dokład­nie mnie widział, gdy się uśmie­cham, kusząco i miło, ale nie za miło.

Mogła­bym kokie­te­ryj­nie wzru­szyć ramio­nami i zapy­tać:

- A co innego pro­po­nu­jesz?

Hud­son mruga gwał­tow­nie.

- Co?

- Co? - Przy­ci­skam rękę do ust. "Co innego pro­po­nu­jesz?"?

Na chwilę wcie­li­łam się w dziew­czynę, którą kie­dyś byłam, i te słowa mimo­wol­nie mi się wymknęły. Widzi­cie, ist­nieje bar­dzo cienka gra­nica mię­dzy Naj­go­ręt­szym Flir­tem a Naj­więk­szą Dziwką. A ja nie mia­łam poję­cia, że ist­nieje, dopóki jej nie prze­kro­czy­łam.

Oble­wam się rumień­cem i odpo­wia­dam:

- Nie­ważne.

A potem daję nura do sali.

- Jo! - woła za mną, ale nie­mal w tej samej chwili ktoś krzy­czy:

- Hud­son!

Cody For­sy­the. Roz­po­zna­ła­bym ten głos wszę­dzie - szorstki i schryp­nięty, jakby po nie­do­le­czo­nym zapa­le­niu krtani. Cody stoi pod koszem z Benem Sul­ki­nem, naj­lep­szym mio­ta­czem, drugi w kolejce do siwo­wło­sego men­tora z opa­le­ni­zną natry­skową. Na tabliczce wid­nieje napis: "Frank Hatch, Finanse".

- Tutaj, stary! - woła Cody, przy­kła­da­jąc ręce do ust.

Hud­son się waha. Prze­suwa wzro­kiem po ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach chło­pa­ków, potem zerka na swój strój: czarne dżinsy, nie­chlujne trampki, dżin­sową kurtkę narzu­coną na białą koszulkę. Gdy znów pod­nosi głowę, spo­gląda nie na kole­gów, lecz na mnie - i teraz Cody też mnie dostrzega.

Wnętrz­no­ści mi się skrę­cają, gdy unosi wargę. Do dzie­sią­tej klasy cho­dzi­li­śmy do tego samego orto­donty, ale zgryz Cody'ego się popra­wił w ciągu roku. Teraz Cody wła­ści­wie się nie uśmie­cha, tylko obnaża zęby.

Posy­łam Hud­so­nowi zdaw­kowy uśmiech.

- Miłej zabawy z kum­plami!

Znów mnie woła, ale ja już kryję się w pod­eks­cy­to­wa­nym tłu­mie, sta­ra­jąc się nie myśleć, że to kie­dyś też byli moi kum­ple. Z naci­skiem na "byli".

Nogi niosą mnie w stronę bufetu. Pew­nie mogła­bym odszu­kać Milesa, ale to by ozna­czało towa­rzy­stwo jego dur­no­wa­tych kum­pli, któ­rzy uwa­żają mnie za bez­mó­zgą blon­dynę. (Daj­cie spo­kój, prze­cież widać, że to jest ciemny blond). Przy­naj­mniej z tyłu przy bufe­cie ode­tchnę, mimo że powie­trze prze­sy­cone jest zapa­chem lakieru i potu. Tam mogę pobyć sama.

Poza tym wia­domo - sło­dy­cze.

Prze­glą­dam ofertę: racu­chy z jabł­kami, tar­tinki wiśniowe, cro­is­santy z posypką z ciem­nej cze­ko­lady. Wycią­gam rękę po papie­rowy tale­rzyk, ale w tej samej chwili sięga po niego jakaś kobieta.

- Sorki, że się wci­nam - mówi - ale jestem tak głodna, że zaraz zacznę zże­rać samą sie­bie. - Kła­pie szczyp­cami do nabie­ra­nia niczym pasz­czą potwora. - Czuję się winna. Na co masz ochotę?

- Hm, na bułeczkę z kar­me­lem - odpo­wia­dam. Kobieta kła­dzie ją na tale­rzyku i gestem wska­zuje, żebym go wzięła. - Jest pani jedną... z nich? - Macham w kie­runku sto­li­ków dla men­to­rów.

- Wyglą­dasz na zasko­czoną.

Bo nie tak ich sobie wyobra­ża­łam. Po pierw­sze kobieta jest młoda, chyba nawet przed trzy­dziestką. Włosy ma upięte w nie­dbały kok, nosi powy­cią­gany swe­ter, a w raj­sto­pach od kolan do kostek pole­ciały jej oczka. Na obu nogach.

Czy­ta­jąc mi w myślach, wyja­śnia:

- Przy­szłam tu tylko dla jedze­nia. - Wbija zęby w trój­kąt z cia­sta fran­cu­skiego, a lukier osy­puje się na jej dżin­sową sukienkę. - Dla­czego nie pod­li­zu­jesz się jak wszy­scy inni?

Jak na dany znak głos Cody'ego wznosi się ponad hałas. Chło­pak wyraź­nie zła­pał flow. Ben Sul­kin też. (Wygląda na to, że Hud­son się już pod­dał). Chło­paki roz­luź­niają kra­waty, śmieją się niczym człon­ko­wie sto­wa­rzy­sze­nia stu­den­tów wspo­mi­na­jący dawne, dobre czasy, a Frank Hatch, Finanse wszystko to łyka.

Men­torka kiwa głową w ich stronę.

- To twoi przy­ja­ciele?

Chyba żar­tuje. Na pewno nie ocze­kuje, że potwier­dzę. Pró­buję zoba­czyć sie­bie jej oczami: przy­gar­bione ramiona, dłu­gie splą­tane włosy, za duże ubra­nia, mające ukryć moje ciało. Tak jak­bym chciała cał­ko­wi­cie znik­nąć.

Kręcę głową.

- Dawni przy­ja­ciele.

- Tak? A co się stało?

Nie spo­dziewa się chyba, że wyznam prawdę, a wła­ści­wie to co w ogóle mia­ła­bym powie­dzieć? "Och, jasne, kum­plo­wa­łam się z tymi kole­siami, ale wku­rzy­łam tego niskiego - Cody'ego, oczy­wi­ście, wiem, że ma na imię Cody - więc wysłał moje nagie fotki do wszyst­kich na swo­jej liście kon­tak­tów".

Takiej histo­rii raczej nie opo­wiem.

Więc od nie­chce­nia wzru­szam ramio­nami. Obo­jęt­nie.

- Kie­dyś byłam spoko, ale już nie jestem, więc mnie nie lubią. - Spo­glą­dam na swój talerz. - Wła­ści­wie to oka­zuje się, że ni­gdy mnie nie lubili.

- A to dla­czego?

- Nie wia­domo. - Pod­no­szę bułeczkę i wgry­zam się w nią łap­czy­wie. Dodaję z peł­nymi ustami: - Mam taką ujmu­jącą oso­bo­wość.

Nie roz­ma­wiamy przez jakieś dzie­sięć sekund. Odli­czam. W jede­na­stej kobieta popra­wia na nosie oku­lary w meta­lo­wych opraw­kach, jakby chciała mi się dokład­niej przyj­rzeć.

- Nie dosły­sza­łam two­jego imie­nia.

- Bo go nie poda­łam. Jestem Jo.

- Jo i co dalej?

- Myśl­nik Lynn Kirby.

Kiwa głową raz, potem drugi i wyciąga rękę.

- Tess Spra­dlin - przed­sta­wia się.

Gapię się na nią - to zna­czy na Tess - i jej wycią­gniętą rękę. Hm, czy to wła­śnie jest nawią­zy­wa­nie kon­tak­tów? Szansa, bym miała prawo ubie­gać się o staż, będąc na warun­ko­wym, jest bli­ska zeru, a poza tym nawet gdy­bym mogła, to nie wiem, czy w ogóle bym chciała. Mam ogromny poten­cjał, ale nie umiem go wyko­rzy­stać. To znak fir­mowy Jo-Lynn Kirby.

Już mam powie­dzieć: "Ja też tu przy­szłam tylko dla jedze­nia", ale gryzę się w język i ujmuję jej dłoń.

- Przy­kro mi, że prze­szka­dzam... - No nie, Maddie. Tuż obok mnie, z wymu­szo­nym uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy.

Nara­sta we mnie coś w rodzaju śmie­chu, gorz­kiego i nie­przy­jem­nego.

- Tobie jest przy­kro? Serio?

A ona nadaje nie­zra­żona, jak­bym się w ogóle nie ode­zwała:

- To dla mnie zaszczyt, że mogę panią poznać, panno Spra­dlin. Nazy­wam się Mad­die Price. - Robi pauzę, jakby się spo­dzie­wała, że Tess roz­po­zna jej nazwi­sko. - Ja, hmm, cze­ka­łam w kolejce do pani, ale moje przy­ja­ciółki...

Spo­gląda na try­buny, na któ­rych sie­dzą te jej przy­ja­ciółki.

Pta­szyny.

Doro­biły się tego przy­domka przez pana Foksa, naszego nauczy­ciela histo­rii w dru­giej kla­sie. Na każ­dej lek­cji, gdy chi­cho­tały, szcze­bio­tały i uci­szały się nawza­jem: "Ciii, ciii", stu­kał dłu­go­pi­sem w brodę, zosta­wia­jąc na skó­rze nie­bie­skie plamki tuszu, i mówił:

- Czyż­bym nie zamknął okna? Wygląda na to, że dziś pta­szyny gło­śno świer­golą.

A teraz Kath­leen O'Mara przy­ciąga resztę Pta­szyn bli­żej do sie­bie, jesz­cze bli­żej, i szep­cze coś wred­nego. Poznaję po spo­so­bie, w jaki Sara Caruso się uśmie­cha, wygi­na­jąc swoje ide­alne brwi. Po tym, jak Micha­ela Rus­sell ude­rza Kath­leen w ramię, ale też nie może powstrzy­mać uśmieszku. Jed­nak dopiero gdy odwra­cają się w naszą stronę, wszyst­kie naraz, uświa­da­miam sobie, że uwaga nie tylko była wredna, ale też doty­czyła mnie.

Gorący rumie­niec wypełza na moją twarz. Zmu­szam się, by spu­ścić wzrok. Patrzeć gdzie­kol­wiek, tylko nie na nie. Inne dziew­czyny ni­gdy za mną nie prze­pa­dały, a Pta­szyny szcze­gól­nie.

Przy­naj­mniej anty­pa­tia jest wza­jemna.

- Ja, hm... - Mad­die się jąka, jakby pró­bo­wała sobie przy­po­mnieć zda­nie wyczy­tane w książce. Nie żeby nor­mal­nie try­skała pew­no­ścią sie­bie, ale to wygląda dziw­nie. Nie­mal jakby miała tremę w obli­czu gwiazdy ekranu. - Nie mogłam prze­pu­ścić oka­zji, by poznać panią oso­bi­ście, panno Spra­dlin.

- Czym się zaj­mu­jesz, Tess? - pytam, odgry­za­jąc kolejny kęs bułeczki.

- Jest napi­sane w pro­gra­mie. - Mad­die pod­nosi ulotkę z bufetu i wci­ska mi ją do ręki.

Taka pomocna, taka oczy­wi­sta ta Mad­die Price. Zer­kam na stronę z bio­gra­mami men­to­rów.

TESS SPRA­DLIN jest kie­row­niczką redak­cji w "ROC Weekly". Absol­wentka pre­sti­żo­wego Insty­tutu Dzien­ni­kar­stwa im. Arthura L. Car­tera na Uni­wer­sy­te­cie Nowo­jor­skim, przez kilka lat pra­co­wała jako fre­elan­cerka w Nowym Jorku, zanim wró­ciła do Roche­ster. Jej arty­kuły uka­zy­wały się w takich cza­so­pi­smach jak "The City", "Chirp" i inne.

Rów­nie dobrze mogli dodać zastrze­że­nie, że nikt, kto nie jest Mad­die Price, nie może ubie­gać się o staż u niej.

I chyba mniej wię­cej to wła­śnie teraz wyja­śnia. Mówi coś o "Soko­lim Wzro­kiem", szkol­nej gazetce, którą rzadko kiedy czy­tam. Coś o tym, że ona też wybiera się na NYU. (Nie, to nie jest jesz­cze potwier­dzone, ale zło­żyła poda­nie przed ter­mi­nem, więc wkrótce powinna dostać odpo­wiedź).

- Uwa­żam, że ide­al­nie do sie­bie pasu­jemy - stwier­dza i nawet ja to kupuję.

- Ty też piszesz?

Dopiero po sekun­dzie uświa­da­miam sobie, że Tess zwraca się do mnie, ale w tej wła­śnie sekun­dzie wpy­cham w sie­bie resztę bułki. Wska­zuję na pełne usta, a potem prze­żu­wam, prze­żu­wam i prze­żu­wam, aż w końcu udaje mi się wymam­ro­tać:

- Nie.

- Z nas dwóch to raczej ja jestem pisarką. - Mad­die bły­ska swoim naj­bar­dziej sztucz­nym uśmie­chem, muska­jąc pal­cami deli­katny naszyj­nik z gra­na­tami, pre­zent na osiem­nastkę od Cody'ego.

Wyrzu­cam tale­rzyk do śmiet­nika.

- Z całą pew­no­ścią, Mads.

Tess tak­suje nas wzro­kiem, zachwy­cona, choć udaje, że wcale nie. Jak­by­śmy z Mad­die były kolej­nym mate­ria­łem do opi­sa­nia.

- Prze­pra­szam, jesz­cze jedno pyta­nie. - Tess wska­zuje na mnie paznok­ciem pokry­tym odra­pa­nym czar­nym lakie­rem. - Nie piszesz, ale potra­fisz?

- Chyba potra­fię skle­cić zro­zu­miałe zda­nie.

- W takim razie będę zachwy­cona, jeśli zło­żysz apli­ka­cję na staż, Jo.

Przy ostat­nim sło­wie - szyb­kim, jed­no­sy­la­bo­wym ude­rze­niu mojego imie­nia - twarz Mad­die się zapada. Marsz­czy się jak kawa­łek papieru zmięty w dłoni. Już mam się wyco­fać ("Przy­kro mi, ale nie jestem zain­te­re­so­wana"), gdy Mad­die z nie­do­wie­rza­niem cicho par­ska śmie­chem i wypo­wiada jedno pro­ste słowo:

- Nie.

Trzy litery, pełne zda­nie.

Nikt mi nie będzie dyk­to­wał, co mam robić.

Płyn­nym ruchem wyry­wam ser­wetkę ze sto­jaka, wyj­muję dłu­go­pis z torby i pochy­lam się, by napi­sać: "Mówi­łam, że umiem skle­cić zda­nie".

- Pro­szę. - Zama­szy­stym gestem podaję Tess ser­wetkę. - Możesz to uznać za moją apli­ka­cję.

A potem odwra­cam się do Mad­die i tuż przed odej­ściem robię coś naprawdę pod­łego: pusz­czam do niej oko.

Wiem, że nie jestem bez winy. Draż­nię ją. Pro­wo­kuję. Ale już mnó­stwo razy pró­bo­wa­łam się wyplą­tać z tego bała­ganu, wyja­śnić, że z nią nie rywa­li­zuję. Ani teraz, ani wtedy, ani ni­gdy. Cza­sami mogła­bym przy­siąc, że nasz kon­flikt trwa wyłącz­nie dla­tego, że ona nie potrafi odpu­ścić.

Choć przy­pusz­czam, że ja też nie, więc nie powin­nam się wymą­drzać.

Rozdział 4

- 4 -

To się cza­sami zda­rza. Zapo­mi­nam, że już nie jestem dziew­czyną, która może mówić lub robić, co chce, i ucho­dzi jej to na sucho, zapo­mi­nam, że mam tylko jeden jedyny cel: wypier­da­lać stąd.

Stąd, czyli z liceum Culver. Stąd, czyli z Roche­ster w sta­nie Nowy Jork.

Zatem daję za wygraną. Nie wychy­lam się i trzy­mam buzię na kłódkę. Odli­czam dni do zakoń­cze­nia szkoły, co oka­zuje się nie­zno­śnie przy­gnę­bia­jące. Posta­na­wiam więc sku­pić się na jutrze. Jesz­cze tylko jeden dzień. Powta­rzam ten zwrot w myślach aż do zakoń­cze­nia lek­cji.

- Jesz­cze tylko jeden dzień, co? - Miles nie­zdar­nie zapina guziki kurtki. - A potem będziesz wolna!

- Miejmy nadzieję. - Szu­kam karty biblio­tecz­nej w szafce. Zgod­nie z zasa­dami warun­ko­wego powin­nam spę­dzać cztery godziny tygo­dniowo w biblio­tece, ponie­waż Conti chyba liczy na to, że będę odra­biała zada­nia domowe.

Spo­iler: Nic z tego.

- Myśl pozy­tyw­nie! - Miles opiera się o sąsied­nią szafkę, ale natych­miast się odsuwa.

Chyba sobie przy­po­mniał, do kogo należy: do April Kirk.

Widzi­cie, Miles i April cho­dzili ze sobą przez krótką chwilę. Sprawa była na tyle poważna, że nawet wybrali się razem na bal, ale nie na tyle poważna, by zwią­zek prze­trwał waka­cje, które dziew­czyna spę­dziła na obo­zie muzycz­nym. Ni­gdy nie dopy­ty­wa­łam się o powód zerwa­nia, ponie­waż nic mnie to nie obcho­dzi, sorki, ale April zwró­ciła się prze­ciwko mnie na długo przed tym, zanim zro­biła to cała reszta: posy­łała mi zło­wiesz­cze spoj­rze­nia i trak­to­wała mnie tak ozię­ble, że nie­mal naba­wi­łam się odmro­żeń.

Nawet nie wiem, co jej zro­bi­łam.

- Świę­tujmy jutro. - Miles pró­buje stuk­nąć ramie­niem w moje ramię, ale nie tra­fia. Tak jak Bazy­lia, kiedy chce się otrzeć o moje nogi, ale prze­strzela i skręca całe ciało. - Świę­tujmy twoje uwol­nie­nie. To zna­czy koniec warun­ko­wego.

Zatrza­skuję drzwi szafki.

- Zoba­czymy, czy nie obleję, dobrze?

- Nie oble­jesz.

- A jeśli? - To ma być żart, ale... Wszystko jest moż­liwe.

Po sła­wet­nym ogni­sku moje stop­nie pogar­szały się z każ­dym testem, do któ­rego się nie przy­go­to­wa­łam, z każ­dym spóź­nio­nym lub nie­od­da­nym ese­jem - a ja obser­wo­wa­łam to wszystko niczym widz w teatrze swo­jego wła­snego życia. Pozwa­la­łam, by to się działo.

Przed feriami zimo­wymi Conti wezwał mojego ojca, by omó­wić "pewne nie­po­ko­jące kwe­stie". Tato kiwał głową we wła­ści­wych momen­tach. Marsz­czył brwi, gdy zapa­dała cisza. A potem, gdy Conti oznaj­mił, że do końca seme­stru będę na okre­sie warun­ko­wym, powie­dział:

- No cóż, jestem pewien, że Jo bar­dzo się stara.

- Nie oble­jesz - powta­rza Miles, wyglą­da­jąc przez okno na dzie­dzi­niec. Śnieg pada nieco rza­dziej, ale niebo pociem­niało. Przy­ci­ska rękę do szyby. Cie­pło jego dłoni roz­cho­dzi się pro­mie­ni­ście. - Mogę ci pomóc, wiesz. Jeśli potrze­bu­jesz.

Dzwo­nek brzmi na tyle gło­śno, że mogę uda­wać, iż nie dosły­sza­łam jego słów.

Dwie minuty póź­niej wkra­czam do biblio­teki. Jestem w fatal­nym nastroju. Jesz­cze jeden dzień i tak dalej, ale mam ser­decz­nie dość. Podaję kartę dyżur­nej pierw­szo­kla­si­stce, młod­szej sio­strze Kath­leen O'Mary. Irlandz­kie geny są silne: dziew­czyna ma duże zie­lone oczy, jasną cerę i bar­dzo ciemne włosy.

Pod­bija moją kartę i pod­suwa mi ją z nie­śmia­łym uśmie­chem.

- Pro­szę, Jo-Lynn.

- Jo. - Popra­wiam ją odru­chowo.

- Och... Prze­pra­szam.

- Nie! Nie prze­pra­szaj. Dzię­kuję... hm, Clare - odpo­wia­dam. Uśmie­cha się wzru­szona, że zapa­mię­ta­łam jej imię. (Nie zapa­mię­ta­łam, nosi iden­ty­fi­ka­tor). Nie­zdar­nie macham ręką i idę do kąta ze słow­ni­kami, gdzie opa­dam na wypeł­nione kul­kami sie­dzi­sko. Sztruk­sowy pokro­wiec jest wytarty i popla­miony. Wolę nie wie­dzieć czym.

Odgry­wam rolę pil­nej uczen­nicy: roz­pi­nam ple­cak i wyj­muję zeszyt. Fizyka. Rzyg. Tylko Miles, praw­do­po­dob­nie przy­szły stu­dent MIT2, zapi­sał się na roz­sze­rzone zaję­cia u pana Holta. Nikt, kto nie jest takim geniu­szem jak on, ni­gdy nie dostał oceny wyż­szej niż trója. Od cza­sów mojego ide­al­nego brata i jego god­nej zazdro­ści czwórki z minu­sem.

Z zeszytu wypa­dają nie­do­koń­czona kart­kówka i zale­głe zada­nie domowe, ale nie szko­dzi. Wszystko jest dobrze.

Poza tym, że wiszący pod kratką wen­ty­la­cyjną pla­kat z hasłem "DASZ RADĘ!" się marsz­czy, jakiś czy­ta­jący mangę dzie­ciak siąka nosem, a ponadto nie podoba mi się, jak wygląda "J", gdy zapi­suję swoje imię, więc gwał­tow­nie zamy­kam zeszyt, a potem rów­nież oczy. Jedyne, o czym chcę teraz myśleć, to nie­my­śle­nie.

Spo­kój trwa mak­sy­mal­nie dwie minuty.

Nawet z zamknię­tymi powie­kami wyczu­wam, że ktoś staje mię­dzy mną a górną lampą, zasła­nia­jąc świa­tło niczym chmura nasu­wa­jąca się na tar­czę słońca. Wstrzy­muję oddech i nie ruszam się, bo jeśli będę uda­wała mar­twą, to...

- Jo?

- Nie. - Cisza trwa dwie, trzy, cztery sekundy, a potem otwie­ram oczy. Leni­wie uno­szę głowę. I posy­łam mój naj­bar­dziej pro­mienny uśmiech Mad­die Price. - Nie­za­leż­nie od tego, czego chcesz, odpo­wiedź brzmi "nie".

- Liczy­łam na to, że poroz­ma­wiamy.

- Liczy­łaś na to, że poroz­ma­wiamy - powta­rzam. Nie, nie jestem wredna, to jej wła­sne słowa i into­na­cja, ale Mad­die się wzdryga. Sia­dam pro­sto, a wor­kowy fotel zapada się pode mną. - Cho­dzi o tę durną ser­wetkę? Napi­szę mail do tej całej Tess, jeśli ty...

- Nie, nie. To zna­czy, potrze­buję tego stażu, Jo, więc powin­naś się wyco­fać, ale... - Mad­die gło­śno wypusz­cza powie­trze, prze­cze­su­jąc ręką przy­pró­szone śnie­giem włosy. - Nie cho­dzi o to.

- No dobra, spoko, w takim razie czego chcesz ode mnie?

I nagle, ot tak po pro­stu, Mad­die Price pęka. Zakrywa twarz sza­li­kiem, ale szloch wydziera się z jej gar­dła, jakby miał szpony i kły.

- Ekhm. - Tylko tyle udaje mi się wydu­kać. Dźwi­gam się z podu­chy i pod­cho­dzę do niej powoli, jakby była dzi­kim kotem w pułapce. Nikt jesz­cze nie zwró­cił na nas uwagi i wolę, żeby tak pozo­stało.

Nie mogę - nie chcę - zostać obwi­niona o to, że dopro­wa­dzi­łam ją do łez.

Znów.

Z tru­dem oddy­cha­jąc, dziew­czyna szep­cze:

- Prze­pra­szam... Bar­dzo przep...

- Cicho bądź - odpo­wia­dam i ujmuję ją za rękę, po czym pro­wa­dzę mię­dzy rega­łami do nie­czyn­nej toa­lety dla per­so­nelu. Ogrze­wa­nie nie działa, a woda ze spłuczki pły­nie dopiero po trzy­krot­nym naci­śnię­ciu klapki.

Gdy drzwi są już bez­piecz­nie zamknięte, Mad­die opiera się rękami o umy­walkę w kolo­rze nie­mow­lę­cego błę­kitu. Smarki z jej nosa spły­wają na usta. Pró­buje ode­tchnąć, ale dławi się powie­trzem.

- Fuj, Mad­die. - Wrę­czam jej papie­rowy ręcz­nik z podaj­nika.

Wydmu­chuje nos.

- Prze­pra­szam.

- Prze­stań prze­pra­szać.

- Ja... - Bie­rze gwał­towny drżący wdech, a potem wypusz­cza powie­trze na kilka razy.

Jakoś nie­tak­towne wydaje mi się obser­wo­wa­nie, jak pró­buje odbu­do­wać w sobie osobę, którą zawsze uda­wała. Sku­piam się więc na wszyst­kim poza nią: na pira­mi­dzie rolek papieru toa­le­to­wego, na kręgu różo­wego mydła zaschnię­tego wokół odpływu umy­walki, na cięż­kim łomo­cie swo­jego serca. Bije w szyb­kim, nie­rów­nym ryt­mie. Aż w końcu oddech Mad­die się uspo­kaja.

Postę­puję kro­czek w jej stronę.

- Mad­die?

Gło­śno wzdy­cha, wpa­tru­jąc się w swoje oczy w zapa­ro­wa­nym lustrze. I mówi:

- Chyba wpa­dłam w kło­poty.

W sys­te­mie ogrze­wa­nia roz­lega się syk, a z kratki wen­ty­la­cyj­nej dola­tuje powiew lodo­wa­tego powie­trza. Po moich ple­cach prze­biega dreszcz.

- Ty... co?

- Chyba wpa­dłam w kło­poty - powta­rza, już opa­no­wana - ale myślę, że możesz mi pomóc.

- Ja? - Zmu­szam się do śmie­chu. - Ech, nie. Nie ma mowy.

- Pro­szę, Jo. Nie mogę się zwró­cić do nikogo innego. Ani do przy­ja­ció­łek. Ani do...

- Nie. - Cofam się, ude­rza­jąc łok­ciem w umy­walkę, a ból prze­szywa moje ramię. - Co to w ogóle zna­czy? Jakie kło­poty? - Obra­cam to słowo w myślach, a potem wcią­gam powie­trze tak gwał­tow­nie, że nie­mal krztu­szę się wła­sną śliną. - O mój Boże, jesteś w ciąży?

- Co? Nie! To by było...

- Nie­po­ka­lane poczę­cie?

Rumieni się.

- Nie musisz tego tak ujmo­wać.

To, że Mad­die jest dzie­wicą, nie powinno mnie wcale zaska­ki­wać. Cody jest jej pierw­szym chło­pa­kiem. Moż­liwe, że pierw­szym wszyst­kim. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek się cało­wała przed tą nocą na plaży, gdy chło­pak, któ­rego kochała, odwza­jem­nił jej zain­te­re­so­wa­nie - choć tylko dla­tego, że był z pew­nych wzglę­dów zde­spe­ro­wany.

Sły­sza­łam, jak powie­dział: "Ta dziew­czyna zrobi dla mnie wszystko".

Czyli jed­nak nie zro­biła wszyst­kiego.

Mad­die prze­suwa dło­nią po lep­kiej od łez twa­rzy.

- Wyja­śnię ci wszystko, obie­cuję, tylko... nie tutaj. Może pój­dziemy na kawę?

- Jestem uzie­miona do trze­ciej.

- W takim razie spo­tkajmy się o trze­ciej. Przy sto­jaku na rowery?

- Jesz­cze się nie zgo­dzi­łam. - "Jesz­cze". Mad­die też zwraca na to uwagę. Ścią­gam wodze. Odzy­skuję kon­trolę. - Nie żebym była wredna, ale dla­czego mia­ła­bym ci w czym­kol­wiek poma­gać?

Może to nik­czemne z mojej strony, że powta­rzam jej okrutne słowa z dzi­siej­szego poranka.

Świeże łzy zbie­rają się w kąci­kach jej oczu.

- Dla­tego, Jo.

W jakimś sen­sie to brzmi jesz­cze okrut­niej.

"Nie". Trzy litery, jedno pełne zda­nie. Tak nie­wia­ry­god­nie łatwo to powie­dzieć - "nie", ot tak, po pro­stu - i nie rozu­miem, dla­czego ni­gdy mi to nie wycho­dzi. Nie rozu­miem, dla­czego zamiast tego mówię:

- Dobra.

Mad­die podąża za mną mię­dzy rega­łami.

- Trze­cia, tak? - upew­nia się, nadep­tu­jąc mi na piętę. Zatrzy­muję się, by popra­wić but, a ona kie­ruje się do nie­strze­żo­nego wyj­ścia awa­ryj­nego. Zatrzy­muje się przy drzwiach i posyła mi ten swój śliczny, miły uśmiech.

Nie zamie­rzam odpo­wia­dać tym samym.

- To brzmi, jak­byś mnie wra­biała, wiesz?

Nie jestem pewna w co. Nazwijmy to prze­czu­ciem.

Mad­die marsz­czy brwi.

- Ni­gdy bym ci tego nie zro­biła.

Tyle że zro­biła. I to wiele razy. Mogła­bym jej przy­po­mnieć naj­więk­sze hity. Impreza nad base­nem? Koniec dzie­wią­tej klasy? Jak kaza­łaś mi zapro­sić chło­pa­ków i wmó­wi­łaś swo­jej mamie, że to był mój pomysł? A jak powie­dzia­łaś Cody'emu o mnie i o...?

- Do zoba­cze­nia, Jo. - Mad­die popy­cha drzwi, ale przy­staje w progu. Zasta­na­wiam się, czy czeka, aż ode­zwie się alarm. I zosta­nie zła­pana. Ale gdy znów się do mnie odwraca, z jej twa­rzy nie da się niczego wyczy­tać. Jakby w ogóle nie pła­kała. - Nikt ni­gdy nie może się o tym dowie­dzieć.

Zapiera mi dech w piersi.

- Co ty powie­dzia­łaś?

Raczej cho­dzi mi o: "Dla­czego to powie­dzia­łaś?".

Te słowa w tej wła­śnie kolej­no­ści, te czy­ste nie­bie­skie oczy...

Ale Mad­die już nie ma, wyszła na mróz, idzie, pochy­la­jąc się pod napo­rem wia­tru, jak cień na świe­żej war­stwie śniegu.

Rozdział 5

- 5 -

Cze­kam na Mad­die przy sto­jaku rowe­ro­wym z rękami głę­boko w kie­sze­niach i sza­li­kiem nacią­gnię­tym do połowy twa­rzy. Spod warstw ubrań wystaje tylko pasek mojej skóry: oczy, kości policz­kowe, nasada nosa.

Mimo to mróz mocno mi doskwiera.

O trze­ciej, tak? Pew­nie jest już pięć po. Ostatni ucznio­wie spie­szą do auto­bu­sów, któ­rych zużyte sil­niki war­ko­czą i dud­nią. Czarny dym unosi się z rur wyde­cho­wych.

- Pospiesz się, Mad­die. - Prze­stę­puję z nogi na nogę. - Pospiesz się, pospiesz.

Roz­glą­dam się po par­kingu dla naj­star­szych klas, szu­ka­jąc bia­łego priusa. I dziew­czyny w czar­nym weł­nia­nym płasz­czu. (Jakby to nie był opis połowy uczen­nic Culver w zimie). Jakaś laska zmie­rza w tę stronę, ale to nie Mad­die, i nie jest sama. Mrużę oczy, pró­bu­jąc dostrzec coś przez śnieg, po czym rzu­cam się za naj­bliż­szy kubeł na śmieci, śli­zga­jąc się na zamar­z­nię­tej kałuży jakie­goś paskudz­twa i tłu­miąc odruch wymiotny.

Tylko Pta­szyny mogły mnie zmu­sić do cze­goś takiego.

Kath­leen O'Mara jak zawsze idzie na czele.

- Możemy się pospie­szyć? Dzięki!

Nie daj­cie się zwieść: Kath­leen jest naj­gor­sza, zło­śliwa, poważna i bar­dzo, bar­dzo kato­licka. Ni­gdy nie widzia­łam, by się uśmie­chała, i to nie jest żart.

Choć chyba jest tego bli­ska, gdy Sara wywija orła na lodzie.

- Zbie­raj się, Caruso - war­czy. Nie umiem stwier­dzić, czy naprawdę się wścieka, czy nie. Pomo­głoby, gdyby wyka­zy­wała się czymś choćby zbli­żo­nym do poczu­cia humoru.

Nie­ważne. Sara jest zawsty­dzona. Chi­cho­cze, odrzu­ca­jąc głowę do tyłu, a jej szkar­łatne usta kon­tra­stują z bielą śniegu.

- Zła­ma­łam sobie dupę! - krzy­czy. Jej schryp­nięty głos na mro­zie brzmi jesz­cze bar­dziej chro­po­wato.

Pew­nego dnia w zeszłym roku na jakiejś impre­zie, gdy Miles się wsta­wił kiep­skim piwem, wyznał mnie i Cody'emu, że jej głos wydaje mu się - serio - ero­tyczny. Dokład­nie tego słowa użył. Ero­tyczny. Rycza­łam ze śmie­chu tak gło­śno, że się zsu­nę­łam ze stołka, a Cody wyce­dził:

- Koleś, ktoś cię tu w ogóle zapro­sił?

Zaru­mie­niony Miles odpo­wie­dział:

- Hm, ty.

Choć wcale nie o to cho­dziło.

Sara na­dal skarży się na ból tyłka, a Micha­ela Rus­sell przy­klęka obok niej.

- Zostań ze mną! - woła, przy­ci­ska­jąc rękę do czoła przy­ja­ciółki. - Zaraz ci pomogę. Jestem lekarką.

- Nie jesteś lekarką... - syczy Kath­leen.

- Pro­szę się odsu­nąć. Potrze­bu­jemy dostępu do świe­żego powie­trza.

- Jeste­śmy na dwo­rze. Pełno tu powie­trza.

- Czy mam pani podać środki uspo­ka­ja­jące? - Micha­ela pró­buje zacho­wać powagę, ale po sekun­dzie pęka. Ze wszyst­kich Pta­szyn ona jest naj­zno­śniej­sza. W zeszłym roku były­śmy jedy­nymi dziew­czy­nami na zaję­ciach z roz­sze­rzo­nej bio­lo­gii, więc uparła się, żeby­śmy pra­co­wały w parze. Gada­ły­śmy o jej prak­ty­kach w lokal­nym Archi­wum Dzie­dzic­twa Histo­rycz­nego Czar­nych, o naszej sła­bo­ści do kiep­skich musi­cali fil­mo­wych i o tym, jak Hud­son obcina mój tyłek, gdy się pochy­lam nad mikro­sko­pem.

- Hej, to ja. - Sara unosi rękę. - Czy to moż­liwe, że rze­czy­wi­ście zła­ma­łam tyłek?

Micha­ela pod­nosi ją, ale sama też z tru­dem utrzy­muje rów­no­wagę. Dziew­czyny pisz­czą, wcze­pia­jąc się w sie­bie, a Kath­leen zaga­nia je do samo­chodu. Obra­ca­jąc klu­czyk na palcu, pyta:

- A tak w ogóle, co Mad­die chce uczcić?

- To nie­spo­dzianka. - Micha­ela zerka w tele­fon. - O cho­lera, już jest na miej­scu.

W mojej piersi wzbiera furia, gorąca i ciężka. Jeśli Mad­die już jest na miej­scu, to zna­czy, że tu jej nie ma, co zna­czy, że mnie cho­ler­nie wysta­wiła. Wysta­wiła mnie... na co dokład­nie?

- Jedźmy, zanim się wściek­nie - nalega Kath­leen. - Nie jestem w nastroju na te...

- Ukry­wasz się?

Poty­kam się i padam pro­sto na tyłek, dokład­nie tak jak Sara. Hud­son, tłu­miąc śmiech, wyciąga rękę. Odtrą­cam ją i wstaję, wska­zu­jąc głową jego kubek z kawą.

- Kofe­ina to nar­ko­tyk, wiesz?

- Dzięki za tro­skę. Co robisz?

- Cze­kam na... - Zaska­kuje mnie wyraźny głos Mad­die w mojej gło­wie: "Nikt ni­gdy nie może się o tym dowie­dzieć". Wci­skam zmar­z­nięte ręce do kie­szeni. - Na kogoś.

- Ale jesteś tajem­ni­cza.

- Wcale nie. Prze­pra­szam, ale muszę zdą­żyć na auto­bus.

- Cze­kaj! - Wyciąga rękę, żeby chwy­cić mnie za ramię, ale rezy­gnuje, jakby się bał, że cofnę się przed jego doty­kiem. (I ma rację, zro­bi­ła­bym to). Otwiera swo­jego SUV-a z gło­śnym "blip-blip". - Pod­rzu­cić cię?

Boże, jakież to kuszące. Nie cier­pię jazdy auto­bu­sem - tego, jak się chy­bo­cze, peł­znąc po oblo­dzo­nych uli­cach, wiszą­cej w środku stę­chłej woni ogrze­wa­nia i spo­co­nych pierw­szo­kla­si­stów. Prze­jażdżka na pewno wywoła u mnie atak cho­roby loko­mo­cyj­nej. Jak zawsze w taką pogodę.

Ale z Hud­so­nem to zbyt ryzy­kowne. Zbyt jakieś. Już sły­szę te szepty: "Widzia­łaś, że Jo wsia­dła do samo­chodu Hud­sona? Cie­kawe, dokąd poje­chali. Cie­kawe, co robili".

Rumieńce palą moje policzki. Cofam się o krok, byle dalej od niego.

- Podzię­kuję - odpo­wia­dam i odcho­dzę, nie mówiąc nic wię­cej i ani razu się nie oglą­da­jąc.

Gdy brnę do domu, lampy uliczne migo­czą w zapa­da­ją­cym zmroku niczym poma­rań­czowe kule. Pra­wie zwy­mio­to­wa­łam w auto­bu­sie. Chłód liże moje wil­gotne dło­nie.

Ale wewnątrz pło­nie ogień. Tli się tuż pod powierzch­nią skóry, wyci­ska­jąc kro­pelki potu na karku. Powin­nam była wie­dzieć, że nie należy ufać Mad­die Price, ale to wszystko - łzy, drżące usta, nale­ga­nie, że "nikt ni­gdy nie może się dowie­dzieć" - wydaje się zbyt bez­względne nawet jak na nią.

W domu po dru­giej stro­nie ulicy włą­cza się świa­tło.

Roz­pro­mie­niona pani Price mija okno w wyku­szu, trzy­ma­jąc tele­fon w wycią­gnię­tej ręce. Roz­mowa wideo? Pew­nie z Mad­die. Nikt nie budzi w niej takiej rado­ści jak córeczka. Kobieta pod­cho­dzi do włącz­nika i zwięk­sza natę­że­nie świa­tła z żyran­dola: jaśniej, jaśniej, a potem ciem­niej.

Nagle się zatrzy­muje. Marsz­czy brwi. Powoli unosi dłoń do ust.

- Nie pod­glą­daj sąsia­dów.

Pod­ska­kuję.

- Jezu!

Moja mama śmieje się, sto­jąc na scho­dach z papie­ro­sem w ustach. Pozwala sobie na dwa tygo­dniowo. "Paskudny nałóg", mawia. To jedyna paskudna rzecz w niej. Nawet w takim sta­nie, bez maki­jażu, z wło­sami zebra­nymi w nie­dbały kucyk, spodniami do jogi wetknię­tymi w buty z owczej skóry, jest nie­spra­wie­dli­wie piękna.

Matki na kon­kur­sach pięk­no­ści roz­tkli­wiały się nad naszym podo­bień­stwem. "Te oczy!" (Ona ma osza­ła­mia­jąco cha­browe, ja po pro­stu... nie­bie­skie). "Te włosy!" (Jej są złote i jedwa­bi­ste, moje kilka odcieni ciem­niej­sze i wiecz­nie splą­tane). Sto­so­wały taki chwyt, żeby zwró­cić uwagę Katie Lynn Sprin­ger, byłej Miss Nasto­la­tek Ten­nes­see, jakby ich córki mogły wchło­nąć jej zwy­cię­stwo przez samą bli­skość.

Śmiech na sali. Ja wyszłam z jej łona i skoń­czy­łam z banem na lokalne kon­kursy.

Matka wska­zuje głową dom naprze­ciwko.

- Co ta rodzina ma prze­ciwko zasło­nom?

To nie jest praw­dziwe pyta­nie, tylko kolejna pozy­cja na jej liście zaża­leń do Price'ów. Pozo­stałe doty­czą: koloru ich domu w odcie­niu piany mor­skiej, sta­rego psa, Tan­nera, który cierpi na lęk sepa­ra­cyjny i ujada jak najęty, czte­ro­oso­bową rodzinkę kra­snali pod żywo­pło­tem, na­dal w kom­ple­cie, choć zeszłego lata pan Price prze­pro­wa­dził się do loftu w cen­trum.

- Ci ludzie po pro­stu chcą być oglą­dani - dodaje, gasząc papie­rosa w kubku po kawie.

Dym snuje się za nami do domu, a wła­ści­wie nie, wręcz prze­ciw­nie - wydo­bywa się z niego. W holu wisi szara mgła, a detek­tor zaczyna wyć.

Zarzu­cam sza­lik na kratkę wen­ty­la­cyjną.

- Tato coś pie­cze?

Z kuchni dobiega stek prze­kleństw, co uznaję za odpo­wiedź twier­dzącą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki