Inna dusza - Łukasz Orbitowski

-
Proszę czekać

Wejście. 2013

Wej­ście

2013

-?Przy pierw­szym cio­sie tak, potem już nie. Pewno po temu dzia­ba­łem ich tyle razy -?mówi Jędrek. -?Pewno myśla­łem, że znów coś poczuję, a tu nie. Tylko za pierw­szym cio­sem -?powta­rza, zwie­sza­jąc ciężką głowę. Nie­bie­ska bluza opina się na sze­ro­kich bar­kach. Zawsze ubie­rał się na nie­bie­sko. Mówił, że to kolor wojow­nika.

Sie­dzimy naprze­ciw sie­bie przy brą­zo­wym stole, na pro­stych sza­rych krze­słach. Dwa okna na prze­ciw­le­głym końcu sali widzeń koja­rzy­łyby mi się ze skle­pi­kiem na sto­łówce zakła­do­wej, gdyby nie kraty i straż­nik pod bro­nią. Więź­nio­wie roz­ma­wiają z żonami, rodzi­cami, kochan­kami, dziećmi. Ktoś pła­cze. Jakiś ber­beć lgnie do wyta­tu­owa­nej dłoni, mówi, że pani w sądzie nie chciała, żeby przy­szedł. Mówi, że popełni jakieś straszne prze­stęp­stwo, aby być razem z tatu­siem.

Jestem zdzi­wiony, bo Jędrka odwie­dzam od lat i opo­wie­dział mi o tym, co zro­bił, i dużo wię­cej, ale ni­gdy się nie zająk­nął, jak mu z tym było tam, w środku.

-?Dobrze, że przy­sze­dłeś -?mru­czy Jędrek i zaraz pyta: -?Jak ojciec? - Nie wiem, o kogo mu cho­dzi, więc dopo­wiada: -?Jak mój kochany stary?

Mówię, że nic się nie zmie­niło. Pan Ryszard sie­dzi w Toru­niu z nową rodziną. Ma dwoje dzieci, jedno już cho­dzi do szkoły. Znik­nął z radaru i ludzie o nim nie roz­ma­wiają. Jędrek znów kiwa głową: szare policzki zjeż­dżają ostro do peł­nych ust i cof­nię­tego pod­bródka z nastro­szoną szcze­ciną. Gdy tutaj tra­fił, ledwo zara­stał.

-?A matka? -?dopy­tuje.

Teraz przy­naj­mniej wiem, kogo ma na myśli. Przed­wcze­sna eme­ry­tura pchnęła panią Hanię w trze­cią już pustkę. Pani Hania jeź­dzi na działkę. W samot­nym miesz­ka­niu w For­do­nie przyj­muje psy, nie­raz głu­che i ślepe, pró­bu­jąc zna­leźć dla nich nowy dom. Jest sucha i blada jak trup zna­le­ziony w zamieci. Nie­długo zapi­sze się na uni­wer­sy­tet trze­ciego wieku i powy­bija okna w piw­ni­cach, żeby koty miały się gdzie schro­nić. Zosta­wiam tę myśl dla sie­bie i mówię Jędr­kowi, że z jego matką wszystko w porządku. Nie wie­rzy mi.

-?A reszta? Co z resztą? -?chce wie­dzieć.

Jego ciemne oczy przy­po­mi­nają jamy oble­pione bło­tem, w jego gło­sie próżno szu­kać żalu, a jed­nak te imiona nie przejdą mu przez gar­dło. Ni­gdy nie prze­szły. Mógł­bym opo­wie­dzieć mu o cier­pie­niu i obo­jęt­no­ści, o czło­wieku, który runął na pysk i leży od osiem­na­stu lat w gów­nie roz­cień­czo­nym przez łzy, i o kobie­cie, która nim się opie­kuje, bo tak trzeba, bo opieka przy­nosi ulgę i zapo­mnie­nie. Osiem­na­ście lat, dłu­żej, niż żył ich syn. Opo­wie­dział­bym o Beatce zako­twi­czo­nej w War­sza­wie, jej dzie­ciach, o pry­wat­nym przed­szkolu i dwu­po­zio­mo­wym miesz­ka­niu na sta­rym Moko­to­wie. O matce, która stra­ciła jedyną córkę. Dodał­bym: nie­któ­rym się udaje, chciała, to ma. Lecz wolę ina­czej. Odpo­wia­dam po pro­stu, że oni aku­rat jakoś się poskła­dali. Mówię też, że nie­długo prze­stanę jeź­dzić na Jasną. Jędrek wzru­sza ramio­nami.

-?Twój tatko, jak się ma? -?zaga­duje.

Nie odpo­wiem. Jędrek zawsze zadaje te same pyta­nia, zawsze odpo­wia­dam tak samo, to jedno pusz­cza­jąc mimo uszu.

-?Dobrze, żeś do mnie znów zaj­rzał, no. Tyś to ni­gdy na Jasną nie paso­wał. -?Pro­stuje się na krze­śle, opusz­cza dło­nie na stół, splata palce i trze kciu­kiem o kciuk. Bli­zna jest nie­mal nie­wi­doczna. -?U cie­bie w porządku, co nie?

Tak, u mnie w porządku. Widze­nie zaraz dobie­gnie końca. Opo­wia­dam Jędr­kowi o rze­czach, które ni­gdy nie będą do niego nale­żały. Na Dwor­co­wej, bli­sko Gdań­skiej, mach­nęli apar­ta­men­to­wiec jak ta lala i będę tam miesz­kał, na dru­gim pię­trze, a straż­nik prze­goni nie­pro­szo­nych gości. Straż­nik ma nie­bie­ski mun­dur i wąsy zażół­cone od papie­ro­sów. Zamó­wi­łem meble na wymiar, chcę miesz­kać jak czło­wiek, ale sto­larz ociąga się z wyko­na­niem. Jeż­dżę do niego do Raci­niewa i poga­niam. Gdy wra­cam, par­kuję na pry­wat­nym par­kingu w pod­zie­miach budynku. Mój volks­wa­gen jetta ma już sześć lat i chciał­bym kupić coś nowego, tylko czasu bra­kuje -?wciąż te wyjazdy. Nie wybra­łem nawet tele­wi­zora. Chciał­bym usiąść i być sobą u sie­bie.

-?To dobrze -?mówi Jędrek. -?Dobrze, że się poukła­dało.

Pod­nosi się ocię­żale, jakby wiel­kim wysił­kiem odry­wał się od krze­sła. Z pierw­szym kro­kiem odzy­skuje dawną sprę­ży­stość, a gdy staje przed zakra­to­wa­nymi drzwiami, cze­ka­jąc, aż go wpusz­czą, przyj­muje tę pozę, którą dobrze pamię­tam z cza­sów, gdy buja­li­śmy się razem. Nogi w lek­kim roz­kroku, łopatki ścią­gnięte, pofał­do­wany kark, ramiona ugięte w łok­ciach i powolny ruch pal­ców, jakby mię­to­szą­cych coś nie­wi­dzial­nego.

A to, co mam. wrzesień 1995

A to, co mam

wrze­sień 1995

1.

Jędrek sie­dzi przy stole naprze­ciwko ojca. Trzyma dło­nie na kola­nach i patrzy w tele­wi­zor wyświe­tla­jący Praw­ni­ków z mia­sta anio­łów. Nad nimi wisi lawen­dowa Matka Boska z bez­bron­nym wężem zaplą­ta­nym w stopy. Meblo­ściankę wypeł­niają kie­liszki, karafki, szklanki w koszycz­kach i książki opra­wione w płótno. Ojciec pyta, czy Jędrek czuje się przy­go­to­wany, ale nim uzy­skuje odpo­wiedź, z kuchni wyła­nia się matka. Nie­sie patel­nię z jajecz­nicą. Wraca jesz­cze po chleb, już posma­ro­wany masłem, i słoik z powi­dłami, któ­rych nikt nie ruszy. Roz­kłada jajecz­nicę i kromki na trzech taler­zach, każ­demu po równo. Ojciec gasi tele­wi­zor.

Ojciec Jędrka przy­po­mina chu­dego sza­ro­pió­rego ptaka. Na drob­nym przed­ra­mie­niu błysz­czy bran­so­letka. Pan Ryszard prze­łyka drobny kęs i pyta syna, jakie ma dziś przed­mioty. Jędrek, który wła­śnie popchnął chle­bem tłu­stą żółtą papkę w głąb ust, musi pocze­kać z odpo­wie­dzią.

-?Polaka, towaro, matmę i wuef dwie godziny, tatuś -?mówi. -?Ale matmy pewno nam nie zro­bią, babka była chora wczo­raj. Więc może nam te wuefy prze­suną na wcze­śniej­szą. Podobno cza­sem tak prze­su­wają.

Pan Ryszard duma nad tym, co usły­szał. W tym cza­sie matka, pani Hania, zdąży popra­wić kosmyk na gło­wie syna. Może weź­mie kurtkę? Lato już się prze­cież skoń­czyło. Jędrek kiwa głową -?tak, weź­mie -?a pan Ryszard przy­po­mina, że zawsze może zadzwo­nić do szkoły i zapy­tać, czy syn jest na lek­cjach.

-?Pytaj, tatuś -?odpo­wiada Jędrek. Bie­rze łyk her­baty.

Pan Ryszard zmie­nia temat i wspo­mina Lecha Wałęsę, który nie­dawno ogło­sił się bied­nym i zapo­wie­dział powrót do stoczni, w robot­ni­czych butach. Zda­niem pana Ryszarda to zagrywka pod publiczkę, Wałęsa ode­grał swoją rolę i teraz czas na mądrzej­szych, otrza­ska­nych w świe­cie. Uważa, że były pre­zy­dent czeka, aż tępy lud przy­peł­znie doń na klęcz­kach. Gdy pani Hania, szara i sucha jak gnat, rzuca parę słów o kło­po­tach roz­sta­wa­nia się z wła­dzą, bie­rze ostat­nią kromkę, nazywa Wałęsę tłu­kiem i wyraża życze­nie, by syn nie poszedł jego śla­dem. Pyta Jędrka, co będzie robił po szkole. Jędrek posyła mu znu­dzone spoj­rze­nie.

-?Prak­tyki, tatuś. Zej­dzie do pią­tej jak nic, jeśli nie dłu­żej. Przed siódmą zajadę, jakoś tak.

Odkłada wide­lec i nie­ru­cho­mieje. Sły­szy, że w takim razie powi­nien być w domu przed szó­stą, ale jak chce tę siódmą, niech ma, tylko siódma punkt, żeby nie było. Chło­pak kiwa głową. Matka dojada ostat­nia, pod­rywa się i sięga po tale­rze. Pan Ryszard kła­dzie jej dłoń na przed­ra­mie­niu: w tym tygo­dniu kolej na Jędrka. Pani Hania przy­po­mina, że już późno, chło­pak spóźni się do szkoły. Pan Ryszard jest jed­nak zwo­len­ni­kiem zasad, a Jędrek wcale nie zamie­rza się kłó­cić. Sprząta ze stołu, pod­wija rękawy nie­bie­skiej bluzy i bie­rze się do zmy­wa­nia. Garbi się, nie chce ude­rzyć skro­nią w okap. Pani Hania opiera się o fra­mugę bez drzwi i patrzy, jak gąbka w rękach syna śli­zga się po taler­zach.

Przed wyj­ściem Jędrek zagląda do swo­jego pokoju. Na bia­łych pół­kach meblo­ścianki stoją kak­tusy, mini­wieża Edyta z odcze­pia­nymi kolum­nami, ale kaset jest nie­wiele -?kilka skła­da­nek o kolo­ro­wych grzbie­tach, Ace of Base i Dr. Alban. Niżej tro­chę gazet o spo­rcie i samo­cho­dach. Ścianę naprze­ciwko zło­żo­nego łóżka zdobi pla­kat filmu Pre­da­tor: Arnold wyła­nia się z dżun­gli, usma­ro­wany czarną mazią, i mie­rzy kara­bi­nem pro­sto w pana Ryszarda, który wyj­muje z ple­caka Jędrka kolejny zeszyt, otwiera, spraw­dza i wkłada z powro­tem.

-?Och, tato! -?mam­ro­cze Jędrek. Robi krok, pochyla się do przodu, jakby chciał wyrwać ojcu ple­cak, ale rezy­gnuje. Pan Ryszard wstaje, oddaje synowi, co jego. Jędrek zakłada buty już na zewnątrz, w zabu­do­wa­nym kory­ta­rzyku, który dzielą z sąsia­dami. Zerka za sie­bie. Widzi ojca wią­żą­cego kra­wat przed lustrem.

2.

Matula prosi, żebym poszedł po chleb na śnia­da­nie dla sie­bie i ojca. Ona nie zje, bo musi już do magla. Tatko, jak wsta­nie, zaraz będzie głodny.

Teraz leży zagrze­bany w pościeli, wystaje tylko stopa. Łóżko jest dla niego za małe, wal­nął się sko­sem i chra­pie, oddy­cha­jąc przez nos. Pod­no­szę spodnie, wycią­gam skar­petki z noga­wek. Pójdą do kosza na brudy, razem z koszulą fla­ne­lową, za to katana jest jesz­cze w porządku i tra­fia na wie­szak.

Na klatce scho­do­wej zawsze mamy zaćmie­nie słońca. Poręcz się chy­bo­cze, prze­ska­kuję przez strza­skane szkło i po chwili jestem na Jasnej. Jasna cią­gnie się pra­wie od Brdy. Zaraz przy rzece mają zakład usług chłod­ni­czych, ale od jakie­goś czasu kręcą się tam tylko goście od wykle­py­wa­nia samo­cho­dów zza Odry, migiem pcha­nych przez Bug. Dalej, po obu stro­nach ulicy, kru­szą się jed­no­pię­trowe rudery. Nie­które dawno stra­ciły barwę, inne trza­śnięto na róż, inne, jak nasza, stra­szą pstro­ka­ci­zną. W nich siwe głowy, wyta­tu­owane ramiona na para­pe­tach, koty i twa­rze sta­ru­szek. W wąskich gar­dłach wio­dą­cych na podwórka gęsto roz­wie­szone pra­nie. Mijam zapar­ko­wane samo­chody. Obra­cam monety w kie­szeni.

Idę do Grun­waldz­kiej i po dro­dze zrów­nuje się ze mną Darek. Mieszka dwie kamie­nice dalej i jest w porządku, tylko chyba za bar­dzo chce być lubiany. Ma jasne włosy i twarz dziew­czynki. Mamy tyle samo lat, a prze­wyż­szam go o głowę. Przy­bi­jamy piątkę i Darek zaraz zaczyna gadać o siłowni. Szuka kogoś, kto chciałby z nim poćwi­czyć. Chyba rze­czy­wi­ście powi­nien przy­brać, bo wygląda jak nie­szczę­ście. Nosi pod­róbki reebo­ków, jakie sprze­dają na Che­miku, wytarte dżinsy i fla­ne­lową koszulę w kratę nacią­gniętą na golf. Zaraz wsią­dzie w auto­bus i poje­dzie na Kru­czą, do sześć­dzie­siątki dwójki, ja się cofnę kawa­łe­czek, na Ślą­ską. Naj­pierw jed­nak zakupy.

Darek nawija o tej siłowni, jakby przy­bie­rał masy od samego papla­nia. Zna już pod­sta­wowe ćwi­cze­nia i nazwi­ska kul­tu­ry­stów, bra­kuje mu jed­nak towa­rzy­stwa. Mówi, że na Czar­nec­kiego star­sze chło­paki złą­czyły kilka piw­nic i cisną stal, da się wytrzy­mać, choć duchota i goły kran bez kibla. Biorą trzy­dzie­ści zło­tych za mie­siąc, można cho­dzić do woli. Zaraz pytam, skąd ma takie pie­nią­dze i czy mu nie szkoda: odpo­wiada, że rodzice dadzą, jeśli będzie im przy­no­sił piątki, poza tym jest poważ­nym czło­wie­kiem i ma wła­sne źró­dła dochodu. Wła­sne źró­dła dochodu to jest coś, myślę sobie, pró­buję pocią­gnąć temat, lecz Darek mil­czy. Żegnamy się pod skle­pem. Jego uścisk dłoni raczej nie koja­rzy się ze stalą.

Roz­glą­dam się po skle­pie. Wszę­dzie podwójna cena, aktu­alna i sprzed deno­mi­na­cji. Na ścia­nie reklama lodów Magnum i kalen­darz z zeszłego roku. Widząc mnie, pan Docent pod­nosi się ospale, lecz czuj­nie, niby straż­nik zacza­ro­wa­nej wieży peł­nej słod­ko­ści. Jasna koszula w prążki, ta co wczo­raj, opina mu się na brzu­chu. Pyta, czego mi trzeba. Zaraz wyj­muję pie­nią­dze, żeby się nie zło­ścił bez potrzeby. Pod­cho­dzę, patrzę sobie na chipsy z tazo Star Wars, na Hubbę Bubbę, chru­piące Kuku­ruku i słodki napój w kolo­ro­wym woreczku. Pro­szę o chleb, delmę w małym pudełku, dwa­dzie­ścia deko mor­ta­deli, kilo ziem­nia­ków i tro­chę boczku. Wysy­puję monety na ladę i oczy pana Docenta zwę­żają się, jakby wła­śnie spoj­rzał w świa­tło. Udaje, że prze­li­cza, i pcha zło­tówkę w moim kie­runku. Wolę lizak Hip o smaku toffi, za złoty dwa­dzie­ścia. Pan Docent pro­te­stuje, tylko po to, by zaraz zmięk­nąć.

Sia­dam na skraju stop­nia do sklepu, tak by nikomu nie prze­szka­dzać. Mój lizak jest ciemny i bar­dzo słodki. Zawsze obie­cuję sobie, że zjem go powoli, i ni­gdy mi się nie udaje. Roz­gry­zam tę cukrową masę che­miczną, aż wcho­dzi mi mię­dzy zęby, potem obli­zuję słodki patyk, czu­jąc twar­dość pla­stiku. Wstaję i widzę Darka. Sie­dzi na przy­stanku i notuje coś w czar­nym zeszy­cie, który zawsze nosi ze sobą, nawet jeśli nie cho­dzi do szkoły.

W domu ojciec prze­wró­cił się na brzuch i już nie chra­pie. Odkry­wam zadra­pa­nie na jego ramie­niu. Drażni mnie sam ten widok, nacią­gam koł­drę aż na czer­wone uszy mojego tatu­sia i zmy­kam do kuchni, zro­bić nam kanapki. Mor­ta­delę kroję cienko, lecz i tak scho­dzi cała, za to mam kopia­sty talerz kro­mek we wszyst­kich jasno­ściach brązu. Część zano­szę ojcu, dwie kromki skła­dam, zawi­jam w folię i cho­wam do ple­caka. Rano nie bywam głodny. Reszta zostaje na stole. Matka sie­dzi po sta­remu, trzyma się za łok­cie i patrzy za okno, na magiel, gdzie tak się spie­szyła. Prze­pra­sza. Nie­po­trzeb­nie. Prze­cież się na nią nie gnie­wam.

3.

Jędrek sie­dzi na pod­ło­dze wyło­żo­nej tera­kotą i głasz­cze Safonę. Safona jest czarną kotką o krót­kich łap­kach, wiecz­nie ster­czą­cym ogo­nie i pła­skim pyszczku wyra­ża­ją­cym jakąś pre­ten­sję. Dosko­nale wie, jak jej dogo­dzić. Dra­pie pod brodą, za uchem, prze­jeż­dża otwartą dło­nią po mięk­kim futerku i dra­pie po grzbie­cie, na wyso­ko­ści tyl­nych łap. Safona mru­czy i prze­wraca się na bok, odsła­nia­jąc pękaty brzuch. Wkrótce zosta­nie mamą. Ściany cukierni pokrywa olejna lam­pe­ria. Dół drzwi obito bla­chą, a w oknach są kraty.

Jędrek ma na sobie robo­czy far­tuch i foliowy cze­pek. Pie­ści Safonę i słu­cha, jak Bolo roz­ma­wia z Mar­chewą o grach. Bolo nosi lewisy pięć­set jeden i mówi nie­wy­raź­nie ze względu na zaję­czą wargę. Opo­wiada o swo­jej kon­soli Play­Sta­tion, o Tomb Ride­rze i zabaw­nej stra­te­gii o gór­ni­kach i potwo­rach. Przy­osz­czę­dził na kar­cie pamięci i każdą grę musi prze­cho­dzić od początku. Chwali się, że rodzice na uro­dziny kupią mu nowy tele­wi­zor. Mar­chewa kiwa głową. Jego tłu­ste włosy wyłażą spod czepka, a sam Mar­chewa roz­ta­cza deli­katną woń prze­po­co­nych ubrań. Z ple­caka wyj­muje pudełko dys­kie­tek: pierw­szy Quake, Blood, Dun­geon Keeper. Ta ostat­nia gra podoba mu się naj­bar­dziej. Mówi o księ­żulku od sale­zja­nów, bar­dzo życz­li­wym mło­dzieży. Księ­żulo ma kom­pu­ter i pozwala cza­sem pograć u sie­bie, nie ocze­ku­jąc niczego w zamian. Tylko chło­paki rwą się do tego kom­pu­tera, cała ulica Śnieżna i pół Lawi­no­wej jak nic, więc Mar­chewa musi cze­kać na swoją kolej. Safona ocię­żale pod­nosi się i czła­pie za prze­sie­wacz. Mar­chewa pró­buje wyson­do­wać, czy Bolo pozwoli mu pograć na Play­Sta­tion. Ten ratuje się, jak może, i pyta Jędrka, co ten woli: kom­pu­ter czy kon­solę.

-?Nie gram na niczym -?odpo­wiada Jędrek i patrzy za kotem. -?Nudzi mnie to.

Obaj prak­ty­kanci robią iden­tyczną zdzi­wioną minę, na war­dze Bola zawisa pyta­nie, które ni­gdy nie pad­nie, bo w drzwiach staje pani Wanda i roz­po­czyna wykład o obsłu­dze pieca trzy­ko­mo­ro­wego. Czarne włosy spięła w wysoki kok, w uszach ciążą jej złote kol­czyki, wiel­kie i masywne. Jej krót­kie, grube przed­ra­miona mogłyby nale­żeć do męż­czy­zny. Chłopcy wstają jed­no­cze­śnie. Pani Wanda poru­sza się, koły­sząc pęka­tym tył­kiem. Po kolei otwiera wszyst­kie trzy komory. Z ostat­niej wyj­muje bla­chę i poka­zuje, w jaki spo­sób należy nasma­ro­wać ją tłusz­czem. Ner­wo­wym gło­sem opo­wiada o nagrze­wa­niu. Cia­sto droż­dżowe wymaga dwu­stu stopni, a taki pączek o pięć­dzie­siąt mniej. Zapo­wiada, że teraz będzie o czysz­cze­niu pompki tło­czą­cej i nale­waczki, gdy jej wzrok pada na Safonę, roz­ło­żoną w naj­lep­sze za prze­sie­wa­czem.

Głos pani Wandy robi się miękki. Z czu­ło­ścią pyta Safonę, co tutaj robi i jak, do dia­bła, weszła. Patrzy po chłop­cach. Bolo mówi, że już ją tu zastał, Mar­chewa mil­cząco przy­ta­kuje, a Jędrek nie robi nic. Pani Wanda usi­łuje wydo­być kota zza prze­sie­wa­cza, ale nie potrafi. Ledwo przy­klęka, wyciąga krót­kie ramię i dyszy. Jędrek sprę­ży­stym kro­kiem mel­duje się przy niej i zręcz­nie chwyta Safonę. Kotka ufa mu, zaczyna lizać łokieć i przy­myka oczy. Ster­czą jej łapki. Pani Wanda kwi­tuje tę scenę uśmie­chem. Prosi Jędrka, żeby wyniósł Safonę poza cukier­nię, od strony podwórka, broń Boże nie od frontu, bo tam samo­chody, złe dzieci, pijani rowe­rzy­ści.

4.

Po szkole zastaję ojca, jak szy­kuje sobie warsz­tat pracy. Sie­dzi na zło­żo­nym tap­cza­nie, umyty i ogo­lony. Jego palce u stóp przy­po­mi­nają smo­cze zęby. Tatko cie­szy się na mój widok, ści­ska, mówi, że dużo zarobi, i pyta, czy mu pomogę. Usta­wiamy dwa krze­sła ple­cami do sie­bie, po obu rogach tap­czanu. Tatko kła­dzie na nich ochla­pane farbą drzwi, te same, które trzyma obok meblo­ścianki, i wyj­muje papie­rosa. Na drzwiach poja­wiają się gazety, na gaze­tach farbki w małych meta­lo­wych puszecz­kach, żyletka, skal­pel, dwie linijki, lupa, pędzle uło­żone od naj­mniej­szego do naj­więk­szego, cien­kie paski kar­tonu, kleje mode­lar­skie, roz­pusz­czal­nik i alma­nach lot­nic­twa otwarty na czarno-bia­łym zdję­ciu spit­fire'a. Pytam zaraz, czy to wszystko będzie nam dzi­siaj potrzebne, skoro nie wyj­dziemy poza wnę­trze kadłuba, a tatko ze śmie­chem odpo­wiada, że praw­dziwy arty­sta musi być gotowy na każdą ewen­tu­al­ność i kto wie, może dzi­siaj popra­cu­jemy do świtu.

Na drzwiach poja­wia się spit­fire do skle­je­nia. Kosz­tuje może sie­dem­dzie­siąt zło­tych, tatko sprzeda go za trzy­sta albo i wię­cej. To kon­kretne zamó­wie­nie, stwier­dza, otwiera pudełko, sięga po skal­pel, wykrawa kolejne czę­ści i układa obok sie­bie. Nie patrzy w instruk­cję. Zapew­nia mnie, że tego aku­rat spit­fire'a mógłby skleić z zawią­za­nymi oczami, sztuka leży w dobo­rze kolo­rów i w szcze­góle. Rze­czy­wi­ście, skleja jak bły­ska­wica, gada, oczy mu błysz­czą. Mówi, że ze spit­fire'ami był poważny pro­blem. Kamu­flaż róż­nił się naj­wy­żej kolo­rem, nie roz­kła­dem barw, i byłoby cho­ler­nie nudno, gdyby nie roz­po­rzą­dze­nie pozo­sta­wia­jące dowol­ność dla samo­lo­tów roz­po­znaw­czych, sło­wem, poszcze­gólne jed­nostki malo­wały samo­loty, jak tylko chciały, nawet na różowo. Wesoły Fido mógłby latać takim samo­lo­tem, mówię. Ojciec wybu­cha śmie­chem i dodaje, że ktoś taki jak Fido może latać, czym chce, a my tutaj zro­bimy wer­sję mal­tań­ską, z górą w pan­terkę khaki i nie­bie­skim spodem. Koń­cówki śmi­gła zazna­czy na żółto. Tato wska­zuje na książkę. Auto­rzy pomi­nęli ten szcze­gół, ale on to wie.

Sie­dzę na samym brzegu tap­czanu, tak by nie zna­leźć się w zasięgu łokci i zara­zem pozo­sta­wać do dys­po­zy­cji. Mój cza­ro­dziej­ski tatuś mie­sza kolory w garnku dla kra­sno­lud­ków. Zanu­rza papie­rek i spraw­dza pod świa­tło, czy osią­gnął wła­ściwy efekt. Cier­pli­wie powta­rza tę czyn­ność aż do skutku. Na jego palce spada srebrna kro­pla. Za chwilę będzie ich wię­cej. Podaje mi kar­to­nik i pyta, czy tym razem tra­fił we wła­ściwy odcień. Zwle­kam z odpo­wie­dzią. Tatko śmieje się i prosi, żebym odsło­nił firankę. Tak robię i sia­dam na tap­cza­nie, już bli­żej. Słońce spo­wija nasz dom.

5.

Jędrek nie ma klu­czy do miesz­ka­nia w For­do­nie. Zdej­muje buty na progu i dzwoni. Otwiera mu ojciec w roz­pię­tej koszuli i sztruk­so­wych spodniach, cofa się i wpusz­cza syna do środka. Pyta, o któ­rej to się przy­cho­dzi, a Jędrek nic z tego sobie nie robi, pró­buje tylko minąć ojca bez doty­ka­nia i prze­ci­ska się przez przed­po­kój obity boaze­rią. Ojciec mówi, że cze­kają z kola­cją i są bar­dzo głodni.

-?Jest tylko dzie­sięć po siód­mej -?przy­po­mina Jędrek i ściąga bluzę. Zostaje w bia­łym pod­ko­szulku. Ciska ple­cak na łóżko w swoim pokoju, obmywa sobie twarz w łazience, zosta­wia­jąc otwarte drzwi. Ochla­puje sie­bie i kafelki. Ojciec zasta­na­wia się gło­śno, czemu Jędrek zawsze te dzie­sięć minut prze­chyla w jed­nym tylko kie­runku, dla­czego ni­gdy nie przyj­dzie dzie­sięć minut wcze­śniej. Jędrek przy­ci­ska ręcz­nik do policz­ków.

-?Nie wiem, tatuś.

Z ojca ucho­dzi powie­trze. Po chwili sie­dzi zado­wo­lony przy stole i pała­szuje kanapki z wędliną i mary­no­wa­nymi grzy­bami. W tele­wi­zo­rze prze­ma­wia mar­sza­łek Zych, lecz nie sły­chać, co ma do powie­dze­nia. Odbior­nik cho­dzi bez dźwięku. Pan Ryszard woła żonę, ale jest zajęta wycie­ra­niem pod­łogi pod umy­walką, a potem zasuwa do kuchni, by wró­cić z her­batą i sokiem. Sta­wia na stole. Ota­cza syna ramie­niem i pyta, jak było w szkole, czy prak­tyki prze­bie­gły gładko i czy nie zda­rzyło się nic nie­po­ko­ją­cego.

-?Wszystko dobrze, mamuś.

Jędrek koń­czy kola­cję pierw­szy, czeka, zer­ka­jąc na nieme usta mar­szałka Zycha i zasłu­chany tłum posłów w źle dopa­so­wa­nych gar­ni­tu­rach. Gdy rodzice rów­nież koń­czą jeść, pod­rywa się z krze­sła i chce iść do swo­jego pokoju. Ojciec mówi, że powi­nien zostać. W tele­wi­zji poleci Dzika banda, a to dobry film, w każ­dym razie lep­szy od tych bzdur, które Jędrek kie­dyś przy­no­sił na magne­to­wid, poży­cza­nych od chło­pa­ków jesz­cze głup­szych od niego. Dawno niczego razem nie oglą­dali. Jędrek powi­nien polu­bić takie kino, mocne, męskie, mądre i dobrze nakrę­cone.

-?Aha. -?Jędrek dra­pie się w głowę. -?Tylko że tro­chę nam zadali.

Ojciec macha ręką, przy­po­mina, że Jędrek cho­dzi tylko do zawo­dówki, gdzie nikt się nie uczy, gdzie cho­dzą tylko ci, któ­rzy na naukę nie mieli ochoty. Wska­zuje wolny fotel. Jędrek siada, ojciec usa­da­wia się obok i włą­cza dźwięk. Wspo­mina czasy, kiedy całą rodziną cho­dzili do kina. Takie wie­czory przy­wo­łują czar tam­tych dobrych dni. Pyta Jędrka, co o tym sądzi, ale ten mil­czy. Matka siada na krze­śle. Wytrzy­muje do pierw­szej strze­la­niny i wyco­fuje się do kuchni.

6.

Tatuś pra­cuje na peł­nych obro­tach równo do siód­mej. Przed sobą ma otwarty kadłub samo­lotu, obok leży kabina pilota, czę­ściowo zmon­to­wana. Tatko bie­rze ją w pęsetę i obraca pod świa­tło. Nie jest zado­wo­lony. Wciąż sie­dzę na brzegu tap­czanu, a po miesz­ka­niu krąży matka, nie mogąc sobie zna­leźć miej­sca. Siada na mojej ame­ry­kance i pyta, jak nam idzie. Włą­cza tele­wi­zor i zaraz wyłą­cza, bo prze­szka­dza w pracy. Pyta, czy cze­goś nie zjemy. Chce wie­dzieć, kiedy zwol­nimy tap­czan. Tatuś odpo­wiada, że w ten spo­sób nie doj­dziemy do niczego.

Oczy tatu­sia robią się szkli­ste. Czy­ści nad­miar kleju z kadłuba, wspo­mina, że pod sam koniec zro­bimy tutaj dziury po kulach i plamy po oleju. Skal­pel drży mu w dłoni. Nie­ocze­ki­wa­nie zaga­duje o moje plany. W tym roku skoń­czę pod­sta­wówkę i warto by wie­dzieć, co dalej. Nie zasta­na­wia­łem się nad tym. Jakoś to będzie. Chciał­bym szybko zaro­bić pie­nią­dze. Chciał­bym mieć rower i wła­sny pokój. Kupił­bym u pana Docenta wszystko, co chcę. Muszę jed­nak coś odpowie­dzieć. Zasta­na­wiam się i mówię, że mógł­bym zostać cukier­ni­kiem. Tacie podoba się ta odpo­wiedź, odkłada skal­pel i wygła­sza prze­mowę o zawo­dach. Mecha­nik nie­długo straci pracę, bo auta nie nadają się już do napra­wia­nia, trzeba cią­gle kupo­wać nowe. Leka­rze nie cie­szą się już sza­cun­kiem. Na praw­nika się nie nadaję, choć syn adwo­kat by mu odpo­wia­dał. Ale cukier­nik to fach jak trzeba. Ludzie zawsze będą jedli sło­dy­cze, nawet jeśli brak­nie im na chleb. Ciastka są potrzebne sta­rusz­kom i na wese­lach. Zawsze będą wesela i jacyś sta­rusz­ko­wie, pro­ro­kuje tatko i garbi się nad spit­fire'em.

Mama słu­cha. Jej zda­niem powi­nie­nem wie­dzieć, w co się pakuję. Ponie­waż zabra­li­śmy krze­sła, mogłaby usiąść tylko na mojej ame­ry­kance, ale woli stać. Tatko prosi, by nie zasła­niała świa­tła, więc robi krok do tyłu. Mówi, że syn sąsia­dów ma kuzyna, który uczy się na cukier­nika. Podobno fajny chło­pak, tylko tro­chę cichy. Mama zor­ga­ni­zuje spo­tka­nie, na pewno się polu­bimy. Nie odpo­wia­dam, bo nie wiem, czy chcę być cukier­ni­kiem. Mama nalega, żebym odpo­wie­dział, a tatko stwier­dza, że jesz­cze nie ma co się spie­szyć, i zaczyna opo­wia­dać o tym, jakie życie jest cięż­kie, nie­za­leż­nie od tego, jaki zawód sobie wybie­rzemy. Nie zdo­łamy prze­wi­dzieć wszyst­kiego, co nas czeka, tak jak tatko nie prze­wi­dział Bal­ce­ro­wi­cza z bandą ube­ków, zdrady kleru spa­sio­nego na krwi Popie­łuszki i Niem­ców roz­dra­pu­ją­cych nasz kraj po kawałku. Mama macha ręką na takie gada­nie, odbie­ra­jąc ojcu zapał.

Tatuś się poci. Drżące są dło­nie tatu­sia, mokry papie­ros. Tatuś prosi o kawę, lecz nim ją dosta­nie, wsa­dza w przy­go­to­waną farbę jesz­cze jeden kar­to­nik. Unosi ku lam­pie. Porów­nuje z poprzed­nim. Stwier­dza, że chyba się nada, i zaraz zmie­nia zda­nie: spie­przy­li­śmy sprawę. Dodaje, że to nie moja wina, cza­sem w słońcu kolor wydaje się inny, niż jest. Pro­po­nuję, żeby­śmy namie­szali na nowo, tatuś jed­nak wie lepiej. Te farby są do niczego i pój­dzie po nowe. Jest dwu­dzie­sta.

Tatuś gra­moli się z tap­czanu, nie­bez­piecz­nie prze­chyla stół. Ratuję model w ostat­niej chwili, tym­cza­sem tatko jest już w przed­po­koju i wkłada kurtkę. Mama zaraz pyta, gdzie go gna, sły­szy odpo­wiedź i tłu­ma­czy ner­wowo, że sklepy mode­lar­skie są już zamknięte. Tatko chce jed­nak odwie­dzić zna­jo­mego mode­la­rza -?ten sprzeda, co trzeba, po tanio­ści. Mama nie daje za wygraną: model może pocze­kać, do pracy wró­cimy jutro z nowym zapa­łem. Tatko się wścieka, mówi, że nikt nie sza­nuje jego sta­rań. Kto zosta­wia roz­grze­baną robotę? Czer­wie­nieje. Trzyma kurtkę, ale dalej tkwi w przed­po­koju. Będę języcz­kiem u wagi, zawrócę kijem Wisłę. Idę do przed­po­koju, obej­muję tatu­sia i pro­szę, żeby został z nami. Niech nie idzie już po farbki.

Ustę­puje. Pro­wa­dzimy go przed­po­ko­jem jak przez śnie­życę. Nogi mu się gną. Pusz­czam się przo­dem, odsu­wam krze­sła wraz z drzwiami, robię miej­sce. Dysze­nie tatu­sia prze­cho­dzi w char­kot, gdy poma­gam mu uło­żyć się na tap­cza­nie. Ścią­gam mu mokrą koszulę przez głowę. Włą­czam tele­wi­zor. Tatuś nie tra­fia pal­cami w kla­wi­sze pilota, wścieka się i rezy­gnuje. Mama nasta­wia wodę na her­batę. Ostroż­nie prze­no­szę narzę­dzia mode­lar­skie do szu­flady w meblo­ściance. Zamy­kam farby. Cho­wam spit­fire'a do pudełka i kładę na para­pe­cie. Sia­dam przy tacie. Tato dzię­kuje i jest już spo­kojny.

7.

For­don ciem­nieje wcze­śnie. Latar­nie znaj­dują się tylko przy głów­nych uli­cach, nie­któ­rym utrą­cono głowy, pozo­stałe nie palą się jesz­cze z innego powodu. Droga łącząca dziel­nicę z resztą Byd­gosz­czy rów­nież bywa nie­oświe­tlona. Jest jesz­cze cie­pło, więc wina wciąż pija się pod chmurką. Nie ma tutaj knajp. Nie ma tutaj biblio­tek, kin, pubów z bilar­dem, nie ma klu­bów tanecz­nych ani ogni­ska kul­tu­ry­stycz­nego, nie ma pla­ców zabaw ani kwia­ciarni, nie ma krę­gielni, pły­walni czy hali do koszy­kówki. Salo­nów z flip­pe­rami rów­nież nie ma, podob­nie jak dzia­łek. Są tylko nie­wiel­kie ogródki, do któ­rych scho­dzi się po brą­zo­wych scho­dach z pierw­szych pię­ter blo­ków. Bloki te cią­gną się w nie­skoń­czo­ność czy jesz­cze dalej, do morza, osa­dzone na zie­lo­nych wzgó­rzach i wro­słe w kotliny, czte­ro­pię­trowe i dzie­się­cio­pię­trowe, prze­dzie­lone przez par­kingi, przed­szkola, pod­sta­wówki tysiąc­latki i dys­konty spo­żyw­cze o dachach pokry­tych bla­chą fali­stą. W chasz­czach For­donu chrum­kają dziki. Kuny ska­czą po gałę­ziach. Lis mysz­kuje w śmiet­niku. Pisz­czą opony -?mło­dzi jeż­dżą za osie­dlem tam i z powro­tem w swo­ich oplach i polo­ne­zach. Szar­pią kie­row­ni­cami i piją kuja­wiaka za złoty sześć­dzie­siąt dzie­więć.

Ulica Win­cen­tego Gor­dona jest krótka i nie wyróż­nia się niczym. Przez skwe­rek, mię­dzy blo­kami bie­gną krzy­żu­jące się ścieżki wydep­tane w tra­wie. Jedna pro­wa­dzi do sklepu mono­po­lo­wego Źró­dełko, druga do bliź­nia­czej budki, gdzie znaj­duje się fry­zjer i warzyw­niak. W bloku numer cztery, na dru­gim pię­trze Jędrek sie­dzi i słu­cha, jak rodzice szy­kują się do snu. Ojciec szo­ruje zęby i prze­płu­kuje gar­dło, wyda­jąc z sie­bie bul­go­ta­nie. Matka już leży w łóżku i ogląda tele­wi­zję. Dzika banda dawno się skoń­czyła. Wszy­scy pogi­nęli. Matka prosi ojca, żeby przy­niósł jej szklankę wody, tylko nie z lodówki. Jędrek sie­dzi na brzegu łóżka, w ciem­no­ści, wkłada dło­nie mię­dzy nogi i ści­ska, jakby chciał je sobie zmiaż­dżyć kola­nami. Sły­szy, jak ojciec nie­zdar­nie poru­sza się po kuchni, odkręca wodę, nalewa i czła­pie do pokoju. Drewno jęczy, gdy pan Ryszard zwala się do łóżka. Nie­ba­wem dom zamilk­nie. Jędrek dalej sie­dzi, trzy­ma­jąc dło­nie mię­dzy kola­nami, i patrzy pro­sto przed sie­bie na ścianę i ciemny pro­stokąt pla­katu. Okno tłumi więk­szość dźwię­ków For­donu. Cza­sem ode­zwie się auto­alarm, cza­sem ktoś wrza­śnie. Jędr­kowi jest to obo­jętne. Jego łopatki zbie­gły się ku sobie, brzuch jest wcią­gnięty, klatka pier­siowa naprę­żona, łydki też. Plecy roz­ło­żyły się w koł­nierz. Jędrek pod­kur­cza palce. Nie­długo położy się spać, ale jesz­cze nie teraz, jesz­cze przez chwilę posie­dzi w ciszy.

8.

Rodzice leżą na tap­cza­nie, ja na ame­ry­kance pod meblo­ścianką. Patrzę na śmieci na półce: parę figu­rek GI Joe, ruska gra elek­tro­niczna bez bate­rii. Dawno już bym to sprze­dał, gdyby star­czyło czasu. Przy sto­pach mamy te ojca wydają się drobne, nie­mal dzie­cięce. Zawsze dzi­wię się, że ma takie małe stopy. Tatko się kręci. Zer­kam na swój zega­rek, mrużę oczy, żeby coś dostrzec. Minęła pierw­sza.

Pięt­na­ście minut póź­niej ojciec rozu­mie już, że prędko nie zaśnie, i ciężko wzdy­cha. Bar­dzo powoli prze­wraca się na drugi bok. Nie chce obu­dzić mamy. Tej nie zerwałby nawet nalot dywa­nowy, za to mnie prze­szka­dza każdy szmer. Tato znów się kręci, mam­ro­cze coś do sie­bie i pochli­puje. Siada na brzegu łóżka. Z twa­rzą ukrytą w dło­niach i ster­czą­cymi łopat­kami przy­po­mina mi cmen­tar­nego aniołka. W samych tylko majt­kach wle­cze się do kuchni. Trzask zapal­niczki. Dym papie­rosa docho­dzi aż tutaj. Po chwili staje nade mną z tym swoim chu­dym owło­sio­nym brzu­chem i bla­dymi udami. Wybiera jakąś książkę z półki, patrzy na mnie i łamią­cym się gło­sem mówi, żebym spał smacz­nie, żebym nim się nie przej­mo­wał. Ani mi to w gło­wie. Tatuś, oży­wiony anioł, kudłata rzeźba nagrobna, idzie z powro­tem do kuchni. Nie muszę wsta­wać, żeby wie­dzieć, że popija melisę i odpala papie­rosa od papie­rosa.

Przed trze­cią wraca do łóżka pełen nadziei na dobry sen. W pół­śnie sły­szę, jak szep­cze, że chce umrzeć. Sza­mo­cze się w pościeli, wygraża Bogu. Obraca się na bok i widzę, jak bije się po brzu­chu zaci­śniętą pię­ścią w sekwen­cji ruchów szyb­kich i krót­kich jak ciosy skry­to­bójcy. Cały ten cyrk koń­czy zna­jome pochli­py­wa­nie. Tatko dyszy. Zamy­kam oczy i wiem, co dalej się podzieje. Poję­czy do świtu i zaśnie, jakby obe­rwał przez łeb. Poleży do pierw­szej, dru­giej, zje śnia­da­nie, które mu zosta­wię, poczeka, aż wrócę ze szkoły, i razem zabie­rzemy się do spit­fire'a.

9.

W sobotę po połu­dniu idziemy z mamą do Darka spo­tkać się z tym chło­pa­kiem z zawo­dówki cukier­ni­czej. Przez całą drogę mama stro­fuje mnie, żebym zacho­wy­wał się jak należy, co trwa krótko, bo Darek mieszka dwie kamie­nice od nas. Budy­nek wygląda dużo lepiej niż nasz -?mają domo­fon, fasadę odno­wiono, oca­lała nawet gablota ze spi­sem loka­to­rów. U wylotu kory­ta­rza pro­wa­dzą­cego na podwórko wisi kar­teczka pod­pi­sana przez Admi­ni­stra­cję Domów Miej­skich: TRZE­PA­NIE W OKNACH I NA BAL­KO­NACH ZABRO­NIONE. Śmieję się pod nosem, żeby mama nie sły­szała.

Otwiera sio­stra Darka, Beata. Ma minę, jakby ostatni zje­dzony rozum wła­śnie pod­cho­dził jej z powro­tem do gar­dła. Pusz­czam mamę przo­dem i tro­chę cho­wam się za nią. W dużym pokoju, przy stole i na kana­pach, roz­sia­dła się reszta towa­rzy­stwa. Darek zaraz wyrywa się do mnie. Pan Artur, jego ojciec, przy­cup­nął na brzegu krze­sła, jakby zaraz miał się zerwać i pole­cieć przed sie­bie. Pro­wa­dzi biuro doradz­twa finan­so­wego w cen­trum mia­sta. Rodzice mówią, że uro­dzaj ma głów­nie wio­sną, kiedy wszy­scy roz­li­czają podatki. Przez resztę roku robi różne dziwne rze­czy i cza­sem mu się wie­dzie, a cza­sem wprost prze­ciw­nie. Pani Kry­sia, jego żona, nawet nie pró­buje kryć znu­dze­nia. Za to pań­stwo Boruccy przy­po­mi­nają posel­stwo jakie­goś boga­tego księ­stwa przy­byłe do Murzy­nowa: on w gar­ni­tu­rze, ze zło­tym zegar­kiem, ona błysz­cząca jak świeżo poma­lo­wany płot. Roz­wa­lili się na kana­pie, jedzą ciastka, pan Ryszard opo­wiada o tru­dach pracy miej­skiego geo­dety, świę­cie prze­ko­nany, że wszyst­kich to inte­re­suje. Jest i on, w pro­stych dżin­sach i blu­zie Adi­dasa z trzema paskami na ramio­nach. Zabra­kło dla niego miej­sca na kana­pie, więc stoi oparty o drzwi bal­ko­nowe i pró­buje się uśmie­chać.

Matula pcha mnie przed sobą na śro­dek pokoju i przed­sta­wia. Kuzyn Darka pod­cho­dzi do mnie, mie­rzymy się wzro­kiem, poda­jemy sobie dło­nie. Dra­pie się w głowę przy­strzy­żoną po żoł­nier­sku i mówi:

-?Jędrek.

Sie­dzimy gdzie bądź: na kana­pie, przy stole, na krze­słach przy­cią­gnię­tych z kuchni. Na kalo­ry­fe­rze pod oknem suszą się ręcz­niki. Dosta­jemy z Jędr­kiem po ryczce i szklance soku. Mil­czymy. Darek kur­suje mię­dzy nami a sio­strą. Pyta ją, czy cze­goś nie potrze­buje, wyraża goto­wość zro­bie­nia jesz­cze jed­nej her­baty, Beata dzię­kuje mu wymu­szo­nym uśmie­chem. Nie mam ochoty na cia­sto. Pan Borucki opo­wiada o smogu w Byd­gosz­czy. Narzeka, że ludzie palą węglem i ładują śmieci do pie­ców, cała ener­ge­tyka też na węglu stoi, co jego zda­niem powinno się zmie­nić, jeśli kie­dy­kol­wiek mamy dogo­nić Europę. Uważa, że Polak jest jak czło­wiek po wyle­wie: musi nauczyć się mówie­nia, cho­dze­nia, mycia się i wszyst­kiego innego od początku.

Darek cią­gnie mnie i tego Jędrka do swo­jego pokoju. Zapo­wiada, że nie­długo się przej­dziemy. Na ścia­nie wisi ze trzy­dzie­ści kolo­ro­wych pro­por­czy­ków, a każdy inny. Pro­por­czyki pasują mi do Darka, ale poza tym pokój wygląda, jakby nale­żał do kogoś innego. Przy łóżku leżą stare numery "Flexa", a obok han­telki. Darek przy­cze­pił do nich odważ­niki, obwią­zał szma­tami, bie­li­zną i taśmą kle­jącą. Pokój to straszna klita, ale zdo­łał w nim zmie­ścić rower i worek tre­nin­gowy. Teraz nie ma gdzie się podziać i stoi przy tym worku, drobny, z dzie­cin­nym spoj­rze­niem. Jędrek siada na łóżku i zwraca się do mnie:

-?Jak ci mogę pomóc?

Chcę go prze­pro­sić. Wygląda na kogoś pochło­nię­tego swo­imi spra­wami, kogoś, kto już coś widział i coś wie. Mówię, że rodzice mar­twią się moją przy­szło­ścią i tego cukier­nika wymy­śli­łem na szybko, chcąc ich zado­wo­lić. Może będę kimś innym, nie mam poję­cia kim. Jędrek mruży oczy, śle poro­zu­mie­waw­czy uśmiech, jak­by­śmy znali się lata.

-?Jak wylą­do­wa­łem w zawo­dówce, myśla­łem, że stary mi głowę urwie. W pale mu się to nie mie­ściło: taka dobra rodzina. Ale przy­naj­mniej mam luz. W ogóle, chło­pie, czym ty się przej­mu­jesz? Szkoła jak szkoła, w zawo­dówce mniej głowę zawra­cają, no nie?

Darek się zga­dza. Mówi, że jego sio­stra poszła w tym roku do ogól­niaka i trudno pojąć, co tam jej kładą do głowy. W jego gło­sie brzmi tro­ska i miłość. Jędrek przy­mie­rza się do worka bok­ser­skiego. Ugina nogi, prze­chyla tułów do przodu i zaczyna walić. Led­wie dotyka pię­ściami skó­rza­nej powierzchni, mimo to sapie.

-?Szkoła to tam chuj, wszę­dzie te same pier­dol­niki. -?Ściera pot z czoła. -?Prak­tyki to co innego, szczaj na budę i wybierz se dobre miej­sce na prak­ty­ko­wa­nie. Ja tam tra­fi­łem nie­źle, zna­czy baba to ropa, ale mam mate­riały, warsz­tat, wiem, co jest grane, i mogę się naumieć. Powiem tam o tobie, jak chcesz. Ale szkoła chuj -?powta­rza, ści­sza­jąc głos. -?Chu­jów sto!

Cisnę, pytam, czy lubi tę naukę. Jędrek ociera czoło.

-?Trzeba coś w życiu lubić, no nie?

Roz­wa­żam jego słowa, tym­cza­sem Darek pro­po­nuje, żeby się przejść. Ma rację -?dzień jest cie­pły, a nie­długo nadej­dzie jesień i będzie można ski­snąć w cha­łu­pie. Darek pyta, czy Beata mogłaby się z nami zabrać, i leci do niej, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Beata przy­gląda się Jędr­kowi i pewno myśli, że nikt tego nie widzi. Staje na tym, że wycho­dzimy we trzech. Pan Artur życzy nam pomyśl­nych wia­trów, nato­miast pan Ryszard nie może się powstrzy­mać i sadzi mono­log poświę­cony Weso­łemu Fido. Sły­szę, że nie wolno nam roz­ma­wiać z nie­zna­jo­mymi ani przyj­mo­wać pre­zen­tów. Ta, jasne -?takie rze­czy powta­rzali nam już w przed­szkolu. Tata Jędrka przy­po­mina, że faceci w typie Weso­łego Fido naj­chęt­niej prze­by­wają wła­śnie w parku koło dworca, dokąd idziemy. Aku­rat nie ma racji, bo Wesoły Fido ze swoją rado­sną kom­pa­nią obcią­ga­czy całe dnie prze­staje pod mostem na Focha, o czym wie­dzą nawet dzieci. Zwłasz­cza one, śmieję się do wła­snych myśli. Jędrek zawią­zał już buty. Pro­stuje się w przed­po­koju.

-?Nie martw się, tatuś! -?woła. -?Jak Fido mnie zaczepi, urwę mu faj­fusa i będzie spo­kój!

Pan Ryszard łapie powie­trze, jakby mu głos ode­brało, za to pan Artur wybu­cha śmie­chem. Gospo­dyni pod­rywa się, pro­po­nuje wię­cej cia­sta, i tylko Beata sie­dzi przy stole odkle­jona, naj­wy­raź­niej nie rozu­mie­jąc, co zaszło.

10.

W parku roz­mowa natych­miast scho­dzi na Weso­łego Fido, na to, kim jest i co robi, wyjąw­szy bie­ga­nie ze wzwo­dem od przed­szkola do Opola. Darek nie ma za wiele do powie­dze­nia na ten temat i dziwi się tylko, jakim cudem jesz­cze go nie zamknęli. Mówię, co sły­sza­łem: Fido jest synem waż­nej figury w mie­ście, może posła z AWS albo samego pre­zy­denta, i dla­tego nikt nie zrobi mu krzywdy.

-?Otóż nie -?odzywa się Jędrek. -?Fido nie nazywa się Fido, tylko zupeł­nie ina­czej. Ma wielką firmę w War­sza­wie. Gość sra forsą i ma zdję­cie z papie­żem, a przy­jeż­dża do nas, żeby, no wie­cie, życie poczuć, zło­żyć się do chłop­czyka. Nikt go nie ruszy, bo sza­sta dola­rami, no nie?

Darek, oszo­ło­miony tą wie­dzą, pró­buje zdo­być nas infor­ma­cją, że jakaś sta­ro­wina na Kró­lo­wej Jadwigi, a więc nie­da­leko, otwo­rzyła domek z pię­ter­kiem, gdzie można dupić się z babami. Używa wła­śnie takich słów. Opo­wiada o domku i pię­terku peł­nym małych pokoi. Zaraz chcemy wie­dzieć, czy widział to na wła­sne oczy. Darek tru­chleje, a Jędrek w śmiech.

-?U nas po For­do­nie włó­czy się taka Mal­wina. Weź­mie do ręki za dzie­sięć, do buzi za dwa­dzie­ścia, a za trzy­dzie­ści pięć całą resztę, czy jakoś tak, w każ­dym razie taniej niż Aneta Gorące Usta, co jest w gaze­cie, albo babeczki w hotelu Brda.

Pytam go, czy pła­cił Mal­wi­nie albo odwie­dził hote­lowy dan­cing. Darek nad­sta­wia uszu. Jędrek pod­nosi się z ławki i idzie na łączkę, ku wydep­ta­nej tra­wie i bram­kom zro­bio­nym z koszy na śmieci. Odwraca się. Widzę, że moja szcze­rość mu odpo­wiada.

-?Jesz­cze nie -?mówi. -?Ale ją wytar­mo­szę, jak będę miał chwilę. Chciał­bym mieć to już z głowy.

Rżniemy w piłkę na wrze­śnio­wej tra­wie; pełno tu kre­to­wisk, puszek i ciem­nych bute­lek po nalew­kach spi­ry­tu­so­wych. Buty śli­zgają się na pudeł­kach po car­me­nach i caro, lecz to nie prze­szka­dza: piłka jest jedna i bramka też. Darek prze­biera krót­kimi nóż­kami, kiwam go lekko i gnam ku bramce, gdzie czai się Jędrek w pozie jak bram­karz z japoń­skiej kre­skówki: nogi sze­roko roz­sta­wione i ugięte, cały pochy­lony, roz­cza­pie­rzone palce na wyso­ko­ści kolan. Kopię z całych sił i tak jak jestem pewien, że wej­dzie gładko, tak też gładko nie wcho­dzi. Jędrek rzuca się, chwyta i spada ciężko na zie­mię. Sekundę póź­niej jest już na nogach, kopie w kie­runku Darka, który kon­cer­towo mar­nuje swoją szansę - szmata toczy się pro­sto pod reeboki Jędrka. Ten wybu­cha krót­kim śmie­chem pozba­wio­nym weso­ło­ści.

Zmie­niamy się zgod­nie z ruchem wska­zó­wek zegara: wska­kuję na miej­sce Jędrka, a ten wraz z Dar­kiem pró­bują strze­lić mi gola. Potem na bramce staje Darek i tak w kółko. Prze­po­cone bluzy zwi­sają z gałęzi, piłka wali w pień i pło­szy ptaki sie­dzące na kona­rach. Śli­zgam się po tra­wie, gubię krok i plą­czę stopy swo­ich prze­ciw­ni­ków. Jestem w środku zie­lo­nej bombki roz­grza­nej wie­czor­nym cie­płem, gdzie wszystko pach­nie nie­win­no­ścią ciała i ziemi. Czuję spodnie lepiące się do tyłka, patyk w bucie i obtarte kolano. Uko­sem podaję do Jędrka, ten roz­po­znaje zmyłkę i igno­ruje moje zamie­rze­nia, wyciąga nogi, cwa­łu­jąc pro­sto na Darka, który strzela oczami na prawo i lewo. Kopie i pada na trawę, pada też Darek, tra­fiony w splot sło­neczny, mówi, że nie było, Jędrek wrzesz­czy, że był, a ja nie chcę tego roz­są­dzać. Kolejna zmiana. Łapię oddech na bramce. Darek prędko zostaje w tyle, pró­buje nie wejść Jędr­kowi w drogę, a Jędrek nie potrze­buje pomoc­nika. Zacho­dzi z boku, mokry i sku­piony. Pró­buje mnie zmy­lić, lekko popy­cha piłkę i nagle kopie, mocno, lecz nie dosyć. Klnie. Prze­krę­camy się na łące. Uda mi spu­chły, oczy szczy­pią od potu. Bie­gnę razem z Jędr­kiem. Nie pamię­tam o Jasnej, o ojcu i o tym, że nie­długo zostanę cukier­ni­kiem, po pro­stu frunę nad trawą i nie­szczę­sny Darek znów nie ma szans. Zatrzy­ma­łem się, lecz frunę na­dal. Jesz­cze raz na bramce. Darek zwie­sił głowę i dyszy. Czuję się, jakby ktoś poprze­trą­cał mnie w środku i dopiero teraz, przed chwilą, kości poukła­dały się we wła­ści­wym porządku. Ciem­nieje zie­lona bombka, czer­wie­nieje toro­wi­sko, Darek zwala się na trawę, a Jędrek, pod­bi­ja­jąc piłkę, nad­ciąga w moim kie­runku. Wiem, że strasz­nie chce wbić mi tego gola i nie pój­dzie do domu, póki tego nie zrobi. To świet­nie, mówię sobie. Zostańmy jesz­cze tro­chę, ale nie zosta­jemy, bo pan Artur i moja mama wołają nas: dzieci, do domu.

11.

Po kola­cji Jędrek nalewa cie­płej wody do miski, skrawa tro­chę sza­rego mydła i pie­rze bluzę, pół­nagi i pochy­lony nad wanną. W progu poja­wia się pan Ryszard, cmoka, kręci głową i wyco­fuje się do pokoju. Jędrek szo­ruje sta­ran­nie, zwra­ca­jąc szcze­gólną uwagę na pachy i plecy. Matka siada na brzegu wanny. Pyta, czy dobrze się bawił.

-?Było w porządku. Krzy­siek też okej. -?Szo­ruje mia­rowo, tym­cza­sem matka przy­po­mina mu, że mają pralkę. -?Dzię­kuję, mamuś -?odpo­wiada Jędrek. - Ale w pralce bluza się znisz­czy. Szkoda takiej bluzy, no nie?

Matka zga­dza się z Jędr­kiem i mar­twi się tylko, żeby nie zaspał do szkoły. Bluza może pocze­kać do jutra.

-?Umó­wi­li­śmy się na rowery w pią­tek po szkole -?mówi Jędrek. Chcemy poje­chać do Myślę­cinka. -?Nie mam prak­tyk.

Matka natych­miast się zga­dza. Dodaje, że Darek to fajny chło­pak, do tego rodzina, a i ja zro­bi­łem cał­kiem dobre wra­że­nie. Cichy i spo­kojny. W drzwiach łazienki znów mel­duje się ojciec i mówi, że rowery to świetny pomysł, tylko ktoś taki jak Krzy­siek Hoppe na pewno nie ma roweru. Dodaje, że cała ta rodzina to nie­złe ziółka i lepiej, aby Jędrek zna­lazł sobie inne towa­rzy­stwo. Mówi coś jesz­cze, nie­po­mny, że przez szum wody do Jędrka docho­dzi co trze­cie słowo, zresztą Jędrek zna na pamięć takie prze­mó­wie­nia. Dopiero gdy wspo­mina o dołach spo­łecz­nych, paso­ży­tach i nie­ro­bach, pani Hania prosi, aby nie oce­niał ludzi po pozo­rach. Pan Ryszard wznosi oczy ku niebu i przy­po­mina, że ich syn, i tak nie­zbyt otrza­skany z kul­turą, zaczął gadać coś o faj­fu­sach, gdy tylko poznał nowego kolegę. Pani Hania radzi mężowi, aby posłu­chał sie­bie samego. Pan Ryszard twier­dzi, że to już za wiele i nie życzy sobie takich porów­nań. Tak roz­ma­wiają. Pani Hania mówi coraz gło­śniej i szyb­ciej, pan Ryszard sta­ran­nie dobiera słowa. Jędrek płu­cze bluzę, wykręca i wie­sza na sznurku. Ojciec wska­zuje na pralkę.

-?Oszczę­dzam, tatuś -?mówi Jędrek. Idzie do sie­bie. Siada na łóżku i patrzy na ciemny pla­kat, ale bar­dzo krótko. Zwala się do łóżka i natych­miast zasy­pia na wznak, z zadartą brodą. Faraon For­donu. Póź­niej, gdy poga­sną już świa­tła, matka zagląda do jego pokoju. Nakrywa go koł­drą. Siada na łóżku, jak on wcze­śniej.

12.

Pan Ryszard Borucki, geo­deta z Woje­wódz­kiej Inspek­cji Geo­de­zyj­nej i Kar­to­gra­ficz­nej, ten, co zro­bił jed­nego syna i miał jedną kobietę, przy­ja­ciel Wól­czanki i Vistuli, stały czy­tel­nik tygo­dni­ków opi­nii, a przede wszyst­kim facet zdolny do poko­na­nia trasy z For­donu na Konar­skiego trzema róż­nymi auto­bu­sami bez spo­glą­da­nia komu­kol­wiek w oczy, ma co do mnie odro­binę racji. Nie posia­dam roweru i nie wiem, skąd go wziąć. Kum­pli na Jasnej nie­wielu i też cienko przędą, kole­gów z klasy wstyd pro­sić, matula roz­kłada ręce i obie­cuje, że pomy­śli o rowe­rze na Gwiazdkę lub uro­dziny. Przy­sze­dłem na świat w stycz­niu, Gwiazdka wypada wia­domo kiedy. Komu wtedy po gło­wie cho­dzi rower? Tatko na mój dyle­mat ma tylko pomruk. Garbi się, nano­sząc ślady po kulach na spit­fire'a.

Myślę sobie, że gdy­bym odkła­dał codzien­nie zło­tówkę, gdy­bym nie kupo­wał owo­co­wych men­to­sów i liza­ków Hip o smaku toffi, jakoś zebrał­bym te dwie­ście pięć­dzie­siąt zło­tych, aku­rat na przy­szłą wio­snę. Cho­dzi jed­nak o naj­bliż­szy pią­tek. Śmie­cia­rze mogliby pomóc. Jeż­dżą od świtu i wypa­trują rowe­rów pozo­sta­wio­nych na noc. Tną zapię­cia, ładują do swo­jej kolu­bryny, pozo­sta­wia­jąc na chod­niku prze­cięty łań­cuch. Akcja zaj­muje może pół minuty. Przy dobrych wia­trach rower sprze­da­liby i za pięć­dzie­siąt zło­tych. Co, jeśli peda­łu­jąc do Myśla, natknę się na wła­ści­ciela? Nie upa­dłem na głowę. Jest czwart­kowe popo­łu­dnie, kręcę się chwilę po Jasnej i dra­łuję przez nasze podwórko do magla, do pani Teresy.

Magiel mie­ści się w piw­nicy na Cheł­miń­skiej, obok Jasnej. Znam skrót. Prze­ci­nam podwórko na skuśkę, dla zabawy plą­czę się w roz­wie­szo­nej pościeli, odgi­nam siatkę i zeska­kuję na beto­nową ścieżkę obok zanie­dba­nego ogródka, gdzie wokół drew­nia­nej budki wyle­gują się koty. Na klatce scho­do­wej -?czyst­szej, ale i ciem­niej­szej niż nasza -?pach­nie wybie­la­czem. Scho­dzę po beto­no­wych stop­niach, pcham wzmac­niane drzwi i zaraz sie­dzę przy stole pokry­tym folią, jem ciastka domo­wej roboty, popi­jam her­batę i patrzę na wały wiel­kie jak pnie drzew, obra­ca­jące poszewki i zasłony. Pani Teresa sama przy­po­mina drzewo, zwłasz­cza teraz, gdy nosi zie­lony far­tuch. Ma twarz pła­ską jak sęk, siwe krę­cone włosy, pro­ste kol­czyki i fio­le­towe dło­nie o bar­dzo bia­łych paznok­ciach.

Pytam, czy mogę pomóc. Pani Teresa macha dło­nią. Sły­szę, że mam sie­dzieć spo­koj­nie, że jesz­cze się w życiu napra­cuję. Cze­kam cier­pli­wie i jem ciastka. Pani Teresa koń­czy taniec z firanką, przy­nosi sobie spode­czek do fili­żanki, zapala papie­rosa i pyta, co mnie spro­wa­dza. Wsty­dzę się powie­dzieć. Przy­cho­dzi mi do głowy, że mógł­bym nająć się do magla. Tak odpra­co­wał­bym rower. Pani Teresa strze­puje popiół do sala­terki i powta­rza swoje pyta­nie. Mówię, w czym rzecz. Roweru potrze­buję tylko na jedno popo­łu­dnie. Odpro­wa­dzę go w sobotę rano lub nawet w pią­tek wie­czór, jeśli tak trzeba. Będę bar­dzo uwa­żał. Na pewno nie znisz­czę. Pani Teresa ma mnó­stwo doro­słych dzieci i hordy wnu­ków, które być może nie potrze­bują już swo­ich rowe­rów, poza tym ludzie przy­no­szą do magla różne rze­czy na sprze­daż. Pani Teresa trzyma je w pomiesz­cze­niu gospo­dar­czym, zamknię­tym na klucz. Z tego tak naprawdę żyje. Mógł­bym nawet odpra­co­wać tę pożyczkę, ale pani Teresa śmieje się i mówi, że w ten spo­sób pozba­wił­bym pracy wła­sną matkę.

Spo­koj­nie cze­kam na odpo­wiedź. Pani Teresa, jak każdy o gołę­bim sercu, broni się, zwle­ka­jąc z odpo­wie­dzią. Kręci głową, nasta­wia wodę na kolejną her­batę, pyta o mojego ojca i stwier­dza, że jestem dziel­nym mło­dym czło­wie­kiem. Nie potrafi tego uza­sad­nić. Powraca do poprzed­niej pozy­cji: papie­ros nad sala­terką, piersi falu­jące pod far­tu­chem. Zoba­czy, co da się zro­bić. Niczego nie obie­cuje, ale dora­dza, żebym zaj­rzał do niej w pią­tek przed szkołą. Brak obiet­nicy jest naj­lep­szą obiet­nicą. Mam ochotę wyści­skać panią Teresę, lecz tylko się kła­niam. Pani Teresa ujmuje mnie za rękę i zasta­na­wia się gło­śno, czemu życie roz­daje karty tak nie­równo. Kie­dyś dobre życie fun­do­wała uczciwa praca. Teraz już nie wia­domo. Pyta, dokąd pojadę na tym rowe­rze i z kim. Odpo­wia­dam. Pani Teresa zauważa, że Darek to porządny chło­pak i ma bar­dzo mądrą sio­strę. Nic dziw­nego, że tak się jej trzyma. Sio­stra Darka zrobi wszystko, żeby wyje­chać z Byd­gosz­czy, i ma rację. Tu tylko nędza­rze i zło­dzieje.

Nim pójdę, pani Teresa pakuje tro­chę cia­stek dla mamy, dorzuca biały ser, wędlinę i dobre słowo: mam już nie zawra­cać jej głowy. Wra­cam tą samą drogą, przez dziurę w siatce, a lecę tak szybko, że koty pry­skają na wszyst­kie strony. Wkrę­cam się w pra­nie na podwórku. Wyobra­żam sobie, że jestem duchem i mate­ria­li­zuję się dokład­nie przed tatu­siem, który, z rękami w kie­sze­niach i z siatką zawie­szoną na nad­garstku, dziar­sko masze­ruje w stronę domu. Roz­ta­cza wokół sie­bie mocny zapach wody koloń­skiej i obwiesz­cza rado­sną nowinę: spit­fire zszedł za okrą­głe trzy stówki, nabywca się cie­szy i może zamówi coś jesz­cze. Opo­wia­dam o obiet­nicy pani Teresy. Dzie­limy się rado­ściami, ojciec i syn. Tatko dra­pie się w nos, a siatka zjeż­dża mu aż do kan­cia­stego łok­cia. Gło­śno wyraża żal, że wcze­śniej nie podzie­li­łem się swoim rowe­ro­wym marze­niem. Wydaje mi się to dziwne, bo każdy chło­pak chce mieć rower, no ale tatuś nie jest taki jak wszy­scy. Obie­cuje pomy­śleć o rowe­rze i macha ręką. Co tam, w sobotę pój­dziemy do Rometu i jakiś kupimy, należy mi się za samą pomoc przy spit­fi­rze. Deszcz się nasila. Tatuś prosi, żebym zawsze mówił mu, czego potrze­buję. Pro­mie­niuje ener­gią. Razem wra­camy do domu.

13.

Biuro pani Wandy wypeł­niają zdję­cia dzieci. Stoją na biurku, para­pe­cie, cią­gną się przez ścianę. Zasła­niają książki na półce. Pani Wanda ma rów­nież wielki kal­ku­la­tor i stos nume­rów "Prze­glądu Pie­kar­skiego i Cukier­ni­czego" uło­żony nie­dbale na samym skraju blatu. Wiszą też dyplomy. Na widok Jędrka pani Wanda uśmie­cha się i wstaje z fotela. Pro­po­nuje, żeby usiadł. Jędrek spusz­cza głowę i zaci­ska dłoń na nad­garstku. Przy­po­mina oskar­żo­nego zasłu­cha­nego w surowy wyrok. Pod­cho­dzi do pani Wandy. Nie siada.

Pani Wanda pyta, czy cze­goś się napije. Jędrek kręci głową. Pani Wanda składa dło­nie jak do modli­twy. Na każ­dym palcu ma pier­ścio­nek. Pyta, jak Jędr­kowi podoba się na prak­ty­kach.

-?Bar­dzo, pro­szę pani -?odpo­wiada Jędrek i pod­nosi wzrok.

Na biurku poja­wiają się cze­ko­ladki. Pani Wanda także cie­szy się z Jędrka, uważa, że tak zdolny prak­ty­kant zda­rza się raz na pięć lat, może na dzie­sięć. Jej zda­niem Jędrek będzie kie­dyś wiel­kim cukier­ni­kiem. Żałuje tylko, że tak mało o nim wie. Pyta o rodzi­ców, chce wie­dzieć, dla­czego Jędrek wybrał ten aku­rat zawód. Jędrek prze­łyka ślinę.

-?Bo nauka mi nie szła, pro­szę pani.

Pani Wanda zachęca Jędrka, by wziął cze­ko­ladkę. Świ­druje go wzro­kiem. Mówi, że jej zda­niem Jędrek mógłby się uczyć dobrze, gdyż w lot poj­muje wszystko, co się do niego mówi. Potrafi słu­chać, a to rzadka cecha. Życzy sobie, aby wytrwał, nie roz­my­ślił się, nie zanie­dbał prak­tyk. Wów­czas może zosta­nie przy­jęty na stałe. Chce wie­dzieć, co go naj­bar­dziej inte­re­suje. Pyta i zjada cze­ko­ladkę.

-?Ja bym chciał robić ładne rze­czy -?wyznaje Jędrek -?na przy­kład zamki z cukru.

W opi­nii pani Wandy nie mógł tra­fić lepiej. Ktoś taki bar­dzo jej się przyda. Opo­wiada przez chwilę o cukier­nic­twie jako o sztuce. Szkoda, bo ludzie bar­dzo rzadko myślą w ten spo­sób. Wstaje zza biurka, ujmuje Jędrka pod ramię i przy­znaje, że jest zakło­po­tana. Ma pro­blem, z któ­rym nie wie, co zro­bić. Potrze­buje pomocy kogoś zaufa­nego. Zasta­na­wia się gło­śno, czy Jędrek jest takim czło­wie­kiem.

-?Tak, pro­szę pani -?mówi Jędrek.

Pani Wanda uśmie­cha się znowu i pro­wa­dzi go na podwórko.

14.

Punkt czwarta cze­kam na rogu Jasnej i Grun­waldz­kiej oparty o kie­row­nicę. Mój rower to bez­i­mienny góral wyróż­nia­jący się nie­bie­ską ramą prze­cho­dzącą w sze­roki błot­nik. Pierw­szy raz widzę coś podob­nego i idę o zakład, że jakiś pod­pity dzia­dzio sprze­dał to dzi­wa­dło w maglu za butelkę. Prze­rzutki są zdarte, opony wyły­siały, ale robię rundkę po ulicy i śmiga, aż miło. Po chwili zja­wia się Darek, peda­łu­jąc zawzię­cie na czar­nym BMX-ie. Rower ma barwę i blask kara­wanu, wydaje się odlany z jed­nej moc­nej bryły, kie­row­nica roz­wi­dla się wysoko, nad sio­deł­kiem. Darek się zasa­pał. Wygląda na jesz­cze mniej­szego, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Zsiada z BMX-a, zaraz sięga po wodę i mówi, że Jędrek jak zwy­kle się spóź­nia i nie można na niego liczyć.

Nie mam czasu odpo­wie­dzieć, bo Grun­waldzką popy­cha Jędrek na skła­daku kolo­ro­wym jak kalej­do­skop. Dosłow­nie jaśnieje na tle sza­ro­ści i beżu. Na Jędrku łopo­cze fle­jers z wście­kle poma­rań­czową pod­pinką. Dzwo­nią klak­sony, a Jędrek skręca ostro w Jasną tuż przed czer­wo­nym fron­tem gwał­tow­nie hamu­ją­cego auto­busu i staje przy nas, wzbi­ja­jąc w powie­trze chmurę pyłu. Gęba mu się śmieje, przy­bi­jamy sobie piątkę jak mło­dzi gang­ste­rzy na fil­mach sen­sa­cyj­nych, Darek pod­suwa mu bidon pod czer­woną gębę, Jędrek pociąga zdrowo, jesz­cze zdro­wiej spluwa i woła:

-?Wio, chło­paki, żeby uda nie osty­gły!

Jestem pewien, że myślał nad tym tek­stem przez całą drogę. Zjeż­dżamy Jasną i zaraz pru­jemy przez tereny kole­jowe, kamie­ni­stą ścieżką, koło pia­sko­wych budyn­ków peł­nych dziur, mię­dzy zapad­nięte dachy i gru­bych kole­ja­rzy trzy­ma­ją­cych szlugi w krót­kich pal­cach. Tu Darek radzi sobie dosko­nale, skręca, balan­su­jąc cia­łem, i wkrótce wysuwa się na pro­wa­dze­nie, które straci ledwo na moście przez Brdę. Daję z sie­bie wszystko, żeby nadą­żyć -?oni regu­lar­nie jeż­dżą na rowe­rach, ja nie, i wkrótce widzę tylko czarną kurtkę Darka i fle­jers łopo­czący wokół ple­caka. Roz­pę­dzam się z mostu, stopy gubią pedały i hamuję dopiero na Dwor­co­wej, zwa­nej Aleją Lom­bar­dów, gdzie na mnie cze­kają.

Przez moment nie mają siły uda­wać. Darek zło­żył głowę na kie­row­nicy, Jędrek obwią­zuje fle­jersa wokół bio­der i sapie. Dwor­cową wali popo­łu­dniowy tłum, szyldy zapra­szają do ciu­cho­lan­dów, na ham­bur­gera, do salonu gier. Lom­bardy można roz­po­znać po kra­tach, witry­nach ze zbro­jo­nego szkła i zło­tych lite­rach infor­mu­ją­cych o sku­pie wszyst­kiego. Gro­ma­dzą się przed nimi potężni faceci z wąsami i płe­twą opa­da­jącą na kark. Noszą adi­dasy do mary­na­rek, bran­so­letki z ruskiego złota i koszulki polo nie­prze­pusz­cza­jące powie­trza. Hipisi z narę­czami korali, zaro­śnięci, o poczer­wie­nia­łych uszach, sprze­dają pocz­tówki dla nie­wi­do­mych sie­rot czy kogoś takiego. Dolę dzielą bły­ska­wicz­nie, do dwóch osob­nych kie­szeni. Środ­kiem ulicy czła­pie gru­bas prze­brany za bociana. Roz­daje ulotki infor­mu­jące o bły­ska­wicz­nym kre­dy­cie.

Ruszamy dalej, wzdłuż muru cmen­ta­rza, tym razem już spo­koj­niej. Skrę­camy, mijamy nie­do­koń­czoną budowlę z pusta­ków, armaty i czołgi z muzeum woj­sko­wego i już jeste­śmy na Gdań­skiej. Trzeba zwol­nić. Peda­łu­jemy gęsiego, Darek na przo­dzie, uno­sząc mokry tyłek, ja na ogo­nie, a i tak wyplu­wam płuca, żeby nadą­żyć. Ciąg blo­ków naprze­ciw sta­dionu Zawi­szy prze­suwa się nazbyt wolno. Jasny dym unosi się nad ogród­kami dział­ko­wymi.

Do Myśla już nie­da­leko, wjeż­dżamy do lasu. Mijają nas piesi i rowe­rzy­ści, obju­czeni bania­kami z wodą. Nie­któ­rzy tar­gają nawet po sześć. Obju­czone, wście­kłe bachory wloką się za przy­gar­bio­nymi rodzi­cami. Przy Źró­dełku, studni arte­zyj­skiej, wije się ogo­nek na trzy­dzie­ści osób. Zaci­skają pię­ści, sapią, roz­glą­dają się lub stoją jak kołki -?strużka tak wolno ciek­nie. Zasu­wamy dalej, za pętlą roz­wi­dle­nie i Jędrek, który nie oddał pro­wa­dze­nia, wybiera skręt w prawo. To dłuż­sza trasa, pewno chce nas zmę­czyć. Darek zwal­nia, by zaraz przy­spie­szyć.

Za drew­nia­nym barem stru­mie­niem leją roz­cień­czo­nego kuja­wiaka. Ojco­wie moczą w pia­nie wąsy, a ich dzieci wirują na ponie­miec­kich karu­ze­lach luna­parku. Pil­nuje ich drew­niana sowa. Szkraby wirują na koni­kach, kotłują się w chiń­skim base­nie, zgrzyta stal, zde­rzają się elek­tryczne samo­cho­dziki. Starsi stoją w kolejce do zjeż­dżalni wyso­kiej na dwa pię­tra, a wszy­scy, mali i więksi, co chwilę zawra­cają do baru po drobne, by tatu­sio­wie mogli dalej pić w spo­koju.

Od strony minia­tu­ro­wego zoo daje łaj­nem, a Darek uznaje za słuszne poka­zać nam wszyst­kim, gdzie raki zimują. Nie­mal staje na swoim BMX-ie, wypina tyłek i peda­łuje co sił. Gładko omija Jędrka i jesz­cze przy­spie­sza. Wołam, żeby dali sobie spo­kój, na próżno. Jędrek pochyla się i gna przed sie­bie, ple­cak ster­czy jak garb. Mijają się ze dwa razy, aż tracę ich z oczu. Natych­miast zwal­niam. W kola­nach pul­suje mi krew, kusi mnie, żeby sta­nąć. Wtedy jed­nak nie ruszę. Jak bab­cia pod górkę peda­łuję dalej, uno­sząc tyłek. Droga jest pro­sta, a jed­no­cze­śnie stroma, wście­kam się na sie­bie, na kole­gów, na rower i panią Teresę, aż moim oczom uka­zuje się skręt do parku i zasmar­kany Darek, pod rowe­rem, na ziemi.

Poma­gam mu wstać. Cały się krztusi. Opo­wiada, że nie wyro­bił na zakrę­cie, upadł, zdarł skórę do mięsa, a Jędrek obej­rzał się i pope­da­ło­wał dalej. Obciera śpik i obwiesz­cza powrót do domu. Sami możemy sobie jeź­dzić po Myślu. Zapewne ocze­kuje, że wrócę z nim. Pro­szę, żeby poka­zał mi tę straszną ranę, chcę zyskać w ten spo­sób na cza­sie. Zadziera nogawkę. Cóż, skóra ledwo czer­wona, brud zagnieź­dził się w zadra­pa­niu. Mówię, żeby­śmy poszli to prze­myć. Zapy­tamy o jodynę w budce z ham­bur­ge­rami. Dodaję, że nie zamie­rzam wci­nać się mię­dzy niego a Jędrka i niech zała­twią to mię­dzy sobą. Zosta­wiam go z tą myślą. Pro­wa­dzę rower. Darek bie­rze swój i zrów­nuje się ze mną. Nie zaha­czamy o żadne ham­bur­gery. Przed nami rysuje się polana i sito­wie, jeziorko prze­sła­nia nam Jędrek z ple­ca­kiem prze­rzu­co­nym przez ramię, mokry i dumny ze zwy­cię­stwa.

15.

Wciąż cie­pło, ale tu nie wolno pły­wać. We trzech ścią­gamy koszulki. Jędrek zwala się na trawę, poka­zu­jąc wło­chate pachy. Darek ma bicepsy jak śliwki, zarys kwa­dra­ci­ków na brzu­chu i pła­ską klatkę pier­siową. Cały czas zerka na swoje ramiona. Z ple­caka wyj­muje ter­mos i pognie­ciony paku­nek. Dosta­jemy pić i po kawałku bisz­kopta. Pała­szuję natych­miast, a Jędrek przy­gląda się swo­jej por­cji. Gry­zie ostroż­nie, jakby spo­dzie­wał się pułapki. Dał­bym głowę, że jego ple­cak się poru­szył.

-?Cał­kiem do rze­czy -?mówi, nie odry­wa­jąc wzroku od ciastka. -?Mógł­byś zro­bić takie dziurki, o, tu i tu -?poka­zuje gdzie -?potem dajesz mar­ce­pan czy tam jakiś kre­mik i masz buszejkę. No, ale nie­złe i tak, nie? Podzię­kuj mamie ode mnie.

Darek kiwa głową, że tak postąpi. Sły­szymy śmiech jakiejś bandy popi­ja­ją­cej daleko, za szu­wa­rami. Darek nie wie, co powie­dzieć, więc mówi byle co: zauważa, że chyba nie mia­łem roweru, a jed­nak na jakimś przy­je­cha­łem. Ni­gdy nie widział takiej ramy. Wzru­szam ramio­nami. Nie było roweru, rower jest, to wszystko, co powi­nien wie­dzieć.

Znaj­du­jemy krót­kie molo osu­wa­jące się w brą­zową wodę. Zdej­mu­jemy buty i sia­damy na prze­gni­łych deskach. Mącę toń palu­chem. Nogi Darka są za krót­kie i bujają się w powie­trzu. Nad nami krążą cięż­kie ważki. Pośrodku jeziorka stoi prze­krzy­wiona łódka i nie zdzi­wił­bym się, gdyby ktoś sobie w niej przy­snął. Rybki trze­po­czą się przy dnie, obok poro­śnię­tych mchem bute­lek. Darek mówi, że może mi pomóc z kasą. Popo­łu­dniami dora­bia sobie, myjąc samo­chody pod Blan­kami na Mosto­wej, star­sze chło­paki, co tym trzęsą, są wła­ści­wie w porządku i potrze­bują ludzi. Cza­sem jakiś kie­rowca się wściek­nie, warto zadbać o cegłę pod ręką, poza tym da się żyć. Milk­nie i zaga­duje Jędrka, czy on też by chciał. Jędrek grze­bie w ple­caku. Pod­nosi głowę.

-?Na chuj mi to? -?W jego gło­sie brzmi szczere zdzi­wie­nie. -?Całe życie będę robił, teraz wolę pojeź­dzić na rowe­rze.

Rzu­cam, że faj­nie byłoby poro­bić we trójkę, taka praca to nie praca. Jędrek wkłada rękę do ple­caka po łokieć.

-?Nawet nie wiem, co miał­bym robić z tą flotą -?mówi. -?Patrzaj­cie lepiej na to, jakie śmieszne są, no nie?

Na molo kła­dzie worek podobny do takiego, w któ­rym w pierw­szych kla­sach nosi­li­śmy buty. Jędrek roz­wią­zuje węzeł. Z worka gra­moli się kotek, maleńki, o poskle­ja­nych jesz­cze oczach i futerku. Ledwo sta­wia kroki i zaraz prze­wala się na bok. Za nim wyłazi kolejny, jakby bar­dziej ogar­nięty, o zie­lo­nym spoj­rze­niu i nie­śmiało pod­nie­sio­nych uszkach. Sunie z noskiem przy ziemi. Trzeci wta­ra­ba­nia się w swo­ich poprzed­ni­ków, prze­wraca się miękko i liże sobie łapkę. Popi­skują. Jest naj­słab­szy, nie potrafi się pod­nieść i tylko kiwa głową na wszyst­kie strony, jakby poszu­ki­wał cze­goś, o co mógłby się oprzeć. Gro­ma­dzimy się wokół tych pociech. Darek pod­suwa palec i zie­lo­no­oki, najbar­dziej kumaty, natych­miast zaczyna ssać opuszkę. Pytam Jędrka, skąd je wytrza­snął i po co tar­gał je ze sobą aż do Myśla. Mogły zdech­nąć w ple­caku z gorąca.

-?Tak cie­pło to znowu nie jest -?zauważa Jędrek. Pozwala, by pierw­szy z kotów, bura­sek, lizał mu wierzch dłoni. -?Jakby zde­chły, tobym nie miał zmar­twie­nia. Cukier­nica kazała mi coś z nimi zro­bić.

Darek zaraz chce wie­dzieć, czemu padło na Jędrka. Ten dra­pie kota za uchem.

-?A bo ja wiem?

Zasta­na­wiamy się z Dar­kiem, jak roz­wią­zać ten kło­pot. Wypu­ścimy je, to zginą. Pro­po­nuję, żeby każdy wziął po jed­nym i pro­blem z głowy. Darek stwier­dza, że matka prze­święci go, jak tylko zamel­duje się z kotem. Fak­tycz­nie, tatko zare­ago­wałby podob­nie, zresztą i tak ledwo mie­ścimy się na tych dwu­dzie­stu metrach. Naj­słab­szy z kot­ków mie­ści mi się na ręce. Roz­kra­czają mu się łapki. Przy­po­mi­nam sobie, że gdzieś, chyba na Grun­waldz­kiej, mają schro­ni­sko dla zwie­rząt. Poje­dziemy zaraz. Tam zajmą się kotami.

-?Aku­rat. -?Jędrek bawi się, wsa­dza­jąc mały palec kotku do pyszczka. - Dadzą je do uśpie­nia, i tyle. Cukier­nicy chyba bie­gało o coś takiego.

Pozo­sta­wia palec w kocim pyszczku, drugą ręką sięga do ple­caka po nóż sprę­ży­nowy. Matowe ostrze wysuwa się z cichym szczęk­nię­ciem. Jędrek kciu­kiem naci­ska blo­kadę i obraca nóż w dłoni.

-?Jak jecha­li­śmy tutaj, to chcia­łem je poto­pić, niby tak się robi, no nie? Ale teraz mi świta, że to o kant dupy pomysł. Męczyć się będą, a jesz­cze ktoś je znaj­dzie. Ja bym tam wolał, żeby mnie zadźgano, niż uto­piono.

Zer­kam na bla­dego Darka i nim zdążę coś powie­dzieć, Jędrek deli­kat­nie bie­rze kota za kark. Zwie­rzątko pisz­czy i prze­biera dol­nymi łap­kami. Jędrek ze trzy razy trąca brzuch czub­kiem noża, jakby chciał wypró­bo­wać jego ostrość, i szyb­kim ruchem wbija je w gar­dło tak, że wycho­dzi z dru­giej strony. Kotek więd­nie natych­miast, jak kwiat na przy­spie­szo­nym fil­mie, który kie­dyś pusz­czali w tele­wi­zji. Pozo­stałe wciąż peł­zają po molo, nie­świa­dome nie­bez­pie­czeń­stwa. Na sku­pio­nej twa­rzy Jędrka miga coś na kształt zdzi­wie­nia. Wyj­muje nóż, gnie kota jak gąbkę i wyciera ostrze o futerko. Tru­chło ląduje w szu­wa­rach. Jędrek prze­kłada nóż, tak że nik­nie mu w dłoni. Kciuk zamyka się na koń­cówce ręko­je­ści. Jędrek pada na czwo­raki, oparty na przed­ra­mie­niu. Słońce opada dokład­nie za jego ple­cami. Sito­wie trąca mu bark. Wygląda, jakby pełzł przez tunel o ścia­nach z zie­leni i świa­tła. Pochyla głowę. Widzę tylko jego głodne oczy. Kątem oka dostrze­gam Darka uno­szą­cego dłoń do ust. Ruch Jędrka jest szybki, nóż spada zza głowy i wbija się w miękki krę­go­słup peł­zającego kotka. Zwie­rzątko roz­cza­pie­rza wszyst­kie łapki, wydaje z sie­bie przej­mu­jący pisk i gaśnie. Sprawę koń­czy plusk, kręgi na wodzie biją o słupy pod­pie­ra­jące molo. Trzeci kotek wciąż leży na boku. Jędrek unosi go za płat skóry na karku, pod­suwa Dar­kowi pod twarz, zawie­sza mi przed nosem. Pyta:

-?Chcesz?

W dru­giej dłoni pod­suwa mi nóż. Nic nie odpo­wia­dam. Zasta­na­wiam się tylko, jak bym się z tym czuł. Zwie­rzątko i tak jest ska­zane na śmierć. Kotek pełza na różo­wej dłoni. Być może gdy­bym to zro­bił, poczuł­bym się spo­koj­niej­szy. Ale ni­gdy nie widzia­łem tak bez­bron­nego stwo­rze­nia. Mil­czę. Jędrek odkłada nóż. Ujmuje główkę kota w dwa palce i prze­kręca szyb­kim ruchem.

Czy­ści nóż o trawę, składa i chowa do ple­caka razem z wor­kiem. Darek gapi się w wodę i mówi, że zro­biło się późno i pora wra­cać. Zasta­na­wiam się, czemu Jędrek zro­bił to przy nas i dla­czego ich jed­nak nie uto­pił. Pojeź­dził­bym jesz­cze tro­chę, bo jutro rano muszę oddać rower, ale nie mam ochoty na prze­py­chanki, zwłasz­cza że Jędrek wstał i szy­kuje się do drogi. Pro­po­nuję, żeby­śmy zro­bili jesz­cze kółko po parku, i tak rze­czy­wi­ście się dzieje. Jadę obok Jędrka. Darek zostaje daleko za nami.

16.

Jędrek wraca do domu. Zapiął fle­jersa, łok­cie roz­sta­wił na boki, pochyla głowę i bie­rze ostre zakręty. Przez Zamczy­sko jedzie tak szybko, że ledwo zauważa kilku nasto­lat­ków, tro­chę młod­szych od nas, któ­rzy pod­pie­rają przę­sło, naj­wy­raź­niej cze­goś ocze­ku­jąc. Igno­ruje skrzy­żo­wa­nie i pro­sto na niego wyjeż­dża star. Hamują jed­no­cze­śnie, pół metra od sie­bie. Ze stara wyska­kuje kie­rowca w czapce z dasz­kiem i nie­bie­skiej koszulce Pepsi. Idzie pro­sto na Jędrka i krzy­czy, że go zapier­doli. Spo­gląda w jego oczy, milk­nie i wraca do samo­chodu.

Lasem koli­bie się zabyt­kowy tram­waj z tablicą JAZDA PRÓBNA na przo­dzie. Jędrek nie ma świa­tła i pruje pro­sto przez ciem­ność wąską ście­żynką. Zako­chani uska­kują mię­dzy drzewa. Gdzieś z głębi docho­dzi krótki, urwany wrzask, a za nim pio­senka -?chłopy śpie­wają, kopiąc kogoś, kto leży na ziemi. Jędrek peda­łuje co sił. Pod­ska­kuje na kamie­niach i korze­niach, roz­chla­puje kałuże. Zjeż­dża z górki, unosi wysoko nogi i pędzi, wpa­da­jąc pro­sto mię­dzy bloki For­donu. Tara­nuje pło­tek, ale nie spada z roweru. Wyco­fuje się, tra­tu­jąc kwiaty. Zata­cza pętle na osie­dlo­wych dróż­kach, a matki wołają dzieci do domów, kulawi psia­rze szar­pią obroże swych kun­dli.

Rower zamyka w piw­nicy. Czeka, aż serce się uspo­koi, idzie na górę i dzwoni do drzwi. Tym razem ojciec nie patrzy na zega­rek. Już w progu podaje synowi szklankę wody, pyta, czy nie jest głodny. Jędrek zaprze­cza ruchem głowy. Zdej­muje koszulkę i myje się pod pachami. Ojciec chce wie­dzieć, czy faj­nie było na rowe­rach i z kim poje­chał. Jędrek wyciera się ręcz­ni­kiem.

-?Z Krzyś­kiem Hoppe, tatuś -?odpo­wiada.

Ojciec pociąga nosem. Prze­świe­tla Jędrka wzro­kiem i mówi, żeby go nie nabie­rał. Poje­chał tylko z Dar­kiem. Prze­cież Krzy­siek nie ma nawet roweru. Jędrek nie odpo­wiada. Wkłada czy­stą koszulkę i chce iść do swo­jego pokoju. Ojciec przy­po­mina, że dziś, jak co pią­tek, będą czy­tać książki. Jędrek reaguje wes­tchnie­niem, ale nic nie mówi. Ojciec zasiada w pokoju, przy stole, zakłada oku­lary, ślini palec i prze­wraca stronę For­sy­tha w gru­bej czer­wo­nej opra­wie. Matka pod­nosi nos znad różo­wego tomu Cour­ths-Mah­le­ro­wej. Jędrek bie­rze z półki pierw­szą lep­szą książkę. Siada przy mamie. Otwiera mniej wię­cej w środku. Przy­suwa sobie lampkę i czyta.

17.

Pierw­szy sto­pień naszej klatki scho­do­wej oku­puje inny miło­śnik ksią­żek. To tatko przy­snął z ręką pod głową. Kola­nami ści­ska pustą rekla­mówkę i opiera czoło o opróż­nio­nego bełta. Pró­buję go prze­kro­czyć bez doty­ka­nia, lecz wybu­dza się gwał­tow­nie, wyba­łu­sza oczy i szar­pie mnie za nogawkę. Chce, żebym z nim został i go posłu­chał. Ani mi to w gło­wie. Nie chce puścić. Chwy­tam się chy­bo­tli­wej porę­czy, drugą nogą odpy­cham się od tatu­sia i cwa­łuję na pię­tro odpro­wa­dzany przez jego skom­le­nie.

Matula czeka w kuchni. Pali nad szklanką z fusami na dnie. Witam się i zasu­wam do łóżka, ale mama ma sprawę. Dopy­tuje o tatę. Odpo­wia­dam zgod­nie z prawdą. Zmar­z­nie i wróci w środku nocy. Mama szar­pie się za poli­czek i prosi, żebym zacią­gnął go na górę, bo co ludzie powie­dzą. Moim zda­niem może leżeć tak do świtu, poza tym cała Jasna dosko­nale wie, kim jest pan Bog­dan. Mamu­sia uważa ina­czej, ciśnie, głos jej drży, a ja kapi­tu­luję. Przy­tu­lił­bym ją, ale ni­gdy tego nie robię. Po pro­stu stoję w kuchni i patrzę w okno. Mama idzie do pokoju roz­ście­lić mężowi łóżko.

Tatko śpi w naj­lep­sze i nie spo­sób go ruszyć. Szar­pię za kurtkę, kle­pię po twa­rzy, pro­szę, żeby do nas wró­cił. Na klatce pach­nie szczyną, pyłem i trutką na szczury. Tatuś opiera się na łok­ciach i mruga. Butelka po beł­cie sta­cza się ze stop­nia. Tato każe mi spier­da­lać. Mówi, że jestem małym potwo­rem, że pięt­na­ście lat temu powi­nien zawią­zać sobie chuja na supeł. Wszy­scy go ostrze­gali: nie żeń się z tą bzib­zią, a przy­naj­mniej nie rób dzieci. Powta­rzam moją prośbę. Pomogę mu wstać. Ojciec bok­suje na oślep, zwala się na sto­pień i znów zasy­pia.

Mama sie­dzi na brzegu wer­salki. Mówię, że pró­bo­wa­łem i trudno, mam w czte­rech lite­rach i idę spać. Przed oczyma prze­su­wają mi się koty. Robię sobie kromkę z mor­ta­delą, popi­jam wodą z kranu, myję zęby i roz­ście­lam sobie ame­ry­kankę. Mamu­sia ani drgnie. Kładę się na wznak. Przed oczyma prze­su­wają mi się koty roz­prute w pół­mroku klatki scho­do­wej. Tro­chę to trwa. Mama rzuca na ścianę potężny cień. Wstaję, wkła­dam buty. Biorę koc i idę okryć tatu­sia. Sia­dam przy nim na chwilę, słu­cham płyt­kiego odde­chu, przy­glą­dam się ciem­nym dło­niom i roz­chy­lo­nym ustom. Poma­rań­czowy pro­sto­kąt drzwi prze­cina postać w kurtce bombce i z rekla­mówką w dłoni. To Wesoły Fido masze­ruje opu­sto­szałą Jasną i pogwiz­duje.