Roz-poczęcie
Zacznę od początku. I to nie było w sierpniu ani we wrześniu. Cała ta
historia zaczęła się zimą. I nie, nie miała nic wspólnego z pluszowym
wymiarem walentynek.
A było to tak...
Jest luty, więc Anka i ja przypominamy sobie, że jesteśmy studentkami.
Właściwie to ja sobie nie muszę tak bardzo przypominać. Prawdę
powiedziawszy, to wcale nie muszę sobie przypominać, bo jestem
pracowita, zakuwam jak dzika, mam stypendium i myślę o ścieżce naukowej,
do której, według mojego promotora, mam otwartą drogę.
Natomiast Anka przypomina sobie o swoich studiach w chwili, gdy ktoś
wysyła zbiorowego mejla do osób w grupie. Siedzimy akurat na kawie i plotkujemy o naszych znajomych, trochę rozczarowane tym, że historie
miłosne, które mogłyby być kanwą scenariuszy hollywoodzkich filmów,
zdarzają się wszystkim, tylko nie nam.
Telefon Anki brzdęka, ona spogląda na wyświetlacz i po chwili wahania
decyduje się przeczytać wiadomość.
Patrzę na jej twarz i widzę, że robi się coraz bardziej skupiona.
- Fuck! - wyrzuca z siebie z frustracją. - Muszę napisać jakąś pracę, bo
mnie wyleją.
- I tak cię wyleją - mówię spokojnie. - Zupełnie się nie przykładasz. -
Czyż przyjaciółki nie są od tego, by mówić prawdę?
Zirytowana Anka patrzy mi w oczy.
- Po prostu jestem inna niż ty, Kinga czy Piotrek. Nie potrafię zakuwać.
Bardzo się staram, tylko po swojemu. Wiem, jak ważne jest wykształcenie.
I że muszę je mieć. Tylko idę do niego swoją drogą. Jasne? - Czeka, aż
skinieniem głowy dam znak, że jasne jak słońce w pogodny letni dzień. -
Zaprowadzisz mnie do biblioteki?
Bo Anka nie wiedziała, gdzie jest biblioteka. Przez wiele, wiele lat
swoich różnorakich studiów nigdy nie zhańbiła się korzystaniem z czytelni czy wypożyczalni w bibliotece uniwersyteckiej. Gdybym miała
wskazać powody, dla których jej nie szło na studiach, niewątpliwie byłby
to jeden z nich.
- To bardzo niesprawiedliwe, że muszę pisać ten bzdurny referat tylko
dlatego, że nie chodziłam na wykłady - gdera, pośpiesznie dopijając
kawę. - Wykłady są nieobowiązkowe, prawda? Zwłaszcza na studiach
zaocznych. Czy on nie rozumie, że ludzie pracują, by zapłacić czesne?
Zresztą po co mi znajomość z Kantem... czekaj, jakoś inaczej - zerka na
mejl - z Kantezjuszem?
Intuicja podpowiada mi, żeby tam nie iść. Wszystko we mnie krzyczy, że
należy wrócić do akademika, owinąć się kocem i posłuchać muzyki.
- Po co ci biblioteka, skoro w domu masz wujka Google'a i ciocię
Wikipedię?
- Tu piszą - stuka palcem w wyświetlacz telefonu - że jest taka książka,
z której można przepisać, tylko trzeba trochę pozmieniać.
Gdy się później nad tym wszystkim zastanawiałam, doszłam do wniosku, że
to był właśnie ten moment, w którym rzeczywistość podzieliła się na dwie
alternatywne: tę dobrą i tę, w której wylądowałam ja. I gdybym
wiedziała, jak to się skończy, nie byłabym uczynną duszą, pomagającą
zagubionej w studenckiej rzeczywistości przyjaciółce. Niestety, nie
wiedziałam i dlatego zgodziłam się być towarzyszką w tej wyprawie na
nieeksplorowane dotąd tereny.
Biblioteka mieściła się w neogotyckim gmachu z czerwonej cegły. Budynek
wyglądał zupełnie jak gotycki - strzeliste wieżyczki, cudowne sklepienia
żebrowe, rozety i mozaiki w oknach. Wiadomo jednak, że nie powstał w gotyku, bo wtedy w całej Europie nie mieli tylu książek, by go wypełnić.
Były ich tu tysiące - wielkie sale od podłóg po sufit zabudowane
regałami, w wielu miejscach stały specjalne drabiny, ułatwiające
sięganie do wyższych półek. Lubiłam chodzić długimi korytarzami i wyobrażać sobie, że to mój zamek. Czasem wchodziłam na piętro i ze
szczytu schodów zerkałam, czy nie nadjeżdża mój książę. Wiem, to
romantyczne i trochę głupie, ale każdy ma jakąś słabość. Na co dzień
byłam poukładana i praktyczna, z sukcesami studiowałam nauki ścisłe,
miałam plany, miałam perspektywy. A na marzenia pozwalałam sobie od
czasu do czasu, jakby były kawałkiem szarlotki zjadanym do herbaty w sobotnie popołudnie.
Lubiłam to miejsce. Byłoby absolutnie cudowne, gdyby usunąć zielonkawych
od zakuwania studenciaków, paskudne szafki katalogów i psujący nastrój
współczesny automat do kawy.
Na początku Anka narobiła niezłego rabanu. Zupełnie nie umiała się
zachować, do czytelni chciała wejść z kawą, którą kupiła w automacie,
choć zaledwie pół godziny wcześniej wypiła jedną w kafejce. Wykłócała
się z ochroniarzem też o torbę, której za nic nie chciała zostawić w szatni.
- Przecież ja mam tam swoje ważne rzeczy. Nawet do teatru wpuszczają z torbą. I popatrz, jaki brak logiki. Nie można pić kawy. To po co
ustawiają automat na korytarzu?
Ktoś na nią syknął.
- Powiedz mi jeszcze, że nie wolno tu rozmawiać. Okropne miejsce, po
prostu okropne.
W końcu usiadłyśmy. Anka otworzyła tę książkę, na podstawie której miał
powstać referat, a ja rozglądałam się wkoło. Powinnam też coś robić.
Znajdę sobie coś do czytania. Wstałam.
I wtedy go zobaczyłam.
Dwa stoliki od nas siedział najpiękniejszy facet na świecie. Wysoki,
lekko przypakowany. Nie były to jednak mięśnie wyniesione z siłowni,
widać, że chłopak w wolnym czasie lubił uprawiać sport. Miał gładką,
delikatnie opaloną skórę i ciemne, ciut za długie włosy, które łagodnymi
falami spływały na kark. Kilkudniowy zarost rzucał cień na pociągłą
twarz. Rysy miał bardzo regularne, nos prosty, a usta! Przywarłabym do
nich i nie dała się oderwać przez tydzień, takie to były usta. Dolna
szczęka ociupinkę zbyt kanciasta, jednak zamiast szpecić, dodawała
uroku. Migdałowe oczy patrzyły na świat lekko zamglonym spojrzeniem. Ze
względu na odcień skóry i bardzo wysoki poziom roztaczanej słodyczy od
razu nazwałam go w myślach Panem Karmelkiem.
Byłam przekonana, że to ja pierwsza go zobaczyłam. W końcu jestem
specjalistką od zauważania przystojnych facetów. Chciałam szturchnąć
Ankę, zorientowałam się jednak, że ona też go widzi - ślina z wywalonego
jęzora kapała jej na notatki.
- Słodziak! - oceniła, a przechodząca akurat bibliotekarka posłała w naszą stronę mordercze spojrzenie. - Oddałabym mu swoją nerkę.
- Ej! To mi obiecałaś nerkę, pamiętasz?
- Jemu oddałabym tę drugą. Mogłabym dla niego umrzeć.
Te deklaracje nie były miłe z jej strony, nawet jeśli tylko żartowała.
Znałyśmy się od lat, spędzałyśmy razem mnóstwo czasu, wspierałyśmy się w najtrudniejszych momentach życia, takich jak matura. Setki razy
rozmawiałyśmy o sytuacjach kryzysowych i tym, co jedna by dla drugiej
zrobiła. Donacja nerki wydawała nam się najwyższym możliwym
przyjacielskim poświęceniem. Żadna z nas nigdy nie powiedziała, że
mogłaby za tę drugą umrzeć. A tu nagle Anka tak swobodnie rzuca to na
widok zupełnie obcego faceta. Poczułam złość na oboje.
Jeszcze raz uważnie przyjrzałam się Panu Karmelkowi. Ta toporna szczęka
wcale nie dodawała mu uroku. I ten zamglony wzrok, pewnie wczoraj nieźle
balował. Imprezowy Machoman - to on. A na blacie przed nim tablet i dwa
smartfony. Koszulka polo, blezer, świetnie dopasowane dżinsy, czyste
buty. Oczywiście mógł pochodzić z rodziny o wysokim statusie majątkowym,
w której od dziecka mu wpajali, że wygląd świadczy o człowieku. Albo po
prostu lubił nadmiernie dbać o siebie.
- Jestem pewna, że woli facetów. - Wcale nie byłam pewna, po prostu
chciałam, żebyśmy przestały na niego patrzeć, mówić i myśleć o nim.
Anka przyglądała mu się wnikliwie.
- Blezer, czyste buty. Polo. Ilu znasz facetów, którzy w ogóle wiedzą,
co to znaczy koszulka polo? - zapytałam.
Moje argumenty były silne, jednak Anka nie chciała odpuścić. Po chwili
namysłu zaproponowała:
- Może zrobię biustowy test?
Spojrzałam na dekolt mojej przyjaciółki. Nie można było powiedzieć, żeby
natura jej poskąpiła. Przejść obojętnie obok zawartości jej stanika
stanowiło wyzwanie nawet dla heteroseksualnych kobiet, a co dopiero dla
facetów. Zawsze im oczka uciekały ku piersiom Anki.
Trochę jej zazdrościłam, ale tłumaczyłam sobie, że w jej wypadku to
wynagradza inne braki, bo tak ogólnie Anka była przeciętna. Czasem jej
skóra nabierała ziemistego odcienia i przez to, oraz przez blizny po
ospie na czole, wyglądała brzydko. Nie mogła wyjść z domu, zanim nie
sięgnęła po wsparcie przemysłu kosmetycznego. Nie była szczególnie
wysoka, nie była też drobna. Tęczówki oczu miały szaroniebieski odcień,
a krótkie włosy rosły we wszystkich kierunkach, tworząc płową szopę,
niemożliwą do poskromienia. W lepsze dni wyglądała całkiem ładnie, w gorsze - lepiej nie mówić. Anka ciągle narzekała na niesprawiedliwość
losu, który dał Kindze urodę perskiej księżniczki. A choć o mnie nie
wspominała, byłam przekonana, że też mi trochę zazdrości.
Przez chwilę rozważałam, czy chcę poznać preferencje seksualne chłopaka.
Czy w ogóle miałam ochotę cokolwiek o nim wiedzieć? Postanowiłam
powiedzieć: pas.
- Odpuśćmy. Mnie się podoba, tobie się podoba, to nie jest najzdrowsza
sytuacja.
Anka niechętnie przyznała mi rację i wróciła do swojego referatu. Ja
chwilę gapiłam się w telefon, w końcu przyniosłam sobie podręcznik do
chemii organicznej, wychodząc z założenia, że repetitio mater studiorum
est.
Kiedy pół godziny później chłopak wychodził z czytelni, żegnały go nasze
tęskne spojrzenia.
Minął tydzień. Ogłosili wyniki i okazało
się, że Anka dostała pałę z referatu i tym samym nie zaliczyła
filozofii. Mogłam się tego spodziewać. Moja przyjaciółka jakoś nie
pasowała do studiów, choć nie chciała się do tego przyznać ani przed
sobą, ani przed rodzicami, którzy bardzo dużo od niej oczekiwali,
właściwie nie mając podstaw. Zaczęła źle - nie dostała się na medycynę,
więc żeby nie tracić roku, zahaczyła się ze mną na chemii. Dzięki niej
pierwszy rok studiów był jednym z najlepszych okresów w moim życiu. Za
drugim podejściem dostała się na wymarzony kierunek. Na krótko - nie
wytrzymała nawet do połowy semestru. Uznała, że znalazła swoją ścieżkę,
i jest nią kulturoznawstwo. Przez dwa lata wyglądała jak skrzyżowanie
indiańskiego wigwamu z odpustowym kramem. I kiedy wszystkim się
wydawało, że jest na najlepszej drodze do zdobycia jakiegoś
wykształcenia, umyła się, wbiła w garsonkę i postanowiła studiować
ekonomię. Zaocznie, bo rodzicom znudziło się finansowanie jej, jak się
wyrazili, fanaberii.
Ja, w odróżnieniu od Anki, wiedziałam, czego chcę, od chwili, gdy po raz
pierwszy zobaczyłam rtęć - metal w płynie. Było w tym coś niezwykłego i magicznego, bo to przecież jednocześnie termometr i trucizna. Coś i romantycznego, i praktycznego. Potem okazało się, że wszystko w chemii
jest takie: z jednej strony fajerwerki, z drugiej aspiryna. Bez
zastanowienia wkroczyłam na ścieżkę alchemików. I świetnie mi szło.
Jeszcze tylko rok nauki, a potem studia doktoranckie i szybka,
błyskotliwa kariera w koncernie farmaceutycznym. Tak to widziałam.
Nie był to pierwszy niezaliczony przedmiot w czasie studiów Anki.
Okazało się jednak, że ostatni. Taki gwóźdź do trumny jej wyższego
wykształcenia. Oczywiście mogła walczyć, dodać jeszcze jeden przedmiot
do długiej listy warunków i powtórzeń, ale odpuściła. Prawda jest taka,
że trzeba się bardzo starać, by nie poradzić sobie na studiach
zaocznych. Anka starała się bardziej niż bardzo.
Poddała się i zadzwoniła. Prosiła o wsparcie.
- Mam lody czekoladowe - kusiła.
Normalnie natychmiast bym do niej popędziła i utuliła. Tyle że akurat
stałam przed gabinetem dyrektora do spraw personalnych w dużej firmie
kosmetycznej, a dłonie, w których trzymałam podanie o staż, okropnie mi
się pociły.
- Sorki, nie mogę teraz. Wpadnę wieczorem. - Tym ucięłam protesty Anki i wyłączyłam telefon, żeby przypadkiem nie zadzwoniła w czasie, kiedy będę
się stawiać w dobrym świetle i przekonywać, że to właśnie ja jestem
spełnieniem ich marzeń o odpowiednim kandydacie na
"przynieśpodajpozamiataj" podczas trzech letnich miesięcy.
Anka zawalała studia tyle razy, że zdążyłam się do tego przyzwyczaić.
Ona też. Tylko tym razem było inaczej. Załamała się. Gdybym przyjechała,
tak jak się umówiłyśmy, pewnie skończyłoby się na butelce wina i morzu
łez.
Pojechałam tam dopiero następnego dnia, bo chciałam się cieszyć swoim
zwycięstwem, a nie przeżywać jej porażkę. Słabo wyszło. Można
powiedzieć, że jako przyjaciółka zawaliłam na całej linii.
Była sama w tym swoim studenckim mieszkaniu, które wynajmowała do spółki
z jakimiś dziwnymi ludźmi, których nie lubiłam. Sama, samotna i nieprzytomna. Wokół walały się puste butelki. Odruchowo zaczęłam
sprzątać i wtedy natknęłam się na puste opakowanie po leku
uspokajającym. Ile Anka wzięła tych tabletek? Przeraziłam się i zadzwoniłam na pogotowie.
Kilka godzin później siedziałam przy jej łóżku. Była strasznie blada,
wyglądała jak stara, zmęczona życiem kobieta.
- Ojciec ma rację - szepnęła, patrząc w ścianę. - Jestem do niczego.
- Sam jest do niczego! Jak on w ogóle może mówić ci takie rzeczy?
Nawet na mnie nie popatrzyła. Ze wzrokiem wbitym w zieloną lamperię,
przybitym głosem ciągnęła:
- Niczego nie potrafię dobrze zrobić. Raz w życiu chciałam się upić i nawet to wyszło nie tak, jak powinno.
Maglowana przez szpitalnego psychologa Anka wyjaśniła, że nie chciała
się zabić. Po prostu jest fleją i nie wyrzuciła starego opakowania. Nie
wiem, czy psycholog jej uwierzył. Ja, mimo że bardzo chciałam, miałam
wątpliwości.
- Ania, jesteś mega - zapewniałam ją z przekonaniem. - Bystra, mądra...
- Jasne - rzuciła z przekąsem. - Nawet studiów dla idiotów nie potrafię
skończyć.
- Studia to nie wszystko.
- Wytłumacz to moim rodzicom.
- Nie cierpiałaś ekonomii. - Zmieniłam kierunek rozmowy. Chciałam, by
sobie przypomniała własne narzekania. Wciąż psioczyła, mówiła, że to nie
jest jej miejsce. - Nudziłaś się i niczego nie rozumiałaś z bankowości,
finansów i tych innych przedmiotów, których nazw nie pamiętałam,
podobnie jak ty sama - próbowałam żartować. Niestety, nie zadziałało.
- I co z tego? Wszyscy kończą jakieś studia, tylko nie ja.
- Ale dlaczego ty musisz tak jak wszyscy? Przecież... - Chciałam
powiedzieć, że jest tyle rzeczy, w których jest dobra i które z powodzeniem mogłaby w życiu robić, ale Anka mi przerwała. Oderwała wzrok
od ściany, popatrzyła na mnie i stanowczo powiedziała:
- Muszę mieć wykształcenie, po prostu muszę. Bez wykształcenia jestem
nikim. Rozumiesz? N-i-k-i-m!
Rozryczała się. Usiadłam więc na brzegu szpitalnego łóżka, mocno ją
przytuliłam i pozwoliłam płakać. Szeptałam, że wszystko będzie dobrze,
że się ułoży. Cały czas czułam, jakbym miała w sobie kolec, a jego
bolesne ukłucia wywoływały u mnie wyrzuty sumienia. Powinnam była
pojechać do niej od razu.
Minęło pół roku. Skończył się rok
akademicki i mój staż. Za bycie popychadłem w firmie dostałam śliczną
laurkę - sumienna, punktualna, rzetelna. Zamierzałam nią w przyszłości
ozdobić CV, które będzie grube jak Sienkiewiczowska trylogia.
Nadeszły upragnione wolne dni. Spędzałam je w domu. Całkowicie
pochłaniało mnie pisanie pracy magisterskiej. To miała być taka praca,
za którą dostanę najlepszą ocenę, wieniec laurowy i mnóstwo osobistej
satysfakcji i która przyniesie mi ufundowaną przez urząd marszałkowski
nagrodę w konkursie na najlepszą, związaną z szeroko pojętą ochroną
zasobów naturalnych, pracę magisterską roku. To znaczy, całkowicie by
mnie to pochłaniało, gdyby nie moja babcia. Powiedzieć o niej, że jest #teamberety, to nic nie powiedzieć. Codziennie bladym świtem szła do
kościoła. To musiała być jakaś msza dla cierpiących na bezsenność, bo w naszym mieszkaniu zjawiała się, gdy tato wciąż był w piżamie, a on
naprawdę wcześnie wychodzi do biura. Rodzice wykręcali się pilną
potrzebą biegnięcia do swoich zajęć, a babcia zostawała ze mną. W zasadzie nade mną, bo ja wciąż leżałam w łóżku, a ona siedziała,
patrzyła na mnie z góry i albo wyliczała grzechy główne, albo
raportowała obecną sytuację w piekle.
Moje najlepsze przyjaciółki nie wróciły na prowincję. Czas wolny
spędzały w dużym mieście, gdzie pracowały. Anka, bo musiała, Kinga, bo
lubiła. Też chętnie znalazłabym sobie robotę, bo przytulenie paru
złotych zawsze jest miłe, miałam jednak priorytety, a w zasadzie jeden.
I była nim moja odkrywcza i błyskotliwa praca magisterska.
Prawda jest taka, że gdybym nie była tak bardzo zmęczona porankami z babcią, pewnie mniej optymistycznie zareagowałabym na wiadomość od
Tomka. Może w ogóle bym nie zareagowała? Powiedziałabym, że mam do
napisania jeszcze jeden ważny rozdział, a on ze śmiechem rzuciłby:
"Jesteś strasznie nudnym nerdem, wiesz?". Również ze śmiechem
odpowiedziałabym, że owszem, wiem, choć wcale nie byłoby mi wesoło,
tylko przykro. Przykro dlatego, że patrzę na życie inaczej niż Tomek,
Kinga, Anka i Piotrek. Są moją paczką, drużyną, najbliższymi
przyjaciółmi, a jednak nie rozumieją. Wciąż słyszę od nich, że za bardzo
się wkręciłam w naukę, choć to Kinga studiuje na dwóch fakultetach, a Piotrek zrobił dwa lata w rok, i to na medycynie; i że traktuję życie
zbyt poważnie, choć to Tomek rzucił studia, bo nie były dla niego
rozwojowe, odbył prestiżowy zagraniczny staż i założył własną firmę.
Życie... No cóż, według mnie to skomplikowana sprawa. Kiedy wracałam z przedszkola, mama pytała, co było na obiad, z kim się bawiłam i jak się
czuję. Potem zaczęła się szkoła i początkowo pytania były podobne. A później wygrałam konkurs w bibliotece, w jakimś teście z wiedzy miałam
komplet punktów i zostałam wyróżniona za recytację wierszyka. Wtedy
pytania zaczęły się zmieniać. A gdy pojawiły się oceny, to już nigdy nie
usłyszałam: "Co było na obiad?", tylko: "Co dostałaś?". Okazało się, że
podstawówka to zaledwie miejsce przygotowujące do szkoły średniej. Im
lepiej sobie tu poradzę, tym lepszy ogólniak mnie przyjmie. W liceum
usłyszałam dokładnie to samo, tyle że tym razem w kontekście studiów.
Tych studiów, na których teraz wypruwałam sobie żyły, by stanąć w pierwszym szeregu biegu o szczęśliwe i satysfakcjonujące życie. Na razie
byłam w miejscu przygotowującym. Moi przyjaciele tego nie rozumieli, bo...
Bo byli w innych miejscach. Mieli łatwiej, tak myślę. Chociażby Tomek,
którego rodzice byli bardzo zamożni i nie przywiązywali wagi, czy syn
będzie magistrem, czy nie. Albo Kinga, zjawiskowo ładna. Taka delikatna,
eteryczna blondyneczka z wielkimi niebieskimi oczyma. Studiowała
polonistykę i dziennikarstwo, pracowała w gazecie. W indeksie piątki, w pracy pochwały i jeszcze związała się z facetem, który zabrał ją na
randkę do Paryża. Owszem, zazdrościłam jej, ale nie studiów, pracy czy
faceta, tylko tego, że jest tak wyluzowana. Jakby to wszystko wcale nie
wymagało czasu i energii.
"Rodzicom coś wypadło i nasza górska chatka będzie pusta przez cały
weekend" - napisał Tomek i dodał zdjęcie uroczego widoku na góry. "Za
dwa tygodnie są urodziny Kingi, planowałem je inaczej, ale przyjęcie
niespodzianka może być lepszym pomysłem. Jak sądzisz?"
Natychmiast odpisałam, że pomysł jest świetny. Nie przepadałam za
górami, ale za Kingą już tak. Należała jej się impreza z przyjaciółmi. A mnie należało się kilka poranków bez babci.
Z perspektywy czasu myślę, że za swoje nieszczęście powinnam winić
właśnie tych dwoje - babcię i Tomka.
W zasadzie jego najbardziej. Zrobiłam mu listę zakupów, podsunęłam masę
pomysłów prezentowych. Obiecał po mnie przyjechać i razem mieliśmy
wszystko przygotować. I gdy w napięciu czekałam, dostałam wiadomość:
"Trochę młyn mam. Klient, więc nie pytaj. Podjedzie Rafał, ogarnia
temat. Przygotuj wszystko, żeby było pięknie".
Poczułam ten gorzkawy smak bycia wykorzystaną. Nie chodziło o to, że nie
chciałam pomóc w organizacji przyjęcia niespodzianki dla najlepszej
przyjaciółki. Chciałam. Tyle że pomóc, nie je zorganizować, bo Tomek ma
ważniejsze sprawy. Zwłaszcza że później nic nie stanie mu na
przeszkodzie, by przyjmować te wszystkie ochy i achy: "To dla mnie?",
"Sam to zrobiłeś?", "Jesteś wspaniały!".
Miałam ochotę odpisać "Też mam niezły młyn, praca magisterska, nie
pytaj". Nie zrobiłam tego z dwóch powodów. Pierwszym była moja miłość do
Kingi, drugim - brak asertywności.
No więc bezproduktywnie spędziłam dwie godziny, czekając na chłopaka, o którym Tomek napisał: "Rafał dupę mi ratuje, więc bądź dla niego miła".
Jakbym ja nie ratowała Tomkowego zadu. I jakbym była jakąś jędzą, z natury wredną dla mężczyzn. Przecież tak nie było, po prostu...
Prawdopodobnie nie poznaję w życiu właściwych facetów, bo wszyscy (poza
Piotrkiem, ale on to zupełnie inna historia) mają mnie za przemądrzałą
kujonkę. Zwykle się okazuje, że to nie ja jestem zbyt mądra, tylko oni
zbyt głupi, a z taką prawdą narcystyczne męskie ego nie potrafi sobie
poradzić. Dlatego jestem sama i dlatego, jeśli nie obniżę standardów (a tego nie chcę), tak zostanie.
Bez względu na to, jak bardzo moja zdewociała babcia chciała mi wmówić
lenistwo, to jestem pracowita i bardzo żałowałam tych dwóch godzin
zmarnowanych na wyczekiwaniu. Byłam przekonana, że nie będzie to długo
trwało i nie ma sensu niczego zaczynać, tymczasem minuty płynęły, a ten
cały Rafał się nie zjawiał. To stało się irytujące. Byłam na niego
wściekła, gdy wreszcie przysłał wiadomość, że czeka na dole. Złapałam
swoją walizkę z rzeczami na dwa dni, zostawiłam kartkę na kuchennym
stole (mama wiedziała o wyjeździe z przyjaciółmi, ale lubiłam jej
zostawiać karteczki, gdy wychodziłam. Później często znajdowałam je
przypięte magnesem do drzwi lodówki).
Na schodach obiecałam sobie, że będę niemiła. Miałam gdzieś prośbę
Tomka. Ktoś, kto nie szanuje cudzego czasu, nie zasługuje na
uprzejmości.
Wyszłam na chodnik, a wtedy otworzyły się drzwi RAV-a. W pierwszej
chwili go nie poznałam, ale gdy stanął naprzeciw... To był ON. Chłopak z biblioteki. Pan Karmelek. Sama słodycz owinięta w koszykarski
podkoszulek. I to nie przylegający, tylko taki luźny, dużo za luźny.
Bałam się, że jeśli opuści ramiona, to ciuszek mu spadnie, a ja zobaczę
najładniejszy męski tors na świecie. Poczułam, jak się ślinię.
Odwróciłam wzrok.
- Przepraszam, czy to ty jesteś znajomą Tomka Bartosika? - zapytał.
- Karolina Jabłońska - przedstawiłam się. Uścisnął mi rękę i powiedział,
że nazywa się Rafał Witkowski.
- Przepraszam, że musiałaś na mnie tyle czekać. Korki straszne.
- Czekam na ciebie całe życie - odpowiedziałam spontanicznie. - Dwie
godziny nie robią różnicy.
Roześmiał się, a ja trochę za późno przypomniałam sobie, że jestem na
niego zła i mam być niemiła.
- To co, możemy jechać? - Wziął moją walizkę. - To mój debiut w roli
organizatora przyjęcia niespodzianki, mam nadzieję, że mi pomożesz.
- Współorganizatora - podkreśliłam. A on znów się roześmiał. Mógłby
pakować ten śmiech w puszki i sprzedawać, zbiłby na tym fortunę.
- Od razu zaznaczę, że mam problem. Gubię się. Nawigacja trochę pomaga,
ale tylko trochę. Więc jeśli jutrzejszy ranek zastanie nas na Węgrzech,
nie miej pretensji.
Chciałabym, żeby jutrzejszy ranek zastał nas na bezludnej wyspie,
pomyślałam. Uznałam, że zachowam tę myśl dla siebie, na głos
powiedziałam tylko, że może na mnie liczyć, bo ja trzymam się
wyznaczonych szlaków. Tak na drodze, jak i w życiu.
Potem zapadła cisza. Żeby nie stała się ciężka i męcząca, zapytałam, od
jak dawna zna Tomka.
- Od dziecka. Nasza kancelaria obsługuje prawnie firmę jego rodziców.
Wyobraziłam sobie przyjęcie firmowe, na którym rodzice Tomka rozmawiają
z rodzicami Rafała, w czasie gdy ich dzieci siedzą na górze i grają na
konsoli. Świat jak z Plotkary, a ja byłam "samotnym chłopcem", który
zupełnie nie pasował do takiego obrazka.
- Nasza kancelaria? - Chciałam go skłonić do mówienia.
- W zasadzie rodziców. Kończę prawo i całe życie myślałem, że moje
miejsce jest w rodzinnym biznesie, ale teraz się waham. Najbardziej
pociąga mnie prawo karne. Chciałbym spróbować sił w prokuraturze.
- Będziesz jak Hamilton Burger czy raczej jak Doug Selby?
Złapałam jego zaintrygowane spojrzenie, rzucone mi kątem oka.
- Nie mów, że czytałaś?
- To moje ulubione. Wciągnęłam się od podstawówki i ciągle do nich
wracam. Teraz czytam po kolei i w oryginale, bo u nas wydawali je dość
chaotycznie.
Zaczęliśmy rozmawiać o książkach. Nawet się nie spodziewałam, że trafię
na takiego samego pasjonata kryminałów jak ja. Znał wszystko, od
Chandlera i Christie po Rankina i Nesb?.
Nawet się nie zorientowałam, że już jesteśmy na miejscu. On też, bo choć
Gracja Nawigacja oznajmiła miłym głosem: "Miejsce docelowe jest po
prawej stronie", jechał dalej.
- Może mnie pan gdzieś tu wysadzić? - zapytałam. - Stąd będę miała
bliżej niż z Węgier - wyjaśniłam, a on przewrócił oczyma, westchnął: "A nie mówiłem", i wrzucił wsteczny, by dojechać do podjazdu "chatki w górach" rodziców Tomka. Dlaczego ludzie nie nazywają rzeczy po imieniu?
Przecież to była okazała willa. Architekt musiał się napocić, by
połączyć nowoczesność z tradycją, dzięki czemu gmach wyglądał na
zasiedziały i pasujący do otoczenia. Za to dekorator wnętrz to się tu
nie napracował. Wnętrze miało w sobie tyle przytulności co hangar
lotniczy. Nawet ulokowanemu w kącie kominkowi bliżej było do szarej
nagiej jamy niż do domowego ogniska. Poczułam się bardzo obco i bardzo
nie na miejscu. Z Panem Karmelkiem czy bez, ale pożałowałam, że tu
jestem.
Widać było po mnie, o czym myślę, bo...
- Dziwnie tu jakoś, prawda? - Rafał bardziej stwierdził, niż zapytał. -
Na szczęście mamy milion balonów i girlandy. Może uda nam się nadać temu
miejscu ciut imprezowy charakter.
- Jeśli tylko Kinga oczekuje urodzin w opustoszałej hali fabrycznej.
Zachichotał.
- Pójdę po pudła, a ty nastaw kawę. Będziemy potrzebowali kofeiny.
Wyszedł, a ja ruszyłam do miejsca, który pewnie nazywają aneksem
kuchennym. Kolejne niedomówienie. Aneks kojarzy się z czymś niewielkim,
a ta przestrzeń była większa od mojego mieszkania. Musiała taka być.
Ekspres miał wielkość szafy. Czułam, że trzeba skończyć specjalne
półroczne szkolenie, zanim przygotuje się filiżankę espresso.
Rafał wrócił z pudłem, a ja wciąż stałam i gapiłam się na wyświetlacz.
- Problem z decyzją?
- Boję się, że coś nacisnę, a to urządzenie odleci w kosmos - wyznałam
szczerze. - W domu mamy taki na kapsułki. Chociaż nie są eko. Mama się
uparła.
- My w domu używamy takiego dwudziestoletniego na kawę sypaną i filtry.
Dziadek to później wykorzystuje w swoim ogrodzie. Ma fioła na punkcie
ekologicznej uprawy roślin. Lepiej nie pozwalać mu o tym mówić.
Co ty tam wiesz o fiołach i niepozwalaniu na mówienie? Posłuchałbyś
mojej babci przez pięć minut i w podskokach pobiegłbyś do dziadka
florofila. Ale ci tego nie powiem, nie będę plotkować o rodzinie. I tylko się uśmiechnęłam, patrząc przy tym na Rafała, przygotowującego nam
kawę. W moim kubku pianka była ozdobiona serduszkiem, tak jak czasem się
dostaje w kawiarni.
- O takie zdolności artystyczne cię nie posądzałam.
- To nie zdolności, to praca w barze. - Gdy dostrzegł moje zdziwione
spojrzenie, dodał: - Dziadek uważa, że bez względu na status rodziny
"młody człowiek" powinien na siebie zarabiać. To uczy młokosa szacunku
do pieniądza i pokory. I jeszcze umacnia miłość do rodziców.
Jakbym swoją babcię słyszała. Widocznie to głos całego pokolenia.
Nie powiedziałam, że jego dziadek, podobnie jak moja babcia, uznałby
mnie za pasożyta siedzącego na głowie rodziców. Nie pracowałam. To
znaczy pracowałam, bardzo ciężko, ale w większości na bezpłatnych
stażach. Mogłam starać się o płatne, ale chciałam, żeby mnie zapamiętali
jako dziewczynę, dla której liczy się wiedza, nie kasa. Rodzice to
rozumieli, babcia nie potrafiła. Ona w zasadzie nie potrafiła zrozumieć
niczego, co wiązało się z normalnym życiem. Pojmowała tylko całą tę
szopkę mistycznej egzystencji czy jak to tam nazywała.
Wcisnęłam nos do kubka, bo nie chciałam, żeby pomyślał, że posmutniałam.
Za bardzo wcisnęłam. Rafał delikatnie wziął mnie pod brodę i starł pianę
z czubka nosa.
- W porządku? - zapytał z czułością.
Skinęłam głową.
- Przeraża mnie myśl o tym, co nas czeka.
- Nie stresuj się, mamy czas.
Spojrzałam na zegarek. Trzy godziny to nie jest "mamy czas".
- Przyjadą jutro po południu. Tomek ci nie powiedział?
No jakoś zapomniał. Byłam zła, bardzo zła. Mogłam być w domu i wykorzystywać czas na naukę i pisanie pracy. Tymczasem będę tu siedziała
i dmuchała baloniki.
Rafał poznał, o czym myślę.
- Spójrz na to z innej strony. To ponad doba w moim uroczym
towarzystwie.
- Wiem. I doceniam. - Mam nadzieję, że nie zauważyłeś, że wciąż się
ślinię na twój widok. - Tylko... Nieważne. Bierzmy się do roboty.
Godzinę później hangar wypełniony był różowymi i błękitnymi balonikami.
Szło szybko, bo mieliśmy specjalną pompkę. Nie wiedziałam, że istnieje
taki gadżet. Cóż, organizowanie imprez było dla mnie terra incognita.
- Nie zwiotczeją do jutra?
Rafał wzruszył ramionami.
- Może niektóre. Będzie ich tyle, że nikt nie zauważy. W aucie mam
drugie pudło.
- Błagam, nie idź po nie. - Udałam, że rzucam się na niego, by
powstrzymać przed wyjściem. - Nie zniosę ani jednego balona więcej.
Przez chwilę się zastanawiał.
- Dobrze, że to powiedziałaś. Jestem w takim nastroju, że mam ochotę
poszukać szpileczki i... - Wykonał sugestywny gest. - Chodź, powłóczymy
się po mieście - zaproponował. - Zjemy coś przy okazji?
Entuzjastycznie przytaknęłam.
- To ja zmienię koszulkę. - I zupełnie się mnie nie krępując, ściągnął
za duży podkoszulek, obnażając swój śliczny tors i sześciopak na
brzuszku.
- W porządku? - zapytał, widząc, jak się na niego gapię. Oczy zamieniły
mi się w serca, a nad głową pojawił się wianuszek rozświergotanych
ptasząt.
Oczywiście, że nie. Nigdy w życiu nie widziałam równie apetycznego
torsu, pomyślałam, a na głos, szeleszcząc jak kartka papieru,
powiedziałam tylko:
- Jasne. Zastanawiam się, skąd ta opalenizna.
- Pomagam dziadkowi w ogrodzie - wyjaśnił.
Miałam rację wtedy w bibliotece. Piękna tężyzna fizyczna tego pana nie
była efektem podnoszenia sztangi.
Uznałam, że ja też muszę coś zmienić. Generalnie chciałabym zmienić
wszystko, łącznie z tymi trzema kilogramami, które mi przybyły na
matczynym wikcie. Ale na to nie było już czasu. Musiał wystarczyć czarny
top z koralikami. Na pewno ten czarny? W walizce dziesięć kilo ciuchów,
a ja nie mam co na siebie włożyć! Na szczęście na samym dnie znalazłam
bordową bluzeczkę na ramiączkach. Z falbanką tam, gdzie trzeba, żeby
optycznie powiększyć biust. W pięć minut zrobiłam sobie ładny makijaż.
- Myślałem, że idziemy na piwo, a nie na przyjęcie do Belwederu -
zażartował, kiedy wyszłam.
- W Belwederze nie spotkasz takiej fajnej dziewczyny - odpowiedziałam.
- To prawda. - I spojrzał na mnie tak, że się zarumieniłam.
Zeszliśmy na główny deptak. Wydawało się, że niskie kamieniczki
wyrastają bezpośrednio z wyłożonego drobną kostką chodnika. Dlatego
miałam wrażenie, że jest tłok, choć ludzi nie było wcale tak dużo. Co
krok cukiernia albo restauracja, zapachy wypełniały ulicę. Minęliśmy
wycieczkę małolatów, którzy dosłownie oblepili kram z pamiątkami. W końcu wybraliśmy pizzerię. Usiedliśmy w ogródku przy masywnym drewnianym
stole i zamówiliśmy margaritę. Po sąsiedzku rozsiadła się rodzina z trójką dzieci. Najmłodsze było bardzo małe i cały czas się śliniło.
Odwróciłam się. Patrzyłam na dom po drugiej stronie ulicy - miał śliczne
drewniane ornamenty.
Chciałam zapłacić, przynajmniej za swoją część, ale Rafał zaprotestował.
- Zapłacę Revolutem Tomka. Coś nam się należy za pracę, którą tu
odwalamy, nie sądzisz?
Miałam mieszane uczucia. Chciałam myśleć, że robię to dla Kingi. Bo
przecież robiłam to dla niej. Tylko że jednocześnie czułam się
wykorzystana przez jej chłopaka, który delikatnie mówiąc, nie
potraktował mnie poważnie. Umówił się, nie poinformował o zmianie
planów, zostawił samą ze wszystkim.
- Jeśli cię to gnębi, mogę zadzwonić i zapytać o zgodę.
- Chyba mi wystarczy, że twoim zdaniem to w porządku.
- Moim zdaniem to bardzo w porządku, a będzie jeszcze bardziej, jeśli
dodamy do tego drinki. Nie sądzisz, że musimy czymś dobrym wypłukać smak
gumy z ust?
- Przecież mieliśmy pompkę.
- To nie zmienia faktu, że czuję gumę. Nie pozwól, żebym musiał dłużej
nalegać. - Złapał mnie za rękę i delikatnie pociągnął.
Po kwadransie poszukiwań znaleźliśmy fajne, niezobowiązujące miejsce z dobrą muzyką, coś w sam raz dla młodych ludzi, którzy chcą przyjemnie
spędzić czas. Usiedliśmy w kącie sali. Patrzyłam na parkiet, żeby
bezustannie nie gapić się na Rafała.
- Zatańczysz? - zapytał. Zaprzeczyłam ruchem głowy. Nie wychodzi mi to
zbyt dobrze. Jakoś nigdy nie miałam poczucia rytmu. Nie przyjęli mnie
przez to do kółka baletowego, do którego chodziły wszystkie moje
kumpele, z Anką włącznie. Minęło trochę czasu, zanim to przebolałam.
- Daj spokój, chodź. - I pociągnął mnie na mały kawałek parkietu. Oprócz
nas gibały się tam jeszcze dwie pary. Przy czym jedna właściwie kończyła
już grę wstępną. Mimo początkowych oporów rozkręciłam się. Kiedy
poczułam, że jestem zmęczona, wróciliśmy do stolika, a Rafał zamówił
następną kolejkę.
Czas płynął tak, że zupełnie o nim zapomniałam. Jakbyśmy byli z Rafałem
w bańce - istniał tylko ten bar, wypełniony muzyką, stolik, my i nasza
rozmowa. Przypadkiem spojrzałam na zegarek i nie mogłam uwierzyć, że
zrobiło się tak późno. Środek nocy.
- Powinniśmy wracać - powiedziałam wbrew sobie. Chciałam tu zostać, może
nawet na zawsze.
- No to chodźmy.
Kiedy wyszliśmy, Rafał od razu ruszył w złą stronę. To mnie strasznie
rozbawiło, jego też. Ze słowami: "Może lepiej ty prowadź" podał mi rękę.
Nie wiem, jak to się stało, że prawie natychmiast znalazłam się pod jego
ramieniem.
Letni wieczór powoli otulał miasto aksamitną szarością. Ciepłym,
pomarańczowym światłem zajaśniały szklane kule na latarniach. Było już
zbyt późno na zwiedzanie, ale uznałam, że możemy się jeszcze trochę
powłóczyć deptakiem. To było klimatyczne górskie miasteczko z krętymi
uliczkami, przy których stały kamieniczki tak fikuśne, że mogłyby stać
się dekoracją do filmowej baśni albo przyprószone śniegiem do filmu
świątecznego. Teraz, kiedy hałaśliwi turyści zniknęli z ulic, zrobiło
się cicho i spokojnie. Miałam wrażenie, że słyszę szum górskiego
strumienia. Gwiazdy zamigotały, ja szłam ramię w ramię z Rafałem i było
tak... tak romantycznie.
To nie jest tylko scenografia, pomyślałam, tu bajka dzieje się naprawdę.
I moje serce zatrzepotało gwałtownie.
- Naprawdę jest tak, że się gubisz, czy tylko chcesz zrobić wrażenie na
dziewczynie? - zapytałam.
- Zero orientacji w terenie. Bez GPS-a jestem bezbronny. - Bezradnie
rozłożył ręce.
Słodziak, pomyślałam.
- No to jesteś na mojej łasce. Mogę cię teraz wyprowadzić do lasu i ... -
Zawiesiłam głos. To jeszcze nic nie znaczyło. To mógł być zwykły żart.
- Nie miałbym nic przeciwko temu. - Czy jego głos był zmysłowy? Dałabym
głowę, że tak.
- Przeciwko czemu? - zapytałam zalotnie.
- Przeciwko miłemu sam na sam z tobą w lesie. - I przytulił mnie tak
mocno, że nie zostało miejsca na żadne wątpliwości. Byłam podrywana i podrywałam. Noc otuliła nas swoją granatową magią, która sprawiła, że
słowa, które sobie szeptaliśmy, brzmiały wyjątkowo słodko.
Dochodziła druga w nocy, kiedy dotarliśmy pod dom. Pogrążony w ciemności
wyglądał jeszcze bardziej obco i nieprzyjaźnie niż przedtem. Podzieliłam
się z Rafałem moim spostrzeżeniem.
- Może jak rozpalimy w kominku, zrobi się przytulniej? - zasugerował.
Nie bardzo podobał mi się ten pomysł. Nie chciałam się nadmiernie
szarogęsić w czyimś domu. Jednak Rafał nie miał skrupułów i pół godziny
później w kominku wesoło trzaskał ogień. Rozłożyłam na podłodze koc i kilka poduch ściągniętych z kanapy. Leżeliśmy blisko siebie, ale nie za
blisko, tak przyzwoicie. Czułam aromatyczny zapach jego skóry. Starałam
się nie myśleć o tym, jaki z Rafała przystojniak. Rozmawialiśmy o jakichś bzdurach, żeby zagłuszyć to, co oboje przeczuwaliśmy. Cichutko
zbliżało się do nas coś niesamowitego. Coś magicznego, co sprawia, że
rodzi się niezwykle silne uczucie, takie, co zdarza się raz na milion
lat. Wiedzieliśmy, że potrzebuje ono czasu, żeby się oswoić - bardzo
łatwo je spłoszyć. Dlatego, żeby je zwabić, zaczęłam delikatnie gładzić
dłoń Rafała. On się przysunął. Musnął ustami mój policzek, ja musnęłam
jego wargi, które, choć to zupełnie niewiarygodne, smakowały jak słony
karmel.
- Karolina, wstawaj. Zaspaliśmy.
Czy można zaspać w wakacje? I to jeszcze w sobotę?
- Wstawię kawę i pojadę po tort, a ty przypilnujesz ludzi z cateringu.
Catering? Przecież lodówka trzeszczy w szwach. Myślałam, że organizujemy
tu kameralne studenckie przyjęcie niespodziankę, a nie wesele Sereny van
der Woodsen. Głupio myślałam. Milion kolorowych balonów powinien
sprawić, że wcześniej odkryję, że tu chodzi o wesele.
- Nie zapomnij o kwiatach - rzuciłam żartem.
- Dzięki, byłbym zapomniał.
Czyli będą też kwiaty?
Rafał cmoknął mnie w policzek i wybiegł, jakby się paliło. Byłam zła, bo
nie takiego poranka oczekiwałam. Chciałam obudzić się pierwsza i patrzeć
na cień, który rzęsy rzucały mu na policzki. Chciałam pić z nim kawę na
tarasie i rozmawiać. Chciałam... No po prostu chciałam robić te wszystkie
rzeczy, które robią ludzie, by się przekonać, czy to tylko chwilowa
fascynacja, czy coś poważniejszego.
Tymczasem patrzyłam, jak ludzie z firmy cateringowej ustawiają półmiski
na stołach przykrytych śnieżnobiałymi obrusami. Gdybym była Kingą, nigdy
bym nie uwierzyła, że Tomek i ja sami to przygotowaliśmy.
Rafała nie było pół godziny, a miałam wrażenie, że wybył na co najmniej
trzy. Nie mieliśmy czasu rozmawiać, bo wciąż było coś do zrobienia.
Rozwiesiłam ostatnie balony, ustawiłam kwiaty i ułożyłam obok tortu
specjalny nóż i łopatkę, gdy na podjazd wjechał niebieski kabriolet. Pot
spływał mi po plecach i nie pachniałam zbyt dobrze.
Pierwszy z samochodu wyskoczył Tomek. Pomógł wysiąść Kindze, jakby sama
nie potrafiła tego zrobić. Potem wysiadł Piotrek. Ostatnia wygramoliła
się Anka. Żadne z tych dwojga nie mogło przyjechać wcześniej i przyłączyć się do przygotowań?
Z "małej chatki" wyszedł też Rafał i stanął obok nas. Anka rzuciła mi
pytające spojrzenie. Dałam znak, że później wszystko wyjaśnię.
Tomek poprosił posiadaczy chromosomu Y, żeby mu pomogli nosić torby.
- Wiesz, dokąd zaraz idziemy? - zapytała Kinga. Nie miałam szansy
odpowiedzieć. - Do SPA!
- Muszę się przebrać.
- Niczego nie musisz. - Reakcja Tomka była histeryczna. - Świetnie
wyglądasz. Jedźcie już. - I przewrócił gałami, co chyba miało znaczyć,
że jestem głupia, przecież Kinga nie może wejść do domu.
Gdy tylko wsiadłam do samochodu (tak, zostało mi to niefajne miejsce z tyłu), Anka od razu zaczęła wypytywać o zaistniałą sytuację.
- No to wyjaśniaj, jak to się stało, że stałaś z tym chłopakiem na
podjeździe?
Powinnaś zapytać, jak to się stało, że leżałam z nim na poduchach przed
kominkiem, pomyślałam nie bez satysfakcji. Niestety na głos nie mogłam
tego powiedzieć. Niewiele mogłam powiedzieć, bo przecież była z nami
Kinga, która miała się nie spodziewać. Moja głęboka niechęć do kłamstwa
była dowodem na to, że nie wszystkie nauki babci poszły w las.
Pomyślałam o nocy w ramionach Rafała... Wydaje mi się, że z dwojga złego
wolałaby już, żebym kłamała.
- Podwiózł mnie. - To była czysta prawda.
- Dlaczego cię podwoził?
- Tomka zapytaj.
Spojrzenie Anki odbiło się w lusterku i sprawiło, że przebiegł mnie
zimny dreszcz. Na siebie powinna je skierować, bo to takie bazyliszkowe
spojrzenie było.
- Co on ma do tego?
- Aniu, oni są kumplami. Prawda? - zwróciłam się do Kingi. A ta skinęła
głową. - Znają się od dziecka. Rafał tak powiedział.
- A co jeszcze powiedział?
Że podobają mu się moje oczy i... nic, co chciałabym ci powtórzyć.
- Opowiadał o dziadku ogrodniku. I coś nudnego o prawie, nie słuchałam.
Anka prychnęła.
- Znam cię. Nie wmówisz mi, że siedziałaś z takim ciachem w samochodzie
i nie spijałaś każdego słowa z jego całuśnych warg. A tak w ogóle to
dlaczego właśnie ciebie podwoził?
- Bo jako jedyna jechałam z domu, a on... Nie mam pojęcia dlaczego.
- Jego dziadek mieszka w naszym miasteczku - wtrąciła się Kinga. - Rafał
akurat był u niego z wizytą. Tomek pomyślał, że Karoli będzie milej,
niż tłuc się autobusem czy pociągiem.
Wymownie spojrzałam na Ankę.
- Widzisz? A ty podejrzewasz, że podstępnie podrywam go za twoimi
plecami - powiedziałam. To nie była do końca prawda. Podrywałam, ale
tylko dlatego, że on zaczął. I nie robiłam tego podstępnie. Wiem, że
sobie obiecałyśmy, ale raz: dawno temu, dwa: sytuacja uległa zmianie.
Bardzo uległa.
- Jeśli mówicie o Rafale, on nie jest do poderwania.
Spojrzenia moje i Anki synchronicznie zwróciły się w stronę Kingi. Nasze
źrenice, zupełnie jak w kreskówce, zmieniły się w znaki zapytania.
- Baran jeden! Bęcwał!
Potrzebowałam pięciu sekund, by zdać sobie sprawę, że inwektywy nie
miały nic wspólnego z Rafałem.
- Chamsko ci zajechał! - Anka była poruszona.
Energicznie kiwałam głową, by potwierdzić, że akcja tamtego kierowcy
była wypadkogenna, nieostrożna, pozbawiona szacunku do innych
użytkowników drogi. Wspólnie zgodziłyśmy się, że takie coś to tylko
facet, kobieta nigdy nie wymusiłaby w ten sposób.
Wciąż nabuzowane negatywnymi emocjami wysiadałyśmy z auta przed
eleganckim budynkiem Źródła Odnowy Biologicznej.
- Ależ pani jest spięta - powiedziała masażystka pół godziny później.
Lista powodów do spięcia była długa. Zaczynała się od tego, że
straszliwie niezręcznie czułam się, leżąc nago na stole do masażu i lekko śmierdząc, bo Tomek nie dał mi szansy na umycie się i zmianę
ciuchów, a kończyła na tym, że do czegoś tam kiedyś się zobowiązałam, a teraz dotrzymanie słowa szło mi fatalnie. I jeszcze zżerała mnie
ciekawość, dlaczego Rafał jest nie do poderwania, ale nie chciałam
kontynuować dyskusji o nim przy Ance, a na rozmowę w cztery oczy z Kingą
w obecnych warunkach nie było co liczyć.
- Tak szczerze wam powiem, że cieszę się na ten wieczór - wyznała Kinga,
gdy leżałyśmy z błotem na twarzach. - Nasza paczka razem. Spokojnie
sobie posiedzimy na tarasie przy piwku, pogadamy, pośmiejemy się. Ciągle
nie mamy czasu dla siebie na takie spokojne popołudnie. Fajnie, że Tomek
zaproponował ten wyjazd. - Zachichotała. - Wiem, że szykuje grilla. -
Spojrzała na mnie. - Mów szczerze. Dlatego przyjechaliście wcześniej, bo
trzeba było kupić kiełbasę i karkówkę tak, żebym niczego nie zauważyła?
Rozłożenie rąk w geście bezradności miało znaczyć "Przejrzałaś nas".
- Wiedziałam! - wykrzyknęła Kinga z satysfakcją.
To się zdziwisz, pomyślałam. Kiełbasa i karkówka? Kochana, czas, żebyś
zaczęła się przyzwyczajać do świata, z którego pochodzi twój facet.
Wiem, że poznałaś go przypadkiem w supermarkecie, ale prawdopodobnie był
tam z pierwszą w życiu wizytą. Randka w Paryżu powinna dać ci do
myślenia - tacy jak on nie urządzają grilla, tylko fajfy. Nie będzie
karkówki, będą krewetki.
Gdy w końcu wróciłyśmy, sama też się zdziwiłam.
Zaparkowałyśmy na podjeździe. Weszłyśmy do domu i Kinga aż westchnęła na
widok kwiatów i balonów. Chciała coś powiedzieć, gdy nagle ze
trzydzieści osób wyskoczyło na środek hangaru, krzycząc:
"Niespodzianka!". Powinnam była się domyślić. Pełna lodówka i jeszcze
catering - tego było zdecydowanie za dużo dla nas sześciorga.
Jak na komendę wszyscy rzucili się do oniemiałej Kingi, przytulali,
życząc jej najlepszości i w ogóle. Anka zaintonowała Sto lat i goście
chórem odśpiewali piosenkę urodzinową. Fałszowali przy tym strasznie,
ale to taki utwór, którego nie da się dobrze zaśpiewać, jeśli wcześniej
nie ukończyło się szkoły muzycznej pierwszego stopnia. Sama fałszowałam
z entuzjazmem, nie wstydząc się tego, w końcu brak słuchu to wina genów
i nic z tym nie można zrobić.
Wielki bukiet podbiegł do Kingi. Trzeba było chwili, by zorientować się,
że za gąszczem chabazi ukryty jest Tomek. Coś czule wyszeptał, Tomek,
nie bukiet, a ona otarła łzy wzruszenia. W końcu zaczęli się całować, co
należało uznać za zakończenie części oficjalnej.
I bardzo dobrze. Musiałam się przebrać. I wziąć prysznic. Nie mogłam się
pozbyć wrażenia, że za uszami mam maziaje z błota, które według
kosmetyczki były bardzo naturalną, mineralno-organiczną mieszanką, a według mnie zalatywały krowim łajnem.
Gdy wróciłam, impreza trwała w najlepsze, co w praktyce oznaczało, że
większość przybyłych - bliżsi i dalsi znajomi ze szkoły, studiów i pracy
- miała już na koncie dwa do trzech drinków. Stoły pustoszały w zatrważającym tempie, dlatego obrałam ten kierunek.
Atakowałam tartinki z serkiem fromage, gdy podszedł do mnie Piotrek.
- Wszystko w porządku?
- Dlaczego pytasz?
Przewrócił oczyma i westchnął teatralnie.
- Zachowujesz się jak nie ty.
- Że niby normalna ja nie rzuca się na supersmaczne darmowe jedzenie? A pamiętasz, jak w czerwcu byliśmy niby przypadkiem w centrum handlowym i tam ustawili te kramiki z serkiem i kiełbasą?
W jego spojrzeniu wyczytałam: "Wiesz, o czym mówię" i "Nie odwracaj kota
ogonem" oraz "No przecież cię znam". To była prawda. Znał mnie. Wcale
nie najdłużej, ale najlepiej. Jakby miał dar zaglądania bezpośrednio do
mojej głowy.
- Jestem tak jakby wkurwiona. Źle. Jestem wkurwiona, tylko nie do końca
wiem, jak bardzo. Wydaje mi się, że skala skończyła się godzinę temu.
- Czy Tomek ma z tym coś wspólnego?
Uniosłam brwi.
- Wszystkich wkurwia.
Fakt. Wszystkich poza Kingą.
- Widzisz te balony? Sama je nadmuchałam. Nie, nie ustami, bo chyba bym
umarła, taką specjalną pompką, ale i tak to mozolna robota. Dlaczego je
dmuchałam? Bo Tomek poprosił mnie o pomoc w przygotowaniach. Co w praktyce wygląda tak, że jestem tu od wczoraj, dmucham balony, wpuszczam
gościa z cateringu, który się rzuca, że coś tam nieprzygotowane tak, jak
było mówione, ustawiam kwiaty, nie mam czasu na śniadanie, potem w spoconych ciuchach jadę do SPA, gdzie muszę wychodzić ze swojej strefy
komfortu, a nikt mnie nie spytał, czy mam na to ochotę, a na koniec Anka
jest na mnie zła, bo gdy przyjechała, stałam na podjeździe z pewnym
przystojnym przedstawicielem płci przeciwnej. Widziałyśmy go raz dawno
temu w bibliotece i wywarł na nas wrażenie, ale umówiłyśmy się, że
odpuszczamy.
- Ale ty nie odpuściłaś.
- Oczywiście, że odpuściłam. Wtedy. I nie widziałam go aż do wczoraj,
gdy mnie tu podwiózł na prośbę Tomka. Bo to kumple. A Tomek nie miał
czasu. Twoim zdaniem miałam mu powiedzieć: "Hej, nie będę z tobą
rozmawiać, bo tak się umówiłam z przyjaciółką"? Po prostu trzymałam go
na dystans.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki