Inna bajka - Kasia Bulicz-Kasprzak

Kup ebooka

39.90 zł
33.38 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dawno, dawno temu

Za oknem było już ciemno, moja pościel pach­niała lawen­do­wym pły­nem do płu­ka­nia, mama krzą­tała się w kuchni, tato oglą­dał tele­wi­zję, a przy łóżku sie­działa bab­cia Irenka.

- Opo­wiesz mi bajkę? - zapy­ta­łam. Wie­dzia­łam, że bab­cia niczego mi nie prze­czyta, bo cały wie­czór narze­kała na zawie­ru­szone oku­lary, ale opo­wie­dzieć prze­cież mogła.

- Bajkę?

- No. Naj­le­piej o kró­lew­nie i kró­le­wi­czu.

- Moja droga, jeśli chcesz wyro­snąć na poważną osobę, nie powin­naś zawra­cać sobie głowy bzdu­rami. Nie ma kró­le­wien. A już na pewno nie ma żad­nych kró­le­wi­czów. - Zamil­kła, widzia­łam, że się nad czymś zasta­na­wia. - Wiesz, opo­wiem ci coś budu­ją­cego, z czego będziesz mogła wycią­gnąć war­to­ściowe wnio­ski.

I bab­cia zaczęła opo­wia­dać o dziew­czy­nie imie­niem Solan­gia.

- Jej rodzice byli bar­dzo bied­nymi ludźmi. Bied­nymi, ale uczci­wymi i mocno wie­rzą­cymi. Wycho­wy­wali córkę według chrze­ści­jań­skich war­to­ści i dla­tego wyra­stała na szla­chetną osobę. Dzięki zasa­dom, któ­rych prze­strze­gała, stała się piękna wewnętrz­nie. Na swoje nie­szczę­ście była też piękna zewnętrz­nie. Dla­tego, by nie sta­no­wić pokusy i nie przy­czy­niać się do grze­chu, ślu­bo­wała czy­stość. Jej rodzice ciężko pra­co­wali na zamku u złego hra­biego. Wiódł on życie praw­dzi­wego bez­boż­nika, to zna­czy, że pił i się łaj­da­czył.

- Co to zna­czy się łaj­da­czyć? - zapy­ta­łam zacie­ka­wiona.

Bab­cia się zawa­hała.

- Nic dobrego. Łaj­da­cze­nie jest gor­sze niż kłam­stwo i kra­dzież razem wzięte.

Pomy­śla­łam o Kubie z mojej grupy w przed­szkolu. Ten to się łaj­da­czył.

- Hra­bia - cią­gnęła bab­cia - pła­cił rodzi­com Solan­gii nędzne gro­sze za ich trud. Bo był też skąpy i chciwy. Biedna dziew­czyna odwie­dzała ich przy pracy, wspie­rała dobrym sło­wem i poma­gała, jak mogła. Nie­stety to, co miało być wspar­ciem dla naj­bliż­szych, stało się źró­dłem nie­szczę­ścia. Pew­nego dnia hra­bia zoba­czył Solan­gię na zamku i jej zapra­gnął.

- Chciał ją poślu­bić? - zapy­ta­łam rezo­lut­nie.

- Poślu­biać to chcą uczciwi męż­czyźni. Tacy jak on myślą tylko o tym, by zaspo­koić swoje żądze, pohań­bić i zosta­wić. A ona prze­cież ślu­bo­wała czy­stość. Musiała się bro­nić. Roz­złosz­czony hra­bia chwy­cił za miecz i jed­nym zama­chem obciął jej głowę. Nie­szczę­śnica wzięła tę swoją głowę i ruszyła w stronę cmen­ta­rza, by tam zostać pocho­wana.

- I co było dalej?

- To boha­ter­stwo podo­bało się Panu Bogu. Bo Solan­gia dała świa­dec­two wie­rze i bro­niła swo­jej cnoty.

Dopiero teraz zauwa­ży­łam, że w drzwiach stoi mama.

- Czy ona umarła? - zapy­ta­łam zanie­po­ko­jona.

- Ależ skąd. - Mama poło­żyła rękę na ramie­niu babci. - Gdy szła na cmen­tarz, drogą prze­jeż­dżał aku­rat zacny rycerz z bukłacz­kiem żywej wody. Skro­pił ranę i głowa przy­ro­sła.

- To moż­liwe?

- W baj­kach wszystko jest moż­liwe. Wkrótce mło­dzie­niec się w niej zako­chał, bo była ładna i miła. Żyli potem długo i szczę­śli­wie i rodzina tej Sol...

- Solan­gii.

- Wła­śnie. Jej rodzina ni­gdy już nie była biedna. A teraz śpij.

Zanim zasnę­łam, usły­sza­łam jesz­cze, jak mama robi babci wymówki.

- Co ty za bzdury jej opo­wia­dasz?

- Żywoty świę­tych to nie są żadne bzdury. To budu­jące histo­rie. Dużo lep­sze od bajek.

- Stra­szysz dziecko.

- Zaraz stra­szę. Tobie opo­wia­da­łam i jakoś wyro­słaś na porządną kobietę.

- Niczego takiego mi nie opo­wia­da­łaś. I Karo­li­nie też nie będziesz.

- To zoba­czymy, co z niej wyro­śnie.

Roz-poczęcie

Zacznę od początku. I to nie było w sierp­niu ani we wrze­śniu. Cała ta histo­ria zaczęła się zimą. I nie, nie miała nic wspól­nego z plu­szo­wym wymia­rem walen­ty­nek.

A było to tak...

Jest luty, więc Anka i ja przy­po­mi­namy sobie, że jeste­śmy stu­dent­kami. Wła­ści­wie to ja sobie nie muszę tak bar­dzo przy­po­mi­nać. Prawdę powie­dziaw­szy, to wcale nie muszę sobie przy­po­mi­nać, bo jestem pra­co­wita, zaku­wam jak dzika, mam sty­pen­dium i myślę o ścieżce nauko­wej, do któ­rej, według mojego pro­mo­tora, mam otwartą drogę.

Nato­miast Anka przy­po­mina sobie o swo­ich stu­diach w chwili, gdy ktoś wysyła zbio­ro­wego mejla do osób w gru­pie. Sie­dzimy aku­rat na kawie i plot­ku­jemy o naszych zna­jo­mych, tro­chę roz­cza­ro­wane tym, że histo­rie miło­sne, które mogłyby być kanwą sce­na­riu­szy hol­ly­wo­odz­kich fil­mów, zda­rzają się wszyst­kim, tylko nie nam.

Tele­fon Anki brzdęka, ona spo­gląda na wyświe­tlacz i po chwili waha­nia decy­duje się prze­czy­tać wia­do­mość.

Patrzę na jej twarz i widzę, że robi się coraz bar­dziej sku­piona.

- Fuck! - wyrzuca z sie­bie z fru­stra­cją. - Muszę napi­sać jakąś pracę, bo mnie wyleją.

- I tak cię wyleją - mówię spo­koj­nie. - Zupeł­nie się nie przy­kła­dasz. - Czyż przy­ja­ciółki nie są od tego, by mówić prawdę?

Ziry­to­wana Anka patrzy mi w oczy.

- Po pro­stu jestem inna niż ty, Kinga czy Pio­trek. Nie potra­fię zaku­wać. Bar­dzo się sta­ram, tylko po swo­jemu. Wiem, jak ważne jest wykształ­ce­nie. I że muszę je mieć. Tylko idę do niego swoją drogą. Jasne? - Czeka, aż ski­nie­niem głowy dam znak, że jasne jak słońce w pogodny letni dzień. - Zapro­wa­dzisz mnie do biblio­teki?

Bo Anka nie wie­działa, gdzie jest biblio­teka. Przez wiele, wiele lat swo­ich róż­no­ra­kich stu­diów ni­gdy nie zhań­biła się korzy­sta­niem z czy­telni czy wypo­ży­czalni w biblio­tece uni­wer­sy­tec­kiej. Gdy­bym miała wska­zać powody, dla któ­rych jej nie szło na stu­diach, nie­wąt­pli­wie byłby to jeden z nich.

- To bar­dzo nie­spra­wie­dliwe, że muszę pisać ten bzdurny refe­rat tylko dla­tego, że nie cho­dzi­łam na wykłady - gdera, pośpiesz­nie dopi­ja­jąc kawę. - Wykłady są nie­obo­wiąz­kowe, prawda? Zwłasz­cza na stu­diach zaocz­nych. Czy on nie rozu­mie, że ludzie pra­cują, by zapła­cić cze­sne? Zresztą po co mi zna­jo­mość z Kan­tem... cze­kaj, jakoś ina­czej - zerka na mejl - z Kan­te­zju­szem?

Intu­icja pod­po­wiada mi, żeby tam nie iść. Wszystko we mnie krzy­czy, że należy wró­cić do aka­de­mika, owi­nąć się kocem i posłu­chać muzyki.

- Po co ci biblio­teka, skoro w domu masz wujka Google'a i cio­cię Wiki­pe­dię?

- Tu piszą - stuka pal­cem w wyświe­tlacz tele­fonu - że jest taka książka, z któ­rej można prze­pi­sać, tylko trzeba tro­chę pozmie­niać.

Gdy się póź­niej nad tym wszyst­kim zasta­na­wia­łam, doszłam do wnio­sku, że to był wła­śnie ten moment, w któ­rym rze­czy­wi­stość podzie­liła się na dwie alter­na­tywne: tę dobrą i tę, w któ­rej wylą­do­wa­łam ja. I gdy­bym wie­działa, jak to się skoń­czy, nie była­bym uczynną duszą, poma­ga­jącą zagu­bio­nej w stu­denc­kiej rze­czy­wi­sto­ści przy­ja­ciółce. Nie­stety, nie wie­działam i dla­tego zgo­dzi­łam się być towa­rzyszką w tej wypra­wie na nie­ek­splo­ro­wane dotąd tereny.

Biblio­teka mie­ściła się w neo­go­tyc­kim gma­chu z czer­wo­nej cegły. Budy­nek wyglą­dał zupeł­nie jak gotycki - strze­li­ste wie­życzki, cudowne skle­pie­nia żebrowe, rozety i mozaiki w oknach. Wia­domo jed­nak, że nie powstał w gotyku, bo wtedy w całej Euro­pie nie mieli tylu ksią­żek, by go wypeł­nić. Były ich tu tysiące - wiel­kie sale od pod­łóg po sufit zabu­do­wane rega­łami, w wielu miej­scach stały spe­cjalne dra­biny, uła­twia­jące się­ga­nie do wyż­szych pó­łek. Lubi­łam cho­dzić dłu­gimi kory­ta­rzami i wyobra­żać sobie, że to mój zamek. Cza­sem wcho­dzi­łam na pię­tro i ze szczytu scho­dów zer­ka­łam, czy nie nad­jeż­dża mój książę. Wiem, to roman­tyczne i tro­chę głu­pie, ale każdy ma jakąś sła­bość. Na co dzień byłam poukła­dana i prak­tyczna, z suk­ce­sami stu­dio­wa­łam nauki ści­słe, mia­łam plany, mia­łam per­spek­tywy. A na marze­nia pozwa­la­łam sobie od czasu do czasu, jakby były kawał­kiem szar­lotki zja­da­nym do her­baty w sobot­nie popo­łu­dnie.

Lubi­łam to miej­sce. Byłoby abso­lut­nie cudowne, gdyby usu­nąć zie­lon­ka­wych od zaku­wa­nia stu­den­cia­ków, paskudne szafki kata­lo­gów i psu­jący nastrój współ­cze­sny auto­mat do kawy.

Na początku Anka naro­biła nie­złego rabanu. Zupeł­nie nie umiała się zacho­wać, do czy­telni chciała wejść z kawą, którą kupiła w auto­ma­cie, choć zale­d­wie pół godziny wcze­śniej wypiła jedną w kafejce. Wykłó­cała się z ochro­nia­rzem też o torbę, któ­rej za nic nie chciała zosta­wić w szatni.

- Prze­cież ja mam tam swoje ważne rze­czy. Nawet do teatru wpusz­czają z torbą. I popatrz, jaki brak logiki. Nie można pić kawy. To po co usta­wiają auto­mat na kory­ta­rzu?

Ktoś na nią syk­nął.

- Powiedz mi jesz­cze, że nie wolno tu roz­ma­wiać. Okropne miej­sce, po pro­stu okropne.

W końcu usia­dły­śmy. Anka otwo­rzyła tę książkę, na pod­sta­wie któ­rej miał powstać refe­rat, a ja roz­glą­da­łam się wkoło. Powin­nam też coś robić. Znajdę sobie coś do czy­ta­nia. Wsta­łam.

I wtedy go zoba­czy­łam.

Dwa sto­liki od nas sie­dział naj­pięk­niej­szy facet na świe­cie. Wysoki, lekko przy­pa­ko­wany. Nie były to jed­nak mię­śnie wynie­sione z siłowni, widać, że chło­pak w wol­nym cza­sie lubił upra­wiać sport. Miał gładką, deli­kat­nie opa­loną skórę i ciemne, ciut za dłu­gie włosy, które łagod­nymi falami spły­wały na kark. Kil­ku­dniowy zarost rzu­cał cień na pocią­głą twarz. Rysy miał bar­dzo regu­larne, nos pro­sty, a usta! Przy­war­ła­bym do nich i nie dała się ode­rwać przez tydzień, takie to były usta. Dolna szczęka ociu­pinkę zbyt kan­cia­sta, jed­nak zamiast szpe­cić, doda­wała uroku. Mig­da­łowe oczy patrzyły na świat lekko zamglo­nym spoj­rze­niem. Ze względu na odcień skóry i bar­dzo wysoki poziom roz­ta­cza­nej sło­dy­czy od razu nazwa­łam go w myślach Panem Kar­mel­kiem.

Byłam prze­ko­nana, że to ja pierw­sza go zoba­czy­łam. W końcu jestem spe­cja­listką od zauwa­ża­nia przy­stoj­nych face­tów. Chcia­łam szturch­nąć Ankę, zorien­to­wa­łam się jed­nak, że ona też go widzi - ślina z wywa­lo­nego jęzora kapała jej na notatki.

- Sło­dziak! - oce­niła, a prze­cho­dząca aku­rat biblio­te­karka posłała w naszą stronę mor­der­cze spoj­rze­nie. - Odda­ła­bym mu swoją nerkę.

- Ej! To mi obie­ca­łaś nerkę, pamię­tasz?

- Jemu odda­ła­bym tę drugą. Mogła­bym dla niego umrzeć.

Te dekla­ra­cje nie były miłe z jej strony, nawet jeśli tylko żar­to­wała. Zna­ły­śmy się od lat, spę­dza­ły­śmy razem mnó­stwo czasu, wspie­ra­ły­śmy się w naj­trud­niej­szych momen­tach życia, takich jak matura. Setki razy roz­ma­wia­ły­śmy o sytu­acjach kry­zy­so­wych i tym, co jedna by dla dru­giej zro­biła. Dona­cja nerki wyda­wała nam się naj­wyż­szym moż­li­wym przy­ja­ciel­skim poświę­ce­niem. Żadna z nas ni­gdy nie powie­działa, że mogłaby za tę drugą umrzeć. A tu nagle Anka tak swo­bod­nie rzuca to na widok zupeł­nie obcego faceta. Poczu­łam złość na oboje.

Jesz­cze raz uważ­nie przyj­rza­łam się Panu Kar­mel­kowi. Ta toporna szczęka wcale nie doda­wała mu uroku. I ten zamglony wzrok, pew­nie wczo­raj nie­źle balo­wał. Impre­zowy Macho­man - to on. A na bla­cie przed nim tablet i dwa smart­fony. Koszulka polo, ble­zer, świet­nie dopa­so­wane dżinsy, czy­ste buty. Oczy­wi­ście mógł pocho­dzić z rodziny o wyso­kim sta­tu­sie mająt­ko­wym, w któ­rej od dziecka mu wpa­jali, że wygląd świad­czy o czło­wieku. Albo po pro­stu lubił nad­mier­nie dbać o sie­bie.

- Jestem pewna, że woli face­tów. - Wcale nie byłam pewna, po pro­stu chcia­łam, żeby­śmy prze­stały na niego patrzeć, mówić i myśleć o nim.

Anka przy­glą­dała mu się wni­kli­wie.

- Ble­zer, czy­ste buty. Polo. Ilu znasz face­tów, któ­rzy w ogóle wie­dzą, co to zna­czy koszulka polo? - zapy­ta­łam.

Moje argu­menty były silne, jed­nak Anka nie chciała odpu­ścić. Po chwili namy­słu zapro­po­no­wała:

- Może zro­bię biu­stowy test?

Spoj­rza­łam na dekolt mojej przy­ja­ciółki. Nie można było powie­dzieć, żeby natura jej poską­piła. Przejść obo­jęt­nie obok zawar­to­ści jej sta­nika sta­no­wiło wyzwa­nie nawet dla hete­ro­sek­su­al­nych kobiet, a co dopiero dla face­tów. Zawsze im oczka ucie­kały ku pier­siom Anki.

Tro­chę jej zazdro­ści­łam, ale tłu­ma­czy­łam sobie, że w jej wypadku to wyna­gra­dza inne braki, bo tak ogól­nie Anka była prze­ciętna. Cza­sem jej skóra nabie­rała zie­mi­stego odcie­nia i przez to, oraz przez bli­zny po ospie na czole, wyglą­dała brzydko. Nie mogła wyjść z domu, zanim nie się­gnęła po wspar­cie prze­my­słu kosme­tycz­nego. Nie była szcze­gól­nie wysoka, nie była też drobna. Tęczówki oczu miały sza­ro­nie­bie­ski odcień, a krót­kie włosy rosły we wszyst­kich kie­run­kach, two­rząc płową szopę, nie­moż­liwą do poskro­mie­nia. W lep­sze dni wyglą­dała cał­kiem ład­nie, w gor­sze - lepiej nie mówić. Anka cią­gle narze­kała na nie­spra­wie­dli­wość losu, który dał Kin­dze urodę per­skiej księż­niczki. A choć o mnie nie wspo­mi­nała, byłam prze­ko­nana, że też mi tro­chę zazdro­ści.

Przez chwilę roz­wa­ża­łam, czy chcę poznać pre­fe­ren­cje sek­su­alne chło­paka. Czy w ogóle mia­łam ochotę cokol­wiek o nim wie­dzieć? Posta­no­wi­łam powie­dzieć: pas.

- Odpu­śćmy. Mnie się podoba, tobie się podoba, to nie jest naj­zdrow­sza sytu­acja.

Anka nie­chęt­nie przy­znała mi rację i wró­ciła do swo­jego refe­ratu. Ja chwilę gapi­łam się w tele­fon, w końcu przy­nio­słam sobie pod­ręcz­nik do che­mii orga­nicz­nej, wycho­dząc z zało­że­nia, że repe­ti­tio mater stu­dio­rum est.

Kiedy pół godziny póź­niej chło­pak wycho­dził z czy­telni, żegnały go nasze tęskne spoj­rze­nia.

Minął tydzień. Ogło­sili wyniki i oka­zało się, że Anka dostała pałę z refe­ratu i tym samym nie zali­czyła filo­zo­fii. Mogłam się tego spo­dzie­wać. Moja przy­ja­ciółka jakoś nie paso­wała do stu­diów, choć nie chciała się do tego przy­znać ani przed sobą, ani przed rodzi­cami, któ­rzy bar­dzo dużo od niej ocze­ki­wali, wła­ści­wie nie mając pod­staw. Zaczęła źle - nie dostała się na medy­cynę, więc żeby nie tra­cić roku, zaha­czyła się ze mną na che­mii. Dzięki niej pierw­szy rok stu­diów był jed­nym z naj­lep­szych okre­sów w moim życiu. Za dru­gim podej­ściem dostała się na wyma­rzony kie­ru­nek. Na krótko - nie wytrzy­mała nawet do połowy seme­stru. Uznała, że zna­la­zła swoją ścieżkę, i jest nią kul­tu­ro­znaw­stwo. Przez dwa lata wyglą­dała jak skrzy­żo­wa­nie indiań­skiego wigwamu z odpu­sto­wym kra­mem. I kiedy wszyst­kim się wyda­wało, że jest na naj­lep­szej dro­dze do zdo­by­cia jakie­goś wykształ­ce­nia, umyła się, wbiła w gar­sonkę i posta­no­wiła stu­dio­wać eko­no­mię. Zaocz­nie, bo rodzi­com znu­dziło się finan­so­wa­nie jej, jak się wyra­zili, fana­be­rii.

Ja, w odróż­nie­niu od Anki, wie­dzia­łam, czego chcę, od chwili, gdy po raz pierw­szy zoba­czy­łam rtęć - metal w pły­nie. Było w tym coś nie­zwy­kłego i magicz­nego, bo to prze­cież jed­no­cze­śnie ter­mo­metr i tru­ci­zna. Coś i roman­tycz­nego, i prak­tycz­nego. Potem oka­zało się, że wszystko w che­mii jest takie: z jed­nej strony fajer­werki, z dru­giej aspi­ryna. Bez zasta­no­wie­nia wkro­czy­łam na ścieżkę alche­mi­ków. I świet­nie mi szło. Jesz­cze tylko rok nauki, a potem stu­dia dok­to­ranc­kie i szybka, bły­sko­tliwa kariera w kon­cer­nie far­ma­ceu­tycz­nym. Tak to widzia­łam.

Nie był to pierw­szy nie­za­li­czony przed­miot w cza­sie stu­diów Anki. Oka­zało się jed­nak, że ostatni. Taki gwóźdź do trumny jej wyż­szego wykształ­ce­nia. Oczy­wi­ście mogła wal­czyć, dodać jesz­cze jeden przed­miot do dłu­giej listy warun­ków i powtó­rzeń, ale odpu­ściła. Prawda jest taka, że trzeba się bar­dzo sta­rać, by nie pora­dzić sobie na stu­diach zaocz­nych. Anka sta­rała się bar­dziej niż bar­dzo.

Pod­dała się i zadzwo­niła. Pro­siła o wspar­cie.

- Mam lody cze­ko­la­dowe - kusiła.

Nor­mal­nie natych­miast bym do niej popę­dziła i utu­liła. Tyle że aku­rat sta­łam przed gabi­ne­tem dyrek­tora do spraw per­so­nal­nych w dużej fir­mie kosme­tycz­nej, a dło­nie, w któ­rych trzy­ma­łam poda­nie o staż, okrop­nie mi się pociły.

- Sorki, nie mogę teraz. Wpadnę wie­czo­rem. - Tym ucię­łam pro­te­sty Anki i wyłą­czy­łam tele­fon, żeby przy­pad­kiem nie zadzwo­niła w cza­sie, kiedy będę się sta­wiać w dobrym świe­tle i prze­ko­ny­wać, że to wła­śnie ja jestem speł­nie­niem ich marzeń o odpo­wied­nim kan­dy­da­cie na "przy­nieś­po­daj­po­za­mia­taj" pod­czas trzech let­nich mie­sięcy.

Anka zawa­lała stu­dia tyle razy, że zdą­ży­łam się do tego przy­zwy­czaić. Ona też. Tylko tym razem było ina­czej. Zała­mała się. Gdy­bym przy­je­chała, tak jak się umó­wi­ły­śmy, pew­nie skoń­czy­łoby się na butelce wina i morzu łez.

Poje­cha­łam tam dopiero następ­nego dnia, bo chcia­łam się cie­szyć swoim zwy­cię­stwem, a nie prze­ży­wać jej porażkę. Słabo wyszło. Można powie­dzieć, że jako przy­ja­ciółka zawa­li­łam na całej linii.

Była sama w tym swoim stu­denc­kim miesz­ka­niu, które wynaj­mo­wała do spółki z jaki­miś dziw­nymi ludźmi, któ­rych nie lubi­łam. Sama, samotna i nie­przy­tomna. Wokół walały się puste butelki. Odru­chowo zaczę­łam sprzą­tać i wtedy natknę­łam się na puste opa­ko­wa­nie po leku uspo­ka­ja­ją­cym. Ile Anka wzięła tych table­tek? Prze­ra­zi­łam się i zadzwo­ni­łam na pogo­to­wie.

Kilka godzin póź­niej sie­dzia­łam przy jej łóżku. Była strasz­nie blada, wyglą­dała jak stara, zmę­czona życiem kobieta.

- Ojciec ma rację - szep­nęła, patrząc w ścianę. - Jestem do niczego.

- Sam jest do niczego! Jak on w ogóle może mówić ci takie rze­czy?

Nawet na mnie nie popa­trzyła. Ze wzro­kiem wbi­tym w zie­loną lam­pe­rię, przy­bi­tym gło­sem cią­gnęła:

- Niczego nie potra­fię dobrze zro­bić. Raz w życiu chcia­łam się upić i nawet to wyszło nie tak, jak powinno.

Maglo­wana przez szpi­tal­nego psy­cho­loga Anka wyja­śniła, że nie chciała się zabić. Po pro­stu jest fleją i nie wyrzu­ciła sta­rego opa­ko­wa­nia. Nie wiem, czy psy­cho­log jej uwie­rzył. Ja, mimo że bar­dzo chcia­łam, mia­łam wąt­pli­wo­ści.

- Ania, jesteś mega - zapew­nia­łam ją z prze­ko­na­niem. - Bystra, mądra...

- Jasne - rzu­ciła z prze­ką­sem. - Nawet stu­diów dla idio­tów nie potra­fię skoń­czyć.

- Stu­dia to nie wszystko.

- Wytłu­macz to moim rodzi­com.

- Nie cier­pia­łaś eko­no­mii. - Zmie­ni­łam kie­ru­nek roz­mowy. Chcia­łam, by sobie przy­po­mniała wła­sne narze­ka­nia. Wciąż psio­czyła, mówiła, że to nie jest jej miej­sce. - Nudzi­łaś się i niczego nie rozu­mia­łaś z ban­ko­wo­ści, finan­sów i tych innych przed­mio­tów, któ­rych nazw nie pamię­ta­łam, podob­nie jak ty sama - pró­bo­wa­łam żar­to­wać. Nie­stety, nie zadzia­łało.

- I co z tego? Wszy­scy koń­czą jakieś stu­dia, tylko nie ja.

- Ale dla­czego ty musisz tak jak wszy­scy? Prze­cież... - Chcia­łam powie­dzieć, że jest tyle rze­czy, w któ­rych jest dobra i które z powo­dze­niem mogłaby w życiu robić, ale Anka mi prze­rwała. Ode­rwała wzrok od ściany, popa­trzyła na mnie i sta­now­czo powie­działa:

- Muszę mieć wykształ­ce­nie, po pro­stu muszę. Bez wykształ­ce­nia jestem nikim. Rozu­miesz? N-i-k-i-m!

Roz­ry­czała się. Usia­dłam więc na brzegu szpi­tal­nego łóżka, mocno ją przy­tu­li­łam i pozwo­li­łam pła­kać. Szep­ta­łam, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży. Cały czas czu­łam, jak­bym miała w sobie kolec, a jego bole­sne ukłu­cia wywo­ły­wały u mnie wyrzuty sumie­nia. Powin­nam była poje­chać do niej od razu.

Minęło pół roku. Skoń­czył się rok aka­de­micki i mój staż. Za bycie popy­cha­dłem w fir­mie dosta­łam śliczną laurkę - sumienna, punk­tu­alna, rze­telna. Zamie­rza­łam nią w przy­szło­ści ozdo­bić CV, które będzie grube jak Sien­kie­wi­czow­ska try­lo­gia.

Nade­szły upra­gnione wolne dni. Spę­dza­łam je w domu. Cał­ko­wi­cie pochła­niało mnie pisa­nie pracy magi­ster­skiej. To miała być taka praca, za którą dostanę naj­lep­szą ocenę, wie­niec lau­rowy i mnó­stwo oso­bi­stej satys­fak­cji i która przy­nie­sie mi ufun­do­waną przez urząd mar­szał­kow­ski nagrodę w kon­kur­sie na naj­lep­szą, zwią­zaną z sze­roko pojętą ochroną zaso­bów natu­ral­nych, pracę magi­ster­ską roku. To zna­czy, cał­ko­wi­cie by mnie to pochła­niało, gdyby nie moja bab­cia. Powie­dzieć o niej, że jest #team­be­rety, to nic nie powie­dzieć. Codzien­nie bla­dym świ­tem szła do kościoła. To musiała być jakaś msza dla cier­pią­cych na bez­sen­ność, bo w naszym miesz­ka­niu zja­wiała się, gdy tato wciąż był w piża­mie, a on naprawdę wcze­śnie wycho­dzi do biura. Rodzice wykrę­cali się pilną potrzebą bie­gnię­cia do swo­ich zajęć, a bab­cia zosta­wała ze mną. W zasa­dzie nade mną, bo ja wciąż leża­łam w łóżku, a ona sie­działa, patrzyła na mnie z góry i albo wyli­czała grze­chy główne, albo rapor­to­wała obecną sytu­ację w pie­kle.

Moje naj­lep­sze przy­ja­ciółki nie wró­ciły na pro­win­cję. Czas wolny spę­dzały w dużym mie­ście, gdzie pra­co­wały. Anka, bo musiała, Kinga, bo lubiła. Też chęt­nie zna­la­zła­bym sobie robotę, bo przy­tu­le­nie paru zło­tych zawsze jest miłe, mia­łam jed­nak prio­ry­tety, a w zasa­dzie jeden. I była nim moja odkryw­cza i bły­sko­tliwa praca magi­ster­ska.

Prawda jest taka, że gdy­bym nie była tak bar­dzo zmę­czona poran­kami z bab­cią, pew­nie mniej opty­mi­stycz­nie zare­ago­wa­ła­bym na wia­do­mość od Tomka. Może w ogóle bym nie zare­ago­wała? Powie­dzia­ła­bym, że mam do napi­sa­nia jesz­cze jeden ważny roz­dział, a on ze śmie­chem rzu­ciłby: "Jesteś strasz­nie nud­nym ner­dem, wiesz?". Rów­nież ze śmie­chem odpo­wie­dzia­ła­bym, że ow­szem, wiem, choć wcale nie byłoby mi wesoło, tylko przy­kro. Przy­kro dla­tego, że patrzę na życie ina­czej niż Tomek, Kinga, Anka i Pio­trek. Są moją paczką, dru­żyną, naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi, a jed­nak nie rozu­mieją. Wciąż sły­szę od nich, że za bar­dzo się wkrę­ci­łam w naukę, choć to Kinga stu­diuje na dwóch fakul­te­tach, a Pio­trek zro­bił dwa lata w rok, i to na medy­cy­nie; i że trak­tuję życie zbyt poważ­nie, choć to Tomek rzu­cił stu­dia, bo nie były dla niego roz­wo­jowe, odbył pre­sti­żowy zagra­niczny staż i zało­żył wła­sną firmę.

Życie... No cóż, według mnie to skom­pli­ko­wana sprawa. Kiedy wra­ca­łam z przed­szkola, mama pytała, co było na obiad, z kim się bawi­łam i jak się czuję. Potem zaczęła się szkoła i począt­kowo pyta­nia były podobne. A póź­niej wygra­łam kon­kurs w biblio­tece, w jakimś teście z wie­dzy mia­łam kom­plet punk­tów i zosta­łam wyróż­niona za recy­ta­cję wier­szyka. Wtedy pyta­nia zaczęły się zmie­niać. A gdy poja­wiły się oceny, to już ni­gdy nie usły­sza­łam: "Co było na obiad?", tylko: "Co dosta­łaś?". Oka­zało się, że pod­sta­wówka to zale­d­wie miej­sce przy­go­to­wu­jące do szkoły śred­niej. Im lepiej sobie tu pora­dzę, tym lep­szy ogól­niak mnie przyj­mie. W liceum usły­sza­łam dokład­nie to samo, tyle że tym razem w kon­tek­ście stu­diów. Tych stu­diów, na któ­rych teraz wypru­wa­łam sobie żyły, by sta­nąć w pierw­szym sze­regu biegu o szczę­śliwe i satys­fak­cjo­nu­jące życie. Na razie byłam w miej­scu przy­go­to­wu­ją­cym. Moi przy­ja­ciele tego nie rozu­mieli, bo... Bo byli w innych miej­scach. Mieli łatwiej, tak myślę. Cho­ciażby Tomek, któ­rego rodzice byli bar­dzo zamożni i nie przy­wią­zy­wali wagi, czy syn będzie magi­strem, czy nie. Albo Kinga, zja­wi­skowo ładna. Taka deli­katna, ete­ryczna blon­dy­neczka z wiel­kimi nie­bie­skimi oczyma. Stu­dio­wała polo­ni­stykę i dzien­ni­kar­stwo, pra­co­wała w gaze­cie. W indek­sie piątki, w pracy pochwały i jesz­cze zwią­zała się z face­tem, który zabrał ją na randkę do Paryża. Ow­szem, zazdro­ści­łam jej, ale nie stu­diów, pracy czy faceta, tylko tego, że jest tak wylu­zo­wana. Jakby to wszystko wcale nie wyma­gało czasu i ener­gii.

"Rodzi­com coś wypa­dło i nasza gór­ska chatka będzie pusta przez cały week­end" - napi­sał Tomek i dodał zdję­cie uro­czego widoku na góry. "Za dwa tygo­dnie są uro­dziny Kingi, pla­no­wa­łem je ina­czej, ale przy­ję­cie nie­spo­dzianka może być lep­szym pomy­słem. Jak sądzisz?"

Natych­miast odpi­sa­łam, że pomysł jest świetny. Nie prze­pa­da­łam za górami, ale za Kingą już tak. Nale­żała jej się impreza z przy­ja­ciółmi. A mnie nale­żało się kilka poran­ków bez babci.

Z per­spek­tywy czasu myślę, że za swoje nie­szczę­ście powin­nam winić wła­śnie tych dwoje - bab­cię i Tomka.

W zasa­dzie jego naj­bar­dziej. Zro­bi­łam mu listę zaku­pów, pod­su­nę­łam masę pomy­słów pre­zen­to­wych. Obie­cał po mnie przy­je­chać i razem mie­li­śmy wszystko przy­go­to­wać. I gdy w napię­ciu cze­ka­łam, dosta­łam wia­do­mość: "Tro­chę młyn mam. Klient, więc nie pytaj. Pod­je­dzie Rafał, ogar­nia temat. Przy­go­tuj wszystko, żeby było pięk­nie".

Poczu­łam ten gorz­kawy smak bycia wyko­rzy­staną. Nie cho­dziło o to, że nie chcia­łam pomóc w orga­ni­za­cji przy­ję­cia nie­spo­dzianki dla naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Chcia­łam. Tyle że pomóc, nie je zor­ga­ni­zo­wać, bo Tomek ma waż­niej­sze sprawy. Zwłasz­cza że póź­niej nic nie sta­nie mu na prze­szko­dzie, by przyj­mo­wać te wszyst­kie ochy i achy: "To dla mnie?", "Sam to zro­bi­łeś?", "Jesteś wspa­niały!".

Mia­łam ochotę odpi­sać "Też mam nie­zły młyn, praca magi­ster­ska, nie pytaj". Nie zro­bi­łam tego z dwóch powo­dów. Pierw­szym była moja miłość do Kingi, dru­gim - brak aser­tyw­no­ści.

No więc bez­pro­duk­tyw­nie spę­dzi­łam dwie godziny, cze­ka­jąc na chło­paka, o któ­rym Tomek napi­sał: "Rafał dupę mi ratuje, więc bądź dla niego miła". Jak­bym ja nie rato­wała Tom­ko­wego zadu. I jak­bym była jakąś jędzą, z natury wredną dla męż­czyzn. Prze­cież tak nie było, po pro­stu... Praw­do­po­dob­nie nie poznaję w życiu wła­ści­wych face­tów, bo wszy­scy (poza Piotr­kiem, ale on to zupeł­nie inna histo­ria) mają mnie za prze­mą­drzałą kujonkę. Zwy­kle się oka­zuje, że to nie ja jestem zbyt mądra, tylko oni zbyt głupi, a z taką prawdą nar­cy­styczne męskie ego nie potrafi sobie pora­dzić. Dla­tego jestem sama i dla­tego, jeśli nie obniżę stan­dar­dów (a tego nie chcę), tak zosta­nie.

Bez względu na to, jak bar­dzo moja zde­wo­ciała bab­cia chciała mi wmó­wić leni­stwo, to jestem pra­co­wita i bar­dzo żało­wa­łam tych dwóch godzin zmar­no­wa­nych na wycze­ki­wa­niu. Byłam prze­ko­nana, że nie będzie to długo trwało i nie ma sensu niczego zaczy­nać, tym­cza­sem minuty pły­nęły, a ten cały Rafał się nie zja­wiał. To stało się iry­tu­jące. Byłam na niego wście­kła, gdy wresz­cie przy­słał wia­do­mość, że czeka na dole. Zła­pa­łam swoją walizkę z rze­czami na dwa dni, zosta­wi­łam kartkę na kuchen­nym stole (mama wie­działa o wyjeź­dzie z przy­ja­ciółmi, ale lubi­łam jej zosta­wiać kar­teczki, gdy wycho­dzi­łam. Póź­niej czę­sto znaj­do­wa­łam je przy­pięte magne­sem do drzwi lodówki).

Na scho­dach obie­ca­łam sobie, że będę nie­miła. Mia­łam gdzieś prośbę Tomka. Ktoś, kto nie sza­nuje cudzego czasu, nie zasłu­guje na uprzej­mo­ści.

Wyszłam na chod­nik, a wtedy otwo­rzyły się drzwi RAV-a. W pierw­szej chwili go nie pozna­łam, ale gdy sta­nął naprze­ciw... To był ON. Chło­pak z biblio­teki. Pan Kar­me­lek. Sama sło­dycz owi­nięta w koszy­kar­ski pod­ko­szu­lek. I to nie przy­le­ga­jący, tylko taki luźny, dużo za luźny. Bałam się, że jeśli opu­ści ramiona, to ciu­szek mu spad­nie, a ja zoba­czę naj­ład­niej­szy męski tors na świe­cie. Poczu­łam, jak się śli­nię. Odwró­ci­łam wzrok.

- Prze­pra­szam, czy to ty jesteś zna­jomą Tomka Bar­to­sika? - zapy­tał.

- Karo­lina Jabłoń­ska - przed­sta­wi­łam się. Uści­snął mi rękę i powie­dział, że nazywa się Rafał Wit­kow­ski.

- Prze­pra­szam, że musia­łaś na mnie tyle cze­kać. Korki straszne.

- Cze­kam na cie­bie całe życie - odpo­wie­dzia­łam spon­ta­nicz­nie. - Dwie godziny nie robią róż­nicy.

Roze­śmiał się, a ja tro­chę za późno przy­po­mnia­łam sobie, że jestem na niego zła i mam być nie­miła.

- To co, możemy jechać? - Wziął moją walizkę. - To mój debiut w roli orga­ni­za­tora przy­ję­cia nie­spo­dzianki, mam nadzieję, że mi pomo­żesz.

- Współ­or­ga­ni­za­tora - pod­kre­śli­łam. A on znów się roze­śmiał. Mógłby pako­wać ten śmiech w puszki i sprze­da­wać, zbiłby na tym for­tunę.

- Od razu zazna­czę, że mam pro­blem. Gubię się. Nawi­ga­cja tro­chę pomaga, ale tylko tro­chę. Więc jeśli jutrzej­szy ranek zasta­nie nas na Węgrzech, nie miej pre­ten­sji.

Chcia­ła­bym, żeby jutrzej­szy ranek zastał nas na bez­lud­nej wyspie, pomy­śla­łam. Uzna­łam, że zacho­wam tę myśl dla sie­bie, na głos powie­dzia­łam tylko, że może na mnie liczyć, bo ja trzy­mam się wyzna­czo­nych szla­ków. Tak na dro­dze, jak i w życiu.

Potem zapa­dła cisza. Żeby nie stała się ciężka i męcząca, zapy­ta­łam, od jak dawna zna Tomka.

- Od dziecka. Nasza kan­ce­la­ria obsłu­guje praw­nie firmę jego rodzi­ców.

Wyobra­zi­łam sobie przy­ję­cie fir­mowe, na któ­rym rodzice Tomka roz­ma­wiają z rodzi­cami Rafała, w cza­sie gdy ich dzieci sie­dzą na górze i grają na kon­soli. Świat jak z Plot­kary, a ja byłam "samot­nym chłop­cem", który zupeł­nie nie paso­wał do takiego obrazka.

- Nasza kan­ce­la­ria? - Chcia­łam go skło­nić do mówie­nia.

- W zasa­dzie rodzi­ców. Koń­czę prawo i całe życie myśla­łem, że moje miej­sce jest w rodzin­nym biz­ne­sie, ale teraz się waham. Naj­bar­dziej pociąga mnie prawo karne. Chciał­bym spró­bo­wać sił w pro­ku­ra­tu­rze.

- Będziesz jak Hamil­ton Bur­ger czy raczej jak Doug Selby?

Zła­pa­łam jego zain­try­go­wane spoj­rze­nie, rzu­cone mi kątem oka.

- Nie mów, że czy­ta­łaś?

- To moje ulu­bione. Wcią­gnę­łam się od pod­sta­wówki i cią­gle do nich wra­cam. Teraz czy­tam po kolei i w ory­gi­nale, bo u nas wyda­wali je dość cha­otycz­nie.

Zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o książ­kach. Nawet się nie spo­dzie­wa­łam, że tra­fię na takiego samego pasjo­nata kry­mi­na­łów jak ja. Znał wszystko, od Chan­dlera i Chri­stie po Ran­kina i Nesb?.

Nawet się nie zorien­to­wa­łam, że już jeste­śmy na miej­scu. On też, bo choć Gra­cja Nawi­ga­cja oznaj­miła miłym gło­sem: "Miej­sce doce­lowe jest po pra­wej stro­nie", jechał dalej.

- Może mnie pan gdzieś tu wysa­dzić? - zapy­ta­łam. - Stąd będę miała bli­żej niż z Węgier - wyja­śni­łam, a on prze­wró­cił oczyma, wes­tchnął: "A nie mówi­łem", i wrzu­cił wsteczny, by doje­chać do pod­jazdu "chatki w górach" rodzi­ców Tomka. Dla­czego ludzie nie nazy­wają rze­czy po imie­niu? Prze­cież to była oka­zała willa. Archi­tekt musiał się napo­cić, by połą­czyć nowo­cze­sność z tra­dy­cją, dzięki czemu gmach wyglą­dał na zasie­działy i pasu­jący do oto­cze­nia. Za to deko­ra­tor wnętrz to się tu nie napra­co­wał. Wnę­trze miało w sobie tyle przy­tul­no­ści co han­gar lot­ni­czy. Nawet ulo­ko­wa­nemu w kącie komin­kowi bli­żej było do sza­rej nagiej jamy niż do domo­wego ogni­ska. Poczu­łam się bar­dzo obco i bar­dzo nie na miej­scu. Z Panem Kar­mel­kiem czy bez, ale poża­ło­wa­łam, że tu jestem.

Widać było po mnie, o czym myślę, bo...

- Dziw­nie tu jakoś, prawda? - Rafał bar­dziej stwier­dził, niż zapy­tał. - Na szczę­ście mamy milion balo­nów i gir­landy. Może uda nam się nadać temu miej­scu ciut impre­zowy cha­rak­ter.

- Jeśli tylko Kinga ocze­kuje uro­dzin w opu­sto­sza­łej hali fabrycz­nej.

Zachi­cho­tał.

- Pójdę po pudła, a ty nastaw kawę. Będziemy potrze­bo­wali kofe­iny.

Wyszedł, a ja ruszy­łam do miej­sca, który pew­nie nazy­wają anek­sem kuchen­nym. Kolejne nie­do­mó­wie­nie. Aneks koja­rzy się z czymś nie­wiel­kim, a ta prze­strzeń była więk­sza od mojego miesz­ka­nia. Musiała taka być. Eks­pres miał wiel­kość szafy. Czu­łam, że trzeba skoń­czyć spe­cjalne pół­roczne szko­le­nie, zanim przy­go­tuje się fili­żankę espresso.

Rafał wró­cił z pudłem, a ja wciąż sta­łam i gapi­łam się na wyświe­tlacz.

- Pro­blem z decy­zją?

- Boję się, że coś naci­snę, a to urzą­dze­nie odleci w kosmos - wyzna­łam szcze­rze. - W domu mamy taki na kap­sułki. Cho­ciaż nie są eko. Mama się uparła.

- My w domu uży­wamy takiego dwu­dzie­sto­let­niego na kawę sypaną i fil­try. Dzia­dek to póź­niej wyko­rzy­stuje w swoim ogro­dzie. Ma fioła na punk­cie eko­lo­gicz­nej uprawy roślin. Lepiej nie pozwa­lać mu o tym mówić.

Co ty tam wiesz o fio­łach i nie­po­zwa­la­niu na mówie­nie? Posłu­chał­byś mojej babci przez pięć minut i w pod­sko­kach pobiegł­byś do dziadka flo­ro­fila. Ale ci tego nie powiem, nie będę plot­ko­wać o rodzi­nie. I tylko się uśmiech­nę­łam, patrząc przy tym na Rafała, przy­go­to­wu­ją­cego nam kawę. W moim kubku pianka była ozdo­biona ser­dusz­kiem, tak jak cza­sem się dostaje w kawiarni.

- O takie zdol­no­ści arty­styczne cię nie posą­dza­łam.

- To nie zdol­no­ści, to praca w barze. - Gdy dostrzegł moje zdzi­wione spoj­rze­nie, dodał: - Dzia­dek uważa, że bez względu na sta­tus rodziny "młody czło­wiek" powi­nien na sie­bie zara­biać. To uczy mło­kosa sza­cunku do pie­nią­dza i pokory. I jesz­cze umac­nia miłość do rodzi­ców.

Jak­bym swoją bab­cię sły­szała. Widocz­nie to głos całego poko­le­nia.

Nie powie­dzia­łam, że jego dzia­dek, podob­nie jak moja bab­cia, uznałby mnie za paso­żyta sie­dzą­cego na gło­wie rodzi­ców. Nie pra­co­wa­łam. To zna­czy pra­co­wa­łam, bar­dzo ciężko, ale w więk­szo­ści na bez­płat­nych sta­żach. Mogłam sta­rać się o płatne, ale chcia­łam, żeby mnie zapa­mię­tali jako dziew­czynę, dla któ­rej liczy się wie­dza, nie kasa. Rodzice to rozu­mieli, bab­cia nie potra­fiła. Ona w zasa­dzie nie potra­fiła zro­zu­mieć niczego, co wią­zało się z nor­mal­nym życiem. Poj­mo­wała tylko całą tę szopkę mistycz­nej egzy­sten­cji czy jak to tam nazy­wała.

Wci­snę­łam nos do kubka, bo nie chcia­łam, żeby pomy­ślał, że posmut­nia­łam. Za bar­dzo wci­snę­łam. Rafał deli­kat­nie wziął mnie pod brodę i starł pianę z czubka nosa.

- W porządku? - zapy­tał z czu­ło­ścią.

Ski­nę­łam głową.

- Prze­raża mnie myśl o tym, co nas czeka.

- Nie stre­suj się, mamy czas.

Spoj­rza­łam na zega­rek. Trzy godziny to nie jest "mamy czas".

- Przy­jadą jutro po połu­dniu. Tomek ci nie powie­dział?

No jakoś zapo­mniał. Byłam zła, bar­dzo zła. Mogłam być w domu i wyko­rzy­sty­wać czas na naukę i pisa­nie pracy. Tym­cza­sem będę tu sie­działa i dmu­chała balo­niki.

Rafał poznał, o czym myślę.

- Spójrz na to z innej strony. To ponad doba w moim uro­czym towa­rzy­stwie.

- Wiem. I doce­niam. - Mam nadzieję, że nie zauwa­ży­łeś, że wciąż się śli­nię na twój widok. - Tylko... Nie­ważne. Bierzmy się do roboty.

Godzinę póź­niej han­gar wypeł­niony był różo­wymi i błę­kit­nymi balo­ni­kami. Szło szybko, bo mie­li­śmy spe­cjalną pompkę. Nie wie­dzia­łam, że ist­nieje taki gadżet. Cóż, orga­ni­zo­wa­nie imprez było dla mnie terra inco­gnita.

- Nie zwiot­czeją do jutra?

Rafał wzru­szył ramio­nami.

- Może nie­które. Będzie ich tyle, że nikt nie zauważy. W aucie mam dru­gie pudło.

- Bła­gam, nie idź po nie. - Uda­łam, że rzu­cam się na niego, by powstrzy­mać przed wyj­ściem. - Nie zniosę ani jed­nego balona wię­cej.

Przez chwilę się zasta­na­wiał.

- Dobrze, że to powie­dzia­łaś. Jestem w takim nastroju, że mam ochotę poszu­kać szpi­leczki i... - Wyko­nał suge­stywny gest. - Chodź, powłó­czymy się po mie­ście - zapro­po­no­wał. - Zjemy coś przy oka­zji?

Entu­zja­stycz­nie przy­tak­nę­łam.

- To ja zmie­nię koszulkę. - I zupeł­nie się mnie nie krę­pu­jąc, ścią­gnął za duży pod­ko­szu­lek, obna­ża­jąc swój śliczny tors i sze­ścio­pak na brzuszku.

- W porządku? - zapy­tał, widząc, jak się na niego gapię. Oczy zamie­niły mi się w serca, a nad głową poja­wił się wia­nu­szek roz­świer­go­ta­nych pta­sząt.

Oczy­wi­ście, że nie. Ni­gdy w życiu nie widzia­łam rów­nie ape­tycz­nego torsu, pomy­śla­łam, a na głos, sze­lesz­cząc jak kartka papieru, powie­dzia­łam tylko:

- Jasne. Zasta­na­wiam się, skąd ta opa­le­ni­zna.

- Poma­gam dziad­kowi w ogro­dzie - wyja­śnił.

Mia­łam rację wtedy w biblio­tece. Piękna tęży­zna fizyczna tego pana nie była efek­tem pod­no­sze­nia sztangi.

Uzna­łam, że ja też muszę coś zmie­nić. Gene­ral­nie chcia­ła­bym zmie­nić wszystko, łącz­nie z tymi trzema kilo­gra­mami, które mi przy­były na mat­czy­nym wik­cie. Ale na to nie było już czasu. Musiał wystar­czyć czarny top z kora­li­kami. Na pewno ten czarny? W walizce dzie­sięć kilo ciu­chów, a ja nie mam co na sie­bie wło­żyć! Na szczę­ście na samym dnie zna­la­złam bor­dową blu­zeczkę na ramiącz­kach. Z fal­banką tam, gdzie trzeba, żeby optycz­nie powięk­szyć biust. W pięć minut zro­bi­łam sobie ładny maki­jaż.

- Myśla­łem, że idziemy na piwo, a nie na przy­ję­cie do Bel­we­deru - zażar­to­wał, kiedy wyszłam.

- W Bel­we­de­rze nie spo­tkasz takiej faj­nej dziew­czyny - odpo­wie­dzia­łam.

- To prawda. - I spoj­rzał na mnie tak, że się zaru­mie­ni­łam.

Zeszli­śmy na główny dep­tak. Wyda­wało się, że niskie kamie­niczki wyra­stają bez­po­śred­nio z wyło­żo­nego drobną kostką chod­nika. Dla­tego mia­łam wra­że­nie, że jest tłok, choć ludzi nie było wcale tak dużo. Co krok cukier­nia albo restau­ra­cja, zapa­chy wypeł­niały ulicę. Minę­li­śmy wycieczkę mało­la­tów, któ­rzy dosłow­nie oble­pili kram z pamiąt­kami. W końcu wybra­li­śmy piz­ze­rię. Usie­dli­śmy w ogródku przy masyw­nym drew­nia­nym stole i zamó­wi­li­śmy mar­ga­ritę. Po sąsiedzku roz­sia­dła się rodzina z trójką dzieci. Naj­młod­sze było bar­dzo małe i cały czas się śli­niło. Odwró­ci­łam się. Patrzy­łam na dom po dru­giej stro­nie ulicy - miał śliczne drew­niane orna­menty.

Chcia­łam zapła­cić, przy­naj­mniej za swoją część, ale Rafał zapro­te­sto­wał.

- Zapłacę Revo­lu­tem Tomka. Coś nam się należy za pracę, którą tu odwa­lamy, nie sądzisz?

Mia­łam mie­szane uczu­cia. Chcia­łam myśleć, że robię to dla Kingi. Bo prze­cież robi­łam to dla niej. Tylko że jed­no­cze­śnie czu­łam się wyko­rzy­stana przez jej chło­paka, który deli­kat­nie mówiąc, nie potrak­to­wał mnie poważ­nie. Umó­wił się, nie poin­for­mo­wał o zmia­nie pla­nów, zosta­wił samą ze wszyst­kim.

- Jeśli cię to gnębi, mogę zadzwo­nić i zapy­tać o zgodę.

- Chyba mi wystar­czy, że twoim zda­niem to w porządku.

- Moim zda­niem to bar­dzo w porządku, a będzie jesz­cze bar­dziej, jeśli dodamy do tego drinki. Nie sądzisz, że musimy czymś dobrym wypłu­kać smak gumy z ust?

- Prze­cież mie­li­śmy pompkę.

- To nie zmie­nia faktu, że czuję gumę. Nie pozwól, żebym musiał dłu­żej nale­gać. - Zła­pał mnie za rękę i deli­kat­nie pocią­gnął.

Po kwa­dran­sie poszu­ki­wań zna­leź­li­śmy fajne, nie­zo­bo­wią­zu­jące miej­sce z dobrą muzyką, coś w sam raz dla mło­dych ludzi, któ­rzy chcą przy­jem­nie spę­dzić czas. Usie­dli­śmy w kącie sali. Patrzy­łam na par­kiet, żeby bez­u­stan­nie nie gapić się na Rafała.

- Zatań­czysz? - zapy­tał. Zaprze­czy­łam ruchem głowy. Nie wycho­dzi mi to zbyt dobrze. Jakoś ni­gdy nie mia­łam poczu­cia rytmu. Nie przy­jęli mnie przez to do kółka bale­to­wego, do któ­rego cho­dziły wszyst­kie moje kum­pele, z Anką włącz­nie. Minęło tro­chę czasu, zanim to prze­bo­la­łam.

- Daj spo­kój, chodź. - I pocią­gnął mnie na mały kawa­łek par­kietu. Oprócz nas gibały się tam jesz­cze dwie pary. Przy czym jedna wła­ści­wie koń­czyła już grę wstępną. Mimo począt­ko­wych opo­rów roz­krę­ci­łam się. Kiedy poczu­łam, że jestem zmę­czona, wró­ci­li­śmy do sto­lika, a Rafał zamó­wił następną kolejkę.

Czas pły­nął tak, że zupeł­nie o nim zapo­mnia­łam. Jak­by­śmy byli z Rafa­łem w bańce - ist­niał tylko ten bar, wypeł­niony muzyką, sto­lik, my i nasza roz­mowa. Przy­pad­kiem spoj­rza­łam na zega­rek i nie mogłam uwie­rzyć, że zro­biło się tak późno. Śro­dek nocy.

- Powin­ni­śmy wra­cać - powie­dzia­łam wbrew sobie. Chcia­łam tu zostać, może nawet na zawsze.

- No to chodźmy.

Kiedy wyszli­śmy, Rafał od razu ruszył w złą stronę. To mnie strasz­nie roz­ba­wiło, jego też. Ze sło­wami: "Może lepiej ty pro­wadź" podał mi rękę. Nie wiem, jak to się stało, że pra­wie natych­miast zna­la­złam się pod jego ramie­niem.

Letni wie­czór powoli otu­lał mia­sto aksa­mitną sza­ro­ścią. Cie­płym, poma­rań­czo­wym świa­tłem zaja­śniały szklane kule na latar­niach. Było już zbyt późno na zwie­dza­nie, ale uzna­łam, że możemy się jesz­cze tro­chę powłó­czyć dep­ta­kiem. To było kli­ma­tyczne gór­skie mia­steczko z krę­tymi ulicz­kami, przy któ­rych stały kamie­niczki tak fiku­śne, że mogłyby stać się deko­ra­cją do fil­mo­wej baśni albo przy­pró­szone śnie­giem do filmu świą­tecz­nego. Teraz, kiedy hała­śliwi tury­ści znik­nęli z ulic, zro­biło się cicho i spo­koj­nie. Mia­łam wra­że­nie, że sły­szę szum gór­skiego stru­mie­nia. Gwiazdy zami­go­tały, ja szłam ramię w ramię z Rafa­łem i było tak... tak roman­tycz­nie.

To nie jest tylko sce­no­gra­fia, pomy­śla­łam, tu bajka dzieje się naprawdę. I moje serce zatrze­po­tało gwał­tow­nie.

- Naprawdę jest tak, że się gubisz, czy tylko chcesz zro­bić wra­że­nie na dziew­czy­nie? - zapy­ta­łam.

- Zero orien­ta­cji w tere­nie. Bez GPS-a jestem bez­bronny. - Bez­rad­nie roz­ło­żył ręce.

Sło­dziak, pomy­śla­łam.

- No to jesteś na mojej łasce. Mogę cię teraz wypro­wa­dzić do lasu i ... - Zawie­si­łam głos. To jesz­cze nic nie zna­czyło. To mógł być zwy­kły żart.

- Nie miał­bym nic prze­ciwko temu. - Czy jego głos był zmy­słowy? Dała­bym głowę, że tak.

- Prze­ciwko czemu? - zapy­ta­łam zalot­nie.

- Prze­ciwko miłemu sam na sam z tobą w lesie. - I przy­tu­lił mnie tak mocno, że nie zostało miej­sca na żadne wąt­pli­wo­ści. Byłam pod­ry­wana i pod­ry­wa­łam. Noc otu­liła nas swoją gra­na­tową magią, która spra­wiła, że słowa, które sobie szep­ta­li­śmy, brzmiały wyjąt­kowo słodko.

Docho­dziła druga w nocy, kiedy dotar­li­śmy pod dom. Pogrą­żony w ciem­no­ści wyglą­dał jesz­cze bar­dziej obco i nie­przy­jaź­nie niż przed­tem. Podzie­li­łam się z Rafa­łem moim spo­strze­że­niem.

- Może jak roz­pa­limy w kominku, zrobi się przy­tul­niej? - zasu­ge­ro­wał.

Nie bar­dzo podo­bał mi się ten pomysł. Nie chcia­łam się nad­mier­nie sza­ro­gę­sić w czy­imś domu. Jed­nak Rafał nie miał skru­pu­łów i pół godziny póź­niej w kominku wesoło trza­skał ogień. Roz­ło­ży­łam na pod­ło­dze koc i kilka poduch ścią­gnię­tych z kanapy. Leże­li­śmy bli­sko sie­bie, ale nie za bli­sko, tak przy­zwo­icie. Czu­łam aro­ma­tyczny zapach jego skóry. Sta­ra­łam się nie myśleć o tym, jaki z Rafała przy­stoj­niak. Roz­ma­wia­li­śmy o jakichś bzdu­rach, żeby zagłu­szyć to, co oboje prze­czu­wa­li­śmy. Cichutko zbli­żało się do nas coś nie­sa­mo­wi­tego. Coś magicz­nego, co spra­wia, że rodzi się nie­zwy­kle silne uczu­cie, takie, co zda­rza się raz na milion lat. Wie­dzie­li­śmy, że potrze­buje ono czasu, żeby się oswoić - bar­dzo łatwo je spło­szyć. Dla­tego, żeby je zwa­bić, zaczę­łam deli­kat­nie gła­dzić dłoń Rafała. On się przy­su­nął. Musnął ustami mój poli­czek, ja musnę­łam jego wargi, które, choć to zupeł­nie nie­wia­ry­godne, sma­ko­wały jak słony kar­mel.

- Karo­lina, wsta­waj. Zaspa­li­śmy.

Czy można zaspać w waka­cje? I to jesz­cze w sobotę?

- Wsta­wię kawę i pojadę po tort, a ty przy­pil­nu­jesz ludzi z cate­ringu.

Cate­ring? Prze­cież lodówka trzesz­czy w szwach. Myśla­łam, że orga­ni­zu­jemy tu kame­ralne stu­denc­kie przy­ję­cie nie­spo­dziankę, a nie wesele Sereny van der Wood­sen. Głu­pio myśla­łam. Milion kolo­ro­wych balo­nów powi­nien spra­wić, że wcze­śniej odkryję, że tu cho­dzi o wesele.

- Nie zapo­mnij o kwia­tach - rzu­ci­łam żar­tem.

- Dzięki, był­bym zapo­mniał.

Czyli będą też kwiaty?

Rafał cmok­nął mnie w poli­czek i wybiegł, jakby się paliło. Byłam zła, bo nie takiego poranka ocze­ki­wa­łam. Chcia­łam obu­dzić się pierw­sza i patrzeć na cień, który rzęsy rzu­cały mu na policzki. Chcia­łam pić z nim kawę na tara­sie i roz­ma­wiać. Chcia­łam... No po pro­stu chcia­łam robić te wszyst­kie rze­czy, które robią ludzie, by się prze­ko­nać, czy to tylko chwi­lowa fascy­na­cja, czy coś poważ­niej­szego.

Tym­cza­sem patrzy­łam, jak ludzie z firmy cate­rin­go­wej usta­wiają pół­mi­ski na sto­łach przy­kry­tych śnież­no­bia­łymi obru­sami. Gdy­bym była Kingą, ni­gdy bym nie uwie­rzyła, że Tomek i ja sami to przy­go­to­wa­li­śmy.

Rafała nie było pół godziny, a mia­łam wra­że­nie, że wybył na co naj­mniej trzy. Nie mie­li­śmy czasu roz­ma­wiać, bo wciąż było coś do zro­bie­nia.

Roz­wie­si­łam ostat­nie balony, usta­wi­łam kwiaty i uło­ży­łam obok tortu spe­cjalny nóż i łopatkę, gdy na pod­jazd wje­chał nie­bie­ski kabrio­let. Pot spły­wał mi po ple­cach i nie pach­nia­łam zbyt dobrze.

Pierw­szy z samo­chodu wysko­czył Tomek. Pomógł wysiąść Kin­dze, jakby sama nie potra­fiła tego zro­bić. Potem wysiadł Pio­trek. Ostat­nia wygra­mo­liła się Anka. Żadne z tych dwojga nie mogło przy­je­chać wcze­śniej i przy­łą­czyć się do przy­go­to­wań?

Z "małej chatki" wyszedł też Rafał i sta­nął obok nas. Anka rzu­ciła mi pyta­jące spoj­rze­nie. Dałam znak, że póź­niej wszystko wyja­śnię.

Tomek popro­sił posia­da­czy chro­mo­somu Y, żeby mu pomo­gli nosić torby.

- Wiesz, dokąd zaraz idziemy? - zapy­tała Kinga. Nie mia­łam szansy odpo­wie­dzieć. - Do SPA!

- Muszę się prze­brać.

- Niczego nie musisz. - Reak­cja Tomka była histe­ryczna. - Świet­nie wyglą­dasz. Jedź­cie już. - I prze­wró­cił gałami, co chyba miało zna­czyć, że jestem głu­pia, prze­cież Kinga nie może wejść do domu.

Gdy tylko wsia­dłam do samo­chodu (tak, zostało mi to nie­fajne miej­sce z tyłu), Anka od razu zaczęła wypy­ty­wać o zaist­niałą sytu­ację.

- No to wyja­śniaj, jak to się stało, że sta­łaś z tym chło­pa­kiem na pod­jeź­dzie?

Powin­naś zapy­tać, jak to się stało, że leża­łam z nim na podu­chach przed komin­kiem, pomy­śla­łam nie bez satys­fak­cji. Nie­stety na głos nie mogłam tego powie­dzieć. Nie­wiele mogłam powie­dzieć, bo prze­cież była z nami Kinga, która miała się nie spo­dzie­wać. Moja głę­boka nie­chęć do kłam­stwa była dowo­dem na to, że nie wszyst­kie nauki babci poszły w las. Pomy­śla­łam o nocy w ramio­nach Rafała... Wydaje mi się, że z dwojga złego wola­łaby już, żebym kła­mała.

- Pod­wiózł mnie. - To była czy­sta prawda.

- Dla­czego cię pod­wo­ził?

- Tomka zapy­taj.

Spoj­rze­nie Anki odbiło się w lusterku i spra­wiło, że prze­biegł mnie zimny dreszcz. Na sie­bie powinna je skie­ro­wać, bo to takie bazy­lisz­kowe spoj­rze­nie było.

- Co on ma do tego?

- Aniu, oni są kum­plami. Prawda? - zwró­ci­łam się do Kingi. A ta ski­nęła głową. - Znają się od dziecka. Rafał tak powie­dział.

- A co jesz­cze powie­dział?

Że podo­bają mu się moje oczy i... nic, co chcia­ła­bym ci powtó­rzyć.

- Opo­wia­dał o dziadku ogrod­niku. I coś nud­nego o pra­wie, nie słu­cha­łam.

Anka prych­nęła.

- Znam cię. Nie wmó­wisz mi, że sie­dzia­łaś z takim cia­chem w samo­cho­dzie i nie spi­ja­łaś każ­dego słowa z jego cału­śnych warg. A tak w ogóle to dla­czego wła­śnie cie­bie pod­wo­ził?

- Bo jako jedyna jecha­łam z domu, a on... Nie mam poję­cia dla­czego.

- Jego dzia­dek mieszka w naszym mia­steczku - wtrą­ciła się Kinga. - Rafał aku­rat był u niego z wizytą. Tomek pomy­ślał, że Karoli będzie milej, niż tłuc się auto­bu­sem czy pocią­giem.

Wymow­nie spoj­rza­łam na Ankę.

- Widzisz? A ty podej­rze­wasz, że pod­stęp­nie pod­ry­wam go za two­imi ple­cami - powie­dzia­łam. To nie była do końca prawda. Pod­ry­wa­łam, ale tylko dla­tego, że on zaczął. I nie robi­łam tego pod­stęp­nie. Wiem, że sobie obie­ca­ły­śmy, ale raz: dawno temu, dwa: sytu­acja ule­gła zmia­nie. Bar­dzo ule­gła.

- Jeśli mówi­cie o Rafale, on nie jest do pode­rwa­nia.

Spoj­rze­nia moje i Anki syn­chro­nicz­nie zwró­ciły się w stronę Kingi. Nasze źre­nice, zupeł­nie jak w kre­skówce, zmie­niły się w znaki zapy­ta­nia.

- Baran jeden! Bęcwał!

Potrze­bo­wa­łam pię­ciu sekund, by zdać sobie sprawę, że inwek­tywy nie miały nic wspól­nego z Rafa­łem.

- Cham­sko ci zaje­chał! - Anka była poru­szona.

Ener­gicz­nie kiwa­łam głową, by potwier­dzić, że akcja tam­tego kie­rowcy była wypad­ko­genna, nie­ostrożna, pozba­wiona sza­cunku do innych użyt­kow­ni­ków drogi. Wspól­nie zgo­dzi­ły­śmy się, że takie coś to tylko facet, kobieta ni­gdy nie wymu­si­łaby w ten spo­sób.

Wciąż nabu­zo­wane nega­tyw­nymi emo­cjami wysia­da­ły­śmy z auta przed ele­ganc­kim budyn­kiem Źró­dła Odnowy Bio­lo­gicz­nej.

- Ależ pani jest spięta - powie­działa masa­żystka pół godziny póź­niej.

Lista powo­dów do spię­cia była długa. Zaczy­nała się od tego, że strasz­li­wie nie­zręcz­nie czu­łam się, leżąc nago na stole do masażu i lekko śmier­dząc, bo Tomek nie dał mi szansy na umy­cie się i zmianę ciu­chów, a koń­czyła na tym, że do cze­goś tam kie­dyś się zobo­wią­za­łam, a teraz dotrzy­ma­nie słowa szło mi fatal­nie. I jesz­cze zże­rała mnie cie­ka­wość, dla­czego Rafał jest nie do pode­rwa­nia, ale nie chcia­łam kon­ty­nu­ować dys­ku­sji o nim przy Ance, a na roz­mowę w cztery oczy z Kingą w obec­nych warun­kach nie było co liczyć.

- Tak szcze­rze wam powiem, że cie­szę się na ten wie­czór - wyznała Kinga, gdy leża­ły­śmy z bło­tem na twa­rzach. - Nasza paczka razem. Spo­koj­nie sobie posie­dzimy na tara­sie przy piwku, poga­damy, pośmie­jemy się. Cią­gle nie mamy czasu dla sie­bie na takie spo­kojne popo­łu­dnie. Faj­nie, że Tomek zapro­po­no­wał ten wyjazd. - Zachi­cho­tała. - Wiem, że szy­kuje grilla. - Spoj­rzała na mnie. - Mów szcze­rze. Dla­tego przy­je­cha­li­ście wcze­śniej, bo trzeba było kupić kieł­basę i kar­kówkę tak, żebym niczego nie zauwa­żyła?

Roz­ło­że­nie rąk w geście bez­rad­no­ści miało zna­czyć "Przej­rza­łaś nas".

- Wie­dzia­łam! - wykrzyk­nęła Kinga z satys­fak­cją.

To się zdzi­wisz, pomy­śla­łam. Kieł­basa i kar­kówka? Kochana, czas, żebyś zaczęła się przy­zwy­cza­jać do świata, z któ­rego pocho­dzi twój facet. Wiem, że pozna­łaś go przy­pad­kiem w super­mar­ke­cie, ale praw­do­po­dob­nie był tam z pierw­szą w życiu wizytą. Randka w Paryżu powinna dać ci do myśle­nia - tacy jak on nie urzą­dzają grilla, tylko fajfy. Nie będzie kar­kówki, będą kre­wetki.

Gdy w końcu wró­ci­ły­śmy, sama też się zdzi­wi­łam.

Zapar­ko­wa­ły­śmy na pod­jeź­dzie. Weszły­śmy do domu i Kinga aż wes­tchnęła na widok kwia­tów i balo­nów. Chciała coś powie­dzieć, gdy nagle ze trzy­dzie­ści osób wysko­czyło na śro­dek han­garu, krzy­cząc: "Nie­spo­dzianka!". Powin­nam była się domy­ślić. Pełna lodówka i jesz­cze cate­ring - tego było zde­cy­do­wa­nie za dużo dla nas sze­ściorga.

Jak na komendę wszy­scy rzu­cili się do onie­mia­łej Kingi, przy­tu­lali, życząc jej naj­lep­szo­ści i w ogóle. Anka zain­to­no­wała Sto lat i goście chó­rem odśpie­wali pio­senkę uro­dzi­nową. Fał­szo­wali przy tym strasz­nie, ale to taki utwór, któ­rego nie da się dobrze zaśpie­wać, jeśli wcze­śniej nie ukoń­czyło się szkoły muzycz­nej pierw­szego stop­nia. Sama fał­szo­wa­łam z entu­zja­zmem, nie wsty­dząc się tego, w końcu brak słu­chu to wina genów i nic z tym nie można zro­bić.

Wielki bukiet pod­biegł do Kingi. Trzeba było chwili, by zorien­to­wać się, że za gąsz­czem cha­bazi ukryty jest Tomek. Coś czule wyszep­tał, Tomek, nie bukiet, a ona otarła łzy wzru­sze­nia. W końcu zaczęli się cało­wać, co nale­żało uznać za zakoń­cze­nie czę­ści ofi­cjal­nej.

I bar­dzo dobrze. Musia­łam się prze­brać. I wziąć prysz­nic. Nie mogłam się pozbyć wra­że­nia, że za uszami mam maziaje z błota, które według kosme­tyczki były bar­dzo natu­ralną, mine­ralno-orga­niczną mie­szanką, a według mnie zala­ty­wały kro­wim łaj­nem.

Gdy wró­ci­łam, impreza trwała w naj­lep­sze, co w prak­tyce ozna­czało, że więk­szość przy­by­łych - bliżsi i dalsi zna­jomi ze szkoły, stu­diów i pracy - miała już na kon­cie dwa do trzech drin­ków. Stoły pusto­szały w zatrwa­ża­ją­cym tem­pie, dla­tego obra­łam ten kie­ru­nek.

Ata­ko­wa­łam tar­tinki z ser­kiem fro­mage, gdy pod­szedł do mnie Pio­trek.

- Wszystko w porządku?

- Dla­czego pytasz?

Prze­wró­cił oczyma i wes­tchnął teatral­nie.

- Zacho­wu­jesz się jak nie ty.

- Że niby nor­malna ja nie rzuca się na super­smaczne dar­mowe jedze­nie? A pamię­tasz, jak w czerwcu byli­śmy niby przy­pad­kiem w cen­trum han­dlo­wym i tam usta­wili te kra­miki z ser­kiem i kieł­basą?

W jego spoj­rze­niu wyczy­ta­łam: "Wiesz, o czym mówię" i "Nie odwra­caj kota ogo­nem" oraz "No prze­cież cię znam". To była prawda. Znał mnie. Wcale nie naj­dłu­żej, ale naj­le­piej. Jakby miał dar zaglą­da­nia bez­po­śred­nio do mojej głowy.

- Jestem tak jakby wkur­wiona. Źle. Jestem wkur­wiona, tylko nie do końca wiem, jak bar­dzo. Wydaje mi się, że skala skoń­czyła się godzinę temu.

- Czy Tomek ma z tym coś wspól­nego?

Unio­słam brwi.

- Wszyst­kich wkur­wia.

Fakt. Wszyst­kich poza Kingą.

- Widzisz te balony? Sama je nadmu­cha­łam. Nie, nie ustami, bo chyba bym umarła, taką spe­cjalną pompką, ale i tak to mozolna robota. Dla­czego je dmu­cha­łam? Bo Tomek popro­sił mnie o pomoc w przy­go­to­wa­niach. Co w prak­tyce wygląda tak, że jestem tu od wczo­raj, dmu­cham balony, wpusz­czam gościa z cate­ringu, który się rzuca, że coś tam nie­przy­go­to­wane tak, jak było mówione, usta­wiam kwiaty, nie mam czasu na śnia­da­nie, potem w spo­co­nych ciu­chach jadę do SPA, gdzie muszę wycho­dzić ze swo­jej strefy kom­fortu, a nikt mnie nie spy­tał, czy mam na to ochotę, a na koniec Anka jest na mnie zła, bo gdy przy­je­chała, sta­łam na pod­jeź­dzie z pew­nym przy­stoj­nym przed­sta­wi­cie­lem płci prze­ciw­nej. Widzia­ły­śmy go raz dawno temu w biblio­tece i wywarł na nas wra­że­nie, ale umó­wi­ły­śmy się, że odpusz­czamy.

- Ale ty nie odpu­ści­łaś.

- Oczy­wi­ście, że odpu­ści­łam. Wtedy. I nie widzia­łam go aż do wczo­raj, gdy mnie tu pod­wiózł na prośbę Tomka. Bo to kum­ple. A Tomek nie miał czasu. Twoim zda­niem mia­łam mu powie­dzieć: "Hej, nie będę z tobą roz­ma­wiać, bo tak się umó­wi­łam z przy­ja­ciółką"? Po pro­stu trzy­ma­łam go na dystans.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki