Inkwizycja - Michael Baigent, Richard Leigh

Reflow text when sidebars are open.
Akcja mojego poematu rozgrywa się w Hiszpanii, w Sewilli, w najstarszym okresie inkwizycji, kiedy to, ku chwale Bożej, w całym kraju codziennie płonęły stosy (...).
O, oczywiście, nie było to owo przyjście, owo przyjście obiecane u kresu czasów, w pełni chwały niebieskiej, owo przyjście niespodziane, "jak błyskawica jaśniejąca od Wschodu do Zachodu". Nie, bynajmniej (...).
Pojawił się cichaczem, niepostrzeżenie, lecz oto wszyscy - i to jest najdziwniejsze - poznali Go od razu (...).
Cały lud z nieprzepartą siłą garnie się do Niego, otacza Go, tłoczy się dokoła Niego, idzie za Nim. On zaś milcząco przechodzi z łagodnym uśmiechem nieskończonego miłosierdzia. Ogień miłości płonie w Jego sercu, promienie Światła, Oświaty i Siły biją z Jego oczu i spływając na ludzi, wstrząsają ich serca odzewem miłości. Wyciąga ku nim ręce, błogosławi ich, a dotknięcie bodaj skraju Jego szat uzdrawia chorych. Oto starzec, ślepy od wielu lat, woła: "Panie, ulecz mnie, abym Cię zobaczył", a ślepota jak łuska schodzi z jego oczu i ślepiec widzi Pana. Lud płacze i całuje ziemię, po której On stąpa. Dzieci rzucają Mu kwiaty pod nogi, śpiewają i wołają "Hosanna!" "Oto On, oto On sam - powtarzają wszyscy. - To może być tylko On, nikt inny, tylko On". A On staje na schodach sewilskiej katedry w chwili, gdy z płaczem sunie ku świątyni kondukt żałobny z białą otwartą trumienką, w której leży siedmioletnia jedynaczka znakomitego obywatela. Martwe dziecko zasypane jest kwieciem. "On wskrzesi twoje dziecię!" - woła tłum do płaczącej matki. Z kościoła wychodzi pater, rozgląda się zdziwiony i marszczy brwi. Ale w tej chwili rozlega się jęk matki zmarłego dziecka. Rzuca Mu się do nóg: "Jeśliś to Ty, wskrześ moje dziecko!" - woła matka, wyciągając ku Niemu ręce. Kondukt staje, trumnę stawiają na schodach u Jego nóg. On spogląda z litością i usta Jego cicho, raz jeszcze, powtarzają: "Talitha kumi! - dzieweczko, wstań!". Dzieweczka wstaje, siada i uśmiechając się, patrzy zdziwiona wokoło szeroko otwartymi oczętami. W ręku trzyma bukiet białych róż, które leżały w trumnie. Wzruszenie ogarnia lud, popłoch, płacz, krzyki i łkania. I oto w tej właśnie chwili przechodził przez plac koło świątyni sam kardynał, Wielki Inkwizytor. Jest to prawie dziewięćdziesięcioletni starzec, wysoki i wyprostowany, o wyschłej twarzy, wpadniętych oczach, w których pełga jeszcze blask jak mała iskierka (...).
Wszystko widział: widział, jak postawiono mary u nóg Jego, widział, jak zmartwychwstała dziewczynka, i twarz jego spochmurniała. Marszczy gęste siwe brwi, a oczy jego błyszczą złowieszczym blaskiem. Wyciąga rękę i rozkazuje straży, aby Go ujęła. I taka jest jego moc, i tak mu przywykł ulegać powolny strwożony lud, że tłum natychmiast się rozsuwa, przepuszczając strażników, którzy wśród grobowego milczenia, jakie nagle zapadło, ujmują Go i uprowadzają.[1]
Tak się zaczyna opowieść Fiodora Dostojewskiego o Wielkim Inkwizytorze, w znacznym stopniu samodzielny, liczący ponad 20 stron tekst włączony do blisko ośmiusetstronicowej powieści Bracia Karamazow, po raz pierwszy opublikowanej w odcinkach przez pewne moskiewskie pismo w latach 1879-1880. Prawdziwe znaczenie paraboli kryje się w części przypowieści, która następuje po tym dramatycznym preludium. Czytelnik, rzecz jasna, spodziewa się bowiem, że Wielkiego Inkwizytora ogarnie trwoga, gdy pozna prawdziwą tożsamość więźnia. Tak się jednak nie dzieje.
Gdy Wielki Inkwizytor odwiedza Jezusa w celi, staje się oczywiste, że wie aż nazbyt dobrze, kim jest uwięziony, lecz nie czuje wcale z tego powodu onieśmielenia. Podczas długiej filozoficzno-teologicznej dysputy, jaka się później wywiązuje, starzec trwa niewzruszenie przy swoich racjach. W Piśmie Świętym diabeł kusi przebywającego na pustyni Jezusa perspektywą władzy, ziemskiej potęgi, świeckiego i doczesnego panowania nad światem. Teraz, piętnaście wieków później, Jezus staje wobec dokładnie takiej samej pokusy. Kiedy ją odrzuca, Wielki Inkwizytor skazuje go na stos.
Odpowiedzią Jezusa jest jedynie pocałunek przebaczenia. Starzec, wzdrygając się, bo "pocałunek pali go w sercu", otwiera drzwi celi. "Idź - rozkazuje - i nie przychodź więcej... nigdy nie przychodź... nigdy, nigdy!" Uwolniony więzień znika w ciemności i nikt go już więcej nie ujrzy. A Wielki Inkwizytor, w pełni świadomy tego, co się stało, pozostaje wierny swoim zasadom. Nadal będzie narzucał innym rządy strachu i skazywał na śmierć kolejne ofiary, często gwałcąc jawnie zasady sprawiedliwości.
Jak widać choćby z tego pobieżnego opisu, Wielki Inkwizytor Dostojewskiego nie jest głupcem. Wręcz przeciwnie, aż nazbyt dobrze wie, co robi. Wie, że na jego starczych barkach spoczywa trudny obowiązek utrzymania ładu społecznego i troska o status Kościoła założonego w imię idei głoszonych przez Tego, którego dopiero co gotów był skazać na śmierć. Wie, że Kościół ów stanowi zupełne przeciwieństwo Jego nauk, że stał się już całkowicie niezależny i rządzi się własnym prawem, nie oddając cesarzowi tego, co cesarskie, lecz tworząc własne imperium, uzurpując sobie rolę cesarza. Wie, że powierzono mu rolę strażnika i obrońcy tego imperium. Wie, że edykty i akty prawne, które wydaje na mocy swego urzędu, bez wątpienia prowadzą do tego, co w myśl jego własnej teologii jest wiecznym potępieniem, a więc wydaje siebie samego na zatracenie. Wie bowiem, że działając jako przedstawiciel świeckiej, doczesnej potęgi oraz kusząc nią Jezusa, postawił się na równi z diabłem.
Po publikacji i tłumaczeniach Braci Karamazow Wielki Inkwizytor Dostojewskiego wrył się na stałe w zbiorową świadomość jako niemający sobie równych wizerunek i uosobienie inkwizycji. Możemy zdawać sobie sprawę z dręczącego tego starca dylematu, podziwiać złożoność jego charakteru. Możemy nawet żywić dla niego szacunek, że skazał się na wieczne męki dla dobra instytucji, którą uznaje za ważniejszą od jego osoby. Może też wzbudzać nasz respekt swoim jakże świeckim realizmem i brutalną, cyniczną wręcz świadomością, jaka się za nim kryje. Możemy podziwiać jego mądrość, to, że pojmuje mechanizm działania i dynamikę rozwoju władzy świeckiej. Niektórzy z nas mogliby się nawet zastanawiać, czy - z jego pozycją i odpowiedzialnością - nie byliby zmuszeni postąpić tak samo. Lecz mimo całej tolerancji, uznania, a może nawet współczucia i wybaczenia, nie może ujść naszej uwadze, że jest on niemoralny, przesiąknięty złem, a na instytucji, którą reprezentuje, ciąży odpowiedzialność za monstrualną hipokryzję.
Czy stworzony przez Dostojewskiego wizerunek jest wierny i odpowiada rzeczywistości? Na ile postać z jego opowieści odzwierciedla charakter prawdziwej, historycznej instytucji? A jeśli inkwizycję, uosabianą przez starego dostojnika, naprawdę można przyrównywać do diabła, to w jakiej mierze porównanie takie dotyczy Kościoła jako całości?
Każda wzmianka o inkwizycji kojarzy się dziś wielu ludziom tylko z jej hiszpańską wersją. Dostojewski, chcąc w pełni oddać charakter Kościoła katolickiego, posłużył się jej przykładem. Jednakże inkwizycja w Hiszpanii i Portugalii miała nieco inny kształt i historię, i podlegała co najmniej w takim samym stopniu Koronie, jak i Kościołowi.
Nie powinniśmy wysnuwać stąd wniosku, że gdzie indziej inkwizycja nie funkcjonowała, było bowiem odwrotnie. Papieska inkwizycja różniła się jednak od tej z Półwyspu Iberyjskiego, gdyż nie podlegała żadnej władzy świeckiej. Działała w wielu innych krajach europejskich, ale podlegała tylko władzy kościelnej. Stworzona w początkach XIII wieku, wyprzedziła hiszpańską o blisko 250 lat, dane jej też było trwać dłużej. Inkwizycja hiszpańska i portugalska zakończyły żywot w trzeciej dekadzie XIX wieku, papieska zaś (lub rzymska) przetrwała do dziś pod nową nazwą. Jej obecne, pozbawione negatywnych skojarzeń miano brzmi Kongregacja Doktryny Wiary. Nadal też odgrywa niemałą rolę w życiu milionów katolików na całym świecie.
Utożsamianie inkwizycji z Kościołem byłoby jednak błędem. Nie jest to jedna i ta sama instytucja. Choć inkwizycja była i nadal jest ważnym elementem katolickiego świata, pozostaje jednak tylko jednym z aspektów Kościoła. Istniały natomiast oraz wciąż istnieją inne jego aspekty, o nie tak jednoznacznie negatywnym charakterze. Książka ta poświęcona jest rozmaitym formom, jakie przybierała inkwizycja, zarówno w przeszłości, jak obecnie. Jeśli zaś inkwizycja budzi niejednoznaczne odczucia, niekoniecznie musi to dotyczyć Kościoła w ogóle.
Inkwizycja od początku była wytworem brutalnego, nieczułego i ignoranckiego świata. Nic więc dziwnego, że sama też stała się brutalna, nieczuła i ignorancka. Podobny charakter miało zresztą wiele innych instytucji ówczesnych, zarówno duchownych, jak i świeckich. Podobnie jak one, inkwizycja stanowi część naszego wspólnego dziedzictwa. Nie możemy jej więc zignorować ani odrzucić. Musimy zmierzyć się z nią, zrozumieć jej charakter, pojąć przyczyny okrucieństwa i uprzedzeń, a potem zintegrować te elementy w nową całość. Zapomnienie równałoby się zanegowaniu jakiejś części nas samych, naszej historii i rozwoju cywilizacyjnego. Nie możemy osądzać przeszłości na podstawie kryteriów współczesnej "politycznej poprawności", gdyż wtedy nie dostrzeglibyśmy i nie zrozumieli jej sensu. Współczesna hierarchia wartości stałaby się wówczas jedyną podstawą naszej oceny, a chyba niewielu z nas mogłoby ją uznać za ideał. Wiele zbrodni popełnili w przeszłości ludzie działający w myśl zasad, które - zgodnie z wiedzą i moralnością ich epoki - uchodziły za najszczytniejsze. Postąpilibyśmy nierozważnie, uznając nasze, nawet najlepsze, intencje za nieomylne, łudząc się, że nie mogą doprowadzić do tak zgubnych skutków, jak potępione przez nas motywy działania naszych przodków.
Inkwizycja - czasem cyniczna i skorumpowana, czasem z niemal maniackim fanatyzmem działająca w myśl chwalebnych z pozoru intencji - była równie brutalna, jak czasy, które ją zrodziły. Raz jeszcze trzeba powtórzyć, że nie można stawiać znaku równości między nią a Kościołem. Nawet w okresach najzacieklejszego okrucieństwa szalejącej inkwizycji Kościół miał także inne, bardziej ludzkie oblicze - reprezentowały je najświatlejsze zakony, takie jak franciszkanie, i tysiące księży, opatów, biskupów czy dostojników jeszcze wyższej rangi, którzy starali się żyć godnie i po chrześcijańsku. Nie można też pomijać twórczej energii Kościoła, który zainspirował powstanie tak wielu dzieł w muzyce, malarstwie, rzeźbie i architekturze. Są one przeciwwagą inkwizycyjnych stosów oraz izb tortur.
W drugiej połowie XIX wieku Kościół musiał się wyrzec resztek swojej świeckiej i politycznej władzy, którą posiadł w wiekach wcześniejszych. Pragnąc powetować sobie tę stratę, starał się umocnić swoją pozycję w aspekcie duchowym i psychologicznym, poddając surowej kontroli serca i umysły wiernych. W rezultacie papiestwo coraz bardziej się centralizowało, a inkwizycja coraz częściej występowała w jego imieniu. W tym właśnie charakterze, przemianowana na Kongregację Doktryny Wiary, działa w obecnych czasach. Nie odzyskała jednak pełnej swobody działania, co utrudnia jej również fakt, że katolicy na całym świecie stali się lepiej wykształceni, zyskali więcej wiedzy i mają odwagę kwestionować jej nieugięte pryncypia.
Z pewnością niegdyś istnieli - a można by się pokusić o twierdzenie, że istnieją i teraz - tacy inkwizytorzy, jakich wizerunek naszkicował Dostojewski. W pewnych okolicznościach i czasie takie osobowości były typowe dla trybunałów inkwizycyjnych. Nie należy jednak z tej przyczyny oskarżać chrześcijańskiej doktryny, propagowaniu której tak gorliwie służyli. Czytelnicy tej książki mogą według własnego uznania oceniać inkwizycję jako lepszą albo gorszą od tej, której obraz wyłania się z paraboli Dostojewskiego.
Chrześcijaństwo, zainspirowane elokwencją i siłą argumentacji św. Pawła, zawsze oferowało drogi wiodące wprost do raju. Tym sposobem zdobywało sobie wyznawców, zanim jeszcze stało się oficjalnie uznaną religią. Poprzez męczeństwo, umartwianie się, medytacje i kontemplację, ruch pustelniczy, przestrzeganie rytuału, pokutę, przyjmowanie komunii św. i stosowanie innych sakramentów wrota Królestwa Bożego miały stanąć otworem dla wiernych. Zbyt rygorystyczne wprowadzenie w życie tych metod mogło doprowadzić do patologii, lecz w większości miały charakter umiarkowany. Nawet gdy chrześcijanie pierwszego tysiąclecia walczyli - jak czynili na przykład pod wodzą Karola Młota czy Karola Wielkiego - to przede wszystkim w obronie własnej.
Jednakże w roku 1095 oficjalnie i publicznie ogłoszono, że istnieje jeszcze jedna droga prowadząca prosto do nieba. We wtorek 27 listopada tego roku papież Urban II wstąpił na podium wzniesione pod wschodnią bramą francuskiego miasta Clermont, by modlić się w intencji krucjaty, wojny toczonej w imię Krzyża Świętego. Na takiej wojnie można zaś było, jego zdaniem, zyskać łaskę Boga i zasiąść u stóp jego tronu dzięki zabijaniu.
Papież bynajmniej nie zatracił wówczas zdolności odróżniania dobra od zła. Przeciwnie, napominał chrześcijan, by poniechali godnego ubolewania, chociaż rozpowszechnionego od dawna, zwyczaju zabijania się nawzajem, morderczą energię zwrócili zaś przeciw muzułmanom, niewiernym, którzy zawładnęli świętym miastem Jerozolimą, a także Grobem Pańskim, domniemanym miejscem pochówku Jezusa. Rycerzy z Europy zachęcano do wzięcia udziału w tej sprawiedliwej wojnie, prowadzonej pod bezpośrednim przewodem Boga, by chrześcijaństwo mogło odzyskać i miasto, i grób.
Przyzwolenie na zabijanie było jednak tylko jednym elementem spośród wielu propozycji dla rycerzy krzyżowych. Dobry chrześcijanin mógł też uzyskać odpuszczenie wszystkich popełnionych wcześniej grzechów, zarówno tych, za które znalazłby się w czyśćcu, jak i tych, za które musiałby odpokutować w życiu doczesnym. Gdyby przyszło mu zginąć na tej świętej wojnie, miał zapewnione całkowicie rozgrzeszenie. Gdyby zaś przeżył, zyskałby ochronę przed karą doczesną za wszelkie możliwe występki. Podobnie jak mnich albo ksiądz, byłby bowiem wyłączony spod jurysdykcji, świeckiej i podlegałby jedynie osądowi władzy kościelnej. Gdyby uznano go za winnego jakiejkolwiek zbrodni, odebrano by mu jedynie jego czerwony krzyż lub zabroniono go nosić, potem zaś "ukarano by go tak łagodnie, jak osobę duchowną". W następnych latach skala dobrodziejstw rozszerzyła się jeszcze bardziej i nie trzeba było nawet fatygować się osobiście na krucjatę. Wystarczyło ofiarować na ten cel pieniądze.
Prócz korzyści duchowych i moralnych krzyżowiec mógł także, nim jeszcze znalazł się w niebie, osiągnąć znaczny profit całkowicie ziemskiej natury. Wolno mu było rościć sobie prawa do dóbr, ziem, kobiet oraz tytułów na podbijanych przez niego terenach i plądrować je do woli, jak również zgromadzić tyle łupów, ile mu się podobało. Niezależnie od swego wcześniejszego statusu - na przykład młodszego syna bez prawa dziedziczenia ojcowskiego majątku - mógł stać się dostojnym świeckim wielmożą z własnym dworem, licznym gronem nałożnic i rozległymi włościami. Żeby to osiągnąć, wystarczyło wziąć udział w krucjacie. Równie atrakcyjnego zestawu propozycji mógłby pozazdrościć niejeden współczesny agent ubezpieczeniowy.
Toteż krucjaty następowały jedna po drugiej. W roku 1099, podczas pierwszej z nich, założono Królestwo Jerozolimskie, co było najwcześniejszym przejawem tendencji, kilka wieków później nazwanej zachodnim imperializmem i kolonializmem. Druga krucjata nastąpiła w roku 1147, trzecia - w 1189, czwarta - w 1202. W sumie było ich siedem. Pomiędzy potężnymi kampaniami, organizowanymi i finansowanymi przez Europę, walki chrześcijan z muzułmanami przeplatały się z okresami chwiejnego pokoju, podczas których funkcjonowała wymiana zarówno idei, jak i dóbr.
Na terenie Outremer, czyli zamorskiej krainy, jak nazywano te ziemie, powstało wiele udzielnych księstewek europejskich, które w samym sercu muzułmańskiego Bliskiego Wschodu utrzymywały się siłą oręża pochodzącego z niemal wszystkich królestw Europy. Saraceni ponownie zawładnęli Jerozolimą w roku 1187. Jednakże Outremer, przyczółkowi europejskiego chrześcijaństwa, dane było przetrwać jeszcze przez następne stulecie. Dopiero w maju 1291 roku padła Akka, jedyna już wówczas twierdza pozostająca jeszcze w rękach krzyżowców, a jej ostatnia wieża runęła kamienną kaskadą zarówno na atakujących, jak i obrońców, grzebiąc wszystkich razem w płonących gruzach.
Oczywiście nie wiemy, czy ówcześni "agenci ubezpieczeniowi" zdołali dotrzymać swoich gwarancji, czyli zapewnić krzyżowcom miejsce w niebie u stóp Bożego tronu. Łatwiej nam przyjdzie prześledzić wywiązanie się z obietnic dotyczących zysków doczesnych. Podobnie jak wiele innych takich atrakcyjnych ofert, także krucjaty przyniosły korzyści jedynie nielicznym szczęśliwcom, większości zaś rozczarowanie. Oszałamiająca wręcz liczba europejskich rycerzy wysokiego rodu, kupców, ludzi przedsiębiorczych, rzemieślników i wielu, wielu innych, w tym kobiet i dzieci, zginęła daremnie, nieraz w okrutnych męczarniach i nieludzkich warunkach, czasami zjedzona przez konających z głodu towarzyszy niedoli. Niektórym jednak udało się zdobyć ziemie, tytuły, bogate łupy, pieniądze i inne nieprzebrane dobra. Ich przykład przyciągał pozostałych. W ostateczności, nawet jeśli krucjata nie przyniosła materialnych korzyści, to pozwalała nabyć wprawy we władaniu bronią oraz nauczyć się sztuki i techniki wojennej podczas morderczych zmagań z niewiernymi. Jeśli zaś Ziemia Święta nie dawała możliwości wykorzystania świeżo zdobytych umiejętności, zawsze można było wrócić do Europy i tu zrobić z nich użytek.
Uświęcone bratobójstwo
W roku 1208, kiedy Ziemia Święta wciąż jeszcze była celem krucjat, a Królestwo Jerozolimskie walczyło o przetrwanie, nową krucjatę zorganizował papież Innocenty III. Wrogami nie byli tym razem muzułmańscy niewierni zza Morza Śródziemnego, lecz wyznawcy herezji z południa Francji. Określano ich czasem jako katarów, co oznaczało "czystych" albo "doskonałych". Inni, w tym również ich wrogowie, zwali ich albigensjanami lub albigensami. Nazwa ta wywodziła się od południowofrancuskiego miasta Albi, gdzie najwcześniej rozwinęli swoją działalność[2].
Ruch katarów jest współcześnie dość popularny, zarówno dzięki obecnemu zainteresowaniu mistycyzmem, jak też wskutek niepokojów związanych z końcem tysiąclecia. Postrzega się ich obecnie przez pryzmat romantyzmu, poezji i sympatii, jaką często budzą tragicznie zakończone sprawy. Jeśli nawet nie usprawiedliwia to ich częstej ostatnio, a przesadnej idealizacji, trzeba jednak przyznać, że stali się obiektem najwcześniejszego systematycznego, zorganizowanego ludobójstwa w dziejach cywilizacji zachodniej.
Choć można ich uważać za chrześcijan (w ich teologii Jezus odgrywał dużą rolę), katarzy nieugięcie przeciwstawiali się Rzymowi i Kościołowi katolickiemu. Podobnie jak później protestanci, widzieli oni w Rzymie uosobienie zła, biblijną "wszetecznicę babilońską". Pewne cechy - jak chociażby wiara w reinkarnację - łączyły ich z tradycjami religijnymi ziem położonych jeszcze dalej na Wschód, takimi jak hinduizm czy buddyzm.
W sumie jednak, mimo życzliwego nastawienia nowszych komentatorów, wiara katarów należała do doktryn, z którymi nieliczni tylko ludzie dzisiejszego Zachodu mogliby sympatyzować, a niejeden uznałby ją zapewne za chorobliwą dewiację. Katarzy byli przede wszystkim dualistami. Innymi słowy, uważali, że wszystko, co materialne, jest z samej swojej istoty złe, że stanowi twór Demiurga, niższego Boga. Wszelkie ciało, wszelką materię, wszelką substancję należy więc odrzucić i wyzwolić się od niej na rzecz wyłącznie duchowej rzeczywistości, prawdziwy zaś Bóg, Ojciec Najwyższy, rezyduje tylko w królestwie ducha.
Pod tym względem katarów można uważać za późne odgałęzienie starej tradycji, od dawna znanej na wschodnich rubieżach schrystianizowanego Zachodu. Mieli oni wiele wspólnego z bałkańskimi bogomiłami, od których przejęli niektóre ze swych wierzeń, stanowiących dalekie echo dawnej herezji z III wieku n.e., zwanej manicheizmem, którego głosicielem był w Persji Mani. Zaadaptowali również wiele elementów gnostyckiego dualizmu kwitnącego na chrześcijańskim Bliskim Wschodzie w pierwszych wiekach naszej ery. Jego źródłem była zapewne myśl zoroastryzmu.
Podobnie jak bogomili, manichejczycy oraz inni dualiści gnostyccy, katarzy również mocno podkreślali wagę bezpośredniego kontaktu z elementem boskim, a także wiedzy o nim. Uważali oni ten kontakt za gnosis, to znaczy wiedzę - wiedzę o bardzo szczególnym, sakralnym charakterze. Właśnie ten wielki nacisk na bezpośredni kontakt z sacrum sprawił, że - podobnie jak ich poprzednicy - poczęli obywać się bez kapłanów i hierarchii kościelnej. Jeśli bowiem największą z cnót była czyjaś osobista, empiryczna percepcja pierwiastka duchowego, to ksiądz stawał się zbyteczny jako stróż oraz interpretator duchowości, natomiast dogmaty teologiczne poczynały się jawić jako oderwane, czysto intelektualne schematy, dzieło butnego ludzkiego umysłu, a nie twór pochodzący z jakiegoś wyższego, boskiego źródła. Takie twierdzenia były równoznaczne z zuchwałym wyzwaniem rzuconym nie tylko naukom, lecz samej strukturze Kościoła katolickiego.
Oczywiście chrześcijaństwo nie jest zbyt dalekie od dualizmu, gdyż nadmiernie gloryfikuje ducha i skłania się ku potępieniu cielesności oraz grzesznej natury człowieka, katarzy głosili jednak coś, co można by uznać za skrajną formę teologii chrześcijańskiej lub za próbę wyciągnięcia z niej za daleko idących wniosków. Uważali też swe nauki za bliższe temu, czego miał nauczać Jezus i jego apostołowie. Niewątpliwie cechował je taki właśnie charakter w porównaniu z tym, co głosił Kościół rzymski. Katarzy, z ich prostotą i wyrzeczeniem się uciech doczesnych, byli bliżsi Jezusowi oraz pierwszym głosicielom Ewangelii niż stylowi życia kleru katolickiego.
Żyli, rzecz jasna, w świecie doczesnym, zmuszeni podlegać jego prawom. Nie wolno im jednak było zadawać ciału gwałtu, by szybciej wyzwolić się z królestwa materii dzięki samobójstwu[3]. Podobnie jak członkowie wcześniej istniejących sekt dualistycznych, oni również płodzili dzieci, uprawiali ziemię, imali się rzemiosł, kupiectwa i - mimo oficjalnie głoszonego pacyfizmu - w razie konieczności chwytali za oręż. Jednakże ich rytuały i praktyki wpajały im, by uważać taką aktywność za probierz cnoty, pole walki, na którym winni zmierzyć się z siłami zła i skutecznie je przezwyciężyć. Musieli zatem istnieć i "dobrzy", i "źli" katarzy, podobnie jak w łonie każdej społeczności wiernych istnieją bardziej albo mniej rygorystyczni wyznawcy. W sumie jednak, bez względu na wierzenia katarów, współcześni uważali ich powszechnie za ludzi wyjątkowo cnotliwych. Pod wieloma względami postrzegano ich tak, jak później chcieli być postrzegani kwakrzy. Ich cnoty zjednywały im znaczny szacunek, a w porównaniu z nimi duchowieństwo katolickie w znacznym stopniu traciło poważanie. Pewien mężczyzna w swoim zeznaniu (dziś w Bibliotece Watykańskiej) opowiadał, jak dwóch katarów przyszło do niego, kiedy był młodzieńcem, ze słowami:
Dobrzy chrześcijanie przybyli w te okolice. Idą drogą, którą szli święty Piotr, święty Paweł i inni apostołowie. Postępują za Panem. Nie kłamią. Nie czynią drugiemu, co im nie jest miłe1.
Ten sam świadek twierdził, że powiedziano mu, iż katarzy jedyni...
...idą drogami sprawiedliwości i prawdy, którymi szli apostołowie. Nie kłamią. Nie zabierają dóbr bliźniego swego. Nawet gdyby znaleźli na drodze srebro lub złoto, nie podnieśliby go, chyba że ktoś dałby im je w prezencie. Łatwiej zdobyć zbawienie dzięki wierze ludzi, których zwie się heterykami, niż dzięki jakiejkolwiek innej2.
W zaraniu XIII wieku katolicyzmowi na południu Francji zaczęło grozić wyparcie przez kataryzm. Wędrowni katarscy kaznodzieje, przemierzający pieszo te ziemie, nieustannie pozyskiwali sobie zwolenników. Nie straszyli ich bowiem, nie wymuszali pieniędzy, nie uciekali się do szantażu emocjonalnego ani nie wmawiali poczucia winy, nie tyranizowali, nie terroryzowali grozą potępienia, nie żądali zapłaty czy haraczu przy każdej okazji. Słynęli za to, podobnie jak później kwakrzy, z umiejętności łagodnej perswazji.
Zapewne nie wszyscy spośród tych, którzy przyjęli kataryzm, stali się praktykującymi wiernymi. Wielu z tych nawróconych niewątpliwie traktowało nowo przyjętą wiarę równie lekko, jak inni ówcześni chrześcijanie. Mimo to kataryzm miał bezsprzecznie wielką siłę przyciągania. Rycerzom, szlachcicom, rzemieślnikom i kupcom z południa Francji jawił się jako atrakcyjna alternatywa Rzymu, dzięki swej elastyczności, tolerancji i prawości, rzadko spotykanymi w łonie hierarchii kościelnej. Co więcej, można też było dzięki niemu zdystansować się od wszechobecnego kleru, jego arogancji oraz nadużyć i zepsucia Kościoła, którego zdzierstwa stawały się coraz trudniejsze do zniesienia.
Ówczesny Kościół cechowało bowiem jawne zepsucie. Na początku XIII wieku papież określił księży jako "gorszych od zwierząt tarzających się we własnym gnoju"3. Największy poeta liryczny niemieckiego średniowiecza, Walter von der Vogelweide (ok. 1170 - ok. 1230), narzekał:
Jak długo jeszcze pogrążony będziesz we śnie, o Panie...? Skarbnicy Twoi grabią nagromadzone przez Ciebie bogactwo. Słudzy Twoi splamili się łupiestwem i mordem, a owieczki twej wilk strzeże jako pasterz4.
Pewien autor ówczesny rozpacza, iż biskupi oddają się "połowowi pieniędzy, a nie dusz, i uciekają się do tysięcznych szalbierstw, byle tylko opróżnić mieszek biedaka"5. Legat papieski w Niemczech biada, że podległy mu kler grzęźnie w rozpuście i obżarstwie, nie przestrzega postów, poluje z sokołem, oddaje się grze i wikła w transakcje handlowe. Okoliczności sprzyjały szerzeniu się zepsucia i nieliczni tylko księża zdolni byli oprzeć się pokusom. Wielu żądało opłat nawet za spełnianie swoich obowiązków, śluby i pogrzeby mogły odbywać się jedynie po uiszczeniu zapłaty z góry. Komunii św. nie udzielano bez uprzedniej darowizny. Umierający nie otrzymywali ostatniego namaszczenia, jeśli przedtem nie wyduszono od nich pewnej sumy pieniędzy. Dodatkowych ogromnych dochodów dostarczały odpusty, czyli płatne zwolnienia z pokuty za grzechy.
Na południu Francji podobne praktyki szerzyły się w niemal nieograniczonym stopniu. W niektórych kościołach na przykład nie odprawiano mszy przez ponad trzydzieści lat. Wielu księży zaniedbywało swoich parafian, zajmując się handlem lub posiadłościami ziemskimi. Arcybiskup Tours, osławiony homoseksualista, kochanek swojego poprzednika, zażądał przydzielenia wakującego biskupstwa Orleanu własnemu kochankowi. Arcybiskup Narbonne nigdy nie zawitał ani do tego miasta, ani do diecezji. Wielu dostojników Kościoła utrzymywało nałożnice, odbywało podróże we wspaniałych powozach, zatrudniało całe rzesze służby i wiodło życie godne wielkich panów, podczas gdy powierzone ich opiece duszyczki tyranizowano, wyzyskiwano i wpędzano w coraz większą nędzę.
Nic więc dziwnego, że znaczna część mieszkańców tego regionu, której dobrobyt kleru nie przysparzał żadnych korzyści, odwróciła się od katolicyzmu, skwapliwie przyjmując kataryzm. Nie dziwi też fakt, że Rzym, świadomy tego odwrotu i raptownego spadku dochodów, poczuł się zagrożony. Jego niepokój nie był bezpodstawny. Zanosiło się bowiem na to, że kataryzm wyruguje katolicyzm jako religię dominującą na południu Francji, a nawet zacznie rozszerzać swe wpływy.
W listopadzie 1207 roku papież Innocenty III wysłał do króla Francji i niektórych francuskich możnowładców list, nawołując ich, by siłą oręża zdusili herezję na podległych im ziemiach. W zamian mieli otrzymać rekompensatę w postaci skonfiskowanych dóbr oraz takie samo odpuszczenie grzechów jak to, które przysługiwało krzyżowcom wyruszającym do Ziemi Świętej. Obietnice te nie okazały się chyba bodźcem wystarczająco silnym, zwłaszcza na południu. Hrabia Tuluzy przyrzekł na przykład wytrzebić wszystkich heretyków w obrębie swego lenna, nie uczynił jednak nic, by spełnić tę obietnicę. Legat papieski, Piotr de Castelnau uznał, że hrabia zbytnio pohamował swą żądzę krwi i zażyczył sobie osobistego z nim spotkania. Rozmowa rychło przeszła w zaciekłą kłótnię, gdyż legat oskarżył władcę o sprzyjanie katarom, a w końcu obłożył go ekskomuniką. Hrabia, który zapewne sam był katarem, odpowiedział na to pogróżkami.
Rankiem 14 stycznia 1208 roku, gdy Piotr de Castelnau sposobił się do przeprawy przez Rodan, pewien rycerz ze świty hrabiego zaatakował go i zadał mu śmiertelny cios sztyletem. Oburzony papież natychmiast wysłał bullę do wszystkich wysoko urodzonych dostojników z południa Francji, oskarżając hrabiego o podżeganie do mordu, i ponownie go ekskomunikował. Zażądał też, by wyklęto go publicznie we wszystkich kościołach. Odtąd każdy katolik mógł dokonać na niego napaści, jak również najechać oraz zagrabić jego ziemie.
Nie dosyć tego. Papież napisał też do króla Francji, żądając wypowiedzenia "świętej wojny" i wytrzebienia heretyków katarskich, których nazwał ludźmi gorszymi od niewiernych muzułmanów. Wszyscy katolicy biorący udział w tej wojnie mieli znaleźć się pod bezpośrednią opieką papiestwa. Zwalniano ich z płacenia procentów od wszelkich długów, przestawali też podlegać jurysdykcji sądów świeckich. Gwarantowano im również całkowite odpuszczenie grzechów i puszczenie w niepamięć występków, jeśli przez co najmniej 40 dni będą brali udział w walkach.
Następnie papież modlił się w intencji powodzenia wyprawy, którą później nazwano krucjatą przeciw albigensom. Była to pierwsza krucjata zorganizowana do walki z innymi chrześcijanami (katarzy sądzili, że nimi są) na chrześcijańskiej ziemi. Prócz wyżej wymienionych dobrodziejstw pozwalała też, rzecz jasna, na plądrowanie, grabież i zawłaszczanie cudzych dóbr. Oferowała jednak i korzyści innego rodzaju. Krzyżowiec, który wyruszył na walkę z katarami, nie musiał na przykład płynąć za morze. Nie ponosił w ten sposób wydatków związanych z tak daleką podróżą. Nie musiał także bić się na pustyni, w uciążliwym klimacie Bliskiego Wschodu. Gdyby zaś sprawy wzięły zły obrót, nie groziło mu osamotnienie w obcym i wrogim kraju. Przeciwnie, mógł dość łatwo udać się w drogę powrotną albo nawet wtopić się w jakąś miejscową społeczność.
Pod koniec czerwca 1209 roku armia z północy, licząca jakieś 15 000-20 000 szlachty, rycerzy, pachołków, awanturników i ciurów obozowych stanęła nad brzegami Rodanu. Szymon de Montfort, nieznany dotąd nikomu drobny szlachcic francuski, wyłonił się jako jej dowódca. Przywódcą duchowym zaś został legat papieski Arnald Amaury, fanatyczny opat cysterski z Cîteaux.
Wkrótce, 22 lipca, dotarli do ważnego pod względem strategicznym miasta Béziers, w którym mieszkało wielu katarów. Podczas plądrowania miasta spytano Amaury'ego, jak odróżnić heretyków od bogobojnych katolików. Legat papieski wypowiedział wówczas jedno z najhaniebniejszych zdań w całych dziejach Kościoła: "Zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich"6. W masakrze, która potem nastąpiła, zginęło blisko 15 000 mężczyzn, kobiet i dzieci. Arnald Amaury napisał do papieża z triumfalizmem bliskim ekstazy, że "nie okazywano względów ani wiekowi, ani płci, ani stanowi"7.
Spustoszenie Béziers przeraziło całą południową Francję. W chwili gdy uczestnicy krucjaty usiłowali pośród dymiących zgliszcz ponownie uformować szyki, przybyła tam deputacja z Narbonne, ofiarowując się wydać krzyżowcom wszystkich katarów i Żydów (ci po raz kolejny stali się "legalnym celem" prześladowań) z ich miasta oraz dostarczyć wojsku jadła i pieniędzy. Mieszkańcy innych miast i wiosek porzucali domostwa, szukając schronienia w górach i lasach. Zamiarem krzyżowców nie było jednak tylko przywrócenie supremacji Rzymu. Porywała ich myśl o możliwości wytrzebienia wszystkich heretyków i popełniania wszelkich możliwych łupiestw. W rezultacie kampania trwała dalej.
Po krótkim oblężeniu 15 sierpnia padło Carcassonne, a Szymon de Montfort został jego wicehrabią. Jak południe Francji długie i szerokie, heretyków zawzięcie palono, a za wszelkie próby oporu mieszkańców wieszano. Mimo to katarzy - wspierani przez miejscową szlachtę, usiłującą uchronić się przed grabieżą - bronili się desperacko; wiele miast i zamków przechodziło kolejno z rąk do rąk. Zajadłość i skala rzezi wzrastały w sposób przerażający. W roku 1213 król Aragonii usiłował interweniować na rzecz katarów i miejscowej szlachty, lecz krzyżowcy pokonali jego wojska w bitwie pod miastem Muret, a on sam zginął. Jesienią 1217 roku krzyżowcy ruszyli na Tuluzę i oblegali ją przez dziewięć miesięcy. Szymon de Montfort poległ 25 czerwca 1218 roku, trafiony w głowę pecyną gruzu wystrzeloną z katapulty przez pewną kobietę, broniącą wraz z innymi miasta.
Wraz z jego śmiercią szeregi armii zaczęły się przerzedzać i spustoszony kraj zaznał wreszcie pokoju, choć nietrwałego. W roku 1224 nową krucjatę przeciw południowofrancuskiej herezji zwołał król Ludwik VIII, a wódz i fanatyczny weteran Arnald Amaury ponownie stanął na jej czele jako przywódca duchowy. Mimo śmierci francuskiego władcy w 1226 roku walki trwały aż do 1229 roku, kiedy to zanektowano praktycznie całą Langwedocję, wcielając ją do Korony francuskiej. Bunty katarów przeciw nowej władzy wybuchały jeszcze w latach 1240 i 1242. Szesnastego marca 1244 roku po długotrwałym oblężeniu padł Montségur, najważniejsza z ocalałych twierdz katarskich, a ponad 200 heretyków zginęło na stosie u stóp góry, na której wznosił się zamek.
Upadek Quéribus, ostatniej fortecy katarów, nastąpił 11 lat później. Dopiero wtedy załamał się ich zorganizowany opór. Wielu spośród tych, którym udało się przeżyć, uciekło do Katalonii i Lombardii, gdzie sformowali nowe społeczności wiernych. Nawet i na południu Francji kataryzm nie zaniknął całkowicie. Wielu heretyków zaczęło po prostu kultywować swoją wiarę w sekrecie. Ich aktywność przetrwała w tym regionie co najmniej przez pół wieku, a nawet do pierwszych dekad XIV wieku, o czym świadczy choćby przykład wioski Montaillou we francuskich Pirenejach. Jest to jednak pierwszy przykład działalności instytucji utworzonej do walki z heretykami, groźniejszej niż wszystkie armie krzyżowe.
Kiedy trwała kampania wojskowa przeciw twierdzom katarów i miastom, gdzie żyły ich liczne społeczności, poczęła się też rozwijać inna działalność. Choć jej przebieg nie rzucał się tak bardzo w oczy i cechował ją o wiele mniej spektakularny, dramatyczny czy epicki charakter, miała zyskać dużo większe znaczenie w dziejach chrześcijaństwa, daleko wykraczające poza jej bezpośrednie ramy terytorialne i czasowe, czyli południową Francję XIII stulecia. Dane jej było objąć swoim wpływem cały świat chrześcijański i kształtować zarówno historię, jak i kulturę zachodniej Europy, a także przetrwać aż do dnia dzisiejszego.
Latem 1206 roku, półtora roku przed rozpoczęciem agitacji na rzecz krucjaty przeciw albigensom, biskup Osmy w północno-wschodniej Hiszpanii przejeżdżał przez południe Francji w drodze powrotnej z Rzymu. W podróży towarzyszył mu Dominik Guzman, przełożony zgromadzenia kanoników regularnych przy katedrze w Osmie. Ten syn drobnego szlachcica hiszpańskiego miał wówczas blisko 36 lat. Przez 10 lat studiował na uniwersytecie w Palencji, gdzie zasłynął jako zręczny retor, biegły w dysputach. Trzy lata wcześniej, w 1203 roku, po raz pierwszy odwiedził Francję, gdzie zagrożenie ze strony herezji katarskiej wzbudziło jego gniew.
Jego oburzenie wzrosło jeszcze bardziej podczas następnego pobytu w tym kraju. W Montpellier i on, i biskup Osmy zetknęli się z lokalnymi legatami papieskimi, którzy biadali nad szerzeniem się tam herezji. Dominik i biskup powzięli wówczas ambitny zamiar jej zwalczenia. Biskup zmarł jednak po roku i Dominik musiał sam urzeczywistniać ich plan. Jeśli "zasługa" jest tu właściwym słowem, jemu właśnie przypadła ona w udziale.
Katarzy pozyskiwali sobie wyznawców głównie dzięki wędrownym kaznodziejom, którzy cieszyli się szacunkiem wskutek swych nauk, elokwencji i znajomości teologii. Wzbudzali też jednak uznanie i własną postawą: skrajnym ubóstwem, otwartością, prawością oraz surową prostotą trybu życia, przypisywaną Jezusowi i jego uczniom. Kościół nie mógł z nimi współzawodniczyć pod względem tych typowo chrześcijańskich cnót. Wyższe warstwy hierarchii kościelnej żyły bowiem w dostatku, a nawet zbytku, hołdując sybarytyzmowi i bezwstydnej wręcz rozrzutności, nie licującymi z chrześcijańską tradycją. Z kolei prości księża, choć raczej ubodzy, byli także ciemni i niewykształceni. Potrafili co najwyżej odprawiać mszę i z pewnością brakło im przygotowania do prowadzenia dysput teologicznych. Mnisi zaś żyli w zamknięciu, pędząc życie na pracy fizycznej, odprawianiu nabożeństw i medytacjach, a nieliczne wśród nich uczone jednostki nie miały sposobności przekazywania swojej wiedzy poza mury klasztorne.
Dominik zamierzał to zmienić i pobić katarów niejako ich własną bronią. Starał się utworzyć dużą grupę mnichów wędrownych, którzy nie tkwiliby nieustannie w obrębie opactwa czy klasztoru, lecz krążyli po miejscowych drogach i wioskach. Zakonnicy Dominika, odwrotnie niż ówcześni dostojnicy kościelni, mieli wędrować boso oraz wieść jak najskromniejsze życie, biorąc za przykład ascetyzm pierwszych chrześcijan i Ojców Kościoła. Co więcej, mieli też być wykształceni, zdolni prowadzić uczone dysputy i wciągać kaznodziejów katarskich (lub innych) w "teologiczne rozgrywki". Ich szaty mogły być zgrzebne, a stopy nieobute, lecz mieli zabierać ze sobą książki. Poprzednio duchowieństwo traktowało wykształcenie jak instrument i posługiwało się nim dla osiągnięcia własnej korzyści albo w celu zachowania czy zmonopolizowania władzy. Dominik był pierwszą jednostką w dziejach Kościoła, która traktowała je jako narzędzie wspomagające kaznodziejstwo.
Podczas procesu kanonizacyjnego po śmierci Dominika, ci, którzy znali go osobiście lub asystowali przy jego działalności, złożyli wiele zeznań. Z tych świadectw wyłania się jego postać. Opisywano go jako szczupłego mężczyznę, niemal bez przerwy spędzającego noce na modlitwie, podczas której nierzadko szlochał. Za dnia zaś zaciekle występował w organizowanych przez siebie przemówieniach przeciw katarom, a w czasie tych kazań również wybuchał często płaczem. Narzucił sobie ascetyzm i z zapałem się umartwiał. Podczas kazań nieraz chłostał się żelaznym łańcuchem noszonym wokół nóg. Czy to za dnia, czy w nocy miał na sobie tylko szorstką, prymitywną włosiennicę. Nigdy nie sypiał w łóżku, lecz na ziemi lub deskach.
Jednakże cechował go też rodzaj osobliwej próżności. Miał pełną świadomość swego wizerunku jako krańcowego ascety, ale nie był wolny od pewnych ludzkich słabości. Lubił mianowicie podkreślać swoje samozaparcie dzięki rozmaitym drobnym wybiegom. Kiedy zbliżał się na przykład do oberży czy przydrożnego zajazdu, gdzie zamierzał przenocować, zatrzymywał się nieco wcześniej u źródła, gdzie na osobności gasił pragnienie. Napiwszy się niejako na zapas, mógł zwiększyć swoją reputację człowieka o niezwykle skromnych potrzebach.
Jeszcze w 1206 roku, podczas podróży przez Francję z biskupem Osmy i na dwa lata przed krucjatą przeciw albigensom, założył hospicjum w Prouille. Wśród poznanych przez niego legatów papieskich znalazł się Piotr de Castelnau, którego śmierć w 1208 roku przyspieszyła zorganizowanie krucjaty. Przypisywana Dominikowi mowa wygłoszona w Prouille krótko po tym morderczym zamachu pozwala w pewnym stopniu wczuć się w jego mentalność:
Przez lat wiele przemawiałem do was łagodnym głosem, prawiąc kazania, błagając, lejąc łzy. Lecz, jak mawiają w moim kraju, gdzie dobre słowo nie pomoże, tam kij przemoże. Trzeba nam teraz gromić was, wodzowie i prałaci, coście - biada wam! - sprzysięgli się przeciw tej ziemi... i wielu zadać śmierć mieczem, zdruzgotać wasze wieże, obrócić w perzynę wasze mury, ugiąć wasze karki... siła kija przemoże tam, gdzie łagodność i dobroć nic nie wskórały1.
Niewiele wiemy o tym, co Dominik robił podczas kampanii przeciw katarom. Wydaje się jednak oczywiste, iż szedł na czele armii krzyżowców, działając z upoważnienia równie fanatycznego legata papieskiego Arnalda Amaury'ego. Nawet najbardziej apologetyczni biografowie Dominika przyznają, iż często powierzano mu zadanie sądzenia podejrzanych o wyznawanie wiary katarskiej, nawracania ich lub - jeśli namowy nie odnosiły skutku - skazywania ich na stos. On sam przyznawał, że spalił wielu heretyków i - jak się zdaje - nie czuł z tego powodu szczególnych wyrzutów sumienia.
Nic więc dziwnego, że stał się bliskim przyjacielem, powiernikiem i doradcą bezlitosnego przywódcy krucjaty, Szymona de Montforta, i razem z nim przemierzał szlak znaczony zbrodnią i zniszczeniem. W roku 1213, kiedy Szymon rezydował w Carcassonne, Dominik był pomocnikiem biskupa tego miasta. Uważa się też, że towarzyszył krzyżowcom podczas bitwy pod Muret, gdzie jego modły pomogły ponoć wojsku dowodzonemu przez Szymona zadać klęskę królowi Aragonii. W roku 1214 Szymon darował mu część łupów z co najmniej jednego zdobytego wówczas miasta. Dominik z kolei ochrzcił jego córkę, a także udzielił ślubu jego starszemu synowi i wnuczce króla Francji.
Działalność Dominika i jego bliskie powiązania z Szymonem sprawiły, że zyskał sobie sławę wśród krzyżowców. W roku 1214 bogaci katolicy z Tuluzy ofiarowali trzy domy (jeden z nich wciąż jeszcze istnieje) jemu i jego formującemu się zakonowi. W rok później Dominik porzucił zamysł uczynienia jego siedzibą Carcassonne, najwyraźniej z powodu niechęci lub nawet jawnej wrogości mieszkańców. Przeniósł się wówczas do Tuluzy i tam, na darowanej mu ziemi, założył zakon dominikański, na razie jeszcze nieoficjalnie.
W 1215 roku udał się do Rzymu, gdzie wziął udział w soborze laterańskim IV. Właśnie podczas obrad tego soboru papież Innocenty III, idąc w ślady Dominika, podkreślił wagę studiów teologicznych w głoszeniu prawd wiary. Papież zgodził się też na ustanowienie zakonu dominikańskiego, lecz zmarł, nim akceptacja zdążyła się uprawomocnić. W grudniu 1216 roku oficjalnego zatwierdzenia zakonu dokonał nowy papież, Honoriusz III.
W 1217 roku pierwsi dominikanie z Tuluzy wzbudzili tyle wrogości, że zmuszono ich do rozproszenia. Osiedli później w klasztorach bardzo od siebie odległych, jak na przykład w Paryżu, Bolonii i w rozmaitych miejscowościach Hiszpanii. Do zakonu chętnie przyjmowano nauczycieli, a reguła nakazywała pobieranie nauk i troskliwe obchodzenie się z książkami. Każdy dominikański klasztor miał własnego nauczyciela, uczęszczanie na jego wykłady było obowiązkowe. Jednocześnie zaś dominikanie celowali w tym, co tak zraziło do nich obywateli Carcassonne i Tuluzy, czyli w szpiegowaniu, donosicielstwie i zbieraniu informacji, sądząc, że służą w ten sposób Kościołowi. Sieć wędrownych mnichów przemierzających na piechotę okoliczne drogi wyjątkowo dobrze nadawała się do tego celu.
W 1221 roku Dominik zmarł w Bolonii na chorobę zakaźną. Miał już wtedy ponad 50 lat i najwyraźniej wypalił się wewnętrznie skutkiem własnej fanatycznej energii. Jednakże zapoczątkowane przez niego dzieło rozwijało się szybko. W chwili jego śmierci istniało co najmniej 20 klasztorów dominikańskich w kilku krajach Europy. Członkowie zakonu słynęli nie tylko z kaznodziejstwa, lecz również z niezwykle aktywnego studiowania teologii. W ciągu 1224 roku w samym tylko Paryżu studiowało co najmniej 120 dominikanów. W 1227 roku papież zaczął wzywać ich do siebie, by służyli mu pomocą "w sprawach wiary". Na podstawie specjalnych uprawnień nadanych im przez papieża coraz bardziej angażowali się w tropienie i wykrywanie heretyków, a wykazywana pod tym względem gorliwość sprawiała, że stali się Kościołowi niezbędni.
W 1234 roku Dominik doczekał się kanonizacji przeprowadzonej z niewłaściwym - jak byśmy dziś ocenili - pośpiechem. Niewielu świętych miało ręce bardziej zbrukane krwią. Mimo to otrzymał, tak czy inaczej, należytą "zapłatę", a jego zakon miał już wtedy blisko 100 klasztorów. Dominikanie kładli wielki nacisk na zdyscyplinowanie i posłuszeństwo, co przywodzi na myśl niektóre dzisiejsze sekty, z podobnymi skutkami dla kontaktów rodzinnych. Gdy ktoś wstępował do ich zakonu, był na zawsze stracony dla swoich bliskich i dla świata. Pewnego razu, jeśli wierzyć hagiografom, można rodzina rzymska chciała wydrzeć swego potomka z dominikańskich szponów. Wtedy młodego człowieka wysłano pospiesznie do innego klasztoru daleko od Rzymu, lecz krewni podążyli za nim. Kiedy jednak przeprawił się przez rzekę, a jego bliscy pojawili się akurat na przeciwległym brzegu, woda w cudowny sposób wezbrała, stając się nie do przebycia. I młodzieniec pozostał dominikaninem.
Zniszczenie herezji
W 1233 roku jeden z przyjaciół Dominika wstąpił na tron Piotrowy jako papież Grzegorz IX. To właśnie on rozpoczął proces kanonizacyjny, w wyniku którego Dominik rok później został świętym. Jednocześnie 10 kwietnia tego samego roku nowy papież wydał bullę, która zlecała dominikanom specyficzne zadanie wykorzenienia herezji. Grzegorz IX zwrócił się do biskupów w następujący sposób:
Widząc, jak bardzo wciąga was wir trosk i ledwie możecie wytrzymać ciężar przemożnego niepokoju, uznaliśmy, iż należy dzielić z wami to brzemię, by łatwiej było je unieść. Powzięliśmy zatem zamiar wysłania braci kaznodziejów przeciw heretykom we Francji i w pobliskich prowincjach. Prosimy was, ostrzegamy i zaklinamy, byście przyjmowali ich mile i traktowali dobrze, służąc im w tym (...) pomocą, tak by mogli czynić swą powinność2.
Dwa dni później papież wydał kolejną bullę, skierowaną bezpośrednio do dominikanów:
A zatem (...) jesteście w mocy (...) odbierania na zawsze klerkom beneficjów, jak też działania przeciw nim i wszystkim innym bez żadnej apelacji, odwołując się w razie konieczności do jurysdykcji świeckiej3.
Papież oznajmiał w ten sposób o ustanowieniu stałego trybunału i obsadzeniu dominikanów w roli sędziów. W ten sposób narodziła się inkwizycja. Zaczęła działalność w roku następnym w Tuluzie, gdzie mianowano dwóch oficjalnych inkwizytorów. Ciekawe, że ich aktywność, zgodnie z bullą papieską, początkowo kierowała się przeciw "klerkom", czyli klerowi. Wskazuje to, jak wielu katolickich duchownych sympatyzowało skrycie z katarami.
Na mocy papieskiego edyktu dominikańskim inkwizytorom przyznano władzę sądzenia podejrzanych o herezję bez możliwości apelacji: pozwalało to na wydawanie wyroków śmierci w trybie przyspieszonym. Oczywiście palenie heretyków nie było nowością. Szymon de Montfort ze swymi żołdakami czynił to chętnie od samego początku krucjaty przeciw albigensom, rozpoczętej w 1209 roku. Działał jednak tylko jako bezlitosny wódz, na własną rękę, narzucając podbitym ziemiom okrutną wersję prawa wojennego i postępując z przeciwnikami, jak mu się podobało. Teraz zaś, z błogosławieństwem samego papieża, machina masowej eksterminacji zyskała oficjalne, prawne podstawy, formalne sankcje i mandat pochodzący bezpośrednio od najwyższego autorytetu moralnego chrześcijaństwa.
Niewątpliwie, wziąwszy pod uwagę charakter i skalę aparatu administracyjnego, nie mogło się obyć bez problemów. Wielu duchownych zazdrościło dominikanom zdobytej przez nich potęgi i do pewnego stopnia solidaryzowało się z katarami, choć raczej na gruncie humanitarnym niż teologicznym. Nic więc dziwnego, że między inkwizytorami a miejscowymi biskupami zaczęła się walka o władzę. Papież głosił, iż pragnie ulżyć brzemieniu biskupów. W praktyce jednak działo się to z uszczerbkiem dla jurysdykcji kościelnej, co powodowało rozmaite konflikty, a nawet otwartą wrogość. Niektórzy biskupi domagali się, by wolno im było działać jeszcze przed wydaniem wyroku, inni żądali prawa do jego zmiany. Jeszcze inni chcieli, żeby to właśnie im przypadły w udziale uprawnienia inkwizytorskie.
W ciągu XIII stulecia zawiść i antagonizmy pomiędzy inkwizytorami a biskupami zaostrzały się coraz bardziej. Teoretycznie trybunały inkwizycyjne miały być jedynie dodatkiem do trybunałów biskupich. W praktyce władza tych ostatnich ciągle ulegała ograniczeniu. W 1248 roku na synodzie zagrożono biskupom, że nie będą mieli prawa wstępu do własnych kościołów, jeśli nie zastosują się do orzeczeń inkwizycji. W 1257 roku papież Aleksander IV uczynił tę ostatnią niezależną, znosząc konieczność konsultacji z biskupami. Wreszcie w 1273 roku papież Grzegorz X orzekł, że może ona działać wespół z lokalnymi biskupami, dzieląc się z nimi władzą i jurysdykcją, co stopniowo stało się powszechnie obowiązującą normą.
Pierwszemu pokoleniu inkwizytorów nie zawsze było łatwo. Czasami mieli aż nadto sposobności do ekstatycznego męczeństwa i płynącej stąd chwały. Na przykład Wilhelm Pelhisson, rodem z Tuluzy, który wstąpił do dominikanów około 1230 roku, został inkwizytorem w 1234 roku, mimo dość młodego wieku. Nim zmarł w roku 1268, sporządził opis działalności inkwizycji w Tuluzie między 1230 a 1238 rokiem. Jakieś trzy czwarte stulecia później Bernard Gui - jeden z najsłynniejszych i zarazem najbardziej osławionych inkwizytorów, który trafił nawet na karty powieści Umberto Eco Imię róży, zapoznał się z manuskryptem Pelhissona i uznał, że warto sporządzić jego kopię. Kopia Bernarda zachowała się w archiwach awiniońskich i jest wartościowym źródłem, dokumentującym zmienne koleje losu wczesnej inkwizycji.
Wilhelm pisał najwyraźniej po to, by przyszłe pokolenia dominikanów, jak też innych pobożnych katolików, mogły "dowiedzieć się, ile wycierpieli ich poprzednicy za wiarę i w imię Chrystusa (...), a także by mogli stąd czerpać odwagę do występowania przeciw heretykom czy innym bezbożnikom i gotowi byli czynić - albo raczej znieść cierpliwie - tyle samo, a może więcej, jeśli będzie trzeba (...). Albowiem po wielu mnogich procesach, które wszczynali z cierpliwością, pobożnością i dobrymi wynikami błogosławiony Dominik oraz bracia wraz z nim działający w tej krainie, prawych synów takiego rodzica nie powinno zabraknąć"4.
Wilhelm pisze, chcąc zobrazować trudności, przed jakimi stali inkwizytorzy z Albi w 1234 roku:
Legat (...) uczynił Arnolda Catalana, który wtenczas przebywał w klasztorze Tuluzy, inkwizytorem przeciw heretykom z diecezji Albi, gdzie brat ów mężnie, a nieustraszenie głosił kazania i kierował śledztwem najlepiej, jak mógł. Stronnicy herezji nie chcieli jednak czynić zeznań i zgodnie wszystkiemu zaprzeczali. On mimo to skazał dwóch żyjących heretyków (...) i obydwu spalono (...). Skazał także parę innych osób, już wtedy nieżywych, i nakazał, by wykopano ich z grobów, a potem spalono. Zgniewani tym ludzie z Albi zamyślali wrzucić go do rzeki Tarn, lecz dzięki uporczywym namowom niektórych spośród nich puścili go wolno, zbili go jednak, poszarpali mu na strzępy odzienie i poranili do krwi twarz (...). Wiele nieszczęść spadło na ów lud za czasów brata Ferriera, inkwizytora, co pojmał i uwięził niemało z nich, niektórych zaś nakazał spalić ku większej chwale Bożej5.
Wilhelm skarży się też na Tuluzę, gdyż "w dniach owych dopuszczano się napaści na katolików, gdzieniegdzie zaś pozabijano tych, co tropili heretyków (...) najwięksi dostojnicy tej krainy wraz z najprzedniejszą szlachtą, mieszczanami i innymi osłaniali heretyków i udzielali im schronienia. Bili oni, ranili i o śmierć przyprawiali tych, którzy onych ścigali (...) i wiele zła uczyniono na tej ziemi Kościołowi, jak też prawym jego wyznawcom"6.
Stwierdza też, jakby mimochodem, że "bracia (...) prowadzili także śledztwo w Moissac i skazali tam Jana de Lagarde'a, który zbiegł do Montségur, gdzie stał się jeszcze zatwardzialszym heretykiem niż pierwej, później zaś został spalony wraz z 210 innymi"7.
W 1234 roku, kiedy, jak wspomina Wilhelm, "ogłoszono kanonizację błogosławionego Dominika, rodzica naszego"8, dominikanie z Tuluzy odprawili uroczystą mszę ku chwale ich założyciela w dniu jego patrona. Właśnie mieli się obmyć przed posiłkiem, gdy "zrządzeniem Opatrzności" doszła ich wieść, iż w pobliskim domu pewien heretyk udzielił właśnie konającej na jakąś zakaźną chorobę kobiecie consolamentum (u katarów odpowiednik ostatniego namaszczenia). Poniechawszy ablucji, grono dominikanów pospieszyło wraz z biskupem Tuluzy do chorej i wkroczyło do jej komnaty.
Biskup (...) usiadł przy łożu konającej i począł z nią mówić o marnościach świata tego i innych rzeczach ziemskich (...). Z wielką ostrożnością wybadał ją względem wiary i prawie wszystko zgadzało się z tym, w co wierzą heretycy (...). Potem zaś rzekł: "A zatem jesteś, pani, heretyczką! Wszystko bowiem, co mi wyznałaś, to herezja. Niechybnie wiesz, że herezję jawnie się tępi. Odrzeknij się jej i przyjmij wiarę katolicką". Biskup powiedział jej to i wiele jeszcze innych rzeczy w przytomności wszystkich, lecz niczego nie dokazał, gdyż niewiasta zacięła się w heretyckim uporze. Bezzwłocznie zatem, wobec wikariusza i innych osób, ogłosił ją heretyczką. Wikariusz przeniósł ją wtenczas wraz z jej łożem na Pré-au-Comte i od razu tam spalił9.
W ten sposób dominikanie uświetnili dzień imienin świeżo kanonizowanego Dominika, składając ofiarę z człowieka.
W 1235 roku, jak pisze Wilhelm, wzmogła się w Tuluzie wrogość względem dominikanów. Wilhelm wydaje się tym jednocześnie zaskoczony i zgorszony, lecz obwieszcza dumnie:
W czasie owym ciała niektórych zmarłych już heretyków (...) włóczono po ulicach, potem zaś je palono. Całe miasto wzburzyło się z tej przyczyny i powstało przeciw braciom, a później wezwało na pomoc hrabiego. Ten przybył do inkwizytorów i prosił, żeby przez wzgląd na niego poniechali tego na czas pewien, powołując się też na inne błahe względy. Oni zaś zgodzić się na to nie chcieli10.
W grudniu 1235 roku wszystkich dominikanów, a wraz z nimi trybunał inkwizycyjny, siłą wydalili z Tuluzy miejscy konsulowie. Inkwizytorzy od razu rzucili na nich ekskomunikę. Niedługo potem papież zażądał, by inkwizytorom zezwolono na powrót. Natychmiast po nim zaczęła się istna orgia przerażającej przemocy:
W owym czasie heretyckie praktyki wielkich panów i innych ludzi, już wtedy nieżyjących, stały się jawne, ich samych zaś bracia skazywali, wykopywali z grobów i ku pohańbieniu wyrzucali precz z cmentarzy tegoż miasta, a działo się to w obecności wikariusza i jego ludzi. Kości heretyków albo też ich cuchnące truchła włóczono po mieście, a miana ich obwieszczał na głos herold, wołając: "Kto tak będzie czynić, niechaj tak oto przepadnie!". Wreszcie palono szczątki owe na Pré-au-Comte ku chwale Boga, Błogosławionej Dziewicy, Jego matki, i świętego Dominika, ich sługi, który szczęśliwie dokonał tego zbożnego dzieła11.
Zalegalizowanie ofiary z ludzi
Torturowanie i egzekucje heretyków nie były czymś nowym w dziejach chrześcijaństwa. Przeciwnie, miały sporo precedensów, poczynając co najmniej od IV wieku n.e. Około roku 385 Pryscylian, biskup Ávila (381-385), odwoływał się w swojej nauce do mających apokryficzny charakter pism z Bliskiego Wschodu i włączył też do niej elementy gnostycznego dualizmu, przejęte od Marka z Memfis. Oskarżono go o czarnoksięstwo, herezję i oddano pod sąd samozwańczego cesarza rzymskiego Maksyma w Trewirze, gdzie długo go torturowano. Po udowodnieniu oskarżeń, Pryscyliana ścięto wraz z czterema innymi duchownymi, zamożną kobietą Euchrocją, jego uczennicą duchową, i znanym poetą Latronianem, ich towarzyszem. Do Hiszpanii wysłano trybunów w celu kontynuowania śledztwa. Zakończyło się ono banicją kolejnych pięciu heretyków. Ówczesny papież, Syrycjusz, zaprotestował - nie przeciw egzekucjom, lecz z powodu powierzenia procesu świeckiemu, a nie kościelnemu sądowi. Ciało Pryscyliana odwieziono do Hiszpanii, by je tam pogrzebać, a nad grobem wkrótce wzniesiono sanktuarium - najpewniej na miejscu dzisiejszego Santiago de Compostela. Obecny szlak pielgrzymkowy pokrywa się zapewne z etapami drogi, którą ciało Pryscyliana podążało na miejsce wiecznego spoczynku.
W ciągu 900 lat oddzielających śmierć Pryscyliana od utworzenia inkwizycji zdarzały się też inne egzekucje heretyków. Nie były one wcale wynikiem jakiejś spójnej i centralistycznie nastawionej taktyki papieskiej, lecz sporadycznymi, gwałtownymi aktami przemocy ze strony lokalnego duchowieństwa albo fanatycznie religijnych władców świeckich. Na przykład, w 1022 roku król Francji skazał na stos kilku podejrzewanych o herezję mnichów z Orleanu. Także w 1126 roku spalono w Saint-Gilles heretyka. Teraz jednak, wraz z powstaniem inkwizycji, puszczona została w ruch mniej lub bardziej sprawnie funkcjonująca machina śledztw, oskarżeń, procesów, tortur i egzekucji.
Chociaż skąpa dokumentacja nie pozwala stwierdzić tego z całą pewnością, co najmniej od IX wieku istniała tradycja, że ludziom Kościoła nie przystoi plamić się krwią, a jej przelanie - obojętne, czy za pośrednictwem lancy, miecza, czy też sztyletu - uważano za postępek zdecydowanie niechrześcijański. Dlatego w Pieśni o Rolandzie duchowny imieniem Turold nawet podczas bitwy nie dzierży ostro zakończonej broni, lecz maczugę. Zakłucie kogoś stanowiło rzecz nie do przyjęcia, lecz jeśli krew "przypadkowo" wypłynęła ze zgruchotanej czaszki, była to już zupełnie inna sprawa, czyn dopuszczalny pod względem teologicznym.
Być może ze względu na tę tradycję metody stosowane przez inkwizycję miały ograniczać rozlew krwi do minimum, przynajmniej w teorii. Oczywiście inkwizytorzy bez zbytnich skrupułów uciekali się do zadawania cierpień fizycznych w imię wyższego dobra. Papież Aleksander IV (1254-1261) upoważnił ich do udzielania sobie wzajemnie rozgrzeszeń z powodu takich "wypadków przy pracy", jak na przykład przedwczesna śmierć ofiary. Jednakże wiele rodzajów męczarni, tak często stosowanych, jak łamanie kołem, miażdżenie kciuków, wyłamywanie kości ze stawów przez podnoszenie i opuszczenie ofiary na sznurze krępującym z tyłu ręce czy też torturowanie przy użyciu wody pozwalały uniknąć rozlewu krwi. Te przemyślne metody najwyraźniej miały zadawać możliwie dużo mąk, a zarazem dawać jak najmniej sposobności do "brudzenia rąk".
Ze wszystkich tych perwersyjnych i chytrych sposobów zadawania cierpień najważniejsze narzędzie inkwizycji stanowił ogień, uświęcony w owej roli już przez prawo rzymskie, które, począwszy od XII stulecia, ponownie stało się podstawą europejskiego sądownictwa. Zgodnie z kodeksem tego prawa śmierć w płomieniach była przyjętą formą kary za ojcobójstwo, świętokradztwo, podpalenie, czarnoksięstwo oraz zdradę. Posłużyło to za precedens w rozprawie z heretykami. W 1224 roku cesarz Fryderyk II wydał w Lombardii prawo, które zezwalało na palenie zatwardziałych heretyków. W 1231 roku włączono je do prawa sycylijskiego, a wydane w latach 1238-1239 trzy rozporządzenia sprawiły, że sycylijski kodeks sądowy zaczęto stosować w obrębie całego Świętego Cesarstwa Rzymskiego.
Cesarz Fryderyk II nie był wzorem przykładnego chrześcijanina. Z zapałem na przykład zgłębiał zgoła nieortodoksyjne nauki. Miał bardzo rozległą wiedzę w dziedzinie myśli muzułmańskiej i judaistycznej. Praktykował alchemię, astrologię i inne aspekty tego, co dzisiaj nazwano by "wiedzą ezoteryczną". Nie darzył nadmierną czcią ani Kościoła katolickiego, ani papieża, który niejednokrotnie oskarżał go o herezję i dwa razy ekskomunikował.
Jednakże Kościół, mimo że nieustannie wadził się z Fryderykiem, bez skrupułów korzystał z jego kodeksu prawnego i przyjął karę ognia z gorliwością godną miana zinstytucjonalizowanej piromanii. Jedną z pierwszych inicjatyw inkwizytorów dominikańskich było ekshumowanie ciał straconych w Albi heretyków i spalenie ich. Z relacji Wilhelma Pelhissona wyraźnie wynika, że ekshumacja i palenie szczątków zmarłych było czymś równie niepopularnym, jak torturowanie i zabijanie żywych, a praktyki takie wywoływały wrogość lokalnej ludności, zwłaszcza w Langwedocji. Wielu inkwizytorów poruszało się po okolicy tylko w asyście zbrojnej gwardii. Niemało z nich zamordowano. Nie osłabiło to jednak ich entuzjazmu do karania śmiercią w płomieniach. Na przykład inkwizytor Robert le Petit znaczył stosami swoją drogę przez całą północną Francję. Pewnego razu, w 1239 roku, skazał na jednoczesną śmierć w płomieniach 180 ofiar. Jego okrucieństwa zdołano pohamować dopiero dwa lata później, w roku 1241.
Pod auspicjami jemu podobnych osób dawny, pogański zwyczaj składania rytualnej ofiary z ludzi odrodził się na nowo pod płaszczykiem chrześcijańskiej pobożności. Palenie heretyków stawało się okazją do świętowania, wydarzeniem radosnym. Charakter jego wyraźnie oddaje słowo, jakim określano je później w Hiszpanii. W dosłownym przekładzie osławione auto da fé, publiczny proces, którego punktem kulminacyjnym była śmierć przez spalenie, oznacza "akt wiary".
Techniki inkwizycji
Inkwizycja szybko rozwinęła metody zastraszania i kontroli, które okazały się niezwykle skuteczne, podobnie jak to później było z tajną policją Stalina, nazistowskim SS i gestapo. Niekiedy inkwizytor wraz ze świtą zjawiał się bez uprzedzenia w mieście, miasteczku, na uniwersytecie lub - jak w powieści Imię róży - w opactwie. Częściej jednak jego przybycie starannie przygotowywano. Bywało ono zapowiadane podczas nabożeństwa, mógł też o nim zawiadamiać kwieciście sformułowany afisz umieszczony na drzwiach kościelnych lub w innych miejscach publicznych, a ci, którzy umieli czytać, spiesznie powiadamiali o jego treści niepiśmiennych. Gdy inkwizytor przybywał, towarzyszył mu imponujący orszak, całe mnóstwo zatrudnionych w jego służbie notariuszy, sekretarzy, doradców, asystentów, uczonych i sług, jak również, co zdarzało się często, zbrojna eskorta. Kiedy się już pojawił, mógł zwołać wszystkich przebywających tam stale i okolicznych dostojników kościelnych, do których wygłaszał uroczyste kazanie o jego misji i celu wizyty. Mógł też wtedy - jakby wielkodusznie zapraszał na ucztę - zachęcić wszystkich pragnących wyznać grzech herezji, by wystąpili przed innych.
Podejrzewanym o herezję łaskawie dawano czas - zazwyczaj od 15 do 30 dni - by mogli oskarżyć samych siebie. Jeśli uczynili to w żądanym terminie, przyjmowano ich zazwyczaj z powrotem na łono Kościoła, a jedyną karą było nałożenie pokuty. Musieli też jednak wymienić z imienia wszystkich innych znanych im heretyków i udzielić o nich wszelkich informacji. Inkwizytorów niesłychanie interesowała ich liczba. Gotowi byli nawet obchodzić się z grzesznikiem łagodnie, mimo jego występku, byle tylko ten wyliczył kilkanaście lub więcej osób, nawet jeśli były niewinne. W rezultacie cała populacja, nie tylko winowajca, żyła w nieustannym lęku, co pozwalało na manipulowanie nią i kontrolowanie. W sumie każdy, czy chciał, czy nie, stawał się donosicielem.
Nawet najłagodniejsza z kar, czyli pokuta, mogła okazać się surowa. Najlżejszą - nakładaną na tych, którzy przyznali się do błędu dobrowolnie w wyznaczonym czasie - była tak zwana dyscyplina. Na ile pozwalała obyczajność (i pogoda), musieli oni każdej niedzieli stawić się w kościele bez szat i z biczem w ręku. W pewnej chwili, podczas mszy, ksiądz poczynał chłostać ich z zapałem w obecności całego zgromadzenia - było to "interludium paroksyzmu", jak cierpko stwierdza pewien historyk, "podczas misterium służby Bogu"13. W pierwszą niedzielę każdego miesiąca pokutnik musiał odwiedzać po kolei wszystkie domy, gdzie przedtem spotykał innych heretyków. I w każdym domostwie znów go chłostano. Co więcej, żądano, by w dni świąteczne szedł w uroczystej procesji przez całe miasto, podlegając kolejnej chłoście. Karę taką miał ponosić przez całe swoje życie, chyba że inkwizytor - który tymczasem mógł dawno odjechać - powrócił, przypomniał sobie o nim i zawyrokował, że zwalnia go z reszty pokuty.
Inną jej formą, również uważaną za łagodną i miłosierną, była pielgrzymka. Należało odbyć ją pieszo, co zabierało nawet parę lat, podczas których rodzina pielgrzyma mogła przymierać głodem. Istniały dwie różne odmiany pielgrzymki. Krótsza obejmowała szlak 19 sanktuariów rozsianych po całej Francji, a w każdym z nich pątnik musiał poddawać się chłoście. Większa wiązała się z dłuższą podróżą - z Langwedocji do Santiago de Compostela, Rzymu, Kolonii czy Canterbury. W XIII wieku pielgrzymom nakazywano niekiedy wyprawę do Ziemi Świętej, niczym krzyżowcom, na okres od dwóch do ośmiu lat. Jeśli zdołali przeżyć, musieli zaopatrzyć się w list od patriarchy Jerozolimy w Akce, poświadczający odbycie pokuty. W pewnym jednak momencie znalazło się tam tak wielu heretyków, że papież zaprzestał tej praktyki z lęku, by całej Ziemi Świętej nie skaziły ich idee.
Heretyków, którzy dobrowolnie wyznali winę, zmuszano też do noszenia przez całe życia krzyża barwy szafranu naszytego z tyłu i z przodu na każdej ich szacie. Pokutnik narażony był przez to na upokorzenie, ośmieszenie, drwiny czy nawet akty przemocy. Napiętnowani w ten sposób ludzie padali ofiarą ostracyzmu społecznego, gdyż nikt nie chciał z nimi przestawać. Młode kobiety nie mogły zaś znaleźć kandydatów na mężów.
Pokutą mogła też być grzywna. Kary tego typu szybko stały się jednak źródłami skandali, gdyż inkwizytorzy często wymuszali od skazanych spore sumy. Niebawem zaczęło się szerzyć łapownictwo i korupcja. W 1251 roku papież zabronił nakładania na pokutników grzywny, zakaz nie potrwał jednak długo i inkwizytorzy "mogli do woli szafować karami pieniężnymi".
Śmierć nie uwalniała wcale od pokuty. Jeśli ktoś zmarł przed jej ukończeniem, uważano, że spotkała go kara boska, co oznaczało, że w oczach Boga nałożona na grzesznika kara okazała się niewystarczająca. W takich wypadkach wykopywano jego szczątki i palono je publicznie. Własność takiego człowieka mogła wtedy ulec konfiskacie, a pokutą obciążano jego żyjących bliskich, niczym długiem.
Tak oto wyglądały łagodne, miłosierne kary czekające tych, którzy dobrowolnie wyznali swój grzech i donosili na innych. Wymuszone od nich informacje zapisywano z najdrobniejszymi szczegółami. Zyskiwano w ten sposób ogromną "bazę danych", do której późniejsze śledztwa wciąż coś dorzucały. Cały ten materiał sprawnie uporządkowano, żeby w razie potrzeby bez trudu odnaleźć żądaną informację. Podejrzanym można było wówczas wytknąć wykroczenia i występki popełnione (lub rzekomo popełnione) 30 albo i 40 lat wcześniej. W 1316 roku pewnej kobiecie udowodniono na przykład, że więziono ją z powodu herezji w 1268 roku. Były to jakby zaczątki systemu monitorowania obywateli, funkcjonującego we współczesnych państwach, lub komputerowego gromadzenia danych przez policję w odniesieniu do przestępstw młodocianych, takich dajmy na to, jak palenie marihuany czy też udział w demonstracjach, co dziś wykorzystywane jest niekiedy do zdyskredytowania polityka albo innej powszechnie znanej osobistości.
Kiedy inkwizytorzy przybywali do jakiejś miejscowości, zatrzymywali się w prowizorycznej siedzibie i tam właśnie zaczynali wysłuchiwać zarówno zeznań, jak i denuncjacji. Stwarzało to często nieodpartą wręcz pokusę do snucia złośliwych intryg, załatwiania osobistych porachunków, szkodzenia wrogom. Żony nieraz zachęcano do denuncjowania mężów, dzieci - do donosów na rodziców. Wynajdywano świadków zdolnych uwiarygodnić złożone wcześniej zeznania. Jeśli kogoś obciążały doniesienia dwóch osób, funkcjonariusz mógł go zawezwać do stawienia się przed trybunałem inkwizycji. Nakazowi takiemu towarzyszyło pismo z obciążającymi go świadectwami, jednak bez nazwisk oskarżycieli i świadków, tych bowiem nigdy nie ujawniano.
Jeśli oskarżony nie podporządkował się nakazowi, przez trzy tygodnie z rzędu wzywano go do stawiennictwa przed sądem. Gdy nadal się nie ujawniał, wyklinano go i ogłaszano wyrzutkiem. Nikomu nie wolno było go żywić, udzielać mu schronienia czy też azylu w kościele, pod groźbą ekskomuniki.
Jeśli zaś zgłosił się na wezwanie inkwizycji, formalnie rozpatrywano dowody przeciw niemu i gdy uznano je za wystarczające, oficjalnie go zatrzymywano. Odtąd znajdował się już w rękach inkwizycji. A że żaden inkwizytor nie przyznałby się do błędu, chwytano się każdego sposobu, byle tylko wydobyć z nieszczęśnika wyznanie. Przesłuchiwania trwały bardzo długo. Według jednego z funkcjonariuszy "pośpiechu należy się wystrzegać (...) bo ból i niedogodności więzienia nieraz wiodą do zmiany zdania"14. Podejrzanych często trzymano w ścisłym odosobnieniu, póki nie przyznali się do winy. Czasami zakuwano ich w łańcuchy i wzbraniano im wszelkich odwiedzin. Niekiedy umierali z głodu. Nierzadko jednak usiłowano ich złamać właśnie fałszywą serdecznością i dobrocią. Bywało, że poddawano ich torturom.
Według zasad prawa cywilnego ludzie uczeni, żołnierze, rycerze i szlachetnie urodzeni byli nietykalni, a więc nie podlegali torturom. Inkwizycja zdołała zmienić ten stan rzeczy, można było zadawać cierpienie fizyczne każdemu, bez względu na wiek, płeć czy pozycję społeczną. Początkowo inkwizytorzy nie mogli torturować podejrzanych osobiście, wolno im było jedynie asystować przy tym i pouczać świeckich wykonawców, jak mają to czynić, obserwując jednocześnie oraz notując wszystko, co mówił wzięty na męki oskarżony. W 1252 roku bulla papieża Innocentego IV pozwoliła im jednak na to, pod warunkiem, że tortura "nie spowoduje kalectwa ani śmierci"15. Inkwizytorzy szybko jednak nauczyli się obchodzić ten zakaz. Pomocna stała się też wspomniana już dyspensa udzielona przez nowego papieża Aleksandra IV, zezwalająca im na wzajemne rozgrzeszanie się z przekroczenia tego zakazu.
Tradycyjna niechęć duchowieństwa do rozlewu krwi przybrała na sile. W rezultacie nadal unikano posługiwania się instrumentami ostro zakończonymi na korzyść łamania kołem, miażdżenia kciuków oraz innych metod, dzięki którym krew mogła się polać jedynie "przypadkiem". Bardzo popularne stały się kleszcze oraz inne podobne narzędzia. Szarpanie nimi ciała powodowało obfite krwawienie, jeśli jednak rozpalono je do czerwoności czy do białości, rozgrzany metal przypalał ranę i tamował krew. Podobnymi sposobami usiłowano też przedłużyć tortury i zwiększyć częstotliwość stosowania. Początkowo oskarżonego można było brać na męki tylko raz i to nie na dłużej niż na pół godziny. Inkwizytorzy zdołali obejść i ten zakaz, obstając przy twierdzeniu, że sama tortura jest niepodzielna i każde kolejne pół godziny to tylko jej kontynuacja. Innymi słowy, podejrzany mógł być torturowany w celu odpowiedzenia na jedno konkretne pytanie, lecz konieczność wymuszenia odpowiedzi na drugie i trzecie usprawiedliwiała kolejne fazy tortury. Liczne źródła wspominają o osobach męczonych dwa razy dziennie przez cały tydzień lub jeszcze dłużej.
W praktyce oskarżonego torturowano, póki nie decydował się złożyć zeznań, co wcześniej lub później musiało nastąpić. Wtedy przenoszono go do przyległego pomieszczenia, gdzie wysłuchiwano jego słów i zapisywano je. Następnie odczytywano mu treść zeznań i zadawano formalne pytanie, czy zgadza się ona z prawdą. Jeżeli odpowiedział twierdząco, notowano, iż złożył zeznanie "dobrowolnie i spontanicznie", a nie wskutek "przemocy lub strachu". Potem wydawano na niego wyrok.
Zasadniczo do kary śmierci uciekano się w ostateczności. Wielu inkwizytorów wolało "zbawić" duszę oraz w mniejszym lub większym stopniu oszczędzić ciało, by pokuta lub pielgrzymka oskarżonego świadczyła o miłosierdziu i potędze wiary. Ponadto, jak zauważył pewien historyk, "nawrócony, który mógł donosić i denuncjował przyjaciół, był dużo użyteczniejszy niż zmasakrowane zwłoki"16.
Inkwizytorzy szybko się zorientowali, że niektórzy heretycy dążyli do możliwie szybkiej męczeńskiej śmierci, "oni zaś nie zamierzali usatysfakcjonować ich pod tym względem"17. Stosowano wtedy długotrwały, nieustanny ból, który odbierał chęć do męczeństwa. Zatwardziałych grzeszników poddawano z kolei jeszcze dłuższym i bardziej wyrafinowanym mękom. Oficjalnie nakazywano zakuwać ich w łańcuchy i trzymać w odosobnieniu co najmniej przez sześć miesięcy, a często ponad rok. Ich żonom i dzieciom zezwalano niekiedy na odwiedziny w nadziei, że oskarżeni staną się mniej nieprzejednani. Mogli ich też odwiedzać teologowie i nakłaniać do zmiany zdania pochlebstwem, logiczną argumentacją lub namowami.
Mimo że karę śmierci orzekano niechętnie, stosowano ją jednak dość często. Pod tym względem ostentacyjna, klerykalna hipokryzja nie miała sobie równej. Inkwizytorzy nie mogli sami dokonywać egzekucji: byłoby to niezgodne z etyką chrześcijańską. Musieli natomiast stosować się do rytuału, na mocy którego skazańca wydawano władzy świeckiej, zazwyczaj ze słowami: "Wydajemy cię teraz sprawiedliwości świeckiej, błagamy jednak, by zechciała ona złagodzić swój wyrok i oszczędzić rozlewu krwi oraz niebezpieczeństwa śmierci"18. Wszyscy wiedzieli, że to jedynie czcza formuła, że inkwizytor, wzorem Piłata, umywa ręce od całej sprawy. Nikt się nie łudził, że słowa te oznaczają coś innego niż stos.
Aby egzekucjom zapewnić możliwie dużą liczbę widzów, wykonywano je, jeśli się tylko dało, w dni świąteczne. Skazańca przywiązywano do pala stojącego na stercie suchego drewna, na tyle wysokiego, żeby widział go cały zgromadzony tłum. Później, w Hiszpanii, niekiedy duszono ofiarę przed podpaleniem bierwion, by oszczędzić jej agonii w płomieniach. Inkwizycja nie wykazywała we wcześniejszych latach podobnej wielkoduszności, choć czasami skazanego mógł udusić dym, co powodowało nieco szybszy zgon. Gdy już było po wszystkim, "rozpoczynał się odrażający proceder ostatecznego unicestwiania na wpół spalonego ciała - dzielono je na części, łamiąc przy tym kości, i rzucano wraz z wnętrznościami na gorejące kłody"19.
Do owego przerażającego rytuału przywiązywano wielką wagę w przypadku palenia heretyckich przywódców, gwarantował on bowiem, że ich zwolennicy nie przechowają żadnych szczątków w charakterze relikwii.
Inkwizytorzy bardzo skrupulatnie prowadzili buchalterię. Po spaleniu czterech heretyków 24 kwietnia 1323 roku w księgach inkwizytora Carcassonne znalazło się następujące wyszczególnienie wydatków:
Za duże kłody drewniane: 55 solidów, 6 denarów.
Za pędy winorośli: 21 solidów, 3 denary.
Za słomę: 2 solidy, 6 denarów.
Za cztery stosy: 10 solidów, 9 denarów.
Za sznury na pęta skazańców: 4 solidy, 7 denarów.
Każdemu z katów po 20 solidów, razem 80 solidów20.
W tych liczbach można by się dopatrzyć swoistej makabrycznej prawidłowości. Wartość wynagrodzenia każdego z oprawców równa się mniej więcej wartości czterech stosów i jest nieznacznie tylko niższa od ceny wiązki winorośli.
Podobnie jak wiele innych instytucji, obojętnie o jakim charakterze, inkwizycja wydała też własne, słynne osobistości. Jedną z pierwszych był osławiony Konrad z Marburga, który uważał, że psychiczne i fizyczne tortury to szybka droga do zbawienia. Na początku kariery był przewodnikiem duchowym niemieckiej księżniczki, kanonizowanej później Elżbiety Turyńskiej. Jego sadystyczne porady sprawiły, że w dwudziestym czwartym roku życia zmarła z powodu dobrowolnych umartwień. Konrad już wówczas zaczął tępić heretyków, wspomagany przez swego biskupa. Później, w 1227 roku, papież powierzył mu zwierzchnictwo inkwizycji w Niemczech z nieograniczonymi właściwie uprawnieniami. Upojony władzą Konrad nierozważnie oskarżył o herezję wiele osób wysokiego rodu, ludzi o szerszych horyzontach, nie tak łatwych do pognębienia jak ich francuscy pobratymcy. Wielu z nich miało powiązania z cesarzem Fryderykiem II (skądinąd ekskomunikowanym). Kiedy Konrad wyprawił się przeciw nim, koło Marburga wpadł w zasadzkę i zginął.
Na rok przed jego zgonem (w 1233 roku) inny inkwizytor, Konrad Tors, zainicjował podobną kampanię, najeżdżając miasto po mieście i skazując masowo na stos. "Spaliłbym stu niewinnych - głosił - gdyby tylko znalazł się między nimi jeden winny."21 Po śmierci Konrada z Marburga papież nakazał mu kontynuować działania. Torsowi nie trzeba było zachęty, obowiązki swoje wypełniał żarliwie i z zamiłowaniem. Fanatyczny zapał przyćmił jednak jego zdolność do trzeźwego myślenia. Oskarżony przez niego, a niezbyt z natury pokorny członek wysokiego rodu ani myślał czekać na niepomyślny dla siebie wyrok i niezwłocznie wysłał Torsa na tamten świat.
Jednym z najbardziej sławnych czy raczej niesławnych pierwszych inkwizytorów był Bernard Gui. Urodził się około 1261 roku w Limousin, dominikaninem został w 1280, a funkcję inkwizytora Tuluzy powierzono mu 27 lat później. W 1317 roku papież zlecił mu misję "zaprowadzenia porządku" w północnych Włoszech, poważnie zagrożonych wówczas herezją. Bernard był aktywnym i gorliwym inkwizytorem do 1324 roku, zmarł siedem lat później.
Zachował się rejestr wyroków wydanych przez niego w czasach, gdy działał w Tuluzie. W latach 1308-1322 skazywał za herezję przeciętnie jedną osobę tygodniowo. Na stosie spalono 40 osób, około 300 uwięziono, a 36 najpewniej zdołało jakoś wydostać się z jego szponów22.
Bernard w dużej mierze zawdzięczał swoją wątpliwą sławę spisowi pouczeń sporządzonemu z myślą o kolegach po fachu, Podręcznikowi inkwizytora ukończonemu około 1324 roku. W tekście tym (zachowało się wiele jego XIV-wiecznych kopii) daje on przegląd różnych heretyckich przekonań, z którymi się zetknął jako inkwizytor. Nazywa tam heretyków "dzisiejszymi manichejczykami" albo "pseudoapostołami", wylicza argumenty przytaczane przez nich we własnej obronie, poucza co do metod śledztwa oraz instruuje, jak należy prowadzić przesłuchanie. Miał opinię bezlitosnego, o czym wyraźnie świadczy jego upodobanie do zadawania bolesnych tortur. Bernard jawnie zachwala ich użyteczność w wydobywaniu "prawdy" nie tylko z oskarżonych, ale i świadków. Gdy papież, w odpowiedzi na powszechne skargi, usiłował ograniczyć tortury, Bernard natychmiast zaczął biadać, upierając się, że zagrozi to skuteczności inkwizycji.
W zakończeniu swojej księgi Bernard zamieścił ogólne wskazówki co do tego, jak przyzwoity inkwizytor ma się zachowywać wobec innych osób. Powinien on "dbać, ogłaszając wyrok o karze gardłowej, by twarz jego tchnęła współczuciem mimo wewnętrznego nieprzejednania i nie zdradzać swego oburzenia ani gniewu, co pociągnęłoby za sobą zarzut okrucieństwa"23.
A zatem nawet inkwizytorzy musieli troszczyć się o swój publiczny wizerunek. Dzisiaj również troska o to, jak ich widzą inni, zaprząta umysły znanych osobistości.
W ciągu XII wieku odrodziło się na terenie większości krajów europejskich prawo rzymskie, tworząc podstawę powszechnego systemu legislacyjnego. Odziedziczone po antycznym cesarstwie - nominalnie tylko schrystianizowanym za Konstantyna Wielkiego w pierwszej połowie IV wieku - zawierało blisko 60 artykułów wymierzonych przeciw herezji. Zaistniał więc faktyczny kontekst i sankcje prawne, co w konsekwencji pozwalało na działalność inkwizycji.
We Francji, tradycyjnie uważanej za "najstarszą córę Kościoła", herezja katarów umożliwiła ustanowienie inkwizycji i konsolidację jej autorytetu. Nie zachowały się żadne dokładniejsze źródła dokumentujące początki krucjaty przeciw albigensom, lecz po jej zakończeniu w 1225 roku okazało się, że ponad 5000 ofiar zginęło na stosie, a niezliczoną wręcz rzeszę ludzi wtrącono do więzień, skazano na wygnanie lub wymierzono im jeszcze inne kary. Pod koniec XII stulecia porównywalną siłę miała inkwizycja we Włoszech.
Później, rzecz jasna, inkwizycja zyskała jeszcze większe znaczenie (i złą sławę) w Hiszpanii. Jednakże przez całe XIII stulecie większa część tego kraju i całego Półwyspu Pirenejskiego pozostawała jeszcze w rękach muzułmanów, a coraz gwałtowniejszy konflikt między chrześcijanami i wyznawcami islamu nie pozwalał inkwizycji rozwinąć tam szerszej działalności. W Niemczech, czego dowodzi los Konrada z Marburga i Konrada Torsa, często traciła ona grunt pod nogami. Tylko że to właśnie w Niemczech stopniowo znikały wpływy rzymskie, a tradycja prawa rzymskiego była tam o wiele słabiej zakorzeniona niż gdzie indziej. Chociaż formalnie Niemcy rządziły Świętym Cesarstwem Rzymskim, w praktyce nie istniała tam żadna silna władza centralna. Możni panowie i lokalni książęta byli niezależni i zuchwali, niejednokrotnie uciekali się do przemocy, byle tylko ich prerogatywy pozostały nienaruszone. Inkwizycja działała tam zatem raczej na zasadzie gwałtownych zrywów niż stałej aktywności, z przerwami i tylko w niektórych regionach. Inkwizytorzy mogli wprawdzie na jakieś 10 lat lub nieco dłużej narzucić swoje rządy przemocy temu czy innemu miastu albo księstwu, lecz wywoływało to w końcu gwałtowną reakcję i w rezultacie zewsząd ich przepędzano.
W Anglii i Skandynawii inkwizycja nigdy nie działała, bo tamtejsze prawodawstwo nie opierało się na prawie rzymskim. Anglia miała własny, bardzo wyrafinowany system prawny, który (przynajmniej oficjalnie) gwarantował ochronę wszystkim wolnym ludziom w tym królestwie. O winie orzekał sąd przysięgłych, a proces obywał się bez tortur. W ramach tego systemu ani tradycja, ani aparat sądowy, ani Kościół nie mogły wspierać działań inkwizycji.
Inkwizycja na południu Europy
Tuż po zinstytucjonalizowaniu inkwizycji jej funkcjonariusze mieli sporo roboty. Na południu Francji i w innych regionach zorganizowany opór katarów ustał w połowie XIII wieku, lecz wiele z ich pomniejszych społeczności zdołało przetrwać, wtapiając się w otoczenie. Przeżyło też wielu pojedynczych katarów, którzy nadal, choć potajemnie, praktykowali swoją religię i odprawiali jej rytuały. Chociaż zarówno osamotnieni wyznawcy, jak i małe grupki zrezygnowali z kaznodziejstwa, a ich sąsiadom wcale nie zagrażała "kacerska zaraza", Kościół stanowczo chciał wykorzenić ją ze szczętem i wytępić wszystkich odstępców. Byli oni solą w oku gorliwych inkwizytorów.
Jednym z nich był Jacques Fournier, biskup Pamiers w latach 1317-1325. W 1326 roku został też biskupem Mirepoix, a rok później - kardynałem. W 1334 roku obrano go papieżem Benedyktem XII. Właśnie z tego powodu przynajmniej niektóre spośród jego pism zachowały się w archiwach Watykanu, gdzie je później odnaleziono. W 1978 roku doczekały się publikacji (z komentarzem współczesnym) w słynnej książce Montaillou, wioska heretyków 1294-1324, pióra wybitnego historyka francuskiego Emmanuela Le Roy Laduriego.
Około 1300 roku, pół wieku po ustaniu zorganizowanego oporu katarów na południu Francji, Montaillou - mała górska wioska u stóp Pirenejów - stała się ośrodkiem odrodzenia ich wierzeń, chociaż na niewielką skalę[4]. W 1308 roku inkwizytor Carcassonne uwięził całą ludność prócz małych dzieci. Kiedy Fournier został w 1317 roku biskupem Pamiers, zezwolono mu na utworzenie własnego "urzędu inkwizytorskiego". Nic więc dziwnego, że Montaillou, podlegające jego jurysdykcji, wkrótce go zainteresowało.
Pisma Fourniera dowodzą, jak łatwo i całkowicie katarzy zdołali zasymilować się z miejscową ludnością. Świadczą też o wzajemnej życzliwości między nimi a katolikami. Są świadectwem tego, do jakiego stopnia spotkali się ze zrozumieniem, współczuciem, a nawet sympatią ze strony przyszłego papieża, zdolnego uznać w nich swoich bliźnich. Odwrotnie niż św. Dominik, Jakub Fournier nie był bowiem zaciekłym fanatykiem. Nie odwiodło go to jednak od wyśledzenia, w latach 1318-1325, prawie stu przypadków herezji dotyczących ponad 100 osób; 94 z nich stanęły przed jego trybunałem. Fournier okazał im chrześcijańską tolerancję i miłosierdzie zgoła nietypowe dla ówczesnych inkwizytorów: posłał na stos jedynie pięć osób.
Uwagę inkwizycji zaprzątali nie tylko katarzy. W ówczesnej Europie wprost roiło się od nieortodoksyjnych doktryn, a każda z nich stanowiła znakomity cel działań dla inkwizytorów. Taka była na przykład herezja bogomiłów, innej dualistycznej sekty istniejącej od X wieku w dawnym carstwie bułgarskim, Serbii, Bośni i na niektórych obszarach Bizancjum. Z tego regionu myśl bogomiłów rozprzestrzeniła się dalej na zachód. Poczynając od XII wieku, wywierała znaczny wpływ na katarów, którym była teologicznie bliska. Bogomili głosili, iż są "prawdziwym, tajemnym Kościołem Chrystusowym, Kościołem Betlejem i Kafarnaum". Zdaniem Jurija Stojanowa, najwybitniejszego zapewne współczesnego znawcy ich nauk, herezja ta "przyspieszyła wykrystalizowanie się kataryzmu i tradycyjnie zwana była przez zachodnich duchownych oraz inkwizytorów jego "potajemną tradycją""1. W istocie katarów nieraz nazywano Bułgarami albo Bugrami. Nic dziwnego, że bogomili budzili w inkwizytorach równie żywe zainteresowanie, jak heretycy francuscy.
Zarówno do wierzeń katarów, jak i bogomiłów zbliżona była wiara tak zwanych patarenów, którzy pojawili się w północnych Włoszech w ciągu XII wieku. Ówczesny Kościół stawiał ich na równi z katarami i albigensami. W pierwszym trzydziestoleciu XIII wieku patareni osiedlili się też w dzisiejszej Bośni, wtedy stanowiącej część królestwa Węgier. W 1235 roku ogłoszono przeciw nim krucjatę podobną do tej, która we Francji skierowana była przeciw katarom. Krucjata przeciw patarenom najwyraźniej nie zdołała jednak wykorzenić ich herezji. W roku 1325 papież Jan XXII narzekał, że mnóstwo katarów zbiegło do Bośni, która stała się istną ziemią obiecaną dla sekt dualistycznych2. W 1373 roku dualistyczne wyznania w Bośni tak urosły w siłę, że bośniaccy katolicy musieli praktykować własną religię potajemnie. Patareni umocnili swoją pozycję, działając w ścisłym sojuszu z miejscowymi władcami, a w XV wieku nawiązali współpracę ze zwycięskimi najeźdźcami osmańskimi. Umocnili jednak swoją potęgę nie tylko w Bośni. Znacznie bardziej niepokoił Kościół katolicki fakt, że ich herezja rozprzestrzeniła się na Półwyspie Apenińskim. W początkach XIV wieku zdobyła sobie duże wpływy w Lombardii, gdzie nabierała stopniowo coraz bardziej agresywnego charakteru. Osławionego Bernarda Gui wysłano do Lombardii z misją pacyfikacyjną właśnie w celu zapobieżenia dalszemu rozprzestrzenianiu się tej herezji.
Hołdujące dualizmowi sekty, jak katarzy, bogomili czy patareni, przeciwstawiały się Kościołowi katolickiemu głównie z przyczyn teologicznych, a potępienie przez nich bogactwa, ekscesów i zepsucia Rzymu wywodziło się w sumie właśnie z teologicznych zasad, z radykalnie odmiennego pojmowania natury duchowości. Inne herezje, które nie kwestionowały w nadmiernym stopniu katolickiej teologii, otwarcie jednak odrzucały bogactwo, ekscesy i zepsucie Kościoła oraz jego hierarchię. Chociaż ich wyznawcy może by się z tym nie zgodzili, wyraźnie przypominają reformatorów społecznych i rewolucjonistów z wieków późniejszych.
Najgłośniejszą wśród nich była herezja waldensów. Zapoczątkował ją pod koniec XII wieku Piotr Valdo, zamożny kupiec z Lyonu. Zabezpieczył byt żony i bliskich, potem zaś rozdał, co miał, biednym i stał się wędrownym kaznodzieją, sławiąc ubóstwo, prostotę i inne tradycyjne cnoty chrześcijańskie. Szybko zgromadził wokół siebie krąg uczniów, towarzyszących mu w wędrówkach. Niektórzy z nich utworzyli własne grupy wyznawców i szeroko rozpowszechniali swoje idee. Pod niektórymi względami waldensi przypominali św. Dominika, gdyż podobnie jak on potępiali dualizm katarów. Buntowali się jednak przeciw "światowemu" charakterowi Kościoła i rzucali wyzwanie rzymskokatolickiej hierarchii, ośmielając się rozpowszechniać teksty biblijne w przekładach na języki narodowe i regionalne narzecza. Wystarczyło to do napiętnowania ich jako heretyków. Po utworzeniu inkwizycji i śmierci Piotra Valdo jego zwolennicy i uczniowie szybko stali się celem takich samych prześladowań, jakie cierpieli katarzy; wielu z nich w następnych latach trafiło na stos.
Wśród różnych nieprzejednanych heretyków uwagę inkwizycji zwrócili zwłaszcza Bracia Wolnego Ducha. Pojawili się zapewne na początku XII wieku w okolicach Szwajcarii i w górnej Nadrenii. W 1212 roku co najmniej 80 z nich wrzucono do fosy pod murami Strasburga i spalono tam żywcem. Nie odwiodło ich to od aktywności w Szwabii w połowie tego stulecia, skąd rozproszyli się po całych Niemczech, aż wreszcie dotarli do Niderlandów. W XV stuleciu członkiem tego ich odłamu był, jak się przypuszcza, malarz Hieronim Bosch.
Bracia Wolnego Ducha, podobnie jak waldensi, rozpowszechniali książki religijne w miejscowych językach. Różnili się natomiast przekonaniami, do głębi mistycznymi, a nawet wyraźnie hermetycznymi. Głosili, że "Bóg jest wszystkim, co istnieje", że "wszystko z Niego pochodzi i do Niego powraca"3. W konsekwencji nawet budzące powszechną odrazę szkodniki, jak na przykład szczury, uważali za stworzenia tak samo boże, co istoty ludzkie. Szatan również był ich zdaniem emanacją Boga i dowodem jego istnienia. Z pogardą odtrącali rytuały Kościoła i nie uznawali sakramentów. "Ponieważ dusza po śmierci wraca do Boga, nie ma ani czyśćca, ani piekła, a wszelki zewnętrzny kult jest bezużyteczny"4. Głosili natomiast, iż istnieje "wewnętrzna boska światłość, dla której wynaleźli określenie iluminizmu"5. Nic więc dziwnego, że oskarżano ich powszechnie o oddawanie czci diabłu i praktyki satanistyczne. Zarzucano im również rozwiązłość i ekscesy seksualne, które późniejsze pokolenia nazwałyby raczej "wolną miłością". Inkwizycja prześladowała ich ze szczególną zawziętością.
Pomiędzy wieloma innymi męczennikami inkwizycji należy wspomnieć o Janie Husie z Czech. Hus był profesorem na uniwersytecie praskim, a w 1401 roku został dziekanem wydziału sztuk wyzwolonych. Do Kościoła należała wówczas połowa całej ziemi uprawnej w Królestwie Czeskim. Podobnie jak Wiklef w Anglii, Hus domagał się redystrybucji tej własności oraz innych reform dotyczących Kościoła. Protestował też gwałtownie i z goryczą przeciw sprzedaży odpustów, która 100 lat później wzbudzi gniew Marcina Lutra. Na soborze w Konstancji w 1415 roku otwarte wystąpienia Husa ściągnęły na niego wyrok za herezję i śmierć na stosie.
Zagłada templariuszy
W 1304 roku zmarł papież Benedykt XI. Latem następnego roku król Francji, Filip zwany Pięknym, zdołał osadzić na tronie Piotrowym swojego kandydata, biskupa Bordeaux Bertranda de Gotha. Nowy papież przybrał imię Klemensa V i stał się posłuszną marionetką francuskiego monarchy. Nie zaspokajało to jednak w pełni ambicji Filipa i jego przemożnej chęci posiadania nieograniczonej władzy. Chcąc jeszcze bardziej umocnić swoją pozycję, podporządkował sobie w 1309 roku władzę papieską i przeniósł jej siedzibę z Rzymu do Awinionu na niemal trzy czwarte wieku. Wszyscy papieże (w liczbie siedmiu), którzy wówczas rządzili, byli Francuzami. Kiedy Grzegorz XI przywrócił siedzibę papieży Rzymowi w 1377 roku, francuscy kardynałowie wybrali kogoś innego, zwanego później antypapieżem, który rezydował nadal w Awinionie. Schizma awiniońska z 1378 roku - konflikt między rywalizującymi ze sobą papieżami (czy też papieżami i antypapieżami) - zakończyła się dopiero w 1417 roku.
Na samym początku "niewoli awiniońskiej", kiedy wybrano Klemensa V, inkwizycja stanęła wobec nowego wyzwania. Poprzednio gorliwie tropiła heretyków. Teraz zaś miała się przeciwstawić najpotężniejszej instytucji ówczesnego chrześcijaństwa, templariuszom.
Zakon ich powstał w Ziemi Świętej na początku XII wieku, niedługo po zdobyciu Jerozolimy podczas pierwszej wyprawy krzyżowej. Około 1300 roku byli już oni liczną organizacją o wielonarodowym składzie, swoistym imperium, które pod względem bogactwa i wpływów ustępowało tylko papiestwu. Z początku do zgromadzenia tego wstępowali wyłącznie rycerze, teraz jednak templariusze mieli liczną administrację, urzędników i mnóstwo sług. Należały do nich ogromne dobra w całym chrześcijańskim świecie, nie tylko w orbicie wpływów duchowego autorytetu Rzymu, lecz i Kościoła prawosławnego w Konstantynopolu. Wszędzie zaś personel zakonu produkował materiały budowlane, uprawiał ziemię, hodował konie, bydło i owce. Własnością templariuszy były też statki. Przewoziły wełnę i inne towary, jak również pielgrzymów i krzyżowców do Ziemi Świętej i z powrotem.
Templariusze posługiwali się najnowocześniejszą w owych czasach techniką wojskową. Pod względem doświadczenia, zasobów broni i siły zbrojnej przewyższali każdą ówczesną instytucję europejską. Byli też największymi bankierami Europy, zdolnymi obracać funduszami w całym chrześcijańskim świecie i dokonywać skomplikowanych transakcji finansowych na rzecz monarchów, dostojników kościelnych, arystokratów i kupców. Cieszyli się powszechnym szacunkiem jako dyplomaci, zdolni działać niezależnie od skłóconych ze sobą stron. Ich poselstwa prowadziły pertraktacje nie tylko z potentatami katolickimi, lecz i z wysoką hierarchią Kościoła prawosławnego oraz z militarnymi, politycznymi i religijnymi przedstawicielami świata islamu.
Nic więc dziwnego, że ich pozycja budziła coraz większą zazdrość oraz nieufność, a duma, władcze maniery, buta i zarozumialstwo przysparzały im wrogów. Istniały jednak poważniejsze przyczyny tej antypatii, zwłaszcza pod względem spraw wiary. Już w zaraniu XIII wieku, na samym początku krucjaty przeciw albigensom, papież Innocenty III zaatakował zakon, zarzucając mu różne nadużycia, zwłaszcza zaś apostazję. Templariusze oddawali się ponoć podejrzanym praktykom i chętnie przyjmowali w swoje szeregi ekskomunikowanych rycerzy, którzy w ten sposób mogli zyskać pochówek w poświęconej ziemi, co przecież było im wzbronione. Templariusze zasłynęli też z niezbyt czołobitnego traktowania legatów papieskich. Wykazywali również zgoła niespotykaną w chrześcijańskim świecie tolerancję wobec muzułmanów i Żydów, a podczas krucjaty przeciw albigensom zakon przyjął w swe szeregi niemało znanych katarów. Niektórzy z wielkich mistrzów oraz regionalnych komturów pochodzili nawet z rodzin o katarskich tradycjach6.
Na początku XIV wieku Filip IV miał więc sporo powodów, żeby znienawidzić templariuszy. Jego zawiść budziło też ich bogactwo, bo jemu stale brakowało pieniędzy. W 1291 roku rozkazał uwięzić wszystkich włoskich kupców i bankierów przebywających we Francji, konfiskując całą ich własność. W 1306 roku wygnał ze swego królestwa Żydów, również zabierając im wszystko, co mieli. W nieunikniony więc sposób jego uwagę przyciągnęli templariusze jako nowe źródło zysku.
Filip bał się ich jednak i nie był to strach bezpodstawny. Po utracie Ziemi Świętej zakon nie miał już żadnej stałej siedziby. Na pewien czas osiadł na Cyprze, lecz wyspa ta okazała się za mała dla jego wybujałych ambicji. Templariusze jawnie zazdrościli krzyżakom, innemu zakonowi rycerskiemu, który zdołał utworzyć samodzielne właściwie państwo nad Bałtykiem, a duże oddalenie ich siedziby od Rzymu sprawiło, że znaleźli się poza zasięgiem autorytaryzmu papieskiego. Templariusze także pragnęli stworzyć takie księstwo, lecz bliżej centrum Europy. Ich plany koncentrowały się na Langwedocji, wciąż jeszcze zrujnowanej po krucjacie przeciw albigensom7. Perspektywa bliskiego sąsiadowania z niezależnym samodzielnym i samowystarczalnym księstwem templariuszy spędzała francuskiemu władcy sen z powiek.
Filip miał pod dostatkiem pretekstów, a nawet całkiem uzasadnionych powodów, by opowiedzieć się przeciw templariuszom, czyniąc to w sposób, który jednocześnie zneutralizowałby zagrożenie z ich strony i pozwolił mu zawładnąć bogactwem zakonu. Rzecz jasna to, że papież był od niego zależny, przydawało mu się ogromnie, podobnie jak fakt, że wielki inkwizytor Francji Wilhelm z Paryża był jego osobistym spowiednikiem i bliskim przyjacielem. Okoliczności te ułatwiały zawiązanie spisku, pozwalały też Filipowi zachować pozory całkowicie legalnego działania.
Nieco wcześniej jednemu z jego ministrów polecono zebranie dowodów przeciw templariuszom, które powierzono później dominikanom w Corbeil. Z materiałów tych wynikało, że najwłaściwszym zarzutem przeciw zakonowi będzie herezja. Oskarżenie to zresztą nie było całkowicie bezpodstawne. W 1307 roku, 14 września, do urzędników królewskich w całej Francji wysłano listy nakazujące im uwięzić przed 13 października wszystkich templariuszy. Nakazano zamknąć ich pod ścisłą strażą w odosobnieniu, po czym doprowadzać każdego z osobna przed oblicze inkwizytora. Po odczytaniu formalnego aktu oskarżenia przyobiecywano im całkowite przebaczenie oraz ponowne przyjęcie na łono Kościoła, jeśli tylko przyznają się do winy. W razie odmowy templariusza należało jak najszybciej wydać królowi. W tym czasie cały majątek zakonu miał ulec konfiskacie i zinwentaryzowaniu.
Choć w istocie za tymi rozporządzeniami stał król, oficjalnie wydawali je inkwizytorzy. Filip mógł więc utrzymywać, że działa wyłącznie na żądanie inkwizycji i nie jest osobiście zaangażowany w sprawę. Wilhelm z Paryża, żeby jeszcze bardziej wszystko zagmatwać, wysłał napisane osobiście listy do swoich popleczników w królestwie, wyliczając w nich zbrodnie, o które oskarżano templariuszy, i załączając wskazówki, jak należy ich przesłuchiwać.
W ciągu następnych paru miesięcy inkwizytorzy całego kraju mieli pełne ręce roboty z indagowaniem templariuszy. Wielu zakonników zmarło już podczas tych przesłuchań - 36 w samym tylko Paryżu, 25 w Sens. Jednakże wielu z zatrzymanych we Francji templariuszy okazało się osobami młodymi i niedoświadczonymi lub też wiekowymi. Większość zdolnych do noszenia broni członków zakonu, najwyraźniej dzięki wcześniejszemu ostrzeżeniu, zdołała zbiec. Domniemanych zaś bogactw, które Filip tak bardzo pragnął zagarnąć, albo nigdy nie było, albo też zdążono je gdzieś bezpiecznie ukryć.
Następne siedem lat to okres nieustannych przesłuchań, tortur i egzekucji, znaczony procesami i odwoływanymi zeznaniami. Wreszcie w 1310 roku blisko 600 francuskich templariuszy zagroziło, że odwołają wszystko, do czego się wcześniej przyznali, i zaapelują do papieża, prosząc go o wzięcie zakonu w obronę. Inkwizycja spaliła 75 z nich jako heretyków, którzy powrócili do dawnych błędów. W końcu papież oficjalnie rozwiązał zakon, a 19 marca 1314 roku dwaj najwięksi dostojnicy templariuszy - wielki mistrz Jacques de Molay i jego bezpośredni zastępca Geoffroi de Charnay - spłonęli na stosie. Miejscem kaźni była jedna z wysp na Sekwanie.
Kilka lat przed tym ponurym epilogiem templariuszy prześladowano zajadle tam, gdzie inkwizycja miała najwięcej władzy - we Francji, Włoszech, a częściowo również w Austrii i Niemczech. Akcja przeciw zakonowi nie wszędzie przebiegała sprawnie. W Anglii na przykład, w której nigdy przedtem inkwizycja nie działała, do prześladowań nie doszło. Filip wystosował więc list do swego zięcia, świeżo wówczas koronowanego Edwarda II, nakłaniając go do podjęcia działań. Króla angielskiego tak jednak zaszokowało to żądanie, że sam z kolei napisał do władców Portugalii, Kastylii, Aragonii i Sycylii, nawołując do zignorowania ewentualnych nacisków Filipa, i prosząc, by "pozostali głusi na podszepty złych ludzi, którymi nie powoduje wcale słuszny gniew, lecz chciwość i zawiść"8.
Jednakże Filip tak nękał Edwarda, że ten wreszcie, w styczniu 1308 roku, przychylił się do jego żądań i nakazał aresztowanie templariuszy. Nie trzymano ich jednak pod strażą, pozwalano nosić świeckie stroje, mogli też swobodnie wchodzić i wychodzić z zamków, gdzie ich jakoby więziono.
Nie trzeba dodawać, że Filip nie był zachwycony tym stanem rzeczy. W połowie września 1309 roku, blisko dwa lata po pierwszych aresztowaniach we Francji, inkwizycja zawitała w końcu na angielską ziemię, wyłącznie w celu prześladowania templariuszy. Jej urzędników przyjęto chłodno, a jeszcze większego rozczarowania doznali, gdy Edward zabronił im torturowania, jedynego sposobu wymuszenia odpowiednich zeznań. Oburzeni, poskarżyli się francuskiemu królowi i papieżowi. Naciskany przez obu Edward w grudniu przystał, choć z niechęcią, na "ograniczone" stosowanie tortur, lecz strażnicy uwięzionych templariuszy wcale się do tego nie kwapili i inkwizytorzy zrozumieli, że znów ich okpiono. Próbowano znaleźć inne sposoby, na przykład morzenie templariuszy głodem lub przewiezienie ich do Francji, gdzie torturowaliby ich biegli w tych praktykach ludzie. Edward jednak zaciął się w uporze. Wreszcie w połowie 1310 roku, wskutek kolejnej interwencji papieża, bardzo niechętnie zgodził się na zastosowanie "niezbędnych" tortur.
W Anglii ostatecznie zatrzymano niespełna 100 templariuszy i tylko w trzech przypadkach zdołano z nich wydobyć przyznanie się do winy. Trzech winowajców, którzy sami się oskarżyli, nie spalono. Mieli jedynie wyrzec się publicznie "grzechów". Potem udzielono im absolucji oraz wydalono z klasztoru i - jak się zdaje - na tym zakończyły się prześladowania templariuszy w Anglii. Gdy zakon rozwiązano, jego członków rozmieszczono w rozmaitych klasztorach, zapewniając im pensję na utrzymanie. Jednocześnie wielu angielskich templariuszy, podobnie jak przedtem francuskich, uciekło do Szkocji9. Kraj ten był wówczas obłożony klątwą papieską, a jego król, Robert I Bruce, również został ekskomunikowany. W rezultacie papieskich rozporządzeń nikt nie rozpowszechniał i zbiegli rycerze znaleźli tam schronienie.
Atak na franciszkanów
Gdy inkwizycja rozpoczęła działania przeciw templariuszom, miała już doświadczenie w walce z innymi oficjalnymi instytucjami chrześcijańskimi. Przez większą część poprzedniego stulecia wiodła bowiem spór czy raczej zajadłą kłótnię z głównym konkurentem dominikanów w kwestii autorytetu i wpływów - franciszkanami.
Mężczyzna kanonizowany później pod imieniem Franciszka urodził się około 1181 roku jako syn zamożnego kupca bławatnego z Asyżu. O ile poglądy Dominika od początku ewaluowały w stronę fanatyzmu, o tyle Franciszek hołdował zupełnie innym, choć równie rozpowszechnionym wzorcom. Podobnie jak św. Augustyn, prowadził się bowiem za młodu raczej swobodnie. Nawet pełne czci relacje o jego życiu wspominają mimochodem, że czynił wszystko, co zazwyczaj robili ówcześni młodzieńcy, a słowo "rozwiązły" pojawia się w nich niejeden raz.
Do dwudziestego roku życia Franciszek pracował w rodzinnym kramie. W 1202 roku zaciągnął się do wojska i walczył w jednej z wojen, jakie Asyż prowadził z sąsiednimi miastami. Dostał się wtedy do niewoli i kilka miesięcy spędził w więzieniu. Jeśli wierzyć niektórym źródłom, zachorował wtedy ciężko. Na podstawie skąpych świadectw można się domyślać, że choroba ta stała się przyczyną gwałtownego kryzysu nerwowego i umysłowego albo też im towarzyszyła.
W każdym razie kiedy wrócił do Asyżu, z obrzydzeniem myślał o swoim wcześniejszym hulaszczym życiu. Pielgrzymował później do Rzymu i wtedy objawiła mu się radość ubóstwa. Po powrocie zaczął wieść ascetyczne, proste życie, wspierając żebraków. Usiłował też odnowić zaniedbany kościół. Środki na jego restaurację zdobył, przywłaszczając sobie część własności ojcowskiej i sprzedając ją razem z koniem, na którym przywiózł towary. Ojciec natychmiast go wydziedziczył.
To był jednak dopiero początek jego działalności. Nawrócił się rankiem pewnego dnia 1208 roku, słuchając tekstu biblijnego odczytywanego w jednym z kościołów w okolicach Asyżu. Słowa te uznał za osobiste wezwanie. Bezzwłocznie zzuł obuwie, odział się w skromny, ciemny strój i rozpoczął życie wędrownego kaznodziei. Gdy skupiło się wokół niego grono uczniów, sporządził regulamin dla organizującej się wspólnoty. Zgodnie z jednym z jego paragrafów "braciom nie wolno mieć żadnej własności, ani domu, ani placu. Winni żyć niby obcy przybysze albo pielgrzymi, utrzymując się tylko z jałmużny"10.
Franciszek i Dominik żyli w tym samym czasie. Gdy jednak Dominik marzył o potędze, Franciszek ją odrzucał. Dominik szukał wrogów, z którymi mógłby się zmagać, Franciszek - o wiele w tym bliższy tradycyjnej nauce chrześcijańskiej - wolał walczyć ze złem i pokusą tkwiącymi wewnątrz niego samego. Podobnie jak członkowie niektórych sekt heretyckich, starał się wzorować na trybie życia przypisywanym Jezusowi i pierwszym chrześcijanom. Gdyby urodził się na południu Francji albo gdyby dominikanów nie pochłaniało wtedy bez reszty prześladowanie katarów, najpewniej skazano by go jako heretyka. On i Dominik reprezentują dwa całkowicie sprzeczne, przeciwstawne, niemal schizofreniczne w swym rozdwojeniu aspekty średniowiecznego Kościoła.
W 1209 roku, kiedy krwawa krucjata przeciw albigensom osiągała punkt szczytowy, papież Innocenty III zaakceptował ustnie plan Franciszka i uznał jego zakon. Założyciel oraz jego uczniowie zwali siebie odtąd braćmi mniejszymi. Trzy lata późnej młoda kobieta szlachetnego rodu pochodząca z Asyżu, kanonizowana potem jako św. Klara, stała się założycielką klarysek, franciszkańskiego zakonu żeńskiego. Franciszek tymczasem krążył po Europie Wschodniej jako wędrowny kaznodzieja. Następnie wyruszył na krucjatę i w 1219 roku znalazł się w Egipcie, gdzie widział oblężenie oraz zdobycie portu Damietta w delcie Nilu.
Pierwsi franciszkanie byli tak ubodzy i obdarci, że nadgorliwi inkwizytorzy dominikańscy mylili ich niekiedy z katarami i waldensami. Wskutek jednego z takich nieporozumień pięciu z nich poniosło śmierć w Hiszpanii. Podobnie jak pierwsi dominikanie, również pierwsi franciszkanie ślubowali ubóstwo, rezygnowali też z własności osobistej, żyjąc wyłącznie z jałmużny. Inaczej jednak niż dominikanie, nie stronili od pracy fizycznej. Wyrzekali się natomiast pewnej satysfakcji, nieobcej ich rywalom. Wielu pierwszych wczesnych franciszkanów było ludźmi nieuczonymi, nie znało więc rozbudzenia intelektualnego i fascynacji nauką czy studiami teologicznymi. Dominikanie mogli zaspokajać sadystyczne czy też inne perwersyjne instynkty, prześladując heretyków; franciszkanie wyrzekali się tego całkowicie.
Nic więc dziwnego, że dyscyplina franciszkanów wydawała się wielu ich członkom lub ewentualnym postulantom zbyt ciężka. Jeszcze przed śmiercią Franciszka w 1226 roku założony przez niego zakon zaczął się przeobrażać. Gdy Franciszek przebywał w Europie Wschodniej i Egipcie, jego zastępca na stanowisku generała zaczął prowadzić zręczną politykę, rozszerzając wpływy swego zgromadzenia i łagodząc rygoryzm reguły. Franciszkanie co prawda pracowali nadal fizycznie, wygłaszali kazania, prowadzili szpitale i pielęgnowali trędowatych, lecz zaczęli też gromadzić bogactwa. Wedle słów jednego z historyków: "w miarę jak rosła popularność zakonu, nie mógł on już odrzucać napływającego zewsząd bogactwa. Dzięki pomysłowej dialektyce zdołano pogodzić jego zamożność z całkowitym odrzuceniem własności nakazywanym przez regułę"11.
Kiedy Franciszek wrócił ze swoich wędrówek, nie uczynił nic, by odzyskać pozycję generała zakonu. Nie interesował się jego polityką, organizacją czy hierarchią i nadal wiódł proste, swobodne życie, a jego zakon, choć czcił go jak ojca, zaczął rozwijać się pod innymi auspicjami. W 1221 roku, na pięć lat przed śmiercią Franciszka, kiedy po raz pierwszy zebrała się kapituła generalna, zgromadzenie liczyło 3000 braci, w tym jednego kardynała i wielu biskupów. W 1256 roku miało już w samej tylko Anglii 45 klasztorów z 1242 braćmi. Pod koniec XIII wieku jednym z nich był słynny Roger Bacon.
Pół wieku po śmierci Franciszka utworzony przez niego zakon zapewniał równie wygodne życie i stał się tak samo zasobny, jak inne duchowne instytucje, zaczął też na swój sposób ulegać negatywnym skutkom posiadania władzy, co nieuchronnie wiodło do zepsucia. W 1257 roku generałem zakonu wybrano późniejszego św. Bonawenturę. Jedną z jego pierwszych inicjatyw było rozesłanie do wszystkich prowincjałów listu potępiającego zbytnią światowość i chciwość, psujące reputację franciszkańską. Bracia, jak skarżył się Bonawentura, poczęli grzęznąć w gnuśności i występkach, pozwalali sobie na haniebne ekscesy, zbudowali pyszne pałace, przyjmowali zbyt hojne legaty i pobierali wysokie opłaty za pogrzeby. Dziesięć lat później sytuacja wyglądała podobnie i Bonawentura ponowił swoje napomnienia, tym razem w ostrzejszym tonie: "Podłym świeckim łgarstwem są zapewnienia o całkowitym ubóstwie, skoro nie przestrzega się braku własności, jak też żebranie wzorem żebraków i zarazem tarzanie się w bogactwie"12.
Pod koniec XIII wieku franciszkanie nie tylko ulegli zepsuciu, doszło też do rozłamu w łonie zakonu. Wielu jego członków, tak zwanych mistyków lub spirytuałów, czyli franciszkańskich purystów, usiłowało dochować wiary ideom jego założyciela. Ta bezkompromisowość, czemu trudno się dziwić, doprowadziła wkrótce do konfliktu z kierowaną przez dominikanów inkwizycją i wielu z purystów zarzucono herezję. Na przykład w 1284 roku oskarżono o nią Piotra Jana Olivi, przywódcę spirytuałów z Langwedocji, i choć później go uniewinniono, zabroniono jednak rozpowszechniania jego pism.
Na początku XIV wieku konflikt między franciszkańskimi radykałami a głównym prądem ich zakonu, jak też dominikańskimi inkwizytorami i papieżem przybrał na sile. W 1317 roku papież Jan XXII opowiedział się definitywnie przeciw purystom i pod groźbą ekskomuniki nakazał, by podporządkowali się autorytetowi jego i zakonu. Wielu odmówiło, stając się schizmatykami zwanymi traticelli (braciszkami). W 1318 roku inkwizycja spaliła czterech z nich jako heretyków.
W 1322 roku franciszkańska kapituła generalna wydała korzystną dla nich rezolucję. Według niej Jezus i jego uczniowie byli ubodzy, wyzuci z własności i wrodzy światowości, ustanawiając więc idealny wzorzec cnót chrześcijańskich. Orzeczenie to było jawnym wyzwaniem rzuconym inkwizycji, która w tym samym czasie siliła się, by usprawiedliwić zamożność Kościoła. Na reakcję nie czekano długo. Już rok później papież uznał rezolucję za heretycką. Ogół franciszkanów osądził, że im to uwłacza, wielu z nich zarzuciło w odwecie herezję papieżowi, wielu dołączyło do fraticelli. Tarcia wzmagały się, bo generał zakonu też przystał do schizmatyków. Przez następne dwa stulecia między inkwizycją a franciszkanami zarówno ich głównym prądem, jak i schizmatykami, panowała wrogość. Jeszcze w latach 20. XVI wieku spirytuałów sądzono i skazywano za herezję.
Wrogość między franciszkanami a dominikanami przybierała czasem nieoczekiwaną formę wręcz nieograniczonego, naiwnego i biorącego wszystko dosłownie dogmatyzmu. Na przykład w 1351 roku pewien wysokiej rangi franciszkanin z Barcelony począł adorować krew wylaną przez Jezusa tuż przed ukrzyżowaniem i podczas niego. Jego zdaniem utraciła ona boski charakter, oddzielona od ciała Jezusowego. Nie poszła też wraz z nim do nieba, tylko wsiąknęła w ziemię.
Jak zauważa pewien historyk, była to koncepcja wielce oryginalna, lecz trudna do udowodnienia13. Twierdzeniami tymi poczuł się jednak zaniepokojony Nicolás Roselli, dominikański inkwizytor Barcelony, który skądinąd franciszkanów nie lubił, a teraz uznał, iż zyskał nowy powód do skarg. Wysłał więc do papieża list z dokładnym wyłuszczeniem całej kwestii.
Papieża również ona zaniepokoiła. Pospiesznie zwołał naradę teologów, by rozpatrzyć problem utraconej krwi Chrystusowej. Teolodzy podzielili zgorszenie ojca Rosellego i papieża. Twierdzenia barcelońskiego franciszkanina oficjalnie potępiono. Wszystkim inkwizytorom wydano też polecenie, by w przyszłości aresztowali każdego głosiciela tak skandalicznych przekonań. Franciszkanina, od którego wszystko się zaczęło, publicznie wezwano do odwołania ich.
Sprawa się na tym nie skończyła. Zaatakowani franciszkanie, choć zabroniono im wszelkich jawnych dysput nad tym dylematem, nadal go roztrząsali, tyle że prywatnie. Jak mówi pewien komentator: "Franciszkanie dowodzili, argumentując z drażniącą rzeczowością, że można wierzyć w pozostanie na ziemi krwi Chrystusa, bo przecież Jego odcięty przy obrzezaniu napletek przechowywany jest w kościele na Lateranie, gdzie sam papież wraz z kardynałami oddaje mu cześć jako relikwii, a krew i wodę, które wypłynęły z Jego ciała podczas ukrzyżowania, pokazuje się wiernym w Mantui, Brugii i wielu innych miejscach"14.
Przez większą część następnego stulecia nad kwestią tą głowiono się po cichu, póki w 1448 roku franciszkański profesor uniwersytetu paryskiego nie uczynił jej przedmiotem dyskusji tamtejszego fakultetu teologii. Utworzona wtedy komisja teologów miała ponownie rozpatrzyć sporny problem. Zajęło im to ładne kilka lat, aż wreszcie uroczyście orzekli, iż wiara we franciszkańską tezę nie sprzeciwia się naukom Kościoła i że krew wylana przed śmiercią przez Jezusa istotnie pozostała na ziemi.
Uradowani zwycięstwem w ich własnej wojnie stuletniej, franciszkanie dali się ponieść fali triumfalizmu i przebrali miarę. W 1462 roku pewien znany franciszkanin podczas kazania w Brescii jawnie podzielił przekonania swego poprzednika. Miejscowy inkwizytor, dominikanin, tłumiąc gniew, napisał do niego uprzejmy, choć pełen niedowierzania list. "To nieprawdopodobne - dowodził - by mogły paść podobne słowa. Czy adresat nie zechciałby udzielić wyjaśnień? Pewnie w otrzymanych przez inkwizycję doniesieniach coś przekręcono?" Gdy zaś franciszkanin, w tonie równie uprzejmym, odpisał, że nie, natychmiast otrzymał nakaz stawienia się na drugi dzień przed obliczem inkwizytora.
W całą sprawę wtrącił się wówczas miejscowy biskup, przerażony perspektywą ponownego wybuchu publicznej kłótni pomiędzy dominikanami a franciszkanami. Udało mu się doprowadzić do wycofania nakazu, lecz pod warunkiem że na kwestię tę zwróci się uwagę samemu papieżowi. A tymczasem dominikanie całego świata chrześcijańskiego pomstowali na franciszkańską "herezję". Kontrowersja, mniej lub bardziej dyskretnie wyciszana przez większą część wieku, wybuchła teraz w dramatyczny sposób na oczach osłupiałego i zarazem ubawionego audytorium.
Papież, nie chcąc zrazić sobie żadnego z zakonów, pospiesznie zwołał kolejną naradę w celu zbadania coraz bardziej kłopotliwego problemu. Miał zapewne nadzieję, że biurokratyczna zwłoka i ociężałość aparatu administracyjnego pozwolą stłumić konflikt. Tymczasem, ku jego zaskoczeniu, wzbudził on polemiki jeszcze bardziej zawzięte niż poprzednio.
Każda ze stron wyłoniła spośród siebie po trzech najuczeńszych mężów i przez trzy dni, w obecności papieża, jak też kolegium kardynalskiego, spierali się oni ze sobą z taką zajadłością, iż mimo zimowych chłodów spływali potem15.
Jednak żadna ze stron nie potrafiła znaleźć w Nowym Testamencie jednoznacznego odniesienia do przedmiotu dysputy, której w rezultacie nie rozstrzygnięto. I spór między dominikanami a franciszkanami toczył się nadal.
W rok później, na początku sierpnia 1464 roku, zdesperowany papież dał wyraz irytacji nielicującej zgoła z jego pozycją, ogłaszając bullę. Zgodnie z nią wszelkich roztrząsań niefortunnego zagadnienia zakazywano aż do czasu ostatecznego werdyktu Stolicy Apostolskiej. Jak się okazało, zabrakło sposobności do jego ogłoszenia, gdyż papież w osiem dni później zmarł. Komisja kardynałów nie potrafiła zaś dojść do zgody, a nowy papież odroczył jej obrady na czas nieokreślony. O ile wiadomo autorom tej książki, problem, czy krew Jezusa znalazła się w niebie, czy też nie, do dzisiaj nie doczekał się rozstrzygnięcia i nadal ciąży nad papiestwem.
Koniec wersji demonstracyjnej.