Informatyk - klik kłamstwa, klik grozy. Część 2. Konrad - Iwe Hulkon

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (29,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WRZESIEŃ 1993

Nad dachami domostw zalegała aksamitna ciemność, nawet liczne gwiazdy na wypogodzonym niebie nie oświetlały asfaltowej drogi przez wieś; brakowało blasku ukrytego w nowiu księżyca, a ulicznych lamp nigdy tu nie było.

Norbert Maślak wracał z drugiej zmiany z fabryczki plastikowych doniczek i aby dotrzeć do swojego mieszkania, musiał pokonać całą długość wioski. Nie śpieszył się, nigdy się nie śpieszył do gderliwej żony i dwójki rozwrzeszczanych dzieciaków, po drodze zahaczył o przydrożny bar, czynny dopóki goście zasiadali, i w towarzystwie miejscowych smakoszy wypił dwa piwa, zaprawiane setką wódki. W rozchełstanej kurtce, z rękami w kieszeniach wlókł się wzdłuż jezdni, potykając się o przydrożne kamienie, nie czując nawet zimnej aury – pogodna noc zapowiadała jesienny przymrozek.

Zbliżała się północ, gdy dotarł do wiejskiego osiedla mieszkaniowego, na które składały się raptem dwa kilkupiętrowe bloki, oddzielone boiskiem sportowym od reszty wsi i tylko na parkingu przed nimi ustawiono dwie latarnie uliczne, oświetlające różnej marki motory i kilka samochodów.

Przechodząc obok nich, zauważył otwarte drzwiczki fiata 126p swojego sąsiada, ucieszył się, bo czasem wspólnie wypijali piwko. Podszedł tam, lecz samochód był pusty. Przymknął drzwi i rozejrzał się, wokół nie było żywego ducha. Wtem "maluch" zagrał ostrym dźwiękiem uruchomionego silnika – Norbertem targnęło, teraz zauważył otwartą tylną klapę auta, zrobił krok w tym kierunku, gdy nagle jak spod ziemi wyrosła przed nim niewielka postać. Nie zdążył o nic zapytać, dostał kopniaka w okolicę żołądka, zwinął się, cofnął o krok, jednocześnie nagła złość wypełniła jego trzewia. Prostując sylwetkę, sięgnął do ramienia osobnika, lecz zanim go dotknął, dostał cios w przedramię tak silny, że odwróciło go bokiem do napastnika, a rękę odrzuciło gdzieś poza plecy. Następne kopnięcie powaliło go na ziemię, cudem uniknął uderzenia głową o beton. Upadł na prawą rękę, pozostawiając ją pod plecami, poczuł ból w barku, a mimo to chciał się zerwać, i w tym momencie ciemna postać wskoczyła na niego niczym zwinny kot – stopa w czarnym bucie stanęła na przegubie jego lewej dłoni, przyszpilając rękę do podłoża, czubek zaś drugiego buta kopnął go leciutko w brodę, przytrzaskując język pomiędzy zębami. A za sekundę stało się to najgorsze – but zsunął się na jego szyję i lekko przycisnął krtań.

– To twoje auto?

Głos był miękki, łagodny, nie należał do dorosłego mężczyzny, a cała postać nad nim tkwiła wyprostowana, z lekko ugiętymi rękami w łokciach. Spod czarnego kaptura patrzyły w niego ciemne, błyszczące w półmroku oczy.

– Nie... – wychrypiał przerażony.

– To leż tu cicho, dopóki nie odjadę, a nawet pięć minut dłużej, wtedy nic złego ci się nie stanie.

Nie odpowiedział, patrzył w górę w jasną twarz z nadzieją, że osobnik nie zechce tupnąć i zmiażdżyć mu krtani.

– Zrozumiałeś? – Odwrócił stopę i noskiem buta trącił podbródek Norberta.

– Tak...

Drobna postać w dziwaczny sposób uwolniła go od ciężaru, zeskakując jednocześnie obiema nogami i zaraz usłyszał trzaśnięcie drzwiczek, po czym maluch zwiększył obroty silnika, ale nie zawył przy starcie. Jeszcze przez chwilę słyszał pomruk oddalającego się auta. Podniósł się z ziemi, usiadł, pomasował przyciśniętą wcześniej rękę, a później szyję. Był oszołomiony. Nie należał do mięczaków, o czym nieraz przekonała się jego żona, a jednak to zdarzenie zaskoczyło go, wytrąciło z równowagi.

Wstał, otrzepał spodnie i pobiegł do sąsiada na pierwsze piętro budynku.

– Ukradli ci samochód! – oświadczył zaspanemu mężczyźnie.

Komisariat we Wrzecinie zamykano na noc na wszystkie spusty, jednak gdy kilka pięści waliło w jego drzwi, oficer dyżurny wyszedł ospale zza wysokiego kontuaru i otworzył podwoje. Wewnątrz było jeszcze dwóch policjantów, jeden z nich przyjął zgłoszenie o kradzieży fiata 126p.

– Jak wyglądał złodziej? – dopytywali na przemian Norberta Maślaka, który sprawiał wrażenie nieobecnego duchem.

– No... wyższy ode mnie, potężniejszy, miał niesamowitego kopa... – Znowu pomasował sobie grdykę.

– Jak wyglądał?! Miał wąsy, brodę?

– Nie wiem, było ciemno, a on skrywał twarz pod kapturem – kłamał. Wstydził się przyznać, że w ułamku sekundy pokonała go drobna postać o twarzy anioła.

Nad miasteczkiem Kiercz, leżącym o sto kilometrów na południe od Wrzecina, wstawał blady jesienny świt. Kapitan Mirosław Zygiel spojrzał na zegarek. Był kwadrans po szóstej, gdy na parking przed blokiem numer 2 przy ulicy Kasztanowej wtoczyła się wolno laweta. Kapitan wysiadł ze służbowego volkswagena golfa i ręką wskazał całkowicie spalone cinquecento pod czarnymi kikutami kasztanowca. Na pierwszy rzut oka było widać, że drzewo spłonęło wraz z samochodem.

Kierowca ustawił lawetę tyłem do wraku, a z szoferki wyskoczył porucznik Arkadiusz Potempa i ze zwojem lin w dłoni podszedł zamaszystym krokiem do auta. Wciągnięcie wraku nie było proste – strawiony ogniem samochód nie miał ogumienia i gubił części karoserii. W końcu opasano je linami i zapięto do wciągarki.

Kapitan Zygiel zbierał z bruku lusterka wsteczne, wycieraczki szyb, tablice rejestracyjne, i w tym momencie spod jednej z nich wypadła metalowa pinezka. Pochylił się, wziął ją w palce i ułożył na dłoni. Nie miał wątpliwości, co to jest. Przez moment ważył krążek, spoglądając na osmalone cegły nad wybitymi szybami w oknach na parterze budynku, po czym schował go do kieszeni. Nie miał pojęcia, w co wmieszała się Lalka, wszak była na etapie pobierania nauk w Agencji Techniki Operacyjnej i Wywiadu, i nikt nie wiedział, co szefostwo zamierzało z nią uczynić w przyszłości, więc, do cholery, cóż mogło się stać?! Dlaczego spłonęło jej mieszkanie i samochód, a ona zniknęła bez śladu?

Laweta odjechała, uwożąc smętną stertę złomu, a kapitan wraz z porucznikiem nadal przyglądali się scenerii, gdzie przed dwoma dniami rozegrała się tragedia.

– Rozumiesz coś z tego? – Pierwszy odezwał się Arkadiusz Potempa. Był w dwójnasób wstrząśnięty, gdyż Lalka od początku poruszyła jego zmysły. – Bo ja nic...

– Powiedz, Arek, śledziliście ją?

– Nie, nic o tym nie wiem.

– Latem pytała mnie, czy ją podsłuchujemy, jakby miała jakieś podejrzenia.

– I?

– Co "i"?! – obruszył się. – Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie, a jednak ktoś podłożył lokalizator pod tablicę rejestracyjną w jej samochodzie. – Wydobył pinezkę i pokazał ją porucznikowi.

Arkadiusz zmarszczył brwi.

– Hm... należałoby docisnąć tego psa z komendy policji, który dopytywał ją o agenta.

– On siedzi na tymczasówce i nie sądzę, aby informacja o jej mobilności była mu do czegokolwiek potrzebna. Myślę o kimś innym. – Spojrzał badawczo w twarz porucznika.

– Szef? – zapytał Arkadiusz z nutą niepewności w głosie.

– Uhm, on jeden nie był dla niej sympatyczny i nikt nie wie, o co ją ciągle podejrzewał. Myślę, że to on ją śledził.

– Schowaj to i nikomu o tym nie mów, jeszcze pomyślą, że to major zlecił cały ten bajzel.

– A jesteś pewny, że nie on? Jest mistrzem mistyfikacji!

– Wiesz, czego jestem pewien? Zaczęła się sobota, a od środy nie ma śladu po Gabrysi. I wbrew opinii kapitana Koska, powinniśmy powiadomić majora o tym, co się tutaj stało!

– Dzwoń do niego, jeśli chcesz, ja tego nie zrobię. – Podrzucił krążek, złapał go w powietrzu i schował do kieszeni. Nie lubił się wychylać, czasem to mogło być jak sikanie pod wiatr.

ROZDZIAŁ IŚciśle tajne reguły gry

Grupa mężczyzn niespokojnie kręciła się na wybrukowanym podjeździe niewielkiej posesji w mazurskim przysiółku Kurki. Swąd pogorzeliska utrudniał oddychanie, a mimo to w napięciu obserwowali pracę miejscowych strażaków, próbujących oddzielać rzeczy całkowicie spalone od tych, które jakimś cudem ocalały z płomieni. Było ich niewiele: mała maszyna do pisania firmy Remington, metalowe naczynia kuchenne, kilka karniszy znad okien i łyżwy pod spalonymi butami. Pośród nich srebrna kasetka na biżuterię z misternie grawerowanymi liśćmi winogrona, cała w okopconej powłoce.

Major Konrad Maj, dyrektor Agencji Techniki Operacyjnej i Wywiadu, urządzonej przed laty jako ośrodek zamiejscowy w Kierczu, odebrał ją z rąk dowodzącego akcją laboranta agencji Antoniego Ruszyca i zajrzał do środka: złoty pierścionek z dużym migotliwym oczkiem, kolczyki w kształcie długich łez i krótki łańcuszek z zawieszką krzyżyka, również ze złota. Antoni wziął do ręki pierścionek, przyjrzał mu się dokładnie.

– Nazywają go piaskiem pustyni. – Pogładził palcem wypukłe oczko.

Pozostali agenci również spojrzeli na cacko, osadzone na złotej obrączce o małym przekroju. Pogrążeni we własnych myślach milczeli, bo właśnie powrócili z obchodu niewielkiego wzgórza, od szczytu po wąską rzekę w dole, gdzie sprawdzali, czy aby skoszona łąka nie była świeżo przekopana. Nikt nie odważył się nazwać głośno tej czynności poszukiwaniem ewentualnego grobu Gabrieli. To było nie do przyjęcia. Dotychczas nie wiedzieli, że ich agencyjna "lalka" miała tutaj dom, niektórzy znali tylko adres jej mieszkania w Kierczu, małej miejscowości, oddalonej o osiemdziesiąt kilometrów od Warszawy, które również strawiła pożoga.

Prokurator Igor Szarski, który był tutaj incognito, odebrał kasetkę z rąk majora. Konrad poprosił go, aby okiem człowieka niezaangażowanego, a znającego się na rzeczy, popatrzył na obraz zniszczeń.

– Opinie są podzielone – mówił do Igora w samochodzie, gdy w pierwszej kolejności pojechali do spalonego mieszkania przy ulicy Kasztanowej 2 w Kierczu. – Jedni są zdania, że sama podpaliła cały swój dobytek i uciekła, inni, że ktoś dokonał swoistej wendety i nie wiadomo, co się z nią stało.

– Kto twierdzi, że zrobiła to sama? – dopytywał Szarski.

– Jej bezpośredni przełożony, a mój podwładny. Ostatnio miało miejsce niepokojące wydarzenie, Gabriela zagubiła ważny notes z tajną liczbą. Pomimo krótkiego stażu w agencji pozwoliłem jej pracować nad nieskomplikowanym zadaniem, podczas którego używała zeszytu, a po zakończeniu misji notatnik zaginął. Gabriela uparcie trwała przy wersji o jego kradzieży z jej szafy, naczelnik zaś, odpowiedzialny za notatnik, jest przekonany, że zrobiła to celowo, na przykład sprzedała go dziennikarzowi. Nie muszę ci mówić, jakie informacje zawierał notes.

– Co ty sądzisz?

Major Konrad Maj pokręcił głową, był rozdarty.

O podpaleniu mieszkania Gabrieli Domaniewskiej, zatrudnionej w jego agencji (a w zasadzie pobierającej nauki szpiegowskiego rzemiosła od marca tego roku, czyli raptem od sześciu miesięcy), dowiedział się w niedzielę rano, gdy był jeszcze w łóżku nowojorskiego hotelu z Amerykanką Harriet Smith, biegłą informatyczką i jego okazyjną kochanką, gdy los pozwolił im się spotkać w jakimś punkcie kuli ziemskiej. Długo spali po nocy pełnej igraszek, nowości, jakie ona mu serwowała, od lat pozostając jego erotyczną muzą, a obecne rendez-vous zawdzięczał służbowej misji, celowanej na uzyskanie pozwolenia na podłączenie komputerów do światowej sieci Internetu.

Odebrał telefon z ramieniem pod jej głową, a usłyszawszy słowa zdenerwowanego porucznika Arkadiusza Potempy: "Przepraszam szefie, dzwonię, bo kapitan Kosek okłamuje pana...", wstał z łóżka, otrząsnął się na dobre ze snu.

Już sam fakt, że zadzwonił do niego Potempa, pierwszy po Konradzie informatyk agencji, i odważył się rzucić oskarżenie na jego zastępcę kapitana Ryszarda Koska, naczelnika Wydziału Obserwacji Wywiadowczej, zakrawał na niesubordynację.

– Dlaczego miałby kłamać? – Nalał wody do szklanki, upił łyk.

– Tutaj jest piekło! Podobno pułkownik AL zabronił Koskowi niepokoić pana, a my uważamy, że powinien pan wiedzieć.

– Co powinienem wiedzieć, mówże wreszcie! – Ogarnęło go zniecierpliwienie. Agencja, której szefował od siedemnastu lat, nie była tylko jego miejscem zatrudnienia, traktował ją jak własne dziecko. To on ją stworzył, wciąż rozwijał i dostosowywał do potrzeb gnającego rozwoju techniki.

– Kapitan nie dał Lalce wolnego, jak utrzymuje, ktoś podpalił jej mieszkanie, a ona zniknęła.

Od razu pomyślał o mazurskim domku Gabrieli w Kurkach pod Nidzicą, o którym wiedział tylko on. Pewnie zaszyła się tam.

– Jak to: ktoś?

– No właśnie, podobna historia jak z bombą pod pana samochodem. Nikt nic nie wie. Praca się nie klei, jesteśmy w szoku, niechże pan wraca. Z Koskiem jeszcze nikt się nie dogadał.

– Wracam we wtorek, w Polsce będzie środa, dam ci znać, przyjedziesz po mnie na lotnisko.

Wówczas nie wiedział, co o tym sądzić, podejrzewał, że Gabriela pokłóciła się z naczelnikiem Ryszardem Koskiem o notatnik. W ostatni wieczór przed wyjazdem był u niej, jednak pożegnanie wypadło żałośnie, ona posądzała naczelnika o kradzież notesu, a gdy próbował wykazać bezsens jej logiki, swój gniew skierowała przeciwko niemu; dowiedział się, że przychodził do niej tylko po seks.

Nie dopytał Arkadiusza o szczegóły, co jej podpalili? Drzwi do mieszkania? Może miejscowi chuligani? Sprawdził lokalizację samochodu Gabrieli w swojej radiolokacji, poprzez którą śledził jej mobilność, ale punkcik z numerem jeden zniknął. Złożył to na karb odległości, w końcu jest za oceanem i nie jest to czas przeznaczony dla Gabrieli. Patrzył na kasztanową głowę Harriet, jej pełne piersi, widoczne spod odchylonej kołdry. A jednak Arkadiusz zasiał w nim niepokój. W połączeniu z nieodebranymi od Gabrieli telefonami, gdy był w samolocie, i wielokrotnymi bezskutecznymi próbami oddzwonienia do niej, nieokreślony lęk zajął część jego umysłu. Dlaczego Kosek miałby go okłamywać, mówiąc, że dał Gabrieli kilka dni wolnego? "Z pewnością jest w Kurkach" – uspokajał własne sumienie, układając się na powrót przy Harriet, zagarniając jej ciepłe, nienasycone ciało.

Tego dnia przywitali w hotelu doktora Davida Hentona, przyleciał z Denver wprost na niedzielny lunch. Harriet postarała się o niewielką medialną salkę, w której Konrad mógł zaprezentować doktorowi nauk ścisłych swój pomysł na rozwiązanie problemu technicznego w sondach wysyłanych w kosmos przez NASA.

Henton zwrócił się z tym zagadnieniem do niego poprzez Harriet, gdy ta się pochwaliła znajomością ze zdolnym inżynierem z Europy. Nie zdradziła jego tożsamości i Konrad też jej nie zdradził, zabawił się rozwiązaniem problemu, wcale nie mając pewności, czy trafił w dziesiątkę. Lubił wyzwania. A poza tym był to początek jego planu B – próby nawiązania kontaktu z naukowcami z NASA, później zakończenie dwudziestotrzyletniej służby dla polskiego wywiadu i przeniesienie się z Gabrielą do USA, może do Kanady; ucieczka przed chorą żoną, z którą nie mógł się rozwieść.

Na elektronicznej tablicy wyświetlali kolejno schematy, dyskutowali nad skutkami ewentualnych połączeń, sprawdzali wyliczenia. Twarz Davida Hentona coraz bardziej rozjaśniała się, a Harriet, pomimo swojego informatycznego geniuszu, popadała w nudę.

Dotrwała do kolacji. Siedzieli we trójkę przy stoliku, ona w błyszczącej zielonej sukience, którą przed wyjściem dopinał jej Konrad, po prawej ręce on, w popielatym garniturze i o ton ciemniejszej koszuli, świeży, pachnący i przystojny, z falą jasnych, zaczesanych do góry włosów i z bystrym, przejmującym spojrzeniem szarych oczu. Po lewej zaś zasiadał David, którego Harriet znała od kilku lat i wiedziała, że do elegantów nie należy. Do kolacji włożył sztruksową beżową marynarkę, i chociaż była mocno znoszona, i tak ładnie kontrastowała z jego ciemnymi włosami.

Po posiłku delektowali się winem, mężczyźni powrócili do swojego technicznego tematu, a Harriet zabrała klucz ze stolika.

– Jestem zmęczona. – Kolejno obdarzyła ich uśmiechem i odeszła.

– Jeżeli twoje rozwiązanie się sprawdzi, ile sobie za to życzysz? – Ciemne oczy Hentona sondowały twarz Konrada.

– Mam jedno życzenie: chciałbym z wami pracować. – Dostrzegł zaskoczenie Davida. – Oczywiście, nie od zaraz. – Nie chciał składać pochopnych deklaracji. – Powiedzmy... w przyszłym roku.

– Nie wiem, kim jesteś...

– Jeśli moje rozwiązanie sprawdzi się i zechcecie mnie zaprosić do współpracy, wówczas się przedstawię. Gdybyś jednak wziął projekt na siebie i chciał mi tylko zapłacić, proszę. – Wydobył z kieszonki marynarki kartonik z wydrukowanym numerem konta bankowego. – Nie będę sprawdzał, jaką to miało wartość.

David Henton popatrzył na wydruk.

– Bank w Szwajcarii? Mówisz jak Anglik! – Schował kartonik, nieświadomy, że ma przed sobą nie tylko genialnego matematyka, ale też poliglotę.

Konrad uśmiechnął się:

– Kontakt przez Harriet, dobrze?

– Oczywiście. Przedstawię twoją propozycję naszemu zespołowi. Nie mogą się doczekać efektu zainstalowania twojego pomysłu.

Podali sobie dłonie.

– Do śniadania. – Odeszli od stolika, lecz David zatrzymał się z wyrazem zakłopotania na twarzy. – Twój klucz. – Pokazał palcem na stolik.

Konrad zawahał się, był pewien, że klucz do jego pokoju zabrała Harriet. Jednak wrócił, spojrzał na numer i poczuł się jakby dostał siarczysty policzek. Podczas jazdy windą musiał usilnie nadrabiać miną, aby nie okazać swojej porażki.

W pokoju były jej rzeczy; do tej pory nikt nie zrobił mu takiego numeru. W ubraniu rzucił się na łóżko. Nie to, żeby był o nią zazdrosny, nie była jego kobietą, to żądna seksu mężatka, uprawiająca go z wieloma mężczyznami. Wiedział o tym, a jednak czuł się podle, jakby zakwestionowała jego męskość, znudziła się nim. Po prostu ugryzła ego Konrada. W środku nocy myślał już tylko o Gabrieli, wyliczył, że w Polsce jest poniedziałkowy ranek i gdyby jednak była w agencji, jej telefon powinien zadziałać, bo w mieszkaniu i w mazurskim domu nie miała zasięgu, Polska wciąż była niszą telefonii komórkowej, bez dobrze rozbudowanej sieci przekaźników.

Nie musiał z nią rozmawiać, chciał tylko usłyszeć jej ciepły głos. Nagle przestał mu się podobać amerykański luz Harriet, jej nadmierna swoboda obyczajów, wolał zawstydzoną twarz Gabrysi i jej opuszczony wzrok. Zadzwonił, jeżeli będzie sama w pokoju, powie, że ją kocha.

Telefon Gabrieli milczał, nie było żadnego sygnału.

Spotkali się we trójkę przy śniadaniu, rozmawiali swobodnie, jakby się nic nie stało. Przy recepcji pożegnali doktora Hentona – Konrad uściskiem dłoni, Harriet pocałunkiem w policzek.

Wrócili do hotelowego pokoju, Harriet była w tej samej sukience, co wczoraj na kolacji.

– Przebiorę się – oznajmiła pogodnym głosem, zabierając z szafy spodnie i fioletową bawełnianą bluzkę. – Mamy dzisiaj wolny dzień, co będziemy robić? Na co masz ochotę?

– Odwiozę cię na lotnisko – powiedział zdecydowanie – a ja wrócę do naszej ambasady.

Zatrzymała się w pół kroku, spojrzała na niego badawczo.

– Jesteś zazdrosny? Masz o to pretensje? Obiecałam mu tę noc. Inaczej nie wiem, czy zechciałby przylecieć tutaj.

– Och! Bardzo przepraszam, naprawdę się poświęciłaś! W podziękowaniu odwiozę cię na lotnisko. – Patrzył w migdałowe oczy Harriet, już go nie pociągała, nawet nie wiedział, czy jest na nią zły, po prostu jej nie chciał. Biorąc do ręki bagaż, uśmiechnął się nieznacznie. – Nie mam żalu do ciebie, znalazłaś się w trudnej sytuacji, dwóch kochanków w jednym miejscu i którego wybrać? Jednak mogłaś mi o tym powiedzieć. Zrozumiałbym.

W oczekiwaniu na jej lot do San Diego pili kawę w lotniskowej kawiarni.

– David mówił mi, że chcesz przenieść się do USA. Z rodziną?

– Jeszcze nie zdecydowałem, a jeżeli tak, to z dziewczyną – powiedział twardo. – Zabiorę dziewczynę, którą mi wywróżyłaś w Kopenhadze. I córkę.

Oczy Harriet rozbłysnęły ciekawością:

– Naprawdę? Zakochałeś się? Jaka ona jest?

Gdyby go nie oszukała w tak perfidny sposób, pewnie nie powiedziałby o tym, nigdy nie mówił swoim kochankom o innych kobietach. Teraz chciał jej dokuczyć, niech się nie czuje taką gwiazdą.

– Zupełnie inna niż ty. Ładna i zgrabna, o długich blond włosach i ma śliczną buzię. Nazywają ją Lalką.

– Ale jaka jest? – wręcz zapaliła się, udając, że opis tak bajkowej postaci w ustach mężczyzny nie poruszył jej, nie dotknął. – Pewnie skromna i wrażliwa, zgadza się? – A widząc jego uniesione w zdziwieniu brwi, ciągnęła: – Ja wiedziałam, że tylko taka dziewczyna usidli cię w końcu, bo ty szukałeś straconej miłości, o której opowiadałeś mi w Kopenhadze.

– Nieprawda, może mają jakieś wspólne cechy, ale z tamtą nie sypiałem... I miałaś rację, seks połączony z miłością smakuje zupełnie inaczej. – Uśmiechnął się jakoś złośliwie.

– Tylko nie przesadź, mógłbyś ją zrazić do siebie. Nie wszystkie kobiety są tak otwarte na seks jak ja. – Powiedziała to z nutką nostalgii, a w jej oczach dostrzegł błysk zazdrości, więc zemsta się udała.

Teraz stał nad spaloną ruiną domu Gabrieli i nie wiedział, co jest prawdą. Do jej mieszkania pojechał z Arkadiuszem prosto z lotniska. Potempa przygotował go: "To nie są podpalone drzwi", a to, co zobaczył, napełniło go grozą – mieszkanie było doszczętnie spalone, czarne, śmierdzące, z resztkami zwęglonych, zalanych wodą sprzętów. Ocalała tylko łazienka.

– Na jedno zwróciłem uwagę – mówił Arkadiusz. – Proszę zobaczyć, gdzie pozostawiła klapki.

Jeden był w okolicy kabiny prysznicowej, drugi leżał pod umywalką. Konrad spojrzał na wciąż otwarte na oścież okienko.

– Wygląda, jakby je zdjęła ze stóp i weszła na umywalkę, po czym wyskoczyła z tego okna. Sprawdzaliście na zewnątrz? Nic tam nie ma?

Arkadiusz pokręcił głową.

– Gdyby sama podpaliła mieszkanie, wyszłaby drzwiami, a nie przez okno w łazience. W dodatku jest wysoko. I po jaką cholerę spaliłaby swój samochód?!

W nocy sam pojechał do Kurek w nadziei, że Gabriela zaszyła się w mazurskiej głuszy, lecz to, co tam zastał, zwaliło go z nóg. Dzisiaj od rana skupili się na poszlakach, bo o śladach nie było mowy. To była kompletna katastrofa – spalone drewniane stropy zapadły się całkowicie wraz z dachem, przykrywając wszystko niczym płytą grobowca. Tylko murowany komin i osmalona ściana z kamienia sterczały smutno nad pogorzeliskiem.

Podporucznik Wojciech Fabiś i porucznik Paweł Dolniak prowadzili drogą sąsiada Gabrieli, przeszli przez rozciętą i rozbebeszoną siatkę. Wszyscy zgodnie uznali, że zrobili to strażacy, nie mogąc sforsować żelaznej bramy.

Major Maj wysunął się z grupy.

– Pan się nazywa? – Przyjrzał się z bliska wysokiemu, barczystemu mężczyźnie o ciemnych oczach i kruczoczarnych gęstych włosach. W przeszłości widywał go tylko z daleka i wiedział, że ma na imię Franciszek, pracuje sezonowo w przetwórni owoców i dzierżawi pole od Gabrieli.

– Szurman – odpowiedział wyraźnie zdenerwowany mężczyzna. – Franciszek Szurman.

– Co tu się stało, panie Franku? To pan zawiadomił straż pożarną? Skąd była ta jednostka?

– Ja nic nie wiem – odpowiedział powoli. Poznał go, po raz pierwszy widział z bliska twarz mężczyzny, którego widywał na posesji Gabrieli Domaniewskiej.

– Jak to pan nie wie?! – Szare oczy majora spojrzały agresywnie w te Szurmana.

– Spaliśmy. To się stało w nocy. Kiedy wieczorem wracałem do chałupy po obrządku bydła, wszystko było jak zawsze. Rano widziałem auto strażackie, zjeżdżało z górki; nie powiem, przyszedłem tu, ale pożar już dogorywał.

– Kto zadzwonił po straż?

– Ja nie mam telefonu.

– A starzyki, którzy mieszkają poniżej pana domu?

– Też nie mają. Rozmawiałem z nimi w niedzielę, nic nie wiedzą, nawet tego auta nie widzieli.

– Co to było za auto? Jakie miało napisy? Kto siedział za kierownicą? – Osaczał go.

Franciszek nie mógł znieść wzroku mężczyzny, miał wrażenie, że prześwietla jego mózg, a mógł tam znaleźć co nieco o tym wydarzeniu. Patrzył na strażaków, rozdzielających spalone części krokiew od elementów blachy. W duchu przyznawał rację Gabrieli: to nieustępliwy, srogi człowiek, tylko po co się z nim zadawała?

– Auto jak auto. – Wzruszył ramionami. – Czerwone.

– Wieczorem, kiedy to się stało, albo rano następnego dnia była tutaj pana sąsiadka, Gabrysia?

– Nie – odpowiedział zdecydowanie. – Nie było jej tu od dawna, może jakieś dwa tygodnie.

– Pan pracował przy remoncie tego domu?

– Ano, pomagałem.

– Jest tu jakaś piwnica?

– Była, ale została zamurowana. Pani Gabrysia nie chciała piwnicy, zasypali ją starymi gratami i cegłami, położyli wylewkę.

– W którym to było miejscu?

– Tam. – Pokazał ręką na część domu od strony opadającej łąki. – Później była nad nią kuchnia. Wylewka jest gruba na dwadzieścia centymetrów i wyrównała poziom, bo wcześniej do chałupy wchodziło się poniżej wysokości gruntu, a podłoga podniosła go jeszcze bardziej.

– Czyli nikt nie miał możliwości dostania się tam i ukrycia czegokolwiek?

– Tego nie wiem, musiałby kuć beton – odpowiedział ostrożnie.

– Na razie panu dziękuję, będziemy jeszcze rozmawiać.

Mijał okrągły tydzień od podpalenia domu i mieszkania Gabrieli, a nie znaleziono żadnego punktu zaczepienia: kto i dlaczego? I gdzie jest Gabriela?

– Co o tym sądzisz? – zapytał prokuratora Szarskiego.

– Hm, jeżeli ktoś ucieka, podpalając swój dobytek, to raczej zabiera wartościowe rzeczy i nie zostawia papuci w dziwnych miejscach w łazience. Ale wy jesteście inteligentni. Mogła to zrobić celowo, żeby wyglądało, jak wygląda. Dziwne jest tylko to, co mówi twój laborant o braku śladu wody na tym pogorzelisku. A mieszkanie w Kierczu jest zalane.

– No to bardzo mi pomogłeś! – westchnął major.

* * *

Z rozmiaru zniszczeń nie zdawał sobie sprawy również pułkownik Adam Lorenc z Zarządu Służb Wywiadowczych. Raport kapitana Ryszarda Koska, złożony pod nieobecność Maja, zawierał lakoniczną treść:

"...W dniu 15 września 1993 roku z niewyjaśnionych przyczyn spłonęło doszczętnie mieszkanie agentki Gabrieli Domaniewskiej, zatrudnionej w Agencji Techniki Operacyjnej i Wywiadu w Kierczu. Mieszkanie mieści się na parterze czteropiętrowego bloku przy ulicy Kasztanowej 2 na osiedlu Podzamcze. W tym czasie spłonął również jej samochód, zaparkowany przed wyżej wymienionym blokiem. Agentki nie odnaleziono. Z uwagi na fakt, że posiadała broń palną, opublikowano komunikat o jej poszukiwaniu...".

Raport ujmował tylko dwa aspekty: pożar w Kierczu i zaginięcie agentki. Kosek nie wspomniał w nim o zaginionym notesie.

– Bał się – powiedział szczerze major, siedząc przed biurkiem pułkownika. – Ja też się obawiam, czekam, aż gruchnie jakaś publiczna informacja. Lewica wygrała wybory, Jerzy Ozimek, jeżeli nawet nie zostanie premierem rządu, zajmie w nim eksponowane stanowisko. Mea culpa! – Uderzył się w piersi, a zaraz nerwowo wygładził krawat.

– Jak mogłeś powierzyć tajną misję niedouczonej agentce? Mam do ciebie żal, Konradzie. Nie dopilnowałeś sprawy! Jeżeli to się wyda, wszyscy polecimy ze stanowisk, twój teść nie uratuje ani ciebie, ani mnie. Już nie mówię o Kosku, ten jest skończony bezapelacyjnie! A poza tym dopiero co zginęła wasza Teresa, a z tą nie wiadomo, co się stało. To jest skandal! Nie umiecie postępować z kobietami? Źle je sprawdzacie? Może nie wiesz, że są sprytniejsze od nas?

– Nie znajduję odpowiedzi na pana pytania, pułkowniku, i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, zrobię wszystko, żeby ją odnaleźć.

– Jakie meldunki spływają z terenu?

– Matka nie widziała jej od kwietnia, nie utrzymywały kontaktu. Brat, marynarz, jest w rejsie w okolicach Indochin, niemożliwe, żeby jej pomógł, bratowa dowiedziała się o zaginięciu od nas. Domaniewska nigdy u nich nie była.

– Dziwna rodzina. – Pułkownik denerwował się. W głębi serca nie potępiał majora, dobrze wiedział, że człowiek to nie szklanka wody, nie przejrzysz go. – Mówisz, że ona była bardzo skryta, musisz pogrzebać w jej przeszłości, jeżeli jest taka ładna, jak mi tu zachwalała kapitan Renata Walasek, musiała mieć jakieś kontakty z mężczyznami. Zajmij się tym. Na razie nie chcę wam wepchnąć na głowę naszej bezpieki, bo jak się dowiedzą o tym notesie? Nie chcę nawet myśleć!

– Zajmę się wszystkim, pułkowniku, a do nadzoru przy instalowaniu Internetu wyznaczę porucznika Arkadiusza Potempę. To też jest ważne, w końcu w tym celu byłem w Ameryce.

Sprawa zmieniła obrót jeszcze tego samego dnia, sprzątaczka zamiatająca schody zagadnęła laboranta Antoniego, czasem dawał jej jakiś środek do wywabiania uporczywych plam z lastriko korytarza czy wykładzin PCV w pomieszczeniach. Pokazała mu brunatny rozmaz w kącie betonowej rampy przy bocznym wejściu do agencji.

– Od jakiegoś czasu schody też są czymś poplamione, szorowałam to szczotką, ale zostały ciemne ślady, a teraz zauważyłam całą plamę w rogu, tam, przy barierce.

Antoni poprawił okulary, pochylił się nad wtartą błotno-krwistą plamą. Jakby ktoś ranny dreptał w miejscu i trzymał się barierki.

– Moment, niech pani tego nie rusza! – Pobiegł do laboratorium po odczynniki chemiczne.

Razem z Robertem Listkiem delikatnie zeskrobywali naniesioną na beton substancję, gdy na parking wjechał major Maj, który wracał od pułkownika.

– Co wy tu robicie? – Przystanął przed schodami.

– Majorze, tu jest krew. Na schodach też, tylko pani Lodzia wyszorowała błoto ze stopni, a tutaj jest cała, nienaruszona plama.

– Masz pewność, że to krew?

Antoni wyprostował się, spojrzał w pobladłą twarz majora prawie oskarżycielsko, jeszcze nikt nie podważył jego wyników badań.

– Tak, puściliśmy odczynnik. Proszę sprawdzić w aktach, jaką grupę krwi miała pani Domaniewska.

A-1 – po godzinie wiedziała już cała agencja. Co robi krew Gabrieli na bocznych schodach?

– Wygląda na to, że miała otwartą ranę na gołej stopie, stała przez chwilę na betonie. Może chciała wejść, a drzwi były zamknięte?

– Miała klucz. – Martwy głos majora rozniósł się po laboratorium. – Nie mamy pewności, czy to jej krew, A-1 to popularna grupa. – Od razu skojarzył klapki Gabrieli w łazience.

Wiedział, że nie zazna spokoju, nie uśnie, dopóki jej nie znajdzie. Szła boso do agencji, dzwoniła do niego, tyle że on nie odebrał połączenia. Dlaczego nie zadzwoniła do Koska? Do naczelnika wydziału technicznego kapitana Henryka Folki, jeżeli nie ufała Koskowi? Miała numery ich telefonów, osobiście wklikał je w jej komórkę. Dlaczego nie weszła do ochrony? Co to za gra i jakie są jej reguły? Laborant Robert sprawdził bruk, małe punkciki krwawych śladów ciągnęły się wzdłuż budynku, aż do bocznych drzwi agencji, ale według wyjaśnień sprzątaczki, nie było ich na korytarzu, czyli nie weszła do wewnątrz.

Kapitan Henryk Folko, po raz drugi zapytany przez majora, czy aby Gabriela nie dzwoniła do niego w ów feralny wieczór, dowiedziawszy się o tajemniczych śladach, zniknął u siebie w gabinecie, zamknął się. Przez całe to zamieszanie w ogóle nie sprawdzał nagrań ze swoich nowych tajnych kamerek, zamontowanych wokół parkingu samochodowego, nie miał do tego głowy.

Major sprawdził w ochronie, kto tego dnia pracował dłużej. Informatycy Krystian Obramski i porucznik Marek Hurko wyszli o siedemnastej, na noc pozostał porucznik Szablewski; kapitan Mirosław Zygiel, technik, o dziewiętnastej, a kapitan Kosek opuścił agencję o dwudziestej czwartej. Poszedł prosto do jego gabinetu.

Ryszard zamykał biurko, pewnie wychodził do domu.

– Gdzie się wybierasz? – Major był wyczerpany, zły, po prostu nieznośny.

– Powiedz, co mogę jeszcze zrobić? – odpowiedział z pretensją w głosie.

– Musimy ją znaleźć! Dlaczego siedziałeś w agencji do dwunastej w nocy, kiedy to wszystko się działo?

– Czekałem na telefon z Kijowa. Dzwonił przed dwunastą. A o pożarze w jej mieszkaniu dowiedziałem się następnego ranka i zaraz puściłem komunikat o poszukiwaniu Domaniewskiej, bo to było zgodne z moimi przypuszczeniami. Chciała nas wywieść w pole!

– Może jednak była tutaj w tym czasie? I nie weszła do agencji? Więc po co przyszła?

– Jeśli nawet, to pewnie zobaczyła mój samochód na parkingu i zrezygnowała.

– To możliwe. Dlaczego nie napisałeś w raporcie, że spłonął również jej dom w Kurkach?

– Skąd mogłem wiedzieć, że miała dom w jakichś Kurkach?!

Major przyglądał się nerwowym ruchom kapitana, Ryszard był od niego o kilka lat starszy, prawie o głowę niższy, krępej budowy ciała, z czupryną czarnych, trochę siwiejących włosów i dużymi, lekko wyłupiastymi oczami. I nigdy nie był w dobrym humorze, a teraz wręcz emanował wściekłością. Zupełnie jak on sam.

Przed chwilą zadał mu podchwytliwe pytanie, bo o domu Gabrieli w Kurkach wiedział tylko Konrad, przynajmniej do tej pory tak mu się wydawało.

– Nie powiedziałeś mi o tym, gdy dzwoniłem do ciebie ze Stanów, możesz to jakoś wytłumaczyć? Uważasz, że to pestka i rozejdzie się po kościach, jak sprawa z Teresą?

Kapitan Ryszard Kosek nie uciekł spojrzeniem, patrzył na Konrada wręcz wyzywająco.

– Nie chciałem ci zawracać głowy, a dobrze wiesz, co o tym sądzę, mówiłem ci przed wyjazdem.

Ryszard Kosek nie pojechał do domu, pozostawił swój samochód w następnym miasteczku na trasie do Warszawy i tam wsiadł do auta Wacława Ośniaka. Odjechali na północ.

To była jego gra, wyścig z czasem i z majorem Majem, o której Ośniak nie miał pojęcia. Dla niego miał przygotowaną inną wersję – szukali agentki-szpiega, aby ją zlikwidować w imię zasad i z rozkazu majora. Teraz musiał być ostrożniejszy, bo od kiedy major wrócił z Ameryki, przejął dowodzenie nad pościgiem, posługując się wszelkimi służbami, ale nie wiedział o Wacławie Ośniaku.

Po pięćdziesięciu kilometrach zatrzymali się przy wjeździe w leśny dukt, rozłożyli mapę na rozgrzanej masce samochodu. Dopiero wczoraj spłynęły meldunki o skradzionych pojazdach w dniu jej ucieczki i w następnych. Ryszard klął pod nosem, nadeszły zbyt późno, powinien być jakiś krajowy rejestr utraconych pojazdów, z którego można by było dowiedzieć się o tym natychmiast. Ale nie było.

Palcem wskazał na mapie wieś Wrzecino.

– To daleko od Kiercza – upierał się Ośniak. – Chyba że posłużyła się jakimś autem lub motorem, ale sprawdzaliśmy każdy, który wyjeżdżał z osiedla.

Ryszarda nigdy wcześniej nie zawiódł nos agenta wywiadu, przeczucie pchało go właśnie tam.

– Jednak sprawdźmy to, bo jako jedyny samochód skradziony w tej okolicy nie został zdewastowany i szybko odnaleziony.

Ośniak kręcił swoją małą główką, wydawało mu się to niemożliwe.

– No dobra – skapitulował. – Sprawdźmy. Chociaż to nie jest "okolica".

Trop okazał się fałszywy, jeden z sąsiadów widział złodzieja, a nawet został przez niego poturbowany, ale według jego zeznań był nim postawny, silny mężczyzna.

* * *

Konrad nie sypiał wcale. Siedział za biurkiem, wystawał na tarasie, leżał w ciemności na swojej kanapie. I rozmyślał. Przyjął trzy założenia.

Pierwsze: Gabriela zabrała tajny notes, do którego wpisywała dane z obserwacji posła ugrupowania lewicowego, wszystkie osoby, z którymi się spotykał, numery rejestracyjne pojazdów i ich właścicieli, rodzinę polityka i jego samego, miejsca, w których bywał. I w związku z notesem poróżniła się z kimś. Ten ktoś z zemsty spalił jej dobytek. Chciała się schronić w agencji, ale wystraszyła się Koska. Dokąd poszła? Kto jej pomógł? Samoistnie stanął mu przed oczami Krystian Obramski. To jej wielbiciel, którym ona się nie zainteresowała, pomimo że zaślepiony zazdrością zaatakował innego jej adoratora, majora Jana Kempę, przyjaciela Konrada i bardzo ważną dla polskiego wywiadu personę na Bliskim Wschodzie. Obramski dostał za to upomnienie i zakaz zbliżania się do Gabrieli. Drugą karą było solidne manto, które spuścił mu major Kempa.

Założenie drugie: Gabriela zabrała notes, sama wszystko podpaliła, ale ktoś musiał jej pomagać, bo jeżeli spaliła samochód, to czym się dostała do mazurskiego domu? Pomógł jej ktoś, z kim od początku była w zmowie, tak jak podejrzewał ją w pierwszym dniu, gdy po powrocie ze Skandynawii zastał ją w swojej agencji. A jednak dał się zwieść pięknym oczom, zakochał się i nie potrafił ocenić jej należycie, a ona, udając zapracowane niewiniątko, prowadziła z nim niebezpieczną grę. Miał tego symptomy – gdy zbliżał się kres obserwacji polityka, Gabriela oddalała się od niego, czuł to. Dlaczego jej nie upilnował? I kto jej pomaga? Z kim ona teraz przebywa? Czy to ktoś z jego otoczenia? W takim przypadku ta krew na schodach nie należała do niej. Znajdzie ją... tylko co wtedy? Czy ona zdaje sobie sprawę, że nie wygra starcia z nim?

I możliwość trzecia: Gabriela jest niewinna, nie zabrała notesu, może go zgubiła. Nie podpaliła swojej własności. Zrobił to ktoś z zemsty. Jej były mąż, z którym rozwiodła się trzynaście lat temu? Kochanek, od którego uciekła tutaj, a nie przyznała się do niego? Podinspektor Marian Załuski z Komendy Głównej Policji, który podstępem chciał wyłudzić od niej dane Janka Kempy? To jest gruba sprawa, a on nie powiedział Gabrieli, czego dotyczyła. Szwagier Załuskiego, Witold Góra, siedzi na tymczasówce za kradzież broni z policyjnej zbrojowni – zamiast przesyłać wycofane z użytku P-64 na przetop do huty, przekazywał je gangowi handlującemu bronią. Samego zaś Załuskiego wypuszczono z aresztu, pozwolono mu odejść z policji i dla dobra sprawy będzie odpowiadał z wolnej stopy... Tak, on z pewnością chciał się pozbyć Gabrieli. I znowu przed oczami stanął mu Krystian Obramski. Mógłby to zrobić z zazdrości? Ale wówczas nie wystraszyłaby się Koska, chyba że to zbieg okoliczności i to nie jest jej krew, może w ogóle nie przyszła do agencji. Lecz najważniejsze było jedno pytanie: gdzie jest Gabriela?

Siedział w ciemnym pokoju i coś w nim krzyczało: "A jeżeli nie zdołała uciec?!". Nie, nie mógł tak myśleć, i chociaż zlecił swoim agentom przeszukanie łąki w Kurkach, nie przyjmował takiego założenia, bo mógłby oszaleć! W dniu, w którym wyjeżdżał służbowo do USA, ona chciała mu coś powiedzieć, stała przed drzwiami w tym niebieskim płaszczyku. "Musimy porozmawiać" – ciągle słyszał jej głos. Dlaczego się nie zatrzymał, na pewno miała coś ważnego do powiedzenia. Zlekceważył ją, bo był na nią zły. O zagubiony notes, o to, co mu wykrzyczała poprzedniego wieczoru, że ją dręczył, miał za niewolnicę. A przecież kochał ją.

"Co ty mi chciałaś powiedzieć, dziewczynko w niebieskim płaszczyku?"

* * *

Laboratorium Antoniego Ruszyca pracowało całą noc nad pobranymi do badań próbkami spalonego drewna, zwęglonych części mebli, ubrań i butów. Rano czekali z wynikami na przyjście majora. Czekał na niego również kapitan Henryk Folko, jednak widząc w sekretariacie kapitana Ryszarda Koska, wycofał się do wydziału technicznego. Major Maj prosto z pomieszczenia ochrony szedł do swojego pokoju, po drodze zobaczył wchodzących na piętro agentów.

– Arek, przyślij do mnie Obramskiego. – Na korytarzu rozległ się jego złowróżbny głos.

Kapitan Kosek wszedł za nim do gabinetu.

– Czego się dowiedziałeś? Miałeś do mnie dzwonić! – huknął od progu.

– Nie dzwoniłem, bo niczego się nie dowiedziałem. – Kapitan obserwował nad wyraz sprężyste ruchy Maja, gdy oficer zdejmował marynarkę, najwyraźniej rozpierała go zła energia. – Komenda w Nidzicy obdzwoniła wszystkie jednostki straży pożarnej w okolicy i nikt nie wyjeżdżał do takiego pożaru, nikt nawet nie dostał zgłoszenia o pożarze.

– To co? Kosmici tam byli? – Obrzucił Koska wściekłym spojrzeniem, dając mu do zrozumienia, że nie spisał się wcale.

– W Kierczu też nie mogą ustalić, która jednostka była pierwsza na miejscu pożaru w mieszkaniu. Strażacy z drugiej i trzeciej ekipy, wezwani przez lokatorów bloku, nie zauważyli numeru pierwszego wozu, a odjeżdżając, tamci zakrzyknęli do nich, że zabrakło im wody.

W gabinecie był już Antoni, który widząc miotającego się majora i tłumaczącego się kapitana, wszedł im w dialog.

– Na próżno szukają! To nie byli strażacy, chociaż mogli użyć wozu strażackiego. Zarówno mieszkanie, jak i dom zostały spalone napalmem.

– Macie wyniki? – Major zatrzymał się jak w zamrożonym kadrze.

– Tak. Na wszystkich próbkach są ślady nafty, benzolu i kwaśnych soli. Na tych z mieszkania trochę mniej, bo częściowo rozmyła je woda, dom zaś w Kurkach w ogóle nie był gaszony. Tak zwani strażacy spalili go dokładnie napalmem.

– Czułem to cholerstwo tam, na pogorzelisku, ale nie chciałem w to wierzyć...

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Wejść! – wyrzucił z siebie.

Do gabinetu wszedł Krystian Obramski.

– Szef mnie wzywał.

– Antoś, pisz raporty z ustaleń, później zejdę do ciebie.

Nie czekał, aż zamkną się drzwi za Antonim, spojrzał ostrzegawczo w oczy Obramskiego, a jego niepewna mina jeszcze bardziej go rozwścieczyła. Przed swoim wyjazdem wręczył Krystianowi umowę o stałym zatrudnieniu w Agencji Techniki Operacyjnej i Wywiadu; wcześniej chłopak był na czasówce, bo jeszcze kończył studia.

– Krystian, gdzie jest Gabrysia? Chcę z nią porozmawiać! – znokautował go pytaniem.

– Nie wiem... – Obramski przełknął nerwowo, już wiedział, że znowu jest podejrzanym numer jeden jak w przeszłości, gdy pod sportowym audi quattro szefa wybuchła bomba.

Kapitan Kosek zakręcił się niespokojnie pośrodku gabinetu.

– Będę u siebie. – Wyszedł, nie czekając na pozwolenie.

– Kiedy widziałeś ją ostatni raz? Dzisiaj rano, może wczoraj wieczorem?

– W środę, gdy pan wyjeżdżał i rozmawiał z nią na korytarzu, wtedy widziałem ją ostatni raz. – Wystraszył się, bo major stał naprzeciw niego, górując o pół głowy, był dziwnie blady i przewiercał go wręcz nienawistnym wzrokiem. Krystian miał przeczucie, że zaraz otrzyma cios między oczy, chociaż major nigdy nikogo nie uderzył. Jednak wiedział o nim, że jest błyskawiczny, niezwykle silny i sprawny, wszystkich przewyższał poziomem inteligencji, ale też wyszkoleniem bojowym. Krystian sam mówił do Gabrieli, że szef jest "niesamowity".

– O której wyszła z agencji? – zapytał ciszej, ale bardziej zgrzytliwie, a Krystian miał świadomość, że on już dawno to sprawdził.

– Nie wiem, nie widziałem jej później.

– Co robiłeś w ową środę wieczorem?

– Boże – jęknął – nie pamiętam...

– Radzę ci przypomnieć sobie, i to natychmiast! Wyszedłeś stąd o siedemnastej razem z Markiem Hurką.

– A, tak. – Bał się odwrócić wzrok, nie mógł skupić myśli. – Pojechałem do domu, a po obiedzie zawiozłem matkę do siostry w Aninie, byłem tam jakiś czas, nie wiem, może do dziesiątej, rozmawiałem ze szwagrem. Później wróciliśmy do domu.

– Dlaczego matka pojechała z tobą, a nie z ojcem? – Zadając to pytanie, pokojarzył jego ojca ze strażą pożarną i aż mu się zrobiło słabo, bo do tego kompletu podświadomość podsunęła mu postać teścia, generała Sawickiego. "Nie, to niemożliwe" – odpędzał obraz, że oni mogli mieć coś wspólnego z Gabrielą i jej zagubionym notatnikiem. A może to są dwie odrębne sprawy?

– Ojciec miał służbę. Chyba... – dodał.

– Odkąd to komendanci mają służby wieczorem?

Krystian wzruszył ramionami.

– Nie wiem, nie pytam go o to, mało rozmawiamy ze sobą.

– Gabrysia dzwoniła do ciebie? Mów prawdę, i tak sprawdzę twój telefon i alibi.

Nagle Krystiana opuścił lęk, miewał takie huśtawki nastrojów, stało mu się obojętne, co w tej chwili zrobi major.

– Nie, ale żałuję, że nie zadzwoniła, pomógłbym jej – odpowiedział wyzywająco. – Każdy by jej pomógł i nikt z nas nie podpaliłby jej, bo niby za co?

– Za to, że odrzuciła twoje starania.

– I co z tego? Nie ja jeden próbowałem...

Niespodziewanie do gabinetu wtargnął kapitan Folko i od progu zaczął przepraszać, co jeszcze bardziej rozsierdziło majora, był pewien, że chce bronić Krystiana.

– Przepraszam, szefie, ale mamy poważną awarię i prosimy o natychmiastową pomoc, wysiadły wszystkie komputery. – Folko sięgał do kieszeni marynarki. – I nie możemy dojść, co powoduje zwarcie. – Rozprostował dużą kartkę tuż przed oczami Konrada.

Ten czytał: "Proszę natychmiast przyjść do mnie. Natychmiast!". Zmarszczka pomiędzy brwiami majora pogłębiła się, już miał huknąć: "Co to za numery?!", gdy Folko wyciągnął palec w kierunku sufitu i zakreślił nim koło.

Zrozumiał, chociaż sądził, że to jakiś blef.

– Dobrze, chodźmy. – Pierwszy ruszył do drzwi.

W milczeniu zeszli po schodach, razem weszli do wydziału technicznego. Krystian z wypiekami na twarzy poszedł za swoje biurko, a kapitan Folko poufałym gestem wepchnął majora do swojego pokoju i zamknął drzwi.

– Zasugerował pan, że mam podsłuch w gabinecie?

– Nie wiem, szefie, ale wszystko jest możliwe. Z komputerami wszystko w porządku, chcę panu coś pokazać.

– Byle by coś ważnego, panie Henryku, bo...

– Nie ma teraz nic ważniejszego, szefie – przerwał majorowi, patrząc mu w oczy z przerażeniem, co było do niego niepodobne. Wysoka, zwalista postać prawie sześćdziesięcioletniego kapitana zawsze emanowała spokojem i opanowaniem. – Pozwoliłem sobie na samowolkę i po wypadku z pana samochodem w tajemnicy przed wszystkimi ponownie okamerowałem teren wokół agencji.

Oczy majora zmieniły wyraz, pochylił się lekko do przodu.

– Nagrało się coś? Była tutaj?

– Była i weszła do agencji.

– Dlaczego pan dopiero teraz o tym mówi?!

– Przez całe to zamieszanie zapomniałem o tych kamerkach. Dopiero wczoraj, gdy usłyszałem o śladach krwi... Musiałem poczekać, aż wszyscy wyjdą z wydziału, nadal nie chcę, aby ktokolwiek o nich wiedział. Gdyby wcześniej też były tajemnicą, może mielibyśmy pewność, kto podłożył ładunek wybuchowy pod pana samochodem.

– No puszczaj pan to wreszcie! – Przerwał niecierpliwie.

Kapitan Folko włączył mały monitor o przekątnej dwunastu cali, obraz był kolorowy.

– Proszę patrzeć na czas. – Wskazał lewy górny róg ekranu, na którym zapadał zmierzch. O dwudziestej dwadzieścia weszła w kadr Gabriela, szła wolno, jakby z trudem, i rzeczywiście była boso. Miała na sobie kolorową bluzkę z rękawami do łokci i niebieskie dżinsy, gruby warkocz przerzuciła przez ramię. Wchodząc na schody trzymała się barierki, spojrzała w lampę nad schodami, po czym przeszła w kąt podestu, oparła jedną stopę o wierzch drugiej, chwilę tak trwała, po czym zmieniła ułożenie stóp.

– Może chciała się nam pokazać – mówił Folko z wyrzutem w głosie. – Nie wiedziała, że w lampie nie ma już kamery.

– A ja myślę, że zmarzły jej stopy, przebiegła boso cały Kiercz, z pewnością je poraniła.

Na ekranie Gabriela powoli weszła do agencji, drzwi nie były zamknięte na klucz. Konrad spojrzał na kapitana.

– Sprzątaczka nie znalazła śladów na korytarzu, ktoś musiał je zetrzeć!

– I tu jest prośba do pana, majorze.

– Prośba?!

– Zaraz pan zobaczy, co się stanie. Chyba zamknę drzwi i połknę klucz, bo boję się, co pan zrobi!

– Panie Henryku! – Wyprostował się. – Niech mnie pan nie wyprowadza z równowagi, co... co się stanie?

Kapitan nacisnął przycisk, przyspieszył nagranie. W lewym rogu migały minuty, aż zatrzymały się na dwudziestej czterdzieści trzy. Na parkingu świeciły już lampy, chociaż nie było jeszcze całkiem ciemno. Z budynku wyszedł Ryszard Kosek, zbiegał ze schodów, za nim pojawiła się Gabriela. Tym razem miała na sobie czarną bluzę dresową i adidasy na stopach, te, które widział u niej w szafie, gdy szukali notatnika.

Na ekranie kapitan Kosek otworzył drzwi swojego peugeota od strony pasażera, szorstko odezwał się do Gabrieli: "Wsiadaj i załóż kaptur"; sam poszedł do ogrodzenia i odkręcał gruby łańcuch na starej, nieużywanej bramie.

– Skurwysyn... – wysyczał major, ledwo otwierając usta.

* * *

Kapitan Ryszard Kosek porządkował meldunki od agenta o pseudonimie "Włodek", działającego w Ukrainie. Jednocześnie uruchomił nasłuch z gabinetu Maja, musiał wiedzieć, na jakim etapie są poszukiwania Domaniewskiej. Jeżeli pomaga jej agent (myślał o Arkadiuszu, Krystianie, Mirku, a nawet młodym Wojtku) był pewien, że major Maj wyciśnie to z nich i Ryszard natychmiast powiadomi Wacława Ośniaka. Musi zdążyć przed Konradem. Drugim przyciskiem, zamontowanym z tyłu konsoli telefonicznej, co chwilę na kilka sekund uruchamiał podsłuch z sekretariatu, ale tam rozlegał się codzienny szum zwykłych czynności biurowych, nie słyszał głosu majora. Jedynie w wydziale technicznym nie był w stanie zamontować podsłuchu – informatycy pracowali dwadzieścia cztery godziny na dobę i nie miał tam wstępu. Tak samo w laboratorium.

Zobaczył Konrada w drzwiach wydziału. Natychmiast wyłączył oba podsłuchy, z niedoczytanym meldunkiem w ręku patrzył przez częściowo oszkloną ścianę. Za Majem szedł Arkadiusz Potempa, a za nim dwóch ochroniarzy, jeden trzymał w ręku kajdanki. Przerzucił jeszcze wzrok na Konrada, który już wchodził w przeszklony korytarz, ich spojrzenia spotkały się i Ryszard już wiedział. Idą po niego. Ten czort jakimś cudem wywąchał sprawę.

Zerwał się z fotela, dopadł otwartej szafy i przekręcił klucz w sejfie, leżał tam stale załadowany sig sauer, wystarczyło odblokować spust. Przeczuwał, że tak się to skończy – jak nie jeden, to drugi zniszczą go. Nie da im tej satysfakcji, sam się eksterminuje z tego świata. Chwycił pistolet w dłoń, palcem przesunął blokadę, gdy następna para dłoni wepchnęła się do sejfu, chciała mu zatrzymać rękę wewnątrz. Jednak udało mu się ją wyciągnąć, na próżno, nie mógł przystawić pistoletu do głowy czy serca, bo żelazne łapy majora ciągnęły jego rękę w dół. Krótką chwilę trwała szamotanina, aż padł strzał. Ryszard Kosek zawył, rozluźnił pięść zaciśniętą na pistolecie i Konrad wyrwał mu go, podnosząc wysoko do góry.

W szklanym gabinecie nadal panowało zamieszanie.

– No, co jest?! Strzelił sobie w stopę! Ja pierdzielę!

Kosek opadł na fotel.

– Zapnij mu rękę do fotela – rozkazał major ochroniarzowi, a sam szybkimi ruchami rozładował broń Ryszarda, położył ją na biurku, czując, jak wali mu serce. – Arek, idź po Antoniego, niech tu przyjdzie z apteczką, trzeba mu opatrzyć nogę. Chciałeś mnie zabić, Rysiu? A ja ci tak ufałem! – mówił z sarkazmem, patrzył z nieposkromioną gwałtownością.

– Nie ciebie – odpowiedział niewyraźnie.

– Sobie chciałeś palnąć w łeb?! Dlaczego?! Gdzie jest Gabriela? Co z nią zrobiłeś?

– Nic jej nie zrobiłem. Zawiozłem ją do naszego mieszkania na Słonecznym – mówił powoli, a czoło pokryły mu duże krople potu.

Do gabinetu wbiegł Antoni z apteczką w ręce, za nim Arkadiusz Potempa. Konrad wstrzymał ich gestem dłoni.

– I jest tam?! W naszym mieszkaniu?! Dlaczego nie powiedziałeś o tym?!

– Nie ma jej, uciekła!

– Przed kim uciekła? Dlaczego? W co wy ze mną pogrywacie?! Nic z tego nie rozumiem! Opatrz mu stopę, bo jeszcze zemdleje, a ja muszę z nim porozmawiać! – Wyrzucał słowa przez zęby, popatrzył na ochroniarzy, jeden z nich zapinał kaburę; podczas szamotaniny majora z kapitanem zarepetował pistolet, ale na szczęście nie musiał go użyć. – Zabierz broń kapitana i zdaj ją w zbrojowni. I możecie już wrócić do siebie, napiszcie raport z zatrzymania kapitana Ryszarda Koska. Arek, wygarnij wszystko z sejfu.

Arkadiusz Potempa wyjmował po kolei rzeczy, układał je na biurku, między innymi tajny zeszyt z obserwacji polityka, telefon komórkowy Gabrieli i dwa pełne magazynki do jej beretty.

Na widok tajnego notatnika Konrad wpadł w szał.

– Ty szujo! – Chciał go walnąć zeszytem w głowę, jednak pochylony nad stopą Koska Antoni powstrzymał go wyciągnięciem ręki.

– Kula tkwi w czwartym palcu, musimy zawieźć go do szpitala – oznajmił rzeczowo, tamując krew.

Konrad włożył baterię do telefonu Gabrieli, uruchomił go, sprawdził połączenia wychodzące. Ostatnie było do Koska, trzy nieodebrane do niego, poczuł rozsadzanie żeber w klatce piersiowej.

– Gdzie masz klucze do swojego mieszkania?

– W kurtce. Jej tam nie ma.

– Nie wierzę ci! Od dwóch tygodni oszukujesz mnie, sukinsynu! – Podszedł do wieszaka, przeszukał kurtkę Koska, wyjął pęk kluczy i podał je Arkadiuszowi. – Zanieś do kapitana Folki i wiecie, co macie zrobić. Dlaczego spaliłeś jej dobytek? – Powrócił do Ryszarda.

– Nie zrobiłem tego i nie wiem, kto to zrobił.

– Wykradłeś notatnik i obciążyłeś ją winą! Sprzedała go dziennikarzowi?! Ona wiedziała, że to ty się włamałeś do jej szafy, miała pewność!

– A ja powiedziałem do niej, że to ty zabrałeś notatnik, żeby mieć podstawę do wyrzucenia jej z agencji!

I wtedy major nie wytrzymał – cios w szczękę Ryszarda był tak błyskawiczny, że sam się tego nie spodziewał; drugi był w drodze do celu, lecz Arkadiusz rzucił się pomiędzy majora a fotel z oszołomionym kapitanem.

– Szefie, nie! – Zablokował rękę Konrada. Byli równi wzrostem i niemal jednakowo silni, więc udało mu się powstrzymać Maja.

Antoni odskoczył, jakby to on otrzymał cios, po czym powrócił do swoich czynności. Nastał moment ciszy i tylko czarne oczy kapitana z rezygnacją patrzyły w szare, zimne jak stal w jeszcze bardziej poszarzałej twarzy majora.

– Zamordowałeś ją, potworze! – wycharczał, pochylając się niebezpiecznie nad Koskiem.

– Kurwa mać! Mówię, że nie! Uciekła!

* * *

W służbowym mieszkaniu na osiedlu Słonecznym laboranci nie znaleźli tropu Gabrieli, żadnego śladu małego buta na podłodze, zużytego ręcznika w łazience czy chociażby jednego jej włosa na złożonych kanapach. W tym samym czasie agenci okazywali fotografię Gabrieli, pukając do drzwi wszystkich lokatorów. Już na pierwszym piętrze trafił się przełom w sprawie – starszy mężczyzna bez zastanowienia oświadczył, że widział tę dziewczynę, miała spleciony długi warkocz i chowała się za drzwiami, tuż przy wejściu do zamykanej piwnicy.

Młody Wojtek pobiegł na górę po majora.

– Dlaczego uważa pan, że chowała się za drzwiami?

– Bo kiedy spojrzałem na nią, położyła palec na ustach i uśmiechnęła się tak ładnie, a przed wejściem opierał się o maskę samochodu mężczyzna, więc pomyślałem, że dziewczyna robi mu jakiegoś psikusa.

– I co było dalej?

– Nie wiem, wszedłem do piwnicy, kiedy wracałem jej już nie było, a mężczyzna dalej tam czekał.

– Zamknął pan piwnicę?

– Tak, wszyscy zamykamy, a i tak czasem włamują się złodzieje. Ostatnio sąsiadce z góry ukradli rower.

– Kiedy to było?

– A jakoś w tym samym czasie...

– Wojtek, idź po tę sąsiadkę i niech zabierze klucze do piwnicy. Wie pan, jak długo czekał na nią mężczyzna przy samochodzie?

– Może pół godziny – wtrąciła się żona starszego pana. – Nawet zastanawialiśmy się z mężem, do kogo oni przyjechali, gdyż wyglądało to tak, jakby on ją posłał do kogoś i czekał, a ona nie chciała tam pójść.

– Ale w końcu poszła – dodał mężczyzna. – A po pół godzinie przyjechał drugi, takim długim autem, i chwilę rozmawiali, po czym obaj weszli do klatki schodowej. Długo nie zabawili, zaraz zeszli do samochodów i odjechali, ale bez dziewczyny.

– Jak wyglądał ten drugi mężczyzna?

– Hm... – zastanawiała się starsza pani. – Było już ciemno, taki niewielki, niższy od tego bruneta, miał chude nogi, grube barki i proste, rzadkie włosy.

– A ten drugi samochód? Jak wyglądał?

– Ja się na autach nie znam – pospieszył jej mąż. – Ciemny, długi, był na nim jakiś napis, ale nie doczytałem, jakaś "pomoc".

– Nie – wtrąciła kobieta. – "Pogotowie", ale nie ratunkowe.

Z góry schodziła następna lokatorka, postawna kobieta w średnim wieku. Konrad gestem zaprosił ją do zejścia ze schodów.

– Kiedy włamano się do pani piwnicy?

Od wejścia major zarządził wizję lokalną – starszy pan otworzył piwnicę, pokazał, gdzie stała Gabriela, dokąd on poszedł, lokatorka zaś poprowadziła ich w przeciwnym kierunku.

– Nie weszli drzwiami – mówiła, otwierając kłódkę. – Wtargnęli przez okno, tylko w jaki sposób, skoro było zamknięte od wewnątrz? Rozsypali ziemniaki po piwnicy, przestawili skrzynkę pod okienko, zostawili przymknięte, ale zdjęte z ogranicznika.

– Nie wchodźcie – zadecydował. Zadzwonił po Antoniego.

– Dostaniemy jakieś odszkodowanie za ten rower? Stary był, to prawda, ale zawsze coś – biadoliła kobieta, tymczasem Antoni znalazł na zakurzonym betonowym podłożu kilka odcisków butów o długości dwudziestu dwóch centymetrów i niedokręcone dwie śruby w drewnianej listwie drzwi.

– Tędy się przecisnęła – szepnął majorowi, a następnie zebrał na folię odciski palców z szyby i klamki piwnicznego okna.

– Policja nie wypłaca odszkodowań – poinformował major kobietę. – Ale znajdziemy pani rower, proszę go opisać.

Laborant Robert zauważył kilka złamanych gałązek w krzakach za piwnicznym okienkiem, a na jednej z nich powiewał do teraz krótki, jasny, skręcony włos, zapewne wyrwany z warkocza.

Więcej śladów nie potrzebowali, Gabriela była tutaj, zabrała rower i uciekła. Tylko... dlaczego?

* * *

Po nieprzespanej nocy, niedojedzonym śniadaniu i wypiciu mocnej kawy, major Konrad Maj położył tajny notes z obserwacji Jerzego Ozimka na biurku pułkownika Lorenca.

– Taa... – powiedział z ulgą pułkownik. – Przynajmniej w tym temacie mamy spokojną głowę, wiemy, że sprawa została należycie zamknięta i nic nie wypłynie. – Schował notes do szuflady biurka. – Będziesz potrzebował pomocy w poszukiwaniu agentki, zaprosiłem kapitana Marka Stawiaka, powinien już tu być. – Wyszedł do sekretariatu.

Major czuł rozczarowanie postawą pułkownika. Dopóki nie znali losu tajnego zeszytu, agenci z Wydziału Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie byli potrzebni w poszukiwaniu Gabrieli i sprawców podpalenia, ale gdy notatnik jest w jego szufladzie, oznacza to, że on, Konrad, będzie się zmagał z kapitanem Markiem Stawiakiem. Nie miał dobrego mniemania o kapitanie, do tej pory nie znalazł żadnego tropu sierżanta Zdzisława Mokrzyka, byłego kuriera agencji, podejrzanego o podłożenie bomby pod jego samochodem, a jemu zabronił wtrącania się do śledztwa. Tym razem na to nie pozwoli, to on będzie prowadził sprawę, kapitan może mu tylko pomagać.

Razem weszli do gabinetu i kapitan Stawiak przywitał się z Konradem.

– Majorze, ma pan pecha? – Zaśmiał się nieprzyjemnie. – Czy może pana pechy mają jedną twarz?

– Wszystko jest możliwe kapitanie, ale nie informuje mnie pan o postępach w poszukiwaniu sierżanta Mokrzyka i ewentualnych jego mocodawców.

– Cierpliwości. – Uśmiech na twarzy Stawiaka przygasł.

– Siadajcie. – Pułkownik wskazał krzesła, sam usiadł pierwszy za stołem. – Konradzie, zrelacjonuj pokrótce, co już ustaliłeś w sprawie, i powiedz, jakiej pomocy oczekujesz ode mnie i od kapitana. Marek jest zapoznany ze sprawą.

– Jak to? – Kapitan obruszył się, był pewien, że obejmuje śledztwo. Rzucił na stół komunikat o poszukiwaniu Gabrieli Domaniewskiej jako osoby niebezpiecznej, posiadającej broń palną, i raport ochrony agencji Maja o zatrzymaniu kapitana Ryszarda Koska.

– Ustaliłem z twoim przełożonym – zwrócił się do Stawiaka – że nie przejmujesz tego śledztwa, Konrad najlepiej zna swoich agentów, a także poszukiwaną i zanim wy dojdziecie do faktów oczywistych, on posunie się o wiele dalej. Konrad, zaczynaj! – ponaglił Maja i tym samym podreperował sobie reputację u majora. Oznaczało to jednomyślność co do działań wydziału bezpieczeństwa, grzebanie w życiorysach agentów nie posunie sprawy do przodu.

– Rozdzielmy to zdarzenie na dwa aspekty – zaproponował Maj, nie zdradzając się ze swoimi uczuciami. Kapitan Stawiak otworzył zeszyt, na czystej kartce postawił rzymską jedynkę. – Pierwszy to poszukiwanie agentki, a drugi – sprawców spalenia jej dobytku.

– Przecież to się łączy w całość – zaoponował Stawiak.

– Owszem, ale musimy wykonać różne czynności do tych zdarzeń. Wiemy już, że nikt nie zidentyfikował pierwszego wozu strażaków podpalaczy, a mieszkanie i dom spalono napalmem.

– Napalm? – zdziwił się Stawiak.

– No właśnie – odpowiedział Konrad. – Wiemy na pewno, że kapitan Kosek wywiózł agentkę boczną, nieużywaną drogą do naszego służbowego mieszkania w Kierczu, do którego z nieznanej przyczyny nie weszła, schroniła się w piwnicy, skąd zabrała rower i uciekła przez piwniczne okno. Szukamy roweru, postawiliśmy na nogi wszystkie służby w promieniu pięćdziesięciu kilometrów wokół Kiercza, wówczas będziemy wiedzieli, w którym kierunku się udała. Należy zmodyfikować komunikat o poszukiwaniu i tu prośba do pana, pułkowniku. Ona nie ma broni. To znaczy, być może ją ma, ale bez amunicji. Możliwe, że czyta gdzieś lub ogląda ten komunikat i tym bardziej boi się ujawnić, a przecież już wiemy, że niczego złego nie zrobiła. Kosek milczy jak zaklęty i nie wiemy, w co on w ogóle grał, jaki miał plan. A może w ogóle go nie miał.

– Tak. – Pułkownik coś zapisał. – Uzgodnimy z policją, aby ujęli ją na liście osób zaginionych, bez żadnych szczegółów o okolicznościach zaginięcia.

– Do pana, kapitanie, jest taka prośba – kontynuował. – Musicie się dobrać do tyłka Mariana Załuskiego, on mógł się zemścić na Gabrieli, nie tylko podpalając jej dobytek, ale nawet próbując ją porwać. Mogli ją tropić i dopaść nawet na tym nieszczęsnym rowerze. W materiałach u pułkownika znajdzie pan temat, z jakim zwrócił się do niej latem tego roku. Przesłuchajcie też Marię Romanowską vel Marinę Romenius, ona zamierzała wywieźć Gabrielę do Szwajcarii i podsunąć ją potentatowi farmaceutycznemu. Nie wierzę w tę opcję, jednak to też należy sprawdzić, z tym że tutaj ostrożnie, ona nie wie, kim była Gabriela, poznała ją jako Wioletę Kruk i tego trzeba się trzymać. Odnośnie do miejsca ewentualnego schronienia agentki, opcji jest wiele.

– Mów o nich...

W kieszeni Konrada zabuczał cicho telefon, spojrzał wyczekująco na pułkownika.

– Odbierz, może to coś ważnego.

Chwilę słuchał w napięciu, po czym wstał i odszedł od stołu.

– Pojedźcie do tego zakładu – rozkazał do telefonu. – Sprawdźcie, czy pracownicy mają zapewniany transport, jeżeli tak, okażcie załodze fotografię Gabrieli, może ktoś ją zauważył. I jeszcze jedno, w tym zakładzie pracuje sezonowo Franciszek Szurman, jej sąsiad, tak, ten sam, którego przyprowadziłeś na pogorzelisko. Przywieźcie go do agencji, a jeśli ma wolne, zabierzcie go z domu. Teraz jestem pewien, że ona tam była.

Rozłączył się, nadzieja, choć przeplatana trwogą, wstępowała w jego trzewia.

– Rower, którym uciekła agentka, został odnaleziony przez miejscowy patrol policji już w sobotę, porzuciła go przy głównej drodze, a kilkaset metrów dalej znajduje się Zakład Przetwórni Owoców Mazowszan. Przypuszczalnie udała się ich transportem do swojego domu w Kurkach.

– To zła wiadomość, majorze. – Kapitan Stawiak błysnął intelektem. – Nikt lepiej od pana nie wie, czym jest napalm.

* * *

Jedna z kobiet zatrudnionych przy płukaniu owoców skłaniała się ku przeświadczeniu, że twarz na okazanej fotografii należy do dziewczyny z czwartkowego porannego autobusu, a kilka osób potwierdziło, że jechała w nim jakaś obca w mocno naciągniętym na głowę kapturze, zajmując miejsce w tyle. Wysiadła przy stacji CPN w Kurkach.

Franciszek Szurman zdjął z głowy czepek, odwiesił fartuch, który kiedyś przypuszczalnie był biały, i udał się z dwoma mężczyznami do samochodu. Jednego już widział, zaprowadził go na rozgrzebane pogorzelisko sąsiadki. Teraz funkcjonariusz usiadł za kierownicą. Drugi, masywny, z miedzianymi kręconymi włosami, w szarym prążkowanym garniturze, usiadł obok Franciszka z tyłu samochodu i zablokował drzwi od jego strony.

– Dokąd mnie wieziecie? – Nie okazywał strachu, przecież nie miał nic na sumieniu, a jednak niepokój powodował, że drżały mu dłonie, musiał je zapleść i przycisnąć do czarnych wyświechtanych spodni. – Kim wy jesteście? Z policji? – mówił do przedniego lusterka, w którym widział młodą twarz wysokiego blondyna.

– Nie – odpowiedział współpasażer z tylnej kanapy. – Jesteśmy przyjaciółmi Gabrysi i zrobimy wszystko, żeby ją odnaleźć. Wszystko, rozumie pan? – Pochylił złowieszczo głowę w kierunku Franciszka i łypnął złowrogim spojrzeniem ciemnych oczu. – I nie radzę mataczyć przy szefie, on tego nie lubi, może pan nie wrócić prędko do domu. Jeśli w ogóle pan wróci!

Franciszek gorączkowo zastanawiał się nad swoją sytuacją, dobrze wiedział, że z władzą jeszcze nikt nie wygrał. Pamiętał stan wojenny w kraju, jako młody mężczyzna zarobił parę milicyjnych gum na swoich udach. Teraz wiozą go, nie wiadomo do kogo i nie wiadomo, co z nim zrobią. Kalkulował: powiedzieć prawdę, pomimo że to "niebezpieczni ludzie", jak mówiła sąsiadka, czy posłuchać jej i nie powiedzieć nic? Ogarnęła go złość na tę kobietę, współczucie, jakie miał dla niej, gdzieś się nagle ulotniło. Swoim sąsiedztwem narobiła mu kłopotów.

Wysiadając z samochodu przed szklanym budynkiem z napisem "Tech–Com" na obrzeżach Kiercza, bał się jeszcze bardziej. Mężczyźni wprowadzili go do wnętrza budynku, a tam dwaj następni w czarnych marynarkach, spod których wystawała broń, obszukali go, każąc stać w pozycji "pajacyka". Tylko czekał, kiedy mu odbiorą sznurówki. Jednak nie musiał zdjąć butów, poszedł, mając blondyna przed sobą, a miedzianowłosego za plecami. Wprowadzili go na piętro, widział przechodzących porządnie ubranych mężczyzn pod krawatami, więc to chyba nie areszt. Trochę otuchy dodał mu widok kobiet; pomieszczenie, przez które go prowadzili, wyglądało na biuro, przedzielone szklaną ścianą, za którą też widział biurka i pracującą tam kobietę. Chyba nie będą go tłukli w ich obecności? Taką miał nadzieję.

Wysoki blondyn zapukał do bocznych drzwi, usłyszeli: "Wejść!".

– Szefie, przywieźliśmy Franciszka Szurmana.

Znowu stał przed "najniebezpieczniejszym z nich", jak powiedziała sąsiadka Gabriela.

– Witam, panie Franku. – Zamaszystym ruchem odsunął krzesło przy długim stole. – Proszę, pan usiądzie.

Szurman bez słowa usiadł, z bojaźnią patrzył w twarz mężczyzny, jednak usłyszał uprzejme pytanie:

– Zabrali pana z pracy?

Przytaknął głową, czuł, że zaschło mu w gardle. Major podszedł do drzwi, uchylił je.

– Aniu, zaparz dwie kawy.

Zamknął je na powrót, przystanął przed Szurmanem na lekko rozstawionych nogach, z rękami na biodrach. Franciszek przyglądał się przez kilka sekund mężczyźnie, był wysoki i szczupły, ale nie chudy, dopasowana koszula zdradzała atletyczne ramiona i umięśniony tors; elegancki, z jasną falą nad czołem, posrebrzonymi skroniami i przenikliwym wzrokiem wyjątkowych szarych oczu ze srebrnym połyskiem. Teraz uświadomił sobie kłamstwo sąsiadki, która mówiła, że pracuje w banku, bo skoro ci dwaj z samochodu są jej kolegami, a ten tu sypiał u niej... to znaczy, że ona pracowała z nimi, tylko... co to za urząd? Mówili coś o "majorze", wojsko? A gdzie mundury?

– Dlaczego pan kłamał, mówiąc, że rano nie było tam Gabrieli? Są świadkowie, Gabriela o szóstej wysiadła na przystanku przy stacji CPN, obok waszego przysiółka.

– Ja jej nie widziałem. Około szóstej jechało od niej auto strażackie.

– Przed szóstą, czy po, to jest ważne.

– Dokładnie nie wiem...

– Jak wyglądało to auto, jaki był na nim napis?

– Nie przyglądałem się.

– A przed tym wydarzeniem... był ktoś u niej? Pytał o nią?

– Nie wiem, nie interesowałem się, kto do niej przyjeżdża.

– Nigdy?

– Nigdy.

– Nieprawda! – zagrzmiał, pochylił głowę do Franciszka. – O wszystkim pan wie! O każdym samochodzie i o każdej osobie, która pojawiła się na waszym wzgórzu! Chce mi pan wmówić, że nie wie, kto tam bywał?!

Major tracił cierpliwość, a Szurman nadal nie wiedział, którą opcję wybrać. Pewnie, że go widywał, w różnych samochodach i o różnych porach dnia i nocy, także na patio z sąsiadką, a nawet kąpiących się w rzece i opalających w trawie.

– Przyjeżdżał jakiś mężczyzna. – Patrzył w oczy majora i czuł wędrujące po plecach ciarki. – Ale nie jestem wścibski.

– Człowieku! Rżniesz kretyna?! Ktoś ci zabronił mówić? Dobrze wiesz, że to ja przyjeżdżałem do Gabrieli! Nikt jej nie widział od jedenastu dni, a ty siedzisz spokojnie i udajesz, że mnie nie znasz?!

Do pokoju weszła młoda dziewczyna z parującymi filiżankami kawy i cukiernicą, jedną filiżankę postawiła przed Franciszkiem, drugą pozostawiła na tacy.

– Dziękuję – powiedział major spokojniejszym tonem, odczekał, aż dziewczyna zamknie drzwi. – Pan się napije, bo jak tak dalej pójdzie nasza rozmowa, to długo pan nie zazna smaku kawy! To nie są żarty, panie Szurman! Śmiem podejrzewać, że jest pan w zmowie z podpalaczami!

– Przyjechali o trzeciej nad ranem. – Zdecydował się na półprawdę. – Pobiegłem za autem, chciałem powiedzieć, że tam nikogo nie ma, ale zobaczyłem, że dwóch rozcina siatkę i wystraszyłem się, już wiedziałem, że to napad.

– Ilu ich było?

– Czterech, z tym, że jeden ciągle siedział za kierownicą i oświetlał im plac, drugi poszedł za dom, tam, gdzie były drewniane bale, a dwóch pewnie wybiło szybę w drzwiach, słyszałem brzęk tłuczonego szkła i włączył się alarm, ale pewnie pan wie, że on nie był podłączony do żadnego biura ochrony. Byli w kaskach, na plecach mieli butle, jak nurkowie, a w rękach długie strzelby. Za moment rozpętało się piekło. Widziałem tego za domem, raz po raz wypuszczał ze strzelby długą smugę ognia i ściana budynku zapłonęła. Paliło się wewnątrz, leciało szkło z okien. Alarm przestał wyć. Uciekałem do domu polami, bałem się, że i mnie podpalą, i wtedy drogą jechało do góry auto osobowe, ciemne kombi, na drzwiach miało jasny napis "Pogotowie techniczne". Zanim wszedłem do chałupy, dziwny gość wtargnął na moje podwórko i pytał o sąsiadkę. Powiedziałem, że jej tu nie ma, bo nie ma jej samochodu, a on wlazł mi do domu, przeleciał wszystkie pomieszczenia. Chciałem go walnąć w łeb siekierą, jaką trzymam nad drzwiami, ale co zrobiłbym z nim później? Tamci pewnie by nas spalili. Facet zajrzał jeszcze do obory i poszedł do góry. Zaryglowałem furtkę i widziałem, jak po chwili zjeżdżał od pożaru w dół.

– Jak wyglądał?

– Dziwny, niekształtny. Niższy ode mnie, z małą, na wpół łysą głową, z chudymi nogami w przykrótkich spodniach i z wielkim tułowiem. Chyba że miał coś pod kurtką. I wielkie łapy. – Uniósł nieznacznie przedramiona. – Ja mam duże ręce, ale on miał dłonie jak łopaty.

Major odstawił filiżankę na tacę, Franciszek widział zmianę w jego twarzy: chmurne ściągnięcie brwi, pogłębioną marsową zmarszczkę pomiędzy nimi. Już drugi raz usłyszał o tym niekształtnym facecie i o jego samochodzie z napisem "pogotowie". A on znał z opowiadań mężczyznę o takim rysopisie, nazywano go "Czyścicielem". Za czasów głębokiego PRL-u pracował w departamencie jako rusznikarz, dodatkowo, w największej tajemnicy, zlecano mu rozwiązywanie spraw niemożliwych do rozwiązania. W niektórych kręgach obrósł legendą, jakoby nie sprawiało mu różnicy, czy wielkimi łapami skręci kark mężczyźnie, urwie głowę kobiecie czy zadusi dziecko.

Franciszek Szurman uchwycił uszko filiżanki w dwa palce, upił trochę płynu. Potrzepało nim, kawa była mocna i bardzo gorzka, nigdy takiej nie pił, jednak nie miał odwagi sięgnąć do cukiernicy i nawet nie z obawy przed majorem, raczej z powodu swojej nieumiejętności obchodzenia się z delikatną porcelaną i maleńkimi łyżeczkami. Nie chciał też eksponować swoich spracowanych dłoni, wystających z obszarpanego, burego swetra, które w porównaniu z wypielęgnowanymi palcami majora ubranego w świeżutką popielatą koszulę z metalowymi spinkami w mankietach, wyglądały fatalnie.

– Co było dalej, panie Franku? – Major ponaglił ponurym tonem.

– Tamci nadal byli na posesji pani Gabrysi, a my z Zośką, to znaczy z moją żoną, staliśmy w ciemności w oknie, baliśmy się ich. Przed szóstą rano poszedłem do obory, wtedy widziałem, jak zjeżdżali z góry, a z podwórka pani Gabrysi walił czarny dym. Na aucie był napis "Straż Pożarna", tylko jakoś nie na środku, jakby pierwsze słowo było zamalowane. Poszedłem tam, ale nie było czego ratować.

– I co pan zrobił?

– Nic...

– Jak to, nic?! – znowu zagrzmiał major. – Spłonął dom pana sąsiadki, był pan świadkiem jego spalenia i nic pan nie zrobił?! Nie zgłosił pan tego faktu? Już kiedy się paliło powinien pan pobiec do CPN-u i powiadomić policję!

– Bałem się zostawić żonę i dzieciaki.

– Mógł ich pan sprowadzić do sąsiadów poniżej!

Franciszek Szurman zamilkł. Dopił czarną gorycz i delikatnie odstawił filiżankę.

– Coś mi się tutaj nie zgadza, panie Franku. – Major kręcił głową. – Gabrysia przedstawiała pana w samych superlatywach. Zarzucałem jej lokalizację domu na niebezpiecznym odludziu, a ona mówiła, jaki z pana wspaniały sąsiad – silny, odważny, spostrzegawczy. Miała pana prawie za ochroniarza, a pan co robi? Nic. Na co pan czekał? Gdybym się tam nie pojawił, milczałby pan o tym zdarzeniu?

Franciszek patrzył w twarz majora i nadal nie potrafił podjąć decyzji. Ten wymuskany elegant wydawał się mocno przejęty losem sąsiadki, a jednocześnie w głowie dźwięczały mu jej słowa, że zrobią mu krzywdę. Jeśli pracowała z nimi, to w przeciwieństwie do niego wiedziała, kim są, i teraz nie miał pojęcia, komu zaufać.

Jego niepewne spojrzenie nie uszło uwagi majora, oparł szczupłe dłonie na poręczy krzesła i pochylił się do Franciszka.

– No? Panie Szurman! Co pan chce mi powiedzieć, bo widzę, że wie pan znacznie więcej!

Franciszek przełknął głośno, wciągnął w płuca głębszy haust powietrza.

– Ona tam była... nie pozwoliła mi nic powiedzieć...

– Kiedy?

– W chwilę po tym, jak odjechali. Przyszła od strony pól, widziała na dole to auto strażackie, mówiła, że spalili jej mieszkanie i samochód. Płakała – dokończył ciszej.

Konrad na chwilę zaniemówił, wyobraził sobie Gabrielę nad dymiącymi zgliszczami jej domu i doznał dojmującej przykrości. Jednak zaraz schłodził swoje emocje, zmienił też plan działania, bo jeszcze przed chwilą zamierzał zabrać Szurmana na prawdziwe przesłuchanie. Teraz mu to odpuścił.

– Co mówiła? Dokładnie! Niech pan sobie przypomni każde jej słowo.

Szurman wiedział, że ryzykuje, może ten człowiek udaje przejętego, zmartwionego, a jego celem jest dopaść sąsiadkę, a przy okazji unicestwić jego.

– Stawiam wszystko na jedną kartę – powiedział z odcieniem bojaźni w głosie. – Pani Gabrysia ostrzegła mnie przed panem, ale nie rozumiem, dlaczego miałby pan zniszczyć mnie i moją rodzinę.

– Tak panu powiedziała?! – Aż mu zaparło dech w piersiach.

– Przyniosłem jej kurtkę, którą wcześniej podarowała moim dzieciom, bo cała dygotała, nie wiem, czy z nerwów, czy z zimna. Zapytałem, czy wie, dlaczego tak się stało, odpowiedziała, że komuś przeszkadzała. Pytałem dokąd pójdzie, odpowiedziała: "Donikąd", musi uciekać, bo jacyś siepacze chcą ją dorwać. Ostrzegła mnie, że mam nic nie mówić, nic nie widziałem i nic nie słyszałem, bo to są niebezpieczni ludzie i mogą nas skrzywdzić.

– Którzy? O kim mówiła?

Szurman zastanowił się, oderwał wzrok od mężczyzny, ze skupioną twarzą popatrzył na drzwi gabinetu, zjechał wzrokiem na stół i cukiernicę, a zaraz ponownie spojrzał na majora.

– Wie pan, że... teraz to już nie wiem?

– Nazwała ich jakoś?

Pokręcił głową.

– Może źle zrozumiałem. Powiedziałem jej, żeby poszła po pomoc do mężczyzny, który u niej bywał...

– Co odpowiedziała?

Franciszek wzruszył ramionami, co można było różnie zinterpretować. Nie odważył się powtórzyć jej słów.

– Nie było mnie i ona o tym wiedziała. – Konrad odezwał się z nutką żalu w głosie, jakby chciał się usprawiedliwić przed tym człowiekiem, a może przed samym sobą. – Co jeszcze mówiła? Co planowała?

– Mówiła, żebym nadal uprawiał jej pole wokół działki, a ona się kiedyś odezwie. I nie wolno mi nikomu powiedzieć, że tam była. Zeszła na powrót polami. Kiedy już była pomiędzy moim a dziadków gospodarstwem, do góry znowu jechał ten dziwny człowiek. Zdążyłem wbiec na swoje podwórko i wziąć widły do rąk. Pytał mnie, czy widziałem sąsiadkę, po czym pojechał na jej posesję i zaraz zjechał ze wzgórza.

– Mógł zobaczyć Gabrielę na dole?

– Myślę, że nie. Ona na pewno widziała ten samochód, powiedziałem jej, że pytał o nią nieciekawy typ, sądzę, że nie wyszła na drogę.

Major przyglądał się jeszcze chwilę Szurmanowi, w końcu wyjął telefon z kieszeni.

– Odwieziesz Franciszka Szurmana, dokąd zechce – powiedział do telefonu, a do niego zwrócił się z pogróżką: – Jest pan wolny, ale jeśli wydarzy się tam cokolwiek, zobaczy pan Gabrielę lub przypomni sobie jakiekolwiek jej słowo, natychmiast chcę o tym wiedzieć. Może pan wziąć taksówkę na mój koszt albo prywatny samochód, obojętne. Może pan zejść do CPN-u i zadzwonić na ten numer o każdej porze dnia i nocy. Wszystko mi powtórzą. – Zabrał z biurka małą karteczkę i wypisał numer telefonu agencji. – Proszę jej nie zgubić. Przyjadę do was za jakiś czas i nie musicie się mnie obawiać. Gdy skończy się śledztwo, będę pana prosił o pomoc w uprzątnięciu gruzowiska.

Franciszek Szurman wstał z krzesła, nie był kontent z takiego zakończenia rozmowy, teraz sam nabrał wątpliwości, czy ten dziwaczny człowiek nie spotkał jednak Gabrieli gdzieś na moście prowadzącym do ich przysiółka.

Jednak nie chciał dłużej rozmawiać z majorem, wolał już wyjść z tego pokoju.

– Dziękuję za kawę – powiedział i chwycił za klamkę, gdy z ust majora padło ciche pytanie:

– Co powiedziała Gabrysia, gdy jej pan wspomniał o mnie?

Franciszek patrzył w drzwi wygłuszone pikowanym skajem, znowu miał dylemat.

– Mówże, człowieku! – ponaglił.

– Powiedziała, że jest pan najniebezpieczniejszy ze wszystkich i mam udawać, że nigdy pana nie widziałem. A gdy zapytałem, po co w takim razie pana przyjmowała, odpowiedziała, że słabość ducha zagłuszyła jej rozsądek, czy coś takiego. Do widzenia. – Wyszedł pośpiesznie.

Teraz Konrad stał jak ogłuszony.

* * *

O dziewiątej rano kapitan Henryk Folko wyszedł ze swojego pokoju wyjątkowo odmieniony. Zamiast codziennego garnituru miał na sobie czarne wojskowe bojówki, taką bluzę i kurtkę w kolorze khaki. W ręce niósł skórzaną teczkę. Nie tłumacząc się nikomu, opuścił wydział techniczny, udał się wprost na parking agencji.

W mieszkaniu służbowym na osiedlu Słonecznym w Kierczu, na najwyższym piętrze bloku, stał w oknie major Maj. Przed ewentualnymi spojrzeniami przechodniów chroniła go żaluzja, on zaś miał dobry widok na część osiedla z podjazdem do bloku. O dziewiątej piętnaście zaparkował tam ich służbowy polonez z cywilną rejestracją. Major odszedł od okna, otworzył szklaną butelkę coca-coli o pojemności jednej trzeciej litra, aby się płyn odgazował, zabrał dwie literatki i zaniósł wszystko do pokoju. Ustawił pośrodku stołu. Czekał. Po kilku bezczynnych minutach usłyszał dwukrotny sygnał w swoim urządzeniu, przycisnął tylko raz "oddzwoń", podszedł do kuchennego okna – obok poloneza zaparkował granatowy volkswagen kombi z napisem "Pomoc techniczna". Konrad przeszedł do przedpokoju. Człowiek na schodach dosłownie skradał się, nie było słychać najmniejszego szmeru i nagle zadźwięczał gong.

Major odliczył pięć sekund i zwolnił zamek, zrobił przejście dla mężczyzny, zamknął za nim drzwi.

– Witam, panie chorąży. – Wyciągnął rękę do Wacława Ośniaka o pseudonimie "Czyściciel". – Major Maj – przedstawił się.

Wielka jak bochen chleba dłoń potrząsnęła ręką majora.

– Nie musi się pan przedstawiać, kto by nie znał zięcia generała? Nie wiedziałem tylko, że jest pan już majorem!

– Od trzech lat – powiedział Konrad, wskazując wejście do pokoju. Wszedł za Ośniakiem, czując w nozdrzach jego specyficzny, zalatujący stęchlizną zapach. – Nie tęskni pan za swoją zbrojownią?

– No cóż... – Ośniak rozpiął szarą kurtkę, usiadł na krześle. – Nowe czasy, panie majorze. Ale stare problemy! – Skrzywił cienkie usta w uśmiechu.

– Tak – rzekł ostrożnie major, nie miał pewności, czy trafia pod dobry adres. Kosek nie ugiął się pomimo zastosowanych wszelkich metod przesłuchania, twierdził, że przed blokiem rozmawiał z przypadkowym lokatorem. – Lecz ten ostatni problem, czyli pościg za agentką, zawaliliście z kapitanem na całej linii. – Rozstawił literatki, nalał trochę coli do jednej, później wypełnił szkło Ośniaka, resztę dolał do swojej porcji.

– Nie lubię się tłumaczyć, majorze, i nie wiem, co panu przekazał generał, ale sprawę zawalił pana kapitan, nie ja. A teraz w ogóle nie mam z nim kontaktu.

Konrad usiadł naprzeciw Ośniaka.

– Kapitan jest w szpitalu, postrzelił się w nogę przy załadowywaniu broni.

– Ot, niezguła! – zaśmiał się chorąży. – I jak z takim pracować? Generał powiedział mi, że dał pan kapitanowi wyraźny rozkaz, miał odebrać agentce amunicję, zwabić do tego mieszkania, rąbnąć w główkę, załadować jej pistolecik i palnąć raz w sam móżdżek. Dobrze to pan wymyślił, wyglądałoby na czyste samobójstwo. I początkowo szło mu jak po maśle, agentka-szpieg oddała magazynki bez walki i posłusznie weszła do klatki schodowej. Dlaczego nie poszedł za nią do mieszkania? Sprawa byłaby załatwiona na cacy.

– Przyznał, że się wystraszył, ona jest bardzo sprytna i świetnie walczy. Kapitan o tym wiedział.

– Kogo się wystraszył? Jakiejś foczki?! Z kim wy teraz pracujecie, majorze? Mógł jej chociaż upilnować!

– Co było dalej? Chcę to usłyszeć od pana, bo jemu nie ufam do końca.

– Generał zadzwonił do mnie. Gdy przyjechałem, kapitan wciąż stał przy wejściu do bloku. Dał mi jej magazynek i przyszliśmy do tego mieszkania, miał drugi klucz. Ale niestety, jej tam nie było. Przecież nie uleciała kominem! Musiał wejść do auta albo odwrócić się od drzwi i zwiała mu. Chyba że jest z nią w zmowie, bo i tak myślałem.

– Istnieje takie ryzyko... Niech mi pan powie, gdzie jej szukaliście, żebyśmy nie powtarzali czynności. To jest poważna sprawa, panie Wacławie, musimy ją znaleźć.

– Wszystkiego nie wiem, to kapitan koordynował pościg. Ja kilka razy jeździłem do jej spalonego domu, nie pokazała się tam. Raz nawet widziałem was przy przeglądaniu pogorzeliska.

– Muszę zachować jakieś pozory. – Upił łyk napoju. – Przy okazji sprawdzaliśmy, czy przypadkiem jej tam nie spalili i nie ukryli gdzieś zwłok, nie informując o tym kapitana.

* * *

Semtex był niezawodny – solidna porcja masy z elektronicznym zapalnikiem w środku, uruchamianym na sygnał telefonu, wylądowała pod przednim napędem volkswagena kombi z napisem "Pomoc techniczna". To trwało dwie sekundy, magnes na paczce idealnie przywarł do blachy podwozia. Wystarczyło wstać, strzepnąć parkingowy kurz z kolana i wejść do zupełnie innej klatki schodowej.

* * *

– ...później kapitan dostał informację, że widziano ją w Sosnowcu – kontynuował Ośniak. – Pojechałem, i co? Okazało się, że to jej matka. Owszem, podobna do niej, ale jak można pomylić trzydziestopięciolatkę z sześćdziesięcioletnią babą? Nasz wywiad schodzi na psy! Sprawdziłem jej mieszkanie, jest pod obserwacją i telefon ma na podsłuchu, jednak młodej tam nie ma. Obserwują dom jej bratowej w Dąbiu, śledzą każdy krok Zuzanny Deresz. Ostatnio sprawdzaliśmy okoliczności kradzieży malucha z wioski Wrzecino, ale to też niewypał. Czekam na dyspozycje, majorze, obiecałem generałowi, że pomogę panu w tym kłopocie.

– Wie pan, czego się obawiam? – Szare oczy Konrada wpatrywały się bez wyrazu w twarz Ośniaka. – Sawicki wynajął nie tylko pana do pościgu za agentką. Ktoś mógł ją już namierzyć, zrobił, co trzeba, i nikomu nie powiedział. W ten sposób nigdy się nie dowiemy, czy temat jest zamknięty, czy znowu wypłynie.

– Dlaczego ktoś miałby tak postąpić? Za zamknięcie sprawy generał obiecał dosypać kasy. I dlaczego wynajął jeszcze kogoś?

– Źle zrobił. – Major szybko zareagował. – Im więcej osób jest w to zaangażowanych, tym gorzej. Nie było mnie i nie mogłem pokierować pościgiem, miał to załatwić kapitan. Co prawda odebrał jej trefne akta, ale ona mogła je powielić, miała na to czas. Sawicki wysłał jeszcze kogoś za granicę. Agentkę mogli uprowadzić i sprzedać za lepszą kasę, jest ładną dziewczyną. Wie pan, że dzisiaj honor już nic nie znaczy.

– U mnie znaczy, panie majorze. Wziąłem pieniądze i wywiążę się z zadania, pana teść wie, że nigdy nie spapram roboty. Gdyby mnie powiadomił wcześniej, czekałbym pod blokiem i miałby pan sprawę zamkniętą. Co dalej, panie majorze?

Konrad wyjął kartkę i długopis.

– Da mi pan swój numer telefonu. Dzisiaj otrzymam informację z Katowic, namierzamy jej byłego kochanka, jeżeli będzie coś na rzeczy, zadzwonię do pana i podam adres. Ale musi pan pilnować telefonu, nie chcę już nikogo wysyłać do pana.

– To się wie, majorze. Czyli nie dzwonić do generała?

– Nie, teraz ja zarządzam pościgiem. Niech emeryci odpoczywają. – Uśmiechnął się nieznacznie. Zapisał numer Ośniaka, schował karteczkę do górnej kieszeni marynarki. – Polegam na pana doświadczeniu. – Zakończył, wstając od stołu. Ośniak dopił coca-colę i podniósł się do wyjścia.

– Może pan być spokojny, w zależności od sytuacji będzie to wyglądało na wypadek, samobójstwo lub dziewczyna po prostu zniknie, ale pan się o tym dowie.

Konrad zamknął drzwi za Wacławem Ośniakiem, natychmiast przerzucił opcję w telefonie i dwukrotnie uruchomił przycisk "wyślij". Wrócił do pokoju, zabrał pustą butelkę po coli i literatki. Wymył je dokładnie, osuszył ściereczką i schował do kuchennej szafki. Jeszcze raz wrócił do pokoju, wilgotną ściereczką wytarł stół, krzesła, na których siedzieli, klamki drzwi wejściowych. Nad kuchenką gazową spalił kartkę z numerem telefonu, spopieliny wrzucił do zlewu i spłukał wodą.

* * *

Nieszczery uśmiech Wacława Ośniaka zgasł równocześnie z plaśnięciem drzwi za jego plecami. Niby wszystko grało, mimo to coś zaczynało mu śmierdzieć. Nie spodobał mu się major, znał go z widzenia od dawna, ale pierwszy raz z nim rozmawiał. Inteligencik. Tacy są najgorsi, nigdy nie wiadomo, co myślą. W dwadzieścia sekund pokonał schody, nie wydając żadnego szelestu, co zawdzięczał gumowym podeszwom butów i kurtce z miękkiego materiału. Zatrzymał się przy wyjściu z klatki schodowej, jego małe bystre oczy omiotły teren przed blokiem – nic się nie zmieniło, obok jego samochodu nadal stał ciemny polonez, tylko zniknął facet, który wcześniej porządkował bagażnik i widział go od połowy w dół.

Trzasnął drzwiczkami pogotowia technicznego i ruszył z kopyta. Wyjeżdżając z osiedla, rozmyślał, po co wzywał go major – jeżeli przejął dowodzenie pościgiem, powinien wiedzieć o wszystkim. On, Wacław, zdawał relacje kapitanowi z każdej wykonanej czynności, był w kontakcie z generałem. Dzisiaj sądził, że zięć generała ma nowe informacje o ewentualnej kryjówce jego agentki, a on wypytywał o sprawdzone przez Wacława miejsca.

Wyjechał na główną drogę i pognał w kierunku Warszawy. Wbrew ustaleniom z majorem, zaraz będzie w domu i zadzwoni do generała, musi się dowiedzieć, co jest grane i dlaczego ktoś jeszcze szuka tej pindzi, wszak resztę forsy obiecano jemu. Przezornie zerkał w lusterko wsteczne i naraz wbił w nie wzrok, taki sam ciemnoniebieski polonez stał obok jego samochodu przed blokiem, a teraz jedzie za nim. Może to przypadek, ale Wacław nie wierzył w przypadki. Czyżby major wciągnął go w pułapkę? Dlaczego? Przecież pracował dla nich!

Zbliżał się do skrzyżowania na Serock, szybko podjął decyzję, skieruje się tam, może polonez pojedzie prosto, wówczas on zawróci. Z piskiem opon skręcił w lewo, wrzucił czwarty bieg, obejrzał się do tyłu, polonez skręcił równie szybko jak on. Wacław wbił pedał gazu do podłogi i nagle samochód oderwał się od asfaltu. Ostatni, szokujący obraz, jaki zobaczył, to gruby pień przydrożnej topoli i poczuł niewytłumaczalne wznoszenie się do jej korony.

* * *

Konrad wrzucił butelkę do śmietnika przed blokiem, zdążył zauważyć, że na podjeździe nie było volkswagena kombi ani poloneza. Wsiadł do służbowego golfa, skierował samochód na drogę krajową E-77 prowadzącą w kierunku Warszawy. Jeszcze nigdy nie prowadził samochodu z tak niewielką prędkością. Gdy przejechał obok drogi dojazdowej do agencji, zwolnił jeszcze bardziej, wlókł się trzydzieści kilometrów na godzinę do czasu, aż z przeciwka nadjechał polonez, a mijając golfa mrugnął światłami. Wówczas major przyspieszył. Gdzieś w połowie trasy, przy zjeździe na Serock, tuż za zakrętem drogi, płonęło auto owinięte wokół przydrożnego drzewa.

Przejeżdżając, widział zatrzymujące się samochody, ktoś próbował uruchomić ręczną gaśnicę.

Konrad spojrzał na zegarek, wcisnął mocniej pedał gazu.