Informacja zwrotna - Jakub Żulczyk

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (23,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. Jedyne wyjście

Śniło mi się, że piłem.

Sta­łem na środku ulicy, pod Domami Cen­trum, byłem zupeł­nie goły, cho­ciaż to aku­rat nie miało za bar­dzo zna­cze­nia. Inni tego nie widzieli, a ja się nie przej­mo­wa­łem. Po pro­stu sta­łem i piłem wybo­rową z lodem, ze szklanki, tę lep­szą, eks­por­tową.

Sma­ko­wała jak skóra Boga.

Smak zostaje na ustach jesz­cze długo po obu­dze­niu. Pra­wie na cały dzień.

Jest taka cho­roba zawo­dowa muzy­ków, tin­ni­tus auris. Nie­ule­czalna. Czło­wiek sły­szy cichy pisk albo szmer, albo szum, cią­gle, nawet przez sen, cokol­wiek by robił. Nie­któ­rzy popeł­niają przez to samo­bój­stwa. Ja też mam coś takiego, tylko zamiast szumu czy pisku mam w uszach chrzęst kostek lodu. Cza­sami to wra­że­nie, że pod moją czaszką ocie­rają się o sie­bie ogromne głazy, lodowce, a pomię­dzy nimi prze­le­wają się lep­kie i zimne stru­mie­nie.

Nazy­wam się Mar­cin Kania i jestem...

Wia­domo, kim jestem.

Pra­co­wa­łem w prze­my­śle roz­ryw­ko­wym - cho­ciaż w Pol­sce to nie jest żaden prze­mysł, to lepie­nie w szla­mie. Naj­pierw sam byłem muzy­kiem. Potem mene­dże­rem innych muzy­ków. Wyda­wa­łem gazetę o muzyce; pomy­śleć, że kie­dyś ludzie je kupo­wali. Zakła­da­łem pierw­sze por­tale inter­ne­towe. Ale i tak naj­wię­cej zaro­bi­łem na tan­tie­mach za starą i głu­pią pio­senkę, którą znają wszy­scy i któ­rej nikt nie może już słu­chać, poza kie­row­cami tak­só­wek.

Mówi się, że przez alko­hol traci się kon­trolę - ale ja jej ni­gdy nie mia­łem. Przez wstyd, przez złość, przez nie­chęć. Przez uczu­cia.

Mam pięć­dzie­siąt lat, ale pamię­tam z tego mniej niż połowę.

Mówi się, że przez alko­hol traci się pamięć - aku­rat może i dobrze.

Z Martą jeste­śmy w sepa­ra­cji. Cho­ciaż teraz, w świe­tle tego, co się stało, trudno tak naprawdę powie­dzieć, w czym jeste­śmy. Ostat­nie dwa lata miesz­ka­li­śmy osobno. Wczo­raj zażar­to­wa­li­śmy. Po raz pierw­szy od dobrych dzie­się­ciu lat. Marta powie­działa:

- Zobacz, jeste­śmy tak fatal­nym mał­żeń­stwem, że nawet nie umie­li­śmy się porząd­nie roz­wieść.

Zaśmia­łem się. Ona też.

Mamy córkę. I syna. Tak, wciąż go mamy.

Mówi się, że przez alko­hol traci się rodzinę. Nie, nie tylko. Rodzinę się zabija. Naj­pierw mor­duje się każ­dego z jej człon­ków z osobna. Na wiele spo­so­bów - pota­jem­nie, z ukry­cia, albo publicz­nie, na sza­fo­cie, ku ucie­sze publicz­no­ści. A to, co z niej zosta­nie - bo zawsze coś zostaje z rodziny, gdy wszy­scy już umrą: leżący na pod­ło­dze nagi organ, bez­bronny, pode­ptany - składa się w ofie­rze, pali w piecu.

A, zapo­mnia­łem. No wła­śnie.

Nazy­wam się Mar­cin Kania i - chyba - jestem mor­dercą.

Zaraz zabiję czło­wieka.

Wła­śnie jadę to zro­bić.

Marta stoi w drzwiach i mówi:

- Nie.

Wygląda jak upiór, przez ostat­nie tygo­dnie schu­dła chyba z pięt­na­ście kilo. Nie­prany dres spływa z niej jak czarny tren. Wiem, że bie­rze cztery różne leki psy­cho­tro­powe, dla­tego w ogóle może cho­dzić i mówić.

Sam nie wyglą­dam lepiej. Na dobrą sprawę, oboje jeste­śmy już mar­twi

Czy to musiało się tak skoń­czyć? Widocz­nie musiało, skoro tak się koń­czy.

- Misia. A co nam zostało? - pytam.

- Ula nam została.

Mam w ręku spor­tową torbę z logo sie­cio­wej siłowni, trudno powie­dzieć skąd, nie pamię­tam, żebym kie­dy­kol­wiek poszedł na siłow­nię. Torba jest nie­wielka, ale pakowna; mie­ści gaz pie­przowy, zestaw kuchen­nych noży, tłu­czek do mięsa, biu­rowy zszy­wacz, obcęgi, śru­bo­kręt, kłę­bek drutu, cienką pla­sti­kową linkę.

Wszystko, co zna­la­złem w domu.

Gdyby był tu Spro­ket, pew­nie pod­biegłby, oparł się o mnie łapami, chuch­nął we mnie smro­dem z pyska. Pew­nie chciałby wyjść na spa­cer, poba­wić się albo po pro­stu żreć. Ale Spro­keta już nie ma.

- Będziemy sobie teraz razem żyć, będziemy mał­żeń­stwem? Po tym wszyst­kim? - pytam.

Bra­li­śmy z Martą ślub dwa­dzie­ścia sześć lat temu. Zaraz po dwu­dzie­stce jesz­cze nie widać, że ktoś jest prze­klęty. Marta śpie­wała, ja gra­łem w zespole. Ona była na początku stu­diów, ja nie posze­dłem na żadne.

Pod­cho­dzi do mnie, łapie mnie za nad­garstki.

- Już się z tego nie wyplą­czemy, Misia - tłu­ma­czę jej.

- Ula ma rację. Musimy myśleć o niej. Nie możemy jej tego robić - prosi jesz­cze raz.

To prawda. Ale są rze­czy, któ­rych nie unik­niemy.

Pamię­tam, jak zoba­czy­łem ją po raz pierw­szy. To była próba przed jakimś wystę­pem, ona stała na pustej sce­nie, śpie­wała Jezioro szczę­ścia Bajmu, gło­śno i czy­sto. Jesz­cze nikt o niej nie sły­szał. Gdy skoń­czyła, popa­trzyła na mnie, ja poda­łem jej rękę, żeby pomóc jej zejść.

To wtedy zaczą­łem ją zabi­jać. Prze­pra­szam cię, Misia.

Nie potrze­buję wiele siły, żeby ją od sie­bie odcze­pić, taka jest słaba. Przy­ci­skam ją do sie­bie, ale ona nie potrafi roz­luź­nić się na tyle, aby dać się objąć. Jest już trwale napięta, pod skórą ma drewno i drut.

Cofa się, siada na scho­dach, zaczyna cicho pła­kać.

- Wszystko biorę na sie­bie.

Nie odpo­wiada.

- Wszyst­kie te, pies je jebał, miesz­ka­nia są wasze. Sprze­da­cie je. Będzie­cie żyć.

Nie odpo­wiada.

- To jedyne wyj­ście. - Kładę dłoń na klamce, otwie­ram drzwi.

Gdy Mar­cin Kania przy­szedł na ten świat na oddziale położ­ni­czym Szpi­tala Pra­skiego, coś musiało się schrza­nić. Źle uło­żyły się pla­nety, cza­so­prze­strzeń miała zwar­cie - nie mam poję­cia, coś się stało, po co drą­żyć, nie ma sensu już nikogo obwi­niać.

Wyszło, jak wyszło.

Zawsze mia­łem prze­rą­bane.

Umia­łem to tylko pogłę­biać.

Teraz jadę jak pirat. Prze­jeż­dżam na czer­wo­nych, wymu­szam pierw­szeń­stwo. Może chcę, żeby zatrzy­mała mnie poli­cja, żeby powstrzy­mali mnie przed tym, co ma się stać. Tak się składa, że nie mam prawa jazdy. Nie muszę chyba mówić, za co mi je zabrali. Trudno, i tak wsa­dzą mnie do wię­zie­nia. Na razie nikt za mną nie jedzie. Nikt mnie nie widzi. Może radary robią mi zdję­cia, a może nawet one nie dzia­łają.

Łazien­kow­ską dojeż­dżam na miej­sce w pięt­na­ście minut.

To apar­ta­men­to­wiec na Powi­ślu, nie­da­leko Dobrej. Par­kuję naprze­ciwko, jest miej­sce. Jest ciemno i bar­dzo cicho, sły­chać jedy­nie szum drzew i prze­jeż­dża­ją­cych w oddali samo­cho­dów. Od budynku bije mleczna łuna ste­ryl­nego świa­tła.

Wycho­dzę z auta, zarzu­cam torbę na ramię, popra­wiam oku­lary i ruszam w stronę budynku.

Nazy­wam się Mar­cin Kania i zaraz zabiję czło­wieka.

A potem się napiję.

Dąż do szczęścia

Trzy­mam się fotela, mocno, pró­bu­jąc nie spły­nąć z niego na pod­łogę. Miękka, ciemna od brudu wykła­dzina przy­po­mina jezioro; nogi wpa­dają mi w nią po kostki. Przy­sze­dłem wcze­śniej, bo nie mia­łem gdzie iść.

Jest jesz­cze pół godziny.

Myślę o sło­wie "zawsze".

Wiem, że stało się coś strasz­nego.

Przed­mioty, wciąż ten sam zestaw. Brą­zowe szklanki Arco­roc. Stare numery kolo­ro­wych pism na półce pod bla­tem sto­lika. "Cztery Kąty", "Twój Pies", "Codzien­nik Tera­peu­tyczny". Soki w kar­to­nach. Woda gazo­wana, niegazo­wana. Kawa roz­pusz­czalna Jacobs w szkla­nych sło­ikach. Coś pół­prze­zro­czy­stego, zaokrą­glo­nego na obi­tej sztuczną skórą porę­czy fotela. Na początku wydaje mi się, że to mar­twy robak, ale to odgry­ziony pazno­kieć.

Zawsze mówią, że coś jest na zawsze: będę kochał cię na zawsze, zawsze tam, gdzie ty, zawsze wierni. A prze­cież nie ma "zawsze", jest tylko do śmierci. To duża róż­nica.

Stało się coś strasz­nego.

Zupeł­nie nie pamię­tam co.

Mogliby w końcu poma­lo­wać te ściany. Setki rąk poro­biły wokół kon­tak­tów czarne ślady. Nie tylko wokół kon­tak­tów. Ludzie wyjąt­kowo czę­sto doty­kają tu ścian. Opie­rają się, jak już zro­zu­mieją, że w końcu mają o co.

Ośro­dek nazywa się Jutro. Nie jest to jakaś naj­lep­sza nazwa. Uczest­nicy tera­pii okre­ślają się jako Jutrzaki. Brzmi to jak nazwa jakie­goś zwie­rzę­cia hodow­la­nego. Takiego sztucz­nie wyho­do­wa­nego, nie­uda­nego, które daje mało futra i mięsa i nie umie się roz­mna­żać.

Woła mnie kobieta zza biurka. Ni­gdy nie pamię­tam, jak ona ma na imię, otyła i nie­ru­choma, pani figurka wspa­wana mię­dzy moni­tor, faks i dru­karko-ska­ner, która pomimo obec­no­ści tych urzą­dzeń i tak wszystko zapi­suje kolo­ro­wymi fla­ma­strami w gru­bym zeszy­cie A4.

- Mar­cin - mówi.

Pod­cho­dzę do niej, kar­nie i nie­pew­nie, jak uczeń. Kładę dło­nie na biurku. Patrzę na rzędy róż­no­ko­lo­ro­wych cyfr. Cyfry zamie­niają się w tęczowe pchły i zaczy­nają tań­czyć.

- Tysiąc trzy­sta zło­tych, Mar­cin - mówi.

- Trzy­na­ście - odpo­wia­dam.

- Co? - pyta.

- Nic, nic, nie­ważne. - Pró­buję prze­wi­nąć sam sie­bie do tyłu, jak starą kasetę. - Tysiąc trzy­sta zło­tych to trzy­na­ście bank­no­tów, chyba o to mi cho­dziło.

Mam pie­nią­dze w kie­szeni, spięte spinką, to dobrze. Wyj­muję, odli­czam. Jeden pie­niądz, drugi pie­niądz, trzeci pie­niądz.

Jarek wyra­sta za nią. Gruby i wielki, i łysy, zawsze ubrany jak na ryby, nie licząc gru­bych korali zawie­szo­nych na szyi, takich, jakie sprze­dają na stra­ga­nach nad morzem. Dziew­czyny śmieją się z niego, że wygląda jak Budda; dla mnie wygląda jak bał­wan ule­piony z cho­le­ste­rolu.

- Czy ja mam dzwo­nić po poli­cję? - pyta.

Kręcę głową na znak, że nie, nie musi mnie stra­szyć, będę grzeczny.

- Chcę to usły­szeć, Mar­cin. Chcę usły­szeć, że nie ma takiej potrzeby - mówi.

Czwarty pie­niądz, piąty pie­niądz, szó­sty pie­niądz.

Zawsze będziesz alko­ho­li­kiem, mówią. Zawsze będę alko­ho­li­kiem, powta­rzasz po nich. Ale tak naprawdę to oby nie. Obym był nim tylko do śmierci.

- Chodź. - Bie­rze mnie pod rękę i pro­wa­dzi jak sta­ruszkę do miej­sca, w któ­rym sie­dzia­łem przed chwilą. Siada naprze­ciwko, patrzy na zega­rek. Wzdy­cha. Bębni pal­cami o udo. Czy ja na pewno jej dałem wszyst­kie pie­nią­dze? Może wystar­czy, że dałem jej po pro­stu jakieś pie­nią­dze?

Jeśli ist­nieje niebo albo pie­kło i jeśli jest się tam alko­ho­li­kiem na wiecz­ność, to ja dzię­kuję, to pro­szę mnie po pro­stu wyłą­czyć. W ogóle: pro­szę mnie wyłą­czyć. Płacę gotówką. Nie, fak­tury nie trzeba, dzię­kuję.

- Co się stało? - pyta Jarek.

Mam na czubku głowy taki oło­wiany odważ­nik, naci­ska na mózg jak prasa. Muszę potrzą­snąć głową i go zrzu­cić, bo ina­czej zwa­riuję. On widzi, co chcę zro­bić, popy­cha mnie z powro­tem na fotel. Gotuje wodę, cztery łyżki do szklanki, dru­gie tyle cukru. Zrzy­gam się po tym, ale nie ma sensu tego opo­wia­dać, dla Jarka kofe­ina z cukrem to naj­lep­sze lekar­stwo na wszyst­kie cho­roby.

- Coś się stało. - Poka­zuję pal­cem na sie­bie.

Sta­wia przede mną szklankę. Lustruje mnie.

- Powiedz.

- Wolę na gru­pie.

- Nie wiem, czy cię wpusz­czę na grupę. Naprawdę, powi­nie­nem zadzwo­nić na poli­cję.

- Skoro muszę, to wyjdę sam.

- Nie, Mar­cin, ja boję się, że rzu­cisz się na kogoś z łapami.

- Tylko raz to zro­bi­łem, na samym początku.

- Wła­śnie cof­ną­łeś się na sam począ­tek. Jak w Euro­bu­si­nessie. Gra­łeś kie­dyś w Euro­bu­si­ness?

Niech mu będzie, pójdę, cho­ciaż nie mam dokąd. Wszy­scy są dla mnie źli. Nie­na­wi­dzą mnie. Umó­wili się dawno temu, przez inter­net, albo nie, jesz­cze wcze­śniej, jesz­cze zanim powstał inter­net, zanim się uro­dzi­łem; umó­wili się listow­nie, bo zoba­czyli brzuch mamy, jakiś taki brzydki, i zawią­zali spi­sek, pod­pi­sali potrzebne papiery, wymy­ślili swoją pie­częć, i tak powstało Wiel­kie Tajne Poro­zu­mie­nie Prze­ciwko Mar­ci­nowi Kani.

Od tej pory dbają, aby zawsze bolało. Abym zawsze wspi­nał się na górę i od razu z niej spa­dał, a z każ­dym upad­kiem łamał się jesz­cze dotkli­wiej. Ludzie, prze­cież tak się nie da żyć.

- Nie musisz nic robić - tłu­ma­czę mu. - Wyjdę sobie i tyle.

Pod­no­szę się, stoję pro­sto. Niech sobie dzwoni, gdzie tylko chce. Ja wcale nie jestem pijany. Ja już byłem pijany. Muszę iść i go zna­leźć. Po co w ogóle tu przy­sze­dłem, po jaką cho­lerę?

Te ściany, brud, wykła­dziny, sto­liki, gazety, wszystko deli­kat­nie zawi­ro­wuje, jakby taka wielka dłoń z Monty Pythona wło­żyła do środka rów­nie wielką łyżkę i zamie­szała.

Tele­fon, zaraz, może zadzwo­nił, może napi­sał. Może czeka gdzieś, woła, potrze­buje pomocy.

- Stało się coś strasz­nego - powta­rzam.

- Sia­daj. - Jarek łapie mnie za rękę i ściąga z powro­tem na fotel.

Nie, nie zadzwo­nił ani nie napi­sał. O Jezu, ile myśli.

Prze­chodź spo­koj­nie przez hałas i pośpiech i pamię­taj, jaki spo­kój można zna­leźć w ciszy.

Tele­fon jest niemy i wredny. Nie reaguje na moje palce. Jarek cią­gnie mnie w dół, sia­dam.

Poka­zuje mi zega­rek. Jest jesz­cze dzie­sięć minut. Wkłada mi kubek w ręce, biorę łyk. Słod­kie i wstrętne.

- Idź na mityng - mówi. - Za pół godziny jest na Szpi­tal­nej. Zamó­wię ci tak­sówkę. Jedź tam, a potem wróć do mnie, jak już wszy­scy pójdą.

- Ja muszę posłu­chać, co oni mi powie­dzą. Chcę dostać infor­ma­cję zwrotną.

Pierw­szy dzwo­nek do drzwi. Świ­druje, jakby ktoś przy­ło­żył mi do bębenka usznego wier­tło den­ty­styczne. Wszystko staje się tym dzwon­kiem, przy­krywa mi całą głowę, w gar­dle od razu poja­wia się zna­joma, kwa­śna kula pawia.

Kto idzie po scho­dach? Kogo nie­sie? Jadźkę? Syl­wię? Jakuba? To oni z reguły przy­cho­dzą pierwsi. Co powie­dzą na mój widok? Jadzia jest dla mnie zawsze miła, ma ten swój bab­ciny uśmiech, cie­pły jak kakao, ale reszta? Po pro­stu każą mi wyjść. I wię­cej mnie już tu nie wpusz­czą. Będą chcieli, abym umarł na ulicy. Pod Żabką. Biedny i samotny. Bo oni też są w tym spi­sku. Zapi­sali się do niego przez inter­net.

O ile to moż­liwe, bez wyrze­ka­nia się sie­bie bądź na dobrej sto­pie ze wszyst­kimi.

Jesz­cze raz wycią­gam komórkę. Ale na wyświe­tla­czu nic nie ma.

- Już ni­gdzie lepiej nie dzwoń - mówi Jarek i wyj­muje mi tele­fon z ręki, ostroż­nie kła­dzie go na sto­liku.

Podaje mi chu­s­teczkę. Pró­buję jak­kol­wiek to powstrzy­mać, ale nie da rady, leci ze mnie samo. Kle­pie mnie po ramie­niu. Pró­buję dać mu znać, że zaraz się uspo­koję, ale to wygląda na kolejne drgawki.

Stało się coś strasz­nego.

To Syl­wia. Czer­wona na twa­rzy, zma­chana. Szła szybko i ener­gicz­nie, jak zwy­kle. Gdy weszła, lekko prze­krzy­wiła pod­łogę. A może to ja prze­krzy­wi­łem głowę. Mówi swoje ciche, pośpieszne "cześć". Pod­cho­dzi do mnie, prze­chyla głowę. Już widzi.

- Nabro­iłeś, Mar­cin - stwier­dza i dodaje, zwra­ca­jąc się do Jarka: - On powi­nien iść do domu.

- Powi­nien, ale chce zostać - odpo­wiada Jarek.

- Cho­lera, a całą tera­pię zro­bi­łeś. I od początku będziesz musiał zaczy­nać. - Syl­wia kręci głową.

- Na razie skupmy się na tym, co jest teraz - mówi Jarek.

Tak, skoń­czy­łem wła­ściwą tera­pię. Jestem Jutrza­kiem. Byłem nawet na zamknię­tym odtru­ciu. Nasza wesoła gro­mada to grupa wspar­cia dla tych, któ­rzy chcą pod­trzy­mać trzeź­wość, dalej mieć kon­takt z ośrod­kiem. Jak widać, mnie nie pomo­gła.

Jarek ma rację. Co będzie, to będzie.

Zacznę od początku albo nie zacznę. Zapiję albo i nie zapiję.

W tym momen­cie to tro­chę nie ma zna­cze­nia.

Zna­cze­nie ma, że stało się coś strasz­nego.

Za Syl­wią wcho­dzi Kuba. I Jadźka. Musieli się zła­pać po dro­dze. Albo stali na dole i palili. Jadźka spa­liła ze trzy. Twier­dzi, że może, bo pali cien­kie. Ma w ręku jakiś paku­nek, zawi­nięty w lekko prze­mo­czony papier. Może zapalę, może to mnie uspo­koi? Pale­nie przy­pro­wa­dza do mnie myśli, jakich nor­mal­nie bym nie miał. Pomy­sły i roz­wią­za­nia. Strasz­nie teraz potrze­buję jakie­goś pomy­słu. A naj­bar­dziej potrze­buję usły­szeć, że wszystko gra. Że wszystko dobrze, że to była jakaś zwy­kła awan­tura, któ­rej nie pamię­tam. Że Pio­trek jest gdzieś z koleż­kami albo jakąś dzie­wu­chą. Że po pro­stu zapi­łem i tyle, i świat od tego nie runął, bo pogoda ducha, bo kolejne dwa­dzie­ścia cztery godziny, bo upa­dłeś, to powstań, bla, bla, bla, bla.

Wypo­wia­daj swoją prawdę jasno i spo­koj­nie, wysłu­chaj innych, nawet tępych i nie­świa­do­mych, oni też mają swoją opo­wieść.

- Cześć, Jadźka. - Pró­buję uśmiech­nąć się do niej pierw­szy. Ona pod­cho­dzi, powoli, siada naprze­ciwko mnie, ostroż­nie kła­dzie paku­nek na stole, obok mojego tele­fonu. Kręci głową na znak, że nie jest dobrze. Patrzy na Jarka.

- Chcę, aby­ście pod­jęli decy­zję, czy on może tu zostać - mówi Jarek.

- No, nie powi­nien. - Jadźka ma na twa­rzy tro­skę, jakby stała przed wnu­kiem, który się wywa­lił i zła­mał nogę.

- Ja pier­dolę, Mar­cin. - Kuba ściąga płaszcz, nie ma co z nim zro­bić, wie­szak jest dopiero w sali, więc wkłada z powro­tem. Dobry ma ten płaszcz. Z kratką na pod­szewce, to chyba Bur­berry. Dobry i drogi.

- Język - przy­po­mina mu Jarek.

- Jesz­cze nie ma grupy - odpo­wiada Kuba.

Dużo ich już, za dużo, wystar­czy, żeby urzą­dzić mi tu sąd, a przy­cho­dzą kolejni, raz po raz sły­chać kolejne dzwonki. Helena. Darek, czyli Cuguś. Adam, czyli Sza­tan. Być może przyj­dzie nawet Nie­mowa. Nie­mowa zawsze zja­wia się, gdy są kło­poty, jak kostu­cha ze sta­rego filmu, która grała z ryce­rzem w sza­chy.

- Byłeś na pogo­to­wiu? - pyta Jadźka.

- Nie wiem - mówię, bo prze­cież nie mogę tego wyklu­czyć.

To Sza­tan, poznaję po huku, z jakim drzwi ude­rzają o ścianę; ni­gdy nie może ich nor­mal­nie otwo­rzyć, zawsze musi zro­bić wej­ście smoka. Wpada do pomiesz­cze­nia, ruchliwa czarna plama odbi­ja­jąca się od ścian. Zawsze myśla­łem, że przy­cho­dzi naćpany, jest taki szybki, tak go pełno. Ale nie, on po pro­stu taki jest, dyna­miczny, jak ład­nie nazwała go kie­dyś Jadźka. To ja chciał­bym, żeby on był naćpany, bo chciał­bym być lep­szy od niego. Chciał­bym być lep­szy od wszyst­kich, a jestem od wszyst­kich gor­szy. Dzieci, uwa­żaj­cie przede wszyst­kim na wła­sne modli­twy.

Strasz­nie boli mnie ryj. Cały i każda część z osobna.

Sza­tan widzi mnie i odru­chowo cofa się o krok. Chyba pierw­szy raz, odkąd się znamy, zro­bi­łem na nim wra­że­nie.

- O kurwa, no to pięk­nie - komen­tuje.

- Język - powta­rza Jarek.

- Może powi­nie­neś iść do łazienki, stary - stwier­dza. - Umyć tro­chę ryj, jak masz tu zostać.

- Więc ty chcesz, aby został? - pyta Jarek.

- A gdzie ma iść? Tylko tu jest jego miej­sce. Ni­gdzie indziej - odpo­wiada Sza­tan. Zrzuca czarną skórę na zie­mię, pod spodem ma bluzę z sza­tań­skim mazia­jem, który kręci mi się teraz w oczach jak woda spły­wa­jąca do odpływu; łapie mnie za rękę i pod­nosi, cho­ciaż wcale o to nie pro­si­łem.

- Nie mów, że stra­szy­łeś go poli­cją, no Jarek, do dia­bła. - Sza­tan wyciąga wielki palec ozdo­biony srebr­nym pier­ście­niem. Jarek łapie go za ten palec.

- W tym miej­scu są zasady - odpo­wiada.

Sza­tan już nic nie mówi, tylko pro­wa­dzi mnie do łazienki.

Znam czło­wieka w lustrze, ale zwy­kle wygląda ina­czej. Szpa­ko­wate włosy, wiecz­nie pod­krą­żone oczy, opa­da­jące jak u bul­doga, nos - Marta kie­dyś mówiła, że orli, tak naprawdę ktoś przy­kleił mi go twa­rzy tro­chę na złość, tro­chę dla żartu. Zarost jak papier ścierny. To nor­malne, ale teraz do zestawu docho­dzi wię­cej atrak­cji.

Pod jed­nym okiem roz­lała się śliw­kowa plama. Samo oko czer­wone, jakby ktoś wepchnął mi do gałki ocznej pomi­do­rek kok­taj­lowy. Nos gene­ral­nie jakiś inny, to zna­czy wciąż orli, wciąż dla żartu, ale teraz jesz­cze nie­równy, taki bar­dziej na bok.

Swe­ter, o dziwo, jest czy­sty. Ścią­gam go, Sza­tan mi pomaga. Na koszuli chlu­sty krwi idą przez całą klatkę pier­siową, na skos, jak dwie szarfy.

Nie jestem zdzi­wiony. Już to widzia­łem. Ale w tym świe­tle, kiblo­wym i bla­dym, wszystko wygląda zupeł­nie ina­czej.

Niech twoje osią­gnię­cia, zarówno jak plany, będą dla Cie­bie źró­dłem rado­ści.

Puka­nie do drzwi. Sie­dem­na­sta. Kręcę głową i daję Sza­ta­nowi znak, żeby mi pomógł wło­żyć swe­ter.

- Chcesz jesz­cze zostać sam? Odlać się czy coś? - pyta.

Matko, jaki miły chło­pak. Mógłby być moim synem.

Wła­śnie, niech mój syn zadzwoni. Czemu nie dzwoni? Czemu nie krzy­czy? Może jed­nak wszystko jest w porządku? Może wró­cił do domu? Może się zna­lazł? Może jest?

Idziemy do sali. Sala to przede wszyst­kim kanapa w kształ­cie pół­kola, pokryta sta­rym sza­ra­wym obi­ciem, tro­chę jak fotele w auto­bu­sie. W rogu paprotka. Flip­chart, na bia­łej kartce wypi­sane: EMO­CJE, i dwie rubryki, minus i plus. Obie puste. Pew­nie się zaga­dali i zapo­mnieli wypeł­nić. Do tego odra­pany regał na doku­menty, na nim kilka sko­ro­szy­tów, dłu­go­pisy i puchar za bieg abs­ty­nenta. Naprze­ciwko kanapy dwa fotele i sto­lik. Wszystko sprzed dwu­dzie­stu lat, cięż­kie, zawie­si­ste, cho­ciaż ze sklejki, skaju i tapety. A mimo to przy­ja­zne. Ściany już nie tak brudne jak na kory­ta­rzu - skoro wsze­dłeś do tego pomiesz­cze­nia, to zna­czy, że już się jakoś spio­ni­zo­wa­łeś.

Sia­dam z boku, przy samych drzwiach, na wylo­cie.

Jarek wcho­dzi do środka, za nim cała reszta. Jadzia, Syl­wia, Helena, Darek, Kuba, Sza­tan. A nawet Michu, zapo­mnia­łem o nim, dawno go nie było. To Jarek będzie wesoły, bo przy­szedł w końcu ktoś grub­szy od niego. Roz­sia­dają się, Jadźka obok mnie. Kła­dzie mi dłoń na ple­cach. Wie­dzia­łem, że to zrobi. Jest z tego jakiś poży­tek, wypusz­czam z sie­bie wię­cej sta­rego powie­trza.

- Wszy­scy? - pyta Jarek.

- Wszy­scy - odpo­wia­dają wszy­scy.

Jarek wstaje, zamyka drzwi, siada z powro­tem na kana­pie. Zdjął polar i dum­nie pre­zen­tuje pod­ko­szu­lek: 30. Ogól­no­pol­ski Bieg Trzeź­wie­nia. No, on na pewno w nim nie biegł. Jest z tych, któ­rzy nie dobie­gają do auto­busu.

- Z Mar­ci­nem, jak widać, jest nie naj­le­piej. Pro­po­nuję gło­so­wa­nie w kwe­stii takiej, czy chcemy, aby Mar­cin tu został. Bo regu­la­mi­nowo nie może.

Wiem, że patrzą na mnie, ale ja jesz­cze nie dam rady popa­trzeć na nich, wga­piam się w pod­łogę.

Widzę po nogach, gdzie kto sie­dzi.

- Tak więc pro­szę o gło­so­wa­nie. Kto jest prze­ciwko temu, aby Mar­cin tu został? - Jarek popra­wia oku­lary.

Nikt nie pod­nosi rąk. W końcu Jarek pod­nosi. I Michu. I Jadźka.

- Regu­la­min jest regu­la­mi­nem, wybacz, Mar­cin, widzę, że coś się zadziało, ale rozu­miesz - Michu od razu zaczyna się tłu­ma­czyć, bul­go­cze takimi na wpół połknię­tymi sło­wami, ledwo można go zro­zu­mieć, jak zawsze, gdy się zestre­suje.

- A ja chcę, żebyś poje­chał do szpi­tala, a potem do domu - mówi Jadźka, znowu kła­dąc mi rękę na ple­cach. - Jak chcesz, mogę poje­chać z tobą.

Jarek kiwa głową. Też mógłby powie­dzieć, co by chciał, ale widzi, że sprawa jest prze­gło­so­wana. Nie lubi mar­no­wać słów. Jesz­cze raz wypusz­czam powie­trze. Coś w płucu, ukłu­cie. Przed­tem go nie było, a teraz jest. Jarek zawsze mówi, że gdy napię­cie odcho­dzi, w róż­nych miej­scach ciała poja­wia się ból i trzeba go przy­jąć jak pre­zent, bo trupa już nic nie boli.

Wyko­naj swą pracę z ser­cem - jaka­kol­wiek byłaby skromna, ją jedy­nie posia­dasz w zmien­nych kole­jach losu.

- Z czym przy­szli­ście? - pyta Jarek. Nadaje kie­ru­nek, kiwa w stronę Syl­wii. Ona sie­dzi pierw­sza, z rogu. Odgar­nia grzywkę z czoła, zakłada nogę na nogę, opiera się o kra­wędź. Od razu widać, że przy­szła zła. Stara się na mnie nie patrzeć, ale śred­nio jej to wycho­dzi.

- Syl­wia, alko­ho­liczka. No u mnie ner­wowo, nie­do­brze. Cały dzień cho­dzę jakaś taka zła, na szpil­kach. Może to mój były mąż, tak, na pewno to mój były mąż, on nawet tele­fonu nie raczy ode­brać. A sprawa jest pro­sta, jest lokal, nasz wspólny, nie chcie­li­śmy go sprze­da­wać i dzie­lić, razem wynaj­mu­jemy i dzie­limy się zyskami, już to opo­wia­da­łam zresztą, córka będzie peł­no­let­nia, to prze­pi­szemy na nią i ona zde­cy­duje. No i faj­nie, ale jest pro­blem z najemcą, tam są cały czas inter­wen­cje poli­cji, sąsie­dzi się burzą, spół­dziel­nia, ja mam cią­gle tele­fony, no ale to on chciał wyna­jąć, prawda, na tę Setę i Gala­retę, mówił, że to dobre pie­nią­dze. Pie­nią­dze może i dobre, ale jakim kosz­tem? Ja tam muszę cho­dzić, uże­rać się, a wy wie­cie, jak tam śmier­dzi? Lokal, w któ­rym leją szoty za trzy złote?

Wszy­scy wie­dzą, jak taki lokal śmier­dzi. Gdy taki zapach przy­śni się w nocy, to od razu wybu­dza i nie pozwala spać już do rana.

- A teraz, skur­czy­byk, nawet nie raczy ode­brać. Odbiera, słu­chaj­cie, jego part­nerka. I w kółko to samo, Maćka nie ma, Maciek nie może. Aż chcia­łam jej powie­dzieć: co ty, kurwa, jego sekre­tarką jesteś czy narze­czoną?

- Język - prze­rywa jej Jarek. Notuje, zresztą wszy­scy notują, oprócz mnie. Ja ni­gdy nie notuję. A potem na zwrot­kach gadam bzdury, bo nic nie pamię­tam z tego, co mówili.

- No ale rozu­miesz, Jarek? To jest dla mnie jakaś obca kobieta. Tym­cza­sem ja mam z nim wciąż sprawy, umowy, usta­le­nia. I ja nie chcę się w ich życie wpie­przać, bo mnie to nic nie obcho­dzi, co oni robią; ja chcę tylko pil­no­wać tych naszych usta­leń.

Ude­rzają naraz, jakby się umó­wili: młot walący z całych sił w pokry­wa­jącą mózg mem­branę, tak że boli każda kość czaszki, i pra­gnie­nie, zna­jome, a zawsze potworne. Woda tylko spły­nie po tym pra­gnie­niu, nie prze­bije się przez sko­rupę, która oble­piła prze­łyk. Musi być gaz. Naj­le­piej piwo. Albo dwa.

- Wszystko? - pyta Jarek.

Syl­wia kiwa głową.

- Kuba? - Patrzy na sie­dzą­cego obok Jakuba.

Piwo wypite dusz­kiem, nawet cie­płe, nawet z puszki. Bąbelki roz­pu­ści­łyby ten brud w try­miga, zabra­łyby go ze sobą w dół brzu­cha.

Kuba chowa tele­fon do kie­szeni. Jak zawsze robi to za późno, cho­ciaż zwra­cali mu uwagę dzie­siątki razy: nie odbie­raj, wyci­szaj, prze­łącz na samo­lot, raz nawet chcieli usu­nąć go za to z tera­pii. Teraz chyba już się przy­zwy­cza­ili.

- Prze­pra­szam, praca - wyrzuca z sie­bie jak zwy­kle.

- Z czym przy­cho­dzisz? - pyta go Jarek.

Kuba musi się sku­pić, bie­rze oddech, roz­gląda się po wszyst­kich, na moment zatrzy­muje się na mnie, ale to nie pomaga mu w sku­pie­niu. Parę razy bez­gło­śnie poru­sza ustami jak ryba, zupeł­nie nie wie, od czego zacząć.

Mam zupeł­nie zatkane śli­nianki. W gębie pełno brud­nego pyłu. Jak­bym najadł się węgla.

- Jest... róż­nie. - Dra­pie się po wło­sach, dłu­gich i gęstych, zacze­sa­nych do tyłu, ujarz­mio­nych żelem. Na początku mówi­li­śmy na niego "Wodecki", ale potem zro­zu­mie­li­śmy, że to miły chło­pak. Albo wszy­scy zaczę­li­śmy być mili; tro­chę nauczy­li­śmy się jak.

- Sprawa prze­ję­cia wciąż wisi na wło­sku. My jeste­śmy gotowi, mamy doku­menty prze­orane wzdłuż i wszerz. Śmieję się z moim wspól­ni­kiem, że na pamięć to znamy, możemy recy­to­wać, obu­dzeni w środku nocy. I mamy tam swo­jego czło­wieka w radzie nad­zor­czej, i niby wszystko pyka. Ale boimy się, że u nich poja­wił się biały rycerz. Pró­bu­jemy son­do­wać, podej­rze­wamy kto, wypy­tu­jemy się, ale nikt nie chce nam nic powie­dzieć. Wszy­scy na nasz widok zapo­mi­nają języka pol­skiego. Albo nawet nie odbie­rają.

Bądź ostrożny w inte­re­sach, na świe­cie bowiem pełno oszu­stwa.

- Ale jak się z tym czu­jesz? - Jarek prze­rywa mu pyta­niem, bo zaraz Kuba zacząłby czy­tać indeksy WIG.

- No, nie­trudno o para­noję - odpo­wiada, dalej gła­dząc się po tych pięk­nych kudłach. - Ale zwięk­szy­łem tre­ningi, wię­cej basenu, mam Mul­ti­sporta, więc od razu o szó­stej rano basen, masaż. Kie­dyś był tele­fon do chło­paka, kre­ska, a teraz mnie bło­tem sma­rują.

- A jak z ojcem?

- A, z ojcem - mówi, jakby nagle przy­po­mniało mu się to słowo.

W wyobraźni zbie­gam na dół, do Żabki, na łeb, na szyję. Raz o mało co nie spa­dam ze scho­dów, ale w ostat­niej chwili chwy­tam się porę­czy. Wybie­gam na chłodną, oble­śną mżawkę, łomot w mojej gło­wie roz­sa­dza mi szwy czaszki, jed­no­cze­śnie świat staje się nie­moż­li­wie ostry. Zasła­nia­jąc oczy, wcho­dzę do sklepu, biorę z lodówki dwa pierw­sze lep­sze piwa, pod­cho­dzę do sprze­daw­czyni. Zmę­czona kobieta ze wschod­nim akcen­tem i zmę­czo­nym spoj­rze­niem bie­rze ode mnie cudow­nie zimne puszki, ja jesz­cze poka­zuję na wyeks­po­no­wane zaraz za nią kolo­rowe setki, celu­jąc w cytrynę, po czym wkła­dam dłoń do kie­szeni.

Wła­śnie, nie wiem, czy mam przy sobie jakieś pie­nią­dze, ale prze­cież muszę mieć. Zawsze coś mia­łem w któ­rejś z kie­szeni. W spodniach, w płasz­czu, gdzie­kol­wiek. Spraw­dzam. Jest. Brawo, Mar­cin. Jed­nak umiesz o sie­bie zadbać, zuchu. To dycha albo dwa­dzie­ścia. Zgnie­ciona, miękka, piękna. Ura­tuje ci życie.

- Ojciec wczo­raj coś powie­dział, pierw­sze zda­nie. Tak że pro­gres. Leka­rze mówią, że nie będzie tak źle. Mimo że wie­cie, sie­dem godzin minęło, zanim go sprzą­taczka w tym pokoju zna­la­zła.

- Co powie­dział? - pyta Jadźka dosyć cicho.

- Co? - pyta Kuba, bo usły­szał.

- Co twój tata powie­dział? - pyta Jadźka, gło­śno.

Łapię się za głowę. Niech mówią, skoro muszą; byleby nie powta­rzali.

Niech ci to jed­nak nie zasłoni praw­dzi­wej cnoty; wielu ludzi dąży do wznio­słych ide­ałów i wszę­dzie życie pełne jest hero­izmu.

Powtó­rzone słowa to gwoź­dzie wbi­jane bar­dzo powoli w głowę.

- Powie­dział: "Znowu, kurwa, pomi­do­rowa".

Wszy­scy wybu­chają śmie­chem.

Wstaję, lekko tra­cąc rów­no­wagę, pod­pie­ram się o ścianę, dokła­da­jąc się do czar­nego śladu przy kon­tak­cie, a następ­nie robię krok przez próg, ostroż­nie, tak by nie uto­pić się w wykła­dzi­nie.

Wybór jest pro­sty. Zatrzy­muję się na kory­ta­rzu. Kobieta zza biurka patrzy na mnie pyta­jąco. Już pamię­tam, jak ma na imię. Prze­jeż­dżam języ­kiem po zębach.

- Jola, słu­chaj, muszę na chwilę wyjść.

Ona tylko wzru­sza ramio­nami, spo­koj­nie, prze­cież nikt ni­gdy nie trzy­mał nikogo tu siłą. Ja też nie muszę biec. Zbie­gnę sobie dopiero po scho­dach.

Krok w stronę drzwi i w tym momen­cie na moim barku ląduje ciężka dłoń.

- Ty jesteś nie­moż­liwy, Mar­cin - mówi Jarek.

- Bar­dzo chce mi się pić - tłu­ma­czę.

- Skoro już łamiemy regu­la­min, aby ci pomóc, to okaż nam wdzięcz­ność. Pamię­tasz, co to wdzięcz­ność, Mar­cin? - Odwraca mnie do sie­bie jak kukłę. Wygląda jak bał­wan z masła, ale to strasz­nie silny chłop. Z dru­giej strony przy mnie każdy jest silny.

Wciąż mam rękę w kie­szeni. Mięk­kie, małe zba­wie­nie. Wycią­gam je. To nie jest dzie­sięć zło­tych ani dwa­dzie­ścia. To czy­jaś wizy­tówka. Kurwa mać. Tylne kie­szenie, kon­do­mówka, nic. Stra­ci­łem szansę. Nie będę dzi­siaj z nikim w raju.

Jarek znika, po chwili przy­nosi mi odkrę­coną butelkę wody gazo­wa­nej.

Szlam w prze­łyku zaczyna się odkle­jać. Powoli. Ulga nie jest natych­mia­stowa, roz­cho­dzi się po wnę­trzu gęby w deli­katny, łasko­czący spo­sób. Czuję, że tro­chę się napra­wiam. Zmie­niam roz­dziel­czość. Odry­wam butelkę od ust, dopiero gdy zaczy­nam czuć, że się zrzy­gam. Oddaję Jar­kowi.

- Jest twoja - mówi, poka­zu­jąc mi gestem, żebym wszedł z powro­tem do sali.

- Masz może ibu­prom? - pytam go.

- Nie bądź bez­czelny. - Uśmie­cha się.

- Mama znowu pró­bo­wała namó­wić mnie na wino - teraz mówi Helena. Naj­młod­sza ze wszyst­kich, nie­wiele ponad trzy­dzie­ści lat. Dłu­gie blond włosy, pod nimi ukryta biała twarz zama­sko­wana grubą war­stwą pod­kładu, bar­dzo, bar­dzo czer­wone usta, pełno bran­so­le­tek, łań­cusz­ków na szczu­płych dło­niach, pier­ścionki, dłu­gie paznok­cie jesz­cze czer­wień­sze od ust. Mógł­bym słu­chać tych dźwię­ków z płyty do zaśnię­cia: jej głosu, mówią­cego cokol­wiek, i cichego chrzę­stu biżu­te­rii przy każ­dym ruchu rąk.

- No ale odmó­wi­łam. Do niej chyba ni­gdy nie dotrze, że jestem alko­ho­liczką. Mówię, mamo, jestem. Pro­szę, zro­zum, to cho­roba, zdia­gno­zo­wali ją spe­cja­li­ści. Ale mogę mówić i mówić, i tak jest jak gro­chem o ścianę. Jaka alko­ho­liczka, dziecko, wmó­wili ci to, ty obok alko­ho­li­zmu nawet nie sta­łaś. Wie­cie i zna­cie.

Nie wiem, nie znam, mnie nikt ni­gdy nie pró­bo­wał wyper­swa­do­wać, że Mar­cin Kania jest alko­ho­li­kiem; mnie z kolei całe życie pró­bo­wali do tego prze­ko­nać. Wciąż nie wiem, czy im się udało.

- W każ­dym razie może nauczy­łam się jej odma­wiać, ale chcia­ła­bym nauczyć się nie odbie­rać za każ­dym razem, gdy dzwoni. Nie szu­kać odru­chowo klu­czy do miesz­ka­nia, gdy zaczyna mi pła­kać przez tele­fon: przy­jedź do mnie, córuś, ojciec znowu zro­bił to i to. Ojciec oczy­wi­ście nic nie zro­bił. Jak miał coś zro­bić, skoro go nie ma i ni­gdy nie było. Chcia­ła­bym nie wkła­dać odru­chowo płasz­cza, kiedy mówi: córuś, nie mam nikogo oprócz cie­bie, przy­jedź, pro­szę, jak naj­szyb­ciej.

Helena zaczyna pła­kać, jak zwy­kle tak, że pra­wie tego nie sły­chać. Jarek podaje jej chu­s­teczki.

- Zawsze wyciąga moje ulu­bione. Fevre, takie cha­blis z żółtą ety­kietką. Sta­wia je na stole, bez pyta­nia, obok dwa kie­liszki. Chcia­łam rzu­cić w nią tą butelką.

- No ale się nie napi­łaś.

- Nie, nie napi­łam się - mówi to i wydmu­chuje nos, tak gło­śno i mocno, że przez chwilę się boję, że coś jej pęk­nie w twa­rzy, po czym kiwa głową na znak, że to wszystko.

Michu dalej się we mnie wga­pia. Ma cięż­kie, opa­dłe spoj­rze­nie psa, który się obżarł, ale mimo to wciąż jest zły, nikt nie wie dla­czego, on sam też nie, po pro­stu raz się wkur­wił i tak już mu zostało, na całe życie. Jarek prze­nosi wzrok z Heleny na Sza­tana - ten jak zwy­kle się roz­parł, ze trzy osoby mogłyby usiąść na jego miej­scu, noga w skó­rza­nych spodniach ude­rza mu o pod­łogę tak szybko, jakby pró­bo­wał prze­bić się pię­tro niżej. Pew­nie nie może się docze­kać, aż coś powie. Kie­dyś nawet sia­dał z boku, tak by być pierw­szy, ale Jarek posta­no­wił nauczyć go pokory. Teraz Sza­tan sie­dzi w środku, bo Jarek lubi zacząć raz od lewej, raz od pra­wej.

- Adaś. - Jarek daje znak Sza­ta­nowi, aby mówił.

Chcę się jesz­cze napić, pro­fi­lak­tycz­nie, ale wła­śnie poczu­łem, że drżą mi ręce. Mimo to pró­buję. To zabawne, że gdy zaczy­nam trzeź­wieć, dopiero wtedy wyglą­dam jak pijany. Nie tra­fiam wodą do ust, spływa mi po bro­dzie na koszulę, próby utrzy­ma­nia butelki koń­czą się jesz­cze gorzej. Wszy­scy oprócz Micha udają, że nie zwra­cają na to uwagi.

- Ja źle się czuję, Jarek. - Michu ma głos dzie­ciaka, któ­remu każą zjeść trzeci deser, a który już nie może.

- Teraz Adam. - Jarek poka­zuje na Sza­tana.

- Nie, ja źle się czuję z tym, że Mar­cin tu jest. No spójrz­cie na niego, no. On naprawdę powi­nien iść do domu.

- Zosta­łeś prze­gło­so­wany - przy­po­mi­nam mu.

- No i to też mnie dener­wuje, że nie wia­domo po co nagle łamie­cie regu­la­min. On tu jest na jakichś spe­cjal­nych zasa­dach?

Wycią­gam tele­fon. Dzwoni Marta, moja żona. Jesz­cze nie mam siły ode­brać. Cho­wam komórkę z powro­tem do kie­szeni.

- Mnie też dener­wują różne rze­czy, Michał - mówię.

Zapo­mniał, wół jeden, jak przez pierw­sze trzy mie­siące miał nawrót za nawro­tem, jak co tydzień przy­cho­dził, pła­cząc, że zapił i zaćpał. Przy­po­mniał­bym mu, gdy­bym miał siłę powie­dzieć tyle wyra­zów.

- Co cię niby dener­wuje, Mar­cin? Że cza­cha ci dymi?

- Świat to nie jest twoja taryfa, Michu, nie jesteś w niej sam i nie poje­dzie zawsze tam, gdzie chcesz - gdy to mówię, brzuch zaczyna mu lekko pod­ska­ki­wać ze zło­ści, piłka opięta lawen­do­wym swe­ter­kiem. Ostatni raz tak się wściekł, gdy wyszło na tera­pii, że wszy­scy, łącz­nie z Jar­kiem, jeż­dżą Ube­rem.

- Albo on se pój­dzie, albo ja pójdę! - huczy teraz, wyma­chu­jąc łapami.

- Spo­kój! - krzy­czy Jarek.

Zapada cisza. Wszy­scy przy­ci­skają się do opar­cia kanapy, patrząc na sie­bie nawza­jem jak skar­cone dzieci.

- To może ja zacznę, co u mnie... - bąka Sza­tan, ale Jarek prze­rywa mu wład­czym ruchem ręki.

- Wy, alkusy, wy nie­moż­liwi jeste­ście. Już czło­wiek zaczyna wam wie­rzyć, że prze­mó­wił wam do roz­sądku. A wy znowu, w kółko, jak małe dzieci.

- To on przy­cho­dzi tu pro­sto z pieca - Michu wska­zuje na mnie pal­cem - nie ja. To on robi bar­da­chę. Jadzia ma dziś piątą świeczkę, a on przy­łazi w takim sta­nie.

- Ja nie mam z tym pro­blemu, Micha­łek - mówi cicho Jadźka, ale on jej nie słu­cha.

Mie­rzą się spoj­rze­niami jak pies z panem; Michu pró­buje, ale Jarek zawsze wygra. Potrafi zamie­nić ten swój wielki łeb w ośle­pia­jące słońce. Gdy na niego patrzysz, cała twoja histo­ria picia wyświe­tla się na jego bro­da­tej gębie jak na ekra­nie. Musisz się odwró­cić, bo wstyd wypala ci oczy.

- No to jak chcesz, to idź, Michał. - Poka­zuje Michowi drzwi. Ten nawet na chwilę się pod­nosi. Ale zaraz znowu ude­rza cięż­kim dup­skiem o kanapę.

- Ni­gdzie nie pój­dzie, bo chce tortu - śmieje się Darek. Ode­zwał się po raz pierw­szy. Sie­dzi w rogu, przy­cup­nięty, ubrany w różowy swe­ter, od patrze­nia na który bolą mnie oczy. Bazgrze coś na kartce, jak zwy­kle. Zawsze kiedy skoń­czy, zdąży zwi­nąć kartkę w kulkę i wrzu­cić ją do pla­sti­ko­wego kosza na śmieci, zanim kto­kol­wiek zoba­czy, co tam nama­zał.

Michu odwraca się do ściany, jakby obra­żony, że tak naprawdę to Cuguś ma rację. Pija­kowi w trzeź­wie­niu honor się koń­czy, jak przy­no­szą deser.

Sza­tan znowu pod­nosi rękę. Jarek kiwa głową.

- Adam, alko­ho­lik, nar­ko­man, inne uza­leż­nie­nia. Długo mnie nie było, trzy mie­siące chyba, tak? Może nawet i cztery. Jest po mak­sie chu­jowo. Tak, wiem, język, sorry. W każ­dym razie przez te trzy mie­siące z chło­pa­kami naprawdę było na ostrzu noża. Gdy­by­śmy nie zara­biali na tym, kur... czę, szmalu, gdyby to nie była nasza robota, gdyby Grze­siu i Jacek nie mieli na cha­cie gów­nia­ków do wykar­mie­nia, toby­śmy roz­wią­zali zespół. Po pro­stu. I cho­dziło o chla­nie, oczy­wi­ście, bo o co innego? Mówi­łem wam, jaki mam plan: posta­wić ich przed fak­tem doko­na­nym, zero wódy na back­stage'u, nawet bro­wa­rów, o innych spra­wach już nie wspo­mnę. Po kon­cer­cie to ja idę spać, a wy rób­cie sobie, co chce­cie, bus call o dru­giej. Ale przed kon­cer­tem pełna oaza, tylko różańca w dupie bra­ko­wało. No i wpro­wa­dzi­łem to i po trzech tygo­dniach powie­dzia­łem: dobra, w dupie to mam, pij­cie, bo nie można z wami wytrzy­mać. Chło­pa­ków roz­sa­dzało, powie­trze było jak nożem kroić, kłót­nie o byle gówno. Sarius, Jacek w sen­sie, tak zaje­bał, w sen­sie ude­rzył w ścianę, że chcieli mu łapę wło­żyć w gips. A wszy­scy dookoła mówili mi: Adaś, kurwa, język, prze­pra­szam, wiem, wszy­scy mówili mi: Adaś, nie ma rock and rolla bez smaru. Nie ma opcji wyjść na scenę o suchym ryju. To bez sensu. To jak się bzy­kać w ubra­niu. A sam kon­cert to jest taki zaje­biasz­czy wyrzut dopa­miny, że czło­wiek musi się potem schło­dzić. I wie­cie, ja ich rozu­miem, bo sam to czuję. Ja idę sobie na masaż, robię pompki, prze­pra­szam panie za ten detal: walę konia, ale to w ogóle nie jest to. Nie scho­dzi. A jesz­cze ten Face­book, ci kre­tyni piszący: Blo­od­spawn było dobre, jak piłeś, Adam. Gdzie ten rock and roll, Adam. Teraz jest rock and roll, wy, kurwa, wiem, język, prze­pra­szam, kre­tyni, bo płyta jest w noto­wa­niu Bil­l­bo­ardu. Jak tak tro­chę posie­dzę z tymi nie­do­je­bami i się nakręcę, to dopiero trzy magiczne tabletki spra­wiają, że mogę iść spać. Dopiero wtedy odpusz­cza. A wia­domo, trzy lufy, kre­ska, do tego jakieś pale­nie i odpu­ści­łoby momen­tal­nie.

Zapada cisza. Znowu tele­fon. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, w końcu wycią­gam go z kie­szeni. To Marta. W sumie mam od niej jede­na­ście nie­ode­bra­nych.

Ani też nie pod­chodź cynicz­nie do miło­ści, albo­wiem wobec oschło­ści i roz­cza­ro­wań ona jest wieczna jak trawa.

- Muszę ode­brać. - Wstaję z kanapy i znowu wycho­dzę na kory­tarz.

- Gdzie jesteś? - pyta moja żona.

- Ja? Na... na gru­pie. To zna­czy na tera­pii - odpo­wia­dam jej.

- Czy Piotr jest z tobą?

- Nie. Nie jest ze mną. - Mógł­bym dodać pyta­nie reto­ryczne, co on wła­ści­wie miałby tu ze mną robić. Ale nie dodaję, bo wiem, że stało się coś strasz­nego.

Tylko boję się jej to powie­dzieć.

Ona musi sama na to wpaść.

- Ma wyłą­czony tele­fon. Od wczo­raj.

- Idź do nich do miesz­ka­nia - mówię. Kła­mię, bo ina­czej nie umiem.

- Byłam. Jest otwarte i nikogo nie ma w środku.

- Zadzwoń do Kingi.

- Ona jest od tygo­dnia w Hisz­pa­nii.

- Tak, ona jest w Hisz­pa­nii. No tak.

Być może nawet to wie­dzia­łem, ale musiało wpaść w jedną z tysiąca dziur, z któ­rych składa się moja głowa. Mar­cin Kania, myślę. Obra­cam w gło­wie wła­sne imię i nazwi­sko, dopóki nie staną się dwoma nic nie­zna­czą­cymi wyra­zami. Mar­cin Kania. Gdy Bóg stwo­rzył Mar­cina Kanię, chciał prze­pro­wa­dzić eks­pe­ry­ment.

- Jesteś tam?

- Jestem.

- Rozu­miesz, co do cie­bie mówię? Ich miesz­ka­nie jest otwarte. Nikogo nie ma w środku.

Oczy­wi­ście, że wiem. Ale Mar­cin Kania nie umie powie­dzieć prawdy.

- Może gdzieś wyszedł. Pocze­kaj tam na niego. Może zaraz przyj­dzie.

- Przy­jedź tu.

- Jestem... jestem na tera­pii.

- Przy­jedź tu, bo ja muszę zadzwo­nić na poli­cję.

- Pocze­kaj. Nie musisz dzwo­nić na żadną poli­cję.

- Muszę.

- Marta, nie prze­sa­dzaj. On nie ma ośmiu lat. To nie jest tak, że nie wró­cił ze szkoły.

- Nie mów mi, co mam robić.

- Marta. Ja wiem, że ty się o niego cią­gle mar­twisz...

- Nie mów mi, kurwa, co mam robić - war­czy.

Oczy­wi­ście, że jej tego nie powie­dzia­łem, ale tym razem ma rację. Stało się coś strasz­nego. Kom­plet­nie tego nie pamię­tam, ja po pro­stu to wiem. I czuję to, cały czas, w sobie. Jak­bym połknął igłę.

- Ja cię prze­pra­szam, ale ja znowu piłem, Marta. - To wypada ze mnie samo. Ona mil­czy, przez chwilę długą jak nie­prze­spana noc. W końcu mówi:

- Za ile będziesz?

- Zaraz. - Roz­łą­czam się.

Gdy sia­dam z powro­tem na kana­pie, ból głowy ude­rza z podwójną mocą, o czaszkę biją mi z obu stron nie­wi­dzialne pię­ści, do tego znowu to potworne pra­gnie­nie. Sza­tan opo­wiada teraz o jakiejś dziew­czy­nie, która wysyła mu nagie zdję­cia przez Insta­gram i grozi mu, że jeśli się z nią nie umówi, to wyśle je też jego żonie.

- Powie­dzia­łem, że moja żona też lubi popa­trzeć na ładne babki. - Śmieje się. I wszy­scy się śmieją, i tylko ja się nie śmieję.

Jarek daje Sza­ta­nowi sygnał, że już wystar­czy tych histo­ry­jek. Odwraca się w moją stronę. Wraz z nim robią to wszy­scy.

- Nie może­cie się docze­kać, co? - wzdy­cham.

- Z czym przy­cho­dzisz, Mar­cin? - pyta Jarek.

Buty wpa­dają mi w wykła­dzinę aż po kostki. Już nie mogę wstać i stąd wyjść. Żabka. Czarne ślady na ścia­nach. Ból, łomot. Pię­ściami o czaszkę, od środka.

Wszy­scy są prze­ciwko Mar­ci­nowi Kani, gdzie­kol­wiek bie­da­czek pój­dzie. Całe życie, cały kosmos, wszystko. Ten wielki pech naro­dził się wraz z ukła­dem sło­necz­nym.

Roz­wi­jaj siłę ducha, aby mogła cię osło­nić w nagłym nie­szczę­ściu.

Tele­fon, znowu. Wiem dla­czego. Pew­nie dopiero teraz zapa­liła świa­tło w kuchni i zoba­czyła, co jest na pod­ło­dze.

- Mar­cin, alko­ho­lik, leko­man, hazar­dzi­sta, sek­so­ho­lik. Stało się coś strasz­nego - mówię.

- To widać - rzuca Syl­wia.

- Ale tak naprawdę nie wiem co - cią­gnę. - Obu­dzi­łem się w miesz­ka­niu mojego syna. I jego żony. W kałuży krwi. Nie wiem, czy to moja krew. Nie, nie byłem w szpi­talu.

Zamy­kam oczy. Nie chcę natra­fiać na ich spoj­rze­nia. Pod­czas rundki nie można nikogo oce­niać sło­wami, mówić, że zro­bił źle, dobrze, głu­pio, mądrze, więc wszy­scy nad­ra­biają wzro­kiem.

- Nie wiem, gdzie jest mój syn. Żona go szuka. Jest prze­ra­żona. Jesz­cze jej o tym nie mówi­łem. O tym, że obu­dzi­łem się w jego miesz­ka­niu. Boję się. Boję się jej to powie­dzieć.

Ktoś chce jakoś to sko­men­to­wać, sły­szę takie pierw­sze czknię­cie, ale Jarek uci­sza tego kogoś.

- Spo­tka­łem się z nim na kola­cji. Chciał mi coś powie­dzieć. Nie mam poję­cia co. Ostat­nie, co pamię­tam, to że sie­dzimy w restau­ra­cji.

- Byłeś trzeźwy? - pyta Jarek.

- Jesz­cze wtedy tak - odpo­wia­dam.

Otwie­ram oczy. Patrzą się na mnie, ale w tych spoj­rze­niach nie ma opi­nii ani oceny. Jest coś innego. Na początku nie rozu­miem co. Odchy­lam się na opar­cie, biorę głę­boki oddech.

Nie dręcz się two­rami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znu­że­nia i samot­no­ści.

- Nie mam poję­cia, co robić - wyznaję.

Oni też nie wie­dzą. Nawet Jarek. Skąd mie­liby wie­dzieć?

- Boję się jej powie­dzieć. Wszyst­kiego się boję, jak sam skur­wy­syn. - Boję się to powie­dzieć, więc szep­czę, ale oni i tak sły­szą.

Cze­kam, aż Jarek przy­po­mni: język, ale Jarek mil­czy i wtedy już rozu­miem. Oni też się boją.

- Ostat­nie co pamię­tam, to że sie­dzimy w restau­ra­cji i mój syn zaczyna mi mówić, że mnie nie­na­wi­dzi.

Pod słabym diabłem

dwa lata wcze­śniej

To nie­by­wałe, ile można mieć dobrej zabawy. Po co sie­dzieć w domu? W domu ludzie umie­rają.

Tu nie ma żad­nej więk­szej filo­zo­fii - każda zabawa jest dobra, każda nuda jest zła, nudne sprawy nudzą, a wesołe weselą.

- Przy­się­gam, że myśla­łem, że cho­dzisz do pod­sta­wówki. Do ósmej klasy - mówię jej.

Powiedz­cie, jak taki piękny uśmiech wsz­cze­pili w tak drobne, chude ciałko? Prze­cież ją zaraz roz­sa­dzi od śmie­chu. Muszę ją ura­to­wać. Tak, to jest moje dzi­siej­sze zada­nie. Nie mogę dać jej się roz­paść, kru­szy­nie ślicz­nej.

- Już nie ma ósmych klas - przy­po­mina mi.

- Już nie ma dzi­kich plaż - przy­po­mi­nam jej.

I znowu się śmieje. Zaraz ją poca­łuję. Nawet nie w usta, cho­ciaż są piękne i czer­wone, tylko w ten piękny biały uśmiech.

Sto­imy w kory­ta­rzu, w sali obok, prze­zna­czo­nej do tań­cze­nia, lecą jakieś naj­gor­sze pio­senki, ta nie­ustanna moda na lata osiem­dzie­siąte, jak można wciąż słu­chać tego gówna, jomaha, jomaso, you're a woman, I'm a man. Ja w latach osiem­dzie­sią­tych byłem już pra­wie doro­sły i pamię­tam te wszyst­kie paź­dzie­rze. Sie­rocki spra­wił, że waliło tym z każ­dego okna; za słu­cha­nie tych wymio­tów można było nor­mal­nie dostać w łeb.

Mia­łem Master of Pup­pets na kase­cie od wujka z Nie­miec. Ory­gi­nal­nej, z żółtą nalepką. Wal­czy­łem z tym gów­nem jak z komuną.

- Co tam masz? - Zer­kam jej do szklanki.

- Rze­komo drinka - odpo­wiada. Oczy też ma wiel­kie. Dwa szla­chetne sza­firy.

- Czyli soczki dla dziew­czy­nek - tro­chę ją karcę. Prosi o to tymi sza­fi­rami.

Dopi­jam to, co mam. To Glen­fid­dich, podobno dwu­na­sto­letni. Nie lubię sin­gle mal­tów, w ogóle nie lubię whi­sky z Wysp. Jest w nich jakiś drobny absmak, jakaś pomyłka z tyłu języka. Jakby ktoś się do nich tak tro­chę zeszczał bagnem. Bur­bony to co innego. Piękna ple­bej­ska sło­dycz. Boskie cukier­nic­two. Bo słu­chaj­cie: alko­hol to naj­po­waż­niej­sza sprawa na świe­cie i w alko­holu albo jest pozerka, albo są fakty. Możesz uda­wać, że coś jest dobre, bo zapła­ci­łeś za to szmal, bo pasuje ci do spi­nek man­kie­to­wych, bo możesz sobie sie­dzieć na grzę­dzie z kole­gami sno­bami i grać w grę pod tytu­łem jeste­śmy super, wła­śnie poszli­śmy do bar­bera i zro­bi­li­śmy mu razem loda, a on spu­ścił się nam na kudły i uło­żył nam z tego piękne fry­zury, a potem wkła­da­li­śmy sobie do dupy kije do golfa, te naj­dłuż­sze, dri­very. Słu­chaj­cie mnie, smerfy z Wól­czanki, ja jestem tutaj, ja, Mar­cin Kania, jestem tu i stoję po stro­nie prawdy. Prawda tkwi w cukrze. W kla­row­no­ści. W mie­szance kuku­ry­dzy i jęcz­mie­nia.

Ale tutaj nie ma bur­bo­nów, więc trzeba pić czy­stą wódkę. A czy­sta wódka to coś nie­by­wa­łego. Wódka to piękna srebrna struna, która bie­gnie przez całą rze­czy­wi­stość, napina ją, pro­stuje, spra­wia, że wszystko się trzyma kupy; zaklę­cie, które zawsze działa. To nie­sa­mo­wite, że ludzie wymy­ślili coś takiego.

Wska­zuję na bar, następ­nie krzy­żuję dło­nie pod kątem pro­stym, na znak, że zaraz wra­cam. Biorę od Kru­szynki szklankę, aby przy­nieść jej coś lep­szego niż to, cokol­wiek tam pije.

I nagle doznaję olśnie­nia, jak zawsze w takich sytu­acjach, do tych olśnień mógł­bym nasta­wiać zega­rek: czemu ja tu jesz­cze jestem? Czemu wpy­cham się w tłum roz­ga­da­nych, prze­po­co­nych ludzi po wydzie­loną por­cję dar­mo­wego alko­holu; zno­szę to upo­ko­rze­nie rodem z Lotu nad kukuł­czym gniaz­dem, gdy Nichol­son stoi w kolejce po leki; dla­czego słu­cham tego dud­nią­cego gówna, zatę­chłych baza­ro­wych tru­pów, i czemu daję się co sekundę gwał­cić, zacze­piać, szar­pać, myć sobie łeb pyta­niami, a jak żona, dzieci, rodzice, praca, wyniki badań, waka­cje, kre­dyt, siłow­nia, życie, zakupy, głowa, ręka, nerka, dupa, jak twój mózg na ścia­nie? Prze­cież dużo lepiej, dużo logicz­niej jest w dro­dze powrot­nej zaje­chać na sta­cję ben­zy­nową, kupić zero sie­dem jacka, a naj­le­piej dwie zero sió­demki jacka, aby mieć jesz­cze tro­chę na jutro rano, do kawki; kupić te trzy razy zero sie­dem (tak, wła­śnie tak będzie naj­le­piej) i wró­cić do domu, zejść do piw­nicy, do mojego Faj­nego Pokoju, zało­żyć słu­chawki na blu­eto­oth, te, które kupił mi Pio­trek, Mar­shalla, włą­czyć sobie dobrą muzykę, na przy­kład Toola albo Slipk­nota, albo Metal­licę, albo jed­nak Toola, tę płytę z bia­łym mazia­jem na okładce, w każ­dym razie ROCKA, muzykę, która ma DUSZĘ, CIĘ­ŻAR i EMO­CJE. Śmiej się, śmiej, młody czło­wieku, ja prze­żyję cie­bie i wszyst­kich two­ich kum­pli.

No dobrze, ale dla­czego tu jestem? Bo w domu ludzie umie­rają. Bo trzeba korzy­stać z dobrej zabawy.

Dopiero gdy się wyba­wisz, poje­dziesz sobie umrzeć. W nagrodę.

A poza tym te białe zęby, no wła­śnie. Muszę pil­no­wać mojej Kru­szynki.

- Jesteś zna­jo­mym Zbyszka? - pyta, gdy do niej wra­cam. Podaję jej gin z sokiem z limonki.

- Zbyszka? - pytam tro­chę dla jaj. Bie­rze łyk ginu. Sma­kuje jej, widać. Potra­fię dobie­rać alko­hole do ludzi.

- Zbyszka, jeste­śmy na jego uro­dzi­nach. - Nagle nie­pew­ność mąci jej oczy, robi się zanie­po­ko­jona, w jej świe­cie wszy­scy są gdzieś po coś, zacho­wują się i żyją po coś. Przy­czyny zawsze mają skutki. Ludzie nie przy­cho­dzą do danych miejsc tak po pro­stu. Rozu­miem tę reak­cję. Tak kru­che istotki nie mogą wysta­wiać się na chaos, on porywa je w zimną wiecz­ność, w straszne dni, któ­rych jesz­cze nie znamy.

- Żar­tuję, gra­łem ze Zbysz­kiem w zespole.

- Wow! - Otwiera sze­roko oczy. - W Teatrze Lalek?

Dobrze, że wzią­łem sobie od razu dwie wódki. I że poka­za­łem bar­ma­nowi, że ma lać na trzy palce. Nor­mal­nie na takich impre­zach chcą, żeby wszy­scy się jak naj­szyb­ciej natrą­bili, dzięki czemu będą mogli iść jak naj­wcze­śniej do domu, więc leją do spodu. Ale nie ten, ten to był jakiś wstrętny typek, nie­speł­niony labo­rant.

Tro­chę na niego huk­ną­łem, ktoś brzydko się popa­trzył, był lekki wstęp do awan­tury, ale już nie­ważne, dawno i nie­prawda.

- Tak, no tak, tak, tak - potwier­dzam szybko, zaczy­nam czuć się skur­czony, skrę­po­wany, nie­po­trzeb­nie zeszło na ten temat, czer­wie­nię się, czuję, że muszę się odwró­cić. - Ale to nie­cie­kawe. Zmieńmy temat.

- Wła­śnie nie, to bar­dzo cie­kawe. - Uśmie­cha się, a wraz z tym uśmie­chem coś eks­plo­duje mi w środku. Może powi­nie­nem ją stąd zabrać w jakieś inne, lep­sze miej­sce? Ura­to­wać ją tak na serio? Wziąć ją na ręce, prze­nieść przez ten wrogi tłum na drugi brzeg, wydo­stać ją na suchy ląd?

- Na początku, na pierw­szych dwóch pły­tach - mówię ciszej, bo tro­chę się wsty­dzę.

- Gra­łeś w tej pio­sence, jak ona się nazy­wała...

- Kocham cię jak Rosję?

- Tak, wła­śnie tak.

- Tak. Gra­łem. Jest na tej pły­cie - dodaję jesz­cze ciszej, bo to naprawdę krę­pu­jąca sprawa, cho­ciaż w Teatrze Lalek byłem basi­stą, co ozna­cza, że nikt mnie nie pamięta i nikt mnie ni­gdy nie widział. Na okładce tego głu­piego winyla stoję z tyłu, nie­roz­po­zna­walny, mam włosy na pazia, lenonki i koszulę non-iron we wzór przy­po­mi­na­jący krzy­żówkę, tylko wypeł­nioną chiń­skimi lite­rami. Nie mam poję­cia, skąd ją wzią­łem i dla­czego ją wtedy wło­ży­łem. Musia­łem być pijany. Cały ten zespół to było bycie pija­nym od rana do wie­czora, bez przerw, urlo­pów i taryf ulgo­wych.

Swoją drogą, gdy wzno­wili tę płytę na kom­pak­cie, przy­cięli zdję­cie na okładce, co spra­wiło, że z niego wyle­cia­łem wraz z paziem, lenon­kami i koszulą. Nikomu nie mia­łem tego za złe.

- Bar­dzo ładna pio­senka. Tro­chę kiczo­wata, ale wzru­sza­jąca - mówi.

- Zawsze uwa­ża­łem, że głu­pia. Powiedz, kto kocha Rosję? - pytam.

- Rosja­nie - odpo­wiada, znowu tak pięk­nie się uśmie­cha­jąc, a ja zasła­niam sobie usta, bo wstyd spra­wia, że mała, żrąca odro­bina gorzały wraca w górę gar­dła, jakby się bie­daczka zgu­biła od tych wszyst­kich emo­cji.

I wtedy ona zauważa obrączkę na palcu, któ­rej oczy­wi­ście zapo­mnia­łem zdjąć, a nawet nie zapo­mnia­łem, bo prze­cież trudno zapo­mnieć cze­goś, czego się nawet nie pla­no­wało.

Tak w ogóle Kocham cię jak Rosję to moja pio­senka.

Pod­pi­sa­li­śmy się pod nią wszy­scy, no ale była moja. Pew­nego dnia na pró­bie po pro­stu usia­dłem i ją zagra­łem. Zby­szek powie­dział, że to kicz, ale resz­cie się spodo­bało.

- Wiesz co, chyba gdzieś zgu­bi­łam kole­żankę. Prze­pra­szam cię na chwilę.

Chcę ją zatrzy­mać, ale nawet nie wiem, co miał­bym jej wła­ści­wie powie­dzieć. Że ta obrączka to przez pomyłkę, że poży­czy­łem ją od kolegi, kupi­łem na Kru­pów­kach, że moja żona nie żyje, to był tra­giczny wypa­dek, noszę ją na pamiątkę, bo wciąż się nie otrzą­sną­łem, ale jestem gotów na nowe życie, na to, aby ktoś mnie ura­to­wał, aby­śmy ura­to­wali się nawza­jem, piękny ząbku? No i to moja pio­senka, ta o Rosji. Wiem, że kiczo­wata, ale moja. Zawsze coś, prawda?

Mógł­bym też zagrać va banque, powie­dzieć jej: zosta­wię ją. Moje mał­żeń­stwo jest mar­twe. Moja żona jest mar­twa. Wyssa­łem z niej całe życie. Ja i ona leżymy w łóżku prze­dzie­leni płytą pil­śniową. A ja chcę żyć, ząbku, ja chcę żyć. Zosta­wię ją dla cie­bie. Dla nas. Dla przy­szło­ści.

Bo kocham cię jak Fin­lan­dię.

Mógł­bym jej to wszystko powie­dzieć, gdy­bym tro­chę wię­cej wypił, ale wypi­łem za mało, więc zamiast tego wydu­szam jak skar­cony uczniak:

- Ni­gdzie się nie ruszam.

Ale ona już się nie uśmie­cha, tylko zwy­czaj­nie się stle­nia i po sekun­dzie zostaje tylko ściana, o którą się opie­rała. Przy­śniła mi się. Ni­gdy jej nie było. Tak trzeba myśleć.

Zanim zdążę cał­kiem sobie to wmó­wić, na moim barku ląduje ciężka łapa i zna­jomy głos, który cała Pol­ska zna z tego, że śpie­wał do jakiejś zupeł­nie innej dziew­czyny, że rów­nież kocha ją jak Rosję, krzy­czy mi do ucha:

- Kania, a ty jak zwy­kle te baby.

- Zby­szek - odpo­wia­dam.

- Masz dla mnie pre­zent? - pyta.

- Nie mam - stwier­dzam.

- Włożę ci chuja do buzi - mówi Zby­szek.

- Nie chcę. - Kręcę głową.

Odwra­cam się. Z bli­ska widać wyraź­nie, że strasz­nie się zesta­rzał, i to brzydko. Tylko co z tego, skoro ludzie wciąż go kochają. Miłość zamraża czas.

Ja go nie kocham, ale naprawdę go lubię.

Wciąż pró­buje wyglą­dać jak rock­man. Dłu­gie, rzad­kie włosy spły­wają mu po bokach łba, choć na czubku czaszki lśni pas star­towy. Można byłoby go podzi­wiać za odwagę, ale on po pro­stu żyje w świe­cie fan­ta­zji, jest tak zady­miony miło­ścią, cudzą i wła­sną, że patrząc w lustro, widzi sie­bie sprzed trzy­dzie­stu lat, dłu­go­wło­sego drwala, potęż­nego jak wieża, ze śmiesz­nie niskim gło­sem, który spra­wiał, że po każ­dym kon­cer­cie lice­alistki szczel­nie tara­so­wały zaple­cze, tak że nie dało się tam wejść.

- Jak życie? - pyta.

- Cudow­nie - odpo­wia­dam, cho­ciaż wła­śnie skoń­czyła mi się druga wódka.

- Bra­cie, no to cudow­nie, cie­bie widzieć też jest cudow­nie. - Szcze­rzy się do mnie i ten szczerz to kolejna dziwna sprawa. Od paru lat zawsze, gdy go widzę, ma zamro­żony na gębie nie­na­tu­ral­nie sze­roki uśmiech, eks­po­nu­jący całą półę wybie­lo­nych zębów; wygląda, jakby był po wyle­wie albo ktoś schrza­nił mu ope­ra­cję pla­styczną. Wszystko to razem wzięte - wyszczerz, klą­twa dłu­giej twa­rzy - spra­wia, że wygląda na dużo star­szego, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Nie ma jesz­cze sześć­dzie­siątki, a wygląda jak star­szy brat Stana Borysa.

Bie­rze mnie za rękę i popy­cha w stronę łazienki.

- Chodź.

- Tylko wezmę drinka - mówię.

- Jakiego drinka, kurwa, Kania, od kiedy ty pijesz drinki.

Macha do bar­mana, żeby podał mu zero sie­dem Fin­lan­dii, zim­nej jak trup misia polar­nego, i dwa kie­liszki, bez sprzę­gła.

I za to go lubię: kom­plet­nie go nie inte­re­suje, co sły­chać u innych, inni to tylko sate­lity, muszą połknąć lub odbić nad­miar świa­tła, które on emi­tuje. Zby­szek nie pier­doli się w tańcu.

I jesz­cze poja­wia się Rober­cik, mój młody kolega Rober­cik, waria­cik, pod­cho­dzi do mnie, ści­ska roz­ba­wiony.

- Sie­masz, zgre­dzik - mówi.

- Cześć, Rober­cik, co tu robisz? - pytam.

- Pisa­łeś do mnie, zgre­dzik, ojoj, nie­do­brze, już jest ciężka demen­cja star­cza. - Śmieje się.

Walimy lufę, jedną, drugą, siódmą, fajow­sko.

- Chło­paki, a chce­cie tro­chę bia­łej kawki? - pyta nagle.

Ja to nie wiem, ale Zby­szek chyba chce. Rober­cik jest pierw­szy do tych spor­tów, do tego hojny, namówi i zaprosi każ­dego. No to idziemy, dawaj.

W łazience zamyka drzwi, pod­cho­dzi do półki pod lustrem i wyciąga worek z pro­chem. Ja kręcę jesz­cze raz łbem na znak, że to nie dla mnie.

- Oczy­wi­ście, że to dla cie­bie. To dla każ­dego, jak wita­miny - tłu­ma­czy.

Sta­wiam dwa kie­liszki, wycią­gam butelkę, leję po jed­nym. Rober­cik sypie linie, Zby­szek czeka, jak sęp, niech sobie użyją, ja z kolei walę lufę bez cze­ka­nia na nich, i w sumie to wcią­gam też jedną kre­skę, małą, smak jak zwy­kle potworny, uczu­cie jak zawsze dziwne, a potem jesz­cze jedną, na drugi tunel. Fakt fak­tem, że od wódki można cza­sami zasłab­nąć, ona ma te swoje efekty uboczne, mimo wszyst­kich swo­ich dosko­na­ło­ści, zwłasz­cza jak ma się gor­szy dzień. A proch pozwala wypić ciutkę wię­cej, to jego jedyna, nie­zby­walna zaleta.

- Brawo, zgre­dzik. Teraz będziesz się bawił do rana. - Śmieje się Rober­cik.

Ile może być dobrej zabawy? Czło­wiek nawet nie zdaje sobie sprawy, ile jesz­cze go czeka tych wspa­nia­łych roz­ry­wek, zanim w nagrodę wróci do domu, na naj­wspa­nial­szą część wie­czoru.

Naj­pięk­niej­sze jest to, że za każ­dym razem dowia­du­jesz się tego na nowo.

Rober­cik chce jesz­cze coś nam powie­dzieć, ale nagle coś mu pyka w tele­fo­nie.

- O ja cię, to ta dupka z Tin­dera. Pisze, że się jej nudzi i że zaraz u niej. Nie no, pano­wie. Popa­trz­cie.

Rober­cik poka­zuje z dumą myśli­wego jakieś zama­zane zdję­cie, na któ­rym widać kota, drzwi na bal­kon i kawa­łek dupy. Trudno cokol­wiek sko­men­to­wać.

- Baw się dobrze - mówi Zby­szek. - I dzięki za poczę­stu­nek.

- Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie - odpo­wiada Rober­cik, kła­nia­jąc się w pas. - A tym­cza­sem miłej zabawy i będę do cie­bie dzwo­nił, zgre­dzik.

Kiwam głową. Wesoły chło­pak. Gdy zosta­jemy sami, Zby­szek się żali:

- Kurwa, Kania, tro­chę mam już dosyć. A to prze­cież dopiero począ­tek.

- Imprezy?

- Nie, tej trasy, kurwa, co oni nawy­my­ślali, sto pięć­dzie­siąt sztuk w ciągu roku.

- No ale co zaro­bisz, to twoje - przy­po­mi­nam mu o pie­nią­dzach, bo ich świa­do­mość zawsze roz­we­sela.

Roz­le­wam po kie­li­chu. Kręci mnie w nosie, wszystko dookoła cuch­nie apteką.

- I tak zaro­bię. Zawsze zaro­bię. A ty byś nie chciał wró­cić? Dobrą stawkę bym ci dał. Pięt­na­staka za kon­cert. Roze­rwał­byś się.

- Prze­cież masz tych siu­rów, basi­stę i bęb­nia­rza, oni nie mają trzy­dziestki.

- Kon­dy­cji też nie mają. I nie piją w robo­cie. Tak mi jeden powie­dział. Ten z palmą na łbie. Po szkole muzycz­nej, taka ciota kudłata. On nie pije w tra­sie. Rozu­miesz? No i nie umie grać.

- Każdy umie grać.

- Nie każdy, Kania. Nie każdy. - Kła­dzie mi rękę na ramie­niu.

Jak z nim gra­łem, to zawsze narze­kał, że "wir­tu­ozuję".

Ale pies to ganiał, mogli mnie wyciąć ze zdję­cia na kom­pak­cie, a co prze­ży­li­śmy, to nasze, i nikt nam tego nie zabie­rze.

- Słu­chaj, pamię­tasz, jak byli­śmy w tej Chor­wa­cji? Ile to było, pięć lat temu?

- Jakoś tak.

- Faj­nie było. Może byśmy znowu sobie sko­czyli? Tylko tym razem sami - pod­kre­śla.

Nie było za bar­dzo faj­nie, z tego co pamię­tam.

- A pamię­tasz Ostro­łękę? - pytam, by zmie­nić temat.

W Ostro­łęce odpa­li­li­śmy wszyst­kie gaśnice w hotelu i razem z chło­pa­kami z Lady Pank wyrwa­li­śmy wannę i zjeż­dża­li­śmy w niej po scho­dach prze­ciw­po­ża­ro­wych, jak w bob­sleju. Jak przy­je­chały smerfy, to powie­dzie­li­śmy, że to olim­piada w Cal­gary, a my jeste­śmy repre­zen­ta­cją Jamajki. Jak Rogo­wiecki opo­wia­dał o tym w Non Stop Kolor, to pra­wie się roz­pła­kał.

Jesz­cze po lufie, bo zwa­riuję.

- To wró­cił­byś?

- O co ci cho­dzi, Zby­chu? - pytam.

- Cho­dzi mi o to, że dalej umiemy fajny inte­res zro­bić, Kania, tak jak z tymi miesz­ka­niami. Źle na tym wysze­dłeś?

- Świet­nie na tym wysze­dłem.

- No pew­nie, kurwa, że świet­nie. No i dalej umiemy razem poba­lo­wać. To może byśmy i pograli? - Roz­kłada ręce na znak, że ma naj­czyst­sze i naj­święt­sze inten­cje.

Uśmie­cham się do niego.

- Inte­re­sik zro­bi­li­śmy bar­dzo fajny, fakt - mówię. - Ale ja już nie pamię­tam, jak się gra.

- Chuja tam - zaprze­cza Zby­szek.

- Nie pamię­tam, no. - Teraz ja roz­kła­dam ręce. - Wybacz mi, Zby­szek. Ja mam naj­gor­szą pamięć na świe­cie.

- To masz szczę­ście. - Zby­chu się szcze­rzy. - To masz naprawdę farta.

W końcu, po trze­ciej lufie, wraca mi smak. Gorzko-słodka, ole­ista sen­sa­cja, mocna, szczera, cierpka, paląca prze­łyk, biała w smaku, aż cicho mru­czę jak stary, gruby kot. Ktoś dobija się do łazienki, pró­bu­jąc zepsuć mi ten moment, ale nie, wyno­cha, nie pozwolę. Tak, teraz wszystko zaczyna się zga­dzać. Myślę o Kru­szynce, może znajdę ją jesz­cze gdzieś w tłu­mie, może uda się to odpra­co­wać. Jej buzia wraca do mnie, migo­cze mi pod powie­kami. Uśmie­cham się do niej. Tak, jesz­cze wszystko napra­wię. O co mi cho­dziło z tą obrączką? Prze­cież to żaden pro­blem. Prze­cież się roz­wo­dzę.

- A wła­śnie, coś tam kłu­jesz w sikawkę? - pyta Zby­chu.

- Zawsze, Zby­chu - odpo­wia­dam.

Poka­zuje, abym jesz­cze polał. Nie trzeba mi mówić dwa razy. Ktoś dalej dobija się do kibla. Idź do dam­skiego, skur­wy­sy­nie. Patrzę sobie na flaszkę. Fajna taka flaszka, scho­dzi w odpo­wied­nim tem­pie. Nie za szyb­kim, nie za wol­nym. Ide­al­nie. Jak życie.

- Jakby ter­mo­metr Eski­mo­sowi w dupę wsa­dzić. - Zby­szek poka­zuje na fla­kon.

- No co ty, Zbyszku, tempo mamy kul­tu­ralne. - Nie zga­dzam się, ale tak przy­ja­ciel­sko.

Chlup. Znowu to dobi­ja­nie. Nie można sobie w spo­koju posie­dzieć w łazience? Nie można mieć chwili, kurwa, intym­no­ści? Na drugą nogę. Chlup. Oj, coś zachy­bo­tało. To pod­łoga, nie ja. Łup, łup w te drzwi. Ja cię nauczę, gamo­niu. Wszy­scy kochają Mar­cina. Ale Mar­cin nie kocha wszyst­kich. Mar­cin nie kocha na przy­kład tych, któ­rzy dobi­jają się bez sensu do kibla. Mar­cin kocha Zbyszka. Jak chleb. Za to wszystko, co dla mnie zro­bił.

- Jesteś młody, ruchaj, póki możesz. I nie myśl o tym. - Poka­zuje na obrączkę.

- Nie wiem nawet, co to jest - odpo­wia­dam.

Zby­szek śmieje się naj­sze­rzej, jak umie, zaraz trzeba będzie dzwo­nić po pogo­to­wie, szyć mu buzię. Ale poważ­nie, ja nie wiem, co to jest. Co to jest? Gdzie jest Kru­szynka? Dawaj jesz­cze jed­nego. Dawaj, kurwa. Tam za drzwiami, kto­kol­wiek to jest, nie tylko się dobija, zaczął też coś pokrzy­ki­wać. Dosyć tego. Nie­na­wi­dzę braku kul­tury. Świat się tro­chę kręci, ale co tam, kręci się w nor­mie, a każdy moment na lek­cję jest dobry.

W ten sko­bel, na który zamyka się drzwi od środka, nie tra­fiam pal­cami, ale wiem, że butem tra­fię bez pro­blemu. But jest więk­szy od palca. Sam ma swoje palce, w środku. Sły­szę, jak Zby­szek się śmieje, gdy drzwi lecą na zewnątrz, pro­sto na tego chama, mło­dego, pręż­nego, dwu­me­tro­wego kon­dona; oczy­wi­ście, że go znam. Prze­cież to ten od irlandz­kiej whi­sky. Wszystko się zga­dza, cały ryso­pis - man­kiety, spinki, fiku­śne tatu­ażyki, zaro­ścik ide­al­nie wycie­nio­wany, fry­zurka na spermę bar­bera; to wła­śnie ty, gadzie jeden, ty psu­jesz mi życie od tylu godzin, dni, tygo­dni, mie­sięcy; cie­bie szu­ka­łem, a sam się zna­la­złeś. Sto­isz z kolegą, dru­gim takim samym, jak gdyby ni­gdy nic, i walisz w drzwi mojego kibla. No nie­stety, wasze dni są poli­czone.

Na mój widok robi krok do tyłu, bo nie spo­dzie­wał się takiego obrotu wyda­rzeń, nie prze­wi­dział, że ze Zbysz­kiem wyj­dziemy razem z drzwiami. Nie przy­pusz­czał, głu­pek, kto jest w środku. Teatr Lalek, kró­lo­wie rocka z Cie­cha­nowa. Chuju durny, my wannę wyrwa­li­śmy w Ostro­łęce i poje­cha­li­śmy z nią do Cal­gary, i wygra­li­śmy złoty medal dla Jamajki.

- Spo­koj­nie - mówi, a ja dopa­dam do niego i na wej­ściu trza­skam go w tę wstrętną gębę, raz, drugi i trzeci, pod­bie­gają do mnie, łapią za ramiona, odcią­gają, ja się wyry­wam, nie będziesz mi nisz­czył życia, kuta­fo­nie, nie będziesz dep­tał mojej god­no­ści, tro­chę tań­czy ta pod­łoga, kto ją zro­bił, do cho­lery jasnej, taką śli­ską, to twoi kole­dzy, ty uli­zany młody gamo­niu, ty kapło­nie, byku z pla­stiku, łajzo pewna sie­bie, co ty mi możesz powie­dzieć, kurwy jebane, czego wy chce­cie, ja tylko chcę sobie tu pożyć.

Wyry­wam się i dalej, trach go w półę.

Nie­wiele już widzę, za to sły­szę, jak krzy­czą: prze­stań, zostaw go, i tylko Zby­szek się śmieje. Zby­szek się śmieje, bo pamięta - Ostro­łękę i nie tylko.

A gdzie jest Kru­szynka? Ty jesz­cze porwa­łeś Kru­szynkę, gadzie, zabra­łeś mi ją. Pluję mu na ryj. Musi zro­zu­mieć, że tu nie ma żar­tów.

Czarna plama wycię­tego czasu.

Gdy wra­cam, na zegarku są zupeł­nie inne wska­zówki. Ktoś się nie bał i zaje­bał te stare, i wsa­dził zupeł­nie nowe. Ale wciąż tu jestem i wciąż mi się nie podoba. Podwórko budynku, jacyś gapie, w tłu­mie być może Kru­szynka, cała sytu­acja musiała się prze­nieść na zewnątrz. Ten, na któ­rego się drę, stoi za daleko, bym go dobrze zoba­czył; nie wiem do końca, kim jest, ale tak naprawdę wcale nie muszę wie­dzieć i widzieć. To pewne, że jest prze­ciwko mnie, że czyha na mnie od dawna, że zbiera haki. Poza tym musia­łem mieć dobry powód. Nie zro­bił­bym tego bez powodu.

Znowu pluję, chyba tra­fiam, zawsze umia­łem dobrze cha­rać, on ucieka, a ja muszę się napić, tyle tego dobrego. Gar­dło tak szybko pustyn­nieje, lęgną się w nim mszyce.

Tylko jacyś oni trzy­mają mnie mocno za ręce i jeden pyta, czy już dobrze i czy jestem grzeczny. Pew­nie, że jestem, puść­cie, chło­paki.

Do baru, przez ochro­nia­rzy, gdzie jest Zby­szek? Czemu nagle znik­nął? Musi mi pomóc. Potrze­buję flaszkę. Zby­szek? Gdzie jesteś? Kru­szynko? Jakiś uśmiech miga w tłu­mie, przez który trzeba się prze­ci­skać jak przez las cie­płych, oży­wio­nych drzew. Nie mogą stać pro­sto i bez ruchu przez chwilę? Dla­czego muszą tak prze­szka­dzać?

- Panu już chyba wystar­czy.

- Nie mów tak, bo pój­dziesz do wię­zie­nia.

- Naprawdę. Nie obsłużę pana.

Trach ręką w blat, leci szkło, w takim razie sam się obsłużę. Eses­man. Esbek. Dawaj tę butelkę. I ten kubek, od piwa, pla­sti­kowy, może być. Wyry­wam mu to z ręki, leję z flaszki pro­sto do kubka. Fajne te pla­sti­kowe kubki, dużo się w nich mie­ści.

Tylko się na mnie gapią, tylko to umieją. Nie muszę się do nich odwra­cać, by widzieć, że z sza­cun­kiem. Mogą sobie zawią­zy­wać spi­ski prze­ciwko mnie, a ja i tak zawsze im poka­zuję, kto tu rzą­dzi.

- Kania, weź. Spo­koj­nie. - To Zby­szek.

- Zbi­gnie­wie. - Uśmie­cham się do niego.

- Przejdźmy się - mówi.

Czarna plama. Teraz jestem w aucie. Tro­chę śmier­dzi. Nie wiem, gdzie jest mój kubek. Musieli mi go zabrać. To Zby­szek to zro­bił, on też jest z nimi, oczy­wi­ście, uda­wał przy­ja­ciela, by na końcu zdra­dzić. Ale to nor­malne. Powi­nie­nem to wie­dzieć. Znowu wszystko tak strasz­nie szybko schnie. Muszę kupić sobie butelkę, zejść do Faj­nego Pokoju, po mój Fajny Czas, muszę włą­czyć sobie jakąś roc­kową muzykę, praw­dziwą, Toola, King Crim­son, Metal­licę. Nie gówno, nie Rosję, tylko samą prawdę. Obe­lżywe to wszystko. Tylko muzyka. Kacz­kow­ski fore­ver. Będę cho­dzić, marzyć, będę fru­wać. Będę w mojej Faj­nej Nocy. Po co w ogóle tam posze­dłem? Po co sta­łem w tym tłu­mie, otu­lony wstrętną muzyką jak brudną koł­drą zerwaną z bez­dom­nego? O co mi cho­dziło? Trzeba było zostać w domu. Wszystko by minęło, prze­szło, zga­sło. Dużo szyb­ciej byłoby mi cie­pło, wygod­nie i dobrze, dużo szyb­ciej wśli­zgnął­bym się w ten wielki kom­bi­ne­zon wło­cha­tego dziecka. Dużo szyb­ciej byłoby spo­koj­niej.

Marta, tylko Marta. Jesz­cze nie śpi. Marta zawsze się poja­wia, gdy w końcu ma być faj­nie, i wszystko psuje. Jej wielka twarz, coraz star­sza, z sekundy na sekundę. Nie, tym razem nie może tak być. Tym razem ona nie wej­dzie do Faj­nego Pokoju, nie zacznie krzy­czeć, pła­kać, gro­zić poli­cją, robić tych wszyst­kich zło­śli­wych rze­czy, nie będzie demo­lo­wać dobrych chwil. Nie, Marta, nie­stety. Nie wszystko jest o tobie, o two­ich krzy­kach, o tym twoim pier­do­le­niu, które wypada ci z gęby, to nie moja wina, że prze­sta­łaś śpie­wać po tej jed­nej sła­bej pły­cie, z któ­rej wszy­scy się śmiali. Ja ci mówi­łem, co masz robić. Nie słu­cha­łaś.

A teraz wyprze­dzę twój atak.

- Do kwia­ciarni, tej cało­do­bo­wej - mówię kie­rowcy.

- Gdzie niby taka jest?

- Sprawdź sobie w tele­fo­nie.

Wszy­scy dużo lepiej wyszliby na trak­to­wa­niu mnie poważ­nie. Potra­fię wyobra­zić sobie przy­szłość, prze­ana­li­zo­wać kon­se­kwen­cje wła­snych dzia­łań i odpo­wied­nio wcze­śniej im zapo­biec. Prze­cież to jest wła­śnie mądrość.

Naj­pierw misja zapo­bie­gaw­cza, a potem nagroda. Tak, droga do nagrody jest bar­dzo długa, ale takie jest życie. Jestem strasz­nie roz­sądny. Przyj­muję prze­ciw­no­ści losu z wiel­kim spo­ko­jem.

- Tutaj - stwier­dza kie­rowca.

W kwia­ciarni o mało nie pusz­czam pawia, strasz­nie słod­kie są te wszyst­kie rośliny, muszę ochło­nąć. Wycho­dzę, biorę parę odde­chów, po czym wcho­dzę jesz­cze raz.

- Co podać? - pyta sprze­daw­czyni, zmę­czona kobieta z wyraź­nie wschod­nim akcen­tem.

- Wszystko - decy­duję.

- Bar­dzo śmieszne.

- Bez humoru... życie to kosz­mar - odpo­wia­dam. Co ten sklep taki chy­bo­tliwy, czy kwiaty potrze­bują tak się bujać, żeby lepiej rosnąć? Chyba nie, bo i tak są cięte. Czemu włą­czy­łaś to chy­bo­ta­nie, debilko? Wycią­gam z kie­szeni port­fel, a z port­fela kartę, wciąż złotą, i poka­zuję jej jak legi­ty­ma­cję FBI, upraw­nia­jącą mnie do czy­nów, które nie śniły się nikomu nor­mal­nemu.

Złoto jest zawsze dla zuchwa­łych.

Tak naprawdę to gdzieś jakaś część mnie wciąż ją kocha. Martę.

Ta miłość to połknięta, nie­stra­wiona pestka. W chwi­lach takich jak ta, pestka się roz­ża­rza, zamie­nia się w czer­wony węgie­lek, który stop­niowo roz­grzewa cały brzuch. Dwa­dzie­ścia cztery lata razem. Czy ktoś może powie­dzieć mi coś, czego nie wiem? Dwa­dzie­ścia cztery wspólne lata to pry­zmat, z jed­nej strony wpa­dają w niego miłość i sym­pa­tia, z dru­giej wyla­tuje tyle rodza­jów wście­kło­ści i żalu na dru­giego czło­wieka, że zle­wają się w jedną brudną tęczę, nie ma jak ich poli­czyć, oddzie­lić od sie­bie, to nie­moż­liwe.

Biorę pierw­szą lep­szą donicę z brzegu, pełną żół­tych tuli­pa­nów.

- Ładu­jemy do auta, tam. - Poka­zuję jej kie­ru­nek, pro­wa­dząc ją do zapar­ko­wa­nej na chod­niku karocy.

Tak samo poka­zuję cier­powi, że też ma cho­dzić i łado­wać. Cierp jest przy­tom­niej­szy. Zauważa, że nie wszystko może się zmie­ścić.

- Ładuj, ile wle­zie - roz­ka­zuję mu.

Jed­nak świat dookoła mnie za bar­dzo się buja, jedna donica wypada mi z rąk i roz­bija się na parę gru­bych kawał­ków, różyczki leżą samotne w folii i wodzie na brud­nym chod­niku, więc poka­zuję, że mają to wszystko wno­sić we dwójkę wspól­nie, na pewno sobie pora­dzą. Staję, opie­ram się o bagaż­nik i śmieję się z nich do roz­puku, nor­mal­nie O dwóch takich, co ukra­dli księ­życ, Jacek i Pla­cek.

Bez żar­tów to życie nie ma sensu. Wycią­gam z kie­szeni tele­fon i udaję, że roz­ma­wiam z poli­cją:

- Halo, czy tu komenda Śród­mie­ście, widzę, jak kobieta i męż­czy­zna okra­dają kwia­ciar­nię, halo, okra­dają kwia­ciar­nię, powta­rzam. Nie wiem gdzie, gdzieś. Na ulicy. Nie wiem, gdzie jestem. Gdzie jestem, zło­dzieju?

Kobieta rzuca we mnie kwia­tem i prze­klina po ukra­iń­sku. Kie­rowca tylko kręci głową. Oboje wyglą­dają pięk­nie, tak jak wszystko jest piękne. Emi­sa­riu­sze miło­ści w środku ciem­nej nocy.

- Tego jesz­cze nie grali - mówi, gdy patrzy na swoje skoń­czone dzieło. Cały tył auta wygląda jak szklar­nia. Stor­czyki, lilie, róże, orchi­dee i inne badyle, które nawet nie wiem, jak się nazy­wają, tań­czą mi w oczach, spla­tają się w żywy dywan, tak inten­sywny, tak piękny, tak pach­nący, że aż z tego całego piękna muszę się odwró­cić i zrzy­gać.

Pawię chwilę, pro­fe­sjo­nal­nie. Robi mi się miej­sce. Jestem z sie­bie dumny.

Ale się nagro­dzę.

Prze­cią­gam kartę przez ter­mi­nal, nawet nie widzę, ile tam jest cyfr, ważne, że zaak­cep­to­wane, baba tylko wzdy­cha, daje mi para­gon, chcę ją przy­tu­lić, to mnie odpy­cha, zresztą polar z logo firmy spe­dy­cyj­nej pach­nie potem, jesz­cze puścił­bym pawia w te jej dawno nie­far­bo­wane kudełki.

Gdy wycho­dzimy, daje mi rekla­mówkę.

- Teraz do cało­do­bo­wego, naj­droż­szy stan­gre­cie. Tylko gdzieś, gdzie jesz­cze nie byłem.

- No to, kurwa, do Mławy jedziemy - nie­cier­pliwi się mój naj­droż­szy przy­ja­ciel.

- W Mła­wie aku­rat byłem - odpo­wia­dam i bekam gromko. - Ale możemy zro­bić krótką wycieczkę na tę bar­dziej awan­tur­ni­czą stronę Wisły, przy­ja­cielu.

- Na licz­niku jest już stówka.

Kładę mu dłoń na ramie­niu. Niech się uspo­koi.

Może sen, a może po pro­stu plama, nie wiem, cza­sami wyłą­czam się jak prąd w sta­rym domu i niby kom­plet­nie mnie nie ma, na chwilę, dwie, trzy, ale gdzieś tam jestem, w tej ciem­no­ści.

Genialny pomysł z tą kwia­ciar­nią.

Samo­chód tro­chę wiruje od środka, ale pomysł genialny.

Marta, nie dość, że się odpie­przy, że prze­sta­nie gadać, że pozwoli mi sie­dzieć, ile chcę, w Faj­nym Pokoju - może nawet trzy dni, tyle, abym w końcu się tam nasie­dział, naba­wił, nasłu­chał - to jesz­cze gdy zoba­czy tę piękną dżun­glę, uśmiech­nie się, powie: Mar­cin, jed­nak jesteś męż­czy­zną, jed­nak jesteś mężem, prze­pra­szam cię za to wszystko, a ja powiem tylko: Misia, to ja cię prze­pra­szam, za to wszystko, za te noce, zaćmy, za te potworne waka­cje, i te, i poprzed­nie, cho­ciaż te były naj­gor­sze; będę już tylko świetny, naprawdę, tylko daj mi pół godzinki w Faj­nym Pokoju. Gdy wyjdę, będę fan­ta­stycz­nym mężem, naj­lep­szym.

- Jasne, Mar­cin, siedź tam, ile chcesz, a ja ude­ko­ruję nasz dom tymi wszyst­kimi pięk­nymi kwia­tami.

- Dzięki, Misia.

- Nie ma sprawy, Mar­cin.

Tak, w domu wszę­dzie będą kwiaty.

Pojadę i zro­bię taki kurs jesz­cze raz. Albo dwa, trzy razy. Pić. Wysma­ruję ściany zie­mią, zro­bię takie pio­nowe grządki i będą z nich rosnąć cią­gle świeże kwiaty. Będzie można się upić samym tym zapa­chem. Do tego mar­chewki zasa­dzę, cuki­nie, kapu­sty, będą warzywa, kuch­nia bio. Marta też będzie pijana, cią­gle, ze szczę­ścia. Będziemy szczę­śliwi. Nasz dom wygra różne kon­kursy. Będzie o nas wielki arty­kuł w piśmie "Cztery Kąty, a Chuj Piąty". O Boże, pić. Wła­śnie, medal. Nie za wszyst­kie genialne pomy­sły przy­znają medale. A ja sobie przy­znam. Tu i teraz. Piękny i złoty. Ot co.

- Tu? - pyta stan­gret.

Ja nawet nie wiem, czy to tutaj. Wszystko spływa do wiel­kiego zlewu. Jesz­cze raz, pokaż. Aha, drzwi. Na zewnątrz. Puk, puk. To tu? Świa­tło jest, jest szyld. Co tu jest napi­sane? O kur­czę. Pali. Ale to dopiero począ­tek. Trzy­maj się. Zaraz się skoń­czy i będzie strasz­nie. Nie chcemy tego.

- Tu, drzwi. - Poka­zuje stan­gret, wierny, kochany.

Jasne świa­tło gwał­tow­nie spy­cha wszystko z powro­tem na swoje miej­sce - dół, górę, lewo i prawo. W środku, w klatce zbu­do­wa­nej z pla­sti­ko­wych i szkla­nych bute­lek, scho­wana za pla­sti­kową prze­grodą sie­dzi ona. Tak, to ona. Wró­ciła, do mnie, po mnie. Moja kochana.

- Kru­szynka - wypo­wia­dam, chwy­ta­jąc się pla­sti­ko­wej szyby, aby się nie prze­wró­cić, nie zro­bić na niej złego wra­że­nia.

- Ja pana nie obsłużę - mówi ase­ku­ra­cyj­nie.

Robię jesz­cze jeden krok. Tak, to ona. Prze­cież jestem pewien. Wygląda tro­chę ina­czej. Zdą­żyła zmie­nić fry­zurę, wydłu­żyć włosy, teraz są ufar­bo­wane na blond i cia­sno spięte. Ale kobiety potra­fią kom­plet­nie prze­mie­nić się w ułamku sekundy, wła­śnie to jest w nich nie­sa­mo­wite. Kru­szynka ma teraz ostrzej­szy maki­jaż i tro­chę inne zęby, ale te jej oczy to wciąż dwa sza­firy, wciąż wygląda na ósmą pod­sta­wówki. Wciąż jest moja.

I jed­nak jest praw­dziwa. Nie wymy­śli­łem jej, jak ten bie­dak Zaucha.

- Wró­ci­łem po cie­bie, kocham cię - wyznaję szybko, gorącz­kowo, gwał­tow­nie.

W kie­szeni mam piękne, nowe trzy stówki, spe­cjal­nie dla niej. Wsu­wam je w dziurę w pla­sti­ko­wej prze­gro­dzie. Od samego początku, gdy ją pozna­łem, tam, na tej wstręt­nej impre­zie, czu­łem, że Kru­szynka jest dobrą wróżką, że gdy będzie taka koniecz­ność, poda mi swoją drobną, silną dłoń i wycią­gnie mnie na brzeg.

- Mówię panu, nie obsłużę pana. Mam zadzwo­nić po ochronę? - pyta. Ma głos, jakby połknęła łyżkę pia­chu.

Dobrze, Kru­szynko, jak chcesz. Naj­pierw inte­resy. Poka­zuję na półkę z jac­kiem, gdzie szkla­no­brą­zowi żoł­nie­rze stoją dum­nie, wyprę­żeni, na pięk­nym apelu. Mam trzy stówy, więc potrze­buję trzech, to pro­ste, trzy za trzy, a trzy to dobra nagroda, zaraz, jaka nagroda, wła­ści­wie za co. A, dobra, już wiem.

To nagroda za to, że cię zna­la­złem, Kru­szynko.

- Nie robię nic złego. Zaufaj mi. Prze­cież mnie pamię­tasz - prze­ko­nuję i na dowód tego, że jestem prze­cież gościem, na któ­rym można pole­gać, staję pro­sto. Trzeba przy­znać, że stoję naprawdę świet­nie, przy­ci­ska­jąc całą powierzch­nię stóp do ziemi.

Mózg obraca się w gło­wie jak ubra­nia w pralce, jak moneta w pal­cach. Nachy­lam się, aby spoj­rzeć jej jak naj­głę­biej w oczy, cho­ciaż dzieli nas pla­sti­kowa ściana. W końcu z tego wpa­try­wa­nia się decy­duję się klęk­nąć. Teraz ona góruje nade mną, trudno ją nazwać kru­szynką, prze­mie­niła się w Temidę, za sprawą tajem­nej alche­mii jej skóra stward­niała i wygła­dziła się w mar­mur. Coś prze­wala mi się w żołądku, pra­stary Kra­ken chce wydra­pać plu­gawą ścieżkę na zewnątrz, wprost na zgrzewki 3 cytryn i muszy­nianki, pul­pit mojego klęcz­nika.

- Arek! - krzy­czy Kru­szynka.

Zza jej głowy wyła­nia się jesz­cze więk­sza postać, Maxi­mus Deci­mus Meri­dus w orta­lio­no­wej kurtce z napi­sem OCHRONA i wiel­kim, łysym, pul­su­ją­cym w bia­łym świe­tle łbem o nie­re­gu­lar­nej fak­tu­rze ska­mie­nia­łego chleba.

- Pro­szę wyjść - mówi grzecz­nie.

Chcę się pod­nieść, ale to trudne, pra­wie nie­wy­ko­nalne. Słodki Pokoju, Fajny Pokoju, Dobry Pokoju, czemu to tyle trwa, czemu oni chcą mi cię zabrać? Być może kie­dyś będę leżał na pod­ło­dze i wle­wał sobie słod­kie lekar­stwa do ust, i się z tego śmiał, ale teraz trwa kosz­mar.

Kto posta­wił te szyby z pla­stiku? Ty szybo, ty zło­dziejko marzeń. Ty kurwo ty.

Trach. Raz, drugi. Trzeci.

- Wypier­da­laj stąd.

Szyba nawet nie drgnęła, ale ja drżę, bo coś pod­rywa mnie do góry i odrzuca w stronę drzwi; to chyba Maxi­mus. Gwał­tow­ność lotu powo­duje, że Kra­ken wydo­staje się na zewnątrz kolo­rową pianą, wprost na jego kom­bi­ne­zon, a ja znowu padam na kolana.

- Ty świ­nio jebana. - Maxi­mus jest zdez­o­rien­to­wany, chyba. Widzę bar­dzo nie­wy­raź­nie.

- Co tu się dzieje? - Poznaję ten głos jak ze strasz­nej oddali, ale to on, mój wierny stan­gret.

- To się dzieje. Ty go znasz? - Maxi­mus wska­zuje na mnie pal­cem.

Scho­waj tego palu­cha, bo ci go odgryzę. Tyle prób, tyle bólu. Tyle szyb, tyle ścian. Mię­dzy nami.

Stan­gret wzdy­cha, sta­wia mnie do pionu, opiera o drzwi. Wska­zuję pal­cem na kie­szeń, stan­gret wyciąga z kie­szeni pie­nią­dze, daje jakieś Maxi­mu­sowi, aby się uspo­koił, ten znika na zaple­czu, stan­gret pod­cho­dzi do Kru­szynki, tylko nie krzycz na nią, pro­szę, bo uciek­nie.

- Co on chciał, niech pani da - mówi.

- Zabije się, idiota. - Kru­szynka wstaje i zdej­muje z półki trzy brą­zowe, wspa­niałe butelki.

- Nie nasz pro­blem - odpo­wiada stan­gret.

- Kocham cię, kocham cię, Kru­szynko, kocham jak niebo i słońce! - krzy­czę do niej.

Chcę krzy­czeć jesz­cze, ale stan­gret popy­cha mnie w stronę auta. W dru­giej ręce trzyma butelki, moje skarby, wkłada je do bagaż­nika. Może nie wszyst­kie trzy?, co będzie, gdy zbiją się w tym bagaż­niku, jedną wezmę ze sobą, nie, nic ci nie wyleję w tej karocy, spo­koj­nie, zobacz, wszystko gra, upi­jam łyk, potem następny, ślady mor­skich potwo­rów odkle­jają się od zbo­la­łego gar­dła i spły­wają w dół cie­płą, piękną sło­dy­czą. W końcu ulga, kurwa jej mać, do woli i do pełna.

Ocie­ram usta, a potem obli­zuję dłoń.

Niebo na chwilę zatrzy­muje się w miej­scu.

- Do domu? - upew­nia się stan­gret.

- Ty, a po co ci tyle kwia­tów? - pytam, patrząc na kolo­rowy, zie­lono-czer­wono-biało-fio­le­towy ogród pokry­wa­jący całe tylne sie­dze­nie auta. - Dora­biasz jako kara­wan? Jedziemy na czyjś pogrzeb? Ktoś umarł? - Podejrz­li­wie obszu­kuję kie­sze­nie.

Stan­gret tylko kręci głową. Co on taki nagle prze­mą­drzały, skur­wy­syn? Co mu tak wesoło? Ktoś bąka puścił? Benny Hilla wyświe­tlają? W końcu znaj­duję fajki, on daje mi ogień, w ostat­niej chwili obraca papie­rosa wła­ściwą stroną do przodu, bo zacią­gnął­bym się z fil­tra, no dobra, każdy może się pomy­lić.

Piękny Pokój. Mam też w nim kom­pu­ter. A w nim filmy. Mogę nie tylko pić, nie tylko słu­chać rocka. Fajna gita­rowa muzyka jest dobra także w zagłu­sza­niu. Gdy włą­czę gło­śno Toola albo Zepów czy Pur­pli, albo Metal­licę, to nie sły­chać popi­ski­wań tych dziew­czyn z kame­rek, które mają w cip­kach małe, pla­sti­kowe, ste­ro­wane przez inter­net wibra­tory. Im wię­cej się zapłaci, tym te tycie wibra­torki szyb­ciej wibrują. Wyobra­żam sobie Kru­szynkę w takiej kamerce, robi mi się gorąco.

- No, stan­gret, posłu­chaj, prze­cież wia­domo, pojadę z tobą, ale jako klient mam prawo wie­dzieć, co te badyle u cie­bie robią. - Poka­zuję jesz­cze raz na sie­dze­nie.

I nagle olśnie­nie. Kle­pię go w ramię. Mam. Wiem. No prze­cież.

Mar­cin Kania, geniu­szu. To przez jacka. Mózg potrze­buje lekar­stwa, gdy jest zmę­czony. Gąbki, gleby nie mogą być suche. Rzeki muszą pły­nąć.

- Kru­szynka. - Poka­zuję na sklep. - Ona nas ura­to­wała, stan­gre­cie.

Mam kie­szeń pełną pie­nię­dzy, ale nie wiem skąd - może od zawsze byłem zacza­ro­wany. Mały chło­piec, Mar­cin Kania, już jako dziecko rozu­miał magicz­ność świata. Ojciec wcho­dził do domu w mun­du­rze, spraw­dzał, czy buty stoją równo, cho­wa­łeś się cza­sami przed nim, gdzie się dało, w sza­fie, w tap­cza­nie, ale matka zawsze mówiła mu, gdzie jesteś, wyda­wała cię, zdra­dzała... nie chro­niła cię, nikt cię nie chro­nił... Jesz­cze łyk, klaps w ryj, wła­sną dło­nią. Z kie­szeni peł­nej pie­nię­dzy wycią­gam jesz­cze jeden bank­not, dla stan­greta.

- Chodź - mówię mu. - Ona na to zasłu­guje.

- Nie - pro­te­stuje Kru­szynka, gdy znowu wcho­dzimy do mono­po­lo­wego, tym razem obju­czeni kwia­tami. Są świeże, musiał je kupić nie­dawno, może na han­del? Ale cie­szę się, że jest czło­wie­kiem, że pomimo swo­jej tak­sów­kar­skiej natury potrafi zro­zu­mieć roman­tyzm. - Czło­wieku, ja po poli­cję dzwo­nię! - krzy­czy, pró­buje się jesz­cze bro­nić, ale w jej oczach widać już pod­da­nie, rezy­gna­cję, a przede wszyst­kim wdzięcz­ność. Ma teraz ze trzy pary oczu, więc te wszyst­kie emo­cje z łatwo­ścią się w nich miesz­czą.

Kła­dziemy te kwiaty gdzie popad­nie. Ja po chwili się męczę, łyk jacka, aby się nie prze­wró­cić, i daję znak stan­gre­towi, że ma wno­sić to sam.

Przy­kle­jam twarz do szyby.

- Kocham cię. Jesteś piękna.

Patrzy na mnie, uro­czo prze­krzy­wia­jąc głowę. Spro­ket robi podob­nie. Ten gest ozna­cza wdzięcz­ność i nie­zro­zu­mie­nie. Ona myśli, że na to nie zasłu­guje. Ona, bogini.

- To wszystko dla cie­bie - mówię jej, gdy stan­gret wcho­dzi do środka, bokiem, dzier­żąc ogromne narę­cze róż­no­ko­lo­ro­wych róż, po czym ostroż­nie kła­dzie je, jak śpiące dziecko, na sto­sie zgrze­wek 3 cytryn i muszy­nianki.

- Ludzie, wy jeste­ście pier­dol­nięci - szep­cze zaczer­wie­niona, przy­kła­da­jąc dło­nie do twa­rzy.

Maxi­mus znowu wysuwa się z zaple­cza. W miej­scu, gdzie strze­lił na niego mój przy­pad­kowy paw, wid­nieje mokra plama oto­czona bia­ła­wym kon­tu­rem. Mapa nie­zna­nego kon­ty­nentu.

- Od samego początku, od kiedy się do mnie uśmiech­nę­łaś, wtedy gdy przy­nio­słem ci drinka, tam, pod ścianą, u Zbyszka, od samego początku wie­dzia­łem. Uciek­nijmy, ty i ja, gdzie chcesz, kupuję bilety, na sta­tek, na samo­lot, na balon. - Muszę się oprzeć znowu o pla­sti­kową, prze­zro­czy­stą ścianę, moja miłość wydo­staje się na zewnątrz z wiel­kim bólem, z każ­dym sło­wem od serca odrywa mi się małe, żywe włó­kienko.

- Wynieś to! - krzy­czy Maxi­mus. - Natych­miast mi stąd to wynoś, w tym, kurwa, momen­cie!

- O kurwa, to kwia­ciar­nia jest tu teraz? - Ktoś wcho­dzi do środka, staje za mną, czuję jego kwa­śny oddech.

Odwra­cam się, to jakiś alko­ho­lik z gębą tak spuch­niętą, że wygląda jak piłka lekar­ska, oto­czony mgłą kwa­śnego smrodu. Obrzy­dliwe, jak ludzie nie potra­fią pić. Gdy­bym miał wię­cej czasu, tobym go nauczył, bo mam dobre serce.

- Kocham cię. Wrócę po cie­bie - obie­cuję Kru­szynce.

Mówię tak, bo jestem ryce­rzem i nie narzu­cam się ze swo­imi uczu­ciami. Jesz­cze łyk, i jesz­cze jeden. Cie­płe piękno. Złoty deszcz, który spada z nieba. Wła­śnie, złoty deszcz. Jest tylko jedna pięk­niej­sza kobieta od Kru­szynki, muszę to powie­dzieć, prze­pra­szam, jest jedna bogini porów­ny­walna z tobą. Nazywa się Beata Kozi­drak.

- Chło­pie, prze­suń się. - Zaśmiar­dły alko­ho­lik wpy­cha się przede mnie.

Dobrze, na mnie już czas. Wrócę i cię ura­tuję, Kru­szynko, nie pozwolę, żeby cię roz­sa­dziło, na razie jesteś bez­pieczna, ocalą cię kwiaty. Maxi­mus zaczyna iść szybko w moim kie­runku, ale mnie udaje się zna­leźć w tak­sówce, potem są już tylko klatki, poszcze­gólne. Rzy­gam do przy­sta­wio­nej do twa­rzy siatki z Tesco. Poli­cjant każe mi wysiąść z auta, nie chcę. A może nie ma żad­nego poli­cjanta. Auto się zatrzy­muje. Stan­gret mówi, że za to wszystko trzy stówy. Jakie stówy? Nie mam żad­nych stów. Ręka w kie­szeni, szarp­nię­cie. Zaraz, zaraz, butelki. W bagaż­niku, jesz­cze dwie. Do siatki. Krok, jeden, drugi. Dużo jest kro­ków do domu. Dzwo­nek do furtki, otwórz. Otwórz. Wpuść mnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki