Inflacja - Mark Blyth, Nicolo Fraccaroli

Kup ebooka

89.00 zł
71.20 zł (89,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dane oryginału:

INFLATION: A GUIDE FOR USERS AND LOSERS

Mark Blyth, Nicol? Fraccaroli

Copyright ? 2025 by Mark Blyth and Nicol? Fraccaroli

First published in the United States by W. W. Norton & Company, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki

Anna Kulikowska

Wydawca

Dorota Siudowska-Mieszkowska

Koordynator ds. redakcji

Renata Ziółkowska

Redakcja

Jadwiga Witecka

Korekta

Marta Strupińska

Produkcja

Anna Badura

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.: Michał Latusek

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl.

Polska Izba Książki

Polish edition copyright ? Wydawnictwo Naukowe PWN SA

ISBN 978-83-01-25364-6

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2026 r. (Wydanie I)

Warszawa 2026

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

infolinia 801 33 33 88

www.pwn.pl

WstępDLACZEGO MUSIMY NA NOWO PRZEMYŚLEĆ TO, CO WIEMY O INFLACJI

Słuchamy opinii, które sprawiają, że czujemy się dobrze, zamiast pomysłów, które zmuszają nas do myślenia.

Adam Grant

Latem 2021 roku Nicol? Fraccaroli zwrócił się do Marka Blytha z propozycją wspólnego napisania książki o inflacji. Mark zapytał go, co by taka książka dała. Mogliby ją napisać, ale po co? Czy było do wyjaśnienia coś, czego jeszcze nie wiemy?

W poprzedniej dekadzie Nic i Mark napisali książki o polityce oszczędnościowej, czyli cięciu wydatków rządowych, często w czasie recesji, mającym na celu jej złagodzenie. Po udzieleniu pomocy globalnemu systemowi finansowemu w 2008 roku politycy i eksperci wkrótce zaczęli obawiać się nieuniknionych skutków inflacyjnych tych wszystkich wydatków, a do 2010 roku skutecznie argumentowali za ogólną polityką cięć budżetowych w celu ich uniknięcia. Obie książki zasadniczo głosiły: "To nie zadziała tak, jak myślą, i może skończyć się katastrofą". Dekadę później, po licznych sporach, stało się to konsensusem wśród ekonomistów.

Zanim inflacja pojawiła się w 2021 roku, rządy zaczęły wyciągać wnioski z kryzysu finansowego i polityki oszczędności z lat 2010-2016, a jednocześnie stawiać czoła COVID-19 z pomocą imponujących wydatków publicznych. Gdy jednak inflacja - w tej książce definiowana jako "wzrost cen towarów i usług w czasie" - ujawniła się w następstwie pandemii, twierdzenie, że wynika ona z tych wszystkich "nadmiernych wydatków", natychmiast zyskało popularność. Ekonomista Larry Summers stwierdził podczas przemówienia na London School of Economics, że z powodu nadmiernych wydatków pandemicznych, aby obniżyć ceny "potrzebujemy pięciu lat bezrobocia powyżej 5 procent, aby powstrzymać inflację - innymi słowy, potrzebujemy dwóch lat bezrobocia na poziomie 7,5 procent, pięciu lat na poziomie 6 procent lub jednego roku przy bezrobociu 10 procent". Takie argumenty przypominały nam dyskusje decydentów politycznych o oszczędnościach w 2010 roku. Chociaż reakcja na COVID początkowo wyglądała jak przeciwieństwo oszczędności, zaczęliśmy dostrzegać powtarzające się wzorce. W latach 2008-2009 wydatki na walkę z kryzysem były głównym narzędziem, a do 2010 roku oszczędności stały się dominującą polityką. Zastanawialiśmy się, czy walka z inflacją nie jest po prostu powrotem do "oszczędności innymi środkami" dekadę później.

Nasze wątpliwości rosły, gdy debata o przyczynach i konsekwencjach inflacji w 2021 roku stawała się coraz bardziej zacięta. Wybitni ekonomiści nie mogli dojść do porozumienia co do przyczyn wzrostu cen. Nie była to jedynie akademicka dyskusja - miało to realne znaczenie, ponieważ prawidłowe zidentyfikowanie źródeł inflacji było kluczowe dla podjęcia decyzji, jak na nią reagować. Na początku 2022 roku jedna ze strategii walki z inflacją zaczęła dominować: jak wskazuje cytat Larry'ego Summersa, jedynym sposobem na powstrzymanie niekontrolowanego wzrostu cen miało być wywołanie głębokiej recesji gospodarczej.

Powstała teoria, że banki centralne muszą podnieść stopy procentowe, zwiększając w ten sposób koszty inwestycji i obsługi długu. Doprowadziłoby to do ograniczenia miejsc pracy w miarę spowolnienia gospodarczego, co wyeliminowałoby inflację. W przeciwnym razie ludzie zaczną oczekiwać dalszego wzrostu cen, co doprowadzi do dalszego wzrostu inflacji, ponieważ płace i ceny będą się wzajemnie nakręcać w "spirali". Bezrobocie jest złe, ale jest jedynym czynnikiem, który powstrzyma taki stan rzeczy.

Tak jak cięcia wydatków w ramach polityki oszczędnościowej przedstawiano jako nieunikniony "kac po imprezie wydatków", który wszyscy musieliśmy przetrwać, tak teraz "wszyscy" mieli ucierpieć i ponieść koszty recesji, ukazywanej jako nieuchronna cena nadmiernych wydatków związanych z COVID-19. Wmawiano nam również, że to jedyne możliwe rozwiązanie. Bo jeśli byśmy go nie zaakceptowali, rzekomo groziłby nam hiperinflacyjny koszmar - taki jak w Argentynie, Wenezueli, Zimbabwe, a nawet w Republice Weimarskiej w Niemczech - który, jak się twierdzi, utorował drogę do wyborczego sukcesu Hitlera.

Dla nas ta śpiewka brzmiała bardzo podobnie do twierdzeń z poprzedniej dekady o "terapeutycznej oszczędności", które nakazywały wszystkim cierpieć dla dobra ogółu, a z których nie wynikało żadne dobro. Argument za podnoszeniem stóp procentowych w celu zwalczania inflacji ignorował fakt, że podobnie jak przy polityce oszczędnościowej, zaciskanie pasa w formie rosnących stóp procentowych naprawdę szkodzi tylko tym, którzy i tak mają napiętą sytuację finansową. Innymi słowy, nie wszyscy odczuwamy recesję i bezrobocie w równym stopniu. Czy więc walka z inflacją była naprawdę tylko "oszczędnością 2.0" - formą "oszczędności monetarnej"? Czy hiperinflacja rzeczywiście stanowiła ryzyko, które podejmowały nasze rządy? I czy prawdą było, że "nie ma alternatywy" poza celowym wywołaniem recesji i bezrobocia, aby uciec z pułapki inflacyjnej? Okazało się, że mieliśmy do powiedzenia znacznie więcej, niż początkowo sądziliśmy. "Im dalej się zagłębialiśmy," jak kiedyś powiedział David Byrne z zespołu Talking Heads, "tym więcej byliśmy w stanie zauważyć".

Dokładniej mówiąc, wszyscy głoszą, że nadmiar pieniędzy powoduje inflację. Okazuje się jednak, że stare powiedzenie Miltona Friedmana, że "inflacja jest zawsze i wszędzie zjawiskiem monetarnym", jest prawdziwe tylko w tym sensie, w jakim "strzelaniny są zawsze i wszędzie zjawiskiem balistycznym". Oczywiście nie można strzelać bez kul, ale to nie wyjaśnia, dlaczego do tego doszło ani kto najprawdopodobniej został postrzelony.

Co więcej, przekonanie, że wyjście z inflacji wymaga głębokiej recesji, zostało podważone nie tylko przez bieżące wydarzenia - inflacja spadła, podczas gdy zatrudnienie i wzrost gospodarczy w wielu krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, rosły. W trakcie naszych badań odkryliśmy jednak również, że ta powszechnie przyjmowana "mądrość" ma zaskakująco słabe podstawy zarówno teoretyczne, jak i empiryczne. Jak pokażemy, nie istnieje prosty, bezpośredni związek między inflacją a bezrobociem, który pozwalałby bankom centralnym wymieniać jedno "zło" na drugie. Doszliśmy także do wniosku, że pogląd, iż ludzie posiadają szczególny rodzaj "oczekiwań" dotyczących przyszłych cen, które banki centralne mogą wykorzystywać do sterowania gospodarką, jest co najmniej wątpliwy. Wreszcie, gdy porównamy koszty, jakie inflacja i bezrobocie ze sobą niosą, okazuje się, że szkody wynikające z bezrobocia przewyższają szkody wynikające z inflacji w proporcji około sześć do jednego. Czy zatem nie szkodzimy sami sobie, wywołując samonapędzającą się recesję w imię osiągnięcia znacznie mniejszego dobra?

Zagłębiając się w te kwestie, nieustannie wracamy do lat 70., kiedy to bogate kraje świata po raz ostatni zmagały się z wysoką inflacją. Ówczesny przewodniczący Rezerwy Federalnej USA, Paul Volcker, podniósł stopy procentowe, wywołując głęboką recesję, i utrzymywał je na wysokim poziomie, aż inflacja ustąpiła. A co, jeśli prawdziwe lekcje lat 70. leżą gdzie indziej? Co, jeśli podwyżki stóp Volckera były w istocie zbyt gwałtowne i spóźnione? Co, jeśli inflacja i tak zaczynała spadać - i to z zupełnie innych powodów? Jeśli tak, to czy nasza dzisiejsza polityka również jest obarczona podobnymi błędami, tylko (jak dotąd) sprzyjało nam szczęście?

Biorąc pod uwagę, że zarówno Nic, jak i Mark mieli już doświadczenie w podważaniu argumentów na rzecz "terapeutycznych" recesji w okresie zaciskania pasa w latach 2010-2016, zaczęli podejrzewać, że również tym razem mogą mieć coś nowego i istotnego do powiedzenia. W debatach o inflacji i oszczędnościach dostrzegli bowiem ważny wspólny element: w obu przypadkach decydenci reagowali na kryzysy, sięgając po gotowe, podręcznikowe strategie ekonomiczne - rozwiązania szybkie i znane, ale niekoniecznie bezpieczne. To trochę jak w futbolu amerykańskim: standardowe zagrywki z podręcznika są użyteczne, gdy trzeba działać szybko, a sytuacja na boisku nie jest szczególnie złożona, jednak nadmierne poleganie na schematach ogranicza zdolność do nieszablonowego myślenia, które w trudniejszych warunkach mogłoby przynieść lepsze rezultaty. W przypadku polityki oszczędności podręcznik, z którego korzystano, wywodził się w dużej mierze z lat 20. XX wieku i opierał się na zasadzie "tnij wydatki publiczne, aby pobudzić wzrost". Problem w tym, że taka logika zawodzi z bardzo prostego powodu: jeśli wszyscy jednocześnie - państwo, firmy i gospodarstwa domowe - ograniczają wydatki, kurczą się dochody, z których mogłyby powstawać oszczędności, a bez oszczędności nie ma inwestycji, bez inwestycji nie ma wzrostu, więc polityka, która miała ten wzrost wywołać, paradoksalnie sama go niweluje.

W roku 2021 decydenci próbowali radzić sobie z inflacją, sięgając ponownie do podręcznika opartego na doświadczeniach lat 70. XX wieku. Trudno jednak uznać za oczywiste, dlaczego właściwą odpowiedzią na gwałtowny wzrost cen gazu ziemnego oraz nagłe przesunięcie popytu - z wydatków na restauracje na zakupy w stylu: "skoro w najbliższej przyszłości wszystkie spotkania na Zoomie będą odbywać się z salonu, to natychmiast potrzebuję nowej kanapy" - miało być podnoszenie kosztów kredytu, zwłaszcza dla tych, którzy już wcześniej mieli najbardziej ograniczony dostęp do finansowania. To skłoniło nas do pytania, czy inflacyjny "podręcznik" z lat 70. rzeczywiście pasuje do współczesnej sytuacji. A jeśli nie, to dlaczego wciąż jesteśmy do niego przywiązani? Czy rosnące stopy procentowe to naprawdę najlepszy sposób reagowania na wzrost cen? Czy istnieją realne alternatywy? Czy rzeczywiście była to jedyna dostępna ścieżka? I czy, w warunkach narastającego populizmu i polaryzacji politycznej, nie ryzykowaliśmy niepotrzebnie recesji?

W kolejnych rozdziałach znajdziesz odpowiedzi na te i inne pytania, oparte na dostępnych dowodach, zarówno z poprzednich doświadczeń z inflacją, jak i z najnowszych badań. Pokażemy na przykład, że hiperinflacja jest w rzeczywistości wyjątkiem, a nie regułą, i że tak zwane nadmierne wydatki publiczne mogą w najlepszym razie wyjaśnić tylko niewielką część historii inflacji. Zobaczymy, że istnieją pewne alternatywy dla podwyżek stóp procentowych, ale aby je dostrzec, trzeba się nieco wysilić.

GRA W SŁONIA: ODMIENNE NARRACJE O INFLACJI I PRZERZUCANIE WINY

Prawda jest taka, że zawsze istnieją alternatywy dla podwyżek stóp procentowych - inaczej nie debatowalibyśmy nad przyczynami inflacji. Pod koniec 2021 roku zaczęliśmy dostrzegać, że uczestnicy sporów o źródła inflacji, świadomie lub nie, odgrywają pewną wersję "gry w słonia". "Gra w słonia" to opierająca się na metaforze ograniczonej perspektywy umysłowa sztuczka towarzyska. Polega na wyobrażeniu sobie grupy osób z zawiązanymi oczami zamkniętych w pokoju z niezwykle spokojnym słoniem. Każda z tych osób podchodzi do zwierzęcia z innej strony i, opierając się wyłącznie na dotyku, próbuje ustalić, z czym ma do czynienia. Ten, kto trzyma trąbę, sądzi, że to wielki wąż. Ten, kto dotyka nogi, myśli, że to drzewo. Dopiero gdy wychodzą z ciemności, widzą słonia takim, jakim jest naprawdę.

Zainteresowaliśmy się tym, dlaczego niektórzy są pewni, że dotykają węża, a inni, że dotykają drzewo. Interesują nas różne narracje o inflacji, które się pojawiają, nie tylko po to, aby wyjaśnić zjawisko inflacji, ale także jako broń polityczna w walce o przerzucenie kosztów inflacji na kogoś innego. Dlaczego to takie ważne? W obliczu inflacji mamy zwycięzców (tak, są tacy) i przegranych, a także tych, którzy jej nadużywają. W konsekwencji różne narracje o inflacji przedstawiają różnych bohaterów, ofiary i winowajców, mówiąc nam, kto spowodował problem, kto na nim ucierpi i, co najważniejsze, kto musi za to zapłacić.

Są cztery główne teorie, które zdominowały debatę. Każda wskazuje innego "winowajcę" wzrostu cen: rząd, pracowników, zakłócenia wywołane wojną w Ukrainie i pandemią COVID-19 oraz chciwe korporacje. Wskazanie winnego to nie tylko kwestia obwiniania czy moralnej dezaprobaty. Sugeruje ono również, jakie działania należy podjąć, aby zwalczyć inflację. Jeśli na przykład winny jest rząd, rozwiązaniem ma być ograniczenie wydatków publicznych. Jeśli jednak problemem są globalne łańcuchy dostaw, coraz bardziej złożone i podatne na różnego rodzaju szoki, nie jest jasne, czy cięcia wydatków lub podwyżki stóp procentowych w ogóle pomogą te problemy rozwiązać. Takie działania mogą natomiast rekompensować straty niektórym grupom, których aktywa ucierpiały w wyniku tych wstrząsów.

Każda z tych narracji wiąże się z innym zestawem strategii mających przywrócić ceny do "normy". Część z nich pozostaje wierna podręcznikowi z lat 70. i opowiada się za wywołaniem recesji. Inne propo-nują rozwiązania alternatywne, takie jak kontrola cen - na początku debaty inflacyjnej uznawane za skrajnie heterodoksyjne, lecz później po cichu stosowane przez rządy wcale nie tak "nieortodoksyjne", z różnym skutkiem. Podobnie i tym razem: gdy banki centralne podniosły stopy procentowe, w praktyce nie doprowadziło to do recesji, a w wielu krajach zatrudnienie wzrosło zamiast spaść. Banki centralne ogłosiły sukces, uznając, że osiągnęły "nieskazitelną dezinflację" - albo, jak wolą to nazywać, "miękkie lądowanie" - bez wywołania spowolnienia. Tyle że nie tak wyglądał scenariusz podręcznikowy. Czy rzeczywiście doprowadziły do tego rezultatu, czy raczej przypisują sobie zasługi za proces, który i tak by nastąpił? Mamy na to kilka odpowiedzi.

Postaramy się przekonać cię, że nie istnieje jedna ponadczasowa i w pełni prawdziwa narracja o inflacji. Chcemy raczej pokazać, że niektóre wyjaśnienia sprawdzają się lepiej niż inne - w określonych okolicznościach i momentach historycznych. Można twierdzić, że ceny wzrosły z powodu wydatków rządowych albo rosnących zysków korporacji, ale to może być jedynie ogon czy noga inflacyjnego słonia. Każda z tych historii jest więc tylko fragmentem większej całości. Można uznać, że ich niepełność wynika po prostu z pochopności autorów, którzy wyciągali wnioski, zanim pojawiły się solidniejsze dowody - i w niektórych przypadkach zapewne tak właśnie było. W końcu ludzie potrzebują poczucia pewności, a utrwalenie dominującej interpretacji tego, "co się dzieje" i "kto jest winny", jest ważnym sposobem jego budowania. Jako ekonomiści polityczni wiemy jednak, że w kształtowaniu narracji ekonomicznych istotną rolę odgrywają także interesy. To nie teoria spiskowa - nikt celowo nie wywołał globalnej inflacji. Gdy jednak inflacja się pojawiła, dla niektórych nie była wyłącznie problemem. Była również okazją.

Jeśli jest się politykiem partii opozycyjnej, wygodnie jest zrzucać winę za inflację na rzekomo lekkomyślne wydatki urzędującego rządu. Jeśli jest się dużą siecią supermarketów, wygodnie jest tłumaczyć wyższe ceny nakładane na klientów rosnącymi kosztami energii i transportu. Znamienne jest też, że banki centralne opowiadają się za potrzebą ograniczania presji płacowej (co w praktyce leży głównie w gestii rządów), przywołując widmo niekontrolowanej spirali płacowo-cenowej prowadzącej do hiperinflacji, zamiast koncentrować się na kwestii cen (za stabilność których formalnie odpowiadają). Nie chodzi tu wyłącznie o oportunizm czy chciwość, lecz o element szerszej gry inflacyjnej, której zasady pozostają dla wielu niewidoczne, a która przynosi korzyści nielicznym. Jedna z tych zasad mówi, że inflacja - choć jest zjawiskiem szkodliwym - tworzy również określone możliwości. Możliwości te wynikają z jej szczególnej cechy: inflacja wyłania zwycięzców i przegranych, użytkowników systemu oraz, w niektórych przypadkach, jego nadużywających.

ZWYCIĘZCY, PRZEGRANI, UŻYTKOWNICY I NADUŻYWAJĄCY INFLACJI

W niniejszej książce chcemy udowodnić, że inflacja nie jest tym, za co zwykle ją uważają decydenci i opinia publiczna. Ma wiele przyczyn i wiele przejawów, a także głębokie skutki dystrybucyjne. Zasadnicze pytanie brzmi: kto zyskuje, a kto traci na inflacji? Trudno uwierzyć, że inflacja może mieć "zwycięzców" lub "użytkowników", skoro prasa, politycy i bankierzy centralni powtarzają nam, że nikt na niej nie korzysta. To jednak dalekie od prawdy. Jak zobaczymy, niektórzy ludzie, niektóre korporacje, a nawet niektóre kraje, z pewnością na niej zyskują.

Pomyślmy o Arabii Saudyjskiej, która dzięki ogromnym zyskom osiągniętym w latach 2021-2023 wskutek wzrostu cen ropy naftowej kupuje najdroższych piłkarzy świata, aby stworzyć profesjonalną ligę. To przykład "zwycięzców inflacji" - podmiotów, które znalazły się w korzystniejszej sytuacji dzięki wyższym cenom aktywów, które posiadają i na których zarabiają. Są jednak także "użytkownicy inflacji". To eksperci i politycy, którzy wykorzystują inflację - a dokładniej określone narracje o inflacji - jako narzędzie polityczne. Starają się przekonać nas, że przyczyną inflacji jest czynnik X, a nie Y, a więc że właściwą odpowiedzią powinna być polityka A, a nie B. Innymi słowy, inflacja pociąga za sobą realne koszty, a autorzy tych narracji nie chcą, aby ponosili je ich wyborcy. Opowiadają więc taką historię, która pozwala przerzucić te koszty na kogoś innego.

Kiedy zaczniemy postrzegać inflację jako problem dystrybucji - kto, co, kiedy, gdzie i dlaczego otrzymuje - zrozumiemy, dlaczego twierdzenie, że nikt nie korzysta na inflacji, jest głęboko błędne. Oczywiście istnieją przegrani inflacji, którzy ponoszą realne koszty. W świecie głębokich nierówności w dochodach, bogactwie i szansach życiowych, gdzie na przykład w Stanach Zjednoczonych "około 40 procent Amerykanów ma problemy z opłaceniem wyżywienia, opieki medycznej, mieszkania i innych podstawowych wydatków", miliony ludzi borykały się z trudnościami, zanim inflacja jeszcze bardziej obniżyła ich dochody. Dla wielu osób dwa lata 10-procentowej inflacji mogłyby oznaczać drogę do bezdomności. Dla takich grup powstrzymanie inflacji jest wyraźnym priorytetem. Ale warto zatrzymać się na chwilę i zwrócić uwagę na jeden fakt: znaczna część spadku dochodów, który obserwowaliśmy w ostatnich latach, wynikała ze wzrostu kosztów paliw kopalnych. Myślenie o inflacji napędzanej przez paliwa kopalne pokazuje, jak przegrani są rozgrywani przez zwycięzców i użytkowników inflacji.

Jak zauważono powyżej na przykładzie saudyjskiej ligi piłkarskiej, wzrost inflacji był prawdziwym darem niebios dla firm paliw kopalnych i gospodarek o wysokiej emisji dwutlenku węgla, które przed 2022 rokiem zmagały się z rosnącą presją ze strony rządów, aktywistów, inwestorów i konsumentów, aby ograniczyć działalność opartą na węglu. Od lutego 2022 roku, w obliczu światowego niedoboru energii spowodowanego de facto rosyjskim embargiem na gaz w Europie, niechęcią Arabii Saudyj-skiej do zwiększania produkcji ropy w celu utrzymania wysokich cen oraz obaw amerykańskich producentów gazu łupkowego przed wywołaniem kolejnego cyklu "boomu i kryzysu", ceny i zyski gwałtownie rosły, szczególnie w latach 2021-2023. Wraz z tym boomem te kraje i firmy, a także wspierani przez nie politycy, zaczęli otwarcie sprzeciwiać się zielonej transformacji niezbędnej dla całego świata. Jako zwycięzcy i nadużywający inflacji byli w stanie wykorzystać trudności wywołane rosnącymi cenami, aby kwestionować przyszłe koszty dekarbonizacji i chronić własne aktywa kosztem innych. Krótko mówiąc, inflacja to gra polegająca na przesuwaniu kosztów. W tej książce pokażemy, jak się w nią gra.

Pokażemy, kto na inflacji zyskał, kto stracił i kto wykorzystał ją do swoich celów. Pokażemy również, dlaczego często trudno jest wskazać prawdziwych zwycięzców, podczas gdy przegranych widać gołym okiem. Jednak wobec tak ponurych rozważań istnieje światełko w tunelu. Zobaczymy, że różne kraje doświadczyły zupełnie odmiennych inflacji i że w niektórych przypadkach decydenci rzeczywiście wprowadzili zmiany. Rządy, a szerzej - państwo, mogą przekazywać zasoby od zwycięzców i korzystających z inflacji do przegranych. Mogą i (czasami faktycznie) redystrybuowały zyski z inflacji tych pierwszych, aby zmniejszyć obciążenia drugich. Mogą też utrudniać działania tym, którzy nadużywają inflacji. Będziemy argumentować, że wojny inflacyjne są w pewnym sensie wojnami klasowymi, ale dobrą wiadomością jest to, że dzieje się tak głównie automatycznie, a nie celowo, i że możemy osiągnąć lepsze rezultaty, jeśli lepiej zrozumiemy inflację - co jest celem tej książki.

ALE CZY INFLACJA NAPRAWDĘ ZNIKA? PROBLEM "AUTOBUSU LONDYŃSKIEGO"

Właściwie to nie sądzimy, że inflacja zniknie. Być może zostanie napędzona szokami podażowymi - rosną ceny ropy, pszenicy, załamują się łańcuchy dostaw i tak dalej. Jednak, jak szczegółowo omówimy później, większość naszych konwencjonalnych wyobrażeń o inflacji koncentruje się na nierównowadze na rynku pracy lub wzroście podaży pieniądza. To stwarza problem, ponieważ jeśli skupiamy się tylko na wzroście płac i luźnej polityce pieniężnej, lekceważymy skutki szoków podażowych i zachowań firm, które starają się chronić swoje zyski, a czasem nawet je powiększać. Problem ten będzie się nasilał, jeśli w przyszłości doznamy kolejnych szoków podażowych, a naszym zdaniem tak właśnie będzie.

Dochodzimy do tego wniosku, rozwijając alternatywne spojrzenie na lata 70. XX wieku, na okres, który w dużej mierze kształtuje nasze myślenie o inflacji. Nasza interpretacja kładzie nacisk na szoki podażowe, a nie czynniki monetarne, i wyciągamy z tego pouczającą lekcję. Tak, tamten konkretny okres inflacji może ustępować, ale nie będzie ostatni. W ściśle powiązanej gospodarce globalnej, gdzie dopiero zaczynamy odczuwać skutki zmian klimatu dla sieci pokarmowych i łańcuchów dostaw rolnych, możemy spodziewać się kolejnych takich kryzysów w przyszłości.

Jak szerzej omawiamy w zakończeniu, dodajmy do tego wpływ zmian klimatu na koszty ubezpieczeń, rosnące napięcia geopolityczne skutkujące taryfami i sankcjami oraz narastający nacjonalizm prowadzący do większego protekcjonizmu - i możemy zmierzać w stronę świata charakteryzującego się modelem inflacji typu "londyński autobus". To znaczy: przez długi czas inflacja praktycznie nie występuje, a potem nagle pojawiają się wszystkie czynniki naraz, wzajemnie się nasilając i kumulatywnie pogarszając sytuację. Dlatego warto już teraz przeczytać tę książkę. To, co obserwowaliśmy w latach 2021-2025, jest przedsmakiem nowej normalności. Wracamy do świata bardziej inflacyjnego, ale nie z powodów, o których zwykle czyta się w gazetach czy słyszy od komentatorów. Aby przetrwać, musimy myśleć o niej inaczej.

DALSZA CZĘŚĆ KSIĄŻKI

W rozdziale pierwszym opowiadamy o pięciu rzeczach, których nie mówi się o inflacji. Zaczynamy od przedstawienia różnych typów inflacji - dobrej, złej i brzydkiej - a następnie pokazujemy, jak konstruuje się wskaźniki inflacji i dlaczego stare powiedzenie "jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz" jest istotne. Omawiamy, czym jest indeks inflacji, jak jest tworzony, jakie zaskakujące rzeczy mierzy, a czego nie mierzy, i dlaczego tajemniczo wyglądające statystyki są naprawdę ważne. W skrócie: najważniejsze jest to, co bierzemy pod uwagę; nie istnieje "prawdziwy" wskaźnik inflacji, a polityka odgrywa dużą rolę w decydowaniu, co jest, a co nie jest inflacją.

W rozdziale drugim zastanawiamy się, dlaczego niemal zawsze sięgamy po stopy procentowe jako narzędzie walki z inflacją. Przyglądamy się temu, co podnoszenie stóp procentowych faktycznie przyniosło, oraz, co najważniejsze, czego nie zapewniło, a także analizujemy alternatywne strategie. Wyjaśniamy, dlaczego spośród tych alternatyw polityka kontroli cen stosowana w celu opanowania inflacji w latach 70. XX wieku jest postrzegana jako porażka, oraz jak taka kontrola cen sprawdziła się później w różnych gospodarkach, takich jak Hiszpania, Węgry, Niemcy i Szkocja.

Rozdział trzeci szczegółowo przedstawia różne teorie odnoszące się do inflacji, które próbują wyjaśnić, co ją powoduje, kto jest odpowiedzialny i kto ponosi jej koszty. Pokazujemy, że można je podzielić na cztery główne nurty: teorie, które obwiniają rządowe bodźce fiskalne, żądania pracowników o wyższe płace, szoki podażowe oraz chciwe korporacje dążące do zwiększenia zysków. Każda z tych teorii wskazuje innego winowajcę, co pociąga za sobą odmienne rozwiązania i konsekwencje.

Rozdział czwarty analizuje, jak prawdopodobne jest, że inflacja, taka jak nasza, przekształci się w rzeczywisty kryzys społeczny w postaci hiperinflacji. Wyjaśniamy, czym rzeczywiście jest hiperinflacja, a czym nie jest, przyglądając się szczegółowo przypadkom Wenezueli, Zimbabwe, Argentyny oraz międzywojennych Niemiec. Dochodzimy do uspokajającego wniosku, że hiperinflacja jest zjawiskiem bardzo rzadkim, mimo że często bywa wykorzystywana w debacie publicznej do celów retorycznych lub politycznych.

Rozdział piąty rozpoczyna pytanie: Dlaczego nikt nie przewidział nadejścia inflacji? Przedstawiamy w nim to, co nazywamy "oficjalną" historią ekonomii lat 70. XX wieku, która stała się podstawą naszego obecnego podręcznika antyinflacyjnego. Do analizy tej historii używamy dwóch perspektyw: rzekomego "upadku" słynnej krzywej profesora Phillipsa - popularnego modelu interpretacji zmian inflacji, odrzuconego przez ekonomistów głównego nurtu w latach 70. i 80., mimo że wciąż jest stosowany jako narzędzie do rozumienia inflacji; oraz powstania niezależnych banków centralnych w ramach nowego systemu stabilności cen, wprowadzonego w odpowiedzi na inflację lat 70. XX wieku. Następnie omawiamy podstawowe idee nowego systemu, który kształtował politykę stabilizacji cen w latach 80. i 90. XX wieku. W tym rozdziale podkreślamy, jak uwarunkowania historyczne znacząco wpłynęły na nasze wyobrażenia o inflacji, sposobach radzenia sobie z nią, co bezpośrednio przyczyniło się do tego, że nie przewidzieliśmy jej nadejścia.

Rozdział szósty skupia się na pytaniu, czy "wojny inflacyjne" to w istocie wojny klasowe. Po szczegółowym omówieniu, czym są te wojny, skąd się wzięły, jak o nich myślimy i, co najważniejsze, dlaczego tak myślimy, zagłębiamy się w kluczowe kwestie dystrybucyjne. W tym rozdziale odrzucamy podstawowe elementy narracji o rywalizacji w kontekście inflacji, aby dokładnie przeanalizować, kto wygrywa, kto przegrywa, kto wykorzystuje inflację do ochrony swoich zysków, a kto do eksploatowania innych.

Bardziej krytyczne spojrzenie na inflację pozwoliło nam odpowiedzieć na wiele pytań, które pojawiały się na początku naszych rozważań. Jednocześnie skłoniło nas do postawienia nowych pytań, które warto rozważyć, i czynimy to w podsumowaniu. Czy nasza przyszłość będzie bardziej inflacyjna, czy obecna inflacja jest jedynie epizodem, po którym powrócimy do świata niskiej inflacji? Przedstawiamy dwie możliwe ścieżki: powrót do niskiej inflacji pod wpływem sił deflacyjnych w gospodarce globalnej lub strukturalnie wyższy poziom inflacji w przyszłości. Chociaż obecna sytuacja wydaje nam się przede wszystkim szokiem podażowym, który z czasem ustąpi, uważamy, że inflacja nie powróci do ekstremalnie niskich poziomów, z których korzystaliśmy przez ostatnie trzydzieści lat. Wyjaśniamy, dlaczego w przyszłości może nas czekać trwały, wyższy poziom inflacji i co powinniśmy zrobić, aby się do niego przygotować. Na początek jednak przyjrzyjmy się bliżej temu, czym jest inflacja i skąd wiemy, że się w niej znajdujemy.

Rozdział 1PIĘĆ RZECZY, KTÓRYCH NIE MÓWI SIĘ O INFLACJI

Jedynym rozsądnym człowiekiem, którego znam, jest mój krawiec; za każdym razem, gdy mnie widzi, mierzy mnie od nowa. Wszyscy inni trwają przy swoich dawnych miarach i oczekują, że nadal będą pasować.

George Bernard Shaw, Człowiek i nadczłowiek

NUMER 1: ISTNIEJĄ RÓŻNE RODZAJE INFLACJI: DOBRA, ZŁA I BRZYDKA

Wyruszmy więc w podróż w głąb inflacji, aby lepiej zrozumieć, czym jest naprawdę - dlaczego (często) nie jest tym, za co ją uważamy, i czemu obowiązujące definicje okazują się, w najlepszym razie, niewystarczające. Na początek warto zadać sobie podstawowe pytanie: skąd właściwie wiemy, że mamy do czynienia z inflacją, a nie jedynie z sytuacją, w której ceny kilku szczególnie znaczących dóbr - takich jak czynsze, paliwo czy nieruchomości - rosną, nie pociągając za sobą reszty gospodarki? Aby to zrozumieć, musimy dowiedzieć się, czym jest inflacja.

Inflacja to ogólny i trwały wzrost średniego poziomu cen. Warto jednak zatrzymać się na chwilę i zapytać, co to właściwie znaczy w praktyce. Łatwo pomyśleć, że o inflacji mówimy wtedy, gdy ceny są po prostu wysokie. Tylko że od razu pojawia się pytanie: wysokie w porównaniu z czym? Dobrym przykładem jest Szwajcaria - kraj o bardzo niskiej inflacji (1,4 procent w czerwcu 2024 roku), a jednocześnie o wysokich cenach. Big Mac kosztuje tam około 6 dolarów. Tymczasem w Turcji, gdzie inflacja w maju 2024 r. przekroczyła 75 procent, Big Mac jest nadal wyraźnie tańszy i kosztuje około 2,60 dolara. Który z nich jest więc naprawdę drogi?

Najważniejsze jest zrozumienie, że inflacja nie dotyczy tego, jak drogie są rzeczy, lecz tego, jak zmieniają się ich ceny w czasie. O inflacji mówimy wtedy, gdy ceny rosną, a o deflacji - gdy spadają. Jeśli roczna inflacja wynosi 10 procent, oznacza to, że kawa, która w zeszłym roku kosztowała 1 dolara, w tym roku będzie kosztować około 1,10 dolara. Inflacja pokazuje, jak zmienia się siła nabywcza pieniądza - w tym przypadku spadła o 10 procent. Z tej perspektywy łatwo zrozumieć, dlaczego Big Mac w Szwajcarii kosztuje więcej niż w Turcji: po prostu zarobki są tam wyższe. Jeśli jednak założymy, że płace pozostaną na niezmienionym poziomie, a oba kraje doświadczą na przykład 100-procentowej inflacji, zarówno szwajcarscy, jak i tureccy konsumenci odczują podobny wzrost cen w McDonald's. Różnica będzie taka, że Szwajcarzy zapłacą 12 dolarów, a Turcy 5,20 dolara. To, która z tych cen bardziej "boli", jest już zupełnie inną kwestią.

W skrócie, gdy mówimy o inflacji, znaczenie ma to, jak bardzo, jak szybko i jak szeroko zmieniają się ceny. Owo "jak bardzo" odnosi się do skali zmiany: wzrost o 1-2 procent rocznie możemy nawet przeoczyć, ale podwojenie cen w ciągu jednego roku z pewnością budzi niepokój. Liczy się też tempo inflacji w relacji do naszych płac. Przynajmniej teoretycznie, gdyby ceny paliwa wzrosły dwukrotnie, a nasze wynagrodzenia zwiększyły się w takim samym stopniu, nie odczulibyśmy tego tak dotkliwie - byłaby to, jak powiedzieliby ekonomiści, zmiana "nominalna", a nie "realna". Zmieniłyby się liczby, ale nie relacja między dochodami a cenami. W praktyce jednak, jak wkrótce zobaczymy, ludzie często mylą zmiany nominalne z realnymi, przez co rzeczywiste skutki inflacji mogą znacznie odbiegać od tego, jak ją subiektywnie postrzegamy.

Jeśli jednak sama szybkość zmian nas nie przekonuje, to już relacja między cenami a płacami może okazać się bardziej wymowna. Inflacja jest inflacją i staje się realnym problemem dopiero wtedy, gdy jednocześnie obejmuje wiele dóbr, które konsumujemy. Pamiętajmy, że inflacja oznacza wzrost ogólnego poziomu cen w ujęciu średnim - a słowo "średni" ma tu kluczowe znaczenie. Przykładowo, jeśli w Turcji wołowina na burgera stanie się zbyt droga, konsumenci mogą przerzucić się na kurczaka lub jagnięcinę. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy inflacja dotyczy wszystkich produktów i nie ma już realnych substytutów. Dlatego tak ważne jest to, jak szeroki ma ona zasięg, i właśnie dlatego najlepiej definiować inflację jako ogólny wzrost średniego poziomu cen. Wzorując się na tej teorii, być może z lekkim przymrużeniem oka i inspiracją tak zwanymi "spaghetti westernami" reżyserowanymi przez Sergio Leone, prezes Banku Włoch - a wówczas członek zarządu Europejskiego Banku Centralnego - Fabio Panetta zaproponował trafne rozróżnienie trzech rodzajów inflacji: dobrej, złej i brzydkiej.

Inflacja, o ile umiarkowana, rzeczywiście może być dobra. Umiarkowanie wyższe ceny są zazwyczaj oznaką rozwijającej się gospodarki, w której płace, przynajmniej teoretycznie, rosną wraz z wydajnością pracowników. W takim świecie nawet jeśli ceny rosną, płace nadrabiają zaległości, a ludzi stać na tę samą ilość dóbr, jeśli nie więcej. Z tego powodu celem większości banków centralnych, w tym Rezerwy Federalnej USA i Europejskiego Banku Centralnego, nie jest obniżanie inflacji za wszelką cenę, lecz utrzymanie stabilnego i dodatniego wskaźnika inflacji, zazwyczaj na poziomie około 2 procent.

Zła inflacja wynika głównie z szoków podażowych, które podnoszą ceny i jednocześnie hamują gospodarkę. Z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia, na przykład gdy zamknięcia związane z COVID-19 oraz wojna między Rosją a Ukrainą gwałtownie ograniczyły dostępność towarów i podaż ropy naftowej, powodując znaczny wzrost cen konsumpcyjnych i cen energii. Ten rodzaj inflacji uważa się za zły, ponieważ wpływa nie tylko na sam towar - ropę naftową czy gaz - ale także na ceny innych powiązanych dóbr, dodatkowo ograniczając dochody. Inflacja nie nosi jednak miana brzydkiej, jeśli ceny wrócą do normalnego poziomu po ustąpieniu kryzysu, w tym przypadku po znalezieniu alternatywnych źródeł energii lub przekierowaniu łańcuchów dostaw.

Czysto teoretycznie, inflacja staje się brzydka, gdy, używając języka ekonomii, "oczekiwania" inflacyjne tracą "kotwicę". Porozmawiamy o tym dokładniej w dalszej części książki, ale zasadniczo opisuje to sytuację, w której ludzie stale spodziewają się wzrostu cen, ponieważ ceny już wzrosły, a w odpowiedzi na te oczekiwania firmy podnoszą swoje ceny w sposób wyprzedzający, generując w ten sposób dalszą inflację. Ceny, jak mówią ekonomiści, "utraciły kotwicę". Jeśli tak się dzieje, teoria ekonomiczna przewiduje, że ludzie będą kupować dobra teraz, zamiast później, ponieważ spodziewają się, że jutro będą one droższe. Będą też domagać się wyższych płac, aby poradzić sobie z wyższymi oczekiwanymi cenami w przyszłości. W ten sposób zarówno popyt, jak i płace rosną, co zmusza firmy do podnoszenia cen za ograniczoną podaż dóbr, co z kolei jest dla nich droższe, ponieważ muszą płacić wyższe wynagrodzenia. W ten sposób ceny i płace wzajemnie napędzają się w cyklu wzrostowym.

Z tej sytuacji bardzo trudno uciec. Jak jednak zobaczymy w rozdziale 4, jest to także zjawisko niezwykle rzadkie. Inflacja odnotowana w USA i UE w latach 2021-2024 nie była napędzana tego typu "spiralą płacowo-cenową". Co więcej, szczególnie w Stanach Zjednoczonych gospodarka i zatrudnienie rosły mimo podwyższania stóp procentowych, a oczekiwania inflacyjne pozostawały stabilne. Jak pokażemy później, nie jest to zgodne z teorią, według której inflacja wynika z utraty kotwicy oczekiwań dotyczących przyszłych cen. Sugeruje to jednak, że kluczowe jest rozpoznanie rodzaju inflacji, ponieważ każdy typ wymaga zupełnie innej reakcji polityki gospodarczej. Jak zatem możemy ustalić, z jakim typem inflacji mamy do czynienia? Aby to zrozumieć, musimy najpierw poznać sposób mierzenia inflacji.

NUMER 2: JAK MIERZYĆ INFLACJĘ

Rezerwa Federalna USA (Fed) definiuje inflację jako "wzrost cen towarów i usług w czasie". Jednocześnie podkreśla, że inflacji nie da się mierzyć wzrostem kosztów jednego produktu czy usługi ani nawet kilku z nich. Inflacja oznacza bowiem wzrost ogólnego poziomu cen towarów i usług w całej gospodarce. Fed śledzi inflację za pomocą różnych "indeksów cen" - statystycznych miar, które łączą dobra o różnych cenach, ważą je według ich znaczenia w wydatkach oraz porównują w czasie z określonym punktem odniesienia. Obserwując, jak zmienia się wartość takiego indeksu, Fed może ocenić, jak ewoluuje ogólny poziom cen. Choć bank centralny korzysta z kilku różnych indeksów, Federalny Komitet Otwartego Rynku (Federal Open Market Committee, FOMC), czyli główny organ decyzyjny Fed, koncentruje się przede wszystkim na indeksie cen wydatków konsumpcyjnych (Personal Consumption Expenditures, PCE).

PCE mierzy ceny towarów i usług kupowanych przez konsumentów w Stanach Zjednoczonych i jest opracowywany przez Biuro Analiz Ekonomicznych (Bureau of Economic Analysis). Fed preferuje ten wskaźnik, ponieważ obejmuje on szeroki zakres kategorii wydatków, jest częściej aktualizowany i - zdaniem banku centralnego - lepiej odpowiada jego podwójnemu mandatowi, czyli dążeniu do stabilności cen i pełnego zatrudnienia. Jednocześnie Fed monitoruje także wskaźnik cen konsumpcyjnych (Consumer Price Index, CPI), który jest koncepcyjnie zbliżony do PCE, lecz zazwyczaj pokazuje wyższą inflację ze względu na odmienne metody pomiaru, w tym różnice w formułach, wagach i zakresie uwzględnianych wydatków.

Dane wykorzystywane do konstruowania wskaźnika CPI w Stanach Zjednoczonych są zbierane przez Biuro Statystyki Pracy (Bureau of Labor Statistics) w ramach comiesięcznego badania, które mierzy ceny koszyka około 80 000 towarów i usług, odzwierciedlających codzienne zakupy Amerykanów. W koszyku tym znajdują się między innymi ceny jabłek, benzyny, opłaty za telewizję kablową (nawet jeśli niewiele osób nadal z niej korzysta), a także koszty wizyt u lekarza. Próba została dobrana tak, aby reprezentowała konsumpcję mieszkańców miast, którzy stanowią około 93 procent populacji USA. Informacje o cenach są pozyskiwane za pomocą web scrapingu, badań ankietowych oraz danych przekazywanych przez sprzedawców detalicznych, zbieranych między innymi dzięki skanerom używanym w supermarketach.

Bank Anglii oblicza inflację na podstawie ceny koszyka najczęściej kupowanych rzeczy, który jest regularnie aktualizowany przez Brytyjski Urząd Statystyk Narodowych (Bureau for National Statistics). Koszyk zawiera ponad siedemset towarów, od bochenka chleba, biletu autobusowego, nowego lub używanego samochodu po zagraniczne wakacje. Inflacja oznacza zmianę ceny całego koszyka dóbr i usług, mierzoną, podobnie jak w USA, wskaźnikiem cen konsumpcyjnych (CPI). Stopa inflacji wynika z porównania "koszt koszyka - poziom CPI - cena sprzed roku".

Europejski Bank Centralny definiuje inflację jako sytuację, w której "dochodzi do szerokiego wzrostu cen dóbr i usług, a nie tylko pojedynczych produktów; oznacza to, że dziś za 1 euro można kupić mniej niż wczoraj". Wskaźnik stosowany przez Europejski Bank Centralny, podobnie jak CPI, opiera się na cenach podstawowych dóbr i usług, lecz nosi nazwę Zharmonizowanego Indeksu Cen Konsumpcyjnych (Harmonized Index of Consumer Prices, HICP). Jest on "zharmonizowany", ponieważ wszystkie kraje stosują tę samą metodologię, co umożliwia porównywanie zmian cen w Niemczech, Francji, Włoszech oraz pozostałych państwach należących do strefy euro.

Dlaczego inflacja jest mierzona właśnie w ten sposób?

W wiadomościach z lat 2022-2023 często można było przeczytać, że w wielu krajach inflacja była o "x" procent wyższa niż rok wcześniej. Przy tak wielu różnych sposobach jej obliczania pojawia się jednak pytanie: czy możemy być pewni, że wszędzie opieramy się na tych samych danych? Czy rzeczywiście wszystkie ceny wydają się nam dziś wyższe? Rozmawiając ze znajomymi, możesz odnieść zupełnie inne wrażenie niż wtedy, gdy czytasz na stronie krajowego urzędu statystycznego, jak inflacja - według oficjalnych danych - wpływa na twoje życie.

Możesz na przykład bardzo często korzystać z samochodu, podczas gdy twój przyjaciel dojeżdża do pracy rowerem, więc inflacja będzie wydawać ci się wyższa, bo ceny benzyny w ostatnich latach znacząco wzrosły. Potem jednak przypominasz sobie, że twój przyjaciel jest sfrustrowany tym, iż jego czynsz niemal się podwoił i teraz musi przeznaczać na opłaty resztę swoich oszczędności. Ty z kolei jesteś właścicielem domu z kredytem hipotecznym o stałym oprocentowaniu. W tym sensie jesteś "zwycięzcą" inflacji, ponieważ obniża ona realną wartość twojego długu. Jeśli inflacja wynosi 10 procent, a oprocentowanie twojego kredytu hipotecznego 5 procent, to realna stopa procentowa, którą płacisz, wynosi minus 5 procent. W praktyce spłacasz więc kredyt w "zdewaluowanej" walucie, podczas gdy twój znajomy wynajmujący mieszkanie jest zdany na rosnące czynsze. Doświadczenia inflacyjne mogą być zatem bardzo różne. Jak więc zbudować wspólną miarę inflacji, która uwzględniałaby wszystkie te różnice?

Wszyscy starają się uchwycić te różne aspekty i sprowadzić je do jednego wskaźnika. Taki indeks powinien dawać możliwie szeroki obraz zmian cen w gospodarce oraz ich wpływu na konsumpcję obywateli. Dlatego statystycy i ekonomiści opisują inflację w kategoriach "koszyków konsumpcyjnych". Są one tworzone jako listy dóbr i usług odzwierciedlające typowe zakupy całej populacji, a nie konkretnej osoby, i przypisuje się im ceny. Następnie ceny te są agregowane w jednym wskaźniku - CPI, o którym była już mowa. Wskaźnik ten ma postać liczby obliczanej dla każdego roku, miesiąca, a czasem nawet dnia, i opisuje ogólną sytuację cenową w danym kraju. Zmiana ceny pojedynczego dobra jest tu wyrażona jako stosunek jego ceny w bieżącym okresie do ceny z okresu poprzedniego, pomnożony przez 100. Inflacja jest zatem, jak wspomnieliśmy wcześniej, po prostu stopą zmiany tego indeksu.

Ponieważ CPI powstaje przez agregację zmian cen nawet kilkudziesięciu tysięcy pozycji, nie wszystkie z nich mają takie samo znaczenie, czyli "wagę" - niektóre wpływają na ogólny poziom cen bardziej niż inne. Jeśli w koszyku znajdują się zarówno hamburger, jak i paczka makaronu, to w Stanach Zjednoczonych zmiany cen hamburgerów będą silniej oddziaływać na CPI niż zmiany cen makaronu, ponieważ Amerykanie wydają na nie więcej. We Włoszech sytuacja prawdopodobnie byłaby odwrotna. Indeksy nigdy nie są więc statyczne: wraz ze zmianą struktury konsumpcji zmieniają się także pozycje w koszyku oraz ich wagi. Gdy nasze gospodarki przesuwają się w stronę większej konsumpcji usług i mniejszego udziału dóbr materialnych, coraz większą uwagę musimy zwracać na inflację usług. Indeksy pozwalają także wyodrębniać różne szczegółowe miary inflacji. Najczęściej spotykane rozróżnienie doty-czy inflacji zasadniczej i inflacji bazowej. Opisywane dotąd wskaźniki mierzą inflację zasadniczą, natomiast analitycy i banki centralne często koncentrują się na inflacji bazowej, czyli inflacji zasadniczej po wyłączeniu cen żywności i energii. Wynika to z faktu, że ceny żywności i energii są bardzo zmienne - mogą gwałtownie rosnąć lub spadać z miesiąca na miesiąc czy z roku na rok - co utrudnia dostrzeżenie bardziej trwałego, podstawowego trendu inflacyjnego.