Infinity - Agata Ocimek
34.33 zł
28.49 zł
(29,18 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Ta książka nie jest o tym, jak manifestować wyobrażeniami
To opowieść o tym, jak poczuć prawdę, zanim się wydarzy.
Jak wrócić do emocji, które otwierają drzwi do nowego życia:
nadziei, wiary i spokoju.
"Nie ma drogi do siebie.
To Ty jesteś drogą.
Wystarczy przestać szukać i po prostu przypomnieć sobie, kim jesteś."
Dla jednych słowa zawarte w tej przestrzeni będą fantastyką, dla innych historią utopijną. Może ktoś uzna to za zwykły romans - no, może trochę kosmiczny? Weź wersję, którą chcesz, i wyciągnij z niej to, czego potrzebujesz dla siebie.
Powinnam zacząć od punktu, w którym wszystko się zaczyna. Ale co można nazwać "wszystkim"? A co można nazwać "początkiem"?
Dla mnie to proces otwierania oczu, uszu, umysłu... a może kokonu? Co to właściwie znaczy: "rozpoczynać wszystko od nowa"? Może to po prostu obudzenie się?
Wiem, wiem - same pytania. Więc przykład z kokonem powinien być odpowiedni.
Czym jest kokon, wiedzą wszyscy - to naturalne środowisko larwy. Może brzmi to trochę obrzydliwie, ale w tej sytuacji pasuje idealnie. Larwa sama w sobie jest przecież procesem, który kończy się jakimś efektem. Efektem końcowym są skrzydła - które wzniosą już nie larwę, ale pięknego motyla ku górze.
A cały proces "od - do" tak naprawdę okazuje się nieistotny.
Wiem, takie przeciskanie się może wyglądać na niezwykle trudne i zdawać się ciągnąć w nieskończoność - ale warto.
Spróbuj się nie poddawać i bądź pełen wiary w dobre zakończenia.
Kiedy ja sama byłam jeszcze tą nieświadomą larwą, czułam, że po prostu byłam.
Nic więcej. Bez głębszych refleksji. Zakotwiczona w jednym miejscu, trzęsąca się ze strachu na samą myśl o zmianie sytuacji. Martwiłam się, żeby tylko wiatr nie zwiał mnie z mojego bezpiecznego kącika. Sama wizja przemieszczenia napełniała mnie lękiem - przed wyschnięciem, śmiercią lub pożarciem.
Nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że inne życie może być lepsze.
Ale cóż - na szczęście transformacja nie trwa wiecznie.
Proces zaczyna się wewnątrz, poszerza świadomość i - mimo że jest nieprzyjemny - w pewnym momencie przynosi zaskakujący efekt, który nierzadko ścina z nóg własnego kreatora.
Pomyśl - według moich wcześniejszych wyobrażeń świat kończył się na górze, w ciasnym kokonie. Więc jak to możliwe, że doświadczyłam rzeczy niewyobrażalnych z tamtego punktu widzenia?
Kokon gościł mnie wygodnie i bezpiecznie przez około trzydzieści lat życia. Był trochę ciasny i nieco ciemny. Przestrzeń wewnątrz była znajoma - zdawała się odpowiadać na wszystkie moje potrzeby. Byłam przekonana, że moje dotychczasowe życie jest wystarczające. Przecież świetnie sobie... udawałam w nim radzić. Dosłownie udawałam - i zdałam sobie z tego sprawę dużo później. Życie w kokonie nie było luksusowe, ale nie było też biedne. Wydawało się nawet, że nie wypadało chcieć więcej. W takiej stagnacji trwałam sobie, odkąd sięgam pamięcią - bezpiecznie i bez niespodzianek.
Chociaż... bywały przebłyski. Gdzieś głęboko ze świadomości dobiegał do mnie głos, który mówił, że poza kokonem może być coś więcej.
Szybko był zagłuszany przez rozsądek. Trudno też było określić, czy to były głosy mojej wyobraźni, czy marzenia. A może echo cudzych myśli?
Wyobrażenie siebie samej ograniczało się wyłącznie do przebywania w tej przestrzeni.
Nie widziałam siebie nigdzie indziej - a już na pewno nie było to poważne myślenie. Może tylko delikatne mrzonki...
Pierwszy dzień w naszej pracowni był... dziwny.
Cisza.
Brak hałasu wózków widłowych, brak komend szefa, brak zegara odmierzającego przerwy.
Tylko my dwie, kawa w kubkach i zapach nowych tkanin.
Pachniało jak w sklepie z nadziejami.
Przez chwilę stałyśmy pośrodku pustego jeszcze pomieszczenia i nie wiedziałyśmy, co robić.
Anka oczywiście pierwsza się otrząsnęła.
- No dobra, szefowo, zaczynamy - rzuciła z szerokim uśmiechem, podwijając rękawy bluzy.
Zaczęłyśmy od przestawiania mebli, ustawiania maszyn, organizowania półek.
Z każdą chwilą to miejsce coraz bardziej przypominało naszą wizję.
Było chaotycznie, śmiesznie i trochę nieporadnie.
Igły ginęły, nici się plątały, maszyna odmówiła współpracy już po trzecim szwie.
Ale każda drobna porażka kończyła się śmiechem.
Nie miałyśmy jeszcze ani jednej klientki.
Ale miałyśmy siebie.
I coś, czego brakowało mi przez całe lata - poczucie, że jestem na właściwej drodze
Projektowanie ubrań było pasją Anki od czasów liceum. Miała całe pudła wypełnione szkicami, rysunkami i próbnikami tkanin, które przez lata skrzętnie gromadziła. Teraz w końcu nadszedł moment, by dać im drugie życie - przekształcić je w coś realnego. Przy okazji realizowałyśmy też moje marzenie: o własnym biznesie, niezależności i byciu panią własnego losu.
Czułyśmy się jak surferki, które właśnie złapały swoją pierwszą prawdziwą falę. Nieustraszone dziewczyny, gotowe chwytać byka za rogi, nawet jeśli ten byk czasem prychał i straszył rogatym kontem do zapłaty.
Nie czułyśmy zmęczenia. Każdą wolną chwilę poświęcałyśmy na szycie, zakupy, projektowanie i tworzenie naszej strony internetowej. Powoli zaczęłyśmy wystawiać nasze pierwsze ubrania w sklepie online. Anka wcieliła się w rolę modelki, a ja zostałam firmowym fotografem. Śmiechu było przy tym co nie miara - zwłaszcza, gdy próbowałyśmy uchwycić "ten" idealny kadr między potknięciami o kable a poprawianiem makijażu z użyciem śliny.
Pamiętam, że po dwóch tygodniach od wrzucenia pierwszego produktu - sprzedałyśmy go! Jedną jedyną sztukę! Ale to wystarczyło, żebyśmy piszczały jak nastolatki i tańczyły po całej pracowni. Opijałyśmy ten sukces jakbyśmy właśnie otworzyły drugi sklep - prosecco leciało, a my zrobiłyśmy sobie z tego parapetówkę z domieszką triumfu.
Przeprowadzka do nowego mieszkania zajęła mi zaledwie kilka godzin. Cały mój majątek zmieścił się w trzech kursach moim starym gruchotem - samochodem z bagażnikiem wielkości damskiej torebki i przebiegiem większym niż moja cierpliwość w małżeństwie. Nigdy nie byłam typem zbieracza. Nie potrzebowałam dużo rzeczy, bo przez długi czas nie miałam nic - i chyba się do tego przyzwyczaiłam.
Okres wypowiedzenia w starej pracy właśnie dobiegł końca. I dokładnie tego samego dnia zaczęło się nasze nowe życie. Z czystą kartką, pustym kontem i głowami pełnymi pomysłów, wiary i marzeń. Byłyśmy niezależne, wolne od zobowiązań i związków, ale jedno było pewne - mogłyśmy zawsze liczyć na siebie. Bez względu na wszystko.
Zaczęłyśmy pracę nad naszymi projektami na pełnych obrotach - szyłyśmy od rana do wieczora. Każdy uszyty ciuch trafiał natychmiast na stronę sklepu. Na początku nie zarabiałyśmy tyle, ile wcześniej na etacie, ale żadna z nas się tym nie przejmowała. Pieniądze nie były wtedy najważniejsze. Liczyła się pasja. Satysfakcja z robienia czegoś własnego. Coś, co miało sens, co miało duszę.
Anka od początku była pewna sukcesu. Jej wiara działała na mnie jak kotwica - trzymała mnie, kiedy zaczynałam się chwiać. Dla nas obie ta praca była czymś więcej niż zarobkiem. To była ucieczka, terapia, droga do wolności i własnej wartości.
W końcu jednak nadszedł ten dzień - dzień, w którym pieniądze zaczęły wracać. Realnie. Pierwszy raz na naszym koncie pojawiła się kwota, która nie była tylko śladowym śladem po zakupie jednej pary spodni. To było jak ciepły deszcz po długiej suszy. Nie zapomnę tego uczucia nigdy.
Czułam się, jakbym oglądała własne życie na ekranie. Scena po scenie. Dramat za dramatem. I nagle - zwrot akcji. Jakby reżyser uznał, że pora zmienić gatunek filmu. Mój wieloodcinkowy dramat powoli zamieniał się w komedię. Ale pytanie wciąż wisiało w powietrzu - czy będzie happy end?
To był czas mojego upadku i mozolnego podnoszenia się z kolan. Przeszłam przez piekło nieudanego małżeństwa, rozwodu, samotności i wiecznej walki o przetrwanie. Długo żyłam jakby na autopilocie - zgaszona, bez celu, bez planu, wciągnięta w szarą codzienność, w której nie było miejsca na marzenia.
Ale przyszedł moment przełomu. Najpierw mały impuls, potem większa decyzja - i w końcu wybór, który wszystko odmienił. Dzięki Ance, naszej przyjaźni, dzięki jej szalonej wierze w to, że "damy radę" - zdecydowałam się zawalczyć o siebie. Złożyłam wypowiedzenie, zamknęłam stare życie i ruszyłam w nieznane.
Nie było już mowy o trwaniu dla samego trwania. Teraz zaczynało się coś zupełnie nowego.
To nie jest już historia o przetrwaniu. To początek mojej własnej opowieści.
Z promykiem światła, z oddechem wolności, z nadzieją, że mogę budować życie po swojemu - nawet jeśli na początku muszę to robić z gruzów.
Wiem jedno - już nigdy nie oddam sterów nikomu innemu.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa akcja.
Zapraszam Cię dalej - bo moja historia dopiero się rozkręca.