Na niebiosach i w kalendarzu
była wiosna, ale na zamku warszawskim smutek tak ponury i
przygniatający oblekał twarze, zdawał się nawet na szarych murach
jego odbijać, jak gdyby świat późną jesienią obumierał.
Ta sprzeczność pomiędzy obrazem natury a obliczem ludzi,
wyraziściej jeszcze dawała czuć troskę, która ich uciskała.
Na kogo spojrzeć było, co się o uszy obijało, tchnęło
goryczą jakąś i zwątpieniem, wszystko i wszyscy. Wyjątek jedyny
stanowili może parobcy i czeladź, która z rozprzężenia korzystała,
aby broić bezkarnie.
Był wieczór, dzwony odzywały się leniwo, posępnie, opieszale
i żałośliwie na pacierz wołając, który dzień miał zakończyć.
Około zamku snuły się postacie zadumane, powolnemi kroki
mierzące podwórze, patrzące przed się osłupiałemi oczyma.
Nikt nie śmiał raźniej podnieść głosu, szeptano jakby się
obawiano dźwięku własnej mowy. Od miasta też, już o tej porze
zabierającego się do spoczynku dochodziły tylko szmery głuche,
których znaczenia rozeznać było trudno.
W powietrzu powiew wiosenny niekiedy przynosił woń od lasów
rozwijających się, od wezbranych wód Wisły, od łąk pierwszemi
okrytych kwiatami.
Niebo zwolna zrzucało z siebie jaskrawe blaski wieczora, i
przywdziewało płową szatę nocną, na której gdzieniegdzie już blado
starsze gwiazdy, wybiegłe naprzód jak na zwiady, przyświecały.
W dolnych krużgankach wewnętrznych zamku mało było widać
ludzi. Niekiedy przesuwał się dworzanin w barwie królewskiej,
starszy komornik lub nędznie odziany stróż z wiadrem wody, z wiązką
drzewa do kuchni.
U słupa jednego na ławie, spoczywał niemłody mężczyzna
zmęczony, pot ocierając z czoła, z twarzą pooraną i ciemną, a jak
noc smutną.
Z sukni trudno się było domyślać kim był, odzież bowiem miał
skromną, szarą i nie wyglądał na pana, ale obliczem, na które padał
odblask wieczora, mógł stać choćby pomiędzy senatorami, tak było
poważne i wyszlachetnione.
Twarz jego nosiła na sobie znamiona stoczonych bojów
ciężkich, po których pozostaje znużenie, ale nie zgryzota. W smutku
widać było pokój sumienia, który daje żywot poczciwy.
Spoczywał, ale nawet w tej chwili myśl jego pracować
musiała. Najmniejszy szmer oczy zwracał i uwagę. Stał na czatach.
Kilka razy poruszył się, jakby chciał powstać i pozostał na
miejscu.
Mimowoli, bezwiednie, w takt myśli, które po głowie jego
przebiegały, stary ręce podnosił, ramiona dźwigał, głową potrząsał
i siedział potem kamiennie nieruchomy.
Ważył w sobie coś i rozważał, a tak był przejęty troską swą,
iż nie postrzegł i nie usłyszał gdy wolnym krokiem idący
krużgankiem mężczyzna, prawie tego samego wieku, ale rzeźwiejszy i
żywszy, zbliżył się ku ławie i ku niemu.
Dopiero gdy mu światło z zachodu sobą zasłonił przychodzący,
podniósł zwolna głowę.
Pozdrowili się milczący ruchem rąk i głowy, jakby im obu na
słowo się zdobyć było trudno.
Przybywający, na którego padło światło od podwórza, wyglądał
bardzo rycersko. Choć nie miał na sobie ani zbroi, ani żadnej
oznaki wojaka, można było poprzysiądz, iż w służbie żołnierskiej
spędził życie.
Twarz na podziw była mimo wieku piękna i szlachetnych rysów,
czysto polskich; siwiejący wąs spuścisty okrywał mu wargi i niemal
na piersi spadał. Strój miał starodawnego kroju, niewytworny, co w
owym czasie nie było pospolitem bo się wszyscy radzi cudacko
przebierali.
- A co? oboźny mój - odezwał się stłumionym głosem
przybywający - a co? nie masz tam jakiej pocieszającej nowiny,
którąbyś mnie odżywił?
Oboźny króla Augusta, Karwicki, ręce na kolanach leżące
załamał, podniósł głowę i westchnął ciężko.
- A! rotmistrzu mój, panie miły - rzekł ponurym głosem
grobowym - pod te czasy nieszczęśliwe zkąd co dobrego wziąć? Zdaje
się, iż Opatrzność, w niezgłębionych swych wyrokach nad naszemi
głowy i nad tem nieszczęśliwem królestwem skupiła wszystkie klęski,
jakie tylko ludzi trapić mogą.
Rotmistrz Bieliński na westchnienie odpowiedział
westchnieniem.
- Pomnijcie na to - odparł spokojnie - iż ona Opatrzność
krzyże zsyła tym, których Bóg miłuje, i że one są próbą cnoty.
Narzekać nadaremna rzecz i niemęzka. Jak na wojnie, panie oboźny,
na czatach stać z różańcem i szablą, to jest z wiarą w Boga i w
siły własne.
Karwicki oboźny podniósł oczy niebieskie, zbladłe wiekiem i
dziś szare, usta mu się skrzywiły i z piersi znowu wydobyło się
mimowoli westchnienie.
- Nie dziwuj się, że człowiek stęknie, rotmistrzu - rzekł. -
Brzemię okrutne, pod czas głowę stracić można.
Bieliński zamilkł, snadź i on czuł to brzemię.
- Cóż z królem, panem naszym miłościwym - zapytał po chwili
- co mówią lekarze?
- Pan Stanisław Fogelweder i Niemiec Ruppert jedno pono
prawią - odpowiedział oboźny, obok którego zajął miejsce na ławie
rotmistrz Bieliński. - Z królem źle jest, bardzo źle, a leki i
lekarze co pomogą, gdy kto życia nie szanuje?
- Zaprawdę - przerwał rękę podnosząc Bieliński - i ja tak
trzymam. Ciału żaden lekarz nie poradzi, gdy dusza choruje i radaby
uciec z niego. Wszak ci to męczennik!
- A tak! - potwierdził gorąco Karwicki - któż to lepiej wie
nad nas, cośmy w służbie jego oddawna i smutną tę historyę znamy.
Ci co zdaleka patrzą, mogą obwiniać, sarkać, zadawać mu, że własną
winą w to popadł, ale my wiemy, iż się stał ofiarą losu jakiegoś,
który go chyba od kolebki ścigał. Lepszego i szlachetniejszego
człowieka, większego serca monarchy na świecie chyba nie znaleźć, a
oto jak ginie marnie, pamięci nawet po sobie nie zostawując, na
jaką zasłużył. O Boże!
Słuchając z głową ku mówiącemu zwróconą, rotmistrz słowo
każde chwytał bacznie.
- Nie nam go sądzić - rzekł - biedny pan! biedny pan!
Karwicki z wielką żywością zwrócił się do rotmistrza.
- Wy go lepiej znacie - rzekł - ale drudzy? Sądzą go z tego
co teraz czyni, gdy już sobą prawie nie władnie, a nie patrzą na
to, co go do tego stanu przywiodło.
- Jestże już tak źle ze zdrowiem? hę? - zapytał Bieliński.
- Gorzej nie może być - odparł oboźny - ręce i nogi chiragra
i pedogra trapią, wewnątrz boleści cierpi, a najgorzej z umysłem.
Troski go jedzą, sam już nie wie co czyni.
- A! bracie miły, wiele on ich sobie sam przysporzył -
rzekł, zniżając głos, Bieliński - ale, prawda, i ludzie mu ich
przynieśli wiele.
Zawahawszy się nieco, rotmistrz dodał.
- Aleby wam z Warszawy potrzeba już precz, póki czas. Morowe
powietrze dokoła ją opasuje. W Okuniewie ludzie padają jak muchy, a
pono i tu po przedmieściach i w samem mieście śmierci przypadków
było wiele, które mór już, już wciskający się zwiastują. Nie
odkurzą go żadnym dymem.
- Tać wybieramy się ztąd, acz nie wiem dokąd - rzekł
Karwicki oboźny. - Z chorym panem jechać troska też będzie niemała.
Siedzieć, choćby w najwygodniejszej kolebce, nie będzie mógł; nieść
się nie da, chyba go z łożem na wóz postawimy, a po naszych drogach
taki wóz nie wszędzie przejdzie bez szwanku.
Oba zamilkli potem, patrząc przed siebie niemi.
- Zamęczyli go - rzekł Bieliński po długim przestanku. -
Bona go naprzód pod fartuchem trzymała za długo. Gdyby naówczas,
jak go na wojnę wyprawiano, nie zawróciła z drogi, byłby się do
zdrowego życia obozowego nałamał, młodym i rzeźwym byłby dziś jak
ja, co się starym nie czuję.
Jak kwiatuszek w cieniu rósł i wyciekł też blady, biedny i
wątły. Dali mu pierwszą żonę, to ją zazdrość Bony rychło zabiła;
ożenił się z drugą, która go wiele kosztowała zgryzoty, i tę mu
matka odebrała. Ożenił się z trzecią, i z tą żyć nie mógł dla
okropnej choroby jej, a rozdzielić mu się nie dali.
Zszedł na ladajakie miłośnice... i tak ostatni z tej
wielkiej krwi królów, bez potomka, nędznie schodzi, nie wiedząc
nawet, komu kraj puści, który tak kochał.
Jedna królewna Anna została nam doma, a i tej bodaj
niedaleko do pięćdziesiątki!
- Cicho! - przerwał oboźny - nam sługom królewskim imienia
jej nawet wyrzec nie wolno. Źli ludzie tak umieli zasiać niezgodę
między rodzeństwem, iż król jej na oczy nie dopuszcza, żal ma
wielki. A ta nieszczęśliwa oczy sobie wypłakuje.
- Teraz przecie na nią i królestwo i Litwa przyjdzie po
śmierci króla, Boże uchowaj! - odezwał się rotmistrz. - Ostatniać
ona tu doma z tego rodu.
Oboźny ramionami wstrząsnął.
- Takby ono było, gdyby korona dziedziczną się zwała -
odparł - ale tu już zawczasu przebąkują, że sobie króla wybierać
będą, jakiego zechcą.
- A! nie może być! Srogaby była niesprawiedliwość i
niewdzięczność - krzyknął, głos podnosząc i zaraz go zniżając
Bieliński.
- Rozsłuchajcież się - odparł spokojnie oboźny.
I milczeli znowu.
- Na królestwo to - dodał Karwicki po cichu, oglądając się
dokoła, jakby się podsłuchania obawiał - na królestwo to zawczasu
już poluje wielu. Jeszcze król nie zamknął powiek, a posłów
potajemnych i szpiegów po senatorach, po szlachcie, po
duchowieństwie włóczą się ćmy.
Jeden Bóg wie na czem się skończą te frymarki.
- Po mojemu, po żołniersku - odpowiedział Bieliński - rzecz
bardzo prosta i jasna. Królewna ma pierwsze prawo do tronu, kto
wybrany zostanie ożeni się z nią.
Nie tak-li było z królową Jadwigą?
Karwicki potrząsnął głową.
- Prostsze to i poczciwsze serca owych czasów były - rzekł -
dzisiaj ludzie bardzo zmądrzeli, na dobre i na złe rozumu
zażywając. Kto tu odgadnie co się stanie.
I podumawszy trochę, dołożył, obracając się ku rotmistrzowi.
- Powiadają, że króla Francyi brat o koronę się stara,
ofiarując zaślubić królewnę Annę, a u nas tu i głośno i po cichu
zaprzedanych nie mało jest, którzy cesarskiego brata czy synowca
popierają. Litwa cara moskiewskiego wziąć gotowa, aby od niego
spokój miała. Są i tacy co za pruskiem książątkiem głosują.
- Zawczasu! zawczasu! - z oburzeniem przerwał rotmistrz. -
Czy się to godzi! alboż to Bóg nie wszechmogący i nie może panu
zdrowia przywrócić, żywota przedłużyć, a nawet syna dać w późnym
wieku jak Jagielle?
Niedźwiedź w lesie, a ten na targ skórę niesie. O ludziska,
ludziska!
- Wszystkiemu winni - dorzucił Karwicki - ci co mu rozwodu
dopuścić nie chcieli. Kardynał Commendoni najwięcej, bo się upierał
dla czci cesarskiego domu nie rozłączać ich, gdy kościół w takich
wypadkach choroby ciężkiej i wstrętliwej, niemożliwego pożycia,
niejeden raz małżeństwa rozwiązywał i żenić się pozwalał.
Bieliński krzywiąc się nachylił do ucha oboźnemu.
- A lepiejby było, gdyby wziąwszy rozwód uparł się żenić z
Zajączkowską?
Szeptał po cichu i szukał oczyma wejrzenia towarzysza, który
wzrok wlepił w ziemię i głowę zwiesił na piersi smutnie.
- Była chwila, że się koniecznie napierał tej Hanny - dodał
- a kto wie, czy i teraz jeszcze o niej nie myśli. Mówią, że ją po
książęcemu wyposażoną trzyma w Witowie. Za samo łoże dla niej
cztery tysiące dukatów zapłacono! Panie Boże odpuść! Gdyby z grobów
wstali ci, którym Radziwiłłownej dla króla było za mało, cóżby
powiedzieli na Hanusię Zajączkowską?
Po krótkiem milczeniu Karwicki się odezwał.
- Wszystkiemu temu bałamuctwu winni źli doradzcy nie on.
Chcieli mu życie osłodzić babami, a niemi je zatruli. Niech Bóg
przebaczy krajczemu i podczaszemu, i innym pomocnikom, którzy mu
miłośnice wynajdowali, stręczyli i przywodzili. Zaczęło się od tej
mieszczanki Basi Giżanki, która dziś karetą jeździ o czterech
woźnikach; poszła za tem Zuzia Orłowska, aż napatrzyli Hannę
Zajączkowską między fraucymerem królewnej Anny, która teraz
pokutuje za nią i łzy wylewa.
- Zniedołężniał tak nakoniec, że już własnej woli nie ma -
westchnął rotmistrz - lada pacholę, jak ten Kniaźnik, czyni z nim,
co chce.
- Cierpieniem, troską, postrachem zgonu bezpotomnego tak się
znużył, iż dziś, dla świętego spokoju wszystko gotów poświęcić -
począł Karwicki. - Niepoczciwi ludzie, gotowi zawsze ze wszystkiego
korzystać, im gorzej go widzą, tem więcej naciskają, uprzykrzają
się i łupią.
Dotąd pono testamentu nawet nie ma, a dla samych sióstr
uczynićby go powinien, aby im nie wydarto co należy.
Serce się kraje myśląc o tem - dodał oboźny. - Ja gdy
rozważać zacznę wszystko, a odgadywać przyszłość, uciekam się do
modlitwy taki strach mnie ogarnia.
Bieliński rękę jego ujął.
- Sądzicie, że ze mną lepiej? - zawołał. - Nie ma pono w tem
królestwie naszem jednego poczciwego człowieka, któryby jak my nie
bolał. Jak w ulu, gdy matki zabraknie, co pocznie rój? Tak i z
nami. Zabraknie nam króla i królewskiej rodziny, choć dziś boli na
nią patrzeć, co się naówczas stanie z tem państwem naszem? Z jednej
strony czyha na nie car moskiewski, z drugiej cesarz niemiecki,
który już Węgrów i Czechów wziął, a na Polskę zęby ostrzy. Nie
liczę Turka i Tatarów. Jak my się obronim bez wodza i głowy? Co
naówczas się stanie z naszemi od wieków zdobytemi prawami i
swobodami? Ażali je poszanują obcy? Im potężniejszego wybierzemy
dla bezpieczeństwa od nieprzyjaciół, tem dla nas on groźniejszy, bo
mu nasze swobody będą solą w oku.
- To też wielu już dziś sądzi, że francuzkiego królewicza, o
którym gadki chodzą, że i on o koronę się stara, wziąć byłoby
najbezpieczniej - odparł Karwicki. - Tylko znowu ci co lepiej są
poinformowani prawią, że młokos jest i papinek... a nasza królewna,
z którąby się żenić musiał, matkąby mu być mogła.
Bieliński głową potrząsał.
- Statystą nie jestem - odezwał się - a na łaskę Bożą i
natchnienie Ducha św. wiele liczę.
- Gdybyśmy na nie zasłużyli - dokończył oboźny.
- Bieda! - przerwał Bieliński.
- A no, bieda! - powtórzył za nim Karwicki.
Zciemniało tymczasem trochę na dworze, a pod krużgankami noc
prawie była. Na zamku mało gdzie ukazywały się światełka, ruch
ustawał, cisza rozpościerała się głęboka dokoła.
Zdala, jakby głosy nadziei, z nad krzaków ogrodu nad Wisłą,
od rzeki dały się słyszeć słowicze śpiewy, którym siedzący oba,
milcząc, długo się przysłuchiwali.
Rotmistrz Bieliński wstał.
- Czas na spoczynek - odezwał się. - Przyszedłem tylko na
zamek dowiedzieć się, czy król mnie nie potrzebował, bo mi kazał
być pogotowiu.
- Cały ten dzień okrutnie cierpiał - odezwał się Karwicki. -
Doktorowie o podróży radzili i nie uradzili nic.
- Ale z Warszawy musi precz jechać - przerwał rotmistrz - bo
czasu moru miasto, to jak czasu pożaru śpichrz ze smołą...
zagnieździ się śmierć na długo. Musimy króla salwować.
- Pewnie! ale dokądże z nim? - zapytał oboźny.
Bieliński dumał, odpowiedzieć nie umiejąc.
Stali tak jeszcze w cieniu, gdy od wrót, które na drugi
podworzec zamkowy mniejszy wiodły, szmer się jakiś dał słyszeć.
Oboźny spojrzał i nie odzywając się, palcem tknął
rotmistrza, ukazując mu na tę część krużganków, która kurytarzami
wiodła do mieszkania chorego króla.
Wieczornej zorzy odblask we mrokach rozeznać dozwalał
postacie, które furtą otwartą po cichu na zamek się wśliznęły. Trzy
ich było.
Przodem szedł wysokiego wzrostu mężczyzna, płaszczem włoskim
na ramię zarzuconym osłonięty, w kapeluszu z pióropuszem. Tuż za
nim, rańtuchem z głową okryta cała posuwała się niewielka figurka,
która niewiastą być musiała, sądząc z chodu i ruchów; za niemi
postępował chłopak wysmukły wyrostek.
Szli cicho, na palcach, ostrożnie, oglądając się, przesunęli
przez podwórze, dostali się do krużganków i we drzwiach wiodących
ku izbom króla znikli.
Rotmistrz przypatrywał się ciekawie, zdając się objaśnienia
oczekiwać od oboźnego, który milczał póty, aż się przychodzący nie
oddalili w głąb kurytarzy.
- Król leży chory - rzekł - a to mu albo jakąś czarownicę,
albo jednego z tych "sokołów" poprowadzili, o których on sam teraz
powiada po cichu, że one go zgubiły.
Dziwna a najdziwniejsza rzecz - dodał wzdychając Karwicki -
on sam jasno widzi, że się gubi, wie, że mu te kobiety żywot
skracają, a oprzeć się pokusie nie może.
Fogelweder i Ruppert przypisują mu leki apteczne; wieczorem
starą babę czarownicę, znachorkę sprowadzą, ta go okurza, omywa,
zamawia, męczy... może truje!
Ledwie się zbył wiedźmy, biegnie Basia Giżanka, o córeczce
powiadając, aby mu, póki czas, coś wydarła, choć dosyć już ma, aby
sobie męża kupiła.
Ręce załamał oboźny rozpaczliwie.
- Koniec świata!
- Na Boga - podchwycił rotmistrz - od czegoż są panowie
senatorowie, Rada królewska! Winni go oni wziąć w opiekę. Cóż
ksiądz podkanclerzy?
Zżymnął się, posłyszawszy o nim oboźny.
- Ksiądz podkanclerzy! o sobie myśli, nie o panu -
zamruczał. - Umiał on opanować umysł królewski, ale tylko tem, że
namiętnościom schlebia i przez szpary patrzy na nie.
- Dreszcze po mnie przechodzą - zawołał Bieliński - gdy was
słucham. Myślałem, idąc tu, że pociechę jaką wyniosę, a wyście mi
jakby całunem świat cały oblekli.
- Co pomoże zabawiać się nadziejami próżnemi, gdy nad głową
wisi miecz - odparł Karwicki.
- No, ale na dziś, chyba dość tego - przerwał, obejmując
przyjaciela rotmistrz. - Ufajmy w Bogu! Mnie się wierzyć nie chce,
aby nas miał pokarać tak srodze i wydać na łup nieprzyjaciołom.
- Nieprzyjaciołom - podchwycił oboźny - rotmistrzu miły.
Nieprzyjaciołom byśmy się obronili, ale my sami sobie jesteśmy
najgorszym wrogiem.
Bieliński uszy zatykając, słuchać już nie chciał.
- Dość! dość! Czołem panie oboźny.
- Czołem, mój stary!
Uścisnęli się milczący.
Karwicki, jakby mu przyjaciela trudno opuścić było, powoli
towarzyszył aż do bramy, lecz milczał już, idąc z głową spuszczoną.
Rotmistrz Bieliński otwarłszy furtę, rękę jego ścisnął i
poszedł żywo ku miastu. Chwilę postawszy Karwicki, nazad do zamku
powrócił, lecz nie siadając już na ławie, w głąb podworca ku
wewnętrznej bramie się skierował, i miał wnijść na wschody około
niej zewnątrz muru przyczepione, gdy furta się otworzyła, a w niej
ukazała się postać kobieca, której zdala zbrojny towarzyszył
mężczyzna.
Spostrzegłszy Karwickiego, kobieta chciała się cofnąć żywo,
ale poznawszy go rychło, wróciła śpiesznie i syknąwszy zcicha,
śmiało się do niego zbliżyła.
Twarzy kobiety, osłoniętej od stóp do głów płachtą ciemną,
nie można było rozeznać, ale pod tą osłoną niedbale zarzuconą, czuć
się dawała zręczna i gibka postać, a głos srebrny, młody
zadźwięczał.
- Oboźny!
- Dosia! - odezwał się Karwicki.
- A któżby był, jeśli nie ja? - odparła żywo przybywająca. -
Gdyby nie poczciwy stary Żegota, nie ważyłabym się z jednego
podwórza zamkowego na drugie sama po nocy, bo i na królewskim zamku
bezpieczeństwa nie ma... ale Żegota mnie wziął w opiekę, a
królewna...
- Z czemże przychodzisz od królewnej? - zapytał, zbliżając
się Karwicki.
- Z czem ja przychodzę? - odparła kobieta z odcieniem
szyderstwa - zapytaj raczej po co? bo od nas nie ma co przynieść,
chyba łzy. Królewna niespokojna biedaczka, nie wspomnieliście
królowi o niej?
- Nie było przystępu do niego! - odparł smutnie Karwicki.
Kobieta rozpaczliwie się poruszyła.
- A! mój Boże! mój Boże! - poczęła narzekać. - król o niej
zapomniał, a u was na wszystkiem zbywa, panie oboźny. Na wieczerzę
trzeba było wyprosić u kupców bez pieniędzy, bo zapłacić nie ma
czem.
Królewnaby ochotnie ostatek sreber zastawiła, ale tu na nas
tyle oczów patrzy, dla czci królewskiego domu nie godzi się, więc
woli głodem przymrzeć. Nikt nad nami litości nie ma. Co zawiniła ta
biedna królewna nasza, iż jej król bratem a ojcem, i opiekunem, jak
powinien, być nie chce, że się nieprzyjacielem stał?
- A! Nie mówcie tego - przerwał nagle Karwicki. - Nie godzi
się. Serca on dla siostry nie stracił, źli tylko ludzie sprawili,
iż żal do niej ma.
- Królewna winna żal mieć do niego daleko większy, bo jej
się krzywda działa i dzieje - zawołała posłanka.
Dokoła głoszą, że król dla morowego powietrza wyjeżdża z
Warszawy, cóż natenczas się stanie z nami? Nas też niepodobna dać
na łup zarazie; a o czemże my podróż odbywać będziemy i dokąd się
schronimy?
- Cierpliwości! czekajcież! - zawołał Karwicki - ani dziś,
ani jutro król nie wyjedzie. Nim to nastąpi, klnę się
najuroczyściej, my go skłonimy do widzenia się i przejednania z
królewną.
- I do opatrzenia jej potrzeb - dodała żywo kobieta. - Na
nas już i moru nie trzeba, pozdychamy niebawem z głodu.
Oboźny niby się uśmiechnął.
- Cóż? Myślicie, że ja po kobiecemu z muchy robię wielbłąda?
- odparła przybyła. - Zapytajcież drugich, jak u nas jest? Gorzejby
nie mogło być, gdyby królewna córką prostego ziemianina była, a toć
przecie królewskie dziecię, siostra króla i królowych.
Boże mój!
Zafrasowany, zgnębiony milczał Karwicki.
- A! Dosiu moja - rzekł - ja to wszystko wiem. Z duszybym
rad dopomódz, nie ja jeden, Żaliński także, Fogelweder, ale do
króla przystąpić trudno i sam na sam się z nim rozmówić. Przy
trutniach się z tym odezwać, znaczyłoby popsuć sprawę.
Kobieta łamała ręce.
- A! czekamy już długo na zmiłowanie! - westchnęła.
Oboźny tarł czoło niecierpliwie.
- Gdybyście wiedzieli, jak mi do was trudno było iść, z
jakim ja tu biegłam strachem - mówiła dalej - a no, musiałam, bo
nikt inny nie mógł, nie chciał. Królewnaby też może nie rada lada
komu się zwierzyć z nędzą swoją. Pokrywa ją, jak może, aby się
ludzie z niej nie naigrawali.
Mnie na odwadze nie zbywa, choćby z rozpaczy, gdy na
królewnę, panią moją, dobrodziejkę, patrzę, poszłabym już choć i
bez Żegoty!
- No! no! - odparł Karwicki - sama się tak nie wyrywaj! W
mieście, koło zamku i na zamku ludzi różnych, włóczęgów dosyć, pod
noc biedy napytać łatwo.
Obejrzał się po niebie.
- Wracajno, wracaj - rzekł.
- Z czem? - zapytała kobieta.
- Z tym, że jutro albo ja, albo Żaliński powiemy królowi,
przypomnimy królewnę i skłonimy go do zgody.
- Do zgody! - powtórzyła cicho oczekująca. - Do zgody! Boże
miłosierny! mógłże kto przewidzieć, że między bratem a siostrą
powstać może niezgoda, i o co?
- No, dobrej nocy i szczęśliwej drogi - zamknął jej usta
oboźny.
- Do jutra! - zakończyła uparta dziewczyna, nie ruszając się
z miejsca - do jutra, bo ja przyjdę jutro i dopóty chodzić będę, aż
coś wykołaczę.
- Do jutra! - powtórzył oboźny, który do furty się zbliżył,
otworzył ją i wypuściwszy kobietę, prędko za nią zasunął.
Spojrzał w górę po oknach zamkowych. W tę stronę wychodziły
komnaty królewskie.
W dwóch oknach zasłonami pół przezroczystemi zapuszczonych,
czerwonawe światło przebijało się przez nie słabo. Czasami cienie
jakieś po nich się przesuwały.
W tych izbach spoczywał na łożu tęsknicy i boleści ostatni
męzki rodu Jagiellońskiego potomek - Zygmunt August. U wezgłowia
jego nie miłość i przywiązanie, nie wierne serca i ludzie oddani mu
czuwali, ale chciwe dłonie, wystygłe piersi, nienasycone żądze.
Szybkim krokiem od wrót zamkowych oddaliła się posłanka na
drugie ciche podwórze, które budowle starsze i mniej foremne
otaczały. Ciągnęły się tu mury głównej budowy, połączone z nią, a
pomiędzy niemi przejścia, wschodki, galeryjki, sklepienia
świadczyły, że wieki kleciły to gniazdo, a każde pokolenie
uścielało je wedle potrzeby.
Ciemnymi zaułki szła śmiało posłanka, a stary Żegota kord
trzymając w ręku pogotowiu, towarzyszył jej aż do oddzielnego
dziedzińczyka, który budowę jedną opasywał. W murze były i tu
wrota. Zbrojny stróż zapukał do nich, wpuścił dziewczę i nie mówiąc
słowa, sam poszedł dalej.
Naprzeciw powracającej Dosi, z kagankiem w ręku wyszła
niemłoda kobieta, przygarbiona nieco, odziana ubogo, z twarzą jakąś
wypłakaną i smutną.
- Królewna? - zapytała Dosia.
- Układliśmy ją do snu - szepnęła stara. - Znowu to oko
rwało i głowa ją bolała strasznie. Żalińska materacyk położyła z
rumianku, obwiązaliśmy chustynką szafranową. Bóg wie! ulży jej
może!
No a król?
Dosia poruszeniem głowy dwuznacznem odpowiedziała, jakby o
nim nie wiele co mówić było.
Zatrzymały się tak obie w podwórku, którego mur jeden
wychodził w stronę Wisły i ogrodu, a po nad nim zielone drzew i
krzewów gałęzie widać było.
W budynku, przed którym stały, nie świeciło się nigdzie,
stał czarny ze swymi murami gdzieniegdzie z tynku pozdzieranymi.
- W izbach u nas jeżeli nie zimno, to zaduszno - odezwała
się przybywająca Dosia - a tu powietrze wiosenne takie miłe, nie
chciałoby się do komory, bo i sen powiek się nie ima.
Stara kobieta, która kaganek osłaniając ręką, na swą
towarzyszkę patrzała ciekawie, szepnęła cicho.
- Kto go tam wie, gdzie teraz bezpieczniej? Powietrze
wiosenne zawsze zimnicę daje, a no i mór idzie, człowiek boi się
nawet oddychać. Lada wiatr przynieść może licho.
- A! wstydźże się Maciejowa - żywo przerwała jej Dosia. -
Powietrze! powietrze! Jakby to czasu moru Pana Boga nie było, bez
którego woli człowiekowi włos nie spadnie z głowy.
Ja się moru nie boję! a każe Bóg życie dać, wola Jego!
Stara zaczerwienionemi oczyma ciekawie, z poszanowaniem
spojrzała na dziewczę.
- A! wy bo się niczego nie boicie, nikogo nie lękacie -
szepnęła. - Ale niemal wszyscy młodzi tak śmiałkują, dopóki ich
życie trwogi nie nauczy. Nie igraj i ty, abyś się nie doigrała.
W tej chwili blask kaganka padł na twarzyczkę śmiałej
dziewczyny i całą ją czarodziejsko oświecił.
Czy światło to uczyniło ją tak piękną? Stała słuchając i
patrząc na starą z takim wyrazem męztwa i ufności w Bogu i sobie, a
tak jej z tem było heroicznie pięknie, iż zdawała się jakąś
nadziemską, przez malarza wymarzoną istotą, zjawiskiem, które
chwilę błysnąwszy, zniknąć i w mrokach rozpłynąć się miało.
Ta nadzwyczajna piękność Dosi musiała się nawet starej
babusi wydać zachwycającą, gdyż mimowoli wykrzyknęła.
- A! jaka ty jesteś piękna!
Dosłyszała Dosia tych słów cichych, zwiesiła główkę smutnie,
brwi się jej ściągnęły i rzekła tęskno.
- Pan Bóg mnie tą pięknością pokarał, na co się ona zdała?
Stara przypomniawszy sobie kaganek, który trzymała w ręku,
dmuchnęła nań i zgasiła. Ciemność otoczyła je.
- A Żalińska? - zapytało dziewczę.
- Siedzi przy królewnie, pilnując, czy się nie przebudzi a
nie zapotrzebuje czego.
- Gdzież reszta dworu?
- Rozeszli się, gdzie który chciał albo musiał - mówiła
stara. - Niektórzy już i chrapać muszą.
- Idźże i ty zasnąć, moja Maciejowa - dokończyła Dosia. -
Mnie się chce siąść jeszcze trochę tu na ławie u drzwi i spocząć na
świeżem powietrzu, w komorach mi jakoś duszno. Sen nie bierze.
Posłuszna Maciejowa, milcząc, z kagankiem wsunęła się po
cichu we drzwi, a Dosia z głowy na ramiona opuściwszy rańtuch,
zbliżyła się ku ścianie, znalazła ławę i siadła na niej, ręce na
kolanach załamawszy.
Cicha noc majowa, która nawet o północy nigdy zbyt czarną
nie jest, miasto i zamek usypiała.
Z każdą chwilą milczenie stawało się uroczystsze, szmery
dolatujące zdala rzadsze i słabsze.
Dosia z oczyma wlepionemi w niebo, dobyła różańca i miała
się zacząć modlić, gdy blizko niej, z za węgła kroki słyszeć się
dały.
Z niechęcią i obawą zwróciła wzrok w tę stronę, lękała się,
aby natręt jaki nie spłoszył jej z tego kątka, w którym spocząć
sobie obiecywała.
Chód był powolny, stąpanie dawało poznać mężczyznę.
Wkrótce też z za węgła wyszedł słuszny, silnie i foremnie
zbudowany, zręcznie się poruszający człowiek, otulony narzuconą na
ramiona opończą, z głową nakrytą małą, od niechcenia włożoną
magierką. Krokiem powolnym posuwał się naprzód zadumany.
Chociaż twarzy rozpoznać nie było można, Dosia zobaczywszy
go, zerwała się uciekać, gdy nadchodzący obejrzał się, poznał ją i
uchylając czapeczki, rzekł cicho.
- Niechaj panienka nie ucieka, ja pójdę precz.
Głos był łagodny i sympatyczny, Dosia przysiadła na ławeczce
mrucząc:
- Będę przecież musiała iść, bo mi po nocach w rozmowy
wdawać się nie przystało.
- Ale ja dla porządku obejść muszę dokoła, aby się ludzie
nie rozpuszczali - rzekł zatrzymując się mężczyzna.
Dziewczę nie odpowiedziało i słychać tylko było paciorki
różańca uderzające o siebie w jej rękach.
Mężczyzna stał, odejść mu się jakoś nie chciało.
- Ani we dnie ani wieczorem, nigdy mi panna Dorota rozmówić
się z sobą nie pozwala! - westchnął. - A, takbym tego pragnął.
- Przynajmniej nie dziś i nie tu pora do rozmowy -
niecierpliwie i prawie gniewnie odparło dziewczę. - Idź pan swoją
drogą, a nie, to ja będę musiała.
- Idę już, idę - zawołał mężczyzna - ale na rany
Chrystusowe, kiedy ja będę miał to szczęście...
Nie dała mu dokończyć dziewczyna.
- A! szczęście! co za szczęście! Nigdy! nigdy! - zawołała
nadąsana, zerwała się z ławki, wpadła we drzwi i zatrzasnęła je za
sobą.
Mężczyzna machinalnie poprawił czapeczkę na głowie, ujął się
za wąs i pokręcił go, przebąknął coś i szedł dalej powoli obejrzeć
podwórze i otaczające go stajnie i szopy.
Zwolna tak, bacznie przesuwał się nasłuchując, pomiędzy
budowlami, popróbował gdzieniegdzie drzwi i wrót, zaglądnął do
komórek pół otwartych, z których go dochodziło chrapanie, i
okrążywszy budynki, drugą stroną od tyłu wszedł do głównego korpusu
przez sień ciemną zdążając do komory, w której się świeciło.
Choć ciepło już było na dworze, tu na kominie palił się
jeszcze ogień dogasający, nie dla ogrzania izby, ale dla
oczyszczenia wilgotnego powietrza i dla światła naniecony.
Izba była dosyć przestronna, sklepiona, czysta, wybielona
świeżo, z podłogą posypaną tatarakiem i jedlinką, których woń czuć
się w niej dawała. Dwa tarczany stały u dwóch jej ścian
przeciwległych, a stół prosty pomiędzy niemi w pośrodku. Po kątach,
jakby w gospodzie podróżnej, tłumoki i skrzynki widać było,
uprzęże, siodła i wojłoki na kupę zrzucone.
Na stole zgasły leżał kaganek, a blask dogorywającego ognia
chwilami oświecał komorę, podobną do jakiejś izby klasztornej.
Na jednym z tarczanów, opończą okryty, zwinięty w kłębek
leżał człowiek, który posłyszawszy drzwi skrzypnięcie podniósł
głowę na pół łysą z wąsami ogromnemi, z policzkami obwisłemi i
znużonemi, zapadłemi oczyma.
Zobaczywszy wchodzącego już się, na drugi bok obróciwszy,
spać chciał kłaść, gdy usłyszał z piersi jego dobywające się
westchnienie ciężkie.
Ziewnął, podniósł się, wyciągnął, oczy przetarł, splunął i
usiadł na łóżku.
- Waść, mości Talwoszu, wzdychasz tylko a wzdychasz, piersi
sobie mordujesz, do czego się to zdało?
- Myślisz, mój miły Bobolo, że ja to z dobrej woli czynię? -
odparł przychodzący, który zrzuciwszy opończę i czapeczkę na swój
tarczan, zbliżył się do ognia aby go poprawić i pokazał się młodym
i przystojnym, mężnego wyrazu twarzy człowiekiem.
- Gdzieżeś znów u licha po nocy wędrował - zapytał Bobola
ziewając. - Masz jakiego języka? dopytałeś co?
- Tyle tylko żem najrzał Dosię, która mnie połajawszy,
uciekła - rzekł młody Talwosz. - Obszedłem szopy i stajnie, bo dziś
nikomu wierzyć nie można, wszystko się rozprzęga.
To mówiąc, gdy raz jeszcze westchnął, Bobola splunął
gniewnie.
- Panna Dorota ci w głowę zajechała! - odezwał się. - Rozumu
nie masz! albo to pora o amorach myśleć, gdy taka bieda dokoła i na
śmierć się raczej sposobić potrzeba, bo nas tu dalej, dalej
powietrze wszystkich podusi w tych murach.
- Niechajby już, niechaj! - machając ręką rozpaczliwie
odparł Talwosz - mnie, dalipan, życie zbrzydło.
- Dla jednej podwiki! - zawołał z oburzeniem stary Bobola. -
Ale, wstydziłbyś się. Przecież panu Talwoszowi nie lada
szlachcicowi, dobrego rodu, o innej przyszłości i krescytywie
myślećby się godziło, a nie świat sobie zawiązywać jedną taką
dzierlatką, u której tyle tylko, że liczko kraśne.
- Jak Bóg miły ci, Bobolo - przerwał młody - zaklinam nicże
mi przeciw niej nie mów! Klnę się gardłem, drugiej takiej chyba nie
ma na świecie!
Siedzący na łóżku, przygarbiony, rozespany Bobola, który
obie ręce trzymał oparte o krawędź tarczana, podniósł zwolna oczy
na towarzysza. Patrzył, patrzył i minę zrobił wyrażającą
politowanie, jakby chciał mówić:
- Żal mi cię biedaku! Do tego to już przyszło?
- Słuchaj Talwosz - odezwał się głośno. - Dotąd sądziłem,
żeś ty się tak mimochodem zadurzył w niej, jak to się codzień
młodym zdarza, a jutro, gdy cię królewna na Litwę odprawi,
wywietrzeje to z głowy, ale ty na prawdę szalejesz.
- A! na prawdę! na prawdę! - potwierdził Talwosz, który
siadł u ognia na nizkiej ławeczce. - Mów sobie co chcesz, mój
koniuszy, łaj mnie kiedy wola, Dosi drugiej, równej jej nie było i
nie będzie.
- Urodą, rozumem, dowcipem, nie ma co mówić - zawołał Bobola
- przechodzi inne, co prawda, prawda. Ale ja w dziewczynie tej
śmiałości, tego zuchwalstwa, tego rwania się naprzód nie lubię. Na
kozaka patrzy.
Talwosz głową potrząsał.
- Rycerskiego ducha niewiasta - zawołał z uniesieniem.
- Dziewczynie młodej ten duch nie przystał - odparł Bobola
surowo.
- Teraźniejszego czasu i kobietom serce urasta, tak nas
bieda przygniotła, a my zniedołężnieli - począł Talwosz.
Ale, posłuchaj Bobolo, dobrze, że się o tem zgadało. Tyś się
już przespał, a mnie się wcale spać nie chce.
Obiecywałeś mi tyle razy o tej Dosi relacyę. Ja nie od tak
dawna na dwór przybywszy, tyle tylko wiem, że ją królewna
wychowała, że ją lubi, a ona za swą panią życie dać gotowa.
Ale zkądże ona! co ona?
Bobola nie ruszając się z łóżka, poprawił się tylko i usiadł
wygodniej.
- Prawdą a Bogiem - począł - ja przeciw niej nie mam nic,
ale mi żal ciebie, bo ty na prawdę myślisz o niej, a ona, choćby
jak piękną i poczciwą była, za żonkę, nikomu się nie zda.
U nas żona, prawda, męztwo musi mieć i rozum, gospodarną
być, ale my się ciągle po światu włóczymy, ona za nas i za siebie
gniazda powinna strzedz i spokojnego ducha w sobie piastować. Na
naszych żonach wszystko, ale w domu. Tej domu będzie mało.
Szlachcic u siebie na wsi gościem. Jak nie na pospolite
ruszenie, to na komisye, na deputacye, na zjazdy, na urzędy iść
musi. Póki korda dobyć ma siłę, z konia nie zsiada.
Więc jejmość koło domu, koło roli, koło interesów i do sadu
i do robotnika musi iść i za męża i za siebie i do tańca i do
różańca.
Talwosz nie przeczył i nie odpowiadał.
- Myślisz że taka twoja Dosia na wsi we dworze wytrzyma? -
dodał Bobola.
- Ona? - wyrwało się Talwoszowi - ona z siebie uczyni co
zechce! Ale daj pokój, nie o tem mowa. Obiecaliście mi o niej coś
więcej powiedzieć niż ja wiem, bądźcież łaskawi.
Bobola głowę pocierał.
- Gdyby cię to mogło wyleczyć z tej niedorzecznej miłości -
westchnął. - Co ja wiem, czemużbym ci powiedzieć nie miał? Nikt
mnie o tajemnicę nie prosił.
Znacie naszą królewnę Annę? Serce ma złote a szczęścia do
ludzi ani za grosz. Piękna była i jest jeszcze nie szpetną, a oto
jej już pięćdziesiąty podobno roczek dochodzi, nikt się prawie o
nią nie starał. Inne, młodsze przed nią powychodziły. O tę się nikt
ani dowiedział. Król nasz August losem się jej nie zajął, ona o
siebie nie troszczyła się.
- Katarzyny, królowej szwedzkiej losu nie ma pono co
zazdrościć - przerwał Talwosz - ta się mało nie na śmierć zamęczyła
nim doszła przez więzienie ciężkie do królestwa. A mało co że ją
carowi moskiewskiemu nie wydał ten szalony Eryk.
- Ale, wszelako dziś króluje - odparł Bobola. - Zofia wyszła
też niezgorzej za Brunświckiego, o innych nie mówię, ta została na
koszu.
Coby ją brat, sierotę, miał kochać więcej, dziś przyszło do
tego, że o tę Zajączkowską się pogniewawszy, gadać do niej nie
chce.
- Ale cóż to wszystko ma do Dosi? - zapytał Talwosz.
- No, poczekaj, to jest
exordium - mówił spokojnie Bobola.
- U naszej królewnej, niby to dla usługi, a w rzeczy przez
litość pobranych, zawsze sierot i wychowanic bywało dosyć, co je
utrzymywała, uczyć kazała i wyposażała. Wszak i ta Zajączkowska...
ale dać jej pokój.
Otóż byliśmy, pomnę, w Krakowie, lat temu nie pamiętam ile,
będzie około dziewięciu może, gdy raz przyszedłszy z miasta stara
Zakrzewska, która naówczas ochmistrzynią była przy fraucymerze,
powiada królewnie: Tomci na mieście cudne dziecko, dziewczyninę
widziała, choć malować. Gdyby aniołek piękna, ale odarta, w
łachmanach, żal się Boże, jak zbiedzona. Szlachcic ją tu przywiózł,
przez miłosierdzie wziąwszy z odbitych Tatarom jeńców. Nikt się do
niej nie chciał przyznać. Radby ją, słyszę, komu oddać, ale nikt
się nie zgłasza.
Spojrzała na królewnę, która natychmiast odpowiedziała.
- Każcie tego szlachcica z dzieckiem za zamek przywołać.
Zakrzewska, litościwego też serca kobieta, pchnęła zaraz
pacholika na miasto. W godzinę może przyszli królewnie oznajmić, że
szlachcic z dzieckiem w antykamerze stoi.
Wybiegliśmy wszyscy patrzeć, bo nas opowiadanie zaciekawiło.
Dziecko wychudzone, sińcami okryte, nędzne było bardzo,
mogła mieć lat około dziesiątka. Ale mimo nędzy i brudu twarzyczkę
miała tak piękną, że się płakać chciało nad tem co to stworzenie
śliczne wycierpieć musiało.
Szlachcic, który ją porzuconą na pół nagą wziął, nie miał
nawet czem okryć, więc zgrzebnemi łachmanami była odziana i w
starą, obciętą opończę otulona, której po pas starczyło jej za
pięty.
Zapytała królewna zkąd ją wziął.
Począł opowiadać, że niedawno Tatarom jeńców nad Tykiczem
odbito, a między niemi i ta sierotka się znajdowała. Domyślano się
z tego, co dziecko samo o sobie opowiadało, i z innych poszlaków,
że było córką niejakiego Sochy-Zagłoby, których tam dwu braci z
Mazowsza wywędrowawszy na kresach się osiedliło.
Temu Sosze-Zagłobie jednemu Tatarowie dwór spalili, żonę
zabili, jego zamęczyli w niewoli, a o dziecku sądzono, że je ten
sam los spotkał.
Gdy dobrze później jeńców odbito w stepie, znalazła się w
rękach tatarskich dziewczynina. Pamiętała o sobie że ją Dosią
zwano, że we wsi Mchowie rodzice mieszkali, i miała drewniany
krzyżyk jakiś na sznureczku u szyi.
Obok Mchowa, w drugiej osadzie, brat tego Sochy-Zagłoby
ocalał był, wczas zbiegłszy, ale gdy mu synowicę przyprowadzono,
wcale się do niej przyznać nie chciał, ani ją znać, chociaż po
bracie Mchów zagarnął. Krzyżyk drewniany, który miała na szyi,
służył mu właśnie do dowodzenia, że musiała być chłopką, kiedy
kijowskiej roboty krucyfiks na piersiach nosiła.
Szlachcic, który się od stryja tego nagrody spodziewał,
oberwał łajanie i nie wiedząc, co począć z sierotą, przywiózł ją
naprzód do Lwowa, potem do Krakowa, rad się zbyć, bo nie żonaty
był, nie miał domu ani łomu, i sam służby szukał.
Królewna ani się namyślała, kazała mu kilka czerwonych
złotych dać, a Zakrzewskiej dziecko wziąć. Obmyto je, uczesano,
nakarmiono, a Anna królewna bardzo pokochała wychowanicę.
Gdy biedactwo odżyło, wypytywano je o przeszłość, o niewolę,
ale było tak przemęczone, schorowane, przybite obchodzeniem się
okrutnem, że mało co zachowało.
Mówiła tylko, że imię swe Dosi pamiętała i że rodzice jej na
wsi jakiejś, którą po swojemu opisywali, mieszkali.
Z bałamutnych tych dziecka wspomnień mało co było można
wyciągnąć, nawet to rzecz bardzo niepewna, czy w istocie tego
Sochy-Zagłoby córką była, ale ją tu przyjęto i nazwano Dorotą
Zagłobianką.
Gdy to biedactwo potem odżyło, dopieroż niemal cudownie
rosnąć, pięknieć i rozwijać się jęło tak, że królewna się nią
nacieszyć nie mogła. Poszły stąd pieszczoty wielkie i niepotrzebne
dogadzanie.
Zachciało się dziewczynie uczyć, królewna sama nauczyła ją
po włosku, Francuz który pod czas był przy ogrodzie, po francuzku,
a żartem i na podziw ks. Niedźwiedzki zaczął po łacinie.
Na co się to wszystko zdało? chyba żeby się jej w głowie
przewróciło.
Umiejąc języków tyle, zażądała niemieckiego, królewna jej
się o Niemkę postarała. Szczęście jeszcze, że po turecku i po
tatarsku nie zechciała się uczyć, boby jej i tego nie odmówiono. A
z tatarskiego języka dotąd, słyszę, pamięta coś nie coś.
Pisze tak pięknie, że mogłaby w kancelaryi służyć.
Jakże potem nie miała zdumnieć i nabrać pychy, gdy się jej
wszyscy dziwić zaczęli, a rozum jej wychwalać i piękność przytem?
Tatarowie też kumysem pojąc wlali w nią krew taką dziką, że
jej pohamować trudno.
Otóż ją macie jaką dzisiaj jest.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.