LUDZIE
.
Jacy są Indonezyjczycy? Jeszcze nie wiem. Bardzo trudno precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie. Można opisać tych ludzi powierzchownie, z grubsza. Ale to mnie nie interesuje. To skoro nie wiem, jacy są, to po co o tym piszę? Czynię to po to, żeby się dowiedzieć. Stosując metodę uczestnictwa, mieszkając między nimi, podróżując i poznając wielu ludzi, starając się zrozumieć motywy ich postępowania oraz ich mentalność, spróbuję odpowiedzieć na to pytanie. Odpowiedź będzie moja, subiektywna, może wartościowa, a może bez sensu. Związana z moimi ograniczonymi kompetencjami intelektualnymi, wiedzą pojedynczego człowieka z kultury zachodniej, obarczonego całą masą stereotypów, przesądów, schematów poznawczych, grzechem europocentryzmu i posiadającego wiele wyobrażeń zaciemniających ogląd nowej, nierozpoznanej przeze mnie rzeczywistości. Mam świadomość własnych ograniczeń poznawczych. Uniwersyteckie studia z zakresu psychologii społecznej i historii idei mogą mi nie wystarczyć. Wiem, nie jestem Bronisławem Malinowskim. Ale pociąga mnie sama droga do poznania prawdy o tym fascynującym narodzie. Jaka będzie ta prawda? W tej chwili nie mam pojęcia. Tak jak nie wie podróżnik tego, co będzie efektem nowej ekskursji. Tak jak nie wie pątnik, jakie będą owoce pielgrzymki. Zadałem sobie pytanie o to, kim są Indonezyjczycy. Jeszcze nie znam na nie odpowiedzi. Teraz wyruszam w fascynującą podróż po to, żeby ich poznać i opisać. Efektów tej wyprawy nie znam. To jest rekonesans po różnorodności kulturowej mieszkańców dawnych Indii Wschodnich. Chcę się tej mozaice wielokulturowej przyjrzeć z bliska.
Co wiemy o Indonezji i jej mieszkańcach? Jeśli obudzony w środku nocy miałbym bez szans na zastanowienie się szybko odpowiedzieć na pytanie, jacy są Indonezyjczycy, określiłbym ich na podstawie licznych własnych kontaktów z nimi. Otóż nie są oni aroganccy. To trochę dziwne określenie. Nie pisze jacy są, tylko jacy nie są. Kiedy zamawiam jakiś towar lub usługę w Indonezji i występują kłopoty w realizacji, oni zawsze uznają, że rozwiązanie leży po ich stronie, że to oni muszą znaleźć sposób pozytywnego załatwienia sprawy. W Polsce, dla przykładu, jest odwrotnie. Kupuje towar przez internet, przywożą mi nie ten, który zamawiałem. Konwojent arogancko stwierdza, że to ja mam problem. Kupuje drewno do kominka. Przyjeżdża facet i mówi: "Za mało miejsca, nie wjadę w tak wąską bramę, nie będę się męczył". Zamawiam beczkowóz asenizacyjny do wybrania ścieków z szamba. Gość stwierdza, że są zbyt gęste, nie będzie nadwyrężał pompy w swojej szambiarce. Itd. Itp. Tu w Indonezji jest inaczej, zawsze będą szukać satysfakcjonującego cię rozwiązania. Zamówiłem piwo w hurtowni. Przywiózł je kurier, spodziewając się, że przejmie tyle samo butelek tej samej wielkości na wymianę bezgotówkową. Butelek było więcej i miały inny rozmiar od tych przywiezionych. Sprawa się skomplikowała. Goniec wziął problem na klatę. Zadzwonił do szefa i znaleźli pozytywne rozwiązanie. Tak jest zawsze.
Indonezyjczycy są bardzo gościnni i hojni wobec nieznajomych, przybyszów, zwłaszcza tych z dalekich, obcych krajów. Wielokrotnie tego doświadczyłem. I mam wrażenie, że im dalej od Dżakarty, chcąc nie chcąc centrum Indonezji, ta serdeczna gościnność była proporcjonalnie większa. Nigdzie nie spotkało mnie nieżyczliwe przyjęcie, ale w Acehu, na samym końcu Sumatry, na Molukach czy na odległej wyspie Natuna byłem goszczony jak król. Chcąc zrozumieć powody takiej postawy, zapytałem o nie znajomego profesora, specjalistę od etnografii i antropologii kulturowej, księdza Wojciecha Bębna, który kilkadziesiąt lat przeżył z mieszkańcami społeczności lokalnych w Azji, Oceanii i Australii. Tak mi to wyjaśnił:
- To jest powód archetypu przybysza-boga, który dotarł do nas nie wiadomo skąd, jest inny, dziwny, a może zstąpił z nieba? Trzeba go przyjąć, uszanować, serdecznie i hojnie ugościć. Nie wiadomo bowiem, czy ewentualne nasze złe postępowanie względem niego nie rozsierdzi duchów naszych przodków, z którymi on może mieć kontakt. To dotyczy wielu kultur i każdego czasu historycznego. Prawdopodobnie dlatego na wyspach odległych od Itaki tak serdecznie i gościnnie przyjmowano Odyseusza. Ta antropologiczna hipoteza wyjaśniająca gościnność Indonezyjczyków jest praktycznie nieweryfikowalna, ale jakże fascynująca.
Miejmy świadomość, że Indonezja to kraj około 280 milionów mieszkańców. Po Chinach, Indiach i USA to najbardziej ludne państwo świata. Czwarta populacja globu. W zdecydowanej większości mieszkają tu muzułmanie - 86% populacji. Chrześcijan jest 10%, hinduistów 2%. Buddystów 1%, a konfucjonistów 0,05%. Pozostali wyznają tradycyjne wierzenia lokalne. Na przykład są wyznawcy marapu, którzy czerpią wiedzę z rozmaitych znaków przyrody. Jest to wiara w bóstwa nadprzyrodzone i duchy ludzi (przede wszystkim duchy przodków), zwierząt i roślin. Podstawowe zasady współistnienia w Indonezji opisane i przedstawione jako pięć kluczowych idei funkcjonowania państwa, czyli Pancasila, uznają równoprawność głównych religii. Dlatego świętami państwowymi i wolnymi od pracy są dni ważne dla chrześcijan, buddystów, hinduistów i wyznawców konfucjanizmu. Dla przykładu, jutro jest dzień wolny od pracy z powodu chrześcijańskiego święta Wniebowstąpienia Pańskiego. To niezwykle ciekawe i symptomatyczne. W katolickiej Polsce i innych chrześcijańskich krajach świata ten dzień nie jest świętem i dniem wolnym od pracy.
Fenomenem Indonezji jest faktyczny brak osób deklarujących ateizm. Religia w relacjach społecznych nie jest tematem tabu. Bardzo chętnie się o niej tu rozmawia. Natomiast przyznanie się przed Indonezyjczykami do ateizmu budzi ogromne zdziwienie. Przynależność do określonej religii jest dość rozpoznawalna. W przypadku kobiet muzułmanek jest bardzo oczywista. Najczęściej noszą one hidżaby, chustki na głowie. Noszą je także młode dziewczęta czy małe dziewczynki. Mają też muzułmańskie imiona. Po imieniu rozpoznamy muzułmanina, chrześcijanina czy hinduistę. Zachodnie imiona noszą chrześcijanie i ludzie pochodzenia chińskiego: Anna, Judyta, Catharina, James, Peter czy Paul. Pracuję zarówno z muzułmanami, których jest zdecydowana większość, jak i osobami, które wyznają inną wiarę. Ich imiona pomagają w identyfikowaniu ich wiary. Muhammad, Adinda, Adnan, Mustafa, to są imiona wyznawców islamu. Ardżuna, Kriszna, Ari najprawdopodobniej są hinduistami. To rozróżnienie nie ma zasadniczego znaczenia w kwestii określenia charakteru, postawy, stosunku do świata czy spotkanego cudzoziemca. Jacy zatem są Indonezyjczycy? Są ciekawi świata i cudzoziemców, których spotykają. Wzięło się to z długiego doświadczania kontaktów z obcymi, którzy przypływali tu z całego świata po przyprawy i korzenie. Z Europy (Portugalii i Holandii), Chin, Indii czy Półwyspu Arabskiego. Dlatego tradycyjnym indonezyjskim przywitaniem jest powiedzenie: Dari mana?, "Skąd jesteś?". Ta otwartość na innych, obcych, przybyszów wiąże się z chęcią mówienia o sobie, swoim życiu, rodzinie, pracy, poglądach. Indonezyjczycy są ludźmi łatwo i szybko skracającymi dystans społeczny i psychiczny. Na promie, w pociągu, autobusie zawsze ktoś nas zagaduje, pyta skąd jesteśmy i czy podoba się nam ich kraj. To jest zawsze uprzejma ciekawość, bez natręctwa czy zuchwałości. Za to trzeba przyznać, że wiele jest w tej reakcji sympatii, jest też dużo odwagi. To jest, na ogół, bardzo miłe. Fenomenem charakteryzującym Indonezyjczyków jest sukces utrzymywania wspólnego państwa na tak rozległym i różnorodnym terytorium. Jak można zachować jedność tego samego organizmu państwowego na 18 tysiącach wysp? To nieprawdopodobne. Spróbujmy wyobrazić sobie 18 tysięcy kibiców na stadionie piłkarskim i to, że każdy z nich stanowi oddzielną wyspę. Dużo tego, prawda? Po wyzwoleniu się spod dominacji holenderskiej przywódcy indonezyjscy odwołali się do hasła zjednoczeniowego, które zrobiło wielką karierę: "Jedność w różnorodności". Przywódca i dyktator, legendarny Sukarno, erudyta i poliglota mówiący biegle dziewięcioma językami, rozumiał jedność na bazie pięciu kardynalnych zasad konstytuujących państwo.
W chwili kiedy piszę te słowa, rozpoczęły się zamieszki na ulicach Dżakarty. To taki paradoksalny efekt demokracji. Właśnie ogłoszono oficjalne wyniki wyborów prezydenckich. Dziesięcioma punktami procentowymi wygrał je dotychczasowy prezydent Joko Widodo. Jego konkurent, generał Prabowo Subianto nie uznał wyników podanych przez państwową komisję wyborczą. Stwierdził, że są sfałszowane. Ogłosił się zwycięzcą i nawoływał swoich zwolenników do protestów. Na ulice stolicy wyszli młodzi Indonezyjczycy pragnący rządów radykalnych islamistów, którzy popierali w wyborach przegranego kandydata, i zaczęły się zamieszki. Media podały informację o sześciu ofiarach śmiertelnych i ponad 200 rannych. W mieście słychać było wystrzały. Kiedy w nocy wyszedłem na podwórze naszego domu sprawdzić, czy ochroniarze prawidłowo czuwają nad bezpieczeństwem, widziałem, że są przestraszeni odgłosami z miasta równie mocno jak ja. Demokracja indonezyjska ma też swoje ciemne strony, ograniczenia i swoistą specyfikę. Przede wszystkim istnieje gorący temat miejsca w państwie dla radykalnego islamu. Innym, już technicznym problemem jest skala uczestników głosowania. W kraju około 280 milionów mieszkańców w ostatnich wyborach wzięły udział 193 miliony obywateli. Policzenie wszystkich głosów jest zatem niebywałym przedsięwzięciem. A później praktycznym problemem rządzących jest spełnienie oczekiwań wyborczych i zrealizowanie woli większości w warunkach pokoju. Po dwóch dniach zamieszki się skończyły. Niestety, liczba ofiar śmiertelnych wzrosła do siedmiu. Politycy nawzajem obwiniają się o śmierć manifestujących.
W tym tygodniu kończy się ramadan. Trwający miesiąc post muzułmański, podczas którego wyznawcy islamu od wschodu do zachodu słońca nie mogą jeść ani pić. W naszym domu trwają prace związane z wymianą rury kanalizacyjnej. W Dżakarcie jest bardzo gorąco. Jest koniec maja, pora sucha. Robotnicy, muzułmanie pracują w skwarze dnia, w temperaturze 34 stopnie Celsjusza w cieniu. Cały dzień bez jedzenia i picia. Po południu poszedłem zobaczyć postęp prac. Dziś ręcznie, przy pomocy charakterystycznych miejscowych narzędzi przypominających nasze motyki, odkopali starą rurę. Wykonali kawał roboty. Pracując, żartowali i śmiali się. Indonezyjczycy są bardzo pracowici. Dla wierzącego muzułmanina ramadan jest bardzo ważnym czasem, ma on świadomość, że miliony ludzi na świecie przeżywają w tym samym czasie to samo, umartwienie jako ofiarę pomagającą zbawić ich duszę. To jest zjawisko wielkiej integracji. Przede wszystkim łączy ono rodziny. Rodzina jest tu bardzo ważna. Być może jest najważniejszą wspólnotą, miejscem socjalizacji i wychowania, zdobywania wiedzy o życiu, kształtowania wiary, moralności i postaw. Takie funkcje rodzina spełnia w wielu miejscach na świecie, ale tylko w Indonezji znaczenie rodziny jest nadzwyczajne. W Indonezji rodzina jest wszystkim. Nie ma tu praktycznie życia poza rodziną. W niej powstają aspiracje i dzięki jej wsparciu zostają one zrealizowane. Rodzina pomaga, ale też rodzi konkretne obowiązki i wymagania. Dla Indonezyjczyka członkiem rodziny jest każdy krewny i każdy krewny naszego krewnego oraz każdy powinowaty i powinowaty naszego powinowatego. Rodziny są zatem bardzo liczne. Kiedyś na Sumatrze widziałem uroczystość pogrzebową. Były tłumy ludzi.
- To musiał być ktoś ważny i znany? - zagadnąłem miejscowego.
- Nie, to był zwykły rolnik z naszej wsi.
- To skąd te tłumy?
- Miał rodzinę - odpowiedział mój rozmówca.
Zrozumiałem to zjawisko rozmiaru zwykłej indonezyjskiej rodziny, gdy nasz kierowca Ari zwolnił się na kilka dni z powodu wyjazdu na Borneo, na pogrzeb ciotki. Zastąpił go wówczas w pracy jego brat. Kiedy wiózł mnie na spotkanie, spytałem go o pogrzeb ciotki brata i stopień pokrewieństwa Ariego z nieboszczką.
- To była ciotka żony Ariego - powiedział jego brat. - Była dobrą kobietą, żałuję, że ja nie mogę być na jej pogrzebie.
- Ale ona nie była członkiem twojej rodziny - stwierdziłem.
- Jak to, oczywiście, że była. Jak mogłeś pomyśleć, że ciotka żony mojego brata nie była moją rodziną? - odpowiedział z wyrzutem brat Ariego.
- A czy z Arim macie tego samego ojca i tę samą matkę?
- Mamy tego samego ojca i różne matki. Ari jest moim najbliższym bratem - powiedział mój tymczasowy kierowca.
W Indonezji kuzyn, nawet daleki jest bratem, czasem babcie wychowujące wnuczęta mówią o nich "moje dzieci". W islamie są rozwody, mężczyźni mają dzieci z różnych związków, bywa, że mają jednocześnie więcej niż jedną żonę. Kobieta, od której odchodzi mąż, nie przestaje być szanowanym członkiem jego rodziny. W takich sytuacjach odpowiedzialność za pomaganie jej w wychowaniu dzieci spoczywa na całej rodzinie daleko bardziej, niż to miało miejsce przed rozwodem. Bycie członkiem rodziny daje poczucie zakorzenienia, jest oparciem i zobowiązuje do solidarności klanowej. Jak powszechnie wiadomo, Indonezja ma problemy z korupcją. Ale to zjawisko ma wiele rozmaitych twarzy. Wykorzystywanie stanowiska i związanych z nim przywilejów do wspierania członków własnej rodziny nie jest tu naganne. Jest wręcz moralnym obowiązkiem. Zjawisko nepotyzmu potępianego i zwalczanego na Zachodzie, jest rozumiane jako solidarność rodzinna i umiejętność wsparcia rodziny albo okazania wdzięczności za wcześniej doznaną pomoc. Pożyczki na leczenie czy kształcenie zaciągane wśród członków rodziny są zwyczajowo uznawane za pożyczki bezzwrotne. Jeśli ktoś wyjeżdża do Dżakarty lub innego dużego miasta na studia, cała rodzina składa pieniądze na jego edukację. Po okresie kształcenia i zdobyciu posady, taki delegat jest zobowiązany zatrudnić, tam, gdzie tylko może, swoich krewnych, wykorzystując swoją pozycję zawodową i społeczną. Działa to na każdym poziomie prestiżu zawodowego, politycznego, biznesowego i społecznego. Nikogo tu nie dziwi, że córka prezydenta kraju była prezydentem, córka generała ma zapewnioną intratną pozycję w armii, syn bupatiego jest dyrektorem szkoły, a córka gubernatora kieruje zespołem do spraw realizacji dużej inwestycji finansowanej z budżetu państwa.
Jedną z najważniejszych i najbardziej popularnych manifestacji integracyjnej praktyki rodzinnej jest święto Idul Fitri kończące miesięczny islamski post ramadan. Rozpoczyna się właśnie jutro, czyli w tym roku w środę, i potrwa do końca weekendu. Polega ono na gromadzeniu się członków rodziny w jednym ważnym dla nich miejscu, na ogół w domu nieformalnego przywódcy rodziny. Warunkiem jest to, żeby taki dom mógł pomieścić dużo ludzi, czasem kilkadziesiąt osób. Jeśli miałbym porównać to święto z jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem z naszej kultury, to chyba odwiedzanie się członków rodziny podczas wigilii Bożego Narodzenia może być w swej formie pewną analogią. Ze względu na to, że święto Idul Fitri jest związane z opuszczaniem swoich miejsc zamieszkania i masowymi podróżami do rodzin, jest bardzo podobne do naszego święta Wszystkich Świętych, kiedy kto żyw wsiada do wszystkiego, co jest środkiem transportu, i udaje się na groby bliskich mu osób. Stołeczna gazeta wychodząca po angielsku, "The Jakarta Post", w wydaniu z dnia 29 maja 2019 roku przewiduje, że jutro ze stolicy wyruszy 14,9 miliona osób, udających się w świąteczną podróż do swoich rodzin. Kierunki tego masowego exodusu będą różne. Mieszkańcy stolicy wybierają się wszędzie. Najwięcej osób planuje podróż w ramach tej samej wyspy, Jawy. Do Bandungu, Semarangu, Yogyakarty, Malangu, Bogoru, Surabaji czy Solo. Inni odwiedzą bliskich na innych wyspach: Sumatrze, Borneo (Kalimantanie), Celebes (Sulawesi), Bali, Malukach czy bardzo odległej Papui. Te podróże wymagają użycia wielu różnych środków transportu. Prywatnymi środkami lokomocji, a więc najbardziej popularnymi i najtańszymi motocyklami oraz skuterami uda się w podróż 6,85 miliona osób. Samochodami 3,76 miliona. Natomiast środkami publicznymi najwięcej - pociągami 6,46 miliona, samolotami 5,78 miliona, autobusami 4,68 miliona, łodziami i promami 5,61 miliona. To są liczby osób udających się do członków własnej rodziny na święto Idul Fitri tylko z jednego miasta, Dżakarty! I rzeczywiście, gdy wczoraj rano jechaliśmy na przyjęcie do pałacu prezydenckiego, miasto było wymarłe. Jak Warszawa w Boże Narodzenie. Pan prezydent republiki Joko Widodo, z okazji Idul Fitri zaprosił korpus dyplomatyczny i przedstawicieli środowiska politycznego, gospodarczego, naukowego i artystycznego do pałacu na poranne spotkanie. Rzeczywiście przyjęcie rozpoczynające się o godzinie dziewiątej rano, to jest dla dyplomatów jakiś hardcore. Wczesna pora przyjęcia była związana z planami prezydenta, aby odwiedzić jeszcze tego samego dnia swoją liczną rodzinę w półmilionowym mieście Solo, na środkowej Jawie, znanym również pod nazwą Surakata. Na wielkich schodach pałacu utworzono, poprzez plastikowe ograniczniki, trzy ścieżki dojścia. Środkową przemieszczali się dyplomaci, zewnętrznymi członkowie rządu, gubernatorzy, bupati, wysocy rangą biznesmeni, wybitni artyści, topowi sportowcy i inni członkowie indonezyjskiej elity. Kierujący ruchem umiejętnie przesuwali główny strumień gości i łączyli go z dwoma strumieniami pobocznymi. Wyczuwało się ogólne podniecenie i napięcie zwiastujące ważne wydarzenie, podanie ręki witającemu prezydentowi i złożenie jemu oraz pani prezydentowej życzeń z okazji uroczystego zakończenia ramadanu. Dodatkową okazją do uprzejmości względem głowy państwa była okoliczność wygrania wyborów, które miały miejsce przed dwoma tygodniami. Dzień wczorajszy był jedynym dniem w roku, kiedy prezydent zaprasza członków rządu i innych przedstawicieli władzy wraz z rodzinami. Dlatego każdy z ministrów, gubernatorów i bupatich przyjechał z wielką grupą swoich krewniaków. Rekordziści paradowali w towarzystwie rodzinnego orszaku złożonego z setki osób. Kobiety, mężczyźni, staruszkowie, młodzież, dzieci, nawet niemowlęta, wszyscy zmierzali na spotkanie z prezydentem. Rządzą, są ważni, niech rodzina to przeżyje, niech ma tę satysfakcję, taka była ich motywacja. Nadzwyczajnie ważną rolę w organizowaniu szyku wchodzących odgrywali organizatorzy, członkowie staffu miejscowego MSZ i kancelarii prezydenta. Wyłapywali wzrokiem szczególnie ważnych VIP-ów, największych tuzów biznesu i finansjery oraz skutecznie holowali ich, aby ci nie musieli kroczyć w tłumie uprzywilejowanych kolejkowiczów. Byli błyskawicznie transportowani przed oblicze pana prezydenta. Sprawność tych operacji była imponująca. W każdym kraju jest bowiem wąska grupa arcyVIP-ów, finansujących ogromnie kosztowne kampanie wyborcze, którym nie pozwala się stać w jakichkolwiek kolejkach. Ja z żoną kroczyliśmy za ambasadorem USA, któremu towarzyszyła małżonka. To bardzo mili ludzie, których spotykamy na rozmaitych uroczystościach i na niedzielnych mszach świętych w katolickim kościele św. Teresy. W zaproszeniu organizatorzy prosili o to, żeby dla sprawności przebiegu uroczystości formułować zwięźle życzenia dla pana prezydenta. Maksymalnie dwa zdania. Nasz amerykański przyjaciel, pewnie z racji poczucia ważności kraju, który reprezentuje, zdecydował się zaszczycić głowę państwa indonezyjskiego dwunastoma zdaniami. Po złożeniu życzeń i gratulacji panu prezydentowi i jego przemiłej małżonce weszliśmy do głównej, ogromnej sali pałacu. Na ścianach wiszą tam portrety byłych prezydentów. Jest ich zaledwie sześć. Dwaj przywódcy Indonezji - Suharto i Sukarno, jedyna kobieta prezydent - Megawati Soekarnoputri oraz Abdurrahman Wahid, Jusuf Habibie i Susilo Bambang Yudhoyono. Dwaj pierwsi prezydenci uznający się i uznawani za przywódców państwa nie mieli kadencji. Rządzili więc długo. Obecnie prezydent ma pięcioletnią kadencję i może być wybierany zaledwie dwukrotnie. Jest miłym, ciągle uśmiechniętym mężczyzną i jako syn stolarza doceniającym zwykłych, ciężko pracujących ludzi. I za to naród go kocha. Był burmistrzem miasta Solo i gubernatorem Dżakarty. Zna się znakomicie na polityce i wie, czego potrzebują obywatele. Kiedy w kampanii wyborczej zarzucono mu, że nie jest dostatecznie gorliwym muzułmaninem, pojechał z żoną na pielgrzymkę do Mekki i stał się hagim. A z przyjęcia i ogromu propozycji cateringowych bufetów największą radochę miała dzieciarnia opychająca się tym wszystkim, co jej wpadło w łapki. Dorośli goście stali dostojnie, jedli mało (było zbyt wcześnie), zrezygnowani bezowocnym poszukiwaniem kawy, prowadzili te same arcynudne rozmowy. Po południu rozpoczęliśmy peregrynację po domach ministrów, w ramach obchodów święta Idul Fitri. Po domach? Raczej po pałacach. Otrzymuje je każdy minister na czas obecności w rządzie. Są własnością państwa. To ekskluzywne rezydencje położone w prestiżowej dzielnicy Dżakarty. W środku piękne wystroje, luksus, wręcz przepych. I nie jest to związane z obecną dobrą koniunkturą Indonezji, która jest trzecią, po Indiach i Chinach, najbardziej dynamicznie rozwijającą się gospodarką świata. Ze wskaźnikiem rocznego wzrostu gospodarczego wynoszącym 5,2% w skali roku. Notabene Polska jest tuż za Indonezją, na czwartym miejscu. Ten luksus rezydencji ministrów jest związany ze starą tradycją. Rządzący zawsze byli tu szczególnie uprzywilejowani. Przybywający goście, członkowie rządu, biznesu, świata kultury i finansów oraz dyplomaci, tworzyli swoisty korowód poparcia władzy. A ich piękne i bogato przyodziane żony stanowiły prawdziwą ozdobę tego święta. Wielu z gości to byli Indonezyjczycy pochodzenia chińskiego. Na ogół bardzo bogaci i wpływowi. To jest zresztą wielki i bardzo ciekawy temat: Chińczycy w Indonezji. Pierwsi emigranci z Chin przybyli na te wyspy dawno, już tysiąc lat temu. Kiedy pewien cesarz z dynastii Ming zakazał prywatnego, poza kontrolą cesarską, handlu w chińskich portach, mnóstwo żyjących z handlu Chińczyków przeniosło się do portów na północnym wybrzeżu Jawy. W XVIII wieku kilku gubernatorów jawajskich prowincji było Chińczykami. Następna fala emigracji związana była z ożywieniem handlu z Chinami na miejscowym archipelagu. Kiedy w XVIII wieku powstał sułtanat, na Kalimantanie, dzisiejszym Borneo, odkryto złoża złota i cyny. Sprowadzono wówczas pracowników z Chin do pracy w kopalniach. W okolicach miasta Pontianak, przez które przebiega równik, osiedliło się kilka tysięcy Chińczyków. Europejscy kolonizatorzy, Holendrzy i Portugalczycy wykorzystywali kompetencje przybyszów, zdolności biznesowe i zmysł organizacyjny, czyniąc z nich poborców podatkowych i urzędników podtrzymujących kolonialną administrację. Chińczycy stanowią dzisiaj zaledwie nieco ponad 3% indonezyjskiej populacji, jednak ich znaczenie i rola, zwłaszcza w gospodarce, są niebagatelne. Uważa się, że miejscowi Chińczycy mają wpływ na jedną trzecią gospodarki Indonezji. To wielkie znaczenie jest związane zarówno z wypracowanymi przez wieki wpływami wewnętrznymi, jak i ogromnymi możliwościami płynącymi z faktu, iż Chiny będąc trzecim, po Singapurze i Japonii, inwestorem na miejscowym rynku szukają w firmach zarządzanych przez swoich rodaków pośredników i partnerów w realizacji swoich biznesów. Niebagatelną rolę w państwie mają również chińskie wielkie korporacje, jak na przykład internetowy potentat Alibaba Group Holding Ltd. Chińczycy rządzą w bankowości, handlu strategicznym i detalicznym, w usługach, zwłaszcza w gastronomii i hotelarstwie. Są aktywni w mediach, przemyśle IT i sferach rządowych. Są przy tych swoich sukcesach ekonomicznych, a może dzięki nim traktowani ze specyficzną nieufnością. A w czasach największych politycznych kryzysów są kozłami ofiarnymi, których oskarża się o wszelkie zło. Tak było podczas czasu strasznych pogromów i zbiorowych morderstw w 1965 roku. Wśród chińskiej mniejszości jest bardzo wielu nadzwyczajnie bogatych osób, ale nie każdy Chińczyk jest bogaczem. Co powoduje, że przypisuje się im specyficzne cechy i oskarża o brak lojalności państwowej? Może po części odpowiedzią na to trudne pytanie jest faktyczny problem z asymilacją tych Chińczyków w Indonezji. Ogromna większość Indonezyjczyków to muzułmanie. Ale Chińczycy nie przyjmują tej religii. Zdecydowana większość ludności chińskiej na archipelagu jest wyznania innego niż muzułmańskie. Najwięcej z ich grona stało się chrześcijanami, katolikami i protestantami. Sporo wyznaje taoizm i konfucjanizm, który tutaj, inaczej niż w Chinach, jest nie tylko systemem filozoficznym, ale też ma formy konfesyjne. Dlaczego tak się dzieje przy uniwersalnym założeniu mniejszości chińskich na świecie, że dbają o włączanie się w miejscową kulturę, adaptują do zwyczajów i tradycji, mają wręcz skłonności konformistyczne? Wydaje się, że chrześcijaństwo jest religią bliższą mentalności chińskiej. Nie ogranicza tak bardzo jak islam indywidualnych ambicji ludzi, zwłaszcza aspiracji kobiet. Wiele Chinek jest liderkami biznesu w Indonezji. Wśród naszych znajomych są takie panie. Jedna jest szefową kolorowego magazynu dla kobiet, druga prezesem wielkiego banku, jeszcze inna kreatorką mody. Były okresy w historii Indonezji, kiedy oficjalnie zakazywano uczenia się języka chińskiego i posługiwania się nim. Dziś już, szczęśliwe, można to robić. Jest jednak tak, że wielu chińskich obywateli Indonezji nie mówi po chińsku, zachowują jednak swą kulturową odmienność. Istnieje też pewna grupa Chińczyków, dla której językiem domowym jest angielski. Kształcą oni dzieci w prywatnych szkołach i przygotowują je do studiów w USA, Australii, Nowej Zelandii czy w Europie. Szykują dzieci do przejęcia własnych biznesów, funkcjonujących w globalnej rzeczywistości biznesu światowego, w której wiodącym w komunikacji jest język angielski. Kiedy spytałem znajomego Chińczyka o to, co jest powodem sukcesów biznesowych jego rodaków w Indonezji, odpowiedział mi, że oprócz potrzebnej cierpliwości w zdobyciu licznych pozwoleń i sfinalizowania organizacji biznesu, Chińczycy mają zdolność zamieniania pomysłów na konkretne działania. Dobrze ilustruje to historia, która miała niedawno miejsce. Byliśmy z żoną w towarzystwie kilku osób, wszystkie one były Chińczykami. Umówiliśmy się z nimi na lunch w modnej chińskiej restauracji. Jedząc moją ulubiona zupę soto, zaplamiłem sobie koszulę. Nie umknęło to uwadze przyjaciół przy stole. Poszedłem więc do łazienki. Zmyłem plamy, używając płynnego mydła, i wysuszyłem koszulę pod łazienkową suszarką do rąk. Po kilku minutach wróciłem do stołu w koszuli bez plam. Nasz kolega od razu zauważył ten sukces i powiedział, że powinienem wykorzystać biznesowo te zdolności szybkiego wywabiania plam. Zaproponował założenie mobilnej firmy błyskawicznie odplamiającej ubrania gości w restauracjach. Takie restauracyjne pogotowie odplamiające na telefon. Dwadzieścia dolarów za interwencję, samochód, zestaw detergentów, superwydajną suszarkę i eleganckie szlafroki do przebrania na czas tych kilku, kilkunastu minut potrzebnych do wywabienia plam z garderoby eleganckich gości przejętych nieszczęściem zaplamienia sobie ubrania restauracyjnym jedzeniem. To był tylko taki sytuacyjny, towarzyski żart. Ale żart znaczący. Świetnie ilustrujący podejście Chińczyków do szukania sposobów zarabiania pieniędzy. Chińczyk Piotr, autor tego żartu-propozycji, jest bardzo zamożnym architektem, autorem licznych gigantycznych centrów handlowych w Dżakarcie i wielu dużych azjatyckich miastach. Rzeczywiście, Chińczycy mają smykałkę do interesów i talenty handlowe.
W tegoroczne święta Bożego Narodzenia zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie przez bardzo elegancką i arcybogatą Indonezyjkę do jej pałacu. Rzeczywiście dom naszej przyjaciółki robi ogromne wrażenie. Rozmiarami, wyposażeniem, wystrojem, ze wszech miar. Nasz Belweder jest przy tej budowli skromnym domkiem ogrodnika. Nasza przyjaciółka, właścicielka wielu intratnych i świetnie funkcjonujących firm, między innymi Akademii Lotniczej na Bali, zaprosiła kilku ambasadorów, ludzi ze świata biznesu, sztuki i kultury. Między innymi młodego skrzypka, solistę Filharmonii Berlińskiej, Indonezyjczyka urodzonego w Niemczech. Był tu po to, żeby grą na skrzypcach umilać nam świąteczny wieczór.
- Piękny jest ten instrument - skomplementowałem wyposażenie artysty.
- Tak, to jest Stradivarius.
- Autentyczny Stradivarius? - zapytałem mocno zaskoczony.
- Tak.
- Ile jest wart twój instrument?
- Dokładnie nie wiem. Chyba około miliona dolarów. Kupiła mi go nasza gospodyni, w ramach wsparcia mojej kariery skrzypka.
"Niesamowita historia!", pomyślałem. A podczas kolacji bogaci Chińczycy, przemysłowcy i biznesmeni, goście naszej uroczej i hojnej gospodyni śpiewali chińskie piosenki. Teraz w Indonezji mogą to robić. W latach 60. ubiegłego wieku było to kategorycznie zabronione.
Wyspa Celebes (Sulawesi), szczególnie miasto Makasar, słynie ze sprzedaży złota, które się tu wydobywa. W chińskiej dzielnicy, przy jednej z głównych ulic zorganizowano kilkanaście sklepów jubilerskich z wyrobami z tego kruszcu. Usytuowano je dosłownie jeden przy drugim. Sąsiadują ze sobą przez ścianę. Wszystkie są prowadzone przez Chińczyków. Ciekawy jest obowiązujący tam system cen. Koszt zakupu zależy jedynie od wagi towaru. Jak w sklepie spożywczym, przy towarach na wagę. Otóż sprzedawca waży każdy wyrób jubilerski i określa cenę, mnożąc liczbę gramów złota przez tę samą stawkę za gram, obowiązującą we wszystkich sklepach w mieście. Wartość artystyczna wyrobu nie ma znaczenia, jakby praca wykonującego nie była wliczona w cenę towaru. Zresztą we wszystkich tych sklepach wyroby są praktycznie takie same, wykonane w tym samym stylu, jakby je wyprodukował jeden człowiek albo ten sam warsztat złotniczy. Kupujących jest sporo. W Indonezji bowiem obowiązuje zwyczaj, że z okazji ślubu panna młoda otrzymuje od pana młodego bogaty zestaw złotej biżuterii. Niekończący się bynajmniej na pierścionku i obrączce. To ciekawe, bo mówimy o biednym kraju.
Istotnie ożenek i zamążpójście w Indonezji to są bardzo ważne i kosztowne wydarzenia, które finansują rodziny młodych. Zaczyna się od długich, żmudnych i bardzo wyrafinowanych negocjacji. Biorą w nich udział przedstawiciele obu stron. W ich trakcie ustala się precyzyjnie rodzaj wzajemnych zobowiązań majątkowych. Na wsiach jest to liczba wołów, krów i innych zwierząt hodowlanych. W miastach są to sumy w gotówce, domy i mieszkania. Czasem brak porozumienia jest równoznaczny z końcem relacji narzeczonych. A uroczystości weselne są tak ważne, że ci, których na nie nie stać, są zupełnie wykluczeni ze społeczności. Asystentka socjalna pracująca w slumsach Makasaru opowiadała mi, że w ubiegłym roku zrealizowała wielki program socjalny polegający na sfinansowaniu uroczystości weselnych dla kilkuset par biedaków, którzy żyli ze sobą bez ślubu, gdyż nie mieli pieniędzy na choćby najskromniejsze wesele i realizację przedweselnych, wzajemnych materialnych zobowiązań. Zasady życia społecznego obowiązują wszystkich, także tych, którzy nie są w stanie ich realizować.
Indonezyjczycy są bardzo ciekawi świata. Są odważni i robią wiele, żeby zmienić swoje położenie. Przed moim wyjazdem, wielu Polaków znających świat, mówiło mi, że tutaj niczego nie wiedzą o Polsce. To nieprawda. Na Uniwersytecie Hasanuddin, w mieście Makasar, w prowincji Południowy Celebes (Sulawesi), poznałem młodego naukowca, którego brat studiował w Polsce medycynę. Ma bardzo miłe wspomnienia z naszego kraju. Ze względu na to, że więcej Indonezyjczyków studiowało w Polsce niż Polaków w Indonezji, tutaj więcej ludzi wie cokolwiek o Polsce niż Polaków o tym archipelagu bardzo wielu wysp. Ludzie na ogół identyfikują Polskę jako część Europy. Wykształceni wiedzą o naszym kraju całkiem sporo. Oczywiście, wszyscy słyszeli o Robercie Lewandowskim z Bayernu Monachium, a niektórzy nawet o Krzysztofie Piątku z A.C. Milan.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki