Indonezja - Sławomir Stanisław Stoczyński

Kup ebooka

36.00 zł
28.80 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LU­DZIE

.

Jacy są In­do­ne­zyj­czycy? Jesz­cze nie wiem. Bar­dzo trudno pre­cy­zyj­nie od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Można opi­sać tych lu­dzi po­wierz­chow­nie, z grub­sza. Ale to mnie nie in­te­re­suje. To skoro nie wiem, jacy są, to po co o tym pi­szę? Czy­nię to po to, żeby się do­wie­dzieć. Sto­su­jąc me­todę uczest­nic­twa, miesz­ka­jąc mię­dzy nimi, po­dró­żu­jąc i po­zna­jąc wielu lu­dzi, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć mo­tywy ich po­stę­po­wa­nia oraz ich men­tal­ność, spró­buję od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Od­po­wiedź bę­dzie moja, su­biek­tywna, może war­to­ściowa, a może bez sensu. Zwią­zana z mo­imi ogra­ni­czo­nymi kom­pe­ten­cjami in­te­lek­tu­al­nymi, wie­dzą po­je­dyn­czego czło­wieka z kul­tury za­chod­niej, obar­czo­nego całą masą ste­reo­ty­pów, prze­są­dów, sche­ma­tów po­znaw­czych, grze­chem eu­ro­po­cen­try­zmu i po­sia­da­ją­cego wiele wy­obra­żeń za­ciem­nia­ją­cych ogląd no­wej, nie­roz­po­zna­nej przeze mnie rze­czy­wi­sto­ści. Mam świa­do­mość wła­snych ogra­ni­czeń po­znaw­czych. Uni­wer­sy­tec­kie stu­dia z za­kresu psy­cho­lo­gii spo­łecz­nej i hi­sto­rii idei mogą mi nie wy­star­czyć. Wiem, nie je­stem Bro­ni­sła­wem Ma­li­now­skim. Ale po­ciąga mnie sama droga do po­zna­nia prawdy o tym fa­scy­nu­ją­cym na­ro­dzie. Jaka bę­dzie ta prawda? W tej chwili nie mam po­ję­cia. Tak jak nie wie po­dróż­nik tego, co bę­dzie efek­tem no­wej eks­kur­sji. Tak jak nie wie pąt­nik, ja­kie będą owoce piel­grzymki. Za­da­łem so­bie py­ta­nie o to, kim są In­do­ne­zyj­czycy. Jesz­cze nie znam na nie od­po­wie­dzi. Te­raz wy­ru­szam w fa­scy­nu­jącą po­dróż po to, żeby ich po­znać i opi­sać. Efek­tów tej wy­prawy nie znam. To jest re­ko­ne­sans po róż­no­rod­no­ści kul­tu­ro­wej miesz­kań­ców daw­nych In­dii Wschod­nich. Chcę się tej mo­za­ice wie­lo­kul­tu­ro­wej przyj­rzeć z bli­ska.

Co wiemy o In­do­ne­zji i jej miesz­kań­cach? Je­śli obu­dzony w środku nocy miał­bym bez szans na za­sta­no­wie­nie się szybko od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, jacy są In­do­ne­zyj­czycy, okre­ślił­bym ich na pod­sta­wie licz­nych wła­snych kon­tak­tów z nimi. Otóż nie są oni aro­ganccy. To tro­chę dziwne okre­śle­nie. Nie pi­sze jacy są, tylko jacy nie są. Kiedy za­ma­wiam ja­kiś to­war lub usługę w In­do­ne­zji i wy­stę­pują kło­poty w re­ali­za­cji, oni za­wsze uznają, że roz­wią­za­nie leży po ich stro­nie, że to oni mu­szą zna­leźć spo­sób po­zy­tyw­nego za­ła­twie­nia sprawy. W Pol­sce, dla przy­kładu, jest od­wrot­nie. Ku­puje to­war przez in­ter­net, przy­wożą mi nie ten, który za­ma­wia­łem. Kon­wo­jent aro­gancko stwier­dza, że to ja mam pro­blem. Ku­puje drewno do ko­minka. Przy­jeż­dża fa­cet i mówi: "Za mało miej­sca, nie wjadę w tak wą­ską bramę, nie będę się mę­czył". Za­ma­wiam becz­ko­wóz ase­ni­za­cyjny do wy­bra­nia ście­ków z szamba. Gość stwier­dza, że są zbyt gę­ste, nie bę­dzie nad­wy­rę­żał pompy w swo­jej szam­biarce. Itd. Itp. Tu w In­do­ne­zji jest ina­czej, za­wsze będą szu­kać sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cego cię roz­wią­za­nia. Za­mó­wi­łem piwo w hur­towni. Przy­wiózł je ku­rier, spo­dzie­wa­jąc się, że przej­mie tyle samo bu­te­lek tej sa­mej wiel­ko­ści na wy­mianę bez­go­tów­kową. Bu­te­lek było wię­cej i miały inny roz­miar od tych przy­wie­zio­nych. Sprawa się skom­pli­ko­wała. Go­niec wziął pro­blem na klatę. Za­dzwo­nił do szefa i zna­leźli po­zy­tywne roz­wią­za­nie. Tak jest za­wsze.

In­do­ne­zyj­czycy są bar­dzo go­ścinni i hojni wo­bec nie­zna­jo­mych, przy­by­szów, zwłasz­cza tych z da­le­kich, ob­cych kra­jów. Wie­lo­krot­nie tego do­świad­czy­łem. I mam wra­że­nie, że im da­lej od Dża­karty, chcąc nie chcąc cen­trum In­do­ne­zji, ta ser­deczna go­ścin­ność była pro­por­cjo­nal­nie więk­sza. Ni­g­dzie nie spo­tkało mnie nie­życz­liwe przy­ję­cie, ale w Acehu, na sa­mym końcu Su­ma­try, na Mo­lu­kach czy na od­le­głej wy­spie Na­tuna by­łem gosz­czony jak król. Chcąc zro­zu­mieć po­wody ta­kiej po­stawy, za­py­ta­łem o nie zna­jo­mego pro­fe­sora, spe­cja­li­stę od et­no­gra­fii i an­tro­po­lo­gii kul­tu­ro­wej, księ­dza Woj­cie­cha Bębna, który kil­ka­dzie­siąt lat prze­żył z miesz­kań­cami spo­łecz­no­ści lo­kal­nych w Azji, Oce­anii i Au­stra­lii. Tak mi to wy­ja­śnił:

- To jest po­wód ar­che­typu przy­by­sza-boga, który do­tarł do nas nie wia­domo skąd, jest inny, dziwny, a może zstą­pił z nieba? Trzeba go przy­jąć, usza­no­wać, ser­decz­nie i hoj­nie ugo­ścić. Nie wia­domo bo­wiem, czy ewen­tu­alne na­sze złe po­stę­po­wa­nie wzglę­dem niego nie roz­sier­dzi du­chów na­szych przod­ków, z któ­rymi on może mieć kon­takt. To do­ty­czy wielu kul­tur i każ­dego czasu hi­sto­rycz­nego. Praw­do­po­dob­nie dla­tego na wy­spach od­le­głych od Itaki tak ser­decz­nie i go­ścin­nie przyj­mo­wano Ody­se­usza. Ta an­tro­po­lo­giczna hi­po­teza wy­ja­śnia­jąca go­ścin­ność In­do­ne­zyj­czy­ków jest prak­tycz­nie nie­we­ry­fi­ko­walna, ale jakże fa­scy­nu­jąca.

Miejmy świa­do­mość, że In­do­ne­zja to kraj około 280 mi­lio­nów miesz­kań­ców. Po Chi­nach, In­diach i USA to naj­bar­dziej ludne pań­stwo świata. Czwarta po­pu­la­cja globu. W zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści miesz­kają tu mu­zuł­ma­nie - 86% po­pu­la­cji. Chrze­ści­jan jest 10%, hin­du­istów 2%. Bud­dy­stów 1%, a kon­fu­cjo­ni­stów 0,05%. Po­zo­stali wy­znają tra­dy­cyjne wie­rze­nia lo­kalne. Na przy­kład są wy­znawcy ma­rapu, któ­rzy czer­pią wie­dzę z roz­ma­itych zna­ków przy­rody. Jest to wiara w bó­stwa nad­przy­ro­dzone i du­chy lu­dzi (przede wszyst­kim du­chy przod­ków), zwie­rząt i ro­ślin. Pod­sta­wowe za­sady współ­ist­nie­nia w In­do­ne­zji opi­sane i przed­sta­wione jako pięć klu­czo­wych idei funk­cjo­no­wa­nia pań­stwa, czyli Pan­ca­sila, uznają rów­no­praw­ność głów­nych re­li­gii. Dla­tego świę­tami pań­stwo­wymi i wol­nymi od pracy są dni ważne dla chrze­ści­jan, bud­dy­stów, hin­du­istów i wy­znaw­ców kon­fu­cja­ni­zmu. Dla przy­kładu, ju­tro jest dzień wolny od pracy z po­wodu chrze­ści­jań­skiego święta Wnie­bo­wstą­pie­nia Pań­skiego. To nie­zwy­kle cie­kawe i symp­to­ma­tyczne. W ka­to­lic­kiej Pol­sce i in­nych chrze­ści­jań­skich kra­jach świata ten dzień nie jest świę­tem i dniem wol­nym od pracy.

Fe­no­me­nem In­do­ne­zji jest fak­tyczny brak osób de­kla­ru­ją­cych ate­izm. Re­li­gia w re­la­cjach spo­łecz­nych nie jest te­ma­tem tabu. Bar­dzo chęt­nie się o niej tu roz­ma­wia. Na­to­miast przy­zna­nie się przed In­do­ne­zyj­czy­kami do ate­izmu bu­dzi ogromne zdzi­wie­nie. Przy­na­leż­ność do okre­ślo­nej re­li­gii jest dość roz­po­zna­walna. W przy­padku ko­biet mu­zuł­ma­nek jest bar­dzo oczy­wi­sta. Naj­czę­ściej no­szą one hi­dżaby, chustki na gło­wie. No­szą je także młode dziew­częta czy małe dziew­czynki. Mają też mu­zuł­mań­skie imiona. Po imie­niu roz­po­znamy mu­zuł­ma­nina, chrze­ści­ja­nina czy hin­du­istę. Za­chod­nie imiona no­szą chrze­ści­ja­nie i lu­dzie po­cho­dze­nia chiń­skiego: Anna, Ju­dyta, Ca­tha­rina, Ja­mes, Pe­ter czy Paul. Pra­cuję za­równo z mu­zuł­ma­nami, któ­rych jest zde­cy­do­wana więk­szość, jak i oso­bami, które wy­znają inną wiarę. Ich imiona po­ma­gają w iden­ty­fi­ko­wa­niu ich wiary. Mu­ham­mad, Adinda, Ad­nan, Mu­stafa, to są imiona wy­znaw­ców is­lamu. Ar­dżuna, Kriszna, Ari naj­praw­do­po­dob­niej są hin­du­istami. To roz­róż­nie­nie nie ma za­sad­ni­czego zna­cze­nia w kwe­stii okre­śle­nia cha­rak­teru, po­stawy, sto­sunku do świata czy spo­tka­nego cu­dzo­ziemca. Jacy za­tem są In­do­ne­zyj­czycy? Są cie­kawi świata i cu­dzo­ziem­ców, któ­rych spo­ty­kają. Wzięło się to z dłu­giego do­świad­cza­nia kon­tak­tów z ob­cymi, któ­rzy przy­pły­wali tu z ca­łego świata po przy­prawy i ko­rze­nie. Z Eu­ropy (Por­tu­ga­lii i Ho­lan­dii), Chin, In­dii czy Pół­wy­spu Arab­skiego. Dla­tego tra­dy­cyj­nym in­do­ne­zyj­skim przy­wi­ta­niem jest po­wie­dze­nie: Dari mana?, "Skąd je­steś?". Ta otwar­tość na in­nych, ob­cych, przy­by­szów wiąże się z chę­cią mó­wie­nia o so­bie, swoim ży­ciu, ro­dzi­nie, pracy, po­glą­dach. In­do­ne­zyj­czycy są ludźmi ła­two i szybko skra­ca­ją­cymi dy­stans spo­łeczny i psy­chiczny. Na pro­mie, w po­ciągu, au­to­bu­sie za­wsze ktoś nas za­ga­duje, pyta skąd je­ste­śmy i czy po­doba się nam ich kraj. To jest za­wsze uprzejma cie­ka­wość, bez na­tręc­twa czy zu­chwa­ło­ści. Za to trzeba przy­znać, że wiele jest w tej re­ak­cji sym­pa­tii, jest też dużo od­wagi. To jest, na ogół, bar­dzo miłe. Fe­no­me­nem cha­rak­te­ry­zu­ją­cym In­do­ne­zyj­czy­ków jest suk­ces utrzy­my­wa­nia wspól­nego pań­stwa na tak roz­le­głym i róż­no­rod­nym te­ry­to­rium. Jak można za­cho­wać jed­ność tego sa­mego or­ga­ni­zmu pań­stwo­wego na 18 ty­sią­cach wysp? To nie­praw­do­po­dobne. Spró­bujmy wy­obra­zić so­bie 18 ty­sięcy ki­bi­ców na sta­dio­nie pił­kar­skim i to, że każdy z nich sta­nowi od­dzielną wy­spę. Dużo tego, prawda? Po wy­zwo­le­niu się spod do­mi­na­cji ho­len­der­skiej przy­wódcy in­do­ne­zyj­scy od­wo­łali się do ha­sła zjed­no­cze­nio­wego, które zro­biło wielką ka­rierę: "Jed­ność w róż­no­rod­no­ści". Przy­wódca i dyk­ta­tor, le­gen­darny Su­karno, eru­dyta i po­li­glota mó­wiący bie­gle dzie­wię­cioma ję­zy­kami, ro­zu­miał jed­ność na ba­zie pię­ciu kar­dy­nal­nych za­sad kon­sty­tu­ują­cych pań­stwo.

W chwili kiedy pi­szę te słowa, roz­po­częły się za­mieszki na uli­cach Dża­karty. To taki pa­ra­dok­salny efekt de­mo­kra­cji. Wła­śnie ogło­szono ofi­cjalne wy­niki wy­bo­rów pre­zy­denc­kich. Dzie­się­cioma punk­tami pro­cen­to­wymi wy­grał je do­tych­cza­sowy pre­zy­dent Joko Wi­dodo. Jego kon­ku­rent, ge­ne­rał Pra­bowo Sub­ianto nie uznał wy­ni­ków po­da­nych przez pań­stwową ko­mi­sję wy­bor­czą. Stwier­dził, że są sfał­szo­wane. Ogło­sił się zwy­cięzcą i na­wo­ły­wał swo­ich zwo­len­ni­ków do pro­te­stów. Na ulice sto­licy wy­szli mło­dzi In­do­ne­zyj­czycy pra­gnący rzą­dów ra­dy­kal­nych is­la­mi­stów, któ­rzy po­pie­rali w wy­bo­rach prze­gra­nego kan­dy­data, i za­częły się za­mieszki. Me­dia po­dały in­for­ma­cję o sze­ściu ofia­rach śmier­tel­nych i po­nad 200 ran­nych. W mie­ście sły­chać było wy­strzały. Kiedy w nocy wy­sze­dłem na po­dwó­rze na­szego domu spraw­dzić, czy ochro­nia­rze pra­wi­dłowo czu­wają nad bez­pie­czeń­stwem, wi­dzia­łem, że są prze­stra­szeni od­gło­sami z mia­sta rów­nie mocno jak ja. De­mo­kra­cja in­do­ne­zyj­ska ma też swoje ciemne strony, ogra­ni­cze­nia i swo­istą spe­cy­fikę. Przede wszyst­kim ist­nieje go­rący te­mat miej­sca w pań­stwie dla ra­dy­kal­nego is­lamu. In­nym, już tech­nicz­nym pro­ble­mem jest skala uczest­ni­ków gło­so­wa­nia. W kraju około 280 mi­lio­nów miesz­kań­ców w ostat­nich wy­bo­rach wzięły udział 193 mi­liony oby­wa­teli. Po­li­cze­nie wszyst­kich gło­sów jest za­tem nie­by­wa­łym przed­się­wzię­ciem. A póź­niej prak­tycz­nym pro­ble­mem rzą­dzą­cych jest speł­nie­nie ocze­ki­wań wy­bor­czych i zre­ali­zo­wa­nie woli więk­szo­ści w wa­run­kach po­koju. Po dwóch dniach za­mieszki się skoń­czyły. Nie­stety, liczba ofiar śmier­tel­nych wzro­sła do sied­miu. Po­li­tycy na­wza­jem ob­wi­niają się o śmierć ma­ni­fe­stu­ją­cych.

W tym ty­go­dniu koń­czy się ra­ma­dan. Trwa­jący mie­siąc post mu­zuł­mań­ski, pod­czas któ­rego wy­znawcy is­lamu od wschodu do za­chodu słońca nie mogą jeść ani pić. W na­szym domu trwają prace zwią­zane z wy­mianą rury ka­na­li­za­cyj­nej. W Dża­kar­cie jest bar­dzo go­rąco. Jest ko­niec maja, pora su­cha. Ro­bot­nicy, mu­zuł­ma­nie pra­cują w skwa­rze dnia, w tem­pe­ra­tu­rze 34 stop­nie Cel­sju­sza w cie­niu. Cały dzień bez je­dze­nia i pi­cia. Po po­łu­dniu po­sze­dłem zo­ba­czyć po­stęp prac. Dziś ręcz­nie, przy po­mocy cha­rak­te­ry­stycz­nych miej­sco­wych na­rzę­dzi przy­po­mi­na­ją­cych na­sze mo­tyki, od­ko­pali starą rurę. Wy­ko­nali ka­wał ro­boty. Pra­cu­jąc, żar­to­wali i śmiali się. In­do­ne­zyj­czycy są bar­dzo pra­co­wici. Dla wie­rzą­cego mu­zuł­ma­nina ra­ma­dan jest bar­dzo waż­nym cza­sem, ma on świa­do­mość, że mi­liony lu­dzi na świe­cie prze­ży­wają w tym sa­mym cza­sie to samo, umar­twie­nie jako ofiarę po­ma­ga­jącą zba­wić ich du­szę. To jest zja­wi­sko wiel­kiej in­te­gra­cji. Przede wszyst­kim łą­czy ono ro­dziny. Ro­dzina jest tu bar­dzo ważna. Być może jest naj­waż­niej­szą wspól­notą, miej­scem so­cja­li­za­cji i wy­cho­wa­nia, zdo­by­wa­nia wie­dzy o ży­ciu, kształ­to­wa­nia wiary, mo­ral­no­ści i po­staw. Ta­kie funk­cje ro­dzina speł­nia w wielu miej­scach na świe­cie, ale tylko w In­do­ne­zji zna­cze­nie ro­dziny jest nad­zwy­czajne. W In­do­ne­zji ro­dzina jest wszyst­kim. Nie ma tu prak­tycz­nie ży­cia poza ro­dziną. W niej po­wstają aspi­ra­cje i dzięki jej wspar­ciu zo­stają one zre­ali­zo­wane. Ro­dzina po­maga, ale też ro­dzi kon­kretne obo­wiązki i wy­ma­ga­nia. Dla In­do­ne­zyj­czyka człon­kiem ro­dziny jest każdy krewny i każdy krewny na­szego krew­nego oraz każdy po­wi­no­waty i po­wi­no­waty na­szego po­wi­no­wa­tego. Ro­dziny są za­tem bar­dzo liczne. Kie­dyś na Su­ma­trze wi­dzia­łem uro­czy­stość po­grze­bową. Były tłumy lu­dzi.

- To mu­siał być ktoś ważny i znany? - za­gad­ną­łem miej­sco­wego.

- Nie, to był zwy­kły rol­nik z na­szej wsi.

- To skąd te tłumy?

- Miał ro­dzinę - od­po­wie­dział mój roz­mówca.

Zro­zu­mia­łem to zja­wi­sko roz­miaru zwy­kłej in­do­ne­zyj­skiej ro­dziny, gdy nasz kie­rowca Ari zwol­nił się na kilka dni z po­wodu wy­jazdu na Bor­neo, na po­grzeb ciotki. Za­stą­pił go wów­czas w pracy jego brat. Kiedy wiózł mnie na spo­tka­nie, spy­ta­łem go o po­grzeb ciotki brata i sto­pień po­kre­wień­stwa Ariego z nie­boszczką.

- To była ciotka żony Ariego - po­wie­dział jego brat. - Była do­brą ko­bietą, ża­łuję, że ja nie mogę być na jej po­grze­bie.

- Ale ona nie była człon­kiem two­jej ro­dziny - stwier­dzi­łem.

- Jak to, oczy­wi­ście, że była. Jak mo­głeś po­my­śleć, że ciotka żony mo­jego brata nie była moją ro­dziną? - od­po­wie­dział z wy­rzu­tem brat Ariego.

- A czy z Arim ma­cie tego sa­mego ojca i tę samą matkę?

- Mamy tego sa­mego ojca i różne matki. Ari jest moim naj­bliż­szym bra­tem - po­wie­dział mój tym­cza­sowy kie­rowca.

W In­do­ne­zji ku­zyn, na­wet da­leki jest bra­tem, cza­sem bab­cie wy­cho­wu­jące wnu­częta mó­wią o nich "moje dzieci". W is­la­mie są roz­wody, męż­czyźni mają dzieci z róż­nych związ­ków, bywa, że mają jed­no­cze­śnie wię­cej niż jedną żonę. Ko­bieta, od któ­rej od­cho­dzi mąż, nie prze­staje być sza­no­wa­nym człon­kiem jego ro­dziny. W ta­kich sy­tu­acjach od­po­wie­dzial­ność za po­ma­ga­nie jej w wy­cho­wa­niu dzieci spo­czywa na ca­łej ro­dzi­nie da­leko bar­dziej, niż to miało miej­sce przed roz­wo­dem. By­cie człon­kiem ro­dziny daje po­czu­cie za­ko­rze­nie­nia, jest opar­ciem i zo­bo­wią­zuje do so­li­dar­no­ści kla­no­wej. Jak po­wszech­nie wia­domo, In­do­ne­zja ma pro­blemy z ko­rup­cją. Ale to zja­wi­sko ma wiele roz­ma­itych twa­rzy. Wy­ko­rzy­sty­wa­nie sta­no­wi­ska i zwią­za­nych z nim przy­wi­le­jów do wspie­ra­nia człon­ków wła­snej ro­dziny nie jest tu na­ganne. Jest wręcz mo­ral­nym obo­wiąz­kiem. Zja­wi­sko ne­po­ty­zmu po­tę­pia­nego i zwal­cza­nego na Za­cho­dzie, jest ro­zu­miane jako so­li­dar­ność ro­dzinna i umie­jęt­ność wspar­cia ro­dziny albo oka­za­nia wdzięcz­no­ści za wcze­śniej do­znaną po­moc. Po­życzki na le­cze­nie czy kształ­ce­nie za­cią­gane wśród człon­ków ro­dziny są zwy­cza­jowo uzna­wane za po­życzki bez­zwrotne. Je­śli ktoś wy­jeż­dża do Dża­karty lub in­nego du­żego mia­sta na stu­dia, cała ro­dzina składa pie­nią­dze na jego edu­ka­cję. Po okre­sie kształ­ce­nia i zdo­by­ciu po­sady, taki de­le­gat jest zo­bo­wią­zany za­trud­nić, tam, gdzie tylko może, swo­ich krew­nych, wy­ko­rzy­stu­jąc swoją po­zy­cję za­wo­dową i spo­łeczną. Działa to na każ­dym po­zio­mie pre­stiżu za­wo­do­wego, po­li­tycz­nego, biz­ne­so­wego i spo­łecz­nego. Ni­kogo tu nie dziwi, że córka pre­zy­denta kraju była pre­zy­den­tem, córka ge­ne­rała ma za­pew­nioną in­tratną po­zy­cję w ar­mii, syn bu­pa­tiego jest dy­rek­to­rem szkoły, a córka gu­ber­na­tora kie­ruje ze­spo­łem do spraw re­ali­za­cji du­żej in­we­sty­cji fi­nan­so­wa­nej z bu­dżetu pań­stwa.

Jedną z naj­waż­niej­szych i naj­bar­dziej po­pu­lar­nych ma­ni­fe­sta­cji in­te­gra­cyj­nej prak­tyki ro­dzin­nej jest święto Idul Fi­tri koń­czące mie­sięczny is­lam­ski post ra­ma­dan. Roz­po­czyna się wła­śnie ju­tro, czyli w tym roku w środę, i po­trwa do końca week­endu. Po­lega ono na gro­ma­dze­niu się człon­ków ro­dziny w jed­nym waż­nym dla nich miej­scu, na ogół w domu nie­for­mal­nego przy­wódcy ro­dziny. Wa­run­kiem jest to, żeby taki dom mógł po­mie­ścić dużo lu­dzi, cza­sem kil­ka­dzie­siąt osób. Je­śli miał­bym po­rów­nać to święto z ja­kimś nad­zwy­czaj­nym wy­da­rze­niem z na­szej kul­tury, to chyba od­wie­dza­nie się człon­ków ro­dziny pod­czas wi­gi­lii Bo­żego Na­ro­dze­nia może być w swej for­mie pewną ana­lo­gią. Ze względu na to, że święto Idul Fi­tri jest zwią­zane z opusz­cza­niem swo­ich miejsc za­miesz­ka­nia i ma­so­wymi po­dró­żami do ro­dzin, jest bar­dzo po­dobne do na­szego święta Wszyst­kich Świę­tych, kiedy kto żyw wsiada do wszyst­kiego, co jest środ­kiem trans­portu, i udaje się na groby bli­skich mu osób. Sto­łeczna ga­zeta wy­cho­dząca po an­giel­sku, "The Ja­karta Post", w wy­da­niu z dnia 29 maja 2019 roku prze­wi­duje, że ju­tro ze sto­licy wy­ru­szy 14,9 mi­liona osób, uda­ją­cych się w świą­teczną po­dróż do swo­ich ro­dzin. Kie­runki tego ma­so­wego exo­dusu będą różne. Miesz­kańcy sto­licy wy­bie­rają się wszę­dzie. Naj­wię­cej osób pla­nuje po­dróż w ra­mach tej sa­mej wy­spy, Jawy. Do Ban­dungu, Se­ma­rangu, Yogy­akarty, Ma­langu, Bo­goru, Su­ra­baji czy Solo. Inni od­wie­dzą bli­skich na in­nych wy­spach: Su­ma­trze, Bor­neo (Ka­li­man­ta­nie), Ce­le­bes (Su­la­wesi), Bali, Ma­lu­kach czy bar­dzo od­le­głej Pa­pui. Te po­dróże wy­ma­gają uży­cia wielu róż­nych środ­ków trans­portu. Pry­wat­nymi środ­kami lo­ko­mo­cji, a więc naj­bar­dziej po­pu­lar­nymi i naj­tań­szymi mo­to­cy­klami oraz sku­te­rami uda się w po­dróż 6,85 mi­liona osób. Sa­mo­cho­dami 3,76 mi­liona. Na­to­miast środ­kami pu­blicz­nymi naj­wię­cej - po­cią­gami 6,46 mi­liona, sa­mo­lo­tami 5,78 mi­liona, au­to­bu­sami 4,68 mi­liona, ło­dziami i pro­mami 5,61 mi­liona. To są liczby osób uda­ją­cych się do człon­ków wła­snej ro­dziny na święto Idul Fi­tri tylko z jed­nego mia­sta, Dża­karty! I rze­czy­wi­ście, gdy wczo­raj rano je­cha­li­śmy na przy­ję­cie do pa­łacu pre­zy­denc­kiego, mia­sto było wy­marłe. Jak War­szawa w Boże Na­ro­dze­nie. Pan pre­zy­dent re­pu­bliki Joko Wi­dodo, z oka­zji Idul Fi­tri za­pro­sił kor­pus dy­plo­ma­tyczny i przed­sta­wi­cieli śro­do­wi­ska po­li­tycz­nego, go­spo­dar­czego, na­uko­wego i ar­ty­stycz­nego do pa­łacu na po­ranne spo­tka­nie. Rze­czy­wi­ście przy­ję­cie roz­po­czy­na­jące się o go­dzi­nie dzie­wią­tej rano, to jest dla dy­plo­ma­tów ja­kiś hard­core. Wcze­sna pora przy­ję­cia była zwią­zana z pla­nami pre­zy­denta, aby od­wie­dzić jesz­cze tego sa­mego dnia swoją liczną ro­dzinę w pół­mi­lio­no­wym mie­ście Solo, na środ­ko­wej Ja­wie, zna­nym rów­nież pod na­zwą Su­ra­kata. Na wiel­kich scho­dach pa­łacu utwo­rzono, po­przez pla­sti­kowe ogra­nicz­niki, trzy ścieżki doj­ścia. Środ­kową prze­miesz­czali się dy­plo­maci, ze­wnętrz­nymi człon­ko­wie rządu, gu­ber­na­to­rzy, bu­pati, wy­socy rangą biz­nes­meni, wy­bitni ar­ty­ści, to­powi spor­towcy i inni człon­ko­wie in­do­ne­zyj­skiej elity. Kie­ru­jący ru­chem umie­jęt­nie prze­su­wali główny stru­mień go­ści i łą­czyli go z dwoma stru­mie­niami po­bocz­nymi. Wy­czu­wało się ogólne pod­nie­ce­nie i na­pię­cie zwia­stu­jące ważne wy­da­rze­nie, po­da­nie ręki wi­ta­ją­cemu pre­zy­den­towi i zło­że­nie jemu oraz pani pre­zy­den­to­wej ży­czeń z oka­zji uro­czy­stego za­koń­cze­nia ra­ma­danu. Do­dat­kową oka­zją do uprzej­mo­ści wzglę­dem głowy pań­stwa była oko­licz­ność wy­gra­nia wy­bo­rów, które miały miej­sce przed dwoma ty­go­dniami. Dzień wczo­raj­szy był je­dy­nym dniem w roku, kiedy pre­zy­dent za­pra­sza człon­ków rządu i in­nych przed­sta­wi­cieli wła­dzy wraz z ro­dzi­nami. Dla­tego każdy z mi­ni­strów, gu­ber­na­to­rów i bu­pa­tich przy­je­chał z wielką grupą swo­ich krew­nia­ków. Re­kor­dzi­ści pa­ra­do­wali w to­wa­rzy­stwie ro­dzin­nego or­szaku zło­żo­nego z setki osób. Ko­biety, męż­czyźni, sta­rusz­ko­wie, mło­dzież, dzieci, na­wet nie­mow­lęta, wszy­scy zmie­rzali na spo­tka­nie z pre­zy­den­tem. Rzą­dzą, są ważni, niech ro­dzina to prze­żyje, niech ma tę sa­tys­fak­cję, taka była ich mo­ty­wa­cja. Nad­zwy­czaj­nie ważną rolę w or­ga­ni­zo­wa­niu szyku wcho­dzą­cych od­gry­wali or­ga­ni­za­to­rzy, człon­ko­wie staffu miej­sco­wego MSZ i kan­ce­la­rii pre­zy­denta. Wy­ła­py­wali wzro­kiem szcze­gól­nie waż­nych VIP-ów, naj­więk­szych tu­zów biz­nesu i fi­nan­sjery oraz sku­tecz­nie ho­lo­wali ich, aby ci nie mu­sieli kro­czyć w tłu­mie uprzy­wi­le­jo­wa­nych ko­lej­ko­wi­czów. Byli bły­ska­wicz­nie trans­por­to­wani przed ob­li­cze pana pre­zy­denta. Spraw­ność tych ope­ra­cji była im­po­nu­jąca. W każ­dym kraju jest bo­wiem wą­ska grupa ar­cy­VIP-ów, fi­nan­su­ją­cych ogrom­nie kosz­towne kam­pa­nie wy­bor­cze, któ­rym nie po­zwala się stać w ja­kich­kol­wiek ko­lej­kach. Ja z żoną kro­czy­li­śmy za am­ba­sa­do­rem USA, któ­remu to­wa­rzy­szyła mał­żonka. To bar­dzo mili lu­dzie, któ­rych spo­ty­kamy na roz­ma­itych uro­czy­sto­ściach i na nie­dziel­nych mszach świę­tych w ka­to­lic­kim ko­ściele św. Te­resy. W za­pro­sze­niu or­ga­ni­za­to­rzy pro­sili o to, żeby dla spraw­no­ści prze­biegu uro­czy­sto­ści for­mu­ło­wać zwięźle ży­cze­nia dla pana pre­zy­denta. Mak­sy­mal­nie dwa zda­nia. Nasz ame­ry­kań­ski przy­ja­ciel, pew­nie z ra­cji po­czu­cia waż­no­ści kraju, który re­pre­zen­tuje, zde­cy­do­wał się za­szczy­cić głowę pań­stwa in­do­ne­zyj­skiego dwu­na­stoma zda­niami. Po zło­że­niu ży­czeń i gra­tu­la­cji panu pre­zy­den­towi i jego prze­mi­łej mał­żonce we­szli­śmy do głów­nej, ogrom­nej sali pa­łacu. Na ścia­nach wi­szą tam por­trety by­łych pre­zy­den­tów. Jest ich za­le­d­wie sześć. Dwaj przy­wódcy In­do­ne­zji - Su­harto i Su­karno, je­dyna ko­bieta pre­zy­dent - Me­ga­wati So­ekar­no­pu­tri oraz Ab­dur­rah­man Wa­hid, Ju­suf Ha­bi­bie i Su­silo Bam­bang Yudhoy­ono. Dwaj pierwsi pre­zy­denci uzna­jący się i uzna­wani za przy­wód­ców pań­stwa nie mieli ka­den­cji. Rzą­dzili więc długo. Obec­nie pre­zy­dent ma pię­cio­let­nią ka­den­cję i może być wy­bie­rany za­le­d­wie dwu­krot­nie. Jest mi­łym, cią­gle uśmiech­nię­tym męż­czy­zną i jako syn sto­la­rza do­ce­nia­ją­cym zwy­kłych, ciężko pra­cu­ją­cych lu­dzi. I za to na­ród go ko­cha. Był bur­mi­strzem mia­sta Solo i gu­ber­na­to­rem Dża­karty. Zna się zna­ko­mi­cie na po­li­tyce i wie, czego po­trze­bują oby­wa­tele. Kiedy w kam­pa­nii wy­bor­czej za­rzu­cono mu, że nie jest do­sta­tecz­nie gor­li­wym mu­zuł­ma­ni­nem, po­je­chał z żoną na piel­grzymkę do Mekki i stał się ha­gim. A z przy­ję­cia i ogromu pro­po­zy­cji ca­te­rin­go­wych bu­fe­tów naj­więk­szą ra­do­chę miała dzie­ciar­nia opy­cha­jąca się tym wszyst­kim, co jej wpa­dło w łapki. Do­ro­śli go­ście stali do­stoj­nie, je­dli mało (było zbyt wcze­śnie), zre­zy­gno­wani bez­owoc­nym po­szu­ki­wa­niem kawy, pro­wa­dzili te same ar­cy­nudne roz­mowy. Po po­łu­dniu roz­po­czę­li­śmy pe­re­gry­na­cję po do­mach mi­ni­strów, w ra­mach ob­cho­dów święta Idul Fi­tri. Po do­mach? Ra­czej po pa­ła­cach. Otrzy­muje je każdy mi­ni­ster na czas obec­no­ści w rzą­dzie. Są wła­sno­ścią pań­stwa. To eks­klu­zywne re­zy­den­cje po­ło­żone w pre­sti­żo­wej dziel­nicy Dża­karty. W środku piękne wy­stroje, luk­sus, wręcz prze­pych. I nie jest to zwią­zane z obecną do­brą ko­niunk­turą In­do­ne­zji, która jest trze­cią, po In­diach i Chi­nach, naj­bar­dziej dy­na­micz­nie roz­wi­ja­jącą się go­spo­darką świata. Ze wskaź­ni­kiem rocz­nego wzro­stu go­spo­dar­czego wy­no­szą­cym 5,2% w skali roku. No­ta­bene Pol­ska jest tuż za In­do­ne­zją, na czwar­tym miej­scu. Ten luk­sus re­zy­den­cji mi­ni­strów jest zwią­zany ze starą tra­dy­cją. Rzą­dzący za­wsze byli tu szcze­gól­nie uprzy­wi­le­jo­wani. Przy­by­wa­jący go­ście, człon­ko­wie rządu, biz­nesu, świata kul­tury i fi­nan­sów oraz dy­plo­maci, two­rzyli swo­isty ko­ro­wód po­par­cia wła­dzy. A ich piękne i bo­gato przy­odziane żony sta­no­wiły praw­dziwą ozdobę tego święta. Wielu z go­ści to byli In­do­ne­zyj­czycy po­cho­dze­nia chiń­skiego. Na ogół bar­dzo bo­gaci i wpły­wowi. To jest zresztą wielki i bar­dzo cie­kawy te­mat: Chiń­czycy w In­do­ne­zji. Pierwsi emi­granci z Chin przy­byli na te wy­spy dawno, już ty­siąc lat temu. Kiedy pe­wien ce­sarz z dy­na­stii Ming za­ka­zał pry­wat­nego, poza kon­trolą ce­sar­ską, han­dlu w chiń­skich por­tach, mnó­stwo ży­ją­cych z han­dlu Chiń­czy­ków prze­nio­sło się do por­tów na pół­noc­nym wy­brzeżu Jawy. W XVIII wieku kilku gu­ber­na­to­rów ja­waj­skich pro­win­cji było Chiń­czy­kami. Na­stępna fala emi­gra­cji zwią­zana była z oży­wie­niem han­dlu z Chi­nami na miej­sco­wym ar­chi­pe­lagu. Kiedy w XVIII wieku po­wstał suł­ta­nat, na Ka­li­man­ta­nie, dzi­siej­szym Bor­neo, od­kryto złoża złota i cyny. Spro­wa­dzono wów­czas pra­cow­ni­ków z Chin do pracy w ko­pal­niach. W oko­li­cach mia­sta Pon­tia­nak, przez które prze­biega rów­nik, osie­dliło się kilka ty­sięcy Chiń­czy­ków. Eu­ro­pej­scy ko­lo­ni­za­to­rzy, Ho­len­drzy i Por­tu­gal­czycy wy­ko­rzy­sty­wali kom­pe­ten­cje przy­by­szów, zdol­no­ści biz­ne­sowe i zmysł or­ga­ni­za­cyjny, czy­niąc z nich po­bor­ców po­dat­ko­wych i urzęd­ni­ków pod­trzy­mu­ją­cych ko­lo­nialną ad­mi­ni­stra­cję. Chiń­czycy sta­no­wią dzi­siaj za­le­d­wie nieco po­nad 3% in­do­ne­zyj­skiej po­pu­la­cji, jed­nak ich zna­cze­nie i rola, zwłasz­cza w go­spo­darce, są nie­ba­ga­telne. Uważa się, że miej­scowi Chiń­czycy mają wpływ na jedną trze­cią go­spo­darki In­do­ne­zji. To wiel­kie zna­cze­nie jest zwią­zane za­równo z wy­pra­co­wa­nymi przez wieki wpły­wami we­wnętrz­nymi, jak i ogrom­nymi moż­li­wo­ściami pły­ną­cymi z faktu, iż Chiny bę­dąc trze­cim, po Sin­ga­pu­rze i Ja­po­nii, in­we­sto­rem na miej­sco­wym rynku szu­kają w fir­mach za­rzą­dza­nych przez swo­ich ro­da­ków po­śred­ni­ków i part­ne­rów w re­ali­za­cji swo­ich biz­ne­sów. Nie­ba­ga­telną rolę w pań­stwie mają rów­nież chiń­skie wiel­kie kor­po­ra­cje, jak na przy­kład in­ter­ne­towy po­ten­tat Ali­baba Group Hol­ding Ltd. Chiń­czycy rzą­dzą w ban­ko­wo­ści, han­dlu stra­te­gicz­nym i de­ta­licz­nym, w usłu­gach, zwłasz­cza w ga­stro­no­mii i ho­te­lar­stwie. Są ak­tywni w me­diach, prze­my­śle IT i sfe­rach rzą­do­wych. Są przy tych swo­ich suk­ce­sach eko­no­micz­nych, a może dzięki nim trak­to­wani ze spe­cy­ficzną nie­uf­no­ścią. A w cza­sach naj­więk­szych po­li­tycz­nych kry­zy­sów są ko­złami ofiar­nymi, któ­rych oskarża się o wszel­kie zło. Tak było pod­czas czasu strasz­nych po­gro­mów i zbio­ro­wych mor­derstw w 1965 roku. Wśród chiń­skiej mniej­szo­ści jest bar­dzo wielu nad­zwy­czaj­nie bo­ga­tych osób, ale nie każdy Chiń­czyk jest bo­ga­czem. Co po­wo­duje, że przy­pi­suje się im spe­cy­ficzne ce­chy i oskarża o brak lo­jal­no­ści pań­stwo­wej? Może po czę­ści od­po­wie­dzią na to trudne py­ta­nie jest fak­tyczny pro­blem z asy­mi­la­cją tych Chiń­czy­ków w In­do­ne­zji. Ogromna więk­szość In­do­ne­zyj­czy­ków to mu­zuł­ma­nie. Ale Chiń­czycy nie przyj­mują tej re­li­gii. Zde­cy­do­wana więk­szość lud­no­ści chiń­skiej na ar­chi­pe­lagu jest wy­zna­nia in­nego niż mu­zuł­mań­skie. Naj­wię­cej z ich grona stało się chrze­ści­ja­nami, ka­to­li­kami i pro­te­stan­tami. Sporo wy­znaje tao­izm i kon­fu­cja­nizm, który tu­taj, ina­czej niż w Chi­nach, jest nie tylko sys­te­mem fi­lo­zo­ficz­nym, ale też ma formy kon­fe­syjne. Dla­czego tak się dzieje przy uni­wer­sal­nym za­ło­że­niu mniej­szo­ści chiń­skich na świe­cie, że dbają o włą­cza­nie się w miej­scową kul­turę, ad­ap­tują do zwy­cza­jów i tra­dy­cji, mają wręcz skłon­no­ści kon­for­mi­styczne? Wy­daje się, że chrze­ści­jań­stwo jest re­li­gią bliż­szą men­tal­no­ści chiń­skiej. Nie ogra­ni­cza tak bar­dzo jak is­lam in­dy­wi­du­al­nych am­bi­cji lu­dzi, zwłasz­cza aspi­ra­cji ko­biet. Wiele Chi­nek jest li­der­kami biz­nesu w In­do­ne­zji. Wśród na­szych zna­jo­mych są ta­kie pa­nie. Jedna jest sze­fową ko­lo­ro­wego ma­ga­zynu dla ko­biet, druga pre­ze­sem wiel­kiego banku, jesz­cze inna kre­atorką mody. Były okresy w hi­sto­rii In­do­ne­zji, kiedy ofi­cjal­nie za­ka­zy­wano ucze­nia się ję­zyka chiń­skiego i po­słu­gi­wa­nia się nim. Dziś już, szczę­śliwe, można to ro­bić. Jest jed­nak tak, że wielu chiń­skich oby­wa­teli In­do­ne­zji nie mówi po chiń­sku, za­cho­wują jed­nak swą kul­tu­rową od­mien­ność. Ist­nieje też pewna grupa Chiń­czy­ków, dla któ­rej ję­zy­kiem do­mo­wym jest an­giel­ski. Kształcą oni dzieci w pry­wat­nych szko­łach i przy­go­to­wują je do stu­diów w USA, Au­stra­lii, No­wej Ze­lan­dii czy w Eu­ro­pie. Szy­kują dzieci do prze­ję­cia wła­snych biz­ne­sów, funk­cjo­nu­ją­cych w glo­bal­nej rze­czy­wi­sto­ści biz­nesu świa­to­wego, w któ­rej wio­dą­cym w ko­mu­ni­ka­cji jest ję­zyk an­giel­ski. Kiedy spy­ta­łem zna­jo­mego Chiń­czyka o to, co jest po­wo­dem suk­ce­sów biz­ne­so­wych jego ro­da­ków w In­do­ne­zji, od­po­wie­dział mi, że oprócz po­trzeb­nej cier­pli­wo­ści w zdo­by­ciu licz­nych po­zwo­leń i sfi­na­li­zo­wa­nia or­ga­ni­za­cji biz­nesu, Chiń­czycy mają zdol­ność za­mie­nia­nia po­my­słów na kon­kretne dzia­ła­nia. Do­brze ilu­struje to hi­sto­ria, która miała nie­dawno miej­sce. By­li­śmy z żoną w to­wa­rzy­stwie kilku osób, wszyst­kie one były Chiń­czy­kami. Umó­wi­li­śmy się z nimi na lunch w mod­nej chiń­skiej re­stau­ra­cji. Je­dząc moją ulu­biona zupę soto, za­pla­mi­łem so­bie ko­szulę. Nie umknęło to uwa­dze przy­ja­ciół przy stole. Po­sze­dłem więc do ła­zienki. Zmy­łem plamy, uży­wa­jąc płyn­nego my­dła, i wy­su­szy­łem ko­szulę pod ła­zien­kową su­szarką do rąk. Po kilku mi­nu­tach wró­ci­łem do stołu w ko­szuli bez plam. Nasz ko­lega od razu za­uwa­żył ten suk­ces i po­wie­dział, że po­wi­nie­nem wy­ko­rzy­stać biz­ne­sowo te zdol­no­ści szyb­kiego wy­wa­bia­nia plam. Za­pro­po­no­wał za­ło­że­nie mo­bil­nej firmy bły­ska­wicz­nie od­pla­mia­ją­cej ubra­nia go­ści w re­stau­ra­cjach. Ta­kie re­stau­ra­cyjne po­go­to­wie od­pla­mia­jące na te­le­fon. Dwa­dzie­ścia do­la­rów za in­ter­wen­cję, sa­mo­chód, ze­staw de­ter­gen­tów, su­per­wy­dajną su­szarkę i ele­ganc­kie szla­froki do prze­bra­nia na czas tych kilku, kil­ku­na­stu mi­nut po­trzeb­nych do wy­wa­bie­nia plam z gar­de­roby ele­ganc­kich go­ści prze­ję­tych nie­szczę­ściem za­pla­mie­nia so­bie ubra­nia re­stau­ra­cyj­nym je­dze­niem. To był tylko taki sy­tu­acyjny, to­wa­rzy­ski żart. Ale żart zna­czący. Świet­nie ilu­stru­jący po­dej­ście Chiń­czy­ków do szu­ka­nia spo­so­bów za­ra­bia­nia pie­nię­dzy. Chiń­czyk Piotr, au­tor tego żartu-pro­po­zy­cji, jest bar­dzo za­moż­nym ar­chi­tek­tem, au­to­rem licz­nych gi­gan­tycz­nych cen­trów han­dlo­wych w Dża­kar­cie i wielu du­żych azja­tyc­kich mia­stach. Rze­czy­wi­ście, Chiń­czycy mają smy­kałkę do in­te­re­sów i ta­lenty han­dlowe.

W te­go­roczne święta Bo­żego Na­ro­dze­nia zo­sta­li­śmy za­pro­szeni na przy­ję­cie przez bar­dzo ele­gancką i ar­cy­bo­gatą In­do­ne­zyjkę do jej pa­łacu. Rze­czy­wi­ście dom na­szej przy­ja­ciółki robi ogromne wra­że­nie. Roz­mia­rami, wy­po­sa­że­niem, wy­stro­jem, ze wszech miar. Nasz Bel­we­der jest przy tej bu­dowli skrom­nym dom­kiem ogrod­nika. Na­sza przy­ja­ciółka, wła­ści­cielka wielu in­trat­nych i świet­nie funk­cjo­nu­ją­cych firm, mię­dzy in­nymi Aka­de­mii Lot­ni­czej na Bali, za­pro­siła kilku am­ba­sa­do­rów, lu­dzi ze świata biz­nesu, sztuki i kul­tury. Mię­dzy in­nymi mło­dego skrzypka, so­li­stę Fil­har­mo­nii Ber­liń­skiej, In­do­ne­zyj­czyka uro­dzo­nego w Niem­czech. Był tu po to, żeby grą na skrzyp­cach umi­lać nam świą­teczny wie­czór.

- Piękny jest ten in­stru­ment - skom­ple­men­to­wa­łem wy­po­sa­że­nie ar­ty­sty.

- Tak, to jest Stra­di­va­rius.

- Au­ten­tyczny Stra­di­va­rius? - za­py­ta­łem mocno za­sko­czony.

- Tak.

- Ile jest wart twój in­stru­ment?

- Do­kład­nie nie wiem. Chyba około mi­liona do­la­rów. Ku­piła mi go na­sza go­spo­dyni, w ra­mach wspar­cia mo­jej ka­riery skrzypka.

"Nie­sa­mo­wita hi­sto­ria!", po­my­śla­łem. A pod­czas ko­la­cji bo­gaci Chiń­czycy, prze­my­słowcy i biz­nes­meni, go­ście na­szej uro­czej i hoj­nej go­spo­dyni śpie­wali chiń­skie pio­senki. Te­raz w In­do­ne­zji mogą to ro­bić. W la­tach 60. ubie­głego wieku było to ka­te­go­rycz­nie za­bro­nione.

Wy­spa Ce­le­bes (Su­la­wesi), szcze­gól­nie mia­sto Ma­ka­sar, sły­nie ze sprze­daży złota, które się tu wy­do­bywa. W chiń­skiej dziel­nicy, przy jed­nej z głów­nych ulic zor­ga­ni­zo­wano kil­ka­na­ście skle­pów ju­bi­ler­skich z wy­ro­bami z tego kruszcu. Usy­tu­owano je do­słow­nie je­den przy dru­gim. Są­sia­dują ze sobą przez ścianę. Wszyst­kie są pro­wa­dzone przez Chiń­czy­ków. Cie­kawy jest obo­wią­zu­jący tam sys­tem cen. Koszt za­kupu za­leży je­dy­nie od wagi to­waru. Jak w skle­pie spo­żyw­czym, przy to­wa­rach na wagę. Otóż sprze­dawca waży każdy wy­rób ju­bi­ler­ski i okre­śla cenę, mno­żąc liczbę gra­mów złota przez tę samą stawkę za gram, obo­wią­zu­jącą we wszyst­kich skle­pach w mie­ście. War­tość ar­ty­styczna wy­robu nie ma zna­cze­nia, jakby praca wy­ko­nu­ją­cego nie była wli­czona w cenę to­waru. Zresztą we wszyst­kich tych skle­pach wy­roby są prak­tycz­nie ta­kie same, wy­ko­nane w tym sa­mym stylu, jakby je wy­pro­du­ko­wał je­den czło­wiek albo ten sam warsz­tat złot­ni­czy. Ku­pu­ją­cych jest sporo. W In­do­ne­zji bo­wiem obo­wią­zuje zwy­czaj, że z oka­zji ślubu panna młoda otrzy­muje od pana mło­dego bo­gaty ze­staw zło­tej bi­żu­te­rii. Nie­koń­czący się by­naj­mniej na pier­ścionku i ob­rączce. To cie­kawe, bo mó­wimy o bied­nym kraju.

Istot­nie oże­nek i za­mąż­pój­ście w In­do­ne­zji to są bar­dzo ważne i kosz­towne wy­da­rze­nia, które fi­nan­sują ro­dziny mło­dych. Za­czyna się od dłu­gich, żmud­nych i bar­dzo wy­ra­fi­no­wa­nych ne­go­cja­cji. Biorą w nich udział przed­sta­wi­ciele obu stron. W ich trak­cie ustala się pre­cy­zyj­nie ro­dzaj wza­jem­nych zo­bo­wią­zań ma­jąt­ko­wych. Na wsiach jest to liczba wo­łów, krów i in­nych zwie­rząt ho­dow­la­nych. W mia­stach są to sumy w go­tówce, domy i miesz­ka­nia. Cza­sem brak po­ro­zu­mie­nia jest rów­no­znaczny z koń­cem re­la­cji na­rze­czo­nych. A uro­czy­sto­ści we­selne są tak ważne, że ci, któ­rych na nie nie stać, są zu­peł­nie wy­klu­czeni ze spo­łecz­no­ści. Asy­stentka so­cjalna pra­cu­jąca w slum­sach Ma­ka­saru opo­wia­dała mi, że w ubie­głym roku zre­ali­zo­wała wielki pro­gram so­cjalny po­le­ga­jący na sfi­nan­so­wa­niu uro­czy­sto­ści we­sel­nych dla kil­ku­set par bie­da­ków, któ­rzy żyli ze sobą bez ślubu, gdyż nie mieli pie­nię­dzy na choćby naj­skrom­niej­sze we­sele i re­ali­za­cję przed­we­sel­nych, wza­jem­nych ma­te­rial­nych zo­bo­wią­zań. Za­sady ży­cia spo­łecz­nego obo­wią­zują wszyst­kich, także tych, któ­rzy nie są w sta­nie ich re­ali­zo­wać.

In­do­ne­zyj­czycy są bar­dzo cie­kawi świata. Są od­ważni i ro­bią wiele, żeby zmie­nić swoje po­ło­że­nie. Przed moim wy­jaz­dem, wielu Po­la­ków zna­ją­cych świat, mó­wiło mi, że tu­taj ni­czego nie wie­dzą o Pol­sce. To nie­prawda. Na Uni­wer­sy­te­cie Ha­sa­nud­din, w mie­ście Ma­ka­sar, w pro­win­cji Po­łu­dniowy Ce­le­bes (Su­la­wesi), po­zna­łem mło­dego na­ukowca, któ­rego brat stu­dio­wał w Pol­sce me­dy­cynę. Ma bar­dzo miłe wspo­mnie­nia z na­szego kraju. Ze względu na to, że wię­cej In­do­ne­zyj­czy­ków stu­dio­wało w Pol­sce niż Po­la­ków w In­do­ne­zji, tu­taj wię­cej lu­dzi wie co­kol­wiek o Pol­sce niż Po­la­ków o tym ar­chi­pe­lagu bar­dzo wielu wysp. Lu­dzie na ogół iden­ty­fi­kują Pol­skę jako część Eu­ropy. Wy­kształ­ceni wie­dzą o na­szym kraju cał­kiem sporo. Oczy­wi­ście, wszy­scy sły­szeli o Ro­ber­cie Le­wan­dow­skim z Bay­ernu Mo­na­chium, a nie­któ­rzy na­wet o Krzysz­to­fie Piątku z A.C. Mi­lan.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WSTĘP

.

Jedną z moż­li­wych funk­cji wstępu do książki jest uza­sad­nie­nie jej na­pi­sa­nia. Ktoś z mo­ich bli­skich, wie­dząc, że pi­szę o In­do­ne­zji, za­py­tał mnie, dla­czego to ro­bię. Py­ta­nie jest pro­ste i uza­sad­nione. W moim przy­padku od­po­wiedź na to py­ta­nie jest jesz­cze prost­sza. Pi­szę, bo tego po­trze­buję, bo bar­dzo to lu­bię. I nie tyle uwiel­biam pi­sać, co ko­cham roz­ma­wiać z ludźmi, opo­wia­dać. To jest ro­dzaj pa­sji, pra­gnie­nia, źró­dło wielu sa­tys­fak­cji. Ro­zu­mie­nia tego zja­wi­ska na­uczyła mnie moja trzy­let­nia wnuczka Ma­tylda.

- Nie bie­gaj tak, bo znów po­zbi­jasz ko­lana - po­pro­si­łem ją ze­szłego lata, kiedy sza­lała w na­szym sko­li­mow­skim ogro­dzie.

- Dzia­dziu­siu, ale ja to bar­dzo lu­bię. Lu­bię to naj­bar­dziej na świe­cie. Wiesz, Ste­fan ko­cha czy­tać. A ja naj­bar­dziej lu­bię bie­gać.

Sied­mio­letni Ste­fan rze­czy­wi­ście jest mo­lem książ­ko­wym. Sza­lona Ma­tylda jest pę­dzi­wia­trem, a pa­sji Franka, który wła­śnie wczo­raj się uro­dził, jesz­cze nie znamy.

Książka ta po­wstała z pra­gnie­nia po­dzie­le­nia się tym, co prze­peł­niało moje zmy­sły i wy­obraź­nię, kiedy za­czą­łem po­dró­żo­wać po naj­więk­szym na świe­cie Ar­chi­pe­lagu Ma­laj­skim. Przy­jeż­dża­jąc tu­taj, zna­łem wiele da­nych sta­ty­stycz­nych o In­do­ne­zji. Wie­dzia­łem, że jest ogrom­nie roz­le­głym kra­jem, po­ło­żo­nym na 18 ty­sią­cach wysp, o łącz­nej po­wierzchni pra­wie dwóch mi­lio­nów ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych. Że ma wielką po­pu­la­cję 280 mi­lio­nów lu­dzi. Że jest naj­więk­szym mu­zuł­mań­skim pań­stwem. Że jest miej­scem wielu kul­tur. Że leży wzdłuż rów­nika, po obu jego stro­nach. Że jest tu tro­pik, czyli bar­dzo go­rąco i bar­dzo wil­gotno. Że są tu liczne czynne wul­kany i czę­ste trzę­sie­nia ziemi. Na­zwy wysp: Jawa, Su­ma­tra, Bor­neo, Bali, Flo­res, pa­mię­ta­łem jesz­cze ze szkol­nej geo­gra­fii. Roz­pa­lały one dzie­cięcą wy­obraź­nię, z tego po­wodu, że były ta­kie od­le­głe, różne od Pol­ski i także dla­tego, że ni­gdy tam nie będę. Stało się ina­czej. Przy­je­cha­łem do In­do­ne­zji do pracy i spę­dzi­łem tu­taj kilka lat. Moją bazą była sto­łeczna Dża­karta. Jed­nak cha­rak­ter mo­ich pro­fe­sjo­nal­nych obo­wiąz­ków nie­od­łącz­nie wią­zał się z ko­niecz­no­ścią po­dró­żo­wa­nia. Bar­dzo po­lu­bi­łem te wy­jazdy. La­ta­łem sa­mo­lo­tami, jeź­dzi­łem po­cią­gami i sa­mo­cho­dami, pły­wa­łem pro­mami i ło­dziami, do­cie­ra­jąc do ko­lej­nych fa­scy­nu­ją­cych miejsc. Po­zna­łem wielu fan­ta­stycz­nych lu­dzi. Do­świad­czy­łem ca­łej masy prze­żyć. Obej­rza­łem nie­zli­czone mia­sta, wio­ski, góry, plaże, rafy ko­ra­lowe, pola ry­żowe i roz­ma­ite kra­jo­brazy. Zro­zu­mia­łem tu­tej­sze zwy­czaje, styl ży­cia i za­sady, na tyle, na ile po­tra­fi­łem je po­znać. I opi­sa­łem je bar­dzo oso­bi­ście oraz bar­dzo su­biek­tyw­nie. To, co w każ­dej po­dróży ude­rzało mnie mocno, a cza­sem ro­dziło silne uczu­cia, było zwią­zane z za­ska­ku­ją­cymi pa­ra­dok­sami i wiel­kimi kon­tra­stami po­zna­wa­nej rze­czy­wi­sto­ści. Wy­daje mi się, że one naj­bar­dziej i naj­peł­niej cha­rak­te­ry­zują ten fa­scy­nu­jący kraj.

Mój uczony zna­jomy, pro­fe­sor an­tro­po­lo­gii kul­tu­ro­wej, który prze­żył w In­do­ne­zji wiele lat, po­wie­dział mi dawno temu, że w tym kraju pła­cze się dwa razy. Po raz pierw­szy, kiedy się tu przy­jeż­dża na dłu­żej i czło­wiek na po­czątku swego po­bytu mówi do sie­bie: "Boże, co ja tu­taj ro­bię?". I po raz drugi, kiedy się z In­do­ne­zji wy­jeż­dża. Ja także pła­ka­łem tu dwa razy.

Dża­karta, sty­czeń 2021 r.