Indie. Miliony zbuntowanych - V.S. Naipaul

Reflow text when sidebars are open.
Indie. Miliony zbuntowanych to długa książka, jedna z moich najdłuższych. Trzeba powiedzieć, że długie książki pisze się trudniej niż krótkie, a dla tej mam coś więcej niż respekt. Dwadzieścia lat po jej napisaniu nadal dobrze pamiętam, jaka to była praca i jaka ambicja.
Kiedy zaczynałem pisać, myślałem, że będę się zajmował wyłącznie literaturą piękną. Pisanie z wyobraźni wydawało mi się czymś najszlachetniejszym. Ale po napisaniu kilku książek zdałem sobie sprawę, że mój materiał - to, co mam w głowie, to, co w końcu dała mi moja przeszłość - tej ambicji nie udźwignie.
Sama ambicja wzięła się z tego, co wiedziałem o wielkiej dziewiętnastowiecznej powieści europejskiej albo wydawało mi się, że o niej wiem. Wyrażam się ostrożnie, ponieważ zanim zacząłem pisać, niewiele w gruncie rzeczy czytałem. No i zdałem sobie sprawę z czegoś, co, jak przypuszczam, zawsze czułem, ale czego nigdy nie przemyślałem, a mianowicie - że te powieści były wytworem społeczeństw bardziej zorganizowanych, bardziej intelektualnie uporządkowanych i pewnych swoich przekonań niż społeczność, w której się urodziłem. Gdybym udawał, że pochodzę z równie pełnego i uporządkowanego społeczeństwa, pisanie byłoby w jakiś sposób łatwiejsze. Porządek, o którym mówię, to - ujmując najprościej - pewna wyodrębniona, ogrodzona sceneria, w jakiej się rozgrywa telewizyjna komedia sytuacyjna. W świecie ogrodzonym obowiązuje niewiele zasad i łatwo je zrozumieć; chaotyczny świat zewnętrzny nie wciska się do środka, by rozwiać magię. Mógłbym spróbować tak pisać. Ale nie zaszedłbym daleko. Musiałbym za bardzo upraszczać, zbyt wiele rzeczy pomijać. Byłoby to zaprzeczeniem mojego zadania jako pisarza, tak jak je rozumiem.
Chciałem wiernie oddać własny świat, który był płynny, trudny do uchwycenia i zaprezentowania czytelnikowi w jakiś przyjęty dziewiętnastowieczny sposób. Każdą swoją wypowiedź na temat własnej osoby, rodziny czy przeszłości powinienem właściwie obwarować zastrzeżeniami.
Urodziłem się w 1932 roku po drugiej stronie Atlantyku, w Trynidadzie, brytyjskiej kolonii. Trynidad, odprysk Wenezueli i Ameryki Południowej, był wtedy małą, głównie rolniczą wyspą (Trynidad tak jak Wenezuela ma złoża ropy, które zaczynano eksploatować). Miał może pół miliona rasowo mieszanych mieszkańców, w tym mniej więcej stupięćdziesięciotysięczną indyjską wspólnotę imigrantów z Azji, subtelnie podzieloną przez religię, edukację, pieniądz i kastową przeszłość. (Opowiedziałem o tym szczegółowo gdzie indziej, ale czuję, że trzeba to tutaj powtórzyć).
Nie przepadałem za tym miejscem ani za jego kolonialną małością. Uważałem się za człowieka wyrzuconego poza nawias starych światowych cywilizacji i pragnąłem możliwie jak najszybciej stać się częścią tego większego świata. Stypendium akademickie, które dostałem w 1950 roku, kiedy miałem osiemnaście lat, pozwoliło mi wyjechać. Pojechałem do Anglii na studia uniwersyteckie, z ambicją, że w przyszłości zostanę pisarzem. Nigdy nie wróciłem - w żadnym prawdziwym sensie tego słowa.
Mój świat pisarski był zatem światem ucieczki i niedokończonego eksperymentu, pełnym rupieci rozmaitych kultur i migracji - z Indii do Nowego Świata w latach 1880-1900, z Nowego Świata do Europy w 1950 roku - rzeczy nieskładających się w jedną całość. Nie miał nic wspólnego ze stabilnością zakorzenionych społeczeństw, których wytworem były wielkie dziewiętnastowieczne powieści; na przykład choćby tylko jeden akapit bajki czy przypowieści Tołstoja przywołuje cały rzeczywisty świat. Toteż niebawem zorientowałem się - jak już mówiłem - że jedyne, czym dysponuję, to rozsypany wyspiarski materiał, który noszę w sobie.
Ale pisanie było moim powołaniem; zawsze chciałem być tylko pisarzem, nikim innym. Praktyka pisarska pogłębiła moją fascynację ludźmi i opowieściami; ta fascynacja, odczuwana od zawsze, a jeszcze bardziej teraz, w szerszym świecie, do jakiego chciałem wkroczyć, przemieniła się w pragnienie zrozumienia prądów historii, tworzących ową płynność, której byłem częścią. Dla mnie jako pisarza wejście w kontakt z szerszym światem było koniecznością. Nie wiedziałem, jak się do tego zabrać, nie było żadnego przykładu, za którym mógłbym pójść.
Uprawianie literatury pięknej nie mogło mi pomóc. Literaturę piękną najlepiej się tworzy od wewnątrz i trzeba dużo wiedzieć. W szerszym świecie byłem outsiderem; za mało wiedziałem i nigdy nie będę dość wiedział. Po długim okresie wahania i niepewności uzmysłowiłem sobie, że muszę obcować ze światem w sposób jak najbardziej bezpośredni. Muszę przestać uprawiać literaturę piękną. Muszę używać wypracowanych przez siebie narzędzi, żeby oddać swoje doświadczenie najwierniej, jak to możliwe. I wtedy w moim pisarstwie nastąpił podział na swobodną twórczość powieściową i skrupulatną twórczość dokumentalną; komplementarne aspekty pragnienia, żeby zmierzyć się z moim światem, wzajemnie się wspierały i karmiły. I o ile na początku dawałem pierwszeństwo pisaniu z wyobraźni, o tyle teraz obie drogi wydają mi się równie szlachetne.
Idąc tą nową drogą, musiałem przede wszystkim zająć się krajem moich przodków - Indiami. Nawet po wielu miesiącach podróżowania nie byłem tam kimś z wewnątrz, ale też nie mogłem się uważać za outsidera - Indie i myślenie o Indiach zawsze były dla mnie ważne. Toteż zawsze byłem w tej sprawie rozdarty i ciężko mi było powiedzieć ostatnie słowo. Napisałem w sumie trzy książki o Indiach. Należą do literatury faktu, tak jak postanowiłem, ale są to książki tak osobiste, tak różne i tak głęboko przeżyte, jakby były powieściami. Indie. Miliony zbuntowanych to trzecia z tych poświęconych Indiom książek. Została napisana dwadzieścia sześć lat po pierwszej. Pisarz potrzebował całego tego czasu, żeby wznieść się ponad osobiste odkrycie i ból, i analizę, i dojść do prostego i przemożnego przekonania, że najważniejsza rzecz, jeśli chodzi o Indie, rzecz, w którą trzeba wniknąć i ją zrozumieć, a nie patrzeć z zewnątrz, to ludzie.
Książce przyświecała jeszcze jedna idea - że Indie są w ruchu w najbardziej dosłownym sensie tego słowa, że wszędzie w tym ogromnym kraju mężczyźni i kobiety wyszli poza ciasne sposoby życia, poza oczekiwania swoich rodziców i dziadków, że spodziewają się czegoś więcej. To są te tytułowe "miliony zbuntowanych"; nie chodzi o guerillę. Niemal każdy człowiek wychowany w kulturze anglojęzycznej ma jakieś pojęcie o krótkim buncie Indusów w 1857 roku, kiedy najemni indyjscy żołnierze British East India Company, zdezorientowani i źli, ale niemający przed sobą jasnego celu, powstali przeciwko Brytyjczykom. "Miliony zbuntowanych" w moim tytule sugerują, że to, co się dzisiaj dzieje, jest prawdziwszą i powszechniejszą drogą naprzód.
Teraz, w 2010 roku, w czasach uznanego przez wszystkich indyjskiego boomu, to, co mówię, wydaje się rozsądne. Inaczej było w 1988 roku, kiedy zaczynałem tę książkę. Indie pławiły się wtenczas w nabożnym gandhyjskim przygnębieniu, zadowolonym z siebie i raczej szczęśliwym, jak to się często dzieje z przygnębieniem w Indiach. W miastach mówiło się o degeneracji i odejściu od dawnych obyczajów: politycy naruszają prawo, wszędzie panuje korupcja. Ta standardowa gadka, choć niegłęboka, nieoparta na żadnej prawdziwej wiedzy o kraju, mogła człowieka podłamać. Takiej wizji przeszłości sprzeciwia się moja idea zbuntowanych.
Nie spadła ona z nieba. Przez minione dwadzieścia sześć lat podróżowałem po Indiach wzdłuż i wszerz. Jako pisarz, człowiek wolny, zgromadziłem bogatszą wiedzę o tym kraju niż większość Indusów, związanych rodziną i pracą. Wiele tygodni spędziłem na prowincji, z dala od wielkich miast. Dzięki pomocy i gościnności indyjskich przyjaciół i lokalnych władz w wielu miejscach mogłem wkroczyć, choćby na tydzień lub dwa, w życie nagiej i czasem odpychającej wsi. Zdobyłem pewną wiedzę o małomiasteczkowym życiu. Nie zawsze pisałem o tym, co widziałem. Toteż nagromadziłem pewne doświadczenia i przyszło mi do głowy, że mógłbym je wykorzystać i stworzyć panoramę Indii, grubą, pełną ludzi książkę, która zawierałaby i obszernie wyjaśniała większość rzeczy mogących się wydarzyć w tym kraju w najbliższych dwudziestu lub trzydziestu latach (bo wierzę, że trafnie uchwycona teraźniejszość przepowiada przyszłość). Powiedziałem to moim angielskim wydawcom. Pomysł im się spodobał, kupili go po dziesięciu minutach, dosłownie, i kilka dni później znalazłem się w hotelu Taj Mahal w Bombaju, zdumiony własną ambicją i nie całkiem pewien, czy uda mi się po ludzku zrozumieć to olbrzymie miasto (bo tak nieprzenikniony wydawał się na oko popołudniowy tłum ludzi krążących wokół Wrót Indii nad zmatowiałym Morzem Arabskim). A oprócz miasta była oczywiście wieś: dla mnie wspomnienie, dziś zatrważające, niekończących się, grożących udarem słonecznym podróży samochodem i pociągiem.
Spędziłem cztery puste, straszne dni w luksusowym hotelu, robiąc rzecz, która podcina człowiekowi skrzydła - niepewny siebie prowadziłem dziennik, nie mając nic do powiedzenia. Nie podobała mi się ta forma, dziennik mącił wizję. Wolałem dystans i selekcję pamięci. Teraz przychodzi mi do głowy porównanie z Ibsenem, który - wtedy jeszcze bardziej poeta niż dramaturg - walczył z sobą, prowadząc dziennik swojej podróży na otwarcie Kanału Sueskiego w 1869 roku. Doniosłe dni, wspaniałe widoki, można powiedzieć stworzone dla dziennika, ale Ibsena musiało męczyć, że pozostaje na zewnątrz, że widzi jedynie to, co na wierzchu, i po prostu rzucił pisanie. Tak samo ja w Bombaju załamałem się, odłożyłem swój zimny dziennik i rozejrzałem się, jak by tu inaczej wystartować.
W recepcji hotelu wisiała wielka tablica reklamująca usługi rezydującego lub "domowego" wróża; w ciągu tych czterech dni wiele razy kusiło mnie, żeby do niego pójść i dać sobie powróżyć, czy napiszę tę książkę, czy nie. Nie musiałem tego robić. Człowiek lęka się bardziej, niż można podejrzewać. Książka się rozpoczęła, napisałem pierwszą linijkę: "Bombaj to tłum" - i od tego momentu samo poleciało.
Idee są abstrakcyjne. Stają się książkami dopiero wówczas, gdy je ubrać w ludzi i narrację. Czytelnik, który zacznie czytać tę książkę i wyjdzie poza jej pierwsze stronice, znajdzie się w podwójnej opowieści. Mamy tu bezpośrednią narrację osoby, z którą się zapoznajemy, oraz szerszą zewnętrzną narrację, ogarniającą wszystkie rozmaite części książki. Niczego nie pozostawiłem przypadkowi. Poważna podróż jest sztuką, nawet jeśli się nie myśli o pisaniu, a specjalną sztuką przy pisaniu tej książki było odgadywanie, kto spośród wielu ludzi, których spotykam, najlepiej i najlogiczniej popchnie moją opowieść naprzód, ponieważ niczego nie wolno robić na siłę.
Byłem uzależniony od miejscowych, którzy mnie wprowadzali, i nie zawsze było łatwo im wytłumaczyć, czego szukam. Wiele osób, nawykłych do dziennikarskiego podejścia, sądziło, że szukam "rzeczników" rozmaitych interesów. Tymczasem ja szukałem czegoś głębszego i mniej natrętnego: cudzego żywego doświadczenia (jeśli wolno się tak wyrazić), które oświetliłoby jakiś aspekt, jakiś nowy zwrot w nieustającym dostosowywaniu się starego kraju do nowych myśli, nowej polityki, nowego wyobrażenia o biznesie. Toteż w tej książce jedno doświadczenie wyrasta z drugiego, tematy wynikają z siebie nawzajem.
Szczęśliwa okazała się również decyzja podjęta przeze mnie z niejasnych powodów pewnego dnia w Taj Mahal Hotel w Bombaju, że zrobię coś, co dla religijnych hindusów jest niepomyślne, mianowicie ruszę w podróż po Indiach w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Gdybym wybrał inną drogę, na północ, do Delhi, Kalkuty i Pendżabu, zbyt szybko doszedłbym do mięsa książki, pozostawiając resztę kraju w zawieszeniu, w stanie swego rodzaju wyciszenia. To, że pojechałem najpierw na południe, pozwoliło mi w niebanalny sposób zmierzyć się z takimi ważnymi sprawami jak wpływ warny i kasty na rozwój indyjskiej nauki, mało znana stuletnia wojna kast na południu, wywłaszczenie braminów. Mogłem o tym opowiedzieć, żeby przygotować czytelnika (i pisarza) na wstrząsy na północy kraju: Brytyjczyków w Kalkucie, Lakhnau i Delhi - całą historię ubiegłego wieku, leżącą tuż pod obecną.
Często pytano mnie o moją metodę robienia notatek w czasie podróży. Nie używam dyktafonu, posługuję się wyłącznie piórem i notesem. Ponieważ nigdy nie byłem pewien, czy osoba, którą spotykam, okaże się użyteczna, na początku bardzo często wiele zależało od zwykłej rozmowy. Nigdy nikogo nie przestraszyłem, wyciągając notes. Jeśli uważałem, że słucham czegoś, co mi jest potrzebne, mówiłem tej osobie, że chciałbym kiedyś później zapisać jej słowa. I kiedyś później prosiłem tę osobę, żeby powtórzyła, co powiedziała, a co już mniej więcej wiedziałem. Zapisywałem to wszystko ręcznie, dodając uwagi o miejscu, rozmówcy i moich pytaniach. Nieodmiennie było tak, że rozmówca, widząc, że wszystko notuję, za drugim razem mówił wolniej i z namysłem, a mimo to jego słowa miały rytm normalnej wypowiedzi. Przez godzinę można było zrobić nieprawdopodobnie dużo. Niczego nie zmieniałem, nie wygładzałem.
Ambitne i trudne książki nie zawsze odnoszą sukces. Muszę jednak powiedzieć, że ta miała w Anglii trzydzieści pięć wydań. Nie mogę się nadziwić, że tak mi się poszczęściło.
Bombaj to tłum. Ale tego ranka w drodze z lotniska do miasta pomyślałem sobie, że tłum na chodnikach i na szosie jest naprawdę nieprzeliczony i że chyba dzieje się coś niezwykłego.
Z powodu tej ciżby samochody jechały bardzo wolno, a gdy na pewnych skrzyżowaniach zatrzymywały je światła lub policjanci, lub jedno i drugie, na chodnikach roiło się jeszcze bardziej i na jezdnię wylewał się ludzki potok, tryskający pianą jasnych, lekkich ubiorów, tak iż miało się wrażenie, że otworzyła się jakaś niewidzialna śluza i że jeśli się jej nie zamknie, to potok pieszych rozleje się wszędzie, a zdezelowane czerwone autobusy i żółto-czarne taksówki utkną unieruchomione w środku ludzkiego wiru.
W taksówce były ze mną spaliny, skwar i wrzawa. Słońce paliło, nie miałem czym oddychać, brud autobusowych wyziewów kleił się do skóry. Ludzie na szosie i chodnikach musieli odczuwać to jeszcze dotkliwiej, ale wielu z nich wyglądało, jakby dopiero co wzięło kąpiel; mieli świeże ślady po pudźy na czole i wydawało się, że włożyli na siebie najlepsze ubrania. Być może bombajczycy obchodzili jakieś ważne święto.
Zapytałem kierowcę, czy to dzień wolny od pracy. Nie zrozumiał pytania, więc dałem spokój.
Bombaj nadal definiował sam siebie: bombajskie mieszkania po obu stronach drogi, betonowe budynki na wyższych piętrach pokryte pleśnią wskutek bombajskiego klimatu - przesadnego słońca, przesadnego deszczu, przesadnego gorąca; na niższych piętrach poczerniałe, jakby pobrudzone przez tłum na poziomie chodnika; ten ludzki brud zdawał się piąć na spotkanie pleśni, pozostawiając po drodze kolejne ślady, niczym przypływ morza.
Sklepy, nawet te małe, obskurne, ozdobione wielkimi jaskrawymi szyldami, wielobarwnymi, pomysłowymi, starannie wykonanymi przez ludzi mających wyczucie pisma, zarówno łacińskiego, jak i sanskrytu (albo dewanagari). Przed tymi sklepami i pod tymi szyldami często tylko brudna ziemia i od czasu do czasu jacyś przygnębieni ciemnoskórzy ludzie, którzy siedząc na tej brudnej ziemi, jedli, obojętni na wszystko poza jedzeniem.
Na billboardach wielkie plakaty filmowe, takie same mniejsze na latarniach. Człowiekowi, który jak ja właśnie przyjechał, trudno było znaleźć związek między obiecywaną przez plakaty romantyczną historią a ludźmi siedzącymi na ziemi. Jeszcze trudniej było usytuować anglojęzyczne reklamy banków, linii lotniczych i stupięćdziesięciolecia "Times of India" ("Dobre Czasy, Smutne Czasy, Zmienne Czasy"); cudzoziemcowi, który dopiero co wylądował po nocnym locie, miasto sugerowane przez te reklamy wydawało się jakimś niemal niewyobrażalnym destylatem - specjalnym bogatym likierem - ludzkości, którą tu widział.
Tłum ciągnął się dalej. I nagle zobaczyłem, że duża część tłumu to długi ogonek czy kolejka ludzi stojących po trzy osoby, cztery, pięć w rzędzie na przeciwległym chodniku. Do kolejki wciąż ktoś dołączał i choć wydawało się, że miejscami stoi bez ruchu, to jednak bardzo powoli posuwała się do przodu. Uprzytomniłem sobie, że jadę wzdłuż niej już od jakiegoś czasu - ciągnęła się może przez półtora kilometra. Na skrzyżowaniach kolejka się przerywała - policjanci w mundurach khaki dbali, żeby nie tarasowała wjazdu z bocznych ulic.
Na co ci ludzie czekali? Jaką mieli szansę dostać to, czego chcieli? Wydawali się spokojni i zadowoleni, nawet w słońcu i mimo brunatnego dymu spalin. Byli porządnie ubrani w proste indyjskie stroje. Ludzie dołączający do kolejki podbiegali niemal truchtem, po czym stali spokojnie; wyglądali, jakby byli przygotowani na długie czekanie. Przegapiłem początek kolejki, więc nie wiedziałem, co się tam znajdowało. Cyrk? Chyba mignęły mi jakieś plakaty cyrkowe gdzieś wcześniej przy drodze. Publiczny występ gwiazd filmowych? Ale ludzie w kolejce nie okazywali tego rodzaju podniecenia. Byli mali, ciemnoskórzy, cierpliwi, poważni, odświętnie ubrani; przypomniało mi się nagle, że gdzieś wcześniej widziałem w kolejce flagi i jakieś emblematy.
Kiedy przyjechałem do mojego hotelu w centrum Bombaju, zapewniono mnie, że nie ma dzisiaj żadnego święta. I choć tłum na ulicach wydawał się bardzo gęsty, a kolejka bardzo widoczna, więc gazety powinny coś o tym pisać, ludzie z hotelu, których o to pytałem, nie umieli powiedzieć, po co ta kolejka stała. To, co dla tysięcy ludzi na peryferiach miasta było wielkim wydarzeniem, tutaj nie wywołało żadnego poruszenia.
Zadzwoniłem do znajomego pisarza. Tak samo jak ludzie z hotelu nic nie wiedział. W ogóle nie wyszedł jeszcze z domu, pisał materiał dla "Debonair". Zadzwonił do mnie później, kiedy skończył artykuł. Powiedział, że ma dwie teorie. Pierwsza była taka, że ludzie, których widziałem, stali w kolejce po książki telefoniczne. Jest problem z dostarczeniem nowych książek - Bombaj to Bombaj. Drugą teorię zawdzięczał swojej służącej, która przyszła po moim telefonie i powiedziała, że dzisiaj są urodziny Ambedkara, obchodzone uroczyście w dzielnicy, przez którą przejeżdżałem w drodze z lotniska.
Ambedkar to dawny wielki przywódca ludzi nazwanych kiedyś w Indiach niedotykalnymi. Był dla nich ważniejszy niż Mahatma Gandhi. Zaznał w swoim czasie zaszczytów i władzy; był ministrem prawa w pierwszym rządzie niepodległych Indii, jednym z autorów indyjskiej konstytucji, ale do końca pozostał rozgoryczony. To on zachęcił niedotykalnych - haridźanów, dzieci boże, jak ich nazywał Gandhi, a teraz dalitów, jak nazywali się sami - aby porzucili hinduizm, który uczynił z nich niewolników, i przeszli na buddyzm. Zmarł w 1956 roku, zanim jego myśl mogła się zmienić lub rozwinąć.
Żaden inny lider cieszący się porównywalnym autorytetem i estymą nie wyłonił się z kast, w których imieniu przemawiał Ambedkar. Pozostał ich przywódcą, człowiekiem, którego szanowali najbardziej, był dla nich niemal bogiem. Powiedziano mi, że w każdym dalickim domu jest fotografia Ambedkara. Widziałem ją wielokrotnie; dziwne, że nie wybrano lepszej. Ikona Ambedkara przypominała szare zdjęcie paszportowe powielone starym gazetowym sposobem - przywódca został zredukowany do kompozycji białych i czarnych plam, zastygł w obrazie z lat czterdziestych czy pięćdziesiątych: pulchny mężczyzna o rysach nie do zapamiętania, w studenckich okularach na nosie, w na poły kolonialnej powadze marynarki i krawata. Marynarka i krawat to raczej nieprawdopodobny święty obrazek w Indiach, ale tutaj to pasowało, bo przeciwstawiało się samodziałom i przepasce na biodra Mahatmy.
Pomysł z Ambedkarem wydawał się bardziej prawdopodobny niż ten z książkami telefonicznymi. Rzeczywiście, wśród stojących w kolejce panowała religijna cisza. Wyglądali jak ludzie zdobywający zasługę przez to, że spełniają swój obowiązek. Pomysł z Ambedkarem nadawał sens flagom i emblematom, które miałem w pamięci. Ludzie, których widziałem, oddawali cześć swojemu przywódcy, swojemu świętemu, swojemu bogu, a przez to również samym sobie.
Później tego dnia rozmawiałem z kimś z kierownictwa hotelu. Zapytał mnie o wrażenia z Bombaju. Kiedy wspomniałem o tłumie w związku z Ambedkarem, zatkało go. Nie wiedział, co powiedzieć. A potem z irytacją i niechęcią, przebijającymi przez grzeczność hotelarza, oświadczył:
- Ten kraj schodzi na psy.
To była jeszcze jedna nowa wersja tego, co słyszałem o Indiach wiele razy: Indie się zmieniły, to już nie ten sam spokojny, ustabilizowany kraj. W czasach ruchu wolnościowego działacze polityczni nosili na cześć Gandhiego samodział, znak ofiarności i służby, symbol jedności z biednymi. Teraz samodział polityków oznaczał władzę. Wraz z industrializacją i wzrostem gospodarczym ludzie zapomnieli o tym, co niegdyś czcili. Teraz szanowali już tylko pieniądze. Wielki wysiłek na rzecz rozwoju kraju przez trzy lub cztery dekady doprowadził tylko do jednego - korupcji i kryminalizacji polityki. Próbując się wznieść, Indie same się zniszczyły. Niczego już nie można było być pewnym, wszystko było płynne. Policjant, złodziej, polityk - te role stały się wymienne. A wraz z pieniędzmi - o których świadczyły paskudne, przeludnione bombajskie drapacze chmur - pojawił się na nowo dawno pogrzebany partykularyzm. Te niszczące, drugorzędne rodzaje lojalności - wobec regionu, kasty czy klanu - działały teraz na powierzchni indyjskiego życia.
Na przykład dalitowie. Gdyby nadal byli tylko haridźanami Mahatmy, dziećmi bożymi, ludźmi, dla których można zrobić coś dobrego, obiektami przelotnych uczuć i miłosierdzia, to z okazji takiego wydarzenia jak dzisiejsze poranne obchody urodzin Ambedkara nikomu nie przyszłoby do głowy, że świat się rozpada. Ale ci, których nazywano niegdyś haridźanami, zdobyli trochę pieniędzy, trochę wykształcenia, a wraz z tym zyskali poczucie przynależności do pewnej grupy i świadomość polityczną. Przestali być abstrakcją. Zaczęli robić coś dla siebie. Stali się ludźmi podkreślającymi swoją odrębność, tak jak podkreślały swoją bardziej uprzywilejowane grupy w Indiach.
Odrębność dalitów być może nie była w tym mieście najważniejsza. Tuż obok hotelu stały Wrota Indii. To był brytyjski pomnik: wysoki, wspaniały łuk, upamiętniający przybycie do Indii w 1911 roku króla-imperatora Jerzego V. Imperialne skojarzenia z łukiem zostały teraz wchłonięte przez poetycką ideę bramy, a wybrukowany teren wokół pomnika stał się popularnym miejscem popołudniowych spacerów. Po obu stronach umieszczono proste niewielkie tabliczki z jednym słowem wypisanym czarno na białym pismem dewanagari - wskazywały, że miasto nosi nazwę Mumbaj, nie Bombaj.
Te tabliczki świadczyły o wewnętrznej walce. Bombaj to kosmopolityczne miasto. Takie było od początku i tak się rozwijało, przyciągając ludzi z całego subkontynentu. Ale w niepodległych Indiach Bombaj znalazł się w stanie Maharasztra, a w połowie lat sześćdziesiątych zrodził się regionalny ruch Marathów. Żądali, aby Maharasztra należała do nich. Początkowo ruch był wrogo nastawiony głównie do biednych imigrantów z południa Indii, jednak niebawem inni ludzie też poczuli się zagrożeni. Ten ruch, znany jako Śiw Sena, Armia Śiwy, wziął nazwę od Śiwadźiego, siedemnastowiecznego wojownika, który stanął na czele Marathów. Gazety wypowiadały się na ten temat krytycznie, nazywały członków Seny faszystami. Ale ruch stale się rozwijał. Dwa lata temu zyskał kontrolę nad radą miejską Bombaju.
Siedzibą rady był gmach zbudowany za czasów brytyjskiego Bombaju w pewnym siebie stylu wiktoriańskiego gotyku. Szerokie, solidne schody z wiktoriańską metalową kratą pod wyślizganą drewnianą poręczą prowadziły do sali obrad, której ściany do połowy wysokości pokrywała wspaniała czerwonawobrązowa boazeria. Stoły i krzesła ustawiono w łukach i półkolach wokół fotela burmistrza. Krzesła radców obito zielonym materiałem, ale fotel burmistrza miał szafranową tapicerkę. Szafran to kolor hinduski, a tutaj był kolorem Śiw Seny. Szafranowa satyna wypełniała gotycki łuk pod galerią biegnącą wzdłuż jednej ze ścian. Na tle szafranowej satyny odcinało się popiersie Śiwadźiego w kolorze brązowym; nad popiersiem, na satynie, umieszczono okrągłą tarczę i skrzyżowane miecze, również brązowe.
Wysoko na ścianie z tyłu za fotelem burmistrza i ponad gotyckimi łukami (wyrastającymi z szarych marmurowych kolumn) wisiały portrety słynnych indyjskich burmistrzów Bombaju z czasów kolonialnych. Mężczyźni wyglądali dostojnie - nosili peruki albo czepki parsów, albo hinduskie lub muzułmańskie turbany. Godność tych mężczyzn i duma narodowa, z której ich godność wyrastała, były już tylko przeszłością.
Sala obrad wydawała się na swój sposób tak doskonała, tak pewna siebie, a jej architektoniczne detale tak przemyślane, że trudno było sobie wyobrazić, by zwykły szafran Seny mógł to wszystko zanegować. Przypomniała mi się chrześcijańska katedra w Nikozji na Cyprze, zdobyta przez muzułmanów, opróżniona z większości wyposażenia i obwieszona koranicznymi chorągwiami. Przypomnieli mi się Marathowie z XVII wieku, w próżni między mogołami i Brytyjczykami, zapędzający się na północ aż do Delhi, a na wschód aż do Bengalu i osadzający marackich władców na tronie w Tańdźawurze na dalekim południu.
Przybysz przyjeżdżający do Bombaju z lotniska może widzieć tylko małych ciemnoskórych ludzi w niezróżnicowanym tłumie, tylko kurz i wyziewy; może widzieć tylko nieład naprędce skleconych bud między blokami betonu, tylko pasożytnicze budki przyklejone do tych ruder, przy których wyrastają następne, jeszcze biedniejsze; może widzieć coś, co wydaje się nieskończoną małością ludzi. Ale tutaj, w sali obrad rady miejskiej, szafran i skrzyżowane miecze Seny były emblematami wojny i podboju.
A przez to walka o niepodległość wydawała się okresem przejściowym. Niepodległość przyszła do Indii jak swego rodzaju rewolucja; teraz w łonie tej rewolucji doszło do wielu innych buntów. Co było prawdą w Bombaju, było nią również w innych częściach Indii, w stanach Andhra, Tamilnad, Asam, Pendżab. W całych Indiach dziesiątki rodzajów partykularyzmu, zastygłych wskutek obcego jarzma albo biedy, albo braku możliwości, albo upodlenia, znów zaczęły wypływać na powierzchnię. I łatwo można zrozumieć, dlaczego ktoś taki jak mój hotelarz, który wyrósł z innym wyobrażeniem Indii i ich rozwoju, czuł się wyalienowany i zagrożony.
Sam doznałem podobnego uczucia wyobcowania, kiedy w 1962 roku pierwszy raz przyjechałem do Indii. Dla mnie to była bardzo specjalna podróż - byłem potomkiem zakontraktowanych indyjskich emigrantów z XIX wieku. Rekrutowano ich od lat sześćdziesiątych XIX wieku, głównie we wschodniej części Niziny Gangesu, po czym wysyłano ze składów w Kalkucie na pięcioletnie kontrakty na plantacje w rozmaitych częściach imperium brytyjskiego, a nawet gdzie indziej. Ludzie tacy jak moi przodkowie wyjeżdżali na wyspy Fidżi na Pacyfiku, na Mauritiusa na Oceanie Indyjskim, do Afryki Południowej, a także do niektórych posiadłości w Indiach Zachodnich, głównie do Gujany (Brytyjskiej i Holenderskiej) i Trynidadu. Jak obliczyłem, moi przodkowie przybyli do Trynidadu gdzieś w latach osiemdziesiątych XIX wieku.
Te zamorskie grupy Indusów były mieszane. Odtwarzali miniaturowe Indie, z hinduistami i muzułmanami, ludźmi z różnych kast. Byli w złej sytuacji, nie mieli przedstawicielstwa ani tradycji politycznej. Ich język i kultura izolowały ich od ludzi, wśród których się znaleźli; byli też izolowani od samych Indii (wiele tygodni parowcem od Trynidadu i Gujany). W tych bardzo szczególnych okolicznościach z biegiem lat zdobyli coś, czego nigdy nie zaznaliby w Indiach - poczucie przynależności do wspólnoty indyjskiej. To poczucie wspólnoty mogło brać górę nad poczuciem przynależności religijnej i kastowej.
Pod koniec ubiegłego wieku trzydziestoletni Gandhi - w tamtych czasach niemający jeszcze wyraźnych poglądów politycznych, historycznych czy literackich - odkrył tę ideę indyjskiej wspólnoty w Afryce Południowej i zaczął działać wśród tamtejszych indyjskich imigrantów. W ciągu piętnastoletniego pobytu w Afryce Południowej obudziło się w Gandhim przeczucie ogólnoindyjskiej misji religijno-politycznej.
Urodziłem się w 1932 roku, piętnaście lat przed ogłoszeniem niepodległości Indii. Dorastałem z dwoma wyobrażeniami tego kraju. Pierwsze - w które nie chciałem zbytnio wnikać - dotyczyło tego, jak wyglądało to miejsce, skąd przybyli moi przodkowie. Byliśmy rolnikami. Większość z nas w Trynidadzie nadal pracowała na kolonialnych plantacjach cukru i prawie wszyscy żyli w biedzie; wielu mieszkało w glinianych, krytych trzciną chatach. Emigracja do Nowego Świata wyrwała nas z odwiecznej bierności chłopskich Indii, staliśmy się ambitni, ale w kolonialnym i rolniczym Trynidadzie czasów kryzysu mało było okazji, żeby piąć się w górę. Z tą biedą wokół nas i poczuciem, że świat to więzienie (wszędzie zagradzały nam drogę bariery), Indie, skąd wyemigrowali moi przodkowie w poszukiwaniu lepszego losu, stały się w mojej wyobraźni jakimś przeraźliwym miejscem. To były moje prywatne, osobiste Indie, poza tymi Indiami, o których czytałem w książkach i gazetach. Te moje Indie czy też mój lęk związany z krajem, z którego przybyliśmy, przypominały neurozę.
Ale były i drugie Indie, które równoważyły pierwsze - Indie ruchu niepodległościowego, Indie wielkich nazwisk. A także Indie wielkiej cywilizacji i wielkiej klasycznej przeszłości. W naszej trudnej sytuacji te Indie były dla nas oparciem, pewnym aspektem naszej tożsamości, tożsamości zbiorowej, jaką zyskaliśmy i która w wielorasowym Trynidadzie stała się czymś w rodzaju tożsamości rasowej.
Z taką tożsamością przyjechałem do Indii po raz pierwszy. I kiedy się tam znalazłem, zrozumiałem, że w Indiach ona nic nie znaczy. Pojęcie wspólnoty indyjskiej - a w gruncie rzeczy kontynentalne wyobrażenie o naszej indyjskiej tożsamości - miało sens tylko w przypadku bardzo małej wspólnoty, mniejszości, w dodatku izolowanej. W wirze Indii, z ich setkami milionów ludzi, gdzie zagrożeniem były chaos i pustka, ta kontynentalna idea wcale nie podtrzymywała na duchu. Ludzie musieli się uczepić jakichś skromniejszych wyobrażeń o tym, kim i czym są; znajdowali stabilność w mniejszych zbiorowiskach - religijnych, klanowych, kastowych, rodzinnych.
Nie potrafiłem zrozumieć tych zbiorowisk. W Trynidadzie nie zapewniłyby mi żadnego oparcia, nie równoważyłyby tych Indii, które nosiłem w sobie jak neurozę, Indii nędzy i upodlenia, zbyt strasznych, by je sobie wyobrażać. Takie Indie znalazłem teraz, w 1962 roku, i uczepiwszy się swojej idei indyjskiej tożsamości, nie mogłem się z nimi pogodzić. Nędza indyjskich ulic i wsi była obrazą i groźbą, rozdrapywaniem mojej starej neurozy. Od tego rodzaju nędzy dzieliły mnie dwa pokolenia, ale czułem się jej bliższy niż większość spotkanych przeze mnie Indusów.
W 1962 roku, mimo planów pięcioletnich i powszechnych wyborów, mimo gadania o socjalizmie i szarym człowieku, spostrzegłem, że dla większości Indusów indyjska nędza nadal była pojęciem poetycznym, zachętą do litości i słodkiej melancholii, integralną częścią wyjątkowości tego kraju, jego gandhyjskim brakiem materializmu.
Redaktor tygodnika ekonomicznego, dobry i bezwzględnie uczciwy człowiek, z którym się zaprzyjaźniłem, powiedział mi w Bombaju, kiedy rozmawialiśmy o niedotykalnych:
- A widział pan, jak piękni bywają nasi niedotykalni?
Poświęcił życie sprawie Indii, częścią tej sprawy było polepszenie doli niedotykalnych; wyrażał się bardzo szlachetnie.
To był paradoks. Z powodu mojego kontynentalnego wyobrażenia o indyjskiej tożsamości i tego, jak mi ono szarpało nerwy, ciężko by mi było zrobić w Indiach coś dobrego. Kastowa czy grupowa stabilność, jaką mieli Indusi, ich bardziej skoncentrowane spojrzenie pozwalały im pracować i pozostać przy tym sobą; robili rzeczy skromne, wprowadzali raczej ulepszenia niż rewolucyjne zmiany - w warunkach, które innym wydawałyby się beznadziejne - jak mogłem się przekonać w ciągu wielu tygodni spędzonych na prowincji, obserwując młodych urzędników administracji państwowej.
Tak pracowało przez lata wiele tysięcy ludzi, nie mając przy tym poczucia osobistego dramatu... wielu milionów; w ciągu czterdziestu lat od zdobycia niepodległości złożyło się to na wielki narodowy wysiłek, którego wyniki stały się teraz widoczne. To, co nagle się uwidoczniło, było przygotowywane od dawna. Wzrost bogactwa okazał się oczywisty, tak samo jak nowa ufność niegdyś biednych ludzi. Jedną ze stron tej nowej ufności było uwolnienie nowych rodzajów partykularyzmu, nowych rodzajów tożsamości, tak samo krępujących dla Indusów jak dla mnie identyfikacja z kastą, klanem czy regionem w 1962 roku, gdy przyjechałem do Indii wyłącznie jako "Indus".
Ludzie zwani niegdyś niedotykalnymi stali w ciągnącej się przez blisko dwa kilometry kolejce, wzdłuż ruchliwej arterii, żeby oddać cześć swojemu od dawna nieżyjącemu świętemu, Ambedkarowi, który na swej ikonie nosił europejską marynarkę i krawat. Publiczne okazywanie dumy było nowe. Można by powiedzieć, że Gandhi i inni o to właśnie walczyli; można by powiedzieć, że jest to uzasadnienie ruchu wolnościowego. Ale też można by w tym dojrzeć zagrożenie dla stabilności, którą wielu Indusów uznawało za naturalną; i człowiek z klasy średniej mógł, w odruchu lęku, mieć poczucie, że kraj schodzi na psy.
Bombajska giełda prosperowała. Papu, dwudziestodziewięcioletni makler, przez ostatnie pięć lat zarobił więcej pieniędzy niż jego ojciec przez całe swoje aktywne życie. Ojciec Papu wyemigrował do Birmy w czasach, kiedy ten kraj był częścią brytyjskich Indii. Gdy Birma ogłosiła niepodległość i wycofała się z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, ojciec Papu, jak wszyscy Indusi, został stamtąd wydalony. W Indiach zaczął grać na giełdzie na własne konto. Uważnie studiował strony finansowe w gazetach i zarabiał na skromne życie.
- Na giełdzie - mówił Papu - jeśli siedem razy na dziesięć ci się uda, to dobrze sobie radzisz.
Jego ojciec, który nie miał studiów wyższych, dobrze sobie radził jak na swoje możliwości.
Lepiej wykształcony i działający ze znacznie większym rozmachem Papu dawał sobie radę świetnie, nawet jak na własne wymagania. Ostatnie pięć lat było jego zdaniem wyjątkowo dobre i czuł, że najbliższe dziesięć też będzie niekiepskie.
Ale zżerał go niepokój. Nie wiedział, do czego doprowadzi nowa agresywność indyjskiego biznesu, i nie był pewien, jak dalece potrafi się wpasować w nowy układ, zważywszy na swoje silne uczucia religijne. Zaczął się też obawiać czegoś, o czym jego ojciec nigdy nie myślał - dwudziestodziewięcioletni Papu żył w strachu przed rewolucją i anarchią. Częściowo był to strach o własny los, ale też wyraz religijnych niepokojów.
Papu pochodził z rodziny dźinistów. Dźinizm to stare, przedbuddyjskie odgałęzienie hinduizmu; jego wyznawcy dążą do tego, co uważają za absolutną czystość. Nie jedzą mięsa ani jaj, unikają odbierania życia. Każdego ranka muszą się wykąpać, włożyć ubranie bez szwów i pójść boso do świątyni, żeby się pomodlić. Jednocześnie słyną w Indiach ze smykałki do interesów.
Biuro Papu znajdowało się w dzielnicy giełdowej. Na poziomie ulicy niełatwo było przybyszowi z zewnątrz odróżnić tę część miasta od innych w centrum Bombaju. Hol wysokiego budynku, w którym mieściło się biuro Papu, odznaczał się typowo indyjską cechą: miało się wrażenie, że codziennie, w imię czystości, ktoś przeciera całe to miejsce brudnawą ścierką i - tak jak codziennie robi się świeży znak pastą sandałową na świętym obrazku - maże czarnym smarem metalową kratę rozsuwanych drzwi od wind. Każda winda miała numer niedbale wymalowany na tabliczce i przed każdą stała zygzakowata kolejka, tak że ludzie w holu tworzyli kwiecisty ornament.
Na piętrze, gdzie wysiedliśmy z windy, ściany również nosiły ślad brudnawej ścierki, ale w tym nowym holu, o wiele spokojniejszym, ludzie najwyraźniej nie obawiali się, tak jak ci na dole, że ktoś może ich zobaczyć albo że może się to komuś nie spodobać, i strzykali czerwoną od betelu śliną, czasem w kąt, czasem prosto przed siebie - wielkimi łukowatymi bryzgami po ścianach.
Po tym wstępie weszliśmy do biura: urzędnicy, biurka, biurowy sprzęt. Na ścianach oprawione w ramki kolorowe obrazki hinduskich bóstw, niektóre ozdobione girlandami. Papu urzędował w małym wewnętrznym pokoju. Ekrany komputerów połyskiwały na zielono. Na ścianie trzy wizerunki bogów zawieszone jeden obok drugiego. Na prawo bogini Durga dosiadająca tygrysa; nad szkłem spadająca girlanda nagietków.
Zapytałem Papu o Durgę. Nie odpowiedział wprost. Zaczął mówić o wierze dźinijskiej i o tym, jak się ona odnosi do tego, co robił w życiu.
- Nie mamy w sobie instynktu zabijania, a biznesmeni powinni go mieć - powiedział.
- Ale przecież dobrze sobie radzicie - odparłem.
- Jesteśmy handlowcami. - Dla niego to rozróżnienie było bardzo ważne. - Instynkt zabijania jest potrzebny w przemyśle, nie w handlu. I dlatego dźiniści nie zajmują się przemysłem. Jeśli przeprowadzam jakieś operacje giełdowe i nie jestem w stanie wyciągnąć od klienta należnych mi pieniędzy, to nie wynajmę jakiegoś bandziora, żeby je z niego wycisnąć. A tak się tutaj dzieje na przykład w przemyśle budowlanym; gdybym był budowlańcem, musiałbym mieć kontakty z mafią.
- Od dawna tak jest?
- W miastach to się szerzy coraz bardziej. Od 1975 roku, kiedy nastała pani Gandhi, wszyscy szefowie mafii rzucili szmugiel i zajęli się budownictwem. Na przykład "zachęcają" ludzi, żeby opuścili tereny, które można później wykorzystać pod budowę.
Wiele osób o tym mówiło. Na tym między innymi polegała kryminalizacja indyjskiego biznesu i polityki.
- To jest problem - powiedział Papu. - Nie wiem, jak długo to wszystko - pokazał własne biuro z komputerami i biuro na zewnątrz - potrwa. Na razie dobrze nam idzie. Jesteśmy wegetarianami, ale nie wiem, jak długo uda nam się utrzymać, nie wdając się w walkę.
To było dziwne - ten nacisk na wegetarianizm w tym kontekście. Ale wegetarianizm był podstawą jego wiary. W zamęcie, płynności i niepewności życia wegetarianizm, niezgoda na utratę czystości stanowiły wysepkę, przy której można się było zakotwiczyć. To ćwiczenie woli i cnoty ratowało człowieka przed innego rodzaju ekscesami, łącznie z tym "wdawaniem się w walkę".
Papu był średniego wzrostu. Wegetarianizm i sport (uprawiał, o dziwo, siatkówkę) dały mu zgrabną, smukłą sylwetkę. Był silny, choć bez widocznej muskulatury; dziwnie przypominał gładkie, marmurowe dźinijskie posągi. Spojrzenie miał pogodne, twarz kwadratową, wyrazistą, skórę gładką, bez skazy.
Uważał, że jeśli natura handlu się zmieni, jeżeli wkroczy do niego instynkt zabijania, dźiniści będą musieli walczyć albo zrezygnować. Porzucili przemysł budowlany. W Bombaju, tak samo jak w Delhi, porzucili te dziedziny handlu, które wymagały od nich noszenia przy sobie gotówki lub kosztowności.
Znów zaczął mówić o swojej wierze i kiedy wrócił - gdy uznał to za stosowne - do mojego wcześniejszego pytania o boginię Durgę, nie mówił o niej jako o bogini o pewnych specjalnych atrybutach, lecz po prostu jak o Bogu.
- Muszę myśleć o Bogu, ilekroć coś się dzieje. Na początku roku straciłem ojca. Zmarł na atak serca. W takiej chwili człowiek czuje, że istnieje jakiś czynnik zewnętrzny, wobec którego jest bezradny.
Teraz używam komputerów, tak jak to robią w krajach rozwiniętych. Chwilami mam poczucie, że mogę podbić rynek właśnie dlatego, że umiem przyswoić sobie ten rozwój. Ale gdy dzieje się coś takiego jak śmierć mojego ojca, to mam poczucie, że moja zaradność czy moja agresja są nic niewarte. Jestem maklerem. Przewiduję zmiany kursów, ruch cen. Ta praca to obsesja, jak pan wie. I nagle pojawia się to poczucie, że nie mogę przewidzieć własnego życia. W takich chwilach czuję, że gdzieś jest Bóg, i chcę wierzyć.
W zeszłym roku miałem to poczucie, ilekroć byłem podekscytowany albo bardzo smutny. Wcześniej, gdybym był podniecony, okazałbym to na zewnątrz. Mógłby pan to zobaczyć. Ale teraz wiem, że pod koniec dnia po euforii może się zdarzyć coś smutnego. Więc po co się ekscytować?
- Rozumiem, że takie myśli nachodzą ludzi starszych, ale pan nie jest stary.
- U nas na bombajskiej giełdzie mówimy: "Ile widziałeś Diwali?". Diwali to święto świateł. Znaczy to tyle, co: "Ile masz lat?". Mój przyjaciel, który jest właścicielem tej firmy, ma zaledwie trzydzieści lat i przez ostatnie pięć bardzo dobrze mu się powodziło. Przeszedł przez dwie kontrole podatkowe, raz był na wozie, raz pod wozem. W ciągu pięciu lat doświadczył tyle, ile mój ojciec przez całe życie. Dlatego mówimy, że nie chodzi o to, ile widziałeś Diwali, tylko o to, ile odpaliłeś petard. Dla mnie to jest prawda nie tylko w biznesie, ale i w życiu. Każdego ranka idę do świątyni. Modlę się głównie o to, bym potrafił kontrolować swoje uczucia.
- Uczucia żalu? - spytałem z myślą o jego ojcu.
Nie dosłyszał mnie. Sądził, że powiedziałem "uczucia żądzy", i odpowiedział:
- Żądzy i strachu. Uczucia nieodłączne od mojego biznesu. Idę do świątyni, składam ręce i czekam pięć minut.
- Do kogo pan się wtedy zwraca?
- Do tego, kogo uważam za kontrolera świata.
- Nie ma pan na myśli jakiegoś konkretnego bóstwa?
- Jeżeli zajmuje się pan biznesem, to nasuwa się panu obraz bogini Lakszmi. Albo obraz bogini Saraswati. Lakszmi to bogini bogactwa, Saraswati to bogini mądrości. A kiedy myślę o dzieciach w slumsach, to muszę myśleć o Bogu. I wtedy wydaje mi się, że jest jakieś specjalne łono, z którego się zrodziłem; i dlatego jestem teraz tutaj, a nie gdzie indziej. No więc dlaczego tu, a nie tam, w slumsach? Nigdzie w tej zorganizowanej wiedzy, jaką otrzymałem w szkole i na studiach, nie znajduję odpowiedzi na to pytanie. Odpowiedź brzmi: Bóg. Parę razy dziennie nachodzą mnie takie myśli.
- Czy pańskiego ojca też nachodziły?
- Mój ojciec do wszystkiego doszedł sam. Miał tylko maturę. Musiał się bardziej poświęcać pracy. W zasadzie człowiek myśli o tych sprawach, kiedy już zapewni sobie pożywienie i dach nad głową. Ojca na pewno nachodziły takie myśli, ale musiał przede wszystkim wypełniać swoje obowiązki wobec rodziny. Mnie się żyje trochę wygodniej niż jemu, kiedy był w moim wieku. I to też jest powód takich myśli.
- Czy człowiekowi może się powodzić w interesach bez pewnej dozy agresji?
- Agresja stwarza błędne koło. Dam panu przykład. Mamy tu faceta o nazwisku Ambani. Za parę lat będzie największym przemysłowcem w kraju. Ten facet naprawdę jest doskonałym przykładem tego, jak się odnosi sukces w Indiach. Jest dobrym administratorem i dobrym manipulatorem. To są dwie różne rzeczy. Administrator organizuje swój biznes, manipulator organizuje świat na zewnątrz. Ambani ma dar przewidywania i w gruncie rzeczy jest agresywny. Jeśli go porównać ze starymi przemysłowcami takimi jak Tata czy Birla, to wyprzedza ich o jedno pokolenie. Birla miał licencje. Założył fabryki, produkuje towary. Ten gość, Ambani, zrobił krok dalej. Prowadzi politykę na własny rachunek. Załóżmy, że widzi zapotrzebowanie na poliester. To się błyszczy i jest nie do zdarcia. Doskonały materiał dla Indii, gdzie ludzie nie mogą sobie pozwolić na zakup wielu ubrań. No więc zabiera się do poliestru i dba o to, żeby nikt inny się tym nie zajmował. Potem robi następny krok: wytwarza surowiec do produkcji poliestru. A wtedy chce, żeby inni ludzie zaczęli produkować poliester i kupowali od niego surowiec. Taka integracja wsteczna zapewni mu w przyszłości kontrolę nad całym przemysłem tekstylnym w Indiach. Poliester będzie największym rynkiem.
Gdybym chciał rozwinąć jakikolwiek biznes w Indiach, musiałbym robić coś takiego. Coś w tym rodzaju.
Ale jest i druga strona medalu. Mamy tu taką firmę Bajaj. Drugi na świecie producent skuterów. Trzy lata temu, kiedy Japończycy weszli do Indii, wszyscy myśleli, że Bajaj niebawem padnie. Otóż Bajaj nie tylko trwa, ale rozwija się znacznie szybciej niż oni wszyscy razem wzięci. Facet ma dyplom Harvardu, ale to konwencjonalna rodzina, z całą indyjską kulturą i tradycjami. Musieli zapłacić dziewięćdziesiąt siedem procent podatku od dochodów i osiemdziesiąt procent taksy za prawa spadkowe, ale i tak są dzisiaj potentatami. Ich sukces pozwala mi wierzyć, że to nadal może tu działać.
Przez "to" rozumiał tradycyjny indyjski sposób postępowania, pasujący do "całej indyjskiej kultury i tradycji".
- Istotne jest tutaj pańskie pytanie, jak odnieść sukces bez agresji - powiedział Papu. - Rzecz polega na dyscyplinie. Nie uważam, by moi znajomi niewegetarianie mieli taką siłę woli, dyscyplinę i charakter jak wegetarianie. Kiedy przeszliśmy na wegetarianizm, wcale nie myśleliśmy o tych sprawach. Ale teraz, patrząc wstecz, stwierdzamy, że niewegetarianie mają problem.
Papu zaplanował swoją przyszłość. Miał zamiar pracować jeszcze przez dziesięć lat, żeby wykorzystać swoje biznesowe zdolności. Przez te dziesięć lat chciał zarobić dość pieniędzy, by mu ich starczyło do końca życia. A potem zamierzał poświęcić się pracy społecznej. Miał jednak wątpliwości co do tego planu. Nie był pewien, czy rezygnacja z pracy jest rzeczą rozsądną i skuteczną. Jeżeli osobiście pójdzie w lud i będzie pracował społecznie, to czy nie zmarnuje swoich wrodzonych predyspozycji? Czy nie lepiej przysłuży się sprawie społecznej, jeśli nadal będzie się zajmował biznesem, a zyski - które będą rosnąć - przeznaczy na cele społeczne?
Te myśli nie dawały mu spokoju. Nie był pewien swoich głębokich motywacji i to go niepokoiło jeszcze bardziej. Uważał, że przy tym trybie życia, jaki obecnie prowadzi, jego troska o los biednych jest tylko hipokryzją.
- Skoro mówię, że powinienem się zająć pracą społeczną, to dlaczego siedzę tutaj w tym klimatyzowanym biurze? Gdyby moje uczucia były szczere, pracowałbym teraz w slumsach. Być może do czterdziestego roku życia będę zmuszony żyć jak hipokryta. Ale potem będę robił, co chcę. Dzisiaj to, co włożyłem, zwraca mi się z nawiązką. I dlatego mam poczucie, że powinienem jeszcze bardziej przykładać się do pracy. Uważam, że nie mam prawa do tych luksusów.
Wcześniejsze pokolenie dźinistów, kiedy myślało o pracy społecznej, zwykle budowało marmurowe świątynie. Nie wydaje nam się to słuszne, może dlatego, że już jest tak wiele świątyń. Myślimy raczej o szpitalach i sierocińcach. Nasze pokolenie bardziej troszczy się o pracę społeczną niż o religię.
- Czy nędza Indii rzeczywiście tak panu doskwiera, jak pan mówi?
- Jestem pewien, że wybuchnie rewolucja. W tym lub następnym pokoleniu. Taka nierówność dochodów nie może trwać. Ciarki mnie przechodzą, kiedy o tym myślę. Jestem absolutnie przekonany, że duch indyjski jest religijny, fatalistyczny. Mimo wykształcenia, jakie odebrałem, nadal uważam, że mój los jest przesądzony, cokolwiek bym robił. Dlatego nigdy nie mieliśmy rewolucji. Ale teraz, wraz z narastającą frustracją, nawet jeśli ludzie są religijni, rewolucja wybuchnie. Miarka się przebrała.
- Jaką formę przybierze rewolucja, pańskim zdaniem?
- Nie będzie żadnej formy. Totalny chaos.
Dla niektórych, na przykład dla ludzi z Śiw Seny, rewolucja już się rozpoczęła. Nikhil, nowo poznany przeze mnie młody dziennikarz pracujący dla pewnego czasopisma, zabrał mnie w niedzielę na spotkanie z "szefem sekcji" Seny na przemysłowym przedmieściu Thane. Sena ma w Thane czterdzieści sekcji - czterdzieści na jednym przedmieściu - a każda sekcja ma szefa takiego jak pan Patil, z którym mieliśmy się spotkać.
Thane znajdowała się o godzinę drogi pociągiem z centrum Bombaju na północ. Szerokie, przestronne, prymitywne wagony, przystosowane do ciężkich warunków jazdy z przedmieścia do miasta, żadnych ozdób, gołe metalowe słupki, rygle, półki. W każdym wagonie dobrze widoczna metalowa tabliczka z nazwiskiem konstruktorów: Jessop and Co., Kalkuta, niegdyś spółka brytyjska, teraz indyjska.
Mijaliśmy brudne, zżarte przez grzyb bloki mieszkalne; moczary i ścieki; brunatne poletka; kurz i dzieciarnię; i cały czas chałupy oraz przylegające do nich schronienia z dachami ze szmat, do których budowy chałupy zachęcały, bo każda istniejąca chałupa, szałas czy budka dawały nowym przybyszom jedną gotową ścianę, a ludzie bez ustanku przypływali fala za falą do Bombaju, czasem unicestwiając w jedną noc wieloletnie wysiłki w celu renowacji zabudowy. Ruch Śiw Sena początkowo walczył o Maharasztrę dla Marathów i prowadził kampanię przeciwko imigracji do Bombaju ludzi z innych stanów. To, cośmy widzieli z pociągu, wystarczająco wyjaśniało dlaczego.
Nawet w Thane, znajdującej się o godzinę drogi od miasta, miało się wrażenie, że przestrzeń życiowa nadal jest ogromnie cenna. Na ulicy dzielnicy robotniczej w pobliżu dworca - zaraz za jaskrawymi straganami z owocami, tanimi zegarkami albo z niedzielną rupieciarnią i błyszczącą jarmarczną tandetą - zwykłe mieszkanie mogło kosztować dwa i pół lakha rupii, czyli dwieście pięćdziesiąt tysięcy rupii, około dziesięciu tysięcy funtów.
Do domu pana Patila wchodziło się od tej ulicy przejściem między dwoma jednopiętrowymi domami. Pan Patil zajmował piętro starego domu po prawej; dom po lewej, wciąż jeszcze w budowie i w zaskakującym stylu architektonicznym, zapowiadał się imponująco. Podwórko na końcu przejścia przypominało podwórka w dawnym Port-of-Spain, z bujnym życiem na dworze, choć przybudówki z kruszącej się cegły, przyklejone do muru w głębi, świadczyły o ciasnocie takiej jak w Bombaju i o obecności ludzi, którzy muszą się zadowolić bardzo małą powierzchnią.
Na parceli czy podwórku po drugiej stronie muru w głębi, stosunkowo blisko niego, stał podniszczony betonowy szkielet projektowanego budynku większych rozmiarów; wyglądało to tak, jakby zarzucono budowę. Gdyby ten budynek został ukończony, pozbawiłby światła podwórko pana Patila; ludzie z podwórka poczuliby się osaczeni. Ale teraz, dzięki temu otwarciu w głębi, na podwórku pana Patila nie miało się, o dziwo, poczucia przytłoczenia, pomimo że ludzi był tłum i panował ogólny harmider - masa rozproszonych odgłosów, masa rozmaitych zdarzeń zlewały się w jedno, tworząc coś jakby szum morza.
Na piętro pana Patila prowadziły strome (oszczędność miejsca), wymagające ostrożności drewniane schody. Miały ciekawą konstrukcję - każda gruba deska stopnia była połączona wpustowo z bocznymi belkami. Na balkoniku czy galeryjce na piętrze stały pozostawione pod drzwiami buty i kapcie, ale nas nie poproszono, abyśmy zdjęli obuwie.
W pokoju był już jeden gość, który przyszedł przed nami. Obok pana Patila siedział w fotelu inspektor policji w mundurze khaki. On także nie zdjął butów, a były wspaniałe, z pewnością należały do niego, nie stanowiły części umundurowania. Sięgające do kostki, z miękkiej skóry koloru byczej krwi, ozdobione eleganckim ząbkowaniem i szwami.
Inspektor miał około czterdziestu lat. Był poważny i pełen szacunku, ale też wymagał szacunku dla siebie. Pan Patil marszczył brwi; można to było odczytać jako przejaw jego autorytetu. Był niskiego wzrostu, młody, pod trzydziestkę, zaczynał tyć. Siedział w taki sposób, że widać było jego pokaźny brzuszek. Brzuszek wydawał się nowy, jakby jego właściciel jeszcze się do niego nie przyzwyczaił, podobnie jak do pulchnych ud rozpychających spodnie. Miał bose stopy. Taki panował zwyczaj, ale oznaczało to także jego uprzywilejowaną pozycję - lokalny dygnitarz przyjmujący u siebie w domu.
Inspektor policji przyszedł tu w niedzielny poranek prosić Senę o pomoc w rozwiązaniu problemu "nękania Ewy". Seksualne nękanie kobiet w miejscach publicznych, często cichcem, czasem zupełnie otwarcie, było problemem w całych Indiach. Konkretny incydent, który zaniepokoił inspektora, sprowokował starcie dwóch grup z dzielnicy. W takim ścisku i wymuszonej bliskości nie trzeba wiele, żeby poniosły nerwy; łatwo o kłopoty.
Salon był pomalowany na różowo, z posadzką z lastryko. Swoim umeblowaniem i wystrojem przypominał, wyjąwszy ówczesne detale, znane mi z dzieciństwa pokoje w Trynidadzie, pokoje ludzi, którzy zaczynali czuć, że im się powodzi, i nabierali do siebie szacunku. Telewizor Sony z magnetowidem. Na telewizorze koronkowy obrusik, na którym siedziała lalka. Na różowych ścianach plastikowe gałązki hibiskusa wetknięte w kawałki plastikowej siatki. W jednym kącie pokoju podwójne łóżko z dwoma symetrycznie i prostopadle do siebie ułożonymi spłowiałymi różowymi wałkami; wiszące na jakimś haku ubrania pana Patila.
Matka pana Patila siedziała na posadzce w otwartych drzwiach po lewej. Tam zapewne znajdowała się kuchnia. Wydawało mi się, że dolatuje stamtąd zapach smażonej ryby, ale może się myliłem. Być może Patilowie nie jadali ryb; w Indiach takie szczegóły mają znaczenie i mogą się wiązać z poważnymi kastowymi sprawami. W każdym razie czuć było kuchenne zapachy; znęciły rudego, pręgowanego jak tygrys kotka, który podczas rozmowy inspektora policji z panem Patilem przebiegł przez salon aż do otwartych drzwi, gdzie siedziała matka pana Patila. Ten kot mnie zaskoczył - myślałem, że Indusi nie lubią kotów. To był kot indyjski - chuda szyja i łapy, tylko brzuch zaokrąglony, bardziej kościsty i wygłodzony niż pucułowate angielskie koty.
Matka pana Patila miała na sobie sari w czerwono-różowy wzorek, zawiązane tak, że każdą nogę owijało osobno. Była bardzo niska, miała bujne, obwisłe, zmęczone ciało i nosiła okulary z grubymi szkłami. Siedziała w drzwiach, żeby cieszyć się z towarzystwa w niedzielny poranek, choć po jej zachowaniu było widać, że nie ma zamiaru wkraczać w poważne sprawy, jakimi może się zajmować jej syn.
Surowy i budzący respekt oficer policji w końcu wstał. Powiedział, że się cieszy, że pan Patil tak dobrze go rozumie. Obie grupy zamieszane w "nękanie Ewy" mają wystarczająco dużo zwolenników, żeby wywołać prawdziwe rozruchy w mieście, a w takich przypadkach policja musi próbować pogodzić adwersarzy. Po tym wyszedł; słyszeliśmy, jak lekko zbiega w swoich butach po stromych schodach.
Pan Patil jeszcze mocniej zmarszczył brwi, zacisnął usta i czekał, co mam mu do powiedzenia. Nie mówił po angielsku, znał tylko marathi. Nikhil służył mi za tłumacza. Powiedziałem, że najpierw chcę się czegoś dowiedzieć o dzielnicy i bliskich pana Patila.
Jego rodzina spędziła całe życie właśnie tutaj, w tej dzielnicy. Ojciec przez czterdzieści lat pracował w narzędziowni pewnej fabryki w centrum Bombaju. Co produkowała ta fabryka? Tego ani pan Patil, ani jego matka nie wiedzieli. Obecnie fabryka przestała działać, skończyło się. Ale ważne było to, że ojciec miał stałą pracę, dzięki czemu jego dzieci nie zaznały biedy. Jako rodzina doświadczyli biedy dopiero wówczas, gdy ojciec zmarł - w 1975 roku. W Indiach nie funkcjonowało nic takiego jak emerytura.
Pan Patil miał bardzo ciemną, kwadratową twarz. Nosił wąsy. Jego włosy zaczynały się przerzedzać.
Po śmierci ojca poszedł do pracy. Znalazł zajęcie w dziale opakowań fabryki produkującej tranzystory. O tym, że jest tam wolne miejsce, powiedziała mu kuzynka, która pracowała w tej fabryce; zresztą nadal tam pracuje. Niewiele zarabiał przy pakowaniu - trzysta rupii miesięcznie, pracując osiem godzin dziennie. Nie lubił swojej pracy, ale lepsza taka niż żadna. W fabryce poznał masę ludzi, z wieloma nadal się widuje.
Nigdy nie uważał siebie ani swojej rodziny za biedaków. Nigdy się nie zastanawiał, czy jest bogaty, czy biedny. Zawsze uważał, że należy do klasy średniej - używał tego wyrażenia w takim sensie, jaki ma ono w Indiach. W tym, co mówił, pobrzmiewało echo słów Papu, maklera dźinisty: mężczyzna musi się najpierw zatroszczyć o pożywienie i dach nad głową, nim zainteresuje się innymi sprawami. Tak jak to było z Papu, sukces rozbudził w panu Patilu zainteresowania społeczne, których jego bardziej znękany ojciec nigdy nie miał, więc choć Śiw Sena mówi o ciężkiej doli Marathów, to taka myśl może przyjść ludziom do głowy dopiero wtedy, kiedy się wydobędą z zupełnego ubóstwa.
Jak się zrodziła w panu Patilu ambicja, skoro dorastał w takim miejscu? Czy był ambitny w dzieciństwie? Był. Chciał się stać sławny. Nie sławny z jakiegoś konkretnego powodu, tylko po prostu sławny. Kiedyś myślał, że mógłby zostać słynnym graczem w krykieta. Ale teraz nie żywi już takich ambicji, mierzy niżej. Chce po prostu robić to, czego oczekuje od niego najwyższy partyjny przywódca.
Miał dziesięć lat, kiedy pierwszy raz zobaczył szefa. To było tutaj, w tej dzielnicy. Chyba w 1969 albo 1970 roku. Pewnego dnia zobaczył plakat zapowiadający wizytę szefa. Do tego czasu nigdy o nim nie słyszał: ruch Sena liczył tylko trzy lata, a szef nie był jeszcze tak sławny, jak stał się później. Niemniej pan Patil zauważył plakat informujący o jego wizycie. To się działo w czasie święta Ganapatiego. Od tego momentu w wypowiedziach pana Patila religia i polityka Seny zaczęły iść w parze.
Ganapati, Ganeśa, hinduski bóg-słoń, ze swoją długą przyjazną trąbą, błyszczącymi oczami i wielkim zadowolonym brzuchem, był w Maharasztrze uwielbiany. Rodzina Patilów uważała go za kogoś bardzo ważnego - mieli w domu obrazek z Ganapatim. Święto trwało dziewięć dni i każdego dnia odbywało się jakieś wielkie wydarzenie. Pan Patil jako chłopiec chodził na to wielkie wydarzenie przez wszystkie dziewięć dni i robił to co roku.
Powiedział mi:
- Wszystko, co mnie w życiu dobrego spotkało, zawdzięczam łasce Ganapatiego. W każdym miesiącu jest dzień poświęcony bogu Ganapatiemu. Jadę go wtedy uczcić do wielkiej świątyni Ganapatiego w Pali, sto dziesięć kilometrów stąd. - Nikhil tłumaczył jego słowa z marathi, podczas gdy matka (o dużo jaśniejszej skórze niż syn) potakiwała głową.
Na ścianie za telewizorem Sony wisiała kolorowa fotografia czy reprodukcja świętego wizerunku z Pali; wielkie jaskrawoczerwone brzuszysko boga nie wyglądało specjalnie dobrotliwie.
Spytałem, czy w rodzinie pana Patila zawsze uważano boga Ganapatiego za dobroczyńcę. Powiedział, że tak. A kiedy jemu po raz pierwszy Ganapati skojarzył się z czymś dobrym?
Podrapał się w przerzedzoną czuprynę. Pręgowany rudy kot (czy kotka) przycupnął teraz pod fotelem zajmowanym wcześniej przez inspektora i rozglądał się ostrożnie. Matka pana Patila, siedząca w drzwiach na posadzce z lastryko (to miejsce wydawało się zastrzeżone dla niej), podniosła głowę, jakby sama się zastanawiała, kiedy po raz pierwszy bóg obdarzył łaską jej syna; grube szkła okularów tworzyły świetlne krążki przed jej oczami.
Na ścianie nad łóżkiem z symetrycznie ułożonymi wałkami świeciła jarzeniówka; w Indiach używa się jarzeniówek, ponieważ są tanie. W tej ścianie były dwa okienka, w jednym żelazne pręty tkwiły pionowo, w drugim - dla urozmaicenia i stylu - poziomo. W obu okienkach wisiały takie same zasłony, każda przewiązana szarfą w dwóch miejscach.
W pokoiku o różowych ścianach naprawdę było co oglądać - wiele namysłu, wiele dumy. Stała tu szafa na ubrania, a także oszklona szafka czy gablotka z czarnego drewna, wysokości mniej więcej metra. Na gablotce wielka kolorowa świeca równoważyła lalkę na sony. Wśród przedmiotów ustawionych na półkach znajdowały się komplet kubków ze stali nierdzewnej oraz osiem porcelanowych filiżanek malowanych w kwiatki. Oszklona szafka i jej zawartość - wyjąwszy aluminiowe kubki - przypominały przedmioty znane mi z dzieciństwa. Tutaj wciąż trwały w swoistej pełni; wzruszyłem się na ich widok.
- Nie chodziłem do szkoły - powiedział pan Patil. - Włóczyłem się, grałem w krykieta. W końcu powiedziano mi, że mnie wyrzucą. Więc pomodliłem się do Ganapatiego. Miałem wtedy piętnaście czy szesnaście lat. Obiecałem bogu, że jeśli mnie nie wyrzucą ze szkoły, pójdę z pielgrzymką do Pali. No i mnie nie wyrzucili. Dyrektorka zmieniła zdanie. Wezwała mnie do siebie i oznajmiła, że tym razem daje mi tylko ostrzeżenie.
Zapamiętał to; pamiętał też o łaskawości Ganapatiego przy innych okazjach.
- Trzy lub cztery lata temu matka się rozchorowała. Wysokie ciśnienie. Poszła do szpitala. Dali jej tlen. Nie mogła mówić. Zaniosłem w ofierze do Pali do świątyni Ganapatiego girlandę i orzech kokosowy. Kiedy wróciłem do domu, matka czuła się o wiele lepiej.
Jego matka - siedząca w drzwiach nie wprost na ziemi, jak mi się wcześniej zdawało, tylko na cienkiej drewnianej płycie, może dwucentymetrowej - złożyła dłonie podczas przemowy swego syna i powiedziała mi, za pośrednictwem Nikhila, że składa ręce na znak wdzięczności dla Ganapatiego.
Nawet w narodzinach pana Patila dostrzegali jakąś łaskę i błogosławieństwo. To było w 1959 roku. W dzielnicy trwały zamieszki. Ludzie rzucali kamieniami. Złapanie taksówki okazało się niełatwe, ale ojciec znalazł taksówkarza, który zgodził się zawieźć panią Patil do szpitala. Samochód musiał przejechać pięć kilometrów pośród wzburzonego tłumu, ale szczęśliwie dotarł na miejsce, a gdy tylko przyjęto matkę do szpitala, pan Patil przyszedł na świat.
Matka i syn opowiedzieli tę historię na przemian. Matka, siedząca na podłodze, raz jeszcze złożyła dłonie, mówiąc, że Ganapati się nad nimi zlitował.
A potem, jakieś dwa lata temu, pan Patil przeszedł poważny kryzys. Kryzys dotyczył jego życia politycznego i trwał dziewięć dni. Dziewięć dni to bardzo długo, kiedy człowiek się męczy. Poszedł z pielgrzymką do Pali i ślubował Ganapatiemu, że jeśli wyjdzie z kryzysu, to ofiaruje mu sto jeden orzechów kokosowych.
Czy nie próbował go w ten sposób przekupić?
- Moja wiara wyrasta z rzeczywistości. Nie mam zwyczaju ofiarowywać stu jeden orzechów kokosowych i prosić, żebym został premierem Indii.
Czy wiara w Ganapatiego to coś, co tkwi w nim głęboko, co jest zawsze obecne? Czy po modlitwie rozglądał się za jakimś znakiem od boga?
Odpowiedział w przekładzie Nikhila:
- Nawet kiedy sprawy źle stoją, słyszę w środku głos. Przypuszczam, że można to nazwać wiarą w siebie. - Nikhil użył słowa w języku marathi, które przetłumaczył jako "wiara w siebie": atma-viśwas. To był największy dar od Ganapatiego.
- Jak pan zaniósł sto jeden orzechów kokosowych do świątyni? - spytałem.
- Można je kupić na miejscu.
Opowiedział mi więcej o święcie Ganapatiego. Co roku należy kupić nowy obrazek od wytwórcy obrazków. Trzymasz obrazek w domu, jak długo chcesz, ale pod koniec święta musisz go wyrzucić albo utopić. W ich rodzinie tradycyjnie trzymają obraz przez półtora dnia, potem niosą go do pobliskiego jeziora i topią. Jego matka przez całe życie miała ambicję przynieść obrazek Ganapatiego od wytwórcy obrazków do domu w towarzystwie małej orkiestry. Niedawno to życzenie wreszcie się spełniło. Jej drugi syn dostał bardzo dobrą pracę i rodzina wynajęła orkiestrę, żeby przynieść obraz do domu, a potem jeszcze raz, żeby go zanieść z domu nad jezioro.
Dzięki tym opowieściom o Ganapatim, świątyniach i pielgrzymkach, ślubach i ofiarach, zaczynałem rozumieć, jakie tajemnice kryje ziemia dla ludzi takich jak Patilowie, jak czasem ich dni rozświetla chwała, jakich doświadczają cudów. Ich świat był bogatszy, niż się wydawał. Thane to przemysłowe przedmieście, ale sama ta ziemia jest bardzo stara, ma swoją świętość, i ci sami ludzie mogli żyć całkiem naturalnie, odczuwając to, co się dzieje, na bardzo różne sposoby.
W czasie tego pomyślnego święta Ganapatiego - właśnie tu, w tej dzielnicy, na ulicach, którymi szedłem, widząc tylko to, co na powierzchni - pan Patil, wtedy dziesięcioletni, ujrzał plakat zapowiadający wizytę szefa Śiw Seny. Poszedł na zebranie, żeby mu się przyjrzeć. Szef wydawał wtedy własny tygodnik i znany był lepiej jako karykaturzysta. Powierzchowność szefa nie zrobiła wrażenia na młodym Patilu. Zobaczył chudego mężczyznę w okularach, w długim zapinanym na guziki płaszczu. Ale gdy tylko szef zabrał głos, krew w chłopcu zawrzała. Przemówienie trwało trzydzieści-trzydzieści pięć minut, a na końcu ludzie tacy jak młody Patil, w których krew wrzała na myśl o krzywdach, które muszą znosić rdzenni mieszkańcy Maharasztry, zaczęli wykrzykiwać swoje poparcie dla szefa.
- Czy nie był pan za młody, żeby zrozumieć to przemówienie o dyskryminacji?
- Nie. Często słyszałem, że muzułmanie i inni obcy krzywdzą Marathów. Słyszałem o tym w domu i na ulicy. Mój starszy brat mi o tym mówił.
- A ojciec?
- On się tym w ogóle nie interesował.
Ojciec nie miał takiego poczucia bezpieczeństwa jak jego synowie. Tak samo było z ojcem Papu.
I choć dziesięcioletni chłopiec przez długi czas nie słyszał żadnego wielkiego przemówienia Śiw Seny, to kiedy partia szukała ludzi do rozwieszania plakatów i transparentów, zaczął pomagać. Później, kiedy ojciec umarł, a on poszedł pracować w fabryce tranzystorów, wieczorami zaczął się udzielać politycznie na rzecz partii. Kontynuował pracę partyjną, kiedy znalazł nową robotę. Była związana z wysyłką siły roboczej do Dubaju i na Bliski Wschód. Zarabiał dziewięćset pięćdziesiąt rupii miesięcznie, zamiast trzystu, jak w fabryce tranzystorów. Przeprowadzał rozmowy z ludźmi.
Czy nie chciał sam pojechać na Bliski Wschód, żeby zarobić trochę grosza?
- Nie miałem matury, więc gdybym wyjechał, musiałbym wykonywać jakąś podrzędną pracę.
- Nie uważał pan, że jest coś złego w wysyłaniu ludzi stąd do krajów muzułmańskich?
- Nie wszyscy muzułmanie są wrogami.
Jego praca dla partii polegała wtedy na siedzeniu wieczorami w biurze Seny i wysłuchiwaniu skarg. Sena zawsze wierzyła w działalność społeczną. Wiele było do zrobienia w tej dziedzinie. Ludzie potrzebowali pomocy. Niektórzy mieli wodę tylko przez cztery godziny na dobę. W wielu budynkach woda nie dochodziła na piętra. Nawet po tym, jak został mianowany szefem sekcji Seny - co nastąpiło trzy lata temu - nadal zajmował się tego rodzaju pracą społeczną. Na przykład kiedy przyszliśmy, w kuchni jakaś kobieta rozmawiała z jego matką. Przyszła się poskarżyć w sprawie podłączenia do wodociągu. Zapłaciła komuś tysiąc rupii za podłączenie, a tymczasem nie ma ani podłączenia, ani wody. Szef sekcji musi się interesować problemami ludzi, to jest korzystne dla partii.
Czy krew nadal w nim wrze? Czy też się uspokoił, skoro Sena odniosła sukces, a on sam został szefem sekcji?
Krew nadal w nim wrzała.
- Dwadzieścia pięć kilometrów stąd jest taka miejscowość Bhiwandi. Gdy Indie przegrały mecz krykieta z Pakistanem, tamtejsi muzułmanie odpalali petardy na rynku. Kiedy byłem mały, nic nie mogłem na to poradzić. Ale teraz nie jestem w stanie tego znieść. Grupy muzułmanów z Bhiwandi przyjeżdżały tutaj do Thane. Tutejsi byli do nich tak źle nastawieni, że w 1982 roku doszło do rozruchów, włamali się do muzułmańskich sklepów i sprzedawali ludziom towary za bezcen. Sprzedawali ręczniki za dwie rupie. Obecnie muzułmanie znów otworzyli sklepy, ale żyją w strachu. Śiw Sena jest bardzo potężna. I wie pan co? Nawet muzułmanie dają datki na Śiw Senę.
Nikhil wtrącił od siebie:
- Przecież to wymuszenie, nie?
Pan Patil tak nie uważał.
Chciałem się dowiedzieć - pamiętając o jego kulcie Ganapatiego - co jest dla niego ważniejsze: religia czy polityka. W przekładzie Nikhila na marathi brzmiało to: dharma czy radźniti?
- Dharma - powiedział pan Patil. Religia. Ale nie miał na myśli swojej osobistej wiary w boga Ganapatiego. Wraz z sukcesem i wzrostem liczebności Seny jej idee także nabrały rozmachu. Religia, o której mówił pan Patil, oznaczała hinduizm. - Uknuto spisek, żeby zmieść hinduizm z powierzchni ziemi. - To był spisek muzułmański, dlatego utrzymanie hinduizmu stało się niezmiernie ważne.
W salonie pojawiły się dwa kolejne chude indyjskie koty czy kotki, jeden bury, drugi rudy, i spacerowały sobie, rozglądając się z ciekawością. Przyszli też jacyś znajomi czy krewni pana Patila, żeby posłuchać, co ma do powiedzenia swoim gościom.
Spytałem, czy da się utrzymać hinduizm, jeśli biznes i przemysł będą się rozwijać tak jak dotąd.
Nie widział w tym żadnej sprzeczności.
- Jeżeli chce się przetrwać, trzeba zarabiać pieniądze.
- To nie jest postawa Gandhiego.
- Gardzę Gandhim. Uważał, że należy nadstawić drugi policzek. Ja uważam, że jeśli ktoś cię policzkuje, musisz mieć siłę zapytać, dlaczego to robi, albo też go spoliczkować. Nienawidzę idei niesprzeciwiania się złu.
To było w zgodzie z jego dumą wojownika Maratha. Zastanawiałem się, co wie o historii Marathów. Jakie pojęcie o historii mieli ludzie w tej dzielnicy, na tych wąskich uliczkach? Czy pan Patil wiedział, kiedy urodził się i umarł Śiwadźi?
Wiedział.
- 1630-1680. Orientuję się. Śiwadźi uratował Marathów od rzezi. Ale potem zjawili się Anglicy i urządzili rzeź wszystkim innym.
Mogłem zrozumieć tutejsze głębsze poczucie wspólnoty, konflikt między hindusami a muzułmanami. Ale byłem ciekaw, jakie znaczenie ma przynależność do kasty w takiej jak tutaj strefie przemysłowej, gdzie ludzie mieszkali tuż obok siebie. Jakie były stosunki Seny z dalitami? Z tego, co zdążyłem zobaczyć, dalitowie również nabierali wiary w siebie, atma-viśwas, którą Ganapati obdarzył pana Patila. Czy to porusza w nim jakieś struny? Czy jego zainteresowanie hinduizmem nie obudziło w nim poczucia solidarności z nimi?
Był niewzruszony.
- Nie mamy z nimi konfliktów. Oni nie uważają się za Marathów czy hinduistów. Są buddystami.
Czy nie odeszli od hinduizmu z powodu przesądów kastowych? Czy nie ma dla nich współczucia? Kiedy był chłopcem, krew w nim zawrzała, gdy usłyszał, jak szef mówi o dyskryminacji Marathów. Czy nie sądzi, że dalitowie mają dobre powody, aby czuć to samo?
Nie sądził. Przywódcy dalitów i ci, których ludzie nazywają Dalickimi Panterami - naśladując Czarne Pantery ze Stanów - podsycają gniew dalitów z przyczyn politycznych.
- Nie mają powodu do gniewu. Nie cierpieli tak bardzo, jak twierdzą. A dzisiejsze organizacje dalitów są związane z muzułmanami.
Spytałem Nikhila, czy to prawda. Potwierdził.
- Oba te odłamy, dalitowie i muzułmanie, są wyobcowane. I ktoś wpadł na pomysł, że byłoby dobrze, gdyby się zjednoczyły.
Wyobcowanie - to wspólny temat. Pan Patil obecnie tryumfował, ale krew nadal w nim wrzała. Nawet teraz czuł, że jego grupa może się rozpaść i że inni tylko czekają, aby go stratować. Jak gdyby nikt na tych małych przeludnionych terenach nie czuł się naprawdę u siebie. Każdy miał poczucie, że drugi człowiek, druga grupa kpi sobie z niego; każdy żył w stanie oblężenia.
Przyszła pora na wyjście pana Patila do biura Seny. Pożegnaliśmy się z jego matką, a ona, nadal siedząc, podniosła głowę, z oczyma zagubionymi za koncentrycznymi kręgami grubych szkieł, i raz jeszcze złożyła dłonie. Wraz z kilkoma osobami, które przyszły posłuchać pana Patila, wyszliśmy z różowego pokoju na galeryjkę, mijając zostawione pod drzwiami buty i pantofle.
Najpierw poszliśmy na koniec galerii, żeby popatrzeć na widok z tyłu domu: ceglane budy przylegające do tylnej ściany, porzucony szkielet budynku na sąsiednim podwórku, ze sterczącymi z betonu pordzewiałymi żelaznymi prętami. Jeden z mężczyzn, którzy byli z nami, powiedział po angielsku: "nielegalne". A więc mimo widocznej anarchii całego otoczenia obowiązywały tu jakieś przepisy.
Zeszliśmy po stromych schodach do przejścia między dwoma domami i wyszliśmy na słońce na brukowaną ulicę. Parę kroków dalej po prawej mieściło się lokalne biuro Seny, królestwo pana Patila. Jeśli chodzi o strukturę, było to betonowe pudełko, jednoizbowa buda, ale na zewnątrz udekorowana tak, żeby sprawiać wrażenie twierdzy: zwieńczona uroczystymi, prymitywnymi blankami, ze ścianami pomalowanymi w sposób sugerujący bloki szarego kamienia z białymi spojeniami. W brudzie i kurzu rozwalonej ulicy wyglądało to dziwacznie, jak dekoracja teatralna albo jarmarczna buda. Ale miało przypominać o wojowniczej przeszłości Marathów. Ta przeszłość była realna, dzisiejsza siła i organizacja Seny były realne.
Nie poproszono nas o zdjęcie butów przed wejściem do salonu pana Patila, ale musieliśmy je zdjąć teraz, przed wejściem z ulicy do biura Seny. To miejsce, choć bardziej zakurzone niż salon, było jego prawdziwym sanktuarium. Wewnętrzne ściany pomalowano na niebiesko, podłogę wyłożono kamiennymi płytami - Marathowie są dobrymi kamieniarzami.
Przy ścianie w głębi stały biurko i fotel z wysokim oparciem, wyglądający jak tron. Gdy tylko weszliśmy do środka, pan Patil poszedł na nim zasiąść, jakby to należało do tutejszego rytuału. Przed biurkiem stało dziewięć składanych metalowych krzeseł; były przeznaczone dla gości i pomalowane na niebiesko tak jak ściany. Na tylnej ścianie nad fotelem pana Patila wisiał obraz z tygrysem - emblematem Seny. Jedynym poza tym obrazem na ścianie był wizerunek lidera Seny. Na biurku stało pomalowane na brązowo popiersie Śiwadźiego; drugie, takie samo, znajdowało się na piedestale w kącie pokoju naprzeciwko biurka. Popiersia były gipsowe, każde nosiło na czole świeże ślady pasty sandałowej, święty lub uświęcony znak. Obok drzwi stała duża ciemnozielona żelazna szafa, pokój oświetlała jarzeniówka. Jedyną ozdobę w tej celi stanowił zegar z kukułką - przypomnienie salonu pana Patila.
Biuro Seny było twierdzą, a w Thane mieściło się ich czterdzieści. Z jednej strony marsowe trompe l'oeil, z drugiej - coś aż nadto realnego. W dzielnicy stale toczyły się uliczne walki. Sena biła się z dalitami, zwłaszcza tymi, którzy nazywali siebie Dalickimi Panterami, oraz z pewnymi grupami zwolenników Kongresu. Bójki były poważne, czasem śmiertelne, na sztylety i ampułki z kwasem. Sena biła się także w obronie swoich członków przed kryminalistami i bandytami. Niektórzy członkowie mieli kramy, takie jak te, które widzieliśmy po drodze ze stacji; zawsze ktoś próbował wydusić z nich pieniądze.
Podczas rozmowy w biurze - pan Patil rozwalony w swoim fotelu z wysokim oparciem, ja z Nikhilem wychyleni do przodu na naszych niebieskich metalowych krzesłach (na krawędziach spod niebieskiej farby przezierała rdza) - z ulicy doszedł nas odgłos kroków. Brzmiało to tak, jakby coś się miało wydarzyć, jakieś małe zamieszanie. I ujrzeliśmy przechodzących w słońcu przed drzwiami młodych ludzi w kajdankach, związanych sznurem wyglądającym na nowy, przywiązanych tym sznurem ramię do ramienia. Szli w dwóch szeregach, prowadzeni czy eskortowani - bez krzyków, pośpiechu, brutalności - przez oddział policji w mundurach khaki.
- To jest niekonstytucyjne - powiedział Nikhil. - Nie można ot tak sobie zakuwać ludzi w kajdanki. Sąd Najwyższy wydał orzeczenie w tej sprawie.
Ubrania prowadzonych przez policję mężczyzn sprawiały wrażenie odświętnych - czyste eleganckie koszule, jedna w szerokie czarno-srebrne paski. Wszyscy byli bardzo młodzi, wszyscy szczupli, niektórzy wychudzeni.
Potrząsając głową, co u Indusów jest znakiem afirmacji, mężczyzna, który powiedział "nielegalne" o niedokończonej betonowej budowli za domem pana Patila, teraz znów jednym słowem wyjaśnił, co widzieliśmy: "bez".
Bez czego?
Bez biletu kolejowego - wszyscy dokoła mnie wiedzieli, każdy był gotów mnie oświecić.
Co pan Patil sądził o tym, co ujrzeliśmy?
Nie przejął się zbytnio.
- To się zdarza codziennie. Prowadzą ich do więzienia; posiedzą trzy, cztery dni. Niektórzy są biedni. Inni robią to dla draki.
Wyszliśmy z biura na ulicę. Policjanci i ich więźniowie już prawie zniknęli z pola widzenia. Małe zamieszanie się skończyło; życie ulicy toczyło się jak wcześniej.
W kanale (albo gorzej) przy jezdni zobaczyłem jakieś zwierzę prujące przez ciemną zielonobrązową wodę. Pies? Krowa? Jedna z tych małych indyjskich krów? Cielę? Trudno było dojrzeć ciemne stworzenie w ciemnej wodzie. Nagle na powierzchnię wychynął okrągły, płaski różowy ryj - świnia. I teraz, kiedy wzrok się przyzwyczaił, zobaczyłem też taplające się przed nią małe czarno-białe prosiaki; z daleka można było wziąć te nieregularne białe plamy w ciemnym kanale za światło albo pianę.
Mężczyzna, który powiedział "nielegalne" i "bez", teraz oznajmił: "dalickie świnie".
Co miał na myśli? Wielu Indusów, hinduistów i muzułmanów, uważa świnię za zwierzę nieczyste; wielu z trudem znosi sam jej widok. Czy dalitowie chcieli ich sprowokować, puszczając luzem świnie (które mało kto śmie dotknąć) na tak zatłoczonym terenie?
Nie o to chodziło.
Mężczyzna, który powiedział "dalickie świnie", wyjaśnił:
- Dalitowie jedzą je w niedzielę.
Tak więc świnie były nie tylko częścią dalickiej odrębności; jedzenie świń wiązało się z pewnym rytuałem.
- Oni też je sprzedają - dodał mężczyzna.
Trochę dalej w górę ulicy - którędy przeszli policjanci - grupka małych chłopców grała w krykieta wyślizganą, szarą, starą piłką tenisową. Twierdza Seny, związani sznurem szczupli młodzi mężczyźni w ładnych koszulach i kajdankach, krykiet, elegancka dżentelmeńska gra z drugiego końca świata - wszystko działo się tu bez osłonek. I jakże wiele innych rzeczy niewinnie wystawionych na widok - tuż pod powierzchnią kotłowały się ludzkie emocje i potrzeby, wyobrażenia tajemnicy i chwały.
Gdzieś w pobliżu Mohammed Ali Road w centrum Bombaju zobaczyłem na białej ścianie hasło wypisane wielkimi czarnymi literami: ISLAM WYZWOLI LUDZKOŚĆ.
Mohammed Ali Road ma swoją reputację. To główna arteria muzułmańskiej dzielnicy w centrum Bombaju. O dzielnicy mówiło się, że to "getto", pojawiała się w wiadomościach tak często i w tak niepokojącym kontekście, że ludzie byli skłonni opisywać ją językiem gazet - jako "zarzewie", "punkt zapalny", gdzie mogły wybuchnąć rozruchy, a gdy wybuchną, rozprzestrzenić się stamtąd jak pożar.
Potwornie zatłoczona, pełna wszelakich zapachów i hałasów. Czarnobrązowe spaliny samochodów używających paliwa fałszowanego naftą były w słońcu jak gorąca mgła. Dym palił skórę i drażnił płuca. Dokładał się do powszechnego przygnębienia, a widziane przez dym hasło o islamie było jak krzyk. Napisano je literami wysokości ściany, po angielsku. Nie było adresowane do ludzi z getta, lecz do tych z zewnątrz, na przykład do członków Śiw Seny, gdyby przyszło im do głowy narozrabiać.
Nikhil znał pewnego młodego człowieka, który mieszkał w rejonie Mohammed Ali Road. Miał na imię Anwar. Pewnego dnia, pod wieczór, Anwar, skończywszy pracę, wziął nas ze sobą, żebyśmy zobaczyli, gdzie mieszka. Miał drobną i kruchą budowę ciała, wydawał się dziedzicznie obciążony, ale kompensował to sobie żarliwą muzułmańską wiarą i był bardzo bojowy.
Wieczorem na Mohammed Ali Road pojazdy posuwały się niezwykle wolno. Sklepy i chodniki były tak samo zapchane jak jezdnia. Światła elektryczne sprawiały wrażenie sufitu lub sklepienia, wydawało się, że przygniatają wszystko, dokładając się wraz z gorącym dymem do poczucia zatłoczenia, zniszczenia, życia ekstremalnego. Hałas był taki, że nie mogliśmy rozmawiać w taksówce.
W pewnym momencie wysiedliśmy i zostawiając za sobą światła i dym, poszliśmy za Anwarem. Nagle wszystko stało się małe: wąskie ulice wiodły do jeszcze węższych, wzdłuż nich ciągnęły się ciasne niskie domki. Gdzieś dalej Mohammed Ali Road błyszczała i ryczała, ale tu światła były przyćmione, ulice pełne cienia, a pobliskie dźwięki domowe i łagodne. Proste brukowane uliczki i regularna - choć w bardzo małej skali - zabudowa sugerowały, że to jakiś rządowy projekt mieszkaniowy. Anwar to potwierdził - znajdowaliśmy się na osiedlu komunalnym.
Jego dom był wąskim segmentem konstrukcji z betonu i drucianej siatki. Do wysokości mniej więcej metra od ziemi ściany pokoju od frontu były betonowe, a powyżej z siatki. Zawieszone na siatce białe prześcieradło oddzielało pokój Anwara od mieszkania sąsiada, który też miał taką zasłonę. Mieszkanie Anwara, jego odcinek domu, mierzyło nie więcej niż trzy metry. Druciana siatka i beton były pomalowane na niebiesko. Frontowy pokój mógł mieć ze dwa metry szerokości. Z jednej strony znajdowało się przejście z wbudowanymi w betonową ścianę półkami na buty i kapcie. Przejście prowadziło do środkowego, głównego pokoju. Anwar wyjaśnił nam, że z tyłu za pokojem znajduje się kuchnia.
W środkowym pokoju była antresola, gdzie można było spać. Odgrywała ważną rolę. Bez niej tego rodzaju domy nie mogłyby funkcjonować - nie byłoby dość miejsca dla całej rodziny. Wtedy pierwszy raz usłyszałem o bombajskich antresolach. Wiele mi o nich mówiono w następnych dniach; zacząłem rozumieć, jak tak duże rodziny - niekoniecznie mieszkańcy slumsów czy ludzie śpiący na chodnikach - mogą się pomieścić w jednym małym pokoju. Nocą w całym Bombaju pomieszczenia, w których przebywało się za dnia, zmieniały funkcję; rozmaite części takich mieszkań jak to Anwara (szczególnie główny środkowy pokój) przekształcały się w miejsca do spania. Antresola pozwalała maksymalnie wykorzystać objętość wnętrza.
Rozmawialiśmy, stojąc na ulicy przed domem Anwara. Nie weszliśmy jeszcze do środka. Nasze głosy znęciły młodego człowieka z sąsiedniego domu czy segmentu do tego, żeby wyjść i się nam przyjrzeć. Był średniego wzrostu, dobrze zbudowany, miał na sobie świeży podkoszulek i szorty khaki. Przez chwilę byłem zaskoczony, że ktoś normalnego wzrostu i tak przyzwoicie ubrany mógł się wyłonić z tak ciasnej przestrzeni. Zamilkliśmy, kiedy się pojawił i stanął milcząco w półmroku ulicy na swoim skrawku terytorium, i jakbyśmy się poczuli niedyskretni czy niegrzeczni, że rozmawiamy na dworze o mieszkaniach na osiedlu, weszliśmy zaraz do frontowego pokoju z siatką w domu Anwara; jak ludzie, którym zależy na prywatności. Młody człowiek wrócił do frontowego pokoju własnego domu i stał tam przez chwilę. W bladym świetle na białej zasłonie czy prześcieradle przymocowanym do drucianej siatki po jego stronie rysował się on lub jego zmieniający wymiary cień - niczym postać z teatru lalek.
Ktoś z rodziny Anwara przygotował pokój na naszą wizytę. Na łóżku polowym w pokoju od frontu leżało czyste prześcieradło, przez grzeczność dla Nikhila i dla mnie. Anwar zachęcił nas, żebyśmy na nim usiedli. Wtedy ze środkowego pokoju wyszedł ojciec Anwara. Teraz on wszedł w rolę gospodarza; posłał syna po zimną lemoniadę dla nas.
Był drobny, choć nie aż tak jak Anwar, i wyglądał mizernie; pomyślałem sobie, że tę swoją wyraźną wątłość syn mógł odziedziczyć po ojcu. Miał bardzo ciemną skórę i bardzo gęstą siwą brodę. Ta broda, starannie przystrzyżona i wyszczotkowana, spadająca błyszczącą kaskadą, była jakby jedyną fizyczną oznaką próżności starca. Zresztą chodziło o coś więcej niż próżność - w Indiach rozmaite grupy noszą rozmaite brody: broda ojca Anwara, w kształcie łopaty, była brodą muzułmańską - jasno to komunikowała.
Powiedział, że ma sześćdziesiąt cztery lata. I zanim Nikhil czy ja zdążyliśmy zareagować, dodał, że wie, że wygląda na znacznie więcej. Rzeczywiście, myślałem, że ma pod osiemdziesiątkę. Uważał, że Europejczycy nie wyglądają tak staro jak Indusi. Wie, bo pracował kiedyś we włoskiej firmie i widział siedemdziesięcioletnich Europejczyków, którzy wyglądali zdrowo, choć ciężko harowali. Indusi wcześnie się starzeją z powodu warunków życia. Na przykład tutaj dokuczają im nie tylko wyziewy samochodowe, ale i dym z fabryki, z tkalni. No ale tak czy owak, ma sześćdziesiąt cztery lata. To już jest coś - jego ojciec zmarł, gdy miał czterdziestkę.
Wrócił Anwar z paroma butelkami zimnej lemoniady. Podano nam ją uroczyście, jedną butelkę po drugiej. Wypiliśmy trochę - była bardzo słodka, trąciła jakimś chemicznym barwnikiem - i próbowaliśmy prowadzić ogólną rozmowę, ale było nas naprawdę zbyt wielu jak na tę małą przestrzeń, głosy i dźwięki atakowały nas zewsząd, a biała płachta (przypięta z drugiej strony drucianej siatki) zaczęła mi się wydawać dwuznaczna w intencjach, nie całkiem przyjazna.
Spytałem ojca, czy na osiedlu są złodzieje. Przyszło mi do głowy, że takie życie na widoku, taka wspólnota (jak w prawdziwej komunie) mogą być dla ludzi swoistą ochroną.
Odpowiedział, że kradzieże zdarzają się codziennie. I że kłótnie zdarzają się codziennie. Kłótnie były gorsze. Masa kłótni wybucha z powodu dzieci. Ludzie biją dzieci sąsiadów i rodzice się wściekają.
Żył pod presją ze wszystkich stron. Anwar też. Być może - o ile w takich warunkach można mówić o stopniowaniu cierpienia - Anwar miał jeszcze trudniej, bo był wrażliwszy, lepiej wykształcony, a w świecie zewnętrznym musiał ostro walczyć na polu technicznym, które wybrał.
Sącząc lemoniadę, patrząc na staromodną gościnność ojca i syna w tym otoczeniu, na ich zachowane człowieczeństwo, na spokojną świadomość starego mężczyzny, że inni cieszą się lepszym zdrowiem i siłą, że inni żyją w lepszych warunkach, poczułem do nich sympatię. Gdybym znajdował się w ich sytuacji, skazany na Bombaj, na to osiedle, na ten szeregowy dom, też byłbym żarliwym muzułmaninem. Wyrosłem w Trynidadzie w środowisku indyjskim, w mniejszościowej wspólnocie, więc dobrze wiedziałem, że kiedy ma się świadomość przynależności do małej społeczności, to nie można od niej odejść; im gorsze szykany cię spotykają, tym bardziej chcesz pozostać tym, kim jesteś.
W otoczonym siatką pomieszczeniu od frontu stary człowiek był naszym gospodarzem, a Anwar tylko jego synem, więc nie mogliśmy rozmawiać zupełnie szczerze. Czułem, że nie należy zadawać trudnych pytań. Żeby rozmowa wyszła poza pogawędkę o pracy na pół etatu, którą ojciec na szczęście dla siebie znalazł, żeby Anwar mógł wypowiadać się swobodnie, nie martwiąc się, że go usłyszą sąsiedzi, trzeba było zmienić miejsce.
Więc ostrożnie, próbując uniknąć wypadku, postawiliśmy nasze butelki lemoniady na niebieskim betonowym murku pod siatką; gospodarz, który też się zrobił trochę niespokojny, zrozumiał nas w pół słowa. Przestał mówić, zapadła cisza i pożegnaliśmy się.
Wyszliśmy z wąskich uliczek, gdzie przyćmione światła rzucały długie cienie. Za rogiem jakiś dzieciak robił kupę w plamie światła. W czyimś pokoju od frontu błyskał wielki ekran kolorowego telewizora ustawionego na niskim stoliku; nikt go nie oglądał. Anwar powiedział, że jego rodzina nie ma telewizora. Ojciec twierdzi, że oglądanie telewizji kłóci się z islamem.
Doszliśmy do miejsca, gdzie kończyło się osiedle niskich domów, a zaczynał właściwy Bombaj. Za graniczną ulicą czy drogą stał wysoki blok mieszkalny. Tam był wróg. Anwar powiedział, że to blok Śiw Seny. W czasie zamieszek ludzie mieszkający w bloku rzucali butelkami w ludzi mieszkających niżej.
Minąwszy budynek, wyszliśmy na ryczącą główną ulicę. Weszliśmy do małego baru, który Anwar znał: jarzeniówki, kafelki, szary marmur, zlew, szklane i metalowe kubki.
- A więc stale żyjecie z nerwami na wierzchu? - spytałem Anwara.
Nikhil przetłumaczył odpowiedź:
- To wszystko wykańcza go nerwowo.
Tak samo zniszczony jak jego ojciec, ze swoją ciemną, chudą, zalęknioną twarzą, Anwar małymi łyczkami pił zamówione mleko.
- Te dzieciaki - mówił, a Nikhil tłumaczył jego słowa. - Bójki dzieciaków przeradzają się w krwawe wojny dorosłych, a ja nic nie mogę na to poradzić. Sąsiedzi cały czas ze sobą walczą. Jeśli to hindusi i muzułmanie (hindusi są tu w mniejszości), przeradza się to w bitwy między dwiema społecznościami. Jak są mecze krykieta, robi się naprawdę strasznie. W zeszłym roku w czasie zawodów o puchar świata (mecze przez cały dzień) ludzie bardzo się bali meczu Indii z Pakistanem. Ale ani Indie, ani Pakistan nie weszły do finału. Kiedy Pakistan przegrał pierwsze półfinały z Australią, hindusi dostali szału, rzucali kamieniami i zniszczyli azbestowe dachy chat.
Jak strasznie bał się tych walk! I on, i jego ojciec ze szczególnym lękiem mówili o wojnach między sąsiadami; byłem ciekaw, czy mówią o własnych doświadczeniach. Spróbowałem się dowiedzieć. Spytałem go, czy krwawe waśnie dotknęły jego rodzinę.
- Moi bracia mają opinię gundów, zabijaków - padła nieoczekiwana odpowiedź. - Oni nie są w porządku. Z powodu tej opinii sąsiedzi dwa razy pomyślą, zanim zaczną się awanturować.
A więc bracia, twardziele, musieli z jakiegoś powodu różnić się fizycznie od Anwara i jego ojca. A więc dzięki braciom, choć byli nie w porządku, Anwar mógł się wypowiadać jak twardziel. Czy wszyscy gnieżdżą się w tym małym mieszkanku?
- Ten mężczyzna w drzwiach obok, ten, który wyszedł, żeby na nas popatrzeć, jakie z nim macie stosunki? - spytałem Anwara.
- Studiuje w szkole wyższej poza Bombajem. Może pan sobie wyobrazić, jakich mam braci: jest ich sześciu, a mój ojciec nadal musi pracować.
A więc jakiś podział w rodzinie. Być może bracia, o których mówił Anwar, ci twardziele, byli z innej matki.
- Nie uważam ich za swoich braci - powiedział, ale zaraz to złagodził. - Są tacy, jacy są, z powodu tego otoczenia. Musieli zostać bandytami, żeby przetrwać. Opowiem panu historię o ich głupiej brawurze. Pewnie pan czytał niedawno w gazetach o gościu, który został nowym królem bombajskiego podziemia. Jakiś czas temu, kiedy ten gangster zgodził się zabić jakiegoś faceta z naszej dzielnicy, zjawił się u nas na osiedlu, żeby zrobić rekonesans. I nie uwierzy pan: jeden z moich braci wdał się z nim w bójkę.
- Kogo miał zabić ten gangster?
- Faceta, który zajmował się wysyłaniem ludzi na Bliski Wschód, eksportem siły roboczej, i pewnie kogoś oszukał. Ale moi bracia uznali gangstera za intruza, który kręci się po ich terenie. Bracia i gangster obrzucili się wyzwiskami i obie strony pogroziły sobie wzajemnie, że będą się miały na oku. Mój brat skombinował skądś samochód, ambassadora, i napchali go bronią. Chcieli zaatakować teren gangstera, ale ktoś dał cynk policji i braci złapano. Po paru dniach zostali zwolnieni. Ktoś stąd zapłacił za nich kaucję.
- A więc twoi bracia mają pieniądze?
- Zarabiają, a potem zaczynają grać.
- Czy o nich też można powiedzieć, że mają nerwy na wierzchu?
- Oni nie myślą tak samo jak ja. Gdyby nadarzyła się okazja, oddaliby życie bez zastanowienia. To takie środowisko. - W jego słowach o braciach złodziejach, gotowych poświęcić życie, brzmiała teraz jakaś perwersyjna duma, tak jak wtedy, kiedy mówił, że sąsiedzi się ich boją.
Zapytałem go o zamieszki z 1984 roku. W Bombaju mówiono o tym, jak o jakimś przerażającym wydarzeniu, które się zapisało w historii.
Udał, że dmucha na swoje mleko, jakby je chciał ostudzić, ale mleko nie było gorące. Te stale otwarte usta, widoczne wypuszczanie oddechu, były tylko grą muskułów na jego chudej, ciągle rozedrganej twarzy.
- Poczułem w sobie wtedy wolę walki. Byłem w klasie maturalnej. W pobliżu Marine Drive znajduje się cmentarz muzułmański; jest taki dzień przed ramadanem, kiedy trzeba iść na cmentarz. Więc grupa ludzi z naszej dzielnicy tam poszła. Wracaliśmy stamtąd piechotą o drugiej w nocy. Niektórzy mieli na głowach jarmułki, muzułmańskie jarmułki. Przechodziliśmy obok siedziby Śiw Seny, a oni obrzucili nas kamieniami. Poskarżyliśmy się policjantom, ale nie chcieli nas słuchać. Nawet szli za nami przez trzy kilometry. Uznali, że to my rozrabiamy. To był dla nas pierwszy sygnał o rozruchach. Zanim nastąpiła ta noc, nie było żadnych oznak niepokoju. W rzeczywistości prawdziwe bitwy toczyły się bardzo daleko, jakieś dwadzieścia pięć kilometrów stąd.
Coraz trudniej było usłyszeć, co Anwar mówi. Poza hałasem ulicznym dobiegały nas kłótliwe głosy z wnętrza baru, indyjskie głosy, specjalnie wyostrzone, żeby się przebić przez dźwięki ludzi i maszyn, a przede wszystkim przez wznoszącą się i opadającą kaskadę klaksonów.
- Wróciliśmy do naszej dzielnicy gdzieś koło trzeciej nad ranem. Niektórym leciała krew od tych kamieni i ludzie pytali nas, co się stało. Musi pan wiedzieć, że w tę noc, noc śab-e-barat, muzułmanie nie idą spać.
Nazajutrz zapomniałem o tym incydencie. Ale kiedy poszedłem ze znajomym do jednego domu tu w pobliżu, okazało się, że jest tam pełno broni. To była sprawka jednego z wielkich bossów. Jego ludzie zmagazynowali broń, żeby się zemścić. Wkrótce zaczęła się strzelanina. Przez cały dzień obowiązywała godzina policyjna, a potem zabronili zgromadzeń większych niż pięć osób. Na nasze osiedle - chodziło mu o teren, gdzie mieszkał - wkroczyła policja, żeby sprawdzić, czy ludzie mają broń.
- Czy obecność policji ostudziła nastroje?
- Nie ufam policji. Powiem panu jedną rzecz. Tutaj nie wolno zabijać krów publicznie, trzeba zaprowadzić je do rzeźni. Ale jak pan zapłaci policjantowi, to może pan zabić krowę publicznie. Kiedy trzeba zarżnąć kozy na święto Id, większość muzułmanów prowadzi je do rzeźni. Ale kilku lokalnych zabijaków upiera się, żeby je zarzynać publicznie. To taki chojracki gest, żeby się postawić policjantom. Jeśli się pojawią, to te łobuzy mówią: "Nie wtrącajcie się, bo nie wyjdziecie stąd żywi...".
Odszedł od tematu rozruchów w 1984 roku, żeby wrócić do kwestii gangsterów.
- Czy te walki z policją was podniecają?
- To jest podniecające - powiedział cokolwiek uroczyście. - Lubię to. Tak się dzieje dlatego, że policja dyskryminuje muzułmanów, a muzułmanie gardzą policją.
- Ale o co w tym wszystkim chodzi?
Nie odpowiedział wprost.
- Wśród muzułmanów jest bardzo mało ludzi rozsądnych. - Użył słowa urdu na określenie "rozsądny": samadźdar. - Bardzo mało jest tu ludzi wykształconych. Ludzie wykształceni nigdy by się nie wdali w takie walki.
Wydawało się, że trochę zmienił swój stosunek do walczących.
- A więc to będzie po prostu nadal trwać?
- Nie widzę końca. Nie wiem, jak to by się mogło skończyć - powiedział z dziwną mieszaniną melancholii i akceptacji.
- Jak się zakończyły tamte zamieszki?
- Przyjechała pani Gandhi i poprosiła ludzi, żeby spróbowali naprawić sytuację. Ale sytuacja się uspokaja, po czym znów dochodzi do wybuchu.
Pomyślałem o wąskich uliczkach i niskich segmentach z drucianą siatką i antresolą do spania pod kruchym azbestowym dachem.
- Jak się żyło w czasie rozruchów? Czy ludzie mogli spać?
- Kiedy są rozruchy, zapominasz o śnie. Nie da się spać. To wielki grzech, jeśli kogoś twojej wiary zaatakują, a ty nie zrobisz nic, żeby mu pomóc.
- Czy nie wydaje ci się, że ktoś taki jak ty powinien spróbować zamieszkać gdzie indziej?
- Nie mogę tego zrobić.
Spodziewałem się, że tak powie.
- Jest tyle rodzinnych więzi. Muzułmanin ma obowiązek je szanować.
Rodzina, wiara, wspólnota - to tworzy całość.
- Co byś doradził młodszemu bratu albo komuś, kto by się tu wprowadzał?
Rada nie dotyczyła tego, żeby się wyprowadzić lub uciec. Była bardziej bezpośrednia. Dotyczyła przetrwania tu, na miejscu.
- Powiedziałbym mu, że powinien myśleć o odwecie i walce tylko wtedy, gdy osoba, z którą się ściera, popełnia błąd.
- Błąd?
- Jeśli cię na przykład obraża.
Obraza, kłótnie, walki wewnętrzne i zewnętrzne - taki był świat, w którym żył i do którego tak marnie był wyposażony.
Wspomniałem o haśle, które widziałem: ISLAM WYZWOLI LUDZKOŚĆ.
- Absolutnie się zgadzam - odpowiedział.
- Jak poznałeś islam? - Jak, mieszkając w takim miejscu, znalazł na to czas, jak znalazł spokój, odosobnienie?
- Dzięki rodzicom. A potem przeczytałem Koran.
- W Bombaju jest bardzo dużo ludzi, którym się wydaje, że wiedzą, jak wyzwolić ludzkość.
Jak gdyby zmienił punkt widzenia.
- Taka jest natura świata. Kiedy zbierze się grupa ludzi, każdy będzie gadał, że jego grupa jest lepsza od innych.
Pomyślałem o jego sąsiadach z wielkim kolorowym telewizorem. Zapytałem go, co to za rodzina.
- Prowadzą interes, szyją ubrania. Zarabiają na tym trochę.
Ludzie prowadzą interes, zarabiają pieniądze, a mieszkają tutaj - jeszcze jeden dowód na to, co się tu mówiło: że wszystko, czego człowiekowi w Bombaju potrzeba, to lokal. Jeśli masz miejsce do spania, gdziekolwiek: na chodniku, w budzie, w kącie pokoju, to możesz dostać pracę i zarobić. Ale czy ci ludzie z telewizorem trochę się nie popisują?
Anwar powiedział, że ludzie z telewizorem i krawieckim biznesem się nie popisują. Jednak swoim pytaniem dotknąłem czułego punktu.
- Wiedzą, że ich religia zabrania oglądania telewizji. - Po tym, jak często to robił, złagodził swoje słowa. - Ale nie chcą, żeby ich dzieci chodziły oglądać telewizję do obcych i żeby zostały pogonione. Z tego mogą wyniknąć kłopoty.
- Jak sądzisz, dlaczego tak wielu bombajskich gangsterów to muzułmanie?
- Powiedziałem panu. Wykształconych muzułmanów jest bardzo mało. Schodzą z prostej drogi w bardzo młodym wieku.
- Czy gangsterzy są pobożni?
- To wierni wyznawcy islamu.
- Obrońcy wiary?
- Muszą się bić za islam, tego się nie da uniknąć. Grają podwójną rolę. Prowadzą swoją bandycką działalność, a jednocześnie czytają Koran i pięć razy dziennie odmawiają namaz. Nasza społeczność nie podziwia tych typów. Ale ludzie są zachwyceni tym, jak gangsterzy odnoszą się do zwykłych muzułmanów.
- Czy to są wojownicy waszej społeczności?
- Organizują nasze podziemie. Tanzin-Allah-ho-akbar, tak się ono nazywa. Kieruje nim gangster. Organizacja powstała po rozruchach. Mamy zebrania i opracowujemy strategię. Spotykamy się raz na miesiąc, nawet gdy panuje spokój.
- Jak myślisz, co będzie z dziećmi z waszego osiedla?
- Czeka je straszna przyszłość. Wszystkie te dzieci są świadkami morderstw i napadów.
- A ty widziałeś morderstwa?
- Yeh, yeh - powiedział raczej po indyjsku niż po amerykańsku czy angielsku, potrząsając głową z boku na bok na indyjską modłę.
Właściciel baru zaczął głośno mówić do obecnych na sali, co myśli o ludziach siedzących na samym końcu - chodziło o nas - którzy za długo zajmują stół. Miałem zamiar dać mu suty napiwek, ale oczywiście nie mógł tego wiedzieć. Siedziałem tyłem do niego i pomyślałem, że nie powinienem się odwracać, żeby na niego spojrzeć; gdyby nasze oczy się spotkały, rozwścieczyłby się jeszcze bardziej. Nikhil, który przez cały czas siedział do niego twarzą i co jakiś czas meldował, w jakim jest nastroju, zamówił gulab dźamun dla wszystkich; Anwar, który wypił już dwa kubki mleka, zaczął - cały czas dmuchając w swój talerz - jeść porcję tego słodkiego, nasyconego syropem mlecznego deseru.
- Pierwszy raz widziałem morderstwo, gdy miałem dziesięć lat. Graliśmy w badmintona na osiedlu. W pobliżu stała buda i dwaj ludzie stamtąd zaczęli się ze sobą kłócić. Zwykle obaj spali w nocy na tym samym wózku. Obaj mieli około trzydziestu lat. Zaczęli się kłócić i ujrzałem, że jeden ucieka. Poszliśmy sprawdzić, co się stało, i zobaczyliśmy, że ten drugi na wózku miał niemal odciętą głowę. Jeszcze żył, był w agonii.
- Jak był ubrany?
- W bieliznę. Szorty i podkoszulek. A drgawki agonii sprawiły, że wózek się wywrócił.
- Zbiegli się ludzie?
- Tylko dzieci. Było nas sześcioro czy siedmioro. Ciało spadło na ziemię i ochlapała nas krew. Bardzo się przestraszyłem. - Zaczął się śmiać, jedząc swój deser; wysysał gęsty syrop z aluminiowej łyżki. Po raz pierwszy tego wieczoru słyszałem jego śmiech. - Byliśmy jeszcze dziećmi. Nie przyszło nam do głowy, że to sprawa dla policji. W pierwszym odruchu poszliśmy zmyć krew z ubrań.
- Ile morderstw widziałeś od tej pory?
- Dziesięć albo dwanaście.
- Dlaczego się śmiejesz?
- Bo dla nas to chleb powszedni. Ludzie mordują się z byle powodu. Na przykład któregoś dnia wpadli na siebie dwaj mężczyźni z parasolami. Jeden zaczął bić drugiego, tamten pobiegł do domu, a ten pierwszy pobiegł za nim. Byłem tam; rozmawiałem z kolegą i widziałem to. Ten, który ścigał drugiego, wyciągnął nóż i zabił faceta ot tak, po prostu. Osiemdziesiąt procent ludzi w dzielnicy nosi przy sobie broń.
Właściciel baru został spacyfikowany dodatkowym zamówieniem gulab dźamunu, ale dalej narzekał. A kiedy Anwar skończył swoją porcję, zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. Znów pomyślałem o ludziach z wielkim telewizorem.
- Czy ci ludzie z telewizorem są bardzo pobożni?
- To religijni ludzie. Pod pewnymi względami są bardziej religijni, pod innymi mniej.
- Pod jakimi względami są bardziej religijni?
- Odmawiają namaz pięć razy dziennie. Ja tylko raz.
Uroczyste modły pięć razy dziennie, a jednak dla Anwara i jego ojca wiara tamtych, przecież obsesyjna, była niedoskonała.
- Możesz sobie wyobrazić życie bez islamu?
- Nie.
- Co on ci daje?
- Braterstwo. Poczucie braterstwa we wszystkim. Islam nie uczy dyskryminacji. Każe ludziom pomagać sobie wzajemnie. Jeżeli ślepiec przechodzi przez ulicę, muzułmanin nie zastanawia się, jakiego jest on wyznania, tylko po prostu mu pomaga.
- Jak myślisz, co będzie z twoim osiedlem?
- Nie widzę żadnego wyjścia.
- Będzie tak, jak jest? Naprawdę myślisz, że będzie tutaj tak samo, gdy osiągniesz wiek swojego ojca?
- Tak.
- Nie przychodzi ci nigdy do głowy, żeby się stąd wynieść?
- Na razie nie mam takiego zamiaru.
- Jesteś sunnitą?
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Nie podejrzewał, że coś wiem o sunnitach. Dla niego jego wiara była czymś sekretnym, o czym obcy nie mogli nic naprawdę wiedzieć.
Chciałem się dowiedzieć, czy na jego osiedlu są jakieś inne muzułmańskie grupy lub sekty. Zapytałem, czy są tu ismaelici albo członkowie ruchu ahmadijja. Powiedział, że nigdy o takich grupach nie słyszał. Czy są szyici?
- Nie ma wśród nas szyitów.
- Czy to nie dziwne?
- Nie widzę w tym nic dziwnego.
Ortodoksyjna wiara była jedyną czystą sprawą, której mógł się trzymać. Bez niej nie wyobrażał sobie życia. To była surowa wiara. Wykluczała telewizję, nie było w niej miejsca dla heretyków. Wszystkie liczne prawa, obrzędy i nakazy stanowiły integralną część świata Anwara. Gdyby odjąć jedną praktykę, całość byłaby zagrożona; wszystko mogłoby się rozpaść. Muzułmanin powinien na przykład sikać w kucki; i usłyszałem później od kogoś, kto pracował z Anwarem, że Anwar tak robił w nowoczesnym pisuarze w swoim miejscu pracy, choć nie było to łatwe.