Rozdział 1
Napięta niczym struna żyłka wyprostowała się nagle, przerywając ciszę nad brzegiem Bałtyku. Czerwony spławik zanurzył się kilka razy, dając znak, że kolejna zdobycz połknęła haczyk. Michał z wyczuciem kręcił korbką kołowrotka. Terkot mechanizmu przypominał miarową pracę wskazówek zegara. Każdy obrót przybliżał mężczyznę do celu.
W metalowym wiadrze pływały już cztery sztuki. Ta ostatnia nie szarpała się tak mocno jak poprzednie; raczej poddała się na starcie, jakby przeczuwała nieuchronny los. Wędkarz przyspieszył zwijanie, by woda stawiała mniejszy opór. Poderwał wędkę, jednocześnie domykając dystans szybkim ruchem korby. Kilka minut później na powierzchni ukazała się ryba. Wybijała ogonem rytm o taflę wody, nie mając już sił na walkę w głębinie.
Michał ocenił jej wielkość, sprawnym ruchem wypiął haczyk z pyska i wrzucił ją do wiadra.
- Na dziś koniec - mruknął do siebie.
Złożył wędkarskie krzesełko, zabezpieczył wędziska i schował akcesoria do torby. Chwycił wiadro. Ruszył ścieżką w górę, w kierunku domu stojącego na szczycie klifu. Wdrapywanie się po kamienistym zboczu z obciążeniem było wyzwaniem, ale dla byłego żołnierza takie podejście nie stanowiło problemu. Mięśnie wyćwiczone w armii wciąż pracowały bez zarzutu. Ostatnie metry pokonał pewnie, niemal przeskakując rozpadliny skalne wielkimi susami.
Dom na północnym krańcu wyspy stał otworem. Michał znalazł go przypadkiem, szukając własnego miejsca na ziemi. Pobliska wioska Hallshuk zamierała poza sezonem, co czyniło tę okolicę idealną oazą odosobnienia. To nie była Warszawa. Stolica Polski rozrastała się w obłędnym tempie, pożerając okoliczne wsie i zamieniając je w betonowe dzielnice. Gotlandia, zagubiona gdzieś na środku Bałtyku, była dla niego bezpieczną jaskinią - schronieniem przed przeszłością.
Pierwszy okoń, już sprawiony i obtoczony w mące, zaskwierczał na patelni. Służba wojskowa nauczyła Michała samowystarczalności, także w kuchni. Kiedy był szeregowcem, często trafiał na garnuszek do kucharzy. Później, gdy przeszedł selekcję do FORMOZY, na misjach zagranicznych jadał to, co udało się zdobyć w lokalnych akwenach.
Kilka minut później złota panierka ozdobiła bałtyckiego okonia. Były komandos sięgnął po widelec, by skosztować dzieła, lecz wibracja telefonu przerwała mu posiłek. Czarny, prostokątny przedmiot niemal wyślizgnął mu się z rąk ubrudzonych tłuszczem. Gdy na ekranie wyświetliło się imię "Jaro", Michał zamarł. Przez głowę w ułamku sekundy przemknęły mu obrazy z jednostki. Czego po dwóch latach w cywilu mógł chcieć od niego były dowódca?
Odebrał.
- Zadomowiłeś się już na dobre na tej skale? - Głos Jaro brzmiał chłodno.
Był sarkastyczny i opanowany, ale do bólu lojalny. Takiego go Michał zapamiętał. Szef nie zmienił się ani trochę przez te wszystkie miesiące.
- Czyżby komandor wydzwaniał do każdego podwładnego w stanie spoczynku? - odbił piłeczkę Michał.
- Tylko do moich najlepszych ludzi.
- Panie komandorze, melduję posłusznie: Gotlandia zdobyta - Michał przełączył telefon na tryb głośnomówiący i wrzucił kolejną rybę na patelnię.
- Różycki, nie wygłupiaj się. Brakuje mi tu takich jak ty.
- Młodziki nie umieją pływać? - Michał obrócił rybę na drugi bok.
- Twój rocznik był ostatnim z najlepszych, jakie miałem. Poza tym politykierzy znowu mieszają się do naszych spraw... - uciął Jaro.
Michał przypomniał sobie lata pod dowództwem komandora Jarosława "Jaro" Stępińskiego i jego utarczki na sejmowych salonach. Szef zawsze walczył o zwiększenie nakładów finansowych na formacje takie jak GROM czy jego FORMOZA. Polska już dwa lata temu potrzebowała wzmocnień; konflikt na Ukrainie był tego najlepszym dowodem. Niestety cywile w garniturach z Wiejskiej nie rozumieli nowoczesnego pola walki. Przez te przepychanki komandor o mało nie został dyscyplinarnie usunięty z armii.
- Pan wybaczy, że nie mogłem zostać. Rozstanie z żoną, walka o majątek...
- Wiem, co czujesz, Michał. Kiedy odeszła moja druga połowa, też przeżyłem załamanie. Śmierć to wprawdzie nie rozwód, ale coś te sprawy łączy.
- Pan jednak został w Formozie... - Różycki wrzucił na gorącą patelnię trzeciego okonia.
Olej prysnął na wszystkie strony, a kilka kropel spadło na ekran telefonu, lądując dokładnie na napisie "Jaro". Różycki lekko się uśmiechnął.
- Samotność i brak pomysłu na życie przybijają. Uciekłem w pracę i tyle. - Do uszu komandora doleciały odgłosy smażonej ryby. - Co tam pitrasisz?
- Rozbitka ze szwedzkiego statku handlowego - Różycki zaśmiał się do słuchawki.
Po drugiej stronie na chwilę zapadła cisza.
- Dobrze. Koniec ze wspomnieniami. W zasadzie dzwonię do ciebie w innej sprawie.
- Uprzedzam pytania: nie piszę się na misje jako najemnik.
- Nie o to chodzi, Różycki. Stul dziób i słuchaj.
Michał przełożył rybę na talerz i wyłączył płytę indukcyjną. Miał wrażenie, że znów jest w gabinecie Jaro na odprawie przed kolejną misją. Komandor kontynuował:
- Od momentu wybuchu konfliktu na Ukrainie Ruscy wypuścili na Bałtyk dwie łodzie podwodne i niszczyciele. NATO przeczuwa, że twoja spokojna ostoja może być ich celem.
- Czerwoni chcą zająć ten skrawek lądu? - Michał podniósł telefon do ucha, wyłączając tryb głośnomówiący.
- Sojusz bierze pod uwagę rozszerzenie konfliktu. Kluczem do panowania na morzu ma być opanowanie Gotlandii. Taki scenariusz zakładają też Amerykanie, którzy wysyłają w ten rejon swoje jednostki.
Różycki wyciągnął paczkę papierosów z kuchennej szuflady. Zapalił jednego, zaciągając się tak mocno, że usłyszał to komandor.
- Niech zgadnę: mam być czujnym szpiegiem Rzeczypospolitej?
- Na polityków nie mam co liczyć. Kłócą się teraz o to, ile sankcji jeszcze nałożyć na Rosję. Wojskowi zerkają na sojuszników z NATO, którzy radzą zwiększyć czujność na Bałtyku. Więc gdybyś coś zauważył albo usłyszał...
- Jasne. Jak zacznie się inwazja, polecę strzelać pierwszy. Panie komandorze, ryba mi stygnie.
Jaro westchnął do słuchawki tak ciężko, że Michał poczuł mrowienie na skórze. Najwyraźniej lojalność wobec niedawnego szefa jeszcze nie wygasła. Ciało zareagowało jak u dobrze wyszkolonego żołnierza pozostającego w ciągłej gotowości. Michał niemal stanął na baczność; powstrzymała go jedynie niewidzialna siła nabytego w cywilu dystansu.
- Różycki... gdyby nie fakt, że jesteś w cywilu...
- Panie komandorze, żartowałem. Jak będzie się coś dziać, pomogę. Człowiek wychodzi z armii, ale służba z człowieka nigdy - Michał zaciągnął się kolejną porcją dymu, po czym powoli wypuścił go ustami.
- Dziękuję. Miej oczy i uszy otwarte - rzucił Jaro i rozłączył się.
Komandos zgasił peta w popielniczce i wrócił do ryby. Zjadł kilka kęsów, czując na podniebieniu słony smak Morza Bałtyckiego. "Służba z człowieka nie wychodzi" - te słowa znów zabrzmiały mu w głowie. Minęły dwa lata spokoju od odejścia z FORMOZY i świat znów się o niego upomniał. Gdziekolwiek by nie uciekł, los i tak go znajdował. Chwycił widelcem płat okonia i zaczął żuć. Przez chwilę planował puścić prośbę dowódcy mimo uszu. NATO, wojna, nurkowanie w lodowatych odmętach - chciał od tego odpocząć tutaj, na wyspie.
Bił się z myślami jeszcze przez kwadrans, podjadając resztki panierki. Doszedł w końcu do wniosku, że jakieś zajęcie pozwoli mu skuteczniej zapomnieć o rozwodzie. Zabawa w szpiega? Czemu nie. Lepsze to niż wypieranie bolesnych wspomnień na siłę.
Wstał, otworzył zmywarkę i wstawił do niej naczynia. W chwili, gdy chciał zatrzasnąć drzwiczki, usłyszał dwa głośne uderzenia w drzwi. Dudnienie wypełniło kuchnię niczym huk pioruna. W pierwszej chwili Różycki pomyślał, że to wyobraźnia przywołała wojenne echa. Telefon od byłego szefa mógł uruchomić lawinę niechcianych skojarzeń. Ocknął się dopiero przy kolejnym łomocie - tym razem nieco słabszym.
Podszedł do wejścia i szarpnął za klamkę. W progu stał blondyn. Ledwo trzymał się na nogach, kołysząc się na boki niczym kadłub statku na fali. Komandos, mimo doskonałego refleksu, nie zdążył złapać przybysza. Mężczyzna zwalił się do środka i padł na podłogę niczym ścięte drzewo.
Rozdział 2
Sterta dokumentów przewalała się przez biurko niczym śmieci na wysypisku. Nieposegregowane teczki, oznaczone różnymi kryptonimami, walały się też na podłodze. Jaro z trudem przeciskał się przez ten bałagan, chodząc nerwowo z kąta w kąt. Od kilku dni atmosfera w bazie nie pozwalała mu skupić się nawet na sprzątaniu. Jedyne, co robił bezbłędnie, to palenie. Jak w zegarku, co godzinę dym wypełniał każdy zakamarek jego gabinetu w budynku portowym.
Między jednym a drugim zaciągnięciem obserwował wychodzące w morze jednostki. Okręty Marynarki Wojennej tuż za falochronem południowym zwiększały obroty, szybko znikając za horyzontem. Cywilne łajby, jakby ceremonialnie, wolno mijały wyjście z portu, mozolnie opuszczając wody terytorialne Polski. Jaro, stojąc w oknie, doszedł kiedyś do wniosku, że armatorzy musieli wydać specjalne rozkazy: pasażerowie mieli oglądać widok oddalającej się Gdyni jak najdłużej. Taka dodatkowa atrakcja w cenie biletu. Splunął kilka razy przez framugę, pozbywając się gorzkiego posmaku nikotyny.
Krawaciarze z Warszawy przez lata cięli koszty, co doprowadziło do rozłożenia armii na łopatki. Stępiński nie mógł się nadziwić, jak szybko, w zaledwie rok, zlikwidowano WSI, pozostawiając kontyngenty polskich żołnierzy bez wsparcia wywiadowczego. Potem przyszła kolej na nich - elitę NATO, Formozę. Walczyli w Afganistanie, Iraku i Syrii, by w końcu zostać uziemionymi i zapomnianymi przez polityków. Jaro pociągnął kolejny łyk dymu. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o panice, jaka wybuchła w stolicy, gdy Ruscy ruszyli na Ukrainę. Takiego "popłochu" wśród cywili dawno nie widział. Nagle wszystkie jednostki bojowe dostały zastrzyk gotówki i wolną rękę. Sytuacja skomplikowała się jednak, gdy rosyjskie fregaty wyszły na Bałtyk. NATO dało jasno do zrozumienia: jedna iskra może przeistoczyć się w trzecią wojnę światową.
Komandor podszedł do biurka i wygrzebał ostatni raport. Słowo "Gotlandia" pojawiało się w co drugim zdaniu. Największa wyspa na środku Bałtyku, należąca do Szwecji, mogła stać się nową zawleczką w wojennym granacie. Na dodatek Szwedzi długo opierali się przed wejściem do Sojuszu, który teraz działał w pośpiechu, by nadrobić stracony czas.
- Nie przeszkadzam? - Komandor odwrócił się gwałtownie. W progu gabinetu stał ubrany w garnitur, niemal łysy facet. Wyszczerzył zęby, ściskając w ręku czarną teczkę.
- Chyba nie byliśmy dzisiaj umówieni. - Jaro usiadł za biurkiem, nie zapraszając gościa do środka.
- Nastały takie czasy, że nie musimy się umawiać - odparł "garniak", robiąc kilka kroków w stronę biurka.
- Nadal nie rozumiem. - Jaro splótł dłonie na piersi i oparł się ciężko w fotelu.
- Leon Kord, oficer SWW. - Nieznajomy wyciągnął rękę. Stępiński zawahał się, ale po sekundzie odwzajemnił gest.
- Proszę siadać. Co sprowadza kontrwywiad do naszej bazy?
Oficer uśmiechnął się lekko, zajmując miejsce naprzeciwko komandora. Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Stępiński odniósł wrażenie, że gość przyjechał go przesłuchać. Pytanie brzmiało: w jakim celu? Czyżby szykowała się tajna misja na Ukrainie? Oficjalnie wojsk NATO tam nie było. Nieoficjalnie jednak...
- Wróciliście do łask przez te walki na wschodzie. - Kord wyjął z teczki kilka kartek zapisanych drobnym drukiem. Położył je przed Stępińskim, układając je w wachlarz. Wyglądało to tak, jakby komandor miał za chwilę wylosować jedną z nich niczym kartę w kasynie.
- To raporty naszych agentów z akwenu Bałtyku. Rosjanie po sukcesach na Ukrainie i przełamaniu frontu puścili armadę na morze.
- Dwa okręty podwodne i niszczyciele. Wiem to od swoich ludzi - uciął Jaro.
- Właśnie. - Oficer SWW uniósł jedną z kartek zatytułowaną "Gotlandia". Przez moment analizował tekst, jakby widział go po raz pierwszy, po czym podał dokument Stępińskiemu.
Komandor wczytał się w raport ze Szwecji. Wynikało z niego, że okręty podwodne rozpoczęły ciszę radiową tuż po minięciu wysepki Gotska Sandön, położonej na północ od Gotlandii. Na końcu widniała krótka, porażająca informacja o zatonięciu jednej z jednostek.
- Nie rozumiem ostatnich wersów. Jeden z okrętów eksplodował po osadzeniu się na dnie? - Stępiński zmarszczył brwi i spojrzał na oficera.
- Ma pan to czarno na białym. Czyż nie?
- Kto ich zdjął? Amerykanie? Brytyjczycy? - Jaro świdrował Korda wzrokiem, próbując odgadnąć odpowiedź.
Oficer odebrał kartkę i położył ją na biurku. Jego twarz skamieniała.
- Ani jedni, ani drudzy, panie komandorze.
- Awaria? Powtórka z Kurska?
- To próbują ustalić Szwedzi. Wysyłają drona podwodnego. Rosjanie oficjalnie milczą, nabrali wody w usta.
- Dziwne, że nie wywołali jeszcze propagandowej burzy - mruknął komandor i wyciągnął w stronę gościa paczkę papierosów. Kord odmówił krótkim skinieniem głowy i zaczął chować dokumenty do teczki.
- Proszę szykować najlepszy zespół. FORMOZA ma być w pełnej gotowości. - Agent SWW wstał i ruszył ku wyjściu. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach. Wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął białą kopertę. Podał ją zaskoczonemu Stępińskiemu, po czym wyszedł bez słowa.
Komandor stał przez chwilę jak zahipnotyzowany, wpatrując się w biały prostokąt. Czuł, że w środku znajduje się oficjalne pismo. Wyciągnął kartkę. Rozkaz z Ministerstwa Obrony Narodowej nie pozostawiał złudzeń: nakazywał wszystkim żołnierzom, bez wyjątku, natychmiastowe stawiennictwo w jednostkach. Jaro zbladł. Rosyjski wrak na dnie Bałtyku mógł oznaczać tylko jedno. Eskalację, na którą nikt nie był gotowy.
Rozdział 3
Srebrny Gulfstream przecinał niebo nad Atlantykiem niczym rozgrzany nóż wchodzący w masło. Pilot pchnął przepustnicę do oporu, gdy tylko zostawili za sobą wschodnie wybrzeże USA. Kiedyś nad tym bezkresem wód z ogłuszającym hukiem latały Concorde'y, zamieniając ocean w pole bicia rekordów prędkości. Gulfstream nie pędził tak szybko jak sławna maszyna pasażerska i ustępował jej wielkością, był jednak wystarczającym środkiem transportu dla służb wywiadowczych Stanów Zjednoczonych. Tylko nieliczni mogli otrzymać pozwolenie na przelot "srebrną strzałą", jak nazywano maszynę w Langley. Specjalny bilet na pokład wystawiał sam szef CIA.
Anna Lind dostała rozkaz wyjazdu nagle, właśnie gdy szykowała się do urlopu. Wniosek o odpoczynek cofnięto jej w trybie natychmiastowym. Zamiast na Hawajach, z dala od szpiegów i wojen, siedziała teraz nad Atlantykiem, studiując stertę raportów. Pomarańczową teczkę szef wcisnął jej osobiście w chwili wejścia do samolotu. Podziękował jedynie za szybkie przybycie i odprawił ją bez słowa wyjaśnienia. Kilka minut później była już na pułapie przelotowym, ponad zwartą warstwą chmur.
Lind zerknęła raz jeszcze na ostatnie strony raportu. Szef wyraźnie podkreślił zdania: "anomalie na dnie morza w rejonie Gotlandii" oraz "awarie przyrządów pomiarowych". Agentka miała przed sobą dokumentację czegoś, co w centrali określono jako zjawiska skrajnie niepokojące. Porównała zapiski dotyczące Bałtyku z pozycjami rosyjskich okrętów. Flota uderzeniowa, która wyszła z Petersburga, dziwnym trafem zatrzymała się w okolicy szwedzkiej wyspy. Rosjanie stali na kotwicy czwarty dzień, zachowując całkowitą ciszę radiową. W dobie kryzysu na Ukrainie było to zjawisko zagadkowe i groźne.
Samolot wleciał nad kontynent, przecinając linię brzegową Francji. Pilot skorygował kurs w okolicach Nantes. Anna z trudem przełknęła ślinę na myśl o rodakach, którzy pod nią spędzali właśnie wymarzone wakacje. Francuskie winnice cieszyły się ostatnio ogromnym wzięciem; Amerykanie mieli dość zatłoczonych autostrad we własnym kraju, wybierając pozornie spokojniejszą Europę. I to mimo wojny szalejącej na wschodzie. Niemcy i Polska wydawały się turystom wystarczającym buforem bezpieczeństwa.
- Jesteśmy na wysokości Hamburga, za pół godziny podchodzimy do Visby - metaliczny głos z głośnika wyrwał agentkę z lektury.
Zaczęła zbierać rozrzucone strony, chowając je z powrotem do pomarańczowej teczki. Samolotem szarpnęło, gdy maszyna wleciała nad Morze Bałtyckie. Z lewej strony Lind dostrzegła Bornholm, który po chwili zniknął za horyzontem. Mówi się, że najtrudniejszy jest start i lądowanie, jednak dotknięcie pasa w Visby było niczym muśnięcie piórem. Agencja zatrudniała tylko najlepszych pilotów.
- Witamy na Gotlandii, panno Lind! - Mężczyzna w czarnym garniturze krzyknął w stronę Anny, gdy ta schodziła po stopniach. Machał do niej energicznie, niczym mąż, który rok nie widział żony.
- Anna Lind, sekcja wywiadu CIA - rzuciła oschle, nie odwzajemniając uśmiechu.
- Erik Holm, szwedzki kontrwywiad SÄPO.
- Mój szef przekazał, że ma mi pan udzielić wszelkiej pomocy.
- Mój powiedział mi to samo. - Erik wskazał ręką na czarnego Mercedesa. - Ma pani szczęście, że w ogóle wylądowała na wyspie.
- Nie rozumiem.
- Od północy rząd zaostrzył reguły podróżowania na Gotlandię. Wszystko przez tych Rosjan, którzy tam stoją. - Holm wskazał dłonią kierunek wschodni.
- Chyba nie obawiacie się inwazji? - odparła Lind, gdy wsiadali do samochodu.
Szofer uruchomił silnik, który wydał pomruk niczym kot zamknięty w klatce. Anna przez chwilę myślała, że maszyna jest elektryczna - pracowała niezwykle cicho. Szwedzi, podobnie jak cała Skandynawia, od lat mieli obsesję na punkcie ekologii. Zupełne przeciwieństwo USA, gdzie nadal królowały potężne, ryczące diesle.
- Dostaliśmy od was raporty o okrętach podwodnych na północ od wyspy. To wystarczyło, by politycy zdecydowali tak, a nie inaczej.
Samochód ruszył w stronę bramy lotniska. Minął posterunek kontrolny i skierował się do centrum Visby.
- Teraz pewnie żałujecie, że nie jesteście w NATO?
- Politycy żałują wszystkiego, ale zazwyczaj po fakcie - skwitował Holm, gdy podjechali pod hotel Landg?rden. - Proszę się odświeżyć, panno Lind. Za godzinę mamy odprawę na miejscowym posterunku policji.
Agentka skinęła głową i weszła do hotelu. W portierni szybko wypełniła kartę meldunkową, po czym udała się do pokoju. Gdy zdjęła buty, poczuła trudy podróży. W łazience był tylko prysznic, ale to wystarczyło, by odzyskać siły na resztę dnia.
Punktualnie sześćdziesiąt minut później znów siedziała w Mercedesie, który kluczył wąskimi uliczkami stolicy Gotlandii. Miejscowy posterunek policji różnił się od wszystkiego, co Lind widywała do tej pory. Wyglądał jak poniemiecki bunkier; niemal pozbawiony okien, z jedynymi drzwiami od frontu. Surowa bryła betonu z delikatnie odświeżoną elewacją pamiętała zapewne mroczne czasy zimnej wojny. W korytarzu spotkała Holma. Tym razem nie uśmiechał się szeroko. Bez słowa ruszyli w stronę sali konferencyjnej na pierwszym piętrze.
Pomieszczenie było niewielkie jak na pokaźne rozmiary samego budynku. Stoły ustawiono w półokrąg, z centralnym miejscem dla dowodzącego. Po bokach stały drewniane krzesła z metalowymi oparciami, przypominające te ze szkolnych klas. Siedziało na nich dwunastu mężczyzn - wojskowi i cywile. Gdy weszła, zmierzyli ją wzrokiem, z trudem kryjąc protekcjonalne uśmieszki. Była jedyną kobietą w tym towarzystwie.
Z wyuczonym opanowaniem zajęła miejsce, a Holm usiadł obok niej. Po chwili do sali wszedł tęgi, łysy mężczyzna. Anna natychmiast rozpoznała szefa SÄPO. Lars Berg, ubrany w mundur polowy, bardziej przypominał dowódcę szykującego się na front niż urzędnika mającego wygłosić prelekcję. Zerknął podejrzliwie na agentkę CIA, dając jej do zrozumienia, że nie jest tu mile widziana. Lind pamiętała z raportów, że Szwedzi zawsze utrudniali zagraniczne śledztwa w rejonie Skandynawii.
- Pozwolą państwo, że będę mówił po angielsku - rzucił łysy. - Mamy sytuację nadzwyczajną. Dlatego zdecydowałem się zasięgnąć pomocy u naszych amerykańskich przyjaciół. - Zmierzył wzrokiem Annę, która lekko skinęła głową. - Pani Anna Lind z CIA. Witamy na wyspie. Proszę referować.
Agentka popatrzyła po zgromadzonych. Wyglądali jak dwunastu apostołów o kamiennych twarzach. Ich chłodne spojrzenia niemal ją zmroziły.
- Moja agencja od kilku dni śledzi ruch jednostek rosyjskich w rejonie Gotlandii - zaczęła. - Wykryliśmy aktywność nawodną oraz dwa obiekty podwodne, o czym na bieżąco informowaliśmy SÄPO.
- Jednak nie to nas niepokoi... - Lind zerknęła na Berga, który zmarszczył brwi. Erik też z zaciekawieniem spojrzał w stronę agentki. Kobieta nabrała powietrza w płuca. - Jeden z rosyjskich okrętów podwodnych zatonął. Początkowo wydawało się, że to awaria, jednak nasz satelita zarejestrował dziwne anomalie. Coś na kształt impulsu elektromagnetycznego w rejonie zaginięcia jednostki.
W sali zapadła głucha cisza.
- Impuls elektromagnetyczny? - bezgłos przerwał Berg.
- Na głębokości około dziewięćdziesięciu metrów, w bliskiej odległości od Gotska Sandön.
- Sugeruje pani atak podwodny kogoś z NATO?
- CIA niczego nie sugeruje. Nie mamy wglądu pod powierzchnię. To może być równie dobrze nowa broń. Rosjanie mogli wypłynąć na Bałtyk, by ją przetestować, a konflikt na Ukrainie idealnie odwraca uwagę.
- Za dużo w tym wszystkim słowa "może" - Berg wstał od stołu. Lind spojrzała na niego podejrzliwie, przypominając sobie o legendarnej nieufności Szwedów. Szef SÄPO rozejrzał się po sali, jakby szukał wsparcia u kolegów. Beznamiętne wodzenie wzrokiem zakończył na Lind.
- Langley liczy na pomoc szwedzkiego rządu. Ta sprawa musi zostać wyjaśniona jak najszybciej. - Agentka CIA wyprostowała się na drewnianym krześle niczym wzorowa uczennica. Lars spuścił wzrok. To zadziałało jak sygnał dla wytrenowanego pracownika wywiadu. - Chyba że wy wiecie już coś więcej? - wyrwała Berga z zamyślenia.
- Obecnie nasz kontrwywiad niczego dokładnie nie ustalił. Jednak tuż przed spotkaniem dostałem zaszyfrowaną wiadomość. Marynarka Wojenna za godzinę wejdzie w rejon wyspy z rozkazem pełnej gotowości bojowej.
- Mieliście nas informować o każdym ruchu! - Anna wstała gwałtownie. Lars Berg zrobił krok w tył. Najwyraźniej rzadko spotykał się z taką reakcją, zwłaszcza ze strony kobiety.
- Szwecja nie jest w NATO, Rosjanie o tym wiedzą. Jeśli na Bałtyku ma dojść do bitwy, chcemy dyktować warunki.
Erik stanął naprzeciw Anny Lind, patrząc jej prosto w oczy i dając niemy znak, by odpuściła dalszą wymianę zdań. Sala konferencyjna opustoszała w kilka minut. Szef SÄPO wyszedł pierwszy, a za nim posłuszni podwładni. Nikt więcej się nie odezwał. Agentka CIA odniosła wrażenie, że dwunastu pretorianów stanowiło tylko tło dla tej sceny.
- Nigdy nie widziałam tak krótkiej odprawy. I co to miało być? Dwunastu apostołów?
- My, Szwedzi, nie tracimy czasu na gadanie. Wolimy konkrety i rozkazy - rzucił Holm.
- Tak czy inaczej, ta wymiana zdań była dość tajemnicza. Nie uważasz?
- Pozwól, że nie będę podważał kompetencji swojego przełożonego. - Szwed ruszył w stronę wyjścia, a Lind podążyła za nim. Po chwili znaleźli się przed budynkiem.
- Zapewniałeś mnie na lotnisku, że udzielicie wszelkiej pomocy. Tymczasem to moja agencja wie więcej niż wasz rząd. - Agentka CIA nie kryła ironicznego uśmiechu. Erik jedynie pokiwał głową. - Muszę zameldować o "owocnym" spotkaniu. - Wyciągnęła telefon, niemal ceremonialnie pokazując go Erikowi. Ten przytaknął i wrócił do budynku policji.
Anna wybrała numer. Rozmówca po drugiej stronie Atlantyku odebrał niemal natychmiast. Lind usłyszała znajome sapanie.
- Jakieś postępy w sprawie? Co mówili Szwedzi?
- Miałam najkrótszą odprawę sztabu kryzysowego w karierze - rzuciła Anna do słuchawki.
- Mówiłem ci, to specyficzny naród. Europejczycy działają chaotycznie - odparł George.
- Mam wrażenie, że wiedzą więcej. Zasłaniają się brakiem akcesji do NATO, co daje im poczucie panowania nad sytuacją.
- Powiedziałaś im o impulsie?
- Tak. Na szefie SÄPO nie zrobiło to wrażenia. Jakby wiedział... - Lind urwała w połowie zdania.
- Myślisz, że chcą potajemnie zbadać rosyjski wrak?
Agentka milczała, zbierając myśli. Spoglądała na surową bryłę posterunku, z którego właśnie wyszli Szwedzi.
- Sprawdzę to. Potrzebuję wsparcia kogoś z szybkimi palcami. Ich marynarka wojenna jest w drodze. To okazja na mały hakerski abordaż.
- Zwykle nie atakujemy przyjaciół, ale... podeślę ci kogoś. Czekaj w hotelu na namiary. I nie daj się wykurzyć z Gotlandii.
Rozdział 4
Wielkie pęcherze powietrza, przypominające dryfujące meduzy, zaczęły gwałtownie wykwitać na powierzchni spokojnego Bałtyku. W ciągu kilku minut ich liczba wzrosła czterokrotnie, tworząc spieniony spektakl niedaleko północnego krańca Gotlandii. Pod mętnym lustrem wody zarysowała się żółta, jajowata sylwetka. Z każdą chwilą obiekt zdawał się potężnieć, aż w końcu "jajo" powoli przebiło taflę. Kadłub, zaprojektowany do wytrzymywania miażdżącego naporu ziemskich głębin, wyszedł z tej próby bez najmniejszego uszczerbku.
Fale morskie z minuty na minutę odsłaniały pełen obraz tajemniczej konstrukcji. Intensywna żółć pociemniała, wpadając w odcienie głębokiego pomarańczu. W miarę jak woda spływała z gładkich burt, ukazały się kontury okrągłych iluminatorów. Wielka bryła w otoczeniu kłębiącej się piany niemal wyskoczyła nad powierzchnię, po czym zaczęła kołysać się na fali niczym ciężka, stalowa boja.
Pasażer wewnątrz oddychał z trudem, chwytając powietrze spazmatycznie jak ryba wyrzucona na piach. Leżał na profilowanym fotelu z podnóżkiem. Tylko dzięki trzem pasom bezpieczeństwa nie wylądował na podłodze, gdy miniaturowa łódź gwałtownie wytraciła pęd u celu podróży. Komputer pokładowy wyłączył się, kwitując wykonanie zadania suchym, trzykrotnym sygnałem, który w sterylnej ciszy kabiny brzmiał wyjątkowo złowrogo.
Mężczyzna rozpiął klamry i wstał z wielkim wysiłkiem. Lekko zgarbiony, podszedł do iluminatora. Chciał zrozumieć, gdzie rzucił go los. Żył, był cały i jako jeden z nielicznych mógł teraz oglądać błękit nieba nad Bałtykiem. Ten widok przywrócił mu resztki sił.
Zaczął manipulować przy sufitowym włazie. Mechanizm nie drgnął - ani za pierwszym, ani za drugim razem. Ogromne ciśnienie, z którym mierzyli się przez ostatnie tygodnie, musiało nadwyrężyć uszczelki lub zassać pokrywę. Mężczyzna zaparł się nogami i szarpnął z furią, wkładając w to całą pozostałą energię. Koło zamachowe w końcu puściło, wydając z siebie metaliczny skowyt. Furta ustąpiła, a do wnętrza wtargnęło świeże powietrze, nasycone słonym smakiem bałtyckiej bryzy.
Oczy pasażera powoli oswajały się z jaskrawym światłem, tak różnym od mroku, w którym tkwił przez ostatnie tygodnie. Rozejrzał się, oceniając położenie. Około kilometra dalej dostrzegł ciemny zarys lądu. W macierzystej jednostce nigdy nie ćwiczono podobnego scenariusza - zazwyczaj kapsuła wynurzała się w bezpośrednim sąsiedztwie ścigacza lub okrętu patrolowego.
Pozostawało dryfować i liczyć na szczęście, choć istniało ryzyko, że prądy zniosą go na otwarte morze. Mógłby spróbować wiosłować, ale szybko zdał sobie sprawę z beznadziejności tego pomysłu. Nie miał czym.
Zaczął nerwowo przeszukiwać wnętrze. Próba wyrwania elementów elektroniki czy stelaża fotela spełzła na niczym. W szafce nad głową znalazł jedynie apteczkę; reszta skrytek świeciła pustką. Usiadł zrezygnowany. W tej chwili nawet kawałek deski byłby na wagę złota.
Nagle jego wzrok zatrzymał się na emaliowanym godle Federacji Rosyjskiej, wtopionym w ścianę kabiny. Podszedł do emblematu, szukając jakiejkolwiek szczeliny. Spróbował podważyć metal, ale tylko złamał paznokcia. Syknął z bólu i odruchowo włożył palec do ust, przeklinając pod nosem. Jeszcze raz przeszukał każdy centymetr podłogi, zaglądając pod pulpit sterowniczy. W końcu pod wiązką kabli dostrzegł stalową blaszkę mocującą. Szarpnął raz, drugi - za trzecim metal ustąpił. Trzymał w ręku ostry, prymitywny kawałek stali. To musiał być jego nóż i jedyne narzędzie ratunku.
Zaostrzoną krawędzią blachy zaczął wydłubywać herb ze ściany. Gdy wykruszył kilka centymetrów spoiwa, podważył krawędź i wsunął pod spód drżące palce. Szarpnął z całej siły. Emblemat odpadł od grodzi z głośnym łoskotem. To prowizoryczne wiosło musiało mu wystarczyć.
Wydostał się na zewnątrz i przykucnął przy krawędzi kadłuba, desperacko wiosłując metalową płytą. Miał szczęście - Bałtyk był tego dnia nad wyraz spokojny. Do brzegu zostało około sześciuset metrów, ale prąd znosił go na południowy zachód.
Pół godziny walki z oporną masą wody wycisnęło z niego ostatnie poty. Gdy poczuł, że głębokość na to pozwala, zsunął się do morza i dopłynął wpław do płytkiej mielizny. Padł na piasek, ciężko dysząc. Fale obmywały mu nogi, a kilka kropel słonej wody wdarło się do ucha, powodując irytujące kłucie. Wylądował na odludziu. Jedynym dźwiękiem był rytmiczny szum Bałtyku rozbijającego się o brzeg. Na plaży nie było żywej duszy. Potrzebował kwadransa, by opanować drżenie mięśni.
Usiadł, mrużąc oczy i szukając punktów orientacyjnych. W pamięci kołatała mu tylko jedna nazwa: "Gotska Sandön". To ostatnie słowa, jakie usłyszał przed zatrzaśnięciem włazu kapsuły. Jeśli rzeczywiście był na terytorium obcego państwa, musiał przygotować wiarygodną legendę. Zdradzenie celu misji nie wchodziło w grę - w kraju czekałby go za to sąd wojskowy i kula w potylicę. Wstał powoli, prostując zesztywniałe ciało. Wąska plaża kończyła się tu stromym klifem. Musiał wdrapać się na górę, by zorientować się w terenie i sprawdzić, czy grozi mu niebezpieczeństwo.
Zrobił kilka kroków w stronę skalistej ściany i nagle zamarł. Na górze dostrzegł sylwetkę. Z tej odległości wyglądał na mężczyznę w średnim wieku. Nieznajomy, ubrany w spodnie moro i skórzaną kurtkę, sprawnie piął się w górę z wędką przewieszoną przez plecy. Przypominał żołnierza na przepustce.
W klifie musiała istnieć wydeptana ścieżka, bo tamten co chwilę znikał za załomami skał, pojawiając się coraz wyżej. W końcu dotarł na szczyt, pokonując ostatnie metry kilkoma pewnymi skokami.
Rozbitek odczekał chwilę, obserwując krawędź urwiska. Gdy upewnił się, że nieznajomy zniknął, podszedł bliżej. Między ostrymi jak noże głazami odnalazł wąskie przejście. W głębi zaczynała się stroma, niemal pionowa ścieżka, wijąca się ku szczytowi niczym wąż. Zaczął wspinaczkę. Metr po metrze pokonywał zawiłą trasę, walcząc z grawitacją. Krótkie szkolenie przed misją nie przygotowało go na taką eskapadę.
W połowie drogi zabrakło mu tchu. Zatrzymał się na niewielkim skalnym tarasie. Przed oczami zaczęły latać ciemne plamy, obraz świata falował. Pulsujące skronie i łomot serca przypomniały o gwałtownej dekompresji podczas wynurzenia. Odczekał, aż organizm odzyska względną równowagę, i ruszył dalej. Wyższe partie klifu były jeszcze trudniejsze. Pamiętał, że facet w moro pokonał je "susami" - spróbował zrobić to samo, choć jego nogi były jak z waty.
Wykrzesał z siebie ostatnie pokłady energii. Trzy pierwsze kroki wykonał bezbłędnie, ale przy ostatnim potknął się i runął na samą krawędź klifu, prosto w gęste pokrzywy. Pieczenie skóry pomogło mu nie zemdleć. Potrzebował długich minut, by uspokoić oddech. Podniósł się na drżących nogach. Kilkaset metrów dalej dostrzegł mały dom - samotny budynek wyglądający jak pustelnia.
Ruszył w jego stronę, gdy nagle za plecami usłyszał narastający warkot silnika. Odwrócił się gwałtownie. Na wysokości plaży, gdzie zostawił kapsułę, pojawiła się szwedzka łódź patrolowa. Podpłynęła na tyle blisko, że wojskowi mogli wyskoczyć do wody. Czterech ludzi w pełnym rynsztunku, walcząc z przybojem, dopadło do pomarańczowej bryły. Zaczęli nerwowo przeszukiwać wnętrze. Gdy stało się jasne, że kabina jest pusta, jeden z nich uniósł głowę i wskazał palcem prosto na szczyt klifu. Mężczyzna nie czekał dłużej. Resztkami sił pobiegł w stronę domu.
Uderzył pięścią w drzwi, łapząc ustami rzedniejące powietrze. Obejrzał się przez ramię, wypatrując pościgu. Na krawędzi klifu nie zauważył jeszcze żadnego ruchu. Podejście pod tak stromą ścianę nawet szwedzkim komandosom musiało zająć sporo czasu. Miał najwyżej kilka minut, zanim ich sylwetki odetną się na tle nieba.
Zebrał resztki woli i raz jeszcze rąbnął w drewniane deski. Wewnątrz usłyszał ciężkie kroki. Kiedy drzwi w końcu skrzypnęły, w progu mignęła mu znajoma sylwetka w moro. To było ostatnie, co zarejestrował. Świat nagle zwinął się do czarnego punktu, a podłoga uderzyła go w twarz z bolesną twardością.
Organizm ostatecznie odmówił posłuszeństwa.
Rozdział 9
Boeing 737 linii LOT stał na płycie postojowej warszawskiego Okęcia od dobrych trzydziestu minut. Kapitan nie dołączył do kolejki maszyn kołujących w stronę pasa startowego. Zamiast tego studiował depeszę, którą w ostatniej chwili dostarczył mu technik pokładowy. Centrala, pod naciskiem międzynarodowych zaleceń, wdrożyła nadzwyczajne korekty korytarzy powietrznych.
Dowodzący lotem do Sztokholmu wklepywał do komputera pokładowego nowe ciągi cyfr i liter. Bezpośredni skok nad Bałtykiem przestał wchodzić w grę. Zgodnie z nowymi wytycznymi, musieli nadłożyć trasy, kierując się nad Danię, by dopiero nad terytorium Norwegii odbić na wschód. Kapitan podpisał dokument, potwierdzając przyjęcie instrukcji. Chwilę później stewardesa zatrzasnęła drzwi, a maszyna drgnęła, zaczynając powolny marsz w stronę progu pasa.
Eliasz Nowak wyglądał przez małe, okrągłe okno, po raz kolejny odczytując napis na hali terminala. Jeszcze kilka godzin temu celująco zdawał kolokwium na Uniwersytecie Warszawskim, wprawiając w zakłopotanie profesora swoimi teoriami na temat kryptografii kwantowej. Wyszedł z sali szybkim krokiem, zostawiając na biurku indeks z wpisem, który dla każdego innego byłby powodem do świętowania. Dla Eliasza był tylko formalnością przed prawdziwym sprawdzianem.
Taksówka podjechała pod główne wejście na Nowym Świecie idealnie o czasie. Kierowca pędził przez zakorkowaną stolicę, wykorzystując każdy skrót i lukę w ruchu, jakie znał tylko stary warszawski taksiarz. Dzięki temu Eliasz wpadł na lotnisko w ostatniej możliwej chwili. Z plecakiem wypchanym książkami, notatnikami i laptopem, trzymając w ręku telefon z wyświetlonym kodem QR, błyskawicznie przeszedł kontrolę bezpieczeństwa. Status VIP, przyznany mu przez nieznanego "sponsora", otwierał wszystkie bramki.
Wsiadł na pokład jako ostatni, zajmując miejsce w klasie biznes obok młodej kobiety. Zapiął pas, obserwując, jak technik w żółtej kamizelce opuszcza kokpit z pustą podkładką pod dokumenty. Gdy silniki zawyły, a siła odrzutu wgniotła go w fotel, poczuł znajomy ucisk w żołądku. Nigdy nie lubił startów; zbyt wiele czytał o statystyce katastrof podczas tych krytycznych sekund. Dopiero gdy odrzutowiec osiągnął pułap przelotowy, młody student odetchnął z ulgą.