ROZDZIAŁ DRUGI
"Zanim pojawiłaś się w moim życiu, potrafiłem podejmować różnego rodzaju decyzje. Teraz nie potrafię. Jestem uzależniony. Muszę znać twoje zdanie. Jakie jest twoje zdanie?"
- Dwa tygodnie na miłość
LIZ
O mój boże, czy to...?
Była siódma i słońce dopiero wzeszło, więc większa część Westwood nadal spała.
Ale nie ja.
Ja poszłam pobiegać.
Tak jak i tamten koleś z długimi nogami, pan Próbuję--Pobić-Rekord-Prędkości. Ten wyjątkowo wysoki chłopak, przypuszczalnie koszykarz z pierwszego roku, był daleko przede mną. Zmrużyłam oczy.
Nie, zdecydowanie nie znałam tego olbrzyma.
W moich airpodsach leciało Ever Since New York, niedoceniony kawałek Harry'ego i według mnie także powiew jesieni. Choć w LA było ciepło, to ponieważ oficjalnie rozpoczął się kwartał jesienny, w mojej głowie zagościła już jesień.
Co oznaczało, że moje playlisty zostały zasypane przez muzyczne sterty świeżo zgrabionych liści.
Może było na nie za wcześnie, ale miałam to w nosie.
Dlatego że pierwszy dzień zajęć spowijała atmosfera magii. Było niemal tak, jakby czuło się zapach rześkiej, niczym niezmąconej świeżości nowego semestru. Miało się wrażenie, że wszystko na świecie jest możliwe.
Zwłaszcza w tym roku.
Po dwóch latach bezsensownych dorywczych prac w branży, które w żaden sposób nie pchnęły do przodu mojej przyszłej kariery, za to nauczyły mnie najprostszego sposobu na transport kawy ze sklepu do biura, dostałam się na praktyki.
I to nie byle jakie.
To praktyki u Lilith Grossman.
Kiedy pomachałam pracownikowi myjącemu wężem chodnik, zorientowałam się, że uśmiecham się jak wariatka, nic jednak nie byłam w stanie z tym zrobić.
Dlatego że udało mi się zaklepać na trzeci rok studiów praktyki, które potencjalnie zaprocentują w przyszłości.
I zaczynały się już tego dnia.
W zeszłym roku jeden z moich współlokatorów (Clark) pracował dla zespołu produkcji filmów wydziału sportowego. Na większości sportów kompletnie się nie znałam, ale dowiedziałam się od niego, że mają płatny wakat na pół etatu, więc pomyślałam: a co mi tam.
Zgłosiłam się, bo potrzebowałam pieniędzy.
To nie były praktyki, lecz studencka praca w niepełnym wymiarze godzin.
Praca, w której się zakochałam.
Zajmowałam się robieniem zdjęć i filmowaniem sportowców - podczas treningów, podczas meczów, podczas ćwiczeń na siłowni; na tym polegała moja praca. Generalnie robiłam to, co mi kazano, taszcząc sprzęt na przeróżne sportowe eventy.
Początkowo byłam w tym beznadziejna.
A potem już mniej.
Dlatego że wyzwoliło to we mnie pokłady kreatywności. Dotarło do mnie, że tak jak muzyka ma moc przekształcenia jakiegoś momentu w filmie, sposób, w jaki uchwyciłam aparatem sportowca, miał moc tworzenia historii.
Kiedy więc gruchnęła wiadomość, że Lilith Grossman, nagradzana producentka dokumentów, zamierza nakręcić w UCLA dokument sportowy i potrzebuje praktykanta, od razu się zgłosiłam.
Głównie dlatego, że pracowała dla HEFT Entertainment.
Była nie tylko znakomitą producentką filmową w świecie sportu, ale także producentką z niezliczoną ilością projektów w mojej wymarzonej firmie. W skład HEFT Entertainment wchodziło HEFT Motion Pictures i HEFT Television, jak również HEFT Music. Ze wszystkimi tymi spółkami współpracowały największe nazwiska w świecie muzyki i filmu.
Jeśli ktoś zdobywał Oscara albo Grammy, przypuszczalnie miał powiązania z HEFT.
Więc to oczywiste, że dla mnie, osoby, która pragnęła zostać konsultantką muzyczną przy projektach audiowizualnych, praktyki właśnie tam były czymś mega ważnym. Zaczynało tam wielu moich bohaterów, a teraz do ich grona dołączę i ja.
Nadal nie mogłam w to uwierzyć.
Oficjalnie praktyki rozpoczynałam dzisiaj, ale Lilith i ja pracowałyśmy razem już od kilku tygodni. Zwróciła się do mnie z pytaniem, czy byłabym zainteresowana tym, aby pomóc jej ogarnąć różne kwestie na kampusie. Biuro na czas projektu miała mieć w Morganie (J.D. Morgan Center było miejscem, gdzie swoje biura miał personel i administracja wszystkich zespołów sportowych), a jako że w przeciwieństwie do większości moich znajomych lato spędzałam w LA, skorzystałam z okazji.
Ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji.
Nie wiedziałam, czego się spodziewać po znanej producentce - w sumie to zakładałam, że będzie nadęta i nieprzystępna, okazała się jednak zupełnie inna. Była odnoszącą niewiarygodne sukcesy kobietą, która chciała się dzielić - ze mną! - całą swoją wiedzą.
Zabrała mnie na lunch na sushi w Grove i zapytała, jakie są moje cele. A kiedy jej powiedziałam, wyjęła z torebki długopis i zaczęła sporządzać - na serwetce - schemat przedstawiający, w jaki sposób mogłabym według niej je zrealizować.
A jej spostrzeżenia były bezcenne.
Ponieważ mój plan był taki, że uzyskam tytuł licencjata z muzyki w mediach ze specjalizacją konsulting muzyczny, a potem... będę się modlić o pracę w branży.
Ale Lilith przekonała mnie do pomysłu, aby w ramach pierwszego kroku zdobyć pracę w licencjonowaniu muzyki.
- W licencjonowaniu będziesz pracować z muzyką, ale także z filmem i telewizją. Będziesz zarabiać, a pieniądze są bardzo ważne, i jednocześnie nawiązywać cenne znajomości, które ostatecznie pomogą ci w zdobyciu pracy, której rzeczywiście pragniesz.
Następnie wymieniła nazwiska kilku moich idoli, którzy też zaczynali w licencjonowaniu.
I serio, miało to sens.
Konsultanci muzyczni mieli na co dzień do czynienia z licencjonowaniem, więc czy istniał lepszy sposób na ustawienie się w branży? Tak więc do listy przedmiotów wymaganych do uzyskania dyplomu dodałam wszystko, co miało związek z licencjonowaniem i zdobyciem odpowiedniego certyfikatu.
Coś mi mówiło, że to rzeczywiście plan działania prowadzący do spełnienia moich marzeń.
Kiedy zatrzymałam się na rogu i czekałam na zmianę świateł, dotarło do mnie, że znowu się uśmiecham.
Uśmiechałam się jak idiotka, biegnąc przy tym w miejscu, no ale jak mogłam tego nie robić?
Ponieważ ten rok zapowiadał się na przełomowy.
I kiedy udałam się na pierwsze zajęcia w nowym roku akademickim, nadal uśmiechałam się jak zakochana gimnazjalistka.
- Żartujesz sobie, Buxbaum?
Mój uśmiech stał się jeszcze szerszy, kiedy przeszłam na początek klasy.
- Co?
- Co? - Horace Hanks, profesor muzyki i mój absolutnie ulubiony nauczyciel, wskazał na mnie. - Pierwsze zajęcia, a ty nie przyniosłaś nawet zeszytu? Plecaka? Ołówka? Obraża mnie ten brak przyborów szkolnych.
- Daj spokój, Hor - powiedziałam, zajmując miejsce w tej samej ławce, w której siedziałam na wszystkich jego czterech poprzednich kursach. - Oboje wiemy, że ty nie tylko uczysz, lecz także występujesz. Przekonałam się, że najlepszym sposobem na uchwycenie twojego, hmm... geniuszu jest nagranie twoich zajęć i ponowne ich obejrzenie przed egzaminami.
- Nie jestem temu wcale przeciwny - oświadczył, drapiąc się po łysej głowie. - Ale ten brak szacunku i tak rani moje uczucia.
- Najmocniej przepraszam - powiedziałam i wyjęłam telefon, aby się upewnić, że jest wyciszony.
Horace wpadał w szał, kiedy komuś zaczynał dzwonić telefon.
Kiedy rozpoczęły się zajęcia (psychologia i zarządzanie muzyką), włączyłam nagrywanie i po raz kolejny się nie zawiodłam. Horace zawsze mi przypominał tego nauczyciela aktorstwa z serialu Wiktoria znaczy zwycięstwo (pewnie właśnie dlatego tak bardzo go lubiłam), bo nauczał w totalnie niekonwencjonalny sposób, który był po równo zabawny i żenujący.
Raz cały wykład wyśpiewał. Falsetem.
Choć metody miał zwariowane, to jednak okazywały się skuteczne. Zawsze dużo się od niego uczyłam.
Następne zajęcia miałam w tym samym budynku (aczkolwiek mniej zajmujące i bardziej nudne), po nich zaś udałam się do Morgana na pierwsze oficjalne spotkanie w roli praktykantki. Denerwowałam się, bo choć Lilith okazała się przesympatyczna, to była tak niesamowita, że nie chciałam, aby widziała, że mnie brak tej niesamowitości.
Gdy dotarłam do jej gabinetu, robiła coś właśnie na komputerze. Zapukałam w otwarte drzwi.
- Puk, puk.
Podniosła wzrok i się uśmiechnęła.
- Wchodź i siadaj, Liz.
Boże, ta kobieta była naprawdę zajebista. Miała blond boba z tak ostrym cięciem, że wyglądała, jakby przed chwilą wyszła z salonu. Ubrana była w granatową marynarkę, pod którą miała białą koszulę z postawionym kołnierzem, i dżinsy z dziurami, zaś całości stroju dopełniały czerwone czółenka na wysokim obcasie. Wyglądała tak, jakby gotowa była na sesję zdjęciową dla "Vogue'a" zatytułowaną Styl business casual.
Usiadłam na jednym z krzeseł dla gości i zapytałam:
- Co słychać?
Kiedy się denerwuję, gadka szmatka to dla mnie must have.
- Wszystko się świetnie układa - odparła i obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem. - Rano spotkałam się z wydziałem sportowym i mamy mnóstwo ekscytujących pomysłów do tego projektu.
- Fantastycznie. - Ależ się cieszyłam, że mogę być tego częścią. - Zdradzisz kilka?
- Cóż, zdradzę wszystkie, ponieważ jesteśmy zespołem, ale wolę zaczekać, aż dostanę akcept. Nie chcę robić ci nadziei, gdyby coś miało nie wypalić.
- Uczciwie stawiasz sprawę.
- No więc oto twoje pierwsze zadanie - powiedziała, krzyżując ręce na piersi i odchylając się na fotelu. - Prześlij mi swój harmonogram zajęć na uczelni i pracy, tak bym wiedziała, kiedy jesteś dostępna, jeśli chodzi o networking. Podaj mi też listę przedmiotów i nazwiska wykładowców.
- Okej - powiedziałam spokojnie, jakbym w ogóle nie świrowała z powodu tego, że Lilith mówi o networkingu.
- Zajęcia na uczelni są priorytetem, ponieważ potrzebujesz mieć dyplom, ale uważam, że z myślą o twoich zawodowych planach musimy wyciągnąć z tych praktyk najwięcej, jak się da. Zgadzasz się ze mną?
Nie potrafiłam być spokojna, kiedy mówiła takie rzeczy. No bo przecież to Lilith Grossman. No więc kiedy kiwnęłam głową, towarzyszył temu tysiącwatowy uśmiech. Dlatego że Lilith miała kontakty, o których wcześniej mogłam tylko pomarzyć.
- Jak najbardziej - potwierdziłam.
- Jeśli jesteś skłonna poświęcić swój czas, to chciałabym, abyśmy mocno skupiły się na stworzeniu podstawowych relacji biznesowych.
- Oczywiście, że jestem skłonna - zapewniłam lekko piskliwym głosem.
- Doskonale. A w ramach drugiego zadania... - powiedziała, zerkając na zegarek. Odsunęła fotel i szybko wstała. - Chciałabym, żebyś obejrzała na HBO jeden sezon serialu Hard Knocks. Obojętnie który.
Kiwnęłam głową.
- Okej.
Z rogu biurka wzięła klucze, a do kieszeni marynarki włożyła telefon.
- Muszę lecieć, a ty przyślij mi info i obejrzyj jeden sezon Hard Knocks. W ciągu kilku dni skontaktuję się z tobą i mam nadzieję, że do tego czasu będę już miała wszystkie informacje dotyczące projektu.
- Jasne.
Drogę do baru Epicuria pokonałam niemal w podskokach, podekscytowana tym wszystkim, co miało się wydarzyć w moim życiu. Odnosiłam wrażenie, że tamtego dnia jaśniej świeci słońce, ptaki głośniej świergoczą, kiedy zaś wracałam do biura produkcji z zamówionym jedzeniem, miałam ochotę robić gwiazdy.
Było tak, jakby wszystko w końcu zaczynało się układać, i nie sposób było nie nucić razem z lecącą w słuchawkach You Could Start A Cult, moją aktualnie ulubioną piosenką.
Kiedy dotarłam do swojego boksu mieszczącego się na piętrze w innej części budynku niż gabinet Lilith, zjadłam przy biurku sałatkę i zmontowałam część materiału o pierwszym dniu futbolistów, który był mi potrzebny do rolki. Nadal wykonywałam czarną robotę dla wydziału sportowego, więc w tym maleńkim boksie czułam się jak u siebie.
- Hej - przywitał się Clark, rzucając na biurko swoje rzeczy. - Myślałem, że uwiecznisz dziś poranny trening siłowy baseballistów.
- Zamieniłam się z Codym, ponieważ miałam pierwsze spotkanie z Lilith - odparłam, nie podnosząc głowy znad komputera. - Więc to ja ogarniam ich popołudniowy trening.
- Dużo pierwszoroczniaków - powiedział i usłyszałam, jak uruchamia się jego laptop. - Wyjdę na starego, jeśli powiem, że wszyscy wyglądają jak dzieci?
- Bo rzeczywiście tak jest - przyznałam, cofając się myślami do swojego pierwszego roku. Dzięki bogu spowijała go teraz gęsta mgła, ale wciąż pamiętałam stres i puszczane w zapętleniu smutne piosenki. - Przedziwne, że zaledwie dwa krótkie lata temu my też byliśmy tacy uroczy i niewinni.
- No i można ich dostrzec z kilometra - dodał Clark przy wtórze stukania w klawiaturę. - Widać to nawet w sposobie, w jaki idą na zajęcia. Coś w ich chodzie krzyczy "to jest mój pierwszy raz!". Jest tak, jakby ten dziwny chód mieli przez zaciskanie zdenerwowanych tyłków.
- Wiesz, czy w lodówce jest jeszcze sos ranczerski? - zapytałam i popiłam wodą bardzo suchą sałatę.
- Przeterminował się.
- Szlag.
- Musimy wybrać się na zakupy, bo nie ma także keczupu i chrzanu.
Zminimalizowałam plik, aby znaleźć inne zdjęcie.
- Komu w pracy potrzebny jest chrzan?
- A komu nie? Chrzan jest dobry do wszystkiego - dodał z powagą.
- Ty tak twierdzisz.
Przez dwie godziny pracowaliśmy tak obok siebie, mało co się odzywając. Zawsze tak mieliśmy. Clark był moją platoniczną bratnią duszą. Czułam się przy nim równie komfortowo jak sama ze sobą, a czasami odnosiłam wrażenie, że stanowimy przedłużenie siebie nawzajem.
Cóż, z wyjątkiem uwielbienia wobec chrzanu.
W końcu o piętnastej stanął przy moim boksie i zapytał:
- To co, idziemy na Jackiego?
Na stadionie imienia Jackiego Robinsona trenowała drużyna baseballowa. Kiwnęłam głową i zapisałam plik.
- Co więc konkretnie jest potrzebne?
- Ogólny kontent przedsezonowy - odparł i wzruszył ramionami, po czym poprawił sobie fryzurę. - Dźwiganie ciężarów, treningi, kilka rolek prezentujących drużynę z tego roku.
- Spoko. - Zamknęłam laptop i włożyłam go do torby. - Łatwizna.
Postanowiliśmy podjechać tam jego samochodem i kiedy szliśmy na parking, mało nie skasowało nas dwóch kolesi na hulajnogach. Choć mało brakowało, uśmiechnęłam się, ponieważ nic bardziej nie świadczyło o tym, że rozpoczął się nowy rok akademicki, niż niedoszłe zderzenie z elektryczną hulajnogą.