In Memoriam - Alice Winn

Kup ebooka

41.90 zł
33.52 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

El­l­wood był pre­fek­tem, więc w tym roku jego po­kój był wspa­niały, z oknem otwie­ra­ją­cym się na dziwny wy­stęp da­chu. Za­wsze wspi­nał się tam, gdzie nie po­wi­nien. Ale to Gaunt naj­bar­dziej lu­bił to miej­sce. Uwiel­biał ob­ser­wo­wać chłop­ców wśli­zgu­ją­cych się do Flet­cher Hall, żeby pod­kra­dać ciastka, pre­fek­tów wy­le­gu­ją­cych się na traw­niku na dzie­dzińcu, or­ga­ni­stę opusz­cza­ją­cego ka­plicę. Uspo­ka­jała go świa­do­mość, że szkoła funk­cjo­nuje bez niego, że jest po­nad tym wszyst­kim.

El­l­wood także lu­bił prze­sia­dy­wać na da­chu. Uda­wał, że trzyma w rę­kach broń, i strze­lał z niej do prze­chod­niów.

- Cho­lerny fryc! Tra­fi­łem go w oko! Za­bie­raj to do domu, do ka­isera!

Gaunt, który do­ra­sta­jąc, spę­dzał każde lato w Mo­na­chium, nie brał udziału w tych woj­sko­wych za­ba­wach.

Skoń­czył czy­tać ostat­nie in me­mo­riam i prze­wró­cił stronę le­żą­cego mu na ko­la­nach "The Pre­shu­tiana". Gaunt znał sied­miu z dzie­wię­ciu za­bi­tych chłop­ców. Naj­dłuż­szy ne­kro­log po­świę­cony był Cla­rence'owi Ro­se­ve­are'owi, star­szemu bratu jed­nego z przy­ja­ciół El­l­wo­oda. Je­śli cho­dzi o przy­ja­ciela Gaunta - a za­ra­zem wroga - Cu­th­berta-Smi­tha, żeby go pod­su­mo­wać, wy­star­czył je­den nędzny aka­pit. Obaj chłopcy, jak za­pew­niał "The Pre­shu­tian", zgi­nęli wa­leczną śmier­cią. Tak jak każdy inny stu­dent Pre­shute za­bity do tej pory na woj­nie.

- Paf! - wy­mru­czał El­l­wood za jego ple­cami. - Auf Wie­der­se­hen!

Gaunt mocno za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i zło­żył ga­zetę.

- Mieli ra­czej wię­cej do po­wie­dze­nia o Ro­se­ve­arze niż o Cu­th­ber­cie-Smi­thie, prawda?

Pi­sto­lety El­l­wo­oda znów zmie­niły się w dło­nie. Zwinne, o dłu­gich, po­pla­mio­nych atra­men­tem pal­cach.

- Tak - od­parł z roz­tar­gnie­niem, przy­gła­dza­jąc włosy. Były ciemne i nie­sforne. Za­cze­sy­wał je do tyłu za po­mocą wo­sku, ale żył w stra­chu, że ja­kiś lok się wy­msknie i przy­cią­gnie nie­od­po­wied­nią uwagę. - Tak, po­my­śla­łem, że to wstyd.

- Kula w brzuch! - Gaunt au­to­ma­tycz­nie przy­ci­snął dłoń do swo­jego ciała. Wy­obra­ził so­bie, jak roz­rywa go ka­wa­łek me­talu. Co za baj­zel.

- Ro­se­ve­are jest za­ła­many śmier­cią brata - stwier­dził El­l­wood. - Byli strasz­nie bli­sko, wszy­scy trzej Ro­se­ve­are'owie.

- W ja­dalni wy­da­wał się w po­rządku.

- Nie na­leży do tych, co ro­bią za­mie­sza­nie - wy­ja­śnił El­l­wood, marsz­cząc czoło. Się­gnął po pa­pie­rosa Gaunta, uwa­ża­jąc, żeby nie do­tknąć jego dłoni. Choć z in­nymi przy­ja­ciółmi kon­takt fi­zyczny nie sta­no­wił dla niego pro­blemu, Gaunta do­ty­kał rzadko, chyba że uda­wali, że ze sobą wal­czą. Gaunt ra­czej by umarł, niż dał mu do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo mu to prze­szka­dzało.

El­l­wood za­cią­gnął się i od­dał pa­pie­rosa Gaun­towi.

- Cie­kawe, co by na­pi­sali w moim ne­kro­logu - za­du­mał się.

- Próżny chło­piec gi­nie w dziw­nym wy­padku z pa­ra­so­lem. Do­cho­dze­nie trwa.

- Nie - uznał El­l­wood. - Nie, my­ślę, że by­łoby coś w tym ro­dzaju: "Li­te­ra­tura an­giel­ska stra­ciła swoją naj­ja­śniej­szą gwiazdę...". - Uśmiech­nął się sze­roko do Gaunta, ale ten nie od­po­wie­dział uśmie­chem. Na­dal przy­ci­skał dłoń do brzu­cha, jakby jego wnętrz­no­ści miały się wy­lać jak Cu­th­ber­towi-Smi­thowi, gdyby ją ode­rwał. Wi­dział, że El­l­wood to za­uwa­żył.

- Wiesz, na­pi­sał­bym twój - po­wie­dział ci­cho El­l­wood.

- Wier­szem, jak przy­pusz­czam.

- Oczy­wi­ście. Tak jak Ten­ny­son dla Ar­thura Hal­lama.

El­l­wood czę­sto po­rów­ny­wał sie­bie do Ten­ny­sona, a Gaunta - do jego naj­bliż­szego przy­ja­ciela. Na ogół Gaunt uzna­wał to za uro­cze, poza tymi chwi­lami, gdy so­bie przy­po­mi­nał, że Ar­thur Hal­lam zmarł w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat, a Ten­ny­son spę­dził ko­lej­nych sie­dem­na­ście na pi­sa­niu wier­szy ża­łob­nych. Wtedy wy­da­wało mu się to dość ma­ka­bryczne, jakby El­l­wood ży­czył mu śmierci, by mieć o czym pi­sać.

Gaunt ude­rzył kie­dyś Cu­th­berta-Smi­tha ko­la­nem w brzuch. Jaka była róż­nica mię­dzy kulą a ta­kim cio­sem?

- Twoja sio­stra uwa­żała, że Cu­th­bert-Smith jest cał­kiem przy­stojny - wspo­mniał El­l­wood. - Po­wie­działa mi to ze­szłego lata u lady Asqu­ith.

- Czyżby? - za­py­tał Gaunt bez en­tu­zja­zmu. - Jak miło z jej strony, że tak ci się zwie­rzyła.

- Maud jest wspa­niała - od­parł El­l­wood, wsta­jąc na­gle. - Cu­downa dziew­czyna. - Ka­wa­łek łupku skru­szył się pod jego sto­pami i spadł na zie­mię, trzy pię­tra ni­żej.

- Jezu, Elly, nie rób tego! - po­wie­dział Gaunt, przy­wie­ra­jąc do pa­ra­petu.

Uśmiech­nięty El­l­wood wspiął się z po­wro­tem do sy­pialni.

- No chodź, na ze­wnątrz jest mo­kro - po­wie­dział.

Gaunt po­spiesz­nie za­cią­gnął się jesz­cze raz pa­pie­ro­sem i wrzu­cił nie­do­pa­łek do rynny. El­l­wood le­żał roz­wa­lony na ka­na­pie, ale gdy Gaunt usiadł na jego no­gach, ten na­tych­miast je pod sie­bie pod­wi­nął.

- Nie­na­wi­dzi­łeś Cu­th­berta-Smi­tha - stwier­dził El­l­wood.

- Tak. Cóż. Bę­dzie mi tego bra­ko­wało.

El­l­wood się ro­ze­śmiał.

- Znaj­dziesz ko­goś no­wego, kogo bę­dziesz nie­na­wi­dził. Za­wsze znaj­du­jesz.

- Bez wąt­pie­nia - od­parł Gaunt.

Ale nie o to cho­dziło. Na­pi­sał obe­lżywe wier­sze na te­mat Cu­th­berta-Smi­tha, a ten (Gaunt był nie­mal pe­wien, że to on) na­ba­zgrał na ścia­nie szatni w bi­blio­tece: "Henry Gaunt jest nie­miec­kim SZPIE­GIEM". Gaunt ude­rzył go za to, ale ni­gdy nie strze­liłby mu w brzuch.

- Wy­daje mi się, że wróci w na­stęp­nym se­me­strze, za­do­wo­lony z sie­bie i z mnó­stwem hi­sto­rii z frontu - po­wie­dział po­woli El­l­wood.

- Może nikt z nich nie wróci.

- Prze­gramy wojnę z ta­kim de­fe­ty­stycz­nym na­sta­wie­niem. - El­l­wood prze­chy­lił głowę. - Henry, stary Cu­th­bert-Smith był idiotą. Praw­do­po­dob­nie wszedł pro­sto pod kulę dla hecy. Nie tak to bę­dzie wy­glą­dało, kiedy my pój­dziemy.

- Nie za­cią­gnę się.

El­l­wood ob­jął ko­lana ra­mio­nami i wpa­try­wał się w Gaunta.

- Non­sens - stwier­dził.

- Nie je­stem prze­ciwny wszyst­kim woj­nom - wy­ja­śnił Gaunt. - Tylko tej. Nie­miecki mi­li­ta­ryzm... jak­by­śmy nie utrzy­mali na­szego im­pe­rium dzięki po­tę­dze mi­li­tar­nej! Dla­czego miał­bym dać się za­bić, bo ja­kiś au­striacki ar­cy­książę zo­stał za­mor­do­wany przez wście­kłego Serba?

- Ale Bel­gia...

- Tak, tak, bel­gij­skie okru­cień­stwa - po­wie­dział Gaunt.

Już wcze­śniej dys­ku­to­wali na ten te­mat. Na­wet urzą­dzili de­batę i El­l­wood po­ko­nał go pię­ciu­set dzie­więć­dzie­się­cioma sze­ścioma gło­sami do czte­rech. El­l­wood wy­grałby każdą de­batę: cała szkoła go uwiel­biała.

- Ale mu­sisz się za­cią­gnąć - stwier­dził El­l­wood. - Je­śli wojna w ogóle jesz­cze bę­dzie trwała, kiedy skoń­czymy szkołę.

- Dla­czego? Bo ty to zro­bisz?

El­l­wood za­ci­snął szczękę i od­wró­cił wzrok.

- Bę­dziesz wal­czył, Gaunt - po­wie­dział.

- Ach tak?

- Za­wsze wal­czysz. Ze wszyst­kimi. - El­l­wood po­tarł pal­cem nie­wiel­kie pła­skie miej­sce na no­sie. Czę­sto tak ro­bił. Gaunt za­sta­na­wiał się, czy miał do niego pre­ten­sje za to, że go ude­rzył. Wal­czyli ze sobą tylko raz. I to nie Gaunt za­czął.

- Nie z tobą - po­wie­dział.

- ????? ??????? - za­cy­to­wał El­l­wood[1].

- Wła­śnie że znam sie­bie! - od­parł Gaunt, rzu­ca­jąc się do przodu, żeby przy­du­sić go po­duszką.

Przez chwilę ża­den z nich się nie od­zy­wał, po­nie­waż El­l­wood wił się i krzy­czał ze śmie­chu, pod­czas gdy Gaunt pró­bo­wał zrzu­cić go z ka­napy. Gaunt był silny, ale El­l­wood szyb­szy, wy­rwał się z uści­sku Gaunta i upadł na pod­łogę, du­sząc się ze śmie­chu. Gaunt zwie­sił głowę przez kra­wędź ka­napy i oparł czoło na czole przy­ja­ciela.

- Za­mie­rzasz wal­czyć w ten spo­sób? - za­py­tał Gaunt, gdy od­zy­skali od­dech. - Mo­co­wać się z Niem­cami na śmierć?

El­l­wood prze­stał się śmiać, ale się nie po­ru­szył. Za­marli na chwilę, czoło przy czole, aż El­l­wood się od­su­nął i oparł głowę na ra­mie­niu Gaunta.

Wszyst­kie mię­śnie Gaunta stę­żały. Od­dech El­l­wo­oda był go­rący. Przy­po­mi­nał mu jego psa, Tro­opera. Może wła­śnie dla­tego zmierz­wił włosy El­l­wo­oda, pal­cami szu­ka­jąc ko­smy­ków, które wy­mknęły się wo­skowi. Od dawna nie gła­dził go po wło­sach. Od pierw­szego roku w Pre­shute, gdy mieli po trzy­na­ście lat, kiedy to zna­lazł El­l­wo­oda we łzach, sku­lo­nego pod biur­kiem.

Ale te­raz byli w kla­sie ma­tu­ral­nej, ich ostat­niej, i pra­wie ni­gdy się nie do­ty­kali.

El­l­wood ani drgnął.

- Je­steś jak mój pies - po­wie­dział Gaunt, żeby prze­rwać cią­żącą mu ci­szę.

Przy­ja­ciel ode­rwał się od niego.

- Dzięki.

- Mó­wię to jako kom­ple­ment. Bar­dzo lu­bię psy.

- Ja­sne. Mam ci coś przy­nieść? Za­czy­nam ra­dzić so­bie z ga­ze­tami, cho­ciaż na­dal zo­sta­wiam ślady zę­bów.

- Nie wy­głu­piaj się.

Przez śmiech El­l­wo­oda prze­bi­jała nuta smutku.

- Wiesz, mnie śmierć Ro­se­ve­are'a i Cu­th­berta-Smi­tha też za­smu­ciła - po­wie­dział.

- O, tak - od­parł Gaunt. - I Stra­kera. Pa­mię­tasz, jak przy­wią­zy­wa­li­ście młod­szych chłop­ców do krze­seł i bi­li­ście ich całą noc?

Mi­nęły lata, od­kąd El­l­wood znę­cał się nad kim­kol­wiek, ale Gaunt wie­dział, że wciąż wsty­dził się tej pło­ną­cej w nim skłon­no­ści do nie­kon­tro­lo­wa­nej prze­mocy. Nie da­lej jak w ostat­nim se­me­strze Gaunt za­uwa­żył, jak pła­cze z wście­kło­ści, gdy prze­grał mecz kry­kieta. Gaunt na­to­miast nie pła­kał, od­kąd skoń­czył dzie­więć lat.

- Stra­ker i ja nie by­li­śmy aż tak okrutni, jak starsi chłopcy byli wo­bec nas - po­wie­dział za­ru­mie­niony El­l­wood. - Char­lie Prit­chard strze­lał do nas śle­pa­kami.

Gaunt uśmiech­nął się lekko, świa­domy, że do­ku­cza El­l­wo­odowi, bo za­wsty­dził się tą za­bawą jego wło­sami. El­l­wood nie­ustan­nie ro­bił ta­kie rze­czy in­nym chło­pa­kom, tłu­ma­czył sam so­bie.

Tak, od­parł we­wnętrzny głos, ale ni­gdy jemu.

- W każ­dym ra­zie nie przy­jaź­ni­łem się ze Stra­ke­rem - do­dał El­l­wood. - Był bru­ta­lem.

- Wszy­scy twoi przy­ja­ciele to bru­tale, El­l­wood.

- Mam tego wszyst­kiego dość. - El­l­wood wstał. - Przejdźmy się.

W trak­cie czasu prze­zna­czo­nego na od­ra­bia­nie za­dań do­mo­wych nie wolno im było wy­cho­dzić z po­koi, więc wy­mknęli się po ci­chu z Ce­me­tery Ho­use, ich szkol­nego domu. Skra­dali się tyl­nymi scho­dami, mi­nęli ga­bi­net, w któ­rym ich wy­cho­wawca, pan Ham­mick, udzie­lał aku­rat sro­giej re­pry­mendy uczniowi z Shell za wy­my­ka­nie się. (Pre­shute było sto­sun­kowo nową szkołą i z chę­cią ko­rzy­stano tu z ter­mi­no­lo­gii sto­so­wa­nej przez star­sze, bar­dziej pre­sti­żowe in­sty­tu­cje: "Shell" dla pierw­szego roku, "Re­move" dla dru­giego, "Hun­dreds" dla trze­ciego, "Lo­wer Si­xth" i "Up­per Si­xth" na ozna­cze­nie przed­ostat­niego i ostat­niego roku).

- To podłe i ha­niebne za­cho­wa­nie, Gos­set. Czy chcesz być podły i ha­niebny?

- Nie, pro­szę pana - wy­ję­czał nie­szczę­sny uczeń.

- Biedny chło­pak - stwier­dził El­l­wood, gdy za­mknęli za sobą tylne drzwi. Ze­szli żwi­rową ścieżką do cmen­ta­rza, od któ­rego po­cho­dziła na­zwa ich domu. - Ci w Shell są wo­bec niego wy­jąt­kowo pa­skudni, tylko dla­tego, że pierw­szego dnia oznaj­mił wszyst­kim, że jest księ­ciem.

- A jest? - za­py­tał Gaunt, prze­cho­dząc obok na­grob­ków i prze­su­wa­jąc po nich opusz­kami pal­ców.

- Tak, ale to coś, co inni po­winni móc sami od­kryć. To tak, jak­bym ja się przed­sta­wiał: "Dzień do­bry, na­zy­wam się Syd­ney El­l­wood i je­stem za­bój­czo przy­stojny". Nie mnie to mó­wić.

- Je­śli ocze­ku­jesz, że po­twier­dzę twoją próż­ność...

- Na­wet bym o tym nie ma­rzył - stwier­dził El­l­wood, pod­ska­ku­jąc we­soło. - Chyba już od trzech mie­sięcy nie usły­sza­łem od cie­bie żad­nego kom­ple­mentu. Wiem, bo za­wsze je so­bie za­pi­suję i cho­wam do szu­flady.

- Ale z cie­bie paw!

- Cóż, fak­tem jest, że cała klasa prze­śla­duje Gos­seta i jest mi go okrop­nie żal.

Do­tarli do sta­rego, roz­pa­da­ją­cego się klasz­toru, znaj­du­ją­cego się na dru­gim końcu cmen­ta­rza. Za­pa­dał zmrok, ro­biło się co­raz chłod­niej i bar­dziej wil­gotno. Niebo po­ciem­niało, stało się gra­na­towe, a wiatr po­wie­wał ich fra­kami. Gaunt ob­jął się ra­mio­nami. Zi­mowe wie­czory w Pre­shute miały w so­bie coś wy­cze­ku­ją­cego. Moż­liwe, że cho­dziło o kon­trast mię­dzy ma­syw­nymi wzgó­rzami za szkołą, czar­nym la­sem, sma­ga­nymi wia­trem łą­kami, tak ci­chymi - a ha­ła­śli­wymi chłop­cami wra­ca­ją­cymi do Domu. Prze­mie­rza­jąc opu­sto­szałe pola, nie mo­gli się oprzeć wra­że­niu, że są ostat­nimi ży­wymi ludźmi na świe­cie. El­l­wood wy­cho­wy­wał się w ogrom­nej wiej­skiej po­sia­dło­ści w East Sus­sex, ale Gaunt do­ra­stał w Lon­dy­nie. Ci­sza miała w so­bie coś ma­gicz­nego.

- Po­słu­chaj - po­wie­dział El­l­wood, przy­my­ka­jąc oczy i uno­sząc twarz do góry. - Jak się jest ci­cho, można so­bie wy­obra­zić, jak Rzy­mia­nie roz­bi­jają Cel­tów, prawda?

Za­trzy­mali się.

Gaunt nie mógł so­bie ni­czego wy­obra­zić w tej ci­szy.

- Wie­rzysz w ma­gię? - za­py­tał.

El­l­wood mil­czał przez chwilę, tak długą, że gdyby był kimś in­nym, Gaunt już by po­wtó­rzył swoje py­ta­nie.

- Wie­rzę w piękno - od­parł w końcu.

- Tak - żar­li­wie przy­tak­nął Gaunt. - Ja też. - Za­sta­na­wiał się, jak to jest być kimś ta­kim jak El­l­wood, kimś, kto przy­czy­nia się do piękna miej­sca, za­miast je nisz­czyć.

- To wszystko jest formą ma­gii - stwier­dził El­l­wood, idąc da­lej. - Kry­kiet i po­lo­wa­nia, i lody na traw­ni­kach w let­nie po­po­łu­dnia. An­glia jest ma­giczna.

Gaunt miał prze­czu­cie, że wie, co El­l­wood za­mie­rza po­wie­dzieć.

- Dla­tego mu­simy za nią wal­czyć.

An­glia El­l­wo­oda jest ma­giczna, po­my­ślał Gaunt, omi­ja­jąc po­krzywy. Ale to nie praw­dziwa An­glia. Był kie­dyś na East En­dzie, gdzie matka za­brała go, żeby roz­da­wał zupę i chleb ir­landz­kim tka­czom. Nie było tam kry­kieta, po­lo­wań ani lo­dów. Ale El­l­wood ni­gdy nie in­te­re­so­wał się brzy­dotą, pod­czas gdy Gaunt - być może z po­wodu Maud, która czy­tała Ber­narda Shawa i Ber­tranda Rus­sella oraz pi­sała w swo­ich li­stach sza­lone rze­czy na te­mat ko­lo­nii - oba­wiał się, że brzy­dota jest zbyt ważna, by ją igno­ro­wać.

- Pa­mię­tasz wojnę pe­lo­po­ne­ską? - za­py­tał Gaunt.

Z gar­dła El­l­wo­oda wy­do­był się chro­pawy śmiech.

- Szcze­rze, Gaunt, na­prawdę nie wiem, dla­czego się z tobą za­daję. Nie po to zwia­li­śmy z za­jęć, żeby te­raz my­śleć o Tu­ki­dy­de­sie.

- Ateny były naj­więk­szą po­tęgą w Eu­ro­pie, może na­wet na świe­cie. Miały de­mo­kra­cję, sztukę, wspa­niałą ar­chi­tek­turę. Ale Sparta była nie­mal rów­nie po­tężna. Nie tak samo, ale pra­wie. Poza tym miała cha­rak­ter mi­li­tarny.

- Czy to przy­po­wieść, Gaunt? Czyż­byś był Chry­stu­sem?

- I Ateń­czycy wal­czyli ze Spar­ta­nami.

- I prze­grali - stwier­dził El­l­wood, ko­piąc gni­jącą kłodę.

- Tak.

El­l­wood mil­czał przez dłuż­szą chwilę.

- My nie prze­gramy - po­wie­dział w końcu. - Je­ste­śmy naj­więk­szym im­pe­rium, ja­kie kie­dy­kol­wiek ist­niało.

-

Po raz pierw­szy upili się ra­zem w trze­cim roku na­uki. Gaunt miał szes­na­ście lat, a El­l­wood pięt­na­ście. Prit­chard - "wiel­kim oso­bi­stym kosz­tem", jak im oznaj­mił po­nuro - prze­ko­nał swo­jego star­szego brata, żeby dał im pięć bu­te­lek ta­niej whi­sky. Prit­chard, West, Ro­se­ve­are, El­l­wood i Gaunt za­mknęli się w ła­zience na ostat­nim pię­trze Ce­me­tery Ho­use. Jak póź­niej od­krył Gaunt, El­l­wood na­le­gał na za­kup swo­jej bu­telki od Prit­charda. Śmier­tel­nie się bał, że mógłby zo­stać uznany za skąpca.

West wy­pluł pierw­szy łyk whi­sky do umy­walki. Był nie­zdar­nym chło­pa­kiem o wiel­kich uszach, cho­dzącą ka­ta­strofą: głupi na lek­cjach, prze­ciętny w grach, ra­do­sny nie­udacz­nik.

- Jezu Chry­ste! Obrzy­dliwe - po­wie­dział. Miał prze­krzy­wiony kra­wat. Za­wsze tak było, bez względu na to, ile razy zo­stał uka­rany za swoje nie­chluj­stwo.

- Pij da­lej - po­ra­dził mu Ro­se­ve­are, który sie­dział roz­wa­lony na pod­ło­dze.

Gaunt zer­k­nął na niego i za­uwa­żył z pewną iry­ta­cją, że na­wet roz­czo­chrany wy­glą­dał nie­ska­zi­tel­nie. Jako naj­młod­szy z trzech per­fek­cyj­nych braci Ro­se­ve­are, z któ­rych każdy je­den był wspa­nial­szy od dru­giego, wy­da­wał się przy­stojny w ten nie­wy­mu­szony, po­wierz­chowny spo­sób, któ­rego Gaunt nie zno­sił.

- Cał­kiem mi sma­kuje - uznał El­l­wood, ob­ra­ca­jąc bu­telkę, żeby prze­czy­tać ety­kietę. - Może po­wi­nie­nem zo­stać pi­ja­kiem. Po­dobno By­ron nim był.

- Tak jak i pi­ja­rzy - rzu­cił Gaunt.

- To było nie­mal za­bawne - sko­men­to­wał za­chę­ca­jąco Ro­se­ve­are. - Z cza­sem ci się uda.

Gaunt upił łyk whi­sky. Nie bar­dzo mu sma­ko­wała, ale dzięki niej po­czuł się lekko, jakby lu­dzie na niego nie pa­trzyli. A może da­wała mu po­czu­cie, że nie musi się przej­mo­wać, na­wet je­śli to ro­bili. Wszedł do wanny i zsu­nął się na dno, poza za­sięg wzroku ko­le­gów, przy­ci­ska­jąc bu­telkę do piersi.

- Lord By­ron był so­do­mitą - ob­wie­ścił West to­nem ko­goś, kto zdra­dza ważną ta­jem­nicę pań­stwową.

Gaunt za­mknął oczy.

- Oj­ciec mi po­wie­dział - kon­ty­nu­ował West. - Uważa, że po­winno się było go za­strze­lić.

- Twój oj­ciec uważa, że każ­dego na­leży za­strze­lić - uznał Ro­se­ve­are.

- Nie­prawda - za­pro­te­sto­wał West.

- Zo­baczmy - po­wie­dział Prit­chard, od­li­cza­jąc na pal­cach. Przy­siadł na spłuczce i ko­la­nami obej­mo­wał We­sta, sie­dzą­cego na de­sce klo­ze­to­wej. - Mamy ho­mo­sek­su­ali­stów, ka­to­li­ków, Ir­land­czy­ków i każ­dego, kto nie lubi psów.

Prit­chard wy­glą­dał tak prze­cięt­nie, że gu­bił się w tłu­mie, Char­lie Prit­chard był spor­tow­cem, Ar­chie Prit­chard na­ukow­cem, na­to­miast on, Ber­tie Prit­chard - po­wszech­nie znany wśród star­szych chłop­ców jako "Mini", czego nie­na­wi­dził - nie wie­dział jesz­cze, w czym jest do­bry. Zda­niem Gaunta - w ni­czym. Ale El­l­wood go lu­bił.

- Za­po­mnia­łeś o bied­nych - do­rzu­cił El­l­wood, wci­ska­jąc się do wanny obok Gaunta. - Wiel­kich Nie­umy­tych.

Usa­do­wił się mię­dzy jego no­gami, twa­rzą do przy­ja­ciela.

- Och, a do tego i Ży­dów, oczy­wi­ście - po­wie­dział Prit­chard. - Nie mo­żemy ich po­mi­nąć. Pe­chowo, El­l­wood.

- Na­leżę do Ko­ścioła An­glii - od­parł uprzej­mie El­l­wood.

- Co po­wiesz, West? - za­py­tał Prit­chard. - Czy jego lor­dow­ska mość ak­cep­tuje kon­wer­sję?

- Po­słu­chaj... - za­czął West.

- Je­steś ob­rze­zany, El­l­wood? - za­py­tał Prit­chard.

El­l­wood uśmiech­nął się lekko, jakby py­ta­nie o jego ży­dow­skość w naj­mniej­szym stop­niu go nie za­nie­po­ko­iło.

- Czy po­win­ni­śmy po­pro­sić ojca We­sta o spraw­dze­nie? - za­py­tał.

Nie był ob­rze­zany. Gaunt to wie­dział, za­uwa­żył kie­dyś pod prysz­ni­cem. Ale mil­czał.

- Nie jest - stwier­dził Ro­se­ve­are. - Nie żeby to miało ja­kieś zna­cze­nie, w tej kwe­stii oj­ciec We­sta jest nie­ugięty. Oba­wiam się, że to ozna­cza śmierć dla bied­nego sta­rego El­l­wo­oda.

- Cóż... - po­wie­dział West.

- Nie­stety - prze­rwał mu El­l­wood, wy­cią­ga­jąc się w wan­nie ze smut­nym uśmie­chem. - A tak wiele chcia­łem zro­bić! Ale cóż, jak brzmi ten cy­tat z Eu­ry­pi­desa, o któ­rym my­ślę, Gaunt? Ten o śmierci?

- ????? ???? ????????? ????????? - od­parł Gaunt.

- Wła­śnie. "Śmierć jest dłu­giem, który każdy z nas musi spła­cić". Je­śli mam umrzeć tra­gicz­nie w kwie­cie wieku, jak są­dzę, może to być i z ręki ojca We­sta.

- W po­rządku, w po­rządku - rzu­cił West. - Ni­gdy nie mó­wi­łem, że się z nim zga­dzam. - Oparł brodę na ko­la­nie Prit­charda, żeby le­piej wi­dzieć El­l­wo­oda w wan­nie.

- Nie, na­prawdę nie chciał­bym cię od­wo­dzić - po­wie­dział El­l­wood. - Ten kraj po­trze­buje odro­biny roz­lewu krwi. Po­pie­ram two­jego ojca. Wy­rżnąć wszyst­kich, czemu nie?

- Prze­stań mą­cić bied­nemu We­stowi w gło­wie, nie jest wy­star­cza­jąco by­stry - stwier­dził Prit­chard wy­nio­słym to­nem, su­ge­ru­ją­cym, że on sam jest wzo­rem mą­dro­ści.

- Je­stem wy­star­cza­jąco by­stry! - za­pro­te­sto­wał West.

- A tak przy oka­zji, Prit­chard, co mu­sia­łeś zro­bić dla brata, żeby za­pew­nić nam tak do­sko­nały na­pi­tek? - za­py­tał El­l­wood.

- Nie da się tego opi­sać. - Prit­chard po­trzą­snął głową. - Wy­star­czy po­wie­dzieć, że wszy­scy je­ste­ście mi winni sło­dy­cze.

- Prit­chard Star­szy ka­zał mu li­zać swoje buty na oczach wszyst­kich ma­tu­rzy­stów - zdra­dził West, na co Prit­chard szarp­nął go za włosy. - Auć! Od­wal się!

- Po­wie­dzia­łem ci to w za­ufaniu!

- Na­prawdę li­za­łeś mu buty? Które? - za­py­tał El­l­wood.

- Co masz na my­śli? Co za róż­nica?

- Nie, to do­bre py­ta­nie - stwier­dził West. - Nie miał­bym nic prze­ciwko sku­ba­niu sznu­ro­wa­dła od czy­je­goś ele­ganc­kiego nie­dziel­nego obu­wia.

- Ważne, by mieć pewne stan­dardy - zgo­dził się Ro­se­ve­are.

- Tak. Od­da­waj­cie whi­sky. Znajdę wdzięcz­niej­szych od­bior­ców.

El­l­wood przy­ci­snął nogę do nogi Gaunta i uśmiech­nął się sze­roko, gdy Prit­chard pró­bo­wał wy­rwać We­stowi bu­telkę. Gaunt oparł po­li­czek o chłodną por­ce­lanę i od­po­wie­dział uśmie­chem.

Dwie go­dziny póź­niej Gaunt na­dal był tylko lekko wsta­wiony, pod­czas gdy El­l­wood - pi­jany jak bela. Ob­ró­cił się w wan­nie i oparł ple­cami o pierś Gaunta, jedną dłoń po­ło­żył na jego udzie, a drugą obej­mo­wał bu­telkę. Cały mózg Gaunta sku­pił się na cie­ple pro­mie­niu­ją­cym z ple­ców El­l­wo­oda, na ele­ganc­kiej, wdzięcz­nej dłoni spo­czy­wa­ją­cej na jego udzie.

Gaunt nie­znacz­nie od­su­nął bio­dra. Taki śro­dek za­po­bie­gaw­czy.

- Mój dal­szy ku­zyn był na Ti­ta­nicu - mó­wił Ro­se­ve­are.

W 1913 roku Ti­ta­nic na­dal był te­ma­tem czę­stych, peł­nych pa­sji dys­ku­sji. Ro­se­ve­are i Prit­chard le­żeli na pod­ło­dze. West nie­zgrab­nie wci­snął się do umy­walki i po­gwiz­dy­wał Nad pięk­nym mo­drym Du­na­jem. Ro­bił tak już od czter­dzie­stu pię­ciu mi­nut.

Głowa El­l­wo­oda opa­dła na ra­mię Gaunta.

- Co? - za­py­tał Gaunt.

- Jak to co?

- Na­gle zro­bi­łeś się po­chmurny i po­nury.

El­l­wood za­wa­hał się, nim od­po­wie­dział.

- Cho­dzi o Ma­itlanda - po­wie­dział ci­cho. - Wiesz, że wy­jeż­dża pod ko­niec roku.

Gaunt cie­szył się, że El­l­wood nie wi­dzi jego twa­rzy, bo na­prawdę nie wie­dział, jak za­re­ago­wać.

Przez cały pierw­szy i drugi rok El­l­wood był cią­gle wzy­wany do po­koju Johna Ma­itlanda, aby "po­roz­ma­wiać o dru­ży­nach z niż­szych rocz­ni­ków". Ma­itland grał na pra­wym skrzy­dle w pod­sta­wo­wym skła­dzie dru­żyny pił­kar­skiej i jako taki był sza­no­wany przez całą szkołę, od naj­star­szego na­uczy­ciela po naj­młod­szego ucznia. Mógł ro­bić wszystko, na co miał ochotę. Choć oczy­wi­ście nikt ni­gdy nie po­wie­dział tego wprost - to, co chłopcy ro­bili w ciem­no­ści, było ak­cep­to­wane tak długo, jak po­zo­sta­wało w ukry­ciu. Było nie­wy­po­wie­dziane, nie­wi­dzialne i co naj­waż­niej­sze: chwi­lowe. Gaunt nie miał cie­nia wąt­pli­wo­ści, że za­równo Ma­itland, jak i El­l­wood po­rzucą swoją nie­doj­rza­łość i po­ślu­bią sza­no­wane młode ko­biety po ukoń­cze­niu Oxfordu czy Cam­bridge.

Ale jak na ra­zie byli szcze­gól­nymi przy­ja­ciółmi.

- Bar­dzo go lu­bię - wy­znał El­l­wood.

Prit­chard i Ro­se­ve­are wciąż roz­pra­wiali o Ti­ta­nicu.

- Wsty­dził­bym się, gdy­bym coś ta­kiego prze­żył - stwier­dził Prit­chard.

- Wy­daje się to nie­mę­skie - zgo­dził się Ro­se­ve­are.

- Tylko... - kon­ty­nu­ował El­l­wood - nie tak, jak lu­bię... - Urwał.

- Moją sio­strę? - pod­po­wie­dział Gaunt.

El­l­wood za­śmiał się dość nie­przy­jem­nie.

- Tak, Gaunt, twoją sio­strę - po­twier­dził.

Ro­se­ve­are pod­niósł się gwał­tow­nie i spoj­rzał na nich dwóch w wan­nie.

- Wy­glą­da­cie okrop­nie przy­tul­nie.

Gaunt pró­bo­wał ode­pchnąć od sie­bie El­l­wo­oda, ale ten ani drgnął.

- Nie za­wsty­dzaj go, Ro­se­ve­are, bo nie bę­dzie już moją po­duszką - stwier­dził El­l­wood.

Ro­se­ve­are się ro­ze­śmiał.

- Tylko ty ośmie­lasz się trak­to­wać Gaunta jak po­duszkę.

- Co to ma zna­czyć? - za­py­tał Gaunt, od­ru­chowo za­ci­ska­jąc pię­ści.

- Je­dy­nie to, że przy­wa­lił­byś każ­demu, kto by tego spró­bo­wał - wy­ja­śnił Ro­se­ve­are.

- Przy­walę to­bie, je­śli nie prze­sta­niesz wściu­biać nosa tam, gdzie nie jego miej­sce - od­parł Gaunt.

El­l­wood uci­szył go, śmie­jąc się lekko, a Gaunt roz­luź­nił dło­nie.

- A tak w ogóle to o czym roz­ma­wia­cie?

- O dziew­czy­nach - od­parł El­l­wood.

- Hm. Kon­ty­nu­uj­cie - po­wie­dział Ro­se­ve­are, opie­ra­jąc się znowu na łok­ciach.

- Po­wiedzmy, że je­steś na to­ną­cym statku - cią­gnął Prit­chard, jakby Ro­se­ve­are nie prze­rwał roz­mowy. - Czy nie wo­lał­byś uto­nąć niż żyć ze świa­do­mo­ścią, że by­łeś ma­łym, ob­śli­zgłym tchó­rzem?

- Och, oczy­wi­ście - od­parł Ro­se­ve­are. - Każdy by wo­lał.

- Cie­kawe, jak się za­cho­wy­wały dziew­czyny, gdy sta­tek po­szedł na dno - za­sta­na­wiał się Prit­chard.

- Przy­pusz­czam, że dość roz­pacz­li­wie szu­kały po­cie­sze­nia - po­wie­dział Ro­se­ve­are.

Prit­chard za­śmiał się lu­bież­nie.

Gaunt na­chy­lił się do ucha El­l­wo­oda, nie­mal do­ty­ka­jąc go ustami, żeby nikt go nie usły­szał.

- Je­stem pe­wien, że Ma­itland czuje to samo - wy­szep­tał. - Po pro­stu za­bi­jasz czas, aż bę­dziesz mógł się oże­nić z Maud, prawda?

El­l­wood wes­tchnął.

- Tak, przy­pusz­czam, że tak. - Po­ło­żył głowę w za­głę­bie­niu szyi Gaunta. A ten moc­niej chwy­cił się kra­wę­dzi wanny. - Prze­pra­szam, wiem, że czu­jesz się nie­swojo, gdy o nim mó­wię.

Tak było. Z tego, co El­l­wood mó­wił mu o Ma­itlan­dzie, i z tego, co sam za­ob­ser­wo­wał, Ma­itland mógłby ucho­dzić za re­ne­san­so­wego księ­cia. Był przy­stojny, uta­len­to­wany, bły­sko­tliwy, a jed­nak El­l­wood go nie chciał. Je­śli sam Ma­itland nie był w sta­nie utrzy­mać uczuć El­l­wo­oda...!

El­l­wood za­wsze był bar­dzo hojny, je­śli cho­dzi o uwagę po­świę­caną in­nym, ale Gaunt nie miał po­czu­cia, by było to praw­dziwą oznaką jego uczuć. El­l­wood po pro­stu po­trze­bo­wał być ko­chany.

- Nie czuję się nie­swojo - skła­mał skrę­po­wany Gaunt.

- Wła­śnie że tak. Czuję, jak się spią­łeś - po­wie­dział El­l­wood. Po­ło­żył dłoń na szyi Gaunta. - Jak­byś się spo­dzie­wał, że cię ude­rzę.

- Nie prze­szka­dza mi, gdy spra­wiasz, że czuję się nie­kom­for­towo, Elly - po­wie­dział miękko Gaunt.

El­l­wood ob­ró­cił głowę tak, by móc na niego spoj­rzeć. Po­wieki miał cięż­kie od al­ko­holu, ale tę­czówki wy­glą­dały tak samo jak zwy­kle: brą­zowe i świe­tli­ste. Gaunt po­czuł im­puls, być może spo­wo­do­wany al­ko­ho­lem, może głupi, a może od­ważny, żeby po­chy­lić głowę do przodu.

Po­wstrzy­mał się jed­nak.

Palce El­l­wo­oda za­ci­snęły się na jego udzie i Gaunt po­czuł nie­zno­śne mro­wie­nie roz­cho­dzące się po ca­łej no­dze. Dzie­liło ich za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów na­ła­do­wa­nego elek­trycz­no­ścią po­wie­trza. Do­brze, że zdą­żył się wcze­śniej od­su­nąć. To by­łaby ka­ta­strofa, gdyby El­l­wood po­czuł, jaki wpływ ma na niego do­tyk jego pal­ców.

- Ja tylko chcę... - za­czął Gaunt. El­l­wood za­mknął oczy. - ...być twoim przy­ja­cie­lem.

El­l­wood od­wró­cił głowę.

- Za dużo wy­pi­łem - po­wie­dział.

- Łóżko? - za­py­tał Gaunt.

El­l­wood za­śmiał się su­cho.

- Czyż­byś coś pro­po­no­wał, Gaunt?

Gaunt po­czuł, że się czer­wieni.

- Oczy­wi­ście, że nie.

- Oczy­wi­ście, że nie - po­wtó­rzył El­l­wood. Ostroż­nie wy­do­stał się z wanny, nie­mal na­dep­tu­jąc przy tym na Prit­charda. - Pa, chłopcy, je­stem już spóź­niony na randkę z Mor­fe­uszem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

THE PRE­SHU­TIAN

Tom XLIX - Nr 739 27 czerwca 1914 Cena 3 d

Wstęp­niak

Na Jo­wi­sza! Ocal re­dak­tora przed wstęp­nia­kiem! Ale se­mestr do­biegł końca, wspa­niały zresztą, więc na­le­ża­łoby wy­cią­gnąć wnio­ski dla za­pa­lo­nych czy­tel­ni­ków skrom­nego PRE­SHU­TIANA. Mi­nął ko­lejny wspa­niały rok i wy­bitni ab­sol­wenci opusz­czą na­sze mury na chwałę Oxfordu, Cam­bridge i San­dhurst! Ży­wimy na­dzieję, że będą wspo­mi­nać nas, bied­nych uczniów, od czasu do czasu mię­dzy wy­kła­dami i im­pre­zami. Oby na­sza przy­szłość była rów­nie świe­tlana co ich!

S. CU­TH­BERT-SMITH

Wia­do­mo­ści

Bi­skup Lon­dynu wy­gło­sił ka­za­nie w nie­dzielę 14 czerwca.

"Czy osoba ćwi­cząca na for­te­pia­nie sześć razy dzien­nie Do­brze na­stro­jony kla­we­syn Ba­cha w po­bliżu Sta­rej Czy­telni by­łaby ła­skawa na­uczyć się no­wego utworu? Z po­wa­ża­niem, Mu­zycz­nie Sfru­stro­wany Męż­czy­zna".

Trzej wi­dzo­wie, któ­rzy uczest­ni­czyli w przed­sta­wie­niu mniej zna­nych sztuk Ary­sto­fa­nesa w wy­ko­na­niu młod­szych uczniów, do­no­szą, że było to "do­kład­nie to, czego ocze­ki­wałby Ary­sto­fa­nes".

Te­mat przy­szło­rocz­nej de­baty to "Dom od­ma­wia wiary w ist­nie­nie du­chów". Je­śli chcesz opo­wie­dzieć się za zja­wi­skami nad­przy­ro­dzo­nymi, zgłoś się do H. We­edinga.

To­wa­rzy­stwo De­ba­tu­jące

Człon­ko­wie To­wa­rzy­stwa spo­tkali się w po­nie­dzia­łek 22 czerwca, aby prze­dys­ku­to­wać na­stę­pu­jący wnio­sek: "W opi­nii Domu wojna jest złem ko­niecz­nym".

De­batę otwo­rzył pan El­l­wood. Po kilku uszczy­pli­wych uwa­gach na te­mat mo­sięż­nej szpilki do kra­wata no­szo­nej przez jego prze­ciw­nika przed­sta­wił barwną, choć dość nie­do­kładną hi­sto­rię wo­jen pu­nic­kich. Pan Gaunt, ar­gu­men­tu­jąc (dość tchórz­li­wie) ("Czy mogę zo­sta­wić ten na­wias?" - Au­tor; "Tylko je­śli nie oba­wiasz się nie­mal pew­nej bru­tal­nej ze­msty pana Gaunta. Jest uzna­nym bok­se­rem, choć nie­zno­śnym pa­cy­fi­stą" - Re­dak­tor) prze­ciwko tej te­zie, twier­dził, że wojna nisz­czy du­szę. Ci ze słu­cha­czy, któ­rzy wal­czyli z pa­nem Gaun­tem na ringu, mru­czeli bun­tow­ni­czo: "Jaką znowu du­szę?". To w żad­nym ra­zie (cd. na s. 5)

Po­ezja

WIE­CZÓR W PRE­SHUTE COL­LEGE

Niebo staje się zimne a na

Nie­spo­koj­nym za­cho­dzie

Słońce opada sen­nie ku

In­nym świa­tom

Ciem­ność nocy koi

Stra­pioną pierś

Z fir­ma­mentu Chmury

Ma­rzeń się roz­po­starły

Wieża ka­plicy wbija się

W niebo -

"Znowu za długi, El­l­wood" - Re­dak­tor

"Ma za­le­d­wie trzy zwrotki!" - Au­tor

"To za dużo" - Re­dak­tor

The Lon­don Ga­zette

WTO­REK, 4 SIERP­NIA 1914

Opu­bli­ko­wane przez wła­dze

ŚRODA, 5 SIERP­NIA 1914

STAN WOJNY

Rząd Jego Kró­lew­skiej Mo­ści po­in­for­mo­wał rząd nie­miecki w dniu 4 sierp­nia 1914 roku, że je­śli do pół­nocy tego dnia nie otrzyma sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej od­po­wie­dzi na prośbę rządu Jego Kró­lew­skiej Mo­ści o za­pew­nie­nie, że Niemcy usza­nują neu­tral­ność Bel­gii, rząd Jego Kró­lew­skiej Mo­ści bę­dzie czuł się zo­bo­wią­zany do pod­ję­cia wszel­kich kro­ków w celu utrzy­ma­nia tej neu­tral­no­ści i prze­strze­ga­nia trak­tatu, któ­rego Niemcy były ta­kim sa­mym sy­gna­ta­riu­szem jak Wielka Bry­ta­nia.

W związku z tym za­wia­do­mie­niem am­ba­sa­dor Jego Kró­lew­skiej Mo­ści w Ber­li­nie mu­siał wy­stą­pić o pasz­port, rząd Jego Kró­lew­skiej Mo­ści for­mal­nie po­in­for­mo­wał rząd nie­miecki, że dzi­siaj od go­dziny 23.00 zo­stał ogło­szony stan wojny mię­dzy dwoma kra­jami.

Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych

4 sierp­nia 1914 r.

THE PRE­SHU­TIAN

Tom XLIX - Nr 741 27 czerwca 1914 Cena 6 d

PO­LE­GLI NA POLU WALKI

Be­azley, pod­po­rucz­nik, L.S.W., Pułk Wilt­shire, 20 wrze­śnia, lat 22

Hick­man, po­rucz­nik, M.E., Pułk Wor­ce­ster­shire, lat 20

Mil­ling, po­rucz­nik, L., Gó­rale z Gor­don, lat 23

Ro­se­ve­are, pod­po­rucz­nik, C.C., Kró­lew­ski Pułk Fi­zy­lie­rów Mun­ster, Mons, 27 sierp­nia, lat 22

Scott-Mon­crieff, ka­pi­tan, M.M., Pułk Kró­lew­ski (Li­ver­pool), 20 wrze­śnia, lat 25

Stra­ker, pod­po­rucz­nik, H.A., Kró­lew­ski Pułk Fi­zy­lie­rów Mun­ster, Mons, 27 sierp­nia, lat 18

ZGI­NĘLI OD RAN

Con­lon, po­rucz­nik, G.T., Pułk West York­shire, lat 21

Cu­th­bert-Smith, po­rucz­nik, S., Fi­zy­lie­rzy No­thum­ber­land, Mons, 24 sierp­nia, lat 18

Hill, po­rucz­nik, A., 19. Pułk Lan­sje­rów, Ar­mia In­dyj­ska, lat 19

RANNI

Day, po­rucz­nik, H.J., Pułk Mid­dle­sex

Hat­ter­sley, ma­jor, F.K., Kró­lew­ska Ar­ty­le­ria Po­lowa

Le Hunte, po­rucz­nik, R., Kró­lew­ski Pułk Szkocki

Mat­ter­son, pod­po­rucz­nik, A.R., Pułk Bed­ford­shire

Par­so­nage, pod­po­rucz­nik, D.K., Pułk Pie­choty So­mer­set

In me­mo­riam

PORUCZ­NIK S. CUTH­BERT-SMITH

Za­bity w Mons, 24 sierp­nia, w wieku lat 18

Każdy, kto w ciągu ostat­nich dwóch lat czy­tał THE PRE­SHU­TIAN, pa­mięta Cu­th­berta-Smi­tha jako żar­to­bli­wego re­dak­tora tej ga­zety. Otrzy­mał sty­pen­dium do Bal­liol Col­lege w Oks­for­dzie, gdzie miał stu­dio­wać fi­lo­lo­gię kla­syczną. Ale by­cie uczo­nym nie było jego prze­zna­cze­niem. Zbyt wiele miał w so­bie z żoł­nie­rza. Po­niż­szy opis tego, jak zgi­nął, zo­stał na­pi­sany przez jego do­wódcę: "Pod­czas sza­leń­czej próby prze­chwy­ce­nia nie­miec­kiego ka­ra­binu ma­szy­no­wego Cu­th­bert-Smith zo­stał po­strze­lony w brzuch. Z po­wodu ostrzału wroga nie mo­gli­śmy go za­brać do po­bli­skiej ja­skini słu­żą­cej jako szpi­tal po­lowy aż do pią­tej rano na­stęp­nego dnia. Dzielny chło­pak po­pro­sił tylko o odro­binę mor­finy, żeby nie prze­szka­dzać in­nym. Zmarł dość bez­bo­le­śnie, a my je­ste­śmy ogrom­nie za­smu­ceni, że stra­ci­li­śmy tak dziel­nego ko­legę! Była to śmierć praw­dzi­wego żoł­nie­rza". My w Pre­shute mo­żemy tylko opła­ki­wać jego stratę i za­zdro­ścić tak szla­chet­nej śmierci, którą każdy z nas chęt­nie po­niósłby za nasz kraj.

S.A. WARD.

POD­PO­RUCZ­NIK C.C. ROSE­VE­ARE

Za­bity w Mons, 27 sierp­nia, w wieku lat 22

Od wy­bu­chu wojny Pre­shute do­świad­czyło wielu cio­sów, ale ża­den nie ude­rzył nas do­tkli­wiej niż śmierć Cla­rence'a Ro­se­ve­are'a. Po­zo­sta­wił po so­bie dwóch braci w ostat­niej kla­sie, w tym na­szego zna­ko­mi­tego pre­fekta. Cla­rence także peł­nił tę funk­cję. Ale jego śmierć, po­dob­nie jak jego ży­cie, była ho­no­rowa i mę­ska, w swo­jej an­giel­skiej wa­lecz­no­ści gra­ni­cząca z do­sko­na­ło­ścią.

Frag­ment li­stu od jego ofi­cera do­wo­dzą­cego: "Prze­szedł obok mnie z po­godną twa­rzą, śmie­jąc się, pod bar­dzo sil­nym ogniem krzy­żo­wym z ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych, i krzyk­nął do mnie: "Mam iść da­lej?", a ja od­po­wie­dzia­łem: "Idź da­lej, chłop­cze, tak da­leko, jak po­tra­fisz". Bie­dak wkrótce po­tem zo­stał tra­fiony w serce. Prze­nio­słem go do okopu w na­dziei, że rana nie bę­dzie śmier­telna. Je­dyne słowa, ja­kie do mnie wy­po­wie­dział, brzmiały: "Nie przej­muj się mną". Kiedy (cd. na s. 3)