Prolog
Przed wieloma wiekami Smok Neru i Wilcza Pani powołali do życia świat. Smok stworzył dzień, słońce, wszystko, co dobre, jasne i ciepłe.Wilcza Pani stworzyła noc, księżyc, skały, ciemność i zimno. Smok był potężniejszy, ale tylko razem tworzyli całość.
U zarania dziejów, gdy ogień Najwyższego Smoka, z którego powstała materia świata, jeszcze nie wygasł, gdy lądy i morza nabierały kształtów, powstały Milczące Wyspy. Kiedy świat zaczęły zasiedlać wszystkie żywe stworzenia, na Wyspach zamieszkało jedno z elfich plemion. Może się to wydawać dziwne, lecz nie znali prawdy o Neru i Wilczej Pani, chociaż Najwyższy Smok miał wobec nich wielki plan. W owych czasach elfy te nie były nieśmiertelne ani nawet długowieczne, nie potrafiły się też obronić przed niebezpieczeństwami, jakimi groziła im stale otaczająca ich natura. Neru powołał więc do życia istoty, które miały służyć elfom pomocą, zwłaszcza w poznawaniu i zrozumieniu Świata. Niestety - elfy zaczęły oddawać owym istotom boską cześć, a one rosły, w miarę składania im ofiar nabierając sił i ochoty na bycie nie tylko pomocnikiem, lecz na przejęcie władzy nad całym wszechświatem, nie tylko nad ogniem i popiołem, kamieniem i drewnem, wodą i lodem. Tak elfy niezamierzenie sprawiły, że dawni słudzy stali się Pierwotnymi Bóstwami.
Mijały lata, a elfie plemię zajęło cały archipelag Milczących Wysp. Tworzyli swoją własną kulturę, nie wiedząc nic o innych plemionach, o ludziach zamieszkujących wielki kontynent. Aż przyszedł czas, gdy zaczęło się im robić na wyspach za ciasno. Jednocześnie rosła w nich ciekawość - co jest za horyzontem. Byli mistrzami żeglugi, więc pewnego dnia postanowili zbudować flotę okrętów większych, niż potrzebowali do komunikacji między wyspami, i wyruszyć rodzinami w poszukiwaniu nowych lądów. Tak też się stało, a po wielu dniach dotarli na kontynent. Nie wiedzieli, że w ten sposób zaczynają realizować swoje przeznaczenie.
Na nowym lądzie od dawna mieszkało wiele ludzkich i elfich plemion. Wśród tych ostatnich wyróżniali się Orodenici, elfy z orlimi skrzydłami, których rolą było duchowe i religijne przewodnictwo nad wszystkimi ludami. Uczyli więc mieszkańców późniejszej Arandanii prawdy o Neru i Wilczej Pani, pełnili posługi kapłańskie. Nowo przybyli poznali Orodenitów, lecz początkowo nie rozumieli wiary, którą ci usiłowali im przekazać, nie chcieli zmienić starych wyznań. Niemniej osiedlili się na wolnych terenach i utrzymywali kontakt z sąsiadami. Stopniowo prawda zaczęła odsłaniać przed nimi swoje oblicze. Coraz lepiej poznawali rangę Najwyższego Smoka i Wilczej Pani, zaczęli dostrzegać znaki, prowadzące ich do Neru. Najpierw zauważyli, że cienie ciernistych krzewów, które pamiętali z ojczystych wysp i które rosły też na kontynencie, są podobne do symboli wiary noszonych przez Orodenitów. Potem ich dzieci, uczące się pisać, zaczęły spontanicznie używać tego samego symbolu na oznaczenie litery "N". Na koniec wreszcie dostrzegli, że widoczny na niebie gwiazdozbiór, zwany przez Orodenitów Smokiem, ma dokładnie taki sam kształt. Wtedy w ich sercach ostatecznie zagościła prawdziwa wiara.
W miarę jak wiara w Neru wypierała kult dawnych bożków, elfy z Milczących Wysp zaczęły się zmieniać. Przestały się starzeć, ich ciała i twarze nabrały urody, a w końcu wyrosły im smocze skrzydła. Widomy znak zawarcia z Najwyższym Smokiem przymierza - zwanego Przymierzem Skrzydeł - i sygnał dla wszystkich ludów, że właśnie to plemię będzie sprawować władzę nad kontynentem.
Wtedy właśnie elfy z Wysp otrzymały nazwę Nilirów - co oznaczało Wybranych. Neru ich przeznaczył na panujących, chociaż jako warunek postawił świadome obranie właściwej ścieżki wiary. Nilirowie utworzyli najpierw państwo Arandania, a rozciągając swoją władzę na inne krainy, zagarniając je pod swoje skrzydła, utworzyły Imperium Smoka. W jego skład wchodziło wiele królestw należących zarówno do różnych elfich plemion, jak i do ludzi. Razem tworzyli siłę.
Neru dał swoim wybrańcom wolną wolę, czasem jednak pozostawienie dzieciom prawa decydowania sprawia, że wybierają one źle. Na czele Nilirów i wszystkich innych ludów stanęła Wybrana Dynastia, a opiekę nad nią przejęli wysłannicy Neru - smoki. Mimo to przedstawiciele Rodu Wilka, niegdyś jednego z największych na wyspach, wątpili. Chcieli być traktowani jako najbardziej zaufani doradcy kolejnych królów, uważali jednak, że Orodenici i Nilirowie ulokowali swoją lojalność nie w tym bóstwie, co trzeba. Oni na pierwszym miejscu postawili Wilczą Panią. W konsekwencji doprowadziło to do rozłamu w plemieniu Nilirów. Ród Wilka oraz ich wasalowie, zwani odtąd Celerilami, zostali wykluczeni ze wspólnoty. Uciekli wtedy do Lasu Złudzeń i tam założyli swoje państwo.
Wrogość, która z każdym rokiem narastała między dwoma rodami, oraz odrzucenie Neru jako najwyższego bóstwa przez część wybranego przez Najwyższego Smoka plemienia, zachwiała ustalonym porządkiem i doprowadziła do całkowitego zerwania Przymierza. Przyszedł czas, gdy Nilirom znów przestały wyrastać skrzydła, aż zanikły całkowicie. Jedyną pamiątką po dawnym pakcie z bogiem pozostała blizna w kształcie smoka, która pojawiała się na prawym przedramieniu pierworodnego dziecka z Wybranej Dynastii. Tak było też do pewnego czasu, lecz w końcu i ten znak zaniknął. Przepowiednia głosiła, że pewnego dnia narodzi się nowy pierworodny i zostanie nosicielem Smoczej Blizny - to on właśnie odnowi przymierze z Neru, przywróci Nilirom niebo. Wtedy też nazwę plemienia zaczęto tłumaczyć jako "Oczekujący", a imperium nazywać Imperium Smoczej Blizny. Płynęły jednak lata, mijały wieki, a jak dotąd nie narodził się nikt godny pieśni i legend.
Rozpacz Nilirów po całkowitej utracie skrzydeł była ogromna. Ale też tym bardziej spotęgowała niechęć i żal do Celerilów. Ci zaś odpłacali się Nilirom żywiołową nienawiścią. Był to zresztą wynik zasad wyznawanych przez czczących Wilczą Panią, wśród których znalazło się dążenie do celów za wszelką cenę. Cóż zaś było celem Celerilów? Oczywiście obalenie Wybranej Dynastii, przejęcie rządów nad Imperium i ustanowienie kultu Wilczej Pani na pierwszym, a w zasadzie jedynym, miejscu. W tych warunkach pokój między oboma rodami stał się praktycznie niemożliwy. Jeśli smok wyszarpywał wilkowi sierść, ten zatapiał kły w jego szyi, dziurawił mu skrzydła, kąsał i drapał. Tak właśnie doszło do następnej wielkiej rebelii, którą zażegnać chciał kolejny władca z Wybranej Dynastii, król Elder III.
***
Krypta z wolna pogrążała się w mroku. Na ścianie płonęła pochodnia, rzucając pomarańczowy poblask na grobowce i sprawiając, że wokół zdawały się tańczyć cienie zmarłych. Tylko jeden cień był nieruchomy, lecz on z pewnością należał do żywej istoty.
Oparta o marmurową ściankę sarkofagu umieszczonego najbliżej drzwi siedziała, obejmując ramionami kolana, młoda elfka, księżniczka Varila. Przytulała się do kamiennej płyty - drżąc pod wpływem bijącego od niej zimna - z taką desperacją, jakby od tego zależało zachowanie zdrowych zmysłów. Jakby obszar wokół mogiły był jedynym, w którym może czuć się bezpiecznie. Po policzkach dziewczynki wpatrzonej w twarz nagrobnej figury, w twarz ojca, płynęły łzy. To oblicze było zbyt spokojne i zbyt władcze, nawet jak na króla całej Arandanii.
Dobrze pamiętała jego wyjazd na wojnę, jeszcze lepiej strach, który ogarniał ją, gdy nieobecność ojca się przedłużała, chociaż obiecał córkom, że wróci bardzo szybko. Pamiętała samotność, gdy szalejąca z niepokoju o ukochanego męża królowa Quenta zostawiła córki pod opieką siostry, a sama udała się walczyć u jego boku. A potem przyszła rozpacz, gdy posłaniec przyniósł wieść o śmierci króla i o tym, że matce nie udało się go pomścić - w walce z o wiele za silnym dla niej przeciwnikiem została poważnie ranna. Przez pewien czas Varila wraz z młodszą siostrą Lirian myślały, że straciły oboje rodziców. W końcu Quenta ozdrowiała i wróciła do domu. Powrót do zdrowia był jednak pozorny. Królowa oszalała z rozpaczy - niektórzy widzieli w tym działanie czarnej magii Celerilów, rzuconą przez nich Klątwę. Przestała zajmować się sprawami królestwa, jadła tylko wtedy, gdy ktoś ją do tego zmusił, zamiast spać, snuła się po pałacowych komnatach niczym widmo, chwilami zdawało się też, że całkiem zapomniała o córkach. Quenta nie pochodziła z Arandanii. Jej ojczyzną były Milczące Wyspy, z którymi Nilirowie nigdy nie zerwali kontaktu. Nie potrafiła się odnaleźć w surowej kulturze narodu męża, tak odmiennej od zwyczajów panujących na Wyspach. Być może to właśnie sprawiało teraz, że żałoba i szaleństwo stały się wygodną formą ucieczki od rzeczywistości.
Obowiązek zajmowania się rządami i państwem spadł na barki młodziutkiej księżniczki. Było to brzemię ponad jej siły, a jednak przyjęła je bez słowa skargi. Zresztą nie miała komu się skarżyć. Królowa, której choroba przechodziła fazy niczym falujący ocean - po chwilowych poprawach, gdy Quenta przejmowała znów stery państwa, następowało gwałtowne pogorszenie z napadami szału lub utratą świadomości - wymagała od niej poświęcenia, nie dając w zamian nic, nawet uścisku ramion, dwór i ministrowie oczekiwali, że sprosta powierzonym jej obowiązkom, poddani wierzyli, że wyprowadzi państwo na spokojne wody i nie da mu zatonąć, a siostra była zbyt mała, by cokolwiek z tego zrozumieć. Czasem Varila zastanawiała się, dlaczego matce wolno rozpaczać, a jej ani nikomu innemu nie? Jedynym wsparciem i powiernicą księżniczki była smoczyca Silnari. Już jako dziecko Varila nawiązała z nią Łaskę Więzi. Silnari bardzo dobrze pełniła swoją rolę przeznaczoną smokom w stosunku do tych, których wzięły pod opiekę. Nie tylko dodawała młodej elfce sił w trudnych chwilach, ale też przekazywała jej wiedzę na temat świata i jego dziejów. Stanowiła przy tym widomy znak, że pewnego dnia Przymierze z Neru może zostać przywrócone. Varila patrzyła czasem na swoją smoczą przyjaciółkę i zastanawiała się, jak by to było móc zamachać skrzydłami i wzbić się do lotu, zostawić za sobą pałac, a potem doświadczać radości przebijania się przez chmury i zagarniania dla siebie coraz większych połaci nieba. Wiedziała jednak, że to tylko marzenie. Wizja tyleż piękna, co nierealna. Jej przeznaczeniem było pozostać filarem królestwa... Na jak długo? Nie łudziła się, że - jak ją niegdyś zapewniano - to tylko na chwilę. Ta chwila zamieniła się najpierw w miesiące, potem stała się całymi latami...
***
A tymczasem zabójca jej ojca, król Alskar, zbuntowany władca z Rodu Cierni - kolejnego rodu, który przed kilkoma wiekami przejął tron Celerilów - nadal sprawował władzę w Lesie Złudzeń.
Rozdział I
Ze sklepienia jaskini kapała woda. Krople spadały i natychmiast parowały w zetknięciu z rozgrzanymi łuskami majestatycznej smoczycy. Jej niebieskie oczy wpatrywały się uważnie w elfkę stojącą u wejścia do groty. Dziewczyna drżała, a na jej twarzy malował się cały wachlarz emocji. Wściekłość. Strach. Bezsilność. Poczucie beznadziei. I samotność.
- Co się stało, Varilo? - zapytała smoczyca. Jej głęboki, czysty głos odbił się echem od kamiennych ścian.
- Silnari... - Dla odmiany głos elfki brzmiał głucho, niczym pęknięty dzwon. - Jesteś tak mądra, że mogłaś to przewidzieć. Obie mogłyśmy.
- Opowiedz mi wszystko. Spróbuję znaleźć jakieś rozwiązanie. - Silnari ze smutkiem patrzyła, jak w oczach jej podopiecznej pojawiają się łzy. Była związana z Varilą od czasów, gdy ta była małym dzieckiem. Pomagała jej w trudnych chwilach, wspierała i uczyła.
Smoki nawiązywały Łaskę Więzi z wybranymi przez siebie Nilirami, bez znaczenia był ród i pozycja elfa. Wiedziały, kogo powinny otoczyć swoją opieką, a Łaska Więzi dawała pewność, że przyjdzie dzień, w którym Neru dotrzyma swojej obietnicy i przywróci elfom skrzydła.
Smoki zwykle wiązały swoje losy tylko z jednym elfem, z Silnari jednak było inaczej. Wybierała sobie kolejnych podopiecznych, po jednym z każdego pokolenia, lecz tylko z Wybranej Dynastii - Rodu Smoka. Ponadto każdy jego przedstawiciel mógł zwrócić się do niej po radę. Została powołana, aby mówić głosem Neru. Pomagała dynastii, z której miał wyjść ten, kto przywróci Przymierze.
- Nie chcę dopuścić do kolejnej wojny - zaczęła Varila, siadając obok swojej przyjaciółki. - Zniosłabym... zniosłabym nawet ślub z Arrinem. W końcu zanim przekroczył granicę, był moim przyjacielem. Zatem dla dobra kraju i wzmocnienia sojuszu zaakceptowałabym go, chociaż to Eril jest dla mnie najważniejszy, to jego wybrałam. Lecz sam ślub to dopiero początek. Matka zamierza zabić mężczyznę, którego kocham. Na moich oczach, w dniu mojego ślubu! Tylko po to, żeby pokazać mi, jak wielką ma nade mną władzę. Nie wolno mi nawet kochać bez jej pozwolenia i próbuje przekonać mnie, że to moje uczucia są przyczyną jej decyzji! Poza tym wciąż powtarza, że to słuszna kara za coś, czego Eril się dopuścił, a o czym mi nie mówi... Kłamie, Silnari! - Varila zacisnęła palce na rękojeści wiszącego u boku krótkiego miecza.
Świsnęła klinga i jeden z kamiennych kwiatów wyrastających z dna jaskini rozleciał się na kawałki. Elfka pokręciła głową w geście bezsilności.
- Powiedziała, że zrobi ze mnie wierną żonę i wzorową królową. Nie mogłam tego słuchać. Wyszłam i trzasnęłam drzwiami. Zaraz potem dostała ataku, jak zwykle w takich sytuacjach. Krzyczała, jak zginął ojciec i jak próbowała go pomścić. Rany, które wtedy odniosła, dolegały jej dzisiaj bardziej niż zwykle. Ach, Silnari, nie wiesz nawet, jak mnie to boli. Matka trwa w tym szaleństwie od lat, ale teraz na dodatek to już nie jest moja matka, tylko... tylko marionetka Rodu Cierni!
- Próbowałaś użyć Erden Lintura? - zapytała smoczyca. Nawet dla niej te informacje były szokujące.
- Mówiłaś mi, że tym kamieniem można leczyć klątwy, ale on nie działa. Ataki tylko się wzmagają.
Ten ukrywany przez nią przez wiele lat artefakt mógł przywoływać moc Neru, Najwyższego Smoka i to właśnie z jego polecenia Silnari kilka miesięcy wcześniej przekazała kamień podopiecznej. Jego nazwa związana była z imieniem pierwszego nilirskiego króla Lintura, który sprowadził elfy z Wysp na kontynent.
- Nie mogę dopuścić do śmierci Erila! - W głosie elfki pojawiła się determinacja. - Moją pierwszą myślą była ucieczka, ale to by było takie... niehonorowe. - Pokręciła głową.
- Niehonorowa jest próba zrobienia z ciebie narzędzia służącego Rodowi Cierni do przejęcia władzy. - Silnari mówiła głośno i pewnie, warcząc przy tym ze złości. - Mogłabyś uciec z Erilem... - ciągnęła. - I ja nawet wiem jak.
***
Był środek nocy. W pałacu rozlegały się krzyki królowej Quenty, przeplatane miarowym pohukiwaniem sowy. Na tle tych upiornych wrzasków można było usłyszeć także inny dźwięk: spokojny oddech postaci przemierzającej królewski ogród. Światło księżyca przebijające się przez chmury uwidaczniało sylwetkę pogrążonej we wspomnieniach ostatnich dni Varili. Noc ukrywała jednak urodę elfki, jej ciemne włosy i ocienione długimi rzęsami oczy w kolorze ciepłego brązu, czerwień pełnych ust i wydatne kości policzkowe. Czasem zbłąkany promień księżycowego blasku zaigrał w klejnotach na jej czole, wydobywając z mroku kształt pięknej twarzy nilirskiej księżniczki, której urody nie mogła zeszpecić nawet gruba, podłużna blizna, ciągnąca się przez prawy policzek, aż do nasady nosa. Pamiątka pierwszej stoczonej przez księżniczkę bitwy.
Varila przechadzała się po posiadłości, którą znała jak nikt inny. W końcu to tu, w rodowej siedzibie władców rozległej i opływającej w dobra krainy Arandanii, od tysiącleci sprawiedliwie rządzonej przez elfy z Wybranej Dynastii, wychowała się i dorastała. To tu jako dziecko bawiła się z chłopcem przysłanym z Saderanu. Byli wielkimi przyjaciółmi, Eril wspierał ją po śmierci ojca, jak nikt inny potrafił pocieszyć. Lecz pewnego dnia został odesłany do jednej ze strażnic, aby szkolić się na żołnierza. Podobno taką wolę wyraziła jego matka. Było jej bardzo smutno, bo młodsza siostra nie dawała jej zbytniego wsparcia. Wtedy królowa sprowadziła innego chłopca... Arrina, księcia Lasu Złudzeń. Syna zabójcy ojca... Varila nie mogła uwierzyć, że matka każe jej się z nim zaprzyjaźnić. To było coś niesłychanego! A jednak, kiedy go zobaczyła, kiedy uświadomiła sobie, że i dla niego ta sytuacja nie jest prosta, wyciągnęła rękę na zgodę. To dzięki Arrinowi nauczyła się lepiej władać mieczem, to on w pewnym sensie wydobył na wierzch jej prawdziwą naturę wojowniczki.
Byli tak cudownymi przyjaciółmi... Lecz potem dorośli. I wtedy zaszło tych kilka zdarzeń, które odkryły przed nią nie tylko perfidny plan jej matki, ale przede wszystkim prawdziwą naturę obydwu jej przyjaciół: Arrina oraz Erila, który, wtedy już awansowany do stopnia kapitana, zaczął ponownie odwiedzać ją w stolicy. Skończyła się jedna przyjaźń, a z tej, która w pewnym momencie poszła trochę w zapomnienie, wybuchła nagle miłość. Czuła, wierna, niepodlegająca żadnym wątpliwościom, mocna i namiętna. Eril stał się dla Varili najważniejszy na świecie, tak jak ona dla niego. Wiedzieli, że dla siebie i swojego uczucia poświęcą wszystko. Tak sobie mówili, aby wyrazić, jak bardzo się kochają. Teraz wyglądało na to, że słowa muszą zamienić w czyny.
Wspominając dawno minione dni, Varila dotarła do ogromnego dębu, jednego z najstarszych drzew w ogrodzie. Oparła się o jego pień i nasłuchiwała nagłej ciszy - królowa Quenta przestała krzyczeć, a sowa pohukiwać.
Varila wiedziała, co to oznacza - atak minął. Mruganiem przegoniła łzy z oczu. Tak bardzo pragnęła wrócić do szczęśliwych czasów sprzed toczonej przed wielu laty wojny, w której straciła ojca. Chciała, by jej matka była taka jak dawniej, lecz choroba nie chciała ustąpić. Teraz jednak najważniejsze stawało się uratowanie Erila. Myślała więc o rozmowie ze smoczycą, którą odbyły kilkanaście dni temu, o pierwszych działaniach, jakie natychmiast podjęła, by zrealizować ich plan.
Nagle Varila usłyszała za sobą ciche kroki. W ułamku sekundy jej mięśnie napięły się, a serce przyspieszyło - ciało było gotowe do walki. Poczuła czyjąś dłoń tuż przy swojej.
Odwróciła się błyskawicznie, dobywając sztyletu i z całej siły wbijając palce w ramię przybysza. Dobiegł ją cichy jęk bólu, ale zaraz potem prawie bezgłośny śmiech.
- Liczyłem na mniej agresywne powitanie. - Rozległo się tuż przy uchu dziewczyny.
Tarcza księżyca wyłoniła się zza chmur i Varila zobaczyła tego, na którego czekała od dłuższego czasu. Postawna sylwetka, błękitne oczy i złote włosy. Szelmowski uśmiech ustąpił wyrazowi zachwytu, gdy światło padło na twarz Varili. Eril przesunął kciukiem po jej bliźnie.
- Z każdym dniem jesteś piękniejsza - odezwał się ponownie. - Kiedyś myślałem, że takie czułe słowa nigdy nie są szczere. Teraz jednak... - W jego oczach zobaczyła wesoły błysk.
Elfka uśmiechnęła się lekko. Nie widziała Erila prawie od miesiąca i każda godzina rozłąki bolała okrutnie. Zwłaszcza teraz, gdy zgodziła się na zaproponowane przez Silnari rozwiązanie. Usiedli pod drzewem.
- Jak było na granicy? - zapytała.
- W znajdującej się pod panowaniem królowej części puszczy jest dosyć spokojnie, ale dalej robi się niebezpiecznie. Narodenty zbierają się do kolejnego ataku. Niby to nic ważnego, w końcu toczyliśmy już dziesiątki takich bitew, ale boję się, że przy nastrojach, jakie panują w korpusie granicznym i wśród strażników, mamy się jednak czego obawiać.
- Co się dzieje? - zapytała zaniepokojona elfka. W oczach ukochanego dostrzegła, że najchętniej odwołałby ostatnie zdanie. Nie chciał jej martwić. W końcu odpowiedział:
- Mój oddział i straż królewska nigdy nie były tak wewnętrznie skłócone. Powody? Wiele. Religia, pochodzenie, poglądy... - Przez twarz Erila przemknął cień. - Twoja matka ostatnio wysyła mnie coraz dalej i na coraz dłużej. Powinienem dowodzić tylko strażnicą, a tymczasem dostałem pod skrzydła jeszcze korpus graniczny. Odnoszę wrażenie, że chce się mnie pozbyć z twojego otoczenia. - Uśmiechnął się gorzko, odgarniając kosmyk włosów z jej twarzy. - Mam rację?
Wolałabym, żebyś jej nie miał, pomyślała Varila. Wiedziała jednak, że musi wyznać ukochanemu prawdę. I najlepiej zrobić to szybko.
- Wiesz - zaczęła - że moja matka jest obarczona Klątwą, którą sprowadził miecz króla Celerilów. To ona powoduje te ataki. - Tu spojrzała znacząco w górę, kierując swój wzrok na okno, z którego niedawno dochodziły krzyki królowej.
Eril kiwnął głową.
- Klątwa mąci jej w umyśle i odbiera kontrolę nad decyzjami. - Teraz głos księżniczki elfów brzmiał tak, jakby próbowała usprawiedliwić czyny matki. Mężczyzna doskonale ją rozumiał. - Quenta zdecydowała, że muszę poślubić syna owego króla. Stało się to pod wpływem wizji pewnej wieszczki, Fylianny, która zobaczyła, że potomstwo Róży i Lasu Złudzeń złączy się świętą przysięgą. Jak wiesz, moja matka, zanim wyszła za ojca, miała w herbie różę. Las Złudzeń reprezentuje natomiast Arrin z Rodu Cierni. Nie byłoby mi łatwo pogodzić się z takim losem, lecz w końcu... pewnie przystałabym na to... Dla dobra wszystkich. - Elfka zapatrzyła się w mrok. - Ale stało się coś znacznie gorszego. - Nagle w jej głosie zabrzmiał gniew. - Matka twierdzi, że w dniu, w którym odbędzie się mój ślub z Arrinem, odbędzie się także... twoja egzekucja. Powiedziała mi to jako pierwszej. Chce, żebym oswoiła się z tą informacją, żebym była przygotowana. Utrzymuje, że... nadal jesteś jej potrzebny na granicy, ale jesteś również winny jakiegoś przestępstwa i odpowiesz za to... w swoim czasie. Ale ja wiem, wiem, że jedyną twoją winą jest nasza miłość.
Szok! Eril poczuł, jak jego serce kurczy się z bólu i gniewu. A zatem stało się... Tylko dlaczego królowa w swoim szaleństwie i nienawiści nie oszczędza nawet własnej córki?
- Quenta chce, aby egzekucja odbyła się w Święto Królów, przed zaślubinami. Nie mogę... nie mogę do tego dopuścić.
Z każdym wypowiedzianym słowem w oczach księżniczki, patrzących na złotowłosego elfa, pojawiały się jednocześnie zaciętość i wielki, głęboki żal. Sądziła, że po spotkaniu z Silnari rozmowy o planach królowej Quenty będą łatwiejsze, ale się myliła.
Eril przyjął nowinę spokojniej, niż się spodziewała. Zapatrzył się w gałęzie drzewa, jakby celowo unikając jej wzroku. Przez chwilę milczał. W końcu rzucił niby raźnym tonem:
- Na pewno coś wymyślimy, ty wymyślisz. Zawsze byłaś specjalistką od strategii. A ja ci pomogę. - Uśmiechnął się smutno. - Przecież chodzi o twoje szczęście i moje życie.
- Myślę, że oboje dobrze wiemy, co musimy zrobić. Jedynym wyjściem jest ucieczka.
Varila chwyciła go za rękę i przysunęła się bliżej. Złączyli się w pocałunku. Na chwilę udało im się zapomnieć o przytłaczających troskach i obawach. Byli tu i teraz, oboje. Przez chwilę nie liczyło się nic innego, potem oboje pojęli, że od teraz będą doceniać każdą chwilę spędzoną razem, tak jakby miała być ostatnią.