- czyli, że to są dziwy; i to wszystko się składa na obraz -
- Imperium
Andriej Biełyj
Rosja wiele widziała w ciągu tysiąca lat swoich dziejów. Jednego tylko
nie widziała Rosja przez tysiąc lat - wolności.
Wasilij Grossman
Teraźniejszość jest czymś, co nas wiąże. Przyszłość tworzymy sobie w wyobraźni. Tylko przeszłość jest czystą rzeczywistością.
Simone Weil
W Rosji cała energia artysty powinna być skierowana na pokazanie dwóch
sił: człowieka i przyrody. Z jednej strony słabość fizyczna, nerwowość,
wczesne dojrzewanie seksualne, namiętne pragnienie życia i prawdy,
marzenia o szerokiej jak step działalności, pełna niepokoju analiza,
niedostatek wiedzy przy wysokich wzlotach myśli, a z drugiej - bezkresna
równina, surowy klimat; surowy, szary naród z jego ciężką, ponurą
historią, tatarszczyzna, czynownictwo, ciemnota, bieda, wilgotny klimat
stolic, apatia słowiańska itp. Rosyjskie życie tak młóci Rosjanina, że
ten się pozbierać nie może, młóci jak tysiącpudowy kij.
Antoni Czechow
Zasadnicze wrażenie, jakie odnieśliśmy po przyjrzeniu się sytuacji w Rosji - to obraz olbrzymiego, niedającego się naprawić krachu. Historia
nie znała jeszcze tak gigantycznej katastrofy.
H.G. Wells, 1920
Przygoda Związku Radzieckiego jest największym doświadczeniem i najważniejszym zagadnieniem ludzkości.
Edgar Morin
Rosja zwymiotowała tę ohydę, którą ją karmiono.
Fiodor Dostojewski
Ustrój, jaki nami rządzi, to połączenie starej nomenklatury, rekinów
finansjery, fałszywych demokratów i KGB. Tego nie mogę nazwać demokracją
- to wstrętna, niemająca precedensu w historii hybryda, o której nie
wiadomo, w jakim kierunku będzie się rozwijać... [ale] jeśli ten sojusz
zwycięży, będą nas eksploatować nie przez 70, ale przez 170 lat.
Aleksander Sołżenicyn, 1992
Coś tam się rozjaśniło, ale coś nadal pozostaje niejasnym.
Władimir Wojnowicz
Pińsk '39
Moje pierwsze spotkanie z Imperium odbywa się przy moście łączącym
miasteczko Pińsk z Południem świata. Jest koniec września 1939. Wszędzie
wojna. Płoną wioski, ludzie chowają się przed nalotami po rowach i lasach, gdzie mogą, szukają ratunku. Na naszej drodze leżą zabite konie.
Chcecie jechać dalej, radzi jakiś człowiek, musicie usunąć je na bok.
Ile przy tym mitręgi, ile potu: martwe konie są bardzo ciężkie.
Tłumy uciekających, w pyle, w kurzu, w panice. Po co im tyle tobołków,
tyle walizek? Po co tyle czajników i garnków? Dlaczego tak złorzeczą?
Dlaczego bez przerwy o coś pytają? Wszyscy gdzieś idą, jadą, biegną -
nie wiadomo dokąd. Ale moja mama wie, dokąd. Mama wzięła za rękę moją
siostrę i mnie i we trójkę idziemy do Pińska, do naszego mieszkania przy
ulicy Wesołej. Wojna zastała nas koło Rejowca, na wakacjach u wujka,
więc teraz musimy wrócić do domu. Tutti a casa!
Ale kiedy po dniach wędrówki jesteśmy blisko Pińska, kiedy z daleka
widać już domy miasta, drzewa pięknego parku i wieże kościołów, na
drodze przy samym moście wyrastają nagle marynarze. Ci marynarze mają
długie karabiny i ostre, kolczaste bagnety, a na okrągłych czapkach -
czerwone gwiazdy. Kilka dni temu przypłynęli tu aż z Morza Czarnego,
zatopili nasze kanonierki, zabili naszych marynarzy, a teraz nie chcą
wpuścić nas do miasta. Trzymają nas na odległość, nie ruszać się!
krzyczą i mierzą z karabinów. Mama, a także inne kobiety i dzieci - bo
zebrali nas już całą gromadę - płaczą i proszą o litość. Wołajcie o litość, błagają nas nieprzytomne ze strachu mamy, ale co my, dzieci,
możemy jeszcze zrobić, i tak już od dawna klęczymy na drodze, szlochamy
i wyciągamy w górę ramiona.
Krzyk, płacz, karabiny i bagnety, wściekłe twarze spoconych i złych
marynarzy, jakaś furia, jakaś groza i niepojętość, to wszystko jest tam
przy moście nad Piną, w tym świecie, w który wkraczam, mając siedem lat.
W szkole od pierwszej lekcji uczymy się alfabetu rosyjskiego. Zaczynamy
od litery "s". Jak to od "s"? pyta ktoś z głębi klasy. Przecież powinno
być od "a"! Dzieci, mówi zgnębionym głosem pan nauczyciel (który jest
Polakiem), spójrzcie na okładkę naszej książki. Jaka jest pierwsza
litera na tej okładce? "S"! Petruś, który jest Białorusinem, może
przeczytać cały napis: Stalin Woprosy leninizma. Jest to jedyna
książka, z której uczymy się rosyjskiego, jedyny egzemplarz tej książki.
Na sztywnej okładce, pokrytej szarym lnianym płótnem, duże, złocone
litery.
ODCHODZĄC OD NAS, TOWARZYSZ LENIN NAKAZAŁ NAM duka w pierwszej ławce
pokorny i cichy Władzio. Lepiej nie pytać, kto to był Lenin. Wszystkie
mamy zdążyły już nam powiedzieć, żeby o nic nie pytać. Zresztą te
ostrzeżenia nie były nawet potrzebne. Nie umiem tego określić, nie umiem
powiedzieć, skąd się to brało, ale w powietrzu było coś tak trwożnego,
tak napiętego i ciężkiego, że miasto, w którym dawniej hasaliśmy w najdzikszy i najweselszy sposób, stało się nagle podstępnym i niebezpiecznym polem minowym. Baliśmy się nawet głębiej odetchnąć, żeby
nie spowodować wybuchu.
Wszystkie dzieci będą należały do Pioniera! Któregoś dnia zajeżdża na
podwórko szkolne samochód, z którego wysiadają panowie w błękitnych
mundurach. Ktoś mówi, że to NKWD. Co to jest NKWD, nie bardzo wiadomo,
ale jedno jest pewne, że jeśli starsi wymawiają tę nazwę, zniżają głos
do szeptu. NKWD musi być najważniejsze, ponieważ ich mundury są
eleganckie, nowe, jakby prosto spod igły. Wojsko chodzi obdarte, zamiast
plecaków mają płócienne woreczki, najczęściej puste, związane byle jakim
kordonkiem, i buty chyba nigdy w życiu nieczyszczone, natomiast jeżeli
idzie ktoś z NKWD, na kilometr bije od niego błękitna łuna.
Otóż ci z NKWD przywieźli dla nas białe koszule i czerwone chusty.
Jeżeli będą ważne święta, mówi wystraszonym i smutnym głosem pan
nauczyciel, każde dziecko przyjdzie w tej koszuli i chuście. Przynieśli
też i rozdali nam pudło znaczków. Na każdym znaczku był portret innego
pana. Jedni mieli wąsy, a inni - nie. Jeden pan miał bródkę, a dwóch nie
miało włosów. Dwóch albo trzech nosiło okulary. Jeden z NKWD chodził od
ławki do ławki i rozdawał znaczki. Dzieci, powiedział pan nauczyciel
głosem, który przypominał dźwięk pustego drewna, to są wasi przywódcy.
Przywódców było dziewięciu. Nazywali się: Andrejew, Woroszyłow, Żdanow,
Kaganowicz, Kalinin, Mikojan, Mołotow, Chruszczow. Dziewiątym przywódcą
był Stalin. Znaczek z jego portretem był dwa razy większy od
pozostałych. Ale to było zrozumiałe. Pan, który napisał tak grubą
książkę jak Woprosy leninizma (z której uczyliśmy się czytać),
powinien mieć znaczek większy niż inni.
Znaczki przypinało się na agrafce, po lewej stronie, tam gdzie starsi
noszą medale. Ale wkrótce powstał problem - zabrakło znaczków. Ideałem,
a nawet niemal obowiązkiem, było nosić wszystkich przywódców, z dużym
znaczkiem Stalina jako otwierającym kolekcję. Tak również polecali ci z NKWD: trzeba nosić wszystkich! Tymczasem okazało się, że ktoś ma
Żdanowa, a nie ma Mikojana, albo - ktoś ma dwóch Kaganowiczów, a nie ma
Mołotowa. Janek przyniósł jednego dnia aż czterech Chruszczowów, których
wymienił za jednego Stalina (Stalina ktoś mu wcześniej ukradł).
Prawdziwym krezusem był wśród nas Petruś - miał aż trzech Stalinów.
Wyjmował z kieszeni, pokazywał, chwalił się.
Kiedyś sąsiad z bocznej ławki - Chaim, odciągnął mnie na stronę. Chciał
wymienić dwóch Andrejewów na Mikojana, ale powiedziałem mu, że Andrejewy
mają niską cenę (co było prawdą, bo nikt nie mógł dojść, kim jest ten
Andrejew), i nie zgodziłem się. Nazajutrz Chaim znowu wziął mnie na bok.
Wyciągnął z kieszeni Woroszyłowa. Zadrżałem. Woroszyłow był moim
marzeniem! Nosił mundur, więc pachniał wojną, a wojnę już poznałem, stąd
był mi jakoś bliski. Dałem mu w zamian Żdanowa, Kaganowicza i jeszcze
Mikojana na dokładkę. W ogóle Woroszyłow szedł dobrze. Podobnie Mołotow.
Za Mołotowa można było dostać trzech innych, ponieważ starsi mówili, że
Mołotow jest ważny. W cenie był również Kalinin, bo przypominał
poleskiego dziadka. Miał jasną bródkę i - jako jedyny - coś w rodzaju
uśmiechu.
Czasami lekcje przerywa wystrzał armatni. Wystrzał rozlega się tuż obok,
gwałtowny, donośny, drżą szyby, dygocą ściany, a pan nauczyciel patrzy z przerażeniem i rozpaczą w okno. Jeżeli po wystrzale następuje cisza,
wracamy do czytania naszej grubej książki, ale jeżeli słychać łomot
blachy, huk pękających murów i łoskot spadających kamieni, klasa ożywia
się, słychać podniesione głosy - trafili! trafili! i ledwie rozlegnie
się dzwonek, a już pędzimy na plac zobaczyć, co się stało. Nasza mała,
piętrowa szkoła znajduje się tuż przy rozległym placu, który nazywa się
Trzeciego Maja. Przy tym właśnie placu stoi wielki, ale to naprawdę
wielki kościół, największy w całym mieście. Trzeba wysoko zadzierać
głowę, żeby zobaczyć, gdzie kończy się kościół, a zaczyna niebo. A właśnie dokładnie w to miejsce strzela teraz armata. Strzela do wieży,
żeby ją strącić.
W klasie rozumowaliśmy wtedy tak: kiedy bolszewicy szli do nas, to nim
zobaczyli Polskę i nim zobaczyli nasze miasto, musieli najpierw dostrzec
wieże pińskiego kościoła. One są takie wysokie. To ich widocznie bardzo
zdenerwowało. Dlaczego? Na to pytanie nie umieliśmy sobie odpowiedzieć.
Natomiast o samym fakcie zdenerwowania wnioskowaliśmy stąd, że kiedy
tylko Rosjanie weszli do miasta, nim jeszcze odsapnęli, nim się
rozejrzeli, gdzie jaka ulica, nim pojedli i nim zaciągnęli się machorką,
już prędko ustawili na placu armatę, przywieźli amunicji i zaczęli
strzelać w kościół.
Ponieważ cała artyleria pojechała na front, została im tylko jedna
armata. Strzelali z niej bez ładu i składu. Jeżeli trafili, z wieży
unosiły się kłęby ciemnego pyłu, czasem błysnął język płomienia. Wokół
placu w głębokich bramach kryli się ludzie, którzy patrzyli na to
bombardowanie ponuro, ale i z ciekawością. Kobiety klęczały i odmawiały
różaniec. Po pustym placu chodził pijany artylerzysta i krzyczał:
Widzicie, strzelamy do waszego Boga! A on nic, cicho siedzi! Boi się czy
jak? Śmiał się, a potem dostawał ataku czkawki. Nasza sąsiadka
powiedziała mamie, że kiedy któregoś dnia opadł kurz, zobaczyła na
szczycie zburzonej wieży świętego Andrzeja Bobolę. Święty Andrzej,
powiedziała, miał bardzo cierpiącą twarz - palili go żywcem.
Idąc do szkoły, muszę przejść przez tory kolejowe, tuż koło stacji.
Lubię to miejsce, lubię patrzeć na pociągi, które przyjeżdżają i odjeżdżają. Najbardziej lubię patrzeć na lokomotywę: chciałbym być
maszynistą. Otóż, idąc któregoś ranka przez tory, widzę, że kolejarze
zaczynają gromadzić wagony towarowe. Dziesiątki i dziesiątki wagonów.
Gorączkowy ruch na przetokach: jeżdżą lokomotywy, skrzypią hamulce,
dzwonią zderzaki. I pełno czerwonoarmistów, pełno NKWD. W końcu ruch
ustaje, na kilka dni zapada cisza. Ale któregoś dnia widzę, jak do
wagonów podjeżdżają furmanki pełne ludzi i tobołków. Przy każdej
furmance kilku żołnierzy, każdy trzyma karabin tak, jakby miał za chwilę
wystrzelić. Do kogo? Ci na furmankach ledwie żyją ze zmęczenia i strachu. Pytam mamę, dlaczego zabierają tych ludzi. Ona, bardzo
zdenerwowana, mówi, że to zaczęła się wywózka. Wywózka? Dziwne słowo. Co
ono znaczy? Ale mama nie chce odpowiedzieć na pytanie, nie chce ze mną
rozmawiać, mama płacze.
Noc. Pukanie do okna (mieszkamy w małym domku wrośniętym w ziemię).
Twarz ojca przylepiona do szyby, płaska, roztopiona w mroku. Widzę, jak
ojciec wchodzi do pokoju, ale poznaję go z trudem. Pożegnaliśmy się
latem. Był w mundurze oficera, miał wysokie buty, nowy, żółty pas i skórzane rękawiczki. Szedłem z nim ulicą i słuchałem z dumą, jak
wszystko na nim chrzęści. Teraz stoi przed nami w ubraniu poleskiego
chłopa, chudy, zarośnięty. Ma na sobie lnianą koszulę do kolan
przewiązaną parcianym paskiem, a na nogach łykowe łapcie. Z tego, co
mówi mamie, rozumiem, że dostał się do niewoli sowieckiej i że pędzili
ich na wschód. Mówi, że uciekł, kiedy szli kolumną przez las, i w jakiejś wiosce zamienił z chłopem mundur na koszulę i łapcie.
Dzieci, mówi mama do siostry i do mnie, zamknąć oczy i spać! W sąsiednim
pokoju, w którym są rodzice, słychać szepty i gwałtowne poruszenia.
Rano, kiedy wstaję, ojca już nie ma. Idąc do szkoły, rozglądam się na
wszystkie strony - a nuż go zobaczę? Tyle chciałem mu opowiedzieć - o sobie, o szkole, o armacie. I że znam już rosyjskie bukwy. I że
widziałem wywózkę. Ale ojca nie widać nawet w najdalszej perspektywie
ulicy Łochiszyńskiej, która jest tak długa, że prowadzi chyba na koniec
świata. Jest jesień. Wieje chłodny wiatr. Szczypią mnie oczy.
Następna noc. Łomotanie do okien, do drzwi tak natarczywe, natrętne, tak
huraganowe, że za chwilę zawali się sufit. Wpada ich kilku,
czerwonoarmistów i cywilów, wdzierają się tak nerwowo i błyskawicznie,
jakby ścigały ich rozwścieczone wilki. Od razu karabiny w nas
wymierzone. Strach wielki: a jeżeli strzelą? A jeżeli zabiją? Bardzo
nieprzyjemne uczucie widzieć zabitego człowieka. Także widzieć zabitego
konia. Aż przechodzi dreszcz.
Ci, którzy trzymają karabiny, stoją jak posągi, ani drgną, natomiast
pozostali wywalają wszystko na podłogę. Z szaf, z komód, z łóżek.
Sukienki, czapki, nasze zabawki. Sienniki, buty, ubrania ojca. I do mamy
- muż kuda? A mama, blada jak papier, rozkłada drżące ręce i mówi, że
nie wie. Ale oni wiedzą, że ojciec tu był, więc znowu - muż kuda? A mama
nic, że nie wie, no nie wie i już. Ach, ty, mówi jeden i robi taki ruch,
jakby chciał mamę uderzyć, a mama chowa głowę w ramiona, żeby nie
trafił. A inni szukają i szukają. Pod łóżkami, pod kredensem, pod
fotelem. Czego szukają? Mówią, że broni. Ale jaka u nas może być broń?
Mój zepsuty kapiszonowiec, z którym chodziłem walczyć z Indianami.
Owszem, kiedy kapiszonowiec był dobry, zawsze mogliśmy wyprzeć Indian z naszego podwórka, ale teraz mój rewolwer ma złamaną sprężynę, nie nadaje
się do niczego.
Chcą zabrać mamę. Zabrać za karę czy jak? Grożą jej pięściami i okropnie
klną. Idi! krzyczy żołnierz do mamy i chce wypchnąć ją kolbą na dwór w ciemną noc. Ale wtedy moja młodsza siostra rzuca się nagle na żołnierza
i zaczyna go bić, gryźć i kopać, rzuca się w jakimś szale, w furii, w obłędzie. Jest w tym taka nieoczekiwana, zaskakująca determinacja, taka
drapieżna nieustępliwość, zawziętość i ostateczność, że jeden z czerwonoarmistów, pewnie najstarszy, pewnie komandir, waha się przez
chwilę, w końcu nakłada czapkę, zapina kaburę pistoletu i mówi do swoich
ludzi - paszli!
W szkole, w czasie przerw albo kiedy wracamy gromadą do domu, mówi się o wywózkach. Nie ma teraz ciekawszego tematu. Nasze miasteczko jest pełne
zieleni, wokół domków rozciągają się ogródki, wszędzie aż gęsto od
wysokich traw, chwastów, krzewów i drzew, łatwo więc schować się,
widzieć wszystko, a samemu być niewidocznym. W starszych klasach są
tacy, którym udało się wyrwać z domu, ukryć w zaroślach i obejrzeć całą
wywózkę od początku do końca. Mamy już prawdziwych ekspertów od wywózek.
Rozprawiają oni na ich temat ochoczo i ze znawstwem.
Więc wywózki odbywają się nocą. Chodzi tu o zaskoczenie. Człowiek śpi, a oto nagle budzą go krzyki, widzi nad sobą wściekłe twarze żołnierzy i NKWD, siłą wyciągają go z łóżka, popychają kolbami i każą wychodzić z domu. Każą oddać broń, której i tak przecież nikt nie ma. Bez przerwy
miotają straszliwymi plugastwami. Najgorzej, jeżeli nazwą kogoś
burżujem. Burżuj to okropne wyzwisko. Cały dom przewracają do góry
nogami, w tym znajdują największe upodobanie. W czasie, kiedy robią
rewizję i cały ten nieopisany bałagan, przyjeżdża podwoda. Jest to
chłopski wóz zaprzężony w lichego konika, bo Poleszucy są biedni i konie
mają marne. Więc kiedy komandir widzi, że jest już podwoda, krzyczy do
tych, których będą wywozić: macie piętnaście minut, żeby się spakować i siadać na furmankę. Jeżeli komandir ma dobre serce, daje pół godziny.
Wtedy trzeba po prostu rzucać się na wszystko i pchać do walizek, co się
da. Nie ma mowy, żeby coś tu wybierać albo nad czymś się zastanawiać.
Szybko, natychmiast, już, bystro, bystro! Potem pędem do furmanki,
dosłownie - pędem. Na wozie siedzi chłop, ale chłop nie pomoże, nie
wolno mu, nie wolno mu się nawet obejrzeć, żeby zobaczyć, kto wsiada na
furmankę. Dom zostaje pusty, bo zabierają całą rodzinę, dziadków,
dzieci, wszystkich. Gaszą światło.
Teraz furmanka jedzie w ciemnościach, wymarłymi ulicami, w stronę dworca
kolejowego. Wóz trzęsie się i kolebie, ponieważ większość naszych ulic
nie ma asfaltu, nie ma nawet bruku. Koła wpadają w głębokie dziury albo
toną w błocie. Ale wszyscy są tu do takich niewygód przyzwyczajeni - i woźnica Poleszuk, i jego koń, i nawet ci nieszczęśnicy, którzy kołyszą
się teraz na swoich tobołkach, zgnębieni i przerażeni.
Chłopcy, którym udało się podglądać wywózki, mówią, że szli za tymi
furmankami aż do torów kolejowych. Tam stoją towarowe wagony, długi
transport. Każdej nocy było furmanek kilkanaście albo kilkadziesiąt i więcej. Wozy zatrzymywały się na placu przed dworcem. Dalej, do wagonów,
trzeba było iść pieszo. Do takiego wagonu trudno wsiąść, bo jest wysoki.
Ci z eskorty musieli poganiać, wymachiwać karabinami, krzyczeć, kląć.
Kiedy napełnili jeden wagon, szli do następnego. Co to znaczyło -
napełnić wagon? To znaczyło upchać w nim kolanami i kolbami tych ludzi
tak, żeby nie było gdzie wetknąć szpilki.
Nigdy nie było wiadomo, której nocy po kogo przyjdą. Chłopcy, którzy
wiedzieli dużo o wywózkach, próbowali ustalić tu jakieś reguły, jakieś
hierarchie, znaleźć klucz. Niestety, daremnie. Bo na przykład zaczęli
wywozić z Bednarskiej, ale nagle - przestali. Wzięli się za mieszkańców
Kijowskiej, ale tylko po stronie parzystej. Raptem zniknął ktoś z Nadbrzeżnej, ale tej samej nocy zabrali ludzi z drugiego końca miasta -
z Browarnej. Od czasu rewizji w naszym mieszkaniu mama nie pozwala nam
zdejmować na noc ubrań. Można rozzuć buty, ale trzeba mieć je cały czas
przy sobie. Palta leżą na krzesłach, tak żeby włożyć je w okamgnieniu. W zasadzie nie wolno spać. Leżymy z siostrą koło siebie i jedno drugie
poszturchuje, jedno drugim potrząsa albo pociąga za włosy. Ty, nie śpij!
Ty też nie śpij! Ale, oczywiście, wśród tej szamotaniny i przepychań w końcu zasypiamy oboje. Natomiast mama nie śpi naprawdę. Siedzi za stołem
i cały czas nadsłuchuje. Cisza na naszej ulicy jest taka, że dźwięczy w uszach. Jeżeli w tej ciszy rozlegną się czyjeś kroki, mama blednie.
Człowiek o tej porze to wróg. W klasie czytaliśmy u Stalina o wrogach.
Wróg to straszna postać. Kto inny przyjdzie o tej porze? Dobrzy ludzie
boją się, siedzą schowani w domach.
Nawet jeżeli śpimy, to tak jak mysz na pudle. Śpimy, a wszystko się
słyszy. Czasem nad ranem słychać turkot furmanki. Odgłos ten narasta w ciemnościach, a kiedy już furmanka zrówna się z naszym domem, łoskot
jest taki, jakby przejeżdżała jakaś piekielna machina. Mama podchodzi na
palcach do okna i ostrożnie odsuwa zasłonę. Być może inne mamy z ulicy
Wesołej robią w tej chwili to samo. Widzą one wolno toczący się wóz, a na nim skulone postacie, za wozem idą czerwonoarmiści, a za nimi - z powrotem ciemność. Sąsiadka, która widziała, jak świętego Andrzeja
Bobolę palą żywcem, powiedziała mamie, że te furmanki jakby przejeżdżały
po niej. Następnego dnia wszystko ją boli.
Pierwszy w klasie zniknął Paweł. Ponieważ zbliżała się zima, nauczyciel
powiedział, że na pewno Paweł przeziębił się i został w łóżku. Ale Paweł
nie przyszedł następnego dnia ani w następnym tygodniu i wtedy
zaczęliśmy domyślać się, że nie przyjdzie nigdy. W kilka dni później
zobaczyliśmy, że pierwsza ławka, w której siedzieli Janek i Zbyszek,
stoi pusta. Zrobiło się smutno, ponieważ obaj wymyślali najlepsze kawały
i dlatego pan nauczyciel, żeby mieć ich na oku, kazał im siedzieć w pierwszej ławce. W innych klasach też dzieci coraz częściej znikały. Już
nawet nikt nie pytał, dlaczego nie przyszły i gdzie są. Szkoła
pustoszała. Jeszcze po lekcjach graliśmy w piłkę, w podchody i w klipę,
ale coś się takiego stało, że piłka zrobiła się bardzo ciężka, w czasie
podchodów nikomu nie chciało się szybko biegać, a w klipie każdy machał
kijem byle jak. Za to łatwo wybuchały dziwaczne spory i zażarte bójki,
po których wszyscy rozchodzili się źli, nadęci i osowiali.
Pewnego dnia zniknął pan nauczyciel. Po prostu jak zwykle przyszliśmy do
szkoły na ósmą i po dzwonku usiedliśmy w ławkach, kiedy w drzwiach
stanął pan kierownik Lubowicki. Dzieci, powiedział, idźcie, teraz do
domu i przyjdźcie jutro, będzie uczyć was nowa pani. Po raz pierwszy od
czasu wyjazdu ojca czuję kurcz w okolicy serca. Dlaczego zabrali naszego
pana? Nasz pan był ciągle zdenerwowany i często wyglądał przez okno.
Mówił - ach, dzieci, dzieci - i kiwał głową. Zawsze był poważny i bardzo
smutny. Był dla nas dobry i jeżeli jakiś uczeń jąkał się, czytając
Stalina, pan nie krzyczał, a nawet trochę się uśmiechał.
Wracałem do domu przybity. Kiedy przechodziłem przez tory, usłyszałem
znajomy głos. Ktoś mnie wołał. Na bocznicy stały wagony, a w nich
ludzie, których mieli wywieźć. Głos dobiegał mnie stamtąd. Spojrzałem i w drzwiach jednego z wagonów zobaczyłem twarz naszego nauczyciela.
Machał do mnie ręką. Boże! Rzuciłem się pędem w tamtą stronę. Ale w sekundę dopadł mnie żołnierz i uderzył w głowę tak mocno, że
przewróciłem się. Wstawałem oszołomiony, z ostrym bólem, a on zamachnął
się jeszcze raz, ale już nie uderzył, tylko krzyczał, żebym wynosił się
stąd w czorty. I nazwał mnie sobaczym nasieniem.
Wkrótce zaczął się głód. Jeszcze dotąd nie było mrozów, tuż po wyjściu
ze szkoły zaczynaliśmy buszować po ogrodach. Znaliśmy dobrze ich zawiłą
geografię, ponieważ tam, wśród grządek i krzewów, bawiliśmy się dawniej
do upadłego w nasze wojny, w podchody i w Indian. Każdy wiedział, u kogo
rosną duże jabłka, u kogo warto otrząsnąć gruszę, gdzie dojrzało tyle
śliwek, że aż jest fioletowo, albo gdzie obrodziło pękatą brukwią.
Wyprawy te były ryzykowne, ponieważ właściciele ogródków pędzili nas na
cztery wiatry. Głód zaglądał już wszystkim do oczu i kto mógł, starał
się robić zapasy. Nikt nie chciał stracić ani jednej moreli, brzoskwini
czy agrestu. Znacznie bezpieczniej było pustoszyć sady tych, których
aresztowali i zamknęli w wagonach, bowiem nikt nie pilnował ich drzew
ani grządek.
Targ rzeczny na Pinie, gdzie chłopi zwozili na łodziach swoje skarby - a to ryby, a to miód, a to kaszę - dawno już opustoszał. Większość sklepów
była zamknięta albo zrabowana. Jedynym ratunkiem była wieś. Nasze
sąsiadki brały pierścionek czy futro i jechały do pobliskich wsi kupić
mąkę, słoninę lub drób. Zdarzyło się jednak, że w czasie, kiedy kobiety
te były poza miastem, NKWD przyszło do ich domów i zabrało dzieci do
transportu. Sąsiadki mówiły o tym rozdygotane i ostrzegały mamę. Ale i bez tego mama była zdecydowana nie ruszyć się od nas na krok.
Nasze miasteczko, zielone i duszne latem, jesienią brązowe i błyszczące
w słońcu jak bursztyn, nagle, jednej nocy, zrobiło się białe. Było to na
przełomie listopada i grudnia. Zima roku 39/40 była wczesna i ostra.
Była mroźnym, lodowatym piekłem. Od strony ulicy Spokojnej, od strony
cmentarza, na którym leży moja babcia, doczołgaliśmy się do krzaków,
skąd mogliśmy widzieć transport stojący na bocznicy. W wagonach byli
ludzie, którzy mieli lada dzień odjechać. Dokąd? Starsi mówili, że na
Sybir. Nie wiedziałem, gdzie to jest, ale ze sposobu, w jaki wymawiali
to słowo, wynikało, że strach nawet myśleć o tym Sybirze.
Nie zobaczyłem mojego nauczyciela, na pewno dawno odjechał, bo
transporty odchodziły jeden za drugim. Siedzieliśmy schowani w krzakach,
a ze strachu i palącej ciekawości serce podskakiwało do gardła. Ze
strony bocznicy dobiegały nas jęki i płacz. Za chwilę zrobiły się one
bardzo głośne, rozdzierające. Od wagonu do wagonu jechały furmanki.
Ludzie z wagonów składali na te furmanki tych, którzy tej nocy umarli z zimna i głodu. Za furmankami szło czterech z NKWD i coś liczyli, coś
pisali. Znowu liczyli i pisali. Liczyli i pisali. Potem zamykali drzwi
do wagonów. Te drzwi muszą być ciężkie, bo robili to z wielkim trudem.
Poruszają się one na bloczkach, bloczki przeraźliwie skrzypiały. Zamek
zakręcali drutem, drut ściskali obcęgami. Każdy z tych czterech kolejno
sprawdzał, czy nie da się drutu odkręcić. Kuliliśmy się w krzakach
skamieniali z zimna i przejęcia. Lokomotywa zagwizdała kilka razy i pociąg ruszył. Kiedy był już daleko, ci czterej zrobili w tył zwrot i poszli na dworzec.
Nic nie powiedzieliśmy mamie, żeby jej nie złościć. Mama całymi dniami
stała w oknie. Stała nieruchoma, mogła nie ruszać się godzinami. W domu
było jeszcze trochę kaszy i mąki. Czasem jedliśmy kaszę, czasem mama
piekła na kuchni placki z mąki. Zauważyłem, że sama nic nie je, a kiedy
myśmy jedli, odwracała się, żeby nie patrzeć, albo wychodziła do
drugiego pokoju. Mówiła - przynieście trochę chrustu. Chodziliśmy po
okolicy, wygrzebując spod śniegu suche badyle i patyki. Być może nie
miała już siły wychodzić sama, a trzeba było choć trochę palić, bo
zamarzaliśmy na sople. Wieczorami siedzieliśmy w ciemnościach, trzęsąc
się z zimna i ze strachu, czekając na wywózkę.
Czasem włóczyłem się z kolegami po oblodzonym i roziskrzonym w słońcu
mieście. Węszyliśmy za jedzeniem, właściwie nie licząc, że coś
znajdziemy. Można było zjeść trochę śniegu albo possać kawałek lodu, ale
to tylko wzmagało głód. Najbardziej męczącym, ale zarazem najbardziej
przyjemnym i rzadkim był zapach gotowanego jedzenia. Chłopcy! wołał
któryś z nas i machał na pozostałych ręką. Pędziliśmy do niego, a on już
stał z nosem wetkniętym między sztachety, wpatrzony w czyjś dom. Razem
zaczynaliśmy wdychać płynący w naszą stronę zapach pieczonej kury albo
gotującego się bigosu. Od takiego płotu jeden drugiego musiał później
odrywać siłą.
Kiedyś, głodni i zdesperowani, powlekliśmy się do żołnierzy pilnujących
koszar. Towariszcz, powiedział Hubert, daj pokuszat? i zrobił ręką gest
wkładania do ust kawałka chleba. Ale oni tylko wzruszyli ramionami. W końcu jeden z wartowników sięgnął do kieszeni i zamiast chleba wyciągnął
płócienny woreczek i podał nam bez słowa. W środku były ciemnobrunatne,
niemal czarne, drobno pokrajane łodygi liści tytoniowych.
Czerwonoarmista dał nam również kawałek gazety, pokazał, jak skręcić z niej stożek i wsypać wilgotnej, cuchnącej, tytoniowej kaszy. Papierosy
zrobione z dobrego tytoniu i bibułki, słowem - normalne papierosy, były
wtedy nieosiągalne.
Zaczęliśmy palić. Dym drapał w gardle i szczypał w oczy. Świat zaczął
wirować, kołysać się i stawać na głowie. Wymiotowałem, a czaszka pękała
od bólu. Ale ssące, tępe uczucie głodu zelżało, osłabło. Mimo wstrętnego
smaku w ustach, mimo męczących nudności, było to znośniejsze niż
tarmosząca wnętrzności, dojmująca, natarczywa potrzeba wypełnienia
żołądka.
Moja klasa stopniała do połowy. Pani posadziła mnie w ławce z chłopcem,
który miał na imię Orion. Od razu polubiliśmy się i zaczęliśmy razem
wracać do domu. Kiedyś powiedział mi, że na ulicy Zawalnej mają
sprzedawać cukierki i jeżeli chcę, możemy razem stanąć w kolejce. Był to
piękny gest, że mi powiedział o tych cukierkach, bo dawno już o słodyczach przestaliśmy marzyć. Mama zgodziła się i poszliśmy z Orionem
na Zawalną. Było ciemno i padał śnieg. Przed sklepem stała już długa
kolejka dzieci, ciągnąca się wzdłuż kilku domów. Sklep był zamknięty
drewnianymi okiennicami. Dzieci stojące na początku kolejki powiedziały,
że sklep będzie otwarty dopiero jutro i że trzeba stać całą noc.
Strapieni wróciliśmy na swoje miejsce, na koniec kolejki. Ale nowe
dzieci ciągle przybywały, kolejka rosła w nieskończoność.
Brał mróz jeszcze większy niż w ciągu dnia, ostry, przenikliwy,
siarczysty. W miarę jak płynęły minuty, a potem godziny, stać było coraz
trudniej. Na nogach i rękach miałem już od jakiegoś czasu piekące,
nabrzmiałe materią wrzody, które bardzo bolały. Teraz lodowate zimno
powiększało ten ból, który robił się nie do zniesienia. Pojękiwałem przy
każdym poruszeniu.
Tymczasem coraz to jakiś fragment kolejki pękał, rozsypywał się po
zaśnieżonej, zamarzniętej ulicy. Żeby rozgrzać się, dzieci bawiły się w berka. Baraszkowały, mocowały się, tarzały w białym puchu. Potem wracały
do kolejki i następna grupa puszczała się z wrzaskiem w gonitwę. W połowie nocy ktoś rozpalił ognisko. Buchnął pyszny, bujny płomień. Po
kolei dopadaliśmy tego ognia, żeby choć na chwilę ogrzać ręce. W twarzach dzieci, którym udało się dopchać do ogniska, odbijał się złoty
blask. W blasku tym ich twarze tajały, napełniały się ciepłem. Potem
ogrzani wracali na miejsca i oddawali nam, stojącym w kolejce, promienie
swojego żaru.
Nad ranem kolejkę ogarnął sen. Nic nie pomogły ostrzeżenia, że na mrozie
nie wolno spać, bo to oznacza śmierć. Już nikt nie miał siły ani szukać
gałęzi na opał, ani bawić się w berka czy w kółko graniaste. Mróz
przeszywał do kości, okrutny, nasrożony, trzaskający. Z zimna odpadały
ręce i nogi. Żeby ratować się, żeby przetrwać noc, staliśmy w kolejce,
kurczowo przytulając się do siebie, jedno za drugim. Był to silnie i rozpaczliwie sczepiony łańcuch, z którego uchodziła resztka ciepła.
Śnieg przysypywał nas coraz bardziej, okrywał białym, miękkim kożuchem.
Jeszcze ciemnym rankiem przyszły dwie zawinięte w grube chusty kobiety i zaczęły otwierać sklep. W kolejkę wstąpiło życie. Śniliśmy góry
cukierków, wspaniałe czekoladowe pałace. Śniliśmy królewny z marcepana i paziów z piernika. Nasza wyobraźnia płonęła, wszystko się w niej
iskrzyło, promieniało. W końcu drzwi sklepu otwarły się i kolejka
ruszyła. Wszyscy napierali, żeby rozgrzać się i coś kupić. Ale w sklepie
nie było ani cukierków, ani czekoladowych pałaców. Kobiety sprzedawały
puste puszki po landrynkach. Po jednej dla każdego. Były to okrągłe,
duże puszki, które miały na ścianach namalowane kolorowe, buńczuczne
koguty i polski napis - E. Wedel.
Z początku byliśmy bardzo rozczarowani i zgnębieni. Orion płakał. Ale
kiedy zaczęliśmy bliżej badać naszą zdobycz, powoli wstępowała w nas
radość. Bo na ścianach tych puszek pozostał po landrynach słodki osad,
różnobarwne, drobne kruszyny, gęsta, owocami pachnąca szadź. Przecież
mamy mogły zagotować w tych puszkach wodę i mieć dla nas słodki,
aromatyczny napój! Już udobruchani, już nawet zadowoleni, zamiast iść
prosto do domu skręciliśmy do parku, gdzie latem stał cyrk. Cyrk dawno
odjechał, ale odjeżdżał w pośpiechu i zostawił karuzelę. Z karuzeli
ukradli i motor, i prawie wszystkie krzesełka. Ale jedno krzesełko
zostało i jeżeli zebrać kilku chłopców, mogą oni drągiem rozpędzić
karuzelę tak, że kręci się jak szalona.
W parku jest pusto i cicho, więc biegniemy do karuzeli i zaczynamy ją
rozkręcać. Już ruszyła, już skrzypi. Wskoczyłem na krzesełko i zapiąłem
się łańcuchem. Orion wydaje rozkazy, pokrzykuje, zagrzewa, ponagla
chłopców, którzy jak galernicy napierają na drąg ile sił, żeby szybciej,
szybciej i szybciej! Orion cały w gorączce woła ile mocy w gardle, w chłopców też już wstąpiło szaleństwo, karuzela pędzi, czuję szczypiący,
mroźny wiatr, który chłoszcze mnie po twarzy, porywisty i coraz
silniejszy wiatr, na którego skrzydłach unoszę się jak pilot, jak ptak,
jak obłok.
Transsyberyjska '58
Miejsce mojego drugiego spotkania z Imperium: daleko, w stepach i śniegach Azji, w trudno dostępnej krainie, której cała geografia nosi
obce i przedziwne imiona, rzeki nazywają się Argun, Unda, Czajchar, góry
- Czingan, Ilczuri, Dżagdy, a miasta - Kilkok, Tungir i Bukaczacza. Z samych tych nazw można by układać dźwięczne, egzotyczne poematy.
Pociąg kolei transsyberyjskiej, który wyruszył poprzedniego dnia z Pekinu i odbywa dziewięciodniową podróż do Moskwy, wjeżdża od strony
Charbinu na stację graniczną ZSRR - Zabajkalsk. Zbliżenie się do każdej
granicy zwiększa w nas napięcie, podnosi emocje. Ludzie nie są stworzeni
do życia w sytuacjach granicznych, unikają ich lub starają się od nich
jak najszybciej uwolnić. A jednak człowiek wszędzie je napotyka,
wszędzie widzi i czuje. Weźmy atlas świata: same granice. Oceanów i kontynentów. Pustyń i lasów. Opadów, monsunów, tajfunów, użytków i nieużytków, marzłoci i kisłoci, łupka i zlepieńca. Dodajmy granice
występowania osadów czwartorzędowych i wylewów wulkanicznych, bazaltu,
kredy i trachitu. Możemy też zobaczyć granice tarczy patagońskiej i tarczy kanadyjskiej, strefy klimatów zwrotnikowych i arktycznych,
granice form erozyjnych dorzecza Adygi i jeziora Czad. Granice
występowania różnych ssaków. Różnych owadów. Różnych gadów i płazów, w tym bardzo groźnej czarnej kobry oraz strasznej, choć na szczęście -
leniwej, anakondy.
A granice monarchii i republik? Zamierzchłych królestw i zagubionych
cywilizacji? Paktów, układów i aliansów? Plemion czarnych i żółtych?
Wędrówek ludów? Granice, dokąd dotarli Mongołowie. Dokąd - Chazarowie.
Dokąd - Hunowie.
Ileż ofiar, krwi i bólu związanych jest ze sprawą granic! Cmentarze
tych, którzy na świecie polegli w obronie granic, nie mają końca. Równie
bezkresne są cmentarze śmiałków, którzy próbowali swoje granice
poszerzyć. Można przyjąć, że połowa tych, którzy kiedykolwiek przewinęli
się przez naszą planetę i oddali życie na polu chwały, wyzionęła ducha w bitwach wywołanych kwestią granic.
Ta wrażliwość na sprawę granic, ten niestrudzony zapał, żeby je ciągle
wytyczać, poszerzać lub bronić, jest cechą nie tylko człowieka, ale
całej przyrody ożywionej, wszystkiego, co się porusza na lądzie, w wodzie i powietrzu. Różne ssaki, w obronie granic swoich pastwisk, dadzą
się rozszarpać na kawałki. Różne drapieżniki, aby zdobyć nowe tereny
łowne, zagryzą swoich przeciwników na śmierć. Ale nawet nasz cichy i potulny kotek, jak się wysila, jak spręża i męczy, żeby wydusić z siebie
po kilka kropel to tu, to tam i naznaczyć nimi granicę swojego
terytorium.
A nasze mózgi? Przecież zakodowana jest w nich nieskończona ilość
wszelkiego rodzaju granic. Między półkulą lewą a prawą, między płatem
czołowym a skroniowym, między podwzgórzem a przysadką. A granice między
komorami, oponami i zwojami? Między rdzeniem przedłużonym a kręgowym?
Zwróćmy uwagę na sposób, w jaki myślimy. Np. myślimy: do tej granicy
wolno, a dalej - nie. Albo mówimy: uważaj, żebyś nie posunął się za
daleko, bo przekroczysz granicę! W dodatku wszystkie te granice
myślenia, odczuwania, nakazów i zakazów ciągle przesuwają się, krzyżują,
przenikają i piętrzą. W naszych mózgach trwa nieustanny ruch graniczny,
przygraniczny, nadgraniczny. Stąd bóle skroni i migreny, stąd tyle
zamętu w głowach, ale też zdarzają się i perły: wizje, olśnienia, błyski
myśli i - choć, niestety, rzadziej - geniuszu.
Granica to stres, nawet - lęk (znacznie rzadziej: wyzwolenie). Pojęcie
granicy może zawierać w sobie jakąś ostateczność, drzwi mogą zatrzasnąć
się za nami na zawsze: taka jest granica między życiem i śmiercią. O tych niepokojach wiedzą bogowie i dlatego starają się pozyskać
wyznawców, obiecując, że w nagrodę wejdą do królestwa bożego, które
będzie właśnie bez granic. Raj Boga chrześcijan, raj Jahwe i Allacha nie
mają granic. Buddyści wiedzą, że stan nirwany to stan błogiej
szczęśliwości bez granic. Słowem, tym, co najbardziej pożądane,
oczekiwane i przez wszystkich upragnione, jest właśnie owa bezwarunkowa,
zupełna, absolutna - bezgraniczność.
Zabajkalsk - Czita
Zasieki. Zasieki to jest to, co się najpierw widzi. Wystają ze śniegu,
jak gdyby unoszą się ponad śniegiem linie, kozły, płoty zasieków. Jakież
przedziwne kombinacje, zwęźlenia, skłębienia, całe konstrukcje tych
zasieków spinających niebo i ziemię, wczepionych w każdy skrawek
zamarzniętego pola, w biały pejzaż, w lodowaty horyzont. Z pozoru ta
kolczasta, drapieżna zapora rozciągnięta wzdłuż granicy wygląda na
pomysł niedorzeczny i surrealistyczny, bo gdzie tu kto będzie się
przedzierać, jak okiem sięgnąć śnieżna pustynia, żadnych dróg, żadnych
ludzi, a śnieg dwumetrowy, nawet kroku nie można zrobić, a jednak te
zasieki coś ci chcą powiedzieć, coś zakomunikować. One mówią ci: uważaj,
przekraczasz granicę innego świata. Stąd już nie wymkniesz się, nie
uciekniesz. Jest to świat śmiertelnej powagi, rozkazu i posłuszeństwa.
Naucz się słuchać, naucz się pokory, naucz się zajmować swoją osobą jak
najmniej miejsca. Najlepiej rób, co do ciebie należy. Najlepiej milcz.
Najlepiej nie zadawaj pytań.
No, słowem, zasieki dają ci lekcję przez cały czas, kiedy wagony toczą
się w kierunku stacji, kładą ci w głowę wszystko, o czym powinieneś
odtąd pamiętać, natarczywie, ale to przecież dla twojego dobra, wbijają
ci w pamięć długą litanię ograniczeń, zakazów i instrukcji.
Potem są psy. Psy wilczury, rozeźlone, rozdygotane, rozszalałe, kiedy
pociąg ledwie stanie, rzucają się pod wagony, szczekają, ujadają, ale
kto może pod takim wagonem, przy czterdziestostopniowym mrozie, jechać?
Żeby nie wiem ile miał kożuchów, zamarznie po godzinie, a my już
jedziemy bez przerwy cały dzień. Widok myszkujących psów jest tak
przyciągający, że dopiero po chwili zwraca uwagę następny obraz, a mianowicie: jakby spod ziemi wyrośli żołnierze, którzy momentalnie
ustawili się rzędem po obu stronach pociągu. Stoją tak, że między nimi
istnieje łączność wzrokowa, że więc wzdłuż wagonów ciągnie się
nieprzerwana linia widzenia i gdyby np. jakiś pasażer-wariat (ale może
też agent, dywersant, szpieg) postanowił wyskoczyć z wagonu i rzucić się
w nieobjętą śnieżnomroźną przestrzeń - zostanie natychmiast dostrzeżony
i zastrzelony.
Kto by go jednak mógł tak od razu, od ręki, zastrzelić? Otóż bez sekundy
zwłoki mogliby to zrobić wartownicy, którzy stoją na wyżkach i mają
karabiny wycelowane w drzwi i okna wagonów (ponieważ właśnie wyglądam
przez okno, jeden z karabinów jest wycelowany we mnie, tak - dokładnie
we mnie!). Z drugiej jednak strony żaden wariat (czy agent, dywersant
lub szpieg) nie mógłby wyskoczyć i rzucić się w śnieżnomroźną
przestrzeń, gdyż wszystkie drzwi i okna wagonów są szczelnie, dokładnie
zamknięte.
Słowem, nieprzerwana linia widzenia spełnia najwyraźniej tę samą
perswazyjną rolę, co owe piętrowe, gęste kłęby zasieków: to po prostu
milczące, ale dosadne ostrzeżenie, aby przypadkiem nie przyszedł ci do
głowy jakiś niedorzeczny pomysł!
Ale nie koniec na tym. Bo ledwie pod torami przeciągnęła zgraja
znerwicowanych i być może głodnych wilczurów, ledwie wzdłuż torów
rozstawili się czujnie żołnierze, a wartownicy na wyżkach wycelowali w nas lufy karabinów, do wagonów weszły patrole (w jednym ręku latarka, w drugim długi, stalowy szpikulec), wyrzucając wszystkich pasażerów na
korytarz. Zaczyna się przeszukiwanie przedziałów, grzebanie na półkach,
pod siedzeniami, w schowkach, w popielniczkach. Zaczyna się opukiwanie
ścian, sufitu, podłogi. Badanie, oglądanie, dotykanie, wąchanie.
Teraz pasażerowie zabierają wszystko, co mają - walizki, torby, paczki,
tobołki - i niosą to do budynku stacji, w którym stoją długie, obite
blachą stoły. Wszędzie czerwone transparenty witające nas radośnie w Związku Radzieckim. Pod transparentami rzędem celniczki i celnicy bez
wyjątku groźni, surowi i nawet z jakąś pretensją, tak, najwyraźniej - z pretensją. Szukam wśród nich twarzy o rysach choć trochę złagodzonych,
odprężonych, otwartych, bo sam już chciałbym nieco się odprężyć, na
chwilę zapomnieć, że otaczają mnie zasieki i wyżki, wściekłe psy,
skamieniali wartownicy, bo chciałbym nawiązać jakiś kontakt, wymienić
grzeczności, porozmawiać, zawsze jest mi to ogromnie potrzebne.
- A ty czego śmiejesz się? - pyta ostro i podejrzliwie celnik.
Zmroziło mnie. Władza jest powagą: w zetknięciu z władzą uśmiech jest
nietaktem, dowodzi braku szacunku. Podobnie nie należy długo wpatrywać
się w kogoś, kto ma władzę. Ale o tym wiedziałem już z wojska. Nasz
kapral Jan Pokrywka karał każdego, kto mu się długo przyglądał. -
Chodźcie tu do mnie! - wołał. - Czego wy się tak we mnie wpatrujecie? -
I za karę wysyłał do czyszczenia latryn.
Teraz zaczyna się. Zaczyna się otwieranie, odpinanie, rozsupływanie,
wybebeszanie. Gmeranie, zanurzanie, wyciąganie, potrząsanie. A co to? A co tamto? A do czego to? A do czego tamto? A to? A sio? A owo? A ten? A tamten? A którędy? A po co? Najgorzej z książkami. Co za przekleństwo
wieźć jakąś książkę! Można wieźć walizkę kokainy, a na wierzchu trzymać
książkę. Kokaina nie wzbudzi żadnego zainteresowania, wszyscy celnicy
rzucają się na książkę. A już - nie daj Boże! - wieźć książkę po
angielsku. Dopiero zacznie się bieganie, sprawdzanie, kartkowanie,
czytanie.
A jednak, mimo że wiozę kilka książek po angielsku (są to głównie
podręczniki nauki chińskiego i japońskiego), nie ja jestem tym
najgorszym. Najgorszych postawiono przy osobnym stole, stole jak gdyby
drugiej klasy. To miejscowi, obywatele Związku Radzieckiego, chudzi i drobni ludzie, w podartych chałatach i dziurawych walonkach, smagłolicy,
skośnoocy Buriaci i Kamczadale, Tunguzi i Ainowie, Oroczanie i Korijacy.
Jak puścili ich do Chin - nie wiem. W każdym razie wracają, a wracając,
wiozą ze sobą jedzenie. Widzę kątem oka, że mają pełno woreczków kaszy.
I tu właśnie o tę kaszę będzie teraz chodzić. Bo najwyraźniej kasza
należy, obok książek, do produktów najbardziej podejrzanych. Coś w kaszy
widocznie jest, jakaś dwuznaczność, jakaś przewrotna, podstępna
właściwość, jakaś zwodniczość, jakaś złudność, bo owszem, niby to kasza,
ale przecież może okazać się, że to niezupełnie kasza, że to kasza, ale
nie aż na sto procent. Dlatego celnicy wysypują całą kaszę na stół. Stół
zaczyna się złocić i brunatnieć, wygląda jak rozpostarta przed nami
makieta Sahary. Zaczyna się przesiewanie kaszy. Uważne, drobiazgowe
przesiewanie w palcach. Palce celników przepuszczają wąziutkie strumyki
kaszy, przepuszczają, przepuszczają, ale nagle - stop! Palce zatrzymują
się i nieruchomieją. Palce wyczuły dziwne ziarenko. Wyczuły, dały sygnał
do mózgu celnika, mózg odpowiedział - stop! Palce stanęły i czekają.
Mózg mówi - spróbujcie jeszcze raz, ostrożnie i uważnie. Palce
delikatnie i nieznacznie, delikatnie i nieznacznie, ale bardzo uważnie,
bardzo czujnie obracają ziarenkiem. Badają. Doświadczone palce celnika
radzieckiego. Wprawne, gotowe natychmiast przydusić ziarenko, złapać je
w potrzask, uwięzić. Ale ziarenko jest tylko tym, czym jest - to znaczy
zwykłym ziarenkiem zwykłej kaszy i co je wyróżniło z miliona innych
ziarenek rozsypanych na stole stacji granicznej w Zabajkalsku, to
niecodzienny, dziwaczny kształt, wynik jakiejś chropowatości koła
młyńskiego, które okazało się zwichrowane, nierówne. Więc żaden przemyt,
żaden podstęp, dochodzi do wniosku mózg celnika, ale nie daje za
wygraną. Przeciwnie, nakazuje dalej przesiewać, dalej badać, dalej
wyczuwać i nawet przy cieniu wątpliwości zrobić momentalnie - stop!
Zważmy jednak, że są to lata pięćdziesiąte i że młyny w Chinach są już
bardzo stare i niesprawne. Zważmy, jakie to stwarza problemy celnikom z Zabajkalska. Nieskończona ilość ziarenek ma nietypowy, podejrzany
kształt. Palce co sekunda wysyłają do mózgu sygnał. Mózg co chwila
alarmuje - stop! Ziarnko po ziarnku, garstka po garstce, woreczek po
woreczku, Buriat po Buriacie.
Nie mogłem od tego widowiska oderwać wzroku. Patrzyłem zafascynowany,
zapomniałem o zasiekach i wyżkach, zapomniałem o psach. Przecież to są
palce, które powinny rzeźbić w złocie, szlifować diamenty! Ich
mikroskopijne ruchy, ich czułe drżenia, ich wrażliwość, ich celnicza
wirtuozeria!
Wracaliśmy do wagonów po ciemku, padał śnieg, mróz skrzypiał pod butami.
W Zabajkalsku odebrałem kolejną lekcję, jako że granica nie jest tu
punktem na mapie, ale szkołą. Uczniowie, którzy wyjdą z tej szkoły, będą
dzielić się na trzy grupy. Grupa pierwsza - głucho wściekli. Najbardziej
nieszczęśliwi, bo wszystko wokół będzie powodować w nich stres, będzie
doprowadzać ich do stanu furii, do obłędu. Denerwować, drażnić, męczyć.
Jeszcze nim zdadzą sobie sprawę, że w otaczającej rzeczywistości niczego
nie zmienią, nic nie poprawią, powali ich zawał serca albo wylew krwi.
Grupa druga - ci będą przyglądać się ludziom radzieckim i naśladować ich
sposób myślenia i postępowania. Jego istotą jest pogodzenie z istniejącą
rzeczywistością, a nawet umiejętność czerpania z niej pewnej
satysfakcji. W tym wypadku bardzo pomocne jest powiedzenie, które należy
powtarzać sobie i innym każdego wieczora, niezależnie od tego, jak
okropny był dzień, który właśnie minął: ciesz się z tego dnia, bo tak
dobrze, jak było dzisiaj, nigdy więcej nie będzie!
Wreszcie grupa trzecia to ci, dla których wszystko jest przede wszystkim
ciekawe, niezwykłe, nieprawdopodobne, którzy chcą ten inny, nieznany im
dotąd świat poznać, zbadać, zgłębić. Ci potrafią uzbroić się w cierpliwość i zachować dystans (ale nie wyniosłość!), spokojny, uważny,
trzeźwy wzrok.
Takie są trzy postawy charakterystyczne dla cudzoziemców, którzy
znaleźli się w Imperium.
Czita - Ułan-Ude
Patrząc przez okno pędzącego pociągu, myślę: Syberia, więc tak ona
wygląda! Po raz pierwszy nazwę tę usłyszałem, mając siedem lat. Surowe
mamy z naszej ulicy ostrzegały: - Dzieci, bądźcie grzeczne, bo was
wywiozą na Sybir! (Mówiły z rosyjska - Sybir, bo to brzmiało groźnie,
bardziej apokaliptycznie). Łagodne mamy oburzały się: - Jak można dzieci
tak straszyć!
Właściwie nie sposób było wyobrazić sobie Syberii. Dopiero jeden z kolegów pokazał mi w książce rysunek: w gęstej, śnieżnej zamieci szła
kolumna oberwanych i skulonych ludzi. Do rąk i nóg mieli przykute
ciężkie łańcuchy zakończone żelaznymi kulami, które wlekli za sobą po
ziemi.
Syberia, w swojej złowrogiej, okrutnej postaci, to mroźna, lodowata
przestrzeń + dyktatura.
W wielu państwach istnieją obszary lodowate, ziemie przez większą część
roku skute mrozem, martwe. Takie są np. wielkie połacie Kanady. Weźmy
duńską Grenlandię albo amerykańską Alaskę. A jednak nikomu nie
przychodzi do głowy straszyć dzieci: umyj rączki, bo ześlą cię do
Kanady! Albo: baw się grzecznie z tą dziewczynką, bo wywiozą cię do
Ameryki! W tamtych krajach po prostu nie ma dyktatury, nikt nikogo nie
zakuwa w kajdany, nikt nie więzi w obozach, nie wysyła do pracy w potępieńczy mróz, na pewną śmierć. Tam człowiek ma jednego przeciwnika -
zimno. Tu aż trzech - zimno, głód i uzbrojoną przemoc.?
W 1842, w Paryżu, Adam Mickiewicz wygłosił dwa wykłady w Coll?ge de
France o pamiętnikach jenerała Kopcia. Kopeć walczył u boku Kościuszki
pod Maciejowicami i tam wzięty do niewoli został przez Rosjan skazany na
Sybir. Kopcia wieźli jakieś 10 tysięcy kilometrów po bezdrożach Rosji i Syberii na Kamczatkę.
Była to prawdziwa droga przez piekło.
Wieźli, jak pisze jenerał, w kibitce, "która miała model kufra, obita
wkoło skórami, a w środku żelazną blachą, z boku tylko okienko dla
podania wody lub jedzenia".
"Ten kufer, opowiada dalej Kopeć, był bez żadnego siedzenia, a że byłem
z ran niewyleczony, dawano mi wór z słomą i włożony był na mnie tytuł
aresztanta sekretnego z numerem tylko, bez imienia. Jest to u nich w takim rodzaju aresztant największy kryminalista, z którym nikt pod
największą karą nie może rozmawiać ani też wiedzieć, jak się nazywa i za
co wzięty".
Wieziony w kibitce jak w zatrzaśniętej wiekiem trumnie, tylko po
dźwiękach domyślał się, gdzie jest. Słysząc turkot bruku, sądził, że są
w mieście: "Szóstego dnia posłyszałem turkot bruku, był to Smoleńsk". Z ciemnej kibitki wsadzają go prosto do ciemnej celi, tak że Kopeć nigdy
nie może się zorientować, czy jest dzień, czy noc: "Były tam dwa okna z kratami żelaznymi, przebijane czarnymi deskami, aby nigdzie dzienne
światło wchodzić nie mogło. Trzeba było zgadywać noc lub dzień, warta
ani słowa nigdy do mnie mówić nie chciała". Udręczony podróżą, Kopeć
jednak nie może spać - punkt postoju na drodze w głąb Syberii to miejsce
kaźni: "Sypiać nie mogłem: słychać mi się zdawało poza innymi murami
obok mnie jakieś różne bicia, katowania i szczęk kajdan".
Wloką jenerała na śledztwo. "Pytają Kopcia, pisze Mickiewicz, jaka była
przyczyna jego buntu. Miłość ojczyzny - odpowiada. Komisja oburza się na
tę odpowiedź i przerywa przesłuchanie, nie mogąc ścierpieć dumy
więźnia".
Dalej wiozą Kopcia na wschód. "Od Smoleńska do Irkucka, wspomina
jenerał, trzech żołnierzy z mojej straży zginęło, inni nogi albo ręce
połamali z wierzchołka mojej kibitki. Gdy pijani i nieuważni z gór
lecieli, zdarzało się to często, że kiedy rozpędzą konie, kibitka się
wywraca i konie wleką po ćwierć mili, a ja zamknięty tłukę się jak śledź
w beczce, lecz że byłem obwijany worem, sieczką i słomą, to mnie
ratowało".
Mimo że wieziony w kibitce-trumnie, jenerał ma świadomość pewnego
uprzywilejowania - jego wiozą, innych pędzą latami piechotą: "Na drodze
napotykałem po kilkaset ludzi obojej płci, na zsyłkę pędzonych ku
Irkuckowi, przy małej bardzo straży, których od kolonii do kolonii
przesyłają i ledwo w końcu trzeciego roku z Europy do Irkucka
przybywają. Uciec tam żaden nie może, gdyż nigdzie nie masz pobocznych
kolonii... gdyby zaś który chciał z niewolników w bok gdzie się schronić
do lasu, zostanie od zwierząt zjedzony...".
Ta wędrówka zesłańca nie jest tylko przemieszczaniem się w miejscu i w czasie. Towarzyszy mu bowiem proces odczłowieczenia: ten, który dotrze
do kresu (o ile po drodze nie umrze), został już pozbawiony wszystkiego,
co ludzkie. Nie ma nazwiska, nie wie, gdzie jest, nie wie, co z nim
zrobią. Odebrano mu język: nikt z nim nie chce rozmawiać. Jest
przesyłką, jest rzeczą, jest igraszką.
Potem jenerała pozbawiają nawet kibitki, gnają go piechotą: "Szliśmy
zawsze od rana do wieczora bez popasu".
I dodaje:
"drogi żadnej, tylko strasznymi górami i wąwozami".
Ułan-Ude - Krasnojarsk
"drogi żadnej, tylko strasznymi górami i wąwozami".
Marzyłem zobaczyć Bajkał, ale była noc, czarna plama w oszronionej ramie
okna. Dopiero rano ujrzałem góry i wąwozy. Wszystko w śniegu.
Śnieg i śnieg.
Jest styczeń, środek syberyjskiej zimy.
Za oknem wszystko wydaje się zesztywniałe z zimna, nawet jodły, sosny i świerki wyglądają jak wielkie, skamieniałe sople, wystające ze śniegu
ciemnozielone stalagmity.
Nieruchomość, nieruchomość tego pejzażu, jakby pociąg stał w miejscu,
jakby był tej okolicy częścią - też nieruchomy.
I biel - wszędzie biel, oślepiająca, niezgłębiona, absolutna. Biel,
która wciąga, a jeżeli ktoś da się jej uwieść, da się schwytać w pułapkę
i pójdzie dalej, w głąb bieli - zginie. Biel niszczy wszystkich, którzy
próbują zbliżyć się do niej, poznać jej tajemnicę. Strąca ich z wyżyn
górskich, porzuca zamarzniętych na śnieżnych równinach. Syberyjscy
Buriaci traktują wszelkie białe zwierzę jako święte, wierzą, że zabić
je, to popełnić grzech i ściągnąć na siebie śmierć. Patrzą oni na białą
Syberię jak na świątynię, w której zamieszkuje bóg. Kłaniają się jej
równinom, oddają hołd jej krajobrazom, ciągle strwożeni, że stamtąd, z białych głębin, przyjdzie śmierć.
Biel często kojarzy się z ostatecznością, z kresem, ze śmiercią. W tych
kulturach, w których ludzie żyją lękiem przed śmiercią, żałobnicy
ubierają się na czarno, żeby odstraszyć od siebie śmierć, izolować ją,
ograniczyć do zmarłego. Tam jednak, gdzie śmierć jest uważana za inną
formę, inną postać istnienia, żałobnicy ubierają się na biało i na biało
ubierają zmarłego: biel jest tu kolorem akceptacji, zgody, przystania na
los.
Coś w tym styczniowym, syberyjskim pejzażu obezwładnia, przygniata,
poraża. Przede wszystkim jego ogrom, jego bezgraniczność, jego
oceaniczna bezkresność. Ziemia nie ma tu końca, świat nie ma końca.
Człowiek nie jest stworzony na taką bez-miarę. Dla niego wygodną,
uchwytną, poręczną jest miara jego wsi, jego pola, ulicy, domu. Na morzu
taką miarą będzie wielkość okrętowego pokładu. Człowiek jest stworzony
na taką przestrzeń, aby mógł ją przejść za jednym razem, za jednym
wysiłkiem.
Krasnojarsk - Nowosybirsk
Za Krasnojarskiem (czwarty już dzień podróży?) zaczęło się rozwidniać (o tej porze roku przez większą część doby panuje tu ciemność). Piję
herbatę i wyglądam przez okno. Ta sama równina śnieżna co wczoraj. Co
przedwczoraj (a chciałem już z rozpędu dodać: co przed rokiem. Przed
wiekami). Te same masywy leśne. Te same ostępy i polany, a na otwartych
przestrzeniach wysokie zaspy śniegu, wyrzeźbione przez wiatr w najprzedziwniejsze kształty.
Nagle przypomina mi się Cendrars i jego Proza transsyberyjskiej kolei i małej Żanny z Francji. W tym wierszu, napisanym jeszcze przed I wojną
światową, Cendrars opisuje podróż tą samą linią, ale w przeciwnym
kierunku - z Moskwy do Charbinu. Refren tego poematu to nieustannie
powtarzające się pytanie, zadawane przez jego wylęknioną dziewczynę -
Żannę:
"Błażejku, powiedz, jesteśmy bardzo daleko od Montmartre'u?"
Żanna ma to samo uczucie, które ogarnia każdego, kto zagłębia się w biały bezkres Syberii - uczucie zapadania się w niebyt, zanikania.
Autor nie ma jej czym pocieszyć:
Jesteśmy daleko, Żanno, jedziesz od siedmiu dni
Jesteś daleko od Montmartre'u.
Paryż jest centrum świata jako punkt odniesienia. Jak mierzyć poczucie
oddalenia, odległości? Być daleko od czego, od jakiego miejsca? Gdzie
jest ten punkt na naszej planecie, od którego ludzie, oddalając się,
mieliby wrażenie, że są bliżej i bliżej krańca ziemi? Czy jest to punkt
w znaczeniu tylko emocjonalnym (mój dom jako centrum świata)? Czy
kulturowym (np. cywilizacja grecka)? Czy religijnym (np. Mekka)?
Większość ludzi spytana, co uważa za centrum świata - Paryż czy Meksyk,
odpowie: Paryż. Dlaczego? Przecież miasto Meksyk jest większe od Paryża
i też ma metro i wspaniałe zabytki, i wielkie malarstwo, i świetnych
pisarzy. A jednak powiedzą - Paryż. Albo niech ktoś ogłosi, że dla niego
centrum świata - to Kair. Przecież większy od Paryża i zabytki, i uniwersytet, i malarstwo. A jednak czy wielu ludzi poprze Kair? Więc
pozostaje Paryż (w każdym razie pozostawał, kiedy wylękniona Żanna
jechała z duszą na ramieniu przez Syberię). Pozostaje Europa.
Cywilizacja europejska jest jedyną, która miała i (prawie) zrealizowała
swoje ambicje światowe. Inne cywilizacje albo z przyczyn technicznych
takich ambicji nie mogły zaspokoić (np. Majowie), albo po prostu takich
zainteresowań nie miały (np. Chiny) - przekonane, że one właśnie
obejmowały cały świat.
Tylko cywilizacja europejska okazała się zdolna do przełamania swojego
etnocentryzmu. W jej kręgu zrodziła się chęć poznania innych cywilizacji
oraz teoria (sformułowana przez Bronisława Malinowskiego), że kulturę
światową tworzy konstelacja równorzędnych kultur.
Nowosybirsk - Omsk
Dzień, noc i dzień.
Łoskot kół monotonny, natarczywy, coraz trudniejszy do zniesienia.
Najbardziej donośnie rozlega się nocą: człowiek uwięziony jest w tym
łoskocie jak w rozdygotanej, rozwibrowanej klatce. Wpadliśmy w burzę
jakąś, bo nagle okno zalepił śnieg, a wycie wichru słyszało się nawet w przedziale.
"drogi żadnej, tylko strasznymi górami i wąwozami".
Omsk - Czelabińsk
Szósty, a może siódmy dzień podróży. W wielkich, jednostajnych
przestrzeniach gubią się miary czasu, przestają obowiązywać, przestają
coś znaczyć. Godziny robią się nieforemne, bezkształtne, rozciągliwe jak
zegary na obrazach Salvadore Dali. Na domiar pociąg przejeżdża przez
różne strefy czasu i powinno się coraz to przesuwać wskazówki zegarka,
ale po co, co się przez to zyska? Słabnie tu poczucie zmiany (główny
wyznacznik czasu), nawet potrzeba zmiany, człowiek żyje tu w jakiejś
zapaści, w odrętwieniu, w wewnętrznym bezruchu. Teraz, w styczniu, noce
są bardzo długie. Nawet przez większą część dnia panuje ciemnoszary,
uporczywy mrok. Niekiedy tylko pojawi się słońce: wówczas świat robi się
jasny, błękitny, narysowany ostrą, zdecydowaną kreską. Ale potem mrok
jest tym głębszy i tym bardziej wszechobecny.
Podróżując transsyberyjską, co można zobaczyć z tzw. rzeczywistości
kraju? Nic właściwie. Większą część trasy kryją ciemności, ale i za dnia
niewiele widać poza śnieżną, wszędzie roztaczającą się pustką. Jakieś
stacyjki, nocą - samotne i nikłe światła, jakieś widma wpatrzone w pędzący w tumanach śniegu pociąg, który znika zaraz, zapada się, zakryty
najbliższym lasem.
Mam dwuosobowy przedział, w którym cały czas jadę sam. Męcząca
samotność. Czytać nie można, bo wagonem miota na wszystkie strony,
litery skaczą, zamazują się i już po chwili bolą oczy. Nie ma do kogo
się odezwać. Można wyjść na korytarz. I co wówczas? Wszystkie przedziały
zamknięte, nawet nie wiem, czy ktoś w nich jedzie, bo nie mają okienek,
żeby zajrzeć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki