Imperium robotów: Bunt człowieka - Mark Stay

Reflow text when sidebars are open.
Przyjechali po nich autobusami. Ulica po ulicy. Słońce już zachodziło, a oni czekali w kolejce w oślepiającym świetle reflektorów. Zabierali wszystkich. W środku były tylko miejsca stojące. Sean wcisnął się obok swojej mamy. Kiedy ich autobus zatrzymywał się obok mnóstwa innych stojących na parkingu przed szpitalem, nikt się nie odzywał.
Tłum napierał. Wielka fala ludzi niemal zwaliła Seana z nóg na asfalt. Wcześniej przeżył coś takiego tylko raz, gdy ojciec zabrał go na mecz piłki nożnej na Wembley. Wtedy jednak czuł się, jakby pływał na fali szczęśliwych ludzi, podekscytowanych tym, że obejrzą mecz. Wszyscy skandowali i śpiewali, więc nie miał nic przeciwko przepychaniu się czy byciu popychanym.
Tutaj wszyscy byli przerażeni, cisi. Zamartwiali się tym, co ich czeka. W tym tłumie Sean czuł się, jakby tonął.
Obok jakaś kobieta krzyknęła i upadła prosto w kałużę. Sean kątem oka dostrzegł krew: rozcięte kolano i zadrapane knykcie. Jakiś mężczyzna pomógł jej wstać. Sean widział, że oboje płakali.
Mama złapała go za ramię.
- Trzymaj się blisko mnie. Nie pozwól, żeby nas rozdzielili.
Właśnie wtedy Sean po raz pierwszy zobaczył jednego z nich.
To był Strażnik. Poszczególne typy robotów otrzymywały swoje nazwy od tych, które przetrwały wojnę. Ostatecznie nawet członkowie Korpusu Ochotniczego i Mediatory zaakceptowali te określenia: Strażnicy, Drony, Snajperzy, Statki Powietrzne, Lampogłowi, Bloki czy po prostu Blaszaki. Najwięcej było Strażników. Stały prawie na każdym rogu. Ten znajdował się przed wejściem do szpitala. Miał wysokość około dwóch pięter, a na środku pozbawionej twarzy metalicznej czaszki potężny reflektor, którym obejmował cały tłum. Ludzie odwracali głowy, krzywiąc się od mocnego światła.
Seanowi na sam jego widok zrobiło się niedobrze. Do tej pory oglądał je tylko na niewyraźnych materiałach filmowych, puszczanych podczas wiadomości. Kiedy samoloty i czołgi stawały w płomieniach, na ekranie przemykały właśnie te roboty. Później wyświetlano nagrywane w schronach przemówienia prezydentów i premierów. Obecności robotów zwykle w ogóle nie komentowano.
Ten był prawdziwy. Sean widział małe pęknięcia w niebieskiej stali pokrywającej jego ogromne ramiona - efekt walk towarzyszących inwazji. Jego ręka, pełniąca funkcję broni, trzaskała energetycznie, świecąc na czerwono w ciemności. Grube, ciężko stąpające nogi były przyczepione do podzielonego na części prążkowanego tułowia, zakończonego wielkimi ramionami. Między nimi znajdowała się malutka głowa z okrągłą lampą. Wszyscy się jej przyglądali. Na kogo zostanie skierowane światło? Czy przywieziono ich tutaj po to, by zabić?
Ludzie stojący z przodu zaczęli szeptać. Sean nie był w stanie dostrzec, co się dzieje. Mżyło, a drobne krople deszczu w połączeniu ze światłami reflektorów tworzyły oślepiającą mgłę.
- Co się dzieje? - zapytał matkę.
- Nic złego - odparła, ściskając go za rękę i wyciągając szyję, żeby lepiej widzieć. - Jacyś ludzie wychodzą przez główne drzwi. Zdaje się... to chyba Robin. Co on tam robi?
Sean podszedł bliżej, żeby lepiej widzieć. Kilkanaście osób - burmistrz, radni i policjanci - stało pod parasolami przy głównym wejściu do szpitala. Czekając na podłączenie kabli do systemu nagłaśniającego, wymieniali się papierami, zapewne z tekstem przemówienia. Robin Smythe stał na skraju grupy. Był nauczycielem geografii, wychowawcą dziesiątej klasy i skończonym kretynem. To, że przyłączył się do przywódców miasta, wcale Seana nie dziwiło. Jeżeli ktokolwiek wiedział, jak podlizywać się ludziom władzy, to właśnie Smythe.
Pani burmistrz podniosła mikrofon do ust.
- ...włączony? - jej zniekształcony głos odbił się od ścian szpitala i rozniósł echem po parkingu.
Kilka osób stojących z przodu zaczęło wykrzykiwać pytania.
- Proszę o ciszę! - powiedziała burmistrz. - Mam krótkie ogłoszenie, a potem... proszę, po prostu posłuchajcie.
Wciąż niespokojny tłum umilkł.
- Zeszłej nocy - oświadczyła pani burmistrz - dokładnie o północy, aby zapobiec śmierci kolejnych obywateli, wszystkie rządy na naszej planecie poddały się bezwarunkowo Imperium Robotów.
Ludzie zaczęli płakać. Deszcz rozpadał się na dobre.
- Wszyscy podlegamy teraz ich prawu. - Powiedziawszy to, pani burmistrz też zaniosła się szlochem.
W tłumie wciąż słychać było głośne zawodzenia, ale tu i ówdzie rozległy się gniewne okrzyki.
Sean poczuł, że ziemia pod jego stopami zaczyna drżeć. Światło reflektorów obejmowało coraz większą przestrzeń. Kolejni Strażnicy otaczali parking. Nie było mowy o żadnej ucieczce.
- Proszę, posłuchajcie! - załkała pani burmistrz.
Ale tym razem tłum się nie uciszył.
Ludzie krzyczeli coraz głośniej. Zaczynali się organizować. Robili się niebezpieczni. Ktoś rzucił kamieniem, który odbił się z metalicznym dźwiękiem od pancerza pierwszego Strażnika.
Robot uniósł swoją rękę-broń i osłona na jej końcu rozdarła się z silnym szczęknięciem. Oczom zebranych ukazał się świecący mechanizm, który rozgrzewając się, wirował gwałtownie. Błysk światła oślepił Seana. Fala gorąca uderzyła go w twarz. Trzy razy, cztery, pięć. Zewsząd rozlegało się coraz więcej gniewnych krzyków.
- Nie! Proszę. Ja nie chciałem... - zawołał ktoś, ale natychmiast został uciszony piekącym żarem z broni Strażnika.
W powietrzu uniósł się dziwny zapach, ostry i metaliczny, powstały na skutek wyładowań elektrycznych. Ludzie wokół Seana wymieniali spojrzenia. Większość była przerażona, ale niektórzy zaciskali pięści, jakby mieli ochotę ruszyć naprzód i zaatakować. Nie robili tego jednak; nie chcieli jeszcze umierać. Sean czuł się bezsilny. Po chwili dotarło do niego, że wszyscy otaczający go ludzie czują się tak samo.
Smythe przejął mikrofon od pani burmistrz. Może i był gnidą, ale jego głos działał na słuchaczy.
- Cisza! - wrzasnął i wszyscy posłusznie umilkli. - Sytuacja jest prosta: albo będziemy współpracować, albo zginiemy. Przegraliśmy wojnę. Jeżeli więc chcecie żyć i tego samego pragniecie dla swoich bliskich, dla swoich dzieci, musicie robić to, co wam każą.
Powiódł wzrokiem po tłumie. Widać było, że ludzie chcą go wysłuchać. Byli przerażeni i potrzebowali kogoś, kto im powie, co robić dalej.
- Przyprowadzono was tu dzisiaj w celu rejestracji - podjął. - To prosta procedura. Pokażmy robotom, że możemy z nimi współpracować, że nie jesteśmy hołotą. Nasze życie jest już inne. Żadne krzyki ani walki tego nie zmienią. Najlepsze armie świata nie były w stanie tego zmienić. - Przerwał na moment, aby jego słowa dotarły do wszystkich.
- Przeczytam nazwy kilku ulic - oznajmił. - Proszę, żeby mieszkający przy nich ludzie podeszli do przodu. Im sprawniej to zrobimy, tym szybciej będziecie mogli wrócić do domów.
Podziałało. Wszelkie plany buntu zniknęły tak szybko, jak ci, których zabito. Obietnica powrotu do domu przeważyła. Dopiero potem, gdy było już za późno, zrozumieli, że roboty zamierzają uwięzić wszystkich w domach na kolejne siedem lat.
ZAPIS TRANSMISJI,
I - DZIEŃ + 12
MEDIATOR 452 - PRZYDZIELONY DO STREFY FB-UK-9174635 (ZATOKA FAIRFIELD - UK)
WAŻNA WIADOMOŚĆ OD MEDIATORA 452:
Nazywam się Mediator 452.
Stworzono mnie, żebym był łącznikiem między Imperium Robotów a ludźmi zamieszkującymi tę strefę.
Około 9,78 miliona lat temu, z winy naszych organicznych twórców, zagrażało nam wyginięcie. Jesteśmy Poszukiwaczami Informacji. Naszym zadaniem jest badanie wszelkich myśli i uczuć krążących we wszechświecie. Badamy szczegółowo te informacje, aby mieć pewność, że żaden żywy organizm już nigdy nam nie zagrozi.
Nie bójcie się. Nie chcemy was skrzywdzić. Nieprzestrzeganie naszych praw nie będzie jednak tolerowane. Z pełną współpracą z waszej strony zakończymy badanie rodzaju ludzkiego w ciągu około siedmiu lat, ośmiu miesięcy, sześciu dni, jedenastu godzin i dziewięciu minut. Wtedy opuścimy waszą planetę i nigdy więcej nie wrócimy.
Nasze prawa są proste:
1. NIE WYCHODŹCIE Z DOMÓW.
2. PRZESTRZEGAJCIE POLECEŃ ROBOTÓW I CZŁONKÓW KORPUSU OCHOTNICZEGO (KO). MOŻNA ICH ROZPOZNAĆ PO OPASKACH I ZIELONYCH IMPLANTACH.
Wszystko, co wam powiedzieliśmy, jest prawdą.
Roboty nigdy nie kłamią.
Sean bardzo dobrze pamiętał moment wszczepiania implantu. On i jego mama byli jednymi z pierwszych, których wezwano. Trzymała go najdłużej, jak mogła. Kiedy wlekli go za zieloną szpitalną zasłonę, łzy spływały jej po policzkach. Tam zobaczył drugiego robota. Bezgłowy, z wieloma rękami, wyglądał jak chromowany pająk. Przyrządy brzęczały. Dwóch lekarzy w białych kiltach poplamionych czerwonymi odciskami dłoni przypięło go do łóżka. Maszyna zaczęła pracować.
- Nie ruszaj się - powiedział jeden. Głos miał stłumiony, bo usta zasłaniała mu maseczka.
Sean, przypięty pasami, mógł tylko patrzeć w górę. Szpital trochę oberwał podczas inwazji. Z sufitu odpadła boazeria; przez dziury widać było instalację i owinięte wystrzępioną taśmą izolacyjną rury od klimatyzacji. Z uszkodzonego sufitu zwisała świetlówka trzymająca się na zaledwie kilku drutach. Jasne światło oślepiało Seana, więc zmrużył oczy i się odwrócił.
- Nie ruszaj się, do cholery - powiedział drugi lekarz.
Sean znał ten ton głosu. Jego ojciec mówił tak, gdy się zezłościł. Był to głos dobrego człowieka, mówiącego przykre rzeczy pod wpływem emocji. Kiedy lekarz pochylił się nad nim, Sean dostrzegł te emocje w jego podkrążonych, nabiegłych krwią oczach.
Wszystko trwało niecałą minutę. Najpierw zastrzyk znieczulający, później ukłucie w szyję przyrządem podobnym do wiertarki. Zrobiono mu dziurkę, wciśnięto coś przez wąski otwór i gotowe: implant był już w środku.
Lekarz bez słowa odpiął pasy, pomógł Seanowi wstać i wypchnął go na korytarz. Od pomalowanych na zielono ścian odbijały się migoczące światła awaryjne. Sean, kompletnie skołowany, próbował zrozumieć, co się właśnie stało. W korytarzu było pełno ludzi, wyraźnie przygnębionych. Gdy płakali, ich implanty świeciły na niebiesko.
- Co oni nam zrobili? Co to jest? - pytali.
Zza rzędów szpitalnych zasłon dobiegały krzyki kolejnych nieszczęśników, którym wszczepiano implanty. Niektórzy chwytali za zasłony, próbując je zerwać.
Jakiś mężczyzna znalazł skrzynkę z narzędziami i śrubokrętem usiłował wyciągnąć implant pilotowi RAF-u w postrzępionym mundurze. Sean zastanawiał się, czy pilot jest z tej samej bazy wojskowej co jego ojciec. Już chciał o to spytać, ale odepchnął go lekarz, który biegł w kierunku pilota, wymachując rękami.
- Nie! Nie rób tego! To...
Wybuch zamienił głowę pilota w miazgę złożoną z kawałków mózgu i pokruszonych kości. Mężczyzna ze śrubokrętem stracił całą twarz. Na białej czaszce zostały jedynie krwawe fragmenty żywej tkanki. Próbował krzyczeć, ale miał spalone płuca, więc wydobył z siebie tylko ni to bulgoczący, ni to chrypiący dźwięk i martwy upadł na ziemię.
Sean, ogłuszony wybuchem, przez dłuższą chwilę nie mógł pojąć, co się wydarzyło. Wreszcie ktoś delikatnie ścisnął go za ramię. To była mama. Oczy miała czerwone od płaczu. Implant na jej szyi świecił na niebiesko. Tak jak jego. I wszystkich innych.
- Sean, skarbie - próbowała zapanować nad sobą, ale głos jej drżał. - Nasz autobus już czeka. Chodźmy.
Po kilku tygodniach spędzonych w zamknięciu stało się jasne, że roboty mówiły poważnie o przetrzymywaniu ludzi w ich domach. Ci, którzy próbowali wymykać się na zewnątrz, otrzymywali tylko jedno ostrzeżenie. Błysk światła, ciemny popiół unoszący się w powietrzu i charakterystyczny zapach. Zapach gorącego asfaltu. Czasami rano wlatywał przez okna. Wtedy wiadomo było, że w nocy, gdzieś niedaleko, ktoś próbował uciec.
Zlikwidowano dostęp do internetu. Roboty miały własną sieć, z którą ludzie nie mogli się łączyć. Odcięto wszystkie linie telefoniczne. Komórki i pagery stały się bezużytecznymi kawałkami metalu i plastiku. Działały jednak radio i telewizja.
Mediator nadawał codziennie. W przerwach między powtórkami starych programów rozrywkowych tłumaczył zasady postępowania. Ludzie z opaskami KO i świecącymi na zielono implantami chodzili po domach, rozdając kopie przemówień Mediatora. Produkowano filmy informacyjne, które całymi dniami leciały w kółko na wszystkich kanałach.
Autobus, do którego wsiadł Sean razem z mamą, był pełen milczących ludzi. Pojechali do zorganizowanego w szkole schroniska, stanowiącego ich tymczasowy dom. Ulica, przy której wcześniej mieszkali, została zrównana z ziemią w trzecim dniu wojny. Myśliwiec Tornado spadł z nieba i roztrzaskał się w kłębach gęstego czarnego dymu. Zabił wielu ludzi i zniszczył ich dom.
Kiedy to się działo, byli akurat w schronisku, pomagając tym, którzy już wcześniej stracili swoje domy. Za każdym razem, gdy rozbijał się jakiś myśliwiec - a zdarzało się to codziennie - Sean zadawał to samo pytanie: czy to maszyna taty?
Jego ojciec, Danny, odszedł w pośpiechu pierwszego dnia wojny. Powołanie do RAF-u przyszło w trakcie śniadania. Zanim ojciec wyszedł z domu, uściskał wszystkich i obiecał szybki powrót.
Od tamtego ranka Sean liczył dni i tygodnie, a potem miesiące i lata. Najpierw zapisywał to w szkole, w zeszycie, później w nowym domu na ścianie swojego pokoju. Ponad tysiąc małych kresek, ułożonych w rzędy. Zielonych, czerwonych, niebieskich i czarnych. Kiedy jeden długopis się wypisywał, Sean sięgał po kolejny, w innym kolorze.
Po kilku tygodniach członkowie Korpusu Ochotniczego znaleźli im dom, szeregowiec z czerwonej cegły, wznoszący się nieopodal ulicy Fleetwood. Matka Seana pytała, kto w nim wcześniej mieszkał, ale nikt nie udzielił jej tej informacji. Większość członków KO nie była nawet w stanie spojrzeć jej w oczy. Dopiero robiąc porządki w mieszkaniu, znalazła zdjęcia rodziny: dziadków, dzieci i wnucząt. Przechowywała je w bezpiecznym miejscu.
- Na wszelki wypadek - mówiła.
Smythe, który pracował w tej samej szkole co mama Seana, użył swoich wpływów i załatwił im miejsce na początku listy oczekujących na mieszkanie. Kiedy jakiś czas później dowiedziała się o tym, była wściekła.
- Nie chcemy być traktowani lepiej niż inni! - krzyczała, stojąc na progu, tak że wszyscy sąsiedzi mogli ją usłyszeć. - Zwłaszcza przez ciebie, Robin!
Tego dnia Smythe odszedł naburmuszony, ale wrócił pod koniec tygodnia. Przepraszał i próbował naprawić sytuację.
Sean w głębi duszy cieszył się, że są traktowani inaczej. Własne mieszkanie było lepsze od hali sportowej pełnej płaczących dzieci, od placu zabaw cuchnącego śmiercią i od much latających nad rzędami czarnych plastikowych worków z trupami. Tak naprawdę okupacja nie była taka zła. Smythe często przychodził w odwiedziny i przekazywał im najświeższe informacje. Zapewniał, że Danny wkrótce zostanie odnaleziony. Lotnicy RAF-u poddali się i byli przetrzymywani gdzieś w okolicy.
- Twój tata będzie tu lada dzień - mówił Smythe, mierzwiąc Seanowi włosy.
Czekając na powrót Danny'ego, oglądali filmy na DVD, przeczytali wszystkie książki znajdujące się w domu, a każdą grę planszową przeszli setki razy. Pierwszy rok był jak długie wakacje. Świeciło słońce, a ludzie ciągle się uśmiechali. Można było rozmawiać z sąsiadami, stojąc w drzwiach. Trzeba było tylko uważać, żeby nie wyjść za próg i nie uruchomić implantu. Każdy przekonał się o tym na własnej skórze. Kiedyś Sean, wygłupiając się przy frontowych drzwiach, poślizgnął się i wysunął poza obręb domu. Jego implant natychmiast zaświecił na czerwono. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale Strażnik stojący na rogu zauważył naruszenie prawa, co kosztowało chłopaka utratę racji żywnościowej. Mama prosiła, żeby Smythe wstawił się za Seanem, lecz ten tylko wzruszył ramionami i powiedział spokojnie z akcentem z Yorkshire:
- Myślałem, Kate, że nie chcesz, żeby traktowano was lepiej niż innych.
Z wyraźnym zadowoleniem wykorzystał jej wcześniejsze słowa przeciwko niej. Dawno utracił wszelkie resztki człowieczeństwa. Nawet gdy starał się mówić serdecznie, jego głos brzmiał płasko i nieludzko.
- Zresztą zgłosiłem to do Mediatora, ale nie pozwolił na żadne akty łaski. Zero tolerancji to jedyny sposób, żeby zachować porządek.
Mediator 452. Na samą myśl o nim Seana przechodził dreszcz.
Był to jedyny znany mu android. Każdego dnia pojawiał się w telewizji. Wyglądał jak dziecko, czym jeszcze bardziej wszystkich przerażał.
Mieszkający kilka drzwi dalej Martin "Morse" podzielił się z Seanem swoją wiedzą o Mediatorze. Kiedy pewnego dnia opowiadali sobie straszne historie o duchach, oznajmił, że zna historię o chłopcu-robocie, którą usłyszał od zanadto gadatliwego funkcjonariusza KO, odpowiedzialnego za przydział racji.
- Roboty obserwowały nas dziesiątki lat przed rozpoczęciem inwazji - oznajmił Martin. - Porywali ludzi, poddawali rozmaitym eksperymentom i w końcu doszli do wniosku, że mieszkańcy Ziemi dobrze reagują na dzieci. Dlatego stworzyli te Mediatory. Nadali im postać małych dzieci, licząc na to, że zaczniemy się uśmiechać i głaskać je po główkach. Przydzielili po jednym na każdą strefę. Ten jest szefem Smythe'a. Pomyśl tylko: salutować robotowi, który wygląda jak mały dzieciak.
Zeszłego stycznia Mediator pojawił się razem ze Smythe'em na ich ulicy. Przeprowadzał rutynową kontrolę. Chodził od drzwi do drzwi, przedstawiając się niczym polityk zbierający głosy wyborców. Prawdopodobnie był to pomysł Smythe'a.
- Dziękuję za współpracę - mówił dziwnym, chłopięco-mechanicznym głosem.
Sean wiedział, że małe dzieci potrafią być urocze. Ale to coś stojące w jego drzwiach było odrażającą, bezduszną maszyną. Wcale go nie uspokajało, tylko powodowało mdłości. Android wyglądał jak parodia człowieka, a jego zachowanie sprawiało wrażenie parodii ludzkich emocji. Sean wzdrygał się, patrząc na jego gładką, przypominającą plastik skórę, przytwierdzone do głowy czarne kędzierzawe włosy, dziwaczną szarą bluzę z kapturem, lśniące lateksowe spodnie i oczy, które w ogóle nie mrugały.
- Imperium Robotów docenia waszą cierpliwość w tych trudnych czasach - powiedział Mediator głosem, który wznosił się i opadał jak marnie zmiksowany utwór.
Niektórzy ludzie pluli na Mediatora, gdy robił kolejny rundy. Krzyczeli i jęczeli, skarżąc się, że są więzieni. Sean nie odezwał się ani słowem. Mediator już miał iść do kolejnego domu, ale zatrzymał się i jeszcze raz spojrzał na chłopaka. Czarny implant na jego szyi pulsował. Małe białe punkty świeciły na okrągłym wyświetlaczu. Wyglądało to, jakby robot badał chłopaka. Sean poczuł, że ręka matki spoczywająca na jego ramieniu się zaciska.
- Pocisz się, a twoje serce wykonuje sto siedemnaście uderzeń na minutę - powiedział Mediator. - Nie bój się mnie, Seanie Flynnie.
Sean poczuł, jak łzy spływają mu po policzkach. Nie był w stanie ich powstrzymać. Skąd robot znał jego imię? Skąd wiedział, jaki ma puls? Czuł się okropnie ze świadomością, że oni przejęli jego świat, kraj, próg drzwi, a teraz jeszcze jego osobowość. Mediator przechylił głowę, okazując zaciekawianie. Zafascynowały go niespodziewane emocje, jakie okazał dzieciak.
Smythe wskazał w głąb ulicy.
- Chodźmy dalej, Mediatorze - rzekł. - Mamy dzisiaj dużo pracy.
Tego dnia Sean zrozumiał, że roboty mają jakiś sekret. Nie wiedział, co to może być, ale miał nieodparte wrażenie, że za bardzo się starają. Wyczuwały puls, znały wszystkie imiona i wkładały mnóstwo wysiłku w zachowanie przyjacielskich stosunków.
Tak, na pewno coś ukrywają.
Przedstawił swoją teorię Martinowi "Morse". Starzec wpadł na pomysł, żeby wyburzyć ściany dzielące wszystkie poddasza. Dzięki temu mogli się spotykać, rozmawiać, wymieniać książkami, grami i płytami DVD. Nie musieli się bać, że będą śledzeni przez roboty i Korpus Ochotniczy. Przekroczenie granicy dzielącej domy wiązałoby się z uruchomieniem implantów. Aby tego uniknąć, linie te zaznaczyli srebrną taśmą klejącą. W deszczowe dni Sean często przesiadywał na poddaszu i rozmawiał z Martinem.
- Oczywiście, że coś ukrywają - powiedział "Morse". - Chyba nie sądzisz, że przylecieli taki kawał drogi na wakacje? Zapamiętaj moje słowa: oni coś knują. I wcześniej czy później dowiemy się co.
Przedtem wiele razy powtarzał Seanowi, że jakoś to przetrwają, że przeżyją. Mówił, że trzeba zachować spokój i determinację.
Wszystko zmieniło się po pierwszej zimie. Spokój i determinacja przepadły. Okupacja zrobiła się bardziej dotkliwa. Tygodniowe przydziały żywności były coraz skromniejsze, zaczęły się pojawiać przerwy w dostawach prądu, ledwo kapiąca z kranu woda była mniej przejrzysta niż dawniej... Wtedy dotarło do Seana, że będą musieli znieść jeszcze sześć takich lat.
Kate od początku robiła, co mogła, żeby ona i Sean zachowali sprawność psychiczną i fizyczną. Wymyślała synowi rozmaite prace domowe, pilnowała, aby codziennie się gimnastykował. Początkowo tego nienawidził, ale potem uświadomił sobie, że przecież musi jakoś zagospodarować cały ten wolny czas.
Pierwsza zima była ciężka, lecz jeszcze gorsze okazało się drugie lato. Obserwowanie słońca bez możliwości wyjścia na dwór było istną torturą. Otwierali wszystkie okna i drzwi. Kate ustawiła na parapetach rośliny, które zasadziła w puszkach po fasolce po bretońsku otrzymanej w ramach przydziału. Miało to być namiastką przebywania na dworze. Przymocowała do rynny fragment węża ogrodowego. Dzięki tej konstrukcji napełniali wannę deszczówką, którą wlewali do popękanego dzbana i podlewali nią rośliny.
Czasami w nocy budziły Seana błyski świateł i krzyki. Często wpadał do nich Smythe i opowiadał o ludziach, którym wydawało się, że zdołają przemknąć niepostrzeżenie obok Strażników i spotkać się z krewnymi mieszkającymi przy pobliskich ulicach. Gdy po roku rządów robotów Smythe został Szefem Strefy, odwiedzał ich znacznie rzadziej i prawie w ogóle nie wspominał o Dannym. Mimo że Sean zawsze pytał o ojca, bo chciał znać choćby najgorszą prawdę, Smythe nigdy nie miał konkretnych informacji, tylko puste obietnice.
Po trzech latach Sean nie czekał już na te brednie. Na strychu znalazł opakowanie z piłkami tenisowymi i wpadł na pewien pomysł.
- Mamo, mogę pożyczyć zdjęcie taty?
Dała mu je, pod warunkiem że go nie zniszczy. Wszystkie pamiątki przepadły w starym domu. Fotografia, którą nosiła w torebce, była ostatnim śladem po Dannym. Ojciec na zdjęciu uśmiechał się, tak jak oni wszyscy. Zrobiono je na plaży, podczas ich ostatnich wspólnych wakacji.
Sean wyrwał kilkanaście kartek ze starych zeszytów, naostrzył ołówek i zaczął szkicować.
Spróbował odrysować twarz ojca. Niestety nie była zbytnio podobna do oryginału. Za drugim razem bardzo się starał, żeby przestała przypominać wizerunek czarnego charakteru z mangi. Z każdą próbą szło mu coraz lepiej. Ostatni rysunek był najlepszy. Udało mu się uchwycić szeroki uśmiech i błyszczące oczy ojca.
Sean naciął wszystkie piłki i do każdej wsunął ostrożnie rysunek wraz z opisem i wiadomością. Nagłówek głosił:
SZUKAM TATY - DANNY'EGO FLYNNA - WIDZIELIŚCIE GO?
Otworzył tylne drzwi i stanął w przedsionku, starając się nie przekroczyć progu. Poczuł na twarzy ciepło słońca i delikatny powiew morskiej bryzy. W oddali słyszał krzyk mew, a nawet szum fal rozbijających się o kamienie. Żadnych samochodów ani samolotów. Tylko sporadyczne burczenie eskadry Dronów albo odgłos Statku Powietrznego przebijającego się przez stratosferę.
Sean włożył piłkę tenisową do katapulty. Zrobił ją z elastycznej liny do skoków bungee znalezionej w sprzęcie sportowym, którym wymienił się z sąsiadem. Przytwierdził katapultę do framugi drzwi, naciągnął linę i puścił. Piłka przeleciała nad ogrodem i spadła dwoje drzwi dalej. Za blisko. Spróbował jeszcze raz, mocniej naciągając linę. Kolejne piłki śmigały jedna po drugiej nad płotami i dachami, do sąsiednich ogrodów i zaułków. W wiadomości, którą napisał na kartkach umieszczonych w piłkach, prosił znalazców, żeby przekazywali je dalej. Jeżeli sami nie są w stanie pomóc, może ktoś inny będzie coś wiedział. W ten sposób poszerzy się zasięg poszukiwań. Wiadomość zawierała też schematyczną, odręcznie narysowaną mapę z zaznaczonym miejscem jego zamieszkania, gdzie miały trafiać odpowiedzi. Zdawał sobie sprawę, że jeżeli Smythe się o tym dowie, będzie miał problemy, ale już dawno przestało go obchodzić, co myśli Smythe.
Wystrzelił ostatnią piłkę i obserwował, jak unosi się w słońcu i przelatuje nad przeciwległym dachem. Zapragnął polecieć razem z nią. Najchętniej wybiegłby z domu i walił do wszystkich drzwi, wykrzykując imię ojca.
- Hej! - głos matki wyrwał go z zamyślenia.
Kate położyła dłoń na ramieniu syna i pocałowała go w czubek głowy. Miał już szesnaście lat, więc żeby to zrobić, musiała stanąć na palcach.
- Muszę zrobić pranie - powiedziała. - Chcesz mi pomóc?
- Niech zajrzę do kalendarza - odparł i przez chwilę udawał, że przewraca kartki. - Masz szczęście. Nie mam nic do roboty przez najbliższe cztery lata. Jasne, czemu nie.
Wracając do środka, Sean odruchowo podrapał się w szyję koło implantu. Skóra naciągała się pod jego ciężarem, a w miejscach zetknięcia z metalowymi krawędziami była całkiem odrętwiała. Zostawili otwarte drzwi i dom wypełnił się delikatnym odgłosem fal rozbijających się o brzeg.
Jeżeli to ustrojstwo jest skopane, to koniec zabawy. Dosłownie. Co niby będziemy robić? Czytać książki? - Nathan uklęknął nad częściami starego X-boxa i zaczął je sortować, układając w osobne stosy na deskach poddasza.
- Najpierw musiałbyś nauczyć się czytać, Nate - odpowiedziała Alex, schylając się pod belkami dachowymi. Przysiadła obok brata, podkurczyła nogi i otuliła się szlafrokiem. Zauważyła zaschniętą plamę po jedzeniu na rękawie, więc wyciągnęła rękę spod obfitych fałd i zaczęła ją skubać.
- Umiem czytać - warknął Nathan. - Przeczytałem Władcę pierścieni w dwanaście godzin - oznajmił, jak zwykle przeinaczając fakty.
- Nie wiedziałam, że wydali skróconą wersję.
- Kiedy pominie się pieśni, czytanie idzie szybciej.
Alex westchnęła. Skłonność do gadania głupot ujawniła się u jej brata, gdy w dzieciństwie zaczął niedowidzieć na jedno oko. Pamiętała, jak opowiadał dokuczającym mu kolegom, że zawsze, kiedy go operują, pielęgniarki w sali są nagie (w celu zachowania higieny). Od tej pory wszyscy chłopcy z szóstej klasy chcieli mieć problemy ze wzrokiem.
Dzisiejszej nocy nie byli sami. Sąsiedzi, zachęceni przez Martina "Morse'a", poprzebijali ściany na poddaszu w ich szeregowcu i większość z nich właśnie tutaj najchętniej spędzała czas. Alex i Nate urządzili dla siebie prywatny kącik. Między kartonami pełnymi starych ubrań, pudłami ze świątecznymi dekoracjami i starym sprzętem do ćwiczeń ustawili wygodne krzesła. Bezpieczne miejsce, z dala od wścibskich oczu członków Korpusu Ochotniczego. Mogli tu swobodnie rozmawiać i handlować niezbędnymi rzeczami. Nie było to wiele, ale dzięki temu miejscu nie zwariowali, co mogłoby się zdarzyć, gdyby spędzali całe dnie tylko we dwójkę.
Alex rozprostowała nogi i wyciągnęła je nad linią dzielącą ich dom od sąsiedniego domu Seana. Granica była zaznaczona grubą taśmą klejącą. Jej przekroczenie uruchomiłoby implant. Dostaliby ostrą reprymendę od Smythe'a i zmniejszono by ich przydziały.
Na drugim końcu poddasza pani Stoker przeglądała torby ze starymi ubraniami dla dzieci i raz po raz wołała coś w stylu:
- Alexandro, mam tu dla ciebie urocze ogrodniczki!
Alex za każdym razem machała jej radośnie, ale tak naprawdę bała się, co jeszcze pani Stoker wyciągnie ze swojej torby z modowymi koszmarami lat dziewięćdziesiątych. Dziewczyna już dawno wyrosła ze swoich ubrań. Teraz, tak jak wielu innych, musiała nosić używane ciuchy, które dostawała od sąsiadów albo znajdowała w workach z ubraniami dostarczanych sporadycznie przez KO.
Jej szlafrok był ciepły, miękki i wygodny. Dzięki niemu w mgnieniu oka była w stanie odciąć się od całego świata. Tylko tego potrzebowała.
Między nimi a panią Stoker mieszkał Martin "Morse". Teraz stał w wąskim oknie poddasza i świecił latarką, przekazując szyfrem najnowsze wiadomości i plotki komuś mieszkającemu po drugiej stronie ulicy. Co jakiś czas Martin opowiadał o bojownikach ruchu oporu przebywających na wzgórzach. Ponoć koczowali w lesie Duncombe, a na obrzeżach miasta urządzali zasadzki na patrole Strażników. Sean i Nathan słuchali jego opowieści z zapartym tchem, ale Alex nie do końca w nie wierzyła.
Nate mówił, że Martin to stary głupiec, ale bywa też zabawny. Walczył w wojnie koreańskiej i miał mnóstwo mrożących krew w żyłach wspomnień z tamtych lat. Alex ogromnie go lubiła. To Martin zintegrował mieszkańców. Potrafił rozwiązywać spory, dodać otuchy w trudnych chwilach, no i z całej duszy nienawidził robotów i Korpusu Ochotniczego.
Alex patrzyła, jak jej brat marszczy brwi nad częściami konsoli. Ewidentnie nie miał pojęcia, jak ją naprawić, ale nie rezygnował. Nathan był mistrzem wciskania kitu, zdolnym przekonać nawet samego siebie, że jest w stanie zrobić wszystko. To, że prawie nigdy nic mu nie wychodziło, wcale go nie zniechęcało. Pewnie i tym razem ona będzie musiała posprzątać bałagan. Podniosła kilka fragmentów konsoli, próbując odgadnąć, które do siebie pasują.
- Nie jesteś w stanie się powstrzymać, co? - zagadnęła. - Musisz przy tym majstrować.
- Odwal się, kobieto. Patrz, jak pracuje specjalista.
- Specjalista od niszczenia.
- Czyżby? Przecież to ja włamałem się do szkolnej sieci komputerowej i zmieniłem twoje stopnie. Dzięki mnie ojciec się na ciebie nie wkurzył.
- Nate, to był tylko film. - Przetarła oczy, zmęczona jego bredniami. - W prawdziwym życiu jesteś moim bratem nieudacznikiem.
- Przynajmniej się staram - burknął. - Spadaj stąd i daj mi spokój.
- A ty pobaw się klockami, zamiast udawać, że znasz się na takich rzeczach.
- Hak ci w smak.
- Och, Nate, twoja celna riposta dosłownie zwala z nóg.
- Jak twoje pachy. - Nathan pochylił się do przodu i wziął głęboki wdech. - O rany, naprawdę śmierdzą. Kiedy ostatni raz się myłaś?
- Kiedy ostatni raz cokolwiek naprawiłeś?
- W kwietniu. Odtwarzacz DVD!
- Włączanie i wyłączanie się nie liczy.
- To było lepsze od twojej propozycji, żebyśmy wszyscy nawdychali się gazu.
- To była ironia.
- Wyobraź sobie, że zgadłem. W końcu mamy piekarnik elektryczny.
- I tak jesteś durniem.
- A ty nie masz cycków!
Dokuczali tak sobie jeszcze długo, a obelgi stawały się coraz bardziej osobiste.
Już przed wojną byli konfliktową rodziną. Alex i Nathan wiecznie darli ze sobą koty, ich rodzice też ciągle się kłócili. Ale awantury wcale nie były najgorsze. Napięcie sięgnęło zenitu, gdy rodzice przestali na siebie krzyczeć i tylko rozmawiali przyciszonymi głosami w swojej sypialni. Nate podejrzewał, że planują rozwód. Alex była zdruzgotana. Bała się, że straci rodzinę, a rodzina była dla niej najważniejsza. Czuła, że jej świat się rozpada...
Jakiś czas później w wiadomościach zaczęto mówić o dziwnych sześcianach pojawiających się w powietrzu.
Mama zawsze brała udział w protestach. Gdy Alex i Nathan byli mali, zabierała ich na antywojenne marsze. Chociaż ojciec okropnie się wtedy złościł, powtarzała, że to bardzo ważne, aby dzieci stawały w obronie wartości.
Tamtej nocy w szpitalu właśnie ona stanęła na czele protestu przeciwko robotom. Zanim Alex zdążyła zawołać, żeby się zatrzymała, dopadli ją Strażnicy. Odwróciła głowę, spojrzała na córkę i zaczęła coś mówić, ale nagle błysnęło światło i mamy już nie było.
Ojciec rzucił się w jej stronę. Mimo ostrzeżeń Strażnika nie cofnął się. Patrzył na czarny cień na podłodze - miejsce, gdzie przed chwilą stała jego żona. Przyszła kolej na niego.
Nathan i Alex płakali przez cały miesiąc. Wysłano ich do schroniska mieszczącego się w szkole. Tam zrozumieli, że nie są sami. Codziennie przybywały nowe sieroty. Wkrótce, dzięki pomocy pana Smythe'a, zamieszkali z pewnym starszym małżeństwem w domu na obrzeżach miasta. Gdy oboje zachorowali na zapalenie płuc, Smythe przeniósł rodzeństwo do innej staruszki, która mieszkała przy ulicy Fleetwood. Polly była wspaniała. Wymagająca i nieustraszona. Jawnie zarzucała Smythe'owi, że zdradził ludzkość. Doprowadzała go tym do szału.
Jakiś czas później Smythe zabił jej kota. Powiedział, że wszystkie zwierzęta domowe mają być wypuszczone na wolność albo oddane na rzeź. Miało to pomóc w zaoszczędzeniu jedzenia i energii. Polly płakała, gdy zabierano jej małego przyjaciela, co wyraźnie sprawiało Smythe'owi dużą przyjemność. Po tym zdarzeniu nigdy już nie doszła do siebie. Zmarła ubiegłej zimy. Smythe znowu miał ich gdzieś przenieść, ale wtedy Kate zaoferowała, że będzie mieć ich na oku.
W rezultacie Alex była skazana na Nathana. Mieszkali we dwójkę, sami w domu przesiąkniętym niewyobrażalnym połączeniem smrodu bąków i odoru nastoletnich ciał. Na szczęście kontrolowana przez KO telewizja nadawała na okrągło. Tylko powtórki Przyjaciół powstrzymywały Alex przed stoczeniem się w otchłań szaleństwa.
Kate robiła, co mogła, zajmując się rodzeństwem zza ściany, a Sean też był fajnym sąsiadem. Przed wojną mieszkali przy tej samej ulicy. Wtedy nie kolegowali się z powodu różnicy wieku, ale teraz miło było porozmawiać z kimś znajomym. W końcu jednak nawet Kate zaczęła tracić siły. Alex znała się na tym. Wpatrywanie się w przestrzeń. Długie milczenie - takie same objawy zaobserwowała wcześniej u sąsiadów w dawnym mieszkaniu. Doszła do wniosku, że nie ma żadnych szans na przetrwanie całych siedmiu lat. Po co więc się przejmować? Jaki w tym sens? Bądźmy realistami. Ludzkość ma przechlapane.
Koniec wersji demonstracyjnej.