ROZDZIAŁ DRUGI
Śmiercionośny raj
Tak oto Quanah Parker, syn białej kobiety, przedstawicielki cywilizacji, która wtargnęła na ziemie indiańskie, zaczął wypełniać złożone przeznaczenie. Szybko miał się stać jednym z głównych celów poszukiwań czterdziestu sześciu kompanii piechoty i kawalerii amerykańskiej. Szukało go trzy tysiące żołnierzy - największa siła, jaką wysłano kiedykolwiek do wytropienia i zniszczenia Indian. Parker miał się stać ostatnim wodzem najpotężniejszego ludu w historii Ameryki. Przedstawiona w tej książce historia Quanaha i jego rodziny ukazuje w pigułce dzieje Komanczów i białych osadników, które splotły się ze sobą. Z jednej strony sięga ona korzeniami pradawnego dziedzictwa plemiennego Komanczów, a z drugiej - nieugiętego, prześladowanego przez fatum rodu Parkerów, który dla wielu białych Amerykanów w XIX wieku symbolizował okropieństwa i nadzieje pogranicza. Obydwa dziedzictwa zetknęły się w osobie matki Quanaha, Cynthii Ann, której życie wśród Komanczów oraz nieszczęsny powrót do cywilizacji białych stanowią jedną z najsłynniejszych opowieści dawnego Dzikiego Zachodu. Wyłania się tu jeszcze inna opowieść: o rozkwicie i upadku Komanczów. Żaden lud w historii Ameryki Północnej nie miał większego wpływu na los Stanów Zjednoczonych. Quanah był uosobieniem wszystkiego, w co wierzyli, o czym marzyli i o co walczyli Komancze przez dwieście pięćdziesiąt lat. Porwanie niebieskookiej, dziewięcioletniej Cynthii Ann w 1836 roku wyznacza początek trwającej czterdzieści lat wojny białego człowieka z Komanczami, w której Quanah miał odegrać główną rolę. W pewnym sensie Parkerowie są początkiem i końcem Komanczów w historii Stanów Zjednoczonych.
Opowieść zaczyna się - nie ma innej możliwości - w Teksasie, w burzliwym i niosącym zmiany roku 1836, dwanaście lat przed tym, zanim Cynthia Ann Parker urodziła Quanaha na poletku kwiatów preriowych nad Elk Creek, niedaleko gór Wichita w południowo-zachodniej Oklahomie16.
Tego roku generał Antonio López de Santa Anna popełnił fatalny błąd, który odmienił los Teksasu, a z nim całego północnoamerykańskiego kontynentu. 6 marca, pod sztandarem koloru krwi, oznaczającym "nie brać do niewoli", około dwóch tysięcy meksykańskich żołnierzy Santa Anny zgładziło kilkuset Teksańczyków w niewielkiej misji znanej jako Alamo, w okręgu San Antonio de Béxar. Choć wtedy wydarzenie to wydawało się wielkim zwycięstwem, w istocie był to katastrofalny błąd. Trzy tygodnie później Santa Anna jeszcze pogorszył sprawę, mianowicie w pobliskim mieście Goliad nakazał żołnierzom egzekucję mniej więcej trzystu pięćdziesięciu żołnierzy teksaskich, którzy się poddali. Jeńców wyprowadzono kolumnami, rozstrzelano, a ich ciała spalono. Rannych mężczyzn wywlekano na ulice presidio i tam ich rozstrzeliwano. Te działania stworzyły męczenników i dały początek legendom. Mordercza zaciekłość walczących pod Alamo była zaledwie preludium do innych wydarzeń. 21 kwietnia, podczas bitwy pod San Jacinto, Teksańczycy pod wodzą generała Sama Houstona wymanewrowali armię Santa Anny, zapędzili ją na bagniska i ze szczególną zawziętością unicestwili. Zwycięstwo oznaczało koniec władzy Meksyku nad terytorium na północ od Rio Grande oraz narodziny suwerennego państwa - Republiki Teksasu17.
Wieści te napełniły osadników radością, a wiosną 1836 roku żaden obywatel nowej republiki nie miał większego powodu do świętowania niż duża, przedsiębiorcza i religijna rodzina, która przywędrowała ze wschodu. Sąsiedzi nazywali ją "klanem Parkerów". Parkerowie wyruszyli z Illinois w 1833 roku, w karawanie trzydziestu wozów ciągniętych przez woły, zwabieni obietnicą darmowej ziemi w Teksasie. Układ, który im zaproponowano, wydawał się tak dobry, że aż trudno było w niego uwierzyć. W zamian za niezobowiązujące przyrzeczenie wierności Meksykowi (którego Teksas był częścią) kilku przywódców rodu otrzymało działki ziemi w środkowym Teksasie, nieopodal dzisiejszego miasteczka Mexia. Każda liczyła 4600 akrów. Na zawsze, bez żadnych podatków czy opłat celnych przez dziesięć lat. Połączywszy swoje działki, Parkerowie uzyskali spójne terytorium o powierzchni 16 100 akrów - istne królestwo według standardów ich ojczystej Wirginii (do działek otrzymanych od Meksyku dodali kolejne 2300 akrów, za które zapłacili dwa tysiące dolarów18). Ziemia była pierwszej klasy, leżała na skraju niezmiernie żyznej czarnej teksaskiej prerii, pokrytej lasami dębów gwiaździstych (post oak), jesionów, orzechów i ambrowców balsamicznych, poprzecinanej szerokimi falującymi łąkami. Na ich ziemiach znajdowało się też bulgoczące źródło ("tryskająca fontanna" według jednego z opisów19) i kilka potoków. W pobliżu płynęła rzeka Navasota, ryby i zwierzyna łowna występowały w wielkiej obfitości. W 1835 roku dwadzieścia parę osób - członków sześciu rodzin Parkerów i ich krewnych - zbudowało fort o powierzchni jednego akra, a w nim cztery blokhauzy, sześć chat z pni i odporną na kule bramę wejściową. Całość była otoczona palisadą z pni jałowca, zaostrzonych na końcach, wysokich na piętnaście stóp. Wszędzie zrobiono otwory strzelnicze, nawet w podłodze na drugim piętrze blokhauzów, a także ławki, na których mogli stać strzelcy. Fort Parkerów był małą bukoliczną utopią, przy tym świetnie ufortyfikowaną. O takim miejscu marzyła większość amerykańskich osadników.
Fort wyróżniał się czymś jeszcze: w roku zdobycia przez Teksas niepodległości był najbardziej wysuniętą osadą na pograniczu z Indianami. Na zachód od niego nie było żadnych osiedli białych Amerykanów, żadnych miasteczek, domów, żadnych trwałych budowli z wyjątkiem szałasów z trawy, wznoszonych przez Indian Wichita, czy prowizorycznych bud comancheros i innych handlarzy z Indianami (między fortem Parkerów a meksykańską Kalifornią znajdowały się Santa Fe oraz małe, rozproszone osady Nowego Meksyku). Ponadto fort leżał tak daleko od innych osad białych, że także wokół niego trudno było o żywą duszę. W roku 1835 populacja Teksasu nie sięgała nawet czterdziestu tysięcy20. Chociaż kilka miast, takich jak Nacogdoches i San Antonio, miało już bogatą przeszłość i tętniło życiem, większość ich mieszkańców żyła na farmach i plantacjach oraz w niewielkich osiedlach położonych na brzegach rzek. Prawie wszyscy byli drobnymi farmerami produkującymi na własne potrzeby i większość nie miała żadnej ochrony ze strony rządu. Oddziałów meksykańskich - wcześniej i tak niewielkich i biernych, już nie było, a krucha Republika Teksasu miała ważniejsze zajęcia niż obrona nierozważnych białych rolników, którzy się upierali, by żyć poza ostatnimi posterunkami cywilizacji. Parkerowie, razem z garstką bardzo rozproszonych sąsiadów, byli pozostawieni sami sobie w tej indiańskiej krainie bezprawia.
Jednak ten opis nie oddaje w pełni tego, jak bardzo samotni byli Parkerowie na pograniczu. Stwierdzenie, że ich fort leżał niedaleko dzisiejszego Dallas, sugerowałoby, iż cała granica z Indianami w Ameryce Północnej w tym czasie przebiegała wzdłuż prostej linii na północ, ku Kanadzie. Ale w 1836 roku jedynym pograniczem, gdzie cywilizacja białych stykała się z wrogimi ludami równin, był Teksas. Dzisiejsza Oklahoma była terytorium zamieszkiwanym wyłącznie przez Indian, miejscem, do którego siłą przeniesiono pokonane ludy z południa i północnego wschodu, często na ziemie wojowniczych ludów Wielkich Równin. Na kontrolowane przez Indian równiny na północy, które w przyszłości miały stać się częścią stanów Kansas, Nebraska, Dakota Północna i Południowa, nic, co by przypominało cywilizację, jeszcze nie dotarło. Do pierwszego starcia armii Stanów Zjednoczonych z ludem Lakotów na Równinach Północnych doszło w 1854 roku21. Szlak Oregoński miał dopiero powstać. Wszystkie osiedla białych, które istniały na wrogim pograniczu, znajdowały się w Teksasie. Skrawek ziemi Parkerów można sobie wyobrazić jako niegroźny koniuszek anglo-europejskiej cywilizacji usiłujący wcisnąć się w sam środek ostatniego bastionu nieposkromionych Indian. Większość obywateli cywilizowanego wschodu nie mogła uwierzyć, by ktokolwiek, a zwłaszcza rodziny z niemowlętami i małymi dziećmi, chciał się tam osiedlić. W 1836 roku było to wyjątkowo niebezpieczne miejsce.
Dlatego trudno zrozumieć, że ciepłego, uroczego, wiosennego poranka 19 maja, mniej niż miesiąc po bitwie pod San Jacinto, która spowodowała likwidację resztek jakichkolwiek oficjalnych rządów na tym terytorium, członkowie rodu Parkerów zachowywali się, jakby od stu lat żyli na bezpiecznej farmie na zachód od Filadelfii. Dziesięciu z szesnastu zdrowych, silnych mężczyzn pracowało na polach kukurydzy poza fortem. W forcie było osiem kobiet i dziewięcioro dzieci, ale z jakiegoś powodu potężną, wzmocnioną bramę zostawiono otwartą na oścież. Mężczyźni, którzy przebywali w forcie, byli nieuzbrojeni. Chociaż Parkerowie jako pierwsi opowiadali się za utworzeniem oddziałów Teksaskich Rangerów22 - których głównym zadaniem miała być ochrona przed zagrożeniem ze strony Komanczów23 - miejscowy dowódca James Parker, jak sam to ujął, "rozwiązał swój oddział"24, ponieważ nie widział zagrożenia. Później przyznał, że mógł też być inny powód takiego postępowania, mianowicie "rząd nie był w stanie utrzymywać oddziałów ochotniczych"25, co oznaczało, że on sam nie dostawałby żadnego wynagrodzenia. Pozostaje niejasne, jak on i jego brat Silas, również kapitan rangerów, mogli dojść do wniosku, że ich osada, choćby przez chwilę, jest bezpieczna. Musieli chyba wiedzieć o ostatnich najazdach Komanczów w okolicy: w połowie kwietnia Indianie zaatakowali karawanę osadników i porwali dwie kobiety, a 1 maja nad rzeką Guadalupe napadli na rodzinę Hibbonsów. Zabili dwóch mężczyzn, a panią Hibbons i dwoje jej dzieci wzięli do niewoli. Kobieta w jakiś sposób zdołała uciec. Błąkała się, aż w końcu poobijana, krwawiąca i niemal naga w środku nocy wpadła na obóz zaskoczonych rangerów. Rangerzy zdołali też odbić dzieci z obozu Komanczów26. W normalnych okolicznościach mała grupka mieszkańców fortu Parkerów zdołałaby obronić się przed atakiem wielu Indian27. W obecnej sytuacji stanowili jednak łatwy cel.
O dziesiątej rano wielka grupa Indian (później podawano różne szacunki liczby wojowników: od stu do sześciuset, ale mniejsza liczba jest wiarygodniejsza) podjechała pod fort i zatrzymała się przed główną bramą. Wśród nich były też kobiety, które dosiadały koni jak mężczyźni. Jeźdźcy trzymali białą flagę, która być może zwiodła naiwnych osadników. Parkerowie mieszkali na zachodniej granicy zbyt krótko, by w pełni zdać sobie sprawę, kim są członkowie tej umalowanej w wojenne barwy grupy - siedemnastoletnia Rachel Parker Plummer błędnie sądziła - albo może taką miała nadzieję - że to "Tawakoni, Caddo, Keechi, Waco" i inne osiadłe grupy ze środkowego Teksasu28. Jednak zetknęli się już wcześniej z innymi Indianami, dlatego szybko do nich dotarło, że popełnili katastrofalny błąd, całkowicie lekceważąc środki bezpieczeństwa. Gdyby lepiej zrozumieli, z kim będą mieli do czynienia, czyli głównie z Komanczami, ale też kilkoma Kiowa, którzy często towarzyszyli im na wojennej ścieżce, mogliby przewidzieć, jak straszny los ich czekał. Teraz zaś pozostało im jedynie próbować pertraktacji i czterdziestoośmioletni Benjamin Parker, jeden z sześciu mężczyzn przebywających w forcie, wyszedł wojownikom na spotkanie.
To, co nastąpiło potem, stało się jednym z najsłynniejszych wydarzeń w historii amerykańskiego pogranicza, po części z tego względu, że historycy uznali je za początek najdłuższej i najbrutalniejszej ze wszystkich wojen Amerykanów z pojedynczym ludem indiańskim29. Większość wojen przeciw tubylczym Amerykanom na wschodzie, południu i Środkowym Zachodzie trwała tylko kilka lat. Wrogie grupy sprawiały kłopoty przez krótki okres, ale biali szybko odnajdywali drogę do wiosek, palili domostwa i zbiory, a mieszkańców wybijali lub zmuszali do poddania się. Dłuższe "wojny", na przykład z Szaunisami, były tak naprawdę seriami porażek Indian rozciągniętymi na kilka lat (sojusze z Anglikami bądź Francuzami nieco owe "wojny" komplikowały). Walki z Indianami z Równin Północnych, na przykład ze Siuksami, zaczęły się znacznie później i trwały znacznie krócej.
Kiedy Benjamin Parker dotarł do Indian - sam, pieszo i bez broni - usłyszał, że chcą krowę do zarżnięcia i wskazówki, jak dotrzeć do wodopoju. Odparł, że nie mogą dostać krowy, ale zaoferował inne pożywienie. Wrócił do fortu przez otwartą bramę, streścił swemu trzydziestodwuletniemu bratu Silasowi rozmowę z Indianami, zauważając absurdalność prośby o wskazanie drogi do wodopoju, ich konie bowiem jeszcze lśniły od wody, potem chwycił kilka produktów i odważnie wrócił do Indian mimo przestrogi Silasa, by tego nie robił. Tymczasem siedemdziesięcioośmioletni patriarcha rodziny John Parker, jego żona Sallie oraz Sarah Parker Nixon, która była siostrą Rachel Plummer, uciekali tylną, niską bramą - zbyt niską, by przeszedł przez nią koń - prowadzącą do źródełka30. Inny kuzyn Parkera, G. E. Dwight, również salwował się ucieczką wraz ze swoją rodziną, co skłoniło Silasa do pogardliwego pytania: "Dwight, na Boga, nie zamierzasz chyba stąd czmychać? Weź się w garść i walcz jak mężczyzna. Jeśli mamy umrzeć, sprzedamy nasze życie tak drogo, jak tylko się da". Nie była to dobra rada. Dwight ją zignorował. Brawura Silasa na nic się nie zdała, ponieważ zostawił sakiewkę z prochem w swej chacie. Zaraz potem popełnił następny błąd, ponieważ nie polecił swojej bratanicy Rachel dołączyć do pozostałych i uciekać z czternastomiesięcznym synem Jamesem Prattem Plummerem. Zamiast tego rozkazał: "Zostań tu i patrz, co robią Indianie, a ja tymczasem pobiegnę do domu po moją sakiewkę na proch".
Jednak wypadki potoczyły się szybciej, niż Silas Parker oczekiwał. Rachel ze zgrozą obserwowała, jak Indianie otoczyli jej wuja Benjamina i przebili go włóczniami. Otrzymał cios maczugą, przebito go z bardzo bliska strzałami z łuków, a potem, gdy prawdopodobnie jeszcze żył, został oskalpowany. Wszystko to wydarzyło się błyskawicznie. Pozostawiwszy Benjamina, Indianie zaatakowali fort. Rachel już uciekała z synem na rękach w kierunku tylnego wyjścia. Złapali ją bez trudu. Według jej własnego szczegółowego opisu "olbrzymi, posępny Indianin chwycił za motykę" i jednym ciosem powalił ją na ziemię31. Straciła przytomność, a kiedy ją odzyskała, pojęła, że Indianie ciągnęli ją za jej długie rude włosy, a z rany w głowie obficie lała się krew. Pisała, że kilka razy bezskutecznie próbowała się podnieść, aż wreszcie się udało. Zabrano ją w miejsce, gdzie skoncentrowały się główne siły napastników, a tam z bliska ujrzała zmasakrowane ciało wuja. Spostrzegła też swego syna w ramionach Indianina na koniu. Dwie Komanczki zaczęły ją chłostać. "Sądziłam - wspominała Rachel - że chodziło o to, abym przestała płakać"32.
W tym czasie Indianie zaatakowali mężczyzn, którzy pozostali w forcie, zabijając Silasa i jego krewnych Samuela i Roberta Frostów. Wszyscy trzej zostali oskalpowani. Potem napastnicy oddali się zajęciu szczególnie odpowiadającemu konnym Indianom z Wielkich Równin: łapaniu uciekających i krzyczących ofiar. Starszy John Parker, jego żona Sallie i jej córka Elizabeth Kellogg, młoda wdowa, zdołali ujść trzy czwarte mili, kiedy Indianie ich dopadli. Otoczyli całą trójkę i zdarli z nich ubrania. Można sobie tylko wyobrażać przerażenie, z jakim na otwartym terenie ofiary kuliły kompletnie nagie ciała przed oprawcami. Starego mężczyznę Indianie zaatakowali tomahawkami, a starszą panią Parker, która usiłowała odwracać wzrok, zmusili do oglądania tego, co z nim robią33. Oskalpowali go, odcięli mu genitalia i zabili go - nigdy się nie dowiemy, w jakiej kolejności. Potem zajęli się jego żoną: przyszpilili ją do ziemi włóczniami, zgwałcili, wbili jej nóż głęboko w pierś i zostawili, by zmarła34. Elizabeth Kellogg wrzucili na konia i odjechali.
W całym tym zamęcie Lucy - żona Silasa Parkera - i jej czworo dzieci również rzuciły się do ucieczki przez tylną bramę w stronę pól kukurydzy. Ich też Indianie złapali, zmusili Lucy do oddania dwójki dzieci, po czym zawlekli ją i pozostałą dwójkę oraz jednego mężczyznę (L. D. Nixona) z powrotem do fortu. Tam zostali uratowani przez trzech mężczyzn, którzy nadbiegli z pól z karabinami. Imiona dwójki dzieci, które pozostały w niewoli, szybko stały się znane mieszkańcom wszystkich farm na zachodniej granicy: Cynthia Ann, błękitnooka, dziewięcioletnia córka Silasa i Lucy Parkerów, oraz jej siedmioletni brat John Richard.
Tak zakończyła się główna część starcia. Trwało ono zaledwie pół godziny i przyniosło śmierć pięciu mężczyzn: Benjamina Parkera, Silasa Parkera, Samuela i Roberta Frostów oraz starszego Johna Parkera. Dwie kobiety zostały ranne: Lucy, matka Cynthii Ann, oraz starsza pani Parker, która cudem przeżyła. Napastnicy porwali dwie kobiety i troje dzieci: Rachel Parker Plummer i jej małego synka (był pierwszym dzieckiem urodzonym w forcie Parkerów35), Elizabeth Kellogg oraz dwójkę dzieci Parkerów. Przed odjazdem Indianie zabili też kilka sztuk bydła, rozgrabili fort i podłożyli ogień pod niektórymi zabudowaniami. Rozbili butelki, rozcięli grube materace i wyrzucili w powietrze pióra z ich środka oraz, jak wspominała Rachel, zabrali ze sobą wiele książek i leków jej ojca. Opisała, co spotkało kilku łupieżców:
Wśród [leków mego ojca] była butelka sproszkowanego arszeniku. Indianie wzięli go za jakiś rodzaj białej farby i rozpuszczając we własnej ślinie, wymalowali się nim, całe twarze i ciała. Przynieśli mi butelkę, żebym im powiedziała, co w niej było. Stwierdziłam, że nie wiem, chociaż dobrze wiedziałam, ponieważ na butelce była etykieta36.
Czterech Indian pomalowało twarze arszenikiem. Według relacji Rachel wszyscy czterej zmarli, prawdopodobnie w straszliwych męczarniach.
Dwie grupy osadników się uratowały, choć nie wiedziały o sobie nawzajem. Ojciec Rachel, James Parker, prowadził osiemnaście osób - sześciu dorosłych i dwanaścioro dzieci - przez gęsty las porastający brzeg rzeki Navasoty: gąszcz drzew, krzaków, dzikich róż i płożących się jeżyn. Cały czas bali się, że Indianie ich znajdą. Parker napisał potem: "Co kilka kroków widziałem, jak dzikie róże raniły nogi małych dzieci do krwi, która sączyła się na ziemię, przez co można było odnaleźć nasz trop"37. Za każdym razem, kiedy natrafiali na piaszczyste dno rzeki, Parker kazał im wracać po śladach, żeby zwieść prześladowców. Niestety, ten wybieg zmylił też drugą grupę uciekinierów, którzy ich nie odnaleźli, choć obie zmierzały do tego samego miejsca: fortu Houston, niedaleko dzisiejszego miasta Palestine w Teksasie, około sześćdziesięciu pięciu mil od fortu Parkerów38. Jeden z etapów marszu grupy Jamesa trwał trzydzieści sześć godzin bez przerw i bez jedzenia; włożyli coś do ust dopiero wtedy, gdy James zdołał złapać i utopić skunksa. Podróżowali przez pięć dni, ale z powodu wycieńczenia musieli się zatrzymać. James ruszył sam po pomoc, pokonując ostatnie trzydzieści sześć mil do fortu Houston w fantastycznym czasie jednego dnia. Cztery dni później druga grupa uciekinierów dotarła w to samo miejsce. Osadnicy wrócili do fortu Parkerów, żeby pochować zabitych członków rodzin, dopiero 19 lipca, cały miesiąc po najeździe Indian.
*
Można by sądzić, że w opisie tym niepotrzebnie przytoczono krwawe szczegóły. Był to jednak typowy najazd Komanczów w owym czasie. Tak wyglądała prawdziwa, często ponura rzeczywistość pogranicza. Nic tu nie zostało ubarwione, chociaż w większości relacji z indiańskich "grabieży" (ulubiony eufemizm stosowany przez ówczesne gazety) w ogóle nie wspominano, że kobiety były gwałcone. Ale wszyscy o tym wiedzieli. Każdy osadnik na pograniczu rozumiał, że to, co spotkało Parkerów, może także przydarzyć się jego rodzinie. Wszyscy się tego obawiali. W szczegółach napad nie różnił się od tego, czego doświadczali Hiszpanie i ich następcy Meksykanie w południowym Teksasie, Nowym Meksyku i północnym Meksyku od końca XVII wieku, ani też tego, co od kilku stuleci stało się częścią życia Apaczów, Osedżów, Tonkawów i innych ludów. Na początku większość napadów w Teksasie wynikała z żądzy zdobycia koni i wszelkiego rodzaju innych łupów. Później, zwłaszcza w ostatnich dniach wojen z Indianami, głównym motywem stała się zemsta (masakra nad Salt Creek w 1871 roku była tego przykładem). Okrucieństwo tych najazdów czyni przemoc w forcie Parkerów czymś niemal łagodnym i prozaicznym.
W trakcie najazdów Komancze kierowali się prostą zasadą: zabijali wszystkich mężczyzn, przy tym każdego mężczyznę schwytanego żywcem przed śmiercią poddawano torturom, niektórych szczególnie powolnym. Pojmane kobiety zbiorowo gwałcono. Niektóre zabijano, inne torturowano. Jednak część z nich, zwłaszcza jeśli były młode, oszczędzano (choć chęć zemsty mogła w każdym wypadku prowadzić do morderstwa zakładniczek). Niemowlęta zabijano wszystkie bez wyjątku, natomiast dzieci przed okresem dojrzewania często adoptowano - brali je Komancze albo inni Indianie. Postępowano tak nie tylko z białymi czy Meksykanami, ale też równie ochoczo z przedstawicielami wrogich plemion. Najazd na fort Parkerów z pewnością uznano za sukces, mimo że zdobyto niewiele koni: Indianie nie stracili ani jednego wojownika, a schwytali pięciu białych, których można było potem oddać innym białym za konie, broń lub pożywienie.
W kontekście tego brutalnego ataku wyraźniej można dostrzec zuchwałość rodziny Parkerów. Mimo że zbudowali solidny fort, najwyraźniej ani nie uprawiali ziemi, ani nie polowali, ani nie czerpali wody w jego granicach. W związku z tym często musieli przebywać poza palisadą - nieustannie wystawieni na atak i świadomi obecności wojowniczych Indian i tego, co robili swoim jeńcom. Parkerowie wcale nie mieli złudzeń. Mimo to przetrwali, licznie się rozmnażali, wychowywali dzieci, uprawiali pola i czcili Boga, a wszystko to w miejscu, w którym prawie każda chwila niosła śmiertelne zagrożenie.
Dla Indian z Wielkich Równin byli zupełnie nową rasą - wcześniejsze doświadczenia tubylców z Europejczykami były zupełnie inne. Kiedy imperium hiszpańskie posuwało się konsekwentnie na północ od miasta Meksyk, wybijając i podbijając po drodze tubylcze ludy, robiło to w świetnie zorganizowany i odgórnie sterowany sposób. Najpierw budowano wojskowe presidios oraz misje katolickie i obsadzano je ludźmi. W pierwszej kolejności przybywali żołnierze, a za nimi koloniści, którzy nie oddalali się od żołnierzy. Droga na zachód białych Amerykanów wyglądała zupełnie inaczej. Awangardę stanowili tu nie żołnierze i forty, ale zwykli farmerzy - przepojeni zagorzałą kalwinistyczną etyką pracy, pełni żelaznego optymizmu i zimnej agresywności, która zabraniała im cofać się nawet w obliczu skrajnego niebezpieczeństwa. Powiadano o nich, że czuli przed Bogiem tak wielki lęk, że nie pozostawało im tego uczucia w odniesieniu do czegokolwiek lub kogokolwiek innego39. Głęboko przekonani, że ziemia należy do nich, tradycyjnie lekceważyli traktaty rządu z tubylczymi Amerykanami. Nienawidzili Indian z całego serca, gdyż uważali ich za nie całkiem ludzi, a więc istoty pozbawione niezbywalnych praw do czegokolwiek. Wszelkie instytucje rządowe były daleko w tyle za tego typu ludźmi pogranicza, często pojawiały się na danych terenach znacznie później i z ociąganiem. Tacy byli Parkerowie. Stary John i jego synowie opuścili wilgotne zielone lasy wschodu i ruszyli na zachód, ku palącym bezdrzewnym preriom w głębi kontynentu. Byli zagorzałymi baptystami, wierzącymi w przeznaczenie, surowymi w swej religijności i nietolerancyjnymi dla tych, którzy wierzyli w innych bogów niż oni sami. Najstarszy syn Johna, Daniel, duchowy przywódca rodu, był jednym z najważniejszych kaznodziejów baptystycznych w swoim pokoleniu i przez całe życie podejmował doktrynerskie pojedynki z innymi duchownymi. Założył pierwszy Kościół protestancki w Teksasie. Parkerowie mieli też koneksje polityczne. Zarówno James, jak i Daniel byli członkami politycznego zgromadzenia w 1835 roku, znanego jako Konsultacja[27], którego celem było zorganizowanie tymczasowego rządu Teksasu.
Chociaż po ataku Indian ich ziemie na pewien czas zostały opuszczone, niektóre rodziny wielkiego rodu Parkerów znowu niestrudzenie sunęły na zachód. To oni - w większej mierze niż pokryte kurzem oddziały żołnierzy - złamali Indian. W tym sensie genetyczne dziedzictwo Quanaha zawierało ziarna ostatecznego upadku jego ludu. Rodzina jego matki to niemal doskonały przykład cnotliwych ludzi czynu, żyjących w głębi kraju, w chatach z klepiskiem i szczelinami w ścianach wypełnianymi błotem, grających stare melodie na skrzypcach, zabierających swe sztucery z Kentucky do pracy w polu i ciągnących za sobą resztę amerykańskiej cywilizacji.
Podczas gdy uciekinierzy z fortu Parkerów z trudem, raniąc swe ciała, przedzierali się przez zarośla rosnące na brzegach Navasoty, Indianie, których się obawiali, pędzili na północ tak szybko, jak tylko mogli. Wlekli ze sobą pięcioro porwanych. Ostro poganiali konie i zatrzymali się dopiero po północy, rozbijając obóz na otwartej prerii. Takie ucieczki praktykowano na równinach od wieków. Tak samo robili Komancze po najazdach na wioski Paunisów, Ute czy Osedżów: spodziewali się pogoni, a więc tylko wielka odległość zapewniała bezpieczeństwo. Atak zaczął się o dziesiątej rano, a jeśli Indianie jechali przez dwanaście godzin, robiąc niewiele przerw, to mogli pokonać sześćdziesiąt mil, co oznaczałoby, że ostatecznie dotarli gdzieś na południe od dzisiejszego Fort Worth, daleko poza ostatnie osiedla białych.
W normalnych warunkach można byłoby się tylko domyślać losu, jaki spotkał jeńców, gdy grupa zniknęła w absolutnych ciemnościach nocy na pograniczu. My jednak wiemy, co się wydarzyło w kolejnych dniach, ponieważ Rachel Parker Plummer spisała swe przeżycia. W dwóch podobnych relacjach ze wstrząsającymi szczegółami opowiedziała historię swojej trzynastomiesięcznej niewoli. W owym czasie były one powszechnie czytane, po części z powodu zdumiewającej szczerości autorki i brutalnej wręcz dbałości o szczegóły, a po części dlatego, że reszta Ameryki łaknęła wieści o losie pierwszych dorosłych białych kobiet porwanych przez Komanczów. Obie relacje należą do trzonu pism o Parkerach; głównie dzięki nim najazd Indian z 1836 roku stał się tak dobrze znany.
Rachel jawi się jako interesująca i fascynująca postać. W chwili ataku Indian była siedemnastolatką. Miała czternastomiesięcznego syna, z czego wynika, że najprawdopodobniej poślubiła swego męża, L. T. M. Plummera, w wieku piętnastu lat. Na pograniczu było to czymś zupełnie normalnym. Jej relacja dowodzi także, że była bystra, przenikliwa i - jak wielu Parkerów - nieźle wykształcona. Wykazała się rozsądkiem, uporem i niezwykłą wytrzymałością, zważywszy na to, co z nią robiono. Choć nie opisuje z detalami, jak ją wykorzystywano seksualnie, to jednak nie pozostawia wątpliwości, że do tego dochodziło ("gdybym próbowała opisać ich barbarzyńskie postępowanie, powiększyłabym tylko moją obecną boleść, ponieważ sama myśl o tym jest dla mnie strasznym upokorzeniem, cóż dopiero mówienie czy pisanie [...]"40).
Gdy Indianie zatrzymali się na noc, uwiązali konie, rozpalili ogień i odtańczyli taniec zwycięstwa, w którym zainscenizowali wydarzenia dnia, chełpiąc się krwawymi skalpami swoich pięciu ofiar. Elementami tańca było też bicie jeńców łukami i wymierzanie im kopniaków. Z Rachel i Elizabeth Kellogg zdarto ubrania. Rachel tak to opisywała: "Skrępowali mi ramiona splecionym rzemieniem, a ręce wykręcili do tyłu. Związali je tak mocno, że do dziś widać blizny. Potem zawiązali podobny rzemień dookoła mych kostek i ściągnęli razem stopy i dłonie. Później obrócili mnie twarzą do dołu [...] i bili łukami po głowie. Z wielkim trudem udało mi się nie zadławić własną krwią"41. Cynthię Ann i Johna kopano, skakano po nich i uderzano maczugami tak samo jak dorosłych. Indianie nie oszczędzili nawet czternastomiesięcznego Jamesa Plummera. "Dzieci często płakały - odnotowywała Rachel - ale uciszały je ciosy. Nie wiem, jakim cudem zdołały to przeżyć"42. Dwie dorosłe kobiety były wielokrotnie gwałcone na oczach związanych dzieci. Nie ma sposobu, by wyobrazić sobie, co dziewięcioletnia Cynthia Ann z tego wszystkiego rozumiała - okrutnie bita, obolała i poraniona po długiej jeździe, teraz zmuszona do obserwowania, jak poniżano jej dorosłe kuzynki. Rachel nie spekuluje na ten temat: po prostu zakłada, że dzieci cierpiały straszliwe męczarnie.
Następnego dnia Indianie ze swoimi jeńcami powędrowali dalej na północ, znowu pędząc z nieludzką szybkością.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.