Imperium konieczności. Niewolnictwo, wolność i oszustwo w Nowym Świecie - Greg Grandin

-
Proszę czekać

1Jastrzębie na pokładzie

Na początku stycznia 1804 roku do zatoki Montevideo wpłynął na swoim statku jednoręki francuski pirat. Hiszpanie z wielonarodowej załogi mieli problem z wymawianiem jego nazwiska, dlatego mówili na niego kapitan Manco, bo manco znaczy po hiszpańsku jednoręki. François-de-Paule Hippolyte Mordeille nie miał nic przeciwko przezwisku. Ale nie podobał mu się tytuł kapitana.

Mordeille był żeglarzem jakobinem. Dowodził ludźmi, którzy przepasywali się czerwonymi chustami, śpiewali Marsyliankę i pracowali na pokładzie w rytm przyśpiewek rewolucyjnych: "Niech żyje republika! Na pohybel królom! Powiesić arystokratów na nokach rei!". Za pomocą statków "Le Brave Sans-Culottes", "Révolution" i "Le Démocrat" Mordeille patrolował wybrzeże afrykańskie od Isle de France (dzisiejszy Mauritius) na Oceanie Indyjskim po Senegal nad Atlantykiem, nękając wrogów rewolucji francuskiej i strzegąc jej przyjaciół. Wolał, by zgodnie z duchem republikańskim nazywano go citoyen - obywatelem, ewentualnie citoyen Manco. Byle nie kapitanem.

Mordeille płynął z Brazylii na południe. Zrobił zwrot przez sztag i trzymając się blisko brzegu, wpłynął na Río de la Plata, wielki szlak wodny wiodący do Montevideo, Buenos Aires i dalej. Olbrzymia zatoka wydawała się gościnna, w istocie jednak na żeglarzy czyhały mielizny i sporo podwodnych skał. Rwące dopływy - zbiegało się tu kilka rzek - przemierzały najsuchsze rejony Ameryki Południowej i niosły do ujścia tony mulistego osadu, wznosiły pasy mielizn, zmieniały szlaki żeglugowe. Porywiste wichry, pędzące sine chmury znad pampy, okazywały się szczególnie zdradzieckie, gdy uderzały w wodę podczas odpływu. Kilka lat wcześniej sztorm jednym podmuchem przewrócił osiemdziesiąt sześć statków. Nawet północny brzeg, uchodzący za najbezpieczniejszą trasę w głąb lądu - tędy też płynął Mordeille - nazywano "wybrzeżem cieśli", ponieważ tutejsi stolarze nieźle żyli dzięki odzyskiwaniu drewna ze szczątków wyrzuconych na brzeg statków7.

Nad Río de la Plata leżały dwa miasta. Buenos Aires, na południowym brzegu w głębi lądu, było zamożniejsze, mimo to żeglarze woleli Montevideo na północy. Często w wodzie można się tam było natknąć na kadłuby zatopionych statków, nadal nie wybudowano nabrzeża ani pirsu, ale zatoka, głębsza niż płycizna Buenos Aires, bardziej nadawała się do załadowywania i rozładowywania towarów. Mordeille wprowadził tam "Hope" i bez przeszkód rzucił kotwicę. Tuż za nim wpłynął "Neptune", trofeum, które Mordeille wraz z załogą przechwycili w zatoce Biafra (obecnie zatoka Bonny)8.

"Neptune" - statek o wyporności trzystu czterdziestu trzech ton, z miedzianym dnem, tekowym szkieletem, trzema masztami i trzema pokładami - miał zakrzywioną pod ostrym kątem dziobową część kadłuba zwieńczoną rzeźbą: później Hiszpanie opisali ją jako lwa bez korony. Przypominał okręt wojenny, ale przeznaczono go do transportu towarów. Nie mógł się równać z mniejszymi, lecz lepiej uzbrojonymi jednostkami takimi jak "Hope", o czym boleśnie przekonał się jego kapitan, David Phillips.

Gdy "Neptune" kotwiczył na wyspie Bioko, Phillips dowiedział się, że po jej wodach pływa francuska korweta, a to odcinało mu drogę na ocean. Ponieważ miał pełną ładownię, postanowił zaryzykować konfrontację i ruszyć w stronę Barbadosu. Zobaczywszy, że "Hope" nadpływa od lewej burty, próbował uciec. Przeciwnik okazał się jednak szybszy, przeciął drogę "Neptune'owi" i zmusił go do odpadnięcia od wiatru. Następnie Mordeille, ostrząc do wiatru, zatoczył łuk i wrócił do "Neptune'a". Phillips znalazł się w pułapce.

Gdyby celem było zniszczenie "Neptune'a", walka nie trwałaby długo. Ponieważ zgodnie z regułami kaperskimi Mordeille'owi przypadał w udziale ładunek pojmanego statku, jego ludzie celowali nie w kadłub, lecz w takielunek. W trakcie prowadzenia ostrzału chłopcy okrętowi uwijali się, lejąc wodę na pokład "Hope" - w ten sposób zapobiegali zapaleniu się prochu. Grupa napastników przyszykowała toporki do walki na pokładzie, lecz broń okazała się niepotrzebna. Kula trafiła w ster, przez co "Neptune" stracił sterowność. Po trwającej około godziny wymianie ognia Phillips skapitulował. Jedenastu członków załogi zginęło, szesnastu zostało rannych, statek miał podziurawione żagle i poszarpany takielunek.

Ludzie Mordeille'a weszli na pokład "Neptune'a". Otworzyli luk i ujrzeli blisko czterystu Afrykanów, głównie chłopców oraz mężczyzn w wieku od dwunastu do dwudziestu pięciu lat, a także trochę kobiet i dzieci.

Wszyscy byli zakuci w łańcuchy i ubrani w niebieskie bawełniane koszule.

Hiszpańskie dokumenty wskazują, że wśród tych ludzi znajdowali się buntownicy z "Tryala", nie podają jednak ich liczby ani tego, którzy to byli. Według bazy danych zawierającej imiona mieszkańców Afryki niemal trzydzieści siedem procent mężczyzn, których jako niewolników wywieziono z wyspy Bioko, nosiło imię Mori. Wśród niewolników ładowanych na statki w pobliskich portach występowały odmiany imienia Babo: Baboo, Babu, Baba i tym podobne. Akta sądowe podają imiona tylko trzynastu innych uczestników rebelii, samych mężczyzn: Diamelo, Leobe, Natu, Quiamobo, Liché, Dick, Matunqui, Alasan, Yola, Yan, Malpenda, Yambaio (lub Samba) i Atufal. Pozostali mężczyźni i kobiety z Afryki znajdujący się na pokładzie "Tryala" (w sumie pięćdziesięcioro siedmioro) pozostają anonimowi.

Większość ludzi, których Mordeille znalazł na pokładzie "Neptune'a", pływała zapewne od wielu tygodni, a niekiedy miesięcy po mniejszych i większych dopływach olbrzymiego Nigru, sieci rzecznej sięgającej daleko w głąb lądu. W tych latach zatoka Biafra stanowiła popularne miejsce postoju - spore statki o znacznej wyporności mogły tam kotwiczyć na twardym piaszczystym dnie i brać na pokład duży ładunek, czasem aż siedmiuset Afrykanów. Rzeka była przestronna i głęboka, jak donosił angielski żeglarz mniej więcej w okresie przybycia "Neptune'a", "szersza niż Tamiza". U wybrzeży wyspy zawsze stało w kolejce do piętnastu jednostek, w tym wiele z Liverpoolu, czekających na handlarzy niewolników, którzy raz na dwa tygodnie przybywali z głębi lądu. Handlarze przypływali flotyllami liczącymi po dwadzieścia do trzydziestu kanoe, po trzydziestu jeńców w każdej. Wymieniali ich na broń palną, proch, żelazo, tkaniny i brandy9.

Europejczycy na wyspie Bioko ani w innych rejonach Afryki Zachodniej nie mieli pojęcia, skąd przywożono niewolników. Jeszcze w 1803 roku British Royal African Company polecała swojemu agentowi w pobliskim Cape Coast Castle na Złotym Wybrzeżu, by sprawdzał, skąd afrykańscy handlarze przywozili niewolników. Przybywali na wybrzeże małymi grupami czy w karawanach? Jakie nazwy nosiły penetrowane przez nich miasteczka i wioski? Czy tamtejsi mieszkańcy byli mahometanami, czy poganami? Jeśli niewolnicy pochodzili z Wielkiej Pustyni, to jak nazywały się ich plemiona? Jeśli przybywali zza Nigru, to co wiedzieli o jego nurcie? Czy mieli informacje na temat wielkiego pasma górskiego, które podobno ciągnie się od Mandingu po Abisynię? Brytyjczycy stacjonowali na Złotym Wybrzeżu od ponad stu lat - Cape Coast Castle znajdował się w ich rękach od 1664 roku - ale ich agent potrafił udzielić tylko mglistych odpowiedzi na powyższe pytania10.

Afrykanie z tych rejonów uchodzili za samowolnych i skłonnych do fatalizmu. Obie te cechy mogą się wydawać sprzeczne, często jednak prowadziły do jednego: samobójstwa. Alexander Falconbridge, medyk okrętowy, potępiając niewolnictwo w 1788 roku, pisze o piętnastu niewolnikach, którzy zanim statek wypłynął z portu, skoczyli prosto w ławicę rekinów. Inny pasażer statku wiozącego niewolników z wyspy Bioko, młody chłopak niemogący spać z powodu "zawodzenia tych Murzynów", opowiadał o trzech jeńcach, którzy zdołali się wyswobodzić i skoczyli do morza: "tańczyli pośród fal, nucąc, jak mi się wydawało, pieśń triumfu", aż ich "głosy stopniowo zaczęły cichnąć na wietrze"11.

"Neptune" był statkiem niewolniczym z Liverpoolu. Przechwycenie go oznaczało dla Mordeille'a coś więcej niż widoki na spory zysk - traktował to jako sprawę osobistą. Stracił on rękę podczas ucieczki z hiszpańskiego lochu, ale to podczas długiego pobytu w więzieniu w Portsmouth, gdy pojmał go kaper z Liverpoolu, zapałał zajadłą nienawiścią do Brytyjczyków12.

Liverpool dołączył do walki z republikanizmem z wyjątkową zaciętością. Kiedy w 1793 roku nadeszły wieści, że Francuzi ścięli króla Ludwika XVI, ojcowie miasta opuścili do połowy masztu flagę brytyjską powiewającą nad urzędem celnym. Żałoba przerodziła się w gniew, gniew zaś w działania wymierzone przeciwko królobójcom. Jedna z gazet ostrzegała, że jeżeli nie powstrzyma się królobójców, "czerwona czapka wolności poszybuje w górę, załopocze flaga śmierci, rozlegną się dźwięki Marsylianki, zostanie ogłoszone nastanie wieku rozumu, a bogini z gilotyną na dobre zadomowi się" na Piccadilly. Liverpoolscy handlarze niewolników, plantatorzy i armatorzy sfinansowali sporą najemną flotę złożoną z około sześćdziesięciu siedmiu zwinnych, szybkich statków kaperskich uzbrojonych w dwadzieścia karabinów, by lepiej walczyć na morzu z jakobinami. Przez pewien czas od nich zależał los francuskich jednostek pływających.

Potem jednak Paryż zaczął wspierać własnych kaprów, w tym Mordeille'a. Dojście Napoleona do władzy zaowocowało rozbudową marynarki wojennej. Kiedy "Hope" napadł na "Neptune'a", Francja potrafiła nie tylko lepiej się bronić na otwartym morzu, lecz także atakować i nękać brytyjskie statki towarowe i niewolnicze, kursujące między karaibskimi plantacjami trzciny cukrowej. Mordeille, pływający pod holenderską banderą z francuskim listem kaperskim, stał się jednym z najbardziej zaciekłych mścicieli, którego prasa napoleońska wychwalała jako bicz boży na Liverpool: "Mordeille, Mordeille! Kruchy i drobny, ale walczy jak heros"13.

Właścicielem "Neptune'a" był John Bolton, jeden z największych sponsorów floty najemników oraz twórca prywatnego antyjakobińskiego oddziału złożonego z blisko sześciuset ludzi, których nazwał Niepokonanymi Boltona, uzbrojonymi dla obrony Liverpoolu przed wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Bolton, biedny syn wiejskiego aptekarza, zaczynał karierę jako drobny urzędnik w Indiach Zachodnich. Według legendy worek kartofli i kawałek sera dały początek kapitałowi założycielskiemu przyszłego imperium niewolników. Na Karaibach pozostawił bez grosza ciemnoskórą żonę z dziećmi, które mu urodziła, i wrócił do Liverpoolu. Tam dzielił czas między pełne zgiełku biuro na ulicy Henry'ego a Storrs Hall, wiejską posiadłość wzniesioną w stylowym lasku nad jeziorem Windermere. Podejmował w niej polityków z partii torysów oraz poetów romantycznych, w tym przyjaciela Williama Wordswortha.

Bolton przyszedł na ten świat jako biedak, ale bogactwo zgromadzone dzięki co najmniej stu dwudziestu wyprawom po niewolników pozwoliło mu opuścić go w kosztownej, nabijanej srebrnymi ćwiekami trumnie owiniętej w czarny aksamit. Kondukt żałobny składał się z:

[...] szeregów po ośmiu dżentelmenów, trzystu chłopców z Blue Suit School, dwustu pięćdziesięciu pieszych dżentelmenów, sześćdziesięciu dżentelmenów konno i rzędu trzydziestu prywatnych powozów. Kilku gigów [...]. Czterech mimów na koniach. Trzech czterokonnych powozów pogrzebowych. Kondukt zamykał prywatny powóz pana Boltona zaprzężony w cztery piękne konie czystej krwi.

To było prawdziwie liverpoolskie pożegnanie. Według zgromadzonych dzwony u Świętego Łukasza brzmiały wyjątkowo pięknie w dniu, gdy składano Boltona do ziemi14.

Przygotowujące się do rejsu przez Atlantyk "Hope" i "Neptune" były pływającymi przeciwieństwami Wieku Rewolucji. Na pokładzie jednego statku znajdowali się pojmani Afrykanie, rozumiani jako własność, co w świetle niektórych interpretacji liberalizmu bazującego na prawie naturalnym oznaczało, że mogli być kupowani, sprzedawani i wymieniani jako towar. Na pokładzie drugiego członkowie załogi o różnych kolorach skóry wcielali w życie hasła rewolucji francuskiej: liberté, égalité, fraternité. Europejczycy, głównie Francuzi i Hiszpanie, pracowali ramię w ramię ze śniadymi portugalskimi Mulatami, czarnymi Afrykanami i Haitańczykami, którzy służyli jako strzelcy i muszkieterzy. Dla tych ludzi kolor skóry nie stanowił wyróżnika. Porozumiewali się egalitarną mieszanką językową, bardzo podobną w brzmieniu do francuskiego, ale z naleciałościami arabskiego, hiszpańskiego, portugalskiego i langue d'oc (czyli prowansalskiego), ze szczyptą słów przywiezionych z Karaibów oraz wybrzeży Afryki Wschodniej i Zachodniej.

Samego Mordeille'a, urodzonego nad Morzem Śródziemnym niedaleko Marsylii i w odległości zaledwie krótkiego rejsu od Afryki Północnej, opisano kiedyś jako "czarnego jak Etiopczyk"15.

Dokładnie rzecz ujmując, w marynarkach wojennych i flotach handlowych wszystkich morskich imperiów i republik tego czasu ludzie kolorowi - w tym Afrykanie, wyspiarze z Mórz Południowych, Arabowie, Hindusi, Chińczycy, wyzwoleni czarni niewolnicy z Ameryk - pracowali na statkach, także na statkach niewolniczych, jako kucharze, stewardzi, marynarze, a nawet - w rzadkich przypadkach - kapitanowie. Z kolei biała skóra nie chroniła przed popadnięciem w niewolę. W królestwie brytyjskim po nabrzeżach i pirsach miast portowych krążyli łapacze, polujący na ludzi, którzy mogliby zapełnić pokłady okrętów marynarki królewskiej. Łapacze ci do złudzenia przypominali bandy polujące na niewolników na wybrzeżach i nad rzekami AfrykiIV.

W Liverpoolu, tej awangardzie kupieckiej reakcji, ulice patrolowały grupy brutalnych typów, często pod wodzą "zniszczonego rozpustą, ale zdeterminowanego oficera w złachanym mundurze i lichym kapeluszu". Na ich widok mężczyźni uciekali, a dzieci zaczynały krzyczeć. Szybko rozchodziła się wieść o, jak ich nazywano, jastrzębiach na pokładzie. Biada marynarzowi, który nie zaryglował drzwi i nie zasłonił okien. "Chwytano go jak zwykłego człowieka z ludu, pozbawiano wolności, wyciągano z domu, od przyjaciół, rodziców, żony i dzieci, pędzono do punktu zbornego, badano, przyjmowano, po czym ładowano na pokład jak Murzyna na statek niewolniczy"16.

Na morzu marynarze podlegali władzy równie feudalnej jak za czasów ancien régime'u i nie mniej brutalnej niż na plantacjach. Można ich było chłostać, zanurzać w smole i tarzać w pierzu, przeciągać pod kilem - czyli wrzucać do wody i przeciągać pod statkiem (szkarłupnie w minutę robiły wtedy z plecami to, co bicz po kwadransie) - albo poddawać egzekucji. Skazaniec wchodził na deskę i zostawał zrzucony w odmęty albo wieszano go na rei. Nawet na statkach takich jak "Hope", na których panował duch rebelii i znoszono stopnie, Mordeille, niezależnie od tego, czy nazywano go obywatelem, czy kapitanem, cieszył się władzą absolutną17.

Handel afrykańskimi niewolnikami przetrwał świt Wieku Wolności; rozprzestrzeniał się szybko i stawał coraz bardziej lukratywny. Po zabezpieczeniu "Neptune'a", wyrzuceniu poległych za burtę, zakuciu w kajdany brytyjskich więźniów i przeliczeniu Afrykanów Mordeille dokonał obliczeń. Stwierdził, że hurtowa wartość niewolników wynosi co najmniej osiemdziesiąt tysięcy pesos (praktycznie nie sposób przeliczyć tej imponującej kwoty na dzisiejszą walutę; równała się ona mniej więcej rocznym dochodom wicekrólów Meksyku i Peru, najwyższych hiszpańskich dostojników w Amerykach).

Nie wydaje się, by Mordeille poświęcił wiele uwagi sprzeczności polegającej na tym, że jako wierzący w prawa i swobody człowieka jakobin zarabiał na życie chwytaniem brytyjskich niewolników i sprzedawaniem ich latynoamerykańskim handlarzom. W końcu ślubował wierność nie ideałom, lecz narodowi francuskiemu. Ten naród w 1794 roku zniósł niewolnictwo w koloniach i... osiem lat później je przywrócił. Przywracający niewolnictwo edykt Napoleona z 1802 roku brzmiał lakonicznie: "Niewolnictwo zostanie zachowane"; handel niewolnikami "będzie trwał". Tak czy inaczej, wahania rewolucji w kwestii niewolnictwa i wolności miały najwyraźniej niewielkie znaczenie dla kapra oraz jego ludzi.

Kiedy na pokładzie "Neptune'a" wszystko było gotowe, kiedy sporządzono inwentaryzację, naprawiono ster i takielunek, zniszczone żagle zastąpiono nowymi, obydwa statki ruszyły do Montevideo. Brytyjczyków, w tym oficerów, umieszczono w ładowni, ale nie tej, w której przetrzymywano Afrykanów, lecz mniejszej, pod tylnym pokładem "Neptune'a".

Mniej więcej do lat siedemdziesiątych osiemnastego wieku większość Afrykanów, których przewożono do Ameryki, kończyła podróż po przekroczeniu Atlantyku. Główne amerykańskie porty niewolnicze - Nowy Orlean, Hawana, Port-au-Prince, Alexandria, Bahia, Rio de Janeiro, Cartagena, Baltimore i Charleston - stanowiły niejako bramy przybrzeżnych rzek, wyspiarskich plantacji, hacjend i miast, gdzie większość jeńców, którzy przeżyli morską przeprawę, miała spędzić resztę życia.

Rdzenni mieszkańcy zachodniej części Afryki dostarczeni przez Mordeille'a do Montevideo pod pokładem "Neptune'a" stanowili siłę napędową rewolucji rynkowej, która tworzyła hiszpańską Amerykę. Przeżyli oni rejs z Biafry do Río de la Plata - o długości ponad ośmiu tysięcy kilometrów - i mieli się stać trybami machiny korupcji, choć akurat dla nich różnica między tym, co nazywano przestępstwem, a tym, co uchodziło za handel, była bez znaczenia. Ci, których czekała droga nad Pacyfik, w tym mający się znaleźć na "Tryalu", nie przebyli nawet połowy drogi.

Wstęp

Środa, 20 lutego 1805 roku, niedługo po wschodzie słońca na południowym Pacyfiku

Kapitan Amasa Delano leżał jeszcze na koi, gdy oficer pokładowy zameldował, że zauważono statek wypływający zza południowego cypla Santa Maríi - małej, niezamieszkanej wyspy u wybrzeży Chile. Zanim Delano się ubrał i wyszedł na główny pokład, obcy statek, jak go później nazwał, poluzował żagle i dryfował z wiatrem w kierunku podwodnej rafy. Nie powiewała na nim żadna bandera, co zdziwiło kapitana. Najwyraźniej statek potrzebował pomocy, a gdyby zbliżył się do mielizny, znalazłby się w niebezpieczeństwie. Delano niezwłocznie kazał załadować na łódź wodę, dynie oraz świeże ryby, następnie polecił spuścić ją na wodę i wszedł na jej pokład.

Tego ranka solidnie wiało, ale zatoka, oświetlona przez wschodzące słońce, była spokojna. Po drugiej stronie wyspy, skąd wypłynął tajemniczy statek, nie było już tak spokojnie. Nieprzerwanie przetaczające się fale, ostre rafy i strome skaliste urwiska czyniły wybrzeże niedostępnym. Dzięki temu chroniły się tu foki, które w innych rejonach prawie wybito. Za to po wschodniej stronie wyspy, gdzie zakotwiczył "Perseverance", panował spokój; późne lato półkuli południowej koiło wzrok senną harmonią barw - brunatnej żyznej gleby, zielonkawego morza i bezchmurnego błękitnego nieba. Wysokie skały, otulone dzikimi ostami, otaczały piaszczysty azyl - poławiacze fok i wielorybnicy zbierali się tam w celach towarzyskich, ładowali worki z pocztą na statki płynące do macierzystego portu, uzupełniali zapasy drewna i wody pitnej.

Podpłynąwszy bliżej, Delano dostrzegł nazwę statku: "Tryal", namalowaną na dziobie literami kiedyś białymi, a teraz mocno wyblakłymi. Dostrzegł też, że na pokładzie roi się od czarnoskórych ludzi, wyglądających jak niewolnicy. Kiedy ten obdarzony alabastrową skórą mieszkaniec Nowej Anglii wszedł na pokład, natychmiast otoczył go ciemny tłum. Przeważali w nim Afrykanie, hiszpańskich marynarzy i Mulatów była zaledwie garstka. Wszyscy opowiadali jakieś swoje historie i wylewali żale. Kapitan Delano poczuł się tak, jakby trafił na wieżę Babel.

Nieznajomi mówili kilkoma językami: wolof, mandinka, ful i po hiszpańsku. Delano nie rozumiał poszczególnych słów, ale ten gwar brzmiał przyjemnie. Płynąc w stronę statku, zauważył, że żagle są w strzępach. Z masztów, zamiast schludnej sieci takielunku, zwisała poszarpana plątanina. Zwapniały, pokryty mchem kadłub ciągnął za sobą długi warkocz wodorostów i połyskiwał zielonkawo. Delano wiedział, że statki wyglądające tak, jakby znalazły się w opałach, często okazywały się pułapką zastawioną przez piratów, chcących zwabić na pokład potencjalne ofiary. Napoleon właśnie koronował się na cesarza Francuzów, Madryt i Paryż toczyły wojnę z Londynem, a kaprzy napadali na statki handlowe nawet na odległych wodach Południowego Pacyfiku. Zapadnięte policzki i rozgorączkowane oczy ludzi na pokładzie "Tryala" świadczyły o tym, że cierpią oni naprawdę i o pułapce nie może być mowy, toteż obawy Delano przerodziły się w litość.

Przebywał on na pokładzie "Tryala" około dziewięciu godzin, od mniej więcej siódmej rano do szesnastej z minutami. Wysłał swoich marynarzy na wyspę, by napełnili beczki "Tryala" wodą, a sam większość dnia spędził na pokładzie, rozmawiał z kapitanem, pomagał rozdawać żywność i wodę, które przywiózł, zabezpieczył statek przed dryfowaniem. Delano, daleki kuzyn Franklina Delano Roosevelta, pochodzący z szacownej rodziny szkutników i rybaków z wybrzeża stanu Massachusetts, był doświadczonym żeglarzem, który po raz trzeci opływał kulę ziemską. Nie zauważył jednak, że władzę nad "Tryalem" sprawowali niewolnicy, nie zaś człowiek, który przedstawił się jako kapitan.

Blisko dwa miesiące wcześniej Afrykanie pochodzący z zachodu kontynentu pod wodzą starszego mężczyzny imieniem Babo oraz jego syna Moriego przejęli kontrolę nad "Tryalem", po czym wyrżnęli większość załogi i pasażerów, wśród nich handlarza niewolników, który wiózł ich do Limy. Następnie rozkazali, by Benito Cerre?o, właściciel i kapitan statku, zawiózł ich do Senegalu. Cerre?o, obawiając się żeglugi wokół przylądka Horn z garstką załogi i statkiem pełnym zbuntowanych niewolników, grał na zwłokę. Pływał wzdłuż wybrzeży Chile tam i z powrotem, aż natknął się na "Perseverance". Afrykanie mogli stanąć do walki lub uciec, ale Babo opracował plan. Zgodnie z tym planem wpuścili Delano na pokład i zachowywali się jak niewolnicy. Mori grał pokornego, oddanego sługę, nie odstępując Cerre?o na krok. Cerre?o udawał, że dowodzi. Aby uzasadnić opłakany stan statku i brak oficerów, zmyślił historyjkę o burzach, strefach ciszy i gorączce.

Delano nie miał pojęcia, co myśleć o Cerre?o. Był pewien, że nie ma do czynienia z kaprami, a jednocześnie widział, że kapitan "Tryala" zachowuje się dziwnie. Pusty wzrok Cerre?o - skutek głodu, pragnienia oraz blisko dwóch miesięcy spędzonych w obliczu śmiertelnego zagrożenia - uznał za dowód wyniosłości. Był skłonny podejrzewać, że ten Hiszpan o arystokratycznym wyglądzie, odziany w aksamitną kamizelkę i czarne spodnie z tego samego materiału, uważa rozmowę z nim - odzianym w dwurzędową kurtkę marynarską z grubego sukna mieszkańcem Nowej Anglii - za będącą poniżej jego godności. Afrykanie, zwłaszcza kobiety, także wprawiali Delano w zakłopotanie, choć nie potrafił stwierdzić dlaczego. Na pokładzie znajdowało się prawie trzydzieści kobiet, w tym staruszki, młode dziewczyny i chyba dziewięć matek z niemowlętami przy piersi. Kiedy rozdano żywność i wodę, kobiety zabrały dzieci na rufę. Tam zaczęły nucić powolną żałosną pieśń. Delano nie rozpoznał melodii, nie rozumiał też słów, ale podziałała ona na niego inaczej niż kojący wielojęzyczny gwar, który powitał go na pokładzie.

Poza tym był jeszcze Mori, służący Cerre?o, który nie odstępował swojego pana nawet na krok. Kiedy obaj kapitanowie zeszli pod pokład, Mori ruszył za nimi. Delano poprosił zatem Cerre?o o odesłanie niewolnika, aby mogli pomówić na osobności, lecz ten odmówił. Wyjaśnił, że Afrykanin jest jego zausznikiem i towarzyszem, mogą więc swobodnie mówić przy nim o wszystkim. Cerre?o dodał, że Mori jest kapitanem niewolników. Usłużność Moriego wobec pana początkowo bawiła Delano. Z czasem jednak niewolnik zaczął go drażnić i Delano począł go winić za niepokój, jaki odczuwał w towarzystwie Cerre?o. Mori stopniowo stawał się obsesją Delano, który napisał później: "człowiek ten wzbudzał moje najwyższe zdumienie". Babo, ojciec Moriego, również trzymał się blisko i wyraźnie podsłuchiwał. Najwidoczniej przewidywali zamiary Delano, towarzyszyli mu jak ławica ryb pilotów i prowadzili go to tu, to tam. "Wszyscy patrzyli na mnie z szacunkiem, jak na dobroczyńcę", napisał Delano we wspomnieniach A Narrative of Voyages and Travels in the Northern and Southern Hemispheres, opublikowanych w 1817 roku. Nawet dwanaście lat po opisanych zdarzeniach błędnie odczytywał to, jak postrzegali go buntownicy.

Dopiero około szesnastej, gdy ludzie z "Perseverance" wrócili z dodatkowym prowiantem, mistyfikacja wyszła na jaw. Delano siedział już na rufie swojej łodzi, która za moment miała odbić od burty "Tryala". Wtem, ku jego zaskoczeniu, Benito Cerre?o skoczył na pokład i upadł tuż przed nim. Wyjaśnił mu, że uciekł przed Morim, oraz opisał zdarzenia, które rozegrały się na pokładzie jego statku. Dopiero wówczas Delano uzmysłowił sobie skalę oszustwa i rozkazał swoim ludziom rozpętać piekło1.

Ta niezwykła historia - w istocie jednoaktowa dziewięciogodzinna pantomima o relacji pana i niewolnika, wystawiona przez grupę zdesperowanych, wygłodniałych, spragnionych mężczyzn i kobiet, z których większość nie znała języka swoich dręczycieli - inspirowała przez lata pisarzy i poetów, widzących w tej maskaradzie lekcję dla współczesnych. Chilijski poeta Pablo Neruda uważał, że śmiałość niewolników odzwierciedla niepokoje lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Niedawno Urugwajczyk Tomás de Mattos napisał powieść szkatułkową La Fragata de las máscaras. Zastosowany przez niewolników wybieg stanowi w niej metaforę świata, w którym rzeczywistość jest nie tym, co się kryje za maską, ale samą maskąI.

Jednak najsłynniejszą historią zainspirowaną wydarzeniami na "Tryalu", jednym z najbardziej zapadających w pamięć utworów literatury amerykańskiej, jest Benito Cereno Hermana Melville'a. Niezależnie od tego, czy zaimponowała mu sztuczka niewolników, czy zaintrygowała go naiwność Amasy Delano, Melville wziął za kanwę opowieści osiemnasty rozdział obszernych wspomnień Delano Particulars of the Capture of the Spanish Ship "Tryal" i napisał utwór, będący zdaniem wielu jego drugim arcydziełem.

Miejscem akcji krótkiej powieści uczynił Melville sam statek widmo. Opisał go tak, jakby wypłynął nie zza wyspy, ale z otchłani, spowity w wyziewy, kolebiący się jak karawan i ciągnący za sobą "sczerniałe festony oślizgłych wodorostów", z przerdzewiałym łańcuchem podobnym do niewolniczych okowów, z żebrowaniem prześwitującym przez poszycie kadłuba niczym kości. Czytelnicy wiedzą, że na pokładzie jest zło, nie wiedzą natomiast, czym lub kim jest ani gdzie się czai2.

Tylko zakończenie zostało całkowicie wymyślone. Poza tym akcja powieści Benito Cereno, publikowanej w odcinkach w miesięczniku "Putnam's Monthly" pod koniec 1855 roku, zazwyczaj zgadza się z relacją Delano. Po ujawnieniu podstępu statek zostaje zajęty, niewolnicy zaś oddani w ręce władz hiszpańskich. Opis zdarzeń, które rozegrały się na statku, zajmujący dwie trzecie utworu, skłonił ówczesnych recenzentów do uwag o dziwacznej narracji oraz pełzającej grozie, jaką budzi lektura3.

Przeważająca część Benito Cereno rozgrywa się w umyśle fikcyjnego bohatera. Czytelnicy przeżywają długie godziny na pokładzie statku - przez Melville'a wypełnione osobliwymi obrzędami, zaszyfrowanymi komentarzami, niecodziennymi symbolami - tak jak doświadcza ich Delano. Melville utrzymuje w tajemnicy fakt - nieznany też samemu Delano - że panami sytuacji są niewolnicy. Bohater Melville'a, podobnie jak prawdziwy Delano, jest zafascynowany relacją hiszpańskiego kapitana z czarnym służącym. Melville łączy Babo i Moriego w jedną postać imieniem Babo, opisaną jako drobny mężczyzna o szczerej twarzy. Pomysł, że Afrykanin nie tylko może dorównywać hiszpańskiemu kapitanowi, lecz wręcz być jego panem, nie mieści się Delano w głowie. Amasa patrzy, jak Babo troskliwie opiekuje się niedomagającym Cerre?o, ubiera go, ociera mu ślinę z ust, a gdy kapitan traci przytomność, tuli go w czarnych ramionach. "Ponieważ pan i jego sługa stali przed nim, czarny podtrzymując białego, kapitan Delano nie mógł się oprzeć refleksji nad pięknem ich wzajemnego stosunku, owego żywego obrazu wierności z jednej, a ufności z drugiej strony". W pewnym epizodzie Babo przypomina Cerre?o, że nadszedł czas golenia. Niewolnik trzyma brzytwę tuż przy szyi Hiszpana i w rzeczywistości torturuje go psychicznie. Amasa przygląda się temu spokojnie, ponieważ niczego nie podejrzewa.

Melville napisał Benito Cereno w okresie pomiędzy negatywnym przyjęciem Moby'ego Dicka przez krytyków i komercyjnym fiaskiem tej powieści (1851 rok) a wybuchem wojny secesyjnej (1861 rok), kiedy zdawać się mogło, że zarówno kraj, jak i pisarza ogarnia szaleństwo. Krótka powieść rozgrywająca się w ciągu jednego dnia na pokładzie średniej wielkości szkunera oddaje atmosferę klaustrofobii, którą można odnieść zarówno do samego Melville'a (odgrodził się wówczas od świata na swojej farmie w Berkshire, na zimnej północy), jak i do narodu uwięzionego (jak Amasa Delano) w pułapce własnych uprzedzeń, niezdolnego dostrzec nadciągającego konfliktu, a tym samym mu zapobiec. Wkrótce po ukończeniu tej powieści Melville przeżył załamanie psychiczne, Ameryka zaś ruszyła na wojnę. To bardzo wymowny utwór4.

Wymowny, więc łatwo można zapomnieć, że zdarzenie, na którym został oparty, nie rozegrało się w latach pięćdziesiątych dziewiętnastego wieku ani w jednym z miejsc, w których amerykańscy historycy zazwyczaj prowadzą studia nad niewolnictwem, takich jak statek na Atlantyku czy plantacja na południu Stanów Zjednoczonych. Doszło do niego na Południowym Pacyfiku, osiem tysięcy kilometrów od centrum amerykańskiego niewolnictwa, kilkadziesiąt lat przed rozprzestrzenieniem się niewolnictwa na stany Południa i Zachodu. Bohaterem zdarzenia był zaś nie rasistowski ani paternalistyczny właściciel niewolników, ale republikanin z Nowej Anglii, który przeciwstawiał się niewolnictwu. Wydarzenia na pokładzie "Tryala" rzucają światło nie na Amerykę szykującą się do wojny, ale na Amerykę z wcześniejszego okresu, Wieku Rewolucji lub Wieku Wolności. Bunt wybuchł pod koniec 1804 roku, niemal dokładnie w połowie czasu między rewolucją amerykańską a hiszpańsko-amerykańskimi wojnami o niepodległość. W tym samym 1804 roku Haiti proklamowała niepodległość, ustanowiwszy drugą w Amerykach, a pierwszą w historii republikę zrodzoną z buntu niewolników.

Piszący w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku Edmund Morgan z Yale jako jeden z pierwszych współczesnych historyków w pełni zbadał ów, jak sam go nazwał, najważniejszy paradoks Wieku Wolności - wiek ów był również Wiekiem Niewolnictwa. Morgan pisał o Wirginii w czasach kolonialnych, ale ten sam paradoks dotyczy obu Ameryk, Północnej i Południowej, dotyczy Atlantyku i Pacyfiku, co pokazuje historia prowadząca do wydarzeń na "Tryalu". To, co było prawdziwe w Richmond, w nie mniejszym stopniu pasowało do Buenos Aires i Limy: dla wielu ludzi "bycie wolnym" oznaczało prawo do swobodnego kupowania i sprzedawania czarnoskórych jako własności prywatnej5.

Należy zaznaczyć, że Hiszpania dostarczała zniewolonych Afrykanów do obu Ameryk od początku szesnastego wieku - na długo przed tym, zanim w Nowym Świecie zaczęły się rozprzestrzeniać wywrotowe idee republikańskie i pojawiły się rozważania o prawach, interesach, wolnej woli, cnocie i sumieniu wolnego człowieka. W latach siedemdziesiątych osiemnastego wieku handel niewolnikami uległ zdumiewającym przeobrażeniom. Korona hiszpańska zaczęła liberalizować gospodarkę w koloniach i tamy puściły. Handlarze niewolników sprowadzali Afrykanów do obu Ameryk wszelkimi sposobami. We współpracy z kaprami wyładowywali niewolników na pustych plażach i w ciemnych zatokach, wieźli ich w górę rzek ku położonym w głębi lądu równinom i przedgórzom lub pędzili ich tam pieszo. Handlarze szybko przyswoili język gospodarki wolnorynkowej i zaczęli się domagać prawa do importu jeszcze większej liczby niewolników. Wyrażając swoje żądania, nie przebierali w słowach. Chcieli: más libertad, más comercio libre de negros (więcej wolności, więcej swobodnego handlu czarnymi).

W roku 1804 do Urugwaju i Argentyny przywieziono więcej niewolników - w tym Babo, Moriego i pozostałych buntowników z "Tryala" - niż kiedykolwiek wcześniej. Gdy Amasa pływał po Pacyfiku, na kontynencie wybuchła, jak to ujął pewien historyk, gorączka niewolnicza. Każdy rejon Ameryki ma swoją historię niewolnictwa, każda z tych historii - własny rytm i własne punkty kulminacyjne. Jeśli jednak potraktujemy półkulę zachodnią jako całość, zobaczymy, że to, co działo się w Ameryce Południowej na początku dziewiętnastego wieku, stanowiło część gwałtownego nasilenia się w Nowym Świecie zjawiska niewolnictwa, które pojawiło się wcześniej na Karaibach i rozkwitło w portugalskiej Brazylii. Po 1812 roku eksplozja ta z wyjątkową siłą uderzyła w stany południowe wraz z rozprzestrzenianiem się uprawy bawełny i trzciny cukrowej na tereny Luizjany, Missisipi i Teksasu.

Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i Ameryce Łacińskiej niewolnicza siła robocza wypracowała bogactwo, które umożliwiło zdobycie niepodległości. Ale niewolnictwo nie miało jedynie wymiaru ekonomicznego. Miało też wymiar psychiczny i oddziaływało na wyobraźnię. W czasach, gdy ludzie - większość mężczyzn i niemal wszystkie kobiety - żyli w tej czy innej formie niewoli, związani umową czeladniczą, umową o dzierżawę ziemi lub o pracę, kontraktem małżeńskim, zobowiązaniami wobec rodziny - zdefiniowanie, czym jest wolność, mogło nastręczać trudności. Za to żadnych trudności nie nastręczało powiedzenie, czym wolność nie jest. Tak więc ideał człowieka wolnego, odpowiadającego przed własnym sumieniem, sprawującego kontrolę nad swoimi namiętnościami, wyzwolonego po to, by móc realizować własne cele - ideał człowieka racjonalnego umieszczony w centrum oświeceniowego świata - wypracowano jako przeciwieństwo niewolnika uwiązanego do pana i niemogącego realizować własnych dążeń. Z kolei represjonowanie niewolnika stało się metaforą często wykorzystywaną do opisania sposobu, w jaki rozum wraz z wolą muszą stłumić pożądanie i najróżniejsze impulsy, jeśli człowiek ma osiągnąć prawdziwą wolność oraz domagać się dla siebie pełni praw w cywilizacji podobnych mu wolnych ludziII.

Powiedzenie, że Wiek Wolności był także Wiekiem Niewolnictwa, może się wydawać paradoksem. Proszę jednak przyjrzeć się liczbom: policzono, że między rokiem 1514 a 1866 na statki niewolnicze płynące do Ameryk załadowano 10 148 288 Afrykanów (historycy szacują, że całkowita ich liczba wynosiła co najmniej 12,5 miliona). Ponad połowę z nich, aż 5 131 385, załadowano po 4 lipca 1776 roku6.

Rozgrywające się na południowym Pacyfiku pas de trois w choreografii Babo z udziałem Amasy Delano z Nowej Anglii, Hiszpana Benita Cerre?o oraz Afrykanina Moriego jest wystarczająco dramatyczne, by pobudzić wyobraźnię każdego historyka. To starcie narodów, systemów ekonomicznych, idei i wierzeń religijnych symbolizuje Amerykę z początku dziewiętnastego wieku. Ponieważ Babo, Mori i część ich towarzyszy byli muzułmanami, na scenie, którą stał się statek, doszło do konfrontacji trzech wielkich światowych religii monoteistycznych: katolicyzmu, protestantyzmu oraz islamu.

W całodniowej mistyfikacji najbardziej - poza niebywałą śmiałością - fascynuje sposób, w jaki odsłania ona większe kłamstwo, na którym opierała się struktura ideologiczna niewolnictwa: założenie, że niewolnicy nie tylko byli lojalni i prości, lecz także nie mieli niezależnego życia ani myśli. A jeśli nawet mieli życie wewnętrzne, ono również podlegało jurysdykcji panów, stanowiło własność panów. Dzięki cechom, których według swoich panów nie mieli (a więc przebiegłości, zdolności samodzielnego rozumowania, zdyscyplinowaniu), Afrykanie umacniali mylący stereotyp tępych i wiernych niewolników. Tamtego dnia na pokładzie "Tryala" zbuntowani niewolnicy stali się panami własnych namiętności, zdolnymi powściągnąć pragnienia, na przykład zemsty lub uzyskania wolności, okiełznać myśli i emocje, by odegrać swoje role. Zwłaszcza Mori, jak napisał później hiszpański urzędnik w raporcie z całego zdarzenia, "był zdolnym człowiekiem, który doskonale odegrał rolę pokornego, uniżonego sługi"III.

Ten, kogo oszukali, Amasa Delano, polował na Pacyfiku na foki - zajęcie to było równie krwawe, łupieżcze i przez krótki czas równie dochodowe jak wielorybnictwo. Istnieje pokusa, by postrzegać go jako pierwszego w długim szeregu niewinnych Amerykanów przebywających za granicą, którzy - nieświadomi skutków własnych działań - powodowali destrukcję swoją i swojego otoczenia. Jednak Delano jest postacią jeszcze bardziej fascynującą. Urodził się w czasach wielkiego chrześcijańskiego optymizmu, z którego narodziło się przekonanie, że jednostki są panami własnego przeznaczenia w życiu zarówno tym, jak i przyszłym. Ów optymizm dał początek rewolucji amerykańskiej. Delano był uosobieniem całego potencjału oraz wszystkich ograniczeń tej rewolucji. Kiedy po raz pierwszy wypłynął z Nowej Anglii jako żeglarz, miał swoje młodzieńcze ideały. Wierzył, że niewolnictwo to relikt przeszłości, który z pewnością przeminie. To, jak postępował na "Tryalu" i w następnych miesiącach, oraz barbarzyństwo jego załogi pokazywały dokonaną zmianę.

Prawie całą swoją twórczość Herman Melville poświęcił problematyce wolności i niewolnictwa. Niejednokrotnie posługiwał się parabolą - najwyraźniej pragnął analizować bycie niewolnikiem niezależnie od uwarunkowań rasowych, ekonomicznych i geograficznych. Najczęściej pisał o nim jako o doświadczeniu egzystencjalnym wspólnym wszystkim ludziom. Utwór Benito Cereno stanowi wyjątek. Jednak nawet w nim Melville, zmuszając czytelnika do przyjęcia punktu widzenia Amasy Delano, dąży do ujawnienia grozy pewnych stosunków społecznych. Poza tym chce zdemaskować fundamentalne oszustwo: twierdzenie, że jedni są z natury niewolnikami, a inni - ludźmi wolnymi. Melville przewidywał, że jeśli kiedykolwiek dojdzie do prawnego zniesienia niewolnictwa, przetrwa ono w ukryciu, i tego się obawiał. Dał temu wyraz w Benito Cereno. To decyduje o ponadczasowości tego utworu.

O tym, że Benito Cereno jest oparty na faktach, dowiedziałem się, gdy poleciłem tę krótką powieść studentom swojego seminarium na temat amerykańskiej wyjątkowości. Zajęcia poświęciliśmy rozmowie o przekonaniu, że Ameryka ma do spełnienia misję opatrznościową, że jej przeznaczeniem jest poprowadzenie ludzkości do nowego świtu. Żywiły je wszystkie republiki Nowego Świata, a dziś odnosi się je wyłącznie do Stanów Zjednoczonych. Zacząłem prowadzić badania historyczne związane z Benito Cereno. Im usilniej jednak starałem się dociec, co zaszło na pokładzie "Tryala", im bardziej próbowałem zrozumieć motywy działania bohaterów: Benita Cerre?o, Amasy Delano, a przede wszystkim Babo, Moriego i innych rebeliantów oraz wyznawane przez nich wartości, tym mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie sposób opowiedzieć tej historii - czy raczej przekazać, co ona znaczy - bez umieszczenia jej w szerszym kontekście. Coraz bardziej interesowały mnie obszary niekojarzone bezpośrednio z niewolnictwem, takie jak piractwo, połów fok, islam.

W swoich wspomnieniach Delano posługuje się nieużywanym dziś terminem żeglarskim "targ koński", oznaczającym krzyżujące się wzburzone pływy morskie, dość silne, by wywracać statki. To dobra metafora. Ludzie na pokładzie "Tryala" znaleźli się w strefie zderzających się ze sobą prądów historycznych. Rozmaite drogi, które doprowadziły osoby dramatu na Pacyfik, w pełni ukazują paradoks dotyczący wolności i niewolnictwa w Ameryce, paradoks tak wszechobecny, że mogli w nim utknąć nie tylko niewolnicy i handlarze oraz właściciele niewolników, lecz także ludzie sądzący, że nie należą do żadnej z tych kategorii.