Imperium kłamstw - J.L. Beck

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bianka

Zszo­ko­wana wy­zna­niem taty, tępo wpa­try­wa­łam się w nie­rów­no­ści su­fitu.

Cal­lum za­mor­do­wał moją mamę.

Wie­dzia­łam, że kiedy się obu­dzę, na­dal będę o tym my­ślała. Wia­do­mość, którą tata wczo­raj wie­czo­rem mnie za­sko­czył, ra­czej trudno wy­ma­zać z pa­mięci.

To wszystko nie miało sensu. Po tym, jak po­mo­głam ta­cie po­ło­żyć się do łóżka, ana­li­zo­wa­łam nowe fakty z róż­nych per­spek­tyw, ner­wowo sprzą­ta­jąc w nocy dom - mu­sia­łam ja­koś spo­żyt­ko­wać ener­gię, która roz­no­siła mnie od środka - ale nie znaj­do­wa­łam od­po­wie­dzi na naj­waż­niej­sze, nie­da­jące mi spo­koju py­ta­nie.

Dla­czego?

Po co Cal­lum miałby za­mor­do­wać moją mamę? Poza by­ciem moją mamą nie była ni­kim wy­jąt­ko­wym. Naj­zwy­klej­sza, prze­ciętna ko­bieta. Nic z tego, co po­wie­dział tata, nie wska­zy­wało na to, żeby mo­gła mieć ja­kie­kol­wiek po­wią­za­nia z biz­ne­sem Cal­luma. Na­wet się nie znali. Ta­tum po­zna­łam w gim­na­zjum, czyli dawno po śmierci mamy. Czu­łam się co­raz bar­dziej sfru­stro­wana. Nie umia­łam po­łą­czyć fak­tów tak, żeby na­brały sensu.

Bo­lały mnie wszyst­kie mię­śnie. Ję­cząc, usia­dłam na łóżku i prze­cią­gnę­łam się. Po co w ogóle kła­dłam się spać? Przez więk­szość nocy prze­wra­ca­łam się z boku na bok, a kiedy już za­snę­łam, drę­czyły mnie nie­po­ko­jące sny. Do­ty­czyły głów­nie mamy. Do tej pory śniła mi się raz na kilka mie­sięcy. Za­wsze ro­biła wtedy coś zwy­czaj­nego, jak go­to­wa­nie ko­la­cji czy za­kupy. Bu­dzi­łam się, pra­gnąc ją przy­tu­lić i po­wie­dzieć jej, że oboje z tatą bar­dzo za nią tę­sk­nimy. Ni­gdy nie były to kosz­mary. Aż do tej nocy.

Tata non stop po­wta­rzał, że mama zgi­nęła w wy­padku sa­mo­cho­do­wym. Mia­łam wtedy osiem lat i by­łam zbyt mała, żeby za­da­wać py­ta­nia. Za bar­dzo po­chła­niało mnie ra­dze­nie so­bie z jej utratą, z tym, że ni­gdy już mnie nie przy­tuli, że nie usły­szę jej głosu ani nie po­czuję za­pa­chu jej per­fum.

W tak mło­dym wieku nie pod­waża się tego, co mówi tata, zwłasz­cza kiedy jest je­dyną osobą, która zo­stała ci na świe­cie. Je­śli za śmier­cią mamy kryło się coś wię­cej, ale tata mi o tym nie po­wie­dział, bo by­łam zbyt młoda - ro­zu­miem. Nie in­for­mu­jesz zroz­pa­czo­nej ośmio­latki, że jej matka zgi­nęła z rąk ja­kie­goś zwy­rod­nialca.

Ale od tego czasu mi­nęło trzy­na­ście lat, a on ani razu na­wet nie na­po­mknął o swo­ich do­my­słach.

Wyj­rza­łam przez okno. Sa­mo­chód taty na­dal stał przed do­mem. Wy­szłam na ko­ry­tarz. Drzwi jego po­koju cią­gle były za­mknięte. Od­sy­piał pi­jacką noc. Chyba ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam go tak wsta­wio­nego. Może kie­dyś lekko pod­chmie­lo­nego, ale ni­gdy w ta­kim sta­nie jak wczo­raj. Za­sy­piał na sie­dząco i w upo­je­niu wy­ga­dy­wał bzdury. Na­prawdę chcia­ła­bym, żeby tak było.

Ina­czej Cal­lum okaże się nie tylko mor­dercą, w któ­rym się za­ko­cha­łam. Bę­dzie także za­bójcą, który zruj­no­wał moje dzie­ciń­stwo i zmiaż­dżył serce mo­jego taty. Zmie­nił kurs na­szego ży­cia.

A naj­gor­sze w tym było to, że skła­mał. Przez cały ten czas mnie okła­my­wał. Chyba że za­bił tak wiele osób, że sam się w tym po­gu­bił. Wy­da­wało mi się to bar­dzo praw­do­po­dobne. Po­czu­łam nie­smak, od któ­rego za­drża­łam na ca­łym ciele.

Umy­łam się i ubra­łam, ale nie jak do pracy. Nie by­łam w sta­nie dziś pójść do biura, cho­ciaż dawno mnie tam nie wi­dzieli. Nie chcia­łam stra­cić pracy. Nie mo­głam so­bie na to po­zwo­lić. Ale wie­dzia­łam, że nie wy­sie­dzę przy biurku ani mi­nuty, bo nie po­tra­fię my­śleć o ni­czym in­nym niż re­we­la­cje od taty.

- Prze­pra­szam - wy­mam­ro­ta­łam do słu­chawki, zo­sta­wia­jąc wia­do­mość na se­kre­tarce Sama, a jed­no­cze­śnie ukła­da­jąc ko­sme­tyki na półce w ła­zience. - My­śla­łam, że je­stem go­towa, żeby wró­cić, ale cią­gle czuję się roz­bita. Je­śli­byś mnie po­trze­bo­wał, mogę się pod­łą­czyć z domu. Mogę pra­co­wać na lap­to­pie, le­żąc w łóżku.

Nie przy­pusz­cza­łam, żeby pan Adams ocze­ki­wał tego ode mnie, ale wo­la­łam wyjść z taką pro­po­zy­cją. Nie wie­dzia­łam jed­nak, kiedy skoń­czy się cier­pli­wość pra­co­dawcy i współ­pra­cow­ni­ków. W ta­kich sy­tu­acjach ni­gdy nie było wia­domo, gdzie le­żała gra­nica. Oka­zy­wało się to do­piero po jej prze­kro­cze­niu, gdy ktoś się w końcu wku­rzył. Nie chcia­łam do­kła­dać pracy moim ko­le­gom i ko­le­żan­kom. Do tego, je­śli kie­dy­kol­wiek mia­łam wy­na­jąć wła­sne miesz­ka­nie, mu­sia­łam mieć pracę, żeby od­kła­dać pie­nią­dze.

Tyle że dzi­siaj na­prawdę nie da­łam rady tam pójść. Nie tylko dla­tego, że na­dal mu­sia­łam ma­sko­wać ma­ki­ja­żem wciąż wi­doczne si­niaki po wy­padku, który tak na­prawdę nie był wy­pad­kiem. Do­brze, że obu­dzi­łam się przed tatą. Dzięki temu nie zo­ba­czył mnie bez ma­ki­jażu. Wy­obra­ża­łam so­bie jego re­ak­cję. W ży­ciu nie po­zwo­liłby mi się od sie­bie wy­pro­wa­dzić.

Mia­łam wy­rzuty su­mie­nia, że ściem­ni­łam sze­fowi. Nie chcia­ła­bym, żeby po­ża­ło­wał, że mnie za­trud­nił, ale skąd mo­głam wie­dzieć, że moje ży­cie sta­nie się tak burz­liwe? Nie pro­si­łam się o to.

Ze­szłam do kuchni. Chyba żadna ilość kawy nie po­sta­wi­łaby mnie dziś na nogi, ale wie­dzia­łam, że oboje z tatą bę­dziemy jej po­trze­bo­wać. Ogar­nię­cie domu za­jęło mi wczo­raj tak dużo czasu, że nie zdą­ży­łam zro­bić za­ku­pów spo­żyw­czych. Te­raz chcia­łam przy­go­to­wać śnia­da­nie, ale w lo­dówce taty zna­la­złam tylko pu­ste pu­dełka po je­dze­niu na wy­nos i pół kar­tonu mleka. A przy­da­łoby się coś tłu­stego, żeby zła­go­dzić ta­cie kaca.

Pu­sta lo­dówka to ko­lejny po­wód do zmar­twień. To nie było do niego po­dobne. Przez wiele lat wy­cho­wy­wał mnie sam i ni­gdy nie po­trze­bo­wa­li­śmy po­mocy do­mo­wej. Kiedy tro­chę do­ro­słam, prze­ję­łam część obo­wiąz­ków, ale to tata za­wsze ro­bił za­kupy spo­żyw­cze. Na­wet gdy stu­dio­wa­łam i wpa­da­łam do niego z wi­zytą bez za­po­wie­dzi, w domu pa­no­wał po­rzą­dek, a lo­dówka pę­kała w szwach od je­dze­nia.

Czyżby cho­dziło o tę bar­dzo ważną sprawę, nad którą tata tak wy­trwale od ja­kie­goś czasu pra­co­wał? Tę, o któ­rej mó­wił, kiedy się ostat­nio wi­dzie­li­śmy, że na­stą­pił ja­kiś prze­łom? A ja przez tyle lat by­łam ni­czego nie­świa­doma.

By­łam naj­gor­szą córką pod słoń­cem, bo pa­rząc kawę, ży­czy­łam so­bie, żeby to wszystko oka­zało się tylko wy­my­słem taty. Smutna to prawda. Wo­la­ła­bym przy­jąć, że tata tra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Ina­czej wy­szła­bym na tę, która zdra­dziła wła­snych ro­dzi­ców i samą sie­bie, bo za­ko­chała się w Cal­lu­mie. Jak mo­głam być tak sa­mo­lubna? I głu­pia? I ob­da­rzyć uczu­ciem męż­czy­znę, przez któ­rego moje ży­cie roz­pa­dło się na ka­wa­łeczki.

Nie mo­głam za to wi­nić Cal­luma. Po­szłam za gło­sem serca, choć wie­dzia­łam, że oj­ciec mo­jej przy­ja­ciółki nie był dla mnie od­po­wiedni. Kurde, po czę­ści wła­śnie dla­tego było to ta­kie eks­cy­tu­jące.

Żo­łą­dek pod­szedł mi do gar­dła, a puls przy­spie­szył, kiedy usły­sza­łam kroki. Na szczę­ście szybko się opa­no­wa­łam. Sie­dzia­łam przy ku­chen­nym stole i uważ­nie przy­glą­da­łam się ta­cie, który wszedł do kuchni ubrany w to samo, co wczo­raj.

- Czyli nie śniło mi się, że tu je­steś - po­wie­dział, uśmie­cha­jąc nie­wy­raź­nie. W jego prze­krwio­nych oczach do­strze­głam smu­tek. Na­chy­lił się i po­ca­ło­wał mnie w czoło.

- Nie, je­stem tu we wła­snej oso­bie.

- To, że przy­szłaś, pa­mię­tam jak przez mgłę. - Otwo­rzył lo­dówkę i skrzy­wił się, bo ośle­piło go świa­tło.

Mo­głam mu po­wie­dzieć, że nie ma po co tam za­glą­dać.

- Po­mo­głam ci się po­ło­żyć. - Pi­łam kawę i ką­tem oka go ob­ser­wo­wa­łam. Cze­ka­łam, aż wróci mu pa­mięć. By­łam cie­kawa, czy ko­ja­rzy, co mi po­wie­dział.

- Za­sta­na­wia­łem się, jak się zna­la­złem w łóżku. - Do­brze, że nie pró­bo­wał żar­to­wać. Wy­da­wał się dość zmie­szany. - Przy­kro mi, że mnie za­sta­łaś w ta­kim sta­nie. - Się­gnął po ku­bek do szafki i do­piero wtedy zwró­cił uwagę na wy­gląd kuchni. - Po­sprzą­ta­łaś tu­taj?

Cie­kawe, co mnie zdra­dziło. Może to, że dało się zo­ba­czyć dno zlewu.

- Nie, pew­nie ja­kaś wróżka po­sprzą­tała w środku nocy - za­żar­to­wa­łam.

- Skar­bie, nie mu­sia­łaś tego ro­bić. - Ciężko opadł na krze­sło na wprost mnie, po­ję­ku­jąc przy tym ci­cho. - Aż się boję po­my­śleć, ile py­tań ci się na­suwa w związku z tym, co tu­taj za­sta­łaś.

- Py­tań? Ra­czej zmar­twień.

- Nie mu­sisz się mar­twić o swo­jego sta­rego. - Upił łyk kawy i drżącą ręką od­sta­wił ku­bek na stół. - Ostat­nio praca na ko­mi­sa­ria­cie to istne sza­leń­stwo. Na­wet nie mam czasu, żeby od­grzać po­si­łek w mi­kro­fali po po­wro­cie do domu. Ja­koś umknęło mi to, że uzbie­rała się sterta na­czyń.

I to, że przy­bywa ku­rzu i bu­te­lek po pi­wie - chcia­łam po­wie­dzieć, ugry­złam się jed­nak w ję­zyk, żeby nie zra­nić taty. Nie chcia­łam tego ro­bić, choć by­łam po­iry­to­wana. Albo tata nie pa­mię­tał wczo­raj­szego wie­czoru, albo nie chciał się do tego przy­znać.

Ta sy­tu­acja z tatą, w pew­nym sen­sie, przy­po­mi­nała mi roz­mowy z Cal­lu­mem. Za­sta­na­wia­łam się, czy po­win­nam po­wie­dzieć, co my­śla­łam. Je­śli tata fak­tycz­nie za­po­mniał, co mi wczo­raj po­wie­dział, to co się sta­nie, kiedy mu przy­po­mnę? Mo­gła­bym uda­wać, że nic ta­kiego nie za­szło, ale nie wie­dzia­łam, jak długo uda mi się igno­ro­wać prawdę. Bez względu na to, jak bar­dzo będę się sta­rała omi­jać ten te­mat, wpły­nie on na na­szą re­la­cję.

Tata spoj­rzał na ze­ga­rek i po­now­nie na­pił się kawy.

- Nie po­win­naś się zbie­rać do pracy?

- Nie, wzię­łam dzień wol­nego.

Cho­lera, prze­cież on nie ma po­ję­cia o wy­padku. Nie wie też, że w związku z ob­ra­że­niami opu­ści­łam cały ty­dzień pracy. Cią­gle o tym za­po­mi­na­łam. Moje ży­cie stało się plą­ta­niną kłamstw i ta­jem­nic. Pa­mię­ta­nie o tym, co kto wie i czym mogę się po­dzie­lić, było za­ję­ciem na pe­łen etat.

Prze­cież nie mo­głam mu po­wie­dzieć, że Lu­cas mnie po­trą­cił. Już samo przy­zna­nie się do tego, że mnie zdra­dzał, było trudne, a co do­piero po­in­for­mo­wa­nie taty o zda­rze­niu ta­kiego ka­li­bru. Wie­dzia­łam, że tata chciałby go za to do­rwać. Nie mo­głam te­raz sta­wić czoła ta­kiej dra­mie. Szcze­gól­nie że Lu­cas nie żył. Prze­szły mnie ciarki i od­ru­chowo po­gła­dzi­łam się po po­liczku. Chyba ni­gdy nie za­po­mnę cie­płej krwi na mo­jej twa­rzy, która mnie obry­zgała, za­nim Lu­cas upadł na moje nogi.

- Mam na­dzieję, że nie przeze mnie. Wszystko gra.

No nie­źle, a my­śla­łam, że nie umiem kła­mać. Przy­pusz­cza­łam, że tatę drę­czył ciężki kac. Świa­do­mość, że go od­czu­wał, do­da­wała mi dziw­nej otu­chy. Nie sto­czył się jesz­cze tak bar­dzo, skoro jego ciało sil­nie re­ago­wało na dużą ilość al­ko­holu.

- Być może ci umknęło, ale przy­je­cha­łam z tor­bami. Po­my­śla­łam, żeby zo­stać u cie­bie na ja­kiś czas. Nie wpro­wa­dzam się na stałe. Po pro­stu chcia­ła­bym się na chwilę u cie­bie za­trzy­mać, je­śli nie masz nic prze­ciwko.

Jak za do­tknię­ciem ma­gicz­nej różdżki za­szła w nim nie­sa­mo­wita zmiana. Uśmiech­nął się od ucha do ucha, a przy­marsz­czone od zmar­twień czoło odro­binę się wy­gła­dziło.

- Wiesz, że nic mnie bar­dziej nie uszczę­śliwi. Chcia­łem, że­byś wró­ciła, od dnia, w któ­rym się wy­pro­wa­dzi­łaś.

Wie­dzia­łam, że mó­wił szcze­rze.

- Ale mam na­dzieję, że to nie ozna­cza, że masz ja­kieś kło­poty.

Cie­kawe, że to po­wie­dział. Przy­je­cha­łam tu­taj, bo ucie­kłam do męż­czy­zny, któ­rego po­dej­rze­wasz o to, że uczy­nił cię wdow­cem. Tak, wła­śnie taką roz­mowę po­win­ni­śmy pro­wa­dzić przy po­ran­nej ka­wie. Czy w ogóle kie­dy­kol­wiek.

Po­sta­no­wi­łam sprze­dać mu wy­mówkę, którą wcze­śniej przy­go­to­wa­łam.

- Nie ukła­dało mi się za do­brze ze współ­lo­ka­torką i mu­szę so­bie po­szu­kać no­wego miej­sca. Po­my­śla­łam, że w mię­dzy­cza­sie po­miesz­kam tu­taj.

- Mo­żesz zo­stać u swo­jego sta­rego na za­wsze. - Tata pu­ścił do mnie oko, wstał od stołu i po­szedł po do­lewkę kawy. - Nie bę­dziesz mu­siała pła­cić czyn­szu, a do tego masz eks­tra pracę i do­brze za­ra­biasz.

Eks­tra pracę, którą mam na­dzieję, utrzy­mam, aż moje ży­cie wróci do nor­mal­no­ści.

O ile wróci.

Tata naj­wy­raź­niej nie miał za­miaru nic po­wie­dzieć na te­mat mamy, a ja nie po­tra­fi­łam ze­brać się na od­wagę, żeby pod­jąć ten te­mat. Nie mia­łam ochoty otwie­rać tej puszki Pan­dory. Wy­wo­ła­łoby to całą la­winę py­tań. Na przy­kład o to, dla­czego ni­gdy mnie nie po­in­for­mo­wał, jak na­prawdę umarła mama. Ze­chce mi zdra­dzić szcze­góły? A może uzna, że wciąż je­stem za młoda, żeby to wie­dzieć?

Po­czu­łam ta­kie roz­draż­nie­nie, że mu­sia­łam wstać.

- Roz­pa­kuję się, bo wczo­raj mia­łam inne za­ję­cia. - Po­de­szłam do taty i osten­ta­cyj­nie go po­wą­cha­łam, po czym po­ma­cha­łam so­bie ręką przed no­sem. - De­tek­ty­wie, po­wi­nie­neś wziąć prysz­nic. Jak chcesz śle­dzić prze­stęp­ców, skoro czuć cię na ki­lo­metr?

- Bar­dzo śmieszne - sark­nął, oga­nia­jąc się ode mnie. - Wła­śnie to za­mie­rza­łem te­raz zro­bić.

I do­brze, może zimna woda sprawi, że tata za­cznie trzeźwo my­śleć.

Wo­la­łam po­być z dala od niego, w swoim daw­nym po­koju peł­nym tro­feów i dy­plo­mów w ram­kach wi­szą­cych na ścia­nie obok pla­ka­tów. Lu­bi­łam do­sta­wać złote gwiazdki. Pew­nie dla­tego przy­cią­gnął mnie taki męż­czy­zna jak Cal­lum. Był cał­ko­wi­tym za­prze­cze­niem tego, kim po­win­nam być, i tego, co so­bie wy­obra­ża­łam na te­mat ży­cia, kiedy za dzie­ciaka otrzy­my­wa­łam po­chwały za pełną fre­kwen­cję w szkole. Za­wsze by­łam grzeczną dziew­czynką, tylko że te­raz mia­łam już dość ro­bie­nia wiecz­nie tego, co wła­ściwe. Chcia­łam się zbun­to­wać prze­ciw daw­nej wer­sji sie­bie, któ­rej nikt tak na­prawdę nie za­uwa­żał.

Za­nim po­zna­łam szcze­góły na te­mat pracy i ży­cia pry­wat­nego Cal­luma, wy­czu­wa­łam wo­kół niego aurę za­gro­że­nia. Nie po­tra­fi­łam tego na­zwać. Było coś w jego spo­so­bie by­cia, ja­kiś szcze­gólny błysk w jego oczach. Jed­nym spoj­rze­niem po­tra­fił zmie­nić at­mos­ferę w po­miesz­cze­niu. Miał taką moc, że wy­star­czyło, żeby mru­gnął albo lekko kiw­nął głową, a wszy­scy ro­bili, co ka­zał. Było to sza­le­nie sek­sowne. To mnie do niego przy­cią­gało.

I pro­szę, gdzie mnie to za­pro­wa­dziło. Po­win­nam była się mniej przej­mo­wać obec­no­ścią w szkole, a bar­dziej na­uką czy­ta­nia lu­dzi. Po­peł­ni­łam tak wiele błę­dów.

Te­raz po­peł­nia­łam ko­lejny. Ukła­da­łam swoje rze­czy w ko­mo­dzie w domu, do któ­rego za­rze­ka­łam się, że ni­gdy nie wrócę. Czu­łam na bar­kach cię­żar. Już tak bar­dzo tę­sk­ni­łam za Cal­lu­mem, że pę­kało mi serce. Jed­no­cze­śnie nie­na­wi­dzi­łam sie­bie za to, bo prze­cież nie za­słu­gi­wał na moje łzy.

To mnie jed­nak nie po­wstrzyma, do­wiem się, skąd w ta­cie prze­ko­na­nie, że Cal­lum za­bił mamę. Nie wie­rzy­łam, że to prawda. Cal­lum ni­gdy nie dzia­łał bez po­wodu. Tu­taj nie do­strze­ga­łam żad­nego. Moja mama, ko­bieta uśmie­cha­jąca się ze zdję­cia na ko­mo­dzie, nie mo­gła zro­bić nic, co umie­ści­łoby ją na jego ce­low­niku. Była do­bra, szczera i od­dana ro­dzi­nie.

Tata mógł też do­pro­wa­dzić się na skraj sza­leń­stwa, pró­bu­jąc do­szu­ki­wać się cze­goś wię­cej w zwy­kłym wy­padku sa­mo­cho­do­wym. Mało po­cie­sza­jące. Je­śli po­pro­szę go o in­for­ma­cje, nie zdra­dzi mi ich, choćby ze względu na moją przy­jaźń z Ta­tum.

Szkoda, że ża­den męż­czy­zna w moim ży­ciu nie mó­wił mi ca­łej prawdy. Mia­łam po uszy tego, że ni­gdy nie wie­dzia­łam, komu za­ufać i czy przy­pad­kiem ktoś mną nie ma­ni­pu­luje - choć być może cza­sem z do­brych in­ten­cji. Po­ło­ży­łam się na łóżku i wbi­łam wzrok w su­fit. Mia­łam dość tego, że trzy­mano mnie w nie­świa­do­mo­ści. By­łam zmę­czona tym, że da­wa­łam się zwo­dzić. Praw­do­po­dob­nie ist­niał tylko je­den spo­sób na po­zna­nie prawdy. Mu­sia­łam sama się do niej do­ko­pać.

Cal­lum

To jej ro­dzinny dom, ale nie w tym pro­blem.

Po­winna miesz­kać ze mną, a nie w tej ru­de­rze. Wo­lała wró­cić do miej­sca, w któ­rym przy­się­gała, że już ni­gdy nie za­mieszka; do ojca, który ją osa­czał. Wszystko dla­tego, że ży­cie ze mną na­pa­wało ją obrzy­dze­niem. Krew mnie za­le­wała.

W oknach było ciemno, je­śli nie li­czyć lampy wi­szą­cej nad drzwiami na znisz­czo­nym ganku. Bianki i jej taty nie było od pół­go­dziny. Ro­mero wi­dział, jak od­jeż­dżali. Ja wo­la­łem trzy­mać się z da­leka, żeby mnie nie roz­po­znali.

Ona albo Char­lie. Ten du­pek. Uwziął się na mnie na długo, za­nim na­sze córki się po­znały. Gdyby Bianka nie za­uwa­żyła mo­jego sa­mo­chodu za­par­ko­wa­nego na ich ulicy, to Char­lie z pew­no­ścią by to zro­bił. Miał ja­kiś szó­sty zmysł, je­śli cho­dziło o mnie.

Tym bar­dziej po­win­ni­śmy stąd spa­dać, za­nim wrócą.

- Czemu za­biera ci to tak cho­ler­nie dużo czasu? - wark­ną­łem do te­le­fonu, pa­trząc na okno jej sy­pialni. Ro­lety były za­cią­gnięte, a ża­den z są­sia­dów nie zwró­ciłby uwagi na de­li­katną po­światę za nimi. Nikt w tej spo­koj­nej i ci­chej oko­licy, nie za­glą­dał są­sia­dom do okien.

Nie przy­pusz­czali, że po­ja­wił się tu groźny i wście­kły wilk.

Ja wie­dzia­łem, na co zwra­cać uwagę. Im dłu­żej świe­ciło się świa­tło, tym bar­dziej ro­sło ry­zyko, że Ro­mero zo­sta­nie na­kryty. Uży­wał la­tarki, choć nie wy­da­wało mi się, żeby to uła­twiało mu wy­ko­na­nie za­da­nia. Nie mój pro­blem.

Ro­mero wes­tchnął.

- Cho­dzi o to, żeby dys­kret­nie ukryć ka­merę, tak? Je­śli uwa­żasz, że zro­bisz to le­piej, to za­pra­szam na górę.

Wy­lał­bym go z ro­boty za ten tekst, gdy­bym go tak cho­ler­nie nie po­trze­bo­wał.

Nikt nie miał prawa w ten spo­sób się do mnie od­zy­wać. Prze­cież by­łem je­ba­nym Cal­lu­mem Tor­rio.

W tej chwili uzie­mio­nym w sa­mo­cho­dzie na ulicy, na któ­rej do­ra­stała jego uko­chana ko­bieta. Cze­ka­łem, aż mój pod­władny za­mon­tuje ka­merę w jej sy­pialni, że­bym mógł przy­naj­mniej pa­trzeć na Biankę. Przez dwa ostat­nie dni bez niej prze­cho­dzi­łem praw­dziwe pie­kło. By­łem uza­leż­niony od jej wi­doku, za­pa­chu, do­tyku i smaku. Stracę to wszystko, je­śli nie zdo­łam jej prze­ko­nać, że na­prawdę nic mnie nie łą­czyło z Amandą. Bianka po­dej­rzewa, że moje uczu­cie do niej nie było praw­dziwe, a ja tego nie zniosę.

Oczy­wi­ście mógł­bym ją po pro­stu po­rwać i przy­wią­zać do mo­jego łóżka, aż w końcu by obie­cała, że ni­gdy mnie nie opu­ści. Tyle że to dość nie­kon­wen­cjo­nalne roz­wią­za­nie i wąt­pię, żeby spodo­bało się Ta­tum. Mo­głem je­dy­nie cier­pli­wie cze­kać, a to nie na­le­żało do mo­ich moc­nych stron.

Kiedy Bianka opu­ściła moją po­sia­dłość, wie­dzia­łem, że znajdę ją tu­taj. Nie miała in­nego miej­sca, w któ­rym mo­głaby się za­trzy­mać, a chciała ode mnie uciec. To było oczy­wi­ste, że wy­lą­duje w swoim domu ro­dzin­nym, w któ­rym tak na­prawdę nie chciała być. Pa­mię­ta­łem, co mó­wiła o tym, że Char­lie trzy­mał ją w klatce.

A jed­nak wo­lała za­miesz­kać z nim niż zo­stać ze mną. Sto­czy­łem w ży­ciu wiele walk wręcz, ale po żad­nej nie by­łem tak obo­lały jak w ob­li­czu tej prawdy. Czu­łem gorzki smak w ustach i ucisk w sercu. Bianka nie chciała mieć ze mną nic do czy­nie­nia. Wkur­wiało mnie to, ale nie­wiele mo­głem zro­bić, żeby zmie­niła zda­nie. Dzwo­ni­łem do niej chyba z mi­lion razy, wy­sy­ła­łem wia­do­mo­ści, chcia­łem wszystko wy­ja­śnić. Nic do niej nie prze­ma­wiało. Nie mu­siał­bym się po­su­wać do tak idio­tycz­nych roz­wią­zań, żeby ją zo­ba­czyć, gdyby wy­słu­chała, co mia­łem jej do po­wie­dze­nia.

Chry­ste, ależ ona była uparta. I piękna.

- Wi­dzisz ob­raz? - Py­ta­nie Ro­mera wy­rwało mnie z na­tręt­nych my­śli. W samą porę, bo za­czy­na­łem się na sie­bie za nie wku­rzać.

Się­gną­łem po ta­blet i klik­ną­łem w ikonkę apki pod­łą­czo­nej do ka­mery.

- Czarny ekran - syk­ną­łem. - Kurwa, ile jesz­cze ci to zaj­mie? Oni wrócą lada mo­ment.

- Przy­sło­ni­łem obiek­tyw ręką.

Na ekra­nie ta­bletu w końcu po­ja­wił się ob­raz dziew­czę­cego po­koju. Po­miesz­cze­nie miało wiel­kość mo­jej gar­de­roby, a jego pu­dro­wo­ró­żowe ściany były ob­wie­szone pla­ka­tami mu­zy­ków, któ­rych, o ile do­brze pa­mię­tam, lata temu rów­nież lu­biła Ta­tum. Char­lie nie zdjął ich po wy­pro­wadzce Bianki. Za­łożę się, że chciałby za­trzy­mać czas, żeby na za­wsze po­zo­stała jego uro­czą, nie­winną có­reczką.

Nie­wiele mnie z tym fa­ce­tem łą­czyło, ale po­tra­fi­łem prze­nik­nąć jego spo­sób my­śle­nia. Sam czę­sto nie po­znaję swo­jej córki w ko­bie­cie, którą się stała. By­wają dni, kiedy mam wra­że­nie, że za chwilę z ba­senu wy­sko­czy pie­go­wata dzie­się­cio­latka i przy­bie­gnie do kuchni, zo­sta­wia­jąc za sobą mo­kre ślady, żeby wy­jąć z za­mra­żarki loda na pa­tyku.

- Nie po­doba mi się ten kąt usta­wie­nia. Chcę wi­dzieć jej łóżko.

- Na­mę­czy­łem się, żeby ją za­mon­to­wać - oświad­czył Ro­mero cierpko.

- Zmień to uło­że­nie. Na­tych­miast.

- Wiesz... - Ob­raz po­ru­szył się i na ekra­nie zo­ba­czy­łem za­gnie­waną twarz Ro­mera. - da­łoby się to wy­ja­śnić ła­twiej i bar­dziej le­gal­nie.

Le­gal­nie. Jak­by­śmy się tym kie­dy­kol­wiek przej­mo­wali.

- A co? Su­mie­nie cię gry­zie, że się wła­ma­łeś do czy­je­goś domu?

- Wła­ma­łem się i za­in­sta­lo­wa­łem ka­merę w po­koju la­ski, że­byś mógł ją szpie­go­wać. Jak­byś za­po­mi­nał, jest to dom de­tek­tywa.

- Jak byś się za­cho­wał w po­dob­nej sy­tu­acji, mą­dralo?

- Wi­dzę kilka roz­wią­zań. Roz­mowa w cztery oczy by­łaby nie­zła na po­czą­tek.

- Wiesz co? Weź się do ro­boty - wark­ną­łem do słu­chawki. - Nie płacę ci za udzie­la­nie nie­pro­szo­nych po­rad. - Tyle że o tę po­pro­si­łem, bo za­czął pie­przyć głu­poty. Nie mia­łem po­ję­cia, co w niego ostat­nio wstą­piło. Za­zwy­czaj trzy­mał ję­zyk za zę­bami, a swoje opi­nie wy­gła­szał tylko w spra­wach na­prawdę waż­nych. Kiedy przy­bie­rały nie­bez­pieczny ob­rót.

Ob­ser­wo­wa­łem tę zmianę już od kilku mie­sięcy. Na przy­kład, kiedy dość sta­now­czo wy­ra­ził się na te­mat tego, że nie po­wi­nie­nem wy­ko­rzy­sty­wać Ta­tum jako karty prze­tar­go­wej w ne­go­cja­cjach z Jac­kiem Mo­ro­nim. Cho­ciaż wie­lo­krot­nie po­wta­rza­łem, że nie mam za­miaru wy­da­wać jej za syna Jacka, Ro­mero nie od­pusz­czał te­matu. Na­gle się mu su­mie­nie ode­zwało?

Ro­mero wes­tchnął po dru­giej stro­nie słu­chawki, ale tym ra­zem już nic nie po­wie­dział. Mą­drze. Usta­wił na­to­miast ka­merę tak, żeby w ka­drze było wi­dać wą­skie łóżko Bianki.

Roz­mowa w cztery oczy. Jak­bym nie pró­bo­wał. Od dwóch pie­przo­nych dni wy­cho­dzi­łem z sie­bie, żeby się z nią skon­tak­to­wać. Dzwo­ni­łem, ese­me­so­wa­łem, ro­bi­łem z sie­bie idiotę, pro­sząc córkę, żeby spraw­dziła, czy u Bianki wszystko w po­rządku, i żeby jej prze­ka­zała, że bar­dzo chcę z nią po­roz­ma­wiać.

Upa­dłem tak ni­sko, że zro­bi­łem z sie­bie głupka przed wła­sną córką. By­łem go­tów na wszystko, by­leby tylko Bianka dała mi szansę na wy­tłu­ma­cze­nie się.

Chcia­łem jej wy­ja­śnić, że moja była żona to chora cipa, któ­rej nic nie po­wstrzyma przed znisz­cze­niem wszyst­kiego, co do­bre w moim ży­ciu. Że la­tami prze­cią­gała sprawę roz­wo­dową, nie chciała pod­pi­sać pa­pie­rów, chyba że do­sta­łaby to, co jej się wy­da­wało, że po­winna otrzy­mać. Moje pie­nią­dze. Tyle, ile tylko uda­łoby jej się ze mnie wy­cią­gnąć. Je­śli o mnie cho­dziło, ta ko­bieta po­winna znik­nąć z po­wierzchni ziemi. Chęt­nie bym o niej za­po­mniał, bo prze­cią­gnęła mnie przez gów­niane pie­kło. Ni­gdy nie była do­brą matką dla Ta­tum. Nie mie­li­śmy po­wo­dów, żeby utrzy­my­wać z nią kon­takt.

By­łem wolny. Nie ma­iłem żad­nych zo­bo­wią­zań.

Od kiedy li­czyło się to, jak sprawy wy­glą­dają w świe­tle prawa? Ni­gdy się nie przej­mo­wa­łem ta­kimi pier­do­łami. Spoj­rza­łem we wsteczne lu­sterko. Na mo­jej twa­rzy ma­lo­wało się zmar­twie­nie. Mia­łem ciemne wory pod oczami, bo nie mo­głem spać, tę­sk­niąc za cie­płem i sło­dy­czą Bianki w moim pu­stym, zim­nym łóżku.

- O co tyle ha­łasu?

- Co po­wie­dzia­łeś? - ode­zwał się Ro­mero.

Nie mia­łem po­ję­cia, że po­wie­dzia­łem to gło­śno. Te­raz mu­szę ja­koś z tego wy­brnąć, a nie lu­bię się ni­komu tłu­ma­czyć. W żad­nych oko­licz­no­ściach.

- Po­wie­dzia­łem, że nie ro­zu­miem, o co tyle ha­łasu.

- Z czym? - Ro­mero prze­su­nął ka­merę jesz­cze o parę cen­ty­me­trów, tak żeby łóżko zaj­mo­wało cały kadr. Dało się też zo­ba­czyć frag­ment drzwi i ka­wa­łek lu­stra nad ko­modą. Ta­kie uję­cie mu­siało mi wy­star­czyć.

- Z tym wszyst­kim. Chcesz, że­bym z nią po­roz­ma­wiał? Spoko, tylko zrób coś, żeby ode­brała te­le­fon. Dzwo­nię do niej, od­kąd się zmyła. A przez co? Przez moją byłą, która nie cał­kiem znik­nęła z ho­ry­zontu?

- Moż­liwe. - W ci­chym gło­sie Ro­mera dało się sły­szeć na­pię­cie. Koń­czył mo­co­wać ka­merę. Z tego, co mi po­wie­dział, usta­wił ją w gór­nym rogu półki z książ­kami i czę­ściowo przy­sło­nił ja­kimś plu­sza­kiem. - Jest młoda, ale wiele razy w ży­ciu była lek­ce­wa­żona.

- Amanda nic dla mnie nie zna­czy. To wrzód na du­pie, w do­datku zde­ter­mi­no­wany, żeby zruj­no­wać mi ży­cie. Ja­kim cu­dem to mia­łaby być moja wina? - Brzmia­łem jak roz­hi­ste­ry­zo­wana na­sto­latka. To przez Biankę się taki sta­łem. Za­mie­ni­łem się w skam­lącą suczkę, która bła­gała o wy­słu­cha­nie.

- A po­wie­dzia­łeś jej, że pa­piery roz­wo­dowe nie są pod­pi­sane?

- Czemu miał­bym to zro­bić?

- Przy­szło ci do głowy, że prze­mil­cze­nie tego może ozna­czać, że to jed­nak coś zna­czy?

- Skup się na ro­bo­cie, do cho­lery - roz­zło­ści­łem się.

Albo za­po­mniał, że go wi­dzę, albo miał to gdzieś, bo bez że­nady po­krę­cił głową, prze­wra­ca­jąc przy tym oczami.

- Skoń­czy­łem. Wy­cho­dzę.

- Za­cze­kaj - szep­ną­łem, bo z na­prze­ciwka zbli­żał się zna­jomo wy­glą­da­jący sa­mo­chód. - Chyba wra­cają.

- Kurwa.

Ro­mero znik­nął z oka ka­mery. Na ekra­nie ta­bletu za­uwa­ży­łem ruch drzwi od sy­pialni. Po­łą­cze­nie zo­stało ze­rwane, więc nie mia­łem po­ję­cia, co się działo. Pew­nie za­raz się do­wiem.

Pa­trzy­łem to na ekran ta­bletu, to na co­rollę, któ­rej re­flek­tory wła­śnie zga­sły. Bianka wy­sia­dła. W tej chwili cały świat prze­stał ist­nieć. Mia­łem w du­pie, czy Ro­mero zdąży wy­mknąć się z domu, za­nim Bianka i Char­lie wyjmą za­kupy z ba­gaż­nika.

Mia­łem w du­pie to, że jej oj­ciec swoim de­tek­ty­wi­stycz­nym no­sem za­pewne wy­niu­cha in­truza. Ro­mero był na tyle mą­dry, żeby nie per­fu­mo­wać się przed ta­kimi ak­cjami, tylko że Char­lie był praw­dzi­wym utra­pie­niem i de­spe­racko chciał spier­do­lić mi ży­cie. Nie zdzi­wił­bym się, gdyby wy­czuł, że coś było nie tak, bez względu na to, jak do­brze Ro­mero wy­ko­nał swoją ro­botę.

Na wi­dok Bianki wszystko to stra­ciło na zna­cze­niu. Na­prawdę mi­nęły tylko dwa dni? Jej uroda była bal­sa­mem dla mo­jej du­szy. Chło­ną­łem jej po­stać, jak zie­mia wchła­nia deszcz. Za­schło mi w gar­dle i wstrzy­ma­łem od­dech. Chcia­łem za­pa­mię­tać każdy szcze­gół.

Pa­trzy­łem, jak się śmiała, a chwilę póź­niej wzbra­niała się, kiedy Char­lie chciał za­brać od niej jedną z to­reb. Pew­nie my­ślał, że była dla niej za ciężka. Przy­naj­mniej wie­dzia­łem, że nie by­łem je­dy­nym męż­czy­zną, któ­rego po­moc od­trą­cała.

Na­gle przy­szło mi do głowy, że mógł­bym wy­siąść z sa­mo­chodu i po­dejść do niej. Nie mo­głaby mnie zi­gno­ro­wać. Na­ka­zał­bym jej, żeby wró­ciła ze mną do domu, tam, gdzie przy­na­le­żała. Jej miej­sce było ze mną, w mo­ich ra­mio­nach i w moim łóżku. Tam mo­głem jej pil­no­wać, chro­nić ją i wiel­bić.

Tylko tego chcia­łem. Dla­czego tego nie ro­zu­miała? Co mia­łem zro­bić, żeby przej­rzała na oczy i po­jęła, że po­trze­bo­wa­li­śmy sie­bie na­wza­jem?

- Spójrz na mnie - szep­ną­łem do sie­bie, kiedy sta­nęli na ganku. - Za­uważ mnie. Je­stem tu­taj. Do tego mnie zmu­si­łaś. Mu­szę się po­su­wać do ta­kich rze­czy, żeby móc o cie­bie dbać. Wiesz, że się nie pod­da­łem. Ni­gdy z cie­bie nie zre­zy­gnuję, na­wet je­śli wy­daje ci się, że masz mnie z głowy.

Kiedy Char­lie otwie­rał drzwi, Bianka rze­czy­wi­ście ro­zej­rzała się po ulicy. Jed­nak zro­biła to cał­ko­wi­cie od­ru­chowo, wo­dząc spoj­rze­niem po oko­licz­nych do­mach i za­par­ko­wa­nych przed nimi sa­mo­cho­dach. Omio­tła mnie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Za­ci­sną­łem zęby z fru­stra­cji. Dla­czego się nie do­my­ślała, że tu by­łem? Nie wy­czu­wała mo­jej obec­no­ści, tak jak ja czu­łem ją? Nie wy­war­łem na niej aż tak du­żego wra­że­nia?

Po chwili znik­nęła we wnę­trzu domu, w któ­rym roz­bły­sły świa­tła. Cze­ka­łem ze wstrzy­ma­nym od­de­chem, nie od­ry­wa­jąc wzroku od bu­dynku. Spo­dzie­wa­łem się, że usły­szę krzyk albo wy­strzał z pi­sto­letu.

Wtedy drzwi pa­sa­żera się otwo­rzyły, a ja aż pod­sko­czy­łem. Od­ru­chowo się­gną­łem do ka­bury.

- To tylko ja. - Ro­mero wsiadł i za­mknął za sobą drzwi, po czym opadł na fo­tel, ciężko dy­sząc. Miał spo­cone czoło. - Prze­bie­głem przez dwa ogrody i o mały włos nie skrę­ci­łem so­bie kostki, prze­ska­ku­jąc przez ogro­dze­nie. Już nie je­stem w tym tak do­bry jak za dzie­ciaka.

Po­nie­waż Char­lie nie wy­biegł z domu, ner­wowo roz­glą­da­jąc się po ulicy, Ro­mero naj­wy­raź­niej nie zo­sta­wił po so­bie żad­nych śla­dów.

- Do­bra ro­bota.

- Dzięki. - Spoj­rzał na mnie, marsz­cząc czoło. - Spa­damy stąd czy...

No tak, po­win­ni­śmy od­je­chać. Serce mi pę­kało na samą myśl, ale nie mia­łem in­nego wyj­ścia. Oglą­da­nie jej na ekra­nie i słu­cha­nie jej cie­płego głosu zbie­ra­nego przez mi­kro­fon ka­mery mi nie wy­star­czy. Wie­dzia­łem o tym. To, że ją zo­ba­czy­łem, nie zre­du­ko­wało mo­jej tę­sk­noty. Wręcz prze­ciw­nie. Te­raz jesz­cze bar­dziej jej pra­gną­łem.

Za wszelką cenę mu­sia­łem ją od­zy­skać. Kiedy po­now­nie będę ją miał u boku, wszystko po­to­czy się ina­czej. Żad­nych ta­jem­nic i kłamstw. Wy­cią­gną­łem z ostat­nich wy­da­rzeń lek­cję.

Je­śli mia­łem wy­bór mię­dzy utratą jej a otwo­rze­niem się przed nią, to ja­koś się przy­mu­szę do tego, żeby dzie­lić się sobą. Opo­wiem jej wszystko, co tylko jest warte opo­wie­dze­nia.

Ale nie mo­głem jej na­ra­żać na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Bar­dzo mnie bo­lało, że w tej chwili była bez­piecz­niej­sza niż ze mną.

Od­su­ną­łem od sie­bie mroczne my­śli i od­pa­li­łem sil­nik. Wie­dzia­łem, że mu­szę ją zo­sta­wić.

Nie na za­wsze, po­my­śla­łem. Bę­dziemy ra­zem, a kiedy już się tak sta­nie, spra­wię, że ni­gdy nie bę­dzie chciała ode mnie ucie­kać.

Bianka

- Miło, że zo­sta­łaś dziś w domu, żeby do­gląd­nąć swo­jego sta­ruszka. - Tata uło­żył ostat­nie pro­dukty w lo­dówce, wy­pro­sto­wał się i za­mknął drzwiczki. Na­stęp­nie spoj­rzał na mnie ba­daw­czo, jakby pró­bo­wał oce­nić mój na­strój. - Ale ju­tro nie mu­sisz brać wol­nego, żeby się mną opie­ko­wać. Nic mi nie jest, a ty nie mo­żesz stra­cić tej pracy.

- Wiem. - Od­wró­ci­łam się do niego ple­cami, żeby na­lać wodę do czaj­nika. To duża ulga, kiedy mo­głam roz­luź­nić mię­śnie twa­rzy. Za­kupy spo­żyw­cze za­jęły nam po­nad go­dzinę, a ja przez cały ten czas si­li­łam się na po­godną minę. By­łam znu­żona uda­wa­niem i bo­lały mnie mię­śnie po­licz­ków. Wszystko dla­tego, że nie chcia­łam się zdra­dzić z tym, co cho­dziło mi po gło­wie.

- Skar­bie, sły­sza­łaś, co po­wie­dzia­łem?

- Co? - Za­krę­ci­łam kran i od­sta­wi­łam czaj­nik na ku­chenkę. - Prze­pra­szam, woda wszystko za­głu­szyła.

- Ju­tro oboje idziemy do pracy. Póź­niej przy­rzą­dzę dla nas ko­la­cję. - Tata się­gnął po dzba­nek, żeby przy­go­to­wać mro­żoną her­batę. Kiedy by­łam dziec­kiem, za­wsze ją pi­li­śmy do ko­la­cji. Gdy po raz pierw­szy ja­dłam ko­la­cję w domu przy­ja­ciółki, zdzi­wi­łam się, że do pi­cia do­sta­łam wodę. My­śla­łam, że wszy­scy piją mro­żoną her­batę, taką z proszku.

Dzięki temu za­wsze mia­łam po­czu­cie, że uczest­ni­czę w przy­rzą­dza­niu po­siłku, bo to ja sy­pa­łam pro­szek do dzbanka i mie­sza­łam go z wodą. Póź­niej spraw­dza­łam, czy na­pój był wy­star­cza­jąco słodki. Mama pró­bo­wała jako druga i gło­śno chwa­liła: Dzię­kuję, że tak dziel­nie nam po­ma­gasz.

To cud, że w tych emo­cjach zdo­ła­łam co­kol­wiek ugo­to­wać. Tar­gała mną obawa, że wcho­dząc w re­la­cję z Cal­lu­mem, mo­głam w ja­kiś spo­sób zdra­dzić mamę. Nie po­ma­gało to, że w domu tak wiele rze­czy mi o niej przy­po­mi­nało. W skle­pie parę razy zda­rzyło mi się od­pły­nąć my­ślami i wło­żyć do ko­szyka pro­dukty, które tata już tam wrzu­cił. Grrr.

Czu­łam, że mu­szę się ja­koś otrzą­snąć z tego roz­ko­ja­rze­nia, które to­wa­rzy­szyło mi od dwóch dni. Kiedy wcho­dzi­li­śmy do domu, mo­gła­bym przy­siąc, że ktoś mnie ob­ser­wo­wał. To że­nu­jące, na­prawdę. To także ko­lejny do­wód na to, że Cal­lum nie­źle na­mie­szał mi w gło­wie. Prze­cież nor­malni męż­czyźni nie czają się w ciem­nych za­uł­kach, by szpie­go­wać ko­bietę, któ­rej - jak twier­dzą - pra­gną. Mu­sia­łam zmie­nić spo­sób my­śle­nia, żeby nie zwa­rio­wać.

A do tego pil­no­wać się przy ta­cie, co było wy­star­cza­ją­cym ob­cią­że­niem. Wa­ży­łam każde słowo i uni­ka­łam oczy­wi­stych te­ma­tów, które w tych oko­licz­no­ściach same się na­su­wały. Nie wy­po­mi­na­łam mu, że za­pu­ścił i sie­bie i dom. Nie py­ta­łam o to, co po­wie­dział o ma­mie i Cal­lu­mie, a do czego jesz­cze nie na­wią­zał ani sło­wem.

Sta­ra­łam się być cier­pliwa, li­cząc na to, że po­stąpi wła­ści­wie. Nie łu­dzi­łam się jed­nak, że sam pęk­nie i wy­rzuci z sie­bie wszystko. Ta in­for­ma­cja miała jed­nak dla mnie wielką wagę i za­słu­gi­wa­łam na to, żeby po­znać szcze­góły. Prze­cież cho­dziło o moją matkę.

Po­czu­łam ulgę, kiedy tata mnie po­słu­chał i po­szedł do sa­lonu obej­rzeć mecz. Chcia­łam na spo­koj­nie uło­żyć so­bie w gło­wie to, co po­wiem, kiedy już sią­dziemy do stołu.

Tato, chyba osza­leję, je­śli nie wy­ja­śnisz mi, co mia­łeś na my­śli, mó­wiąc, że Cal­lum za­mor­do­wał mamę. Tak, to z pew­no­ścią go za­chęci do zwie­rzeń i ani tro­chę nie wy­trąci z rów­no­wagi. Nie mia­łam pew­no­ści, czy pa­mię­tał, co po­wie­dział tam­tego wie­czoru, za­nim stra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Chcia­łam po­znać prawdę, ale w ten spo­sób ra­czej nie uzy­skam od niego żad­nych od­po­wie­dzi.

Naj­le­piej bę­dzie, je­śli zro­bię to sub­tel­nie. Hej, tato, po­przed­niego wie­czoru po­wie­dzia­łeś kilka rze­czy, o któ­rych chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać. To cał­kiem nor­malne. O mały włos nie upu­ści­łam ta­le­rzy, które aku­rat wyj­mo­wa­łam z szafki. Cal­lum. Mama. To nie­moż­liwe.

A może jed­nak re­alne?

Nie po­do­bała mi się taka wer­sja rze­czy­wi­sto­ści. Głów­nie z tego po­wodu nie po­roz­ma­wia­łam jesz­cze z tatą na ten te­mat. Nie po­tra­fi­łam od­gad­nąć mo­ty­wa­cji Cal­luma, dla­tego nie by­łam w sta­nie za­ak­cep­to­wać tego, że mo­głoby to być prawdą. Do cho­lery, prze­cież Cal­lum nie za­mor­do­wałby nie­win­nej mło­dej matki. Po­czu­łam go­rycz i nie­do­wie­rza­nie. Był zdolny do róż­nych rze­czy, ale nie był aż ta­kim po­two­rem.

Za­kła­da­łam, że mama w ża­den spo­sób nie za­wi­niła.

Durna pod­świa­do­mość. Moż­liwe, że tata nie chciał mi ni­czego zdra­dzać, bo ina­czej mu­siałby się ze mną po­dzie­lić in­for­ma­cją, któ­rej wo­lałby mi nie ujaw­niać. Mia­łam wtedy osiem lat i nic nie wie­dzia­łam o ży­ciu. Wiele spraw mo­gło umknąć mo­jej uwa­dze. Nie chcia­łam nisz­czyć ob­razu mamy, który prze­cho­wy­wa­łam w sercu, ale nie mia­łam in­nego wyj­ścia. Mu­sia­łam za­ry­zy­ko­wać i po­znać prawdę. A przy­naj­mniej mu­sia­łam się do­wie­dzieć, skąd tata miał pew­ność, że za­bił ją wła­śnie Cal­lum.

Ko­la­cja była już go­towa, a ja na­dal nie zna­la­złam w so­bie od­wagi, żeby po­ru­szyć ten te­mat. To że­nu­jące. Ogar­nij się, dziew­czyno. Dla­czego nie umia­łam z nim po­ga­dać? Ow­szem, nie mógł się do­wie­dzieć o tym, że by­łam z Cal­lu­mem, ani o tym, że Lu­cas na­umyśl­nie mnie po­trą­cił, ani też o tym, gdzie te­raz był... No tak, czyli nie mogę roz­ma­wiać z tatą o więk­szo­ści ostat­nich wy­da­rzeń z mo­jego ży­cia.

Ale to nie to samo. Za­wsze by­li­śmy ze sobą bli­sko, a utrata mamy po­łą­czyła nas w szcze­gólny spo­sób. O tym mo­głam z nim roz­ma­wiać szcze­rze.

- Gu­lasz? - Ucie­szył się tata na wi­dok dy­mią­cego garnka na ku­chence. Choć tak na­prawdę był to ma­ka­ron z mie­lo­nym mię­sem w so­sie po­mi­do­ro­wym. Jedno z mo­ich ulu­bio­nych dań z cza­sów dzie­ciń­stwa.

- Cią­gle wra­cam wspo­mnie­niami do prze­szło­ści - wy­zna­łam, kiedy tata na­kła­dał so­bie da­nie na ta­lerz. - Pa­mię­tam, kiedy mama na­uczyła mnie przy­rzą­dzać tę po­trawę. Cie­szę się, że zdą­ży­łam się od niej tego na­uczyć.

- Ja też. - Tata uśmiech­nął się z czu­ło­ścią i usiadł przy stole.

- W ta­kich mo­men­tach czuję, że mama na­dal jest z nami. - Mało tak­tow­nie? Może tro­chę, ale może jak będę dość ob­ce­sowa, to tata za­ła­pie alu­zję.

- Cie­szy mnie, że na­dal żyje w two­jej pa­mięci.

Kurwa mać. To praw­dziwe tor­tury. Tata był taki szczę­śliwy w tej chwili, jadł i uśmie­chał się, tym­cza­sem ja pla­no­wa­łam spro­wa­dzić go do par­teru, wspo­mi­na­jąc o bo­le­snej prze­szło­ści.

Ale to, co się działo, miało na niego ne­ga­tywny wpływ. A nie mo­głam prze­cież zo­stać w tym domu na za­wsze, choćby nie wiem, jak tata tego pra­gnął. Wie­dzia­łam, że po­win­nam przy­naj­mniej wy­ba­dać, przez co obec­nie prze­cho­dzi, skoro za­mie­rza­łam po­now­nie go opu­ścić.

Przy pierw­szym kę­sie ogar­nęła mnie me­lan­cho­lia, a do oczu na­pły­nęły mi łzy. Na­gle za­mie­ni­łam się w małą dziew­czynkę, która chcia­łaby wie­dzieć, dla­czego jej ma­mu­sia umarła. Prze­łknę­łam ma­ka­ron i gulę w gar­dle, zbie­ra­jąc w so­bie od­wagę, żeby się ode­zwać.

- Co pa­mię­tasz z tego wie­czoru, kiedy do cie­bie przy­je­cha­łam? - Wbi­łam wzrok w kwie­ci­sty ta­lerz, bo nie chcia­łam pa­trzeć, jak ta­cie przy­ga­sają oczy. Wie­dzia­łam, że gdy­bym te­raz na niego spoj­rzała, miałby po­zba­wioną ra­do­ści minę.

- Nie za wiele, ale dość, żeby mieć kaca mo­ral­nego. - Od­chrząk­nął, stu­ka­jąc wi­del­cem o ta­lerz. - Czemu py­tasz? Pal­ną­łem coś głu­piego? Wiesz, że nie na­leży wie­rzyć w to, co ktoś mówi po pi­jaku. Czło­wiek nie my­śli wtedy ra­cjo­nal­nie.

Tata chyba za­po­mniał, że na stu­diach miesz­ka­łam w aka­de­miku i nie do­pusz­czał do sie­bie my­śli, że im­pre­zo­wa­łam i że mo­gła­bym kie­dy­kol­wiek być pi­jana. Ale do­sko­nale wie­dzia­łam, że lu­dzie pod wpły­wem by­wają znacz­nie bar­dziej szcze­rzy niż na trzeźwo. Kiedy my­ślisz ra­cjo­nal­nie, cza­sem kła­miesz. Kiedy się upi­jesz, prawda sama z cie­bie wy­pływa.

- Nie pró­buj się tłu­ma­czyć - rzu­ci­łam, uśmie­cha­jąc się i pa­trząc na niego ką­tem oka. - Na­prawdę nic nie pa­mię­tasz? By­łeś w swoim po­koju i prze­glą­da­łeś zdję­cia. Póź­niej za­czą­łeś coś mó­wić o ma­mie.

Tata w mil­cze­niu pa­trzył na mnie. Nie wy­glą­dał na roz­złosz­czo­nego. Mia­łam wra­że­nie, że usi­ło­wał mnie wy­ba­dać.

- Pa­mię­tam, że wy­ją­łem z szafy pu­dełka. Prze­pra­szam, je­śli cię za­nie­po­ko­iłem. Cza­sem ro­bię się sen­ty­men­talny. - Uśmiech­nął się nie­mrawo, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. - Przy­ła­pa­łaś swo­jego sta­ruszka na tym, że cza­sem po­pada w me­lan­cho­lię i się upija. A może od­wrot­nie.

Na­stała prze­dłu­ża­jąca się ci­sza.

- Czy jest coś, co po­win­nam wie­dzieć na te­mat tego, jak mama zgi­nęła? Na przy­kład, że być może to nie był wy­pa­dek? - Po­wie­dzia­łam to bar­dziej oskar­ży­ciel­skim to­nem, niż za­mie­rza­łam, ale nie pa­no­wa­łam nad emo­cjami.

- Bianko...

- Mimo że od za­wsze mi wma­wia­łeś, że to był wy­pa­dek.

- Nic nie ro­zu­miesz. - Od­su­nął krze­sło, gło­śno szu­ra­jąc nim po pod­ło­dze. Za­mie­rzał mi się wy­mknąć, chciał uciec przed wy­ja­wie­niem prawdy. Ale ja nie mo­głam żyć w kłam­stwie. Po pro­stu nie mo­głam. - Ze­rwa­łam się z krze­sła, za­nim tata zdą­żył wyjść z kuchni. - Tato, bła­gam cię. Mu­szę po­znać prawdę. Co przede mną ukry­wasz?

Tata po­czer­wie­niał na twa­rzy i zmarsz­czył brwi.

- Przy­szło ci do głowy - wy­ce­dził dziw­nie spo­koj­nym to­nem - że mam swoje po­wody, dla któ­rych nie dzielę się wszyst­kim ze swoim dziec­kiem?

- Nie je­stem już dziec­kiem. - Ude­rzy­łam dło­nią w blat stołu tak mocno, że za­drżały sto­jące na nim szklanki. - I nie mogę tak po pro­stu za­po­mnieć o tym, co po­wie­dzia­łeś. Czy to prawda, że mamę za­mor­do­wano?

Tata się uśmiech­nął, co zbiło mnie z tropu.

- Nie, je­śli spy­tasz o to de­tek­ty­wów zaj­mu­ją­cych się tą sprawą.

- Co chcesz przez to po­wie­dzieć?

- Że ofi­cjal­nie to był wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy. Zwy­czajny wy­pa­dek. - Czy miał świa­do­mość, że po­cie­rał dłońmi o uda? Być może spo­ciły się mu z ner­wów.

Mną też szar­pało, więc do­brze to ro­zu­mia­łam.

Mu­sia­łam to zro­bić, na­wet je­śli mia­łam po­czu­cie, że zry­wam pla­ster z za­skle­pio­nej rany. Nie da­ruję so­bie, je­śli nie wy­ko­rzy­stam tej szansy.

- Jak brzmi inna wer­sja wy­da­rzeń? - wy­szep­ta­łam, za­sta­na­wia­jąc się, czy na pewno by­łam go­towa, żeby po­znać od­po­wiedź.

Kiedy tata wziął długi wdech, jego pierś roz­sze­rzyła się, co przy­po­mniało mi, że jest wy­spor­to­wa­nym i sil­nym męż­czy­zną. Prze­cież był za­le­d­wie rok star­szy od Cal­luma, a ja cza­sem o tym za­po­mi­na­łam. Nie po­do­bało mi się to, że wy­nisz­czał swój or­ga­nizm, pi­jąc w sa­mot­no­ści w za­nie­dba­nym domu. Może je­śli będę na­ci­skać, żeby wy­ja­wił mi prawdę, po­ra­dzi so­bie z tym, co go drę­czyło. Mimo że to, co usły­szę, za­pewne przy­spo­rzy cier­pie­nia i mnie.

- Inna wer­sja - za­czął, ścią­ga­jąc brwi i krzy­żu­jąc przed sobą ręce - jest taka, że pod­czas au­top­sji w gło­wie mamy zna­le­ziono kulę. - Wy­glą­dał na wście­kłego i za­ła­ma­nego jed­no­cze­śnie. - Od­no­to­wano to w pier­wot­nym ra­por­cie.

Zła­pa­łam za kra­wędź stołu, w oba­wie, że się prze­wrócę.

- Jak to w pier­wot­nym?

- Na­pi­sa­nym za­raz po au­top­sji, a przed na­nie­sie­niem po­pra­wek.

Osu­nę­łam się na krze­sło, tra­cąc siły w no­gach.

- Je­steś pe­wien, że ra­port zo­stał po­pra­wiony?

- Wi­dzia­łem ten pierw­szy przed zmia­nami. Znik­nął z mo­jego biurka i wszy­scy jak je­den mąż twier­dzili, że ni­gdy tam na­wet nie le­żał. Pró­bo­wali mi wma­wiać, że mama nie miała rany po­strza­ło­wej. Trak­to­wali mnie jak opę­ta­nego smut­kiem, ża­ło­snego wdowca.

- Ale... - Nie mo­głam zła­pać od­de­chu, a serce biło mi jak sza­lone. - Dla­czego?

- Tu na scenę wcho­dzi Cal­lum Tor­rio. - Tata spoj­rzał na mnie nieco ła­god­niej. - Przy­kro mi, skar­bie. Ze względu na twoją przy­jaźń z Ta­tum nie chcia­łem, że­byś wie­działa. Mia­łem świa­do­mość, że cię to za­boli, ale fak­tycz­nie po­win­naś znać prawdę. - Po­krę­cił głową. - Po­wi­nie­nem był ci to po­wie­dzieć dawno temu, za­nim tak się do sie­bie zbli­ży­ły­ście. Ta ro­dzina ozna­cza same kło­poty.

Tatą tar­gały ta­kie emo­cje, że cały się trząsł. W świe­tle lampy wi­szą­cej nad sto­łem jego twarz wy­glą­dała zło­wiesz­czo.

- Cal­lum wie­dział, że chcę go do­paść i że w końcu mia­łem coś, co po­zwo­li­łoby mi go przy­skrzy­nić. Nie mo­głem mu od­pu­ścić. Tyle rze­czy ucho­dziło mu na su­cho. Ten fa­cet jest jak kaczka, wszystko po nim spływa.

Po­win­nam była mil­czeć. Ale tata nie po­wi­nien był kła­mać. Skąd mo­głam wie­dzieć, co ta roz­mowa przy­nie­sie?

To żadne za­sko­cze­nie, że tata i Cal­lum mieli coś do sie­bie, ale są­dzi­łam, że cho­dziło o nie­le­galne dzia­ła­nia Cal­luma, za które ni­gdy nie po­no­sił kary, i po­czu­cie obo­wiązku taty, które ka­zało mu za wszelką cenę wal­czyć z ko­rup­cją. Tym­cza­sem cho­dziło o coś wię­cej.

- Wie­dział? Je­steś pe­wien?

- Nie by­łem szcze­gól­nie dys­kretny - prych­nął. - Do­sko­nale wie­dział, że do­rwa­nie go stało się moją cho­lerną mi­sją.

Za­czy­na­łam to do­strze­gać, choć wo­la­ła­bym za­mknąć oczy i uda­wać, że nie było to tak wy­raźne.

- Strze­lił two­jej matce w głowę, żeby mnie ostrzec - pod­su­mo­wał tata po­nuro. - Wiem, że to nie­przy­jemne. Od lat po­wta­rzam so­bie, że Ta­tum nie jest jak jej oj­ciec, ale z cza­sem przej­mie jego wzorce. Bez względu na to, jak do­brą jest osobą i jak bar­dzo stara się żyć ina­czej niż on, w jej ży­łach pły­nie jego krew. - Tata roz­ch­mu­rzył się i na­wet uśmiech­nął. - Te­raz, skoro mam już wszystko, czego szu­ka­łem, na­resz­cie mogę to ujaw­nić i zde­men­to­wać fał­szywą wer­sję.

- Co masz? - wy­dy­sza­łam.

- Tę ory­gi­nalną au­top­sję. Kto­kol­wiek miał ją usu­nąć z ar­chi­wum, nie spi­sał się. Choć zna­le­zie­nie jej wy­ma­gało sporo grze­ba­nia.

Każda jego od­po­wiedź ro­dziła ko­lejne py­ta­nia.

- Nie ro­zu­miem. Kto mógłby ukryć ten do­ku­ment?

- Sko­rum­po­wany glina. Ko­rup­cja od lat zżera na­szą jed­nostkę. To dzięki niej Cal­lum unika od­po­wie­dzial­no­ści za wszystko, co robi. Dzięki ła­pów­kar­stwu ra­port z au­top­sji mamy zo­stał sfał­szo­wany tak, żeby nikt nie po­wią­zał Cal­luma z jej śmier­cią. Tyle lat mi­nęło, a twoja matka nie może spo­czy­wać w spo­koju, bo ten drań cho­dzi wolno i po­peł­nia ko­lejne zbrod­nie. Pie­nią­dze mogą ku­pić wol­ność, ale nie można od­wró­cić wzroku od prawdy, kiedy się ją ma pod no­sem.

- Prze­stań - szep­nę­łam, za­my­ka­jąc oczy. - Nie zniosę tego. - Nie chcia­łam, żeby za­sie­wał we mnie wąt­pli­wo­ści, czy mama spo­czywa w spo­koju, czy nie. Rów­nie do­brze mógłby mi wbić nóż w serce. Nie po­trze­bo­wa­łam ko­lej­nych do­wo­dów na to, że po­win­nam ża­ło­wać każ­dej de­cy­zji pod­ję­tej w mi­nio­nych mie­sią­cach. To, co tata mó­wił, miało sens. Nie chcia­łam w to wie­rzyć, ale nie mo­głam uda­wać, że ele­menty tej ukła­danki do sie­bie nie pa­so­wały.

Je­den ele­ment zna­cząco od­sta­wał od reszty, lecz nie chcia­łam te­raz o tym mó­wić. Choć praw­do­po­dob­nie był on naj­waż­niej­szy. Cal­lum nie za­biłby nie­win­nej ko­biety tylko po to, żeby dać ko­muś ostrze­że­nie. Zna­łam go zbyt do­brze, żeby uwie­rzyć, że byłby do tego zdolny. Tyle że nie po­win­nam go znać w taki spo­sób, prawda? Wła­śnie dla­tego po­sta­no­wi­łam trzy­mać ję­zyk za zę­bami. Nie mo­głam sta­nąć w jego obro­nie. Tata na­brałby ja­kichś po­dej­rzeń.

Cal­lum nie byłby do tego zdolny. Nie mógłby tego zro­bić.

To się wy­da­rzyło trzy­na­ście lat temu. Praw­do­po­dob­nie był wtedy zu­peł­nie in­nym czło­wie­kiem. Mimo to nie uwie­rzy­łam, że mógłby tak po­stą­pić. Wbrew temu, że sły­sza­łam, jak wy­gła­szał po­gróżki, i że wi­dzia­łam, z jaką ła­two­ścią strze­lał lu­dziom w głowy. Moje zbo­lałe serce pod­po­wia­dało mi, że to nie była prawda. Na­gle mnie ze­mdliło. Ze­rwa­łam się z krze­sła i w ostat­niej chwili do­pa­dłam zlewu. O Jezu. To nie może być prawdą. Wszystko to kłam­stwo. Na­wet je­śli bę­dzie to ozna­czało, że tata tra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

- Przy­kro mi - wy­mam­ro­tał tata, sta­jąc za mną, kiedy prze­sta­łam w końcu wy­mio­to­wać. - Na­prawdę, skar­bie. Nie chcia­łem, że­byś się do­wie­działa. Prawda bywa pa­skudna.

Tak też można to ująć. Cała się trzę­słam, kiedy po­chy­lona nad zle­wem, prze­płu­ki­wa­łam usta. Tata przez tyle lat chciał do­rwać Cal­luma, a ja się z nim pie­przy­łam. To chore. Po­now­nie za­ci­snęło mnie w żo­łądku.

Gwał­tow­nie się wy­pro­sto­wa­łam, bo roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Serce po­de­szło mi do gar­dła i na­gle za­czę­łam się in­ten­syw­nie po­cić. Nie byłby do tego zdolny. Nie mógłby tego zro­bić. Je­śli to on, to miał fa­talne wy­czu­cie czasu. Ale nie są­dzi­łam, żeby się tu­taj po­ka­zał, a przy­naj­mniej nie pod obec­ność taty.

Chyba że za­mie­rzał mnie po­rwać i za­brać do sie­bie. Wie­dzia­łam, że taki sce­na­riusz był praw­do­po­dobny. Cal­lum był zdolny do wszyst­kiego. Na­wet do... Nie. Tego by nie zro­bił. Nie za­mor­do­wałby nie­win­nej osoby. Po­wta­rza­łam so­bie tę myśl w gło­wie, jak man­trę. Po­sta­no­wi­łam się jej trzy­mać, jak koła ra­tun­ko­wego, li­cząc na to, że utrzyma mnie na po­wierzchni tego ba­gna.

Tata po­szedł otwo­rzyć. Ob­ró­ci­łam się w kie­runku wej­ścia, kiedy do­biegł mnie jego ostry i sta­now­czy ton:

- Nie mo­żesz się z nią te­raz zo­ba­czyć. Je­ste­śmy w samy środku cze­goś waż­nego.

- Chcę z nią po­roz­ma­wiać. - Nie był to głę­boki, mę­ski tembr, ale ser­deczny głos mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Po­czu­łam tak dużą ulgę, że o mały włos się nie roz­pła­ka­łam. - Chcę się upew­nić, że wszystko u niej w po­rządku - upie­rała się.

Tata ro­ze­śmiał się sztucz­nie, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że nie­po­trzeb­nie się mar­twiła.

- Oczy­wi­ście, że wszystko u niej w po­rządku. Dla­czego mia­łoby być ina­czej?

- Ro­zu­miem, ale wo­la­ła­bym prze­ko­nać się o tym na wła­sne oczy.

- Ro­zu­miem, ale to mój dom i dziś nie przyj­muję go­ści. Wła­śnie jemy ko­la­cję. - Tata po­krę­cił głową. - Zresztą to nie twoja sprawa. Le­piej już so­bie idź - rzu­cił twardo, aku­rat, kiedy sta­nę­łam za jego ple­cami. Z nie­do­wie­rza­niem spoj­rza­łam mu przez ra­mię. To na­prawdę była ona.

Ja­sne, że roz­po­zna­wa­łam jej głos, ale mu­sia­łam ją zo­ba­czyć, żeby uwie­rzyć, że tu jest. Stała na ganku z rę­kami sple­cio­nymi na brzu­chu. Gniew­nie pa­trzyła na tatę, a jej mina su­ge­ro­wała, że le­piej z nią nie za­dzie­rać.

- Zejdź mi z drogi - od­pa­ro­wała. - Bianka jest moją przy­ja­ciółką i do­ro­słą ko­bietą. Je­śli nie chce mnie wi­dzieć, musi mi to sama po­wie­dzieć.

Wie­dzia­łam, że się nie ugnie. Bio­rąc pod uwagę to, że jej oj­ciec przy­pusz­czal­nie za­bił moją mamę, nie mia­łam po­ję­cia, jak się te­raz za­cho­wać.

Cal­lum

- Nie miał­bym nic prze­ciwko tej grze po­zo­rów, gdym nie wie­dział, że to cał­ko­wita strata czasu - na­rze­ka­łem, prze­cho­dząc przez duże szklane drzwi w biu­rze praw­ni­czym. Nie zdzi­wiło mnie, że o dwu­dzie­stej pierw­szej tak wiele osób na­dal pra­co­wało, po­si­la­jąc się kawą i na­po­jami ener­ge­ty­zu­ją­cymi. Za­trzy­ma­li­śmy się przy pu­stym biurku re­cep­cjo­nistki, która jako jedna z nie­licz­nych po­szła już do domu. Ro­mero wy­słał ese­mesa do Boba, żeby go po­in­for­mo­wać, że je­ste­śmy.

- My­ślisz, że już przy­szła? - spy­tał Ro­mero. Za­le­d­wie go­dzinę temu miał na so­bie czarne, spor­towe ubra­nie, które za­mie­nił na gar­ni­tur, nieco bar­dziej pa­su­jący do ta­kiej wi­zyty. Trudo by­łoby się do­my­ślić, że miał na kon­cie wtar­gnię­cie do domu.

Moja eks da­wała mi ko­lejny po­wód do tego, żeby jej nie­na­wi­dzić: wo­lał­bym te­raz sie­dzieć w domu i oglą­dać ob­raz z ka­mery wi­deo, na­da­ją­cej z po­koju Bianki, za­miast prze­by­wać w biu­rze praw­ni­czym o tak póź­nej po­rze. Szcze­gól­nie że to spo­tka­nie za­koń­czy się ni­czym.

- Na pewno nie - wy­ce­dzi­łem, uno­sząc rękę na wi­dok zbli­ża­ją­cego się do nas Boba. - Za­cznijmy od tego, że spo­tka­nie o tej po­rze było jej po­my­słem. Je­stem prze­ko­nany, że tro­chę so­bie na nią po­cze­kamy. To jej ty­powy spo­sób funk­cjo­no­wa­nia. Za­wsze chce być górą.

W ta­kich sy­tu­acjach na­prawdę nie mogę so­bie przy­po­mnieć, co ta­kiego w niej wi­dzia­łem. Co mnie do niej przy­cią­gnęło oprócz jej wy­glądu? Dla­czego zo­sta­łem po tym, jak się prze­spa­li­śmy ze sobą, a na świe­cie nie było jesz­cze Ta­tum? Kurwa, czemu ja się z nią w ogóle oże­ni­łem? Czemu się łu­dzi­łem, że łą­czyło nas coś praw­dzi­wego?

To było za­uro­cze­nie. Nie zna­łem wcze­śniej ta­kiej ko­biety. Nie chciała je­dy­nie doić ze mnie kasy i że­ro­wać na moim suk­ce­sie. Sama też pra­gnęła do cze­goś dojść. Chciała, że­by­śmy oboje od­no­sili suk­cesy. Po­py­chała mnie do tego, że­bym ro­bił co­raz więk­sze rze­czy i że­bym sta­wał się lep­szą wer­sją tego bied­nego chło­paka, któ­rego oj­ciec na­dal miesz­kał w za­pa­dłej dziu­rze.

W pew­nym sen­sie to jej za­wdzię­czam swoje osią­gnię­cia, po­nie­waż mnie do nich za­chę­cała. Dzięki jej po­zba­wio­nemu skru­pu­łów po­dej­ściu do ży­cia do­sze­dłem tu, gdzie te­raz by­łem. Już ro­zu­mia­łem, że nie kie­ro­wała się mi­ło­ścią ani szczerą chę­cią wspie­ra­nia mnie, bo do­strze­gała we mnie po­ten­cjał. Pra­gnęła tego wszyst­kiego dla sie­bie i zrzą­dze­niem losu na­tknęła się na chęt­nego głupka, który wła­śnie za­czy­nał się piąć po dra­bi­nie suk­cesu.

Mie­li­śmy ra­zem bu­do­wać im­pe­rium. Dla nas. Wspólne ży­cie, ro­dzina, spu­ści­zna.

Na swoje nie­szczę­ście nie po­tra­fiła się ni­czym na­sy­cić.

Tak jak daw­niej dziś na­dal sto­so­wała róż­nego ro­dzaju ma­ni­pu­la­cje.

Bob zro­bił kwa­śną minę, kiedy uści­snął moją dłoń.

- Przy­kro mi, że nie udało mi się jej prze­ko­nać na spo­tka­nie o bar­dziej ludz­kiej po­rze - za­czął. Pa­mię­tam czasy, kiedy nie zna­łem tego czło­wieka i nie po­trze­bo­wa­łem jego usług. To nie­sa­mo­wite, z jaką na­iw­no­ścią za­ło­ży­łem, że ta re­la­cja po­trwa krótko.

- Przy­wy­kłem już, żeby spo­dzie­wać się po niej naj­gor­szego - za­pew­ni­łem go. - Wiem, że zro­bi­łeś, co mo­głeś.

Męż­czy­zna ode­tchnął z ulgą. Przy­pusz­czam, że praca ze zna­nym han­dla­rzem bro­nią o dość burz­li­wej re­pu­ta­cji może czło­wieka przy­pra­wić o wrzody.

- Na­pi­je­cie się cze­goś? - spy­tał Bob, pro­wa­dząc nas do sali kon­fe­ren­cyj­nej. - Praw­nicy Amandy też się pew­nie spóź­nią.

Wy­mie­ni­łem z Ro­me­rem po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie.

- Czy któ­raś z jej pa­pug po­wie­działa ci, co jest tak cho­ler­nie ważne, że mu­sie­li­śmy się spo­tkać w środku ty­go­dnia, i to o tak póź­nej po­rze? - spy­tał Ro­mero, omia­ta­jąc wzro­kiem salę. Miał już taki na­wyk, że spraw­dzał, czy jest bez­piecz­nie. Za­pewne nie­wiele miejsc było bez­piecz­niej­szych niż to, ale on mu­siał zro­bić swoje. Oprócz sa­mego po­miesz­cze­nia zlu­stro­wał też okna bu­dyn­ków na­prze­ciwko.

Bob nie­znacz­nie po­krę­cił głową, kiedy Ro­mero za­czął opusz­czać ro­lety, ale nie sko­men­to­wał tego.

- Tylko tyle, że to ja­kaś pa­ląca sprawa. - Spoj­rzał na mnie ze współ­czu­ciem. - Mam na­dzieję, że w końcu zmą­drzała.

Taaa, a ja mam na­dzieję, że Święty Mi­ko­łaj przy­nie­sie mi w tym roku pre­zenty.

Ja­kieś pięć po dwu­dzie­stej pierw­szej za oszkloną salą kon­fe­ren­cyjną po­ja­wiło się sze­ściu męż­czy­zna w ciem­nych gar­ni­tu­rach. Na ich czele, we wła­snej oso­bie, szła żmija, z którą oże­ni­łem się w zbyt mło­dym wieku, po­peł­nia­jąc ży­ciowy błąd. Była wy­pie­lę­gno­wana i wy­stro­jona, jakby wła­śnie wy­szła ze SPA. Blond włosy ze­brała w ku­cyk tuż nad kar­kiem. Jej szpilki pew­nie stu­kały o po­sadzkę. Miała na so­bie czer­woną gar­sonkę o biz­ne­so­wym kroju, przez co całą uwagę ścią­gała na sie­bie.

- Usiądźmy - za­pro­po­no­wał Bob.

Z roz­ba­wie­niem pa­trzy­łem, jak praw­nicy Amandy zaj­mo­wali miej­sca po dru­giej stro­nie dłu­giego, po­ły­sku­ją­cego stołu. Amanda dys­kret­nie ski­nęła głową na po­wi­ta­nie, nie ra­cząc na­wet na mnie spoj­rzeć. Za­do­wo­lona z sie­bie, nieco jakby roz­ba­wiona, z tru­dem po­wstrzy­my­wała uśmiech. Po­sta­no­wi­łem nie oka­zy­wać żad­nych emo­cji. W dzie­cinny spo­sób chciała wy­pro­wa­dzić mnie z rów­no­wagi.

Je­den z jej praw­ni­ków od­chrząk­nął i spoj­rzał po swo­ich ko­le­gach, upew­nia­jąc się, że są go­towi, by za­cząć.

- Pa­nie Tor­rio.

- Pro­szę zwra­cać się do mnie - oznaj­mił Bob, uci­na­jąc wy­po­wiedź męż­czy­zny. - Będę się wy­po­wia­dał w imie­niu pana Tor­rio.

Amanda zro­biła zdzi­wioną minę.

- Stra­ci­łeś głos? - spy­tała. - Trzeba było się tak nie wy­dzie­rać, kiedy od­wie­dzi­łam cię w domu w week­end.

Bob po­pra­wił się na krze­śle.

- Wy­daje mi się, że usta­li­li­śmy, iż żadna ze stron nie bę­dzie wi­zy­to­wała nie­ru­cho­mo­ści dru­giej strony bez wcze­śniej­szego po­ro­zu­mie­nia się z praw­ni­kami. A o tej wi­zy­cie pierw­sze sły­szę.

Głu­pia cipa. Mina jej zrze­dła, kiedy uświa­do­miła so­bie, że sama na sie­bie za­sta­wiła pu­łapkę, ale szybko od­zy­skała wi­gor.

- Mar­twi­łam się o córkę.

- W ta­kim ra­zie, z ja­kiego po­wodu pan Tor­rio miałby krzy­czeć na pa­nią? - szybko spy­tał Bob. - Panna Tor­rio zaj­muje osobne skrzy­dło domu. Nie mu­siała pani w ogóle mieć kon­taktu z pa­nem Tor­rio.

Amanda po­czer­wie­niała ze zło­ści. Ro­mero, który sie­dział po mo­jej le­wej, prych­nął ci­cho. Ja za­cho­wa­łem po­ke­rową twarz. To moja naj­więk­sza broń. Obo­jęt­ność działa na nią bar­dziej niż krzyki czy groźby. Jak więk­szość ty­ra­nów nie zno­siła, kiedy ją igno­ro­wano. Je­śli jej za­cho­wa­nie wy­wo­ła­łoby we mnie re­ak­cję emo­cjo­nalną, wpadł­bym w jej si­dła.

- Na­sza klientka przy­pusz­cza, że jej mę­żowi bar­dziej za­leży na osią­gnię­ciu po­ro­zu­mie­nia - oznaj­mił ko­lejny z jej praw­ni­ków. - Je­śli to prawda, to pora do­ko­nać osta­tecz­nych usta­leń. Przy­go­to­wa­li­śmy nową pro­po­zy­cję ugody. Obej­muje ona mię­dzy in­nymi wyż­sze mie­sięczne ali­menty do czasu, aż pan Tor­rio po­now­nie się ożeni.

- To wy­klu­czone - od­pa­ro­wał Bob, na­wet nie prze­glą­da­jąc pod­su­nię­tych mu przez męż­czy­znę pa­pie­rów. - Ali­menty zo­stają na ta­kim po­zio­mie, jaki zo­sta­nie usta­lony przez sąd, a ugoda, którą pan Tor­rio za­pro­po­no­wał w po­cząt­ko­wej fa­zie po­stę­po­wa­nia roz­wo­do­wego, jest bar­dzo hojna. Pan Tor­rio jest rów­nież go­tów do­rzu­cić kilka in­we­sty­cji i dom w Vail. To mak­sy­malna oferta. Moż­liwe jest na­to­miast jej ob­ni­że­nie.

Pra­wie nie mru­ga­łem. Po pro­stu bez­na­mięt­nie pa­trzy­łem po­nad sto­łem na ko­bietę, którą kie­dyś, jak mi się zda­wało, ko­cha­łem. Za­bawne, bo wi­dzia­łem tylko to, co chcia­łem zo­ba­czyć. Kurde, jej am­bi­cja mnie krę­ciła. Tak samo jak jej cycki, nogi i usta, które ssały ku­tasa z mocą od­ku­rza­cza. Wtedy nie wie­dzia­łem, że mię­dzy am­bi­cją i bez­względ­no­ścią leży bar­dzo cienka gra­nica. Dziś już to ro­zu­mia­łem.

- Je­śli pani Tor­rio za­leży na uzy­ska­niu więk­szych pie­nię­dzy - cią­gnął Bob - po pod­pi­sa­niu nie­zbęd­nych umów może sprze­dać dom w Vail. Może rów­nież spie­nię­żyć in­we­sty­cje, choć to by­łoby błę­dem. Za­bi­łaby kurę zno­szącą złote jaja. Nie­mniej jed­nak, jest do­ro­słą ko­bietą, która sama może de­cy­do­wać o ta­kich spra­wach.

Praw­nicy Amandy wy­mie­nili spoj­rze­nia.

- W ta­kim ra­zie nie doj­dziemy do po­ro­zu­mie­nia - wy­ce­dził je­den z nich, pa­trząc na Amandę.

Ki­piała ze zło­ści. Pie­czo­ło­wi­cie zbu­do­wany wi­ze­ru­nek w każ­dej chwili mógł lec w gru­zach. Była po­zerką. No­siła do­brze do­pa­so­waną ma­skę. Nie było w niej ani krzty szcze­ro­ści. Prze­ma­wiała przez nią roz­dzie­ra­jąca pustka i po­czu­cie nie­szczę­ścia.

Dziś już to wie­dzia­łem. Wie­dzia­łem też, co to zna­czy być z ko­bietą, która ma du­szę, jest cie­pła i szcze­rze ser­deczna. Taką, któ­rej fak­tycz­nie za­leży na lu­dziach: na Ta­tum, jej ojcu i cho­lera, na­wet na Lu­ca­sie. Prze­cież chciała go bro­nić, mimo że ją po­trą­cił. Oka­zała wię­cej współ­czu­cia w tej jed­nej sy­tu­acji niż Amanda przez całe swoje ży­cie.

Ko­bieta, która sie­działa po dru­giej stro­nie stołu, oplo­tła so­bie tego mło­kosa wo­kół pa­luszka i za­szcze­piła mu fa­talne idee. Nie była skłonna się do tego przy­znać, ale nie mu­siała tego ro­bić. Po­czu­cie winy, które od­ma­lo­wało się na jej twa­rzy, gdy rzu­ci­łem oskar­że­nia w jej stronę wtedy w mo­jej sy­pialni, mó­wiło samo za sie­bie. Przy­po­mi­nała dziecko przy­ła­pane na ro­bie­niu cze­goś, czego ro­bić nie po­winno.

To upo­ka­rza­jące, na­wet jak dla niej. Nie miała w zwy­czaju sama wy­ko­ny­wać brud­nej ro­boty. Na­ci­skała na mnie, wy­mu­szała, że­bym się­gał po jesz­cze wię­cej wła­dzy, my­śląc wy­łącz­nie o za­spo­ko­je­niu swo­ich nie­skoń­czo­nych po­trzeb ma­te­rial­nych. A po­tem, jak już mia­łem dość jej ma­ni­pu­la­cji, za­mie­niła mnie na in­nych męż­czyzn. Te­raz miała całą dru­żynę nie­ma­ją­cych o ni­czym po­ję­cia dup­ków, któ­rzy od­wa­lali za nią naj­gor­szą ro­botę i wal­czyli o to, żeby do­stała wię­cej, niż na to za­słu­gi­wała.

- Aż tak bar­dzo chcesz mnie wy­chu­jać? - W jej gło­sie sły­chać było nie­do­wie­rza­nie. - Na­prawdę od­rzu­cisz tę pro­po­zy­cję, na­wet nie prze­czy­taw­szy, co w niej jest? Cal­lum, taka mści­wość i skąp­stwo nie są do cie­bie po­dobne.

Za­ci­sną­łem zęby z wście­kło­ści. Mia­łem ochotę po­wie­dzieć jej, że w ogóle mnie nie znała, że nie miała po­ję­cia, kim je­stem, ale wie­dzia­łem, że nic, co po­wiem, nie mia­łoby zna­cze­nia.

- Skoro za prze­jaw skąp­stwa uważa pani to, że pan Tor­rio chce od­dać pani mi­liony do­la­rów, to oczy­wi­ste, że ni­gdy się nie po­ro­zu­miemy. Pani Tor­rio, zaj­muję się kon­flik­tami mał­żeń­skimi i ugo­dami roz­wo­do­wymi od trzy­dzie­stu lat i ni­gdy jesz­cze nie ma­iłem klienta, który chciałby od­dać tak po­kaźny pro­cent war­to­ści swo­jego ma­jątku. Pan Tor­rio ani razu nie gro­ził, że ob­niży pier­wotną ofertę. On je­dy­nie od­ma­wia jej zwięk­sza­nia. Nie je­stem pani praw­ni­kiem, ale je­śli miał­bym coś do­ra­dzić, to su­ge­ro­wał­bym przy­ję­cie tej pro­po­zy­cji.

- Czyli nie do­stanę na­wet zła­ma­nego gro­sza wię­cej? - Amanda skrzy­żo­wała przed sobą ra­miona i unio­sła brew. - Ani centa? - Przy­chy­liła głowę, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie. - My­śla­łam, że te­raz masz więk­szą mo­ty­wa­cję. - W jej pu­stych oczach roz­bły­sły we­sołe cho­chliki, przez które zje­żyły mi się włosy na karku. Nie dam jej tej sa­tys­fak­cji i nie wy­buchnę, choć ona wy­raź­nie na to li­czyła. Nie zro­bię tego przy tylu świad­kach.

- Nie po­winna pani... - Je­den z jej praw­ni­ków pró­bo­wał ją tro­chę wy­ha­mo­wać, ale zi­gno­ro­wała jego ra­cjo­nalny głos. Za­wsze tak po­stę­po­wała.

- Nie spie­szy ci się z pod­pi­sa­niem pa­pie­rów? - cią­gnęła, trze­po­cząc rzę­sami, jakby miało mnie to ru­szyć. - Czy nie chciał­byś być wolny, przy­naj­mniej pod wzglę­dem praw­nym? Dzięki temu mógł­byś ru­szyć ze swoim ży­ciem do przodu.

Ro­mero wy­pro­sto­wał się na krze­śle, ale dys­kret­nie da­łem mu znak, żeby się opa­no­wał. Amanda do­piero się roz­krę­cała i nie­ba­wem za­cznie się pie­klić. Im dłu­żej za­cho­wam spo­kój i nie będę re­ago­wał, tym sil­niej­sza sta­nie się jej złość. Strzeli so­bie w stopę, jak za­wsze. To tylko kwe­stia czasu.

- Dla obojga pań­stwa by­łoby do­brze dojść do po­ro­zu­mie­nia, żeby każdy był wolny - za­uwa­żył sta­now­czo Bob. Tra­cił pa­no­wa­nie na sy­tu­acją i do­sko­nale o tym wie­dział.

- Pani Tor­rio ode­grała zna­czącą rolę w suk­ce­sie pana Tor­rio - za­uwa­żył je­den z praw­ni­ków Amandy. - Na­sza klientka chce zo­stać za to wy­na­gro­dzona.

- Pani Tor­rio miała nie­sa­mo­wi­cie kom­for­towe ży­cie u boku swo­jego męża - ri­po­sto­wał Bob - i z tego, co wi­dać, na­dal ta­kie wie­dzie. Pan Tor­rio wy­stą­pił o roz­wód, kiedy oka­zało się, że jego żona wie­lo­krot­nie do­pu­ściła się zdrady. Gdyby nie to, być może w ogóle by­śmy się tu nie spo­tkali. - Bob spoj­rzał na ze­ga­rek. - Wszy­scy tra­cimy czas. Albo pani Tor­rio pod­pi­sze do­ku­menty w obec­nym brzmie­niu, albo za­czniemy za­wę­żać na­szą ofertę.

Amanda od­dy­chała ciężko, a ja po­zo­sta­wa­łem nie­wzru­szony. Pa­trzy­łem na nią bez oka­zy­wa­nia choćby cie­nia emo­cji.

- Mam pe­wien po­mysł - syk­nęła jak żmija szy­ku­jąca się do ataku. Skoń­czyły się jej ar­gu­menty, a w ta­kich sy­tu­acjach po­tra­fiła re­ago­wać tylko przez za­da­nie ciosu po­ni­żej pasa. - Je­śli rzu­cisz tę swoją dziwkę, to może pod­pi­szę te pa­piery.

Ro­mero jęk­nął, Bob się za­po­wie­trzył, a ja wsta­łem.

Amanda pa­trzyła na mnie ze zło­śli­wo­ścią. Na­chy­li­łem się w jej stronę, kła­dąc dło­nie na bla­cie stołu. Krew bu­zo­wała mi w ży­łach. Nie do wiary, że kie­dyś mia­łem ją za atrak­cyjną ko­bietę.

- Do­brze wiesz, jak to jest być dziwką - wark­ną­łem. - Prze­cież tylko o to ci cho­dzi, o pie­nią­dze. A każ­dej dziwce je­dy­nie na tym za­leży.

- Cal­lum - rzu­cił Bob ostrze­gaw­czo.

Ro­mero także wstał, ale zi­gno­ro­wa­łem to, tak samo jak głos Boba. Nie ru­szyło mnie też to, że praw­nicy Amandy tro­chę od­su­nęli od niej krze­sła, jakby się bali, że do­staną ry­ko­sze­tem.

Amanda na­wet nie mru­gnęła. Nie od­wró­ciła też wzroku.

- Chcesz po­wie­dzieć, że jej na nich nie za­leży? Po co in­nego taka młoda ko­bieta mia­łaby się za­da­wać z ta­kim sta­rym pry­kiem jak ty? Masz kry­zys wieku śred­niego. Ty­powe. - Za­śmiała się, krę­cąc przy tym głową. - Wie­dzia­łam, że je­steś zdolny do wielu rze­czy, ale ni­gdy nie są­dzi­łam, że bę­dziesz się uga­niał za dziew­czyną w wieku wła­snej córki. Jak długo to trwa? Była już peł­no­let­nia, jak za­czą­łeś ją po­su­wać?

- Za­milcz! - Ude­rzy­łem dłońmi o blat tak mocno, że wszy­scy aż pod­sko­czyli. Amanda także. Je­den z jej praw­ni­ków wstał z krze­sła i sta­nął przy oszklo­nej ścia­nie.

- Nie masz prawa o niej mó­wić. Nie masz po­ję­cia, co nas łą­czy, ale skąd mia­ła­byś to wie­dzieć? - Ner­wowo wy­rzu­ca­łem z sie­bie słowa.

Ro­mero chwy­cił mnie za barki, by od­cią­gnąć mnie od stołu. I do­brze. Ina­czej mógł­bym przejść na jego drugą stronę i skrę­cić jej kark.

- Ro­zu­miesz tylko pier­do­lone wy­ciągi z konta ban­ko­wego. A jak my­ślisz, że nie znajdę spo­sobu, że­byś za­pła­ciła za to, co zro­bi­łaś mi i Ta­tum, to cał­kiem oci­pia­łaś!

- Sze­fie, wy­star­czy - rzu­cił Ro­mero, cią­gnąc mnie pod okna. Sta­nął przede mną, żeby od­dzie­lić mnie od tej wred­nej suki, która na­dal pa­trzyła na mnie z wście­kło­ścią.

Kurwa mać. Nie by­łem z sie­bie dumny. Tyle wy­siłku wkła­da­łem w to, żeby nie dać się jej spro­wo­ko­wać, ale da­łem się zła­mać. Wy­do­była ze mnie re­ak­cję, na którą cze­kała.

- Przy­się­gam - do­da­łem, omi­ja­jąc Ro­mera. - Do­sta­niesz to, na co za­słu­gu­jesz. Z na­wiązką. Wszyst­kie gów­niane rze­czy, które na­ro­bi­łaś, ob­rócą się prze­ciwko to­bie. Do­sta­niesz po tyłku. Mam na­dzieję, że będę mógł to zo­ba­czyć na wła­sne oczy.

- Czy to groźba? - spy­tała obrzy­dli­wie słod­kim gło­si­kiem. - Bo je­ste­śmy w po­miesz­cze­niu z kil­koma praw­ni­kami, więc je­śli mi gro­zisz, to masz kiep­skie wy­czu­cie czasu.

Uśmiech­ną­łem się do niej w spo­sób, który ozna­czał jedno, a ona do­brze o tym wie­działa. Prze­kro­czyła gra­nicę, zza któ­rej nie było już od­wrotu.

- Nie, skar­bie. To nie groźba. Przy­się­gam. Igrasz z ogniem, a wszy­scy wiemy, co spo­tyka lu­dzi, któ­rzy to ro­bią.

- Le­piej dajmy so­bie na dzi­siaj spo­kój - rzu­cił Bob, wsta­jąc i za­pra­sza­jąc po­zo­sta­łych do wyj­ścia.

Amanda rzu­ciła mi gniewne spoj­rze­nie i z po­gardą wy­dęła usta. Mu­siała być za­wie­dziona, że ni­czego dziś nie wskó­rała. Jakby są­dziła, że po­ru­sza­jąc te­mat Bianki, zmusi mnie do przy­ję­cia jej wa­run­ków.

Ni­gdy nie była sub­telna.

Ro­mero wes­tchnął ciężko, kiedy w końcu zo­sta­li­śmy sami.

- Nie­źle ci po­szło za­cho­wa­nie zim­nej krwi.

- Mia­łem sie­dzieć z za­ło­żo­nymi rę­kami, kiedy ob­ra­żała Biankę? Mam w du­pie, co my­śli o mnie Amanda. Nie może bez­kar­nie ubli­żać ko­bie­cie, którą...

Lekko za­sko­czony Ro­mero spoj­rzał na mnie, ale nic nie po­wie­dział. Cze­kał przy drzwiach, aż ochłonę, a lu­dzie Amandy wyjdą z kan­ce­la­rii przed nami. Nie wiem, co bym zro­bił, gdy­bym po­now­nie się z nią zo­ba­czył.

Nie są­dzi­łem, że mnie aż tak po­nie­sie. Ta­kie za­cho­wa­nie nie było w moim stylu, szcze­gól­nie że cho­dziło o tak dużą stawkę. Ni­gdy nie re­ago­wa­łem w ten spo­sób przy gru­pie praw­ni­ków. A dziś da­łem Aman­dzie do­kład­nie to, na co li­czyła. Zresztą nie miało to dla mnie zna­cze­nia. Jak cho­dziło o Biankę, wszyst­kie re­guły prze­sta­wały ist­nieć. Nie po­tra­fi­łem prze­wi­dzieć, do czego będę zdolny, kiedy sprawy do­ty­czyły jej osoby.

Na myśl o niej po­czu­łem głę­bo­kie, trudne do za­spo­ko­je­nia pra­gnie­nie. Mi­nęło do­piero parę go­dzin, od kiedy wi­dzia­łem ją przed norą Char­liego, ale wy­da­wało mi się, że upły­nęło ze sto lat. Aż mnie no­siło od żą­dzy. Chcia­łem ją po­su­nąć, ale nie mo­głem. Nic nie mo­głem zro­bić, do­póki była pod jego da­chem.

- Idziemy - rzu­ci­łem, pod­cho­dząc do oszklo­nych drzwi. - Mu­szę coś zro­bić w domu.

Na przy­kład po­pod­glą­dać Biankę. Zo­ba­czyć ją, usły­szeć jej głos. Chcia­łem zna­leźć się w jej świe­cie, choćby na chwilę, żeby prze­stać od­czu­wać tę ogromną pustkę, która się po­ja­wiała, gdy Bianki nie było w po­bliżu.

To mu­siało mi wy­star­czyć. Nie bę­dzie to trwało wiecz­nie. Bianka po­now­nie bę­dzie moja. Nie­długo. Mu­sia­łem je­dy­nie wy­my­ślić spo­sób na jej od­zy­ska­nie.

A chyba już wie­dzia­łem, od czego za­cząć.

- Znam to spoj­rze­nie - W gło­sie Ro­mera wy­czu­łem dez­apro­batę. - Knu­jesz coś.

- I co z tego? - zri­po­sto­wa­łem, wy­sia­da­jąc z windy na pod­ziem­nym par­kingu. - Płacę ci, że­byś wy­ko­ny­wał moje po­le­ce­nia, a nie mnie oce­niał.

- Tylko obie­caj mi, że - Ro­mero za­trzy­mał się przed sa­mo­cho­dem, rzu­ca­jąc mi znu­żone spoj­rze­nie - nie będę mu­siał po­now­nie się wła­my­wać do jej sy­pialni.

- Tym ra­zem będę dzia­łał w po­je­dynkę - za­pew­ni­łem go, wsia­da­jąc na miej­sce pa­sa­żera.

Bianko, nie martw się. Nie­długo znowu bę­dziemy ra­zem.

Bianka

Blond włosy Ta­tum na­brały zło­tej po­światy w świe­tle lampy na ganku.

- Hej - po­wie­działa z czu­ło­ścią i wy­raźną ulgą, sta­jąc na pal­cach, żeby le­piej mnie wi­dzieć za ple­cami taty. Za­uwa­ży­łam, że jej mina nie wy­ra­żała już zmar­twie­nia.

- Wi­dzisz, nic jej nie jest. Zo­ba­czy­łaś ją, więc mo­żesz już so­bie iść - groź­nie oznaj­mił tata.

- Tato - wes­tchnę­łam z nie­za­do­wo­le­niem. Prze­cież Ta­tum nic mu nie zro­biła. Nie skrzyw­dziła na­szej ro­dziny. Przy­pusz­cza­łam, że ta na­gła zmiana w spo­so­bie jej trak­to­wa­nia spra­wiła Ta­tum przy­krość. Do­tych­czas był dla niej ser­deczny i oka­zy­wał jej dużo cie­pła. Złość na Cal­luma chyba go za­śle­piała. Bę­dzie mu­siał so­bie uzmy­sło­wić, że Ta­tum nie była swoim oj­cem.

- To mój dom - po­wie­dział oschle tata, skrę­ca­jąc głowę w moją stronę. - Wy­daje mi się, że mam prawo de­cy­do­wać, kto może prze­kro­czyć jego próg. Nie zmie­nię zda­nia, nie­ważne, jak bar­dzo bę­dzie się pie­kliła.

Mia­łam na­dzieję, że Ta­tum wie­działa, że jest mi przy­kro z po­wodu za­cho­wa­nia taty. Zła­pa­łam go za nad­gar­stek i od­cią­gnę­łam od wej­ścia.

- Tato, to moja przy­ja­ciółka. Ni­gdy ci nie prze­szka­dzało, że mnie od­wie­dzała. - Po­now­nie po­cią­gnę­łam go za rękę. Tym ra­zem tata spoj­rzał na mnie. Wy­trzy­ma­łam jego wzrok. Nie mo­głam przy Ta­tum po­wie­dzieć tego, co chcia­łam po­wie­dzieć.

Nie jest swoim oj­cem. Nie zro­biła nic złego.

Mój tata nie miał prawa prze­no­sić wście­kło­ści z Cal­luma na Ta­tum. To nie było fair, a ja nie by­ła­bym w sta­nie wy­bie­rać mię­dzy tą dwójką. Ko­cha­łam ojca, ale z Ta­tum mia­łam nić po­ro­zu­mie­nia, któ­rej ni­gdy z nim nie wy­pra­cuję.

Tata ema­no­wał zło­ścią. Za­ci­skał szczęki i ciężko od­dy­chał, jakby po­wstrzy­my­wał się przed wy­rzu­ce­niem z sie­bie cze­goś. To, że pró­bo­wał się po­ha­mo­wać, było do­brym zna­kiem.

- Niech bę­dzie - wy­ce­dził po chwili. - Ale nie może zo­stać na noc.

- Prze­cież nikt o tym na­wet nie wspo­mi­nał.

Krę­cąc głową i mam­ro­cząc coś pod no­sem, tata po­szedł do kuchni, gdzie za­pewne miał za­miar do­koń­czyć ko­la­cję albo na­po­cząć je­den z sze­ścio­pa­ków, który so­bie ku­pił.

Chyba wie­dzia­łam, co wy­bie­rze.

Nie mia­łam za­miaru się tym mar­twić w tej chwili. Te­matu jego pi­cia jesz­cze nie po­ru­sza­li­śmy, a ja do­brze wie­dzia­łam, że tata tylko się roz­zło­ści, kiedy za­cznę taką roz­mowę.

Spoj­rza­łam na Ta­tum. Pa­trzyła z wście­kło­ścią w oczach w kie­runku kuchni, choć jej emo­cje już nieco osła­bły.

- Chodź, pój­dziemy do mnie do po­koju.

Szkoda, że to tata otwo­rzył jej drzwi. Jej obec­ność przy­nio­sła mi na­tych­mia­stowe uko­je­nie. Przy niej nie mu­sia­łam aż tak uda­wać. Przed nią nie mia­łam tak wielu ta­jem­nic.

Wy­star­czyło za­taić, że we­dług mo­jego taty jej oj­ciec po­no­sił od­po­wie­dzial­ność za śmierć mo­jej mamy. Świet­nie. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio mo­głam swo­bod­nie roz­ma­wiać, bez ko­niecz­no­ści pil­no­wa­nia się, żeby się z czymś nie wy­sy­pać. Na­gle mia­łam tak wiele ta­jem­nic. Je­śli uda mi się wy­plą­tać z tego wszyst­kiego bez uszczerbku na zdro­wiu psy­chicz­nym, to bę­dzie cud.

Kiedy za­mknę­łam za nami drzwi sy­pialni, Ta­tum wes­tchnęła prze­cią­gle i opa­dła na krze­sło. Wy­glą­dała, jakby ze­szło z niej ci­śnie­nie.

- O co mu cho­dziło? Ni­gdy wcze­śniej się tak nie za­cho­wy­wał!

- Zrobi ci się le­piej, jak ci po­wiem, że nie cho­dziło o cie­bie? To on ma ja­kiś pro­blem ze sobą. Ma gor­szy okres. - Po­pa­trzy­łam na przy­ja­ciółkę, si­ląc się na uśmiech. - Cześć.

- No cześć - od­parła, przy­gry­za­jąc wargę. - Nie je­steś na mnie zła, co?

- Nie! Skąd ta myśl?

- Od dwóch dni się do cie­bie do­bi­jam, a ty przy­sła­łaś mi tylko jed­nego ese­mesa z in­for­ma­cją, gdzie je­steś i że masz się do­brze. - Za­drżał jej głos, a jej oczach do­strze­głam wzru­sze­nie.

Na­gle zo­ba­czy­łam tę sy­tu­ację z jej per­spek­tywy i po­czu­łam się jak gówno. Ta­tum miała za­łamkę w ho­telu, a kiedy obu­dziła się na­stęp­nego dnia, mnie już nie było. Znik­nę­łam bez słowa wy­ja­śnie­nia.

- Prze­pra­szam. - Roz­po­star­łam ra­miona, a przy­ja­ciółka wtu­liła się we mnie.

Ła­two brać ją za silną osobę, która ogar­nia swoje ży­cie, jakby ni­kogo nie po­trze­bo­wała. Ale ja się nie dam zwieść. Nie po tym, jak wi­dzia­łam ją w roz­sypce.

- Przy­tła­czały mnie te wszyst­kie po­łą­cze­nia i wia­do­mo­ści od niego. Mu­sia­łam wy­łą­czyć te­le­fon. Nie chcia­łam go tak igno­ro­wać, ale...

Ta­tum od­su­nęła się ode mnie.

- W po­rządku. Po pro­stu się mar­twi­łam, że przez niego ze­rwiesz ze mną kon­takt.

- Ni­gdy bym tego nie zro­biła. - Nic dziw­nego, że się tego oba­wiała, po tym, przez co prze­szła ostat­nio. - Prze­pra­szam, że ostat­nio by­łam taką bez­na­dziejną przy­ja­ciółką.

- Chyba obie je­ste­śmy w roz­sypce, co? - Ta­tum się ro­ze­śmiała, choć nie było w tym ra­do­ści. Wi­dzia­łam, że tylko udaje silną.

Usia­dły­śmy na pod­ło­dze przy łóżku, twa­rzami do sie­bie.

- Trzy­masz się ja­koś? - spy­ta­łam, de­li­kat­nie kła­dąc jej dłoń na ra­mie­niu. - Jak się czu­jesz?

- Mar­twisz się o mnie, tym­cza­sem to ty... - prych­nęła z nie­do­wie­rza­niem.

Po­krę­ci­łam głową, przy­sła­nia­jąc usta pal­cami i spusz­cza­jąc wzrok.

- Prze­cież to ty mu­sia­łaś się tu­taj prze­nieść, kiedy wy­bu­chła ta gów­no­bu­rza.

Jak­by­śmy roz­ma­wiały ja­kimś szy­frem. Ale dzięki temu czu­łam się bez­piecz­nie. Cie­szy­łam się, że do tej pory utrzy­my­wa­łam swoją re­la­cję z Cal­lu­mem w ta­jem­nicy przed tatą.

- Czuję się do­brze - skła­ma­łam. W ży­ciu nie czu­łam się go­rzej niż te­raz, ale w tych oko­licz­no­ściach kłam­stwo było lep­sze niż prawda. - Za to tata ma ja­kiś kry­zys. Przy­kro mi, że był taki nie­miły dla cie­bie.

- Jak za­wsze na­do­pie­kuń­czy - sark­nęła Ta­tum.

- Cho­dzi o coś wię­cej. Sama nie wiem. Mam wra­że­nie, że się roz­sy­pał. Przy­bie­głam do niego po wspar­cie, a tym­cza­sem on jest w gor­szym sta­nie niż ja.

- Co masz na my­śli?

Tata są­dzi, że w końcu zna­lazł nie­pod­wa­żalny do­wód na to, że twój tata za­mor­do­wał moją mamę. Ja­sne, czemu by jej tego nie po­wie­dzieć? W ten spo­sób mo­gła­bym wbić ostatni gwóźdź do trumny i cał­ko­wi­cie znisz­czyć ży­cie nas wszyst­kich. To jedno wy­zna­nie po­psu­łoby re­la­cje nas obu z na­szym oj­cami oraz zni­we­lo­wa­łoby wszel­kie na­dzieje na moją przy­szłość z Cal­lu­mem. Dla­tego trzy­ma­łam ję­zyk za zę­bami. Nie wie­dzia­łam jed­nak, jak długo zdo­łam za­cho­wać te in­for­ma­cje dla sie­bie. Zże­rały mnie od środka.

- Tak mię­dzy nami, my­ślę, że ma lekki kło­pot z pi­ciem.

Wy­glą­dało na to, że Ta­tum rze­czy­wi­ście zro­biło się przy­kro z tego po­wodu. Wie­dzia­łam, że do­pu­ści­łam się pew­nej nie­lo­jal­no­ści wo­bec taty, ale le­piej, żeby Ta­tum uznała, że jego za­cho­wa­nie wy­ni­kało z pi­jac­kiego cugu, a nie z nie­na­wi­ści. Je­śli usły­sza­łaby o po­dej­rze­niach mo­jego ojca wo­bec Cal­luma, pę­kłoby jej serce. A tak wiele ostat­nio prze­szła. Poza tym jej matka od po­czątku ją za­nie­dby­wała i krzyw­dziła. Nie chcia­łam odzie­rać jej ze złu­dzeń co do dru­giego z ro­dzi­ców.

- Ojej. Jak długo to trwa?

- Nie mam po­ję­cia. Nie py­ta­łam go, bo prze­cież nie po­wie mi prawdy. Wszyst­kiego się wy­prze i za­prze­czy, że ma ja­ki­kol­wiek pro­blem.

- Przy­kro mi, ale wiesz... - ostroż­nie do­bie­rała słowa, chciała być życz­liwa, jak na praw­dziwą przy­ja­ciółkę przy­stało - że nie dasz rady mu po­móc, prawda? Mo­żesz mu ki­bi­co­wać i za­chę­cać go do zmiany, ale nie zdo­łasz do końca ży­cia go pil­no­wać. Nie spra­wisz, że przej­rzy na oczy.

- Nie po­wie­dzia­łam, że chcę to zro­bić.

- Nie mu­sia­łaś. - Ta­tum uśmiech­nęła się z wyż­szo­ścią, tak jak to ro­bią przy­ja­ciele, któ­rzy znają cię przez więk­szość two­jego ży­cia. - Je­steś słodka i uczynna. Chcesz po­móc, ale nie mo­żesz zre­zy­gno­wać przy tym ze swo­jego ży­cia.

- Nie o to cho­dzi. Nie przy­je­cha­ła­bym tu­taj, gdyby nie... - Urwa­łam myśl, nie w oba­wie, że tata nas pod­słu­cha. Nie by­łam w sta­nie po­wie­dzieć tego gło­śno. Prawda na­dal była zbyt bo­le­sna. - Cho­dzi o to, że mnie okła­mał. Po­wi­nien był mi po­wie­dzieć. De­cy­zja, czy być tą drugą ko­bietą, na­le­żała do mnie. Tym­cza­sem ży­łam w nie­świa­do­mo­ści, a do tego twoja mama cał­ko­wi­cie mnie za­sko­czyła i zwy­zy­wała od dzi­wek. To było upo­ka­rza­jące.

- Chcesz, że­bym ją za­biła?

Jej py­ta­nie mnie zdzi­wiło, ale po chwili się ro­ze­śmia­łam. Ta­tum także. Śmia­ły­śmy się tak długo i gło­śno, że aż się po­pła­ka­ły­śmy. Dzięki temu na­pię­cie mię­dzy nami tro­chę ze­lżało.

- Je­steś szur­nięta - rzu­ci­łam, ocie­ra­jąc łzy, a Ta­tum z obo­jęt­no­ścią wzru­szyła ra­mio­nami, jakby nie było to dla niej ni­czym no­wym.

- Ale tak se­rio, to za­cho­wała się jak wredna suka. Przy­kro mi, że ją w ogóle po­zna­łaś.

- Weź, prze­cież to nie twoja wina, że taka jest.

- Szkoda, że mnie tam nie było. Chęt­nie bym jej wy­gar­nęła. - Ta­tum za­ci­snęła szczękę. Chyba rze­czy­wi­ście miała do mamy sporo żalu i nie tylko w związku ze mną.

- Chyba le­piej, że jed­nak cię to omi­nęło - po­wie­dzia­łam. Drgnę­łam, wspo­mi­na­jąc tę upo­ka­rza­jącą scenę. To było okropne, a Amanda była bar­dzo zło­śliwa. Ale Cal­lum nie po­zo­sta­wał jej dłużny, choć miał prawo do tego, co czuł. - Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam, żeby lu­dzie roz­ma­wiali ze sobą w ten spo­sób. Sam spo­sób, w który się kłó­cili, był straszny.

- Tak, jak wy­cho­wują cię ro­dzice, któ­rzy się ko­chają, to nie do­świad­czasz cze­goś ta­kiego.

O rany, to przy­kre. Ta­tum miała ra­cję. Moi ro­dzice się ko­chali. Na­wet je­śli się sprze­czali, ro­bili to kul­tu­ral­nie. Bez wrza­sków i wy­zwisk. Na­gle zo­ba­czy­łam w Ta­tum tak wiele z jej ojca. Mógłby to zro­bić? Strze­liłby nie­win­nej ko­bie­cie w głowę, żeby się chro­nić?

- Wie­dzia­łaś, że ofi­cjal­nie nie mieli roz­wodu? - spy­ta­łam.

Po­krę­ciła głową.

- Przy­się­gam, że my­ślała, że od lat mieli to za sobą. Też mi nie­spo­dzianka, że tata miał przede mną ko­lejną ta­jem­nicę. Wiesz, je­stem za­sko­czona, bo prze­cież to do niego nie­po­dobne - iro­ni­zo­wała, prze­wra­ca­jąc przy tym oczami.

Tym ra­zem nie było mi do śmie­chu, bo zbyt wiele sama ich obec­nie mia­łam.

- Dziwi mnie, że twoja mama nic nie wspo­mniała na ten te­mat.

- Mnie? Dla­czego mia­łaby to zro­bić? - Ta­tum za­ci­snęła zęby.

Na przy­kład po to, żeby skłó­cić cię z oj­cem. Nie mia­łam jed­nak serca, żeby po­wie­dzieć to na głos, cho­ciaż tak wła­śnie uwa­ża­łam i by­łam pewna, że Amanda umia­łaby się zni­żyć do tego po­ziomu. Co prawda nie mia­łam o tej ko­bie­cie do­brego zda­nia, na­wet za­nim od­sta­wiła tę szopkę u Cal­luma. Już dawno temu czu­łam do niej nie­smak przez to, że swoją bez­myśl­no­ścią, na każ­dym kroku spra­wiała za­wód swo­jej córce. Nie po­win­nam być zdzi­wiona, że chciała uniesz­czę­śli­wić wszyst­kich do­okoła.

- Po­słu­chaj mnie. - Ta­tum chwy­ciła mnie za dło­nie tak mocno, że pra­wie po­ła­mała mi palce. - Cie­szę się, że je­steś tu­taj. Dom two­jego taty to chyba na ten mo­ment naj­lep­sze dla cie­bie miej­sce.

- Czy coś się stało? Wszystko z nim w po­rządku? - Na­gle na­szły mnie mroczne my­śli.

- U niego wszystko gra. To zna­czy, jest przy­gnę­biony i co chwilę pyta, czy udało mi się z tobą skon­tak­to­wać, bo bez cie­bie nie po­trafi so­bie zna­leźć miej­sca, ale poza tym wszystko u niego do­brze. Mar­twię się o nią i o cie­bie.

No tak, Cal­lum za­rzu­cił Aman­dzie, że znała Lu­casa. Wtedy pu­ści­łam to mimo uszu, bo tyle in­nych rze­czy się wy­da­rzyło, ale ta myśl cza­sem wra­cała do mnie tuż przed za­śnię­ciem. Czy Lu­cas przez nią po­stra­dał zmy­sły?

- Moja matka zrobi do­słow­nie wszystko, żeby do­stać to, czego chce - szep­tała Ta­tum. - Są­dzi­łam na­wet, że do­pro­wa­dziła do fi­na­li­za­cji roz­wodu. Nie da­ruję so­bie. Wie­działa, że pod­pi­sa­nie do­ku­men­tów roz­wo­do­wych ozna­czało jej ko­niec. Że po­tem nie wy­dusi od taty ani gro­sza wię­cej. Dla­tego ro­biła wszystko, co mo­gła, żeby go drę­czyć i bar­dziej go wy­doić. Z jej punktu wi­dze­nia, tata znisz­czył jej ży­cie. W od­we­cie zrobi mu to samo.

Cała ta sy­tu­acja była chora.

- My­ślisz, że grozi mi z jej strony nie­bez­pie­czeń­stwo? - Nie do wiary, że o to spy­ta­łam. Ale jak to moż­liwe, że Cal­lum nie prze­jął się tym, do czego Amanda była zdolna? Skoro tak bar­dzo za­le­żało mu na moim bez­pie­czeń­stwie, dla­czego nie wpadł na to, że mo­głaby być dla mnie za­gro­że­niem?

Szcze­gól­nie że po­dej­rze­wał ją o kon­takty z Lu­ca­sem. Gdzie spoj­rza­łam, po­ja­wiały się ko­lejne po­wody, dla któ­rych nie po­win­nam z nim być. Cho­ciaż w głębi serca pra­gnę­łam do niego wró­cić i tę­sk­ni­łam za nim całą sobą. Roz­łąka z nim osła­biała mnie i ra­niła.

Ta­tum zwle­kała z od­po­wie­dzią.

- Chcia­ła­bym z cał­ko­witą pew­no­ścią za­prze­czyć, ale w tej chwili bę­dzie le­piej, je­śli prze­sta­niesz się wy­chy­lać. Mu­sisz też wie­dzieć, że tata na­prawdę jest bar­dzo zmo­ty­wo­wany do tego, żeby po­zbyć się jej ze swo­jego ży­cia.

- Czyżby? - Ja­koś trudno mi w to uwie­rzyć.

- W tej chwili są na spo­tka­niu z praw­ni­kami. Oboje. Tata bar­dzo chce, żeby było już po wszyst­kim, bo pra­gnie z po­wro­tem być z tobą.

Serce za­biło mi moc­niej, kiedy Ta­tum to po­wie­działa. Ucie­szy­łam się na tę per­spek­tywę. Bar­dzo chcia­ła­bym, żeby to było prawdą, bo moje ży­cie miało sens, gdy by­li­śmy ra­zem.

Ra­dość szybko ustą­piła miej­sca smut­kowi.

- Nie mó­wisz tego, bo on ci ka­zał? Dla­tego tu przy­je­cha­łaś? Po­pro­sił cię, że­byś się ze mną spo­tkała, bo wie, że jego nie chcę oglą­dać?

- Jak mo­żesz tak w ogóle my­śleć?

- Nie chcia­łam, żeby to tak za­brzmiało.

- Za późno. - Ta­tum pu­ściła moje dło­nie. - Nie, nie ka­zał mi tu przy­je­chać i tego mó­wić. Po pierw­sze, wie, że nie zro­bi­ła­bym tego dla niego. Na­wet gdyby mnie bła­gał na ko­la­nach. Po­cze­ka­łam, aż wyj­dzie z domu, za­nim się tu wy­bra­łam. Nie chcia­łam, żeby wie­dział, bo gnę­biłby mnie póź­niej py­ta­niami. My­śla­łam, że po­trze­bu­jesz tro­chę czasu i kiedy bę­dziesz go­towa, to z nim po­roz­ma­wiasz.

- Prze­pra­szam. Nie złość się na mnie. Nie mogę cię stra­cić. Ni­kogo poza tobą nie mam.

- Nie złosz­czę się. - Przy­ja­ciółka wes­tchnęła i roz­luź­niła ra­miona. - Ja także nie mam ni­kogo oprócz cie­bie, więc też nie chcia­ła­bym cię stra­cić.

- Za­wsze będę przy to­bie. Na­wet je­śli na kilka dni gdzieś zniknę, to nie przez cie­bie. Prze­pra­szam cię za to - do­da­łam, wi­dząc ból ma­lu­jący się na jej twa­rzy. - Przy­kro mi, że zna­la­złaś się w sa­mym cen­trum tego ba­ła­ganu.

- No cóż, je­steś jedną z dwóch osób, które ko­cham, choć przez każde z was cza­sem mam ochotę wrzesz­czeć. - Ta­tum się uśmiech­nęła. Wie­dzia­łam, że mó­wiła to pół żar­tem, pół se­rio. - Do­brze ci tu­taj? Je­śli twój tata jest...

- Wszystko gra. - Ża­ło­wa­łam, że po­wie­dzia­łam jej o al­ko­holu, ale mu­sia­łam ja­koś wy­tłu­ma­czyć jego za­cho­wa­nie. Męż­czyźni i ich grzeszki. Mia­łam po­wy­żej uszu tego, że trzeba było po­tem po nich sprzą­tać. - Mar­twię się, że może sam so­bie mocno za­szko­dzić.

- Jak­bym nie znała tego z au­top­sji - rzu­ciła Ta­tum ze śmier­telną po­wagą.

Po­now­nie wy­bu­chły­śmy śmie­chem, ale tym ra­zem było w nim nieco go­ry­czy.

- A ty? Na pewno do­brze się czu­jesz? - spy­ta­łam. - Dbasz o sie­bie?

Ta­tum wy­zy­wa­jąco za­darła brodę. Cała Ta­tum.

- Je­den ego­istyczny du­pek mnie nie zła­mie. Nie dam mu ta­kiej wła­dzy nad sobą.

Chcia­ła­bym jej wie­rzyć.

Chcia­ła­bym wie­rzyć, że Cal­lum był nie­winny.

Szkoda, że wszystko się tak po­gma­twało i że moje serce rwało się do męż­czy­zny, z któ­rym ni­gdy nie po­win­nam była się wią­zać. Wiem, że prawda nas wy­zwoli, ale zde­cy­do­wa­nie ła­twiej było kła­mać. Pora, że­bym prze­stała się za­sła­niać kłam­stwami. Po­win­nam wy­rwać się z ich oków, choć wiem, że bę­dzie to bo­le­sne.

Cal­lum

"Czy coś się stało? Wszystko z nim w po­rządku?"

Za­trzy­ma­łem od­twa­rza­nie i prze­wi­ną­łem fil­mik o dzie­sięć se­kund w tył, żeby po­now­nie go obej­rzeć. Chcia­łem się na­pa­wać zmianą, jaka za­szła w ciele i gło­sie Bianki, kiedy przy­szło jej do głowy, że coś mo­gło mi się stać. W ułamku se­kundy zgorzk­nie­nie ustą­piło miej­sca zmar­twie­niu. Mar­twiła się o mnie. W jej gło­sie było sły­chać nie­po­kój, wstrzy­mała od­dech. Było to w pew­nym sen­sie sa­tys­fak­cjo­nu­jące.

Roz­par­łem się na fo­telu, uśmie­cha­jąc się z za­do­wo­le­niem, i znowu obej­rza­łem fil­mik. Cie­kawe, czy zda­wała so­bie sprawę z tego, jak szybko zmie­niły się jej emo­cje w tam­tej chwili, czy na­dal bę­dzie się oszu­ki­wała, wma­wia­jąc so­bie, że mię­dzy nami wszystko było skoń­czone.

Mo­gła ucie­kać do woli, ale nie ukryje tego, że jej za­leży. Przy­naj­mniej tyle.

Mo­głem też li­czyć na lo­jal­ność córki. Nie by­łem za­chwy­cony tym, że po­je­chała do Bianki, nic mi o tym nie mó­wiąc, ale wy­ba­czy­łem jej, kiedy usły­sza­łem, jak sta­nęła w mo­jej obro­nie. Ta­tum ko­chała Biankę i chciała, żeby po­znała prawdę. Przy­naj­mniej tę wer­sję, którą znała Ta­tum. O nie­któ­rych sfe­rach mo­jego ży­cia na­dal nie miała po­ję­cia. Ce­lowo je przed nią ukry­wa­łem. Za­wsze chcia­łem chro­nić ją przed nie­bez­pie­czeń­stwem i wszel­kimi okro­pień­stwami.

Na­wet je­śli mnie tro­chę za to nie lu­biła. Jej nie­winne stwier­dze­nie, że też miała do czy­nie­nia z upar­tym oj­cem, do­tknęło mnie. Cho­ciaż od kiedy obej­rza­łem na­gra­nie z po­koju Bianki, mi­nęła już go­dzina, to na­dal roz­no­siły mnie nerwy z tego po­wodu. Nie przy­pusz­cza­łem, że zo­ba­czę na fil­miku swoją córkę, ale w su­mie wy­świad­czyła mi przy­sługę. Dzięki niej do­sta­łem wgląd w emo­cje mo­jej pta­szyny i to praw­do­po­dob­nie głę­biej, niż Bianka by mi umoż­li­wiła, gdy­bym z nią szcze­rze po­roz­ma­wiał.

Uwie­rzy­łem Ta­tum, kiedy się za­rze­kała, że nie na­opo­wia­dała Biance żad­nych dziw­nych hi­sto­rii o mnie. Mu­sia­łem do­ce­nić lo­jal­ność córki, tej ży­wio­ło­wej, nie­za­leż­nej ko­biety.

Chcia­łem wie­dzieć, o czym Bianka my­ślała, co czuła i co ro­biła. Za­mie­rza­łem wy­ko­rzy­stać do tego wszel­kie do­stępne mi środki, bo z pew­no­ścią nie bę­dzie mi ła­two ją od­zy­skać. Już się Bianka o to po­stara.

Chyba nie są­dziła, że jej upór i kilka zi­gno­ro­wa­nych po­łą­czeń spra­wią, że się znie­chęcę. Je­śli było ina­czej, to w ogóle mnie nie znała. Naj­le­piej sma­kują zwy­cię­stwa, o które trzeba było na­prawdę za­wal­czyć. A ja za­wsze wy­gry­wa­łem. Bianka mi się nie wy­mknie. Po­zwolę jej my­śleć, że udało się jej uciec przede mną, ale tylko do czasu.

Było już po dwu­dzie­stej trze­ciej. Wie­dzia­łem, że Bianka nie­długo bę­dzie kła­dła się spać, zwłasz­cza je­śli za­mie­rzała ju­tro pójść do pracy. Roz­sia­dłem się za biur­kiem z drin­kiem w dłoni, po­lu­zo­wa­nym kra­wa­tem i roz­su­ną­łem poły czę­ściowo roz­pię­tej ko­szuli. W domu było ci­cho, aż dzwo­niło w uszach. To nie­sa­mo­wite, że sa­mot­ność, którą do nie­dawna tak bar­dzo so­bie ce­ni­łem, te­raz na­pa­wała mnie zgorzk­nie­niem.

Cały ten spo­kój i ci­sza po­ka­zy­wały mi, jak wiele stra­ci­łem. Oczy­wi­ście pla­no­wa­łem wszystko to od­zy­skać. Na­stęp­nym ra­zem będę ostroż­niej­szy. Nie będę już da­wał jej po­wo­dów do ucieczki. Je­śli w tym celu będę mu­siał za­cho­wać cał­ko­witą szcze­rość, jak wcze­śniej su­ge­ro­wał Ro­mero, po­święcę się. Spró­buję stać się lep­szym part­ne­rem i będę się przed nią otwie­rał, na­wet kiedy nie bę­dzie to dla mnie zna­czące.

Wła­śnie to po­wie­dział­bym jej te­raz, gdyby tu była. Wszystko bym jej obie­cał. Dał­bym jej na­wet gwiazdkę z nieba, gdyby o nią po­pro­siła, je­śli da­łoby to kres tej wszech­ogar­nia­ją­cej i bo­le­snej tę­sk­no­cie. Po tym, jak ją po­sia­dłem i za­sma­ko­wa­łem jej słod­kiego ciała, ży­cie bez niej przy­po­mi­nało naj­gor­szą z moż­li­wych tor­tur.

Bez jej do­broci, cie­pła i świa­tła.

Bez jej cia­snej cipki, która za­chłan­nie za­ci­skała się na mnie, rzą­dząc mną, choć to ja pra­gną­łem jej roz­ka­zy­wać. Szczy­ci­łem się swoją siłą, a tym­cza­sem oka­zało się, że przy Biance sta­wa­łem się słaby. Po­wi­nie­nem wy­rzu­cić ją z pa­mięci, ale wie­dzia­łem, że ja­ka­kol­wiek próba od­rzu­ce­nia jej, skoń­czy­łaby się fia­skiem.

Dla­tego sie­dzia­łem ze szkla­neczką szkoc­kiej w dłoni i pa­trzy­łem na fil­mik, na któ­rym wi­dać, jak Bianka wraca do swo­jego po­koju. Im wię­cej mo­głem ją pod­glą­dać, tym więk­sze mia­łem szanse na to, żeby zro­zu­mieć, jak mógł­bym na nią wpły­nąć, aby zmie­niła zda­nie.

W tej chwili mo­głem je­dy­nie gorzko się za­śmiać nad drin­kiem. Mo­głem się oszu­ki­wać, ile chcia­łem, że całe to pod­glą­da­nie było tylko spo­so­bem na zro­zu­mie­nie jej spo­sobu my­śle­nia. W głębi du­szy tak na­prawdę drę­czyła mnie nie­za­spo­ko­jona po­trzeba pa­trze­nia na nią. Chcia­łem się przy­glą­dać, jak bę­dzie się roz­bie­rała, i roz­ko­szo­wać się jej do­sko­na­łym cia­łem.

Wy­pro­sto­wa­łem się w fo­telu, kiedy na ekra­nie otwo­rzyły się drzwi do jej sy­pialni. Na­resz­cie. Mu­siała naj­pierw po­móc ojcu po­ło­żyć się do łóżka? Czyli pił. A mimo to Bianka wo­lała być u niego. Z gniewu za­ci­sną­łem zęby, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w ekran ta­bletu. Nie poj­mo­wa­łem tego. Aż tak źle było jej tu­taj? Czy może po pro­stu była po­słuszną córką? Naj­praw­do­po­dob­niej tak, choć nie znaj­do­wa­łem w tym po­cie­sze­nia.

Wy­stra­szyła się i za­dzia­łała emo­cjo­nal­nie. Czę­ściowo się do tego przy­czy­ni­łem. Wie­dzia­łem, że nie przyj­mie mnie z po­wro­tem, do­póki nie na­pra­wię tego ba­ła­ganu. Tyle że nie mia­łem za­miaru się tłu­ma­czyć.

Oto i ona. Całe na­pię­cie uszło z mo­jego ciała, gdy ją zo­ba­czy­łem. De­li­kat­nie za­mknęła drzwi i zdjęła buty, a na­stęp­nie usia­dła na łóżku. Ciężko wes­tchnęła i opu­ściła głowę, za­kry­wa­jąc twarz dłońmi. Cie­kawe, czy my­ślała o mnie.

- Wiesz, że po­peł­ni­łaś błąd? - szep­ną­łem, chło­nąc jej ciało spoj­rze­niem. W tej po­zie spra­wiała wra­że­nie osoby, którą przy­tło­czyło ży­cie. Jakby cały cię­żar świata spo­czy­wał tylko na jej bar­kach. Dla­czego nie do­strze­gała tego, że by­łem je­dyną osobą, która mo­gła ją od­cią­żyć? Jak mia­łem jej to jesz­cze wy­raź­niej po­ka­zać?

Wes­tchnęła po­now­nie, wstała i się prze­cią­gnęła. Zna­łem tę minę. Dzięki wy­so­kiej roz­dziel­czo­ści ka­mery, która na­gry­wała ob­raz, bar­dzo wy­raź­nie wi­dzia­łem jej twarz. Ma­lo­wała się na niej de­ter­mi­na­cja. Nie mia­łem po­ję­cia, co pla­no­wała zro­bić, ale się tego do­wiem. W ja­kiś spo­sób roz­pra­cuję to, co działo się jej gło­wie. Ni­czego przede mną nie za­tai.

Skrzy­żo­wała przed sobą ręce i chwy­ciła za dół T-shirtu. Ani drgną­łem. Unio­sła ko­szulkę nad głowę, uka­zu­jąc ko­ron­kowy biu­sto­nosz, który już nie raz z niej zdej­mo­wa­łem. Prak­tycz­nie czu­łem jego ma­te­riał na swo­ich pal­cach. Pa­trzy­łem jak znie­wo­lony. Wła­śnie oby­wał się spe­cjalny po­kaz tylko dla mnie. Tym bar­dziej eks­cy­tu­jący, że Bianka o nim nie wie­działa.

Po­tem zsu­nęła z sie­bie dżinsy, a kiedy się schy­liła, żeby po­nieść je z pod­łogi, mia­łem oka­zję obej­rzeć jej słodką dup­cię. Mój wy­głod­niały ku­tas po­ru­szył się po­żą­dli­wie. Ten głód to­wa­rzy­szy mi za­wsze, ale w tej chwili nie będę go już mógł dłu­żej tłu­mić. Nie, kiedy wi­dzę ją w ską­pych fi­gach. Wiele bym dał, żeby móc jej do­tknąć, po­sa­dzić ją so­bie na ko­la­nach. Mo­głaby opleść mnie udami albo wy­piąć się, oparta o biurko. Tak, wo­lał­bym taką po­zy­cję. Chciał­bym wi­dzieć ją le­żącą na bla­cie biurka, ze sto­pami sze­roko roz­sta­wio­nymi na pod­ło­dze. Zdarł­bym z niej majtki zę­bami, a na­stęp­nie li­zał­bym jej dziurkę i dłońmi pie­ścił jędrne po­śladki.

Bianka się­gnęła na plecy, żeby roz­piąć biu­sto­nosz i wy­swo­bo­dzić swoje piękne piersi. Mu­sia­łem roz­piąć roz­po­rek, bo mój twardy fiut na­pie­rał na niego do bólu. Mógł­bym pa­trzeć na jej ciało przez wiele lat, co­dzien­nie i nie znu­dzi­łoby mi się. Mój ape­tyt na nią był nie do za­spo­ko­je­nia.

Po­woli prze­su­ną­łem dło­nią po swoim ku­ta­sie. Bianka po­de­szła do ko­mody, z któ­rej wy­jęła T-shirt do spa­nia. Wła­śnie w nich lu­biła naj­bar­dziej spać. Wszyst­kie, które ma, pod­mie­nię jej na swoje. Leżą na niej le­piej niż naj­bar­dziej ero­tyczna bie­li­zna. Było coś wy­jąt­kowo sek­sow­nego w tym, że zwy­czajna ko­szulka za­le­d­wie za­kry­wała szczyty jej ud, a piersi pod cienką ba­wełną sub­tel­nie fa­lo­wały. Jej sutki ocie­rały się o ma­te­riał, wi­docz­nie pod nim ster­cząc. Jęk­ną­łem, wy­obra­ża­jąc so­bie, że je piesz­czę pal­cami, ob­ser­wu­jąc jej re­ak­cję na na­pły­wa­jącą przy­jem­ność.

By­łem bli­ski wsko­cze­nia z kółko, po­je­cha­nia pod dom jej ojca, wtar­gnię­cia do jej sy­pialni i wzię­cia jej bez względu na to, czy mia­łaby na to ochotę, czy nie.

Coś mi pod­po­wia­dało, że w końcu za­pra­gnę­łaby tego. Nie po­tra­fiła ma­sko­wać re­ak­cji swo­jego ciała. Bez względu na to, co pod­po­wia­dał jej roz­są­dek, jej ciało po­trze­bo­wało mo­jego ciała. Głęb­sza prawda za­wsze znaj­do­wała się nieco bar­dziej pod po­wierzch­nią.

Bianka usia­dła na łóżku, od­su­wa­jąc koł­drę na bok. Wy­glą­dała na zmar­twioną.

- Ża­łu­jesz swo­ich de­cy­zji, co? - po­wie­dzia­łem pod no­sem, szyb­ciej prze­su­wa­jąc dło­nią po swoim prą­ciu. Pa­trzy­łem na nogi Bianki, ża­łu­jąc, że nie mo­głem ich roz­su­nąć wolną ręką. - Za­łożę się, że wo­la­ła­byś być tu­taj.

Chyba że cho­dziło o coś wię­cej. Szkoda, że nie mo­głem jej spy­tać. Pew­nie by mi od­po­wie­działa. Wspo­mi­nała Ta­tum, że nie chce blo­ko­wać mo­jego nu­meru, co da­wało mi na­dzieję, że zdo­łam prze­mó­wić do jej roz­sądku. Przy­po­mnę jej, że bez względu na to, co w tym mo­men­cie wy­sy­sało z niej ener­gię, usunę to z jej drogi. Zro­bię wszystko, żeby to znik­nęło. Bez względu, czym to było.

Kurwa, prze­cież za­bi­łem dla niej. Co jesz­cze mógł­bym zro­bić, żeby jej po­ka­zać, ile dla mnie zna­czyła?

Bianka po­ło­żyła so­bie dło­nie na udach. Kiedy prze­su­nęła je w górę, jesz­cze szyb­ciej po­cie­ra­łem swo­jego ku­tasa.

- Wła­śnie tak - wy­dy­sza­łem. - Za­cznij się do­ty­kać. Zrób so­bie do­brze. Wy­obraź so­bie, że to ja cię do­ty­kam. Chcia­ła­byś, żeby był te­raz przy to­bie?

Serce wa­liło mi jak osza­lałe, kiedy Bianka po­ło­żyła się na ple­cach, ugi­na­jąc nogi w ko­la­nach i roz­su­wa­jąc je lekko. Z tego po­wodu chcia­łem, żeby Ro­mero usta­wił ka­merę wła­śnie pod tym ką­tem. Dzięki temu mia­łem ide­alny kadr na jej cipkę, którą jesz­cze przez chwilę za­kry­wały figi. Na szczę­ście zdjęła je i odło­żyła na ma­te­rac.

Cho­lera ja­sna. Na­prawdę mi­nęły tylko dwa dni, od kiedy pa­trzy­łem na nią na żywo? Za­le­d­wie dwa dni temu prze­su­wa­łem ję­zy­kiem po jej wspa­nia­łej cipce, cie­sząc się wy­wo­łaną w niej re­ak­cją? Te­raz pa­trzy­łem, jak pal­cami gła­dziła się po udach. Jęk­ną­łem, na­wil­ża­jąc fiuta wy­cie­ka­ją­cym z niego so­kiem.

- Wła­śnie tak, pta­szynko - wy­sa­pa­łem, nie od­ry­wa­jąc spoj­rze­nia od jej kro­cza. - Spraw so­bie przy­jem­ność. Zrób to dla mnie. Dojdź dla mnie.

Bianka przy­mknęła oczy i wy­gięła się lekko, gdy tylko do­tknęła swo­jej cipki. Roz­chy­liła usta i prze­krzy­wiła głowę, roz­po­czy­na­jąc piesz­czoty. Wie­działa, jak po­cie­rać swoją ró­żową łech­taczkę, a ja pa­trzy­łem, przy­spie­sza­jąc ru­chy, na­pa­lony do gra­nic.

Mógł­bym jej te­raz do­tknąć. Po­wi­nie­nem to być ja.

Bianka ob­ra­cała głowę to w lewo, to w prawo. Lewą ręką za­darła ko­szulę, od­kry­wa­jąc jędrne piersi. Za­częła ma­so­wać jedną z nich, od czasu do czasu przy­szczy­pu­jąc su­tek pal­cami, aż w końcu przy­gry­zła wargę zę­bami. Wi­dzia­łem, że chciała w ten spo­sób po­wstrzy­mać po­ję­ki­wa­nia, ale nie udało się jej to. Jej ci­che sap­nię­cia spra­wiły, że sta­nął mi jesz­cze bar­dziej. Od­głosy przy­jem­no­ści, które z sie­bie wy­da­wała, były dla mnie jak mu­zyka. Chciał­bym, aby wy­da­wał je pod wpły­wem mo­jego do­tyku.

Bianka szybko do­ty­kała pal­cami swoją cipkę. Ro­biła to lekko, ale po chwili za­częła ryt­micz­nie po­ru­szać bio­drami, a jej od­dech zde­cy­do­wa­nie przy­spie­szył. Ja także dy­sza­łem, a serce pra­wie wy­ska­ki­wało mi z piersi. Zbli­ża­łem się do gra­nic wy­trzy­ma­łość.

- Dojdź ra­zem ze mną - wy­char­cza­łem, pa­trząc na jej cipkę i moc­niej za­ci­ska­jąc dłoń na swoim fiu­cie, wy­obra­ża­jąc so­bie, że to jej cipka pul­suje wo­kół mnie. Niech to szlag, wiele bym dał, żeby być w niej. Te­raz, co­dzien­nie, na za­wsze.

Bianka po­now­nie jęk­nęła. Tym ra­zem wy­po­wie­działa także moje imię:

- Cal­lum.

Cho­lera! Po tym unio­sła bio­dra i znie­ru­cho­miała, a ja spu­ści­łem się w swoją dłoń i na uda. Trium­fal­nie za­ry­cza­łem. Eks­taza łą­czyła się ze świa­do­mo­ścią, że my­ślała o mnie i że to mnie so­bie wy­obra­żała, do­pro­wa­dza­jąc się do or­ga­zmu.

Po­woli od­su­nęła dłoń od kro­cza. Wy­raź­nie wi­dzia­łem, że była wil­gotna od jej so­ków.

Mia­łem tak silny or­gazm, że aż za­krę­ciło mi się w gło­wie. Nie pa­mię­ta­łem, kiedy ostat­nio tak mocno do­sze­dłem. Ze­szło ze mnie całe sku­mu­lo­wane po­żą­da­nie. Było mi wszystko jedno, że by­łem w roz­sypce. Naj­waż­niej­sze było to, że Bianka o mnie my­ślała. Że by­łem w jej fan­ta­zjach.

Ile czasu mi­nie, za­nim wy­obraź­nia prze­sta­nie jej wy­star­czać i bę­dzie mu­siała pod­dać się pra­gnie­niu ciała?

Się­gną­łem po chu­s­teczkę, a Bianka na­dal le­żała na łóżku, wpa­trzona w su­fit, i ła­pała od­dech. Ema­no­wała spo­ko­jem i bło­go­ścią po or­ga­zmie. Moja pta­szynka była zja­wi­skowa, kiedy była taka za­ru­mie­niona, zdy­szana i pro­mie­ni­sta.

- Cal­lum - po­now­nie szep­nęła, ale tym ra­zem głos jej za­drżał. Po­czu­łem nie­po­kój, kiedy za­kryła so­bie oczy przed­ra­mie­niem i za­częła pła­kać. Stop­niowo cała się roz­trzę­sła, a po jej po­licz­kach po­pły­nęły łzy.

- Nie, nie - po­wie­dzia­łem pod no­sem, krę­cąc głową z bez­rad­no­ścią.

Rzecz ja­sna, nie sły­szała mnie, ale wie­dzia­łem, że na­wet gdy­bym był bli­sko niej, nie po­ha­mo­wa­łaby szlo­chu. Być może roz­pła­ka­łaby się jesz­cze bar­dziej, bo prze­cież to ja wy­wo­ła­łem w niej tę re­ak­cję. Ob­ró­ciła się na bok i zwi­nęła w kłę­bek, po czym przy­ci­snęła so­bie po­duszkę do ust, żeby za­głu­szyć szloch.

Ja na nią spro­wa­dzi­łem to cier­pie­nie. To wszystko przeze mnie. Nie chcia­łem jej skrzyw­dzić, a do­pro­wa­dzi­łem do tego. Głę­boko ją zra­ni­łem.

Te­raz po pro­stu pa­trzy­łem, jak się trzę­sła, tak jak przed chwilą pa­trzy­łem, jak do­cho­dziła. Mógł­bym od­wró­cić wzrok, ale nie za­mie­rza­łem pod­dać się sła­bo­ści. Przy­naj­mniej tyle by­łem jej wi­nien. Będę świad­kiem jej cier­pie­nia i za każ­dym ra­zem, kiedy po­czuję do niej złość za to, że ode­szła, przy­po­mnę so­bie o jej bólu. Będę to ro­bił za­wsze, kiedy obu­dzi się we mnie żal, że w ogóle zwró­ci­łem na nią uwagę. W ten spo­sób w końcu uwol­nię się od udręki, na którą mnie ska­zy­wała.

- Nie­długo nie bę­dziesz już miała żad­nych po­wo­dów do pła­czu - rzu­ci­łem obiet­nicę do ekranu. - Przy­się­gam, pta­szynko.

Bianka

- Do­brze, że wró­ci­łaś. - Ste­pha­nie uśmiech­nęła się od ucha do ucha, sto­jąc przy moim bok­sie, kiedy ukła­da­łam rze­czy na biurku na za­koń­cze­nie jed­nego z naj­dłuż­szych dni pracy w ży­ciu.

Czu­łam się zu­peł­nie inną osobą w po­rów­na­niu z dniem, kiedy wy­szłam na lunch przed wy­pad­kiem. Mia­łam wtedy pod­pi­sać umowę najmu. Naj­zwy­klej­sza rzecz pod słoń­cem. Coś, co lu­dzie ro­bią każ­dego dnia. Są­dzi­łam, że po za­ła­twie­niu for­mal­no­ści wrócę za biurko. Czemu mia­ła­bym za­kła­dać coś in­nego?

Mi­nęły po­nad dwa ty­go­dnie, choć rów­nie do­brze mo­gły mi­nąć dwa lata, a na­wet dwie de­kady. Od chwili, kiedy tam­tego dnia opu­ści­łam biuro, zo­sta­łam po­trą­cona przez sa­mo­chód, od­tran­spor­to­wana na od­dział ra­tun­kowy i spę­dzi­łam wiele dni w łóżku, wra­ca­jąc do sił. Do­wie­dzia­łam się w tym cza­sie, że moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka była mal­tre­to­wana przez swo­jego by­łego chło­paka. A póź­niej zo­sta­łam po­rwana przez mo­jego eks.

Który te­raz nie żył, a męż­czy­zna, który go za­bił, być może za­mor­do­wał także moją matkę.

Nic dziw­nego, że tak trudno było mi się dziś sku­pić na pracy. Wszystko wy­da­wało mi się głu­pie i bez­sen­sowne. Od po­czątku nie mia­łam zbyt do­brego zda­nia na te­mat pracy, którą wy­ko­ny­wa­łam, ale po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzyło, za­cho­dzi­łam w głowę, po co kto­kol­wiek miałby spę­dzać pół ży­cia nad ar­ku­szami kal­ku­la­cyj­nymi, mar­nu­jąc cenne go­dziny.

Czy ta­kie my­śli to­wa­rzy­szą lu­dziom, któ­rzy wię­cej niż raz otarli się o śmierć? Czy by­łam w punk­cie zwrot­nym? Mia­łam te­raz od­mie­nić całe swoje ży­cie, żeby nie tra­cić z niego ani chwili na coś, czego nie lu­bi­łam?

Ja­sne. Już wi­dzę, jak to ro­bię, miesz­ka­jąc u ojca. Zdzi­wi­łam się, że po­zwo­lił mi bez pro­te­stów wyjść do pracy, ale prze­cież uwa­żał, że tra­fiła mi się świetna oka­zja. Że od­nio­słam nie­sa­mo­wity suk­ces, bo cały dzień sie­dzia­łam w sza­rym bok­sie, śle­piąc się nad ja­ki­miś cy­fer­kami na ekra­nie.

Mimo tych my­śli uśmiech­nę­łam się do Ste­pha­nie. Mia­łam na­dzieję, że wy­pa­dłam szcze­rze. Prze­cież ko­le­żanka nic złego mi nie zro­biła.

- Mó­wisz tak, bo cie­szysz się, że nie mu­sisz już mnie za­stę­po­wać - po­wie­dzia­łam żar­to­bli­wie i pu­ści­łam do niej oko.

- No do­brze, nie będę ściem­niała, że tak nie jest - od­po­wie­działa we­soło, ale szybko spo­waż­niała. - A tak szcze­rze, to na­prawdę do­brze, że je­steś z po­wro­tem. Nie­źle nas na­stra­szy­łaś.

Ste­pha­nie nie miała po­ję­cia, jak prze­ra­ża­jące rze­czy się działy. Wie­dzia­łam, że na­prawdę się o mnie mar­twiła, choć nie ro­zu­mia­łam dla­czego. Prze­cież nie pra­co­wa­łam tu­taj zbyt długo. Jesz­cze nie przy­wy­kłam do tego, że lu­dzie szcze­rze mnie lu­bili, a nie to­le­ro­wali, bo by­łam zna­jomą Ta­tum, która za­wsze le­piej so­bie ra­dziła z za­wie­ra­niem zna­jo­mo­ści i była zde­cy­do­wa­nie bar­dziej po­pu­larna.

- Cie­kawe, czy wy­trwam dwa dni z rzędu. - Unio­słam dłoń z kciu­kiem zwi­nię­tym w pięść i ro­ze­śmia­łam się, choć w środku całą się trzę­słam. Prze­cież na­stęp­nego dnia mu­sia­łam tu­taj wró­cić. Jak, do cho­lery, wy­trzy­mam ta­kie coś do eme­ry­tury?

Zwłasz­cza że przez więk­szość dnia my­śla­łam o Cal­lu­mie, za­miast sku­piać się na pracy. Na­wet te­raz mu­sia­łam wło­żyć wy­si­łek w to, żeby po­now­nie nie za­jął ca­łej mo­jej uwagi. Po­sta­no­wi­łam po­my­śleć o ma­mie. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak w Hal­lo­ween cho­dziła ze mną po cu­kierki, bo tata za­wsze tego wie­czoru pra­co­wał. Wró­ci­łam wspo­mnie­niami do so­bot­nich po­po­łu­dni w ki­nie i tego, jak uczyła mnie piec chleb. Szkoda, że szybko za­po­mnia­łam tę umie­jęt­ność. Mama za­wsze pach­niała kwia­towo. Na­dal pa­mię­ta­łam jej cie­pły, do­no­śny i bez­wstydny śmiech. Czę­sto mia­łam wra­że­nie, że cho­dził jej po gło­wie spro­śny dow­cip, który bar­dzo chciała ko­muś po­wie­dzieć, bo na jej ustach za­zwy­czaj ma­lo­wał się spe­cy­ficzny uśmie­szek.

My­śla­łam o niej, idąc do windy. Na ma­mie po­win­nam kon­cen­tro­wać swoje my­śli. Czemu mia­łoby być ina­czej? Moja tę­sk­nota za Cal­lu­mem bru­kała jej pa­mięć. Nie mia­łam pew­no­ści, czy tata miał ra­cję, po­dej­rze­wa­jąc go o jej za­bój­stwo, ale do­póki nie będę tego wie­działa na sto pro­cent, mu­sia­łam za­cho­wać zimną krew. A to ozna­czało, że mu­sia­łam prze­stać ob­se­syj­nie o nim my­śleć dniami i no­cami.

By­łam nie­szczę­śliwa, ale nic na to nie mo­głam po­ra­dzić. Od­no­si­łam wra­że­nie, że uno­siła się nade mną ciemna, zło­wiesz­cza chmura, z któ­rej za­miast desz­czu są­czyły się na mnie po­czu­cie winy i wstyd. Nie mo­głam so­bie da­ro­wać tego, że tak ła­two da­łam się mu zma­ni­pu­lo­wać.

Pod­ziemny par­king był już pra­wie pu­sty. Tylko kilka osób zo­stało jesz­cze dłu­żej niż ja. Więk­szość pra­cow­ni­ków wy­szła chwilę przede mną. Mimo spo­rych za­le­gło­ści w pracy nie po­tra­fi­łam zmu­sić się do dłuż­szego sie­dze­nia. Nie, kiedy czu­łam się tak smutna i przy­tło­czona. Mimo że by­łam dość głę­boko po­grą­żona w my­ślach, do­tarło do mnie do­bie­ga­jące zza mo­ich ple­ców trza­śnię­cie drzwicz­kami i stu­kot kro­ków.

Się­ga­jąc do klamki, żeby otwo­rzyć drzwiczki, zo­ba­czy­łam od­bi­cie jego przy­stoj­nej twa­rzy w szy­bie. Krzyk ugrzązł mi w gar­dle. Szyb­kim ru­chem za­krył mi usta dło­nią, obej­mu­jąc mnie drugą ręką w pa­sie. Przy­ci­snął mnie do swo­jej umię­śnio­nej piersi. Po­czu­łam pa­nikę. Czyżby wła­śnie w tej chwili chciał ujaw­nić swoje praw­dziwe in­ten­cje? W ten spo­sób prze­ko­nam się, że mój oj­ciec miał ra­cję?

Jezu, mam na­dzieję, że tak nie było. Nie chcia­ła­bym umrzeć w ten spo­sób. Na szczę­ście coś się we mnie roz­bu­dziło i za­czę­łam wal­czyć.

Broń się. Nie pod­da­waj się.

- Cho­lera, nie wierć się tak. Tak dawno cię nie do­ty­ka­łem. Mógł­bym cię ze­rżnąć tu­taj, opie­ra­jąc o sa­mo­chód - wy­szep­tał mi Cal­lum do ucha.

Tembr jego głosu wy­wo­łał ciarki na ca­łym moim ciele. Złość i lęk ze­lżały, ale i tak mia­łam za­miar uciec temu psy­cho­pa­cie, gdy tylko mnie wy­pu­ści z uści­sku. Cal­lum otwo­rzył drzwi sa­mo­chodu i zwol­nił chwyt, po­py­cha­jąc mnie na sie­dze­nie.

Żeby za­cho­wać jak naj­więk­szy dy­stans od niego, wspar­łam się dłońmi o chłodne, skó­rzane obi­cie ka­napy. Nie by­łam dość uważna, żeby do­strzec, że za­par­ko­wał tuż obok mnie. Idiotka. Po­win­nam była wie­dzieć, że bę­dzie mnie śle­dził, gdy tylko opusz­czę bez­pieczne gniazdo ojca. Męż­czy­zna po­kroju Cal­luma nie po­zwala, żeby coś, czego pra­gnął, wy­mknęło mu się z rąk. A dziś naj­wy­raź­niej chciał mnie. Usiadł obok, za­cho­wu­jąc się, jakby wła­śnie nie pró­bo­wał mnie po­rwać. Prze­cze­sał swoje ciemne włosy dło­nią. Prze­łknę­łam gulę w gar­dle.

To, że był tak sza­le­nie przy­stojny, nie miało zna­cze­nia. Mu­sia­łam pa­mię­tać, że nie stał przede mną ry­cerz w lśnią­cej zbroi, który przy­był mi na ra­tu­nek. Cal­lum był prze­stępcą, który za­wsze sta­wiał swoje po­trzeby po­nad po­trze­bami in­nych.

- Co jest z tobą nie tak? - rzu­ci­łam, cała roz­trzę­siona.

Czu­łam lęk i złość. Chcia­łam go spo­licz­ko­wać i uciec. W ży­łach krą­żyła mi ad­re­na­lina, kiedy się­gnę­łam za sie­bie, żeby na­ma­cać klamkę.

- Za­bez­pie­cze­nie przed dziećmi - oznaj­mił Cal­lum. - Żeby ja­kaś dziew­czynka nie wy­sko­czyła z sa­mo­chodu w nie­od­po­wied­nim mo­men­cie.

Jaka szkoda, że nie po­tra­fi­łam go nie­na­wi­dzić. Dla­czego moje serce oży­wiało się, kiedy sie­dział tak bli­sko mnie? Dla­czego pra­gnę­łam wtu­lić się w niego i roz­ko­szo­wać cie­płem jego ciała? Jego nie­spo­dzie­wana obec­ność po tych kilku dniach prze­rwy była jak łyk wody w upale. Moje serce się ra­do­wało, choć w umy­śle pa­no­wało prze­ra­że­nie.

Drżącą ręką wy­gła­dzi­łam bluzkę i wzię­łam się w garść.

- Co ty wy­pra­wiasz, do cho­lery? Nie mo­żesz tak po pro­stu po­ja­wić się u mnie w pracy i siłą we­pchnąć mnie do sa­mo­chodu. Na par­kingu są ka­mery. Ktoś mógł cię zo­ba­czyć. Chcesz, żeby we­zwano po­li­cję?

- Są­dzisz, że zro­bi­łem coś ta­kiego po raz pierw­szy? - za­śmiał się, co mnie jed­no­cze­śnie prze­stra­szyło i otrzeź­wiło. Dzięki temu na­bra­łam sił i nie za­mie­rza­łam bła­gać go o to, żeby do mnie wró­cił. Będę silna. Za­taił przede mną, że na­dal był żo­naty, i mu­siała o tym pa­mię­tać. I że być może za­bił moją matkę.

- Mam gdzieś, ile osób we­pchną­łeś na tylne sie­dze­nie swo­jego sa­mo­chodu. Co­kol­wiek chcesz mi po­wie­dzieć, musi po­cze­kać. Nie je­stem go­towa na taką roz­mowę.

- W tym pro­blem. Nie mo­głem już dłu­żej cze­kać. Mu­sia­łem zo­ba­czyć cię na wła­sne oczy. Upew­nić się, że nic ci nie jest. - W jego to­nie głosu, nieco fał­szy­wym, po­ja­wiła się nuta, którą można było po­my­lić z czu­ło­ścią.

Wie­dzia­łam, że to ściema. Cal­lum nie po­tra­fił być szczery. Gdyby było ina­czej, nie prze­mil­czałby prawdy o swoim roz­wo­dzie tak bez­tro­sko, przez co uwie­rzy­łam, że to, co nas łą­czyło, było praw­dziwe.

- Nic mi nie jest. Wró­ci­łam do pracy i swo­jego ży­cia. Dzię­kuję za tro­skę. - Po­cią­gnę­łam za klamkę, wbi­ja­jąc wzrok w Cal­luma. Przy­war­łam do drzwi, kiedy nie­po­ko­jąco zbli­żył się do mnie. Czu­łam cie­pło jego ciała. Oba­wia­łam się, że je­śli przy­su­nie się jesz­cze bar­dziej, pod­dam się mu. Nie mo­głam so­bie na to po­zwo­lić. - Puść mnie. Mu­szę wra­cać do domu.

Po­czu­łam na so­bie jego żar­liwe spoj­rze­nie. Po­win­nam od­wró­cić od niego wzrok, ale to ni­czego by nie zmie­niło.

- Bianko, nie uciek­niesz przed nami. Ni­g­dzie nie pój­dziesz, do­póki so­bie nie po­roz­ma­wiamy - po­wie­dział sta­now­czo, na­chy­la­jąc się w moją stronę.

Po­czu­łam odu­rza­jący za­pach jego per­fum - cy­na­mon i goź­dziki.

Kiedy był tak bli­sko, mo­głam ła­two za­po­mnieć o tym, że jest bar­dzo złym czło­wie­kiem. Pa­mię­ta­łam wtedy tylko, jak dużą przy­jem­ność po­trafi mi spra­wiać.

- Se­rio? - Z ca­łych sił ude­rzy­łam go w klatkę pier­siową obiema rę­kami. Udało mi się w ten spo­sób zwięk­szyć dy­stans mię­dzy nami. Zdzi­wiony Cal­lum spoj­rzał na mnie. Z dumą wy­pro­sto­wa­łam ra­miona. To jed­nak nie wy­star­czyło, żeby po­wstrzy­mać go przed po­ło­że­niem mi dłoni na ko­la­nie. Od­trą­ci­łam jego rękę i sta­now­czo po­krę­ci­łam głową.

- Chyba zwa­rio­wa­łeś! Jak mo­żesz my­śleć, że po­zwolę ci się do­tknąć po tej hi­sto­rii? Jak mam ci ufać? Nic, co nas łą­czyło, nie było szczere. Nie ma nas, a twoje po­ja­wie­nie się tu­taj i wrzu­ce­nie mnie siłą do sa­mo­chodu tego nie zmieni.

Mó­wiąc to, mia­łam świa­do­mość, że oszu­ki­wa­łam samą sie­bie. To, co nas łą­czyło, było praw­dziwe. Po pro­stu nie chcia­łam się do tego przy­znać, bo by­łam wście­kła. Oszu­kał mnie. Zro­bił ze mnie idiotkę. Wszystko, co wie­dzia­łam o nim, a co praw­do­po­dob­nie było prawdą, tra­ciło na zna­cze­niu, kiedy się zbli­żał. Czu­łam jego za­pach, pa­trzy­łam w jego na­miętne oczy i wie­dzia­łam, że nikt inny nie pa­trzył na mnie ten spo­sób. Z ni­kim in­nym nie po­łą­czy mnie nic po­dob­nego.

Chcia­łam, żeby mnie do­tknął. Chcia­łam, żeby był ze mną szczery i żeby mi udo­wod­nił, że mój tata się my­lił. Pra­gnę­łam, żeby wszystko, co złe, znik­nęło. Chcia­łam, żeby mi po­wie­dział, że wszystko się ułoży.

Mama. Myśl o niej. Pa­mię­taj o kłam­stwach, które Cal­lum ci sprze­da­wał, i o tym, jak się przez nie czu­łaś.

- Sprawa z Amandą bę­dzie za­ła­twiona, ale nie mo­żesz ode mnie ucie­kać. Na­wet nie da­łaś mi szansy wszyst­kiego wy­tłu­ma­czyć. - Po­now­nie do­tknął dło­nią mo­jej nogi, a ja znowu ją mocno od­trą­ci­łam.

Nie my­śla­łam trzeźwo, kiedy mnie do­ty­kał.

- Wy­tłu­ma­czyć mi?! - pod­nio­słam głos w przy­pły­wie zło­ści. - Nie mu­siał­byś mi ni­czego tłu­ma­czyć, gdy­byś mnie nie okła­mał i po­zwo­lił, że­bym sama zde­cy­do­wała - rzu­ci­łam, ści­ska­jąc uda i krzy­żu­jąc ra­miona przed sobą. Mu­sia­łam trzy­mać się swo­jego, być silną. Za bar­dzo go w tej chwili pra­gnę­łam. Bar­dzo ła­two by­łoby mi te­raz spu­ścić z tonu.

- O czym? - spy­tał wy­zy­wa­jąco.

- O tym, czy chcę być tą drugą ko­bietą. Czemu mia­ła­bym ci po­zwo­lić się tłu­ma­czyć, skoro ty po­zba­wi­łeś mnie szansy na wy­bór? Za­ta­iłeś przede mną, że na­dal je­ste­ście mał­żeń­stwem. Wiesz, jaka czu­łam się upo­ko­rzona, kiedy wy­krzy­czała mi to pro­sto w twarz? Mia­łam ochotę za­paść się pod zie­mię.

- Amanda to zero. Pró­buje tylko znisz­czyć wszyst­kich, któ­rzy ją ota­czają. Nie po­zwól, żeby ta suka na­mie­szała ci w gło­wie.

- Ty to zro­bi­łeś. - Się­gnę­łam do klamki, ale tym ra­zem Cal­lum chwy­cił mnie za dłoń. Był sil­niej­szy ode mnie i że nie mia­łam żad­nych szans, na­wet gdy­bym się bro­niła. - To, co się stało, przy­po­mniało mi o wszyst­kim, przez co prze­szłam.

- Nie zro­bi­łaś nic złego. Nikt z nas nie za­wi­nił. - Sta­rał się mnie uspo­koić, ale jego słowa gówno dla mnie w tej chwili zna­czyły.

Je­śli rze­czy­wi­ście nie ro­bi­li­śmy nic złego, po co miałby ukry­wać przede mną to, że nie jest jesz­cze roz­wie­dziony. Zwią­za­ła­byś się z nim, ma­jąc tę wie­dzę? Nie wie­dzia­łam, jak bym po­stą­piła. Pra­gnę­łam Cal­luma od wielu lat, a po dro­dze żą­dza prze­ro­dziła się w coś wię­cej.

- Bianko, bła­gam, spró­buj to zro­zu­mieć. Nie mogę cię stra­cić. Nie je­stem sobą, kiedy cie­bie nie ma. Po­ga­dajmy o tym. Ja­koś prze­pra­cu­jemy na­sze pro­blemy. - Mó­wił wręcz hip­no­tycz­nym to­nem, który roz­bu­dził moje ciało. Ża­ło­sne, jak bar­dzo go pra­gnę­łam. Czu­łam wil­goć mię­dzy no­gami, a moja cipka za­ci­skała się, chcąc go po­czuć w so­bie. Nie­wiele bra­ko­wało, a zro­bi­ła­bym to. Na szczę­ście cię­żar, który czu­łam w sercu, przy­po­mniał mi o bólu, któ­rego przez niego za­zna­łam.

- Skąd wiesz, że chcę co­kol­wiek prze­pra­co­wy­wać?

- O, pta­szynko. - Na­chy­lił się, kła­dąc jedną rękę na opar­ciu sie­dze­nia, a drugą na drzwiach. By­łam uwię­ziona w jego ra­mio­nach. Rów­nież moje serce i du­sza znaj­do­wały się w klatce, do któ­rej tylko on miał klucz.

Mia­łam ochotę splu­nąć mu w twarz, ale nie by­łam w sta­nie się po­ru­szyć, kiedy stop­niowo zbli­żał twarz do mo­jej twa­rzy. Był jak ko­bra szy­ku­jąca się do ataku. W na­pię­ciu cze­ka­łam, aż spró­buje mnie po­ca­ło­wać, go­towa ode­pchnąć go z ca­łych sił. Tym­cza­sem Cal­lum jak za­wsze mnie za­sko­czył. Za­miast po­ca­ło­wać mnie w usta, w ostat­niej chwili po­chy­lił się ni­sko i mu­snął ustami skórę mo­jej szyi.

- Spoko. Mo­żesz uda­wać, że mnie nie pra­gniesz - szep­nął, a moje serce skuł lód. - Uda­waj do woli. Prawda i tak jest na wierz­chu.

- Jaka prawda? - spy­ta­łam ci­cho, przy­my­ka­jąc oczy, jakby miało mi to do­dać siły. Pod­da­wa­łam się, by­łam bli­ska zła­ma­nia da­nego so­bie słowa, czu­jąc żar po­żą­da­nia mię­dzy udami. Je­śli będę słu­chała cipki, skoń­czę ze zła­ma­nym ser­cem. Przez Cal­luma o tym za­po­mi­na­łam.

- Mo­żesz mnie ko­chać albo nie­na­wi­dzić. To bez zna­cze­nia, bo je­ste­śmy so­bie pi­sani. - Uniósł głowę, żeby po­pa­trzeć mi w oczy. Cho­lera, od­dam się mu. Mu­szę to zro­bić. Prze­cież ni­gdy z nim nie wy­gram, po co więc się temu opie­rać?

- Nie - szep­nę­łam słabo, tra­cąc resztki sil­nej woli. Przy­naj­mniej pró­bo­wa­łam.

Cal­lum pa­trzył na mnie zimno.

- Może po­wi­nie­nem ci przy­po­mnieć, co nas łą­czy. Może przy­po­mnę ci, jak dzięki mnie mo­żesz się czuć. Nie wiem, co cho­dzi ci po gło­wie od tych paru dni, ale mó­wi­łem ci już, że prze­kro­czy­li­śmy gra­nicę, zza któ­rej nie ma po­wrotu. Je­steś moja i zro­bię wszystko, żeby cię przy so­bie za­trzy­mać.

Jego wy­zna­nie mo­głoby brzmieć ro­man­tycz­nie, gdyby nie to, że tak bar­dzo mnie w nim uprzed­mio­to­wił.

- Nie chcesz być ze mną w związku. - Od­wró­ci­łam od niego twarz, od­su­wa­jąc się naj­bar­dziej, jak tylko mo­głam. Jed­nak Cal­lum na­wet na to nie chciał po­zwo­lić. Chwy­cił mnie za brodę i siłą zmu­sił, że­bym pa­trzyła na niego.

- Kogo chcesz prze­ko­nać, że to, co nas łą­czy, nie jest praw­dziwe? Sie­bie czy mnie? - spy­tał szep­tem. Jego chłodny wy­dech pie­ścił mój po­li­czek. Zbu­do­wa­łam w so­bie mur, żeby nie dać mu się zwieść. - Pta­szynko, chyba nie są­dzisz, że to ja­kaś gra?

- Nie, to jest tym, czym tylko ty chcesz. Chcesz mnie po­sia­dać, tak jak ko­lejną nie­ru­cho­mość czy firmę. Nie chcesz ze mną być tak na­prawdę.

Za­mar­łam, kiedy drugą ręką do­tknął mo­jego uda. Och, tak, tego po­trze­buję. Za tym naj­bar­dziej tę­sk­ni­łam - za jego wpraw­nym do­ty­kiem. Moje ciało było stwo­rzone, żeby mu się pod­da­wać.

- Pra­gnę ca­łej cie­bie - wy­szep­tał. - Two­jej cipki, ust, my­śli i serca. Na­le­żysz do mnie. Wszystko, co z tobą zwią­zane, jest moje.

Za­sko­czona, wstrzy­ma­łam od­dech, kiedy po­gła­dził mnie po bio­drze, a przy­jem­ność prze­szyła mnie do­głęb­nie.

- Każdy frag­ment two­jego ciała jest mój - Uśmiech­nął się, po czym de­li­kat­nie po­ca­ło­wał mnie w usta.

Jęk­nę­łam z roz­ko­szy. Spra­wiał, że sta­wa­łam się bez­bronna i na­pa­lona. Nie po­do­bało mi się to. Nie­na­wi­dzi­łam go za to, ale naj­bar­dziej zło­ściło mnie to, że miał ra­cję.

- Kiedy po raz pierw­szy do­tkną­łem two­jej cipki, stała się moja.

Wsu­nął mi dłoń pod ubra­nie i opusz­kami pal­ców wo­dził wzdłuż ko­ronki mo­ich fig, zbli­ża­jąc się co­raz ni­żej do pod­nie­co­nej cipki. Od­ru­chowo roz­su­nę­łam nogi, na tyle, na ile po­zwa­lał krój spód­nicy. Mia­łam ochotę wy­sko­czyć z ubra­nia. Chcia­łam, żeby zdarł je ze mnie i prze­le­ciał tu i te­raz.

Nie, mu­sisz to po­wstrzy­mać. Ale nie było już od­wrotu. Już za­wsze tak bę­dzie. Od­naj­dzie mnie wszę­dzie i po­sią­dzie, a ja za każ­dym ra­zem po­zwolę mu na to, bo mam sła­bość do Cal­luma Tor­rio.

- Cho­lera, wie­dzia­łem - oznaj­mił z za­do­wo­le­niem, kiedy do­tknął mnie w kro­czu. - Je­steś mo­kra. Cho­ler­nie pod­nie­cona. My­ślisz, że wiesz, czego chcesz, i tak na­prawdę bo­isz się, co się sta­nie, kiedy się temu pod­dasz. Twoja piękna cipka wie le­piej niż ty. Ona mnie pra­gnie. Tę­skni za mną, prawda?

Nie zno­szę go, ale przy­się­gam, że go za­biję, je­śli prze­sta­nie mnie do­ty­kać. Nie ode­zwa­łam się ani sło­wem, lecz wy­da­łam z sie­bie ci­chy jęk przy­jem­no­ści.

- Za­przecz, Bianko. Od­mów so­bie tego, czego pra­gnie twoje serce. Walcz ze mną, skoro mu­sisz, ale oboje wiemy, że nic nie ma zna­cze­nia, kiedy wcho­dzę w cie­bie głę­boko. Uwiel­biasz mo­jego ku­tasa i to, jak się czu­jesz, gdy cię pe­ne­truję. - Moc­niej przy­ło­żył dłoń do mo­jego kro­cza. Zro­biło mi się go­rąco od słod­kiej roz­ko­szy, którą po­czu­łam.

- Nie rób tego - szep­nę­łam, choć by­łam mocno pod­nie­cona i serce biło mi szybko. To że­nu­jące, że on tak na mnie dzia­łał. - Nie chcę. To nie­wła­ściwe.

- Na pewno mam prze­stać?

Wstrzy­ma­łam od­dech, kiedy Cal­lum wsu­nął palce pod moje wil­gotne figi. Nie za­nie­chał piesz­czot, przez co trudno było mi wy­do­być z sie­bie słowa.

- Krzycz, pta­szynko. Ktoś w końcu na tym par­kingu cię usły­szy. Mo­żesz wrzesz­czeć, wy­ry­wać się, ko­ły­sać sa­mo­cho­dem. No, da­lej. Ja spo­koj­nie cze­kam. - Mó­wiąc to, cały czas gła­skał moją cipkę pal­cami. Ła­god­nie wo­dził nimi po de­li­kat­nej skó­rze, aż w końcu wsu­nął we mnie je­den pa­lec. Był to sub­telny do­tyk, ale dreszcz roz­ko­szy prze­biegł mi po krę­go­słu­pie. - Je­śli na­prawdę chcesz, żeby to się w tej chwili skoń­czyło, wy­star­czy, że krzyk­niesz. Tylko tak udo­wod­nisz mi, że tego nie pra­gniesz.

Skur­wiel. Pie­przony, wredny drań.

Za­miast wy­krzy­czeć "nie" i zblu­zgać go od naj­gor­szych, prze­chy­li­łam mied­nicę tak, żeby za­pro­sić go głę­biej. Szarp­nęło mną po­czu­cie winy. Nie po­win­nam była tego ro­bić.

- Grzeczna dziew­czynka. Tak my­śla­łem.

Ob­la­łam się ru­mień­cem wstydu, choć cie­pło, które wy­zwa­lały jego piesz­czoty, było rów­nie in­ten­sywne. Na nim za­le­żało mi bar­dziej, dla­tego za­dar­łam spód­nicę wy­żej i roz­su­nę­łam nogi sze­rzej. Tylne sie­dze­nie sa­mo­chodu nie było naj­wy­god­niej­sze, ale zna­la­złam opar­cie dla stopy po­mię­dzy przed­nimi sie­dze­niami. W ten spo­sób zro­bi­łam miej­sce Cal­lu­mowi, żeby mógł uło­żyć się mię­dzy mo­imi udami.

- Wła­śnie tak - wy­szep­tał i wło­żył we mnie drugi pa­lec. - Wspa­niale. Do­pro­wa­dzę cię do sza­leń­stwa. Będę pie­przył twoją śliczną cipkę.

Przy­gry­złam dolną wargę, żeby po­wstrzy­mać jęki. Przy­jem­ność roz­dzie­rała moje łono, kiedy Cal­lum pe­ne­tro­wał mnie mocno pal­cami, tra­fia­jąc we wszyst­kie wła­ściwe miej­sca.

- Tego mi bra­ko­wało. Tej cipki. Mo­jej cipki. Jest taka słodka i cia­sna. Na­wet nie wiesz, jak czę­sto przez te dwa dni my­śla­łem o tym, żeby cię ze­rżnąć. Sza­la­łem na myśl, że miał­bym cię już ni­gdy nie do­tknąć.

Wie­dzia­łam, że tak na­prawdę nie my­ślał w ten spo­sób. Chciał tylko cze­goś do­wieść. Chciał mi przy­po­mnieć, że przy nim je­stem bez­bronna i że po­zwolę, by mó­wił i ro­bił, co tylko ze­chce, pod wa­run­kiem że cią­gle bę­dzie pie­ścił moje ciało. Pie­przył mnie pal­cami, kciu­kiem gła­dząc łech­taczkę. To tylko seks, nic wię­cej, my­śla­łam, kiedy roz­pa­lał we mnie roz­kosz. Nie­ba­wem spłonę pod jego do­ty­kiem.

- Po­su­waj moją dłoń - wark­nął i po­li­zał mnie po szyi. Lekko prze­biegł zę­bami po de­li­kat­nej skó­rze i wbił we mnie trzeci pa­lec. Przy­spie­szył ru­chy dłoni.

Bez­li­to­śnie roz­cią­gał moją cipkę i mimo że cza­sem prze­szy­wał mnie ból, nie po­pro­si­łam go, żeby prze­stał. Wręcz prze­ciw­nie, chcia­łam, żeby ro­bił to moc­niej i szyb­ciej. Za­czę­łam dy­szeć, kiedy Cal­lum co­raz szyb­ciej pie­przył mnie swoją silną dło­nią. Przy­go­to­wy­wał mnie na swo­jego wiel­kiego ku­tasa. Oparta o drzwi, wi­łam się spa­zma­tycz­nie. By­łam po­chło­nięta jego piesz­czotą i cał­ko­wi­cie zdana na jego ła­skę.

- Pieprz moje palce. Zrób to tak, jak twoja cipka tego po­trze­buje.

- O cho­lera. - Nie mo­głam się po­wstrzy­mać, kiedy mó­wił w ten spo­sób. To tak wspa­niałe do­zna­nia. Cały sa­mo­chód się roz­ko­ły­sał, kiedy ujeż­dża­łam jego rękę, sa­piąc i ję­cząc. Na czole po­ja­wiły mi się kro­pelki potu. Za­ci­snę­łam palce wo­kół nad­garstka Cal­luma, wbi­ja­jąc mu pa­znok­cie w skórę. Po­ru­sza­łam się na jego dłoni jak na jego ku­ta­sie.

Po­trze­bo­wa­łam tego. Mu­sia­łam uwol­nić z sie­bie wszystko, co do tej pory tłu­mi­łam. Lęk i za­gu­bie­nie, nie­uf­ność i po­czu­cie winy. Da­jąc upust tym wszyst­kimi emo­cjom, rżnę­łam jego rękę, tak jak roz­ka­zał. Za­wsze już będę po­dą­żała za jego wolą. Nie mia­łam in­nego wyj­ścia. Pa­no­wał nade mną.

- Cal­lum! - wy­krzyk­nę­łam tak gło­śno, że aż za­bo­lało w uszach. Cal­lum ka­rał mnie, ostro wbi­ja­jąc we mnie palce. A ja tego chcia­łam. W końcu do­szłam na skraj i wy­bu­chłam. Całe na­pię­cie ze mnie ze­szło. - Do­cho­dzę! - wy­dy­sza­łam, uświa­da­mia­jąc so­bie, że pła­czę. Łzy pły­nęły mi po po­licz­kach, a cia­łem wstrzą­sały dresz­cze.

Cal­lum wy­su­nął dłoń z mo­jego pul­su­ją­cego wnę­trza i przy­su­nął ją so­bie do ust, a na­stęp­nie wy­li­zał. Wy­da­wał przy tym pełne za­do­wo­le­nia jęki, co pod­nie­ciło mnie jesz­cze bar­dziej i zin­ten­sy­fi­ko­wało or­gazm. Roz­kosz czu­łam od czubka głowy po palce stóp.

Po­pa­trzy­li­śmy so­bie w oczy. W jego spoj­rze­niu oprócz głodu i mroku było coś, czego ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam. Było to za­cie­ka­wie­nie. Jakby wy­cze­ki­wał na coś.

Nie mia­łam jed­nak czasu, żeby to ana­li­zo­wać, bo Cal­lum roz­darł mi bluzkę i przy­warł twa­rzą do mo­ich piersi. Szyb­kim ru­chem zsu­nął z nich biu­sto­nosz. Wy­da­wał z sie­bie zwie­rzęce jęki i li­zał moje twarde sutki. Z eks­cy­ta­cji wbi­ja­łam mu palce w ra­miona. Chcia­łam ze­drzeć z niego ma­ry­narkę i roz­piąć mu ko­szulę, ale mnie po­wstrzy­mał. Całą uwagę sku­piał na moim ciele. Chciał się za­do­wo­lić tylko nim. Zi­gno­ro­wa­łam emo­cje, które to we mnie wzbu­dziło, bo Cal­lum wła­śnie roz­piął spodnie. Nie mo­głam się tego do­cze­kać. Tak, wła­śnie tego pra­gnę. Chcia­łam po­czuć z nim jed­ność, chcia­łam, żeby był we mnie. Niech mi przy­po­mni o tym, co naj­waż­niej­sze: o nas.

Nie o so­bie, nie o mnie, lecz o nas ra­zem.

Jak mo­głam w ogóle o tym za­po­mnieć?

- Moja - wy­szep­tał, po­now­nie od­su­wa­jąc na bok ma­te­riał mo­ich fig. Po­czu­łam na cipce cie­pło jego ku­tasa. Wsu­nął się głę­boko we mnie, roz­cią­ga­jąc mnie w środku tak, jak tylko on po­tra­fił. Na­pię­cie, które za­wsze po­ja­wia się przy pierw­szym pchnię­ciu, stop­niowo ustę­po­wało. Lekko wy­gię­łam plecy, a Cal­lum ob­jął mnie ra­mie­niem w pa­sie, przy­su­wa­jąc mnie bli­żej do sie­bie - ze­spa­la­jąc nas ra­zem.

- Nie ro­zu­miem, jak mo­głaś wąt­pić w to, co nas łą­czy. Masz tego do­wód mię­dzy udami, a do tego ję­czysz jak na­pa­lona kotka i do­ma­gasz się, że­bym po­su­wał cię moc­niej.

- Cal­lum - szep­nę­łam.

Sa­mo­chód ko­ły­sał się jesz­cze bar­dziej niż wcze­śniej, w szyb­kim ryt­mie na­szych ciał. Szyby za­pa­ro­wały, ale nie ob­cho­dziło mnie to. Naj­waż­niej­sza była przy­jem­ność na­ra­sta­jąca w dole mo­jego brzu­cha. Silna, głę­boka i pul­su­jąca.

- Moja pta­szyna - po­wie­dział z za­do­wo­le­niem w gło­sie. - Moja mała na­pa­lona la­ska. Je­steś na­pa­lona na mo­jego fiuta, co nie?

- Tak! - wy­sa­pa­łam. Po­wie­dzia­ła­bym wszystko, żeby tylko nie prze­sta­wał.

- Moja i tylko moja.

- Ni­czyja inna. - By­łam bli­ska or­ga­zmu. Go­towa po­now­nie krzy­czeć z roz­ko­szy. Ob­ję­łam Cal­luma moc­niej rę­kami i no­gami, a moja cipka za­ci­skała się na jego ku­ta­sie co­raz szyb­ciej.

- Bo nikt inny nie po­trafi rżnąć cię w ten spo­sób. Po­wiedz to.

- Nikt nie po­trafi mnie rżnąc w ten spo­sób. Cal­lum! Och!

- Dojdź dla mnie - wy­dy­szał mi do ucha. - Po­da­ruj mi swój or­gazm, pta­szynko. Daj mi to, co moje.

Tak zro­bi­łam, nie mo­głam się po­ha­mo­wać. Na­pię­cie się­gnęło szczytu i kiedy prze­sta­łam się po­wstrzy­my­wać, ogar­nęło mnie roz­koszne, bło­gie do­zna­nie. Drża­łam na ca­łym ciele.

- Cal­lum - szep­ta­łam, wbi­ja­jąc mu pa­znok­cie w ra­miona, kiedy on nie prze­sta­wał się we mnie po­ru­szać.

- Wła­śnie tak. - Po­ło­żył mi dłoń na gar­dle i skie­ro­wał moją twarz tak, że­bym pa­trzyła na niego. - Otwórz oczy. - Po­su­wał mnie jesz­cze głę­biej, za­ci­ska­jąc przy tym zęby. - Po­wiedz mi te­raz, że to nie jest praw­dziwe. Po­wiedz, że do­zna­nia, któ­rych ci do­star­czam, nie są praw­dziwe.

Czu­łam jesz­cze słab­nące fale or­ga­zmu w ca­łym ciele. Do­brze wie­dzia­łam, że Cal­lum wy­czu­wał każdy spazm i na­pię­cie mię­śni, bo prze­cież nie prze­sta­wał mnie pe­ne­tro­wać. Nie mo­głam go okła­mać. Wła­śnie tak na mnie dzia­łał i bez względu na to, jak bar­dzo bym z tym wal­czyła, miał nad moim cia­łem wła­dzę, któ­rej nie dało się zi­gno­ro­wać.

Uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią.

- Wiem, że tego nie po­wiesz, bo do­sko­nale zda­jesz so­bie sprawę, że to prawda. - Wy­ko­nał ko­lejne pchnię­cia, wbi­ja­jąc mnie w sie­dze­nie i jesz­cze moc­niej roz­ko­ły­su­jąc sa­mo­chód. - Łą­czy nas coś wy­jąt­ko­wego. Bez sie­bie nie stwo­rzy­li­by­śmy cze­goś tak zna­czą­cego. Tu cho­dzi o nas. Za­wsze będę wal­czył o to, że­byś o tym pa­mię­tała. Mu­sisz po­wie­dzieć to na głos.

Nie, nie zro­bię tego, mimo że każdy ruch na­szych ciał zbliża mnie do ko­lej­nej eks­tazy; mimo że ma­jąc go w so­bie, czu­łam, że żyję.

- Mów - za­żą­dał, po­ru­sza­jąc się we mnie. - Po­wiedz to, co oboje wiemy, że jest prawdą.

Nie. Po­sta­no­wi­łam, że nie dam się mu zła­mać, choć coś we mnie pra­gnęło się pod­dać. W głębi serca czu­łam ja­kąś tę­sk­notę, która przy każ­dym jego pchnię­ciu się na­si­lała. Chcia­ła­bym od­dać się mu cała. Na­le­ża­łam do niego. Moje miej­sce było u jego boku.

Za­ci­snę­łam dło­nie na jego ra­mio­nach i moc­niej oplo­tłam go no­gami, za­pra­sza­jąc go jesz­cze głę­biej w sie­bie. Miał ra­cję. Moje ciało samo się­gało po to, czego po­trze­bo­wało. Pra­gnęło jego.

- Cia­sna cipka - jęk­nął, moc­niej we mnie wcho­dząc. Zro­bił to z taką siłą, że sama nie wie­dzia­łam, czy czu­łam ból, czy przy­jem­ność. A może i jedno, i dru­gie. Może ból spra­wiał, że przy­jem­ność była więk­sza. Po­do­bało mi się to. - Dojdę. My­ślisz, że twoja cipka za­słu­żyła na moją spermę?

- Tak! - wy­sa­pa­łam, wbi­ja­jąc mu palce w ty­łek.

- Udo­wod­nij mi to. Spraw, że­bym uwie­rzył, że na nią za­słu­gu­jesz.

- Pro­szę!

- O co pro­sisz? - wy­ce­dził przez zęby.

- Pro­szę, spuść się we mnie. - Ści­snę­łam go udami, przy­trzy­mu­jąc w miej­scu. - Zrób to.

To nie miało sensu. Dla­czego tego chcia­łam? Nie mia­łam po­ję­cia. Czu­łam tylko, że wła­śnie tego pra­gnę. Jęki Cal­luma się zin­ten­sy­fi­ko­wały, a od­dech przy­spie­szył. W końcu pchnął po raz ostatni i znie­ru­cho­miał. Zro­biło mi się nie­sa­mo­wi­cie cie­pło i po­czu­łam za­ska­ku­jącą sa­tys­fak­cję, że do­szedł we mnie. Cal­lum mnie przy­tu­lił, obej­mu­jąc sil­nymi ra­mio­nami. Sły­sza­łam, jak wa­liło mu serce. To było wspa­niałe uczu­cie. Wła­śnie tu­taj przy­na­le­ża­łam.

Przy­naj­mniej tak my­śla­łam, do­póki nie wró­cił mi zdrowy roz­są­dek. Eu­fo­ria wy­brzmiała, ustę­pu­jąc po­czu­ciu, że po­now­nie da­łam się mu po­dejść. Zła­mał moją silną wolę, a mnie się to sza­le­nie po­do­bało.

Ogar­nęło mnie roz­cza­ro­wa­nie samą sobą. Ode­pchnę­łam się od umię­śnio­nej klatki Cal­luma.

- Puść mnie - po­wie­dzia­łam zdy­szana, na­pie­ra­jąc na jego ciało, aż w końcu po­lu­zo­wał uścisk. Może był za­sko­czony, a może do­stał to, czego pra­gnął, i dla­tego po­zwo­lił mi swo­bod­nie usiąść.

- Co znowu? - spy­tał gniew­nie, pa­trząc za­bor­czo, jak usi­ło­wa­łam uła­dzić swoje ubra­nie.

- Nie po­win­ni­śmy byli tego ro­bić.

- Kto tak twier­dzi? - Po­gła­skał mnie po gło­wie, cmo­ka­jąc przy tym ustami. - Prze­sta­niesz w końcu ne­go­wać swoje pra­gnie­nia? Kogo ob­cho­dzi, co my­ślą inni?

Nie za­le­żało mi na opi­nii in­nych. Prze­cież przed chwilą bła­ga­łam fa­ceta, który być może za­bił moją matkę, żeby się we mnie spu­ścił. Nie po­zna­wa­łam sa­mej sie­bie. By­łam cał­ko­wi­cie za­gu­biona.

- Nie ro­zu­miesz, że na­le­żysz do mnie? Nie rzu­cam ta­kich słów na wiatr. Nie ma na tym świe­cie in­nej ko­biety, z którą chciał­bym być - szep­tał, głasz­cząc mnie po wło­sach. Po­ło­żył mi dłoń na po­ty­licy i zmu­sił mnie, bym spoj­rzała mu w oczy. Usta uło­żył w dzi­waczny, wrogi gry­mas. - Nie chcę do­cho­dzić w in­nych. Nie mam za­miaru tra­cić czasu na ucie­ka­nie przed tym, co nie­unik­nione. Wiem, że je­steś moja. Nie po­trze­bu­jesz ni­kogo oprócz mnie. - Po­gła­dził mnie dło­nią po po­liczku. - Otwórz w końcu oczy i uświa­dom so­bie, że nie od­pusz­czę.

Nie­stety moje ciało zga­dzało się z tym, co mó­wił. Wy­star­czył naj­de­li­kat­niej­szy do­tyk, a prze­szy­wał mnie dreszcz przy­jem­no­ści. Mu­sia­łam wal­czyć ze sobą, żeby nie wtu­lić się w jego sze­ro­kie ra­miona. Ale nie mo­głam już wię­cej tego ro­bić. Nie chcia­łam zdra­dzać w ten spo­sób mamy, a do­póki nie po­znam prawdy, będę czuła się jak oszustka.

- Nie, nie je­ste­śmy dla sie­bie od­po­wiedni. Nie je­steś dla mnie wła­ściwą osobą. Dla­czego nie ob­cho­dzi cię moje zda­nie?

- Bo wiem le­piej. Je­stem star­szy i bar­dziej do­świad­czony.

- Wcale nie. - Czu­łam, jak jego sperma wy­pły­wała ze mnie, kiedy po­pra­wia­łam spód­nicę, usi­łu­jąc za­cho­wać odro­binę god­no­ści. Tyle że kiedy by­li­śmy ra­zem, nie było mowy o god­no­ści. - To się nie może wię­cej po­wtó­rzyć. Nie chcę, żeby po­now­nie do tego do­szło.

- Wiesz, że to nie­prawda.

- Prze­stań mi wma­wiać, że wiesz, co mi cho­dzi po gło­wie! - Pu­ściły mi nerwy. Za­sko­czona mina Cal­luma do­dała mi siły. - Wiem, co czuję, i nie jest to do­bre uczu­cie. Je­stem ze­psuta. Nie za­leży ci na mnie. Nie pra­gniesz mnie tak na­prawdę, skoro masz gdzieś to, że przy to­bie czuję się tak źle.

- Do­brze - wes­tchnął z re­zy­gna­cją. - W ta­kim ra­zie po­ga­dajmy o tym.

- Nie ma o czym roz­ma­wiać - po­wie­dzia­łam sta­now­czo. - Nic nas nie łą­czy. Cho­dziło tylko o seks. Po­peł­ni­łam błąd i koń­czę z tym.

Z jed­nej strony do­brze było wy­ra­zić to, co cią­żyło mi na sercu. Z dru­giej - ból, który po­ja­wiał się w jego oczach, i smu­tek ma­lu­jący się na jego twa­rzy, spra­wiły, że po­czu­łam się okrop­nie. Mimo że on wie­lo­krot­nie mnie skrzyw­dził przez swoją bez­myśl­ność i za­bor­czość, ja nie chcia­łam go ra­nić. Wtedy na­gle wy­raz jego twa­rzy się zmie­nił, jakby ktoś wci­snął przy­cisk. Spo­waż­niał i spoj­rzał na mnie lo­do­wato.

- W po­rządku. - Się­gnął do klamki i od­blo­ko­wał za­mek. - Idź. Na ra­zie. Pa­mię­taj jed­nak, że przyj­dzie mo­ment, kiedy bę­dziesz mu­siała sta­wić czoła rze­czy­wi­sto­ści. Nie­ważne, co czu­jesz ani jak bar­dzo bę­dziesz kie­ro­wała się tym, co inni my­ślą, jedno ni­gdy się nie zmieni. Ni­gdy nie dam ci odejść. Za­wsze będę ci przy­po­mi­nał o tym, jak je­steś słaba, kiedy cho­dzi o nas. W końcu prze­sta­niesz z tym wal­czyć.

- Nie wy­si­laj się. Tylko tra­cisz czas. - Po­ło­ży­łam dłoń na klamce. Nie chcia­łam wy­sia­dać z tego sa­mo­chodu z po­czu­ciem, że go zra­ni­łam. Ale moje rany były znacz­nie głęb­sze, bo nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, dla­czego nie mo­głam się mu oprzeć. Nie wie­dzia­łam też, kim się sta­wa­łam, pod­da­jąc mu się za każ­dym ra­zem.

Krę­ciło mi się w gło­wie i trzę­sły mi się nogi, kiedy szłam do sa­mo­chodu. Czu­łam wstyd i roz­go­ry­cze­nie, sia­da­jąc za kie­row­nicą. Ką­tem oka wi­dzia­łam, że Cal­lum prze­siadł się na sie­dze­nie kie­rowcy i na­tych­miast ru­szył z par­kingu. Opu­ści­łam głowę na kie­row­nicę. Gar­dzi­łam sobą za to, że tak ła­two się mu pod­da­łam. Nie mo­głam do tego po­now­nie do­pu­ścić. Ni­gdy wię­cej. Choćby nie wiem co.

Być może Cal­lum po­tra­fił do­pro­wa­dzić moje ciało do eks­tazy, ale do­sko­nale wie­dział też, jak zła­mać mi serce. Dla­tego, je­śli dam mu jesz­cze wię­cej wła­dzy nad sobą, to rów­nie do­brze mo­gła­bym wrę­czyć mu pi­sto­let, żeby mnie za­bił.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki