1
------
Między jednym krokiem a drugim
Dwie minuty przedtem, nim zniknął na zawsze z powierzchni znanej mu
Ziemi, Joseph Schwartz spacerował po miłych uliczkach podmiejskiej
części Chicago, mrucząc do siebie fragmenty Browninga.
Było to o tyle dziwne, że w oczach mijających go przechodniów Schwartz
nie sprawiał wrażenia kogoś, kto mógłby cytować Browninga. Wyglądał
dokładnie na tego, kim był: emerytowanego krawca, który nawet przelotnie
nie zetknął się z czymś, co wytworni intelektualiści zwą "ogólnym
wykształceniem". Lecz rozliczne, różnorodne lektury, stanowiące pożywkę
dla niespokojnego, ciekawego świata umysłu, pozwoliły mu rozszerzyć
horyzonty. Żarłoczna, nienasycona żądza wiedzy sprawiła, iż zgromadził
ogromny zapas faktów, a niemal fotograficzna pamięć przechowywała
wszystko w nienagannym porządku.
Na przykład w młodości dwa razy przeczytał wiersz Rabbi ben Ezra
Roberta Browninga i oczywiście od tamtego czasu umiał go na pamięć.
Większa część wiersza niewiele mu mówiła, lecz trzy pierwsze linijki od
kilku lat gościły w jego sercu. Tego bardzo jasnego, słonecznego ranka
letniego dnia 1949 roku zaintonował je do siebie w głębi milczących
komnat swego ducha:
Zestarzej się u mego boku!
Najlepsze jest wciąż o pół kroku
Przed nami - pełnia życia, ku niej wszystko wiodło...
Schwartz znakomicie rozumiał sens tych słów. Po trudach młodości w Europie i spędzonych w Stanach Zjednoczonych lat męskich wygodny spokój
dojrzałego wieku był bardzo miły. Skoro miał własny dom i pieniądze,
mógł wypoczywać, co też i robił. A jeśli dodamy do tego zdrową żonę,
dwie córki, bezpiecznie wydane za mąż, i wnuka, który umilał ostatnie
wspaniałe lata jego życia, czym miałby się martwić?
Była wprawdzie bomba atomowa i ciągła gadanina o trzeciej wojnie
światowej, ale Schwartz wierzył w dobrą stronę ludzkiej natury. Nie
sądził, aby kiedykolwiek wybuchła kolejna wojna. Nie przypuszczał, że
Ziemia ujrzy kiedyś atomowe piekło wystrzelonych w gniewie bomb
jądrowych. Tak więc uśmiechał się wyrozumiale do dzieci, które mijał, w myślach życząc im szybkiej i niezbyt trudnej podróży przez młodość do
spokoju, który ma dopiero nadejść.
Podniósł stopę, aby przekroczyć szmacianą lalkę, leżącą na środku ulicy,
uśmiechającą się, mimo że została porzucona - zgubę, której nikt nie
szukał. Nie zdążył jeszcze postawić nogi z powrotem...
W innej części Chicago stał Instytut Badań Jądrowych, w którym
pracownicy wygłaszali czasem teorie o istocie ludzkiej natury, z cichą
rozpaczą przyjmując fakt, iż jak na razie nie istnieją jeszcze
instrumenty pozwalające dokładnie wymierzyć wartość każdej jednostki.
Kiedy o tym myśleli, nieraz modlili się, aby jakaś ingerencja sił
nadprzyrodzonych powstrzymała ludzką naturę (i przeklętą ludzką
pomysłowość) przed zamienianiem każdego niewinnego i ciekawego odkrycia
w śmiercionośną broń.
A przecież paradoksalnie ten sam człowiek, który pchany niepohamowaną
ciekawością zagłębiał się w badaniach energii jądrowej, mogących pewnego
dnia doprowadzić do zniszczenia połowy ziemskiego globu, potrafił
zaryzykować życie, by ocalić choćby najmniej ważnego innego człowieka.
Błękitna poświata za plecami chemika zainteresowała doktora Smitha.
Zauważył ją, kiedy mijał na wpół otwarte drzwi. Chemik, pogodny
młodzieniec, pogwizdując, zakorkował kolbę miarową, w której właśnie
sporządzał odpowiednią ilość roztworu. Biały proszek powoli opadał w cieczy, rozpuszczając się we właściwym mu tempie. Przez chwilę to było
wszystko i nagle instynkt doktora Smitha, który najpierw kazał mu się
zatrzymać, popchnął go do działania.
Wpadł do środka, chwycił linijkę i zrzucił na podłogę rzeczy stojące na
blacie biurka. Rozległ się syk płynnego metalu. Doktor Smith poczuł, jak
po nosie spływa mu kropla potu.
Młodzieniec patrzył zdumiony na betonową podłogę, na której w cienkich,
rozproszonych plamach zastygał srebrzysty metal. Plamy wciąż silnie
wypromieniowywały ciepło.
Wreszcie spytał słabym głosem:
- Co się stało?
Doktor Smith się wzdrygnął. Sam dobrze nie wiedział.
- Nie wiem. To ty mi powiedz... Co się tutaj działo?
- Nic się nie działo - wyjąkał chemik. - To była próbka nieoczyszczonego
uranu. Robiłem analizę elektrolityczną miedzi... Nie wiem, co mogłoby się
stać.
- Cokolwiek to było, młodzieńcze, mogę ci powiedzieć, co widziałem. Ten
platynowy tygiel otaczała widoczna aureola. To oznacza mocne
promieniowanie. Uran, powiadasz?
- Tak, ale nieoczyszczony. On nie jest niebezpieczny. Maksymalna
czystość jest przecież jednym z najważniejszych warunków rozszczepienia,
prawda? - Szybko oblizał wargi. - Czy myśli pan, że to było
rozszczepienie? To nie pluton i nie poddano go bombardowaniu.
- I - dodał zamyślony doktor Smith - był poniżej masy krytycznej. Lub
przynajmniej poniżej znanej nam masy krytycznej. - Popatrzył na kamienny
blat stołu, spaloną i spieczoną farbę szafek, srebrzyste strugi na
betonowej podłodze. - Ale uran topi się w temperaturze około 1800 stopni
Celsjusza, a reakcje nuklearne nie są jeszcze zbyt dobrze poznane, więc
nie możemy wykluczyć żadnej możliwości. Zresztą to miejsce musi być
wręcz przesycone promieniowaniem z najprzeróżniejszych źródeł. Kiedy
metal wystygnie, młodzieńcze, radziłbym go zebrać i bardzo dokładnie
zbadać.
Rozejrzał się uważnie, a potem podszedł do przeciwległej ściany i zaniepokojony spojrzał na plamkę na wysokości ramion.
- Co to jest? - spytał chemika. - Czy to zawsze tu było?
- Co, proszę pana?
Chłopak zbliżył się zdenerwowany i spojrzał na miejsce wskazane przez
starszego człowieka. Była to mała dziurka, którą można by uznać za ślad
po wyjętym gwoździu, ale gwóźdź ten musiałby przebić tynk i cegłę na
wylot, bo przez otwór widać było dzienne światło.
Chemik potrząsnął głową.
- Nigdy tego wcześniej nie widziałem. Ale też nigdy czegoś takiego
specjalnie nie szukałem, proszę pana.
Doktor Smith nie odpowiedział. Cofnął się powoli i podszedł do
cieplarki, prostokątnego pudełka z cienkiej stalowej blachy. Krążyła w nim woda, powoli poruszana mieszadłem wędrującym z mechaniczną precyzją,
a zanurzone w niej elektryczne grzałki sterowane przez termometr
włączały się i wyłączały z irytującą regularnością.
- A to tutaj było?
Doktor Smith delikatnie podrapał paznokciem plamkę na szczycie dłuższej
ścianki. Było to regularne małe kółko wycięte w metalu. Poziom wody go
nie sięgał.
Oczy chemika rozszerzyły się ze zdumienia.
- Nie, proszę pana, tego przedtem nie było. Jestem pewien.
- Hmm. Sprawdź po drugiej stronie.
- Niech mnie diabli. To znaczy tak, jest!
- Dobrze. Chodź tutaj i spójrz przez te otwory... Zamknij, proszę,
cieplarkę. Teraz stań tutaj. - Położył palec na dziurze w ścianie. - Co
widzisz? - zawołał.
- Pański palec. Czy trzyma go pan na miejscu tamtej dziury?
Doktor Smith nie odpowiedział. Z całym spokojem, który zdołał sobie
narzucić, polecił:
- Spójrz teraz w drugą stronę... Co widzisz?
- Nic.
- Ale to jest to miejsce, w którym stał tygiel z uranem. Patrzysz
dokładnie na nie, prawda?
Wahanie.
- Myślę, że tak.
Doktor Smith zerknął na wizytówkę wiszącą na uchylonych ciągle drzwiach
i zimnym głosem oznajmił:
- Panie Jennings, to jest absolutnie tajne. Nie chciałbym, żeby
wspominał pan o tym komukolwiek. Rozumie pan?
- Tak, proszę pana!
- Zatem chodźmy stąd. Przyślemy tutaj dozymetrystów, żeby sprawdzili
laboratorium, a my spędzimy ten czas u lekarza.
- Myśli pan, że było skażenie? - Chemik zbladł.
- Zobaczymy.
Nie stwierdzili żadnych skutków skażenia. Obraz krwi był normalny, a test na cebulkach włosów nie wykazał niczego. Mdłości, których
doświadczyli, przypisano przeżytemu stresowi. Nie wystąpiły żadne inne
objawy.
W całym instytucie, ani bezpośrednio po wypadku, ani później, nie
znalazł się nikt, kto byłby w stanie wyjaśnić, dlaczego nieoczyszczony
uran dużo poniżej masy krytycznej i niepoddany bombardowaniu neutronami
mógł gwałtownie stopnieć i wypromieniować śmiercionośną, widoczną aurę.
Można było po tym jedynie stwierdzić, że fizyka jądrowa nadal kryje w sobie dziwne i groźne tajemnice.
Doktor Smith nigdy nie zdobył się na wyznanie całej prawdy w raporcie,
który przygotował. Nie wspomniał o dziurach w laboratorium ani o tym, że
najbliższa tygla była ledwie widoczna, ta po drugiej stronie cieplarki
nieco większa, a otwór w ścianie, leżący trzy razy dalej od niej, miał
już średnicę gwoździa.
Wiązka promieniowania poruszająca się w prostej linii mogła pokonać
wiele kilometrów, zanim krzywizna Ziemi spowoduje, że powierzchnia
planety odsunie się z jej drogi na tyle, aby promień nie mógł wywołać
żadnych uszkodzeń. Miałby wtedy około trzech metrów średnicy. Lecąc w przestrzeń, rozszerzając się i słabnąc, dziwny strumień mógłby w końcu
zniknąć niczym nić w materii kosmosu.
Nigdy nikomu nie powiedział o tej wizji.
Nigdy też nie powiedział, że następnego dnia jeszcze w trakcie badań
lekarskich poprosił o poranne gazety i przejrzał je w poszukiwaniu
określonej informacji.
Ale w wielkiej metropolii co dnia znika wiele osób. Nikt nie przybiegł
na policję, krzycząc i opowiadając, że na jego oczach zniknął człowiek
(a może połowa człowieka?). Nie było doniesienia o żadnym takim wypadku.
W końcu doktor Smith zmusił się do tego, żeby zapomnieć o wszystkim.
Josephowi Schwartzowi przydarzyło się to między jednym krokiem a drugim.
Podniósł prawą nogę, żeby przekroczyć lalkę, i ogarnęła go nagła słabość
- jak gdyby przez ułamek sekundy trąba powietrzna uniosła go i wywróciła
na lewą stronę. Kiedy z powrotem postawił prawą nogę na ziemi, westchnął
głęboko i powoli osunął się na trawę.
Przez długą chwilę siedział z zamkniętymi oczami i nagle je otworzył.
To była prawda! Siedział na trawie, choć przed chwilą spacerował po
betonie.
Domy zniknęły! Białe domy przycupnięte w rzędach, każdy z własnym
trawnikiem, zniknęły bez śladu!
I nie siedział na trawniku, to była łąka. Niestrzyżona trawa rosła
swobodnie, wokół szumiały drzewa, mnóstwo drzew, a jeszcze więcej na
horyzoncie.
To był największy szok, jaki przeżył, ponieważ liście drzew miały rudy
kolor, przynajmniej część z nich, a pod rękami poczuł suche, łamliwe,
martwe liście. Był mieszkańcem miasta, ale potrafił rozpoznać jesień.
Jesień! Kiedy podnosił prawą nogę, był czerwcowy dzień, pełen świeżej,
połyskującej zieleni.
Spojrzał w stronę swoich nóg i z okrzykiem wyciągnął ku nim rękę.
Niewielka szmaciana lalka, którą chciał przekroczyć, mały okruch
realnego świata...
O nie! Obrócił ją w trzęsących się dłoniach. Nie była cała. Nie
rozerwana, ale przecięta. Czyż to nie dziwne? Przecięta wzdłuż bardzo
dokładnie, tak że wypełniające ją strzępy włóczki nie zostały naruszone.
Wszystkie nitki kończyły się równo.
Połysk na lewym bucie przyciągnął jego wzrok. Wciąż trzymając lalkę,
założył stopę na drugą nogę. Czubek podeszwy, najbardziej wystająca
część buta, został gładko odcięty. Odcięty tak, że żaden ziemski nóż w ręku żadnego ziemskiego szewca nie byłby w stanie wykonać takiego
cięcia. Świeża płaszczyzna błyszczała niczym gładka, nieruchoma
powierzchnia wody.
Po plecach Schwartza przebiegł zimny dreszcz, dosięgnął głowy i zamienił
się w uczucie grozy.
W końcu, ponieważ brzmienie jego własnego głosu było uspokajającym
elementem tego zwariowanego świata, Schwartz przemówił. W niskim,
urywanym głosie, który usłyszał, brzmiało napięcie.
- Po pierwsze, nie zwariowałem. Czuję się tak jak zawsze... Oczywiście
gdybym oszalał, nie wiedziałbym o tym, a może jednak bym wiedział? Nie...
- Narastała w nim histeria. - Musi być jakieś wyjaśnienie. Może to sen?
Ale jak mam to stwierdzić? - Uszczypnął się i poczuł ból, ale potrząsnął
głową. - Mogę śnić, że czuję ból, to żaden dowód.
Rozejrzał się z rozpaczą. Czy sny mogą być tak realne, pełne szczegółów
i przekonywające? Kiedyś czytał, że większość snów trwa nie dłużej niż
pięć sekund, same nocne wizje są efektem drobnych zaburzeń u śpiącego, a pozornie długi czas ich trwania to tylko złudzenie.
Żadna pociecha! Podwinął rękaw koszuli i spojrzał na zegarek. Wskazówka
sekundnika zatoczyła pełne koło, następne i jeszcze jedno. Jeśli to był
sen, pięć sekund ciągnęło się w nieskończoność.
Odwrócił się i otarł zimny pot z czoła.
- A co z zanikiem pamięci?
Nie odpowiedział sobie, tylko powoli oparł głowę na rękach.
Jeśli podniósł nogę, tak jak to zrobił, i jego świadomość opuściła nagle
znany jej tor, po którym dotąd niezmiennie zdążała... Jeśli trzy miesiące
później, jesienią, albo rok i trzy miesiące później, albo też dziesięć
lat i trzy miesiące później postawił nogę w tym dziwnym miejscu, wtedy
gdy wróciła mu pamięć... Ale przecież to wyglądało na zwykły, pojedynczy
krok, a jednak... Gdzie zatem był i co robił w tym czasie?
- Nie! - To słowo wydobyło się jako głośny krzyk.
Niemożliwe! Schwartz popatrzył na swoją koszulę. Włożył ją tego ranka i nadal była świeża. Zastanowił się, wsunął rękę do kieszeni marynarki i wyjął jabłko.
Wgryzł się w nie z wściekłością. Było świeże i jeszcze zachowało chłód
lodówki, z której wyjął je przed dwiema godzinami - lub tym, co powinno
być dwiema godzinami.
A co z małą szmacianą lalką?
Czuł, że dopada go szaleństwo. To musi być sen albo naprawdę zwariował.
Uświadomił sobie, że zmieniła się pora dnia. Było późne popołudnie lub
przynajmniej cienie się wydłużyły. Cicha pustka tego miejsca sprawiła,
że nagle poczuł przejmujący chłód.
Zerwał się na nogi. Musi poszukać ludzi, jakichkolwiek ludzi. I oczywiście powinien też znaleźć jakiś dom, a najlepszym sposobem, aby
tego dokonać, będzie odszukanie drogi.
Odruchowo zwrócił się w stronę, w której drzewa zdawały się nieco
rzadsze, i ruszył naprzód.
Lekki wieczorny chłód zaczął przenikać pod marynarkę, a wierzchołki
drzew stały się niewyraźne, groźnie wyciągając ku niemu gałęzie, kiedy
natknął się na prosty i bezduszny pas tłucznia. Skierował się ku niemu
ze szlochem wdzięczności, chrzęst kruszonego kamienia pod stopami
wywołał prawdziwą euforię.
Ale droga w obu kierunkach była absolutnie pusta i na chwilę znowu
ogarnął go zimny strach. Miał nadzieję, że spotka samochody. Najłatwiej
byłoby zatrzymać jakiś i spytać - skwapliwie wypowiedział te słowa na
głos:
- Jedzie pan może w stronę Chicago?
A jeśli nie był w pobliżu Chicago? Dobrze, w stronę jakiegokolwiek
większego miasta, każdego miejsca, gdzie mógł znaleźć telefon. Miał w kieszeniach tylko cztery dolary i dwadzieścia siedem centów, ale zawsze
jest jeszcze policja...
Wędrował drogą, samym środkiem, rozglądając się nieustannie. Zachód
słońca nie wywarł na nim żadnego wrażenia, ani fakt, że na niebie
pojawiły się pierwsze gwiazdy.
Żadnych samochodów. Nic! Robiło się naprawdę ciemno.
Pomyślał, że wracają przywidzenia, bo horyzont po jego lewej stronie
zalśnił w mroku. W przerwach między drzewami migotała zimna, błękitna
poświata. Nie była to czerwona, ognista łuna, która mogłaby zwiastować
pożar lasu, ale niewyraźny i pełzający blask. Nawet szuter pod nogami
wydawał się delikatnie połyskiwać. Schwartz pochylił się, aby go dotknąć
- na pozór był to najzwyklejszy tłuczeń. Ale widział delikatną poświatę.
Zaczął biec wzdłuż drogi, jego buty dudniły głucho, w nieregularnym
rytmie. Uświadomił sobie, że trzyma w ręku zniszczoną lalkę, i wyrzucił
ją wściekle ponad głowę.
Szydercze wspomnienie życia...
Zatrzymał się w panice. Cokolwiek to było, stanowiło dowód, że wciąż
pozostaje przy zdrowych zmysłach. Potrzebował go! Wrócił w ciemność i szukał pełznąc, dopóki jej nie znalazł, ciemnej plamy na tle ledwie
widocznego blasku. Włóczka wysunęła się ze środka, odruchowo upchnął ją
z powrotem.
Szedł dalej, zbyt przygnębiony, żeby biec.
Był już głodny i naprawdę przerażony, kiedy nagle po prawej stronie
ujrzał iskierkę.
To był oczywiście dom!
Krzyknął głośno i nikt nie odpowiedział, ale to był dom, iskra realności
mrugająca do niego poprzez przerażającą, bezimienną głuszę ostatnich
godzin. Zszedł z drogi i ruszył na przełaj, przez rowy, między pniami
drzew, przez chaszcze i strumyk.
Dziwne! Nawet woda delikatnie lśniła, fosforyzowała w ciemności!
Zauważył to prawie podświadomie.
Wreszcie dotarł na miejsce i wyciągnął ręce, by dotknąć twardej, białej
struktury. Nie była to ani cegła, ani kamień, ani drewno, lecz nie
poświęcił temu najmniejszej uwagi. Wyglądało jak matowa, mocna
porcelana, ale Schwartz nie zważał na nic. Szukał drzwi, a kiedy je
znalazł i nie zauważył dzwonka, kopnął w nie i wrzasnął jak upiór.
Usłyszał wewnątrz poruszenie i cudowny, błogosławiony dźwięk ludzkiego
głosu, innego niż jego własny. Krzyknął ponownie:
- Hej, jest ktoś w środku?
Rozległo się ciche, łagodne skrzypnięcie i drzwi się otwarły. Stanęła w nich kobieta, w jej oczach dostrzegł czujność. Była wysoka i szczupła,
za nią stał wychudzony mężczyzna w roboczym ubraniu... Nie, nie roboczym.
W istocie strój nieznajomego nie przypominał Schwartzowi żadnego znanego
mu odzienia, choć w jakiś nieokreślony sposób wyglądał jak rodzaj
ubrania, które wkłada się do pracy.
Ale Schwartz nie zastanawiał się nad tym. Dla niego oni oboje i ich
ubrania byli piękni; piękni jak widok przyjaciół dla samotnego
człowieka.
Kobieta się odezwała. Jej głos był miękki, lecz rozkazujący, i Schwartz
oparł się o drzwi, żeby utrzymać się na nogach. Jego usta poruszały się
bezdźwięcznie; nagle powróciły do niego wszystkie najgorsze obawy,
dławiąc go za gardło i ściskając serce.
Kobieta przemówiła bowiem w języku, którego Schwartz nigdy przedtem nie
słyszał.
2
------
Jak pozbyć się obcego
Tego chłodnego wieczoru Loa Maren i jej flegmatyczny małżonek Arbin
grali w karty. Starszy mężczyzna siedzący w napędzanym silniczkiem wózku
inwalidzkim ze złością zaszeleścił gazetą i zawołał z kąta:
- Arbin!
Arbin Maren nie odpowiedział od razu. Ostrożnie przejechał palcami po
gładkich, cienkich kartonikach, zastanawiając się nad kolejnym
rozdaniem. Wreszcie, gdy podjął już decyzję, odezwał się na odczepnego:
- Czego chcesz, Grew?
Siwowłosy Grew spojrzał ostro na swego zięcia i znów zaszeleścił gazetą.
Te odgłosy przynosiły mu ogromną ulgę. Kiedy kipiący energią człowiek
zostaje przykuty do wózka i odkrywa, że zamiast nóg ma dwie martwe
kłody, musi, na kosmos, znaleźć sobie coś, co pomogłoby mu wyrazić jego
uczucia. Grew używał do tego gazety. Szeleścił nią, wymachiwał, a kiedy
zachodziła taka konieczność, potrafił i uderzyć.
Grew wiedział, że wszędzie poza Ziemią istniały teleautomaty wyrzucające
z siebie rolki mikrofilmów z najnowszymi doniesieniami. Takie rolki
pasowały do standardowych czytników książkowych. Grew odnosił się jednak
z pogardą do podobnych wynalazków. Marnotrawstwo i degeneracja, ot co!
- Czy czytałeś o ekspedycji archeologicznej, którą przysyłają na Ziemię?
- spytał Grew.
- Nie - odparł spokojnie Arbin.
Grew wiedział o tym, bo to on zawsze pierwszy dostawał do rąk gazetę, a w zeszłym roku rodzina zrezygnowała z wideo. Ale jego słowa stanowiły
jedynie pierwszy ruch w dłuższej rozgrywce.
- No cóż, właśnie tu przyjeżdżają. Wyprawa sponsorowana przez Imperium,
co wy na to? - Zaczął recytować monotonnie, jak większość ludzi, kiedy
czyta na głos: - "Bel Arvardan, starszy członek Imperialnego Instytutu
Archeologii, w wywiadzie udzielonym Galaktycznej Agencji Prasowej z nadzieją wypowiedział się o oczekiwanych doniosłych wynikach badań
archeologicznych, które planuje przeprowadzić na planecie Ziemi,
położonej na peryferiach sektora Syriusza (patrz mapka). "Ziemia -
stwierdził - z jej archaiczną cywilizacją i unikatowym środowiskiem
stanowi przykład dziwoląga kulturowego zbyt długo już lekceważonego
przez nauki społeczne w innych aspektach niż problemy zaprowadzenia tam
skutecznych rządów. Mam podstawy sądzić, że najbliższy rok czy dwa
przyniosą rewolucyjne zmiany w naszych fundamentalnych poglądach na
temat rozwoju społecznego i historii ludzkości"". I tak dalej, i tak
dalej - zakończył z emfazą.
Arbin Maren słuchał jednym uchem.
- Co to znaczy "dziwoląg kulturowy"? - mruknął.
Loa Maren w ogóle nie słuchała. Powiedziała po prostu:
- Teraz ty wychodzisz, Arbin.
- I co, nie spytacie, dlaczego "Trybuna" to wydrukowała? - ciągnął Grew.
- Wiecie, że nawet za milion imperialnych kredytów nie zamieściliby
informacji Galaktycznej Agencji Prasowej, gdyby nie mieli po temu bardzo
ważnych powodów.
Chwilę daremnie oczekiwał odpowiedzi, po czym rzekł:
- Bo mają wstępniak na ten temat. Pełnostronicowy artykuł, w którym nie
zostawili suchej nitki na tym Arvardanie. Biedak wybiera się tu z wyprawą naukową, a oni mało się nie zadławią, byle tylko do tego nie
dopuścić. Spójrzcie tutaj. To klasyczna, agresywna demagogia! Zobaczcie!
- Gwałtownie potrząsnął gazetą. - Dlaczego sami nie przeczytacie?
Loa Maren odłożyła karty, jej wąskie usta zacisnęły się w cienką,
stanowczą linię.
- Ojcze - powiedziała - mieliśmy ciężki dzień, wiec prosiłabym, abyśmy
nie rozmawiali o polityce. Może później, dobrze? Proszę cię, ojcze.
Grew skrzywił się i zaczął ją przedrzeźniać:
- "Proszę cię, ojcze. Proszę cię, ojcze!". Zdaje mi się, że macie już
dosyć swego starego ojca, skoro skąpicie mu nawet kilku cichych słów o aktualnych wydarzeniach. Pewnie wam przeszkadzam, siedzę w kącie, a wy
musicie we dwójkę pracować za troje. Ale czyja to wina? Jestem silny i chętny do pracy. I wiecie, że moje nogi dałoby się wyleczyć. Byłyby jak
nowe. - Poklepał się po udach: silne, głośne uderzenia, które słyszał,
ale których nie czuł. - Jest tylko jedna przeszkoda, mianowicie leczenie
człowieka w tym wieku się nie opłaca. Czy to nie zasługuje na miano
"dziwoląga kulturowego"? Jak inaczej można nazwać świat, w którym
człowiek mógłby pracować, ale nie pozwalają mu na to? Na kosmos,
powinniśmy dać sobie spokój z tym idiotyzmem, który zwiemy "szczególnymi
instytucjami". Są nie tylko szczególne, ale po prostu bzdurne! Uważam,
że...
Grew wymachiwał rękami, krew napłynęła mu do wykrzywionej złością
twarzy.
Arbin wstał z fotela, jego dłoń opadła na ramię starego i mocno je
ścisnęła.
- Nie ma się o co złościć. Kiedy skończysz gazetę, przeczytam ten
wstępniak.
- Jasne, ale ty przecież zgadzasz się z nimi, więc po co to wszystko?
Wy, młodzi, jesteście bandą durniów, miękką gumą w rękach Starszych.
- Cicho, ojcze - wtrąciła ostro Loa. - Nie zaczynaj znowu. - Siedziała
nieruchomo, nasłuchując. Sama nie wiedziała, czego się spodziewała, ale...
Arbin poczuł zimny dreszcz, jak zawsze, gdy ktoś wspomniał Krąg
Starszych. Takie gadanie nie było bezpieczne, Grew nie powinien drwić ze
starożytnej ziemskiej kultury, nie... nie...
To przecież typowy asymilacjonizm. Gwałtownie przełknął ślinę; paskudne
słowo, nawet gdy powtarzało się je tylko w myślach.
Oczywiście w młodości Grewa wielu głupców otwarcie dyskutowało o możliwości zmiany starych porządków, ale teraz nastały inne czasy. Grew
powinien o tym wiedzieć - i prawdopodobnie wiedział. Trudno jednak
zachować spokój i rozsądek, kiedy jest się przykutym do wózka
inwalidzkiego w bezczynnym oczekiwaniu kolejnego spisu.
Sam Grew najmniej przejął się całym incydentem, nic już jednak nie
powiedział. Mijały minuty, a on stawał się coraz spokojniejszy, coraz
trudniej mu było odczytać mały druk. Zanim zdołał przejść do działu
sportowego, głowa opadła mu na piersi. Zachrapał lekko, a gazeta
wymknęła mu się z palców i upadła z ostatnim, tym razem niezamierzonym
szelestem.
Wtedy Loa niespokojnie wyszeptała:
- Może nie jesteśmy dla niego zbyt mili, Arbinie. To ciężkie życie dla
kogoś takiego jak ojciec. Gdy się pomyśli, jaki był kiedyś, to jest jak
śmierć.
- Niczego nie można porównać ze śmiercią. Ma swoje gazety i książki. Daj
mu spokój! Odrobina podniecenia ożywia go, tak jak dzisiaj. Przez kilka
dni będzie szczęśliwy.
Arbin znów skupił się na kartach, ale kiedy sięgnął po jedną, rozległo
się walenie do drzwi. Towarzyszyły mu chrapliwe okrzyki nieukładające
się w żadne zrozumiałe słowa.
Arbin skoczył na równe nogi, po czym zamarł. Oczy Loi wypełniły się
strachem; przerażona spojrzała na męża. Usta jej drżały.
- Zabierz Grewa - polecił Arbin. - Szybko!
Nim jeszcze skończył mówić, Loa już popychała fotel. Cmokała przy tym
uspokajająco.
Lecz śpiąca postać westchnęła, wyrwana z drzemki pierwszym drgnięciem
wózka. Stary człowiek się wyprostował i odruchowo sięgnął po gazetę.
- Co się dzieje? - zapytał z irytacją, i to bynajmniej nie szeptem.
- Ciii. Wszystko w porządku - mruknęła wymijająco Loa, wsuwając wózek do
sąsiedniego pokoju.
Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Jej klatka piersiowa
gwałtownie się unosiła i opadała, a oczy szukały twarzy męża. Łoskot się
powtórzył.
Gdy drzwi się otwarły, Arbin i Loa stali obok siebie w postawie
obronnej. W ich spojrzeniach skierowanych na niewysokiego, pulchnego
mężczyznę malowała się nieskrywana wrogość. Nieznajomy uśmiechnął się
słabo.
- Czym możemy panu służyć? - spytała Loa z ceremonialną uprzejmością, po
czym odskoczyła, gdyż mężczyzna jęknął i wyciągnął rękę, aby się
podeprzeć. Widać było, że zaraz upadnie.
- Może jest chory? - mruknął ze zdumieniem Arbin. - Zaczekaj, pomogę
wprowadzić go do środka.
Po kilku godzinach Loa i Arbin w zaciszu własnej sypialni powoli
szykowali się do snu.
- Arbinie? - odezwała się Loa.
- Co takiego?
- Czy to bezpieczne?
- Bezpieczne? - Zdawał się celowo unikać tego tematu.
- No, przyjęcie tu tego człowieka. Kim on właściwie jest?
- Skąd miałbym wiedzieć? - odparł zirytowany. - Ale przecież nie możemy
odmówić schronienia choremu. Jutro, jeśli okaże się, że nie ma przy
sobie identyfikatora, zawiadomimy Regionalne Biuro Bezpieczeństwa i tyle. - Odwrócił się, wyraźnie próbując zakończyć rozmowę.
Ale żona znów przerwała ciszę. W jej głosie zabrzmiały naglące nuty.
- Nie sądzisz chyba, że mógłby być agentem Kręgu Starszych? Pamiętaj, że
jest jeszcze Grew.
- Chodzi ci o to, co powiedział dziś wieczór? To zupełnie
nieprawdopodobne. Nie będę nawet o tym dyskutował.
- Nie to miałam na myśli, zresztą sam dobrze wiesz. Przetrzymujemy go
nielegalnie od dwóch lat. Zdajesz sobie sprawę, że stanowi to naruszenie
najważniejszego Zwyczaju?
- Nie robimy nic złego - wymamrotał Arbin. - Wykonujemy swoją normę,
choć ustalono ją dla trzech osób - trzech pracujących osób. A skoro tak,
czemu mieliby coś podejrzewać? Nie wypuszczamy go przecież z domu.
- Mogli wyśledzić wózek inwalidzki. Musiałeś kupić silnik i części w mieście.
- Nie zaczynaj znów o tym samym, Loa. Tysiąc razy tłumaczyłem ci, że nie
kupiłem nic poza standardowym wyposażeniem kuchennym. Zresztą on nie
jest agentem Bractwa. To niemożliwe. Czy sądzisz, że uciekaliby się do
tak kunsztownej maskarady z powodu biednego starca na wózku? Mogą
przecież wkroczyć tu w każdej chwili, w biały dzień, z legalnymi
nakazami rewizji w dłoniach. Zastanów się.
- A zatem, Arbinie - jej oczy zapłonęły nagle radosnym ogniem - jeśli
naprawdę tak uważasz, a miałam nadzieję, że dojdziesz do takiego
wniosku, to on musi być Tamtym. To z pewnością nie jest Ziemianin.
- Co to znaczy "nie jest"? Gadasz głupstwa. Po co obywatel Imperium
miałby przybyć właśnie na Ziemię?
- Nie mam pojęcia! Chociaż... Może popełnił tam jakieś przestępstwo? -
Zapaliła się do tego pomysłu. - Dlaczegóż by nie? To ma sens. Ziemia
sama nasuwałaby się jako idealna kryjówka. Kto by go tu szukał?
- Jeśli w ogóle jest Tamtym. Jakie masz na to dowody?
- Nie mówi naszym językiem, prawda? Musisz to przyznać. Czy zrozumiałeś
choćby jedno słowo? Na pewno więc przybył z jakiegoś odległego krańca
Galaktyki, gdzie posługują się dziwacznym dialektem. Podobno mieszkańcy
układu Fomalhauta muszą od podstaw uczyć się nowego języka, żeby
zrozumiano ich na dworze imperatora na Trantorze... Nie widzisz, co to
może oznaczać? Jeśli ten człowiek jest obcy na Ziemi, nie zarejestrowano
go w Biurze Ewidencji i zapewne zrobi wszystko, aby tego uniknąć.
Moglibyśmy zatrzymać go na farmie w miejsce ojca i w ten sposób w nadchodzącym sezonie trzy osoby pracowałyby nad wykonaniem normy. Mógłby
nawet pomóc nam przy żniwach.
Z niepokojem spojrzała na niezdecydowanego męża, który namyślał się
długo, aż wreszcie oznajmił:
- No cóż, lepiej połóż się spać, Loa. Porozmawiamy rano, gdy umysł jest
świeższy.
Szepty ucichły, światło zgasło i po chwili w sypialni i całym domu
niepodzielnie zapanował sen.
Następnego ranka do rozważań przyłączył się Grew. Arbin z nadzieją
przedstawił mu całą sprawę. Ufał rozsądkowi swego teścia znacznie
bardziej niż własnemu.
- Wasze kłopoty, Arbinie - stwierdził Grew - biorą się z tego, że jestem
zarejestrowany jako robotnik, przez co wyznaczono wam trzyosobową normę.
Zmęczyło mnie to pasożytnictwo. Już drugi rok żyję na cudzy koszt. Dość
tego.
Arbin był zakłopotany.
- Zupełnie nie o to mi chodziło. Nie chciałem powiedzieć, że stanowisz
dla nas ciężar.
- W końcu co to za różnica? Za trzy lata odbędzie się kolejny spis i wtedy odejdę.
- Masz więc przed sobą jeszcze co najmniej dwa lata wypoczynku i lektury. Czemu miałbyś z nich rezygnować?
- Bo inni są ich pozbawieni. A co z tobą i Loą? Kiedy przyjdą po mnie,
zabiorą też was. Myślisz, że co ze mnie za człowiek? Miałbym żyć jeszcze
parę śmierdzących lat za cenę...
- Przestań, Grew. Nie pajacuj. Nieraz mówiliśmy ci, co zrobimy. Zgłosimy
cię na tydzień przed spisem.
- I co, pewnie oszukacie lekarza?
- Przekupimy go.
- Hmm. A ten tu jeszcze podwoi waszą zbrodnię. Jego też będziecie
ukrywać?
- Pozbędziemy się go. Na kosmos, po co teraz się tym zamartwiać? Mamy
jeszcze dwa lata. Więc co z nim zrobimy?
- Obcy - powiedział zadumany Grew. - Nieoczekiwanie puka do drzwi.
Przychodzi znikąd. Posługuje się niezrozumiałym językiem... Nie wiem, co
ci poradzić.
- Jest bardzo spokojny i wydaje się śmiertelnie przerażony - stwierdził
farmer. - Nie jest dla nas groźny.
- Przerażony, tak? A jeśli jest niedorozwinięty? Jeśli jego gadanina to
nie nieznany dialekt, lecz bełkot szaleńca?
- To mało prawdopodobne. - Lecz Arbin drgnął zaniepokojony.
- Wmawiasz to sobie, bo chcesz go wykorzystać... Dobrze, powiem ci, co
zrobić. Zawieź go do miasta.
- Do Chiki? - spytał ze zgrozą Arbin. - Ależ to wszystko zrujnuje.
- Bynajmniej. Problem z tobą polega na tym, że nie czytasz gazet.
Szczęśliwie dla naszej rodziny jestem jeszcze ja. Tak się składa, że
Instytut Badań Jądrowych stworzył urządzenie, które ma podobno sprawić,
by ludzie uczyli się szybciej. Był o tym artykuł w dodatku weekendowym.
I potrzebują ochotników. Weź tego człowieka i go zgłoś.
Arbin stanowczo potrząsnął głową.
- Zwariowałeś. Nie mogę tego zrobić, Grew. Natychmiast zapytaliby o jego
numer identyfikacyjny. Jakiekolwiek odstępstwo od prawa szybko zwabiłoby
tu władze, a wtedy dowiedzieliby się o tobie.
- Wcale nie. Akurat w tym przypadku całkowicie się mylisz. Instytut
szuka ochotników, ponieważ maszyna jest nadal w fazie doświadczalnej.
Przypuszczalnie zabiła parę osób, więc jestem pewien, że nie będą
zadawać pytań. A jeśli obcy umrze, najpewniej nie znajdzie się w gorszej
sytuacji niż teraz... No, podaj mi czytnik książkowy i nastaw na szóstą
rolkę. I przynieś gazetę, jak tylko przyjdzie, dobrze?
Kiedy Schwartz otworzył oczy, minęło już południe. W sercu czuł tępy,
przenikliwy ból, ból rozpaczy i tęsknoty - za żoną, której zabrakło przy
jego boku, za utraconym światem...
Kiedyś już czuł podobny ból i natychmiast przed oczami znów stanęły mu
zapamiętane na zawsze sceny. Oto on sam, młodzieniec jeszcze, w zasypanej śniegiem wiosce... nieopodal czekają sanie... zawiozą go do
pociągu... a potem dotrze na wielki statek...
Tęsknota i nękający go strach, towarzyszący rozstaniu ze znanym
otoczeniem, sprawiły, że przez chwilę znów poczuł się tym
dwudziestoletnim chłopcem emigrującym do Ameryki.
Strach jednak był zbyt realny. Niemożliwe, aby tylko śnił.
Kiedy światełko nad drzwiami zabłysło i znów zgasło, a w pokoju
zabrzmiały pozbawione sensu słowa, wypowiedziane barytonem gospodarza,
Schwartz podskoczył. Nagle drzwi otwarły się i pojawiło się śniadanie -
gęsta, ciepła zupa, trochę przypominająca kaszkę kukurydzianą, lecz
bardziej korzenna w smaku, i mleko.
- Dziękuję - odparł i energicznie pokiwał głową.
Farmer burknął coś w odpowiedzi i podniósł koszulę Schwartza, którą ten
powiesił wieczorem na krześle. Obejrzał ją bardzo dokładnie, szczególnie
wiele uwagi poświęcając guzikom. Potem rozsunął szeroko drzwi szafy i Schwartz po raz pierwszy zobaczył ciepłą, mleczną biel ścian.
- Plastik - mruknął do siebie, używając tego uniwersalnego słowa
wytrychu z pewnością typowego laika. Zauważył też, że w pokoju nie ma
żadnych ostrych kątów ani załamań - płaszczyzny łączyły się z sobą
łagodnymi łukami.
Jego towarzysz podawał mu różne przedmioty i gestykulował w sposób łatwy
do zrozumienia. Najwyraźniej Schwartz miał się umyć i ubrać.
Z pomocą popartą wskazówkami posłuchał. Tyle że nie zdołał znaleźć nic,
czym mógłby się ogolić, kiedy zaś wskazał podbródek, odpowiedzią było
niezrozumiałe słowo i mina wyrażająca ogromny niesmak. Schwartz podrapał
się po pokrytej siwą szczeciną skórze i westchnął głęboko.
Zaprowadzono go do niewielkiego, podłużnego, dwukołowego pojazdu. Farmer
gestem nakazał mu wsiąść i pojazd ruszył. Pusta droga umykała w tył, aż
wreszcie wyrosły przed nimi niskie, błyszczące nienaganną bielą budynki.
W dali, na horyzoncie, widać było błękit wody.
Schwartz z entuzjazmem wskazał ręką przed siebie.
- Chicago?
Z zamierającą nadzieją czekał na odpowiedź, z pewnością bowiem nic nie
mogło być mniej podobne do znanego mu miasta.
Farmer nie odpowiedział.
I nadzieja umarła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki