Rozdział I
------
Mrucząca sypialnia
Ściany sypialni mruczały do siebie łagodnie. Było to prawie poniżej
granicy słyszalności - urywany cichy odgłos, niemożliwy jednak do
pomylenia z jakimkolwiek innym dźwiękiem. Odgłos śmierci.
Ale to nie on obudził Birona Farrilla z ciężkiego, nieprzynoszącego
wypoczynku snu. Biron potrząsnął głową w daremnej walce z ciągłym
brzęczeniem rozlegającym się ze stołu.
Z zamkniętymi oczami wyciągnął niezgrabnie rękę i nacisnął przełącznik.
- Halo - wymamrotał.
Z głośnika wylała się fala dźwięków. Były głośne i szorstkie, ale Biron
nie zamierzał ich ściszać.
- Czy mogę rozmawiać z Bironem Farrillem? - spytał ktoś niecierpliwie.
Otwarte oczy Birona napotkały jedynie ciemność. Poczuł nieprzyjemną
suchość w ustach i słaby zapach unoszący się w pokoju.
- Przy aparacie. Kto mówi?
Ignorując jego wypowiedź, w nocnej ciszy ponownie rozległ się donośny
głos:
- Jest tam kto? Chciałbym rozmawiać z Bironem Farrillem.
Biron uniósł się na łokciu i popatrzył na wizjofon. Nacisnął przycisk
kontroli obrazu i mały ekran rozjarzył się jasnym światłem.
- Przy aparacie - powtórzył. Rozpoznał lekko asymetryczne rysy Sandera
Jontiego. - Zadzwoń do mnie rano, Jonti.
Już chciał wyłączyć wizjofon, kiedy Jonti odezwał się ponownie:
- Halo, halo! Jest tam kto? Czy to akademik uniwersytecki, pokój 526?
Halo!
Biron uświadomił sobie nagle, że lampka kontrolna obwodu nadawczego nie
świeci. Zaklął cicho i nacisnął przycisk. Bez rezultatu. Jonti
zrezygnował w końcu i ekran znów stał się tylko małym kwadratem światła.
Biron wyłączył wizjofon. Zgiął rękę i usiłował ponownie ukryć twarz w poduszce. Był zirytowany. Przede wszystkim nikt nie miał prawa
wydzwaniać do niego w środku nocy. Rzucił szybkie spojrzenie na
delikatnie świecące tuż nad jego głową cyfry. Trzecia piętnaście.
Światło zapali się więc dopiero za prawie cztery godziny.
Poza tym nie lubił budzić się w kompletnych ciemnościach. Mimo że
spędził na Ziemi cztery lata, nie zdołał przyzwyczaić się do niskich,
przysadzistych konstrukcji ze zbrojonego betonu, całkowicie pozbawionych
okien. Tradycja ta liczyła sobie tysiąc lat i pochodziła z czasów, kiedy
nie potrafiono jeszcze kontrolować prymitywnych bomb atomowych za pomocą
ochronnych pól siłowych.
Ale to należało już do przeszłości. Wojna nuklearna zrobiła z Ziemią
wszystko, co najgorsze. Większość jej terytoriów była radioaktywna i bezużyteczna. Choć jednak nie zostało nic, o co warto byłoby walczyć,
architektura wciąż odzwierciedlała stare lęki, więc kiedy Biron się
obudził, w pokoju było kompletnie ciemno.
Ponownie uniósł się na łokciu. Dziwne. Czekał. Ale to nie pomruk
sypialni przyciągnął jego uwagę. To było coś nawet jeszcze mniej
zauważalnego i z pewnością nieskończenie mniej zabójczego.
Wyczuł brak delikatnego ruchu powietrza, który zawsze odświeżał
atmosferę w pokoju. Z trudem przełknął ślinę. Odkąd to zauważył, wydało
mu się, że powietrze gęstnieje z minuty na minutę. No tak. Klimatyzacja
przestała działać i znalazł się w prawdziwych kłopotach. Nawet nie mógł
użyć wizjofonu, żeby powiadomić kogoś z obsługi.
Dla pewności spróbował jeszcze raz. Mleczny kwadrat wypełnił się
światłem i rzucił delikatny poblask na łóżko. Obwód odbiorczy działał
bez zarzutu, nadawczy pozostawał martwy. No cóż, nieważne. I tak przed
świtem nic nie można zrobić.
Ziewnął i po omacku poszukał pantofli, wierzchem dłoni przecierając
oczy. Brak wentylacji? To by tłumaczyło ten dziwaczny zapach. Skrzywił
się i kilkakrotnie pociągnął nosem. Nic z tego. Zapach był znajomy, ale
nie potrafił go zidentyfikować.
Poszedł do łazienki i chociaż nie potrzebował światła, żeby nalać sobie
wody do szklanki, odruchowo sięgnął do kontaktu. Nic. Z irytacją
nacisnął jeszcze kilka razy. Czy wszystko przestało działać? Wzruszył
ramionami, napił się po ciemku i natychmiast poczuł się lepiej. Ponownie
ziewnął, wracając do sypialni, i nacisnął główny kontakt. Nie zapaliło
się żadne światło.
Biron usiadł na łóżku, położył ręce na umięśnionych udach i się
zastanowił. Normalnie taka awaria wywołałaby potworną awanturę z obsługą. Akademik to wprawdzie nie luksusowy hotel, ale, na przestrzeń,
można oczekiwać choćby podstawowych wygód. Teraz jednak nie było to
takie ważne. Zbliżało się zakończenie roku, a on zdał już ostatnie
egzaminy. Za trzy dni ostatecznie pożegna się z Uniwersytetem Ziemskim i z samą Ziemią.
Można by jednak zawiadomić o tym bez jakiegoś specjalnego komentarza.
Powinien wyjść z pokoju i zadzwonić z aparatu w holu. Przynajmniej
przynieśliby tu jakąś lampę, może nawet podłączyliby wentylator, dzięki
czemu mógłby spać, nie mając uczucia, że się dusi. Jeśli nie, to
przestrzeń z nimi! Jeszcze tylko dwie noce.
W świetle padającym z ekranu bezużytecznego wizjofonu znalazł szorty.
Włożył jednoczęściowy kombinezon i stwierdził, że to wystarczy. Nie
zmienił pantofli. Nawet gdyby wyszedł na korytarz w podkutych butach,
nie było niebezpieczeństwa, żeby kogoś obudził - podłogi pokrywała
wyciszająca wykładzina. Nie widział jednak powodu, żeby zmieniać kapcie.
Podszedł do drzwi i pociągnął dźwignię. Poruszyła się lekko, usłyszał
szczęknięcie oznaczające uruchomienie zamka. Tyle że drzwi się nie
otworzyły. I chociaż napiął muskuły, ciągnąc z całej siły, nic nie
osiągnął.
Odszedł od drzwi. To śmieszne. Czyżby mieli awarię zasilania? Nie, to
nie mogło się zdarzyć. Zegar chodził. Wizjofon wciąż odbierał.
Chwileczkę! To może być robota chłopaków, tych cholernych narwańców.
Czasami tak się wygłupiali. Dziecinada, ale sam też nieraz brał udział w różnych numerach. To zapewne nie było trudne; jeden z nich mógł się
zakraść do pokoju w ciągu dnia i wszystko przygotować. Ale nie, kiedy
kładł się spać, wentylacja i światła działały.
W porządku, a więc zrobili to w nocy. Akademik jest stary i zbudowany
według przestarzałych planów. Nie trzeba być geniuszem inżynierii, żeby
coś zmajstrować przy instalacji elektrycznej i klimatyzacji. Albo
zablokować drzwi. A teraz czekają na ranek, żeby zobaczyć, co zrobi
dobry stary Biron, kiedy odkryje, że nie może wyjść. Prawdopodobnie
wypuszczą go około południa i będą się zaśmiewać do rozpuku.
- Cha, cha - powiedział ponuro pod nosem. Jeśli tak się sprawy mają, to
pół biedy. Ale przecież mógł coś z tym zrobić; przynajmniej trochę
zmienić ich scenariusz.
Wracając do pokoju, kopnął jakiś przedmiot, który z metalicznym
dźwiękiem potoczył się po podłodze. W delikatnej poświacie z ekranu
wizjofonu ledwie dostrzegł jego cień. Szukał pod łóżkiem, macając
szerokim łukiem. Znalazł i przysunął go bliżej światła. (Nie byli zbyt
sprytni. Powinni całkowicie odłączyć wizjofon, a nie tylko zepsuć obwód
nadawczy).
Stwierdził, że trzyma w ręku mały pojemnik z niewielkim otworkiem w kopułce umieszczonej na wierzchu. Przysunął przedmiot do nosa i powąchał. Wyjaśniła się obecność dziwnej woni w pokoju. To był hypnit.
Oczywiście chłopcy użyli tego, by nie obudził się, gdy oni manipulowali
z instalacją elektryczną.
Biron potrafił już odtworzyć krok po kroku wszystkie wydarzenia. Drzwi
prawdopodobnie bez trudu dały się wyważyć. To był zresztą jedyny
ryzykowny moment - mógł się obudzić. Zresztą w ciągu dnia drzwi można
było odpowiednio przygotować, tak że potem tylko wyglądały na zamknięte.
Nie sprawdzał ich. Nieważne. W każdym razie po otwarciu drzwi wstawili
pewnie do środka puszkę hypnitu i zamknęli pokój. Narkotyk ulatniał się
powoli, aż wreszcie wytworzył takie stężenie w powietrzu, żeby go
porządnie uśpić. Wtedy pewnie weszli, oczywiście w maskach. Na
przestrzeń! Wilgotna chusteczka do nosa zatrzymuje hypnit przez
kwadrans. Nie potrzebowali więcej czasu, żeby zrobić wszystko, co
zaplanowali.
To wyjaśniało sprawę klimatyzacji. Musieli ją wyłączyć, żeby hypnit zbyt
szybko nie zniknął z powietrza. No tak, wszystko jasne. Odłączony
wizjofon uniemożliwiał wezwanie pomocy, zablokowane drzwi nie pozwalały
wyjść, a brak światła miał wywołać panikę. Miłe chłopaki!
Biron prychnął. Nie było powodu, żeby tak się tym przejmować. Dowcip to
dowcip, i tyle. Najchętniej jednak po prostu wyłamałby drzwi i skończył
ten cyrk. Wytrenowane mięśnie napięły się na samą myśl, ale rozsądek
podpowiedział, iż nie miałoby to sensu. Drzwi zostały zbudowane z myślą
o wojnie atomowej. Przeklęta tradycja!
Musi być jednak jakieś wyjście. Nie może dać im takiej satysfakcji.
Przede wszystkim potrzebuje światła, prawdziwego, a nie nieruchomego i mdłego lśnienia ekranu wizjofonu. Nie ma sprawy. W szafie na ubrania
jest latarka.
Przez chwilę, kiedy naciskał przyciski sterowania drzwiami szafy,
pomyślał, że je także uszkodzili. Ale otworzyły się normalnie i gładko
wsunęły w ścianę. Pokiwał głową. To miało sens. Po co mieliby zamykać
szafę? Zresztą na wszystko nie starczyłoby im czasu.
Nagle, kiedy z latarką w ręku wycofywał się do pokoju, w jednej
przerażającej chwili zawaliła się cała misterna konstrukcja jego
domysłów. Zamarł w napięciu i wstrzymał oddech, nasłuchując.
Po raz pierwszy od przebudzenia usłyszał pomruk sypialni. Słuchał
cichej, nieregularnej rozmowy ścian i natychmiast rozpoznał dźwięk.
Nie można było go nie rozpoznać. To był "szmer umierania Ziemi". Głos,
który dał się słyszeć po raz pierwszy tysiąc lat temu.
Dokładniej mówiąc, słyszał licznik promieniowania zliczający cząsteczki
jonizujące i twarde promieniowanie gamma; ciche, elektroniczne tykanie
przechodzące w delikatny szelest. To był odgłos urządzenia
odmierzającego jedną jedyną rzecz - śmierć!
Delikatnie, na palcach, Biron się wycofał. Z odległości dwóch metrów
skierował światło latarki do wnętrza szafy. W głębi, w kącie, stał tam
licznik, ale jego widok nic mu nie powiedział.
Urządzenie znajdowało się tam od jego pierwszych dni na uniwersytecie.
Nowi studenci z kosmosu kupowali zazwyczaj liczniki w pierwszym tygodniu
pobytu na Ziemi. Bali się promieniowania radioaktywnego na planecie i potrzebowali ochrony. Zwykle po roku sprzedawali je następnym naiwnym,
ale Biron nigdy się swojego nie pozbył. Teraz w duchu podziękował
niebiosom za swe niedbalstwo.
Podszedł do biurka, na którym kładł na noc swój zegarek. Ręka zadrżała
mu lekko z emocji, kiedy podnosił go do światła. Plastikowy splot
bransolety był wciąż biały. Biały! Biron odsunął zegarek od oczu i spojrzał pod innym kątem. Czysta biel.
Pasek był jeszcze jednym nabytkiem świeżo upieczonego studenta. Twarde
promieniowanie zmieniało jego barwę na niebieską, a kolor ten oznaczał
na Ziemi śmierć. Nietrudno tu było zgubić drogę i wejść przez nieuwagę
na pas skażonej gleby. Władze oczyściły tyle powierzchni, ile były w stanie, i nikt oczywiście nie zbliżał się do rozległych skażonych połaci
rozpościerających się kilka kilometrów od miasta. Pasek stanowił jednak
dodatkowe zabezpieczenie.
Gdyby zmienił kolor na jasnobłękitny, właściciel musiałby natychmiast
zgłosić się do szpitala i poddać badaniom. Nie było żadnej wymówki.
Pasek zawierał substancję, która była dokładnie tak czuła na
promieniowanie jak człowiek. Odpowiedni czytnik fotoelektryczny
analizował intensywność barwy, dzięki czemu natychmiast można było
określić wchłoniętą dawkę.
Jasny, intensywny błękit oznaczał koniec. Tak jak czujnik nie potrafił z powrotem zmienić barwy, tak ludzkie ciało nie mogło oddać wchłoniętego
promieniowania. Nie było lekarstwa, szansy, nadziei. Po prostu
oczekiwałeś z dnia na dzień, a szpitalowi pozostawało jedynie zająć się
załatwieniem kremacji.
Ale pasek wciąż był biały i w Bironie coś aż krzyczało z radości.
Zatem promieniowanie nadal nie było zbyt silne. Czyżby miał to być także
element dowcipu? Biron zastanowił się i stwierdził, że nie. Nikt nie
zrobiłby czegoś takiego innemu człowiekowi. W każdym razie nie tu, na
Ziemi, gdzie pokątny handel materiałami radioaktywnymi uważano za
najcięższe przestępstwo. Tutaj, na Ziemi, traktowano radioaktywność
bardzo poważnie. Z konieczności. Nikt bez bardzo ważnej przyczyny nie
posunąłby się do czegoś takiego.
Starał się chłodno rozważyć zaistniałe okoliczności. Bardzo ważne
przyczyny - na przykład chęć morderstwa. Ale dlaczego? Nie było motywów.
W swoim dwudziestotrzyletnim życiu nigdy nie miał poważnych wrogów. Aż
tak poważnych. Śmiertelnych wrogów.
Złapał się za krótko ostrzyżone włosy. Śmieszny tok rozumowania, ale nie
do podważenia. Ostrożnie podszedł do szafy. Gdzieś tutaj musi znajdować
się coś, co wysyła promieniowanie; coś, czego nie było jeszcze cztery
godziny temu. I wreszcie to zobaczył.
Małe pudełko o bokach nie dłuższych niż piętnaście centymetrów. Biron
rozpoznał je i dolna warga lekko mu drgnęła. Nigdy wcześniej nie widział
niczego takiego, ale słyszał o podobnych urządzeniach. Wziął licznik i zaniósł go do sypialni. Cichy szmer zamarł, prawie zamilkł. Rozległ się
ponownie, gdy cienka płytka z miki, przez którą przenikało
promieniowanie, została skierowana na pudełko. Biron nie miał już
wątpliwości. To była bomba radiacyjna.
Obecny poziom promieniowania nie był śmiertelny; na razie to tylko
zapalnik. Gdzieś wewnątrz zainstalowany był mały ładunek jądrowy.
Sztuczne izotopy o krótkim czasie rozpadu powoli go rozgrzewały.
Promieniowanie przenikliwe się kumulowało; kiedy temperatura i zagęszczenie cząsteczek przekroczą wartość graniczną, nastąpi reakcja.
Nie wybuch, chociaż wydzielone w czasie reakcji ciepło może zmienić
bombę w bryłkę stopionego metalu, ale olbrzymi wyrzut promieniowania,
który będzie w stanie zabić każdą żywą istotę w zasięgu od dwóch metrów
do dwudziestu kilometrów, zależnie od mocy ładunku.
Nie było sposobu, żeby stwierdzić, kiedy to może nastąpić. Równie dobrze
za kilka godzin, jak i za chwilę. Biron uświadomił sobie to wszystko,
stojąc bezradnie z latarką w bezwładnie opuszczonej ręce. Pół godziny
temu, kiedy obudził go wizjofon, chciał tylko spokoju. Teraz wiedział,
że umrze.
Nie chciał umierać, ale został uwięziony i nie miał gdzie się schronić.
Znał rozkład pokoi. Jego znajdował się na końcu korytarza, w związku z czym sąsiadował tylko z jednym i oczywiście z sypialniami na górze i na
dole. Nic nie mógł zrobić z pokojem nad sobą. Sąsiedni położony był po
stronie łazienki i przylegał swoją łazienką do jego. Wątpił, czy sąsiad
może go usłyszeć.
Zostało więc pomieszczenie poniżej.
W pokoju znajdowało się kilka składanych krzeseł, na wypadek wizyty
gości. Wziął jedno. Kiedy uderzył nim o podłogę, rozległ się głuchy
dźwięk. Odwrócił je kantem i hałas stał się donośniejszy.
Po każdym uderzeniu czekał, zastanawiając się, czy obudzi śpiącego
poniżej i sprowokuje go do złożenia skargi.
Nagle usłyszał słaby odgłos. Zamarł z krzesłem uniesionym nad głową.
Dźwięk powtórzył się, brzmiał jak słaby krzyk. Dobiegał od strony drzwi.
Rzucił krzesło i wrzasnął w odpowiedzi. Przyłożył ucho do ściany w miejscu, gdzie łączyła się z drzwiami, ale izolacja była bardzo dobra i ledwie rozróżniał dźwięki.
Jednak usłyszał wykrzykiwane własne nazwisko.
- Farrill! Farrill! - a potem jeszcze coś. Być może: "Jesteś tam?" lub
"Wszystko w porządku?".
- Otwórzcie drzwi! - zawołał.
Powtórzył to kilka razy. Drżał z niecierpliwości. Bomba mogła
eksplodować w każdej chwili.
Wydało mu się, że go usłyszeli. W końcu dobiegł go przytłumiony głos:
"Uważaj!". Coś tam, coś tam, "blaster". Domyślił się, o co im chodzi, i szybko odsunął się od drzwi.
Rozległo się kilka ostrych trzasków i poczuł drżenie powietrza w pokoju.
Potem dobiegł go głos rozdzieranego metalu i drzwi wpadły do środka. Z korytarza przeniknęło światło.
Biron wybiegł na zewnątrz z szeroko rozłożonymi ramionami.
- Nie wchodźcie! - krzyknął. - Na miłość Ziemi, nie wchodźcie! Tu jest
bomba radiacyjna.
Zobaczył dwóch mężczyzn. Jeden to był Jonti. W drugim, częściowo tylko
ubranym, rozpoznał Esbaka, kierownika domu studenckiego.
- Bomba radiacyjna? - wyjąkał kierownik.
A Jonti spytał:
- Jakiej wielkości?
Blaster, wciąż tkwiący w jego rękach, kontrastował z eleganckim nawet o tej porze nocy strojem.
Biron mógł tylko pokazać rękami przybliżony rozmiar.
- W porządku - powiedział Jonti. Wyglądał na spokojnego, kiedy odwracał
się do swego towarzysza. - Lepiej ewakuujcie pokoje w tym sektorze. A jeśli macie gdzieś na terenie uniwersytetu arkusze blachy ołowianej,
wyłóżcie nimi korytarz. I nie wpuszczałbym tutaj nikogo przed rankiem. -
Zwrócił się do Birona: - Prawdopodobnie ma zasięg rażenia od czterech do
sześciu metrów. Jak się tu znalazła?
- Nie wiem - odpowiedział Biron. Podrapał się w głowę. - Jeśli nie masz
nic przeciwko temu, chciałbym gdzieś usiąść.
Spojrzał na rękę i zorientował się, że jego zegarek został w pokoju.
Odczuł nieodpartą ochotę, aby po niego wrócić.
Trwała ewakuacja. Studenci pospiesznie opuszczali pokoje.
- Chodź - powiedział Jonti. - Myślę, że rzeczywiście powinieneś usiąść.
- Co cię sprowadziło do mojego pokoju? - spytał Biron. - Nie żebym nie
był wdzięczny, rozumiesz.
- Dzwoniłem do ciebie. Nie było odpowiedzi, a ja musiałem się z tobą
zobaczyć.
- Zobaczyć się ze mną? - Mówił powoli, starając się uspokoić
nieregularny oddech. - Dlaczego?
- Żeby cię ostrzec. Twoje życie jest w niebezpieczeństwie.
- Już to wiem. - Biron roześmiał się chrapliwie.
- To był tylko wstęp. Znowu spróbują.
- Kim oni są?
- Nie tutaj, Farrill - powiedział Jonti. - Potrzebujemy spokojnego
miejsca. Jesteś wystawiony i być może ja też narażam się na strzał.
Rozdział II
------
Kosmiczna sieć
Studencka świetlica była pusta i ciemna. Zresztą o czwartej trzydzieści
rano trudno oczekiwać czegoś innego. Jednak Jonti przez chwilę się
zawahał, trzymając otwarte drzwi i nasłuchując, żeby sprawdzić, czy na
pewno nie ma tam nikogo.
- Nie - powiedział cicho. - Nie zapalaj światła. Nie potrzebujemy go do
rozmowy.
- Jak na jedną noc mam dość ciemności - wymamrotał Biron.
- Zostawimy uchylone drzwi.
Biron nie znalazł kontrargumentu. Opadł na najbliższe krzesło i patrzył,
jak prostokąt światła wpadającego przez szczelinę zamykających się drzwi
zmienia się w wąską linię. Teraz, gdy było już po wszystkim, zaczęły
wstrząsać nim dreszcze.
Jonti przytrzymał drzwi i oparł o nie swoją elegancką laskę, stawiając
ją w plamie padającego światła.
- Spójrz tutaj. Jeśli ktoś będzie podchodził albo drzwi się poruszą,
zauważymy to natychmiast.
- Proszę. Nie jestem w nastroju do konspiracji - rzekł Biron. - Jeśli
nie masz nic przeciwko temu, wolałbym, żebyś powiedział wszystko, co
masz do powiedzenia. Uratowałeś mi życie i jutro będę w stanie ci
podziękować. Teraz jednak chciałbym się czegoś napić i odpocząć.
- Wiem, co czujesz. Ale przed chwilą udało ci się właśnie uniknąć zbyt
długiego wypoczynku. Wolałbym, żeby nie było to jedynie na chwilę. Czy
wiesz, że znałem twojego ojca?
Zaskoczony pytaniem Biron uniósł brwi, co było jednak zupełnie
niewidoczne w ciemności.
- Nigdy mi nie wspominał, że cię zna.
- Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby to zrobił. Nie znał mnie pod
nazwiskiem, którego teraz używam. A tak przy okazji, czy miałeś ostatnio
od ojca jakieś wiadomości?
- Dlaczego pytasz?
- Ponieważ jest w wielkim niebezpieczeństwie.
- Co?
Ręka Jontiego odnalazła w mroku ramię Birona i uścisnęła je delikatnie.
- Proszę. Nie podnoś głosu.
Biron po raz pierwszy uświadomił sobie, że cały czas mówili szeptem.
- Będę wyrażał się jaśniej - ciągnął Jonti. - Twój ojciec został
uwięziony. Rozumiesz, co to oznacza?
- Nie, nic nie rozumiem. Kto go uwięził? Do czego zmierzasz? I dlaczego
mnie dręczysz? - Tętniło mu w głowie. Wpływ hypnitu i niedawna bliskość
śmierci sprawiły, że Biron nie był zdolny do szermierki słownej ze
spokojnym dandysem, który siedział tu tak blisko, że jego szepty
brzmiały niczym krzyk.
- Z pewnością masz jakieś wyobrażenie o pracy swojego ojca - rozległ się
szept.
- Jeśli go znasz, wiesz zapewne, że jest rządcą Widemos. To jest jego
praca.
- W porządku, nie ma żadnych powodów, żebyś mi zaufał, poza tym, że
naraziłem dla ciebie swoje życie. Ale i tak wiem wszystko, co mógłbyś mi
powiedzieć. Na przykład, że twój ojciec spiskował przeciwko
Tyrannejczykom.
- Zaprzeczam temu - oznajmił gwałtownie Biron. - Dzisiejszej nocy
wyrządziłeś mi przysługę, ale to nie upoważnia cię do formułowania
podobnych insynuacji.
- Młody człowieku, głupio się wykręcasz i marnujesz mój czas. Czy nie
widzisz, że sytuacja jest zbyt poważna na słowne potyczki? Powiem ci
prawdę. Twój ojciec jest w niewoli u Tyrannejczyków. Być może już nie
żyje.
- Nie wierzę ci. - Biron zerwał się z krzesła.
- Mam uzasadnione powody, żeby tak sądzić.
- Skończmy z tym, Jonti. Nie jestem w nastroju do tajemnic, a twoje
oburzające próby, aby...
- Aby co? - Z głosu Jontiego zniknęły wszystkie łagodne tony. - Co niby
zyskam, mówiąc ci te rzeczy? Mam ci przypomnieć, że ta właśnie wiedza,
która tak cię wzburzyła, pozwoliła mi przewidzieć zamach na twoje życie?
Rozważ wszystko, co się stało, Farrill.
- Zacznij od początku, tylko mów jaśniej. Posłucham.
- W porządku. Wyobrażam sobie, Farrill, że rozpoznałeś we mnie rodaka z Królestw Mgławicy, chociaż przedstawiam się jako Wegańczyk.
- Owszem, podejrzewałem to, ze względu na twój akcent. Nie sądziłem
jednak, że to ważne.
- Bardzo ważne, przyjacielu. Przyjechałem tutaj, bo - tak jak twój
ojciec - nie lubię Tyrannejczyków. Gnębią naszych rodaków od
pięćdziesięciu lat. To bardzo długo.
- Nie zajmuję się polityką.
- Och, nie jestem ich agentem, który usiłuje wciągnąć cię w kłopoty. - W głosie Jontiego znowu zabrzmiała irytacja. - Powiedziałem ci prawdę.
Schwytali mnie rok temu, tak jak teraz pojmali twojego ojca. Ale udało
mi się uciec i przybyć na Ziemię. Sądziłem, że tutaj zdołam ukryć się
bezpiecznie, dopóki nie będę gotowy do powrotu. To wszystko, co musisz o mnie wiedzieć.
- To więcej, niż oczekiwałem, proszę pana.
Biron bezskutecznie usiłował wyzbyć się nieprzyjaznego tonu.
Wystudiowane zachowanie Jontiego drażniło go do głębi.
- Wiem. Ale musiałem powiedzieć ci co najmniej tyle, w tych bowiem
okolicznościach poznałem twojego ojca. Pracował ze mną, a raczej dla
mnie. Znał mnie, ale nie z racji swojej oficjalnej pozycji
najznamienitszego obywatela planety Nefelos. Rozumiesz?
- Tak. - Biron bezsensownie skinął głową w ciemności.
- Nie ma potrzeby zagłębiać się w ten temat. Mam kontakty także i tutaj,
stąd wiem, że został uwięziony. To pewne. Nawet gdybym miał wątpliwości,
dzisiejszy zamach na twoje życie z pewnością by je rozwiał.
- Dlaczego?
- Skoro Tyrannejczycy mają ojca, czy zostawiliby w spokoju syna?
- Więc to Tyrannejczycy podłożyli bombę radiacyjną w moim pokoju? To
niemożliwe.
- Dlaczego? Nie rozumiesz ich postępowania? Rządzą pięćdziesięcioma
światami, lecz poddani stokrotnie przewyższają ich liczebnie. W takiej
sytuacji zwykła przemoc nie wystarczy. Ich specjalnością są spiski,
morderstwa i inne pokrętne działania. Kosmiczna sieć intryg, którą
stworzyli, jest ogromna i bardzo gęsta. Bez trudu mogę uwierzyć, że
sięga na odległość nawet pięciuset lat świetlnych, aż do Ziemi.
Biron wciąż tkwił w swoim koszmarze. Z daleka dobiegały przytłumione
stukoty towarzyszące układaniu ołowianych płyt. W jego pokoju licznik
zapewne wciąż pracował jak szalony.
- To nie ma sensu. W tym tygodniu wracam na Nefelos. Muszą o tym
wiedzieć. Dlaczego mieliby zabijać mnie tutaj? Gdyby poczekali, z pewnością wpadłbym im w ręce. - Odetchnął z ulgą. Podobny błąd logiczny
z pewnością podważa argumenty Jontiego, pomyślał, starając się uwierzyć
we własne rozumowanie.
Jonti przysunął się bliżej i jego oddech wzburzył włosy na skroni
Birona.
- Twój ojciec jest popularny. Jego śmierć - a odkąd został uwięziony
przez Tyrannejczyków, należy liczyć się z możliwością egzekucji -
poruszyłaby nawet pokornych niewolników, których usiłują wychować
Tyrannejczycy. Jako nowy rządca mógłbyś podsycać te nastroje, a stracenie ciebie podwoiłoby niebezpieczeństwo. Tworzenie męczenników nie
leży w ich zamiarach. Ale gdybyś zginął w nieszczęśliwym wypadku na
odległej planecie, to byłoby dla nich bardzo wygodne.
- Nie wierzę ci - powiedział Biron. To była jego cała obrona.
Jonti wstał, poprawiając swe cienkie rękawiczki.
- Posuwasz się za daleko, Farrill. Twoja rola byłaby bardziej
przekonująca, gdybyś przestał okazywać kompletną ignorancję. Domyślam
się, że ojciec chronił cię dla twojego własnego dobra, ale ufam, że jego
poglądy pozostawiły w tobie jakiś ślad. Nic nie możesz na to poradzić.
Twoja nienawiść do Tyrannejczyków stanowi odbicie jego uczuć. Jesteś
gotów do walki z nimi. Być może ojciec uznał cię za na tyle dorosłego,
żeby cię wykorzystać. Umieścił cię tutaj, na Ziemi, i wcale
niewykluczone, że z twoją edukacją wiąże się jakieś zadanie. Zadanie tak
ważne, że Tyrannejczycy są gotowi cię zabić tylko dlatego, aby
uniemożliwić jego wykonanie.
- To głupi melodramat.
- Tak myślisz? Niech i tak będzie. Jeśli prawda cię w tej chwili nie
przekonuje, może przekonają cię później fakty. Będą następne zamachy na
twoje życie i w końcu któryś się powiedzie. Od tej chwili, Farrill,
jesteś martwy.
Biron uniósł wzrok.
- Zaczekaj! Jaki masz w tym interes?
- Jestem patriotą. Chciałbym znowu ujrzeć wolne Królestwa, rządzone
przez własnych władców.
- Nie. Twój osobisty interes. Nie przekonuje mnie sam idealizm, bo nie
wierzę, żebyś ty się wyłącznie nim kierował. Przepraszam, jeśli cię
uraziłem. - W słowach Birona zabrzmiał ton zawziętości.
Jonti ponownie usiadł.
- Moje posiadłości zostały skonfiskowane. Zresztą zanim mnie wygnano,
przyjmowanie rozkazów od tych karłów nie należało do przyjemności. Od
tamtej pory dążę do tego, żeby stać się takim człowiekiem, jakim był mój
dziad, zanim przybyli Tyrannejczycy. Czyż to niewystarczający powód, aby
wzniecić rewolucję? Twój ojciec miał być przywódcą tej rewolucji. Zajmij
jego miejsce!
- Ja? Ja mam dwadzieścia trzy lata i nic o tym nie wiem. Z łatwością
mógłbyś znaleźć wielu lepszych ode mnie.
- Bez wątpienia, ale nikt nie jest synem twojego ojca. Jeśli go
zamordują, ty zostaniesz rządcą Widemos, a wówczas będziesz dla mnie
cenny nawet jako niedorozwinięty dwunastolatek. Jesteś mi potrzebny z tych samych powodów, dla których Tyrannejczycy muszą cię wyeliminować. I jeśli moje argumenty cię nie przekonają, z pewnością dokona tego siła
tyrannejskiej perswazji. W twoim pokoju była bomba. Niewątpliwie miała
cię zabić. Komu innemu mogłoby zależeć na twojej śmierci?
- Nikomu - odparł Biron. - Nikomu, kogo bym znał. Czyli ta opowieść o moim ojcu również musi być prawdą!
- To jest prawda. Pomyśl, że zginął na polu walki.
- Myślisz, że dzięki temu poczuję się lepiej? Może kiedyś postawią mu
pomnik? Taki ze świecącym napisem widocznym z kosmosu. - W głosie Birona
zabrzmiała wściekłość. - Sądzisz, że to mnie uszczęśliwi?
Jonti odczekał chwilę, ale Biron nie powiedział już nic więcej.
- Co zamierzasz robić? - spytał w końcu Jonti.
- Wracam do domu.
- Wciąż nie rozumiesz swojej sytuacji.
- Powiedziałem, że lecę do domu. Czego po mnie oczekujesz? Jeśli żyje,
wyciągnę go stamtąd. A jeśli nie żyje, ja... ja...
- Zamilcz! - W głosie starszego mężczyzny zadźwięczała irytacja. -
Zachowujesz się jak dziecko. Nie możesz jechać na Nefelos. Nie rozumiesz
tego? Czy mówię do dziecka, czy do człowieka obdarzonego choćby minimum
zdrowego rozsądku?
- Co proponujesz? - wymamrotał Biron.
- Znasz suwerena Rhodii?
- Przyjaciela Tyrannejczyków? Słyszałem o nim. Wiem, kim jest. Każdy w Królestwach to wie. Hinrik V, suweren Rhodii.
- Widziałeś go kiedyś?
- Nie.
- Tak myślałem. Jeśli go nie widziałeś, nie znasz go. On jest kretynem,
Farrill. Dosłownie. Ale kiedy Tyrannejczycy skonfiskują włości rządcy
Widemos, tak jak to kiedyś zrobili z moimi, otrzyma je Hinrik. Wtedy
będą uważali je za bezpieczne. I tam właśnie musisz jechać.
- Dlaczego?
- Ponieważ Hinrik ma jednak pewne wpływy wśród Tyrannejczyków, choć nie
są one zbyt wielkie, jak przystało na stuprocentową marionetkę. Może
jednak przekonać ich, aby cię uznali.
- Nie rozumiem dlaczego. Bardziej mu będzie zależało na wydaniu mnie w ich ręce.
- Tak. Ale będziesz się miał na baczności i istnieje spora szansa, że
uda ci się tego uniknąć. Pamiętaj, twój tytuł jest znany i ogólnie
szanowany, ale to nie wystarczy. W konspiracji należy przede wszystkim
mieć na uwadze względy praktyczne. Ludzie zbiorą się wokół ciebie ze
względu na sentyment i szacunek dla twojego nazwiska, ale żeby utrzymać
ich przy sobie, będziesz potrzebował pieniędzy.
Biron zastanowił się nad tym.
- Muszę się namyślić.
- Nie masz czasu. Twój czas się skończył w chwili, gdy w pokoju została
umieszczona bomba. Musimy zacząć działać. Mogę dać ci list polecający do
Hinrika z Rhodii.
- Znasz go aż tak dobrze?
- Zawsze podejrzliwy, co? Kiedyś stałem na czele misji wysłanej na dwór
Hinrika przez autarchę Lingane. Jego kretyńska pamięć pewnie mnie nie
zarejestrowała, ale nie da po sobie poznać, że zapomniał. To ci posłuży
za bilet wstępu, dalej będziesz musiał improwizować. Przygotuję ci list
na rano. W południe odlatuje statek na Rhodię. Ja też wyjeżdżam, ale
inną drogą. Nie zwlekaj. Chyba nic cię już tutaj nie trzyma?
- Zostało jeszcze wręczenie dyplomów.
- Kawałek papieru. Ma dla ciebie aż takie znaczenie?
- Teraz już nie.
- Masz pieniądze?
- Wystarczy.
- Bardzo dobrze. Za dużo mogłoby wzbudzić podejrzenia. - Jonti rzucił
ostro: - Farrill!
Biron otrząsnął się z zamyślenia.
- Co?
- Wracaj do swoich. Nikomu nie mów, że wyjeżdżasz. Pozwólmy mówić
czynom.
Biron w milczeniu skinął głową. Gdzieś w zakamarkach pamięci kołatała
myśl, że nie wypełnił swojej misji i także w ten sposób zawiódł swojego
umierającego ojca. Poczuł gorycz. Mogli powiedzieć mu więcej. Dzieliłby
ich niebezpieczny los. Dlaczego pozwolili mu działać w nieświadomości?
A teraz, kiedy poznał prawdę - a przynajmniej znaczną jej część - o roli
ojca w konspiracji, dokument, który miał wydostać z ziemskich archiwów,
nabrał dodatkowego znaczenia. Lecz jego czas już się skończył. Nie zdąży
zdobyć dokumentu. Nie ma czasu na rozmyślania. Na ratowanie ojca. Być
może nie pozostało mu już zbyt wiele czasu na życie.
- Zrobię tak, jak mi powiedziałeś, Jonti - oznajmił.
Sander Jonti przystanął na chwilę na schodach akademika i rozejrzał się
szybko po terenie uniwersytetu. W jego spojrzeniu nie było podziwu.
Kiedy szedł brukowaną ścieżką wijącą się po kampusie, utrzymanym w stylu
rustykalnym, jak wszystkie osiedla uniwersyteckie od czasów
starożytnych, widział światła jedynej liczącej się ulicy miasta. Za
nimi, przytłumiony światłem poranka, ale jeszcze widoczny, połyskiwał
błękitem radioaktywny horyzont, niemy świadek prehistorycznych wojen.
Jonti zapatrzył się przez chwilę w niebo. Minęło już ponad pięćdziesiąt
lat, odkąd przybyli Tyrannejczycy i nagle położyli kres istnieniu
dwudziestu kilku podupadających i rozkrzyczanych jednostek politycznych
w głębi Mgławicy. Teraz, nieoczekiwanie i przedwcześnie, na ich gardłach
zacisnęła się dławiąca ręka pokoju.
Burza, jaka dosięgła ich w jednym potężnym uderzeniu, wywołała wstrząs,
po którym wciąż nie mogli dojść do siebie. Pozostał jedynie tępy ból.
Czasem jakieś królestwo protestowało nieśmiało. Zorganizowanie owych
protestów, połączenie ich w jeden potężny wybuch, stanowi trudne zadanie
i potrwa wiele lat. Cóż, i tak zbyt długo już oddawał się lenistwu na
Ziemi. Pora wracać.
Odrobinę przyspieszył kroku.
Gdy wszedł do pokoju, natychmiast odebrał przekaz. To był promień
osobisty i Jonti nie obawiał się, że ktoś inny może go podsłuchać.
Niepotrzebny był żaden specjalny odbiornik, kawałek metalu ani drutu,
aby złapać nikły strumień elektronów, niosący przez nadprzestrzeń wieści
ze świata odległego o pięćset lat świetlnych.
Przestrzeń w jego pokoju została spolaryzowana i przygotowana do
odbioru. Była wolna od zakłóceń. Nie istniał żaden sposób wykrycia tej
polaryzacji z wyjątkiem odbioru wiadomości. A w tym szczególnym
fragmencie przestrzeni tylko jego własny umysł mógł działać jako
odbiornik. Jedynie jego osobiste pole magnetyczne reagowało na drgania
przekazujące informacje.
Każda wiadomość była równie osobista, jak niepowtarzalny jest zapis fal
mózgowych. W całym wszechświecie, z jego kwadrylionami ludzkich istot,
prawdopodobieństwo natknięcia się na człowieka zdolnego do odbioru
wezwania osobistego innej osoby było jak jeden do jedynki z dwudziestoma
zerami.
Mózg Jontiego począł błyskawicznie tłumaczyć pozornie bezsensowne fale
nadprzestrzenne.
- ...wzywam... wzywam... wzywam... wzywam...
Wysłanie wiadomości nie było już tak proste jak odbiór. Do wytworzenia
bardzo specyficznych fal, które mogły nawiązać kontakt spoza Mgławicy,
potrzebna jest specjalna aparatura. Zamontowano ją w ozdobnym guziku,
który Jonti nosił na prawym ramieniu. Gdy odbiorca znalazł się w spolaryzowanej przestrzeni, aparatura uruchamiała się automatycznie -
musiał tylko pomyśleć i się skoncentrować.
- To ja! - Nic więcej nie było potrzebne do identyfikacji.
Monotonne powtórzenia sygnału wywoławczego umilkły i w jego głowie
rozbrzmiały słowa.
- Witamy. Widemos został stracony. Jak dotąd, informacja o egzekucji
jest utrzymywana w tajemnicy przed opinią publiczną.
- To mnie nie dziwi. Czy jeszcze ktoś został oskarżony?
- Nie, panie. Rządca nic nie zeznał. To dzielny i lojalny człowiek.
- Tak. Trzeba jednak czegoś więcej niż odwaga i lojalność. Najlepszy
dowód, że został schwytany. Odrobina tchórzostwa może się czasem
przydać. Zresztą to nieważne! Rozmawiałem z jego synem, nowym rządcą.
Otarł się już o śmierć. Wykorzystamy go.
- Czy możemy wiedzieć, w jaki sposób?
- Lepiej, żeby pokazały to fakty. Na tak wczesnym etapie nie mogę
przewidzieć wszystkiego. Jutro rusza w podróż do Hinrika z Rhodii.
- Do Hinrika! Ten młody człowiek podejmuje ryzykowną grę. Czy jest
świadom, że...
- Powiedziałem mu tyle, ile mogłem - odparł szorstko Jonti. - Nie możemy
mu zbytnio ufać, zanim się nie sprawdzi. W obecnej sytuacji należy
traktować go jak zwykłego człowieka, takiego jak inni. Nie jest
niezastąpiony. Nie wywołujcie mnie tu więcej, opuszczam Ziemię.
Zdecydowanym gestem Jonti przerwał umysłowe połączenie.
W ciszy i zadumie rozważył wypadki minionej doby. Powoli uśmiech
rozjaśnił jego twarz. Wszystko zostało doskonale przygotowane, teraz
dramat może rozwijać się sam.
Niczego nie pozostawiono przypadkowi.
Rozdział III
------
Przypadek i zegarek
Pierwsza godzina lotu statku kosmicznego upłynęła zwyczajnie. Od kiedy
pierwsza dłubanka zanurzyła się w nurcie rzeki, zamieszanie związane z wyjazdem jest zawsze takie samo.
Otrzymujesz swoje miejsce; oddajesz bagaże; nadchodzi pierwsza chwila
obcości i bezsensownej krzątaniny. Ostatnie czułe okrzyki pożegnania,
zapadająca cisza, metaliczny odgłos zamykanych śluz i następujący po nim
delikatny poświst powietrza, kiedy drzwi śluz przekręcają się wolno
niczym ogromne śruby aż do osiągnięcia pełnej hermetyzacji.
Wreszcie wszechogarniająca cisza i czerwone sygnały rozbłyskujące w każdym pokoju: "Dopasować kombinezony antyprzyspieszeniowe... Dopasować
kombinezony antyprzyspieszeniowe... Dopasować kombinezony
antyprzyspieszeniowe".
Stewardowie porządkują korytarze, pukają do drzwi kabin i zaglądając do
środka, mówią:
- Proszę uprzejmie włożyć kombinezon.
Walczysz z kombinezonem, zimnym, ciasnym, niewygodnym - ale wyposażonym
w hydrauliczne systemy równoważące przeciążenia, niezbędne przy starcie.
W dali rozbrzmiewa odgłos silników nuklearnych pracujących na małej mocy
manewrowej i towarzyszący mu syk oleju w uginających się hydraulicznych
amortyzatorach kombinezonów. Odchylasz się do tyłu, a potem wraz ze
spadkiem przeciążenia wracasz do pozycji wyjściowej. Jeśli w tym
momencie przetrzymasz mdłości, prawdopodobnie uda ci się uniknąć choroby
kosmicznej do końca podróży.
Przez pierwsze trzy godziny lotu sala widokowa była zamknięta dla
pasażerów. Długa kolejka chętnych czekała, aż statek opuści atmosferę i otworzą się podwójne drzwi. Czekali nie tylko stuprocentowi
planetarianie (ci, którzy nigdy jeszcze nie byli w kosmosie), ale także
sporo bardziej bywałych podróżnych.
Obejrzenie Ziemi z przestrzeni kosmicznej było jednym z turystycznych
"obowiązków".
Sala widokowa stanowiła pęcherz na "skórze" statku, bańkę z wygiętego,
metrowej grubości plastiku o wytrzymałości stali. Ruchome osłony ze
stali irydowej chroniły jego powłokę przed uszkodzeniami, gdy statek
mknął przez atmosferę. Wygaszono światła i galeria była pełna ludzi. W blasku rzucanym przez Ziemię wyraźnie rysowały się spoglądające ponad
osłonami twarze.
Patrzyli na zawieszoną nad nimi Ziemię, gigantyczny, lśniący
pomarańczowo-błękitno-białymi plamami balon. Widoczna półkula jaśniała w słonecznym blasku; kontynenty przysłonięte chmurami, pomarańczowe
pustynie poprzecinane cienkimi liniami zieleni. Błękitne morza ostro
kontrastowały z otaczającą glob czernią kosmosu. W czystej czerni
dookoła planety świeciły gwiazdy.
Obserwatorzy czekali cierpliwie.
Nie chcieli oglądać półkuli dziennej. Polarna czapa, oślepiająco jasna,
przesunęła się ku dołowi. Statek, niezauważalnie przyspieszając,
opuszczał płaszczyznę ekliptyki. Powoli wpełznął na planetę cień nocy i wielka wyspa Afryki i Eurazji majestatycznie zajęła miejsce na scenie,
północną stroną "w dół".
Jej chore, martwe ziemie ukrywały swoją grozę pod nocnym płaszczem z klejnotów. Radioaktywne gleby lśniły opalizującym błękitem w miejscach,
gdzie niegdyś spadły bomby atomowe ozdobionym girlandami rozbłysków.
Wydarzyło się to o całe pokolenie wcześniej, nim wynaleziono pola
siłowe, które chroniły przed wybuchami nuklearnymi, aby żaden inny świat
nigdy już nie popełnił samobójstwa w ten sposób.
Oczy spoglądały tak długo, aż po upływie wielu godzin Ziemia zmieniła
się w jasną połówkę monety pośród nieskończonej czerni.
Wśród obserwatorów był Biron Farrill. Pogrążony w zadumie, siedział w pierwszym rzędzie, trzymając ręce na oparciach. Nie tak spodziewał się
opuścić Ziemię. Nie w ten sposób, nie tym statkiem, nie w tym kierunku.
Opalonym przedramieniem potarł zarost na podbródku. Zrobiło mu się
głupio, że nie ogolił się rano. Za chwilę wróci do kabiny i naprawi to
zaniedbanie, ale teraz nie miał ochoty wychodzić. Tutaj byli ludzie. W kabinie byłby sam.
A może właśnie dlatego powinien wyjść?
Zdecydowanie nie odpowiadało mu to nowe, nieznane dotąd doświadczenie:
czuć się ściganym i zostać bez przyjaciół.
Przyjaciół utracił, gdy niecałe dwadzieścia cztery godziny temu w jego
pokoju zadźwięczał wizjofon.
Nawet w akademiku był w kłopotliwej sytuacji. Gdy tylko wrócił ze
świetlicy po rozmowie z Jontim, rzucił się na niego stary Esbak.
- Szukałem pana, panie Farrill - zwrócił się do niego piskliwym ze
wzburzenia głosem. - To naprawdę niefortunny incydent. Nie rozumiem, jak
do tego doszło. Czy może mi pan to wyjaśnić?
- Nie - prawie krzyknął. - Nie mam pojęcia. Kiedy będę mógł wejść do
pokoju i zabrać swoje rzeczy?
- Rano, z pewnością rano. Właśnie sprowadziliśmy sprzęt, żeby zbadać
całe pomieszczenie. Poziom radioaktywności nie przekracza już normy. Na
szczęście zdołał pan uciec. Dosłownie w ostatniej chwili.
- Tak, tak, ale, jeśli pan pozwoli, chciałbym teraz odpocząć.
- Proszę skorzystać z mojego pokoju. Rano przeniesiemy pana na te kilka
dni, które pan u nas spędzi. Aha, panie Farrill, za pozwoleniem, jest
jeszcze jedna sprawa - dodał Esbak z przesadną grzecznością.
- Jaka sprawa? - spytał zmęczonym głosem Biron.
- Czy zna pan kogoś, komu zależałoby na, hmm, pozbyciu się pana?
- W taki sposób? Oczywiście, że nie.
- Co pan zamierza? Władze uczelni wolałyby, rzecz jasna, uniknąć
podawania do wiadomości publicznej tego wypadku.
Uparcie nazywał to "wypadkiem"! Biron powiedział sucho:
- Rozumiem pana. Ale proszę się nie denerwować. Nie zamierzam wzywać
policji ani wszczynać śledztwa. Wkrótce opuszczam Ziemię i nie
chciałbym, aby ta sprawa wpłynęła na moje plany. Nie wnoszę żadnej
skargi. W końcu przecież żyję.
Esbak okazywał niestosowne w tej sytuacji zadowolenie. To było wszystko,
czego pragnął. Żadnych nieprzyjemności. Po prostu wypadek, o którym
należy zapomnieć.
Biron wszedł do swojego pokoju około siódmej rano. Panowała cisza, w szafie nic nie szumiało. Nie było już bomby ani licznika. Prawdopodobnie
Esbak wziął go i cisnął do jeziora. Podpadało to pod niszczenie dowodów,
ale to problem szkoły. Biron wrzucił dobytek do walizek i zadzwonił do
recepcji w sprawie nowego pokoju. Zauważył, że światła już działają,
podobnie jak wizjofon. Jedynym śladem wydarzeń z ostatniej nocy były
wyłamane drzwi ze stopionym zamkiem.
Dali mu inny pokój. To wskazywało, że zamierza zostać jeszcze kilka dni
- jeśli komuś w ogóle zależało, by to sprawdzać. Potem, z aparatu w holu, Biron wezwał taksówkę powietrzną. Nie przypuszczał, żeby ktoś go
widział. Niech w szkole głowią się nad zagadką jego zniknięcia tak
długo, jak będą chcieli.
W kosmoporcie mignął mu przed oczami Jonti. Spotkali się przelotnie.
Jonti nic nie powiedział; w żaden sposób nie zdradził, że go zna, ale
gdy go minął, w ręku Birona zostały niczym niewyróżniająca się mała
czarna kulka - kapsuła osobista - oraz bilet na Rhodię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki