Imperium bólu - J.L. Beck

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cal­lum

- Kto jest w skrzyni?

Serce wa­liło mi tak mocno, że nie­mal za­głu­szało słowa Ro­mera. Za­glą­da­łem do środka, mocno trzy­ma­jąc się brzegu.

Nie by­łem w sta­nie wy­po­wie­dzieć ani słowa.

Prze­sta­łem my­śleć. Nie ogar­nia­łem tego, na co pa­trzy­łem. Jak­bym ktoś po­dzie­lił ob­raz na po­szcze­gólne ele­menty, a ja nie po­tra­fi­łem zło­żyć ich w ca­łość.

Pa­trzy­łem w zie­lone, zna­jome oczy, które nie raz ci­skały gromy i pa­trzyły z dez­apro­batą w moją stronę. Te­raz były pu­ste. Mia­łem wra­że­nie, że za­glą­dają w naj­głęb­sze za­ka­marki mo­jej du­szy. Do­strze­głem mię­dzy nimi dziurę po kuli. Prze­nio­słem wzrok z twa­rzy Amandy na resztę jej ciała. W jej ra­mio­nach le­żała moja - na­sza córka. Opie­rała głowę o za­krwa­wione ra­mię matki. Wy­glą­dało to tak, jakby Amanda uko­ły­sała Ta­tum do snu.

Scenka przy­po­mi­nała mi ka­ry­ka­turę ma­cie­rzyń­stwa, którą mógł za­in­sce­ni­zo­wać tylko chory na umy­śle, bez­duszny idiota. Ciało Amandy było oparte ple­cami o wnę­trze skrzyni. Głowę miała od­chy­loną, a z dziury mię­dzy po­zba­wio­nymi ży­cia oczami wy­cie­kła strużka krwi, te­raz już pra­wie za­schnięta.

W swoim ży­ciu wi­dzia­łem wiele okro­pieństw, ob­ra­zów, które prze­śla­do­wały mnie przez długi czas, za­kłó­ca­jąc sen. To sku­tek prze­mocy wy­wo­ła­nej chci­wo­ścią. Po­kło­sie eks­plo­zji, strze­la­nin i in­nych form za­da­wa­nia śmierci. Ale to? To nie mo­gło się rów­nać z ni­czym in­nym.

Nie chcia­łem przy­jąć do świa­do­mo­ści tego, co wi­dzia­łem. Wy­pie­ra­łem to. Ale nie mo­głem się ru­szyć. Nie po­tra­fi­łem ode­rwać wzroku od tego, co ma­lo­wało się przed mo­imi oczami. Chyba wstrzy­my­wa­łem od­dech. Mi­jały mi­nuta za mi­nutą. To nie był sen, choć chciał­bym, żeby mi się to śniło. Amanda nie żyła. Do­piero kiedy Ro­mero mnie trą­cił, pod­bie­ga­jąc do skrzyni, wró­ci­łem do rze­czy­wi­sto­ści. Wtedy wszystko do mnie do­tarło. Ze zdwo­joną siłą.

Ta­tum.

Ją też mo­gli za­bić.

- Nie! - Do­biegł mnie zdła­wiony krzyk Ro­mera. Się­gnął do wnę­trza skrzyni i wziął bez­władną Ta­tum w ra­miona.

Na bla­dej skó­rze jej twa­rzy do­strze­głem za­schniętą krew. Miała także po­skle­jane krwią włosy i sine ślady na ra­mio­nach. Ktoś mu­siał ją mocno chwy­cić. Z pew­no­ścią się bro­niła.

- Ta­tum, obudź się! Otwórz oczy.

Zła­pa­łem córkę za nogi, żeby po­móc Ro­me­rowi po­ło­żyć ją na pod­ło­dze.

Przy­klęk­ną­łem obok i przy­ło­ży­łem ucho do piersi Ta­tum. Chcia­łem usły­szeć bi­cie jej serca, do­strzec ja­kie­kol­wiek oznaki ży­cia. Mia­łem wra­że­nie, że po­ru­szam się w zwol­nio­nym tem­pie. Różne wspo­mnie­nia na­pły­wały mi do głowy, świeże i kla­rowne, jakby to, czego do­ty­czyły, wy­da­rzyło się za­le­d­wie wczo­raj.

Pierw­sze kroki Ta­tum. Szła w moim kie­runku z wy­cią­gnię­tymi przed sie­bie pulch­nymi rącz­kami. Wie­działa, że ją zła­pię, gdyby się po­tknęła.

Jej pierw­szy wy­stęp ta­neczny. Miała na so­bie aniel­skie skrzy­dła i bro­kat we wło­sach, który nie scho­dził przez ko­lejne kilka dni. Uśmie­chała się do mnie, jakby był ca­łym jej świa­tem.

Któ­re­goś roku na Hal­lo­ween uparła się, że prze­bie­rze się za pi­rata, cho­ciaż wszyst­kie jej ko­le­żanki wo­lały być księż­nicz­kami. Ta­tum chciała, że­bym po­czer­nił jej zęby i na­ry­so­wał jej za­rost na po­licz­kach. Zro­bi­łem to, choć mia­łem wtedy sporo pracy. Zro­bi­łem to, bo już wtedy miała tylko mnie. Zresztą od pierw­szego dnia ujęła mnie za serce. By­łem jej tatą i ta­kie rze­czy na­le­żały do mo­ich obo­wiąz­ków. Zro­bił­bym dla niej wszystko.

Klatka pier­siowa Ta­tum le­d­wie się uno­siła. Od­dy­chała, lecz z ogrom­nym tru­dem. To mi zu­peł­nie wy­star­czyło.

- Od­dy­cha - oznaj­mi­łem. Przy­ło­ży­łem palce do jej nad­garstka. Wy­czu­łem nie­równy puls. W końcu mo­głem tro­chę ode­tchnąć. Jej serce biło, ale po­trze­bo­wała po­mocy. - Na­tych­miast mu­simy ja za­wieść do szpi­tala.

Nie udało mi się za­dbać o jej bez­pie­czeń­stwo. Nie sta­ną­łem na wy­so­ko­ści za­da­nia. Za­wio­dłem ją. Co ze mnie za oj­ciec, skoro nie po­tra­fię ochro­nić wła­snej córki?

Spoj­rza­łem na Ro­mera. Wy­glą­dał na wstrzą­śnię­tego, choć w jego oczach cza­iła się ja­kaś dzi­kość. Wziął twarz Ta­tum mię­dzy dło­nie i po­pa­trzył na nią. Dziew­czyna sub­tel­nie po­ru­szyła oczami, sy­gna­li­zu­jąc, że czuje jego do­tyk. Nie mo­głem po­zbie­rać my­śli. Mia­łem po­czu­cie, że o czymś za­po­mnia­łem. Nie­wy­raźna i drę­cząca myśl ko­ła­tał mi się po gło­wie, aż w końcu cał­kiem się ufor­mo­wała.

Bianka.

- Gdzie jest Bianka?! - wy­krzy­cza­łem w prze­strzeń. Roz­glą­da­łem się po wiel­kim po­miesz­cze­niu, na próżno szu­ka­jąc jej wzro­kiem. Po­jeby, które do­pu­ściły się tego czynu, opróż­niły ma­ga­zyn. Za­brali wszystko, oprócz skrzyni i ciał kilku mo­ich lu­dzi, które w tej chwili ich ko­le­dzy cią­gnęli po pod­ło­dze, żeby je zgro­ma­dzić w jed­nym miej­scu.

- Kurwa mać! Co wy wy­pra­wia­cie?! - wrza­sną­łem do nich.

Męż­czyźni prze­rwali to, co ro­bili.

- Gdzie jest Bianka?

Zdez­o­rien­to­wani ochro­nia­rze ga­pili się na mnie.

- Spraw­dzi­li­śmy cały te­ren. Nie ma tu ni­kogo wię­cej.

Za­mar­łem. Zda­wało mi się, że serce mi pę­kło.

- Znajdź­cie ją! Ma­cie prze­szu­kać każdy cen­ty­metr tego miej­sca! - roz­ka­za­łem.

Ro­mero po­pa­trzył mi w oczy.

- Nie ma jej tu­taj, ina­czej już by­śmy ją zna­leźli.

- Gdzie w ta­kim ra­zie może być? - Nie mo­głem od­dy­chać, nie mo­głem trzeźwo my­śleć. Naj­pierw Ta­tum, te­raz Bianka.

Nie, to nie­moż­liwe. Nie mo­gli jej po­rwać.

- Znajdź­cie ją! - krzyk­ną­łem prze­raź­li­wym, pra­wie pi­skli­wym gło­sem. By­łem na skraju za­ła­ma­nia. Za­krę­ciło mi się w gło­wie. Mia­łem wra­że­nie, że od­cięło mi po­wie­trze.

Gdzie ona jest? Gdzie mo­gli ją za­brać?

- Sze­fie, wiem, że się mar­twisz o Biankę, ale Ta­tum po­trze­buje na­tych­mia­sto­wej po­mocy me­dycz­nej. Ktoś ude­rzył ją w głowę. Może mieć wstrząs mó­zgu.

Bli­ski wy­bu­chu, ob­ró­ci­łem się w stronę Ro­mera, go­tów urwać mu łeb, ale zo­ba­czy­łem, jak de­li­kat­nie bie­rze moją córkę na ręce i przy­tula do piersi. Wcze­śniej po­dob­nie była wtu­lona w mar­twą matkę. Amanda. Nie żyła. Nic nie czu­łem, my­śląc o tym. By­łem cał­ko­wi­cie za­mro­żony. Mu­sia­łem opa­no­wać chaos my­śli pa­nu­jący w gło­wie. Sku­pić się. Nie mo­głem te­raz stra­cić pa­no­wa­nia nad sobą. Moja córka mnie po­trze­buje. Wszy­scy mnie po­trze­bują.

Ro­mero miał ra­cję. Ta­tum mo­gła od­nieść ob­ra­że­nia we­wnętrzne.

- Zbierz­cie ko­mórki tych ty­pów - rzu­cił Ro­mero. - Przy­wieź­cie mi je do szpi­tala.

Wi­dzia­łem, że w tych te­le­fo­nach nie znaj­dziemy nic, co na­pro­wa­dzi­łoby nas na moją pta­szynę. Je­śli mie­liby ją za­bić, zo­sta­wi­liby jej ciało tu­taj. Na miej­scu tych lu­dzi, kim­kol­wiek byli, zro­bił­bym to samo. Je­śli chciał­bym zła­mać czło­wieka, tra­fić w jego naj­czul­szy punkt, za­bił­bym ko­goś, kogo ko­chał po­nad swoje im­pe­rium i ży­cie.

Je­śli ktoś chciałby utrzeć mi nosa, za­biłby Ta­tum i Biankę. Nie o to tu­taj cho­dziło. Gdzieś wię­zili Biankę. Ten bur­del, który tu­taj zo­sta­wili, był tylko po­ka­zem tego, co zro­bią, je­śli nie za­gram w ich grę. Zna­łem te tak­tyki. Sam sto­so­wa­łem je raz czy dwa razy, tyle że ni­gdy nie ro­bi­łem tego kosz­tem nie­win­nych osób.

Na ze­wnątrz, gdzie nie uno­sił się me­ta­liczny odór krwi, tro­chę się opa­no­wa­łem i od­zy­ska­łem ja­sność my­śle­nia. Nie mo­głem się te­raz za­ła­mać. Szkoda też czasu na ob­wi­nia­nie sie­bie czy gdy­ba­nie, co mo­głem zro­bić ina­czej, żeby nie do­szło do tej sy­tu­acji. To póź­niej, jak od­zy­skam Biankę i będę wie­dział, że z Ta­tum wszystko w po­rządku.

Te­raz po­wi­nie­nem cał­ko­wi­cie sku­pić się na córce. Ro­mero po­ło­żył ją wła­śnie na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu. Usia­dłem obok i po­ło­ży­łem jej głowę na swo­ich ko­la­nach. Ro­mero wsko­czył na miej­sce kie­rowcy.

- Obudź się, skar­bie - szep­ną­łem, drżącą ręką gła­dząc Ta­tum po po­liczku. - Ock­nij się, pro­szę. Nie mogę cię stra­cić.

- Kurwa, po­za­bi­jam ich wszyst­kich - wy­ce­dził z wście­kło­ścią Ro­mero, ru­sza­jąc z pi­skiem opon. Skrę­cił w prawo tak gwał­tow­nie, że aż za­rzu­ciło sa­mo­cho­dem. Na głów­nej dro­dze wy­mi­jał wszyst­kich, do­ci­ska­jąc gazu.

- Nie za­bij przy oka­zji i nas - wark­ną­łem, przy­trzy­mu­jąc Ta­tum, żeby nie zsu­nęła się z sie­dze­nia.

Ro­mero tego nie sko­men­to­wał, ale też nie zwol­nił. Co rusz, gdzieś z boku roz­le­gał się klak­son.

Nie leć w chuja i sam się prze­ko­naj. Prze­śla­do­wały mnie te słowa, mocno za­pa­dły mi w pa­mięć. Mia­łem nie my­śleć o tym, że to przeze mnie, ale nie było to ła­twe, kiedy obok mnie le­żało bez­władne ciało córki. Wie­dzia­łem, że nie zna­la­złaby się w tej sy­tu­acji, gdyby nie ja i mój styl ży­cia. Prze­oczy­łem za­gro­że­nie. Po­zwo­li­łem jej po­ru­szać się sa­mej, bez ochrony. Nie po­wi­nie­nem był tego ro­bić, mimo że na­rze­kała na brak swo­body i pie­kliła się, że je­stem na­do­pie­kuń­czy. Uspra­wie­dli­wia­łem się sam przed sobą, wy­my­śla­jąc wy­mówki, że prze­cież chcia­łem po­stą­pić do­brze i dać jej prze­strzeń, żeby mo­gła spo­koj­nie za­le­czyć rany.

Jak wi­dać, świet­nie się spi­sa­łem.

Ta­tum była nie­przy­tomna i na wpół żywa. Jej krew pla­miła mi spodnie. Ktoś po­zba­wił ją we­wnętrz­nego świa­tła. My­śla­łem o przy­szło­ści. Po tym, co się stało, co prze­szła i ile wy­cier­piała, Ta­tum z pew­no­ścią nie bę­dzie sobą. W końcu coś w niej cał­kiem pęk­nie. Ogar­nęło mnie prze­ra­że­nie. Rany fi­zycz­nie się za­le­czą, ale te emo­cjo­nalne... Umysł czę­sto jest na­szym naj­gor­szym wro­giem. Za­sta­na­wia­łem się, czy Ta­tum była świad­ki­nią śmierci matki. Je­śli tak, to mógł to być gwóźdź do jej trumny. Zro­biło mi się nie­do­brze na myśl, że moja có­reczka mo­głaby się ni­gdy po tym nie pod­nieść.

- Znasz ko­goś w szpi­talu? Może po­wia­do­mimy ich, że je­dziemy?

Ro­mero wska­zał ręką przez przed­nią szybę.

- Już pra­wie je­ste­śmy na miej­scu.

Kilka skrzy­żo­wań przed nami do­strze­głem bu­dy­nek szpi­tala i biało-czer­wone ozna­cze­nie izby przy­jęć. Mu­sie­li­śmy jesz­cze się prze­drzeć przez za­kor­ko­waną ulicę. Ro­mero wci­snął klak­son, ale to nic nie dało. Nie było jak po­wstrzy­mać wzmo­żo­nego prze­pływu sa­mo­cho­dów.

- Kiedy tylko Ta­tum bę­dzie w rę­kach le­ka­rzy, mu­simy wziąć się do ro­boty. Trzeba po­dzwo­nić w parę miejsc. Stra­ci­li­śmy cenne mi­nuty i Bianka może być już da­leko stąd. Kto mógłby być na tyle głupi, żeby od­wa­lić coś ta­kiego? Zresztą nie­istotne, kto to zro­bił. Naj­waż­niej­sze, że­by­śmy zna­leźli Biankę całą i zdrową.

- Je­śli Amanda miała przy so­bie te­le­fon, chło­paki go nam przy­wiozą - po­wie­dział Ro­mero i po­chy­lił się z fru­stra­cją, jakby li­czył, że to przy­spie­szy jazdę. - Może tam znaj­dziemy ja­kieś wska­zówki.

- Daj mi swój te­le­fon - za­żą­da­łem.

Ro­mero miał w nim za­pi­sane wszyst­kie naj­waż­niej­sze kon­takty. Kiedy wzią­łem od niego apa­rat, od­szu­ka­łem kon­takt do jed­nego z ochro­nia­rzy, któ­rzy zo­stali w ma­ga­zy­nie. Wy­bra­łem nu­mer Bobby'ego.

- Zna­leź­li­ście ko­mórkę Amandy? - rzu­ci­łem bez żad­nych wstę­pów.

- Nie było go w to­rebce, która le­żała pod jej zwło­kami - wy­ja­śnił Bobby. - Nie miała go też w kie­sze­niach.

- A jej sa­mo­chód? Może jest na par­kingu. Prze­szu­kaj­cie wszyst­kie po­jazdy. Cze­kam na in­for­ma­cje.

- Ja­sne, sze­fie - od­po­wie­dział Bobby i się roz­łą­czył.

Ro­mero aku­rat pod­je­chał przed wej­ście od­działu ra­tun­ko­wego, mocno wci­ska­jąc klak­son. Za­nim wy­łą­czył sil­nik, pod­bie­gło do nas dwóch ra­tow­ni­ków.

- Po­trze­buje na­tych­mia­sto­wej po­mocy! - pra­wie wy­krzy­cza­łem, otwie­ra­jąc drzwi. - Wiem tylko, że jest ranna w głowę.

- Zaj­miemy się nią. - Je­den z ra­tow­ni­ków za­brał Ta­tum z sie­dze­nia.

Czu­łem roz­dzie­ra­jący ból w ca­łym ciele. Był nie do znie­sie­nia. Pa­liła mnie skóra, kłuło mnie w sercu i od­dy­cha­łem bar­dzo szybko. Ką­tem oka, truch­ta­jąc za ra­tow­ni­kami wio­zą­cymi Ta­tum na no­szach, do­strze­głem, że Ro­mero od­je­chał na par­king.

Po chwili sta­nęła przede mną pie­lę­gniarka z no­te­bo­okiem.

- Po­trze­buję jej da­nych, żeby wpro­wa­dzić do sys­temu - po­in­for­mo­wała mnie, blo­ku­jąc przej­ście.

Do Ta­tum pod­szedł le­karz.

- Czy to nie może za­cze­kać?

- Pro­szę o datę uro­dze­nia, in­for­ma­cje o aler­giach i ubez­pie­cze­niu.

Czu­łem, że obu­dziła się we mnie dzika be­stia żądna krwi. Mu­sia­łem jed­nak opa­no­wać fu­rię. Prze­cież cho­dziło o moją córkę. Zro­bie­nie chryi w szpi­talu ni­czemu nie po­może.

- Jane Doe - rzu­ci­łem gniew­nie.

Pie­lę­gniarka spoj­rzała na mnie ze zdzi­wie­niem.

- Słu­cham?

- Do­brze pani sły­szała. Na­zywa się Jane Doe.

- Pro­szę pana, będę zmu­szona we­zwać po­li­cję.

- Bę­dzie le­piej, je­śli pani tego nie zrobi.

- Czy wie pan, jak się na­zywa ta dziew­czyna? Wie pan, skąd ma te ob­ra­że­nia? - oschle py­tała pie­lę­gniarka.

Mu­sia­łem po­ło­żyć temu kres.

- Pro­szę mnie uważ­nie po­słu­chać - szep­ną­łem, na­chy­la­jąc się do ko­biety.

Prze­stra­szona, nieco się cof­nęła.

- Mam gdzieś, ja­kich in­for­ma­cji po­trze­bu­jesz. Nie po­dam ich, bo dane tej dziew­czyny nie zo­staną za­re­je­stro­wane. To by­łoby dla niej nie­bez­pieczne. Nikt nie może wie­dzieć, że zo­stała do was przy­wie­ziona. - Wo­la­łem się po­rząd­nie za­bez­pie­czyć. - Za­pew­niam, że to moja córka. Zna­la­złem ją w ta­kim sta­nie. To musi wy­star­czyć. Mam gdzieś, ile ba­dań mu­si­cie prze­pro­wa­dzić. Za­płacę. Ale nikt nie pi­śnie ani słówka o tym, że ona jest wa­szą pa­cjentką. Ja­sne?

- Skąd mam wie­dzieć, że sam pan jej tego nie zro­bił?

- Przy­je­chał­bym tu wtedy z nią, ry­zy­ku­jąc, że zo­stanę zła­pany?

- Nie ma pan po­ję­cia, jak czę­sto ta­kie rze­czy się zda­rzają.

Pie­lę­gniarka spoj­rzała w stronę, gdzie le­żała Ta­tum.

- Po­win­nam ka­zać ochro­nie pana wy­pro­wa­dzić, a jak dziew­czyna od­zy­ska przy­tom­ność, to opo­wie swoją wer­sję wy­da­rzeń.

Mu­sia­łem wy­my­ślić coś in­nego, bo moja stra­te­gia nie po­dzia­łała. Czy wy­rzucą nas ze szpi­tala, je­śli po­wiem tej ko­bie­cie prawdę?

- Lu­dzie, któ­rzy jej to zro­bili, są bar­dzo nie­bez­pieczni i mają w du­pie kon­we­nanse. Mogą się tu­taj po­ja­wić i do­koń­czyć, co za­częli. Nie na­rażę jej na to. Prze­stań za­rzu­cać mnie py­ta­niami i weź się do ro­boty. Wpisz do tej cho­ler­nej bazy, co tam chcesz, ina­czej znajdę ko­goś, kto jest ci bar­dzo bli­ski, i spra­wię, że po­ża­łu­jesz, że mnie nie po­słu­cha­łaś.

Ko­bieta za­ci­snęła wargi ze zło­ści, ale bla­dość jej po­licz­ków zdra­dzała, że się boi.

- Nie raz sły­sza­łam groźby - oznaj­miła.

- Wi­docz­nie bez po­kry­cia. Przy­się­gam, że nie rzu­cam słów na wiatr. - Spoj­rza­łem na iden­ty­fi­ka­tor pie­lę­gniarki. - Ce­ci­lia Mil­ler. Ładne imię. Wi­dzę, że masz ob­rączkę - rzu­ci­łem, pa­trząc na jej lewą dłoń. - Pan Mil­ler ma do­bry gust. Niech zgadnę, dzieci i dom na przed­mie­ściach z bia­łym płot­kiem. Szkoda, żeby ko­goś spo­tkało coś złego, prawda? Masz ja­kąś bliż­szą ro­dzinę? Wiesz, żeby miał się kto za­jąć two­imi dziećmi, kiedy cie­bie i męża za­brak­nie?

Ce­ci­lii za­drżał pod­bró­dek, ale opa­no­wała się i przez chwilę pa­trzyła mi pro­sto w oczy. Być może za­sta­na­wiała się, na ile by­łem zde­ter­mi­no­wany.

- Niech bę­dzie "Joe Doe" - szep­nęła, da­jąc za wy­graną.

Aku­rat, kiedy pie­lę­gniarka dała mi spo­kój, w po­cze­kalni po­ja­wił się Ro­mero z te­le­fo­nem przy uchu. Za­nim się zbli­żył, roz­łą­czył roz­mowę.

- Znaj­dziemy ich - wy­szep­tał, pa­trząc w głąb sali, gdzie za pa­ra­wa­nem le­ka­rze krzą­tali się przy Ta­tum. - Znaj­dziemy ich i, kurwa, wy­bi­jemy co do jed­nego.

- Za­raz po tym, jak od­zy­skamy Biankę - od­po­wie­dzia­łem, my­śląc o bólu, który zdam tym lu­dziom.

- Do­brze by­łoby do niego za­dzwo­nić.

Wie­dzia­łem, kogo Ro­mero miał na my­śli, ale była to ostat­nia rzecz, którą chcia­łem zro­bić. Kurwa mać. Mimo wszystko był to do­bry po­mysł, bo te­raz li­czyła się każda para oczu, żeby od­szu­kać Biankę. Do tego Char­lie miał ogromne do­świad­cze­nie w od­naj­do­wa­niu lu­dzi. Tyle że był jej oj­cem. Wie­dzia­łem, że mnie za­bije, a co strasz­niej­sze, osza­leje. Miał tylko Biankę i je­śli ist­nieje choćby ni­kłe po­dej­rze­nie, że ona nie żyje... Cóż, by­łem w sta­nie wy­obra­zić so­bie jego re­ak­cję. Roz­pę­tałby pie­kło. Nic by nas nie po­wstrzy­mało przed zro­bie­niem praw­dzi­wego ar­ma­ge­donu lu­dziom, któ­rzy mo­gli ją skrzyw­dzić.

- Za­dzwo­nię do Char­liego - oznaj­mi­łem.

- Wiem, że nie chcesz mieć z nim zbyt wiele do czy­nie­nia, ale on fak­tycz­nie może po­móc.

- Nie­wąt­pli­wie. Ale może też mnie za­bić - wes­tchną­łem. - Ale te­raz to bez zna­cze­nia.

Ni­gdy bym so­bie nie wy­ba­czył, gdyby coś się stało Biance.

Nu­mer do domu Char­liego mia­łem za­pi­sany w kon­tak­tach. Nie są­dzi­łem, że kie­dyś go wy­biorę. Za­drżała mi dłoń, kiedy przy­kła­da­łem ko­mórkę do ucha.

- Halo? - W słu­chawce roz­legł się chro­po­waty głos Char­liego.

- Cześć, tu Cal­lum. - Za­mkną­łem oczy i do­da­łem: - Mu­sisz przy­je­chać do szpi­tala. Mamy pro­blem.

Bianka

Cała się trzę­słam. Na­wet szczę­ka­łam zę­bami. To był je­dyny od­głos, który wy­peł­niał cia­sną prze­strzeń. Być może w ten spo­sób od­re­ago­wy­wa­łam szok. My­śla­łam tylko o tym, co się wy­da­rzyło.

Czy Ta­tum nic się nie stało? Co tak wła­ści­wie jej zro­bili? Nic nie wi­dzia­łam. Pa­mię­ta­łam je­dy­nie cię­żar jej bez­wład­nego ciała le­żą­cego na mo­ich no­gach. Wcze­śniej się na nie zsu­nęła. Był też ten prze­raź­liwy dźwięk. Jakby ko­muś ła­mano ko­ści.

Im dłu­żej o tym my­śla­łam, tym więk­sze spa­zmy wstrzą­sały moim cia­łem. Skup się. Wie­dzia­łam, że je­śli chcę wyjść z tego cało, mu­szę prze­stać się tym za­drę­czać. Wciąż ży­łam, a to już dużo.

Mu­szę się po­sta­rać dla ma­leń­stwa. Mu­szę prze­trwać ze względu na moje dziecko. I przez wzgląd na mo­jego ojca, który już tak wiele w ży­ciu stra­cił. I chcę też żyć dla Cal­luma. O Boże, gdzie on jest? Czy wie, co się stało? Na pewno już się zo­rien­to­wał, że za­gi­nę­łam.

Nie by­łam pewna, ile mi­nęło czasu, ale przez małe okno zro­bione w na­gim pu­staku, wi­dzia­łam, że na ze­wnątrz zro­biło się ciemno. Czyli mi­nęło kilka go­dzin, od kiedy po­rwali nas z par­kingu.

Czas nie ma tu zna­cze­nia. Zna­łam prze­cież Cal­luma i wie­dzia­łam, że mnie szuka.

Na­gle po­czu­łam przej­mu­jący ból w dole brzu­cha. Zwi­nę­łam się w kłę­bek na pry­czy, na którą rzu­cono mnie, gdy tu do­tar­li­śmy. Była brudna i cuch­nęła ple­śnią. Oprócz łóżka w po­miesz­cze­niu nie dało się uświad­czyć żad­nego me­bla. Gdzieś w tej ma­łej, ciem­nej prze­strzeni ka­pała woda. Może z pęk­nię­tej rury. Ryt­miczny od­głos był w pe­wien spo­sób ko­jący.

Od­dy­cha­łam głę­boko, żeby się uspo­koić i skon­cen­tro­wać na bólu. Na szczę­ście nie były to skur­cze. Jesz­cze nie­wiele wie­dzia­łam o prze­biegu ciąży, ale do­my­śla­łam się, że skur­cze by­łyby złym ob­ja­wem. Tym­cza­sem ja czu­łam się tak, jakby ktoś za­wią­zał mi su­peł na żo­łądku. Przy­po­mi­nało to nieco nud­no­ści, co nie było za­sko­cze­niem. Lęk i prze­ra­że­nie mogą wy­wo­łać taką re­ak­cję. Chciało mi się krzy­czeć z emo­cji, ale po­ha­mo­wa­łam się, wra­ca­jąc my­ślami do Cal­luma. Wy­obra­ża­łam so­bie, jak bar­dzo się w tej chwili pie­kli. Wie­dzia­łam, o czym my­ślał. Nie mia­łam po­ję­cia, co ci lu­dzie zro­bili Ta­tum. Co, je­śli ją za­bili i pod­rzu­cili Cal­lu­mowi jej ciało?

Mie­li­ście przy­wieźć tylko tamtą. To były jedne z ostat­nich słów, które wy­po­wie­działa Amanda. Mój Boże. Prze­cież ona nie żyła. Tak po pro­stu ją za­bito. Nie lu­bi­łam jej, bo sta­wała na gło­wie, żeby po­róż­nić mnie z Cal­lu­mem i pró­bo­wała na­mie­szać mi w gło­wie. Wy­zy­wała mnie od naj­gor­szych, prze­cią­gała sprawę roz­wo­dową tylko po to, żeby uniesz­czę­śli­wić męża, i była okropną matką, przez co Ta­tum wy­ro­biła so­bie me­cha­nizm obronny, który po­le­gał na zgry­wa­niu twar­dzielki. Wy­bu­do­wała wo­kół sie­bie mur, który wzmac­niał się za każ­dym ra­zem, kiedy Amanda nie ode­brała od niej te­le­fonu, nie przy­szła na spo­tka­nie albo od­wo­łała wspólne wa­ka­cje. Mimo to nie cie­szy­łam się, że umarła. Wiele razy od­twa­rza­łam tę prze­ra­ża­jącą scenę w gło­wie i za­wsze wi­dzia­łam to samo. Naj­pierw jej po­stać po­ja­wiła się przede mną, tylko za­rys syl­wetki. Na­stęp­nie usły­sza­łam wy­strzał, po któ­rym za­rys jej ciała znik­nął.

Nie mia­łam po­ję­cia, kto do niej strze­lił. Nie wie­dzia­łam też, czy był to ktoś, z kim współ­pra­co­wała. Nie roz­po­zna­łam głosu tam­tego męż­czy­zny. Cie­kawe, że ni­gdy nie pa­dło jego imię. Wiem też, że po tym, jak za­bił Amandę, strze­lił rów­nież do ko­goś in­nego. Nie wiem, kto to był. Usły­sza­łam tylko, jak coś głu­cho gruch­nęło o pod­łogę, a póź­niej ktoś wy­niósł mnie na ze­wnątrz. Męż­czy­zna zdjął mi z głowy ob­le­śną po­szewkę, do­piero kiedy zo­sta­wił mnie na pry­czy w tym ma­łym, ob­skur­nym po­miesz­cze­niu, ale nie udało mi się zo­ba­czyć jego twa­rzy. Było zbyt ciemno.

Mru­gnę­łam, żeby wy­ostrzyć wzrok, i wpa­trzy­łam się w po­kryte rdzą drzwi, które znaj­do­wały się na wprost pry­czy. Mię­dzy pod­łogą a drzwiami za­uwa­ży­łam szparę, przez którą wpa­dało świa­tło. Ktoś był po dru­giej stro­nie. No tak, prze­cież trzeba było mnie pil­no­wać. Nie zo­sta­wi­liby mnie tu sa­mej, skoro sta­no­wi­łam dla nich ja­kąś war­tość.

Serce za­biło mi moc­niej z emo­cji. Będą chcieli użyć mnie, żeby do­paść Cal­luma. Tyle mo­głam wy­de­du­ko­wać, po­mimo spo­wol­nio­nego my­śle­nia od szoku. Stop­niowo ukła­da­łam ele­menty ła­mi­główki. Co­kol­wiek ka­zano im zro­bić, Ta­tum nie miała być w to wplą­tana. Może ją też tu­taj przy­nie­śli? Może do­szli do wnio­sku, że dzięki temu wię­cej wy­doją z Cal­luma. Po­dej­rze­wa­łam, że cho­dziło o pie­nią­dze. Przy­pusz­czal­nie Amanda zna­la­zła ko­goś, kto po­trze­bo­wał kasy. Prze­ko­nała go do swo­jego planu. Wie­dzia­łam prze­cież, do czego na­kło­niła Lu­casa. Była zdolna do wszyst­kiego.

Czas prze­szły. Jezu, to ja­kiś kosz­mar.

Tyle że smród ple­śni był praw­dziwy. Znowu mnie ze­mdliło i nie prze­sta­wa­łam się trząść. W uszach cią­gle wy­brzmie­wał mi ten straszny, głu­chy ton ciosu, który za­dano Ta­tum. Pew­nie w głowę. Mam na­dzieję, że żyła. Je­śli umarła, to nie wiem, jak so­bie po­ra­dzę w ży­ciu bez niej. Co zro­bię bez naj­lep­szej przy­ja­ciółki?

Spo­koj­nie. Przez to gdy­ba­nie tylko się na­krę­ca­łam. Sku­pi­łam się więc na od­dy­cha­niu. Nie mo­głam my­śleć w ten spo­sób. Nie będę pa­ni­ko­wać. Chcę wyjść z tego cało. Po­winno mi się udać.

W szpa­rze pod drzwiami zo­ba­czy­łam ja­kiś cień, który czę­ściowo przy­blo­ko­wał do­pływ świa­tła. Przy­war­łam ple­cami do zim­nej ściany, ale cho­ciaż wy­tę­ża­łam słuch, nie ro­zu­mia­łam, co mó­wią po dru­giej stro­nie. Głosy były zbyt przy­tłu­mione. Kto tam był? Co pla­no­wał ze mną zro­bić? Za­mar­łam, kiedy usły­sza­łam prze­krę­ca­nie klu­cza w zamku. Bła­gam, nie krzywdź­cie mnie i mo­jego dziecka. Gwał­tow­nie usia­dłam pro­sto, przez co za­krę­ciło mi się w gło­wie. Przy­cią­gnę­łam ko­lana do brzu­cha i otu­li­łam je rę­kami. Trzę­sąc się, cze­ka­łam, aż drzwi zo­staną otwarte. Cie­kawe, czy ten ktoś po dru­giej stro­nie ce­lowo zwle­kał z ich otwar­ciem, żeby mnie jesz­cze bar­dziej prze­stra­szyć.

Je­śli tak, to do­brze mu to wy­cho­dziło.

W końcu drzwi otwo­rzyły się ze skrzyp­nię­ciem. Po tylu go­dzi­nach w ciem­no­ści ośle­piło mnie świa­tło wpa­da­jące z dru­giego po­miesz­cze­nia. Zmru­ży­łam oczy i od­wró­ci­łam głowę, kiedy ja­kiś męż­czy­zna prze­kro­czył próg.

- Od­po­czy­wasz? W twoim sta­nie to za­le­cane.

Głos na­le­żał do męż­czy­zny, z któ­rym mia­łam do czy­nie­nia wcze­śniej, ale na­dal nie wie­dzia­łam, kim był. Wie­dzia­łam za to, do czego był zdolny i z jaką ła­two­ścią przy­cho­dziło mu okru­cień­stwo, dla­tego po­wstrzy­ma­łam silną chęć rzu­ce­nia się do ucieczki. Mu­sia­łam być ostrożna.

- Gdzie jest Ta­tum? - spy­ta­łam ci­cho, ob­ra­ca­jąc głowę w kie­runku oprawcy. Wzrok mi się po­woli oswa­jał w no­wym oświe­tle­niu. Wi­dzia­łam, że fa­cet miał ciemne, tu i ów­dzie po­kryte si­wi­zną, włosy i grubo cio­saną twarz.

- Jak uro­czo - wy­ce­dził. - Bar­dziej mar­twisz się o przy­ja­ciółkę niż o sie­bie. Szkoda, że jej matka się o nią nie trosz­czyła. Była za bar­dzo za­śle­piona chci­wo­ścią i nie­na­wi­ścią. Smutne.

Jego oczy. Pa­mię­ta­łam, jak spoj­rzał na mnie tymi lo­do­wa­tymi oczami, kiedy wbi­łam wi­de­lec w dłoń jego syna. Były wtedy pełne wście­kło­ści i jadu.

- Jack Mo­roni - wy­sy­cza­łam.

Wiele stało się ja­sne. Po tam­tej fe­ral­nej ko­la­cji jego sto­sunki z Cal­lu­mem co prawda nie były naj­lep­sze, ale zu­peł­nie nie przy­wią­zy­wa­łam do tego wagi, bo działo się tyle in­nych, waż­niej­szych rze­czy.

- Bianko Cole, sza­le­nie mi miło, że mnie pa­mię­tasz.

- Jak mo­gła­bym za­po­mnieć? Gdzie jest Ta­tum? Na­tych­miast mi po­wiedz, co z nią zro­bi­łeś!

- Na­tych­miast? - Jack się ro­ze­śmiał i spoj­rzał na osiłka sto­ją­cego tuż za nim. Fa­cet miał broń przy­piętą do pasa. Zro­zu­mia­łam, że w ten spo­sób Jack dys­kret­nie mnie ostrze­gał.

- Cal­lum nie na­uczył cię, jak się grozi lu­dziom, co?

- Co jej zro­bi­łeś? - Z tru­dem po­wstrzy­my­wa­łam łzy. Po­sta­no­wi­łam, że nie roz­pła­czę się przy nim. Był ze­rem. Tchó­rzem, który nie po­tra­fił sta­nąć do walki twa­rzą w twarz ze swoim wro­giem, więc w za­mian po­rwał bez­bronną ko­bietę.

- Wiesz, to działo się tak szybko, że nie zwró­ci­łem uwagi.

- Je­steś cho­rym po­pa­prań­cem! - wy­sy­cza­łam.

- Nie pierw­szy raz to sły­szę. - Po­now­nie spoj­rzał na swo­jego ochro­nia­rza.

Obaj męż­czyźni wy­bu­chli śmie­chem.

Ta­tum. To moja wina. Gdyby nie spo­tkała się ze mną, w tej chwili by­łaby bez­pieczna w domu, a ja nie za­mar­twia­ła­bym się, czy nie leży gdzieś mar­twa obok Amandy.

- Je­śli ją za­bi­łeś, to przy­się­gam, że... - Nie do­koń­czy­łam my­śli, zdjęta emo­cjami. Zresztą czym mo­głam mu za­gro­zić? Śmier­cią? Tym, że go sko­pię? Jak niby mia­ła­bym zro­bić mu co­kol­wiek, kiedy tuż za nim stał uzbro­jony go­ryl?

- Że co? - spy­tał iro­nicz­nym to­nem. - Co mi zro­bisz, je­śli za­bi­łem twoją przy­ja­ció­łeczkę, tak jak jej matkę?

No wła­śnie, co mo­głam zro­bić? Zu­peł­nie nic i ten du­pek do­sko­nale to wie­dział. Za­ci­snę­łam zęby i zwi­nę­łam dło­nie w pię­ści, po­wstrzy­mu­jąc wy­buch gniewu. Je­śli za­bił Ta­tum, to przy­naj­mniej przed śmier­cią do­wie­działa się, że jej matka nie chciała jej w to an­ga­żo­wać, że cho­ciaż była to­talną ego­istką, pró­bo­wała ją w ja­kiś spo­sób ochro­nić. Z pew­no­ścią sły­szała złość i prze­strach w gło­sie Amandy, kiedy nas zo­ba­czyła.

Bar­dzo moż­liwe, że Ta­tum żyje. Jack nie po­twier­dził jed­no­znacz­nie, że ją za­bił, więc będę się trzy­mała tej my­śli. Zro­biło mi się nie­do­brze, ale opa­no­wa­łam od­ruch wy­miotny.

- W su­mie to - roz­ba­wiony Jack na­gle spo­waż­niał - twoja przy­ja­ciółka do­stała to, na co za­słu­żyła, przez ten swój nie­wy­pa­rzony ję­zyk. Po­win­naś wy­cią­gnąć z tego lek­cję i mil­czeć. Ina­czej spo­tka cię to samo, co ją.

Prze­szył mnie nie­przy­jemny dreszcz, bo przy­po­mnia­łam so­bie tam­ten straszny od­głos. Był o wiele bar­dziej przej­mu­jący niż strzał, który za­bił Amandę.

- Dla­czego to ro­bisz? - spy­ta­łam szep­tem. - Pró­bu­jesz się ze­mścić za to, co zro­bi­łam two­jemu sy­nowi?

- Prze­cież in­te­li­gentna z cie­bie dziew­czyna. Na­prawdę my­ślisz, że za­dał­bym so­bie tyle trudu, bo dźgnę­łaś Do­mi­nika wi­del­cem? - Jack uśmiech­nął się szy­der­czo, co mnie roz­zło­ściło.

- Dla­czego w ta­kim ra­zie? - Od­wza­jem­ni­łam jego iro­niczny uśmie­szek, omia­ta­jąc go spoj­rze­niem od stóp do głów. - Niech zgadnę. Amanda owi­nęła so­bie cie­bie wo­kół pa­luszka, tak samo jak mo­jego by­łego chło­paka. Za­pewne obie­cała ci coś wspa­nia­łego.

- Pie­przysz głu­poty - obu­rzył się Jack. Nie­wiele trzeba, żeby go zde­ner­wo­wać. Czu­łam, że mu­szę so­bie to za­pa­mię­tać. Nie chcia­łam skoń­czyć z kulką w gło­wie.

- Czyżby? Po­wiedz, że to nie był jej po­mysł. Amanda była jedną z nie­wielu osób, które wie­działy, że je­stem w ciąży. Na pewno ci o tym po­wie­działa i wspól­nie uknu­li­ście plan po­rwa­nia.

- Gówno prawda - od­parł zwod­ni­czo spo­koj­nym to­nem.

Pra­wie mnie na­brał, że jest opa­no­wa­nym, ra­cjo­nal­nie my­ślą­cym czło­wie­kiem. Mo­gła­bym na­wet uznać, że jest cza­ru­jący. Świet­nie grał, to pewne.

Jack skrzy­żo­wał przed sobą ręce, uśmie­cha­jąc się nie­mrawo.

- Biedna Amanda była ty­pową pa­zerną ko­bietą, która miała się za mą­drzej­szą, niż fak­tycz­nie była. Po­peł­niła błąd, my­śląc, że to ona trzyma stery. Tak na­prawdę do­star­czyła mi amu­ni­cji, któ­rej po­trze­bo­wa­łem. Spier­do­le­nie Cal­lu­mowi biz­nesu to za ni­ska cena za to, że mnie ob­ra­ził. Mu­sia­łem ina­czej go zmo­ty­wo­wać do tego, żeby za­pła­cił za to, co się stało.

- Czego żą­dasz? - Nie do wiary, że za­da­łam to py­ta­nie.

Jack wzru­szył ra­mio­nami. Nie­sa­mo­wite, że na pierw­szy rzut oka trudno było się do­my­ślić, do czego ten męż­czy­zna jest zdolny.

- Tego jesz­cze nie wiem. Amanda chciała wy­ko­rzy­stać twoją ciążę do tego, żeby wy­doić z niego ostat­niego centa. Ale mnie nie in­te­re­sują pie­nią­dze.

Zro­bi­łam zdzi­wioną minę, co roz­ba­wiło Jacka.

- Masz mnie. Kasa jest ważna, ale ze­msta daje wię­cej sa­tys­fak­cji. Spra­wię, że Cal­lum po­ża­łuje tego, że oszka­lo­wał mnie w oczach wszyst­kich na­szych kon­tra­hen­tów.

- Jak za­mie­rasz to zro­bić?

Jack wes­tchnął i prze­chy­lił głowę.

- Do­wiesz się w swoim cza­sie. Na ra­zie nie masz się czym mar­twić.

- Jak to?

- Je­śli ko­cha cię tak, jak przy­pusz­czam, bez wa­ha­nia da mi to, czego za­żą­dam. Po­dej­rze­wam, że szybko opu­ścisz to miej­sce. - Jack roz­ko­szo­wał się tym, sma­ko­wał tę chwilę jak wy­tworne wino. Przy­glą­dał się mo­jej re­ak­cji, nie si­ląc się na­wet na to, żeby ukryć za­do­wo­le­nie. - Skoro już wspo­mnia­łaś mo­jego syna, to fak­tycz­nie, może na­stęp­nym ra­zem do­brze się za­sta­no­wisz, za­nim dźgniesz fa­ceta za to, że po­gła­dził cię po udzie. Zo­bacz, ja­kie kon­se­kwen­cje ma twoje dzia­ła­nie. Wszystko przez to, że nie po­tra­fi­łaś się opa­no­wać.

Wie­dzia­łam, że Jack pró­bo­wał mnie za­wsty­dzić i że pod­sy­ca­łam jego za­pędy, od­po­wia­da­jąc mu, ale nie mo­głam trzy­mać ję­zyka za zę­bami.

- Twój syn mnie ob­ma­cy­wał, cho­ciaż ka­za­łam mu prze­stać.

- To twoje wer­sja.

Zro­biło mi się go­rąco, a serce za­biło moc­niej. Nie mo­głam dać się mu spro­wo­ko­wać. Ale nic mnie tak nie wku­rzało jak umniej­sza­nie mo­jej oso­bie. Jack do­sko­nale wie­dział, co zro­bił jego syn, ale miał to gdzieś.

- Po za­sta­no­wie­niu - Jack opu­ścił ręce i za­ci­snął pię­ści - za­dbam o to, że­byś po­ża­ło­wała tego, co zro­bi­łaś. Oboje z Cal­lu­mem ma­cie zwy­czaj re­ago­wać bez za­sta­no­wie­nia.

Co za skur­wiel. Jak bar­dzo zra­nione miał ego, żeby zde­cy­do­wać się na taki krok? Ba­łam się, że go­rycz i złość w końcu wy­leją się ze mnie jak lawa.

Mia­łam ochotę mu wy­krzy­czeć: "Pier­dol się, za­srańcu", ale w tej sy­tu­acji nie cho­dziło tylko o mnie. Wie­rzy­łam, że Cal­lum bar­dzo mnie ko­cha i że ja­koś mnie stąd wy­do­sta­nie. Dla­tego mu­sia­łam zro­bić, co w mo­jej mocy, żeby do­żyć tej chwili. Nie mo­głam pro­wo­ko­wać sy­tu­acji, w któ­rych Jack mógłby stra­cić pa­no­wa­nie nad sobą.

- Masz coś do do­da­nia? - Jack zro­bił pauzę.

Przy­gry­złam so­bie ję­zyk do krwi, by­leby tylko się nie ode­zwać.

- Tak my­śla­łem.

- Do­sta­niesz wodę i je­dze­nie. Kie­dyś. Da­ruj so­bie wrza­ski i wzy­wa­nie po­mocy. Ściany są grube. Tylko wkur­wisz mo­ich lu­dzi. Zresztą w twoim sta­nie nie po­win­naś się de­ner­wo­wać.

Nie re­aguj. Tylko spo­kój.

Zdo­ła­łam się po­wstrzy­mać przed wy­bu­chem emo­cji. Jack wy­szedł, a jego go­ryl za­trza­snął drzwi. Po­cze­ka­łam, aż cie­nie wi­doczne w szpa­rze pod drzwiami znikną, i się roz­pła­ka­łam. Po dłuż­szej chwili ci­szę prze­ry­wało je­dy­nie ryt­miczne bi­cie mo­jego zbo­la­łego serca.

Jack chciał za­szan­ta­żo­wać Cal­luma, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego dziecko. Trudno so­bie wy­obra­zić, że ktoś mógłby być aż tak cy­niczny, ale prze­cież na mo­ich oczach, tuż obok Ta­tum za­bił jej matkę. Ten czło­wiek był zdolny do ab­so­lut­nie wszyst­kiego.

A je­śli bę­dzie chciał mnie wię­zić aż do po­rodu? Co, je­śli za­bie­rze mi dziecko?

Prze­stań! W moim umy­śle roz­legł się głos Ta­tum, zu­peł­nie jakby sie­działa przy mnie. Gdyby rze­czy­wi­ście tu była, z pew­no­ścią krzy­cza­łaby na całe gar­dło, gro­żąc, że obe­drze po­ry­wa­czy ze skóry. Ale ja nie mo­głam tak po­stą­pić. Mu­sia­łam chro­nić dziecko i zo­stać przy ży­ciu dla lu­dzi, któ­rych ko­cha­łam. Nie mo­głam też kie­ro­wać my­śli na tak straszne tory, bo to gro­ziło po­mie­sza­niem zmy­słów.

Mu­sia­łam się ja­koś trzy­mać. Cal­lum mnie znaj­dzie - nas znaj­dzie. Zwi­nięta w kłę­bek, po­ło­ży­łam się na pry­czy. Zimno prze­ni­kało mnie do szpiku ko­ści. Mia­łam na­dzieję, że to nie po­trwa długo, bo czu­łam, że z każdą mi­ja­jącą chwilą co­raz bar­dziej się roz­kle­ja­łam.

Cal­lum

- Gdzie on jest, do kurwy nę­dzy?!

Po­zna­łem ten głos. Pie­przony Char­lie. Tylko on mógł wpa­ro­wać do szpi­tala jak ja­kiś cho­lerny zbir.

Wy­sze­dłem z sali Ta­tum na ko­ry­tarz. Z dru­giego końca szedł Char­lie. Był cały czer­wony na twa­rzy i pa­trzył na mnie za­bój­czym wzro­kiem. Mu­siał do­piero co wyjść spod prysz­nica, kiedy do niego za­dzwo­ni­łem, bo miał mo­kre włosy, które przy­kle­jały się mu do czoła. Za­uwa­ży­łem, że miał na so­bie spodnie dre­sowe i klapki. Szedł jak za­śle­piony. Pra­wie sta­ra­no­wał dwie pie­lę­gniarki, które aku­rat po­ja­wiły się na ko­ry­ta­rzu.

Kiedy był tuż przede mną, za­uwa­ży­łem dru­giego męż­czy­znę, który po­ja­wił się za ple­cami Char­liego. Na szyi miał za­wie­szoną od­znakę po­li­cyjną.

Kurwa, tylko nie to.

- Nie ma, kurwa, mowy! - za­pro­te­sto­wa­łem, wska­zu­jąc na wy­so­kiego męż­czy­znę pal­cem. - Nie chcę, żeby po­li­cja się w to mie­szała.

Char­lie w końcu się za­trzy­mał i spoj­rzał na mnie gniew­nie.

- Nie przy­szedł tu­taj jako glina, lecz jako przy­ja­ciel.

- Prze­pra­szam za to. - Męż­czy­zna scho­wał od­znakę pod ko­szulę. - Przy­je­cha­łem pro­sto z ro­boty. Ken Mil­ler.

- Koło chuja mi lata, jak się na­zy­wasz - wark­ną­łem. - Nie ob­cho­dzi mnie też, że przy­je­cha­łeś tu­taj w roli kum­pla. Nie ży­czę so­bie, żeby ja­ki­kol­wiek glina był w to za­an­ga­żo­wany. Na­wet w cza­sie wol­nym. To mo­głoby mieć kosz­marne kon­se­kwen­cje. - Le­d­wie nad sobą pa­no­wa­łem. Nie mo­głem po­zwo­lić na to, żeby ktoś po­cią­gnął mnie do od­po­wie­dzial­no­ści za roz­lew krwi, któ­rego za­mie­rza­łem się do­pu­ścić.

- Gdzie ona jest? - spy­tał Char­lie, jakby na­gle so­bie przy­po­mniał, po co go we­zwa­łem.

- Gdy­bym wie­dział, to nie ścią­gał­bym cię tu­taj.

- Mogę wy­słać dzie­sięć pa­troli, żeby jej szu­kały - za­pro­po­no­wał Ken, kła­dąc dłoń na ra­mie­niu Char­liego.

Mia­łem wra­że­nie, że ci idioci nie usły­szeli ani słowa z tego, co po­wie­dzia­łem.

- Nie - syk­ną­łem, krę­cąc głową. - Wzy­wa­nie po­li­cji nie wcho­dzi w grę.

Char­lie wy­glą­dał, jakby miał za chwilę eks­plo­do­wać.

- Twier­dzisz, że za­leży ci na mo­jej córce, ale za cho­lerę nie się­gniesz po po­moc po­li­cji? Pa­trole mo­głyby jej już od ja­kie­goś czasu szu­kać! A ty co? Nic! Tylko sto­isz tu z za­ło­żo­nymi rę­kami!

Rzu­ci­łem mu wro­gie spoj­rze­nie, za­po­mi­na­jąc na chwilę, że stoi przede mną czło­wiek, który wiele zna­czy dla Bianki. Za­śle­piła mnie wście­kłość, bo prak­tycz­nie mnie po­ni­żył. Zu­peł­nie nie ro­zu­miał, jak bar­dzo ko­cham jego córkę i że on tylko dzięki niej na­dal od­dy­cha. Gdy­bym nie wie­dział, że jest dla niej tak ważny, za­bił­bym go na miej­scu.

- To może być słuszna tak­tyka - wtrą­cił się Ken, po­wstrzy­mu­jąc tym sa­mym Char­liego przed za­da­niem mi ciosu. - Zgło­sze­nie tego mo­głoby skom­pli­ko­wać sy­tu­ację.

- To twoja wina - wy­ce­dził Char­lie. Miał za­czer­wie­nione oczy i mógł­bym przy­siąc, że do­strze­głem w nich łzy. - Ostrze­ga­łem ją przed tobą, ale mnie nie po­słu­chała. Przez to spro­wa­dziła na sie­bie nie­szczę­ście. To, że się z tobą zwią­zała, na­ra­ziło ją na ogromne nie­bez­pie­czeń­stwo. Oby nie za­pła­ciła za to ży­ciem.

Nie mia­łem nic na swoją obronę. Char­lie się nie my­lił. To była moja wina. Gdyby Bianka się ze mną nie zwią­zała, wio­dłaby zwy­kłe bez­tro­skie ży­cie. Miesz­ka­łaby z chło­pa­kiem, który pra­co­wał od dzie­wią­tej do sie­dem­na­stej, a week­endy spę­dza­łaby z przy­ja­ciółmi. Wspól­nie z nim pla­no­wa­łaby wa­ka­cje w ja­kimś ład­nym miej­scu i być może od­kła­da­łaby na dom. Mo­głaby mieć pro­ste, spo­kojne ży­cie po­zba­wione nie­bez­pie­czeństw, na które była na­ra­żona, bo wy­brała mnie. Tyle że na­le­żała do mnie i, do cho­lery, nie mia­łem za­miaru po­zwo­lić jej odejść. Jej miej­sce było przy mnie. Nie przyj­mo­wa­łem do wia­do­mo­ści in­nej opcji.

- Okej, spró­bujmy za­cho­wać zimną krew - pod­su­nął Ken. - Cal­lum, za­cznijmy do po­czątku. Co się tak wła­ści­wie stało?

Naj­chęt­niej ka­zał­bym mu się od­wa­lić, ale nie mo­głem od­trą­cić żad­nej po­moc­nej dłoni, cho­ciaż Ro­mero w tej chwili ob­dzwa­niał wszyst­kich, któ­rzy byli mu winni ja­kąś przy­sługę. Poza tym, skoro Ken po­tra­fił uspo­koić Char­liego na tyle, żeby ten my­ślał ra­cjo­nal­nie, do­brze, żeby był po mo­jej stro­nie. Dla­tego scho­wa­łem dumę do kie­szeni i nie­chęt­nie udzie­li­łem mu od­po­wie­dzi:

- Do­sta­łem, do­sta­li­śmy ese­mesa. - Spoj­rza­łem na Ro­mera, który ko­rzy­sta­jąc z tego, że Ta­tum za­brano na do­dat­kowe ba­da­nia, za­ła­twiał ja­kieś sprawy. Te­raz szyb­kim kro­kiem z te­le­fo­nem przy uchu cho­dził po szpi­tal­nym po­koju. Sły­sza­łem, jak wy­daje ko­muś po­le­ce­nia. Jak za­wsze opa­no­wany i kon­kretny, ale w wy­ra­zie jego twa­rzy do­strze­ga­łem też nie­po­kój. Wy­ją­łem ko­mórkę z kie­szeni i po­ka­za­łem wia­do­mość Ke­nowi i Char­liemu.

- Nie spy­tam, kogo wkur­wi­łeś - rzu­cił zło­śli­wie Char­lie. - Nie mamy czasu, że­byś te­raz re­cy­to­wał nam całą li­stę na­zwisk.

Od­ru­chowo za­ci­sną­łem dło­nie w pię­ści. Mia­łem ochotę mu przy­wa­lić.

- Za­sko­czę cię, ale nie mam w swoim oto­cze­niu aż tak wielu wro­gów. Z cza­sem li­sta idio­tów, któ­rzy od­wa­ży­liby się po­su­nąć do cze­goś ta­kiego, znacz­nie się skró­ciła.

- Mia­łeś z kimś ostat­nio ja­kiś grub­szy kon­flikt? - spy­tał Ken.

- Jaja so­bie ro­bisz? Prze­cież on mógł za­drzeć z do­słow­nie każ­dym - ob­ru­szył się Char­lie, chwy­ta­jąc się za głowę, po czym od­wró­cił się do nas ple­cami. Cały się trząsł ze zło­ści i nie­spo­dzie­wa­nie wal­nął pię­ścią w ścianę ko­ry­ta­rza, zo­sta­wia­jąc w niej lek­kie wgłę­bie­nie.

- Weź się w garść, Char­lie - rzu­cił znie­cier­pli­wiony Ken. - W ta­kim sta­nie nie przy­dasz się do ni­czego.

- Wszystko przez cie­bie! - Char­lie jed­nak cał­ko­wi­cie stra­cił pa­no­wa­nie nad sobą i rzu­cił się w moją stronę. Ken nie zdą­żył go po­wstrzy­mać. Char­lie był zbyt wzbu­rzony, żeby za­dać celny i silny cios. Le­d­wie mu­snął moje ra­mię. Chwy­ci­łem go za rękę i wy­krę­ca­jąc ją, pchną­łem go na ścianę.

Za­mu­ro­wało go, ale szybko od­zy­skał ani­musz.

- Je­steś jak pie­przony rak, który nisz­czy wszystko do­okoła sie­bie! Dla­czego nie zo­sta­wi­łeś jej w spo­koju? Bianka jest zbyt młoda, żeby ro­zu­mieć ta­kie sprawy, ale ty po­wi­nie­neś być mą­drzej­szy, do cho­lery!

- Wiem - przy­zna­łem ci­cho, pusz­cza­jąc Char­liego. Na szczę­ście Ken sta­nął mię­dzy nami, ina­czej mógł­bym skrę­cić temu dur­niowi kark. Mu­sia­łem so­bie w kółko po­wta­rzać, że Bianka go ko­cha.

- Gdyby ci na niej za­le­żało, od­rzu­cił­byś ją! Ni­gdy nie bę­dzie przy to­bie bez­pieczna! Ani szczę­śliwa! - Char­lie gwał­tow­nie ode­pchnął Kena. Jesz­cze był na­bu­zo­wany i chęt­nie by mnie udu­sił.

- My­ślisz, że nie chcia­łem tego zro­bić? Że nie pró­bo­wa­łem odejść? Do­brze wiem, że beze mnie by­łoby jej le­piej. Na­wet nie wiesz, jak ogromne mam po­czu­cie winy. To, co mi za­rzu­casz, sam so­bie po­wta­rzam, od kiedy znik­nęła.

- Jak mo­żesz pa­trzeć w lu­stro? Jak? - Char­lie wście­kle wy­dął usta. - Na twoim miej­scu wy­sko­czył­bym przez okno! Kurwa mać! A je­śli ona umrze? Bę­dziesz mógł z tym żyć? Udźwi­gniesz świa­do­mość, że zgi­nęła przez cie­bie?

Nie wy­trzy­ma­łem. Chcia­łem być silny ze względu na Biankę, ale coś we mnie pę­kło. Char­liemu oczy pra­wie wy­szły z or­bit, kiedy za­ci­sną­łem dło­nie na jego szyi, przy­gnia­ta­jąc go do ściany.

- Jak umrze, bę­dziesz mógł mnie za­strze­lić. Bez niej moje ży­cie nie ma, kurwa, sensu. Mo­żesz mi nie wie­rzyć, ale też ją ko­cham! Zdaję so­bie sprawę z tego, że przez to, czym się zaj­muję i kim je­stem, na­ra­żam jej ży­cie, ale kiedy już ją od­zy­skam, zro­bię wszystko, co trzeba, żeby taka sy­tu­acja się ni­gdy nie po­wtó­rzyła. Będę jej szu­kał, ile trzeba. Wiem, że mnie po­trze­buje. Też pra­gnę wziąć ją w ra­miona. Ko­nam z nie­po­koju.

- Uspo­kój­cie się, do dia­bła! - krzyk­nął Ken, wy­swo­ba­dza­jąc Char­liego z mo­jego uści­sku. - To w ni­czym nie po­maga.

- Masz ra­cję co do jed­nego - po­wie­dzia­łem Char­liemu, który roz­ma­so­wy­wał so­bie szyję, pa­trząc na mnie zło­wrogo. - Za­słu­guję na cały ten ból i smu­tek. To mnie po­winni po­bić, mnie po­winni po­ła­mać ko­ści albo wpa­ko­wać kulkę. Ani Ta­tum, ani Bianka nie po­winny do­świad­czać cze­goś ta­kiego. - Za­drżał mi głos. - Żadna z nich so­bie na to nie za­pra­co­wała, tym bar­dziej twój wnuk.

Char­lie po­bladł, jakby zo­ba­czył du­cha. Przez chwilę za­sta­na­wia­łem się, czy do­brze mnie usły­szał. Choć ro­zu­mia­łem, co czuł. Po­dobne emo­cje prze­to­czyły się przeze mnie w ma­ga­zy­nie, kiedy zaj­rza­łem do tam­tej cho­ler­nej skrzyni.

- Chyba się prze­sły­sza­łem.

- Nie, jest tak, jak po­wie­dzia­łem. Bianka spo­dziewa się dziecka.

- Nie! - ryk­nął Char­lie, za­wi­sa­jąc na Ke­nie.

Przy­ja­ciel mu­siał go mocno pod­trzy­mać, żeby nie upadł na pod­łogę.

- Kła­miesz! Bianka jest zbyt mą­dra, żeby wpa­ko­wać się w coś ta­kiego.

- Myśl, co chcesz, ale to prawda. - Zi­gno­ro­wa­łem jego za­łamkę emo­cjo­nalną. - Bianka jest w ciąży. Więc tym bar­dziej je­steś w błę­dzie, my­śląc, że ta sy­tu­acja mnie nie ru­sza. Wo­lał­byś zo­ba­czyć, jak się wy­krwa­wiam? Wtedy byś uwie­rzył w moje uczu­cia do Bianki? To by do­wio­dło, jak bar­dzo przej­muję się tą sy­tu­acją?

Na końcu ko­ry­ta­rza otwo­rzyły się drzwi windy. Sa­ni­ta­riu­sze wy­pro­wa­dzili z niej łóżko, na któ­rym le­żała blada jak ściana i nie­ru­choma Ta­tum. Sta­ra­łem się nie pa­trzeć na rurki, które wy­cho­dziły z jej ciała. Pę­kało mi serce od tego wi­doku. Tym bar­dziej, że to moja wina. Moja córka zna­la­zła się tu­taj przeze mnie. Ta­tum bę­dzie zroz­pa­czona, kiedy od­kryje wy­go­lony pla­cek z tyłu głowy, gdzie za­ło­żono jej dzie­sięć szwów. Po­rzu­ci­łem Char­liego, za­po­mi­na­jąc o na­szej wy­mia­nie zdań, i pod­bie­głem do pie­lę­gniarki.

- Jesz­cze nie mamy wy­ni­ków - po­wie­działa ko­bieta, gdy tylko się do niej zbli­ży­łem. - Wiem, że chce pan in­for­ma­cji, ale trzeba cier­pli­wie cze­kać.

- A je­śli ona nie może cze­kać? - rzu­ci­łem de­spe­racko, chwy­ta­jąc kru­chą dłoń Ta­tum.

- Pa­nie Tor­rio, jej źre­nice pra­wi­dłowo re­agują na świa­tło - wy­ja­śniła pie­lę­gniarka. - Nie ma pod­staw, by po­dej­rze­wać, że do­znała po­waż­nych ob­ra­żeń. To praw­do­po­dob­nie tylko zwy­kły wstrząs mó­zgu, a jego skutki miną z cza­sem. Te­raz trzeba cze­kać na wy­niki. Wtedy le­karz bę­dzie mógł po­twier­dzić dia­gnozę.

Ta­tum mo­gła dziś umrzeć, a ja nic nie zro­bi­łem, żeby temu za­po­biec. Wy­star­czyła chwila i całe moje ży­cie le­głoby w gru­zach.

- Trzy­maj się, skar­bie - szep­ną­łem, ści­ska­jąc dłoń córki. - Za­płacą za to. Obie­cuję.

- Sze­fie - Ro­mero wszedł za nami do po­koju i po­dał mi te­le­fon - Co­stello.

Ten to ma, kurwa, wy­czu­cie czasu!

- Słu­chaj, Se­ba­stian, nie bar­dzo mogę te­raz ga­dać.

- O, na­sze spo­tka­nie dziś wie­czo­rem jest nie­ak­tu­alne?

Pu­ści­łem rękę Ta­tum i wy­sze­dłem na ko­ry­tarz.

- Po­działy się okropne rze­czy - szep­ną­łem. Nie chcia­łem tego przed nim ukry­wać. Być może bę­dzie mógł mi ja­koś po­móc. Trudno, je­śli mu­sia­łem oka­zać przed nim sła­bość. To nie zbyt wy­soka cena za bez­pieczne spro­wa­dze­nie Bianki do domu.

- Co to za od­głosy? Zu­peł­nie jak­byś był w szpi­talu.

In­te­li­gentny chło­pak.

- Tak, je­ste­śmy w szpi­talu.

- Co się stało? - Brzmiał na szcze­rze za­cie­ka­wio­nego, ale wie­dzia­łem, że był zwy­czaj­nie żądny in­for­ma­cji. Mimo to na­prędce wpro­wa­dzi­łem go w te­mat, po­da­jąc tylko naj­waż­niej­sze fakty. Nie chcia­łem tra­cić cen­nego czasu.

- Je­stem pe­wien, że moja była żona ma­czała w tym palce, ale nie wiem, z kim współ­pra­co­wała. Ro­mero bada to te­raz, więc nie­długo po­win­ni­śmy mieć wię­cej da­nych.

Przez uchy­lone drzwi po­koju wi­dzia­łem Ro­mera sie­dzą­cego przy łóżku Ta­tum. Mia­łem wra­że­nie, że wpa­try­wał się w nią, nie mru­ga­jąc. Ni­gdy jesz­cze nie wi­dzia­łem, żeby pa­trzył na ko­goś tak żar­li­wie.

- Ob­sta­wiam, że to Jack Mo­roni.

- Po­py­tam tu i tam. Może ktoś coś wie. Chciał­bym ci po­móc.

Nie mo­głem od­rzu­cić jego pro­po­zy­cji. Moje ży­cie wy­wró­ciło się do góry no­gami. Ży­cie mo­jej córki, nie­na­ro­dzo­nego dziecka i ko­biety, którą ko­cham, wi­siało na wło­sku. Po­trze­bo­wali mnie. Nie mo­głem się roz­sy­pać tak jak Char­lie. Nie mo­głem po­zwo­lić so­bie na wa­ha­nia na­stroju od ża­ło­ści, przez wście­kłość, po prze­ra­że­nie i bez­sil­ność. Mu­sia­łem dzia­łać.

- Dzięki. Daj znać, kiedy się cze­goś do­wiesz - wy­mam­ro­ta­łem do słu­chawki i się roz­łą­czy­łem. Mocno za­ci­sną­łem palce na apa­ra­cie. Gdzieś tam mi­łość mo­jego ży­cia była prze­trzy­my­wana na ła­sce ko­goś, kto chciał cze­goś ode mnie.

Nie wy­ba­czę so­bie, je­śli ją stracę. Je­śli stracę na­sze dziecko. Wie­dzia­łem, że mu­szę ją zna­leźć. Zrów­nam to mia­sto z zie­mią, je­śli trzeba, ale spro­wa­dzę Biankę do domu.

Bianka

A już my­śla­łam, że naj­gor­sze za mną... Naj­pierw śmierć mamy i zdru­zgo­tany tata, trudna re­la­cja z Lu­ca­sem i to, co się stało z nim póź­niej, cały ten emo­cjo­nalny rol­ler­co­aster z Cal­lu­mem. Wszystko to mnie po­ra­niło, zo­sta­wia­jąc liczne bli­zny w mo­jej du­szy, ale w ża­den spo­sób nie uod­por­niło na uczu­cie po­ni­że­nia, które mnie te­raz ogar­niało.

- Na­prawdę mu­sisz pa­trzeć, jak to ro­bię? - Jakby za­ła­twia­nie się do wia­dra sto­ją­cego w ką­cie ob­skur­nego po­miesz­cze­nia nie było wy­star­cza­jąco że­nu­jące. Nie po­trze­bo­wa­łam do tego pu­blicz­no­ści.

Tępy mię­śniak stał ple­cami do me­ta­lo­wych drzwi i nic nie od­po­wie­dział. Wcze­śniej włą­czył świa­tło, więc w po­koju zro­biło się ja­sno, choć wo­la­łam ciem­ność. Nie wi­dzia­ła­bym w niej jego wul­gar­nej mordy.

- Co? Nic nie po­wiesz? - Do­ma­ga­łam się re­ak­cji, sto­jąc przy wia­drze. Uni­ka­łam pa­trze­nia na nie, bo te dupki nie opróż­niały go.

- Nie. - Osi­łek wy­krzy­wił usta w przy­pra­wia­jący o mdło­ści uśmiech. - Nie mogę się do­cze­kać, kiedy szef się zgo­dzi, że­by­śmy mo­gli po­znać cię bli­żej.

Za­mar­łam, kiedy ko­leś zła­pał się za kro­cze, żeby pod­kre­ślić zna­cze­nie swo­ich słów.

- Prze­myśl to so­bie jesz­cze, bo stra­cisz rękę, gdy tylko mnie do­tkniesz. - Spoj­rza­łam mu hardo w oczy.

- Wy­ga­dana je­steś, ale ja­koś nikt nie przy­był na ra­tu­nek. Po­win­naś ła­pać, że pie­prze­nie głu­pot nie po­maga ci w tej sy­tu­acji.

Naj­waż­niej­sze było dla mnie to, by utrzy­mać się przy ży­ciu. Nie wie­dzia­łam, jak długo te typy da­dzą radę trak­to­wać mnie przy­zwo­icie. Choć w przy­glą­da­niu się, jak się za­ła­twiam, nie było nic przy­zwo­itego. Czu­łam wstyd i za­że­no­wa­nie, ale po­zo­sta­wa­łam silna. Wie­dzia­łam, że tego Cal­lum ode mnie ocze­ki­wał.

Z pew­no­ścią mnie szu­kał. Mu­sia­łam się trzy­mać, póki mnie nie znaj­dzie. Nie chcia­ła­bym, żeby Jack po­my­ślał, że mnie zła­mał. Dzięki tej my­śli nie roz­pa­dłam się na ka­wa­łeczki. Nie ma mowy, że­bym dała mu tę sa­tys­fak­cję. Są­dził, że ma do czy­nie­nia ze słabą i wraż­liwą mi­mozą. Ale to nie ja. Ja by­łam kró­lową i po­sta­no­wi­łam, że kiedy nada­rzy się oka­zja, za­biję ich wszyst­kich, by­leby tylko chro­nić sie­bie i dziecko.

- Za­do­wo­lony? - spy­ta­łam, gdy skoń­czy­łam si­kać.

- Za­do­wo­lony to będę, jak szef tro­chę po­lu­zuje za­sady. - Męż­czy­zna od­dy­chał głę­biej niż wcze­śniej, co mnie za­nie­po­ko­iło. Trzeba mieć ja­kieś za­bu­rze­nia, żeby cie­szyć się z cu­dzego nie­szczę­ścia.

- Ostrze­gam cię. Nie są­dzę, żeby ja­kiejś ko­bie­cie było przy­kro, kiedy cię wy­ka­struję. W su­mie to wy­świad­czę wielu ko­bie­tom przy­sługę. - Fa­cet od­wró­cił się przo­dem do drzwi. - Gdzie jest Jack? Chcę się z nim zo­ba­czyć.

- Sorki, mała, ale to nie ty dyk­tu­jesz tu­taj wa­runki.

- Mó­wię po­waż­nie. Chcę się wi­dzieć z Jac­kiem.

- Też nie żar­to­wa­łem. - Ro­ze­śmiał się zło­śli­wie i wy­szedł, gło­śno za­my­ka­jąc za sobą cięż­kie drzwi.

Kiedy zo­sta­łam sama, mo­głam od­rzu­cić tę hardą ma­skę. Uda­wa­nie mę­czyło mnie, a z każdą wi­zytą któ­re­goś z tych pa­ja­ców było mi ją co­raz trud­niej utrzy­my­wać. Bar­dzo się ba­łam i nie pa­no­wa­łam nad tym lę­kiem. Nie po­tra­fi­łam za­głu­szyć obawy, że Cal­lum mnie nie znaj­dzie. Mi­nął cały dzień, a ko­lejny po­woli chy­lił się ku koń­cowi. Czu­łam, że Cal­lum ro­bił, co w jego mocy, ale naj­wy­raź­niej jesz­cze nie tra­fił na ża­den trop.

Kiedy osiłki Jacka znu­dzą się prze­strze­ga­niem jego za­sad, które z pew­no­ścią i tak nie były na­rzu­cone że­la­zną ręką. Jego lu­dzie nie spra­wiali wra­że­nia in­te­li­gent­nych, a co za tym idzie, cier­pli­wych. Mu­siało ich nu­żyć, a na­wet wku­rzać pil­no­wa­nie mnie.

W końcu będą chcieli się ja­koś ro­ze­rwać. Za­pra­gną ja­koś so­bie uroz­ma­icić ten czas, a upo­ka­rza­nie chyba na­le­żało do ich ulu­bio­nych roz­ry­wek. Sa­mego Jacka pew­nie cie­szyło to, że tak mnie trak­tują. Za­miast kłaść się na brud­nym ma­te­racu, któ­rego sprę­żyny wży­nały mi się w ciało bez względu na to, jak się na nim uło­ży­łam, po­sta­no­wi­łam się tro­chę po­roz­cią­gać. Chcia­łam się po­zbyć sztyw­no­ści mię­śni. Pa­nu­jący tu­taj chłód nie dzia­łał na nie do­brze.

Do­szłam do wnio­sku, że znaj­do­wa­łam się w piw­nicy ja­kie­goś bu­dynku. Się­ga­łam do okna, któ­rego fra­mugi były po­kryte gę­stą za­schniętą farbą. Wi­dzia­łam przez nie tylko skra­wek nieba.

Mo­gła­bym od­su­nąć pry­czę z ma­te­ra­cem bli­żej okna, żeby na niej sta­nąć. Wtedy może zo­ba­czy­łam coś wię­cej, ale ochro­nia­rze za drzwiami mo­gliby usły­szeć szu­ra­nie i zgrzy­ta­nie me­talu o be­ton. Gdy­bym się mar­twiła tylko o sie­bie, za­ry­zy­ko­wa­ła­bym bez wa­ha­nia, ale te­raz mu­sia­łam także mieć na uwa­dze do­bro dziecka.

Spoj­rza­łam na swoje nie­świeże ubra­nie. Chcia­ła­bym wziąć cie­pły prysz­nic, żeby zmyć z sie­bie stres mi­nio­nej doby. Trudno mi było trzeźwo my­śleć, kiedy czu­łam tak duży dys­kom­fort.

Zro­bię to dla cie­bie, ma­leń­stwo. Po­ło­ży­łam dłoń na brzu­chu i wzię­łam głę­boki wdech, czego od razu po­ża­ło­wa­łam, bo po­czu­łam odór wła­snych od­cho­dów. Wszystko po­de­szło mi do gar­dła, ale po­wstrzy­ma­łam wy­mioty.

Wiele bym dała za odro­binę świe­żego po­wie­trza.

- Już nie­długo. - Po­gła­dzi­łam się po na­dal pła­skim brzu­chu. - Nie­ba­wem za­po­mnimy, że to się w ogóle wy­da­rzyło.

Sta­ra­łam się my­śleć o czymś po­zy­tyw­nym, ale było to bar­dzo trudne, szcze­gól­nie że czas wlókł się nie­mi­ło­sier­nie. Po­wstrzy­my­wa­łam łzy, ana­li­zu­jąc to, co się do tej pory wy­da­rzyło. Czu­łam silne zmę­cze­nie, bo w nocy nie zmru­ży­łam oka. Ga­pi­łam się na smugę świa­tła wi­doczną w szpa­rze pod drzwiami, drżąc na myśl, że w każ­dym mo­men­cie któ­ryś z go­ryli Jacka mógłby tu­taj wtar­gnąć. Za­sta­na­wia­łam się też, w jaki spo­sób Jack pla­no­wał mnie skrzyw­dzić, żeby prze­słać wia­do­mość z żą­da­niami Cal­lu­mowi. Na­dal to roz­wa­ża­łam. Je­śli Cal­lum bę­dzie zwle­kał z wy­peł­nie­niem wy­mo­gów Jacka, wy­woła w nim jesz­cze więk­szą fru­stra­cję. A to spo­wo­duje, że Jack sta­nie się jesz­cze bar­dziej ner­wowy i straci resztki cier­pli­wo­ści do mnie.

Choć tak na­prawdę Cal­lum ni­gdy mu nie da tego, czego Jack się do­maga. Męż­czyźni po­kroju Cal­luma nie ugi­nają się pod na­ci­skami. Jack my­śli, że pod­bie­ra­jąc Cal­lu­mowi kró­lową z sza­chow­nicy, zdoła coś ugrać. Tyle że dla Cal­luma była to de­kla­ra­cja wojny. To było zbyt oso­bi­ste ro­ze­gra­nie.

Nie wiem, ile mi­nęło czasu od ostat­niej wi­zyty ochro­nia­rza, kiedy po­now­nie roz­le­gło się zgrzyt­nię­cie klu­cza w zamku. Spoj­rza­łam na torbę z fast fo­odem, która le­żała nie­tknięta na ma­te­racu. Frytki były tak nie­świeże, że aż twarde. Do­brze, że śnia­da­nie oka­zało się dość smaczne - jesz­cze cie­pła ka­napka. Po­dej­rze­wa­łam, że te­raz na­stała pora ko­la­cji, ale coś mi pod­po­wia­dało, że nie dla­tego otwie­rali drzwi.

Spo­dzie­wa­łam się, że do po­miesz­cze­nia wej­dzie je­den z lu­dzi Jacka, dla­tego zdzi­wi­łam się, wi­dząc, że ten pa­da­lec przy­szedł oso­bi­ście. Spoj­rza­łam na niego z nie­sma­kiem. Miał na so­bie świet­nie skro­jony gar­ni­tur i wy­po­le­ro­wane buty, w któ­rych prak­tycz­nie mo­głam się przej­rzeć. Na­gle po­czu­łam się jesz­cze brud­niej­sza.

- Sły­sza­łem, że chcia­łaś, że­bym po­świę­cił ci chwilę. - Jack zmarsz­czył nos, omia­ta­jąc po­miesz­cze­nie wzro­kiem. - Pa­skud­nie cuch­nie, co?

- Fak­tycz­nie. Zu­peł­nie jak ty.

Jego lo­do­wate oczy błysz­czały, jakby sy­tu­acja wpra­wiała go w za­chwyt. Pod­szedł do mnie bli­żej, uśmie­cha­jąc się zło­wiesz­czo. Wstrzy­ma­łam od­dech, bo przez chwilę by­łam pewna, że zrobi mi krzywdę. Dło­nie zwi­nął w pię­ści. Wy­glą­dał, jakby szy­ko­wał się, by za­dać cios. Chciał na mnie wy­ła­do­wać swoją złość wo­bec Cal­luma. Nie do­cie­rało do niego, że po­su­wał się za da­leko.

Prze­szył mnie zimny dreszcz prze­ra­że­nia, ale nie pod­da­łam się mu, tylko jesz­cze bar­dziej się wy­pro­sto­wa­łam, za­dzie­ra­jąc wy­soko głowę. Nie okażę mu stra­chu. Nie dam dra­niowi tej sa­tys­fak­cji.

- Ro­zu­miem, dla­czego Tor­rio jest tak tobą za­uro­czony. Nie­któ­rych fa­ce­tów kręcą wy­szcze­kane suczki, bo lu­bią sły­szeć to, co w du­chu sami my­ślą na swój te­mat.

- Masz na my­śli sie­bie czy Cal­luma?

Jack uśmiech­nął się sze­rzej. Od­czu­łam sa­tys­fak­cję, choć mia­łam świa­do­mość, że stą­pam po kru­chym lo­dzie.

- Za­cho­wuj się tak da­lej, a prze­ko­nasz się, że nie mam kło­potu z za­da­wa­niem bólu ko­bie­tom, które so­bie na to za­słu­żyły.

- O, w to aku­rat nie wąt­pię.

- Sma­kuje ci je­dze­nie? - Spoj­rzał z dez­apro­batą na ochro­nia­rza, który po­ja­wił się za jego ple­cami. To był ten sam fa­cet, który pa­trzył, jak si­ka­łam. - Nie jesz tego, co ci daję. Nie są­dzisz, że to wy­raz braku sza­cunku?

- Je­dze­nie jest zimne i wy­gląda, jakby je ktoś ty­dzień wo­ził w ba­gaż­niku.

- Mu­sisz pa­mię­tać, że je­dze­nie jest nie­zmier­nie ważne.

Do­sko­nale o tym wie­dzia­łam, ale tylko w ten spo­sób mo­głam z nimi wal­czyć. Nie po­dzię­kuję im za te ochłapy, które mi pod­su­wali. Może taki upór to głu­pota, ale nie­wiele wię­cej mo­głam zro­bić.

- Pro­szę, sam się prze­ko­naj, czy zjadł­byś coś ta­kiego.

- Śmiało, od­sta­wiaj tę szopkę tak długo, jak chcesz. Może do cie­bie do­trze, że to nie są żarty, za­nim za­gło­dzisz się na śmierć. Zro­bię wszystko, żeby osią­gnąć swój cel. Je­śli będę mu­siał, prze­niosę cię w inne miej­sce. To może trwać mie­sią­cami. Na­wet do po­rodu.

Za­ci­snę­łam zęby, żeby nie wy­buch­nąć. Jak on śmiał? Nie mo­głam stra­cić przy nim pa­no­wa­nia nad sobą. Je­śli pod­dam się tej wście­kło­ści i od­sło­nię się przed Jac­kiem, moż­liwe, że na wierzch wyj­dzie też mój lęk. A z tym nie chcia­łam się przed nim zdra­dzić. Nie dam mu tej sa­tys­fak­cji.

Dla­tego za­cho­wa­łam ka­mienną twarz i z ca­łych sił sta­ra­łam się nie trząść z emo­cji.

- Oboje wiemy, że to nie po­trwa aż tak długo - wy­ce­dzi­łam przez za­ci­śnięte zęby.

Jack prze­krzy­wił głowę i uważ­nie mi się przy­pa­try­wał jak in­sek­towi pod mi­kro­sko­pem.

- O tak? Prze­cież to oczy­wi­ste, że de­cy­zji o tej ak­cji nie pod­ję­li­śmy pod wpły­wem chwili. Wszystko mamy prze­my­ślane. Mo­gli­by­śmy już te­raz prze­nieść się gdzieś, a wtedy wszyst­kie wy­siłki Cal­luma wło­żone w to, żeby cię zlo­ka­li­zo­wać, speł­złyby na ni­czym.

Wie­dzia­łam, że mó­wił prawdę. Nie za­da­wał so­bie tego trudu na darmo. Pod­szedł bli­żej, tak że jego la­kierki prak­tycz­nie do­ty­kały czub­ków mo­ich bu­tów. Prze­łknę­łam gulę w gar­dle, spy­cha­jąc na­ra­sta­jące uczu­cie stra­chu głę­boko w dół. Nie zna­łam wszyst­kich fak­tów, ale wie­dzia­łam, że Jack po­trze­bo­wał mnie ży­wej i w do­brej kon­dy­cji, skoro chciał coś do­stać od Cal­luma. Ta wie­dza bę­dzie mnie trzy­mała przy ży­ciu.

- Mo­żesz być pewna, że za­biorę ci dziecko za­raz po tym, jak wyda swój pierw­szy krzyk. Ni­gdy go nie zo­ba­czysz i nie do­wiesz się, co się z nim stało. Przez resztę swo­jego ża­ło­snego ży­cia bę­dziesz się nad tym za­sta­na­wiała.

Nie mo­głam zła­pać od­de­chu. Ogar­nęła mnie pa­nika. Mia­łam wra­że­nie, że serce wy­sko­czy mi z piersi.

- On cię za to za­bije - szep­nę­łam, pa­trząc na gó­ru­ją­cego nade mną męż­czy­znę. - Do­brze, że­byś o tym wie­dział, wstrętna kupo gówna.

Jack w końcu zrzu­cił ma­skę czło­wie­czeń­stwa, od­sła­nia­jąc skry­wane pod nią ob­li­cze ob­skur­nego jasz­czura.

- Mógł­bym za­mknąć ci usta tak samo jak two­jej przy­ja­ció­łeczce. - Osi­łek sto­jący za nim za­ci­snął dłoń w pięść, strze­la­jąc przy tym knyk­ciami.

Mój na­stępny krok był czy­stą głu­potą, ale chyba prze­kro­czy­łam punkt, w któ­rym my­śla­łam lo­gicz­nie. Ro­ze­śmia­łam się, co było naj­dziw­niej­szą i mocno za­ska­ku­jącą re­ak­cją na tę roz­mowę.

- Wy­bacz - wy­du­si­łam z sie­bie po­mię­dzy sal­wami śmie­chu - ale brzmisz, jak­byś re­cy­to­wał ja­kiś sce­na­riusz. A ty - do­da­łam, ma­cha­jąc ręką na osiłka - jak długo ćwi­czy­łeś tę po­stawę, żeby wy­glą­dać w miarę wia­ry­god­nie?

Jack bar­dzo de­li­kat­nie ski­nął głową, a po chwili po­czu­łam prze­szy­wa­jący ból na le­wym po­liczku. Siła ude­rze­nia od­rzu­ciła moją głowę na bok. Od­ru­chowo przy­ło­ży­łam do twa­rzy dłoń. Pa­liła mnie skóra, a w ustach czu­łam smak krwi. Nie po­win­nam była tego mó­wić, ale cza­sem nie po­tra­fi­łam utrzy­mać ję­zyka za zę­bami.

- Ża­ło­sne. Na­wet tego nie po­tra­fisz zro­bić sam - wy­mam­ro­ta­łam, rzu­ca­jąc Jac­kowi roz­wście­czone spoj­rze­nie. Nie wi­dzia­łam go wy­raź­nie przez łzy, które na­pły­nęły mi do oczu. - We wszyst­kim wy­rę­czasz się swo­imi pa­choł­kami.

Po­win­nam była spo­dzie­wać się ko­lej­nego ude­rze­nia, ale da­łam się za­sko­czyć. Tym ra­zem cios padł na mój prawy po­li­czek i był tak silny, że aż się za­chwia­łam. Upa­dłam na pry­czę, zgnia­ta­jąc torbę z zim­nym je­dze­niem.

- Wy­star­czy - rzu­cił Jack. - Nie chcę, żeby była po­si­nia­czona i za­krwa­wiona. Zwiąż ją i za­kne­bluj.

- Po­trze­bu­jesz mnie i dla­tego mnie nie za­bi­jesz. Gdyby ci za­le­żało na mo­jej śmierci, za­bił­byś mnie już dawno. Chcesz cze­goś od Cal­luma, a ja je­stem twoją kartą prze­tar­gową. - Bar­dzo krę­ciło mi się w gło­wie.

- Mię­dzy za­cho­wa­niem cię przy ży­ciu a za­dba­niem o twój kom­fort jest ogromna róż­nica. Mia­łaś wła­śnie przed­smak tego, na czym ona po­lega - po­wie­dział szy­der­czo Jack, na­chy­la­jąc się nade mną. Ob­raz na­dal mi się roz­my­wał. Po chwili usły­sza­łam od­głos ury­wa­nej ta­śmy izo­la­cyj­nej. Pró­bo­wa­łam wy­rwać się fa­ce­towi, który bez wy­siłku ob­ró­cił mnie ple­cami do sie­bie, przy­ci­snął ko­lano do mo­ich lę­dźwi i wy­krę­cił mi ręce na plecy. Bo­lała mnie twarz i mia­łam za­wroty głowy, ale mimo to opie­ra­łam się oprawcy. Nie mia­łam za­miaru się pod­dać.

- Cal­lum za­bije was wszyst­kich, a ja za­śmieję się nad wa­szymi zwło­kami - wy­mam­ro­ta­łam z tru­dem, bo twarz mia­łam przy­ci­śniętą do ma­te­raca. Kiedy osi­łek zwią­zał mi ręce, po­now­nie ob­ró­cił mnie przo­dem do Jacka. Wtedy krzyk­nę­łam, ale mój głos zo­stał stłu­miony, bo osi­łek za­kleił mi usta ta­śmą.

- Nie wiem, dla­czego są­dzi­łem, że je­steś mą­drzej­sza. - Jack z dez­apro­batą po­krę­cił głową. - Nie trać już wię­cej ener­gii i za­cho­wuj się. - Się­gnął do kie­szeni po te­le­fon. Mia­łam ochotę go sko­pać, ale wie­dzia­łam, że nie mo­głam już dłu­żej być tak bun­tow­ni­czo na­sta­wiona.

By­łam zła, ale nie mo­głam po raz ko­lejny na­ra­żać swo­jego dziecka na nie­bez­pie­czeń­stwo tak nie­od­po­wie­dzial­nym za­cho­wa­niem. Nie mo­głam tra­cić pa­no­wa­nia nad sobą. Jack uniósł ko­mórkę i wy­ce­lo­wał apa­rat w moją stronę. Po­my­śla­łam, że zrobi mi zdję­cie, tym­cza­sem on na­gry­wał fil­mik. I ro­bił to z uśmie­chem na twa­rzy. Na­wet nie sta­rał się ma­sko­wać ra­do­ści, jaką spra­wiało mu to, co ro­bił. Co za zwy­rol. Pew­nie wy­śle na­gra­nie Cal­lu­mowi.

- Oto i ona - po­wie­dział. Naj­wy­raź­niej nie za­mie­rzał ukry­wać swo­jej toż­sa­mo­ści. - Tor­rio, z pew­no­ścią już wiesz, że stra­ci­łeś swoją piękną i de­li­katną wła­sność. Bar­dzo mnie kusi, żeby ją ska­lać. Na pewno wiesz, że ła­two by­łoby to zro­bić. Ale jaki po­ży­tek z uszko­dzo­nej za­bawki?

Mia­łam ochotę wrzesz­czeć.

- Nie martw się, do­brze się nią opie­ku­jemy. Choć mu­szę przy­znać, że spra­wia tro­chę kło­po­tów, a ja nie mam za wiele cier­pli­wo­ści. Nie­długo za­cznę ci wy­sy­łać ka­wałki jej ciała. Je­den po dru­gim. Chyba za­cznę od ję­zyka.

Nie będę pła­kała. Nie chcia­łam, żeby Cal­lum zo­ba­czył mnie w ta­kim sta­nie, ale na myśl o wście­kło­ści, która bę­dzie nim tar­gała, gdy zo­ba­czy to na­gra­nie, roz­kle­iłam się na ca­łego. Łzy jak gro­chy spły­wały mi po obo­la­łych po­licz­kach.

- Przejdę do sedna, Tor­rio. Dasz mi to, czego chcę, albo ja od­biorę ci to, co ko­chasz. - Za­koń­czył na­gry­wa­nie i pod­śmie­wa­jąc się, po­wie­dział: - Do­brze się spi­sa­łaś, skar­bie. Nie­zła z cie­bie ak­to­reczka, no chyba że nie gra­łaś. Cho­ciaż tak szcze­rze, to wy­glą­dasz ża­ło­śnie. Cal­lum wpad­nie w fu­rię. - Jack z za­do­wo­loną miną od­two­rzył na­gra­nie. Jego głos od­bi­jał się echem od ścian po­miesz­cze­nia i przy­pra­wiał mnie o obrzy­dze­nie. - Wy­słane. Damy mu tro­chę czasu, żeby ochło­nął, a póź­niej przed­sta­wię mu wa­runki.

Tro­chę czasu? O co mu cho­dziło?

- Zo­sta­wić ją tak? - spy­tał ochro­niarz, kiedy Jack skie­ro­wał się do drzwi.

Spoj­rzał na mnie przez ra­mię.

- Tak. Niech spę­dzi tak noc. Może wtedy do­ceni, jak była wcze­śniej trak­to­wana, i rano bę­dzie tro­chę mil­sza.

Wy­da­wa­łam z sie­bie nie­zro­zu­miałe dźwięki, bo ta­śma unie­moż­li­wiała mi po­ru­sza­nie ustami. Brzmiało to ża­ło­śnie, ale nie prze­sta­łam krzy­czeć, kiedy męż­czyźni za­mknęli za sobą drzwi. Mu­sia­łam dać upust zło­ści i wszyst­kim in­nym emo­cjom, które się we mnie sku­mu­lo­wały. A tak bar­dzo chcia­łam wyjść na silną.

Te­raz uda­wa­nie cze­go­kol­wiek stra­ciło sens. Było mi smutno, bo wie­dzia­łam, ile bólu za­zna Cal­lum, gdy zo­ba­czy ten fil­mik. Czy na tym wła­śnie po­lega praw­dziwa mi­łość? Że chcesz chro­nić lu­dzi, któ­rych ko­chasz, na­wet je­śli sama cier­pisz? Pę­kało mi serce na myśl o Cal­lu­mie, o mnie i o dziecku, bo po tym, co mnie spo­tkało, nic już nie bę­dzie ta­kie jak daw­niej.

Cal­lum

Krew mnie za­le­wała i wła­snym oczom nie mo­głem uwie­rzyć. Obej­rza­łem ten okropny fil­mik wiele razy, ale mimo to nie chcia­łem przy­jąć, że to prawda. Mocno za­ci­ska­łem ko­mórkę w dłoni.

- Kurwa! Za­je­bię gnoja!

- To głos Mo­ro­niego - po­wie­dział Ro­mero, oglą­da­jąc na­gra­nie na swoim te­le­fo­nie. Wy­słał je, tak jak po­przed­nią wia­do­mość, do nas obu, jakby chciał się upew­nić, że do nas do­trze.

- Tak, to on. - Świa­do­mość tego, kto stał za tą ak­cją, tylko mnie roz­draż­niła. Po­wi­nie­nem był wie­dzieć. Nie wy­star­czyło mu, że pró­bo­wał sa­bo­to­wać mój biz­nes. Mu­siał zro­bić coś znacz­nie bar­dziej dra­stycz­nego. Ow­szem, mie­wa­łem prze­czu­cia, że mógłby mieć coś z tym wspól­nego, ale nie było żad­nych zna­ków ostrze­gaw­czych, nie po­ja­wiły się żadne nowe kło­poty z wy­syłką to­waru. Nie stwa­rzał żad­nych pro­ble­mów ani nie ro­bił żad­nego za­mie­sza­nia. Nic jed­no­znacz­nie nie wska­zy­wało na niego.

Ro­mero się skrzy­wił, kiedy się­gną­łem po wa­zon sto­jący na sto­liku przy łóżku Ta­tum. Mu­sia­łem ja­koś dać upust agre­sji, która we mnie wez­brała. Wa­zon ude­rzył w ścianę, a kwiaty roz­sy­pały się po pod­ło­dze. Nie­stety nie przy­nio­sło mi to żad­nej ulgi. Na­dal by­łem wkur­wiony.

- Wiem, że je­steś wście­kły, ale Ta­tum po­winna mieć spo­kój. Co, je­śli się obu­dzi? W pierw­szej ko­lej­no­ści zo­ba­czy ten ba­ła­gan. - Ro­mero spoj­rzał na Ta­tum, która od dwóch dni spała. Miał ra­cję. Wie­dzia­łem o tym, ale prawda była taka, że mia­łem to w du­pie. Mia­łem ochotę roz­trza­skać cały ten po­kój.

- Mo­roni już jest mar­twy - wy­ce­dzi­łem. - I jego lu­dzie też. Nie spo­cznę, póki ich nie wy­koń­czymy.

- Wy­sła­łem ten fil­mik in­for­ma­ty­kowi. Może uda mu się ja­koś zlo­ka­li­zo­wać miej­sce na­gra­nia - po­wie­dział Ro­mero gro­bo­wym to­nem.

Świet­nie, ale to w ża­den spo­sób nie po­ma­gało Biance w tej kon­kret­nej chwili. Po­trze­bo­wała na­szej po­mocy na­tych­miast, nie za nie wia­domo ile go­dzin, bo pew­nie tyle po­trwa ana­liza fil­miku. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że za­pewne nie da się zlo­ka­li­zo­wać miej­sca krę­ce­nia. Na tę myśl pę­kło mi serce. Po­now­nie. Czu­łem, jak prze­ra­żona mu­siała być Bianka. Na pewno bała się o swoje ży­cie, o to, co jej to wszystko ro­biło, ale też przej­mo­wała się dziec­kiem.

Na­szym dziec­kiem.

Jack za­mie­nił in­te­resy na sprawę oso­bi­stą. Je­dyną słuszną za­płatą za to, co zro­bił, bę­dzie jego śmierć. Chcę krwi. Będę za­bi­jał! Nie wie­dzia­łem, jak ina­czej mógł­bym się po­zbyć tej wście­kło­ści.

Wy­sze­dłem z po­koju Ta­tum do po­cze­kalni. Na szczę­ście była pu­sta. Za­mkną­łem za sobą szklane drzwi i kop­ną­łem pierw­sze krze­sło, które na­po­tka­łem.

Złość pa­liła mnie, po­że­rała. Za­ci­sną­łem dło­nie w pię­ści. Mu­sia­łem coś znisz­czyć. Za­pra­gną­łem zde­mo­lo­wać to po­miesz­cze­nie, a może na­wet kilka ko­lej­nych. Zwią­zał ją, za­kne­blo­wał. Za­dał jej ból. Mimo że fil­mik wy­wo­ły­wał we mnie ból i nie­smak, po­sta­no­wi­łem obej­rzeć go po­now­nie. Moja pta­szyna cier­piała przeze mnie. Będę więc silny i sta­wię czoła temu wi­do­kowi. Przy­naj­mniej tyle mo­głem dla niej zro­bić w tej chwili.

Mia­łem ochotę krzy­czeć, kiedy pa­trzy­łem na Biankę le­żącą bez­rad­nie na brud­nym, nie­wy­god­nym ma­te­racu. Ro­biło mi się nie­do­brze na wi­dok wa­run­ków, w ja­kich ją trzy­mali, ale zmu­si­łem się, żeby uważ­nie obej­rzeć każdy frag­ment na­gra­nia. Bianka miała na so­bie te same ciu­chy, w któ­rych wy­szła z domu dwa dni temu. Wy­glą­dało na to, że nie były po­darte. Do­bry znak. Nie obe­szli się z nią bru­tal­nie.

Na no­gach nie do­strze­głem żad­nych otarć czy si­nia­ków. Dzięki Bogu. Jack pew­nie za­bro­nił swoim lu­dziom jej do­ty­kać. Wie­dzia­łem jed­nak, że nie będą mu cał­ko­wi­cie po­słuszni, a już na pewno nie przez cały czas. To pod­nio­sło mi ci­śnie­nie jesz­cze bar­dziej.

Jack sfil­mo­wał twarz Bianki z bli­ska. Ten du­pek chciał, że­bym do­brze wi­dział, jak ona pła­cze. Po­czu­łem ukłu­cie żalu w sercu, ale nie za­trzy­ma­łem fil­miku. Ob­ser­wo­wa­łem łzy spły­wa­jące po nie­na­tu­ral­nie czer­wo­nych po­licz­kach Bianki. Nie były za­ró­żo­wione od pła­czu. Ktoś ją ude­rzył.

Czyli jed­nak nie byli wo­bec niej ła­godni. Od do­rę­cze­nia na­gra­nia mi­nęła go­dzina. Mo­głem so­bie je­dy­nie wy­obra­zić, co z nią ro­bią w tej chwili. Moja wy­obraź­nia sza­lała, ale mu­sia­łem się sku­pić. Naj­waż­niej­sze, że­bym nie stra­cił pa­no­wa­nia nad sobą. Nie mo­głem się te­raz roz­sy­pać. Mu­sia­łem od­rzu­cić my­śli o tym, czego się ba­łem i wszel­kie przy­pusz­cze­nia. Co wiem na pewno? Wiem, że Jack Mo­roni na­grał ten fil­mik. Na­wet się nie si­lił na to, żeby zde­for­mo­wać głos. Z dru­giej strony, po co miałby to zro­bić? Prę­dzej czy póź­niej i tak zwró­ciłby się do mnie z żą­da­niami. Prze­cież nie po­rwał Bianki dla za­bawy.

Jack był dur­nym zim­nym dra­niem, ale nie był na tyle głupi, żeby po­su­nąć się za da­leko. Bę­dzie gro­ził Biance, do­pro­wa­dzi ją do pła­czu i bę­dzie mnie tym draż­nił. Ale skoro pra­co­wał z Amandą, wie­dział, że Bianka jest w ciąży. Czyli do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę, ile mia­łem do stra­ce­nia. Co prawda sam tego nie wy­ra­ził, ale by­łem pe­wien, że wła­śnie o to cho­dziło.

Pew­nie uznał, że zna­lazł mój czuły punkt. Nie po­my­lił się.

Wła­śnie to za­pewni mo­jej pta­szy­nie bez­pie­czeń­stwo. Przy­naj­mniej na ja­kiś czas. Jack nie na­ra­ziłby jej na po­ro­nie­nie, bo wtedy czę­ściowo stra­ciłby prze­wagę. Zna­jąc go, nie bę­dzie chciał trzy­mać ko­biety z po­ten­cjal­nymi pro­ble­mami zdro­wot­nymi, a wzy­wa­nie le­ka­rza by­łoby zbyt ry­zy­kowne. Plus, jego to­war na wy­mianę stra­ciłby swoją war­tość. By­łaby to za­tem dla niego zbyt duża nie­do­god­ność. W końcu Jack to biz­nes­men, który nie lubi nie­po­trzeb­nego ry­zyka i nie­uda­nych trans­ak­cji.

Po­czu­łem jesz­cze więk­szy cię­żar na bar­kach. Na­gle drzwi do po­cze­kalni się otwo­rzyły. Au­to­ma­tycz­nie po­my­śla­łem, że to le­karz albo pie­lę­gniarka, ale kiedy unio­słem głowę, zo­ba­czy­łem jed­nego z mo­ich lu­dzi.

- Sze­fie, prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale mam te­le­fony, o które pro­sił Ro­mero. Chcie­li­ście je przej­rzeć. - Na­than ner­wowo roz­glą­dał się po po­miesz­cze­niu, jakby nie był pe­wien, jak swo­bod­nie może się tu­taj wy­ra­żać.

- Je­ste­śmy sami - po­wie­dzia­łem. - My­śla­łem, że już dawno da­li­ście je Ro­me­rowi. - Wszystko mi się wy­my­kało z rąk. Prze­sta­łem pa­no­wać nad tym, kto i co ro­bił.

- Mie­li­śmy sporo ro­boty - wy­ja­śnił Na­than. - W ma­ga­zy­nie był nie­zły ba­ła­gan, ale już jest cały uprząt­nięty.

Za­uwa­ży­łem, że chło­pak był spięty. Pew­nie dla­tego, że na­dal pa­mię­tał, jak mu ja­kiś czas temu przy­wa­li­łem w nos.

- Były nam po­trzebne na wczo­raj. - W nor­mal­nej sy­tu­acji Ro­mero ci­snąłby lu­dzi, któ­rym zle­cił za­da­nie, ale to nie była nor­malna sy­tu­acja. Poza tym, kiedy po­wie­dzia­łem Ro­me­rowi, żeby po­je­chał do domu od­po­cząć, od­mó­wił. Prak­tycz­nie nie od­stę­po­wał łóżka Ta­tum.

Moim za­da­niem było ją ochra­niać. Za­wio­dłem ją. To się już ni­gdy nie po­wtó­rzy - tak mi wy­ja­śnił swoją mo­ty­wa­cję do czu­wa­nia przy niej. Nie do­py­ty­wa­łem. By­li­śmy do sie­bie bar­dzo po­dobni. Pew­nie dla­tego tak się nam do­brze współ­pra­co­wało i za­pewne dla­tego Ro­meo do­sko­nale wie­dział, jak mi wbić szpilę.

- Za­niosę je Ro­me­rowi. - Na­than z nie­po­ko­jem spoj­rzał na drzwi.

- Tak, ja­sne.

Przez oszklone drzwi wi­dzia­łem, jak Na­than wcho­dzi do po­koju Ta­tum. Wtedy w po­cze­kalni zja­wił się Char­lie. Wy­sła­łem go do domu, mó­wiąc, że dam znać, je­śli będę miał ja­kieś in­for­ma­cje. Ten fa­cet naj­wy­raź­niej miał gdzieś to, co mó­wię.

Zro­biło mi się źle, bo prze­cież Char­lie nie wie­dział o fil­miku. Nie mo­głem mu go po­ka­zać. Wi­dok po­tur­bo­wa­nej i zwią­za­nej Bianki mógłby go za­bić. Kurde, mnie zmiótł z nóg. Nie lu­bi­łem go, ale obaj by­li­śmy oj­cami. Do­my­śla­łem się, jak mógłby się po­czuć, wi­dząc ją w ta­kim sta­nie. Przy­pusz­czam, że gdyby to Ta­tum zna­la­zła się w rę­kach psy­cho­paty, Char­lie też oszczę­dziłby mi tego typu ob­raz­ków.

- Coś no­wego?

Do­brze, że nie mam pro­ble­mów z kła­ma­niem na po­cze­ka­niu.

- Nie, bez zmian, ale co­raz bar­dziej za­wę­żamy li­stę po­dej­rza­nych. Mamy te­le­fony tych lu­dzi z ma­ga­zynu. Mam na­dzieję, że znaj­dziemy na nich przy­datne in­for­ma­cje. Mó­wi­łem, że za­dzwo­nię, jak będę coś wie­dział.

- Nie słu­cham two­ich roz­ka­zów - od­wark­nął Char­lie. - Jak Ta­tum?

- Le­karz za­pew­nił mnie, że nic jej nie bę­dzie. Jest wy­czer­pana od ob­ra­żeń i leki tro­chę ją odu­rzają. Od­zy­skała świa­do­mość na może dwie mi­nuty, ale po­tem szybko od­pły­nęła.

- Tak się cza­sem dzieje - po­wie­dział spo­koj­nie Char­lie. - Jak by­łem de­tek­ty­wem, mie­wa­łem do czy­nie­nia z ofia­rami w ta­kim sta­nie. Po­trze­bo­wa­li­śmy prze­słu­chać taką osobę, ale jej stan nie po­zwa­lał, bo tra­ciła świa­do­mość. W ten spo­sób mózg ra­dzi so­bie z sy­tu­acją. Tro­chę jakby ucie­kał od rze­czy­wi­sto­ści. Tak wy­ja­śnił mi to kie­dyś ja­kiś le­karz.

- Ta­tum wi­działa ta­kie rze­czy, że nic dziw­nego, że jej umysł chce od tego uciec.

Moja có­reczka. Jak ja jej to wy­na­gro­dzę? Do końca ży­cia nie zdo­łam jej tego za­dość­uczy­nić. Nie wy­ba­czę so­bie, że ją to spo­tkało, i zro­zu­miem, je­śli ona też mi nie wy­ba­czy, że tak ją na­ra­zi­łem.

- Wra­cam do po­sia­dło­ści. - Do po­cze­kalni wszedł Na­than.

- Ja­sne. Da­waj znać, jak tylko po­ja­wią się ja­kieś in­for­ma­cje.

Na­than kiw­nął głową i wy­szedł.

- Ilu lu­dzi za­an­ga­żo­wa­łeś w po­szu­ki­wa­nia? - spy­tał Char­lie.

- Wszyst­kich, któ­rych za­trud­niam, plus lu­dzi, któ­rych zna Ro­mero, czyli ja­kieś pół mia­sta.

- I jesz­cze nic nie mają?

- Mam pewne po­wody, by są­dzić, że za po­rwa­niem stoi Jack Mo­roni.

Po­my­śla­łem o na­gra­niu.

- To na­zwi­sko brzmi zna­jomo. Wy­mie­nia­łeś je, kiedy oma­wia­łeś li­stę po­ten­cjal­nych po­dej­rza­nych.

- Chciał, żeby Ta­tum wy­szła za jego syna, ale ja się na to nie zgo­dzi­łem. Od tam­tego czasu psuje mi in­te­resy. Ni­gdy jed­nak nie są­dzi­łem, że mógłby... Nie przy­szło mi do głowy, że tak się to mo­gło skoń­czyć.

- Oczy­wi­ście, że tego nie prze­wi­dzia­łeś - rzu­cił ostro.

Po­woli przy­wy­ka­łem do jego szorst­kiego tonu. Tylko ze względu na Biankę ugry­złem się w ję­zyk, ale je­śli to dłu­żej po­trwa, to so­bie go w końcu od­gryzę.

- Szcze­rze mó­wiąc, Mo­roni nie zro­biłby tego, gdyby nie moja była żona. To ona go w to wma­ni­pu­lo­wała. Po­trze­bo­wała ko­goś z pie­niędzmi i ludźmi od czar­nej ro­boty.

- Prze­każę Ke­nowi - oznaj­mił Char­lie i wy­jął te­le­fon z kie­szeni.

Tro­chę ża­ło­wa­łem, że Kena nie było tu­taj, bo tylko on po­tra­fił stu­dzić emo­cje Char­liego. Ja­kimś cu­dem wie­dział, jak utrzy­mać go w ry­zach, i sam nie dzia­łał im­pul­syw­nie.

- Mówi ci coś "Jack Mo­roni"? - rzu­cił Char­lie do te­le­fonu. - Cal­lum twier­dzi, że wszystko wska­zuje na tego typa. Wiemy, gdzie by­wają jego lu­dzie? - Char­lie mó­wił to tak, jakby na­dal pra­co­wał w po­li­cji. Wi­docz­nie pewne na­wyki są nie do wy­ple­wie­nia. - Do­brze. Tak zrób i daj znać, czego się do­wie­dzia­łeś - po­wie­dział Char­lie roz­ka­zu­ją­cym to­nem i za­koń­czył po­łą­cze­nie. - Chyba bę­dzie le­piej, je­śli spo­tkam się z Ke­nem. Może dzięki temu zdo­łamy ze­brać wię­cej in­for­ma­cji o Jacku i jego eki­pie.

- Zgoda. Za­dzwoń do mnie, jak tylko bę­dzie­cie mieli coś przy­dat­nego.

Char­lie wy­szedł z po­cze­kalni, nie mó­wiąc już nic wię­cej.

Zaj­rza­łem do po­koju Ta­tum.

- Dasz radę przy­go­to­wać li­stę nie­ru­cho­mo­ści Mo­ro­niego? Z pew­no­ścią trzyma Biankę w któ­rejś z nich - za­py­ta­łem Ro­mera.

Kie­dyś Ro­mero sam wpadłby na to, żeby spo­rzą­dzić taką li­stę. Pew­nie na­wet miałby ją już go­tową. Tym­cza­sem te­raz wy­da­wał się nie­obecny. Uniósł zmę­czony wzrok znad te­le­fo­nów, które przy­niósł mu Na­than.

- Zlecę to ko­muś.

- Zna­la­złeś coś na tych ko­mór­kach?

- Tak. - Ro­mero z po­nurą miną po­dał mi je­den z apa­ra­tów, a po­tem za­czął pi­sać ese­mesa na swo­jej ko­mórce. - Na­le­żał do Amandy. Żeby go od­blo­ko­wać, trzeba było po­dać pin. Cztery zera.

Może kie­dyś będę miał siłę, żeby przej­rzeć wszyst­kie wia­do­mo­ści Amandy, ale w tej chwili in­te­re­so­wał mnie ostatni ese­mes, który wy­słała. Była to długa wy­miana wia­do­mo­ści mię­dzy nią a kimś za­pi­sa­nym jako "JM". Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, kim był ten czło­wiek.

Amanda: Będę w ma­ga­zy­nie o 17.30. Nie mogę się do­cze­kać miny tej suki, kiedy się zo­rien­tuje, co ją czeka.

Ro­mero wstał, za­pa­trzony w ko­lejną ko­mórkę z ma­ga­zynu, któ­rej za­war­tość prze­glą­dał.

- To Bo­oker.

- Co? - Nie zro­zu­mia­łem, o co Ro­me­rowi cho­dziło, bo w du­chu ży­czy­łem Aman­dzie, żeby zgniła w pie­kle.

- Bo­oker. Je­den z na­szych, któ­rego za­bili w tam­tym ma­ga­zy­nie. - Po­ka­zał mi ekran te­le­fonu. - Od mie­sięcy pi­sał do Amandy. W jego kon­tak­tach jest jesz­cze jedno in­te­re­su­jące na­zwi­sko.

- Do­mi­nik Mo­roni - wy­ce­dzi­łem, ska­nu­jąc wzro­kiem wą­tek wia­do­mo­ści, które mój pra­cow­nik wy­mie­niał z sy­nem po­ry­wa­cza. Ele­menty ła­mi­główki stop­niowo ukła­dały się w ca­łość. - Mu­simy go na­mie­rzyć. On też ma­czał w tym palce.

- Już się do tego biorę. - Ro­mero po­now­nie za­czął stu­kać w swój te­le­fon, a ja usia­dłem przy Ta­tum.

Ci­cho i bo­le­śnie jęk­nęła. Roz­darło mi to serce. Kiedy na chwilę się ock­nęła, to, co mó­wiła, nie miało żad­nego sensu. Tra­wił ją szok, wir trau­ma­tycz­nych do­świad­czeń jesz­cze ją trzy­mał.

- W po­rządku, skar­bie - szep­ną­łem i po­ca­ło­wa­łem ją w czoło. - Ze­mścimy się. Obie­cuję, że za­płacą za to, co zro­bili.

Ale naj­pierw mu­szę od­zy­skać swoją ro­dzinę.

Zło­śliwa i trium­falna wia­do­mość Jacka dzia­łała na mnie jak płachta na byka. Ciesz się, póki mo­żesz, dupku. Nie­długo cię do­rwę.

Bianka

Noc była naj­gor­sza. Zimno prze­ni­kało mnie do szpiku ko­ści i tra­ci­łam wiarę w to, że Cal­lum mnie od­naj­dzie. Nie chcia­łam pod­da­wać się roz­pa­czy, ale nie by­łam oswo­jona z mrocz­nym okru­cień­stwem tego świata.

Nie mo­głam spać, do tego za każ­dym ra­zem, kiedy sły­sza­łam prze­krę­ca­nie klu­cza w zamku, cała się spi­na­łam i usztyw­nia­łam. Wstrzy­my­wa­łam od­dech, nie chcąc, żeby na do­bre ogar­nęła mnie pa­nika. Stre­so­wało mnie to, że nie wie­dzia­łam, który z ochro­nia­rzy po­jawi się tym ra­zem.

Czy bę­dzie to ten, który nie ma za­miaru prze­strze­gać roz­ka­zów Jacka?

Drzwi otwo­rzyły się po­woli. Naj­pierw usły­sza­łam czy­jeś ka­sła­nie, a do­piero po­tem zo­ba­czy­łam twarz. Nie był to ża­den z ochro­nia­rzy ani Jack.

- Capi tu jak w ka­nale. - Do­mi­nik za­krył so­bie nos ręką, omia­ta­jąc po­miesz­cze­nie wzro­kiem. W końcu spoj­rzał na mnie.

Ogar­nęło mnie pa­ra­li­żu­jące prze­ra­że­nie. Że też mu­siał to być aku­rat on.

- Czy to nie za­bawne? Za­łożę się, że ni­gdy na­wet nie przy­szło ci do głowy, że kie­dy­kol­wiek znaj­dziesz się w ta­kiej sy­tu­acji. - Za­śmiał się okrut­nie. - Wi­dzisz, mo­głaś jed­nak po­trak­to­wać mnie z sym­pa­tią na tam­tej ko­la­cji. To smutne, że świat po­trafi być tak mściwy. Zo­bacz, co na sie­bie spro­wa­dzi­łaś. Prak­tycz­nie ma­ry­nu­jesz się w opa­rach wła­snego gówna.

Nie wie­dzia­łam, jak na to za­re­ago­wać, choć z ustami za­kle­jo­nymi ta­śmą i tak nie by­łam w sta­nie mu od­po­wie­dzieć.

Do­mi­nik pod­szedł do okna i spró­bo­wał je otwo­rzyć. Ci­cho prze­klął pod no­sem, kiedy się zo­rien­to­wał, że za­ma­lo­wana farbą fra­muga ani drgnie.

- To chyba nie­zbyt bez­pieczne, ale nie chcemy, że­byś ucie­kła. - Od­wró­cił się w moją stronę i par­sk­nął. - Cho­ciaż w ta­kim sta­nie i tak byś ni­g­dzie nie po­szła.

Mia­łam ochotę krzy­czeć, żeby dać upust wście­kło­ści, ale je­dyne, co mo­głam, to rzu­cać prze­kleń­stwa w my­ślach.

- Po­win­naś się cie­szyć, że oj­ciec przy­słał mnie, że­bym spraw­dził, co z tobą, i oswo­bo­dził ci ręce. Pod wa­run­kiem że bę­dziesz miła. - Do­mi­nik prze­cią­gle spoj­rzał na uchy­lone drzwi. - Chyba nie ufa tym ko­le­siom.

Wie­dzia­łam, że nie ob­cho­dziło go, co te osiłki mo­głyby mi zro­bić, a jego lekki ton je­dy­nie mnie w tym upew­nił. W ogóle by mu nie prze­szka­dzało, gdyby każdy z lu­dzi jego ojca po­uży­wał so­bie ze mną. Pew­nie na­wet pa­trzyłby, jak to ro­bią. Za­bur­czało mi w pu­stym żo­łądku i lekko mnie ze­mdliło. Nud­no­ści się na­si­liły, kiedy Do­mi­nik pod­szedł bli­żej.

Bar­dzo chcia­łam za­cho­wać opa­no­wa­nie i na­wet się nie wzdry­gnąć, gdy był bli­sko, bo prze­cież tylko na to cze­kał, ale re­ak­cje ciała były sil­niej­sze od woli umy­słu.

- Spo­koj­nie - szep­nął, uda­jąc tro­skę, choć wi­dzia­łam, że krę­cił go mój lęk. - Je­stem po two­jej stro­nie. Szcze­rze, to uwa­żam, że mój oj­ciec po­su­nął się za da­leko. To stara szkoła. Ja na­to­miast wie­rzę, że za­wsze można się do­ga­dać, po­ko­jowo.

Do czego on zmie­rzał? Je­śli chciał mnie roz­mięk­czyć słodką gadką, to nic z tego. Prze­cież każde jego słowo to wie­rutne kłam­stwo.

- Oswo­bo­dzę ci ręce - po­wie­dział, ro­biąc współ­czu­jącą minę. Nie­źle grał. - Na pewno jest ci nie­wy­god­nie. Straszne, że zo­sta­wili cię skrę­po­waną na całą noc. Zwy­role.

Miał ra­cję co do tego, ale nie dam się na­brać na ten wy­raz fał­szy­wej tro­ski. Do­mi­nik nie miał wo­bec mnie ani krzty współ­czu­cia. Przy­szło mi do głowy, że Jack przy­słał go tu­taj, żeby ode­grał do­brego glinę. Chyba mieli mnie za nie­złą idiotkę, skoro my­śleli, że się na to na­biorę. Że­nu­jące.

- I tylko po­my­śleć, że można było tego unik­nąć. - Do­mi­nik przy­kuc­nął i na­chy­lił się nade mną. Szarp­nęła mną ko­lejna fala nud­no­ści. Tym ra­zem dla­tego, że mia­łam kro­cze tego dra­nia tak bli­sko twa­rzy. - Prze­pra­szam cię za to wszystko. Mój oj­ciec jest w go­rą­cej wo­dzie ką­pany i nie znosi, jak ktoś go ob­raża. Cal­lum zro­bił z niego głupca. Tego się nie za­po­mina w na­szym światku.

Le­dwo sły­sza­łam, co mó­wił, kiedy do­ty­kał mnie swo­imi ośli­zgłymi dłońmi. Żadna ilość wody i my­dła nie zmyje śla­dów, które zo­sta­wiały jego brudne pa­lu­chy.

- Pró­buję zna­leźć po­czą­tek ta­śmy - rzu­cił Jack, tłu­ma­cząc, czemu od­kle­je­nie jej z mo­ich nad­garst­ków zaj­muje mu tak dużo czasu. Od­wró­ci­łam wzrok, żeby nie pa­trzyć na jego kro­cze. Do­strze­głam pod ścianą ce­głę. Będę mo­gła prze­rwać ten kosz­mar.

- Wiesz, przy­po­mnia­łem so­bie, że mam nóż. Użyję go, za­miast się mę­czyć.

Na­dal sie­dząc w kucki, Do­mi­nik się­gnął do tyl­nej kie­szeni spodni i wy­jął scy­zo­ryk. Po chwili ką­tem oka zo­ba­czy­łam jego ostrze bar­dzo bli­sko swo­jego po­liczka. Serce za­biło mi moc­niej i gło­śno za­ssa­łam po­wie­trze. Du­pek. Uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią. Cie­szył się, że się go tak ba­łam.

Do­brze, że na­dal mia­łam za­kle­jone usta, bo z pew­no­ścią wy­rzu­ci­ła­bym z sie­bie to, co o nim my­śla­łam w tej chwili. Je­bany tchórz. Oby do­brze się ba­wił, da­jąc mi do zro­zu­mie­nia, kto tu rzą­dzi, bo jak bę­dzie już po wszyst­kim i na­dej­dzie czas ze­msty, to role się od­wrócą. Ja będę się śmiała. Cal­lum żyw­cem odarłby go ze skóry, gdyby tu był.

Ale nie było go tu­taj. Jesz­cze mnie nie zna­lazł. Po­wstrzy­ma­łam na­pły­wa­jące do oczu łzy. To nie był naj­lep­szy mo­ment na pod­da­nie się lę­kowi. Nie wiem, dla­czego tak długo mnie szu­kał, ale nie stracę na­dziei, że w końcu to zrobi.

- To bę­dzie tylko chwilka. Nie ru­szaj się - po­wie­dział Do­mi­nik uszczy­pli­wym to­nem.

Obym mo­gła go za­bić oso­bi­ście. Na­prawdę bar­dzo tego chcia­łam. Wie­dzia­łam, że jego oj­ciec nie jest nor­malny, ale syn oka­zał się jesz­cze więk­szym psy­cho­patą. Kto nor­malny się pod­nieca na wi­dok bez­sil­nej zwią­za­nej ko­biety, która jest prze­trzy­my­wana wbrew woli?

Wstrzy­ma­łam od­dech, gdy po­czu­łam chłód ostrza na skó­rze. Do­mi­nik się za­wa­hał, jakby roz­wa­żał, czy mnie nie zra­nić, ale w końcu roz­ciął ta­śmę. Ani drgnę­łam, bo­jąc się, że ostrze się ze­śli­zgnie. Mój oprawca był w swoim ży­wiole. Czu­łam to. Od­dy­chał szybko i co ja­kiś czas jego twarz tę­żała w spe­cy­ficzny spo­sób. Jego to na­prawdę pod­nie­cało. Co za po­jeb.

Moje roz­wa­ża­nia prze­rwał przej­mu­jący ból. Prze­szy­wał moje ręce od dłoni aż po ra­miona. Za­czę­łam ję­czeć. Czu­łam za­równo ból, jak i ulgę.

- Za­łożę się, że nie­źle boli. - Do­mi­nik się skrzy­wił, opie­ra­jąc się o skraj ma­te­raca. Mia­łam wra­że­nie, że na­pływ krwi ro­ze­rwie mi ręce, ale mimo to in­stynk­tow­nie od­su­nę­łam się od niego.

- Nie bądź nie­miła. Nie zro­bię ci krzywdy.

Do­mi­nik miał taką minę, jakby fak­tycz­nie po­czuł się ura­żony moim za­cho­wa­niem.

Nie by­łam w sta­nie ru­szyć rę­kami. Były ze­sztyw­niałe i cią­gle czu­łam w nich silne mro­wie­nie. Nie mo­głam więc ze­drzeć so­bie ta­śmy z ust.

- Taka po­do­basz mi się bar­dziej - wes­tchnął ci­cho Do­mi­nik, wo­dząc wzro­kiem po moim ciele.

Cho­ciaż by­łam w pełni ubrana, czu­łam się naga.

- Ła­godna, ci­cha, ule­gła. Dzięki ta­śmie na ustach nie mo­żesz kła­pać bu­zią, a je­steś na tyle mą­dra, żeby wie­dzieć, że walka nie ma sensu. Te­raz masz zbyt wiele do stra­ce­nia.

Zmro­ziło mi krew w ży­łach, kiedy Do­mi­nik się uśmiech­nął.

- Do­brze, że nie je­stem taki jak ochro­nia­rze mo­jego ojca, prawda? Sły­sza­łem, jak ga­dają, że mają ochotę do­brać się do two­jej cipki. Cie­szą się, że bez­stre­sowo będą mo­gli spu­ścić się w to­bie, bo już je­steś w ciąży. Nie do wiary, że fa­ceci po­tra­fią być aż tak wul­garni.

Ty też taki je­steś.

Do­mi­nik chwy­cił mnie za nogę. Od­ru­chowo szarp­nę­łam nią, ci­cho sko­wy­cząc.

- Spo­koj­nie. Po­wiem im, że je­steś moja i że nie mają prawa cię do­ty­kać. - Po­wiódł ręką po mo­jej łydce i za­trzy­mał się na ko­la­nie. - Mu­sisz tylko mi się ja­koś od­wdzię­czyć za ten trud. Płat­ność z góry, że tak się wy­rażę.

Kiedy prze­su­nął rękę na moje udo, od­raza, którą czu­łam, prze­mie­niła się w lęk. On nie miał za­miaru prze­stać. Nie wy­głu­piał się. Jego za­miary były oczy­wi­ste. Tak samo jak i moje. Przy­cią­gnę­łam oba ko­lana do brzu­cha i z ca­łych sił wy­rzu­ci­łam je w stronę Do­mi­nika. Tra­fi­łam go pro­sto w klatkę pier­siową. Cios był na tyle silny, że Do­mi­nik stra­cił rów­no­wagę i upadł na pod­łogę.

- Ty głu­pia suko - wark­nął, ła­piąc mnie za obie kostki tak mocno, że prze­szył mnie ból.

Wy­da­łam z sie­bie stłu­miony przez ta­śmę okrzyk, kiedy wbił mi palce moc­niej w skórę i roz­su­nął moje uda. Chcia­łam, nie: mu­sia­łam się bro­nić. Mu­sia­łam ochro­nić swoje dziecko, ale by­łam cał­ko­wi­cie bez­silna.

- Sta­ram się być dla cie­bie uprzejmy, a ty tak mi się od­pła­casz? Nic mi nie dasz w za­mian? Je­steś nie­wdzięczną suką. Może w tym wła­śnie pro­blem. Może nie lu­bisz mi­łych fa­ce­tów. Może wo­lisz, że­bym siłą wziął so­bie to, czego pra­gnę.

Czuję, że tracę siłę. Mam wra­że­nie, że moja du­sza roz­pada się na ka­wa­łeczki.

- Do­mi­nik - do­biegł mnie głos Jacka.

Męż­czy­zna na­tych­miast mnie pu­ścił. Od razu po­czu­łam, że krew na nowo za­częła krą­żyć mi w ży­łach. Wró­ciło mi też czu­cie w rę­kach na tyle, że pod­pie­ra­jąc się na nich, mo­głam prze­su­nąć się w kąt po­miesz­cze­nia, gdzie się sku­li­łam.

- Co ty, do cho­lery, ro­bisz? - spy­tał Jack ze zło­ścią. - Ka­za­łem ci trzy­mać łap­ska przy so­bie.

- Ta suka mnie kop­nęła - po­ża­lił się Do­mi­nik i przy­ło­żył so­bie dłoń do klatki, jak­bym fak­tycz­nie zro­biła mu krzywdę. Zgry­wał ofiarę.

Mia­łam na­dzieję, że rze­czy­wi­ście go za­bo­lało.

- Trzeba było nie pod­cho­dzić do niej aż tak bli­sko - rzu­cił Jack.

Do­mi­nik sta­nął w drzwiach i spoj­rzał na mnie ze zło­ścią. Wy­glą­dał, jakby mi gro­ził - jakby skła­dał obiet­nicę, że zada mi nie­bo­tyczny ból.

- Do na­stęp­nego razu. - Uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią.

Kiedy wy­szedł, ze­bra­łam się na od­wagę i od­kle­jam so­bie ta­śmę z ust. Moje wargi prze­szył pie­kący ból.

- Czy do­stanę dziś coś do je­dze­nia? - spy­ta­łam. Za­schło mi w gar­dle. Ma­rzy­łam, by na­pić się wody, ale wąt­pię, że­bym w tym mo­men­cie do­stała cho­ciaż łyk.

- To za­leży tylko do cie­bie. Masz gdzie spać i kar­mię cię. Dbam o to, żeby nie zro­biono ci krzywdy, a od­pła­casz mi się hu­mor­kami. Mo­gła­byś oka­zać odro­binę wdzięcz­no­ści, bo dla­czego miał­bym być dla cie­bie do­bry, skoro ani tro­chę tego nie sza­nu­jesz?

Do­bry? Tak we­dług niego wy­gląda do­bre trak­to­wa­nie?

Aż mnie świerz­biło, żeby rzu­cić ja­kiś ja­do­wity ko­men­tarz, ale po­wstrzy­ma­łam się. Dal­sze wku­rza­nie go nie miało sensu. Na­karmi mnie, je­śli bę­dzie chciał, czyli by­łam zdana na jego ła­skę.

- Mo­gła­bym w ta­kim ra­zie do­stać wody? - spy­ta­łam. Nie mia­łam za­miaru bła­gać go o je­dze­nie. Tak zde­spe­ro­wana jesz­cze nie by­łam.

- Za­sta­no­wię się - rzu­cił przez ra­mię i wy­szedł, trza­ska­jąc drzwiami. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­łam sa­mot­ność od ata­ków na­pa­lo­nych fa­ce­tów. Przy­ło­ży­łam dłoń do drżą­cych ust, usi­łu­jąc się uspo­koić. Ko­rzy­sta­jąc z tego, że mia­łam chwilę spo­koju, która nie wia­domo, jak długo miała po­trwać, po­sta­no­wi­łam opróż­nić pę­cherz. Zwle­kłam się z ma­te­raca i po­de­szłam do wia­dra. Wes­tchnę­ła­bym z ulgą, gdyby nie to, że znaj­do­wa­łam się w tak kosz­mar­nym po­ło­że­niu.

Ile to jesz­cze po­trwa?

Py­ta­nie to ko­ła­tało mi się w gło­wie, kiedy zwi­nę­łam się w kłę­bek na ma­te­racu. Prze­cież kie­dyś się to skoń­czy, prawda?

* * *

Prze­bu­dzi­łam się lekko sko­ło­wana. Spoj­rza­łam na okno. Za­padł zmierzch. By­łam tak zmę­czona i przy­tło­czona emo­cjami, że prze­spa­łam pra­wie cały dzień. Prze­tar­łam za­spane oczy i prze­cią­gnę­łam się na ma­te­racu. Na­gle do­bie­gły mnie od­głosy przy­po­mi­na­jące wy­strzały z pi­sto­letu. Krzyk­nę­łam.

Serce po­de­szło mi do gar­dła, ale wsta­łam z pry­czy i zbli­ży­łam się do drzwi celi. Przy­ło­ży­łam ucho do zim­nej me­ta­lo­wej po­wierzchni. Mia­łam na­dzieję, że wy­ba­dam, co się dzieje po dru­giej stro­nie. Sły­sza­łam krzyki i ko­lejne strzały. Tym ra­zem gło­śniej­sze. Zbli­żają się.

Czyżby to Cal­lum? Boże, bła­gam, żeby to był on, ale niech się mu nic nie sta­nie. Oczami wy­obraźni wi­dzia­łam go po dru­giej stro­nie. Z pew­no­ścią ro­bił coś sza­lo­nego, żeby mnie ura­to­wać. Bez wa­ha­nia za­ry­zy­ko­wałby wła­snym ży­ciem, żeby to zro­bić, ale mu­siał wyjść z tego cało. Nie mo­gła­bym bez niego żyć.

Ci­sza. Do­piero te­raz zro­zu­mia­łam, co to zna­czy tak na­prawdę się bać. Pro­szę, żeby nic mu się nie stało. Każda se­kunda upły­wa­jąca w tej gro­bo­wej ci­szy co­raz bar­dziej po­bu­dzała moją wy­obraź­nię. Nikt po mnie nie przyj­dzie. Umrę uwię­ziona w tym ob­skur­nym po­miesz­cze­niu przy wia­drze z eks­kre­men­tami.

Na szczę­ście po chwili tę okropną ci­szę prze­rwał dźwięk prze­krę­ca­nego w zamku klu­cza. Zro­bi­łam krok w tył. Po po­licz­kach pły­nęły mi łzy. By­łam w rów­nym stop­niu prze­ra­żona, co prze­peł­niona na­dzieją. Wstrzy­ma­łam od­dech. W końcu drzwi się otwo­rzyły, Nie do­wie­rza­łam wła­snym oczom. A co, je­śli mi się to śniło?

- Cal­lum? - szep­nę­łam, bo­jąc się, że jego po­stać roz­myje się ni­czym zjawa. Ale to na­prawdę był on. Wziął mnie w ra­miona. Czu­łam na so­bie cie­pło jego ciała. Czu­łam bi­cie jego serca. To się działo na­prawdę.

- Je­steś cała? - spy­tał prze­ję­tym gło­sem.

- Tak, nic mi się nie stało. Je­stem wy­cień­czona i roz­chwiana emo­cjo­nal­nie, ale poza tym wszystko w po­rządku.

Cal­lum obej­rzał mnie prze­ni­kli­wie od stóp do głów. Tę­sk­ni­łam za jego spoj­rze­niem, które wy­ra­żało, ile dla niego zna­czę. Wtedy czu­łam, że zro­biłby wszystko, że­bym była jego na za­wsze.

- Ma­rzę, żeby wziąć cię w ra­miona i długo tu­lić, ale jesz­cze nie je­ste­śmy cał­kiem bez­pieczni. Mu­simy spa­dać z tego miej­sca. Wy­eli­mi­no­wa­łem paru lu­dzi Jacka, ale na pewno po­ja­wią się ko­lejni.

Pa­trzy­łam na Cal­luma z ulgą.

- Naj­waż­niej­sze, że je­steś tu­taj. - Cal­lum wziął moją twarz w dło­nie i po­ca­ło­wał mnie. W ten spo­sób tchnął we mnie ży­cie. Cały lęk na­tych­miast się roz­mył. Na nowo czu­łam się sobą te­raz, kiedy był tak bli­sko mnie. Chcia­ła­bym ca­ło­wać się z nim długo w za­ci­szu bez­piecz­nego domu.

- Cały czas cię szu­ka­łem. Nie mia­łem za­miaru się pod­dać. Mu­sia­łem po­now­nie wziąć cię w ra­miona. Ko­cham cię. Kiedy otwo­rzy­łem tamtą skrzy­nię i oka­zało się, że nie ma cię w niej z Ta­tum, pra­wie osza­la­łem.

Na wspo­mnie­nie imie­nia przy­ja­ciółki po­czu­łam uścisk w sercu.

- Czy nic jej nie jest? - spy­ta­łam bo­jaź­li­wie. Nie by­łam go­towa, by usły­szeć prawdę.

- Fi­zycz­nie jest do­brze. Jesz­cze nie wiemy, jak się czuje psy­chicz­nie. - Cal­lum po­gła­dził mnie po wło­sach. - Nie­stety nie mamy te­raz czasu na roz­mowę. Mu­simy stąd wyjść, za­nim się tu zja­wią lu­dzie Jacka. - Cal­lum ob­ró­cił się do mnie tak, żeby mnie osła­niać swoim cia­łem. - Trzy­maj się bli­sko mnie. Nie wiem, co się może wy­da­rzyć po dro­dze. Chcę, że­byś była bez­pieczna.

Tylko ski­nę­łam głową. Roz­le­wała się we mnie nowa fala prze­ra­że­nia. Niech ten kosz­mar się już skoń­czy. Wy­szli­śmy z ciem­nej i pa­skud­nej celi do więk­szego po­miesz­cze­nia. Ja­sne świa­tło oświe­tla­jące jego wnę­trze ośle­piło mnie. Mu­sia­łam przy­trzy­mać się Cal­luma, do­póki oczy mi się nie przy­zwy­cza­iły do ta­kiej ja­sno­ści. Kiedy już wi­dzia­łam w miarę nor­mal­nie, na jed­nej ze ścian za­uwa­ży­łam smugę krwi i ciało z dziurą po kuli w czaszce le­żące na pod­ło­dze.

Roz­po­zna­łam go. To był ten osi­łek, który strze­lał kłyk­ciami i który mnie spo­licz­ko­wał tak, że póź­niej krę­ciło mi się w gło­wie. Ogar­nął mnie pu­sty śmiech. W na­stęp­nym po­miesz­cza­niu zo­ba­czy­łam wię­cej mar­twych ciał. Po­czu­łam wy­strzał ad­re­na­liny, kiedy usły­sza­łam czy­jeś kroki.

- Scho­waj się za mną - roz­ka­zał Cal­lum, po­py­cha­jąc mnie za róg. Chwilę póź­niej po­wie­trze prze­szył świst. Ktoś strze­lił w na­szą stronę.

Ciężko dy­sząc, Cal­lum opadł na zie­mię. Upu­ścił pi­sto­let. Do­piero kiedy na jego nie­bie­skiej ko­szuli po­ja­wiła się pą­sowo plama, do­tarło do mnie, co się stało.

- Nie, nie... - wy­du­si­łam, pa­trząc z prze­ra­że­niem na po­więk­sza­jący się ślad. Nie mogę go stra­cić. Nie po tym wszyst­kim. In­stynk­tow­nie przy­ło­ży­łam dłoń do jego rany, chcąc za­ta­mo­wać krwa­wie­nie.

- To tylko dra­śnię­cie - wy­ce­dził, prze­cie­ra­jąc pot z czoła. - Nic mi nie bę­dzie. Nie martw się.

- Tor­rio! - Z końca ko­ry­ta­rza dał się sły­szeć głos Do­mi­nika. - Nie re­zy­gnu­jesz ła­two, co? Był­bym roz­cza­ro­wany, gdyby było ina­czej. Choć przy­znam, że spo­dzie­wa­łem się po to­bie cze­goś wię­cej.

Po­strze­lił Cal­luma. Roz­lał krew mo­jego uko­cha­nego. Lęk i złość nie da­wały mi się sku­pić, ale je­śli się stąd nie ru­szymy, to bę­dziemy ła­twym ce­lem dla Do­mi­nika. Tylko do­kąd mo­gli­śmy pójść? Wró­cić do mo­jej celi?

- Co ro­bimy? - spy­ta­łam prze­ra­żona, bo Cal­lum nie prze­sta­wał krwa­wić. Uci­ska­nie rany ni­czego nie zmie­niało.

- Idź - jęk­nął. - Ucie­kaj.

- Nie wiem, gdzie je­ste­śmy!

- Na ze­wnątrz stoi sa­mo­chód - wy­ce­dził, za­ci­ska­jąc zęby z bólu. - Po­spiesz się. Ty i dziecko je­ste­ście naj­waż­niejsi.

- Do­piero się roz­krę­ca­łem! - krzyk­nął Do­mi­nik. Od­głos jego cięż­kich kro­ków zbli­żał się co­raz bar­dziej. Jak się stąd nie ru­szymy, to nas za­bije.

- Mu­sisz iść - po­na­glił mnie Cal­lum.

- Nie zo­sta­wię cię sa­mego.

- Bianko! - za­wo­łał Do­mi­nik śpiew­nym gło­sem. - Mam pro­po­zy­cję. Od­daj mi się bez walki, a być może ocalę ży­cie ojca two­jego dziecka.

Był bar­dzo bli­sko. Z każ­dym jego kro­kiem ogar­niała mnie co­raz więk­sza pa­nika. Serce biło mi tak mocno, że ba­łam się, czy mi nie wy­sko­czy z piersi.

- Po­każ się, no da­lej - za­chę­cał uwo­dzi­ciel­sko Do­mi­nik. - Do­rze wiesz, co mu­sisz zro­bić, je­śli chcesz, żeby Cal­lum prze­żył. Po­li­czę do pię­ciu, a ty wyj­dziesz z ukry­cia, za­nim skoń­czę. Wtedy cię stąd za­biorę. Ina­czej bę­dziesz miała na su­mie­niu śmierć uko­cha­nego, a ze mną i tak pój­dziesz. To jak bę­dzie?

- Bie­gnij - wy­szep­tał go­rącz­kowo Cal­lum i wska­zał ręką ja­kieś drzwi na końcu ko­ry­ta­rza. - Po dru­giej stro­nie czeka mój czło­wiek. Szybko, idź już.

Co zro­bić? Mu­sia­łam za­dbać o bez­pie­czeń­stwo dziecka, ale nie mo­głam zo­sta­wić Cal­luma. Zbyt mocno go ko­cha­łam. Na­gle za­czę­łam my­śleć cał­kiem trzeźwo. Wie­dzia­łam, jak po­stą­pić, choć sama nie wie­rzy­łam, że mam tyle siły. Ale nie mo­głam dłu­żej żyć w stra­chu.

Przy­po­mnia­łam so­bie, że Cal­lum nosi przy ko­stce przy­pięty nóż. Pod­wi­nę­łam no­gawkę jego spodni.

- Co ro­bisz? - zdzi­wił się męż­czy­zna.

Co ro­bię? Być może naj­głup­szą rzecz w ży­ciu, ale nie było in­nego spo­sobu na Do­mi­nika.

- Zgoda - krzyk­nę­łam, za­ci­ska­jąc spo­coną dłoń na rę­ko­je­ści noża. Opu­ści­łam rękę wzdłuż ciała, ma­jąc na­dzieję, że Do­mi­nik nie za­uważy ostrza, co po­zwoli mi go za­sko­czyć. - Po­każę ci się, tylko nie krzywdź Cal­luma. Mu­sisz mi to obie­cać.

- Obie­cuję. - Do­mi­nik nie si­lił się na to, żeby za­brzmieć wia­ry­god­nie. - Nic mu nie bę­dzie. Chodź ze mną, a wszystko szybko się skoń­czy.

Dam radę. Je­stem silna.

- Do­brze. - Cała się trzę­słam.

Cal­lum chwy­cił mnie za kostkę, ale nie zdo­łał mnie po­wstrzy­mać. Ła­god­nie mu się wy­rwa­łam. Ow­szem, była spora szansa na to, że coś pój­dzie nie tak, ale to była na­sza je­dyna na­dzieja. Ni­gdy nie strze­la­łam z pi­sto­letu, więc nie chcia­łam po­dej­mo­wać się ta­kiej próby te­raz. Na­to­miast je­śli cho­dziło o nóż, to cał­kiem inna hi­sto­ria.

Wy­szłam zza win­kla na śro­dek ko­ry­ta­rza. Te­raz już nie było od­wrotu. Do­mi­nik stał za­le­d­wie parę me­trów ode mnie. Kiedy mnie zo­ba­czył, opu­ścił pi­sto­let.

- Znacz­nie ła­twiej jest, kiedy się współ­pra­cuje, prawda?

- Pro­szę, nie rób nam krzywdy. - Z wa­ha­niem zro­bi­łam krok w stronę Do­mi­nika. Mu­sia­łam do­brze ode­grać wy­stra­szoną słodką idiotkę. Niech my­śli, że się boję, że je­stem słaba.

- Cal­lum jesz­cze jest nam po­trzebny, ale na ra­zie chcę cie­bie. - Zwin­nymi ru­chami chwy­cił mnie i przy­cią­gnął do sie­bie. Wtedy, nie­wiele my­śląc, za­ci­snę­łam dłoń na rę­ko­je­ści noża i wbi­łam jego ostrze w brzuch Do­mi­nika. Wło­ży­łam w ten cios całą wście­kłość.

Nie od razu do­tarło do niego, co się stało, bo na­dal uśmie­chał się trium­fal­nie. Do­piero po chwili ten uśmiech ustą­pił miej­sca za­sko­cze­niu i bó­lowi. Wtedy Do­mi­nik spoj­rzał w dół. Z brzu­cha wy­sta­wał mu nóż. Te­raz ja uśmiech­nę­łam się zwy­cię­sko i wy­ję­łam ostrze, po czym wbi­łam je po­now­nie. Nie zwra­ca­łam uwagi na krew, która pla­miła moje ręce.

- Kurwa mać! - Do­mi­nik wy­pu­ścił broń z ręki i za­chwiał się na no­gach. Przy­ło­żył so­bie dło­nie do rany. Z nie­do­wie­rza­niem pa­trzył na krew, która prze­są­czała się przez jego ko­szulę. - Ty durna suko! - wark­nął.

Schy­li­łam się po le­żący na ziemi pi­sto­let i pod­nio­słam go trzę­są­cymi się rę­kami. Skie­ro­wa­łam lufę na Do­mi­nika, kła­dąc pa­lec na spu­ście. Ni­gdy nie strze­la­łam. Tym bar­dziej ni­gdy nie my­śla­łam, że mo­gła­bym ko­goś za­bić. W tej chwili zro­zu­mia­łam, dla­czego Cal­lum ro­bił to, co ro­bił. Te­raz da­ła­bym wszystko, żeby ochro­nić tych, któ­rych ko­cha­łam.

- Pier­dol się - szep­nę­łam, za­ci­ska­jąc zęby. Pa­trzy­łam, jak Do­mi­nik osu­wał się po ścia­nie ko­ry­ta­rza, trzy­ma­jąc wy­sta­jący z brzu­cha nóż. - Rusz się choćby o cen­ty­metr, a od­strzelę ci łeb.

Wy­pły­wało z niego co­raz wię­cej krwi, która pla­miła już nie tylko jego ko­szulę, ale też pod­łogę pod nim. Na­dal w niego ce­lu­jąc, wy­co­fa­łam się, żeby spraw­dzić, co z Cal­lu­mem.

- Za­pła­ci­cie za to! - wy­sy­czał Do­mi­nik, krzy­wiąc się z bólu.

Zi­gno­ro­wa­łam jego groźbę i po­szłam do uko­cha­nego.

Cal­lum

Bez­radny, sie­dzia­łem pod ścianą. Na­dal krwa­wi­łem. Na­gle zro­biło się prze­raź­li­wie ci­cho. Po­czu­łem za­pach pro­chu i me­ta­liczny odór krwi. Na dru­gim końcu piw­nicy niósł się po­głos wy­strzału. Gdzieś w od­dali ktoś bo­le­śnie ję­czał. Dźwięki na­kła­dały się na sie­bie, od czego roz­bo­lała mnie głowa. To była praw­dziwa tor­tura.

- Bianka - szep­ną­łem, ale mój głos zgi­nął po­śród gru­bych ścian. Czas cią­gnął się nie­mi­ło­sier­nie. Do tego z każ­dym bi­ciem serca tra­ci­łem co­raz wię­cej krwi, ale nie mar­twi­łem się o sie­bie. Drża­łem o nią.

Co Bianka zro­biła? Do­kąd po­szła?

Po­chy­li­łem się, żeby się­gnąć po glocka. Skrzy­wi­łem się z bólu, kiedy wy­cią­gną­łem po niego rękę. Pie­przyć to. Po­sta­no­wi­łem, że nie będę cze­kał, aż on ją za­bije. Bianka mnie po­trze­bo­wała. Ra­czej umrę, chro­niąc ją, niż będę sie­dział bez­czyn­nie pod ścianą. Już pra­wie sta­łem na no­gach, kiedy przede mną po­ja­wiła się moja pta­szyna. Wy­glą­dała, jakby była w szoku. Cała się trzę­sła. Na jej wi­dok, czu­jąc ogromną ulgę, osu­ną­łem się na pod­łogę i opar­łem ple­cami o ścianę.

- Co...

- Do­mi­nik jest ranny. Żyje. Mu­simy szybko się stąd wy­do­stać. - Bianka po­krę­ciła głową, przy­kuc­nęła przy mnie i ob­jęła ra­mie­niem.

Miała ra­cję. Po­win­ni­śmy się zbie­rać, zo­sta­wić to miej­sce za sobą. Mia­łem to, po co przy­sze­dłem. Bianka była cała. To po­winno mi wy­star­czyć, a tym­cza­sem czu­łem nie­do­syt. Być może dla­tego, że prze­czy­ta­łem ese­mesy, które ten drań wy­słał do jed­nego z mo­ich lu­dzi, w szcze­gó­łach opi­su­jąc, co on i jego oj­ciec chcieli zro­bić Biance. By­łem żądny ze­msty. Mo­roni chcieli wy­ko­rzy­stać ją, żeby wy­doić mnie z ca­łego ma­jątku i zmu­sić do prze­pi­sa­nia im pra­wie każ­dej mo­jej firmy. Ina­czej al­boby ją za­bili, al­boby po­cze­kali, aż dziecko się uro­dzi, i wtedy oby­dwoje by sprze­dali. Nie po­tra­fi­łem wy­ma­zać tych wia­do­mo­ści z pa­mięci.

- On musi umrzeć.

- Nie. Chodźmy stąd. Przyj­dzie czas na ze­mstę. - Bianka po­mo­gła mi wstać i po­cią­gnęła mnie w stronę drzwi, które wcze­śniej jej wska­za­łem. Jed­nak ja wy­wi­ną­łem się z jej uści­sku i wy­chy­li­łem się zza rogu. Mu­sia­łem sta­nąć oko w oko z fa­ce­tem, który gro­ził jej śmier­cią.

Trzy­mał dłoń za­ci­śniętą na rę­ko­je­ści noża, który wy­sta­wał mu z brzu­cha. Bianka dźgnęła go z taką siłą, że ostrze we­szło w jego ciało na ca­łej dłu­go­ści. Moja pta­szyna to fe­niks, który wzno­sił się z po­go­rze­li­ska wła­snego cier­pie­nia. Do­mi­nik ciężko dy­szał, a jego skóra była śmier­tel­nie blada.

- Ty ża­ło­sna kupo gówno. - Unio­słem pi­sto­let, ce­lu­jąc Do­mi­ni­kowi w głowę.

- Za­cze­kaj! - Uniósł za­krwa­wioną dłoń. Li­czył na li­tość, któ­rej sam nie miał za­miaru oka­zać ani mnie, ani Biance. O, długo mógł­bym się na­pa­wać tą chwilą. Chęt­nie prze­dłu­żył­bym jego cier­pie­nie, tak jak zro­bi­łem to z Kri­stof­fem. Tor­tu­ro­wał­bym go, do­póki nie bła­gałby mnie, że­bym ukró­cił jego cier­pie­nia. Ale ja trzy­mał­bym go w nie­pew­no­ści, mię­dzy ży­ciem a śmier­cią, aż w końcu jego serce by nie wy­trzy­mało ta­kiego stresu.

Tu nie cho­dziło o coś tak pro­za­icz­nego jak pie­nią­dze. Nie uwię­ził­bym go dla okupu. Nie było ta­kiej sumy, nie­ru­cho­mo­ści ani sta­no­wi­ska, które oca­li­łyby go przede mną. Cho­dziło mi o ze­mstę.

- Do­mi­nik!

Roz­le­gły się strzały. Upew­ni­łem się, że Bianka była bez­pieczna za ro­giem. Nie wia­domo skąd po­ja­wił się przede mną Jack.

- Tato! - jęk­nął ża­ło­śnie Do­mi­nik. - Szybko! Ta zdzira mnie dźgnęła, a on za­raz mnie za­strzeli!

Trzeba było od­strze­lić mu łeb, ale kula, która prze­le­ciała mi tuż obok ucha, spro­wa­dziła mnie na zie­mię. Kiedy in­dziej za­koń­czę jego nędzne ży­cie. Jak będę miał wię­cej czasu, żeby się na nim po­wy­ży­wać. Wie­dzia­łem, że te­raz po­wi­nie­nem się sku­pić na Biance i dziecku. Nie li­czyło się na­wet to, że stra­ci­łem sporo krwi, przez co mia­łem za­wroty głowy. Mu­sia­łem za­dbać o jej bez­pie­czeń­stwo.

- Masz szczę­ście, skur­wy­synu - wy­sy­cza­łem chwilę przed tym, jak mi­nęła mnie ko­lejna kula. Ta utknęła w ce­gle nad moją głową. Upie­kło mi się, znowu. Nie będę dłu­żej ku­sił losu.

- Chodźmy! - Moja pta­szyna jak za­wsze trosz­czyła się o mnie. - Stra­ci­łeś zbyt wiele krwi.

- By­wało go­rzej - szep­ną­łem, ru­sza­jąc z Bianką w stronę drzwi pro­wa­dzą­cych na tyły bu­dynku. Sły­sza­łem, jak Jack wrzesz­czy na swo­jego syna. Przez chwilę oba­wia­łem się, że pój­dzie za nami, za­miast zo­stać z sy­nal­kiem.

Dla­tego też obej­rza­łem się za sie­bie. My­śla­łem, że w mi­ga­ją­cym świe­tle ja­rze­niówki zo­ba­czę Jacka ce­lu­ją­cego mi pro­sto w głowę. Nie zdzi­wi­łoby mnie, gdyby tak było.

- Ty wredna suko! - wrza­snął Jack. Jego głos niósł się echem po ko­ry­ta­rzu. - Po­wi­nie­nem był skrę­cić ci kark, ty cipo!

- Nie! - rzu­ciła w moją stronę ostrze­gaw­czo Bianka i po­cią­gnęła mnie za rękę.

Do­piero wtedy się zo­rien­to­wa­łem, że wcze­śniej przy­sta­ną­łem. Jak­bym pod­świa­do­mie chciał za­wró­cić i roz­bry­zgać krew tych dwóch ty­pów na ścia­nach piw­nicy, tak jak Jack roz­bry­zgał mózg Amandy w tam­tej skrzyni.

Ra­zem wy­pa­dli­śmy na ze­wnątrz. Pro­mie­nie wscho­dzą­cego słońca two­rzyły na nie­bie po­ma­rań­czo­wo­ró­żową mo­zaikę. To był praw­do­po­dob­nie naj­pięk­niej­szy wschód słońca, jaki wi­dzia­łem. Cie­kawe, że aku­rat to było moją pierw­szą my­ślą. Chyba stra­ci­łem wię­cej krwi, niż z po­czątku są­dzi­łem. Wy­da­wało mi się, że czarny sa­mo­chód, który cze­kał na nas z włą­czo­nymi re­flek­to­rami, stał wiele ki­lo­me­trów da­lej.

- Sze­fie! - Nie roz­po­zna­łem głosu czło­wieka, który mnie za­wo­łał. Po­czu­łem za to, jak zła­pał mnie, za­nim upa­dłem na zie­mię.

- Weź ją do auta - By­łem cho­ler­nie słaby. Nie chcia­łem, żeby Bianka wi­działa mnie w ta­kim sta­nie. To mo­gło tylko po­gor­szyć sy­tu­ację. - Jack i Do­mi­nik są w środku. Do­mi­nik jest ranny.

Mój drugi ochro­niarz wy­jął pi­sto­let i bie­giem ru­szył do bu­dynku. Wąt­pię, żeby ich zła­pał. Je­śli jed­nak by mu się to udało, to mia­łem na­dzieję, że nie za­bije Jacka, a tylko go po­strzeli, zo­sta­wia­jąc mi przy­jem­ność ode­bra­nia ży­cia tym dra­niom.

- Cal­lum? - Bianka przy­tu­lała się do mnie, po­mimo że moja krew pla­miła jej ubra­nia i bladą skórę. - Nie umie­raj. Nie po to prze­szli­śmy przez to wszystko, że­byś mnie te­raz opu­ścił. Mu­sisz żyć!

- Tak jest. - Uśmiech­ną­łem się słabo. Na­wet nie wiem, kiedy do­pro­wa­dzili mnie do sa­mo­chodu. Ję­cza­łem z bólu. Nie po­do­bało mi się to, że nie po­tra­fi­łem wziąć się w garść.

Bianka usia­dła obok mnie i po­ło­żyła mi głowę na ra­mie­niu.

- Cal­lum, o Boże. - Nic wię­cej nie mo­gła z sie­bie wy­do­być, tak bar­dzo się roz­pła­kała.

Czu­łem, że cała się trzę­sła. Wku­rzało mnie to, że szlo­chała i że czę­ściowo była to moja wina.

- Je­steś bez­pieczna. Wszystko bę­dzie do­brze - Ob­ją­łem ją le­wym ra­mie­niem, a prawą dłoń przy­ci­ska­łem do rany w boku. Krwa­wie­nie się zmniej­szyło, ale jesz­cze nie ustało.

- Wcale nie. Wy­krwa­wiasz się. - Na ręce mia­łem za­schniętą krew, ale mimo to po­gła­dzi­łem Biankę po po­liczku, cie­sząc się, że była przy mnie. Że ją od­zy­ska­łem. To, że mo­głem jej do­tknąć, usły­szeć jej aniel­ski głos i czuć cie­pło jej ciała, roz­pa­lało mnie od środka. Co było szcze­gól­nie do­bre, bo na­gle zro­biło mi się tak zimno, że aż za­czą­łem się cały trząść.

Kurwa, to ob­jaw szoku.

- W kie­szeni mam te­le­fon. - Po­chy­li­łem się, krzy­wiąc się z bólu. Od­dy­cha­łem głę­boko, żeby nie stra­cić przy­tom­no­ści. - Za­dzwoń do Ro­mera. Włącz na gło­śno­mó­wiący.

Bianka wy­ję­łam moją ko­mórkę i wy­brała nu­mer. Po chwili w sa­mo­cho­dzie roz­legł się głos Ro­mera.

- Zro­bione?

- Mamy ją. Jest tu­taj.

Ro­mero ode­tchnął z ulgą.

- Źle brzmisz. Co się stało? - Jemu nic nie mo­gło umknąć.

- Zo­stał po­strze­lony - oznaj­miła Bianka trzę­są­cym się gło­sem. - Stra­cił bar­dzo dużo krwi.

- Tra­fił mnie w prawy bok - po­wie­dzia­łem przez za­ci­śnięte zęby, bo sa­mo­chód pod­sko­czył na ja­kimś wy­boju. - Wy­daje mi się, że prze­szła na wy­lot, ale sporo krwa­wię. Po­wia­dom szpi­tal. Będę po­trze­bo­wał na­tych­mia­sto­wej po­mocy, jak przy­jadę.

- Pięć mi­nut - rzu­cił kie­rowca.

- A co z tobą, Bianko? - spy­tał Ro­mero.

- W po­rządku. Nie zro­bili mi krzywdy.

- Musi się po­ło­żyć - rzu­ci­łem, igno­ru­jąc to, że krę­ciła głową. - I trzeba jak naj­szyb­ciej zro­bić USG. Mu­simy się upew­nić, że dziecku nic nie jest.

- Wszystko bę­dzie go­towe, za­nim do­trze­cie. Dzwo­nił do mnie Isaac. Wszedł do tego bu­dynku, ale Mo­ro­nich już nie było. Za­uwa­żył na pod­ło­dze ślady krwi, które cią­gnęły się aż do par­kingu. Tam mu­siał na nich cze­kać sa­mo­chód. Ucie­kli.

Wie­dzia­łem, że tak bę­dzie.

- Nie udało mi się ich za­trzy­mać. Jack do nas strze­lał. Mu­sia­łem wy­pro­wa­dzić Biankę stam­tąd...

- Nikt nie ma do cie­bie pre­ten­sji - prze­rwał mi sta­now­czym to­nem Ro­mero. - Zro­bi­łeś to, co było naj­waż­niej­sze. Mo­żesz być pewny, że ich znaj­dziemy. Nie mają szans ukryć się przed nami.

Z ja­kie­goś po­wodu cała ta sprawa stała się dla Ro­mera oso­bi­stą mi­sją.

- Wiem, że tak bę­dzie. - Opar­łem głowę o za­głó­wek i wes­tchną­łem. Te­raz, kiedy za­gro­że­nie mi­nęło i Bianka była przy mnie, opa­dła mi ad­re­na­lina. Czu­łem, że oczy mi się za­my­kają, a ciało staje się co­raz cięż­sze.

- Cal­lum? - Pół­przy­tomny otwo­rzy­łem oczy. Zo­ba­czy­łem przed sobą zmar­twioną twarz Bianki. Jej piękną, uro­czą twarz. Jakby uno­sił się nade mną anioł. - Nie od­pły­waj, zo­stań ze mną. Już pra­wie je­ste­śmy na miej­scu. Nie zo­sta­wiaj mnie.

- Ni­gdy... cię nie... opusz­czę - Choć wiele wska­zy­wało na coś zu­peł­nie od­wrot­nego. Nie by­łem w sta­nie dłu­żej utrzy­mać otwar­tych po­wiek.

- Wszystko bę­dzie do­brze.

- Już pra­wie je­ste­śmy - oznaj­mił kie­rowca. - Trzy­maj się, sze­fie.

- Cal­lum, bła­gam. - Po­czu­łem jej usta na swo­ich war­gach. Gdy­bym umarł w tym mo­men­cie, by­łaby to naj­pięk­niej­sza śmierć, jaką można so­bie wy­obra­zić.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki