3 Med Men
W 1949 roku w czasopismach medycznych zaczęła się pojawiać nietypowa reklama: grube brązowe litery na zielonym tle układały się w napis "Terra bona"1. Nie było wiadomo, co to oznacza ani czy chodzi o jakiś konkretny produkt. Podpis głosił: "Człowiek zawdzięcza ziemi nie tylko chleb". Następnie tłumaczono, że nowe antybiotyki odkryte w glebie pozwalają wydłużać ludzkie życie. "W pozyskiwaniu, badaniu i produkcji tych jakże istotnych leków niemałą rolę odgrywa [...] Pfizer".
Brooklyńska firma Chas. Pfizer & Company działała od ponad stulecia jako skromny producent odczynników chemicznych2. Aż do drugiej wojny światowej tego rodzaju przedsiębiorstwa zajmowały się głównie sprzedażą hurtową, nie tworzyły żadnych marek, ich klientami były zaś inne firmy oraz aptekarze, którzy następnie sami przygotowywali leki z kupionych składników3. Jednak na początku lat czterdziestych, wraz z pojawieniem się penicyliny, nastała nowa epoka antybiotyków, lekarstw o silnym działaniu, zdolnych zapobiegać infekcjom bakteryjnym. Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny zapotrzebowanie na penicylinę gwałtownie wzrosło, zlecono więc firmom takim jak Pfizer, by zaczęły ją wytwarzać4. Nim konflikt dobiegł końca, model biznesowy branży farmaceutycznej zmienił się raz na zawsze5. Teraz produkowano na skalę masową nie tylko odczynniki, ale też gotowe leki. Penicylina była rewolucyjna, ale nie została opatentowana - każdy mógł ją wytwarzać. Żadna firma nie miała monopolu, antybiotyk pozostawał tani, a zatem niezbyt lukratywny6. Pfizer postanowił wziąć się za poszukiwanie innych farmaceutyków, takich, które dałoby się opatentować i sprzedawać za większe pieniądze7.
Nastała era "cudownych leków"8. Okres powojenny to czas boomu w branży farmaceutycznej i powszechnej optymistycznej wiary w innowacje naukowe. Spodziewano się niesłychanych odkryć i nowych lekarstw pozwalających zapanować nad chorobami i śmiercią, a przy okazji zapewniających producentom kolosalne zyski. Śmiałe przepowiednie głoszone w Creedmoor przez Sacklerów, którzy przekonywali, że pewnego dnia każdą chorobę psychiczną da się wyleczyć dzięki odpowiedniej tabletce, dobrze wpasowywały się w ówczesny klimat. Nim nadeszły lata pięćdziesiąte, amerykańska branża farmaceutyczna niemal co tydzień ogłaszała powstanie jakiegoś nowego, przełomowego lekarstwa9.
Określano je mianem "etycznych leków", co miało sugerować, że nie chodzi o byle fałszywe eliksiry i panacea sprzedawane przez wędrownych handlarzy. Za przepisywanie pacjentom nowych farmaceutyków odpowiadali wyłącznie lekarze, dysponujący bloczkami receptowymi. Ponieważ na rynek trafiało teraz mnóstwo leków, producenci musieli zwrócić się do specjalistów od reklamy, by ci pomogli im dotrzeć do lekarzy i pacjentów. Kierownikiem Pfizera był młody, przebojowy John McKeen10. Jego firma opracowała niedawno antybiotyk o nazwie handlowej Terramycyna, na cześć miasteczka Terre Haute w Indianie, skąd rzekomo pochodziła gleba, z której go wyizolowano11. McKeen uważał, że jeśli tylko Terramycyna zostanie odpowiednio rozreklamowana, może stać się prawdziwym przebojem, pragnął więc jak najintensywniej zachwalać ją hurtownikom i szpitalom12. W tym celu zwrócił się do niewielkiej nowojorskiej agencji, specjalizującej się w reklamie leków13. Nosiła ona nazwę William Douglas McAdams. Jej właścicielem był Arthur Sackler.
"Dajcie mi pieniądze, a nazwy Terramycyna i Pfizer staną się znane w całym kraju", oznajmił Arthur McKeenowi i jego partnerom14.
William Douglas McAdams15 był dawniej dziennikarzem w Winnetka w stanie Illinois, pracował dla "St. Louis Post-Dispatch", ale w 1917 roku porzucił prasę i postanowił zająć się reklamą. Początkowo prowadził dość tradycyjną agencję, odpowiadał za reklamę produktów takich jak płatki owsiane czy fasolka konserwowa. Wśród jego klientów była też firma E. R. Squibb, producent tranu z wątroby dorsza16. McAdams wpadł na pomysł: Squibb sprzedałby więcej tranu, gdyby reklamować produkt wśród lekarzy17, umieścił zatem reklamę w czasopiśmie medycznym. Zadziałało, sprzedaż wzrosła i pod koniec lat trzydziestych McAdams postanowił wyspecjalizować się we współpracy z branżą farmaceutyczną18. W 1942 roku zatrudnił Arthura Sacklera19.
Arthur nie skończył jeszcze trzydziestu lat, ale przecież podczas wielkiego kryzysu musiał zrezygnować z dzieciństwa, wskoczyć prosto w dorosłość i przez całe liceum i studia zarabiać sprzedawaniem i pisaniem reklam, toteż gdy McAdams przyjął go do pracy, miał już półtorej dekady doświadczenia w branży20. Wykształcenie medyczne stanowiło dodatkowy atut, podobnie jak dobre oko i żywe pióro. Poza tym Arthur umiał znajdować sobie mentorów. Van O stał się jego mistrzem w psychiatrii, a McAdams (na którego Arthur mówił "Mac") w reklamie21. Młody Sackler idealnie nadawał się do pracy w agencji i był wdzięczny Macowi za otrzymaną szansę, gdyż firmy reklamowe z Madison Avenue uważał za "zamknięty klub"22, nieprzyjmujący w zasadzie osób żydowskiego pochodzenia. Ze względu na jasne oczy i włosy Arthur mógł udawać goja - czasem zresztą to robił23 - był jednak niezwykle wyczulony na antysemityzm, powszechny wówczas nawet w Nowym Jorku24.
Oficjalnie u McAdamsa tylko sobie dorabiał, bo przecież miał pełnoetatową pracę w Creedmoor. W biurze agencji spędzał długie godziny, głównie nocami i w weekendy25. Okazja, by połączyć zainteresowanie medycyną, marketingiem i farmaceutykami, była nieodparcie atrakcyjna - nic dziwnego, że Arthur znakomicie odnalazł się w firmie. Reklamowanie etycznych leków uchodziło za względnie nudną działkę; marketingowcy woleli tworzyć chwytliwe kampanie papierosów, samochodów i kosmetyków. Do niedawna większość leków sprzedawanych na receptę nie miała nawet nazw handlowych, trudno było też wskazać cechy, którymi się różniły26. Poza tym leki wydawały się niezbyt seksowne. Jak niby uczynić pigułkę atrakcyjną?
Arthur miał odpowiedź: należało zastosować dokładnie te same uwodzicielskie sztuczki, co w przypadku innych produktów, znaleźć chwytliwe hasło, przygotować rzucającą się w oczy grafikę, a przede wszystkim skierować reklamę do wpływowej grupy odbiorców, czyli do lekarzy wypisujących recepty. Nabożny szacunek do profesji medycznej Arthur odziedziczył po rodzicach. Lubił mawiać: "Wolałbym powierzyć los swój i swojej rodziny innemu lekarzowi niż państwu"27. Cieszyło go zatem, że przygotowywane przez niego kampanie reklamowe będą docierały do medyków. Przyciągające wzrok reklamy agencji McAdams publikowano w czasopismach medycznych, materiały informacyjne wysyłano bezpośrednio do gabinetów lekarskich. Ponieważ lekarze najbardziej ufali kolegom po fachu, Arthur werbował do pomocy wpływowych członków środowiska. Przywodziło to na myśl pomysł producenta płatków śniadaniowych Wheaties, który umieszczał na pudełkach twarze sławnych sportowców. Za radą Arthura firmy farmaceutyczne powoływały się w swoich materiałach na badania naukowe (które wcześniej same sfinansowały), mające świadczyć o skuteczności i bezpieczeństwie zachwalanego leku. John Kallir, który przez dziesięć lat był podwładnym Arthura w agencji McAdams, wspominał: "Reklamy Sacklera wydawały się niezwykle poważne, lekarze zwracali się w nich do innych lekarzy. Ale tak naprawdę chodziło o to, żeby sprzedać produkt"28.
Choć Arthur traktował samego siebie niezwykle poważnie, zwłaszcza gdy snuł rozważania o szlachetnej profesji medycznej, miał też poczucie humoru, co znajdowało odzwierciedlenie w reklamach jego agencji. Jedna z nich została zaprojektowana na wzór planszy z gabinetu okulistycznego:
IN
FEK
CJOM
TWOICH OCZU
NAJLEPIEJ ZARADZI
ANTYBIOTYK TERRAMYCYNA29
Po dwóch latach pracy w agencji McAdamsa Arthur został jej szefem30. Pfizer był cennym klientem, Arthur osobiście nadzorował wszystkie reklamy powstające na zlecenie firmy, osobiście też spotykał się z Johnem McKeenem w siedzibie Pfizera przy Bartlett Street 11 na Brooklynie. (W prywatnych rozmowach nazywał to "chodzeniem do jaskini lwa")31. Jeden ze współczesnych Arthura mówił o nim, że "nie miał sobie równych, gdy idzie o pomysłowość"32. Terramycyna była antybiotykiem nowego rodzaju, lekiem o "szerokim spektrum działania"33. Pierwsze antybiotyki dawało się zastosować tylko w przypadku ściśle określonych chorób, wkrótce jednak zaczęto opracowywać takie, które zwalczały wiele różnych gatunków bakterii. Z perspektywy firm farmaceutycznych była to nadzwyczaj zyskowna strategia. Produktów niszowych należy unikać - zawsze opłaca się docierać do jak największego grona klientów naraz. Chociaż termin "szerokie spektrum działania" brzmi bardzo uczenie, został ukuty przez specjalistów od marketingu. W literaturze medycznej pojawił się po raz pierwszy przy okazji kampanii reklamowej powstałej pod okiem Arthura.
W pierwszej reklamie Terramycyny nazwa antybiotyku w ogóle nie padła. Arthur sprzedawał obietnicę nowego produktu i chciał, by odbiorcy zapamiętali, że za produkt ten odpowiada firma Pfizer. Intuicja podpowiadała mu, że nazwa przedsiębiorstwa jest równie ważna jak nazwa leku. Zapewniał swojego klienta, że wkrótce wszyscy będą znali nazwę Pfizer z egzotycznym niemym "p". Reklamę teaserową, czyli taką, która z wielką pompą zapowiada, że wkrótce na rynku pojawi się tajemniczy nowy produkt, marketingowcy stosowali już wcześniej, aczkolwiek nie w odniesieniu do farmaceutyków. Pod tym względem Arthur był pionierem34.
Wspólnie z McKeenem zaplanował też bezprecedensową ofensywę marketingową. Rola żołnierzy przypadła przedstawicielom handlowym: młodym, rzutkim, uzbrojonym w materiały promocyjne, odpowiedzialnym za odwiedzanie lekarzy i zachwalanie zalet leku. Początkowo było ich tylko ośmiu, reklamowali jednak Terramycynę tak zaciekle, że jak oceniała ówczesna prasa, "pobity został chyba rekord [...]: lek, który dopiero co opuścił laboratorium, jest dziś powszechnie stosowany w leczeniu pacjentów"35. W ciągu zaledwie półtora roku liczba przedstawicieli handlowych wzrosła z ośmiu do trzystu; w roku 1957 było ich aż dwa tysiące36. Terramycyny nie da się nazwać szczególnie innowacyjnym czy przełomowym produktem, odniosła jednak ogromny sukces rynkowy za sprawą nowatorskiej kampanii marketingowej. Arthur Sackler zrewolucjonizował sposób reklamowania farmaceutyków, "wynalazł koło", jak to ujął jego podwładny z firmy McAdams37.
Od tej pory leki stały się z perspektywy marketingowców zwyczajnym produktem. Aby sprzedawać antybiotyki o szerokim spektrum działania, Arthur zastosował szeroko zakrojoną strategię. Wykupywał rzucające się w oczy reklamy w czasopismach medycznych, rzucił też do boju przedstawicieli handlowych, których zadaniem było odwiedzanie lekarzy, zapraszanie ich na obiad i rozdawanie broszur informacyjnych, zawierających rzekomo niezwykle poważne, merytoryczne informacje. Medyków zasypywano też reklamami pocztowymi. "Firmy farmaceutyczne adorują i uwodzą lekarzy z żarliwością młodych kochanków - stwierdził pewien dziennikarz. - Branża pragnie zdobyć duszę lekarza i dobrać się do jego bloczku z receptami, ponieważ lekarz zajmuje zupełnie wyjątkową pozycję: dyktuje konsumentowi, co ten ma kupić"38.
Uwodzono naprawdę intensywnie i to od samego początku drogi zawodowej. Dawniej Arthur wymyślił, że szkoła biznesu, dla której pracował, mogłaby rozdawać darmowe linijki uczniom liceum Erasmus Hall; na podobnej zasadzie koncern farmaceutyczny Eli Lilly oferował studentom szkół medycznych darmowe stetoskopy. Firma Roche zapewniała studentom gratisowe podręczniki poświęcone zaburzeniom snu, alkoholizmowi i stanom lękowym - a więc przypadłościom, którym rzekomo dawało się zaradzić dzięki produktom koncernu39. Pfizer zaczął organizować turnieje golfowe dla lekarzy. Jego nazwę umieszczano na każdej piłeczce40. Nowy paradygmat oparty na promocji i rozróżnianiu marek od razu zaczął przynosić owoce. Zaledwie kilka lat po tym jak Arthur obmyślił kampanię Terramycyny, "New York Times" donosił: "Coraz więcej lekarzy wypisuje na receptach nazwy handlowe leków lub nazwy producentów"41.
Nie wszyscy byli zachwyceni synergią medycyny i handlu. "Czy mamy wierzyć, że społeczeństwo odnosi korzyści, gdy lekarze i wykładowcy szkół medycznych wykonują swe obowiązki pośród natarczywego zgiełku handlowców, próbujących zwiększyć sprzedaż swoich leków?", pytał Charles May, ceniony profesor Szkoły Medycznej Uniwersytetu Columbia42. Maya martwiło "niestosowne bratanie się" lekarzy odpowiedzialnych za przepisywanie farmaceutyków z ludźmi, którzy je produkują i sprzedają.
Tymczasem Arthur zbywał wszelką tego rodzaju krytykę, podkreślał bowiem, że wcale nie zajmuje się reklamą, lecz prowadzi działalność edukacyjną. Na rynek trafia tyle nowych lekarstw, że trzeba pomóc lekarzom zorientować się w ofercie, tłumaczył. Specjalista od reklamy próbuje zatem doprowadzić do sytuacji, która będzie korzystna dla wszystkich stron. Firmy farmaceutyczne opracowują nowe leki ratujące życie pacjentów, marketingowiec dostarcza lekarzom odpowiednie informacje. Lekarz wie dzięki temu, jak stosować leki, i koło się kręci. Nikt nikogo nie oszukuje, nikt nikogo nie próbuje wykorzystać. Arthur uważał ponadto lekarzy za nienagannie uczciwych i niepodatnych na złe wpływy. Owszem, zwykła gospodyni domowa może ulec wpadającej w oko reklamie w czasopiśmie - ale lekarz nie da się nabrać na żadne prymitywne sztuczki. Jego zadaniem jest dbanie o dobro pacjenta, pisał Arthur w niepublikowanym tekście: ani lekarz, ani pacjent nie potrzebują, żeby ktokolwiek bronił ich przed nieprawdziwymi reklamami, bo przecież "nie są tępi i szybko odkryją, że się ich zwodzi"43.
Zdawało mu się, że ujrzał przyszłość, nowy świat, w którym firmy farmaceutyczne i marketingowcy będą oferować ludziom wspaniałe innowacyjne produkty, a przy okazji zarabiać mnóstwo pieniędzy. Zdaniem Arthura krytycy próbowali zahamować niezwykle ekscytujące postępy dokonujące się niemal każdego dnia. Więcej, chcieli "cofnąć nas do dawnej epoki"44.
Jeszcze zanim zainicjował kampanię Terramycyny, kupił agencję reklamową McAdamsa45. Mac był "stary i zmęczony"46, Arthur zaś genialny i pełen energii, wspominał pewien pracownik, który znał ich obu. Gdy pół wieku później Arthura przyjmowano do Galerii Sław Reklamy Medycznej, w laudacji padły następujące słowa: "Doktor Arthur Sackler, człowiek wielu talentów, w największym stopniu przyczynił się do tego, że reklama medyczna jest dziś tym, czym jest". To właśnie on "pozwolił w pełni wykorzystać siłę reklamy i promocji, by zwiększać sprzedaż farmaceutyków"47.
Pewnego lutowego dnia w 1950 roku, gdy kampania reklamowa Terramycyny toczyła się pełną parą, Arthur, Mortimer i Raymond oraz ich mentor Van O wzięli udział w otwarciu ich własnego ośrodka badawczego Instytutu Badań Psychobiologicznych Creedmoor48. Mieścił się on na terenie szpitala w budynku H49; sześćdziesiąt dwa tamtejsze pomieszczenia50 przeznaczono na leczenie pacjentów histaminą oraz eksperymenty z innymi rodzajami terapii zdolnymi zastąpić elektrowstrząsy51. Arthur odniósł prawdziwy triumf. Choć bez wątpienia zainicjował i nadzorował proces tworzenia ośrodka, nie zdecydował się objąć najwyższego stanowiska. Szefem i twarzą nowej placówki miał zostać Van O; Arthur powierzył sobie mniej prestiżową funkcję "kierownika do spraw badań"52. Może chciał w ten sposób okazać szacunek mentorowi, a może równoczesna praca na dwóch etatach (w agencji reklamowej na Manhattanie i w publicznym szpitalu psychiatrycznym w Queens) nauczyła go, że jeśli ma się rozmaite potencjalne konflikty interesów, lepiej nie rzucać się za bardzo w oczy.
Mimo to nie odmówił sobie okazji, by zrobić nieco szumu. Na uroczystości otwarcia instytutu zjawiło się czterysta osób53, honory odprawił Przewodniczący Zgromadzenia Ogólnego ONZ54. Nawet Harry LaBurt, władczy i pozbawiony wyobraźni kierownik Creedmoor, który w przeszłości ścierał się z Arthurem, nie miał wyboru: musiał przyjść i pogratulować swojemu młodemu pracownikowi wielkiego osiągnięcia55. Van O zabrał głos i nakreślił śmiałe plany. Razem z Sacklerami zamierzał odkryć metody pozwalające wcześnie diagnozować choroby psychiczne i rozwijać wiedzę biochemiczną, by owe choroby leczyć. Otwarcie instytutu, oznajmił, to początek "złotej ery psychiatrii"56.
Kilka kilometrów dalej, w pokoju w Szpitalu Nowojorskim na dolnym Manhattanie, Marietta Lutze właśnie zaczęła rodzić57. Arthur zawsze zajmował się kilka rzeczami naraz; nieszczęśliwym zrządzeniem losu musiał wybrać, czy będzie obecny przy narodzinach instytutu czy swojego dziecka. Wybrał to pierwsze. Dowiedziawszy się, że Marietta jest w ciąży, postanowił odejść od żony, wyjechali więc do Meksyku, gdzie uzyskali szybki rozwód. (W opublikowanej później przez rodzinną fundację biografii Arthura, opartej na jego wspomnieniach, rozstanie zostało przedstawione jako polubowne i wręcz nieuchronne; Else, pisano, "pogodziła się z faktem, że Sackler to człowiek o nieprawdopodobnych osiągnięciach, któremu nigdy nie zdołałaby dotrzymać kroku")58.
W grudniu 1949 roku, zaraz po powrocie z Meksyku, Arthur wziął cichy ślub z Mariettą. Przeprowadzili się na Long Island, kupili posiadłość na przedmieściu o nazwie Albertson, przy Searingtown Road. Poszukiwania zajęły im nieco czasu, Arthur bowiem chciał zamieszkać w domu niekonwencjonalnym i wyjątkowym59. Cena nie grała roli - miał przecież pieniądze dzięki karierze w branży reklamowej. Wybór padł na starą holenderską farmę, zbudowaną pierwotnie w dzielnicy Flushing około 1700 roku, później przeniesioną do Albertson60. Dokoła domu rosły bukszpany, w środku pod sufitem biegły odsłonięte belki stropowe. Dzielone drzwi składały się z dwóch części, górnej i dolnej, otwieranych niezależnie od siebie, podłogę wykonano z szerokich, ręcznie ciosanych desek61. Marietta uważała, że panuje tu nieco mroczna atmosfera, ale Arthur, zakochany w przeszłości, od razu wpadł w zachwyt - dom pochodził wszak z tej samej epoki co drewniany holenderski budynek pośrodku dziedzińca liceum Erasmus Hall.
Marietta cieszyła się, że zamieszkała z Arthurem, choć z początku nie było im łatwo. Jego matka Sophie stanowczo sprzeciwiała się ich małżeństwu, nie mogła bowiem pogodzić się z tym, że Arthur zostawił swoją pierwszą żonę i że Marietta jest niemiecką gojką62. (Wszyscy znali prawdziwą przeszłość Marietty, choć wiele lat później pewien przyjaciel Arthura twierdził - wbrew faktom - że musiała "uciekać z Niemiec przed nazistami"63, co brzmiało tak, jak gdyby była prześladowaną Żydówką lub należała do opozycji). Przez kilka pierwszych lat Sophie kompletnie ignorowała drugą synową. Znacznie lepiej układały się relacje Marietty z Raymondem i Mortimerem, z którymi wszak zaprzyjaźniła się, zanim poznała Arthura. Mimo to w świecie zżytej rodziny Sacklerów czuła się jak nieproszony gość. "Uważano mnie za intruza, panowało przekonanie, że zmusiłam Arthura do małżeństwa - pisała później. - Na domiar złego pochodziłam ze znienawidzonego kraju"64.
Kiedy zaczęła rodzić, Arthur zawiózł ją do szpitala, tam jednak zostawił ją i pospieszył do Queens na ceremonię otwarcia instytutu badawczego w Creedmoor. Marietta nie miała o to pretensji; wiedziała, jak wiele znaczy dla niego instytut. Niedługo potem wydała na świat chłopca65. Był drobny, pomarszczony, miał długie nogi. W żydowskich rodzinach nie ma zwyczaju nadawania synowi imienia po ojcu, Marietta wybrała jednak imiona Arthur Felix. Dobre imię należało przekazać kolejnemu pokoleniu. Zapewne chciała też postawić tamę wszelkim sugestiom, że dziecko drugiej żony nie jest prawdziwym Sacklerem. Urodziwszy Arthurowi jego pierwszego syna, poczuła się nagle ważna: przyczyniła się wszak do rozwoju dynastii i liczyła, że tym samym zapewni sobie wyższy status w rodzinie. Po otwarciu instytutu Creedmoor Arthur natychmiast wrócił do szpitala, by zobaczyć małego. Ray i Morty przynieśli kwiaty.
Jeszcze będąc w ciąży, Marietta, ku zadowoleniu męża, postanowiła, że zrezygnuje z pracy, choć dręczyły ją pewne wątpliwości66. Teraz zajmowała się dzieckiem, Arthur zaś spędzał całe dnie w Creedmoor i całe noce w agencji McAdams. Wieczorami, gdy mały spał, Marietta szykowała kolację, stroiła się - Arthur lubił, gdy zasiadała do stołu w eleganckiej sukience - zapalała świece i czekała na powrót męża67.
Zamiast zrezygnować z części obowiązków zawodowych i wygospodarować czas dla nowej rodziny, Arthur znalazł sobie dodatkowe zajęcia68. Został redaktorem czasopisma "Journal of Clinical and Experimental Psychobiology", założył wydawnictwo medyczne i serwis informacyjny dla lekarzy, przyjął stanowisko szefa Instytutu Radia i Telewizji Medycznej, a ponadto zainicjował powstanie radiostacji finansowanej przez firmy farmaceutyczne, która non stop nadawała audycje poświęcone medycynie. Otworzył też pracownię badawczą afiliowaną przy Brooklyńskim Kolegium Farmacji69. Był jak opętany; zdawało się, że co tydzień zakłada nową firmę lub spółkę. To wszystko dlatego, tłumaczył, że brakuje źródeł informowania opinii publicznej o nowych, rewelacyjnych badaniach, na przykład tych, które prowadził w Creedmoor wespół z braćmi. Nowe wydawnictwa i inne przedsięwzięcia miały stanowić rozwiązanie problemu70. Arthur pompatycznie porównywał się do Hipokratesa, który nie tylko leczył pacjentów, ale też nauczał medycyny71. Marietcie natomiast mąż kojarzył się z odlanym z brązu posągiem Atlasa przed Rockefeller Center, kolosem dźwigającym kulę ziemską na swych muskularnych barkach72.
Chłopak z Brooklynu dorastający podczas wielkiego kryzysu przeszedł całkowitą metamorfozę. Arthur Sackler był teraz uznanym badaczem i naukowcem, czuł się ważny. Niektórzy starzy pracownicy agencji McAdams nadal zwracali się do niego per "Artie", ale dla większości ludzi stał się "doktorem Sacklerem". Nosił eleganckie garnitury, stylem bycia starał się podkreślać swoją władzę i pozycję. Delektował się okazywanym mu poważaniem, lubił pochlebstwa, wydawało się, że czerpał z nich dodatkową energię, jak gdyby znalazł sposób, by metabolizować podziw otoczenia73. Prawie całkowicie pozbył się brooklyńskiego akcentu, zamiast tego opanował wyrafinowany typ wymowy, będący mieszanką akcentu amerykańskiego i brytyjskiego74. Nadal mówił cicho, w jego jedwabistym, wytwornym głosie bez trudu dawało się usłyszeć pewność siebie.
Nieco ponad miesiąc po narodzinach syna pojechał razem z Van O do Waszyngtonu, żeby wystąpić przed komisją senacką i poprosić o fundusze dla instytutu badawczego Creedmoor75. "Traktowanie chorób psychicznych jako problemu o podłożu biochemicznym pozwoli zwiększyć odsetek pacjentów wypisywanych ze szpitala - obiecywał senatorom. - Terapia biochemiczna sprawi również, że wiele osób w ogóle nie będzie potrzebowało hospitalizacji". Leczenie będzie się odbywało w gabinetach lekarskich. "Prewencja jest bez wątpienia lepsza niż wydawanie pieniędzy na budowę kolejnych szpitali".
Przewodniczący komisji, Dennis Chavez, senator ze stanu Nowy Meksyk, był sceptyczny. Załóżmy, mówił, że rząd federalny zdecyduje się wesprzeć finansowo tego rodzaju badania. Lekarze z Creedmoor skorzystają z publicznych pieniędzy, a następnie przejdą do sektora prywatnego. "Czy tego rodzaju przedsięwzięcie nie powinno aby służyć całemu społeczeństwu, a nie tylko psychiatrom?"
Arthur jak zwykle dał wyraz swojej wierze w fundamentalną uczciwość i prawość profesji medycznej. "Służenie całemu społeczeństwu jest podstawowym zadaniem każdego lekarza", oznajmił.
"Zgadza się - powiedział Chavez. - Ale wiadomo, że nie raz trafia się na kupców weneckich".
Arthur poczuł, że ogarnia go wściekłość. Antysemickie aluzje były w 1950 roku na porządku dziennym, również w Senacie Stanów Zjednoczonych - ale Kupiec wenecki? Chavez w ogóle nie owijał w bawełnę. Czyżby komisja uważała Arthura za jakiegoś chciwego Shylocka, który próbuje podstępem wyłudzić fundusze?
"Na moje szczęście...", zaczął Arthur.
Chavez przesłyszał się i warknął: "Nieszczęście".
"Na moje szczęście - powtórzył Arthur z całą godnością, na jaką był w stanie się zdobyć - nigdy żadnego nie spotkałem".
Choć dotykały go uprzedzenia, w agencji McAdams był królem. W branży reklamowej szeptano, że u Sacklera dzieją się ekscytujące rzeczy, i jak wspominał jeden z pracowników, agencja stała się "magnesem przyciągającym utalentowanych ludzi"76. Arthur miał do nich oko, zaczął zatrudniać świetnych copywriterów i grafików, czasem też podbierał ich innym firmom. Jak na ówczesne standardy, był wyjątkowo otwartym szefem. Od podwładnych oczekiwał tylko talentu i zapału, nic innego się nie liczyło. Zatrudniał wielu Żydów, którzy w tamtym okresie nie mogli raczej liczyć na posadę w branży. "Miał słabość do uchodźców z Europy", wspominał Rudi Wolff, grafik i designer pracujący w firmie McAdams w latach pięćdziesiątych77. W firmie pracowali ludzie, którzy przeżyli Shoah lub musieli uciekać przed nędzą i zamętem politycznym. "Trafiali się też lekarze - opowiadał Wolff. - I ludzie z doktoratami, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego z reklamą, ale Arthur uznał, że będzie z nich pożytek. Pracowali u nas czarni. Zatrudnialiśmy pisarzy, którzy w czasach maccartyzmu padli ofiarami polowań na czarownice. Arthur chętnie ich przyjmował". Pewnego razu szwedzki designer, komunista, wywołał w biurze pożar, gdyż spalił kilka reklam McAdamsa, by pokazać, co myśli o tego rodzaju "kapitalistycznych śmieciach". "Został strasznie obsztorcowany przez dyrektora do spraw artystycznych, ale roboty nie stracił. Nam wszystkim wydawało się to przezabawne", wspominał Wolff.
W latach trzydziestych Arthur również flirtował z komunizmem78, jako student działał w ruchu związkowym, wstąpił też do organizacji antyfaszystowskiej. Podobną aktywność podejmowało wielu młodych ludzi dorastających na Brooklynie w latach wielkiego kryzysu: panowało wówczas powszechne przekonanie, że kapitalizm skompromitował się raz na zawsze. Podobne poglądy wyznawał Mortimer Sackler, a Raymond, według odtajnionych akt FBI, wstąpił do partii komunistycznej razem ze swoją żoną Beverly Feldman, którą poślubił w 1944 roku79. "Agencja McAdams zatrudniała sporo osób o podejrzanych poglądach politycznych - opowiadał John Kallir, ówczesny podwładny Arthura. - Właśnie to mi się tam podobało"80.
Firma zajmowała kilka pięter budynku przy Zachodniej Czterdziestej Trzeciej Ulicy 25, w biurze panowała swobodna atmosfera, czuło się klimat bohemy. Na dole mieściła się redakcja czasopisma "The New Yorker"; Kallir i jego koledzy byli zachwyceni, gdy odkryli, że parę kondygnacji pod nimi pracuje słynny rysownik Charles Addams, twórca makabrycznych komiksów o rodzinie Addamsów. Dla żartu wydrukowali fotografię małego dziecka, przyczepili ją do sznurka i spuścili za okno, żeby poprzeszkadzać Addamsowi w robocie. Po kilku minutach poczuli lekkie szarpnięcie, wciągnęli zdjęcie i zobaczyli, że Addams dorysował na czole brzdąca dziurę po kuli81.
"Mieliśmy ogromny budżet na grafikę, więc różni artyści przychodzili do nas, żeby pokazywać swoje portfolio" - wspominał Rudi Wolff. Jednym z nich był młody Andy Warhol82. "Jako dyrektor do spraw artystycznych rozporządzałem forsą, mówiłem więc: "Andy, narysuj dziesięć portretów dzieci, same buzie, mają być ładne". Wychodziło mu to przepięknie". Warhol lubił rysować koty. Agencja McAdams wykorzystała jedną z jego grafik w reklamie produktu firmy Upjohn83.
Choć Arthur zapewniał podwładnym swobodną, twórczą atmosferę, nie oznaczało to bynajmniej, że łatwo się dla niego pracowało. Tony D'Onofrio, inny weteran agencji McAdams, nazywał go człowiekiem "kontrowersyjnym, nieprzyjemnym i trudnym"84. Arthur pracował bez ustanku i tego samego oczekiwał od podwładnych, ponadto ze względu na swoje copywriterskie doświadczenie uważał, że może się wtrącać w pracę innych ludzi85. Nawet jego dobrotliwość miała mniej sympatyczne oblicze. Gdy żydowscy podwładni zwracali się od niego z prośbą o podwyżkę, odmawiał i powołując się na antysemityzm panujący w branży, mówił: "Pamiętajcie, nigdzie indziej was nie zatrudnią"86. Kiedy jeden z copywriterów dostał ofertę pracy w firmie Eli Lilly, Arthur stwierdził pogardliwie: "Lilly? Tam nie lubią Żydów. Po miesiącu cię wyrzucą"87.
"Nie płacono nam zbyt dobrze - przyznawał Rudi Wolff. - Ale nikt nie odchodził"88.
Wolff również był Żydem, ściśle przestrzegał reguł koszerności. Kiedy się zaręczył, Arthur, ku jego zaskoczeniu, urządził z tej okazji przyjęcie w swoim domu przy Searingtown Road. Razem z Mariettą zadbali o to, by gościom podano koszerne dania, oznakowane niewielkimi chorągiewkami z gwiazdą Dawida. Wolff był wzruszony, zarazem jednak dostrzegał w geście Arthura pewną sztuczność. "Chciał trochę poprawić swój wizerunek", opowiadał. Arthur chętnie prezentował się jako wrażliwy, ludzki pracodawca. "Nie byłem idiotą. Zrobił to dla mnie, ale też dla siebie"89. Harry Zelenko, inny pracownik z tamtego okresu, mówił: "Artie potrafił zachowywać się czarująco, zasadniczo jednak był dość samolubnym gościem"90.
Gdy Arthur zaczął pracować w agencji McAdams, szybko znalazł tam rywalkę w osobie młodej Helen Haberman, protegowanej Maca, typowanej przez niektórych na jego następczynię91. Haberman napisała później powieść, roman a clef, o dziewczynie zatrudnionej w firmie reklamowej na Manhattanie. Jednym z bohaterów jest młody ambitny nowojorczyk, rozprawiający z podnieceniem o swoich eksperymentach dotyczących hormonów i biochemii. "Pracował przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, dopóki nie wyprzedził wszystkich konkurentów, nieskorych harować tak dużo ani tak ciężko"92. Z drugiej strony jest mało prawdopodobne, by w latach czterdziestych młodej kobiecie powierzono kierownicze stanowisko w agencji reklamowej, a co dopiero pozwolono jej kupić firmę. "Artie ją przechytrzył i przejął stery - opowiadał Zelenko. - Twardy był z niego zawodnik"93.
"Nie był szczególnie wylewny - mówił inny pracownik agencji Phil Keusch. - Jeśli w ogóle miałeś z nim bliższy kontakt, to dlatego, że zostałeś łaskawie dopuszczony za jakieś zasługi"94. Cały świat reklamy zdawał sobie jednak sprawę, że Arthur to talent, jaki pojawia się raz na pokolenie. "Gdyby ktoś zapytał, czy spotkałem w życiu choćby jednego geniusza, wskazałbym właśnie Sacklera - ciągnął Keusch. - Obserwowałem go podczas spotkań z klientami takimi jak Upjohn czy Roche. Przejmował kontrolę. Zawsze miał decydujący głos. Przy stole siedziało mnóstwo ważnych, utytułowanych ludzi, ale to on mówił najbardziej sensowne rzeczy. Nigdy nie poznałem równie błyskotliwego człowieka. Można powiedzieć, że stworzył zupełnie nową branżę".
Arthur miał poważnego rywala, McAdams nie była bowiem jedyną agencją obsługującą producentów leków. Musiała konkurować z firmą L. W. Frohlich należącą do enigmatycznego Ludwiga Wolfganga Frohlicha (na co dzień używał imienia Bill). Trafiali do niego wszyscy najważniejsi klienci, których nie zdołał przyciągnąć McAdams. Bill Frohlich był wytwornym imigrantem z Niemiec, mieszkał przy Wschodniej Sześćdziesiątej Trzeciej Ulicy, a jego agencja zajmowała dziewięciokondygnacyjny ceglany biurowiec w prestiżowej części Manhattanu95. Chwalił się, że "przoduje w marketingu leków"96, lecz podobnie jak Arthur Sackler unikał ujawniania rozmaitych informacji na swój temat, w tym na przykład przychodów swojej firmy, więc nie da się stwierdzić, kto zajmował pierwsze miejsce. Marketing farmaceutyków traktował jak wspaniałą przygodę. "Na naszych oczach dokonuje się rewolucja - utrzymywał. - Dążenia, by opracować leki zdolne zapobiegać konkretnym chorobom, [...] zawładnęły wyobraźnią wszystkich ludzi"97.
Skądinąd Frohlich pracował niegdyś dla Sacklera. Dawno temu, jeszcze w firmie Schering, Arthur zatrudnił go do projektowania czcionek98. Else, pierwsza żona Arthura, wspominała, że poznała Frohlicha około roku 1937. "Zaczynał jako pracownik działu artystycznego w cudzych agencjach. Był bardzo utalentowany"99. Frohlich dopiero co przyjechał z Niemiec, nie był lekarzem, miał za to dobre oko. W 1943 roku założył własną agencję i wkrótce zaczął konkurować z Arthurem100. Najwięksi klienci trafiali albo do jednej, albo do drugiej agencji.
Frohlich uchodził za bon vivanta, często widywało się go w operze101, urządzał przyjęcia w swoim domu przy plaży na Long Island102, zarazem zaś był człowiekiem niezwykle zdyscyplinowanym i opanowanym103. W branży farmaceutycznej, twierdził, panuje "duch rywalizacji, który bez wątpienia zachwyciłby Adama Smitha"104. I dodawał szumnie, że na "sztuce farmacji" pieniądze zarabia się "w okresie między reklamą a wyparciem produktu przez inne, nowsze".
Arthur Sackler również przyznawał, że w branży trwa rywalizacja. "Działamy na niezwykle konkurencyjnym polu", mówił i dodawał, że o każdego klienta musi walczyć z "dwudziestoma innymi agencjami"105. Frohlich był przeciwnikiem numer jeden. Czasopismo "Advertising Age" określiło ich mianem "dwóch topowych agencji w swojej dziedzinie"106, a John Kallir ujął rzecz wprost: "Frohlich i McAdams zdominowały ten kawałek rynku"107.
Część osób, które znały Frohlicha, sądziły, że coś ukrywa. Jego niemiecki akcent i skrupulatność sprawiały, że zastanawiano się, czy w przeszłości nie był aby nazistą. Podczas wojny FBI przeprowadziła w tej sprawie śledztwo - okazało się, że Frohlich nie miał nic wspólnego z reżimem Hitlera108. Przeciwnie, był Żydem109. Ukrywał swoje pochodzenie, odkąd przybył do Stanów Zjednoczonych. Wielu jego najbliższych przyjaciół dowiedziało się o tym dopiero po jego śmierci110. Nie wiedzieli też, że był gejem - dokładał starań, by ten sekret nigdy nie ujrzał światła dziennego111. W połowie XX wieku w środowiskach, w których obracał się Frohlich, wielu ludzi wiodło podwójne życie: publiczne oraz prywatne, głęboko skrywane.
"Dynamika rozwoju naszej firmy jest niesamowita, choć nie znajduje to jeszcze odzwierciedlenia w obrotach - pisał Arthur w 1954 roku w liście do przyjaciela i dodał, że jego obowiązki ciągle się mnożą. - Mam na głowie milion rzeczy na raz"112. Braciom Sackler zdawało się, że teorie, które układali w Creedmoor, mają już realne przełożenie na psychiatrię. Firma Smith, Kline & French wprowadziła niedawno na rynek nowy farmaceutyk o nazwie handlowej Thorazine (czyli chloropromazynę), będący z pozoru wyśnionym przez braci cudownym lekarstwem zdolnym pomóc osobom chorym psychicznie. Agresywni pacjenci stawali się dzięki niemu łagodni, ludziom osadzonym w szpitalach psychiatrycznych znów można było powierzać pudełka z zapałkami, by sami przypalali sobie papierosy bez ryzyka, że przy okazji puszczą z dymem cały oddział113. Arthur nie odpowiadał za reklamę Thorazine, lecz równie dobrze mógłby być autorem głównych haseł kampanii głoszących, że dzięki lekowi "pacjenci nie muszą trafiać do szpitali"114. W 1955 roku liczba osób przyjmowanych do tego rodzaju placówek spadła w Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy od ćwierć wieku115. Nadchodzące dekady przyniosły deinstytucjonalizację: wielkie szpitale w rodzaju Creedmoor zaczęły pustoszeć116. Pojawienie się Thorazine nie było bynajmniej jedynym czynnikiem odpowiedzialnym za tę kolosalną zmianę, sukces leku zdawał się jednak potwierdzać teorię Arthura, zgodnie z którą choroby umysłowe stanowiły konsekwencję procesów chemicznych zachodzących w mózgu, nie zaś skutek predyspozycji genetycznych, traumy przeżytej w dzieciństwie lub skazy charakteru. Badaczom wytyczono zupełnie nowe cele: skoro można było wpłynąć na stan osoby cierpiącej z powodu psychozy dzięki zniwelowaniu chemicznych deficytów mózgu, z pewnością musiały istnieć inne zaburzenia dające się leczyć w podobny sposób. "Ulżenie schizofrenikom uważano jedynie za pierwszy krok", pisała historyczka117. Zaczynała się nowa era - epoka tabletek na każdą możliwą chorobę.
Arthur czuł podniecenie, nieustannie obmyślał nowe sposoby osiągnięcia synergii biznesu i farmakologii. Wspólnie z Pfizerem zastosował jedną z pierwszych form reklamy natywnej - mianem tym określa się tekst sponsorowany, udający zwyczajny artykuł prasowy - z jego pomocą firma przygotowała bowiem szesnastostronicowy dodatek do niedzielnego wydania "New York Timesa" (gazeta utrzymywała później, że dodatek był "wyraźnie oznaczony" jako reklama, przyznała jednak, że "przeciętny czytelnik faktycznie mógł mylnie wziąć go za tekst przygotowany przez redakcję")118. Choć Arthur chętnie prezentował się jako orędownik otwartej komunikacji, zawsze potrafił nieco zmodyfikować prawdę, jeśli tylko leżało to w jego interesie (bądź w interesie jego klientów). Dopuszczał się tego wielokrotnie.
Gdy tylko mógł, ukrywał swoją rolę w rozmaitych przedsięwzięciach, w które był zaangażowany. Przejąwszy agencję McAdams, sprezentował połowę udziałów pierwszej żonie, zamiast rozwodowego podziału majątku119. Else nie miała istotnego wpływu na zarządzanie firmą. Zarazem Arthur mógł twierdzić - niezgodnie z faktami - że od czasu rozwodu posiada zaledwie niewielkie udziały w firmie. Wolał umniejszać swoje znaczenie i pozostawać za kulisami.
Miał też o wiele poważniejszą tajemnicę, którą zabrał do grobu: posiadał mianowicie tajne udziały w agencji L. W. Frohlich, będącej rzekomo jego głównym rywalem. Cały świat sądził, że Sackler i Bill Frohlich ze sobą konkurują, w rzeczywistości pierwszy pomógł jednak drugiemu rozkręcić biznes, pożyczał pieniądze i podsyłał klientów. Zmówili się, by podzielić się marketingiem leków. "W tamtych czasach należało koniecznie [...] prowadzić jak najszerzej zakrojoną działalność", tłumaczył wiele dekad później Michael Sonnenreich, wieloletni prawnik Arthura. Ze względu na konflikt interesów jedna agencja nie mogła reklamować dwóch konkurencyjnych produktów. "Skoro tak, [Sackler i Frohlich] założyli dwie różne agencje", mówił Sonnenreich. Nie było to "nielegalne", podkreślał, choć przyznał, że od początku chodziło o ukrycie konfliktu interesów120.
Arthur Sackler i Bill Frohlich przyjaźnili się przez dziesiątki lat121. Część osób z kierownictwa agencji L. W. Frohlich podejrzewała, że Sackler ma w niej udziały, sam Arthur jednak zawsze stanowczo zaprzeczał122. W rzeczywistości był udziałowcem i to bynajmniej nie mniejszościowym. Według Sonnenreicha "firma Frohlicha w zasadzie należała do Arthura"123.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.