Imogen, oczywiście - Becky Albertalli

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Jesz­cze nie odpię­łam pasa bez­pie­czeń­stwa, ale za chwilę to zro­bię. Oczy­wi­ście. Cze­kam tylko, aż mózg skoń­czy odgry­wa­nie wywiadu w talk-show przed dość wrogo nasta­wioną publicz­no­ścią.

Imo­gen, czy to prawda, że odwie­dzasz Lili na kam­pu­sie po raz pierw­szy, mimo że to jedna z two­ich dwóch (2) naj­lep­szych przy­ja­ció­łek, zapra­szała cię pięt­na­ście miliar­dów razy, a uczel­nia Blac­kwell znaj­duje się tak bli­sko two­jego domu, że dosłow­nie minę­łaś ją w zeszłym tygo­dniu, jadąc po zakupy spo­żyw­cze do Wegmans?

Gret­chen spo­gląda z sie­dze­nia kie­rowcy i unosi brew.

-?Potrze­bu­jesz sekundy?

-?Albo wię­cej niż sekundy -?dodaje Edith, a ja obra­cam się, by na nią spoj­rzeć. Sie­dzi w zapię­tych pasach, noga zało­żona na drugą, dżin­sowa kurtka przy­krywa jej uda jak koc. Jasno­nie­bie­skie oczy, loki poczo­chrane od wia­tru. Ja mam oczy ciem­niej­sze o dwa tony i nieco prost­sze włosy, ale poza tym jeste­śmy pra­wie iden­tyczne. Wszy­scy tak mówią.

Otávio też jest z nami, sie­dzi z tyłu i gra na tele­fo­nie. Dla niego kam­pus nie jest już atrak­cją -?czę­sto przy­jeż­dżał tu z rodzi­cami, choćby po to, by wziąć Lili na kola­cję. Ale tym razem zabrał się tylko na prze­jażdżkę. To ja zostaję na miej­scu.

Na trzy noce. Około sześć­dzie­się­ciu pię­ciu godzin. Nie żebym liczyła.

-?Jest w porządku. -?Zmu­szam się do uśmie­chu. -?Nie chcę, żeby­ście utknęli w korku.

-?Mam w nosie korki -?mówi Gret­chen.

Wiem, że naprawdę tak myśli. Nie mówi­łam Gret­chen, że rodzice musieli wziąć w ten week­end oba samo­chody. Po pro­stu zła­pała mnie na spraw­dza­niu roz­kładu auto­bu­sów Yates Transit i pospie­szyła na ratu­nek. Mów­cie, co chce­cie o Gret­chen Pat­ter­son, ale zawsze rzuci wszystko, by pomóc przy­ja­cio­łom w potrze­bie.

-?Nie wie­rzę, że poznasz queero­wych przy­ja­ciół Lili. -?Edith wygląda przez okno, wydyma policzki i wzdy­cha. -?Też chcę mieć queero­wych przy­ja­ciół.

Gret­chen mruga.

-?Eee. Halo?

-?Wiem, ale ty jesteś dla mnie bar­dziej men­torką -?mówi Edith.

Biorę wdech.

-?Okej, już piszę do Lili.

-?Na pewno nie chcesz...

-?Nie!

Edith klasz­cze.

-?Spójrz tylko na sie­bie. Samotna wil­czyca, któ­rej czyny tylko potwier­dzają repu­ta­cję twar­dzielki.

No tak, teraz pró­buję sobie wyobra­zić alter­na­tywny wszech­świat, w któ­rym choć zbli­żam się do repu­ta­cji twar­dzielki. Spró­bujmy to sobie wyobra­zić zapi­sane pogru­bio­nym fon­tem. Imo­gen Scott: twar­dzielka. Sama kon­cep­cja wydaje się dość bez­sen­sowna. Jestem jedną z tych osób, które mają ulu­bione słówka ("oczy­wi­ście", oczy­wi­ście).

Co innego Edith.

Już same zdję­cia z dzie­ciń­stwa mówią wszystko. Na przy­kład to z wiej­skiego festynu w Yates, z zagrody ze zwie­rzę­tami. Stoję na nim obok znaku, na któ­rym wiel­kimi lite­rami zapi­sano: "PRO­SIMY NIE GŁA­SKAĆ OSIOŁ­KÓW!!!".

W kącie widać, jak Edith głasz­cze osiołka.

Albo to, jak stoję przy szta­lu­dze i z uwagą maluję nie­bie­ski pasek, który ma być nie­bem. Edith kuca za mną w pie­luszce, z tor­sem w zie­lo­nych odci­skach jej małych rączek. No i, oczy­wi­ście, jest też cała seria zdjęć z moich siód­mych uro­dzin, na któ­rych Edith jest ubrana iden­tycz­nie jak Jason z Piątku, trzy­na­stego.

Fakt fak­tem, że moje uro­dziny wypa­dają w Hal­lo­ween. Ale i tak.

To było dopiero połu­dnie. A ona miała pięć lat.

Teraz wyska­kuje z auta, gdy tylko otwie­ram drzwi pasa­żera -?jakby Otávio Car­doso, plu­szowy miś w ludz­kiej for­mie, miał zaraz z nią wal­czyć o strzelbę. Ale zamiast prze­sko­czyć na przed­nie sie­dze­nie, towa­rzy­szy mi w dro­dze do bagaż­nika samo­chodu Gret­chen.

-?Immy, posłu­chaj mnie. Jako twoja star­sza sio­stra...

-?To się nie zga­dza z fak­tami...

-?Z chro­no­lo­gią? Jasne -?mówi. -?Ale jeśli cho­dzi o duszę? Este­tykę?

W rze­czy­wi­sto­ści Edith jest jak współ­cze­sna Amy March. A ja wpa­dam pro­sto w szu­fladkę "chce być Jo, ale tak naprawdę jest Meg".

-?Mówię tylko, że istota stu­diów wyż­szych...

-?Według cie­bie, uczen­nicy trze­ciej klasy liceum.

-?Istota stu­diów wyż­szych -?powta­rza -?to szansa na wyrwa­nie się ze swo­jej strefy kom­fortu. Długo nad tym myśla­łam i... Immy, serio myślę, że w ten week­end powin­naś odpu­ścić z nit­ko­wa­niem zębów.

-?Czyli istotą stu­diów... jest to, że mam nie nit­ko­wać zębów.

-?Wła­śnie.

Wycią­gam swoją walizkę z bagaż­nika Gret­chen i zamy­kam klapę.

-?Wezmę to pod roz­wagę.

-?Poza tym uwa­żam, że przyda ci się tro­chę spon­ta­nicz­nych imprez na kam­pu­sie.

-?Hmm.

-?Masz wio­senne ferie! Spę­dzasz je na uczelni! Z faj­nymi, queero­wymi oso­bami!

-?Wiesz, że w Penn Yan też są osoby queerowe, nie? I nawet mają swój klub? -?Uno­szę dło­nie. -?Może kie­dyś... sama nie wiem... przy­szła­byś na któ­reś spo­tka­nie?

Potrząsa głową.

-?Wtorki odpa­dają.

We wtorki Edith zawsze spo­tyka się ze swoją dziew­czyną na Zoo­mie. Tak jak w inne dni. Ale nawet przed Zorą zawsze znaj­do­wała jakiś powód, by uni­kać Soju­szu Dumy. Tym­cza­sem ja byłam na pra­wie każ­dym spo­tka­niu od pierw­szej liceum, jako jedyna Sojusz­niczka przez duże S w gru­pie. Przy­naj­mniej byłam jedyna do tego roku szkol­nego, gdy Otávio dołą­czył do koła po wyj­ściu Lili z szafy. Wszy­scy w gru­pie zwa­rio­wali na punk­cie Otávia. "Król woke", "brat roku" et cetera. To nawet zabawne, chyba. Co do mnie, wciąż się chyba zasta­na­wiają, co tam robię.

Przez jakiś czas bałam się, że nie powinno mnie tam być. Całymi tygo­dniami czy­ta­łam wszyst­kie wypo­wie­dzi na blo­gach i Red­di­cie na temat sojusz­nic­twa i bez­piecz­nych prze­strzeni, jakie zna­la­złam, pró­bu­jąc się dowie­dzieć, czy w ogóle wolno mi przy­cho­dzić na spo­tka­nia. Czy jestem kolejną hete­ryczką, która robi najazd na queerową prze­strzeń? Czy okażę się nie­pro­szo­nym gościem, któ­rego obec­ność wszyst­kich zgasi? Tyle punk­tów widze­nia, a kon­sen­susu brak. To było okropne -?nie mogłam znieść tej nie­pew­no­ści. Mój mózg ni­gdy nie potrafi się zado­mo­wić w nowej prze­strzeni, dopóki nie poznam wszyst­kich obo­wią­zu­ją­cych w niej zasad. Co jest mile widziane, co jest dozwo­lone -?a nawet to, czego nie wolno. Restryk­cje też bowiem two­rzą swo­iste poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Cóż, wie­dzia­łam, że for­mal­nie wolno mi tam być. Przy­naj­mniej według ofi­cjal­nych wska­zó­wek dla kół i grup poza­lek­cyj­nych z prze­wod­nika ucznia liceum w Penn Yan. Poza tym wie­dzia­łam, oczy­wi­ście, jak ważne to było dla Gret­chen, bio­rąc pod uwagę, jak skoń­czyło koło queerowe w jej sta­rej szkole. Nie żeby kie­dy­kol­wiek przy­znała to wprost, ale chyba obie wiemy, że jestem jej hete­ryczką od emo­cjo­nal­nego wspar­cia.

Po pro­stu cza­sem czuję się tro­chę nie na miej­scu -?zbyt nor­malna, zbyt wyraź­nie nie­qu­eerowa. Jak wtedy, gdy Gret­chen nazywa mnie i Otávia "hete­ro­po­ta­mami", albo gdy ktoś nawet nie może nas zapy­tać o ulu­bione jedze­nie bez uwagi, że "kon­spi­ruje z hete­ry­kami".

Tele­fon wibruje -?to wia­do­mość od Lili.

Przy­je­cha­łaś!!! Już idę!!! Daj mi pięć minut maks!!!

Gret­chen i Otávio zdą­żyli już wyjść z samo­chodu i do nas dołą­czyć. Potrzą­sam głową.

-?Serio, już dość zro­bi­łaś...

-?Cicho. -?Gret­chen bie­rze moją walizkę i cią­gnie ją za sobą na skraj par­kingu, pod­czas gdy my wle­czemy się za nią. Gdy docho­dzimy do chod­nika, przy­staje i przy­gląda się oko­licy: małemu, poro­śnię­temu trawą dzie­dziń­cowi scho­wa­nemu za gro­madką cegla­nych budyn­ków. Ni­gdzie ani śladu Lili, co wcale nie jest zaska­ku­jące. Lili zawsze łapie "pię­cio­mi­nu­towe" spóź­nie­nia, które cza­sem trwają pięć minut, a cza­sem ozna­czają, że dopiero co się obu­dziła, musi się ubrać i chcia­łaby, by to zajęło tylko pięć minut.

Z jed­nego z budyn­ków wylewa się gro­madka stu­den­tów: nie­sforni, o rado­snych twa­rzach, w pełni gotowi na week­end. Gret­chen się wychyla i tak ich prze­wierca wzro­kiem, jakby zaraz miała zacząć pro­wa­dzić tere­nowe notatki. Może to wła­śnie powin­nam robić: obser­wo­wać praw­dziwą mło­dzież z col­lege'u w jej śro­do­wi­sku natu­ral­nym.

W końcu za pół roku sama będę jedną z nich. Nawet uczel­nia się zga­dza.

Wciąż nie wydaje mi się to realne... Choć trzeba przy­znać, że przy­ję­łam ofertę Blac­kwell dopiero tydzień temu. Gret­chen uważa, że za bar­dzo się ase­ku­ruję, że będę zbyt bli­sko domu. Ale gdy otrzy­ma­łam sty­pen­dium, sprawa wła­ści­wie sama się roz­wią­zała. Loka­li­za­cja to tylko bonus.

-?U-la-la. -?Gret­chen sztur­cha mnie w bok, wciąż patrząc przed sie­bie. - Zna­la­złam jed­nego.

-?Jed­nego co?

-?Chło­paka-stu­denta.

-?Ten gatu­nek czę­sto osie­dla się na uczel­niach...

Roze­śmiała się.

-?Cho­dzi mi o ład­nego chło­paka-stu­denta. Cia­cho z ciał­kiem.

-?A nie sama głowa lata­jąca w powie­trzu. Czaję.

Edith wychyla się i podąża wzro­kiem za spoj­rze­niem Gret­chen.

-?Czego szu­kamy?

-?Szara koszulka, biała czapka. To będzie wio­senny romans Imo­gen.

-?Ee, że co?

Edith robi zachwy­coną minę.

-?Znamy go?

-?W ogóle.

-?Jesz­cze nie, ale poznamy! Nazwijmy go Bruce. A może Bryce? -?Gret­chen prze­chyla głowę. -?Bruce. Musi być... z dru­giego roku. Na pewno pocho­dzi z jakie­goś faj­nego miej­sca.

Otávio zerka znad tele­fonu.

-?Kim jest Bruce?

-?MAINE. Musi być z Maine.

Mru­gam.

-?Maine jest fajne?

-?I lubi homary. Bo jest z Maine. -?Gret­chen wzru­sza ramio­nami. - Wybacz, tylko tyle wiem o Maine.

-?Mhm. Skoń­czy­łaś już?

-?CZE­KAJ. Nie. Moment. -?Gret­chen przy­ci­ska obie dło­nie do policz­ków. - Nowy cel. Okej. Okej, wła­śnie wyszedł dru­gim wyj­ściem. Nie ten z zaro­stem. Zie­lona bluza z kap­tu­rem, idzie obok dziew­czyny...

-?Jesz­cze lepiej. Facet w związku.

-?Z dziew­czyną, która nosi kara­biń­czyk i pier­ścio­nek na kciuku?

Prze­gry­zam wargę.

-?Może?

-?Hej... Prze­pra­szam! Cześć! Już jestem! -?Lili śli­zga się na chod­niku w tramp­kach wło­żo­nych tylko do połowy. Przy­tula mnie, przy­tula Edith, czo­chra włosy Otávia, by potem też go przy­tu­lić. A potem odwraca się sztywno do Gret­chen.

-?Cześć.

-?Cześć -?odpo­wiada Gret­chen, ski­nąw­szy głową.

Lili klasz­cze w dło­nie.

-?Okej! Może już...?

-?Tak. Okej, to ten. Do zoba­cze­nia, jak wrócę? -?mówię. -?Gretch, serio, dzięki za pod­wózkę.

-?Żaden pro­blem. Hej. -?Gret­chen patrzy mi w oczy. -?Wszystko gra?

-?Aha! Pew­nie! Jasne.

Lili prze­wraca lekko oczami i sięga po moją walizkę.

Gret­chen mnie przy­tula.

-?Pozdrów od nas Bruce'a, okej?

-?I nie czyść zębów nitką -?dodaje Edith z dołecz­kiem, który robi jej się nawet przy naj­lżej­szym uśmie­chu. Tak jak u mnie.

2

-?Rato­wać? -?Lili mruży oczy. -?Przede mną?

-?Ach, nie... Chyba po pro­stu cho­dzi jej o, no wiesz, uczel­nię. -?Robię nie­okre­ślony gest w kie­runku kam­pusu.

Lili przy­staje.

-?Hej. Coś cię mar­twi?

-?Nie. Wszystko gra. Jest dobrze! Po pro­stu Gret­chen to Gret­chen.

-?Tia. Gret­chen w całej oka­za­ło­ści. -?Lili kie­ruje nas na krętą, beto­nową ścieżkę. -?Nie­ważne. Cześć! To jest Blac­kwell!

-?Cześć, Blac­kwell!

Pierw­szy raz naprawdę widzę kam­pus. Mój przy­szły dom.

To zna­czy setki razy prze­jeż­dża­łam obok. Tata nawet raz mnie prze­wiózł po bocz­nych ulicz­kach. Ale to bar­dziej przy­po­mi­nało zer­ka­nie do cudzego domu przez okno na par­te­rze. Teraz bar­dziej to przy­po­mina wej­ście do przed­po­koju.

Lili już zaczęła odgry­wać prze­wod­niczkę.

-?To jest główny dzie­dzi­niec, a ten ceglany budy­nek to nowe cen­trum sztuk wido­wi­sko­wych.

-?Rany. To wszystko jest takie... -?Milknę, a mój wzrok zatrzy­muje się na sza­rym, kamien­nym budynku poro­śnię­tym wino­blusz­czem. -?Wygląda jak chatka z baśni.

To ją roz­ba­wiło.

-?To biuro stu­denc­kie.

-?Za ładne na biuro stu­denc­kie!

-?Teraz już wiesz, czemu tak cię cisnę­łam o wizytę!

-?Wiem. Wiem, że...

-?Ale hej, przy­naj­mniej odwie­dzi­łaś mnie dokład­nie tyle samo razy, co Gret­chen!

Żar zalewa mi policzki.

-?Nie, ja wiem, Lili. Prze­pra­szam...

-?Żar­tuję. -?Zerka na mnie krzywo. -?Nic nie szko­dzi, okej?

-?Aha. Nie, po pro­stu -?prze­ły­kam ślinę -?mia­łam ostat­nio urwa­nie głowy, masa nauki, skła­da­nie papie­rów, ta cała sprawa z samo­cho­dem. A potem jesz­cze nad­gar­stek babci...

-?Racja. Nie no, Immy, czaję. Na serio.

-?Po pro­stu nie chcę, byś myślała, że ja...

-?Nie myślę! Naprawdę. Po pro­stu cie­szę się, że tu jesteś. -?Uśmie­cha się. -?Wszystko będzie ide­al­nie.

I może fak­tycz­nie. Może to będzie jedna wielka prze­cią­ga­jąca się zabawa z noco­wa­niem, zupeł­nie jak w dzie­ciń­stwie. Spę­dza­ły­śmy wtedy razem całe week­endy: budo­wa­ły­śmy baśniowe domki, gra­ły­śmy w Mario Kart, cho­dzi­ły­śmy na lody do Seneca Farms. W let­nie waka­cje spa­ły­śmy na zmianę u mnie i u niej w domu, jakby nasze rodziny spra­wo­wały opiekę naprze­mienną.

W domu Lili mia­łam swoje wła­sne rytu­ały. Jako dziecko byłam ist­nym ran­nym ptasz­kiem -?budzi­łam się gotowa do dzia­ła­nia przed szó­stą rano, choć w week­endy i waka­cje Lili i Otávio spali przy­naj­mniej do dzie­wią­tej lub dzie­sią­tej. Ale te ranki czę­sto były naj­lep­sze. W szor­tach od piżamy scho­dzi­łam z pię­tra na palusz­kach, a za mną wlo­kła się Mel, nale­żąca do Lili sunia pół-beagle. Rodzice Lili pra­wie zawsze byli już na nogach, a jej tata zwy­kle mnie witał sło­wami "Bom dia, querida!". Robił mi kawę z mle­kiem i dużą ilo­ścią cukru, by potem znik­nąć gdzieś z książką. Potem sia­da­łam na kana­pie z Mel i mamą Lili i zwy­kle uda­wało nam się obej­rzeć cały film, zanim Lili zeszła na dół. Wła­śnie tak pozna­łam więk­szość moich ulu­bio­nych fil­mów: Che­er­le­aderkę, Słod­kie zmar­twie­nia, Orbi­to­wa­nie bez cukru. Prak­tycz­nie wszyst­kie kome­die roman­tyczne z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, jakie powstały. Mama Lili oglą­dała je na kase­tach wideo po prze­pro­wadzce do Nowego Jorku, gdy uczyła się potocz­nego angiel­skiego.

Rzecz w tym, że Lili i ja jeste­śmy bar­dziej jak kuzynki niż przy­ja­ciółki, dla­tego wizyta na uczelni powinna być natu­ralną kon­ty­nu­acją naszej zna­jo­mo­ści. Jak włą­cze­nie filmu po pau­zie. Tylko że gdy już tu jestem, zasta­na­wiam się, czy w ogóle była jakaś pauza. Może to ja się zatrzy­ma­łam, a wszy­scy inni już dawno pomknęli do przodu.

-?O, to jest cał­kiem spoko -?mówi Lili. -?Pod zie­mią jest cała sieć tuneli, która łączy budynki po tej stro­nie kam­pusu.

-?Coś jak schron burzowy?

-?Pew­nie można by je tak wyko­rzy­stać. -?Przy­staje i opiera stopę o ławkę. -?Nie wiem, po co je zbu­do­wano. Tak naprawdę nawet nie wolno nam tam scho­dzić, trzeba zna­leźć kogoś, kto wie, które wej­ście jest otwarte.

-?Czyli to takie tajne sto­wa­rzy­sze­nie?

Lili się śmieje, wcią­ga­jąc tył trampka na piętę.

-?Nic z tych rze­czy. Pamię­tasz moją przy­ja­ciółkę Tessę?

Umysł pod­suwa obraz dziew­czyny z kucy­kiem w chło­pię­cej koszuli w kratę. Po tym, jak czę­sto prze­wija się na zdję­ciach Lili, jasno widać, że są naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Domy­ślam się, że to nowa, ulep­szona wer­sja mnie.

-?Jej brat jest na trze­cim roku i zapro­wa­dził nas na dół w zeszłym seme­strze. Miej­sce super. Straszne. Ale w taki nie­sa­mo­wity spo­sób. Ściany są całe w graf­fiti, ale wyłącz­nie z lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych. Zupeł­nie jak kap­suła czasu.

Lili tak swo­bod­nie odwza­jem­nia mój uśmiech, że aż coś mnie szar­pie w piersi. Nie sądzę, bym kie­dy­kol­wiek widziała ją tak otwartą. To zna­czy, może w domu, gdy jeste­śmy tylko we czwórkę: ona, ja, Edith i Otávio. Ale ni­gdy w szkole. Choć miała w swo­jej kla­sie całą paczkę przy­ja­ciół, ni­gdy nie odnio­słam wra­że­nia, by przy nich czuła się w pełni swo­bod­nie.

Za to tutaj... Uśmie­cha się i macha do kole­ża­nek, gdy je mijamy, mówiąc coś w stylu:

-?To Clara z moich zajęć z filo­zo­fii.

Albo:

-?O, Mika zro­biło wspól­nego Tik­Toka z tym ziom­kiem. Zapo­mnia­łam, jak on się nazywa. Ale to był ten fil­mik z dom­kiem z pier­nika. Widzia­łaś?

Widzia­łam. Trzy razy. I wysła­łam go też Gret­chen.

Mika, przy­ja­cioło Lili, jest cał­kiem sławne na Tik­Toku -?przede wszyst­kim z tego, że two­rzy nie­zwy­kle szcze­gó­łowe dio­ramy i wkleja do nich nagra­nia sie­bie, jak tań­czy, zro­bione za pomocą apki wideo z green scre­enem. Ledwo mi się mie­ści w gło­wie, że Lili przy­jaźni się z praw­dziwą sławą. Choć wła­ści­wie wszy­scy jej przy­ja­ciele wydają mi się sła­wami, z samych jej zdjęć i rela­cji.

Lili skręca z dzie­dzińca w stronę jed­nej z uli­czek z budyn­kami miesz­kal­nymi -?głów­nie domami róż­nych bractw1 z wiel­kimi grec­kimi lite­rami na fron­tach i traw­ni­kami, na któ­rych roze­brani od pasa w górę faceci wyle­gują się na leża­kach. Chyba żaden z nich nie dostał powia­do­mie­nia, że mamy marzec na pół­nocy stanu Nowy Jork.

Teraz przy­staje przed domem z drew­nia­nych desek, z kolo­ro­wymi fla­gami zwie­sza­ją­cymi się z więk­szo­ści okien.

-?No więc... Oto Tęczowy Dwór. Coś w rodzaju domu brac­twa queer. Ludzie tu miesz­kają, ale też urzą­dzają różne wyda­rze­nia i wolon­ta­riaty. Takie tam. -?Posyła mi szybki pół­u­śmiech. -?No i robią naj­lep­sze imprezy.

Chyba tra­fi­łam do alter­na­tyw­nego wszech­świata... Prze­pra­szam, ale znam Lili Car­doso, odkąd skoń­czyła trzy latka, i wiem, że imprezy to jej oso­bi­ste pie­kło. Mowa o dziew­czy­nie, która na każ­dych let­nich kolo­niach wszę­dzie nosiła ze sobą grube wyda­nia Tamory Pierce z poza­gi­na­nymi rogami, na wypa­dek gdyby miała nie­ocze­ki­wany czas wolny i ktoś by pró­bo­wał do niej zaga­dać.

Z jej przy­ja­ciółmi ze stu­diów musi być ina­czej. Jej tak zwana queerowa paczka. Poznali się na impre­zie pod­czas tygo­dnia zapo­znaw­czego i zostali nie­roz­łączną dru­żyną na śmierć i życie. To dla Lili pierw­sze praw­dziwe tęczowe przy­jaź­nie.

Cie­szy mnie jej szczę­ście. Oczy­wi­ście.

Nawet jeśli cza­sem czuję, jak­by­śmy się tro­chę od sie­bie odda­liły.

Ciężko to wyja­śnić, bo ona wcale nie pró­buje mnie od sie­bie odsu­nąć. Stra­ci­łam wręcz rachubę, ile razy zapra­szała mnie do sie­bie do aka­de­mika na week­end. A gdy jej współ­lo­ka­torka wypro­wa­dziła się z kam­pusu po feriach zimo­wych, wła­ści­wie mogłam przy­je­chać kie­dy­kol­wiek.

Naprawdę chcia­łam z tego zapro­sze­nia sko­rzy­stać.

Ale cza­sem w takich sytu­acjach zaplą­tuję się we wła­snych myślach. Chyba cho­dzi o to, jak Lili mówi o tym miej­scu, bez żad­nego śladu zło­śli­wo­ści czy cyni­zmu. Sama sło­dycz. Wiem, że to dobrze, ale tro­chę mnie to nie­po­koi. Jakby tuż po wyjeź­dzie wszystko w jej życiu zasko­czyło jak należy.

A to czyni mnie wspo­mnie­niem. Relik­tem z dzie­ciń­stwa Lili w hete­ro­nor­ma­tyw­nym mia­steczku. Wszystko pasuje do tej roli, włącz­nie z wyglą­dem -?kar­di­gan nie­mal się­ga­jący dołu spód­nicy, ciem­no­blond włosy zwią­zane z tyłu w kucyk i pod­pięte po bokach. Nawet moja torebka jest zbyt mało­mia­stecz­kowa i grzeczna -?minia­tu­rowy tor­ni­ster z brą­zo­wej sztucz­nej skóry, zawie­szony na pasku przez ramię.

Może byłoby mi łatwiej, gdy­bym wyglą­dała jak Gret­chen: włosy różowe jak wata cukrowa i ciu­chy pro­sto z serialu Eufo­ria.

-?Na serio, wszystko w porządku? -?pyta Lili. -?Jesteś jakoś dziw­nie cicha.

Mru­gam.

-?Oj! Przepr...

-?Nie prze­pra­szaj... tak po pro­stu mówię. W każ­dym razie, to tutaj! -?Lili wska­zuje na trzy ceglane budynki wokół dużego, przy­tul­nego traw­nika. - Ten środ­kowy to nasz, Pali­san­der. Ale we wszyst­kich trzech miesz­kają głów­nie pierw­szo­rocz­niaki.

Przy­staję, by się wszyst­kiemu dobrze przyj­rzeć. Trzy budowle połą­czone prze­ci­na­ją­cymi się ścież­kami jakoś do sie­bie pasują, choć są w róż­nych sty­lach. Gdzie nie spoj­rzę, widać stu­den­tów i stu­dentki sie­dzą­cych na ław­kach lub kocach, spa­ce­ru­ją­cych dwój­kami i trój­kami, ze swo­imi listo­nosz­kami i ple­ca­kami. Ani jedna z tych osób nie wygląda na stu­denta pierw­szego roku. Wydają się ode mnie starsi o całe lata.

-?Zostawmy tu twoją torbę -?mówi Lili. -?Jesteś głodna? Kiedy chcia­ła­byś coś zjeść?

-?Kiedy tylko będziesz...

-?Immy, nie. Nie wchodź w tryb zado­wa­la­nia ludzi.

-?Nie wcho­dzę!

-?Wcho­dzisz!

-?No, ale to nie­umyśl­nie!

-?Wiem -?śmieje się krótko i robi głę­boki wdech. -?Prze­pra­szam.

-?Nie, to ja prze­pra­szam...

-?Albo nie! Nie róbmy tego. Za nic nie prze­pra­szamy. Nie mamy skru­pu­łów. Jasne? -?Obej­muje mnie z boku.

Uśmie­cham się sze­roko.

-?Jasne.

Ledwo zro­bi­ły­śmy dwa kroki w stronę aka­de­mika, gdy jakiś chło­pak pod­krada się do Lili i zakrywa jej oczy dłońmi.

-?Zgad­nij kto!

Lili nawet się nie zatrzy­muje.

-?Dec­lan, poznaj...

-?Imo­gen! -?Całuje mnie w poli­czek. -?W końcu.

Na jego twa­rzy uka­zuje się uśmiech odsła­nia­jący cie­niutką prze­rwę mię­dzy jedyn­kami, a mi na chwilę zapiera dech w piersi. Oczy­wi­ście znam go ze zdjęć Lili, tego uro­dzo­nego modela. Jest biały, ma pla­ty­nowe włosy i wyraź­nie zary­so­waną twarz. Pozna­nie go oso­bi­ście naprawdę przy­po­mina spo­tka­nie z jakąś gwiazdą.

Z wyjąt­kiem tego, że on mnie roz­po­znał. Nie wiem, czemu wcze­śniej nie przy­szło mi do głowy, że mogę ist­nieć dla nowych przy­ja­ciół Lili w ten sam spo­sób, w jaki oni ist­nieją dla mnie.

Dec­lan bie­rze moją walizkę, zby­wa­jąc zdzi­wione podzię­ko­wa­nia.

-?Złotko, my tu cię wycze­ki­wa­li­śmy. Wiele o tobie sły­sze­li­śmy.

Zer­kam z boku na Lili.

-?Ach tak?

-?Naga­da­łam im samych złych rze­czy -?mówi. -?Teraz cię nie zno­szą.

-?Wcale nie. -?Odwraca się do mnie i prze­cho­dzi na teatralny szept. - Wyłą­czam się za każ­dym razem, gdy zaczyna gadać.

Lili go popy­cha.

-?Hej, jakie mamy plany w związku z kola­cją?

-?Zabawne, że pytasz! Wła­śnie szli­śmy do Zimówki. Mie­li­śmy nadzieję, że "omi­niemy korki", jak to teraz mówi mło­dzież.

-?Ach, ta mło­dzież. Zawsze omija korki. Cóż za modny, nowy slang.

Dec­lan się śmieje i otwiera usta, by odpo­wie­dzieć, ale prze­rywa mu para nowych przy­by­szy: Mika i Kayla. Znów prze­ży­wam to samo nie­po­ko­jące déja vu.

Poznaję Mikę z Tik­Toka, oczy­wi­ście. Nie­bi­narna osoba pocho­dze­nia japoń­sko-ame­ry­kań­skiego, łącząca męską i żeń­ską este­tykę na swój wła­sny, uni­kalny styl: maki­jaż soft glam i spinki we wło­sach, dżinsy z wyso­kim sta­nem, do tego koszula but­ton down z tka­niny w ptaki. Lili chyba mi mówiła, że jest spod Min­ne­apo­lis. To dla mnie takie dziwne, że ktoś z Min­ne­soty w ogóle roz­wa­żał naukę w sta­nie Nowy Jork. Kayla jest z Albany, jej obec­ność tu ma nieco wię­cej sensu. Wysoka i chuda, ma skórę w odcie­niu ciem­nego brązu, wysta­jące kości policz­kowe i dredy sister­locks ścią­gnięte w kok. Wiem, że jest wielką fanką anime -?Lili mówiła, że kie­dyś zaj­mo­wała się cosplayem. Na mój widok robi teatralny wdech zasko­cze­nia.

-?Czy to jest ta Imo­gen?

-?Tak. Cześć! Kayla, prawda? -?Ręka drga mi u boku. Nie wiem, czy mam ją podać, czy co. Czy to moment na przy­tu­la­nie? Powin­nam dać buziaka w poli­czek, jak Dec­lan?

Mika zakłada kosmyk wło­sów za ucho i się uśmie­cha.

-?Mam wra­że­nie, że już się znamy.

-?Przy­jeż­dżasz tu na jesień, prawda? -?pyta Kayla. -?Zna­czy, tak ofi­cjal­nie?

-?No! Tak, bar­dzo się cie­szę -?mówię, bar­dzo szybko kiwa­jąc głową; robię tak głów­nie po to, by odwró­cić uwagę od tego, co Edith nazywa moją "twa­rzą kró­liczka": wyba­łu­szone oczy, łagodna i wiecz­nie czujna mina. Chyba już nie jest tak źle jak kie­dyś -?teraz prze­cho­dzę w tryb kró­liczka tylko wtedy, gdy poznaję kogoś nowego. Zawsze wiem, gdy to się zaczyna, bo przez chwilę czuję, jakby moje usta odłą­czały się od mózgu. Nawet gdy aku­rat coś mówię. Zabawne uczu­cie.

Ale nie robię tego celowo, po pro­stu mam to po tacie. Zawsze był nie­śmiały, tak samo jak ja. Mama uwiel­bia opo­wia­dać histo­rię, jak przez wiele lat myślała, że tata jest wiel­kim kino­ma­nem, bo tak czę­sto zapra­szał ją na filmy, gdy zaczy­nali się spo­ty­kać. Tak naprawdę robił to po to, by nie musiał pod­trzy­my­wać roz­mowy. Ale potem mama kupiła mu sta­ro­świecki kube­łek na popcorn na Gwiazdkę, więc musiał spę­dzić kolejne parę lat, uda­jąc, że się inte­re­suje kinem, bo nie chciał zra­nić jej uczuć. Oto ener­gia Imo­gen w pigułce.

Tata jed­nak ukrywa to lepiej niż ja -?albo przy­naj­mniej lepiej umie zni­kać w piw­nicy w razie potrzeby. Mimo to ja zawsze wiem, kiedy jego mózg prze­cho­dzi w tryb uśpie­nia. To jakoś daje się wyczuć mię­dzy zda­niami.

-?Myślę, że będzie wspa­niale -?dodają moje usta. -?Wiem, jak bar­dzo Lili jest zachwy­cona tym miej­scem.

Odtwa­rzam to ponow­nie w gło­wie -?okej, jest dobrze. Brzmię pra­wie nor­mal­nie. "Wspa­niale. Lili jest zachwy­cona". Zwy­czajne Imo­gól­niki, nic wię­cej.

-?Okej, uwiel­biam to -?mówi Kayla. -?Doj­rza­łość. Co za wspa­niały widok.

Lili pociera czoło.

-?Ha. Dobra, nie chcę was zatrzy­my­wać. Wciąż musimy odnieść bagaże, ale możemy dołą­czyć do was na kola­cję. Tessa przyj­dzie?

-?Jesz­cze nie odpi­sała. Pew­nie wciąż sie­dzi z him­bo­siami -?mówi Dec­lan.

-?Zaj­rzę do niej na wszelki wypa­dek. -?Lili odwraca się do mnie. -?Jej pokój sąsia­duje z naszym. Wła­ści­wie to masz z nią wspólną ścianę.

Lili mówi to tak, jak­bym wpro­wa­dzała się już na stałe.

Naj­dziw­niej­sze jest to, że nie do końca się myli.

3

Na wąskie kory­ta­rze w aka­de­miku Lili skła­dają się ściany z bia­łych pusta­ków, szara pętel­kowa wykła­dzina i takie same pro­sto­kątne lampy flu­ore­scen­cyjne, jakie są u nas w szkole. Ale widać też akcenty domowe: słowo "cześć" zło­żone z dru­ko­wa­nych liter z taśmy washi, przy­kle­jone ulotki na temat róż­nych wyda­rzeń i wielki biały arkusz papieru koło łazienki, w poło­wie pokryty rysun­kami i ręcz­nie wypi­sa­nymi cyta­tami. Zauwa­żam jeden, który ktoś napi­sał fio­le­to­wym mar­ke­rem i pod­pi­sał imie­niem Lili: "Być albo nie być, oto włosy na kla­cie".

Nie odczu­wam tego jako cios w brzuch -?bar­dziej jako krót­kie, ostre ukłu­cie pod żebrami. Pry­watne żarty innych ludzi zawsze tak mnie bolą, ale ni­gdy nie umiem dokład­nie powie­dzieć czemu. Może to jakaś odmiana poczu­cia osa­mot­nie­nia.

-?Okej, przy­go­tuj się na naj­gor­sze -?mówi Lili, wycią­ga­jąc klucz. -?Mój pokój to prak­tycz­nie szafa.

Na drzwiach Lili wisi biała, sucho­ście­ralna tablica, na któ­rej nary­so­wano dwa chibi kotki z ogo­nami spla­ta­ją­cymi się w ser­duszko. Nad nią, podob­nie jak na więk­szo­ści drzwi, które mija­ły­śmy, nakle­jono dwie chmurki z bry­stolu.

WITAJ, EMI­LIO.

WITAJ, SYD­NEY.

Par­skam śmie­chem, gdy tylko Lili otwiera drzwi.

-?Kiedy mówi­łaś, że pokój jest wiel­ko­ści szafy, cho­dziło ci o gar­de­robę Kylie Jen­ner.

-?Okej, jak na dwu­oso­bowy pokój jest mały!

-?Przy­po­mnisz mi, jak czę­sto bywa tu Syd­ney?

W odpo­wie­dzi robi śmieszną minę i odsta­wia walizkę koło jed­nego z łóżek. Stoją tu dwa, zepchnięte pod ścianę, oba przy­kryte pościelą i narzu­tami, które poznaję z domu -?z domu Lili. Jej ulu­biony jed­no­ro­żec z tęczową grzywą, Pysio, leży pod koł­drą na jed­nym z nich.

Powie­dzia­ła­bym, że jest tu raczej przy­tul­nie; nie­ko­niecz­nie dla­tego, że sam pokój jest mały, bar­dziej cho­dzi o to, że wszyst­kie meble są w parach. Dwa łóżka, dwie szafy, dwa niskie drew­niane regały na książki. Ale czuję się jak w domu, bo wszę­dzie panuje zna­jomy nie­ład w stylu Lili. Na jed­nej z sza­fek leży stos pop-tar­tów i pude­łek bato­nów zbo­żo­wych, które mie­szają się z cera­micz­nymi koni­kami i kart­kami uro­dzi­no­wymi sprzed mie­siąca. Jej półki na książki to czy­sty chaos: Homer, Wergi­liusz, Eury­pi­des i Ary­sto­fa­nes leżą obok Made­line Mil­ler, Roxane Gay i pamięt­nika kogoś, kto wystę­po­wał w Kawa­le­rze do wzię­cia. Oczy­wi­ście na ścia­nach wisi kolek­cja pocz­tó­wek Lili przy­le­pio­nych w dość przy­pad­ko­wych sku­pi­skach. Wodo­spad Nia­gara obok wydru­ko­wa­nej okładki pierw­szej czę­ści Check, Ple­ase!, "Tracy Mitrano na kon­gres­menkę!" obok "Bem-vindo a S?o Paulo".

Za to nad oboma łóż­kami wiszą wyłącz­nie zdję­cia -?rzędy odbi­tek stop­niowo opa­da­jące w dół, bo Lili nie umie utrzy­mać linii pro­stej nawet za cenę życia. Te nad moim łóż­kiem zostały w więk­szo­ści zro­bione w tym roku, gru­powe sel­fie i sło­neczne migawki jej przy­ja­ciół w naj­róż­niej­szych pozy­cjach. Ale te nad łóż­kiem Lili pocho­dzą z domu.

Pod­cho­dzę, by przyj­rzeć im się z bli­ska, i uśmie­cham się do tej wystawy: sto­doła mojej rodziny o zacho­dzie słońca, Main Street w Penn Yann, podwójna tęcza nad jezio­rem Keuka. A potem por­trety rodzinne wymie­szane z foto­gra­fiami z dzie­ciń­stwa. Natu­ral­nie jest tu z dzie­sięć zdjęć Mel, plus to z moich dzie­sią­tych uro­dzin, na któ­rych Lili prze­brała się za Mel. Stoję na nim obok, prze­brana za mojego kota Quincy'ego, obie mamy na szyi świe­cące obroże i trzy­mamy prze­peł­nione poszewki na hal­lo­we­enowe sło­dy­cze. Jest fotka Lili i Otávia, lat sie­dem i pięć, pro­mie­nie­ją­cych rado­ścią w iden­tycz­nych bia­łych koszul­kach Corin­thians, a obok widać, jak pra­wie dekadę póź­niej Lili pła­cze, gdy Casey McQu­iston pod­pi­suje dla niej książkę. Tra­fiło tu nawet zdję­cie, które po wielu namo­wach zro­biła jej mama dwa lata temu, tego lata, gdy pra­co­wa­ły­śmy, poda­jąc lody w Seneca Farms. Widać na nim, jak Lili gniew­nie patrzy na nią zza lady; była wtedy w szczy­to­wej fazie mroku i czar­nego eyeli­nera. Ja posłusz­nie stoję obok, pozu­jąc z meta­lową łyżką i uśmie­chem "czym mogę pań­stwu słu­żyć".

Ale moją ulu­bioną fotką jest ta z zeszło­rocz­nego Mar­szu Rów­no­ści, tydzień po coming oucie Lili. Stoi na nim owi­nięta różowo-żółto-tur­ku­sową flagą, a ja opie­ram się o nią, trzy­ma­jąc łokieć na jej ramie­niu. Edith zro­biła to zdję­cie i musiała powie­dzieć coś śmiesz­nego tuż przed tym, jak je zro­biła, bo obie wyraź­nie zano­simy się na nim śmie­chem.

-?Wszystko tu jest cudowne -?mówię, roz­sia­da­jąc się na łóżku Lili.

-?Hm, dzięki -?Lili opada koło mnie. Potem przez chwilę patrzy w mil­cze­niu przed sie­bie, aż w końcu mówi: -?Okej, musimy poga­dać.

Serce mi robi fikołka.

-?Och...

-?Nie cho­dzi o nic złego! W każ­dym razie... to żadna kata­strofa? Sama nie wiem. -?Kiwam wolno głową, a ona spo­gląda na mnie. -?No więc, moi przy­ja­ciele...

-?Wydają się super! Mówię serio. Są bar­dzo mili.

-?Nie no, tak, zde­cy­do­wa­nie, tylko że... -?Milk­nie, zbie­ra­jąc ciemne włosy z karku, zwija je, a potem daje im opaść. -?Wiem, że to wyszło tro­chę dziw­nie... Nie przez cie­bie -?dodaje. -?Imo­gen, jeśli teraz prze­pro­sisz, to dosłow­nie cię zabiję.

Przy­ci­skam rękę do ust, a ona wybu­cha śmie­chem. Ale potem wzdy­cha.

-?Sprawa wygląda tak. Cała tutej­sza paczka jest tak bar­dzo queerowa.

-?Tak jak ty. -?Marsz­czę brwi i na chwilę prze­ry­wam. -?O Boże, czy oni myślą... Nie chcę, by kto­kol­wiek czuł się zagro­żony...

-?Immy, daj spo­kój, nikt nie uważa cię za homo­fobkę. -?Potrząsa głową i się uśmie­cha. -?I tak, wiem, że też jestem queerowa. Moja orien­ta­cja ist­nieje naprawdę. I tak dalej. Chyba cho­dzi o to, że widzę, jak... Sama nie wiem. Jak oni mają to wszystko ogar­nięte, wiesz?

-?Okej...

-?Taka Kayla -?dodaje. -?Wyszła z szafy w gim­na­zjum. Zapro­siła dziew­czynę na bal w trze­ciej kla­sie i poca­ło­wała ją na par­kie­cie. W szkol­nej sali gim­na­stycz­nej.

-?Kurde, super! -?mówię i krzy­wię się wewnętrz­nie, zanim jesz­cze te słowa wyszły mi z ust. Mój głos zawsze ska­cze w górę, gdy ludzie mówią o cału­ją­cych się dziew­czy­nach, co zupeł­nie nie ma sensu, bo prze­cież przed­sta­wi­cielki róż­nych orien­ta­cji ota­czają mnie dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. Wiem, że cza­sem iry­tuję tym Gret­chen. Choć kiedy indziej przy­biera ton mamy na pierw­szym spo­tka­niu PFLAG2 i twier­dzi, że to roz­koszne i że takie ze mnie nie­wi­niątko. Ale to tylko onie­śmiela mnie bar­dziej.

Może skrę­po­wa­nie należy do tych mało­mia­stecz­ko­wych rze­czy, któ­rych trzeba się oduczyć i pozbyć. Mimo ist­nie­nia Soju­szu Dumy to nie jest tak, że Penn Yan jest jakąś tęczową przy­sta­nią. Nie umiem sobie nawet wyobra­zić dwóch dziew­czyn, które by się cało­wały na par­kie­cie w sali gim­na­stycz­nej mojego gim­na­zjum. Ten obraz po pro­stu nie działa. Wiem, że wtedy w moim rocz­niku były jedna lub dwie pary jed­no­pł­ciowe, ale jakoś odby­wało się to ciszej. Nie spo­ty­kały się w tajem­nicy, ale też zde­cy­do­wa­nie nie były bar­dzo widoczne.

A w Soju­szu Dumy wszy­scy mówią o tym, jak ciężko jest rand­ko­wać z kimś z wła­snej szkoły. Według Gret­chen wynika to z tego, że w Penn Yan każdy zna każ­dego. No i nie można za bar­dzo się trzy­mać za ręce ze swoją dziew­czyną w szkol­nej sto­łówce, gdy twoi nauczy­ciele przy­jaź­nią się z two­imi homo­fo­bicz­nymi rodzi­cami. Mówiąc hipo­te­tycz­nie, bo mama Pat­ter­son nie jest homo­fobką, rodzice Lili też nie. Ale zga­duję, że queer­fo­bia w jakiś spo­sób prze­nik­nęła do atmos­fery szkoły. Nawet Edith, która prak­tycz­nie ni­gdy nie była w sza­fie, nie spo­ty­kała się z nikim przed Zorą.

Naprawdę chcia­ła­bym swo­bod­niej pod­cho­dzić do takich rze­czy.

-?No, tak było z Kaylą -?mówi Lili. -?Tessa i Mika mieli dziew­czyny w liceum. Wła­ści­wie Mika miało też w gim­na­zjum, było ze swoją eks jakieś pięć lat. A Dec jest z Man­hat­tanu, więc kto to w sumie wie? On jest zupeł­nie na innym pozio­mie wta­jem­ni­cze­nia. Ciężko jest nie poczuć się nie­ade­kwat­nie, wiesz?

-?Bo ni­gdy z nikim się nie spo­ty­ka­łaś?

Lili i ja czę­sto z tego żar­to­wa­ły­śmy. Two­rzy­ły­śmy Klub Samot­nych Na Wieki. Żad­nych chło­pa­ków. Żad­nych przy­pad­ko­wych scha­dzek. Zwy­kła para naj­lep­szych przy­ja­ció­łek-sin­gie­lek, które dużo wię­cej czasu spę­dzają wśród zwie­rząt niż wśród chłop­ców.

Nie żebym nie chciała mieć chło­paka. Chcia­łam. Chcę. Cią­gle się w kimś zako­chuję i odko­chuję. Po pro­stu to nie jest coś, o czym roz­ma­wiam zbyt czę­sto -?szcze­gó­łów nie obga­duję nawet z Gret­chen i Lili. Moje zawi­ro­wa­nia ser­cowe zawsze wyda­wały mi się czymś bar­dzo pry­wat­nym. Wiem, że to dziwne. Na pewno jest mi z tym nieco samot­nie. Ale nie sądzę, żeby sta­tus sin­gielki kie­dy­kol­wiek wywo­łał u mnie poczu­cie nie­do­pa­so­wa­nia.

-?Nie o to cho­dzi. -?Lili marsz­czy brwi. -?W każ­dym razie nie do końca. Po pro­stu czuję się takim tęczo­wym dziec­kiem. Kiedy tu przy­je­cha­łam, byłam dopiero trzy mie­siące po coming oucie.

-?Nie powinni cię za to źle oce­niać.

-?Nie oce­niali -?prze­rywa. -?W sumie to im powie­dzia­łam, że wyszłam z szafy w liceum.

Zupeł­nie nie wie­dzia­łam, jak zare­ago­wać.

-?Ludzi naprawdę obcho­dzi, kiedy to zro­bi­łaś?

-?Zna­czy, nie moich przy­ja­ciół. -?Lili zakrywa twarz obiema rękami. - Nie wiem. Mia­łam napad głu­poty i... Dobra. -?Wydaje z sie­bie krótki, zdu­szony jęk, po czym zabiera ręce. -?Muszę ci o czymś powie­dzieć.

Nagle mam wra­że­nie, że znowu jest lato, tamto nie­dzielne, czerw­cowe popo­łu­dnie. Lili jakoś się wplą­tała w zapro­sze­nie na imprezę, którą zor­ga­ni­zo­wała taka jedna Brianna na zakoń­cze­nie szkoły i która była dokład­nie tak nudna i nie­zręczna, jak się tego spo­dzie­wa­ły­śmy. Dla­tego wyszły­śmy wcze­śniej. Odwio­zła mnie do domu. Pamię­tam, że lekko padało - tylko tro­chę -?i zapa­trzy­łam się w spły­wa­jące po szy­bie od strony pasa­żera kro­ple. A potem Lili zatrzy­mała się na czer­wo­nym świe­tle na Main Street i znie­nacka powie­działa moje imię.

-?Wiesz, myślę... że chyba jestem pan. To zna­czy pan­sek­su­alna.

Patrzyła przed sie­bie, gdy to mówiła, nawet wtedy, gdy ruszyła ide­al­nie ze zmianą świa­teł. Ale przy­gry­zała wtedy wargę, zupeł­nie tak jak teraz, i nie­mal myślę, że...

-?Umm... -?Lili śmieje się ner­wowo, a ja gwał­tow­nie wra­cam do teraź­niej­szo­ści.

-?Obie­caj, że mnie nie znie­na­wi­dzisz -?prosi.

4

Śmieję się.

-?Obie­cuję, że cię nie znie­na­wi­dzę.

-?Uch... Ale mogła­byś. -?Mruga, zaci­ska wargi, a potem zaczyna bar­dzo szybko mówić. -?Okej, to był tydzień zapo­znaw­czy. Wszy­scy sie­dzie­li­śmy u mnie w pokoju i nie wiem, temat jakoś zszedł na randki. Sie­dzia­łam tam i nic nie mówi­łam, czu­łam się straszną oszustką...

-?Nie jesteś...

-?Wiem! Wiem, że to absur­dalne. Nie jestem nawet pewna, co wtedy cho­dziło mi po gło­wie, ale chcia­łam być bar­dziej... auten­tyczna, tak mi się zdaje. No i mówię coś w stylu: "Aha, jasne, pew­nie, że mia­łam dziew­czynę". Tylko że Immy, w ogóle nie umia­łam tego sprze­dać. Wcale.

-?Nie musisz nic sprze­da­wać! I bez tego jesteś auten­tyczna.

-?Mia­łam napad głu­poty, pamię­tasz? W każ­dym razie mówię to i pani­kuję, bo to jasne, że zaraz mnie przej­rzą i będą mieli takie "spoko, luz". Wszy­scy pomy­ślą, że jestem hetero i wszystko udaję, nie?

-?Że ty... Pomy­śleli tak?

-?Wcale nie! Nawet nie pró­bo­wali tego pod­wa­żyć! Pytali tylko: "O, faj­nie, jak się pozna­ły­ście?". Ja już oczy­wi­ście zaczy­nam się sypać, wiesz. "Brawo, Emi­lia, miłej zabawy z wymy­śla­niem na bie­żąco swo­jej byłej dziew­czyny". -?Na chwilę zamyka oczy. -?Ale potem Tessa... Sie­działa tam, gdzie ty teraz, i nagle mówi: "Och, czy to ona?" i poka­zuje twoje zdję­cie.

Lili prze­suwa się na bok i stuka w kra­wędź jed­nego zdję­cia.

Tego z Mar­szu Rów­no­ści, na któ­rym się śmie­jemy.

-?Oj. -?Rumie­nię się. -?Pomy­ślała...

-?Tak.

-?To cał­kiem zabawne -?mówię.

-?Powie­dzia­łam jej, że tak -?odpo­wiada miękko.

Śmieję się krótko pod nosem.

-?Że jestem... twoją dziew­czyną?

To słowo brzmi w moich ustach dziw­nie, nie­mal obco.

-?Byłą dziew­czyną. Roz­sta­ły­śmy się w zgo­dzie latem. Tak bar­dzo cię prze­pra­szam. Uch. Wiem, to paskudne i oble­śne.

Mru­gam.

-?Nie, nie! To...

-?Po pro­stu wtedy to... wyda­wało się taką pro­stą odpo­wie­dzią. Co nie jest wymówką. Po pro­stu tego nie prze­my­śla­łam. Wcale. -?Wydaje z sie­bie spa­ni­ko­wany śmie­szek. -?Na przy­kład nie pomy­śla­łam o tym, że moja "była dziew­czyna Imo­gen" to praw­dziwa osoba, którą kie­dyś poznają.

Pró­buję to wszystko ogar­nąć.

-?Czyli wie­dzą, że ja to ja. Tylko myślą, że się spo­ty­ka­ły­śmy?

Lili przy­ci­ska obie dło­nie do policz­ków.

-?Zosta­ły­śmy parą w stycz­niu, roz­sta­ły­śmy się w lipcu, ale to tyle. Jesteś sobą, jeste­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami, dora­sta­ły­śmy razem i tak dalej. Cała reszta się zga­dza z rze­czy­wi­sto­ścią. Ach... tylko że jesteś LGBTQ. Myślą, że jesteś bi. -?Krzywi się lekko. -?Prze­pra­szam.

-?Nie no, to ma sens. Jasne, że jestem. Była­bym. Gdy­by­śmy były parą. Oczy­wi­ście. -?Szybko kiwam głową.

-?Okej, Immy, za mało się tym przej­mu­jesz. Okła­ma­łam ich! Wyma­za­łam twoją toż­sa­mość.

-?Moją toż­sa­mość hetero? Chyba nie ma cze­goś takiego.

-?Prze­stań mówić to, co myślisz, że chcę usły­szeć! Masz prawo mieć wła­sne odczu­cia w tej spra­wie.

-?Ale serio, to nic takiego.

-?To nic takiego, że wszy­scy moi przy­ja­ciele mają cię za bi? I myślą, że były­śmy parą? Nie prze­szka­dza ci to?

-?A czemu mia­łoby prze­szka­dzać?

Lili potrząsa głową.

-?Jakim cudem nie świ­ru­jesz? Prze­cież na pewno się teraz zasta­na­wiasz, czy się w tobie w tajem­nicy nie pod­ko­chuję, nie?

-?Co? Nie, Lili, ja...

-?Przy­się­gam, że nie. Po pro­stu mówię, masz prawo czuć się z tym tro­chę nie­swojo. Nawet nie przejmę się, jeśli mnie wydasz. To zna­czy przejmę się. Ale jeśli chcesz wszystko wyja­śnić, to możemy. Rozu­miem.

Otwie­ram usta i zaraz je zamy­kam, wciąż kręci mi się w gło­wie. Tro­chę się zacię­łam na tym frag­men­cie roz­mowy, w któ­rym Lili myśli, że ja myślę, że się we mnie zako­chała.

Wiem, że nie. Ja też nie.

Ale uważa, że ja mogę to podej­rze­wać? Jak­bym była tym wyjąt­ko­wym oka­zem hetero, który zakłada, że wszyst­kim oso­bom LGBTQ spa­dają majtki na jego widok?

To zna­czy przy­znaję, że cza­sem się zasta­na­wiam, co queerowe dziew­czyny o mnie myślą. Ale to tylko cza­sami, takie prze­lotne myśli. Zde­cy­do­wa­nie nie w taki spo­sób: "o, ty mnie kochasz".

Choć nie prze­szka­dza­łoby mi, gdy­bym się spodo­bała jakiejś dziew­czy­nie w ten spo­sób. Szcze­rze mówiąc, uzna­ła­bym to za super­kom­ple­ment.

Przy­tu­lam jed­no­rożca Pysia do piersi.

-?Czyli to tylko... Jestem bisek­su­alna? I cho­dzi­ły­śmy ze sobą, ale teraz się przy­jaź­nimy. Poza tym...

-?Tylko tyle. Wię­cej nie wymy­śla­łam, przy­się­gam. Żad­nych fał­szy­wych ran­dek ani wspo­mnień, nic. Mówi­łam tylko o tym, co naprawdę robi­ły­śmy. Jak oce­nia­nie lodziarni, wszystko, co robi­ły­śmy w sto­dole, wycieczka z Mel i Elo­ise do Wat­kins Glen. Nic nie zmie­nia­łam. Pew­nie myślą, że po powro­cie do domu się cało­wa­ły­śmy. Ale nie musimy o tym roz­ma­wiać - dodaje szybko. -?Naprawdę nie chcę, byś czuła się nie­kom­for­towo...

Sły­chać puka­nie do drzwi. Lili spo­gląda na mnie.

-?Nie czuję się nie­kom­for­towo. Serio.

-?Okej, no cóż. Jestem ci winna przy­sługę jak cho­lera -?mru­czy, po czym woła: -?Pro­szę!

Drzwi się otwie­rają i wcho­dzi dziew­czyna w szla­froku: biała, z krót­kimi ciem­nymi wło­sami, jesz­cze mokrymi po prysz­nicu. W ręku trzyma pla­sti­kowy pojem­nik na kosme­tyki. To Tessa, oczy­wi­ście, choć na więk­szo­ści zdjęć Lili miała dłuż­sze włosy. Ma w swo­jej twa­rzy jakąś otwar­tość nie do zapo­mnie­nia -?to coś w jej wiel­kich, brą­zo­wych oczach Winony Ryder lub pie­gach Clei DuVall.

-?Hej, spo­ty­kamy się z paczką w Zimówce? Za pięć minut mogę wycho­dzić. Tylko... -?prze­rywa. -?O Boże... Cześć, Imo­gen! Jestem Tessa. Wybacz, ja... zwy­kle noszę ubra­nia.

-?Cześć! Tak, jestem Imo­gen. Też noszę ubra­nia.

Par­ska zdła­wio­nym śmie­chem -?wła­ści­wie to bar­dziej niski chi­chot -?a jej uśmiech przy­wo­dzi mi na myśl zdej­mo­wa­nie apa­ratu na zęby. Nie żebym widziała kie­dyś Tessę w apa­ra­cie na zęby. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek taki miała. Po pro­stu w jej uśmie­chu widać lek­kie zasko­cze­nie. Malutki prze­błysk takiego "och, moment".

Potem prze­cze­suje ręką włosy i jest w tym geście coś tak chło­pię­cego, że tro­chę wytrąca mnie to z rów­no­wagi.

-?Przy tobie czuję się strasz­nie nie­ele­gancka -?mówi Lili, scho­dząc po scho­dach.

Zer­kam w dół na swoją spód­niczkę.

-?Myślisz, że powin­nam...?

-?Nie, ty wyglą­dasz per­fek­cyj­nie. To ja przy­po­mi­nam zom­bie-opie­kunkę na kolo­niach. -?Przy­staje w poło­wie scho­dów, by nacią­gnąć trampki na pięty. -?Hej. Na pewno czu­jesz się z tym wszyst­kim okej?

-?Zna­czy z tą sprawą byłej dziew­czyny?

-?Po pro­stu nie chcę, żebyś czuła, że musisz coś uda­wać, wiesz? -?Zerka przez ramię. -?Już pra­wie jeste­śmy... Jesz­cze tylko jedno pię­tro.

Po zej­ściu ze scho­dów Lili pro­wa­dzi mnie kory­ta­rzem, takim samym jak ten przy jej pokoju: ściany z bia­łych pusta­ków i drew­niane drzwi. Nie­które są otwarte, sły­chać zza nich śmiech, muzykę lub dźwięki gier wideo. Wszystko pach­nie kinem.

-?Popcorn na kola­cję. Co za życie -?mówi Lili.

Tessa wycho­dzi z windy aku­rat w tej chwili, gdy ją mijamy.

-?Cóż za nie­ocze­ki­wane spo­tka­nie.

Lili unosi brew.

-?Gar­dzisz scho­dami?

-?Himbo mnie wymę­czyli. -?Spoj­rze­nie Tessy sku­pia się na mnie, a jej policzki gwał­tow­nie czer­wie­nieją. -?Nie... wiesz, nie­sek­su­al­nie. Ja nie... ja jestem les­bijką. Która nie umie prze­stać gadać. Naj­wy­raź­niej.

Prze­ciąga ręką po grzywce, odgar­nia­jąc ją na bok. Teraz, gdy włosy jej tro­chę wyschły, ukła­dają się w ide­al­nie roz­czo­chra­nego boba chłop­czycy, który u mnie nie wyszedłby nawet za milion lat. Taki odro­binę przed pod­bró­dek. Od zawsze jed­nak uwiel­biam takie fry­zury, zwłasz­cza jeśli włosy wywi­jają się lekko na koń­cach jak u Tessy. Gdy­bym naprawdę była bi, zako­cha­ła­bym się w niej za same włosy.

-?Okej, Dec­lan mówi, dosłowny cytat, że jest "jedną wielką raną z głodu". -?Lili spo­gląda znad tele­fonu. -?Stary, prze­cież sie­dzisz w sto­łówce, wszę­dzie wokół jest jedze­nie. On myśli, że nie wolno mu zacząć jeść, dopóki się nie zja­wimy?

-?Lepiej chodźmy go wyba­wić. -?Tessa stuka jedną pię­ścią o drugą. - Imo­gen, jesteś gotowa na kuli­narny ideał?

-?Och -?mówi Lili. -?Ideał to to nie jest.