I w ten właśnie sposób, na rozmyślaniach o krótkim życiu Felizy
Bursztyn, spędzałem całe dnie. Każdego ranka, odkąd zaczęła się zbyt
ciepła jesień, wychodziłem wcześnie z wynajętego mieszkania i spacerowałem szerokimi bulwarami do dzielnicy Montparnasse, w której
Feliza w młodości nauczyła się rzeźbić w glinie i w której zmarła
przedwczesną śmiercią ćwierć wieku później. Ową dwudziestominutową
przechadzkę rozpoczynałem przy stacji metra Gobelins, mijałem budynek, w którym mieszkała rzeźbiarka Camille Claudel, i kończyłem ją w swoim
miejscu pracy, małym pokoju z przestronnym oknem wychodzącym na akację o długich gałęziach i na rue de la Grande Chaumi?re. Tam, na tej krótkiej
ulicy widocznej z mojego okna, znajdowała się akademia sztuk pięknych, w której studiowała Feliza w latach pięćdziesiątych, i wystarczyło skręcić
za róg, żeby po trzech czy czterech minutach dotrzeć do lokalu, w którym
zmarła w 1982 roku. Całe życie zawarte w kilku paryskich kwartałach,
myślałem, spacerując tymi ulicami z jakimś absurdalnym przekonaniem, że
tylko w ten sposób, mając ciągle przed oczami to, na co ona często
patrzyła, zdołam zrozumieć, dlaczego zmarła tak młodo - mając zaledwie
czterdzieści osiem lat - a w dodatku tak daleko, osiem tysięcy
kilometrów, od naszego wspólnego kraju, który zawsze kochała, pomimo że
przysporzył jej tylu cierpień.
Szybko uświadomiłem sobie jednak, że zrozumienie Felizy to trudne
przedsięwzięcie. Nic, co z nią związane, nie było łatwe. Nawet jej imię
i nazwisko nie były łatwe; wszyscy, którzy ją znali, łamali sobie na nim
język, całe życie musiała się z niego tłumaczyć, poprawiać pisownię,
ubolewać nad niemożliwą już do skorygowania literówką w nagłówku gazety
albo wyjaśniać obcym ludziom całą historię swojej rodziny tylko po to,
by udowodnić, że mimo odległych korzeni jej drzewa genealogicznego i zbyt wielu spółgłosek w nazwisku jest stuprocentową Kolumbijką. Nie były
łatwe żadne fakty z jej życia: ani błędy, ani dobre decyzje nie były
łatwe, podobnie jak miłości, szczęśliwe lub nie; nie były łatwe porażki,
a tym bardziej niezrozumienie towarzyszące jej sukcesom. Życie Felizy
było owiane legendą, ale w dużej mierze ona sama tę legendę zbudowała:
swoją ostentacyjną wolnością, którą wielu uznało za obelgę, i swoimi
zagadkowymi odpowiedziami udzielanymi dziennikarzom, jakby nic nie
bawiło jej bardziej niż sprowadzanie ich na manowce, no i oczywiście
tworami wychodzącymi z jej pracowni, które w równym stopniu prowokowały,
co dezorientowały, bo nikt nie rozumiał, jak to możliwe, że mimo braku
ludzkich kształtów budzą współczucie albo wściekłość, śmiech albo
pożądanie, podobnie jak każda porządna mityczna scena wykuta w karraryjskich marmurach.
Czasami, dotarłszy do akademii, zatrzymywałem się na kilka sekund przed
jej drzwiami, zamkniętymi dla wszystkich z wyjątkiem jej uczniów albo
nauczycieli. Na elewacji, obok dużych przejrzystych okien, rząd
marmurowych tabliczek obwieszczał nazwiska dawnych mistrzów, jakby wciąż
znajdowali się wśród żywych - Wlérick, Brayer, Jérôme, Artozoul - a pośrodku, złotymi literami na szarym tle, nazwisko profesora Felizy,
Ossipa Zadkine'a, z lapidarnym oznaczeniem jego dyscypliny: Rzeźba.
Nie wiem, ile razy Feliza szła tym chodnikiem ani ile razy mijała te
duże okna, ale w którymś momencie mojej jesieni zacząłem ją sobie
wyobrażać, jak wchodzi swoimi długimi krokami przez wąskie drzwi
akademii, jak wybucha swoim gromkim śmiechem, niosącym w sobie swoje
własne echo, i nie podejrzewa wcale, że ćwierć wieku później umrze kilka
przecznic stąd, w rosyjskiej restauracji na oczach pięciu kochających ją
osób. I tak pracowałem, w małym pokoju na tej samej ulicy co akademia,
czterdzieści jeden lat i osiem miesięcy po śmierci Felizy, poświęcając
swoje życie jej życiu, myśląc o niej sześć, dziesięć, czternaście godzin
dziennie, próbując zobaczyć ją wyraźnie, patrząc na nią uważnie, czy też
patrząc na jej ducha: w skrócie wyobrażając ją sobie tak, jakbym miał
wyrzeźbić ją w glinie. Nie robiłem tego, rzecz jasna, bez pomocy. W moim
miejscu pracy gromadziły się fotografie i dokumenty opowiadające o Felizie, wszyscy ci emisariusze przeszłości służący mi do
rekonstruowania jej biografii; w mojej pamięci żyły rozmowy, godziny
rozmów prowadzonych przeze mnie przez długie lata z ludźmi, którzy ją
znali, przede wszystkim z człowiekiem, który w chwili jej śmierci był
jej mężem: Pablem Leyvą.
Poznaliśmy się w Bogocie, sześć miesięcy przed moim przyjazdem do
Paryża, on zgodził się wtedy, żebym odwiedził go w jego domu na
wschodnich wzgórzach i porozmawiał z nim o ostatnich wspólnych dniach z Felizą, a właściwie o dniach, które przeżyli razem w Paryżu, nie
wiedząc, że będą ostatnimi. Pablo od wielu lat pisał dobrze
udokumentowane i zaangażowane artykuły o ochronie przyrody, stanowiącej
przez całe życie jego obsesję i zawód, w dodatku pisał je do "El
Espectador", gazety, w której i ja publikowałem przez jakiś czas swoje
felietony, dlatego jego twarz - a raczej wersja jego twarzy z rozmazanej
kopii zdjęcia z gazetowej strony - nie była mi obca. Teraz, w wieku
osiemdziesięciu trzech lat, zachował tę samą brodę, jaką nosił w odległych czasach młodości, choć trochę rzadszą i bardziej siwą.
Rozmawiał ze mną uprzejmie z bujanego fotela, stojącego przy stole, na
którym błyszczały dwie brązowe figurki; rozpoznałem w nich natychmiast
dzieła Felizy Bursztyn. Tam, naprzeciwko owych świadków innych czasów,
snuł wspomnienia o kobiecie wciąż na różne sposoby obecnej w jego życiu.
Ale wspomnienia, zwłaszcza te bolesne, nie przychodzą do nas
automatycznie, kiedy je przywołujemy, trzeba je kokietować, bo są jak
zalęknione stworzenia, niemające odwagi się zbliżyć, czasem nawet trzeba
wabić je przynętą, by opuściły swoją kryjówkę. Powinienem był chyba
przeprosić go za to, że zmuszam go do wspominania trudnych chwil, nikt
bowiem nie powinien tego robić dla zaspokojenia cudzej ciekawości, a prawo do zapomnienia powinno być święte. Czy byłem intruzem,
impertynentem, wypytując o Felizę Bursztyn, a nawet więcej: chcąc poznać
ją na tyle, na ile to możliwe, albo też poznać ją tak, by opowiedzieć
świat, jakbym patrzył jej oczyma? Tak czy siak, zdałem sobie sprawę, że
wtedy, podczas tej rozmowy, Pablo przypominał sobie pewne szczegóły po
raz pierwszy od wielu lat i czułem - w jego słowach, wydających się
płynąć po omacku, w jego oczach, przymkniętych, jakby go piekły -
wysiłek, jaki kosztuje go to wspominanie. "Nie, tego dobrze nie
pamiętam", powiedział niejednokrotnie. Albo też: "Muszę się nad tym
jeszcze zastanowić". Ale nigdy nie powiedział mi: "O tym nie chcę
rozmawiać".
Podczas kolejnych miesięcy niechętna pamięć Pabla powoli ujawniała swoje
sekrety. Kiedy wprowadzałem się do wynajętego mieszkania w Paryżu, żeby
kontynuować poszukiwania, i rozmawiałem z innymi świadkami życia Felizy,
i zbierałem nowe informacje, i kolekcjonowałem nowe dokumenty, i kiedy
blat z zielonego sukna w pokoju do pracy pokrywał się stopniowo
wycinkami ze starych gazet i czarno-białymi zdjęciami, zacząłem z Pablem
znajomość epistolarną, której nie powstydziłaby się osiemnastowieczna
powieść. Wysyłał mi długie pliki w Wordzie, odpowiadał w nich na moje
pytania, a także na pytania, których mu nie zadałem, często też zadawał
mi swoje własne, sprowadzające się właściwie do jednego: czego szukam w tych rozmowach? W pewnym momencie napisał: "Czego chcesz się
dowiedzieć?". Mogłem wytoczyć górnolotne argumenty, opowiedzieć o swojej
starej obsesji na punkcie nieokiełznanych sił historii i polityki, a właściwie na punkcie tego, w jaki sposób owe siły odciskają piętno na
naszych prywatnych życiorysach. Ale nie zrobiłem tego. Opowiedziałem mu
za to o swoim pierwszym pobycie w Paryżu, w 1996 roku; o nieznanej
chorobie, na jaką zapadłem kilka miesięcy później, i o błędnych
diagnozach, i o zatroskaniu lekarzy; i o lekturze, w tych dniach
niepewności, książki wydanej właśnie w Kolumbii, która przyjechała ze
mną w walizce obok pięciu powieści Faulknera, czterech Vargasa Llosy i dzieł wszystkich Borgesa wydanych w trzech tomach drobniusieńką
czcionką. Być może to, co czytamy w trudnych chwilach, przemawia do nas
w sposób szczególny, na pewno stało się tak z tą książką, towarzyszącą
mi podczas wielu dni spędzonych w poczekalniach do różnych lekarzy albo
podczas długich przejazdów metrem; wolałem ją od innych, bo składała się
z krótkich utworów i pozwalała na urywaną lekturę osobie, której uwagę
zaprzątały inne sprawy. Nosiła tytuł Notas de prensa, miała na okładce
skrzydła motyla i zawierała felietony opublikowane przez Gabriela Garcíę
Márqueza w latach 1980-1984. Jeden z felietonów, z 20 stycznia 1982
roku, zaczynał się od słów:
Kolumbijska rzeźbiarka Feliza Bursztyn, przebywająca na emigracji we
Francji, umarła ze smutku o 22.15 w zeszły piątek 8 stycznia w paryskiej
restauracji.
Miałem wówczas dwadzieścia trzy lata i nie wiedziałem, kim była Feliza
Bursztyn. Mogłem zadać sobie pytania, które zacząłem zadawać sobie
potem: dlaczego przebywała na emigracji, dlaczego we Francji i dlaczego
García Márquez tak wiele o niej wiedział. Ale te kwestie w ogóle mnie
wówczas nie nurtowały; pytanie, bez którego być może nie postawiłbym
kolejnych, zasadnicze pytanie niedające mi spokoju od tego czasu
brzmiało inaczej.
"Dlaczego ze smutku?", odpowiedziałem Pablowi. "Tego chcę się
dowiedzieć. Dlaczego Feliza była smutna, i dlaczego tak bardzo, że od
tego umarła".
Pod koniec września Pablo przyjechał na kilka dni do Paryża. Przeżył w tym mieście bardzo ważne lata swojej młodości, niedługo przed tym, jak
zaczął się jego związek z Felizą: przybył tu jako dwudziestoczterolatek,
z dyplomem inżyniera chemii i hojnym stypendium, jakie oferowało wtedy
wiele kolumbijskich instytucji - Bank Republiki, Narodowa Federacja
Plantatorów Kawy - które otrzymał za wyniki w nauce. Zamiast pojechać do
Stanów Zjednoczonych, jak wszyscy koledzy z jego pokolenia, wybrał to
miasto, geograficznie bardziej odległe, bliższe jednak jego
temperamentowi. Tutaj ukończył doktorat mający wyznaczyć kierunek jego
całego życia; tutaj był świadkiem rewolt ulicznych w maju 1968 roku i nie raz pomagał studentom rannym w starciach z policją, choć nie wziął w nich udziału, bo także tutaj odkrył swoją wrodzoną alergię na przemoc
wszelkiej maści. "Wiesz, jak bardzo jestem związany z Paryżem?", zapytał
mnie przez telefon. "To tu pierwszy raz zapuściłem brodę. I popatrz,
noszę ją do dziś". Umówiliśmy się w Café du Métro, lokalu przy Boulevard
Saint-Germain, zaproponowałem go z bardzo prostego powodu: zaledwie
kilka kroków dzieliło go od rue de Bi?vre, przy której mieszkali razem z Felizą. I w tej właśnie kawiarni, owego popołudnia powoli
przeradzającego się w wieczór, siedzieliśmy przy stoliku na wąskim
okrągłym tarasie naprzeciwko upartej serii filiżanek kawy, z upływem
godzin zastąpionych kieliszkami białego wina, i gdy nasi sąsiedzi
ustępowali miejsca innym jak podczas zabawy w krzesła, my podążaliśmy za
impulsem nieodmiennie skazanym na niedoskonałość: próbowaliśmy
zrekonstruować przeszłość, owo niewygodne miejsce, istniejące tylko
wtedy, gdy o nim opowiadamy. Niebo nad nami rozchmurzyło się i zmieniło
kolor, i zapaliły się latarnie, i światło świata pociemniało na
otaczających nas twarzach, i siedzieliśmy tam, dwaj mężczyźni, których
dzieliły cztery dekady doświadczeń; ja słuchałem opowieści Pabla, jakby
krył się w niej ważny sekret mojego życia, a on wspominał, ze wszystkimi
szczegółami, jakie pamiętał, tamten styczniowy piątek, który tyle razy
próbował skazać na zapomnienie.
Kiedy wyszliśmy z kawiarni, było już zupełnie ciemno. "Często
chodziliśmy tym chodnikiem", powiedział Pablo. "Można powiedzieć, że to
była nasza dzielnica". Ruszyliśmy w wieczornym strumieniu przechodniów
korzystających z łagodnego jeszcze powietrza tamtej zbyt ciepłej jesieni
i udaliśmy się, jakby chodziło o coś najoczywistszego na świecie, na róg
rue de Bi?vre. "Numer 25", powiedział Pablo. "Prawdę mówiąc, od dawna tu
nie zaglądałem". Pablo wspomniał podczas wcześniejszej rozmowy o najbardziej niezwykłej charakterystyce tego budynku: dokładnie
naprzeciwko niego znajdowała się prywatna rezydencja prezydenta François
Mitterranda. Nieraz spotykali go na ulicy, sąsiada prawie takiego jak
inni, i nieraz widzieli go ze swojego okna na drugim piętrze. Gdy
zbliżaliśmy się do numeru 25, uznałem za konieczne się upewnić, że
wejście do domu Mitterranda było stamtąd widać, nie dlatego, że wydawało
mi się, iż pamięć Pabla może szwankować, lecz dlatego, że nigdy nie
potrafiłem uwolnić się od reporterskiego przesądu każącego sprawdzać
wszystko, nawet szczegóły pozornie bez znaczenia, jakby brak szacunku do
małych prawd świata zmysłów miał skazać całe ludzkie życie - w tym
wypadku życie Felizy - na piekło kłamstwa.
Rue de Bi?vre była krótką i wąską uliczką, zaczynającą się przy
boulevard Saint-Germain i kończącą się nad Sekwaną, z tak ciasnymi
chodnikami i tak niewielkim ruchem, że ludzie woleli chodzić po niej
środkiem jezdni. "W tamtych dniach była zamknięta ze względów
bezpieczeństwa", powiedział Pablo, kiedy dotarliśmy na miejsce. "U wylotów, z jednej i z drugiej strony, stało dwóch uzbrojonych żandarmów,
którzy przepuszczali tylko mieszkańców. Prosili mnie i Felizę o dokumenty w pierwszych dniach, potem nas poznawali i pozwalali nam
przejść". Tutaj, pod numerem 25, w mieszkaniu znajdującym się według
francuskiego systemu oznaczania na pierwszym piętrze, obudziła się
Feliza owego styczniowego piątku, który miał być ostatnim dniem jej
życia. Budynek miał wąską fasadę, po dwa okna na każdym piętrze: każde
okno z ramą z białego drewna i rozsuniętymi zasłonami za każdą z ram. I stałem tam, prawie czterdzieści lat później, na ciemnej ulicy, próbując
się dowiedzieć, co robiła na początku swojego ostatniego dnia, czy też
może zastanawiając się, jak zaczyna swój ostatni dzień ktoś, kto przeżył
to, co przeżyła Feliza. Pablo, nieświadomy moich myśli, wskazywał dwa
okna należące do zajmowanego przez nich mieszkania.
"Nie domykały się", powiedział. "Zimno wdzierało się do środka przez
szpary. I pamiętam to, bo wszyscy powtarzali w kółko, że to
najchłodniejsza zima od wielu lat. A tamten dzień był najzimniejszym jak
dotąd dniem tamtej zimy. Tak, to też pamiętam: w wiadomościach podano,
że w nocy spadnie śnieg".
Mimo wszystko lubili to mieszkanie. Nie było łatwo coś wynająć. Feliza
przyjechała do Paryża sama, dwa miesiące przed Pablem, i chociaż znała
tu niejednego Kolumbijczyka, żaden z nich nie udzielił jej tak
potrzebnej pomocy. Zrobiła to natomiast Paya Contreras: Chilijka
legendarna wśród Latynosów na wygnaniu, bo była sekretarką i kochanką
Salvadora Allende w chwili ataku na pałac La Moneda. Podczas gdy jej
rodacy obsypywali Felizę obietnicami bez pokrycia i fałszywymi wyrazami
solidarności albo po prostu unikali jej w obawie, że zostaną z nią
skojarzeni. Paya zachowała się jak prawdziwa przyjaciółka, choć nie
łączyła ją z Felizą znajomość tak bliska jak innych. Jasne, Paya
przetrwała kataklizm zamachu stanu; na swoim wygnaniu przyjęła
niezliczonych Chilijczyków uciekających przed Pinochetem i potrafiła
zrozumieć kogoś, kto stracił ojczyznę, bo został z niej wyrzucony, czy
też opuścił ją sam, żeby uniknąć czegoś znacznie gorszego. Dlatego
Feliza zamieszkała u niej kątem i zaczęła szukać dla siebie lokum.
Codziennie chodziła do budki telefonicznej na rogu, żeby nie narażać
gospodyni na koszty, i dzwoniła pod numery z ogłoszeń, dopóki nie
skończyły jej się monety. A potem szła na spacer bez określonego celu,
starając się zapomnieć o frustracji na tak dobrze znanych ulicach, i czekała na przyjazd Pabla.
On tymczasem miał więcej szczęścia. Pod koniec października wciąż tkwił
jeszcze w Bogocie, załatwiając wszystkie sprawy, żeby móc do niej
dołączyć - pracował dłużej, niż pozwalało na to zdrowie, i oszczędzał
skrupulatnie, żeby kupić czeki podróżne, decydował, co zrobić z domem, w którym mieszkali przez ostatnie dwanaście lat, przyjmował nowe zlecenia,
żeby uzbierać trochę dolarów - i codziennie budził się z troską, że
Feliza nie zdołała jeszcze znaleźć dla nich miejsca. Poszperał więc w kontaktach, obdzwonił wszystkich znajomych mających bliższy lub dalszy
związek z Francją i natrafił na Clarisę Ruiz, młodą bogotankę, która
uczyła się kiedyś u Felizy rysunku. To Clarisa powiedziała mu o tym
mieszkaniu, własności argentyńskiego artysty, o tym, że jej brat Pedro
właśnie je zwolnił i wrócił do Kolumbii; nastąpiły kolejne telefony,
rekomendacje i Argentyńczyk zgodził się je wynająć. Nigdy go nie
spotkali. Wiedzieli tylko, że jest autorem tego okropnego muralu
pokrywającego całą ścianę mieszkania, od drzwi wejściowych do okna na
ulicę, przechodzącego ponad kominkiem i nachalnie przyciągającego wzrok.
Przedstawiał fale, nieudolną imitację fal, namalowane w odcieniach
błękitu i szarości; Feliza znienawidziła go od pierwszej chwili.
"Ciągle powtarzała, że go zamaluje", opowiadał Pablo. "A przynajmniej
zasłoni te bałwany prześcieradłami. Że jeśli mamy zostać tu dłużej, nie
da rady inaczej".
Mieszkanie było dziwnym miejscem, znajdującym się jakby w równoległej
rzeczywistości. Opustoszała ulica, nieustanna cisza, dom prezydenta
Francji. Gdyby sześć miesięcy wcześniej, przed wydarzeniami, które
odmieniły jej życie, ktoś powiedział Felizie, że tu wylądują, uznałaby
taką możliwość za absurdalną, co więcej, niepożądaną. W Kolumbii
bliskość osób mających władzę przyniosła im rozczarowania: lepiej
trzymać się od nich z daleka, lepiej nie dać się wciągnąć w ich pole
grawitacyjne. Na co się zdało Felizie - im obojgu - obracanie się we
wpływowych kręgach? Feliza miała wśród znajomych kilku kandydatów na
prezydenta i najważniejszych dziennikarzy w kraju, a i tak skończyli
tutaj, w tym mieszkaniu przy rue de Bi?vre, z okropnym muralem i niedomykającymi się oknami, żyjąc nowym życiem, którego nie wybrali, i odbywając karę za przestępstwo, którego nikt im nie wytłumaczył. I spoglądając przez okno na dom po drugiej stronie ulicy, z dachówkami i z drewnianymi drzwiami zwieńczonymi łukiem, zamieszkiwany przez
prezydenta, którego Pablo i Feliza wyobrażali sobie czasem wyglądającego
na rue de Bi?vre z anonimowego mroku swojego salonu, rozwiązującego
samotnie własne problemy i niemającego raczej pojęcia, kim są sąsiedzi z naprzeciwka ani za sprawą jakich zbiegów okoliczności wylądowali w końcu
na tej samej ulicy, ani nawet o tym, że jego rząd przekazał im jedyną
dobrą wiadomość od dawna.
A tak właśnie było. Ministerstwo Kultury zaoferowało Felizie stypendium
artystyczne, pracownię, by mogła tworzyć swoje rzeźby, które były duże i potrzebowały przestrzeni, oraz możliwość zorganizowania wystawy. Ów cud
dokonał się dzięki wstawiennictwu Régisa Debraya, najsłynniejszego
filozofa francuskiej lewicy (przyjaciela Che i Fidela Castro), który
doradzał Mitterrandowi we wszystkim, co związane z Ameryką Łacińską, a jeśli Debray się za nią wstawił, najpewniej stało się tak dzięki
Gabrielowi Garcíi Márquezowi, będącemu dla Felizy kimś na kształt anioła
stróża. Anioł Gabriel. Gabo, archanioł. Nie tak bardzo starszy pan z wielkimi skrzydłami. W tamtych dniach na rue de Bi?vre, kiedy żartowali,
że przedstawią się Mitterrandowi następnym razem, gdy go spotkają, Pablo
i Feliza zastanawiali się, co zrobiliby bez pomocy Gaba. Gabo, tak go
nazywali, podobnie jak wszyscy w Kolumbii, nawet ci, którzy go nie
znali. Na Mercedes natomiast w przeciwieństwie do wielu osób Pablo i Feliza nie mówili Gaba, tylko Merche. Mercedes dzwoniła dwa tygodnie
wcześniej, żeby oznajmić, że niedługo przyjadą do Paryża i że mają
wielką ochotę ich zobaczyć, zobaczyć ich oboje, ale szczególnie Felizę,
i dlatego chcieli zaprosić ich na kolację.
"Opowiesz nam, jak się masz, co u ciebie słychać, bo dawno się nie
widzieliśmy", powiedziała Mercedes. "Gabo oszaleje, jeśli z tobą nie
pogada, a przy okazji nie da żyć i mnie".
Tamtego piątku myśl o tym, że zakończą dzień kolacją z nimi,
przepełniała Felizę entuzjazmem. Pablo pamiętał, że obudziła się bardzo
wcześnie, wcześniej niż zwykle, i chociaż zdarzało jej się to często w tych trudnych miesiącach, tym razem wydawało się, że nie była to wina
zmartwień. Mogło chodzić po prostu o zimno, o zdradliwe zimno zimowych
świtów, które wniknęło w ich ciała w ostatnich dniach i nie potrafili
się z niego otrząsnąć. Ale w takim razie czemu nie została w ciepłych
pieleszach, tylko wolała zaczekać na poranek w niewielkim mrocznym
salonie, wyglądając przez okno pierwszego piętra, jakby czekała na coś
ważnego, objawienie, wypadek? Tam zastał ją owego ranka. Obudził się w łóżku, zauważył, że jest sam, i zaniepokoił się, jak często mu się
zdarzało. I gdy wyszedł z niego, by sprawdzić, co się stało, zastał ją
właśnie tak, stojącą przy oknie, tak blisko drewnianej ramy, że kiedy
podszedł przytulić Felizę, poczuł podmuch lodowatego wiatru, który
przyprawił go o gęsią skórkę. Pablo poszukał wzrokiem ciemnego nieba,
styczniowego nieba, na którym dzień się jeszcze nie zaczął, i zobaczył
tylko grubą narzutę z brudnej wełny, odbijającą żółte światła śpiącego
miasta. Tak, to była prawda, tej nocy spadnie śnieg.
"Co robisz?", odezwał się do Felizy. "Czemu już nie śpisz o tej porze?"
"Tak sobie rozmyślam", odpowiedziała. "Jak ci się spało?" A potem:
"Taśmy znów się odkleiły".
Pablo zapalił światła w salonie. "Zobaczymy, co tu się stało",
powiedział. Podszedł do okien i zaczął sprawdzać taśmy maskujące, które
nakleił tam kilka dni wcześniej, żeby zasłonić szczeliny przepuszczające
zimno. Był to typowy problem starych okien: malowano je tyle razy, żeby
ukryć niedoskonałości zniszczonego drewna, że w końcu przestawały
idealnie przylegać i wiatr je rozszczelniał, a zimowe widma potrafiły
przecisnąć się przez najmniejszą dziurę. Pablo znalazł rolkę taśmy w kuchennej szufladzie i naprawił je raz jeszcze, chociaż wiedział - oboje
wiedzieli - że Feliza była lepsza we wszystkim, co wymagało zdolności
manualnych.
"Nie ma możliwości, żeby w tym pomieszczeniu zrobiło się ciepło",
powiedziała. "Tylko w sypialni da się wytrzymać".
"I jeszcze ten kominek", dodał Pablo.
"Tak", powiedziała Feliza. "Siedzi cichutko, jakby to nie była jego
sprawa".
Kominek został zapieczętowany jak przeklęty pokój należący do umarłego.
Wyjaśniono im, że to z powodu nowych przepisów dotyczących całego
miasta, chociaż oboje pamiętali, że dawniej w Paryżu można było
swobodnie ogrzewać domy drewnem. Teraz wszystko się zmieniło: zabroniono
palić w kominkach i nikogo zdawało się nie obchodzić, że ludzie
mieszkający w starych budynkach, w których okna się nie domykały, będą
umierać z zimna.
Ale Feliza myślała o czym innym.
"Dziś wieczorem zjemy z nimi kolację", powiedziała. "Chcę dać im jakiś
prezent. Żeby podziękować. Żeby wiedzieli, że jestem im bardzo
wdzięczna".
"Wiedzą o tym", zauważył Pablo.
"Chcę im zanieść coś specjalnego", powiedziała Feliza. "Ale nie mam
pomysłu".
Pablo dmuchnął na krawędź swojej filiżanki i duch z pary stał się
widoczny w powietrzu niczym oddech na dworze. "Przywiozłem drobiazgi",
powiedział. Miał na myśli serię figurek z brązu, wielkości otwartej
dłoni, o mniej więcej ludzkich sylwetkach, stworzonych przez Felizę
przed laty. Zawsze je lubiła. Ich kształty były krągłe i lśniące, miały
w sobie coś prymitywnego i jednocześnie wzruszającego: sprawiały
wrażenie bezbronnych istot i człowiek miał ochotę zaopiekować się nimi.
Poprosiła Pabla, żeby je przywiózł, sądziła, że pomogą jej zachować
związek z krajem, jak okruszyny chleba w baśniach wskazujące drogę
powrotną dzieciom zagubionym w lesie.
"Tak, to niezły pomysł", powiedziała.
"Byłyby w dobrych rękach", powiedział Pablo. "Są dla nich idealne".
Feliza uśmiechnęła się z wysiłkiem. "Dobrze, idę wziąć prysznic. Może
ciepła woda mnie trochę rozbudzi". Skinęła głową w kierunku okna. "I możesz już zgasić światło. Cholera, nareszcie. Myślałam, że już nigdy
nie zrobi się jasno".
Według moich ustaleń 8 stycznia 1982 roku słońce wstało siedemnaście
minut przed dziewiątą. Kiedy wspomniałem o tym Pablowi, powiedział:
"Tak, tak, pamiętam. Bardzo późno zrobiło się jasno. Feliza powiedziała:
nareszcie, cholera. A ja, pamiętam, pomyślałem co innego. Siedziałem w salonie, szykując sobie kawę, podczas gdy Feliza brała prysznic, i mogłem myśleć tylko o tym, że nareszcie jest piątek, że nareszcie
tydzień się kończy. Bo oboje byliśmy wykończeni". Ale nie chodziło tylko
o skumulowane zmęczenie ani napięcie i lęk związane z nowym życiem.
Pablowi myśl, że kończył się pierwszy tydzień roku, sprawiała absurdalną
radość, bo w ten sposób znajdowali się trochę dalej od roku ubiegłego.
Tego annus horribilis, powiedział Felizie w którymś momencie, a ona
odpowiedziała:
"Nie ozdabiaj mi tego łaciną. Po prostu gównianego roku".
Cieszyli się, że mają go za sobą. Pokładali wielkie nadzieje w nowej
kartce z kalendarza, tym akceptowalnym przesądzie: planeta skończyła
pełne okrążenie wokół swojej gwiazdy, a z początkiem nowego okrążenia
odmienia się los zamieszkujących ją istot. Kosmiczne przyzwolenie na
nowe otwarcie, wszechświat uwalniający nas od przytłaczających trosk...
Pablo nigdy nie zdołał się wyzbyć upartego racjonalizmu i miał problem z interpretowaniem świata w kategoriach magicznych, ale Feliza
przypomniała mu caba?uelas, tradycję upatrującą w pierwszych dwunastu
dniach roku wróżby na odpowiadający im miesiąc. Pierwszy stycznia okazał
się dla nich spokojny: spędzili go w łóżku, odpoczywając po zabawie
sylwestrowej i pieszym powrocie do domu ulicami przygnębiającego Paryża.
"Taki będzie cały miesiąc", oświadczyła Feliza. "My we dwoje i nikt nie
będzie nam przeszkadzał. Ty ze mną, ja z tobą, a świat niech się od nas
odpieprzy". Wydawała się zadowolona, a nawet spokojna, ale Pablo miał
odmienne wrażenie: że w tych miesiącach, wielu miesiącach rozłąki, coś
nieokreślonego stało się z Felizą.
Pomyślał tak na lotnisku, tego dnia, gdy wylądował w Paryżu; dotarłszy
wreszcie do bramek z napisem "Przyloty", zobaczył Felizę torującą sobie
niczym rozbitek drogę wśród oczekujących, żeby go przytulić. Najpierw
zrozumiał, jak bardzo brakowało mu dotyku jej ust, a potem zauważył, że
schudła i jest blada, chociaż upływ czasu potrafi zakłamywać podobne
odczucia; na pewno prawdziwy był jednak delikatny cień melancholii,
który zdawał się nieustannie towarzyszyć Felizie. Przestała się śmiać
tak jak kiedyś, dźwięcznym śmiechem, który potrafił przestraszyć obcego
psa i budził pijanych na imprezach; zastąpił go wykrzywiony uśmiech,
tylko czasami odsłaniający zęby, i ktoś, kto jej nie znał, mógłby mylnie
uznać jej wyraz twarzy za oschły bądź ironiczny. Pablo wiedział jednak,
że jest inaczej: była po prostu rozczarowana. Tyle osób, uważanych przez
nią za przyjaciół, odwróciło się od niej, unikało jej, wykręcało się
wymówkami, milczało, kiedy potrzebowała ich pomocy... Oczywiście sama
ponosiła za to część winy, bo Feliza, która przez całe życie pomagała
innym, nie czekając, aż o to poproszą, myślała być może, że inni zrobią
to samo. Ale nikt nie wyciągnął do niej ręki, a Pablo, po przybyciu do
mieszkania na rue de Bi?vre, zdał sobie sprawę, że cierpiała większy
niedostatek, niż to sobie wyobrażał. W lodówce drzemały niedojedzone
resztki jajka i dwa kawałki pieczywa, które wkrótce mogły nadawać się
tylko do wyrzucenia, a na stole w jadalni suszyły się obrazki namalowane
przez Felizę w ostatnich dniach. Pablo ucieszył się, że była w stanie
się na nich skupić, ale wtedy zauważył, że namalowała je kawą
rozcieńczoną ciepłą wodą, żeby nie kupować akwareli.
"Nie wiem już, kto jest moim przyjacielem", mówiła. "Nie wiem, kto jest
nim naprawdę, a kto nie. Niektórych spotkałam przypadkiem, inni witają
się ze mną jak gdyby nigdy nic i mówią, że musimy się kiedyś spotkać,
coś zorganizować. A potem nie odzywają się więcej. Jakbym była
trędowata, przysięgam, jakby się mnie bali. Ci, którzy mają niewiele,
zwykle się starają, ale ci, którzy mogliby pomóc... Znam ludzi, którzy
mieszkają tu w hôtels particuliers, mogliby przyjąć mnie i nie widywać
całymi dniami. I co? Nic. Jakby przez kontakt ze mną mieli się zarazić,
jakbym przywiozła Kolumbię do ich paryskich domów. A w dodatku dzieją
się dziwne rzeczy, nieprzyjemne. Jak historia z Hatemami". Carmela i José byli Kolumbijczykami, którzy od samego początku zaoferowali pomoc;
zaprosili Felizę do swojego mieszkania w sąsiedztwie wieży Eiffla, żeby
pogadać o tym, co można zrobić, ale pojawił się problem i Feliza nie
zdołała dotrzeć na czas. "I nie dali mi drugiej szansy", opowiadała.
"Jakby chcieli mnie ukarać. Żałosna historia". Pablo wiedział, kim są, a przede wszystkim wiedział, dlaczego znaleźli się w Paryżu: dostawali
pogróżki od jakiejś partyzantki, a nawet przeżyli próbę porwania, tak
przynajmniej głosiły plotki. "I nie rozmawiałaś z nimi więcej?",
zapytał. "Dzwonię do nich, a oni ciągle wynajdują jakieś wymówki",
odparła Feliza. "A to są zajęci, a to gdzieś wyjeżdżają. Ach, nie,
Pablo, niech się wypchają. Niech się wypchają trocinami. Nie mogłam
dotrzeć na spotkanie, przeprosiłam, nie wiem, co mam jeszcze zrobić. Mam
inne rzeczy na głowie". Zawiesiła głos, a potem dodała: "Tak czy siak,
tu w Paryżu jest tyle ludzi. Na pewno za jakiś czas wszystko się
uspokoi". I kolejna chwila ciszy. A w końcu: "I ty tutaj ze mną. Nie
wiem, czy powinieneś był tu przyjeżdżać".
Feliza wspominała o tym nie raz: martwiła się o karierę Pabla, o to, że
zawiesił własne projekty, żeby dołączyć do niej, bez daty powrotu, na
tej wymuszonej i niespodziewanej emigracji. Od wielu lat cieszył się
błogosławioną stabilnością jako doradca Ministerstwa Rolnictwa w kwestiach związanych z ochroną środowiska, o której uczył się przez całe
życie. "O mnie się nie martw", odpowiedział jej. "Znajdę pracę w Paryżu.
Studiowałem tutaj, tutaj zrobiłem dyplom. Poza tym mam swoją książkę. Na
pewno nie będę się nudził". Historia rolnictwa i ochrony środowiska w Kolumbii: taką właśnie książkę chciał pisać Pablo w Paryżu, odnawiając
znajomości z czasów studenckich i szukając pracy, by móc wymyślić się od
nowa; jednocześnie Feliza mogła wrócić do swojego przerwanego projektu,
serii kolorowych rzeźb, które były już w bardzo zaawansowanym stadium,
kiedy musiała opuścić swój dom, swoją pracownię, porzucić życie w Kolumbii. Wygnanie, to słowo nigdy nie podobało się Felizie, ale
zdążyła już pogodzić się z tym, że pasuje do niej najbardziej:
emigracja nie wystarczała, uchodźctwo wydawało się niezręczne,
azyl miał w sobie jakąś słabość, pachniał kruchością, sugerował
niepełnosprawność. A kiedy powiedziała o tym Pablowi, on spoważniał.
"Musisz zrozumieć jedno", rzekł. "Tu wygnańcami jesteśmy oboje.
Znaleźliśmy się tu razem, razem tu zostaniemy. Ty będziesz robić swoje,
a ja swoje. A potem wszystko się ułoży". Wszystko, czyli życie, ich
wspólne życie. Życie jakoś się ułoży.
"Ale z czego będziemy żyć?", zapytała Feliza.
"Udało mi się zdobyć trochę pieniędzy", odparł. "Sprzedałem samochód,
dużo pracowałem". Mówił prawdę: pewna kanadyjska instytucja zamierzała
sfinansować ambitne badania; przywiózł do Paryża mapy i archiwa, żeby
pracować dalej nad projektem. "Mówiąc dokładniej: wystarczy nam na rok.
I będziemy spokojniejsi, kiedy zapadnie decyzja w sprawie twojego
stypendium".
"O ile w ogóle zapadnie", powiedziała Feliza.
"Zapadnie", rzekł Pablo. "Nie mam cienia wątpliwości".
Ta rozmowa odbyła się parę dni przed Nowym Rokiem. Wcześniej poszli
swoją ulicą w kierunku rzeki, przecięli quai de la Tournelle, żeby
przespacerować się nadbrzeżem i pooglądać po drodze używane książki, ale
zanim zajrzeli do pierwszego straganu, wołającego ich białymi wydaniami
kieszonkowymi jak wielka, zielona, zębata szczęka, Feliza wyciągnęła
rękę i powiedziała: "Chcę tam kiedyś pójść, i to razem z tobą".
Wskazywała szpic wysepki, na którym wznosił się pomnik Ofiar Deportacji.
Pablo zaproponował, żeby obejrzeli go zaraz, skoro są tak blisko, ale
ona powiedziała: "Nie, teraz nie, kiedy indziej. Ale pójdziesz ze mną".
Pokiwał tylko głową: Feliza miała swoje powody. Nigdy nie zapominał o tym, że ona, mimo swoich bogotańskich manier, pochodziła z rodziny
polskich Żydów, po której przejechał brutalny walec XX wieku. Powiedział
więc, że dobrze, że kiedy indziej, kiedy tylko zechce; potem
kontynuowali spacer, zmienili chodnik na skwerku, na którym drzewa
zgubiły już liście, minęli witrynę Shakespeare and Company, nie mając
odwagi wejść do środka, a potem skręcili w boulevard Saint-Michel, żeby
oddalić się od rzeki w poszukiwaniu miejsca, gdzie nie wiałoby tak
mocno.
Nagle tłum na chodniku zgęstniał i posuwanie się naprzód wśród tylu ciał
było jak przeprawa przez wezbraną rzekę. Zaczęli rozmawiać o stypendium:
mieli już datę, żeby dostarczyć papiery, trzeba było skompletować
teczkę, podrasować trochę projekt i zanieść wszystko do urzędu. Feliza
spytała Pabla, czy przywiózł z Kolumbii zdjęcia jej dzieł. "Wszystko",
odparł Pablo. "Nie tylko zdjęcia. Przywiozłem tyle wycinków prasowych,
że można zrobić z nich cały album". Kiedy zbliżali się do boulevard
Saint-Germain, Pablo poczuł, że Feliza uczepiła się jego ręki, nie tylko
splatając ramiona, ale też zaciskając dłoń na jego rękawie. Potem miał
się ucieszyć, że to zrobiła: w chwili gdy zdążyli przejść już na drugą
stronę ulicy i znaleźć się na rogu muzeum Cluny, Feliza nagle się
potknęła i runęłaby pewnie na chodnik jak długa, gdyby nie przytrzymało
jej ramię Pabla. Szarpnięcie było tak mocne, że Pablo poczuł w swoim
płaszczu jakby trzask rozrywanych szwów, a jakaś siwowłosa kobieta
zatrzymała się, żeby zapytać, czy wszystko w porządku.
"Cholera, mało brakowało, a bym się zabiła", powiedziała Feliza. "W tych
obcasach nie da się chodzić".
Tamtej nocy, przytulając Felizę pod kołdrami, Pablo powiedział
niespodziewanie: "Ale problemem nie są obcasy". Miał rację: Feliza
przeszła całe kilometry w tych butach, na obcasach rzeczywiście
wysokich, ale grubych i stabilnych, i nigdy nie miała z tym żadnych
trudności. Leżąca obok niego, z głową opartą na jego ramieniu, wydawała
się spać, nie słyszeć tej uwagi. Pablo patrzył na gipsowe arabeski na
wysokim suficie, prawie niewidoczne w ciemności, kiedy usłyszał jej
głos. Nie ruszając się, nie zmieniając pozycji, żeby spojrzeć mu w oczy,
przemówiła cicho, niemal szeptem, i opowiedziała, że ostatnio zdarzyło
jej się to jeszcze dwa razy: dwa razy się potknęła; nie mając na kim się
oprzeć, dwa razy upadła, a jeden z tych upadków skończył się raną na
kolanie. "Raczej groźnie wyglądającą niż poważną", powiedziała.
Zwierzyła się z tego Payi i obie zgodnie złożyły wszystko na karb
skrajnego zmęczenia, które Feliza przywiozła ze sobą z Meksyku, a przed
Meksykiem - z Kolumbii. "To nic takiego", powiedziała Feliza. "Ale
lepiej, żebyś o tym wiedział. Chociaż bez sensu, że ci o tym mówię.
Będziesz się niepotrzebnie martwił, a to nic takiego. Jestem zmęczona,
to był prawdziwy koszmar. Ale nic poza tym". I zaczęła się bronić, mimo
że nikt jej nie zaatakował: "Teraz okaże się, że nie mam prawa nawet
skręcić kostki".
Pabla ogarnęło nagłe przeczucie.
"To dlatego nie zdążyłaś na spotkanie?", zapytał.
"Co?"
"Na spotkanie z Hatemami. Dlatego nie zdążyłaś?"
"A", zaczęła Feliza. Zrobiła pauzę. "W tym momencie, jak to mówisz,
owszem. Ale jakie to ma teraz znaczenie".
W tamtej chwili Pablo pomyślał po raz pierwszy, że Feliza nie mówi mu
całej prawdy. Nie, nie chodzi o kostki, które mają prawo złamać się albo
zwichnąć, ani o obcasy, które mogą się oderwać albo uwięznąć pomiędzy
kocimi łbami: przyczyna raczej jest inna. Nie powiedział nic, ale oboje
wiedzieli, że tyle lat pracy ze złomem - pozostałościami po wypadkach
drogowych, odpadami z budów - w końcu zaszkodziło jej płucom: długie
lata wdychania oparów spawalniczych, zbliżania do palnika twarzy
chronionej jedynie maseczką kosmity z prostokątnym okienkiem.
Zapewniająca osłonę oczu przed zbyt jasnym płomieniem ogromna maseczka
nie zakrywała nosa ani ust, bo przed dwudziestu laty Feliza lekceważyła
niebezpieczeństwo wyziewów. Kiedy zaczęła nosić maskę gazową? Kupili ją
podczas pierwszej podróży do Stanów Zjednoczonych, niedługo po tym, jak
zamieszkali razem. Maska przydawała Felizie budzącego strach wyglądu,
przypominała trochę żołnierza z pierwszej wojny światowej wysłanego do
Flandrii, a trochę najemnika z filmu science fiction. Czasem jej nie
używała, zdejmowała z pogardą, mówiła, że nie pozwala jej dostrzec
szczegółów rzeźb, i Pablo musiał zmuszać ją, by włożyła maskę z powrotem. Potem pogodziła się ze stosowaniem środków ostrożności, ale
kiedy odczuwała nawracającą duszność, winiła za nią niezliczone
papierosy wypalone przez lata nałogu, a świeżo po powrocie z podróży
położenie Bogoty na wysokości dwóch tysięcy sześciuset metrów. W Paryżu,
prawie na poziomie morza, było wprawdzie więcej tlenu, jednak z nadejściem zimy lodowate powietrze drażniło błony śluzowe, kurczyło
oskrzela, sprawiało, że z powodów czysto fizjologicznych łzawiły oczy;
nawet pory skóry rozumiały, że lepiej go unikać.
Pablo jednak nie uważał tego wszystkiego za dostateczny powód, by
zrezygnować z zabawy sylwestrowej. Feliza zresztą też za nic w świecie
nie chciałaby jej opuścić. Chociaż zaprosił ich malarz Luis Caballero,
przyjęcie odbywało się w domu innego artysty: Saturnina Ramíreza. Feliza
włożyła buty do kolan i sukienkę w kolorze intensywnej zieleni,
sprawiającym, że na jej twarzy rozbłysły nowe tony. Była przeszczęśliwa.
Kiedy otworzyli drzwi, miejsce już buzowało od hałasu i impreza wylewała
się przez okna na wewnętrzne podwórko, a Pablo i Feliza weszli do tego
świata ludzkich wyziewów i muzyki na cały regulator, przekonani, że
świętowanie naturalnej śmierci roku 1981 w otoczeniu przyjaciół to
najlepsze, co mogą zrobić, i że w ten sposób ostatecznie domkną
poprzedni rozdział swojego życia. Feliza zawsze czuła się swobodnie w towarzystwie przyjaciół artystów i znów znalazła się, jak tyle razy w Bogocie, pośród ich obrazów, torsów, które Luis rysował węglem tak,
jakby pobierał nauki w pracowni Michała Anioła, i stołów bilardowych
Saturnina, z graczami w ciemnych okularach i marynarkach z sukna
prawdziwszego niż prawdziwe sukno. To wystarczyło, żeby przyjąć
zaproszenie: że Feliza mogła znów zobaczyć swoje plemię, że znów stała
się częścią kręgu, który wcześniej się rozpadł. Tam, kilka przecznic od
placu Léona Bluma, otoczeni przez siedemdziesięcioro nieznajomych i garstkę solidarnych Kolumbijczyków, Pablo i Feliza przestali czuć się
samotni i zdali sobie sprawę, że nie zdarzyło się to od dawna.
Przebierali się, używając do tego kolekcji kapeluszy znalezionej przez
kogoś w szafie, wymieniali się nimi, w miarę upływu nocy, przekładając z głowy na głowę meloniki, jakby wzięte prosto z jakiegoś obrazu
Magritte'a, fedory, które przypadły do gustu Pablowi, a nawet bardzo
znoszoną tyrolską czapeczkę. Pili tanie wino i jedli podłe empanadas, i puścili salsę z płyty, z pewnością porysowanej, bo zawsze wracała do
początku, kiedy Rubén Blades śpiewał La palabra Adiós. Jedli kolejne
podłe empanadas i pili więcej taniego wina, i rozmawiali, jak to zwykle
bywa na spotkaniach Latynosów, o problemach Ameryki Łacińskiej: o dyktaturach w Urugwaju i Boliwii, o zabitych w Salwadorze, zabitych w Chile, zabitych w Argentynie; rozmawiali o juncie wojskowej i Leopoldzie
Galtierim1, nikt jednak nie popełnił nietaktu i nie zapytał
Felizy, jak było z nią, co dokładnie ją spotkało ani kto i kiedy, i gdzie.
Około północy Feliza poczuła się zmęczona i chciała wychodzić.
"Moglibyśmy jeszcze złapać ostatnie metro", powiedziała Pablowi. Ale
Luis Caballero nie chciał ich wypuścić - zostańcie jeszcze trochę, od
tak dawna się nie widzieliśmy, jesteśmy przecież w Paryżu - i Felizę
przekonała życzliwość innych, poczucie solidarności, wrażenie, że nie
jest sama na świecie. "Ale tylko chwilę", powiedziała. Dwie godziny
później, z gardłami wysuszonymi od dymu i alkoholu, Pablo i Feliza
postanowili wrócić na rue de Bi?vre Pozostali goście ewidentnie
zamierzali zostać przynajmniej do szóstej, kiedy ruszała komunikacja
miejska, Feliza jednak czuła, że nie wytrzyma tak długo.
Wyszli w noc, która wydawała się ciemniejsza niż zazwyczaj. Zimno
chlasnęło ich w twarz, ruszyli w kierunku placu Bastylii z mocnym
postanowieniem, że ten jeden raz pozwolą sobie na luksus powrotu do domu
taksówką, bo metro już nie kursowało. Ale na ulicach nie było nikogo:
ani taksówki, ani autobusu, ani samotnego i uczynnego kierowcy, do
którego mogliby wystawić kciuk w błagalnym geście. Paryżanie poszli już
spać, restauracje pozamykano, nawet bezdomny żebrak nie popełniłby
głupstwa i nie został na ulicy, skoro mógł się schronić na którejś ze
stacji metra. Plac Léona Bluma jakby się rozrósł, a rue de la Roquette
wydawała się nie mieć końca, ale to i tak było nic w porównaniu z tym,
jak długo zajęło im okrążenie placu Bastylii: przykleili się do siebie,
żeby jakoś wytrzymać lodowatą wilgoć wdzierającą się pod ubrania na
otwartej przestrzeni, i ruszyli sfrustrowani widokiem ich upragnionej
ulicy w oddali, bo żeby do niej dotrzeć, musieli zatoczyć olbrzymie koło
wyludnionymi chodnikami. Gdy przechodzili mostem de Sully, pod
latarniami fabrykującymi balony mgły na tle nocy, Feliza zakasłała raz i drugi, a potem, kiedy dotarli na rue de Bi?vre po dwóch godzinach
nocnego marszu i otworzyli drzwi do budynku jak ktoś, kto wraca z syberyjskich stepów, Feliza uwiesiła się na ramieniu Pabla tak mocno, że
z trudem udało mu się ją podtrzymać, on zaś pomyślał, że jeśli któreś z nich później zachoruje, będą mogli z naukową precyzją określić, kiedy to
się stało, w którym dokładnie miejscu zimno wniknęło w ich ciała.
Feliza nie rozumiała, dlaczego koniecznie muszą jechać na Montmartre,
skoro mieli tam tak daleko, ale nawet przez myśl im nie przeszło
protestować. Rano 5 stycznia, w pierwszy wtorek nowego roku, wysiedli z metra i bez problemu odnaleźli urząd, miejsce bezduszne i zimne, na
tyłach okazałego budynku będącego siedzibą burmistrza dzielnicy. Feliza
uniosła wzrok, wskazując niebieską łatę w wełnistym niebie: "Jak raz
jest ładna pogoda", powiedziała, "to musimy spędzać czas w urzędzie.
Założę się, że nie mają tam nawet okien". Trafiła w punkt: znaleźli się
w piwnicy oświetlonej jedynie jarzeniówkami malującymi pod oczyma
wielkie cienie w kolorze oliwkowym, zarówno im, jak i smutnym urzędnikom
czekającym za biurkami, na stanowiskach oddzielonych płytami z aluminium. Po upływie dziesięciu minut usłyszeli imię i nazwisko Felizy,
Pablo nie zrozumiał go w pierwszej chwili, bo francuska wersja kończyła
się inną samogłoską: "Burstán", powiedział głos, albo "Birstán", a może
coś pomiędzy. Usiedli przed urzędniczką z płaszczami na kolanach, jak
dwoje niesfornych uczniów gotowych na reprymendę; była to kobieta zbyt
mocno umalowana, o zbyt wytapirowanych włosach i w zbyt zielonej bluzce,
pisząca coś na żółtej kartce. Z początku urzędniczka nie patrzyła na
nich, nie zwracała uwagi na ich obecność, a potem podniosła głowę,
powiedziała "dzień dobry" i wyciągnęła ku nim otwartą dłoń. (Pablo już
miał podać jej rękę, sądząc, że chce się z nimi przywitać, ale szybko
zrozumiał, że chce tylko wziąć papiery). Przejrzała zawartość teczki,
wycinki w niezrozumiałym języku; gdy zatrzymała się na jednej z prac
Felizy, zadała pytanie według nich bezsensowne: "A co to jest?".
Patrzyła na zdjęcia Hołdu dla Gandhiego, rzeźby ważącej pięć ton,
wysokiej jak dom, wykonanej na oficjalne zlecenie z trzech żelaznych
elementów stanowiących kiedyś nadwozie buldożera. Długa, abstrakcyjna
figura wznosiła się ku niebu - z ciemnozieloną górą w tle - na
publicznym trawniku przy Carrera Séptima, w północnej części Bogoty,
niedaleko od wojskowych stajni.
"Że co to jest?", zapytała Feliza. "To Gandhi, proszę pani. Tyle że
widziany z profilu".
Pablo kopnął ją w kostkę pod stołem, aż płaszcze podskoczyły.
Urzędniczka spojrzała na Gandhiego, spojrzała na Felizę, zmarszczyła
czoło, a potem je rozluźniła, jakby coś zrozumiała; wtedy przewróciła
stronę, zamknęła teczkę i wstała bez słowa wyjaśniania. Pablo i Feliza
widzieli, jak znika za osłoniętym parawanem biurkiem kolegi, Pablo
stłumił impuls, by wstać i śledzić ją wzrokiem, śledzić rozmytą zieloną
plamę bluzki i czuwać nad losem cennych dokumentów. Kobieta wróciła po
kilku minutach z dwiema teczkami, w jednej znajdowały się oryginały, w drugiej dopiero co zrobione kopie. Feliza z czystej ciekawości dotknęła
nowych kartek i przekonała się, że są jeszcze ciepłe. Urzędniczka
ostemplowała formularz i powiedziała:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki