Rozdział 2
Zaczątek kolekcji
Kwiecień 1985, Bielsko-Biała
- Przestań wreszcie się mnie czepiać! Nie jestem twoją własnością, ty głupi bucu! Gówno cię obchodzi, gdzie byłam!
Zaczerwieniona z gniewu Dorota złapała szklankę z niedopitą herbatą i rzuciła ją w stronę stojącego w progu kuchni mężczyzny. Rajner nawet nie drgnął, jakby przewidywał, że pocisk chybi celu, a ten rzeczywiście uderzył w ścianę pół metra od futryny. Szkło posypało się z brzękiem, na kremowych kafelkach wykwitły brązowawe rozbryzgi upstrzone ciemniejszymi plamkami herbacianych fusów.
Milewski ze stoickim spokojem przekroczył okruchy szklanki, usiadł przy stole i zrobił zapraszający gest.
- Nie wróciłaś na noc, rano i w południe dalej cię nie było. Co w tym dziwnego, że pytam? Usiądź, Dota, porozmawiajmy jak ludzie.
- Jak ludzie?! - wysyczała wściekle. - Do tego musiałbyś być człowiekiem!
Nie ruszyła się nawet na krok, nadal trwała w tym samym miejscu przy piecu, na którym mimo zbliżającej się godziny szesnastej nie stał ani jeden garnek. Trudno zresztą, żeby stał. Sam przecież nie mógł tam zawędrować, a wszystko wskazywało na to, że z wczorajszych imienin koleżanki Dorota wróciła dopiero przed chwilą. Rajner pewności oczywiście nie miał. Mogła pojawić się w domu zaraz po jego wyjściu do pracy, a potem wyjść ponownie, ale to nie zmieniało faktu, że gdy po północy kładł się do łóżka, żona jeszcze nie wróciła. Gdy się obudził, nie było jej nadal, i podobnie piętnaście minut temu.
W inny dzień pewnie nie zrobiłby z tego afery. Popiła to popiła, każdemu może się zdarzyć, że przesadzi z alkoholem, on sam także kilkakrotnie po jakiejś popijawie obudził się we własnym mieszkaniu, chociaż do dziś nie wiedział, jak się w nim znalazł. Na swoje nieszczęście przypomniał sobie, że wczoraj rano uprzedził Dorotę, że wróci do domu dopiero pojutrze, nic więc dziwnego, że na widok popłochu w jej oczach zapaliło mu się w głowie ostrzegawcze światło. Zapytał więc, czy imieniny trwały blisko dobę, i wtedy rozpętało się piekło.
Żona wygłosiła istną przemowę. Zarzuciła mu nieczułość, brak zainteresowania, stawianie pracy ponad małżeństwo, do tego ograniczone horyzonty, chamstwo, a nawet alkoholizm. Wszystko to poparła litanią przewin, z których z tylko bardzo nikłą częścią się zgadzał, resztę zaś nazwał wymysłami histeryczki. Wtedy cisnęła szklanką, uznając najwyraźniej, że szkło rani dotkliwiej niż słowa. Rajner nie mógł odmówić temu słuszności, kategorycznie natomiast zaprotestował przeciwko twierdzeniu, jakoby nie był człowiekiem.
- W takim razie nie rozumiem, czemu urząd stanu cywilnego wyraził zgodę na nasz ślub. Wydawało mi się, że do tego bycie człowiekiem jest warunkiem koniecznym.
- Widocznie jednak nie - warknęła, a po chwili dodała, nie zważając, że zaprzecza wcześniejszemu twierdzeniu: - Jesteś strasznym człowiekiem, Rajner. Z tobą nie da się żyć. Chcę się rozwieść.
Już od dłuższego czasu spodziewał się usłyszeć te słowa, a jednak poczuł zaskoczenie. Nie sądził, że Dorota zdobędzie się na tyle stanowczości, zawsze do tego stopnia unikała podjęcia jakiejkolwiek decyzji, że nieraz się zastanawiał, jak to się mogło stać, że wyraziła zgodę, kiedy poprosił ją o rękę. I nie raz tego żałował.
- W porządku - odpowiedział, siląc się na spokój. - Złóż pozew. Nie bój się, nie będę ci niczego utrudniać. Ale na ułatwienia też nie licz.
Na widok jej oszołomionej miny poczuł odrobinę satysfakcji. Chyba się nie spodziewała takiej odpowiedzi. Nic dziwnego, dotychczas to on zawsze łagodził kłótnie i przepraszał nawet wtedy, gdy wina leżała ewidentnie po stronie Doroty.
- Rajner - odezwała się cicho, bez uprzedniej agresji. - Ty mówisz poważnie? Naprawdę chcesz się rozejść?
- Ty chcesz - przypomniał. - Powiedziałem, że się dostosuję...
- Bo tobie wcale na mnie nie zależy! - przerwała mu, a jej oczy wypełniły się łzami. - Nie zwracasz na mnie uwagi, masz w dupie to, co ja czuję. Nie kochasz mnie, nigdy mnie nie kochałeś. Dla ciebie jest ważna tylko ta twoja pierdolona praca, nie obchodzi cię, że całymi dniami jestem tu sama...
Przestał słuchać. Pomyślał, że gdyby Dorota o tym wiedziała, nie omieszkałaby powiększyć listy jego przewin o jeszcze jeden zarzut. A gdyby tak jej to podpowiedział? Żeby utwierdzić ją w przekonaniu, że rozwód to najlepsza rzecz, jaką może zrobić? Żeby nie zmieniła zdania?
I pomyśleć, że kiedy niespełna rok temu brali ślub, uważał się za najszczęśliwszego mężczyznę na ziemi. Powinno było dać mu do myślenia, gdy przyjaciel napomykał dyskretnie, że może należałoby trochę poczekać, lepiej się poznać, przekonać się, czy uczucie do Doroty nie jest tylko chwilową fascynacją. Obraził się wtedy, zerwał więzi przyjaźni trwające od czasu liceum, a później nie próbował tego naprawić, choć niemal natychmiast pożałował wybuchu.
Szybko się dowiedział, jak wielką omyłkę popełnił. Norbert miał stuprocentową rację, to on okazał się kretynem, o czym przekonał się, zanim jeszcze minęło pół roku, teraz natomiast coraz częściej łapał się na tym, że nienawidzi kobiety, którą przysiągł kochać.
Dzwonek telefonu? Teraz? To mogło oznaczać tylko jedno i na twarzy mężczyzny mimo woli pojawił się uśmiech. Z ulgą opuścił kuchnię i skierował się ku wiszącemu na ścianie w przedpokoju aparatowi telefonicznemu. Rozmowa nie trwała długo. Rajner wysłuchał uważnie podanego telegraficznym stylem polecenia, rzucił zwięzłe "już jadę" i po kilku minutach, gotowy do wyjścia, ponownie zajrzał do kuchni.
Żona siedziała przy stole zwrócona w stronę okna, mógł więc zobaczyć tylko drgające spazmatycznie plecy i fragment dłoni zasłaniającej twarz. Jasne włosy spływały miękką falą aż na biodra. Pamiętał, jak bardzo podniecał go ich widok, teraz jednak poczuł żal, że uczucie między nim a Dorotą zostało zaprzepaszczone, zginęło gdzieś pomiędzy jedną a drugą kłótnią, odeszło, gdy w miejsce czułych słów ze stworzonych do pocałunków ust żony zaczęły płynąć inwektywy.
- Dota? Muszę iść, dzwonili...
- To, kurwa, idź, na co czekasz?!
Miał już tego dość. Miał dość jej.
- Uspokój się. Nie doprowadzaj mnie do ostateczności, bo pożałujesz.
Odjęła dłonie od twarzy i spojrzała suchymi, pełnymi nienawiści oczami.
- Spierdalaj do tej swojej ukochanej roboty!
Skrzywił się i nie powiedział już nic, wiedząc dobrze, że wykorzystałaby każde jego słowo jako pretekst do nowej awantury, tak jak wykorzystała uwagę o wulgaryzmach do robienia mu na złość.
Na początku znajomości Milewski wyznał, że irytuje go nadmierne przeklinanie u kobiet. Nie to, żeby był jakimś świętoszkiem. Sam również czasem klął, choć starał się panować nad językiem, nie gorszyło go również, gdy w zdenerwowaniu przedstawicielki płci pięknej rzucały jędrnym słówkiem. Ale używanie przez nie wulgarnych wyrazów zamiast znaków interpunkcyjnych lub jako uniwersalnych przymiotników czy czasowników uważał za niedopuszczalne, jego zdaniem kłóciło się z pojęciem kobiecości.
Wydawało mu się wtedy, że Dorota pochwala jego zdanie, gdy jednak w ich małżeństwie zaczęło dziać się źle, natychmiast wykorzystała tę informację, by doprowadzać go do gniewu nieustannym przeklinaniem. Od tamtej pory już się przed nią nie odkrywał, nie chcąc dawać jej do ręki kolejnej broni.
Wyszedł cicho z mieszkania i dopiero przed blokiem, gdy wciągnął w płuca rześkie majowe powietrze, poczuł, jak duszna jest atmosfera domu, który miał być azylem, a stał się siedliskiem zła.
- Najwyższy czas z tym skończyć - powiedział do siebie, gdy znalazł się przed blokiem i zobaczył dwoje ludzi trzymających się za ręce. - Z nią.
Nie wierzył, że Dorota wystąpi o rozwód. Zbyt dobrze ją poznał, by nie wiedzieć, że ona nigdy nie zrezygnuje z wygodnego życia i pozycji, jaką dawało jej bycie jego żoną. Nie odejdzie, za to zamieni mu życie w piekło. Musiał zatem poszukać innego sposobu, by odzyskać wolność.
Podporucznik Jerzy Jagielski zmusił się do ponownego spojrzenia na potwornie okaleczone zwłoki. Jeszcze nigdy nie spotkał się z podobnym bestialstwem, choć służył w milicji już prawie dziesięć lat. Gdy spoglądał na leżące na łóżku, skąpane we krwi ciało, miał wrażenie, że kobieta została poszatkowana. Takie samo zdanie chyba miał lekarz, gdyż po stwierdzeniu zgonu niezbyt się kwapił do dalszych oględzin.
- Najlepiej przewieźcie ją razem z tymi wszystkimi bambetlami. - Wskazał na przesiąkniętą krwią pościel. - Inaczej gotowa rozpaść się na kawałki i będziecie musieli zbierać je szufelką.
Jagielski mruknął coś niezobowiązującego i odsunął się aż pod drzwi wejściowe, robiąc miejsce fotografowi. Po chwili miejsce zbrodni rozjarzyło się błyskami flesza.
Na schodach zatupotały szybkie kroki, potem za plecami podporucznika szczęknęła klamka. Jerzy odwrócił się i zobaczył młodego funkcjonariusza z ciągle jeszcze pozieleniałą twarzą. Szeregowy wyglądał na zakłopotanego.
- Obywatelu poruczniku, na dole jest jakiś cywil. Strasznie się awanturuje, bo koniecznie chce tu wejść.
- Kto to? Mąż? - ożywił się Jagielski.
Młody milicjant zaprzeczył ruchem głowy. Potem się zreflektował i odpowiedział pełnym zdaniem, na wszelki wypadek przyjąwszy postawę zasadniczą.
- To nie mąż, obywatelu poruczniku. Mówi, że jest prokuratorem.
- Kur...
Jerzy z trudem opanował wybuch złości. Nie mógł winić szeregowego, sam przecież mu nakazał nie wpuszczać nikogo, nawet gdyby chętny do odwiedzin twierdził, że jest Panem Bogiem. Zapomniał o przedstawicielu prokuratury, zatem pretensje powinien kierować wyłącznie do siebie.
Wyszedł z mieszkania i dla uspokojenia zapalił papierosa.
- Obywatelu poruczniku...? - przypomniał o swoim istnieniu mundurowy. Nadal stał w progu.
- Co? A tak, prokurator. Wpuść go, ale najpierw zamknij te cholerne drzwi.
- Tak jest, obywatelu poruczniku!
Ciężkie buty znów zatupotały, a po niedługim czasie na schodach rozległy się inne kroki, lżejsze i daleko mniej szybkie. Minęło jeszcze kilkanaście sekund i na półpiętro wywindowała się korpulentna postać, na której widok Jagielski miał ochotę puścić wymyślną wiązankę. Ochabczyk! Tylko tego jeszcze brakowało! Ostatnim razem, gdy współpracował z tym człowiekiem przy prowadzeniu śledztwa w sprawie zabójstwa pewnego Kanadyjczyka, kilkakrotnie łapał się na tym, że najchętniej odstrzeliłby mu ten pusty łeb.
Mieczysław Ochabczyk był wyjątkowo odporny na wszelkie argumenty, a termin "logiczne myślenie" był mu tak znany, jak słowo "mężczyzna" bohaterkom filmu Seksmisja. Niestety sprawowanie nadzoru prokuratorskiego nad śledztwem stawiało go nad milicjantami, zmuszając ich do wykonywania idiotycznych najczęściej poleceń. Wzajemnych kontaktów nie ułatwiał też kompletny brak poczucia humoru prokuratora, zastępowany nadmiernym poczuciem własnej wartości.
Na drugą część schodów Ochabczykowi wyraźnie zabrakło już kondycji i gdy w końcu, stękając i sapiąc niczym parowóz, wszedł na piętro, dość długo nie mógł wydobyć słowa i tylko rzucał Jerzemu wściekłe spojrzenia. Musiało upłynąć kilka minut, nim zdołał wyartykułować wypowiedź.
- Jagielski? No tak, mogłem się tego domyślić. Co wy tu, kurwa, odstawiacie?! Utrudnianie wejścia przedstawicielowi prokuratury to jest...
- Nieporozumienie, panie prokuratorze - wszedł mu w słowo Jerzy. - Przepraszam pana. Zabroniłem młodemu wpuszczać tu kogokolwiek, a on to wziął zbyt dosłownie.
Mówił ugodowym tonem, by udobruchać przewrażliwionego na punkcie własnej pękatej osoby Ochabczyka, choć wszystko w nim aż się skręcało z niechęci do tego człowieka. Nie miał jednak innego wyjścia, chyba że chciałby się na długie lata pożegnać z awansem, bo jak wieść gminna głosiła, mężczyzna miał kolegów na wysokim szczeblu.
Prokurator popatrzył uważnie na milicjanta, widocznie jednak nie doszukał się nieszczerości, ponieważ skinął lekko głową i zapytał:
- Gdzie jest miejsce zdarzenia?
- Pod numerem piątym. Ale...
Nieciekawy owego "ale" Ochabczyk nie zaczekał na dokończenie wypowiedzi i szybko wkroczył do mieszkania. Po niedługim czasie znalazł się tam również Jagielski i na widok pozieleniałego na twarzy prokuratora, który z dłonią przyciśniętą do ust długimi susami sadził do łazienki, musiał zaangażować całą siłę woli, by nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Technik także walczył z rozbawieniem, a gdy ustawiał na szafce nocnej tabliczkę z numerem oznaczającym kolejny ślad, ramiona trzęsły mu się jak w febrze.
Cały ten incydent miał dla nich zbawienne efekty. Po opuszczeniu łazienki Ochabczyk wyraźnie spuścił z tonu. Przycichł i jakby skurczył się w sobie. Postał kilka minut pod ścianą jak najdalej od łóżka, po czym zwrócił się do podporucznika, starannie unikając spojrzenia czy to na niego, czy na denatkę.
- Myślałem, że załatwimy to szybciej. Muszę iść, jestem umówiony w Komitecie. Dokończcie tu sami, poruczniku, a jutro opowiecie mi o ustaleniach. Dacie sobie radę? - spytał i nie czekając na odpowiedź, ruszył ku drzwiom.
Gdy tylko zamknęły się za nim, obaj milicjanci wybuchnęli śmiechem, i tylko lekarz stał z dość głupią miną, nie wiedząc, czy powinien się przyłączyć do tej eksplozji wesołości, której powodów nie rozumiał. Tamci jednak uspokoili się dość szybko i zajęli się pracą. To znaczy zajął się nią technik, fotografując coraz to inne miejsca, Jagielski natomiast przechadzał się wolno po pokoju, nie przekraczając przy tym linii wytyczonej tabliczkami oznaczonymi numerami, ustawionymi w miejscu, gdzie na jasnej wykładzinie dywanowej odbiły się ostatnie krwawe ślady protektorów. Dalej już ich nie było, co mogło oznaczać tylko, że w tym miejscu zabójca zdjął zakrwawione obuwie.
- Przecież nie wyfrunął - burknął Jagielski, gdy nudzący się lekarz przedstawił mu swój wielce odkrywczy domysł.
- Skończyłem z częścią artystyczną - oznajmił technik. - Przyjrzyjmy się teraz tej pięknej pani, żeby doktor mógł wrócić do swoich zajęć.
Jagielski już wcześniej doszedł do wniosku, że Milewska sama wpuściła zabójcę do domu. Drzwi nie były uszkodzone, zamki raczej też nie, a stanowiący dodatkowe zabezpieczenie łańcuch luźno zwisał na drzwiach. Prócz tego leżąca pod kołdrą kobieta miała na sobie szlafrok, co wydało mu się dość niewygodnym strojem do spania.
- Ja to widzę tak, że ktoś zadzwonił, ona wstała z łóżka, włożyła szlafrok i wpuściła gościa do środka - odezwał się mężczyzna w białym kitlu, uprzedzając podporucznika. - Przepuścił ją przodem i walnął w głowę, po czym zaciągnął do łóżka i zaczął zabawę. Nie mam na myśli gwałtu - odpowiedział na pytające spojrzenie Jagielskiego. - To chyba nie miało nic wspólnego z seksem.
Wstępne oględziny zwłok nie dały co prawda odpowiedzi na pytanie, kto mógł się dopuścić tak strasznego czynu, wykazały natomiast, że istotnie Milewska została uderzona w głowę. Pozostałe rany były liczne i tak głębokie, że czarna prognoza lekarza miała realne szanse się sprawdzić. Mężczyzna wymieniał je głośno, dodając do każdej krótki opis.
- Naliczyłem dwadzieścia jeden - stwierdził w podsumowaniu - ale bez dokładniejszych badań nie jestem w stanie stwierdzić, czy któraś z nich była śmiertelna. Tylko że to chyba nie ma znaczenia, bo dam głowę, że zmarła z upływu krwi. Popatrzcie tu, tu i tu. - Wskazywał po kolei na szyję, przedramię i udo.
- Krwotok tętniczy? - zaryzykował Jerzy.
Dla niego wskazane przez lekarza rany nie różniły się niczym od pozostałych; na wypowiedzianą supozycję naprowadziły go wyłącznie miejsca zranienia.
- Potrójny, stąd takie rozbryzgi.
- Czas zgonu?
Lekarz skrzywił się lekko.
- Powiedziałbym, że osiem do dziesięciu godzin, ale to tylko tak orientacyjnie. Dokładniej powie panu...
- Doktor od nieboszczyków - wszedł mu w słowo Jagielski. - Dziękuję, to na razie mi wystarczy. Mirek, mamy jej dane? - zwrócił się do technika omiatającego pędzelkiem daktyloskopijnym niedużą, elegancką torebkę.
- Moment.
Chorąży Mirosław Kazimierczak utrwalił na folii daktyloskopijnej widoczne na powierzchni torebki odciski, przyjrzał im się przez lupę i rozsunął zamek błyskawiczny.
- Na moje oko te wszystkie paluchy należą do tej samej osoby. Pewnie do niej. - Pogrzebał w torebce i wyciągnąwszy ciemnozieloną książeczkę, szybko ją przekartkował. - Dorota Jadwiga Milewska z domu Pawełek. Lat dwadzieścia dziewięć, mężatka, brak informacji o zatrudnieniu.
- Jeszcze jedno - znów odezwał się lekarz. - Jeżeli było tak, jak mówiłem, to szukacie mężczyzny, w dodatku wysokiego. - Ponownie wskazał ranę na głowie denatki. - Cios padł z góry, a ta kobieta ma jakieś metr sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu.
Po wypisaniu aktu zgonu mężczyzna wyszedł, a milicjanci wrócili do swoich zajęć. Kazimierczak zaczął od przedpokoju, a Jagielski, chwilowo bezrobotny, przyglądał się bezmyślnie, jak kolega omiata pędzelkiem daktyloskopijnym wieszak na ubrania. Naraz wzrok zahaczył o brązowawą smugę na ścianie, ledwie widoczną wśród kwiatowego wzoru tapety. Zaciekawiony, spojrzał niżej i już wiedział, że lekarz miał rację.
- Miro, zerknij na to.
Wskazał palcem interesujące go miejsce. Technik podszedł, przyjrzał się smudze przez szkło powiększające i powiódł wzrokiem niżej. Gwizdnął cicho.
- Miał nosa pierdolony doktorek. Pomyślałem, że gówno wie, bo przecież mogła siedzieć, kiedy dostała w łeb, ale tutaj raczej nie siedziała. Poza tym na czym? Musiałoby być tak wysokie jak stołek barowy.
Machinalnie rozejrzał się, jakby oczekiwał, że nagle w wąskim przedpokoju zobaczy bar obstawiony stołkami. Jerzy zauważył to i parsknął śmiechem.
- Nie wysilaj się, Miruś. Stołek na pewno się tu nie zmaterializuje, a nawet gdyby, to dalej sprawcą będzie wysoki mężczyzna.
W pierwszej chwili Kazimierczak nie zrozumiał i zapatrzył się w porucznika z niemądrą miną. Potem ponownie przeniósł wzrok na smugę zaczynającą się na wysokości jego szyi i w oczach błysnęło mu zrozumienie.
- Walnął ją, a ona zatoczyła się na ścianę - wyjaśnił niepotrzebnie i sięgnął po nożyk, by wyciąć poplamiony krwią fragment tapety.
- Idę na fajkę - poinformował Jagielski, nieznoszący bezczynnego czekania. - Kupię coś do żarcia. Chcesz?
W sklepie była kolejka i kiedy wrócił, technik zdążył uporać się już z sypialnią. Jerzy przejrzał zawartość szuflad stolika nocnego i przystanął przed wysoką szafką. Przeszklona od połowy, nosiła na sobie ślady proszku daktyloskopijnego, mimo to wolał się upewnić.
- Zrobiłeś już tę szafkę?
Kazimierczak z cichym stęknięciem dźwignął się z kolan.
- Zrobiłem. Widziałeś to zdjęcie?
Jerzy nie zdążył odpowiedzieć, gdyż właśnie pojawili się przyodziani w kombinezony ochronne mężczyźni z noszami. Po krótkiej rozmowie zgodnie z sugestią lekarza władowali na nosze denatkę wraz z pościelą, przykryli płachtą i po podpisaniu stosownych dokumentów zniknęli za drzwiami.
- Zrobiłem kuchnię - oznajmił Kazimierczak po ich wyjściu. - Ale jestem niewyspany. - Ziewnął szeroko, nie starając się nawet zasłonić ust. - Graliśmy w brydża do drugiej w nocy, bo miałem mieć wolne, ale wyszło jak zawsze. Gdzie masz to żarcie, bo głodny jestem jak cholera. Gospodarz chyba nie oskarży nas o kradzież, jeśli zrobimy sobie herbatę? Nie umiem jeść bez popijania.
- Właśnie, gospodarz. Trzeba by go zawiadomić. Tylko, kurwa, jak? Na aparacie jest miejsce na numer, ale kartka jest pusta. Byłem u ciecia, potem zadzwoniłem od niego do administracji i nic. Nikt nie wie, gdzie facet pracuje, numeru też nikt nie zna.
- Został mi jeszcze duży pokój. Może tam coś znajdę?