Imię Kruka - Adrian Zawadzki

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (16,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

prolog

vigeat veritas, et pereat mundus[1]

Zakrzywiona soczewka oka załamywała światło, dochodziło do refrakcji. Widziałam. Nocą, kiedy zagrzebana byłam w pościeli, to światło biło ze snu, a sen był jedynym źródłem tego światła. Za dnia oko wysyłało do mózgu impulsy z informacjami, a ten je łamał jak kod, przyjmował pospiesznie i chętnie, tworzył obraz. To, co widziałam nocą było inne, choć niezupełnie obce. Nie mogło być obce. Odległe, odleglejsze, ale bardzo jasne. Nazywają to innymi światami, mogą być lepsze lub przerażające, w zależności od tego, co tam na nas czeka. Czytałam o wyższych wymiarach, światach równoległych, do których dostęp mamy niekiedy tylko po zamknięciu powiek.

Jako trzylatka wystraszyłam się kiedyś szklanego deszczu, który przyśnił mi się pewnej nocy. Tygodniami, rozpaczliwie prosiłam ojca o aluminiowy parasol...

Pośrodku miasta stała studnia, a za nią gmach gotyckiego kościoła. Na wieży, w miejscu zegara, wmurowano szerokie na metr oko. Mrugało z prędkością leniwej wskazówki. Źrenica pozostawała martwa, zawieszona, skupiona na tym, co przed wieżą - polem, lasem, klifem, morzem. Przy wysokich falach, które łomotały w ścianę klifu, z oka kościelnej wieży wypływała mała łza. Rozbijała się piętra niżej, w samym środku suchej studni. Wypełniała ją płynem niezdatnym do spożycia.

Kiedy byłam małą dziewczynką bałam się powracających w chorobie snów, które wtedy potrafiłam określić tylko jako pulsujące. Szczególną intensywność przybierały, gdy przewiało mi ucho. Wówczas mogłam mieć z pozoru prosty sen, ktoś stawiał zwykłe kroki na znanym mi chodniku, ale te kroki nabierały nieludzkich odgłosów. Nie były ogłuszające ani donośne. Miały w sobie coś niebezpiecznego.

Od zawsze wydawało mi się, że najstraszniejsze, co może człowieka spotkać, to niezrozumienie. Tego, co się dzieje, co mu jest albo, kto za tym stoi. Bałam się utraty kontroli nad sobą. Tak też było i tamtej nocy. Stałam, nie pierwszy raz, na deptaku. Patrzyłam w tarczę oka, a choć ono nawet nie drgnęło, czułam jak bardzo chce spojrzeć w dół. Serce biło mi coraz szybciej i zaczęły się drgania. Drżało moje ciało, moja krew, a więc i miasto, i wieże, zapadłe, stare kamienice i trawy musiały zadrżeć. Drżała woda.

Bałam się bez powodu. Chyba nic innego mi do tej pory bardziej nie zagrażało.

Życie miałam krótkie i dobre, dni krążące wokół pracy, najczęściej przy starej maszynie do pisania i ze stosem książek dookoła. Naturalnie, nie w wieku trzech lat, ale pamiętam z tamtego okresu jeszcze słonie, które dziś wciąż wydają się tak kolorowe i żywe jak wtedy, jakby nadal ubrane były w barwne, ręcznie dziergane na drutach serwety, jakby malowano ich twardą skórę naturalnymi barwnikami, jak spokojne były, w przeciwieństwie do roztańczonych kobiet, od stóp do głów przyodzianych w czerń.

Te moje przebłyski wspomnień stały się jaśniejsze, kiedy pokazano mi starą mapę, Indie i opowiedziano o tym, gdzie przyszłam na świat, ile czasu, a w zasadzie jak krótko spędziliśmy te wczesne dla mnie lata w Azji, co miało związek z pracą rodziców. ?????, dźangli słyszałam po każdej swojej samotnej ucieczce do ogrodu, krótkiej, żądnej przygód i odkryć, na jakie pozwolić może sobie mała dziewczynka na obcej ziemi. Dźangli to w tym ujęciu mała, nieokrzesana dzikuska. Tyle, że dla małych stópek nie ma ziemi obcej, bo każda poddaje się tym samym fizycznym prawom, każda ziemia potrzebuje śladów i dotyku. Pamiętam też kurwy - ????, randi, randi - choć czułam, że tych słów się nie powtarza, nie na głos.

W końcu kawałki oka zaczynały pękać i spadać, roztrzaskując się o ziemię. Były ze szkła, którego szerokie, wilgotne pasy rozcinały przechodniów, kroiły jak szynkę. Rozsypywały się po kocich łbach. Nie widziałam ich twarzy, tylko wątłe, mgliste kontury. Mogłabym ich dziś naszkicować ołówkiem, jeśli sama uwierzyłabym w to, jak wyraźnie zaznaczyli swoją obecność w mojej pamięci. Mogłabym, gdybym miała do tego talent. Owszem, na czystej kartce potrafię bez problemu ich sobie wyobrazić, ale wyobraźnia to jeszcze nie talent. Czytałam, że są we Wszechświecie planety, na których padają deszcze żelaza, plazmy...

W moim śnie widziałam szklany deszcz. To nie była przestrzeń sprzyjająca życiu. ??? ??????[2]

château de r?ve

- Byłeś w środku? Nie bałeś się?

Przez krótki czas w rezydencji nieopodal Aparash Ballar mieszkali nowi lokatorzy, była domem zwierząt, ale zwierzęta nie przykładają większej wagi ani do festonów i zasłon, ani do pierzastych liści akantów przy kominkach i filarach. Z lica ściany budynku występowały cztery wykusze w kształcie prostokąta, a z dachu spoglądały wole oka, małe owalne okienka. Wnętrza pomieszczeń wykończono licznymi sztukateriami z gipsu, rozetami. Najczęściej w takich miejscach niemal nietknięte pozostawały biblioteki. O nich lubiłam słuchać najbardziej, prosiłam aby J. z dokładnością mówił mi o wszelkich detalach.

Nie spędzał tam wiele czasu z powodu nieprzyjemnego zapachu, wiele egzemplarzy oprawiono w skóry. Regały były integralną częścią ścian, ciągnęły się po sam sufit.

Nazywałam te domy bezludnymi, bo były jak wyspy ze starych powieści przygodowych i w sposób podobny działały na moją wyobraźnię.

J. nie przeglądał nigdy cudzych zbiorów, biblioteka domu to intymne miejsce, związane w niezwykły sposób z jego lokatorami. Rośnie jak dziecko, tyje na ścianach i potem już taka pozostaje.

- W jednym natrafiłem na spaloną bibliotekę.

Natrafiłeś na spaloną bibliotekę, powtarzam.

- Nie w całości, tylko jedna z czterech ścian. Czarna smuga od dywanu z kurzu po kryształowy żyrandol, jakbyś maznęła wielkim pędzlem. Przykry był to widok.

I mnie zrobiło się przykro.

- Nigdy nie miałeś ochoty sprawdzić, jakie tytuły leżały na półkach?

Na tytuły czasami zerkał, bo były wygrawerowane na złoto, na grzbietach. Literatura francuska, klasyczna i prace filozofów, rzadko coś od zbereźników czy heretyków. W bibliotekach wisiały z reguły krzyże. Co jeszcze tam było?

- Masz miejsce do czytania, czasem jest to fotel z podnóżkiem, ale najczęściej okrągły stoliczek z wygodnym krzesłem.

Z początku Jacques Brel lękał się dłużej przebywać w takich miejscach. Nie z powodu zjaw czy posępnego ich wyglądu. Nie był pewny, czy budynek zniesie raz jeszcze ruch i kroki, a o głosie nie było mowy, ale pewnego dnia trafił na śpiącego w opuszczonej kuchni dzika. Od tamtego momentu nawet siadał w salonach czy najbardziej interesujących pokojach i zbierał widoki. Był przekonany, że dach nie zwali mu się na głowę. Zaglądał w lustra, a w jednym zaobserwował nawet, jak kawał tapety za jego plecami powoli osuwa się na posadzkę z białego niegdyś marmuru.

Onanizował się, do czego przyznał się z wypiekami na policzkach, w kilku okolicznych łożach z baldachimem.

.

Prawdziwe zaskoczenia czekało na J. w willi oddalonej od Akademii X o przeszło trzy kilometry. Doszedł prawie do stacji kolejowej, nieczynnej już. Żaden pociąg tędy nie kursował, nie było ku temu potrzeby. Był to piękny, stary budynek z plamami krwi na ścianach holu i kuchni. Wszystko, od ścian do podłóg, schodów i sufitu, nosiło ślady wilgoci albo miękło pod opuszkami jego palców. Poza jednym pomieszczeniem. Pokoik był niewielki, choć dostać się do niego było trudno. Jacques zaglądał najpierw przez dziurkę do klucza, ale to co widział wydawało mu się złudzeniem, omamem. Udało mu się w końcu wyłamać stary zamek i dostać do środka. Nie spodziewał się czegoś podobnego w tej starej opuszczonej i zapomnianej dawno willi. W samym środku było jasno, bo pomieszczenie oświetlały dwa wysokie okna, w których wisiały, dawniej pewnie bielsze, firanki.

Między oknami, na ścianie je dzielącej, stał marmurowy, beżowy kominek z ciemną japą. Ogień dawno nie tlił się w jej wnętrzu. Przed kominkiem stał okrągły stolik, na wzorzystym dywanie, a na stoliku pełno było książek i zdjęć w ramkach, niskie stosy lektur wyrastały także spod stolika. Obok stało krzesło z niedbale przewieszonym swetrem w kolorze buraka. Przy lewym oknie stała prawdziwa bestia, stworzenie zdolne do wydawania z siebie potężnych dźwięków, teraz martwe, dawno nie głaskane, wielki, czarny fortepian z nutami. Fortepian o grubych, rzeźbionych z kunsztem girach. Na ściance za nim zawisły obrazki szkicowane ołówkiem, gęsto naszkicowane mapy miasteczka i okolicznych wsi. J. podszedł do kominka i policzył małe filiżanki, ustawione w formie dekoracji niemal jedna na drugiej. Dotknął lampek naftowych i płótna jednego z dwóch obrazów, wiszących nad kominkiem w złotych ramach. Płótna były zimne, choć przedstawiały zachód słońca. Przysiadł jeszcze na moment na krześle, było wilgotne. Posmutniał i wzrok wbił w mahoniową podłogę. Trochę zazdrościłam mu tych widoków i tych miejsc. Miał je, w końcu, tylko dla siebie.

Zastanawiałam się czasami, czy nie rozrabia w nich, nie demoluje tego, co zastanie w spetryfikowanej formie, w postaci bezdusznej. Czy domy bezludne w kontakcie z nim stają się domami bezbronnymi?

.

W moje jedenaste urodziny, po zajęciach filozofii, zebraliśmy się mała grupką na pikniku obok stawu, przy płaczącej wierzbie. Na dwóch kocach porozkładałam poduszki i kosze z herbatą, zwędzonym z kuchni winem, serami i kiełbasą. To był śliczny podwieczorek zakończony mniej przyjemnie. Dwóch chłopców, których imion nigdy nie poznałam, zaczęło się bić. Wysoki, rudy wykręcał mniejszemu blondynkowi palec, ten zaś złapał go za kark i przycisnął do ziemi. Głowa więc pozostawała niemal w bezruchu, wciśnięta i upokorzona, a jego ciało wierzgało i wiło się jak piskorz. W którymś momencie poderwał nogi do tyłu jak tancerz i złapał za jasną głowę. Wyrzucił nim o kilka kroków. Podbiegł i trzasnął w twarz z otwartej ręki. Huk spłoszył wszystkie ptaki, poza kaczkami, które leniwie wycofały się w trzciny.

Teraz blondyn mógł się odegrać, gdy jego kolega obrócił się na moment tryumfując. Chwycił średniej wielkości gałąź, spróchniałą zresztą znacznie, i uderzył w kark. Wykręcił obie ręce i przykucnął na plecach rywala. Napierał teraz na niego, jakby rozpościerał nad nim skrzydła, jakby zamieniał się w kruka i atakował z góry. Dociskał go do ziemi, tak jak to robi kruk, pan śmierci, by pokazać, gdzie jest miejsce skóry, krwi i kości. Tamten już był niemal unicestwiony, a w oczach tego słodkiego skądinąd blondynka widziałam chęć na więcej. Wydrapałby mu oczy, gdyby mógł, może w innych okolicznościach... rozdrapałby mu twarz i nasikał na jaśka. Wstał nagle i jeszcze kopnął go symbolicznie trzy razy. Potem uciekał, ile sił w nogach przed siebie.

Chłopcy często szukali sobie odpowiednio długich i twardych badyli do fechtunku[1]. Ćwiczyli walki białą bronią dla zabicia czasu.

- Wiesz może, skąd w nich tyle gniewu?

- Gniewu? Bawili się tylko.

- Bawili się - powtórzyłam za J. - Lubisz takie zabawy? Wciskanie twarzy w ziemię i chęć rozszarpania na strzępy?

- Przesadzasz. Nie ma nic złego w chłopięcych bijatykach. Lubię patrzyć na takich ludzi, na ich emocje, na ich ciała podczas spięć. Zauważyłaś zachowania żył na karkach, na skroni, pot i kolor oczu, jak zmieniał się wraz z rosnącą temperaturą?

- Byłam zajęta ratowaniem termosu.

- Gniew! Też mi coś, gniewu nie widziałaś.

- Pokażesz mi kiedyś, rozumiem?

- Ani myślę!

- Było w tym coś teatralnego, nie powiem.

- Jeszcze się poprawią i nauczą, wyzbędą się manier. Staną się wojownikami.

- Tu rigoles?[2]

- Nie śmiem, nie śmiem panienki urazić, ani się z panienką nie zgadzać. To nie ja zlałem rudego na kwaśne jabłko.

- Zakończ swoją ironiczną błazenadę, młodzieńcze i przynieś pani cytrynę i czystą chusteczkę.

żelazne chmury

Wiesz, powiedział pewnego dnia Jacques, coś ci jednak pokażę. Wyjął zza płaszcza fotografię, która była rozmazana, nieostra. Na początku nie byłam pewna, co uwieczniła. Powiedziałam to na głos. Uśmiechnął się i chwycił mnie za rękę, wolno prowadząc ją na swoją klatkę piersiową. Trzymaj serce, a ja opowiem ci, na co patrzysz. Zaufałam mu i próbowałam wyczuć opuszkami palców bicie jego serca. Gdzieś tam musiało być, chwilkę się męczyłam, a J. zmrużył nawet oczy, jakby starał się, żeby w końcu zabiło, i nagle poczułam lekkie, spokojne stukanie.

- Zamieniam się w słuch, panie Brel.

- Patrzysz na moje żelazne chmury na grudniowym niebie, na fotografię, którą wykonałem swoim kolorowym aparatem ze słabym zoomem. Jak ci się podoba?

Jak mnie się podoba? Wciąż pozostawała niewyraźna, odniosłam wrażenie, że przez to, niewiele mogła więc dla mnie znaczyć, ale J. nie odpuszczał.

Poznaliśmy się przed rokiem, stosunkowo niedawno, ale zaimponował mi czymś, co można nazwać duchem. Był poetą i pisarzem, mówił o tym głośno, a więc nie wstydził się, że wolny czas poświęca pisaniu.

Poprosił, bym zamknęła oczy, co uczyniłam bez wahania. Wtedy bicie stało się głębsze, jego serce dudniło. Napędzało je myślenie, być może nagle intensywniejsze? Może chciał mnie uderzyć lub pomyślał o czymś niegodnym? W końcu, przyzwyczaiłam się do tego rytmu. Milczał chwilę, miałam chęć otworzyć oczy.

- Widziałaś moje niebo - zaczął w końcu niepewnie. - Mogę spokojnie ci je opisać, ale po co? Patrzyłaś na to, co udało mi się wtedy uchwycić. Nie ma tego wiele, tylko mały fragment. Surowa i czysta grudniowa noc, ani grama śniegu, suche powietrze i fałdy żelaznych chmur. Oto cała opowieść.

Serce mu przyspieszyło, na dłoni poczułam wilgotny pot. Tak to zapamiętał, a ja zapamiętam to podobnie. Podzielił się ze mną swoim wspomnieniem, tak nieistotnym, błahym, a ja nie wiedziałam nawet, co by mu odpowiedzieć. O co dopytać?

- Minęło już kilka lat, odkąd utkwiła mi w pamięci ta chwila. Wracałem do niej co jakiś czas, ale w samotności, nie dzieliłem się nią tak szczodrze jak dzisiaj, jak z tobą. Prawdopodobnie zmieniały się także słowa, którymi sobie tamten obrazek opisywałem, a więc i całość uległa nieznacznym modyfikacjom. Też zamknę oczy, tylko obiecaj mi, że nie będziesz na mnie patrzyła.

- Obiecuję. Pozostaję ślepa.

- Dobrze, więc i ja tobie ufam. Zamykam oczy i to, na co patrzyłem wtedy, pozostaje identyczne i niezmienne. Możesz to interpretować w dowolny sposób. Ciało, twarz i umysł mogą się zmieniać, to normalne. Otwórzmy oczy na... raz, dwa, trzy. Patrz mi tylko w oczy. W chwili, gdy zamykam swoje, znów patrzę na wszystko tak samo. Są obrazy uchwycone, których nie pogubimy, choćbyśmy się starali.

- Wyglądają tak samo, jak pierwszego dnia, kiedy cię zobaczyłam - mówię szczerze.

- Nie tylko, zawsze tak wyglądają. Czas otrzymuje od nas szczególną rolę, na wyrost wyjątkową. Czas staje się więzieniem.

- Taki układ chmur już nigdy się nie powtórzy, pozostaje jedynie w twoim mglistym wspomnieniu, równie niewyraźnym jak to zdjęcie.

- I głębiej, tam gdzie tylko bywamy, za ścianą oka. W śnie. Pamiętam, jak pewnej grudniowej nocy pomyślałem, że ten widok powinien stać się częścią mojej aktualnej wówczas pracy. Zapisałem więc wszystko. Przy ponownej lekturze tego fragmentu znów mogę zobaczyć to samo niebo. Wtedy też tylko patrzyłem, a to patrzenie, nie różni się od tamtego, jakbym pozostał taki sam. Jakby czas przestał istnieć, dłużej nie miał znaczenia. Jeśli literatura zatrzymuje czas, a myślę, że tylko ona ma tę moc, pozostanę na zawsze taki sam, bo... tak, jak mówisz... chmury nigdy więcej nie powtórzą tamtego układu. Jest mój.

- Dzielisz się nim ze mną, a tobie wcale go nie ubywa.

- Zamknij ponownie oczy.

Pocałował mnie, co było zupełnie niespodziewane, ale przyjemne. Usta miał miękkie, o smaku malinowego dropsa, a twarz schłodzoną, policzki całkiem zimne. Smakował dobrze, pachniał przyjemnie. Dręczył mnie myślami w sposób, jaki mogłam akceptować. Kiedy przestał nadal miałam zamknięte oczy, słyszałam tylko jak się oddala. Bez pośpiechu, jedną stopą szurając po piaskowej dróżce, drugą przydeptując kępki traw. Obróciłam się tyłem, oparłam o starą wierzbę i wtedy otworzyłam oczy. Obok, wciąż leżała fotografia, po której teraz pośpiesznie biegła mrówka. Spojrzałam na chmury Brela raz jeszcze. Teraz nie mogły przypominać niczego innego. Z tyłu zapisał ołówkiem krótką adnotację, musiał zrobić to wcześniej.

A więc teraz jesteś współwłaścicielką tej chwili.

Jestem, pomyślałam.

Nie pierwszy raz spotkałam człowieka, który miał problem z czasem. Oczywiście większość ludzi nie radzi sobie z jego upływem tylko dlatego, że ich dłonie zamieniają się w suche gałązki, ich skóra staje się szara, traci kolor życia, czoło przecinają cienkie, zmęczone rowki i oczy zapadają się w mięsnej skorupie. Jacques Brel nie miał takiego problemu z czasem. Niejako nie uznawał dni tygodnia czy lat, a to, czy ważniejszy miałby być kalendarz gregoriański czy chiński lub żydowski, pozostawało obojętne. Nie obchodził urodzin, jakby nie miał swojego startu. Powiedział pewnego razu, że gdyby wyłączyć myślenie w kategorii czasu, początek i koniec nabrałyby nowego znaczenia, ale tylko tak mówił, bo i tak były mu obojętne i w tej chwili, w tym czasie, zupełnie niepotrzebne. Czas dla niego w dużej mierze wyznaczały zapisane słowa, starałam się to zrozumieć.

Spytał też, co dla mnie ma znaczenie? Odpowiedziałam, że najprawdopodobniej, gdybym miała się nad tym głębiej zastanowić, to gdzie powinnam być i co powinnam robić jest dla mnie priorytetowe, zawsze było i powinno takim pozostać. Nie spodobała mu się ta odpowiedź, ale oboje byliśmy w tym samym położeniu. Odparł więc, że dla niego poezja i proza są czasomierzem.

- Nie kładę się spać, bo zaczyna się noc. Kładę się spać, gdy jestem zmęczony. Pamiętam, aby jeść, załatwiać potrzeby fizjologiczne i myć się. Czasem wypiję wódkę, nie zapomnę o tytoniu. To, co daje mi największą radość w moim i tylko moim życiu to kolejne zapisane słowa. Od i do. Od lewej strony kartki do prawej.

W porządku, ale ja nie byłam dziewczyną, która chwytała za pióro. Jak więc mogłam odmierzać swój czas? I czy miarą miała być przyjemność bez gotowości na porażkę? Mogłam i stałam się czytelniczką, ale czy wtedy nie pasożytowałam na cudzym czasie, na cudzej miarce? Wtedy byłam przybita, pamiętam. Dziś myślę o swoich żelaznych chmurach.

Czy mam w głowie jakieś wyjątkowe momenty, takie, które paraliżują czas? Sprawiają, że w jednej chwili jestem tymi samymi oczami, którymi byłam wtedy. W końcu stoję tak samo, jak stałam, brodą celuję w niebo i chłonę to, co już nigdy więcej nie będzie takie samo, poza ramami bezczelnej fotografii ulokowanej w sercu.

Nie.

Nie pomyślałabym wcześniej o tym lub w ten sposób. W jakimś stopniu potrzebowałam cudzych oczu, aby nauczyły mnie, jak doceniać to, co moje. To, co w swoim życiu mogę z tego świata ukraść bez pytania i zatrzymać na zawsze... lub przynajmniej do czasu, gdy to zawsze się skończy.

.

Pies Tima wabił się Pompette[1] i przyszedł na świat, gdy chłopiec sam miał kilka lat. Oboje mieszkali już w okolicy, ale człowiek uczył się dopiero czytać, kiedy stanął na jego drodze maleńki szczeczniaczek i kiedy zakochali się w sobie od pierwszej chwili. Pompette miał w sobie szczenięcą naiwność i uwielbiał pieszczoty, a Tim świata poza nim nie widział. W wieku ośmiu lat rodzice chłopca pozwalali mu bawić się z dziećmi z kolonii, ale i tak myślami wracał do swojego włochatego przyjaciela. Przy śniadaniu upewniał się, czy miska czworonożnego kumpla jest pełna, czy w upalne dni nie brakuje mu wody. Przymykano oko nawet na jego długie konwersacje z psem. Pompette wykazywał się wyjątkową uwagą podczas słuchania opowieści Tima. Nie kręcił głową, jakby gubił wątki lub czegoś nie rozumiał. Siedział skupiony, wpatrzony w człowieka i ziewnął tylko wtedy, kiedy ten odwracał wzrok. Nie męczyły go te fantastyczne historie, raczej odreagowywał dzień zabaw i gonitw.

W chłodne noce siadał w nogach Tima i dzielił się swoją energią, swoim ciepłem. Budził się pierwszy i sprawdzał, czy reszta już nie śpi, czy łazienka wolna. Wracał i budził chłopaka dwoma liźnięciami w policzek, nosem podsuwał kapcie i czekał na poranny spacer i jedzonko, na kolejne opowieści. Tim kochał psa, ponieważ im był starszy, doceniał bardziej i zauważał więcej. Widział smutek w oczach i zachowaniu Pompette'a, gdy i on był przygnębiony lub gdy czuł się samotnie. Widział, jak cieszy się z jego sukcesów na boisku albo z postępów w nauce z guwernantką.

Gdy chłopiec zaginął pies musiał przeżyć prawdziwą traumę.

prezent na piętnaste urodziny

W wigilię moich piętnastych urodzin, a więc siedemnastego września, miałam sen, z którego wybudziłam się prędko, co nie było takie trudne. Opanowałam tę przydatną, choć niedocenianą umiejętność, ponieważ nie chciałam marnować nocy czy odpoczynku na koszmary. Jacques prędzej by się tym zainteresował, coś dodał od siebie, ale tego dnia, po prostu, myślałam już tylko o tym, co wówczas widziałam, a on zachowywał się normalnie, w końcu nie uznawał urodzin. Nie obchodził wielu świąt, uroczystości. Nie dał zbytnio po sobie poznać, że pamięta, a może faktycznie o nich zapomniał. Nie było mi z tego powodu przykro.

Rano, gdy po śniadaniu wrócił ze spaceru, przyniósł mi trzy wielkie gruszki. Były szorstkie, kwaśne i twarde. Zjadłam jedną i podziękowałam uśmiechnięta. Dwie pozostałe położyłam potem na parapecie, żeby zmiękły. Podobał mi się ich smak. Usta J. też smakowały dzisiaj gruszką.

Sen był wyjątkowo niepokojący, ale nie na tyle, bym nie mogła o nim zapomnieć. Postanowiłam jednak nad nim nieco pomedytować. Po śniadaniu poszłam sama nad staw. Było ciepło, ale zieleń drzew wydała mi się zmęczona długim i niekończącym się latem.

Próbowałam raz jeszcze odtworzyć to, co widziałam - to, w czym uczestniczyłam tej nocy.

Szłam korytarzem, zwykle słyszałam skrzypienie drewna, ale tym razem było inaczej.

Głucho.

Na jego końcu znajdowała się mała łazienka. Podchodziłam coraz bliżej uchylonych drzwi, w środku ktoś zostawił zapalone światło. Bardzo tego nie lubiłam. Drzwi z łomotem się zatrzasnęły. Wtedy poczułam, że nieznana siła wie o mojej obecności, że mnie odpycha, odrzuca. Leciałam do tyłu, w stronę schodów. Leciałam tak z zamkniętymi oczami, bo bałam się zobaczyć to, co zamknęło drzwi. Przez krótki moment pamiętałam jeszcze o rodzicach, którzy powinni być za drzwiami, w jadalni. Zaczęłam więc krzyczeć, a krzyk ten zamieniał się w wycie. Obce mi wycie, dźwięk, który potem, nad stawem, próbowałam odtworzyć, ale bez powodzenia. Nie był to mój głos, nie było to moje wołanie.

Nie jestem płochliwa. W domu często drzwiami szarpały przeciągi. Nie przeszkadzało mi to w pracy i normalnym funkcjonowaniu. Nie rozpraszało moich myśli. Z jakiegoś więc powodu sen chciał zwrócić moją uwagę na coś, co nie wywoływało wcześniej u mnie lęków. Nie powinno, jak sądzę.

Nie to zwróciło jednak moją uwagę. Nie cała ta sytuacja. Z torby wyjęłam książkę z działu psychologii. Traktowała o snach, o nieuporządkowanym świecie marzeń sennych. Autor podjął próbę ich wyjaśnienia. Badał setki pacjentów.

Zaintrygował mnie pewien obraz, powtórzyłam pod nosem, bo nie mogłam przestać o nim myśleć. Kiedy zbliżałam się do drzwi toalety, nie tylko czułam się coraz to bardziej nieswojo i przewidywałam, że stanie się coś, co wprowadzi mnie w dyskomfort, wywoła strach, odnotowałam także, a może przede wszystkim, że klamka znajduje się po lewej stronie drzwi, a nie po prawej, jak było rzeczywiście w naszym domu. Fakt, że drzwi otwierały się do środka pozostał taki, jak na jawie.

Wówczas zrobiłam sobie najpiękniejszy urodzinowy prezent. Zaczęłam interesować się snem i somnologią[1]. Odtąd, poza obowiązkami dnia codziennego, moją głowę zaprzątać zaczęły myśli o śledztwie. O prywatnych, intymnych śledztwach, o wyruszaniu w światy nocy. Zaczęłam się modlić przed każdym zaśnięciem. Traktowałam modlitwę jak tarczę i zawołanie, marzyłam żeby każdej nocy oglądać i dostrzegać szczegóły, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Czułam, że to moja nowa praca, którą nie będę dzielić się z każdym tutaj. To miało mi zapewnić spokój, tego byłam pewna.

Nie mogłam długo nacieszyć się samotnością, dołączył do mnie J., postanowiłam nacieszyć się jego obecnością i szybko opowiedziałam mu o tej nocy. Tylko jemu ufałam. Obudziłam się dodatkowo jakaś obolała.

- Spadałaś - zauważył.

Nie, coś mnie odepchnęło, leciałam szybko w tył, ale nie spadłam ani ze schodów, ani z okna. Wybudziłam się dokładnie w chwili, gdy zauważyłam, że barierka schodów już dawno powinna mnie zatrzymać.

- A więc leciałabyś tak bez końca? Dobrze, że się przebudziłaś. Czy to było łatwe?

Tak... to było łatwe. Nie miałam najmniejszych problemów, żeby przerwać tę farsę. Taki sen zabiera tylko czas. Jacques zmarszczył czoło. Potem miałam jeszcze dwa męczące sny, których zupełnie nie zapamiętam! Cieszę się, że ten jeden udało mi się w całości spamiętać, a znaczy to, że jest ważny, że powinien być ważny. Wszystko to, o czym pamiętamy, prędzej czy później staje się dla nas ważne. Zaskoczy nas z czasem, dobrze jeśli nie wyrządzi szkód.

Opowiedziałam mu także, że chciałabym czytać o psychologii człowieka i śnieniu, a ten wskazał mi dwie książki traktujące o temacie.

Ucieszył się, że znalazłam swój "miernik czasu".

Klamka łazienki, którą zobaczyłam śniąc, znajdowała się po lewej stronie drzwi, a nie po prawej, jak było rzeczywiście w naszym domu. W snach nie widzimy swoich ciał. Istotniejszy pozostawał fakt samej optyki. Jeśli światło podczas zwykłego patrzenia ulega refrakcji, odwróceniu, a to mózg doprowadza obraz do porządku, czy śnienie nie jest kontaktem z czystą kliszą i rzeczywistość widzimy taką, jaka powinna być? Co, jeśli to wszystko, o czym śnimy widzimy jak w odbiciu lustrzanym? Po prostu. Tak działa też aparat fotograficzny. A może był to wyjątek? Miałabym odtąd latać po ośrodku i wypytywać innych o ich sny? To zaniepokoiło J., nie chciał bym zwątpiła czy poddawała się już na starcie. Miałam często wrażenie, że mój przyjaciel jest moim drugim głosem. Stąd zapis naszych rozmów jako jedności. Niekiedy, gdy mówił tak, jakbym ja sama mogła to ująć, pozwalałam sobie na odnotowanie myśli wspólnej. Tak to pamiętam, tak to sobie tłumaczę.

Klamka była po lewej stronie drzwi, a więc tamten świat jest odbiciem tego. Nie musi tak być zawsze i u każdego. Ważne, że choćby przez chwilę był taki dla mnie, u mnie, we mnie. Odtąd powinnaś traktować ten stan i te światy poważniej. Ta klamka to najważniejszy być może symbol w twoim życiu, a może i w moim, bo to, co mi opowiedziałaś zostanie i we mnie. Pomyśl tylko, czy nie dane jest ci odkryć, że ten sen, ten świat snu istnieje, tyle że w innym porządku? Zgadzałam się z każdym jego słowem, ale powoli zaczynały mnie przerastać. Ich gęstość, ich znaczenie. Chciałam się schować, bawić z balonikiem w dłoni i butelką piwa w drugiej, świętować swoje piętnaste urodziny nad stawem, kąpać się nago i całować mojego J.

Nie było na to czasu.

A jeśli sen nie wróci albo będzie rozczarowujący? Jeśli będę musiała czekać zbyt długo, nie tyle aż, aby znów zacząć śnić, ale spamiętać to, co zobaczę. Nie wspomniałam również o tym, że się modlę, proszę o sen. Wyobrażam sobie jego wzrok, gdyby to usłyszał.

Z akademii biegła w naszą stronę ruda dziewczyna, nie znałam jej imienia. Chciała spytać o chłopca, którego nazwiska także nie kojarzyłam. Ponoć, gdy pan Fromm, nasz nauczyciel psychologii, wszedł do toalety, chłopak wybiegł z niej przerażony. Ruda uważała, że ten znów popala na kibelku, bo pan Fromm natknął się na płonący w muszli klozetowej papier toaletowy. Zniesmaczona własną opowieścią i naszą bezradnością wycofała się w stronę budynku.

Mieliśmy inne sprawy na głowie.

Jacques Brel wiedział jednak, jak mnie uspokoić, wracając do tematu marzeń sennych. Był moim pięknym przyjacielem. Powiedział wtedy, że będę potrzebowała jeszcze sporo czasu na książki, na szukanie. Sen mnie znajdzie, zaskoczy i przerwie pracę, bo tak to już jest, gdy "miernikiem czasu" czyjegoś życia staje się tworzenie.

pamięć okolicy

Wiesz, że zdarza mi się zapomnieć, kiedy... masz urodziny, niespecjalnie zresztą, ale wyobraź sobie, że są dookoła sędziwi lub najsędziwsi mieszkańcy wiosek, którzy pojęcia nie mają, ile lat kończą co poniektóre stare domy. Jest ich tutaj pełno, powyrastały między nimi nowe, kolorowe, a te pogubiły swoje odcienie, życie i dawny blask sprzed lat. Do niektórych strach wchodzić, nie mają już szyb w oknach, zostawiły sobie tylko łyse ramy. Hula przez nie wiatr, dlatego przy lesie słychać często gwizdanie. To gwiżdżą domy bezludne. Pytam, czy był w którymś, nie przeczy, ale zapewnia również, że nie ma z tych jego wędrówek większego pożytku.

To rodzaj gry.

Wiem, że lubi wymknąć się z Akademii X, często opowiada o domach, willach, rezydencjach i dworach. Nie przestaję jednakże go o to pytać, czy narusza za każdym razem tę prywatność niczyją.

Ściany, na przykład, stoją tak bezczelnie pozalewane deszczową wodą, farby uschnięte i popękane zachowują się jak liście drzew. Sufity tyją, a ich brzuchale wydymają się, by w końcu zarwać całkiem i rozsypać się w pustych salonach. Czasami w takich salonach trafi się zdrowe drewno na posadzce, może nieco przykurzone, upstrzone szczurzymi odchodami. Żyrandoli brak, a jeśli wciąż wiszą to, jak za karę. Brudne i zmatowiałe, nie odbijają (nie dają) już światła. Z kranów nie kapie ani mała kropla wody, stopnie schodów wydeptują się same, zapadają się, jakby nadal wbiegały po nich dusze zapomnianych dawno stworzeń. Na wielu takich domach zostały tabliczki z runicznymi nazwiskami i nazwami ulic, rzadziej fraktura.

Zniszczone świątynie w okolicy...

- Nigdy nie krytykujesz moich wierszy, jakby ci nie zależało.

Spoglądam na J. podejrzliwie, ale odpowiadam stanowczo i zgodnie z prawdą:

- Lubię ich słuchać, bo pochodzą od ciebie.

- No, nie wiem. Gdybyś coś o nich powiedziała, wiedziałbym więcej o tobie.

- Co przez to rozumiesz?

- Jeśli zabraknie ci w nich czegoś, to nie dlatego, że powinno się tam pojawić, a dlatego, że tobie tego brak. Każde słowo które wypowiesz, powie więcej o tobie niż o moim wierszu.

- Dlaczego więc zależy ci na krytyce?

- Wówczas poznam dokładniej, o czym myślisz, czego potrzebujesz i będę mógł pomyśleć nad tym, jak ci to dać.

- A bez krytyki?

- Monolog. C'est chiant![1]

- Więc mogę z tego monologu wyrwać ciebie.

- Możesz, ale w tym momencie zdradzisz siebie.

- Co, jeśli skupię się na technicznej stronie utworu?

- Znaczy, że się czepiasz.

- Nie mógłbyś zadać pytania?

- Wtedy znów mówiłbym o sobie, bo zdradziłbym tobie swój wybór lub rozpaczliwie chciał na coś zwrócić uwagę. Nie znoszę sztucznej atencji.

- Od kiedy?

- Ras-le-bol![2]

Temat pozostał otwarty, ale nie myślałam już o tym, czy lepiej jest, kiedy milczę, czy gdy powiem coś o tym, co stworzył J. Nie potrafiłam o tym myśleć, nie było to potrzebne. Podobał mi się jego umysł, jego ciało i usta. Czemu chciał być gnieciony?

.

Projektant okładki Adrian Zawadzki

Korektor YAG

Redaktor YAG

Ilustrator Julien Champagne

? Adrian Zawadzki, 2021

? Adrian Zawadzki, projekt okładki, 2021

? Julien Champagne, ilustracje, 2021

Kontynuacja Krwawego umysłu 7 lat po premierze debiutu!

Akademia X wychowuje i przygotowuje swoich młodych podopiecznych do pełnienia najważniejszych funkcji w tajnym stowarzyszeniu eXeX. Azyl odcina dziesięciolatkom kontakt ze światem, chroniąc je i przygotowując do objęcia władzy. Julia, główna bohaterka, musi zmierzyć się z własną historią i odkryć wszystkie sekrety krwawego pana i okolic Villon Pray.

ISBN 978-83-8245-639-4

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero