Co nowego w niedzielę
Dlaczego jestem w tym aucie?
Siedzę jak trusia. Kiedy człowiek się nie rusza, pamięć czasami wraca.
Ale to nie działa. Pewne jest tylko to, że kierowca pali. Pojazd
wypełnia ciężki dym. Oczy mnie pieką. Robi mi się niedobrze. Mężczyzna
ma siwe włosy, ramiona obsypane łupieżem. Na lusterku wstecznym dynda
krzyżyk zawieszony na łańcuszku z pereł.
Po kolei. Przyjechał po mnie kierowca, przytrzymał mi drzwiczki, a inni
przyglądali się z rozdziawionymi ustami, chudy Franz Krahler, głupia
pani Einzinger, a także ten mały facet, którego nazwiska nie mogę sobie
nigdy przypomnieć.
Bo w Sanatorium Wieczorny Spokój jeden dzień właściwie nie różni się od
drugiego. Podczas śniadania gra radio, spaceruje się po parku, bolą
plecy, jest obiad, zagląda się do gazety i złości, kiedy hałasuje
telewizor; niektórzy oglądają, inni śpią, zawsze ktoś rozdzierająco
kaszle. Szybko robi się wpół do czwartej i przynoszą kolację, a potem
człowiek leży, nie śpiąc, i co pół godziny musi wyjść do toalety. Czasem
przychodzą goście, ale nigdy do mnie. Czasem ktoś umiera i go wynoszą.
Ale po kogoś, kto jeszcze żyje, zazwyczaj nie przyjeżdża czarne auto z szoferem.
Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu, trzech młodzieńców z długimi włosami
przechodzi bardzo wolno przez ulicę, kierowca spuszcza szybę i krzyczy,
że takim chuliganom jak oni dobrze zrobiłaby kolejna wojna, a gdy nie
zwracają na niego uwagi, wścieka się jeszcze bardziej. Rusza, ale
przeklina przy tym w dalszym ciągu.
I teraz sobie przypominam: do studia telewizyjnego.
Ale co to za audycja? Wychylam się do przodu i pytam.
Kierowca odwraca się i przez kłęby dymu patrzy na mnie nierozumiejącym
wzrokiem.
Powtarzam pytanie.
Jemu to obojętne, woła. Dlaczego miałyby go interesować takie bzdety!
A więc nic już nie mówię.
Ale jego ruszyło. On życzy sobie, żeby go zostawić w spokoju, tak, w spokoju! Czy to za wiele?
Kiedy zatrzymujemy się przed budynkiem stacji, już się mniej więcej
uspokoił. Wysiada, obchodzi auto, otwiera drzwi po mojej stronie. Chwyta
mnie za łokieć i podciąga w górę. To bezczelność, ale faktycznie pomaga
mi wyjść na ulicę i nie upaść.
Fasada stacji jest jeszcze bardziej szara niż fasady okolicznych
budynków. Wszystkie domy w Wiedniu są teraz szare, z wyjątkiem paru,
które są ciemnobrązowe. Całe miasto wydaje się powleczone gównem. Zimą
niebo jest kamienne i niskie, latem żółtawo wilgotne. Nawet to było
kiedyś inne. Gdy ktoś ma na karku dość lat, to wie, że w tym mieście ze
śmieci, sadzy i psiego łajna nawet pogoda nie jest taka jak dawniej.
Drzwi obrotowe zacinają się i na moment oblatuje mnie strach, że moja
podróż skończy się tutaj, ale przechodzę na drugą stronę, a w hallu
rzeczywiście ktoś na mnie czeka: chudziutki młody człowiek o mądrej
twarzy w okrągłych okularach, który podaje mi rękę i przedstawia się
jako redaktor odpowiedzialny Rosenzweig.
- Bardzo dobrze - mówię. Zawsze mnie cieszy, kiedy młodzi ludzie są
grzeczni. To już się często nie zdarza. - Odpowiedzialny za co?
- Za audycję.
- Jaką?
Przez kilka sekund patrzy na mnie, po czym zadaje pytanie:
- Co nowego w niedzielę?
- Nie wiem.
- Audycja!
- Co?
- Tak się nazywa audycja. Co nowego w niedzielę.
O czym ten człowiek mówi?
- Tędy proszę!
Wskazuje drzwi na końcu hallu. Podążam za nim, idziemy krótkim
korytarzem, potem stajemy - i to już mi się wcale nie podoba - przed
paternostrem.
Pierwsza kabina nas mija, po niej druga, do trzeciej chyba już muszę
wsiąść, zdejmuje mnie strach, trzecia kabina też przejeżdża. Nuże, mówię
sobie, przeżyłeś gorsze rzeczy. Kiedy pojawia się przede mną czwarta
kabina, zamykam oczy i niepewnie robię krok do przodu. Udaje mi się
dostać do środka, ale byłbym upadł, gdyby nie przytrzymał mnie za ramię.
Dobrze, że tak szybko zareagował.
- Proszę mnie puścić - mówię ostrym tonem.
Wysiadanie jest oczywiście jeszcze trudniejsze. Ale on widzi, że ten
moment się zbliża, kładzie mi rękę na plecach i lekko mnie popycha.
Wytaczam się, dzięki Bogu, on znów mnie przytrzymuje.
- Puszczaj pan! - mówię.
Czuję zapach plastiku, skądś dobiega pomrukiwanie dużych maszyn. Idziemy
korytarzem, po bokach wiszą podpisane fotosy uśmiechających się ludzi.
Niektórych znam: Paul Hörbiger, Maxi Böhm, Johanna Matz, a tam Peter
Alexander, który z jakiegoś powodu naskrobał pod swoim autografem: "Z wielkim podziękowaniem dla mojej najulubieńszej publiczności".
Młody człowiek otwiera drzwi, na których widnieje napis
"Charakteryzacja". Przed lustrem siedzi jakiś grubas z brodą, za nim
stoi charakteryzatorka i obrabia jego twarz pędzelkiem. Kiedy od niego
odstępuje, facet zrywa się tak raptownie, że wzdrygam się ze strachu, i chwyta mnie w objęcia. Czuć od niego płynem po goleniu i piwem.
- Jak się masz, Franzl? - pyta głosem rozpływającym się ze szczęścia.
Bąkam, że dobrze, co właściwie nigdy nie jest prawdą, a teraz to już
wcale. Staram się nie oddychać. Jego broda łaskocze mnie w policzek.
- A ty? - udaje mi się wydyszeć.
- Ach, Franzl, co mam mówić. Liesl umarła dwa lata temu, a sprawa z Wurmitzerem też nie poszła po mojej myśli. Jeszcze mówię do niego:
Ferdl, teraz musisz to zrobić po starej przyjaźni, ale myślisz, że
chciał mnie słuchać? Jak wiesz, w takiej sytuacji wolałem się trzymać
Sengera, tyle że on okazał się nieuczciwy.
Nie mam czym oddychać. Kto to jest, do diabła? O jakich ludziach mówi? W końcu mnie wypuszcza, zabiera z wieszaka lodenową kurtkę, wielką jak
namiot, narzuca na siebie i wychodzi.
Siadam na fotelu. Charakteryzatorka zaczyna pracować nad moją twarzą i pyta, jak to zwykle pytają charakteryzatorki, co takiego robię i co mnie
sprowadza do programu. Nigdy wcześniej tego nie wiedzą, nigdy człowieka
nie znają, nigdy wcześniej nie sprawdzą, zawsze pytają.
- Pan Wilzek jest reżyserem - wyjaśnia młody człowiek, który mnie
przyprowadził. Wolałbym, żeby powiedział mi, jak się nazywa, ale młodzi
ludzie nie umieją już się zachować.
Naturalnie ona pyta teraz, jakie filmy zrobiłem, a ja wyliczam z takim
samym jak zwykle uciskiem w żołądku jak zwykle swoje trzy chude tytuły:
Peter tańczy ze wszystkimi z Peterem Alexandrem, Gustav i żołnierze,
też z Peterem Alexandrem i z Guntherem Philippem, oraz Schlück wraca do
domu ostatni z ludźmi, których nie pamiętam.
A teraz naturalnie pyta o Petera Alexandra. Jaki on jest. Bo u niej, co
dziwne, jeszcze nigdy nie był na charakteryzacji. Bardzo by chciała
kiedyś spotkać.
Opowiadam anegdotę, tę samą co zawsze. Już pierwszego dnia, kiedy
kręciliśmy do Peter tańczy ze wszystkimi, znał na pamięć cały swój
tekst. Potem nagle musieliśmy zmienić harmonogram zdjęć, a pewna młoda
aktorka, której nazwiska wolałbym nie wymieniać, bo jest już dosyć
znana, nauczyła się tekstu tylko na ten dzień, wtedy Peter popatrzył na
nią i powiedział: "Droga pani, z tekstem jest jak z końmi, chce pani
wiedzieć dlaczego?".
Boże, moje odbicie w lustrze! W Sanatorium Wieczorny Spokój nie mamy
luster, bo nikt się sam nie goli; co rano robi to pielęgniarz Zdenek. To
dlatego ten widok mnie zaskoczył: moje oczy osadzone głęboko w oczodołach, obwisłe worki skórne, rozerwane wargi, pomarszczona szara
skóra na łysej czaszce. Marynarka leży krzywo, bo nie wypełniają jej już
ramiona, krawat nie tylko jest poplamiony, ale i źle zawiązany, chociaż
nie z mojej winy, bo już od dawna nie potrafię wiązać krawatów, to było
dzieło Zdenka. Czy nie może się postarać? Jak często ktoś z nas trafia
do telewizji? Zamykam oczy, żeby nie musieć dłużej na siebie patrzeć.
Słyszę syk, zimny strumień sprayu do włosów owiewa moją czaszkę. Tylko
dlaczego? Przecież prawie nie mam włosów.
- Tak, dlaczego? - pyta charakteryzatorka.
O co jej chodzi?
- "Jak z końmi", powiedział, ale dlaczego?
Czego ona ode mnie chce?
- No dobrze - oznajmia po przerwie. - Gotowe.
Wstaję, nogi uginają się pode mną, charakteryzatorka i młody człowiek
mnie podpierają.
- Nic się nie stało - mówi, wyprowadzając mnie na korytarz.
Na ścianach wiszą fotosy z autografami Paula Hörbigera, Johanny Matz,
Petera Alexandra. Z tym ostatnim kiedyś pracowałem.
- Pan profesor Conrads zada panu tylko te pytania, które omówiliśmy
wcześniej. Opowie pan parę starych pięknych historyjek, wtedy nic się
nie może zdarzyć. Pan profesor Conrads zadaje zawsze tylko te pytania,
które wcześniej napisała mu redakcja. A redakcją jestem w tym przypadku
ja. On nigdy nie improwizuje.
- Muszę do toalety.
Spogląda na zegarek. Rosenblatt! Nie mam pojęcia, skąd to wiem, ale tak
się nazywa. Coś w tym nazwisku mnie niepokoi, ale nie potrafię
powiedzieć co.
Wskazuje drzwi.
- Tylko proszę się pośpieszyć.
Wchodzę do środka. Wszystko jest skomplikowane: moje palce są bez czucia
i nie potrafią dokładnie wymacać sprzączki paska i guzików spodni,
dlatego niełatwo jest je spuścić, poza tym sedes zamontowany jest zbyt
nisko. Potem na dodatek rolka z papierem spada na podłogę. Schylam się,
ale gdy chcę ją przyciągnąć, ona rozwija się dalej i znika w odstępie
pod ścianą kabiny.
Słyszę kroki, ktoś chodzi tam i z powrotem, wywołuje moje nazwisko:
- Panie Wilzek, musimy już iść do studia!
- Tak, tak! - wołam.
- To audycja na żywo!
- Tak, zaraz. Zaraz.
Za drzwiami jest więcej ludzi. Słyszę zdenerwowane głosy. Ale przecież
już jestem gotowy, tyle że piekielnie trudno będzie wstać, bo sedes jest
zbyt nisko, a teraz nadeszła kolej na guziki spodni i sprzączkę paska.
Robię wszystko tak wolno, jak to konieczne. Jeśli zanadto będę się
śpieszył, tylko pogorszę sprawę.
Wychodzę z kabiny. W toalecie stoi pięciu mężczyzn i trzy kobiety.
Najwidoczniej wszyscy czekają na mnie. Jak to możliwe, że kobietom wolno
tutaj wchodzić? Doszliśmy już do tego, nie ma żadnych świętości? Ale
zanim zdążyłem się poskarżyć, otaczają mnie - pierwszy rzuca się na mnie
z prawej, drugi z lewej, trzeci mnie popycha, nie pozwalają mi nawet
umyć rąk.
- Audycja już się zaczęła - mówi pierwszy.
- Wzięliśmy najpierw następnego gościa - mówi drugi.
- Musi pan wchodzić. Od razu będzie pan na żywo - mówi trzeci.
Otwierają się stalowe drzwi, jesteśmy w studiu. Dwie kamery poruszają
się bezszelestnie po pomieszczeniu, słyszę wysoki gwiżdżący ton
reflektorów, z sufitu zwisają na drutach mikrofony. Na środku odtworzono
kawałek salonu: wzorzyste tapety, na których przybito gwoździami małe
landszafty w złotych ramach, kanapa, fotel i stół, a na nim filiżanki do
kawy. Na kanapie siedzi ogromny brodaty mężczyzna, który ma na sobie
lodenową kurtkę. Obok niego stoi mężczyzna, którego znam, ciągle można
go oglądać w telewizorze w Sanatorium Wieczorny Spokój, ale nie pamiętam
jego nazwiska. Akurat śpiewa przy blaszanej muzyce z głośnika, co rusz
całując przy tym opuszki palców. Ktoś wypycha mnie do przodu - niemal
się potknąłem o jakiś kabel - przeprowadza obok kamery i już siedzę na
kanapie obok brodacza.
Prezenter skończył śpiewać i teraz mówi o mnie. To szczególna radość,
oznajmia dziwnie monotonnym tonem, że jest z nim teraz Franz Wilzek,
jego przyjaciel z dawnych czasów!
A przecież ja w ogóle go nie znam. Wiem, że jestem trochę zapominalski,
ale z tym człowiekiem naprawdę nigdy wcześniej się nie spotkałem.
Odwraca się i podchodzi do mnie z wyciągniętą ręką.
- Drogi Franzl!
Pierwsza kamera go okrąża, tymczasem druga obraca się ku mojej twarzy,
czerwone światełko przeskakuje z pierwszej na drugą i na monitorze widzę
siebie, z wymuszonym uśmiechem i z dużymi workami pod oczyma.
Nazywa się Conrads! Nagle sobie przypomniałem, Heinz Conrads, wcale nie
mam aż tak kiepskiej pamięci. Ale naprawdę nigdy wcześniej go nie
spotkałem. Podaję mu rękę, lecz nie wstaję. Jego świńskie oczka błyskają
wściekle. Wyraźnie mu się nie podoba, że musi się pochylić w moją
stronę.
Odwraca się do kamery i dalej opowiada o mnie. Czyta przy tym ze stosu
kartek, ale przeciąga słowa w tak zaskakujący sposób, nieudolnie
sugerujący zamyślenie, że nikomu nie przyszłoby do głowy posądzać go, że
po to, co mówi, może choćby przez chwilę nie sięgać do własnego mózgu.
Reżyser, mówi, piękne, wesołe filmy, sprawiły nam wiele radości, Gustav
i żołnierze, Peter tańczy ze wszystkimi, pracował ze wszystkimi
ulubieńcami publiczności! Na monitorze widać fragment: Peter Alexander
śpiewa, skacze i szczerzy zęby. Przyjaźnie kiwam głową, choć zdaję sobie
sprawę, że nie jestem na wizji, czerwone światełko pali się przy
kamerze, która filmuje Heinza Conradsa, monitor znów pokazuje jego
ciastowatą twarz pod twardą jak beton czaszą białych włosów.
A teraz następuje ta chwila. Umilkł i patrzy na mnie. Światełko
przeskakuje i na monitorze pojawia się moja twarz. Zadał mi jakieś
pytanie? Tylko na moment przestałem uważać i akurat wtedy to się stało!
Wsłuchuję się w gwiżdżącą, pełną elektrycznych trzasków ciszę, po czym
na chybił trafił zaczynam opowiadać anegdotę o aktorze Schlücku
Battenbergu. Jest tylko trochę śmieszna, ale działa. Heinz Conrads
całuje opuszki palców i woła:
- Pyszne!
Także brodacz obok mnie zaśmiewa się i bije w piersi.
- Wy dwaj znacie się dłużej? - pyta Heinz Conrads.
- Całe życie - odpowiada mężczyzna, którego nie znam.
Obaj znowu się śmieją. W sumie wszystko idzie chyba jak trzeba. Moja
głowa nie pracuje jak wcześniej, ale z taką audycją zawsze jeszcze sobie
poradzę.
Zatem wcale nie czekam na następne pytanie, tylko opowiadam anegdotę o tym, jak Gunther Philipp skąpał się podczas kręcenia Gustava i żołnierzy. Właściwie to słaba historia, nie ma puenty, głupek po prostu
wpadł do wody i potem się go wyciągnęło, ale obaj znowu się śmieją, więc
opowiadam jeszcze swoją najlepszą historyjkę, numer popisowy: o młodej
aktorce, która nauczyła się tekstu tylko na pierwszy dzień zdjęciowy. A Peter Alexander popatrzył na nią i powiedział: "Droga pani, z uczeniem
się tekstu jest jak z końmi! Chce pani wiedzieć dlaczego?".
- Ach, ten Peter! - woła idiota obok mnie. - Prawdziwy as nad asy!
Spoglądam na niego surowo, żeby mu pokazać, że powinien siedzieć cicho.
- Dlaczego? - pyta prezenter.
- Co dlaczego?
- Z tymi końmi?
Gwizd reflektorów jest tak przenikliwy, a zarazem tak cichy, że nie
można być pewnym, czy rzeczywiście go słychać. Czerwone światełko
przeskakuje z jednej kamery na drugą. Podążam za nim wzrokiem i widzę,
że moja głowa na monitorze przesuwa się tam i z powrotem.
- Ach, jak to z końmi! - Wciągam powietrze, żeby zakończyć opowieść.
Ale coś zbiło mnie z pantałyku, historyjka się zaplątała, następne
zdanie nie chce się pojawić. Kolejne czeka gotowe, więc omijam to
następne, lecz akurat w tym samym momencie to kolejne również się
rozpływa - jeszcze czuję jego kontury i mam wrażenie, że mój język
mógłby je wymacać. Ale gdy słowa nie chcą się układać, popełniam błąd i rzucam okiem na ekran. Widać mnie tam z konsternacją na twarzy i otwartymi ustami. A kiedy tak człowiek siedzi naprzeciwko siebie,
podzielony na dwoje, i wie, że wszyscy w Sanatorium Wieczorny Spokój
oglądają program na żywo, to naprawdę nie ma pojęcia, co jeszcze mógłby
powiedzieć.
Prezenter kiwa głową, składa dłonie, w których trzyma kartki, wznosi
oczy jak podczas modlitwy i woła:
- Pyszne! Konie!
Mężczyzna obok mnie się śmieje.
- Wspaniałe! - woła prezenter.
W sanatorium są pewnie teraz całkiem chorzy z zazdrości, zwłaszcza Franz
Krahler i głupia pani Einzinger. A ponieważ nie mogę odsunąć od siebie
tego obrazu, widzę, jak Krahler siedzi blady na swoim krześle, a Einzinger z otwartymi ustami obok niego, i umyka mi kolejne pytanie.
- Słucham?
Heinz Conrads podnosi wzrok na sufit, wzdycha i odczytuje z kartki:
- Franz Wilzek sam został reżyserem dosyć późno. Wcześniej był
asystentem G.W. Pabsta.
Dlaczego nagle mówi o mnie w trzeciej osobie?
- G.W. Pabst - wyjaśnia. - Jeden z wielkich reżyserów. Wielki mistrz,
wielka legenda, choć ja zdążyłem go poznać, nikt nie znał go tak jak ty!
Na monitorze migoczą obrazy: Greta Garbo w Zatraconej ulicy, Louise
Brooks w Puszce Pandory, Mackie Majcher kręci młynka laseczką.
Odchrząkuję i mówię:
- To jest Garbo. On odkrył ją dla filmu. Ja dołączyłem później. W 1941
roku przy Komediantach. Poznaliśmy się na planie... Rok wcześniej. Przy
innym filmie. Właściwie byłem asystentem operatora.
Teraz ekran znów wypełnia twarz Heinza Conradsa.
- Dopiero co wrócił - odczytuje z następnej kartki. - Z emigracji. Żeby
znów kręcić filmy w języku niemieckim. Ty zostałeś jego nowym
asystentem.
Kiwam głową. Zapewne powinienem jeszcze coś powiedzieć, ale co? Zza
kamery, gdzie panują ciemności, wyszedł młody człowiek w okrągłych
okularach. Kiedyś go już widziałem, ale nie pamiętam gdzie. Wiem tylko,
że nazywa się Rosenkranz.
- Opowiadał ci, dlaczego wrócił? - odczytuje Heinz Conrads. - Wcześniej
był w Ameryce. A potem znowu był tutaj i kręcił filmy dla...
Milknie i trzyma swoją kartkę tak, jakby coś tam się nie zgadzało. Trwa
to tylko chwilę, potem odzyskuje kontrolę nad mimiką, rozciąga usta w krzywym uśmiechu i wsuwa kartkę pod stos.
- A po Komediantach zrobiliście Paracelsusa - czyta. - Z wielkim
Wernerem Kraussem, wielki film, klasyk.
- Arcydzieło! - mówię.
- Jaki on był, ten G.W. Pabst, zawsze kazał pisać swoje nazwisko z dwoma
inicjałami, G.W., prawda, przeważnie tak się też do niego zwracano, no
więc jaki on był, jak byś go opisał?
- Trochę za gruby.
Heinz Conrads się śmieje.
- Ach, ten Franzl! Co za kawalarz!
- Zawsze chciał schudnąć - mówię. - Był niezbyt wysoki, ale trochę
okrąglutki, na planie dużo się śmiał, lecz kiedy gasły reflektory,
często był jakby pusty w środku. Niczym kostium, którego nikt nie nosi.
Gwizd zrobił się głośniejszy i bardziej przeraźliwy, także jasność stała
się nagle nieznośna. Ledwo widzę prezentera, taki jestem oślepiony.
- Ale kiedy wydawał polecenie, wszyscy go słuchali. Coś innego nikomu
nie przyszłoby do głowy. Chyba że była przy tym jego matka. Widziałem ją
tylko raz, przyjechała z wizytą, kiedy kręciliśmy Komediantów,
natychmiast zaczął się zachowywać jak dziecko. Parę miesięcy później
umarła. - Muszę przełknąć ślinę. W gardle czuję suchość, kanapa pode mną
wydaje się powoli płynąć przez pomieszczenie. - Miał własną teorię
montażu filmowego. Uważał, że cięcie zawsze musi być uzasadnione ruchem,
tak żeby utrzymać płynność od pierwszego do ostatniego ujęcia. Kiedy
potem sam reżyserowałem, zauważyłem, że w praktyce prawie nigdy... - Nie,
posunąłem się za daleko, tutaj nie można tak gadać. - Często mówił o Grecie Garbo! - wołam. - Taka piękna kobieta! I o Louise Brooks, której
dzisiaj prawie nikt nie zna, ale która wtedy była niemal tak wielką
gwiazdą jak Garbo. Ją też odkrył.
- Ach, tak! Piękne kobiety! - Heinz Conrads śmieje się z ulgą. Przekłada
na spód kolejną kartkę i czyta: - A w waszym następnym filmie, Sprawa
Molandera, główną rolę zagrał wielki Paul Wegener?
- W jakim filmie?
- W waszym następnym - odczytuje z kartki. - Sprawa Molandera. Paul
Wegener zagrał w nim główną rolę.
- Jego nie ma.
- Paula Wegenera?
- Tego filmu. Nie ma go, był planowany, ale nigdy nie został nakręcony.
Przez kilka sekund panuje cisza, po czym Heinz Conrads mówi:
- Został, tutaj stoi... Został nakręcony. Tylko nikt go nie widział, bo po
realizacji zaginął.
- Nie został nakręcony.
Heinz Conrads spogląda w jakiś punkt za kamerą.
- A mnie powiedziano, że zakończyliście zdjęcia do filmu na początku
czterdziestego piątego w Pradze. W trudnych warunkach, w ostatnich
tygodniach wojny, ale potem cały materiał zniknął.
Wpatruje się zmrużonymi oczami w kartkę. To prawdopodobnie ostatnia.
Odwraca ją, spogląda bezradnie na drugą stronę.
- Nie został nakręcony! - wołam. - Psiakrew! To nieprawda, nie ma go! To
pomyłka! Kłamstwo.
- Słucham?
- Kłamstwo!
Heinz Conrads spogląda na swoją kartkę, potem na młodego człowieka w okularach, potem jeszcze raz na kartkę.
- Franzl, na pewno przypomnisz sobie swój film.
- On nigdy nie został nakręcony!
Heinz Conrads marszczy czoło tak mocno, że jego twarz wydaje się
zakrzywiać do wewnątrz. Wtem mój wzrok napotyka spojrzenie młodego
człowieka w okularach, który nie patrzy na swojego szefa, ale na mnie,
uważnie i prosto w oczy, ze słabym, zastygłym uśmiechem.
Spoglądam na ekran. Widzę siebie patrzącego w bok - oczywiście monitor
to nie kamera, trzeba by spojrzeć w obiektyw, żeby popatrzeć na samego
siebie na monitorze, tylko że wtedy człowiek nie może siebie zobaczyć,
bo wpatruje się w obiektyw kamery, a nie w monitor. A teraz monitor,
choć przecież pokazuje mnie, pokazuje jednocześnie coś innego, i żeby
tego uniknąć, zamykam oczy, ale to nie pomaga i ciągle ich widzę:
czarno-białych ludzi w sali koncertowej. Patrzę na nich z góry, z takiej
wysokości, jakbym fruwał, świeci kryształowy żyrandol, siedzę obok
kamery na ramieniu długiego dźwigu, wszyscy patrzą przed siebie, bo nie
wolno im spoglądać w górę.
Otwieram oczy, ale widzę to w dalszym ciągu, tak samo wyraźnie jak
zawsze, tak jak widzieliśmy to kiedyś na małym ekranie, gdy Pabst obok
mnie montował film. I równocześnie oglądam to z góry, z mocno
odchylonego wysięgnika, na którym się unoszę, podczas gdy Pabst na dole
dyryguje ruchem przez megafon, dalej do przodu, teraz w prawo, w kierunku podium, dalej, tam, gdzie aktor stoi i gra na skrzypcach!
- Nie został nakręcony! Pańska redakcja spartaczyła robotę! Jest pan w błędzie! On nigdy nie powstał!
Ludzie pode mną. Nie wolno im patrzeć w górę. Gdyby ktoś to zrobił,
zepsułby wszystko. Najważniejsze, żeby żołnierze nie pojawili się w polu
widzenia, bo to ujęcie musi być nakręcone dzisiaj, lecz w tym momencie
podchodzi do mnie Heinz Conrads.
- Drogi Franzl, co za radość, że byłeś tutaj z nami, niestety nasz czas
się skończył!
Mam wrażenie, że bierze zamach, żeby mnie uderzyć, zasłaniam więc twarz
rękami, ale on odwraca się do kamery, błyska czerwone światełko, na
monitorze ukazuje się jego twarz, tak duża, że dziurki w nosie
przypominają kratery.
- Miłego wieczoru, dziewczyny - mówi śpiewnym tonem - serwus, chłopaki,
dziękuję, drodzy goście, pozostańcie wszyscy w dobrym zdrowiu!
Z głośników dobiegają blaszane dźwięki fortepianu, czerwone światełko
gaśnie, na monitorze wirujące litery układają się w napis: Co nowego w niedzielę z Heinzem Conradsem.
Zapewne już po wszystkim. Podchodzi do mnie młody człowiek w okularach,
który przez cały czas nie spuszczał ze mnie oczu.
- Napisy końcowe przejdą teraz w całości trzy razy. Musieliśmy skończyć
wcześniej. Jeszcze nigdy się to nie zdarzyło. Może pan być dumny.
- Mam nadzieję, że wkrótce poczujesz się lepiej - mówi obok mnie brodacz
w lodenowej kurtce. - Miło było zobaczyć cię znowu, Franzl.
- Ciebie też - odpowiadam, ponieważ nic innego nie przychodzi mi do
głowy.
- Naprawdę nie nakręciliście Molandera? Zawsze myślałem, że udało się
go skończyć, ale kiedy zaczęło się powstanie w Pradze...
Odwracam się i wyciągam rękę do młodego człowieka, którego nazwisko
nagle sobie przypominam, nazywa się Rosenkranz, żeby pomógł mi się
podnieść, choć z jakiegoś powodu nie podoba mi się, że ma mi pomóc. Ale
robi to i małymi kroczkami zmierzamy do drzwi.
Sęk w tym, że Heinz Conrads zagradza nam przejście. Jego twarz wykrzywia
wściekły grymas.
- Do widzenia, drogi Heinzi - mówię.
- Właź do swojej dupy i zdychaj.
Wytrzeszczam na niego oczy. Przez chwilę wydaje mi się, że się
przesłyszałem.
- A ty? - zwraca się do młodego człowieka. - Wsadzasz do mojej audycji
takiego starego pryka! Kompletnie zidiociały ptasi móżdżek, a ja stoję
jak ostatni kretyn ze swoimi pytaniami. Zabieraj manatki i wynocha, nie
chcę cię więcej widzieć!
- Bardzo chętnie - odpowiada Rosenkranz.
- Zamknij japę. Nie chcę o tobie słyszeć, wynoś się!
- Chętnie - powtarza Rosenkranz.
Okrążamy bladego z wściekłości Heinza Conradsa. Oczy mam
wpółprzymknięte, słyszę, jak otwierają się i zamykają ciężkie drzwi.
- Już od paru miesięcy chciałem zrezygnować - mówi Rosenkranz. - Ale tak
po prostu złożyć wymówienie to może każdy, pomyślałem. Musisz znaleźć
coś lepszego.
Czuję się słabo. Program jednak mnie wyczerpał, nie tylko dłonie, także
ramiona i plecy mi się trzęsą. Co właściwie się stało? Wspomnienia już
się rozpływają. Najpierw opowiadałem historyjki, wszystko szło jak z płatka, potem naturalnie była mowa o Pabście, o niego zawsze mnie
pytają, a potem wszystko się pogmatwało. Zirytowałem się, może nawet
krzyczałem, i przypomniałem sobie zdjęcia do Molandera, ale to
właściwie niemożliwe, bo Molandera nie nakręciliśmy.
- A potem szef powiedział: dobrze, no to zaprośmy go, i wtedy napisałem
dla niego pytania, jak zawsze. - Milknie na moment, po czym mówi: - Mój
ojciec tam był.
- Pański ojciec?
- Wśród statystów. W sali koncertowej... W hali numer siedem w Studiu
Barrandov, kiedy kręcił pan Sprawę Molandera.
- Gdzie tu jest toaleta?
Muszę przystanąć. Ziemia zakołysała się pode mną; czuję się tak, jakbym
za chwilę miał paść głową do przodu. Ale on nie ma racji, ten film nigdy
nie został nakręcony. Wiem, bo tam byłem. Byłem przy tym, jak nie
nakręciliśmy tego filmu. Pamiętam, że do tego nie doszło. Odchrząkuję,
chcę mu to wyjaśnić.
- Szukałem wszędzie - mówi on. - Nie ma żadnej kopii. Negatyw zaginął.
Jest pan chyba jedynym człowiekiem, który widział materiały dzienne.
Oczywiście oprócz Pabsta. Ale Pabst nie żyje.
Naciskam klamkę i wchodzę do toalety. Przez chwilę obawiam się, że
wejdzie za mną, ale na szczęście pozostaje na zewnątrz.
Drzwi się zatrzaskują. Wszystko jest takie trudne, ubranie stawia opór.
Zdrętwiałe palce nie radzą sobie z guzikami spodni, sedes jest
zamontowany zbyt nisko. Dopiero gdy na nim siadam, zauważam, że rolka
papieru leży na podłodze - pociągam za nią, ale tylko dalej się rozwija,
wszystko wymaga tyle wysiłku. Łokieć mnie boli, plecy mam sztywne,
kolana są takie słabe i chwiejne, że ledwo mogę wstać. Powinno się
umierać młodo. Kiedy byłem dzieckiem, zawsze gdy chorowałem, przychodził
doktor Sämann. Jego chłodna ręka na moim czole. "Jesteśmy chorzy?",
pytał za każdym razem, "mamy gorączkę?", a ja myślałem, dlaczego mówi
"my", on przecież nie ma gorączki, tylko ja mam. Nie wiem, dlaczego mi
się teraz przypomniał, od dziesiątków lat nie myślałem o nim.
Kiedy wychodzę, czeka na mnie młody człowiek w okularach. Jego fryzura
jest w nieładzie, oczy ma podkrążone, jakby płakał. Prawdopodobnie
alkoholik. Młodzi ludzie nie umieją już się zachować.
- Co z panem?
- Przypomniał mi się mój ojciec.
- Odprowadzi mnie pan do tramwaju?
Zdejmuje okulary, ale zaraz wkłada je z powrotem i mówi cicho, nie,
żadnego tramwaju, odwiezie mnie auto.
Idziemy długim korytarzem. Ze ścian uśmiechają się twarze aktorów. Z niektórymi z nich kręciłem filmy. Tam na przykład wisi Peter Alexander.
- To jest profesjonalista - mówię. - Peter! Trudno to sobie wprost
wyobrazić. Już pierwszego dnia zdjęć zna cały tekst. Młoda aktorka, nie
powiem teraz jej nazwiska, bo od tamtej pory...
- Już dobrze! - przerywa mi ostrym tonem.
Milknę obrażony.
A tu, na domiar złego, czeka na mnie paternoster! Jakoś wtaczam się do
kabiny; omal nie upadłem, ale mnie przytrzymał. Prezenterem był, jak
pamiętam, słynny Heinz Conrads. W Sanatorium Wieczorny Spokój na pewno
będą się złościć, że byłem u Heinza Conradsa, podczas gdy dla wszystkich
innych było to tylko kolejne, ciągnące się bez końca niedzielne
przedpołudnie z kiepskim śniadaniem.
Czy to możliwe, że audycja nie poszła jak trzeba? Pamiętam zamieszanie,
głupie pytania, było nieprzyjemnie, ktoś mnie obraził; albo ja kogoś
obraziłem, jedno z dwojga. O Pabście oczywiście też rozmawialiśmy, to
się rozumie samo przez się, wszyscy o niego pytają, moja własna kariera
reżyserska była niepoważna, nie ma co ukrywać. W moim wypadku ważne jest
tylko to, że kiedyś byłem jego asystentem.
Młody człowiek wypycha mnie z paternostra, znowu mnie przytrzymuje.
Przechodzimy przez hall. Tutaj też są drzwi obrotowe. Szklane ściany się
obracają, lustrzane odbicia nakładają się na siebie, robię krok do
przodu i staję na ulicy. Wkrótce powinienem się położyć.
Przy ulicy parkują trzy auta, na każdym widnieje napis "Österreichischer
Rundfunk". Młody człowiek, jak on się nazywa?, otwiera drzwi pierwszego
i pomaga mi przy wsiadaniu.
- Mój ojciec przeżył - mówi. - Jeśli chce pan wiedzieć.
- Cieszę się.
O co chodzi z tym jego ojcem?
Dziwnie wygląda, oczy ma szeroko otwarte, dzikie i równocześnie w pewnym
sensie pełne współczucia. Wygląda niemal na szaleńca. Otwiera usta, ale
po chwili kręci głową i tylko zatrzaskuje drzwi. Młodzi ludzie nie
umieją już się zachować.
Auto rusza. Na tylnym siedzeniu leży zapomniany przez kogoś egzemplarz
"Volksstimme". Kanclerz federalny na mównicy spogląda groźnie i z powagą
na grupę mężczyzn w garniturach. Śmiertelny cios dla elektrowni w Zwentendorfie, głosi nagłówek.
- W której audycji pan był? - pyta kierowca.
- U Heinza Conradsa.
- Moja żona lubi go oglądać. To prawdziwy dżentelmen, mówi. Taki
mężczyzna z dawnych czasów. Kiedy Wiedeń był jeszcze Wiedniem!
- A czym jest Wiedeń teraz?
Nie odpowiada.
Próbuję sobie przypomnieć. Coś się stało, ale co? Zaczyna padać, krople
deszczu spływają po szybie esami-floresami.
- Oglądał pan?
- Jak miałbym oglądać? - odpowiada śpiewnym tonem, jakim rozmawia się z dziećmi i starymi ludźmi. - Przez cały dzień siedzę przecież w wozie.
Albo jeżdżę, albo czekam, że ktoś wsiądzie. Dopiero wieczorem mogę
oglądać telewizję. Ale moja żona na pewno oglądała.
Na zewnątrz ludzie rozkładają parasole. Opieram głowę o chłodną szybę.
Już nie mogę się doczekać, kiedy wrócę. W sanatorium na pewno wszyscy są
chorzy z zazdrości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki