Iluzjon - Daniel Kehlmann

-
Proszę czekać

Co nowego w niedzielę

Dla­czego jestem w tym aucie?

Sie­dzę jak tru­sia. Kiedy czło­wiek się nie rusza, pamięć cza­sami wraca.

Ale to nie działa. Pewne jest tylko to, że kie­rowca pali. Pojazd wypeł­nia ciężki dym. Oczy mnie pieką. Robi mi się nie­do­brze. Męż­czy­zna ma siwe włosy, ramiona obsy­pane łupie­żem. Na lusterku wstecz­nym dynda krzy­żyk zawie­szony na łań­cuszku z pereł.

Po kolei. Przy­je­chał po mnie kie­rowca, przy­trzy­mał mi drzwiczki, a inni przy­glą­dali się z roz­dzia­wio­nymi ustami, chudy Franz Krah­ler, głu­pia pani Ein­zin­ger, a także ten mały facet, któ­rego nazwi­ska nie mogę sobie ni­gdy przy­po­mnieć.

Bo w Sana­to­rium Wie­czorny Spo­kój jeden dzień wła­ści­wie nie różni się od dru­giego. Pod­czas śnia­da­nia gra radio, spa­ce­ruje się po parku, bolą plecy, jest obiad, zagląda się do gazety i zło­ści, kiedy hała­suje tele­wi­zor; nie­któ­rzy oglą­dają, inni śpią, zawsze ktoś roz­dzie­ra­jąco kaszle. Szybko robi się wpół do czwar­tej i przy­no­szą kola­cję, a potem czło­wiek leży, nie śpiąc, i co pół godziny musi wyjść do toa­lety. Cza­sem przy­cho­dzą goście, ale ni­gdy do mnie. Cza­sem ktoś umiera i go wyno­szą. Ale po kogoś, kto jesz­cze żyje, zazwy­czaj nie przy­jeż­dża czarne auto z szo­fe­rem.

Zatrzy­mu­jemy się na skrzy­żo­wa­niu, trzech mło­dzień­ców z dłu­gimi wło­sami prze­cho­dzi bar­dzo wolno przez ulicę, kie­rowca spusz­cza szybę i krzy­czy, że takim chu­li­ga­nom jak oni dobrze zro­bi­łaby kolejna wojna, a gdy nie zwra­cają na niego uwagi, wścieka się jesz­cze bar­dziej. Rusza, ale prze­klina przy tym w dal­szym ciągu.

I teraz sobie przy­po­mi­nam: do stu­dia tele­wi­zyj­nego.

Ale co to za audy­cja? Wychy­lam się do przodu i pytam.

Kie­rowca odwraca się i przez kłęby dymu patrzy na mnie nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem.

Powta­rzam pyta­nie.

Jemu to obo­jętne, woła. Dla­czego mia­łyby go inte­re­so­wać takie bzdety!

A więc nic już nie mówię.

Ale jego ruszyło. On życzy sobie, żeby go zosta­wić w spo­koju, tak, w spo­koju! Czy to za wiele?

Kiedy zatrzy­mu­jemy się przed budyn­kiem sta­cji, już się mniej wię­cej uspo­koił. Wysiada, obcho­dzi auto, otwiera drzwi po mojej stro­nie. Chwyta mnie za łokieć i pod­ciąga w górę. To bez­czel­ność, ale fak­tycz­nie pomaga mi wyjść na ulicę i nie upaść.

Fasada sta­cji jest jesz­cze bar­dziej szara niż fasady oko­licz­nych budyn­ków. Wszyst­kie domy w Wied­niu są teraz szare, z wyjąt­kiem paru, które są ciem­no­brą­zowe. Całe mia­sto wydaje się powle­czone gów­nem. Zimą niebo jest kamienne i niskie, latem żół­tawo wil­gotne. Nawet to było kie­dyś inne. Gdy ktoś ma na karku dość lat, to wie, że w tym mie­ście ze śmieci, sadzy i psiego łajna nawet pogoda nie jest taka jak daw­niej.

Drzwi obro­towe zaci­nają się i na moment obla­tuje mnie strach, że moja podróż skoń­czy się tutaj, ale prze­cho­dzę na drugą stronę, a w hallu rze­czy­wi­ście ktoś na mnie czeka: chu­dziutki młody czło­wiek o mądrej twa­rzy w okrą­głych oku­la­rach, który podaje mi rękę i przed­sta­wia się jako redak­tor odpo­wie­dzialny Rosen­zweig.

- Bar­dzo dobrze - mówię. Zawsze mnie cie­szy, kiedy mło­dzi ludzie są grzeczni. To już się czę­sto nie zda­rza. - Odpo­wie­dzialny za co?

- Za audy­cję.

- Jaką?

Przez kilka sekund patrzy na mnie, po czym zadaje pyta­nie:

- Co nowego w nie­dzielę?

- Nie wiem.

- Audy­cja!

- Co?

- Tak się nazywa audy­cja. Co nowego w nie­dzielę.

O czym ten czło­wiek mówi?

- Tędy pro­szę!

Wska­zuje drzwi na końcu hallu. Podą­żam za nim, idziemy krót­kim kory­ta­rzem, potem sta­jemy - i to już mi się wcale nie podoba - przed pater­no­strem.

Pierw­sza kabina nas mija, po niej druga, do trze­ciej chyba już muszę wsiąść, zdej­muje mnie strach, trze­cia kabina też prze­jeż­dża. Nuże, mówię sobie, prze­ży­łeś gor­sze rze­czy. Kiedy poja­wia się przede mną czwarta kabina, zamy­kam oczy i nie­pew­nie robię krok do przodu. Udaje mi się dostać do środka, ale był­bym upadł, gdyby nie przy­trzy­mał mnie za ramię. Dobrze, że tak szybko zare­ago­wał.

- Pro­szę mnie puścić - mówię ostrym tonem.

Wysia­da­nie jest oczy­wi­ście jesz­cze trud­niej­sze. Ale on widzi, że ten moment się zbliża, kła­dzie mi rękę na ple­cach i lekko mnie popy­cha. Wyta­czam się, dzięki Bogu, on znów mnie przy­trzy­muje.

- Pusz­czaj pan! - mówię.

Czuję zapach pla­stiku, skądś dobiega pomru­ki­wa­nie dużych maszyn. Idziemy kory­ta­rzem, po bokach wiszą pod­pi­sane fotosy uśmie­cha­ją­cych się ludzi. Nie­któ­rych znam: Paul Hörbiger, Maxi Böhm, Johanna Matz, a tam Peter Ale­xan­der, który z jakie­goś powodu naskro­bał pod swoim auto­gra­fem: "Z wiel­kim podzię­ko­wa­niem dla mojej naj­ulu­bień­szej publicz­no­ści".

Młody czło­wiek otwiera drzwi, na któ­rych wid­nieje napis "Cha­rak­te­ry­za­cja". Przed lustrem sie­dzi jakiś gru­bas z brodą, za nim stoi cha­rak­te­ry­za­torka i obra­bia jego twarz pędzel­kiem. Kiedy od niego odstę­puje, facet zrywa się tak rap­tow­nie, że wzdry­gam się ze stra­chu, i chwyta mnie w obję­cia. Czuć od niego pły­nem po gole­niu i piwem.

- Jak się masz, Franzl? - pyta gło­sem roz­pły­wa­ją­cym się ze szczę­ścia.

Bąkam, że dobrze, co wła­ści­wie ni­gdy nie jest prawdą, a teraz to już wcale. Sta­ram się nie oddy­chać. Jego broda łasko­cze mnie w poli­czek.

- A ty? - udaje mi się wydy­szeć.

- Ach, Franzl, co mam mówić. Liesl umarła dwa lata temu, a sprawa z Wur­mit­ze­rem też nie poszła po mojej myśli. Jesz­cze mówię do niego: Ferdl, teraz musisz to zro­bić po sta­rej przy­jaźni, ale myślisz, że chciał mnie słu­chać? Jak wiesz, w takiej sytu­acji wola­łem się trzy­mać Sen­gera, tyle że on oka­zał się nie­uczciwy.

Nie mam czym oddy­chać. Kto to jest, do dia­bła? O jakich ludziach mówi? W końcu mnie wypusz­cza, zabiera z wie­szaka lode­nową kurtkę, wielką jak namiot, narzuca na sie­bie i wycho­dzi.

Sia­dam na fotelu. Cha­rak­te­ry­za­torka zaczyna pra­co­wać nad moją twa­rzą i pyta, jak to zwy­kle pytają cha­rak­te­ry­za­torki, co takiego robię i co mnie spro­wa­dza do pro­gramu. Ni­gdy wcze­śniej tego nie wie­dzą, ni­gdy czło­wieka nie znają, ni­gdy wcze­śniej nie spraw­dzą, zawsze pytają.

- Pan Wil­zek jest reży­se­rem - wyja­śnia młody czło­wiek, który mnie przy­pro­wa­dził. Wolał­bym, żeby powie­dział mi, jak się nazywa, ale mło­dzi ludzie nie umieją już się zacho­wać.

Natu­ral­nie ona pyta teraz, jakie filmy zro­bi­łem, a ja wyli­czam z takim samym jak zwy­kle uci­skiem w żołądku jak zwy­kle swoje trzy chude tytuły: Peter tań­czy ze wszyst­kimi z Pete­rem Ale­xan­drem, Gustav i żoł­nie­rze, też z Pete­rem Ale­xan­drem i z Gun­the­rem Phi­lip­pem, oraz Schlück wraca do domu ostatni z ludźmi, któ­rych nie pamię­tam.

A teraz natu­ral­nie pyta o Petera Ale­xan­dra. Jaki on jest. Bo u niej, co dziwne, jesz­cze ni­gdy nie był na cha­rak­te­ry­za­cji. Bar­dzo by chciała kie­dyś spo­tkać.

Opo­wia­dam aneg­dotę, tę samą co zawsze. Już pierw­szego dnia, kiedy krę­ci­li­śmy do Peter tań­czy ze wszyst­kimi, znał na pamięć cały swój tekst. Potem nagle musie­li­śmy zmie­nić har­mo­no­gram zdjęć, a pewna młoda aktorka, któ­rej nazwi­ska wolał­bym nie wymie­niać, bo jest już dosyć znana, nauczyła się tek­stu tylko na ten dzień, wtedy Peter popa­trzył na nią i powie­dział: "Droga pani, z tek­stem jest jak z końmi, chce pani wie­dzieć dla­czego?".

Boże, moje odbi­cie w lustrze! W Sana­to­rium Wie­czorny Spo­kój nie mamy luster, bo nikt się sam nie goli; co rano robi to pie­lę­gniarz Zde­nek. To dla­tego ten widok mnie zasko­czył: moje oczy osa­dzone głę­boko w oczo­do­łach, obwi­słe worki skórne, roze­rwane wargi, pomarsz­czona szara skóra na łysej czaszce. Mary­narka leży krzywo, bo nie wypeł­niają jej już ramiona, kra­wat nie tylko jest popla­miony, ale i źle zawią­zany, cho­ciaż nie z mojej winy, bo już od dawna nie potra­fię wią­zać kra­watów, to było dzieło Zdenka. Czy nie może się posta­rać? Jak czę­sto ktoś z nas tra­fia do tele­wi­zji? Zamy­kam oczy, żeby nie musieć dłu­żej na sie­bie patrzeć. Sły­szę syk, zimny stru­mień sprayu do wło­sów owiewa moją czaszkę. Tylko dla­czego? Prze­cież pra­wie nie mam wło­sów.

- Tak, dla­czego? - pyta cha­rak­te­ry­za­torka.

O co jej cho­dzi?

- "Jak z końmi", powie­dział, ale dla­czego?

Czego ona ode mnie chce?

- No dobrze - oznaj­mia po prze­rwie. - Gotowe.

Wstaję, nogi ugi­nają się pode mną, cha­rak­te­ry­za­torka i młody czło­wiek mnie pod­pie­rają.

- Nic się nie stało - mówi, wypro­wa­dza­jąc mnie na kory­tarz.

Na ścia­nach wiszą fotosy z auto­gra­fami Paula Hörbigera, Johanny Matz, Petera Ale­xan­dra. Z tym ostat­nim kie­dyś pra­co­wa­łem.

- Pan pro­fe­sor Con­rads zada panu tylko te pyta­nia, które omó­wi­li­śmy wcze­śniej. Opo­wie pan parę sta­rych pięk­nych histo­ry­jek, wtedy nic się nie może zda­rzyć. Pan pro­fe­sor Con­rads zadaje zawsze tylko te pyta­nia, które wcze­śniej napi­sała mu redak­cja. A redak­cją jestem w tym przy­padku ja. On ni­gdy nie impro­wi­zuje.

- Muszę do toa­lety.

Spo­gląda na zega­rek. Rosen­blatt! Nie mam poję­cia, skąd to wiem, ale tak się nazywa. Coś w tym nazwi­sku mnie nie­po­koi, ale nie potra­fię powie­dzieć co.

Wska­zuje drzwi.

- Tylko pro­szę się pośpie­szyć.

Wcho­dzę do środka. Wszystko jest skom­pli­ko­wane: moje palce są bez czu­cia i nie potra­fią dokład­nie wyma­cać sprzączki paska i guzi­ków spodni, dla­tego nie­ła­two jest je spu­ścić, poza tym sedes zamon­to­wany jest zbyt nisko. Potem na doda­tek rolka z papie­rem spada na pod­łogę. Schy­lam się, ale gdy chcę ją przy­cią­gnąć, ona roz­wija się dalej i znika w odstę­pie pod ścianą kabiny.

Sły­szę kroki, ktoś cho­dzi tam i z powro­tem, wywo­łuje moje nazwi­sko:

- Panie Wil­zek, musimy już iść do stu­dia!

- Tak, tak! - wołam.

- To audy­cja na żywo!

- Tak, zaraz. Zaraz.

Za drzwiami jest wię­cej ludzi. Sły­szę zde­ner­wo­wane głosy. Ale prze­cież już jestem gotowy, tyle że pie­kiel­nie trudno będzie wstać, bo sedes jest zbyt nisko, a teraz nade­szła kolej na guziki spodni i sprzączkę paska. Robię wszystko tak wolno, jak to konieczne. Jeśli zanadto będę się śpie­szył, tylko pogor­szę sprawę.

Wycho­dzę z kabiny. W toa­le­cie stoi pię­ciu męż­czyzn i trzy kobiety. Naj­wi­docz­niej wszy­scy cze­kają na mnie. Jak to moż­liwe, że kobie­tom wolno tutaj wcho­dzić? Doszli­śmy już do tego, nie ma żad­nych świę­to­ści? Ale zanim zdą­ży­łem się poskar­żyć, ota­czają mnie - pierw­szy rzuca się na mnie z pra­wej, drugi z lewej, trzeci mnie popy­cha, nie pozwa­lają mi nawet umyć rąk.

- Audy­cja już się zaczęła - mówi pierw­szy.

- Wzię­li­śmy naj­pierw następ­nego gościa - mówi drugi.

- Musi pan wcho­dzić. Od razu będzie pan na żywo - mówi trzeci.

Otwie­rają się sta­lowe drzwi, jeste­śmy w stu­diu. Dwie kamery poru­szają się bez­sze­lest­nie po pomiesz­cze­niu, sły­szę wysoki gwiż­dżący ton reflek­to­rów, z sufitu zwi­sają na dru­tach mikro­fony. Na środku odtwo­rzono kawa­łek salonu: wzo­rzy­ste tapety, na któ­rych przy­bito gwoź­dziami małe land­sza­fty w zło­tych ramach, kanapa, fotel i stół, a na nim fili­żanki do kawy. Na kana­pie sie­dzi ogromny bro­daty męż­czy­zna, który ma na sobie lode­nową kurtkę. Obok niego stoi męż­czy­zna, któ­rego znam, cią­gle można go oglą­dać w tele­wi­zo­rze w Sana­to­rium Wie­czorny Spo­kój, ale nie pamię­tam jego nazwi­ska. Aku­rat śpiewa przy bla­sza­nej muzyce z gło­śnika, co rusz cału­jąc przy tym opuszki pal­ców. Ktoś wypy­cha mnie do przodu - nie­mal się potkną­łem o jakiś kabel - prze­pro­wa­dza obok kamery i już sie­dzę na kana­pie obok bro­da­cza.

Pre­zen­ter skoń­czył śpie­wać i teraz mówi o mnie. To szcze­gólna radość, oznaj­mia dziw­nie mono­ton­nym tonem, że jest z nim teraz Franz Wil­zek, jego przy­ja­ciel z daw­nych cza­sów!

A prze­cież ja w ogóle go nie znam. Wiem, że jestem tro­chę zapo­mi­nal­ski, ale z tym czło­wie­kiem naprawdę ni­gdy wcze­śniej się nie spo­tka­łem.

Odwraca się i pod­cho­dzi do mnie z wycią­gniętą ręką.

- Drogi Franzl!

Pierw­sza kamera go okrąża, tym­cza­sem druga obraca się ku mojej twa­rzy, czer­wone świa­tełko prze­ska­kuje z pierw­szej na drugą i na moni­to­rze widzę sie­bie, z wymu­szo­nym uśmie­chem i z dużymi wor­kami pod oczyma.

Nazywa się Con­rads! Nagle sobie przy­po­mnia­łem, Heinz Con­rads, wcale nie mam aż tak kiep­skiej pamięci. Ale naprawdę ni­gdy wcze­śniej go nie spo­tka­łem. Podaję mu rękę, lecz nie wstaję. Jego świń­skie oczka bły­skają wście­kle. Wyraź­nie mu się nie podoba, że musi się pochy­lić w moją stronę.

Odwraca się do kamery i dalej opo­wiada o mnie. Czyta przy tym ze stosu kar­tek, ale prze­ciąga słowa w tak zaska­ku­jący spo­sób, nie­udol­nie suge­ru­jący zamy­śle­nie, że nikomu nie przy­szłoby do głowy posą­dzać go, że po to, co mówi, może choćby przez chwilę nie się­gać do wła­snego mózgu. Reży­ser, mówi, piękne, wesołe filmy, spra­wiły nam wiele rado­ści, Gustav i żoł­nie­rze, Peter tań­czy ze wszyst­kimi, pra­co­wał ze wszyst­kimi ulu­bień­cami publicz­no­ści! Na moni­to­rze widać frag­ment: Peter Ale­xan­der śpiewa, ska­cze i szcze­rzy zęby. Przy­jaź­nie kiwam głową, choć zdaję sobie sprawę, że nie jestem na wizji, czer­wone świa­tełko pali się przy kame­rze, która fil­muje Heinza Con­radsa, moni­tor znów poka­zuje jego cia­sto­watą twarz pod twardą jak beton cza­szą bia­łych wło­sów.

A teraz nastę­puje ta chwila. Umilkł i patrzy na mnie. Świa­tełko prze­ska­kuje i na moni­to­rze poja­wia się moja twarz. Zadał mi jakieś pyta­nie? Tylko na moment prze­sta­łem uwa­żać i aku­rat wtedy to się stało!

Wsłu­chuję się w gwiż­dżącą, pełną elek­trycz­nych trza­sków ciszę, po czym na chy­bił tra­fił zaczy­nam opo­wia­dać aneg­dotę o akto­rze Schlücku Bat­ten­bergu. Jest tylko tro­chę śmieszna, ale działa. Heinz Con­rads całuje opuszki pal­ców i woła:

- Pyszne!

Także bro­dacz obok mnie zaśmiewa się i bije w piersi.

- Wy dwaj zna­cie się dłu­żej? - pyta Heinz Con­rads.

- Całe życie - odpo­wiada męż­czy­zna, któ­rego nie znam.

Obaj znowu się śmieją. W sumie wszystko idzie chyba jak trzeba. Moja głowa nie pra­cuje jak wcze­śniej, ale z taką audy­cją zawsze jesz­cze sobie pora­dzę.

Zatem wcale nie cze­kam na następne pyta­nie, tylko opo­wia­dam aneg­dotę o tym, jak Gun­ther Phi­lipp ską­pał się pod­czas krę­ce­nia Gustava i żoł­nie­rzy. Wła­ści­wie to słaba histo­ria, nie ma puenty, głu­pek po pro­stu wpadł do wody i potem się go wycią­gnęło, ale obaj znowu się śmieją, więc opo­wia­dam jesz­cze swoją naj­lep­szą histo­ryjkę, numer popi­sowy: o mło­dej aktorce, która nauczyła się tek­stu tylko na pierw­szy dzień zdję­ciowy. A Peter Ale­xan­der popa­trzył na nią i powie­dział: "Droga pani, z ucze­niem się tek­stu jest jak z końmi! Chce pani wie­dzieć dla­czego?".

- Ach, ten Peter! - woła idiota obok mnie. - Praw­dziwy as nad asy!

Spo­glą­dam na niego surowo, żeby mu poka­zać, że powi­nien sie­dzieć cicho.

- Dla­czego? - pyta pre­zen­ter.

- Co dla­czego?

- Z tymi końmi?

Gwizd reflek­to­rów jest tak prze­ni­kliwy, a zara­zem tak cichy, że nie można być pew­nym, czy rze­czy­wi­ście go sły­chać. Czer­wone świa­tełko prze­ska­kuje z jed­nej kamery na drugą. Podą­żam za nim wzro­kiem i widzę, że moja głowa na moni­to­rze prze­suwa się tam i z powro­tem.

- Ach, jak to z końmi! - Wcią­gam powie­trze, żeby zakoń­czyć opo­wieść.

Ale coś zbiło mnie z pan­ta­łyku, histo­ryjka się zaplą­tała, następne zda­nie nie chce się poja­wić. Kolejne czeka gotowe, więc omi­jam to następne, lecz aku­rat w tym samym momen­cie to kolejne rów­nież się roz­pływa - jesz­cze czuję jego kon­tury i mam wra­że­nie, że mój język mógłby je wyma­cać. Ale gdy słowa nie chcą się ukła­dać, popeł­niam błąd i rzu­cam okiem na ekran. Widać mnie tam z kon­ster­na­cją na twa­rzy i otwar­tymi ustami. A kiedy tak czło­wiek sie­dzi naprze­ciwko sie­bie, podzie­lony na dwoje, i wie, że wszy­scy w Sana­to­rium Wie­czorny Spo­kój oglą­dają pro­gram na żywo, to naprawdę nie ma poję­cia, co jesz­cze mógłby powie­dzieć.

Pre­zen­ter kiwa głową, składa dło­nie, w któ­rych trzyma kartki, wznosi oczy jak pod­czas modli­twy i woła:

- Pyszne! Konie!

Męż­czy­zna obok mnie się śmieje.

- Wspa­niałe! - woła pre­zen­ter.

W sana­to­rium są pew­nie teraz cał­kiem cho­rzy z zazdro­ści, zwłasz­cza Franz Krah­ler i głu­pia pani Ein­zin­ger. A ponie­waż nie mogę odsu­nąć od sie­bie tego obrazu, widzę, jak Krah­ler sie­dzi blady na swoim krze­śle, a Ein­zin­ger z otwar­tymi ustami obok niego, i umyka mi kolejne pyta­nie.

- Słu­cham?

Heinz Con­rads pod­nosi wzrok na sufit, wzdy­cha i odczy­tuje z kartki:

- Franz Wil­zek sam został reży­se­rem dosyć późno. Wcze­śniej był asy­sten­tem G.W. Pab­sta.

Dla­czego nagle mówi o mnie w trze­ciej oso­bie?

- G.W. Pabst - wyja­śnia. - Jeden z wiel­kich reży­se­rów. Wielki mistrz, wielka legenda, choć ja zdą­ży­łem go poznać, nikt nie znał go tak jak ty!

Na moni­to­rze migo­czą obrazy: Greta Garbo w Zatra­co­nej ulicy, Louise Bro­oks w Puszce Pan­dory, Mac­kie Maj­cher kręci młynka laseczką. Odchrzą­kuję i mówię:

- To jest Garbo. On odkrył ją dla filmu. Ja dołą­czy­łem póź­niej. W 1941 roku przy Kome­dian­tach. Pozna­li­śmy się na pla­nie... Rok wcze­śniej. Przy innym fil­mie. Wła­ści­wie byłem asy­sten­tem ope­ra­tora.

Teraz ekran znów wypeł­nia twarz Heinza Con­radsa.

- Dopiero co wró­cił - odczy­tuje z następ­nej kartki. - Z emi­gra­cji. Żeby znów krę­cić filmy w języku nie­miec­kim. Ty zosta­łeś jego nowym asy­sten­tem.

Kiwam głową. Zapewne powi­nie­nem jesz­cze coś powie­dzieć, ale co? Zza kamery, gdzie panują ciem­no­ści, wyszedł młody czło­wiek w okrą­głych oku­la­rach. Kie­dyś go już widzia­łem, ale nie pamię­tam gdzie. Wiem tylko, że nazywa się Rosen­kranz.

- Opo­wia­dał ci, dla­czego wró­cił? - odczy­tuje Heinz Con­rads. - Wcze­śniej był w Ame­ryce. A potem znowu był tutaj i krę­cił filmy dla...

Milk­nie i trzyma swoją kartkę tak, jakby coś tam się nie zga­dzało. Trwa to tylko chwilę, potem odzy­skuje kon­trolę nad mimiką, roz­ciąga usta w krzy­wym uśmie­chu i wsuwa kartkę pod stos.

- A po Kome­dian­tach zro­bi­li­ście Para­cel­susa - czyta. - Z wiel­kim Wer­ne­rem Kraus­sem, wielki film, kla­syk.

- Arcy­dzieło! - mówię.

- Jaki on był, ten G.W. Pabst, zawsze kazał pisać swoje nazwi­sko z dwoma ini­cja­łami, G.W., prawda, prze­waż­nie tak się też do niego zwra­cano, no więc jaki on był, jak byś go opi­sał?

- Tro­chę za gruby.

Heinz Con­rads się śmieje.

- Ach, ten Franzl! Co za kawa­larz!

- Zawsze chciał schud­nąć - mówię. - Był nie­zbyt wysoki, ale tro­chę okrą­glutki, na pla­nie dużo się śmiał, lecz kiedy gasły reflek­tory, czę­sto był jakby pusty w środku. Niczym kostium, któ­rego nikt nie nosi.

Gwizd zro­bił się gło­śniej­szy i bar­dziej prze­raź­liwy, także jasność stała się nagle nie­zno­śna. Ledwo widzę pre­zen­tera, taki jestem ośle­piony.

- Ale kiedy wyda­wał pole­ce­nie, wszy­scy go słu­chali. Coś innego nikomu nie przy­szłoby do głowy. Chyba że była przy tym jego matka. Widzia­łem ją tylko raz, przy­je­chała z wizytą, kiedy krę­ci­li­śmy Kome­dian­tów, natych­miast zaczął się zacho­wy­wać jak dziecko. Parę mie­sięcy póź­niej umarła. - Muszę prze­łknąć ślinę. W gar­dle czuję suchość, kanapa pode mną wydaje się powoli pły­nąć przez pomiesz­cze­nie. - Miał wła­sną teo­rię mon­tażu fil­mo­wego. Uwa­żał, że cię­cie zawsze musi być uza­sad­nione ruchem, tak żeby utrzy­mać płyn­ność od pierw­szego do ostat­niego uję­cia. Kiedy potem sam reży­se­ro­wa­łem, zauwa­ży­łem, że w prak­tyce pra­wie ni­gdy... - Nie, posu­ną­łem się za daleko, tutaj nie można tak gadać. - Czę­sto mówił o Gre­cie Garbo! - wołam. - Taka piękna kobieta! I o Louise Bro­oks, któ­rej dzi­siaj pra­wie nikt nie zna, ale która wtedy była nie­mal tak wielką gwiazdą jak Garbo. Ją też odkrył.

- Ach, tak! Piękne kobiety! - Heinz Con­rads śmieje się z ulgą. Prze­kłada na spód kolejną kartkę i czyta: - A w waszym następ­nym fil­mie, Sprawa Molan­dera, główną rolę zagrał wielki Paul Wege­ner?

- W jakim fil­mie?

- W waszym następ­nym - odczy­tuje z kartki. - Sprawa Molan­dera. Paul Wege­ner zagrał w nim główną rolę.

- Jego nie ma.

- Paula Wege­nera?

- Tego filmu. Nie ma go, był pla­no­wany, ale ni­gdy nie został nakrę­cony.

Przez kilka sekund panuje cisza, po czym Heinz Con­rads mówi:

- Został, tutaj stoi... Został nakrę­cony. Tylko nikt go nie widział, bo po reali­za­cji zagi­nął.

- Nie został nakrę­cony.

Heinz Con­rads spo­gląda w jakiś punkt za kamerą.

- A mnie powie­dziano, że zakoń­czy­li­ście zdję­cia do filmu na początku czter­dzie­stego pią­tego w Pra­dze. W trud­nych warun­kach, w ostat­nich tygo­dniach wojny, ale potem cały mate­riał znik­nął.

Wpa­truje się zmru­żo­nymi oczami w kartkę. To praw­do­po­dob­nie ostat­nia. Odwraca ją, spo­gląda bez­rad­nie na drugą stronę.

- Nie został nakrę­cony! - wołam. - Psia­krew! To nie­prawda, nie ma go! To pomyłka! Kłam­stwo.

- Słu­cham?

- Kłam­stwo!

Heinz Con­rads spo­gląda na swoją kartkę, potem na mło­dego czło­wieka w oku­la­rach, potem jesz­cze raz na kartkę.

- Franzl, na pewno przy­po­mnisz sobie swój film.

- On ni­gdy nie został nakrę­cony!

Heinz Con­rads marsz­czy czoło tak mocno, że jego twarz wydaje się zakrzy­wiać do wewnątrz. Wtem mój wzrok napo­tyka spoj­rze­nie mło­dego czło­wieka w oku­la­rach, który nie patrzy na swo­jego szefa, ale na mnie, uważ­nie i pro­sto w oczy, ze sła­bym, zasty­głym uśmie­chem.

Spo­glą­dam na ekran. Widzę sie­bie patrzą­cego w bok - oczy­wi­ście moni­tor to nie kamera, trzeba by spoj­rzeć w obiek­tyw, żeby popa­trzeć na samego sie­bie na moni­torze, tylko że wtedy czło­wiek nie może sie­bie zoba­czyć, bo wpa­truje się w obiek­tyw kamery, a nie w moni­tor. A teraz moni­tor, choć prze­cież poka­zuje mnie, poka­zuje jed­no­cze­śnie coś innego, i żeby tego unik­nąć, zamy­kam oczy, ale to nie pomaga i cią­gle ich widzę: czarno-bia­łych ludzi w sali kon­cer­to­wej. Patrzę na nich z góry, z takiej wyso­ko­ści, jak­bym fru­wał, świeci krysz­ta­łowy żyran­dol, sie­dzę obok kamery na ramie­niu dłu­giego dźwigu, wszy­scy patrzą przed sie­bie, bo nie wolno im spo­glą­dać w górę.

Otwie­ram oczy, ale widzę to w dal­szym ciągu, tak samo wyraź­nie jak zawsze, tak jak widzie­li­śmy to kie­dyś na małym ekra­nie, gdy Pabst obok mnie mon­to­wał film. I rów­no­cze­śnie oglą­dam to z góry, z mocno odchy­lo­nego wysię­gnika, na któ­rym się uno­szę, pod­czas gdy Pabst na dole dyry­guje ruchem przez mega­fon, dalej do przodu, teraz w prawo, w kie­runku podium, dalej, tam, gdzie aktor stoi i gra na skrzyp­cach!

- Nie został nakrę­cony! Pań­ska redak­cja spar­ta­czyła robotę! Jest pan w błę­dzie! On ni­gdy nie powstał!

Ludzie pode mną. Nie wolno im patrzeć w górę. Gdyby ktoś to zro­bił, zepsułby wszystko. Naj­waż­niej­sze, żeby żoł­nie­rze nie poja­wili się w polu widze­nia, bo to uję­cie musi być nakrę­cone dzi­siaj, lecz w tym momen­cie pod­cho­dzi do mnie Heinz Con­rads.

- Drogi Franzl, co za radość, że byłeś tutaj z nami, nie­stety nasz czas się skoń­czył!

Mam wra­że­nie, że bie­rze zamach, żeby mnie ude­rzyć, zasła­niam więc twarz rękami, ale on odwraca się do kamery, bły­ska czer­wone świa­tełko, na moni­to­rze uka­zuje się jego twarz, tak duża, że dziurki w nosie przy­po­mi­nają kra­tery.

- Miłego wie­czoru, dziew­czyny - mówi śpiew­nym tonem - ser­wus, chło­paki, dzię­kuję, dro­dzy goście, pozo­stań­cie wszy­scy w dobrym zdro­wiu!

Z gło­śni­ków dobie­gają bla­szane dźwięki for­te­pianu, czer­wone świa­tełko gaśnie, na moni­to­rze wiru­jące litery ukła­dają się w napis: Co nowego w nie­dzielę z Hein­zem Con­rad­sem.

Zapewne już po wszyst­kim. Pod­cho­dzi do mnie młody czło­wiek w oku­la­rach, który przez cały czas nie spusz­czał ze mnie oczu.

- Napisy koń­cowe przejdą teraz w cało­ści trzy razy. Musie­li­śmy skoń­czyć wcze­śniej. Jesz­cze ni­gdy się to nie zda­rzyło. Może pan być dumny.

- Mam nadzieję, że wkrótce poczu­jesz się lepiej - mówi obok mnie bro­dacz w lode­no­wej kurtce. - Miło było zoba­czyć cię znowu, Franzl.

- Cie­bie też - odpo­wia­dam, ponie­waż nic innego nie przy­cho­dzi mi do głowy.

- Naprawdę nie nakrę­ci­li­ście Molan­dera? Zawsze myśla­łem, że udało się go skoń­czyć, ale kiedy zaczęło się powsta­nie w Pra­dze...

Odwra­cam się i wycią­gam rękę do mło­dego czło­wieka, któ­rego nazwi­sko nagle sobie przy­po­mi­nam, nazywa się Rosen­kranz, żeby pomógł mi się pod­nieść, choć z jakie­goś powodu nie podoba mi się, że ma mi pomóc. Ale robi to i małymi krocz­kami zmie­rzamy do drzwi.

Sęk w tym, że Heinz Con­rads zagra­dza nam przej­ście. Jego twarz wykrzy­wia wście­kły gry­mas.

- Do widze­nia, drogi Heinzi - mówię.

- Właź do swo­jej dupy i zdy­chaj.

Wytrzesz­czam na niego oczy. Przez chwilę wydaje mi się, że się prze­sły­sza­łem.

- A ty? - zwraca się do mło­dego czło­wieka. - Wsa­dzasz do mojej audy­cji takiego sta­rego pryka! Kom­plet­nie zidio­ciały ptasi móż­dżek, a ja stoję jak ostatni kre­tyn ze swo­imi pyta­niami. Zabie­raj manatki i wyno­cha, nie chcę cię wię­cej widzieć!

- Bar­dzo chęt­nie - odpo­wiada Rosen­kranz.

- Zamknij japę. Nie chcę o tobie sły­szeć, wynoś się!

- Chęt­nie - powta­rza Rosen­kranz.

Okrą­żamy bla­dego z wście­kło­ści Heinza Con­radsa. Oczy mam wpół­przy­mknięte, sły­szę, jak otwie­rają się i zamy­kają cięż­kie drzwi.

- Już od paru mie­sięcy chcia­łem zre­zy­gno­wać - mówi Rosen­kranz. - Ale tak po pro­stu zło­żyć wymó­wie­nie to może każdy, pomy­śla­łem. Musisz zna­leźć coś lep­szego.

Czuję się słabo. Pro­gram jed­nak mnie wyczer­pał, nie tylko dło­nie, także ramiona i plecy mi się trzęsą. Co wła­ści­wie się stało? Wspo­mnie­nia już się roz­pły­wają. Naj­pierw opo­wia­da­łem histo­ryjki, wszystko szło jak z płatka, potem natu­ral­nie była mowa o Pab­ście, o niego zawsze mnie pytają, a potem wszystko się pogma­twało. Ziry­to­wa­łem się, może nawet krzy­cza­łem, i przy­po­mnia­łem sobie zdję­cia do Molan­dera, ale to wła­ści­wie nie­moż­liwe, bo Molan­dera nie nakrę­ci­li­śmy.

- A potem szef powie­dział: dobrze, no to zapro­śmy go, i wtedy napi­sa­łem dla niego pyta­nia, jak zawsze. - Milk­nie na moment, po czym mówi: - Mój ojciec tam był.

- Pań­ski ojciec?

- Wśród sta­ty­stów. W sali kon­cer­to­wej... W hali numer sie­dem w Stu­diu Bar­ran­dov, kiedy krę­cił pan Sprawę Molan­dera.

- Gdzie tu jest toa­leta?

Muszę przy­sta­nąć. Zie­mia zako­ły­sała się pode mną; czuję się tak, jak­bym za chwilę miał paść głową do przodu. Ale on nie ma racji, ten film ni­gdy nie został nakrę­cony. Wiem, bo tam byłem. Byłem przy tym, jak nie nakrę­ci­li­śmy tego filmu. Pamię­tam, że do tego nie doszło. Odchrzą­kuję, chcę mu to wyja­śnić.

- Szu­ka­łem wszę­dzie - mówi on. - Nie ma żad­nej kopii. Nega­tyw zagi­nął. Jest pan chyba jedy­nym czło­wie­kiem, który widział mate­riały dzienne. Oczy­wi­ście oprócz Pab­sta. Ale Pabst nie żyje.

Naci­skam klamkę i wcho­dzę do toa­lety. Przez chwilę oba­wiam się, że wej­dzie za mną, ale na szczę­ście pozo­staje na zewnątrz.

Drzwi się zatrza­skują. Wszystko jest takie trudne, ubra­nie sta­wia opór. Zdrę­twiałe palce nie radzą sobie z guzi­kami spodni, sedes jest zamon­to­wany zbyt nisko. Dopiero gdy na nim sia­dam, zauwa­żam, że rolka papieru leży na pod­ło­dze - pocią­gam za nią, ale tylko dalej się roz­wija, wszystko wymaga tyle wysiłku. Łokieć mnie boli, plecy mam sztywne, kolana są takie słabe i chwiejne, że ledwo mogę wstać. Powinno się umie­rać młodo. Kiedy byłem dziec­kiem, zawsze gdy cho­ro­wa­łem, przy­cho­dził dok­tor Sämann. Jego chłodna ręka na moim czole. "Jeste­śmy cho­rzy?", pytał za każ­dym razem, "mamy gorączkę?", a ja myśla­łem, dla­czego mówi "my", on prze­cież nie ma gorączki, tylko ja mam. Nie wiem, dla­czego mi się teraz przy­po­mniał, od dzie­siąt­ków lat nie myśla­łem o nim.

Kiedy wycho­dzę, czeka na mnie młody czło­wiek w oku­la­rach. Jego fry­zura jest w nie­ła­dzie, oczy ma pod­krą­żone, jakby pła­kał. Praw­do­po­dob­nie alko­ho­lik. Mło­dzi ludzie nie umieją już się zacho­wać.

- Co z panem?

- Przy­po­mniał mi się mój ojciec.

- Odpro­wa­dzi mnie pan do tram­waju?

Zdej­muje oku­lary, ale zaraz wkłada je z powro­tem i mówi cicho, nie, żad­nego tram­waju, odwie­zie mnie auto.

Idziemy dłu­gim kory­ta­rzem. Ze ścian uśmie­chają się twa­rze akto­rów. Z nie­któ­rymi z nich krę­ci­łem filmy. Tam na przy­kład wisi Peter Ale­xan­der.

- To jest pro­fe­sjo­na­li­sta - mówię. - Peter! Trudno to sobie wprost wyobra­zić. Już pierw­szego dnia zdjęć zna cały tekst. Młoda aktorka, nie powiem teraz jej nazwi­ska, bo od tam­tej pory...

- Już dobrze! - prze­rywa mi ostrym tonem.

Milknę obra­żony.

A tu, na domiar złego, czeka na mnie pater­no­ster! Jakoś wta­czam się do kabiny; omal nie upa­dłem, ale mnie przy­trzy­mał. Pre­zen­te­rem był, jak pamię­tam, słynny Heinz Con­rads. W Sana­to­rium Wie­czorny Spo­kój na pewno będą się zło­ścić, że byłem u Heinza Con­radsa, pod­czas gdy dla wszyst­kich innych było to tylko kolejne, cią­gnące się bez końca nie­dzielne przed­po­łu­dnie z kiep­skim śnia­da­niem.

Czy to moż­liwe, że audy­cja nie poszła jak trzeba? Pamię­tam zamie­sza­nie, głu­pie pyta­nia, było nie­przy­jem­nie, ktoś mnie obra­ził; albo ja kogoś obra­ziłem, jedno z dwojga. O Pab­ście oczy­wi­ście też roz­ma­wia­li­śmy, to się rozu­mie samo przez się, wszy­scy o niego pytają, moja wła­sna kariera reży­ser­ska była nie­po­ważna, nie ma co ukry­wać. W moim wypadku ważne jest tylko to, że kie­dyś byłem jego asy­sten­tem.

Młody czło­wiek wypy­cha mnie z pater­no­stra, znowu mnie przy­trzy­muje. Prze­cho­dzimy przez hall. Tutaj też są drzwi obro­towe. Szklane ściany się obra­cają, lustrzane odbi­cia nakła­dają się na sie­bie, robię krok do przodu i staję na ulicy. Wkrótce powi­nie­nem się poło­żyć.

Przy ulicy par­kują trzy auta, na każ­dym wid­nieje napis "Österreichischer Rund­funk". Młody czło­wiek, jak on się nazywa?, otwiera drzwi pierw­szego i pomaga mi przy wsia­da­niu.

- Mój ojciec prze­żył - mówi. - Jeśli chce pan wie­dzieć.

- Cie­szę się.

O co cho­dzi z tym jego ojcem?

Dziw­nie wygląda, oczy ma sze­roko otwarte, dzi­kie i rów­no­cze­śnie w pew­nym sen­sie pełne współ­czu­cia. Wygląda nie­mal na sza­leńca. Otwiera usta, ale po chwili kręci głową i tylko zatrza­skuje drzwi. Mło­dzi ludzie nie umieją już się zacho­wać.

Auto rusza. Na tyl­nym sie­dze­niu leży zapo­mniany przez kogoś egzem­plarz "Volks­stimme". Kanc­lerz fede­ralny na mów­nicy spo­gląda groź­nie i z powagą na grupę męż­czyzn w gar­ni­tu­rach. Śmier­telny cios dla elek­trowni w Zwen­ten­dor­fie, głosi nagłó­wek.

- W któ­rej audy­cji pan był? - pyta kie­rowca.

- U Heinza Con­radsa.

- Moja żona lubi go oglą­dać. To praw­dziwy dżen­tel­men, mówi. Taki męż­czy­zna z daw­nych cza­sów. Kiedy Wie­deń był jesz­cze Wied­niem!

- A czym jest Wie­deń teraz?

Nie odpo­wiada.

Pró­buję sobie przy­po­mnieć. Coś się stało, ale co? Zaczyna padać, kro­ple desz­czu spły­wają po szy­bie esami-flo­re­sami.

- Oglą­dał pan?

- Jak miał­bym oglą­dać? - odpo­wiada śpiew­nym tonem, jakim roz­ma­wia się z dziećmi i sta­rymi ludźmi. - Przez cały dzień sie­dzę prze­cież w wozie. Albo jeż­dżę, albo cze­kam, że ktoś wsią­dzie. Dopiero wie­czo­rem mogę oglą­dać tele­wi­zję. Ale moja żona na pewno oglą­dała.

Na zewnątrz ludzie roz­kła­dają para­sole. Opie­ram głowę o chłodną szybę. Już nie mogę się docze­kać, kiedy wrócę. W sana­to­rium na pewno wszy­scy są cho­rzy z zazdro­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki