Rozdział 1
DZIENNIK JONATHANA HARKERA
3 maja
Jadę właśnie pociągiem do Transylwanii. Mam wrażenie, jakbym przenosił się do innego świata. Moim celem jest zamek hrabiego Drakuli.
Transylwania to piękna kraina, pełna małych mieścin i zamków. Dojechałem do miasteczka, gdzie znajduje się hotel polecony mi przez samego hrabiego.
Powitała mnie tu jakaś starsza pani, która przekazała mi list o następującej treści:
Drogi Przyjacielu
Witaj w Transylwanii i w Karpatach. Z największą niecierpliwością oczekuję na Twoje przybycie, dzisiaj zaś życzę Ci udanego noclegu. 5 maja o godzinie trzeciej wyruszy dyliżans do Bukowiny - zarezerwowano w nim miejsce dla Ciebie. Na przełęczy Borgo czekać będzie mój powóz, który przewiezie Cię do mojego zamku.
Ufam, że Twoja podróż z Londynu przebiegła przyjemnie i że moja piękna ojczyzna przypadnie Ci do gustu.
Twój przyjaciel
Drakula
4 maja
Nikt w miasteczku nie chciał rozmawiać ze mną o hrabim Drakuli. Staruszka z gospody podeszła do mnie i powiedziała:
- Panie Harker, czy musi pan jechać właśnie jutro? To wigilia świętego Jerzego. O północy wszystkie złe siły na świecie będą mogły robić, co im się żywnie podoba! Błagam pana, zaklinam, niech pan nie jedzie!
Zbudził się we mnie niepokój, jednak mam do załatwienia interes z hrabią, który chce kupić dom w Londynie. Odparłem, aby niczego się nie bała, na co staruszka zdjęła krzyżyk z własnej szyi i ofiarowała mi go.
5 maja
Przed wyjazdem widziałem, jak gospodyni rozmawia z woźnicą dyliżansu. Wyraźnie mówili o mnie, bo od czasu do czasu kierowali w moją stronę spojrzenia pełne litości. Nie rozumiałem, co dokładnie mówią, rozpoznałem jednak kilka słów, takich jak "demon" i "wampir".
Wkrótce ruszyliśmy w drogę. Piękna to była okolica, pełna zielonych pól, wiosek i lasów. W oddali widziałem góry.
Słońce zniżało się na niebie i zbliżał się zmierzch. Czułem narastający chłód, a między drzewami podniosła się mgła, która nadawała lasom upiorny wygląd, jakby nawiedzały je duchy.
Dotarliśmy do przełęczy Borgo, gdzie miał czekać powóz, który zabierze mnie do zamku hrabiego. I rzeczywiście pojawił się elegancki ekwipaż zaprzężony w cztery konie. Reszta pasażerów na jego widok poczuła chyba strach. Na koźle siedział mężczyzna w dużym, czarnym kapeluszu - sprawiał wrażenie, jakby chciał ukryć przed nami swe oblicze. Uśmiechnął się i w świetle lampy zauważyłem, że jego zęby wyglądają na bardzo ostre.
Zdjął mój bagaż, ja zaś wysiadłem z dyliżansu i przesiadłem się do powozu. Przy tej okazji podał mi rękę i stwierdziłem, że jest niezwykle silny. Ruszyliśmy w dalszą drogę.
- Zimna dziś noc, panie - powiedział ów nowy woźnica. - Hrabia kazał mi dobrze się o pana zatroszczyć. - Jednakże jego słowa nie dodały mi otuchy i zacząłem się obawiać, że przyjazd tutaj był błędem.
Po jakimś czasie zapragnąłem sprawdzić, która godzina, toteż zapaliłem zapałkę i spojrzałem na zegarek: była prawie północ. Przypomniałem sobie, co powiedziała mi tamta kobieta w gospodzie.
W tym momencie z obu stron dobiegło mnie wycie wilków. Wkrótce też otoczyły nas drzewa - jechaliśmy między nimi jak przez tunel. Rozszalała się wichura i zaczął sypać śnieg.
Nagle daleko po lewej stronie ujrzałem słabe migotanie jakiegoś błękitnego płomienia. Woźnica dostrzegł je w tym samym momencie co ja; natychmiast wstrzymał konie i zeskoczywszy z kozła, zniknął w ciemnościach. Nie wiedziałem, co robić, a wycie wilków coraz bardziej się przybliżało. Woźnica niespodziewanie wrócił i bez słowa zajął swoje miejsce, po czym wznowiliśmy podróż.
Chyba musiałem przysnąć i ciągle śnił mi się ten incydent, bo wydawało mi się, że sytuacja co chwilę się powtarza - teraz, poniewczasie, jawi mi się to niczym jakiś straszliwy koszmar. Jeden raz płomień rozbłysnął tak blisko drogi, że nawet w otaczających nas ciemnościach mogłem dostrzec, co robi woźnica. Zauważyłem też dziwne złudzenie optyczne, gdy bowiem stanął między mną a płomieniem, bynajmniej mi go nie przesłonił - nadal widziałem owo upiorne migotanie! Zdumiało mnie to, lecz jako że trwało tylko przez chwilkę, uznałem, że wzrok mnie zwodzi od wytężania go w ciemnościach. Potem na jakiś czas błękitne płomienie zniknęły i pędziliśmy dalej przez mrok przy akompaniamencie zawodzenia wilków, które zdawały się otaczać nas stale przemieszczającym się kręgiem.
Jechaliśmy po ciemku jeszcze przez pewien czas, aż wreszcie zdałem sobie sprawę, że znajdujemy się na dziedzińcu wielkiego, zrujnowanego zamczyska. Nie wydobywało się z niego żadne światło - widziałem jedynie jego ciemny zarys na tle oświetlonego księżycową poświatą nieba.