Iluminacje - Alan Moore

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Hipotetyczna jaszczurka

Połowa jej twa­rzy była por­ce­la­nowa.

Sie­dząc na bal­ko­nie, w roz­tar­gnie­niu żując ane­miczne nie­bie­skie kwiatki, które zerwała w ogro­dzie, Som-Som patrzyła na dzie­dzi­niec Domu bez Zega­rów. Nie­ozdo­biony i krą­gły, leżał poni­żej niby zacie­niona i zastała stud­nia. Widziane z góry czarne płyty chod­ni­kowe, przez pochód wielu stóp wypo­le­ro­wane do bez­na­mięt­nego poły­sku, wyglą­dały bar­dziej jak sto­jąca woda niż kamień. Pęk­nię­cia i szcze­liny, które mogłyby zepsuć ten efekt, widoczne były jedy­nie tam, gdzie żyły mchu podą­żały krę­tymi szla­kami przez jed­no­lity poza tym gagat. Rów­nie dobrze mogłaby to być deli­katna koronka rzęsy wod­nej, która roz­pa­dłaby się i roz­pły­nęła przy pierw­szym plu­sku, pierw­szej zmarszczce na powierzchni...

Kiedy Som-Som miała pięć lat, matka dostrze­gła bole­sne piękno zaklęte w jej dzie­cię­cej twa­rzy i nocną porą popro­wa­dziła nie­ro­zu­mie­jącą niczego córkę przez gwarny labi­rynt Lia­veku do paste­lo­wego domu z okrą­głym czar­nym dzie­dziń­cem. Pod­da­jąc się prze­wod­nic­twu mat­czy­nej dłoni, Som-Som podrep­tała o pół­nocy po kamien­nych pły­tach chod­ni­ko­wych, a echo jej kro­ków szep­tało do niej z wyso­kiego pół­okrą­głego muru, który ota­czał trzy czwarte terenu. Wklę­sła fasada Domu bez Zega­rów dopeł­niała koła, a w jej sze­ro­kim łuku umiesz­czono sied­mioro drzwi, każde w innym kolo­rze. Matka zapu­kała do bia­łych, środ­ko­wych.

Roz­legł się odgłos drob­nych ostroż­nych kro­ków, a zaraz potem krótki szczęk rygla, gdy odblo­ko­wano drzwi od wewnątrz. Otwo­rzyły się bez­sze­lest­nie. Pięt­na­sto­let­nia dziew­czyna, ubrana na biało na tle bia­łych kom­nat w głębi, popa­trzyła w ciem­ność nie­obec­nym, nie­wzru­szo­nym wzro­kiem.

Szata, którą miała na sobie, była dopa­so­wana i miała kolor śniegu, a w fał­dach i zała­ma­niach gęst­niały lek­kie nie­bie­skawe cie­nie. Okry­wała ją od stóp do głowy z wyjąt­kiem wycię­tych otwo­rów, które odsła­niały prawą pierś, lewą rękę i nie­prze­nik­nioną twarz przy­po­mi­na­jącą maskę.

Patrząc na szczu­płą postać obra­mo­waną pro­sto­ką­tem lodo­wa­tego świa­tła, Som-Som pomy­ślała w pierw­szej chwili, że odsło­nięte czę­ści ciała są czer­wone od farby lub pudru. Przyj­rzaw­szy się uważ­niej, z fascy­na­cją i zara­zem prze­ra­że­niem zdała sobie sprawę, że to w cało­ści malut­kie, acz czy­telne słowa, wyta­tu­owane soczy­stym kar­ma­zy­nem na gład­kim bia­łym per­ga­mi­nie skóry. Fine­zyj­nie sfor­mu­ło­wane zda­nia, wie­lo­znaczne i suge­stywne, wiły się spi­ral­nie od bor­do­wego pączka jej sutka. Ele­ganc­kie, skry­cie namiętne wersy podą­żały po orbi­cie lewego oka, by połą­czyć się w dosko­nałą meta­forę pod cie­niem kości policz­ko­wej. Palce ocie­kały poezją.

Dziew­czyna spoj­rzała naj­pierw na Som-Som, potem na jej matkę. W jej oczach nie było żad­nego osądu. Jakby wszystko uzgod­niono zawczasu, odwró­ciła się i drob­nymi, mia­ro­wymi kro­kami zagłę­biła się w ark­tycz­nie olśnie­wa­jący Dom bez Zega­rów. Po chwili Som-Som i jej matka podą­żyły za nią, zamy­ka­jąc za sobą białe drzwi.

Dziew­czyna (któ­rej imię, jak się póź­niej dowie­działa Som-Som, brzmiało Księga) popro­wa­dziła matkę i córkę kory­ta­rzami owia­nymi wid­mem per­fum do sali, która była jed­no­cze­śnie ogromna i ośle­pia­jąca. Białe świa­tło, zała­my­wane przez soczewki i fase­to­wane szklane naczy­nia, zda­wało się wisieć w powie­trzu niczym upiorna paję­czyna, przez co kształty i formy były zatarte. Pośrodku tej mgli­stej fos­fo­re­scen­cji na futrach z polar­nych zwie­rząt spo­czy­wała wysoka kobieta, a wokół jej stóp leżały poduszki hafto­wane w misterne wzory szronu. Migo­tli­wie roz­rze­dzone oto­cze­nie usu­nęło zmarszczki z jej skóry, nada­jąc jej nie­okre­ślony wiek, ale kiedy się ode­zwała, prze­mó­wiła sta­rym gło­sem. Nazy­wała się Ouisz i była panią i wła­ści­cielką Domu bez Zega­rów.

Mię­dzy kobie­tami wywią­zała się cicha i nie­ja­sna roz­mowa, więc Som-Som nie­wiele z niej zro­zu­miała. W pew­nym momen­cie Pani Ouisz pod­nio­sła się z łoża z bia­łych futer i chwiej­nym kro­kiem pode­szła do dziecka. Ujęła deli­kat­nie twarz Som-Som kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym i obró­ciła jej główkę, by zoba­czyć pro­fil. Dotyk jej dłoni przy­po­mi­nał krepę, ale był zaska­ku­jąco cie­pły w pomiesz­cze­niu, które lśniło nie­ziem­skim chło­dem. Naj­wy­raź­niej zado­wo­lona Pani Ouisz odwró­ciła się i ski­nęła głową do dziew­czyny zwa­nej Księgą, po czym powró­ciła w obję­cia futer.

Wyta­tu­owana słu­żąca wyszła z pokoju, a po chwili wró­ciła z nie­wielką sakiewką z wybie­lo­nej skóry. Sakiewka pobrzę­ki­wała w rytm jej kro­ków. Słu­żąca podała ją matce, która wyglą­dała na prze­stra­szoną i zdez­o­rien­to­waną. Jed­nak cię­żar sakiewki naj­wy­raź­niej ją uspo­koił, toteż nie opie­rała się, nie wypo­wie­działa ani jed­nego słowa skargi, gdy Księga ujęła ją lekko za rękę i wypro­wa­dziła z bia­łej kom­naty.

Dopiero po upły­wie dłu­gich minut Som-Som zorien­to­wała się, że matka nie wróci.

Był tam Szafi, dzie­więt­na­sto­letni dys­lo­ka­cjo­ni­sta, który leżąc na brzu­chu, potra­fił wykrzy­wić ciało do tyłu aż tak, że pośladki sado­wiły się wygod­nie na czubku głowy, a uśmiech­niętą twarz widać było mię­dzy sto­pami. I Deli­cja, kobieta w śred­nim wieku, która za pomocą czter­na­stu igieł zada­wała klien­towi nie­wy­obra­żalne męki lub roz­ko­sze, a wszystko to bez pozo­sta­wie­nia naj­mniej­szego śladu. Mope­tel, zatrzy­mu­jąc bicie wła­snego serca i oddech, na ponad dwie godziny osią­gała stan podobny do zgonu. Jazu miał całe ciało poro­słe drob­nymi czar­nymi wło­sami, cho­dził na czwo­ra­kach i poro­zu­mie­wał się tylko war­cze­niem. Były jesz­cze Ruszu­szi i Hata, i nie­mru­ga­jąca powie­kami Loba Pak...

Żyjąc wśród tej mena­że­rii dzi­wo­lą­gów, gdzie to, co nie­tu­zin­kowe, przez zwie­lo­krot­nie­nie sta­wało się powsze­dnie, Som-Som zdo­łała zacho­wać pewną miarę bez­stron­no­ści. Naj­lep­szą część swo­ich dni spę­dzała na obser­wo­wa­niu żywych feno­me­nów bez choćby jed­nej dys­kry­mi­nu­ją­cej czy fawo­ry­zu­ją­cej myśli, zasta­na­wia­jąc się, czy ten lub ów posłuży za pier­wo­wzór osoby, którą ma się stać. Pod­słu­chu­jąc Panią Ouisz i jej naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków, cier­pli­wie roz­szy­fro­wu­jąc ich mowę skła­da­jącą się z pauz i akcen­to­wa­nych sylab, Som-Som doszła do wnio­sku, że jej prze­zna­cze­niem jest coś wyjąt­ko­wego - wyjąt­ko­wego nawet wśród tej gale­rii kurio­zów, którą był Dom bez Zega­rów. Czy będzie uczona sztuki dopro­wa­dza­nia męż­czyzn i kobiet do eks­tazy wibra­cjami swo­jego głosu, jak czyni to Hata? Czy też jej udzia­łem sta­nie się talent Mope­tel do prze­ży­wa­nia chwi­lo­wej śmierci? Przyj­mu­jąc z uśmie­chem kan­dy­zo­wane owoce i mar­ce­pany, któ­rymi hoj­nie czę­sto­wali ją starsi, w zadu­mie przy­pa­try­wała się ich twa­rzom.

W dniu swo­ich dzie­wią­tych uro­dzin Som-Som poszła pod eskortą Księgi do olśnie­wa­ją­cego sank­tu­arium Pani Ouisz. Wysu­szo­nym uśmie­chem, nie­po­ko­ją­cym z powodu nie­co­dzien­nej ser­decz­no­ści, Pani Ouisz odpra­wiła Księgę, następ­nie pokle­pała zimowe futra obok sie­bie, dając Som-Som do zro­zu­mie­nia, że powinna spo­cząć. Z przy­wo­ła­nym na obli­cze cudzym wyra­zem twa­rzy wła­ści­cielka Domu bez Zega­rów powia­do­miła dziew­czynkę, na czym mógłby pole­gać jej wyjąt­kowy sta­tus w tym przy­bytku.

Jeśli wyrazi takie życze­nie, zosta­nie kur­ty­zaną na wyłączny uży­tek czar­no­księż­ni­ków. Odtąd tylko bie­głe dło­nie, które nadają kształt for­tu­nie, mia­łyby dostęp do cie­płych uko­sów jej cie­le­snej powłoki. Poję­łaby abs­trak­cyjne żądze tych, któ­rzy poru­szają sekret­nymi dźwi­gniami świata, a będąc w ich służ­bie, zazna­łaby szczę­ścia.

Klę­cząc na samym brzegu łoża ze srebr­nych futer, Som-Som poczuła, że świat drży i zastyga, gdy słowa sta­ruszki prze­ta­czają się przez jej głowę, roz­bi­ja­jąc się jedno o dru­gie, trze­cie jak wiel­kie pla­nety ze szkła.

Czar­no­księż­nicy?

Wysy­łana po odro­binę elik­siru miło­ści lub lek dla star­szych loka­to­rów Domu bez Zega­rów, Som-Som czę­sto musiała kie­ro­wać swoje kroki do Zaułka Cza­ro­dzie­jów. Sama ulica, zmienna, nie­stała, roze­dr­gana upo­rczy­wie na gra­nicy widze­nia obwo­do­wego, nie przed­sta­wiała żad­nego wyraź­nego, spój­nego obrazu, który Som-Som mogłaby prze­cho­wy­wać w pamięci. Nie­któ­rzy z tam­tej­szych miesz­kań­ców oka­zali się jed­nak nie­za­po­mniani. Ich oczy. Ich straszne, wszech­wie­dzące oczy...

W wyobraźni ujrzała sie­bie nagą, wysta­wioną na spoj­rze­nie zna­jące otchłanne oce­any przy­padku, w któ­rych ludzie są led­wie rybą, spoj­rze­nie dostrze­ga­jące sekretne fali­ste wzory w nie­zgłę­bio­nych przy­pły­wach oko­licz­no­ści. W jej żołądku zaczęło roz­cza­pie­rzać macki coś bar­dziej nie­jed­no­znacz­nego niż strach czy radość. Gdzieś daleko, w bia­łym pomiesz­cze­niu wypeł­nio­nym rażą­cym bla­skiem Pani Ouisz wyli­czała z dłu­giej listy warunki, które muszą zostać speł­nione, by Som-Som mogła wziąć na sie­bie nowe powin­no­ści.

Wyda­wało się, że nie­wielu z tych, któ­rzy wyty­czają ścieżki szczę­ścia, pozo­sta­wia cokol­wiek przy­pad­kowi. Aby czar­no­księż­nik wszedł w pełny cie­le­sny kon­takt z inną osobą, wyma­gano zasto­so­wa­nia bez­względ­nych środ­ków ostroż­no­ści. Naj­waż­niej­sze z nich oka­zały się zabiegi doty­czące docho­wa­nia tajem­nicy. Eks­taza czar­no­księż­nika była wyda­rze­niem o nie­by­wa­łej, prze­ra­ża­ją­cej donio­sło­ści, albo­wiem wtedy wła­śnie jego moc osią­gała wyżyny kapry­śno­ści i swo­body.

Wia­dome było, że docho­dzi wów­czas nie­rzadko do spon­ta­nicz­nych prze­ja­wów roz­ma­itych zja­wisk, a w chwili uwol­nie­nia szep­tano nazwę przed­miotu, z któ­rym wią­zano pomyśl­ność. W świe­cie magów takie nie­dy­skretne zacho­wa­nie mogło mieć fatalne kon­se­kwen­cje. Naj­nie­win­niej­sze zwie­rze­nia nie­ostroż­nego tau­ma­turga usły­szane w budu­arze i ujaw­nione wro­gowi o dosta­tecz­nie bez­względ­nym sercu zebrać mogły strasz­liwe żniwo. Taki nie­szczę­śnik zostałby wyrwany z objęć nocy przez zimne łap­ska z nie­wi­dzą­cymi żół­tymi śle­piami osa­dzo­nymi pośrodku dłoni lub wrzód na jego szyi roz­kwit­nąłby do postaci pur­pu­ro­wych dzie­cię­cych ust, które szep­ta­łyby mu do ucha deli­ryczne spro­śno­ści, póki nie popadłby w krań­cowy obłęd.

Nie­uchwytny kon­ty­nent for­tuny był tery­to­rium prze­siąk­nię­tym ryzy­kiem, a ta, która pra­gnęła zostać kur­ty­zaną czar­no­księż­ni­ków, musiała zobo­wią­zać się do tego, że zosta­nie rów­nież oblu­bie­nicą Mil­cze­nia.

W tym wła­śnie celu Som-Som zabrano by do pew­nej sie­dziby w Zaułku Cza­ro­dzie­jów, miej­sca o tyle nie­zwy­kłego, że można je było zna­leźć tylko w trzeci i piąty dzień tygo­dnia. Tam dziew­czynce podano by małego mary­no­wa­nego robaka koloru ochry, który odsło­niłby sza­ro­ró­żowe dwo­rzysz­cze jej duszy przed dłońmi wła­ści­ciela tego przy­bytku, fizjo­manty cie­szą­cego się wielką sławą. Z tą chwilą roz­po­czę­łyby się zaślu­biny z Mil­cze­niem.

Pół­kule mózgu łączy poje­dyn­cza chrząst­ko­wata nić, magi­strala, którą pilne wia­do­mo­ści neu­ro­nowe przed­wer­bal­nego i intu­icyj­nego pra­wego płata prze­cho­dzą do jego bar­dziej racjo­nal­nego i aktyw­nego odpo­wied­nika po stro­nie lewej. W Som-Som ten deli­katny pomost zostałby znisz­czony, prze­cięty ostrym nożem, aby unie­moż­li­wić dal­szą komu­ni­ka­cję mię­dzy dwiema poło­wami psy­chiki.

Po ope­ra­cji dosta­łaby rok na przy­wyk­nię­cie do nowego spo­sobu postrze­ga­nia. Pozba­wiona widze­nia ste­reo­sko­po­wego musia­łaby nauczyć się utrzy­my­wać rów­no­wagę i pod­no­sić przed­mioty. Po wielu napa­dach fru­stru­ją­cego, żało­snego para­liżu, pod­czas któ­rych sta­łaby roz­dy­go­tana, wyko­nu­jąc przej­mu­jące, nie­do­koń­czone gesty, bo jej ciało roz­darte byłoby mię­dzy sprzecz­nymi popę­dami, w końcu osią­gnę­łaby pewien sto­pień koor­dy­na­cji i odzy­skała wdzięk. Oczy­wi­ście jej ruchy już na zawsze nazna­czone byłyby powol­no­ścią i lek­kim waha­niem, ale prze­cież gdyby zostały odpo­wied­nio wyre­ży­se­ro­wane, ich oni­ryczny efekt byłby sam w sobie pod­nie­ca­jący ero­tycz­nie. Pod koniec rocz­nej adap­ta­cji wyko­nano by odlew twa­rzy Som-Som, po czym dopa­so­wano by Pęk­niętą Maskę.

Pęk­nięta Maska byłaby nie tyle pęk­nięta, ile prze­cięta na pół. Wyko­nana z por­ce­lany i okry­wa­jąca całą głowę, zosta­łaby pre­cy­zyj­nie roz­kro­jona małym srebr­nym dłu­tem, począw­szy od karku i dalej, prze­mie­rza­jąc zimną i pozba­wioną wło­sów czaszkę, scho­dząc po grzbie­cie nosa, by na zawsze roz­dzie­lić pozba­wione wyrazu usta. Lewą stronę maski zdjęto by i starto na miał, po czym rzu­cono by na wiatr. Przed wło­że­niem Pęk­nię­tej Maski głowę Som-Som cał­ko­wi­cie by ogo­lono, następ­nie skórę natarto by cuch­ną­cym fio­le­to­wym sokiem leśnej jagody, który nisz­czy cebulki, aby nie odro­sły włosy. To przy­naj­mniej czę­ściowo zapew­ni­łoby jej kom­fort przez następne pięt­na­ście lat, kiedy to maska nie byłaby w ogóle zdej­mo­wana, chyba że sta­łaby się nie­wy­godna z powodu powoli zmie­nia­ją­cego się kształtu czaszki. W takim wypadku maska zosta­łaby zdjęta i wyko­nano by nowy odlew.

Zakry­wa­jąc prawą stronę głowy, w swej nie­ska­zi­tel­nej topo­gra­fii Pęk­nięta Maska nie mia­łaby żad­nych zakłó­ceń w postaci otwo­rów, dzięki któ­rym Som-Som mogłaby sły­szeć lub widzieć. Por­ce­la­nowe oko byłoby nie­przej­rzy­ste, białe i ślepe. Por­ce­la­nowe ucho głu­che. Ukryte pod powłoką ich orga­niczne odpo­wied­niki zna­la­złyby się w podob­nie bez­na­dziej­nej sytu­acji. Som-Som nie widzia­łaby nic na prawe oko i nie sły­szała nic na prawe ucho. Per­cep­cja byłaby nie­za­kłó­cona wyłącz­nie w nie­osło­nię­tej poło­wie twa­rzy.

Para­dok­sal­nym zwier­cia­dla­nym zrzą­dze­niem natury wra­że­nia zmy­słowe z apa­ratu lewej czę­ści ciała byłyby prze­ka­zy­wane do pra­wej pół­kuli mózgu. Lecz tam infor­ma­cja grzę­złaby z powodu prze­cię­cia neu­ro­no­wego szlaku, który łączył obie strony. Ni­gdy nie docie­ra­łaby do tych ośrod­ków aktyw­no­ści mózgo­wej, które rzą­dzą mową i komu­ni­ka­cją, ponie­waż znaj­dują się w lewej pół­kuli, kra­inie teraz bez­pow­rot­nie utra­co­nej, leżą­cej za chi­rur­gicz­nie stwo­rzoną prze­pa­ścią. Oko widzia­łoby, usta jed­nak nie mogłyby tego wyra­zić. Roz­mowy, które ucho mogłoby zło­wić, na zawsze pozo­sta­wa­łyby nie­po­wtó­rzone przez język, nie­zna­jący wła­ści­wych słów do uło­że­nia.

Som-Som byłaby ośle­piona, lecz nie cał­kiem. Zacho­wa­łaby słuch, w pew­nym sen­sie, a nawet potra­fi­łaby mówić. Ale zosta­łaby poślu­biona Mil­cze­niu.

W jakże korzyst­nej opa­li­za­cji swo­jej bia­łej kom­naty Pani Ouisz zakoń­czyła opis zaszczy­tów, które cze­kały oszo­ło­mioną dzie­wię­cio­latkę. Poru­szyła maleń­kim por­ce­la­no­wym dzwo­necz­kiem, by przy­zwać Księgę, koń­cząc tym samym audien­cję. Poty­ka­jąc się o wła­sne stopy, które nagle spu­chły z powodu usta­nia krą­że­nia, Som-Som pozwo­liła wyta­tu­owa­nej słu­żą­cej wypro­wa­dzić się na zaska­ku­jące, pro­za­iczne świa­tło dnia.

Zasty­gł­szy w progu, Księga odwró­ciła się i uśmiech­nęła do mru­ga­ją­cej dziew­czynki. Uśmiech ten nie był okrutny, zmarsz­czył jed­nak słowa wypi­sane na jej policz­kach, przez co na moment stały się nie­czy­telne.

- Gdy już zosta­niesz poślu­biona Mil­cze­niu i nie będziesz mogła wyja­wić niczy­ich myśli, pozwolę ci prze­czy­tać wszyst­kie moje histo­rie.

Miała nie­równą tona­cję głosu, jakby dawno wyszła z wprawy w mówie­niu. Pod­nió­sł­szy nagą kar­ma­zy­nową dłoń, dotknęła kali­gra­fii na czole, a potem, opusz­cza­jąc rękę, lekko musnęła spi­ralę liry­ków na piersi. Uśmiech­nęła się raz jesz­cze, odwró­ciła i weszła do domu, zamy­ka­jąc białe drzwi za sobą, por­no­gra­fią w ruchu.

Wtedy wła­śnie Som-Som po raz pierw­szy usły­szała jej głos. Następ­nego dnia zapro­wa­dzono ją do nie­uchwyt­nej rezy­den­cji, gdzie męż­czy­zna z szopą bia­łych wło­sów, za pomocą lakieru zle­pioną w sztywną płe­twę grzbie­tową bie­gnącą wskroś czaszki, dał jej do żucia malut­kiego brą­zo­wa­wego robaczka. Som-Som zauwa­żyła, że owad jest uwię­dły i brzydki, ale chyba nie bar­dziej niż za życia. Poło­żyła go sobie na języku, bo tego od niej ocze­ki­wano, i zaczęła posłusz­nie żuć.

Obu­dziła się jako dwie odrębne osoby, mil­czący obcy ludzie, któ­rzy użyt­ko­wali tę samą skórę bez żad­nej współ­pracy czy poro­zu­mie­nia. Do Domu bez Zega­rów odwie­ziono ją w małym wózku wyło­żo­nym podusz­kami. Prze­je­chała z ter­ko­tem przez pół­ko­li­ste wej­ście i gar­gan­tu­iczny kleks dzie­dzińca, a wszystko, co zostało obie­cane, w końcu się speł­niło.

Dwa­na­ście lat temu.

Sie­dząc na bal­ko­nie, z na poły widocz­nymi ustami pobar­wio­nymi na nie­bie­sko przez sok żutych kwia­tów, Som-Som patrzyła na dzie­dzi­niec Domu bez Zega­rów. Na nią zaś patrzyło atra­men­towe oko studni, nie­zmą­cone popo­łu­dnio­wym wia­trem. Tu i ówdzie na nie­prze­nik­nio­nej ciem­nej wodzie uno­siły się opa­dłe liście, nie­ru­chome okru­chy sepii na tle czerni.

Gdyby z roz­koszną powol­no­ścią nachy­liła się bez­wład­nie do przodu i wpa­dła wprost do noc­nej studni poni­żej, zapewne nie sta­łaby się jej żadna krzywda? Jak rzu­cony kamyk wbi­łaby się z plu­skiem pod bez­na­miętną czarną powierzch­nię - lot sre­bra w ota­cza­ją­cych ją zim­nych, heba­no­wych wodach. Nad jej głową roze­szłyby się kręgi niczym pul­sa­cja bólu tęt­nią­cego w ranie. Wzdę­łyby się jako czarne fale liżące mury Domu bez Zega­rów, a potem woda znów zasty­głaby, nie­ru­choma jak głaz.

Wyko­nu­jąc czy­ste, nie­złomne wyma­chy, Som-Som popły­nę­łaby pod zie­mią, pod pół­ko­li­stymi murami Domu bez Zega­rów, pod samym Mia­stem Wybrań­ców For­tuny wprost w nie­zba­dane ziemne oce­any poło­żone poni­żej. Zanu­rza­jąc się głę­boko, prze­śli­zgnę­łaby się pośród błysz­czą­cych żył rudy, przez pogrze­bane i zapo­mniane war­stwy globu. Wychy­nąw­szy, mio­ta­łaby się i wiła w cie­płych pły­ci­znach wierzch­niej gleby, wynu­rzała od czasu do czasu, aby sko­czyć jako opa­li­zu­jący łuk w pro­mie­niach sło­necz­nych, a kro­pelki ziemi pry­ska­łyby w powie­trzu dookoła. Dając ponow­nie nura, dotar­łaby do chłod­nej samot­no­ści gliny i pia­skowca, daleko, hen w dole...

Ktoś szedł po tafli czar­nej wody, bo drew­niane san­dały zaszu­rały wyraź­nie na jej nagle stward­nia­łej powierzchni i zasze­le­ściły suche liście. Ilu­zja, nie­zdolna utrzy­mać się w obli­czu takich sprzecz­no­ści, pry­sła i natych­miast wymknęła się wspo­mnie­niu.

Jedna strona twa­rzy Som-Som nachmu­rzyła się poiry­to­wana w reak­cji na zakłó­ce­nie chwili jej zadumy i brew wygięła się w małost­kowy gry­mas, pod­czas gdy druga połowa pozo­stała nie­wzru­szona i obo­jętna. Widoczne oko, jeden z pary klej­no­tów, które stały się jesz­cze dosko­nal­sze wsku­tek utraty brata bliź­niaka, patrzyło na idą­cego w dole przy­by­sza. Nie­do­strze­żona na swoim bal­ko­nie Som-Som przy­glą­dała się intru­zowi, zain­try­go­wana nagle jakąś oso­bli­wo­ścią jego kroku lub postawy, która wydała się zna­joma. Przy­mru­żyła lewe oko, wytę­ża­jąc wzrok, a syme­tria roz­po­ło­wio­nej twa­rzy zmie­niła się w mars.

Postać była szczu­pła, śred­niego wzro­stu, od czubka głowy do kostek odziana we wstęgi pysz­nego czer­wo­nego jedwa­biu, aż tylko twarz, dło­nie i stopy pozo­sta­wały odsło­nięte. Deli­katna linia barku i ramie­nia wyda­wała się nie­wąt­pli­wie kobieca, ale w spo­so­bie, w jaki tułów łączył się z wąskimi, kan­cia­stymi bio­drami, było coś męskiego. Idąc nie­śpiesz­nie przez dzie­dzi­niec, postać zatrzy­mała się przed bla­do­żół­tymi drzwiami, które znaj­do­wały się na pra­wym krańcu Domu bez Zega­rów. Tam zawa­hała się i odwró­ciła, chcąc popa­trzeć na dzie­dzi­niec, i tym samym dała Som-Som spo­sob­ność, aby po raz pierw­szy mogła wyraź­nie ujrzeć poma­lo­waną twarz, jed­no­cze­śnie ude­rza­jąco obcą i natych­miast roz­po­zna­walną.

Postać nazy­wała się Raura Czin i była męż­czy­zną.

Pod­czas lat służby w tym zmien­nym oto­cze­niu, per­cep­cję mając ogra­ni­czoną z powodu swo­jego stanu i uwię­zie­nia będą­cego jego następ­stwem, Som-Som zdo­łała osią­gnąć szczyt zro­zu­mie­nia, wewnętrzny punkt obser­wa­cyjny dający ogląd sze­ro­kiej sfery ludz­kich poczy­nań, z któ­rej wyklu­czyła ją Pęk­nięta Maska. Per­spek­tywa ta pozwo­liła jej doko­nać pew­nych spo­strze­żeń, jed­no­cze­śnie głę­bo­kich i oso­bli­wych.

Zro­zu­miała na przy­kład, że świat jest nie tylko bez­kre­snym oce­anem for­tuny, ale także wrzącą kipielą sek­su­al­no­ści. Pośród tych mor­skich otchłani insty­tu­cje takie jak Dom bez Zega­rów były wyspami, na któ­rych brzeg wyrzu­cały ludzi fale potrzeb i samot­no­ści. Nie­któ­rzy pozo­sta­wali tam na zawsze, przy­cup­nięci na linii pły­wów. Bez­lik innych jed­nak, gdy nad­cho­dziła pora odpływu, pory­wała z powro­tem woda. Z tych strzę­pów ludz­kich odzy­ska­nych przez ocean nie­wielu kie­dy­kol­wiek dotarło na ląd, a jeśli już, to pod inną sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficzną.

Raura Czin, jak się wydaje, była wyjąt­kiem.

Som-Som pamię­tała ją jako gru­bo­ko­ści­stego i nie­po­rad­nego czter­na­sto­latka, któ­rego zatrud­niono w Domu bez Zega­rów, gdy ona sama roz­po­częła tam piąty rok służby. Pomimo pła­skiej i sze­ro­kiej twa­rzy oraz nie­zdar­nego zacho­wa­nia Raura Czin już wtedy posia­dała jakąś rzadko spo­ty­kaną i nie­okre­śloną kwin­te­sen­cję oso­bo­wo­ści, oży­wia­jącą nie­udolną somę dora­sta­ją­cego chłopca i nada­jącą jej piękno, które miało nie­po­ko­jące oddzia­ły­wa­nie.

Pani Ouisz, ze znaw­stwem dostrze­ga­jąc, że nie­zwy­kła perła kryje się w sko­ru­pie pospo­li­tego małża, zoba­czyła wyraźny, acz nie­uchwytny urok Raury Czin, zde­cy­do­wała się więc ją nająć. Podob­nie było z klien­telą Domu bez Zega­rów - liczni kupcy, rybacy i żoł­nie­rze uznali ją za swoją fawo­rytę, pyta­jąc o nią, gdy tylko mieli oka­zję odwie­dzić przy­by­tek.

Wszyst­kich, któ­rzy darzyli podzi­wem cha­ry­zmę Raury Czin, łączyło to, że żaden nie potra­fił jej dokład­nie scha­rak­te­ry­zo­wać. Pozo­sta­wała tajem­nicą, ukryta w oso­bli­wie prze­ciw­staw­nych rysach surowo zdo­bio­nej sze­ro­kiej twa­rzy, zawie­szona w jakimś wyima­gi­no­wa­nym punk­cie sku­pie­nia mię­dzy pośpieszną kre­ską ust a sze­roko roz­sta­wio­nymi oczami, przy­tła­cza­jąco nama­calna, a jed­nak wiecz­nie nie­uchwytna.

Som-Som, jedna z dwóch osób w Domu, które poznały bli­żej Raurę Czin, zawsze skła­niała się do prze­ko­na­nia, że jej urok ma swoje źró­dło w emo­cjo­nal­nej głębi ner­wo­wego, chwiej­nego chłopca, nie zaś w jakim­kol­wiek kon­kret­nym fele­rze, któ­rego można by się dopa­trzeć w wyglą­dzie czy fizjo­no­mii.

Raura Czin tchnęła nie­spo­kojną melan­cho­lią, która zda­wała się prze­sy­cać wszystko, od postawy ciała po spo­sób, w jaki cze­sała włosy, dłu­gie i mięk­kie, tak złote, że pra­wie białe. W oczach, nazbyt od sie­bie odda­lo­nych, by były prze­śliczne, lecz w sam raz, by zyskały miano pięk­nych, poja­wiał się nie­kiedy lodo­waty błysk stra­chu. Te roz­bieżne cechy splo­tły się w oso­bo­wość, która spra­wiała przy­tła­cza­jące wra­że­nie bez­bron­no­ści. O natu­rze tej bez­bron­no­ści Som-Som nie miała więk­szego poję­cia niż naj­bar­dziej przy­godny i chwi­lowy spo­śród klien­tów ado­ru­ją­cych Raurę Czin.

Czę­sto przy­cho­dziła, by usiąść i wypić z Som-Som her­batę na jej bal­ko­nie, chcąc umi­lić sobie czas mię­dzy spo­tka­niami, a była to roz­rywka popu­larna wśród wielu miesz­kań­ców Domu bez Zega­rów. Ze względu na wyjąt­kowe upo­śle­dze­nie Som-Som mogli oni bez obaw odsła­niać swoje tęsk­noty i żale. Raura Czin odwie­dzała ją pod­czas dłu­gich, nud­nych poran­ków, naj­wy­raź­niej zachwy­cona mało esen­cjo­nal­nymi kwia­to­wymi napa­rami i oka­zją do jed­no­stron­nej roz­mowy.

Som-Som wyda­wało się, że nie­wiele wnosi do tych czę­sto intym­nych spo­tkań, bo nie miała sekre­tów, z któ­rych mogłaby się zwie­rzyć. Strona jej mózgu od kilku lat rzą­dząca mową nie znała niczego poza ciem­no­ścią i ciszą, więc w kon­wer­sa­cji dziew­czyna mogła zaofe­ro­wać naj­wy­żej ciąg nie­traf­nych rwa­nych zwro­tów, na wpół zapa­mię­ta­nych wra­żeń i aneg­dot ze świata, który znała przed Mil­cze­niem.

Jakby nie dość tych kom­pli­ka­cji, wer­balna połowa Som-Som nic nie sły­szała, toteż była zmu­szona do wtrą­ceń, nie wie­dząc, czy druga osoba skoń­czyła mówić. Dla­tego gdy Raura Czin z prze­ję­ciem opi­sy­wała to, co miała nadzieję osią­gnąć po zakoń­cze­niu służby w Domu bez Zega­rów, Som-Som zaska­ki­wała ją sło­wami: "Pamię­tam, że moja matka była mało sym­pa­tyczną kobietą, która wszę­dzie się śpie­szyła, aby jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć swoje życie" lub czymś rów­nie nie­ja­snym, po czym zapa­dała długa cisza, pod­czas któ­rej grzecz­nie wpa­try­wała się w Raurę Czin, sącząc kwia­towy napar lewym kąci­kiem ust.

Z początku zbita z tropu tymi przy­pad­ko­wymi wypo­wie­dziami, Raura Czin z cza­sem przy­wy­kła do nich i po pro­stu cze­kała, aż Som-Som skoń­czy swoje non sequ­itur, po czym kon­ty­nu­owała. Cią­gła obec­ność tych oso­bli­wych wtrę­tów naj­wy­raź­niej nie umniej­szała przy­jem­no­ści czer­pa­nej przez Raurę Czin z kon­wer­sa­cyj­nych chwil wytchnie­nia. Som-Som przy­pusz­czała, że jej praw­dziwy wkład w te roz­mowy polega po pro­stu na obec­no­ści.

Som-Som stała się repo­zy­to­rium dla aspi­ra­cji i nie­po­ko­jów innych ludzi, o dziwo jed­nak rola powier­nicy nie oka­zała się przy­tła­cza­jąca. Dziew­czyna rado­wała się z moż­li­wo­ści doko­ny­wa­nia wyjąt­ko­wych wglą­dów w zwy­kłe życie. Dzięki temu, że inni opo­wia­dali jej o spra­wach, o któ­rych nie mówili nawet swoim naj­bliż­szym, zyskała cenną per­spek­tywę patrze­nia na ludzką naturę, per­spek­tywę bar­dziej reali­styczną i wszech­stronną od tych, któ­rymi dys­po­no­wało wielu mędr­ców i filo­zo­fów.

Czer­pała z tego poczu­cie pew­nej oso­bi­stej mocy i dumę, że potrafi roz­ło­żyć nie­jedną per­sonę na czyn­niki pierw­sze, odsło­nić istotne cechy ukryte za fasadą afektu i samo­ułudy. Raura Czin była jedyną porażką Som-Som. Podob­nie jak wszy­scy inni, Som-Som nie potra­fiła nadać miana temu rzad­kiemu i cen­nemu żywio­łowi, na któ­rym osza­ła­mia­jąco atrak­cyjne chło­pię zbu­do­wało swoją toż­sa­mość.

Zara­zem Som-Som zdo­łała stwo­rzyć względ­nie pełny obraz awer­sji i ambi­cji Raury Czin, jak­kol­wiek powierz­chowne mogły się one wyda­wać bez zro­zu­mie­nia bar­dziej fun­da­men­tal­nych moty­wów. Wie­działa na przy­kład, że Raura Czin nie zamie­rza uczy­nić z pro­sty­tu­cji życio­wego powo­ła­nia. Choć podobne dekla­ra­cje padały z ust więk­szo­ści miesz­kań­ców Domu bez Zega­rów, w Rau­rze Czin dziew­czyna wyczu­wała żela­zną deter­mi­na­cję, która wyróż­niała jej wyobra­że­nie o przy­szło­ści na tle raczej smut­nych i sztam­po­wych fan­ta­zji jej towa­rzy­szek. Raura Czin czę­sto zapew­niała, że pew­nego dnia zosta­nie wielką artystką podró­żu­jącą po całym świe­cie, prze­ka­zu­jącą swoją sztukę masom dzięki przy­stą­pie­niu do sław­nych zespo­łów dra­ma­tur­gicz­nych, takich jak Trupa Roz­dar­tej Poń­czo­chy lub Mne­mo­niczni Wyko­nawcy Dimuka Papa­riana. Mniej wyma­ga­jące este­tycz­nie akty pan­to­mimy, które musiała pre­zen­to­wać codzien­nie za bla­do­żół­tymi drzwiami Domu bez Zega­rów, sta­no­wiły jedy­nie nie­udolną przy­grywkę do nie­zli­czo­nych trium­fów teatral­nych, które cze­kały ją w przy­szło­ści.

Bla­do­żółte drzwi umoż­li­wiały dostęp do czę­ści Domu, którą prze­zna­czono na roman­tyczne prze­ży­cia o bar­dziej arty­stycz­nym cha­rak­te­rze. Na każ­dej z trzech kon­dy­gna­cji połą­czo­nych wypo­le­ro­wa­nymi drew­nia­nymi scho­dami, które bie­gły spi­ral­nie na zewnątrz z poziomu dzie­dzińca ku pochy­ło­ściom sza­rego dachu z łupka, oddziel­nie rezy­do­wali znawcy i znaw­czy­nie ars amandi.

W kom­na­cie poło­żo­nej naj­wy­żej prze­by­wała Mope­tel, tru­pio­po­dobna mimka. Poni­żej kwa­te­ro­wała Loba Pak, któ­rej ciało miało nie­zwy­kłą kon­sy­sten­cję, dzięki czemu mogła upodob­nić swoje rysy do wyglądu nie­mal każ­dej kobiety w wieku od lat czter­na­stu do sie­dem­dzie­się­ciu. Raura Czin miesz­kała na pierw­szym pię­trze i tam wła­śnie, ku ucie­sze roz­ocho­co­nej męskiej klien­teli, odgry­wała pro­za­iczne, mało wymyślne scenki, któ­rych lichą jakość rekom­pen­so­wała swoją cha­ry­zmą. Na par­te­rze, zaraz za bla­do­żół­tymi drzwiami, miesz­kał bły­sko­tliwy i okrut­nie namiętny aktor Foral Yatt, który talent swój roz­mie­nił na drobne wsku­tek obsłu­gi­wa­nia licz­nych klien­tek roz­ko­szu­ją­cych się jego towa­rzy­stwem. To wła­śnie z Fora­lem Yat­tem Raura Czin uwi­kłała się w amo­ralny zwią­zek.

Foral Yatt był tema­tem wielu bal­ko­no­wych roz­mów pro­wa­dzo­nych w nie­ru­cho­mej mgiełce cie­płych opa­rów z cza­rek z kwia­to­wym napa­rem. Raura Czin roz­pra­wiała z oży­wie­niem, a Som-Som sie­działa i słu­chała, co jakiś czas prze­ry­wa­jąc chwilę mil­cze­nia, by wspo­mnieć, że pamięta kolor koł­dry, którą zro­biła dla niej bab­cia, gdy była nie­mow­lę­ciem, lub że brat, któ­rego imie­nia nie potra­fiła już przy­wo­łać, wywró­cił kie­dyś gar­nek z wrząt­kiem i mocno popa­rzył sobie nogi.

Wyda­wało się, że udręka Raury Czin w związku z Fora­lem Yat­tem leży w jej świa­do­mo­ści, że gdyby miała ona zre­ali­zo­wać swoje ambi­cje, wów­czas w dąże­niu do osią­gnię­cia wyż­szych celów winna opu­ścić tego namięt­nego, mrocz­nie atrak­cyj­nego mło­dego aktora. Raura Czin wyznała Som-Som, że choć wraz z Fora­lem Yat­tem skry­cie snują wspólne plany, jakby razem zamie­rzali odje­chać z Domu bez Zega­rów i rów­no­le­gle poświę­cić się robie­niu kariery w świe­cie za murami, to w isto­cie były to czcze mrzonki.

I choć talen­tem Foral Yatt prze­wyż­szał Raurę Czin, prze­sła­nia­jąc ją do cna, nie miał ani jej nie­okre­ślo­nego uroku, ani nie­ubła­ga­nej pasji, która wywio­dłaby go poza bla­do­żółte drzwi wprost na wzbu­rzone fale lep­szego życia cze­ka­ją­cego za murami. Pod­sy­ca­jąc maso­chi­stycz­nie swoją udrękę, chło­pię o sze­ro­kiej twa­rzy czuło się zgnę­bione rów­nież tym, że wyko­rzy­stuje swoją bli­skość z Fora­lem Yat­tem, aby opa­no­wać naj­drob­niej­sze niu­anse jego dosko­na­łego rze­mio­sła, przy­swoić każdy rys jego cha­rak­te­ry­styki, każdy zapie­ra­jący dech w pier­siach nie­do­po­wie­dziany gest, a to wszystko z myślą o chwili, kiedy będzie mogło je wyko­rzy­stać w swo­jej przy­szłej karie­rze. Zrzu­ciw­szy na moment z ramion to moralne brze­mię, Raura Czin sie­działa wpa­trzona żało­śnie w Som-Som, cze­ka­jąc na jaką­kol­wiek oznakę zro­zu­mie­nia jej dyle­ma­tów. Mijały dłu­gie chwile w Domu bez Zega­rów, odmie­rzane w dowol­nych jed­nost­kach, aż w końcu Som-Som uśmie­chała się i odpo­wia­dała:

- Padało tego popo­łu­dnia, kiedy nie­omal zadła­wi­łam się kamy­kiem.

Lub:

- Miała na imię Mur albo Mar i chyba była moją sio­strą.

Raura Czin dopi­jała her­batę i odcho­dziła, czu­jąc nie­wy­raźne zado­wo­le­nie.

Pomimo wewnętrz­nych roz­te­rek w końcu zna­la­zła w sobie dość siły cha­rak­teru - lub dość bez­dusz­no­ści - by poin­for­mo­wać Forala Yatta, że go opusz­cza, ponie­waż otrzy­mała ofertę pracy w małej, ale cenio­nej przez kry­ty­ków wędrow­nej tru­pie aktor­skiej, ofertę zło­żoną przez klienta, który był kup­cem i bez któ­rego sta­łego wspar­cia finan­so­wego rze­czona trupa by nie prze­trwała.

Som-Som dobrze zapa­mię­tała nie­ładną scenę, która wywią­zała się mię­dzy skon­flik­to­wa­nymi kochan­kami na dzie­dzińcu Domu tego ranka, kiedy Raura Czin miała odejść. Oboje prze­cha­dzali się po pła­skim czar­nym pro­sce­nium - jakby nie­świa­domi widowni powy­żej, ze znu­dze­niem lub roz­ba­wie­niem obser­wu­ją­cej akcję z bal­ko­nów - a ich gniewne oskar­że­nia i ponure zaprze­cze­nia odbi­jały się echem od pół­ko­li­stych murów.

Foral Yatt żało­śnie podą­żał za Raurą Czin po podwó­rzu, nie­omal chwie­jąc się od ciosu nie­spo­dzie­wa­nej strasz­li­wej zdrady. Był wyso­kim, szczu­płym męż­czy­zną o pięk­nych ramio­nach, a jego ciemne i głę­boko osa­dzone oczy wypeł­niły się teraz łzami, gdy tak szedł krok w krok za Raurą Czin - nie­chciany sate­lita wciąż uwię­ziony na orbi­cie przez nie­od­partą gra­wi­ta­cję mistycz­nego związku. Głowa ogo­lona do skóry, aby mógł z łatwo­ścią wdzie­wać roz­ma­ite peruki wyma­gane przez klien­tów, jedy­nie uwy­dat­niała stan roz­pa­czy.

Raura Czin utrzy­my­wała dystans kilku kro­ków, od czasu do czasu rzu­ca­jąc przez ramię bole­sne, choć dostojne słowa, pod­czas gdy Foral Yatt gar­dło­wał nie­spój­nie, zra­niony, wście­kły i zdez­o­rien­to­wany. Som-Som podej­rze­wała, że w pewien spo­sób Raura Czin roz­ko­szo­wała się obe­lgami byłego kochanka, przyj­mo­wała jego tyrady jako para­dok­salny hołd dla swo­jego hip­no­tycz­nego oddzia­ły­wa­nia.

W końcu zde­spe­ro­wany, dopro­wa­dzony do osta­tecz­no­ści Foral Yatt, nie mając względu na wła­sną god­ność, zagro­ził, że się zabije. Zroz­pa­czony wycią­gnął coś z małej sakiewki noszo­nej przy pasku i uniósł rękę, aż tajem­ni­czy przed­miot zabłysz­czał w świe­tle poran­nego słońca.

Była to minia­tu­rowa ludzka czaszka wyko­nana z zie­lo­nego szkła, zawie­ra­jąca nie wię­cej niż łyk przej­rzy­stego płynu pach­ną­cego lukre­cją, do któ­rego prze­cho­wy­wa­nia została zapro­jek­to­wana. Wystar­czy­łoby kilka kro­pel. Podobne przy­bory dla samo­bój­ców dostępne były w zwy­kłej sprze­daży i nie­po­dobna stwier­dzić, ilu co bar­dziej pesy­mi­stycz­nie uspo­so­bio­nych miesz­kań­ców Lia­veku nosiło przy sobie śmier­telną dawkę spe­cy­fiku w ocze­ki­wa­niu na dzień, w któ­rym życie sta­nie się nie do znie­sie­nia.

Gło­sem roz­dar­tym przez emo­cje Foral Yatt obwie­ścił, że nie pozwoli, aby porzu­cono go w tak bez­ce­re­mo­nialny spo­sób. Poprzy­siągł, że zakoń­czy swoje życie, jeśli Raura Czin nie podźwi­gnie swo­jego bagażu i nie zanie­sie go z powro­tem przez bla­do­żółte drzwi do kom­nat. Wpa­try­wali się w sie­bie i Som-Som miała wra­że­nie, że dostrze­gła błysk nie­pew­no­ści tań­czący w sze­roko roz­sta­wio­nych oczach Raury Czin, gdy prze­su­nęła spoj­rze­nie z twa­rzy Forala Yatta na trzy­maną w dłoni bute­leczkę w kształ­cie czaszki. Ta chwila ciszy zda­wała się pęcz­nieć jak ogromny balon, prze­bity w końcu przez nagły stu­kot kopyt i kół docho­dzący zza łuko­wa­tego wej­ścia, sygna­li­zu­jący przy­by­cie powozu, który miał zabrać Raurę Czin do trupy teatral­nej. Rzu­ciła ostat­nie spoj­rze­nie na Forala Yatta, a potem, pod­nió­sł­szy bagaż, odwró­ciła się i wyszła przez bramę.

Foral Yatt stał zasty­gły pośrodku ogrom­nego czar­nego owalu, wciąż z unie­sioną nie­ska­zi­telną ręką ści­ska­jącą w pal­cach zimną, zie­loną pięść zapo­mnie­nia. Pustym wzro­kiem wpa­try­wał się w bramę, jakby ocze­ku­jąc, że Raura Czin wróci i powie, że to wszystko było jed­nym wiel­kim nie­prze­my­śla­nym żar­tem. Zza ota­cza­ją­cych go murów dobiegł trzask lej­ców, a następ­nie powolny łoskot i skrzy­pie­nie drewna i wypra­wio­nej skóry, bo powóz ruszył krę­tymi uli­cami Mia­sta Wybrań­ców For­tuny. Po chwili, kiedy wyda­wało się, że aktor już ni­gdy się nie poru­szy, powoli i nie­pew­nie opu­ścił rękę.

Trzy pię­tra wyżej, zda­jąc sobie sprawę, że porzu­cony kocha­nek nie popełni samo­bój­stwa, jedna z loka­to­rek Domu bez Zega­rów nie­za­do­wo­lona zaci­snęła lśniące czarne wargi i cmok­nęła dono­śnie, po czym wyco­fała się do swo­jej kwa­tery. Sły­sząc ten dźwięk, Foral Yatt odchy­lił do tyłu głowę poro­słą sza­rym mesz­kiem i popa­trzył zdzi­wiony na widzów, jakby dotąd nie­świa­domy ich uwagi. Jego oczy wyra­żały żało­sne zagu­bie­nie i Som-Som poczuła ulgę, gdy spu­ścił wzrok na czarne płyty pod swo­imi sto­pami, po czym powoli ruszył przez dzie­dzi­niec w kie­runku bla­do­żół­tych drzwi, a zapo­mniana szklana czaszka spo­częła spo­koj­nie w jego dłoni.

Zale­d­wie po kilku mie­sią­cach do Domu bez Zega­rów zaczęły docie­rać wie­ści o osza­ła­mia­ją­cym suk­ce­sie Raury Czin. Wyda­wało się, że jej nie­uchwytna cha­ry­zma potrafi ocza­ro­wać publicz­ność z taką samą łatwo­ścią, z jaką nie­gdyś zachwy­cała indy­wi­du­al­nych klien­tów. Jej występ w roli tra­gicz­nej, bez­płod­nej Kró­lo­wej Gordy w Koły­sce Mos­soca stał się dyżur­nym tema­tem roz­mów inte­li­gen­cji z Lia­veku, a plotka gło­siła, że roz­wa­żano spe­cjalny pokaz dla Jego Szkar­łat­nej Emi­nen­cji. Takie wie­ści zazwy­czaj ukry­wano przed nie­po­cie­szo­nym Fora­lem Yat­tem, jed­nak w ciągu roku Raura Czin zyskała tak wielki roz­głos, że roz­go­ry­czony młody aktor był nie­uchron­nie świa­dom roz­woju wypad­ków nie mniej niż wszy­scy inni. Wyda­wało się jed­nak, że otrzą­snął się już z począt­ko­wej roz­pa­czy spo­wo­do­wa­nej roz­sta­niem i nowiny o zawrot­nej karie­rze Raury Czin przyj­mo­wał z mniej­szym roz­ża­le­niem, niż można było ocze­ki­wać. Istot­nie, z wyjąt­kiem chłodu, który wkra­dał się do jego oczu na byle wzmiankę o nie­daw­nej kochance, Foral Yatt z wyraźną obo­jęt­no­ścią odno­sił się do jej losów. Ni­gdy o niej nie mówił i mniej wni­kliwi niż Som-Som mogliby nawet przy­pusz­czać, że zupeł­nie wyru­go­wał ją z pamięci.

Teraz, pięć lat póź­niej, nastą­pił powrót.

Na dzie­dzińcu pod bal­ko­nem Raura Czin, z rezy­gna­cją gar­biąc ramiona, odwró­ciła się w stronę bla­do­żół­tych drzwi. Pod­nio­sła rękę, żeby zapu­kać, a na jej pal­cach zatań­czyła oso­bliwa scyn­ty­la­cja. Som-Som dopiero po chwili zorien­to­wała się, że Raura Czin ma przy­kle­jone do paznokci wiórki sub­stan­cji odbi­ja­ją­cej świa­tło. Popo­łu­dnie uci­chło, jakby wstrzy­mu­jąc oddech, jakby nasłu­chu­jąc, toteż dźwięk bia­łych knykci na bla­do­żół­tym drew­nie zabrzmiał nie­pro­por­cjo­nal­nie dono­śnie.

Usa­do­wiona wysoko na bal­ko­nie Som-Som poczuła despe­racką ochotę, aby zawo­łać, ostrzec Raurę Czin, że powrót do tego przy­bytku jest błę­dem, że powinna nie­zwłocz­nie odejść. Lecz ota­czała ją cisza, masywna i abso­lutna, nie pozwa­la­jąc na wyda­nie naj­mniej­szego dźwięku. Zamu­ro­wana w celi mil­cze­nia, Som-Som była maleń­kim pęche­rzy­kiem świa­do­mo­ści w nie­skoń­czo­no­ści litej skały, skały nie­mej, sza­rej i bez­kre­snej. Zma­gała się, pró­bu­jąc zmu­sić język do wypo­wie­dze­nia arcy­waż­nych słów prze­strogi, choć prze­cież wie­działa, że jej wysiłki są bez­na­dziejne.

Poni­żej ktoś odblo­ko­wał od wewnątrz i otwo­rzył bla­do­żółte drzwi, które zaskrzy­piały melo­dyj­nie. Było za późno.

Bal­kon Som-Som znaj­do­wał się na dru­gim pię­trze, a przy­le­ga­jąca do niego część miesz­kalna była jedną z czte­rech znaj­du­ją­cych się za fio­le­to­wymi drzwiami na krańcu lewej strony wklę­słej fasady Domu bez Zega­rów. Dla­tego też gdy dziew­czyna patrzyła z bal­konu na Raurę Czin, nie mogła dostrzec, kto otwo­rzył drzwi. Przy­pusz­czała jed­nak, że był to Foral Yatt.

Nastą­piła zaska­ku­jąco cicha wymiana zdań, po któ­rej zawi­nięta w kar­ma­zyn postać sław­nej aktorki wkro­czyła do domu i zna­la­zła się poza zasię­giem wzroku Som-Som. Bla­do­żółte drzwi zamknęły się z odgło­sem, jakby ktoś ssał zęby.

Potem zapa­dła cisza. Som-Som wciąż sie­działa na bal­ko­nie, wpa­tru­jąc się w bla­do­żółte drzwi z niemą udręką w jed­nym widocz­nym oku, pod­czas gdy w tle stop­niowo ciem­niało niebo. W końcu, kiedy bez­pow­rot­nie minęła donio­sła chwila, w któ­rej nale­żało wyko­rzy­stać głos, Som-Som prze­mó­wiła:

- Bie­głam tak szybko, jak mogłam, ale kiedy dotar­łam do domu mojej matki, ptak już nie żył.

Od momentu gdy zatrza­śnięto żółte drzwi, w pomiesz­cze­niach leżą­cych bez­po­śred­nio w głębi nie padło ani jedno słowo. Foral Yatt sie­dział na twar­dym drew­nia­nym krze­śle obok otwar­tego pale­ni­ska, a bursz­ty­nowe świa­tło pło­mieni migo­tało po jed­nej stro­nie jego chu­dej twa­rzy. Raura Czin stała przy oknie, a na tle doga­sa­ją­cego dnia soczy­sty kar­ma­zyn jej szat ściem­niał do mato­wej bur­gun­do­wej barwy przy­po­mi­na­ją­cej strup krwi. Nie­pewna, jak traf­nie oce­nić dystans powstały mię­dzy nią a akto­rem, obser­wo­wała blask ognia igra­jący na aksa­mi­cie ogo­lo­nej czaszki, aż w końcu mil­cze­nie było już ponad jej siły.

- Mam dla cie­bie poda­rek.

Foral Yatt powoli odwró­cił głowę w jej stronę, z dala od ognia, a po jego twa­rzy prze­śli­zgnął się cień, mro­cząc reak­cję. Raura Czin zanu­rzyła kre­do­wo­białą dłoń w tor­bie z czar­nego furta i wyjęła małą kulkę z mie­dzi trzy­maną w pal­cach o zwier­cia­dla­nych paznok­ciach. Wycią­gnęła rękę, a Foral Yatt ode­brał poda­ru­nek.

- Co to jest?

W minio­nych latach Raura Czin zapo­mniała, jak urze­ka­jący głos ma Foral Yatt, suchy, głę­boki i wygłod­niały, zupeł­nie nie­po­dobny do jej głosu. Choć spo­kojny i o mia­ro­wej modu­la­cji, budził wra­że­nie, jakby w głębi cza­iło się coś czuj­nego i dra­pież­nego, jakby coś skra­dało się cich­cem pod osłoną akcen­to­wa­nych sylab. Raura Czin obli­zała wargi.

- To zabawka... igraszka dla inte­lektu. Mówi się, że bar­dzo odprę­ża­jąca. Wielu zna­nych mi wzię­tych kup­ców uważa, że nie­zmier­nie ich uspo­kaja po gorącz­ko­wych godzi­nach han­dlu.

Foral Yatt obra­cał gładką mie­dzianą kulkę w pal­cach, aż zami­go­tała na czer­wono w bla­sku ognia.

- Co w niej takiego wyjąt­ko­wego?

Raura Czin odsu­nęła się od okna na krok, wyko­nu­jąc pierw­szy nie­śmiały ruch w stronę Forala Yatta, odkąd prze­kro­czyła próg Domu, następ­nie zasty­gła. Na puste sie­dzi­sko dru­giego krze­sła upu­ściła z cichym łosko­tem czarną futrzaną torbę niczym zwłoki ogrom­nego pająka. Ten gest wyty­czył gra­nice nowego tery­to­rium i Raura Czin miała nadzieję, że powo­do­wana zapa­łem nie prze­ho­lo­wała. Twarz Forala Yatta pozo­sta­wała w cie­niu, naj­wy­raź­niej jed­nak nie zare­ago­wał z nie­chę­cią na wtar­gnię­cie sym­bo­li­zo­wane przez torbę wygrze­wa­jącą się przed pale­ni­skiem. Ośmie­lona bra­kiem oczy­wi­stego sprze­ciwu Raura Czin uśmiech­nęła się, choć ner­wowo, i odparła:

- Wewnątrz może być jasz­czurka lub może jej nie być. Na tym polega zagadka.

Mil­cze­nie Forala Yatta ode­brała jako zachętę do roz­wi­nię­cia tematu.

- Mówi się, że ist­nieje jasz­czurka zdolna do wie­lo­let­niej, a nawet kil­ku­set­let­niej hiber­na­cji, bez poży­wie­nia, powie­trza i wil­goci, że spo­wal­nia swoje pro­cesy życiowe do tego stop­nia, aż mię­dzy jed­nym a dru­gim ude­rze­niem jej serca może upły­nąć tuzin zim. Powie­dziano mi, że to bar­dzo małe stwo­rze­nie, nie więk­sze niż górny staw mojego kciuka, kiedy jest zgięty. Ludzie, któ­rzy wyko­nują te ozdoby, podobno umiesz­czają śpią­cego gada w środku kuli przed jej zapie­czę­to­wa­niem. Jeśli przyj­rzysz się uważ­nie, możesz zoba­czyć, że dookoła bie­gnie łącze­nie.

Foral Yatt pozo­stał głu­chy na te słowa, trwa­jąc w pozy­cji sie­dzą­cej, zwró­cony ple­cami do ognia, trzy­ma­jąc kulkę w pra­wej dłoni, obra­ca­jąc ją tak, że po jej powierzchni prze­śli­zgi­wały się roz­ja­rzone smugi. Choć nie­prze­nik­niony cień na­dal skry­wał jego twarz, Raura Czin wyczuła, że jego mil­cze­nie ma już inną wymowę. Wyczuła, że zaczyna się jej wymy­kać drobna prze­waga, którą zyskała na początku. Dla­czego Foral Yatt upar­cie nie odpo­wiada? Nie mogąc opa­no­wać nie­po­koju w swoim gło­sie, kon­ty­nu­owała:

- Kulki nie można otwo­rzyć i pozo­staje tylko docie­ka­nie, czy wewnątrz naprawdę jest jasz­czurka, czy nie. To ma zwią­zek z naszym postrze­ga­niem świata, a kiedy się nad tym zasta­no­wisz, zro­zu­miesz, że to bez zna­cze­nia, czy w środku istot­nie śpi jasz­czurka, i wtedy możesz roz­my­ślać o tym, co jest rze­czy­wi­ste, a co nie jest...

Zawie­siła głos, jakby nagle zdała sobie sprawę z wła­snej nie­spój­no­ści.

- ...i mówi się jesz­cze, że jest to bar­dzo odprę­ża­jące - dokoń­czyła nie­pew­nie po chwili mdłej, ponu­rej ciszy.

- Dla­czego wró­ci­łaś?

- Nie wiem.

- Nie wiesz.

Było tak, jakby jej słowa tra­fiły w lustro, odbiły się i dosię­gły ją z powro­tem, pełne nowych zna­czeń i impli­ka­cji - prawda znie­kształ­cona przez błąd w tafli szkła. Kru­chy spo­kój Raury Czin zaczął pry­skać w reak­cji na nijaki, bez­na­miętny ton Forala Yatta.

- Nie mia­łam na myśli, że nie wiem. Cho­dzi mi tylko o to...

Spoj­rzała na swoje zadbane blade dło­nie i stwier­dziła, że wyła­muje sobie palce. Wyglą­dały jak spół­ku­jące kraby, które zbyt długo prze­by­wały w ciem­no­ści.

- Cho­dzi mi o to, że nie mia­łam żad­nego kon­kret­nego powodu, by tu wró­cić. Moja praca, kariera, to wszystko jest aż nazbyt dosko­nałe. Mam mnó­stwo pie­nię­dzy. Mam przy­ja­ciół. Wła­śnie zagra­łam rolę naj­star­szej córki Bro­mara w Kowalu szczę­ścia i wszy­scy będą o mnie mówić przez dłu­gie mie­siące. Na razie nie muszę pra­co­wać. Mogę robić to, na co mam ochotę. Nie musia­łam tutaj wra­cać.

Foral Yatt mil­czał, a blask ognia za ple­cami pole­ro­wał jego głowę irchą roz­my­tej fos­fo­re­scen­cji, prze­świ­tu­jąc przez meszek na czaszce. W pal­cach obra­cała się mie­dziana kulka, minia­tu­rowa pla­neta prze­ta­cza­jąca się z dnia w noc.

- Cho­dzi o to, że... to miej­sce, ten dom ma coś. Ten dom coś w sobie kryje, coś auten­tycz­nego. Ale to nie jest dobre. Po pro­stu jest auten­tyczne. Nie wiem, jak to nazwać, nawet tego nie lubię, ale wiem, że jest auten­tyczne, i wiem, że znaj­duje się tutaj, i czu­łam, nie wiem, czu­łam, że muszę wró­cić i popa­trzeć. To jak...

Dło­nie Raury Czin zda­wały się gnieść i sku­bać powie­trze z przodu, jakby słowa, któ­rych poszu­ki­wała, kryły się w prze­strzeni, a son­du­jąc w ten spo­sób, mogła odgad­nąć ich kształt. Roz­dzie­lona teraz para bla­dych sko­ru­pia­ków zasty­gła na grzbie­tach, nie­mrawo macha­jąc koń­czy­nami, jakby dogo­ry­wały na jakimś nie­wi­dzial­nym mor­skim brzegu.

- To tak jak z tym wypad­kiem, który widzia­łam... rol­nik leżał zmiaż­dżony pod swoim wozem. Żył, ale żebra miał poła­mane, wysta­wały mu z boku. W pierw­szej chwili nie wie­dzia­łam, co się stało, bo zapa­no­wało jedno wiel­kie zamie­sza­nie. Wokół zebrało się mnó­stwo ludzi, ale nikt nie mógł ruszyć wozu, bo poła­małby rol­nika jesz­cze bar­dziej. Było lato i pełno much. Pamię­tam, że on krzy­czał bez prze­rwy, żeby ktoś prze­pę­dził muchy, i jakaś sta­ro­wina wyszła i to zro­biła, ale do tam­tej chwili nikt nawet nie drgnął, do momentu, kiedy ten czło­wiek zaczął krzy­czeć. To było straszne. Prze­szłam obok jak naj­szyb­ciej, bo on cier­piał i nikt nie mógł nic pora­dzić, poza tą starą kobietą, która prze­gnała muchy far­tu­chem.

Ale wró­ci­łam.

Zatrzy­ma­łam się tro­chę dalej przy dro­dze i zaraz się cof­nę­łam. Nie mogłam nic na to pora­dzić. To było tak realne i bole­sne, czło­wiek leżący pod tym strasz­li­wym cię­ża­rem, krzy­czący, woła­jący swoją żonę i dzieci. To było tak realne, że po pro­stu prze­nik­nęło wszystko inne na całym świe­cie, wszystko, co zbu­do­wa­łam wokół sie­bie dzięki szczę­ściu i pie­nią­dzom, i wie­dzia­łam, że to coś zna­czy, wró­ci­łam tam i patrzy­łam, jak czło­wiek ten topi się we wła­snej krwi, pod­czas gdy sta­ro­wina mówiła mu, żeby się nie mar­twił, że jego żona i dzieci zaraz przyjdą.

I wła­śnie dla­tego wró­ci­łam do Domu bez Zega­rów.

Nastą­pił długi prze­ryw­nik w for­mie ciszy. Mie­dziany świat obra­cał się w pal­cach pozba­wio­nego obli­cza i nie­od­po­wia­da­ją­cego boga.

- I wciąż cię kocham.

Ktoś dwu­krot­nie zastu­kał do bla­do­żół­tych drzwi. Przez chwilę w pokoju pano­wała zupełna mar­twota zmą­cona jedy­nie złu­dze­niem ruchu spo­wo­do­wa­nym bla­skiem ognia. Następ­nie Foral Yatt pod­niósł się z twar­dego drew­nia­nego krze­sła, wciąż mając oświe­tlone plecy i twarz w zaćmie­niu. Prze­cho­dząc przez pokój, wcią­ga­jąc głowę w ramiona pod poczer­nia­łymi bel­kami pod­trzy­mu­ją­cymi niski strop, zbli­żył się na tyle, że Raura Czin mogłaby unieść rękę i musnąć jego ramię, co uszłoby za przy­pa­dek. Lecz nie uczy­niła tego.

Foral Yatt otwo­rzył drzwi.

Postać za pro­giem miała może czter­dzie­ści lat, a była to duża i sil­nie zbu­do­wana kobieta o suro­wych rysach, ubrana w poje­dyn­czą szatę, istny namiot z przy­dy­mio­nego sza­rego futra. Okry­wała jej głowę, z wycię­tym otwo­rem odsła­nia­ją­cym twarz, niżej zaś efek­towny, mini­ma­li­styczny krój cią­gnął się aż do pod­łogi. W futrze nie było żad­nych roz­cięć, przez które kobieta mogłaby wysu­nąć ręce, co kazało Rau­rze Czin myśleć, że zapewne ma służki, które robią wokół niej wszystko, nie wyklu­cza­jąc poda­wa­nia posił­ków do ust. Tak cheł­pliwe afi­szo­wa­nie się z zamoż­no­ścią wywar­łoby wra­że­nie nawet w świe­cie, który Raura Czin poznała w ciągu ostat­nich pię­ciu lat.

Gdy nie­pro­szona klientka odchy­liła głowę, by prze­mó­wić, migo­tliwe żółte świa­tło padło na jej twarz i Raura Czin zoba­czyła, że kobieta ma bursz­ty­nową skazę, nie­przy­jem­nie przy­po­mi­na­jącą sierść, pokry­wa­jącą nie­mal cały lewy poli­czek. Naj­wy­raź­niej usi­ło­wała ukryć ją pod grubą war­stwą bia­łego pudru, z mar­nym jed­nak skut­kiem. Prze­bar­wie­nie pozo­sta­wało widoczne pod maki­ja­żem, jakby było cienką niczym papier pła­stugą, która pływa w tkance pod­skór­nej, a jej ciemny kształt można było bez trudu dostrzec tuż pod zmą­coną powierzch­nią twa­rzy.

Ode­zwała się nie­po­ko­jąco dono­śnym gło­sem, a ton był zaczepny i w pewien spo­sób obraź­liwy:

- Foralu Yat­cie. Drogi Foralu Yat­cie, ile to czasu? Ile czasu minęło, odkąd widzie­li­śmy się ostatni raz?

Odpo­wiedź, która padła, była pro­fe­sjo­nal­nie uprzejma, swo­bod­nie tak­towna, zara­zem wygło­szona na tyle dono­śnie, że Raura Czin mimo­wol­nie się skrzy­wiła, choć stała kilka kro­ków dalej. Nagle dotarło do niej, że oku­tana w futro kobieta cierpi zapewne na wadę słu­chu.

- Minęły dwa dni od two­jego pobytu, Donno Ble­rot. Tęsk­ni­łem za tobą.

Fala gorąca oblała Raurę Czin, nie­mal natych­miast sty­gnąc w żołądku jak sztabka oło­wiu. Foral Yatt miał klientkę, nale­żało więc zosta­wić go w spo­koju. Roz­cza­ro­wa­nie Raury Czin było tak wiel­kie, że nie mogła się do niego przy­znać. Posta­no­wiła wyjść nie­zwłocz­nie w nadziei, że umknie przed tym uczu­ciem w dro­dze do swo­jej kwa­tery w pen­sjo­na­cie na dale­kim krańcu Mia­sta Wybrań­ców For­tuny. I że dopad­nie ją ono dopiero wtedy, gdy oboje znajdą się bez­piecz­nie za zamknię­tymi drzwiami, a wtedy popłyną łzy. Się­gnęła wła­śnie po torbę cze­ka­jącą na krze­śle, gdy Foral Yatt ode­zwał się ponow­nie:

- Jed­nak twoja dzi­siej­sza wizyta wypa­dła nie w porę. Ktoś z mojej rodziny wła­śnie przy­był w odwie­dziny. - Wska­zał nie­ja­sno przez ramię w kie­runku oszo­ło­mio­nej Raury Czin. - Żałuję, że nasze tęsk­noty pozo­staną nie­za­spo­ko­jone przez kolejny dzień. I pro­szę o cier­pli­wość, Donno Ble­rot. Wiesz, że kiedy w końcu się spo­tkamy, nasze zjed­no­cze­nie będzie tym słod­sze wsku­tek tego nie­for­tun­nego opóź­nie­nia.

Donna Ble­rot odwró­ciła głowę i pobie­gła spoj­rze­niem obok Forala Yatta w kie­runku spo­wi­tej kar­ma­zy­nem szczu­płej postaci sto­ją­cej w pokoju oświe­tlo­nym bla­skiem ognia, podob­nej do pło­mie­nia w jaskra­wej opra­wie. Oczy kobiety były lodo­wate i bez­li­to­sne, wwier­cały się w Raurę Czin przez długą chwilę, po czym wzrok ponow­nie padł na Forala Yatta, a wyraz twa­rzy zła­god­niał.

- Wielka szkoda - odparła. - Jaka szkoda. Ale wyba­czę ci. Jak mogła­bym kie­dy­kol­wiek postą­pić ina­czej? - Uśmiech­nęła się. Zęby miała żółte, a usta nazbyt sze­ro­kie. - Do jutra zatem?

- Do jutra, naj­droż­sza Donno Ble­rot.

Kobieta zawró­ciła w progu i Raura Czin usły­szała powolny, drwiący stu­kot jej drew­nia­nych san­da­łów w dro­dze przez czarny dzie­dzi­niec. Foral Yatt zamknął drzwi. Zasu­nięty meta­lowy rygiel w meta­lo­wej obej­mie wydał zgrzyt elek­try­zu­jący w swo­jej alu­zyj­no­ści, aż Raura Czin zadrżała w reak­cji na ten dźwięk. Foral Yatt odwró­cił się od zawar­tego por­talu i spoj­rzał na nią, z bez­czelną miną w bla­sku ognia. Twarz miał mniej rzeź­bioną i chud­szą, niż Raura Czin ją zapa­mię­tała. Oczy z kolei patrzyły tak inten­syw­nie i hip­no­ty­zu­jąco, aż zdała sobie sprawę, że jej wspo­mnie­nia nie oddają im spra­wie­dli­wo­ści. W kom­na­cie prze­peł­nio­nej roze­dr­ga­nymi kłę­bami mroku, przez co wyda­wała się salą balową dla cieni, tych dwoje wpa­try­wało się w sie­bie. W mil­cze­niu.

Foral Yatt ruszył w stronę Raury Czin, zatrzy­mu­jąc się tylko po to, by odło­żyć mały mie­dziany glob na wypo­le­ro­wa­nym bia­łym bla­cie, po czym szedł dalej. Tempo jego kro­ków było wyraź­nie prze­my­ślane i Raura Czin miała pew­ność, że musi być on świa­dom napię­cia, jakie wzbu­dziło w niej to roz­kosz­nie prze­dłu­ża­jące się zbli­ża­nie. Nie mogąc zdzier­żyć spoj­rze­nia Forala Yatta, opu­ściła powieki, a roz­dy­go­tane świa­tło stało się smu­gami nie­spój­nego bla­sku. Zadrżała, a jej oddech przy­śpie­szył.

Otu­lił ją cie­pły, suchy zapach skóry Forala Yatta. Wie­działa, że on stoi tuż przed nią, w odle­gło­ści nie więk­szej niż dłu­gość ramie­nia. I wtedy Foral Yatt dotknął jej twa­rzy. Wstrząs wywo­łany fizycz­nym kon­tak­tem o mało nie kazał Rau­rze Czin odru­chowo szarp­nąć głową do tyłu, zapa­no­wała jed­nak nad swoją reak­cją. Serce waliło jej jak mło­tem, gdy pazno­kieć prze­su­nął się po linii jej szczęki.

Pomy­słowy splot jedwab­nej wstęgi, która była jej stro­jem, utrzy­my­wała jedna zapinka ukryta za trój­kąt­nym czar­nym klej­no­tem w fili­gra­no­wej opra­wie, noszo­nym po pra­wej stro­nie gar­dła. Szpilka ukłuła szyję, gdy Foral Yatt zaczął wyłu­ski­wać Raurę Czin z krwi­sto­czer­wo­nego wężo­wi­ska, ale w jej obo­la­łym, prze­wraż­li­wio­nym sta­nie nawet to wyda­wało się nie­mal nie­zno­śną roz­ko­szą. Pod­nio­sła wzrok, a wtedy oczy Forala Yatta wchło­nęły ją bez reszty. Ręce, poru­sza­jąc się leni­wie, acz pew­nie, zaczęły odwi­jać długą wstęgę soczy­ście bar­wio­nej tka­niny, od głowy podą­ża­jąc spi­ral­nie w dół.

Gęste włosy, uwol­nione spod wią­żą­cego je zawoju, opa­dły na białe ramiona. Raura Czin zaszlo­chała i pokrę­ciła głową, lecz nie był to wyraz sprze­ciwu. Fala przej­mu­ją­cego chłodu spły­nęła po niej, gdy coraz wię­cej obna­żo­nego ciała wysta­wione było na prze­ciągi w kom­na­cie. Prze­su­nęła się po jej brzu­chu i dalej ku kan­cia­stym, wysta­ją­cym bio­drom, nad ogo­lo­nym wzgór­kiem łono­wym, obok podry­gu­ją­cego już, sztyw­nie­ją­cego członka. Sunęła po jej udach i dalej w kie­runku dywanu z sito­wia, gdzie roz­ple­ciona wstęga już opa­dła wokół stóp, two­rząc roz­le­wa­jącą się czer­woną kałużę, jakby nagie ciało krwa­wiło z tuzina nie­do­strze­gal­nych ran.

Ski­nął do niej głową raz jeden, wciąż w mil­cze­niu, a ona uklę­kła na pod­ło­dze u jego stóp, wci­ska­jąc kolana w plą­ta­ninę opa­dłej wstęgi, aż na skó­rze odci­snął się nikły wzór splo­tów. Zamknąw­szy oczy, pochy­liła głowę do przodu, aż oparła się czo­łem o sie­dzi­sko krze­sła, na któ­rym przed wiecz­no­ścią poło­żyła torbę. Gęste ciemne futro i twarde drewno były jed­na­kowo chłodne na jej roz­pa­lo­nym policzku.

Za jej ple­cami roz­legł się jeden krótki ton, kiedy klamra Forala Yatta opa­dła bez­ce­re­mo­nial­nie na dywan z sito­wia. Pod wpły­wem impulsu Raura Czin otwo­rzyła oczy, poto­czyła wzro­kiem po kom­na­cie, chło­nąc tę chwilę we wszyst­kich jej nie­skoń­czo­nych niu­an­sach. Po dru­giej stro­nie pomiesz­cze­nia mie­dziana kulka spo­czy­wała nie­ru­chomo na bla­cie, odło­żona tam przez Forala Yatta. Przy­po­mi­nała świeżo wydłu­bane oko bez­czel­nej gada­ją­cej głowy, z rodzaju tych, jakie podobno były w posia­da­niu pew­nych oso­bi­sto­ści w Zaułku Cza­ro­dzie­jów. Wpa­try­wała się w Raurę Czin, błysz­cząc suge­styw­nie, a wszystko, co działo się za bla­do­żół­tymi drzwiami, znaj­do­wało bez­stronne odzwier­cie­dle­nie w tej dosko­na­łej minia­tu­rze, na wypu­kłej powierzchni pozba­wio­nej życia, nie­mru­ga­ją­cej gałki ocznej.

Póź­niej, leżąc pła­sko na brzu­chu, ze zmie­sza­nym potem obojga schną­cym w zagłę­bie­niu ple­ców, Raura Czin pozwo­liła swo­jej świa­do­mo­ści zawie­sić się na gra­nicy czu­wa­nia, pod­czas gdy Foral Yatt przy­kuc­nął nagi przy pale­ni­sku, by doło­żyć świeże węgle do gasną­cej czer­wieni, która sczer­niała w ciągu ostat­niej godziny. Powie­trze było cięż­kie od odu­rza­ją­cej won­no­ści nasie­nia, a Raura Czin miała mię­śnie zwiot­czałe wsku­tek bło­giego wyczer­pa­nia.

Mimo to coś ją drę­czyło w tej wysu­bli­mo­wa­nej głębi odrę­twia­łego zaspo­ko­je­nia. Mię­dzy kochan­kami pozo­sta­wało coś nie­roz­strzy­gnię­tego bez względu na to, jak wytrawna wyda­wała się ich miłość. Nie było to nic nad­mier­nie real­nego, raczej nie­po­ko­jący brak niż natrętna obec­ność. Raura Czin mogła więc to zigno­ro­wać, a jed­nak w tej chwili oka­zało się to ponad jej siły. Tym czymś była pustka w jej wnę­trzu, którą nale­żało wypeł­nić, by mogła poczuć się w pełni czło­wie­kiem. Choć nie­chęt­nie myślała o zakłó­ce­niu spo­koj­nej poświaty zjed­no­cze­nia dwóch ciał, w końcu odzy­skała głos.

- Czy na­dal mnie kochasz? - Po peł­nej waha­nia chwili dodała: - Pomimo tego, co ci zro­bi­łam?

Odwró­ciła głowę, a prawa strona jej twa­rzy spo­częła na ple­cionce z sito­wia. On wciąż kucał przed ogniem zwró­cony do niej ple­cami, sta­ran­nie ukła­da­jąc zimne, czarne bryłki na szczy­cie jasnego żaru. Jego skóra lśniła, a żółta akwa­re­lowa smuga spły­wała po boku ku pło­mie­niom. Raura Czin podą­żyła ado­ru­ją­cym wzro­kiem za linią jego krę­go­słupa aż do pio­no­wego zała­ma­nia, które roz­dzie­lało twarde pośladki. Nie odwró­cił się do niej, gdy w końcu odpo­wie­dział pyta­niem:

- Czy we wnę­trzu kulki śpi jasz­czurka?

Bio­rąc kolejną bryłkę węgla w dłoń poczer­niałą od pyłu, Foral Yatt umie­ścił zwień­cze­nie na szczy­cie ciem­nej pira­midy w zmi­nia­tu­ry­zo­wa­nym pie­kle kominka. Tej nocy za bla­do­żół­tymi drzwiami nie padło ani jedno słowo wię­cej.

Naza­jutrz rano Raura Czin odwie­dziła Som-Som i wypiła z nią her­batę, jakby ni­gdy nie zaist­niała pię­cio­let­nia prze­rwa w ich wspól­nym rytu­ale. Opo­wie­działa cykl aneg­dot ze swo­ich doko­nań, po czym urwała, by łyk­nąć naparu, pod­czas gdy Som-Som oznaj­miła, że jej matka pew­nego razu zamknęła drzwi, że kie­dyś było ciemno i miała upo­rczywy kaszel. Raura Czin płyn­nie wśli­zgnęła się w oso­bliwy rytm roz­mowy, co w dużym stop­niu skró­ciło mię­dzy nimi wszelki dystans, jaki mógł powstać w ciągu pół dekady roz­łąki. Mimo to dopiero gdy inter­lu­dium zbli­żało się do końca, aktorka poczuła się na tyle swo­bod­nie, by poru­szyć temat swo­jego wskrze­szo­nego związku z Fora­lem Yat­tem.

- Oczy­wi­ście nie zostanę tu na zawsze. Za mniej wię­cej mie­siąc muszę się zasta­no­wić nad swoją kolejną rolą, a prze­cież tutaj byłoby to nie­moż­liwe. Ale wie­rzę, że gdy tym razem odejdę, zabiorę go ze sobą. Jestem dość bogata, by go utrzy­mać, póki nie znaj­dzie sobie pracy, w dodatku wydaje mi się śmieszne, że ktoś jego pokroju mar­nuje swój talent na... - Jej ręce wyko­nały oso­bliwy ruch, który po czę­ści był teatral­nym gestem, po czę­ści reak­cją wyra­ża­jącą praw­dziwy mimo­wolny wstręt. Jakby jej dłońmi tar­gały gwał­towne skur­cze, które roz­cho­dziły się od smu­kłej szyjki nad­garstka w kie­runku opusz­ków pal­ców, gdzie dzie­sięć zwier­cia­de­łek drżało w zim­nym świe­tle poran­nego słońca. - ...na brzyd­kie, chore, stare kobiety, takie jak ta okropna Donna Ble­rot. On zasłu­guje na coś lep­szego. Mogła­bym się nim zaopie­ko­wać, mogła­bym zna­leźć mu zaję­cie, a wtedy być może żadne z nas nie musia­łoby już ni­gdy wra­cać do tego miej­sca, choćby tylko po to, by na nie popa­trzeć. Nie sądzisz, że to dobry pomysł?

Som-Som upiła kwia­towy napar kąci­kiem ust i mil­czała dalej.

- Myślę, że to może się udać. Myślę, że możemy się kochać i być razem, i nic się nie popsuje. Tylko moja ambi­cja wkra­czała mię­dzy nas, a prze­cież teraz ją zaspo­ko­iłam. Sprawy mogą się uło­żyć jak daw­niej, tylko gdzie indziej, w lep­szym miej­scu niż to.

Raura Czin była tak zamy­ślona, ssąc olśnie­wa­jący koniu­szek pra­wego palca wska­zu­ją­cego, że roz­legł się cichy i mokry dźwięk, gdy wycią­gnęła go spo­mię­dzy warg. Zro­biła to dwa razy. Za jej ple­cami ptaki krą­żyły nad uroz­ma­iconą pano­ramą Lia­veku. Kiedy ode­zwała się ponow­nie, jej głos zabar­wiony był tonem zdzi­wie­nia:

- Oczy­wi­ście, że się zmie­nił. Myślę, że oboje się zmie­ni­li­śmy. Jest teraz bar­dzo spo­kojny i bar­dzo... bar­dzo wład­czy. Otóż to wła­śnie. Bar­dzo wład­czy.

To cudowne, by­naj­mniej nie narze­kam. W końcu to jego kwa­tera, a on jest na tyle uprzejmy, że pozwo­lił mi tu zamiesz­kać przez naj­bliż­sze kilka mie­sięcy, abym nie musiała pła­cić za pokoje w pen­sjo­na­cie.

Nie mam nic prze­ciwko robie­niu tego, czego on chce. Wiesz, myślę, że w pew­nym sen­sie to dla mnie dobre, dobre dla osoby, którą jestem. Odkąd moja kariera wykluła się z jajka, nikt mi nie mówił, co mam robić. Myślę, że to mnie zepsuło. To nie jest w porządku, tak jakby. Nie jest w porządku, kiedy ludzie cały czas się na mnie zdają. Myślę, że potrze­buję kogoś do...

- Spo­mię­dzy nóg krowy wyj­rzała lepka głowa, a ja krzyk­nę­łam.

Wtrą­ce­nie Som-Som było tak zaska­ku­jące, że nawet Raura Czin, nawy­kła do takich wypo­wie­dzi, poczuła nagłe zde­ner­wo­wa­nie. Zamru­gała powie­kami i cze­kała, by zoba­czyć, czy na wpół zama­sko­wane obli­cze zamie­rza coś dodać, po czym cią­gnęła:

- Kaza­łam przy­słać moje ubra­nia z pen­sjo­natu. Mam tak wiele pięk­nych stro­jów, że to aż wydaje się nie w porządku. Foral Yatt mówi, że prze­chowa moją gar­de­robę, ale nie chce, bym nosiła co bar­dziej eks­tra­wa­ganc­kie kre­acje, gdy z nim jestem. Woli prost­sze rze­czy.

Raura Czin spu­ściła wzrok, by popa­trzeć na swój ubiór. Miała na sobie pro­stą bluzkę z sza­rej bawełny i spód­nicę z podob­nego mate­riału. Jej bia­ło­złote włosy opa­dały na wąskie ramiona i kon­tra­sto­wały z tka­niną w kolo­rze zmierz­chu. Leżały na tle bluzki jak świa­tło pochodni odbite na mokrym, sza­rym bruku. Naj­wy­raź­niej usa­tys­fak­cjo­no­wana nową powścią­gli­wo­ścią i sub­tel­no­ścią swo­jej kre­acji, unio­sła powieki i nad czar­kami z napa­rem uśmiech­nęła się do Som-Som.

- Ale dość już o moich spra­wach i mojej próż­no­ści. Po któ­rej stro­nie szczę­ścia ty kro­czy­łaś przez ostat­nie pięć lat?

Podzie­lona twarz wpa­try­wała się w nią jed­nym żywym okiem. Zapa­dło mil­cze­nie. Wiel­kie padli­no­żerne ptaki piko­wały i pohu­ki­wały nad Mia­stem Wybrań­ców For­tuny, co brzmiało tak, jakby dzieci zostały porwane z ziemi i zawo­dziły płacz­li­wie, nie­sione pod uciąż­liwą kopułę nieba.

Pią­tego dnia po przy­by­ciu Raura Czin poja­wiła się na bal­ko­nie Som-Som w skó­rza­nych bry­cze­sach z kawał­kiem wytrzy­ma­łego sznura prze­wią­za­nym w talii zamiast pasa. Nie odnio­sła się do tej zmiany swo­ich kon­fek­cyj­nych upodo­bań, ale odtąd Som-Som ni­gdy już nie widziała jej w spód­nicy i przy­pusz­czała, że było to spo­wo­do­wane suro­wym wpły­wem Forala Yatta. Wyda­wało się, że aktorka zre­zy­gno­wała rów­nież z malo­wa­nia twa­rzy i uży­wa­nia wszel­kiej biżu­te­rii z wyjąt­kiem pro­stego żela­znego kółeczka, które nosiła na naj­mniej­szym palcu lewej ręki. Dzie­sięć okru­chów zwier­cia­dła znik­nęło bez­pow­rot­nie.

Dwa tygo­dnie po powro­cie Raura Czin dała się namó­wić Fora­lowi Yat­towi do zgo­le­nia głowy.

Sie­dząc następ­nego ranka z Som-Som, co kilka sekund prze­ry­wała tok roz­mowy i z nie­do­wie­rza­niem prze­su­wała dło­nią od skroni do tyłu po meszku pora­sta­ją­cym czaszkę. Jej wypo­wie­dzi cha­rak­te­ry­zo­wała wymu­szona weso­łość, a oczy zdra­dzały ner­wową ruchli­wość. Som-Som uświa­do­miła sobie z pew­nym zasko­cze­niem, że Raura Czin nie wygląda już atrak­cyj­nie. Było tak, jakby cha­ry­zma z niej wycie­kła lub została ucięta bez­li­to­śnie jak roz­iskrzone słoń­cem włosy.

- Myślę, myślę, że tak wyglą­dam lepiej, prawda?

Som-Som nic nie odpo­wie­działa.

- Cho­dzi mi o to, że to ozna­cza wielką zmianę. I wydaje mi się, że przyda się to moim wło­som, gdy odro­sną. Z powodu farb, któ­rych uży­wa­łam, zro­biły się łam­liwe, więc głowa pełna nowych wło­sów przy­nie­sie mi wielki poży­tek. No i oczy­wi­ście Foral Yatt tak lubi.

Swo­bod­nemu wygło­sze­niu ostat­nich słów kłam zadały wymi­ja­jące spoj­rze­nie i nie­pewny samo­świa­domy wyraz twa­rzy.

- To zna­czy, rozu­miem, jak to musi wyglą­dać, jak to musi wyglą­dać w oczach ludzi, któ­rzy go nie znają, ale... - Płyn­nym ruchem do tyłu dłoń poszo­ro­wała lekko czaszkę. - Ale dla niego ważne jest to, jak się ubie­ram, jak wyglą­dam, dla niego bar­dzo liczy się to, jak wyglą­dam, gdy się kochamy.

Som-Som odchrząk­nęła i powie­działa, jak nazy­wała się ulica, przy któ­rej miesz­kała, zanim pamięt­nej nocy matka popro­wa­dziła ją za rękę pośród hałasu w obję­cia Mil­cze­nia. Raura Czin kon­ty­nu­owała mono­log, nie zwra­ca­jąc uwagi na to wtrą­ce­nie, a oczy miała puste i bez­senne, spoj­rze­nie wciąż utkwione w brud­nych kafel­kach posadzki.

- Widzisz, on się zmie­nił. On chce teraz cze­goś innego. A ja, ja nie mam nic prze­ciwko. Kocham go. Nie prze­szka­dza mi to, co chce, bym robiła. Nawet to lubię. Cza­sem lubię to ze względu na sie­bie, a nie tylko ze względu na niego. Ale wła­śnie to, że to lubię, tro­chę mnie prze­raża. Nie, tak naprawdę mnie nie prze­raża, ale jest tak, jakby wszystko się zmie­niało i poru­szało pod moimi sto­pami i jak­bym sama się zmie­niała, i czuję, że powin­nam się bać, ale się nie boję. To takie pro­ste, trzeba się w to wśli­zgnąć. Tak łatwo na przy­zwo­le­nie, a ja nie mam nic prze­ciwko. Kocham go i nie prze­szka­dza mi to.

Z roz­sze­rzo­nej źre­nicy dzie­dzińca ktoś zawo­łał Raurę Czin po imie­niu. Som-Som skie­ro­wała wzrok na płyty chod­ni­kowe w dole, zain­try­go­wana przez chwilę wido­kiem obcego czło­wieka, który tam stał, lecz zaraz zdo­łała pogo­dzić zna­jomą twarz z nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym kro­kiem i manierą, w końcu skła­da­jąc te roz­bieżne wra­że­nia w postać Forala Yatta.

Raura Czin mówiła prawdę. Foral Yatt się zmie­nił.

Gdy stał na dzie­dzińcu, spo­glą­da­jąc w górę z unie­sioną ręką, by osło­nić oczy przed słoń­cem, smuga cie­nia rzu­cona na jego rysy nie zdo­łała zama­sko­wać zmiany, jaka w nich zaszła. Aktor stra­cił szczu­płe ciało. Som-Som uznała, że po czę­ści wynika to z zamoż­no­ści Raury Czin, uzu­peł­nia­ją­cej jego dochody i wikt.

Rów­nież ubra­nie było wyraź­nie inne od ponu­rych, funk­cjo­nal­nych stro­jów, które zda­wał się wcze­śniej pre­fe­ro­wać. Foral Yatt miał na sobie długą tunikę, któ­rej błę­kit był tak żywy i głę­boki, że gra­ni­czył z opa­li­za­cją. Talię owi­nął sze­roką poma­rań­czową szarfą, a obszerne spodnie, które wło­żył pod spód, rów­nież były poma­rań­czowe, deli­kat­nie pla­mi­ście poma­rań­czowe, miej­scami pra­wie białe. Stopy miał gołe i wytworne, znacz­nie mniej­sze, niż Som-Som mogłaby się spo­dzie­wać. Wokół pal­ców coś błysz­czało, lśniąca mgiełka.

- Rauro Czin! Nasz posi­łek jest już pra­wie gotowy.

Jego głos rów­nież się zmie­nił, brzmiał lżej, a pewne sie­bie tony przy­kryła patyna melo­dyj­no­ści. Było coś jesz­cze, co w pierw­szej kolej­no­ści tłu­ma­czyło ude­rza­jącą zmianę w wyglą­dzie - coś tak oczy­wi­stego, że cał­ko­wi­cie umknęło uwa­dze Som-Som. Raura Czin wymru­czała prze­pro­siny, szy­ku­jąc się do wyj­ścia, nie zawra­ca­jąc sobie głowy dokoń­cze­niem luź­nych wąt­ków kon­wer­sa­cji. Zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem wycią­gnęła rękę i uści­snęła prze­gub Som-Som, aby dać znać poło­wie mózgu odcię­tej od wzroku i słu­chu, że wizyta dobie­gła końca. W odpo­wie­dzi na wpół zama­sko­wana dziew­czyna pod­nio­sła oczy, aż ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały. Kiedy się ode­zwała, jej głos był prze­peł­niony smut­kiem, który zda­wał się nie mieć wpływu na treść słów.

- Nie wydaje mi się, żeby w tam­tych cza­sach jedze­nie było dobre.

Wargi Raury Czin drgnęły - bez­radne małe wzru­sze­nie twa­rzy - po czym odwró­ciła się i zbie­gła po wąskich drew­nia­nych scho­dach, które pro­wa­dziły na dzie­dzi­niec, gdzie cze­kał na nią Foral Yatt. Kiedy dołą­czyła do niego, odbyła się mię­dzy nimi krótka roz­mowa, toczona jed­nak zbyt cicho, by Som-Som mogła cokol­wiek usły­szeć, po czym oboje ruszyli w stronę bla­do­żół­tych drzwi. Som-Som wycią­gnęła szyję, by odpro­wa­dzić ich wzro­kiem. W chwili, gdy zni­kali jej z oczu, dostrze­gła jedno rażące dzi­wac­two, które tak odmie­niło mło­dego aktora.

Bie­gnąc nad czo­łem nie­równą linią i wijąc się nad górną kra­wę­dzią uszu, głowę Forala Yatta zaczęły pokry­wać odra­sta­jące włosy.

Nocą pięt­na­stego dnia po powro­cie do Domu bez Zega­rów za bla­do­żół­tymi drzwiami wyda­rzyło się coś, co było pierw­szą odsłoną ciem­no­ści, która cze­kała na Raurę Czin od pię­ciu dłu­gich lat. Gdy słońce krwa­wiło na zachod­nim wid­no­kręgu, Raura Czin weszła do środka, by zasiąść do wie­czor­nej uczty z Fora­lem Yat­tem, a nim nastał ranek, ujrzała otchłań. Dopiero po trzech dniach pojęła ogrom żar­łocz­nej pustki zie­ją­cej pod jej sto­pami, ale to pierw­sze dru­zgo­cące spo­strze­że­nie sta­no­wiło led­wie począ­tek. Było tak, jakby wrzu­ciła kamyk do czy­ha­ją­cej prze­pa­ści i nasłu­chi­wała plu­śnię­cia. Kiedy trzy dni póź­niej plusk wciąż się nie roz­legł, zro­zu­miała, że czerń jest bez­denna i nie ma nadziei.

Wspo­mnia­nego wie­czoru, gdy prze­szła przez bla­do­żółte drzwi, mając za ple­cami zachód słońca, a przed sobą bogaty aro­mat z garnka, cień jesz­cze nie padł. Wyda­wało się, że zdoła opa­no­wać wszyst­kie nie­po­koje.

Zje­dli szybko posi­łek, sie­dząc naprze­ciw sie­bie przy pobie­lo­nym stole, następ­nie Raura Czin uprząt­nęła resztki, a Foral Yatt udał się do swo­jej sypialni, aby przy­go­to­wać się do pracy w nad­cho­dzący wie­czór. Raura Czin, zeskro­bu­jąc uparty stru­pek wysu­szo­nej jarzyny z kra­wę­dzi swo­jej miski, zasta­na­wiała się leni­wie nad tym, czym zaj­mie się tego dnia w godzi­nach, kiedy jej obec­ność za bla­do­żół­tymi drzwiami była nie­po­żą­dana.

W poprzed­nie wie­czory cho­dziła na spa­cer do portu. Obser­wu­jąc odbi­cie księ­życa w sza­ro­zie­lo­nej wodzie, usi­ło­wała wyżąć ze swo­jego poło­że­nia inspi­ru­jącą strużkę roman­ty­zmu.

Ze zdu­szo­nym okrzy­kiem bólu i zasko­cze­nia spu­ściła teraz wzrok i zoba­czyła, że roz­ła­mała pazno­kieć na guzku zaschnię­tego, stward­nia­łego jedze­nia. Pomy­ślała, że jej paznok­cie są w ruinie, wszyst­kie ogry­zione i nie­równe, wiele roz­dwo­jo­nych lub zdar­tych w oko­licy obłączka. Zasta­na­wia­jąc się, ile czasu zaj­mie im odzy­ska­nie daw­nej ele­gan­cji, drugą dło­nią nie­świa­do­mie prze­su­nęła po zszar­ga­nej skó­rze głowy.

Foral Yatt zawo­łał ją z alkowy, więc wycie­ra­jąc dło­nie o szorstki szary mate­riał koszuli, ruszyła po dywa­nie z sito­wia, aby zoba­czyć, czego chce umi­ło­wany. Wcho­dząc do kom­naty, zasko­czona zoba­czyła, że Foral Yatt leży w łóżku, zamiast przy­go­to­wy­wać się do wie­czor­nych obo­wiąz­ków. Spo­czy­wał w nie­przy­jem­nej baweł­nia­nej pościeli, z przy­mknię­tymi oczami oraz rękami zło­żo­nymi na narzu­cie uszy­tej z bar­wio­nego łata­nego worka.

- Nie mogę dziś pra­co­wać. Jestem chory.

Raura Czin ścią­gnęła brwi w supeł. Foral Yatt nie wyglą­dał na zbo­la­łego, głos miał mocny i opa­no­wany, a jed­nak powie­dział, że nie­do­maga. Jakby chciał, by zro­zu­miała, że jest to kłam­stwo, ale by zare­ago­wała, jakby usły­szała nie­pod­wa­żalną prawdę. Zagłę­bia­jąc się w sie­bie, dostrze­gła z led­wie prze­lot­nym ukłu­ciem zasko­cze­nia lub roz­cza­ro­wa­nia, że wcale się tym nie przej­muje. Przy­jęła fałsz, bo tak było łatwiej.

- A Pani Ouisz? Ostat­nio zda­rzały się wie­czory, kiedy nie pra­co­wa­łeś. Nie­uży­wana kom­nata to uszczu­ple­nie jej docho­dów. Odpra­wiała innych za coś takiego.

Pani Ouisz, choć teraz nie­wi­doma i bli­ska śmierci, na­dal była domi­nu­jącą posta­cią w Domu bez Zega­rów. Nawet Raura Czin, któ­rej nie zatrud­niano w tym przy­bytku od pię­ciu lat, trak­to­wała sta­ru­chę z sza­cun­kiem i bojaź­nią. Wąt­pli­wie chory Foral Yatt rzekł z łóżka:

- Masz rację. Jeśli dziś wie­czo­rem praca nie zosta­nie wyko­nana, będzie to dla mnie kło­po­tliwe.

Pod­niósł senne powieki i wbił wzrok w Raurę Czin. Uśmiech­nął się, wie­dząc, że taki uśmiech nie zmie­nia niczego mię­dzy nimi. Maska­rada została przy­jęta za obo­pólną zgodą. Cią­gnął suchym, mia­ro­wym tonem:

- Dla­tego musisz mnie wyrę­czyć.

Było tak, jakby w umy­śle Raury Czin poja­wił się nagły defekt, bo nie potra­fiła dostrzec sensu w sło­wach Forala Yatta. "Musisz", "mnie", "wyrę­czyć". Wszystko to brzmiało tak obco, aż była nie­mal prze­ko­nana, że aktor ukuł takie wyra­że­nie na pocze­ka­niu. Raz po raz powta­rzała w gło­wie to zda­nie. "Dla­tego musisz mnie wyrę­czyć". "Dla­tego musisz mnie wyrę­czyć". Co to zna­czyło?

Wresz­cie, otrzą­sa­jąc się z szoku po usły­sza­nych sło­wach, zro­zu­miała. Pokrę­ciła głową i pomimo prze­ra­że­nia była zasko­czona bra­kiem mięk­kich wło­sów koły­szą­cych się przy szyi. Ledwo sły­szal­nie odpo­wie­działa:

- Nie.

"Nie" nie zna­czyło: "Nie zro­bię tego". Zna­czyło: "Pro­szę, nie rób mi tego". Ale Foral Yatt pozo­stał nie­wzru­szony.

Donna Ble­rot wsu­nęła sobie jej (jego?) rękę pod futrzany namiot, aż dłoń spo­częła na wil­goci mię­dzy gru­bymi nogami tej oszpe­co­nej kobiety. Pod poje­dyn­czym okry­ciem wierzch­nim dama była naga, a ciało miała zawil­go­cone i zbite jak cia­sto.

Póź­niej, gdy Donna Ble­rot leżała na stole, sapiąc bez­gło­śnie jak ryba na stra­ga­nie, Raura Czin zagłę­biła się w kobietę, spoj­rzała na nią z góry i zoba­czyła otchłań. Kopuła sza­rego futra unio­sła się ku górze, odsła­nia­jąc ciało pod spodem, zakry­wa­jąc teraz twarz, zna­mię i wszystko. Przez jedną roz­chwianą chwilę kobieta wyglą­dała jak topie­lica wyrzu­cona na brzeg Morza Wybrań­ców For­tuny, a prze­ście­ra­dło już zakryło opu­chłą, nad­je­dzoną przez ryby twarz.

Wal­cząc z mdło­ściami, Raura Czin spu­ściła wzrok na wła­sne ciało, lśniące od potu, napie­ra­jące mecha­nicz­nie do przodu, szar­piące się do tyłu, ata­ku­jące i wyco­fu­jące się jak poru­szany przez kogoś model ana­to­miczny. Patrzyła na ster­czącą twar­dość wyra­sta­jącą z jej wła­snych lędźwi i zasta­na­wiała się, jak to moż­liwe, że zdolna jest do tego. Nie czuła bowiem żad­nej chuci, żad­nego pożą­da­nia do głu­chej kobiety, wypię­tej teraz i zdy­sza­nej w swo­jej despe­ra­cji. Nie czuła nic ponad wstyd i prze­ra­że­nie. Jakim cudem jej ciało wykrze­sało z sie­bie taki zapał w obli­czu tej obrzy­dli­wo­ści?

Póź­niej Donna Ble­rot poca­ło­wała Raurę Czin i wyszła, zamy­ka­jąc za sobą bla­do­żółte drzwi. Aktorka sie­działa naga na jed­nym z drew­nia­nych krze­seł, oparł­szy łok­cie na bla­cie przed sobą, z twa­rzą ukrytą za dłońmi jak za zatrza­śnię­tymi wro­tami kościoła. Wspo­mnie­nie poca­łunku matrony wciąż odci­skało się wład­czą pie­czę­cią na jej war­gach. Miała wra­że­nie, jakby tłu­sty, gorzki mię­czak pró­bo­wał wpeł­znąć do jej ust, zosta­wia­jąc na pod­bródku mokry ślad śluzu. Wyobra­że­nie to prze­śli­zgnęło się z umy­słu w głąb gar­dła i się­gnęło żołądka. Nastą­pił słaby ostrze­gaw­czy skurcz, na doda­tek Raura Czin zaczęła się drę­czyć obra­zem pośpiesz­nie wchło­nię­tego posiłku z wcze­śniej­szej pory. Kur­tyna gala­re­to­wa­tego, na wpół roz­to­pio­nego tłusz­czu cią­gnąca się od sza­ro­ró­żo­wych włó­kien mięsa...

Dopiero gdy Foral Yatt sta­nął obok niej, wal­czą­cej, by nie zwy­mio­to­wać, zorien­to­wała się, że opu­ścił alkowę.

- No i pro­szę. Było aż tak źle?

Zasko­czona jego gło­sem Raura Czin zasło­niła dło­nią połowę swo­jej twa­rzy i otwo­rzyła oczy. Patrzyła na pod­łogę i aby z postaci Forala Yatta dostrzec cokol­wiek powy­żej kolana, musia­łaby poru­szyć głową, co wyda­wało się zada­niem ponad jej siły. Jego stopy były białe jak miąższ mig­da­łów. Do każ­dego paznok­cia u pal­ców stóp przy­mo­co­wane było malut­kie luste­reczko. Zawie­szone pod powierzch­nią dzie­się­ciu minia­tu­ro­wych błysz­czą­cych kałuż, wła­sne odbi­cia wpa­try­wały się w Raurę Czin niby owady tonące w rtęci.

Pod­nió­sł­szy się nie­pew­nie z krze­sła i wymi­nąw­szy Forala Yatta, poszła chwiej­nym kro­kiem do komory prze­zna­czo­nej do kąpieli i toa­lety. W jej gar­dle wez­brała lawa, zale­wa­jąc gwał­tow­nie usta, i nagle Raura Czin ze szlo­chem opróż­niła gło­śno zawar­tość żołądka do wyszczer­bio­nej i pożół­kłej umy­walki. Wyczer­pana, raz po raz krztu­siła się pustką, póki nie ustą­piły skur­cze w jej wnę­trzu, następ­nie pod­nio­sła głowę, by przez roze­dr­ganą soczewkę łez spoj­rzeć na ota­cza­jące ją pomiesz­cze­nie.

Coś przy­kuło jej uwagę, zie­lona plama mru­ga­jąca ze szczytu skrzyni, w któ­rej Foral Yatt trzy­mał swoje mydła, per­fumy i olejki. Raura Czin prze­tarła oczy brze­giem dłoni, pró­bu­jąc sku­pić się na roz­pro­szo­nej pla­mie szma­ragdu. Był to stały punkt, w któ­rym mogła zako­twi­czyć per­cep­cję, wciąż roz­dy­go­taną w następ­stwie mdło­ści. Stop­niowo przed­miot zaczął się defi­nio­wać na tle wil­got­nego mroku łazienki. W Raurę Czin wpa­try­wały się bez­na­mięt­nie dwa małe szklane oczo­doły. Za nimi, w pół­prze­zro­czy­stej zie­lo­nej mózgow­nicy, dostrze­gła nie­od­gad­nione sny zama­ry­no­wane w sokach pach­ną­cych lukre­cją.

Patrzyła na czaszkę pełną tru­ci­zny. Czaszka patrzyła na nią, a jej spoj­rze­nie niczego nie ukry­wało.

Mijał czas w Domu bez Zega­rów. Nocą osiem­na­stego dnia po przy­by­ciu Raury Czin zapa­dła ciem­ność. To, co wcze­śniej tylko ją lizało w przed­smaku rychłych zda­rzeń, roz­dzia­wiło teraz szczęki i zaczęło kąsać.

Upiła się, choć gdyby było ina­czej, niczego by to nie zmie­niło. Nie­szczę­śliwa spo­żyła nad­miar wina przy stole w nadziei, że odcza­ruje ból nie­na­wi­ści do samej sie­bie. Lecz alko­hol tylko zamu­lił jej lęki, nada­jąc im śli­skość, utrud­nia­jąc ich ogar­nię­cie. Sta­nęła obra­mo­wana w otwar­tych drzwiach, z ręką opartą na bla­do­żół­tym drew­nie, patrząc na opu­sto­szały dzie­dzi­niec i wcią­ga­jąc wiel­kie nie­równe hau­sty jesien­nego powie­trza. Nic to jed­nak nie dało, bo w jej gło­wie roz­legł się szum, gdzieś mię­dzy uszami do głosu doszedł posępny psz­czeli ul. Wpa­tru­jąc się w obo­jętne czarne płyty chod­ni­kowe, Raura Czin zro­zu­miała, że musi odejść. Opu­ścić Forala Yatta. Wyje­chać natych­miast i wró­cić do koją­cego beł­kotu swo­ich gar­de­ro­bia­nych, do nio­są­cej pocie­chę posęp­no­ści zapa­mię­ty­wa­nia nie­koń­czą­cych się strof. Zro­zu­miała, że jeśli nie wyje­dzie natych­miast, zosta­nie uwię­ziona tutaj na zawsze, zmiaż­dżona pod kołami wozu spię­trzo­nych oko­licz­no­ści, krzy­cząc, by ktoś odpę­dził muchy. Jeśli nie odej­dzie bez­zwłocz­nie...

Z kom­nat w głębi Foral Yatt zawo­łał ją po imie­niu. Pod­nio­sła wzrok znad sze­ro­kiej obsy­dia­no­wej sadzawki; tam wzno­siła się arkada, a za nią był Lia­vek.

Z wyczu­walną nutą rosną­cego znie­cier­pli­wie­nia Foral Yatt pono­wił woła­nie. Odwró­ciła się i weszła z powro­tem do domu, zamy­ka­jąc za sobą bla­do­żółte drzwi. Był w alko­wie, jak to stało się zwy­cza­jem od owego wie­czoru, kiedy Raura Czin została wezwana do obsłu­że­nia Donny Ble­rot. Wtedy po raz pierw­szy zasma­ko­wała kobiety. Przy­pusz­czała, że Foral Yatt przy­wo­łał ją teraz, by naka­zać powtó­rze­nie tej usługi, i przez chwilę roz­ko­szo­wała się fan­ta­zją o odmo­wie, ale nie­zbyt długo.

- Moja miło­ści. Zapa­lisz dla mnie lata­renkę? Tu tak ciemno.

Głos Forala Yatta, wciąż zmie­nia­jący się od powrotu Raury Czin, wszedł w inne sta­dium swo­jej meta­mor­fozy. Zmięk­czony do głę­bo­kiego aksa­mitu, raczej uwo­dził, niż naka­zy­wał. Przez sekundę jej palce zma­gały się z krze­mie­niem, wresz­cie zapa­liła hubkę i pod­nio­sła pło­myk do knota lata­renki. Bańka siar­ko­wo­żół­tej jasno­ści roz­sze­rzała się i kur­czyła w prze­strzeni, falu­jąc przez moment, aż w końcu pło­mień znie­ru­cho­miał, a jego świa­tło stało się czy­ste. Raura Czin odwró­ciła się od lata­renki, a na jej siat­kówce wyryły się bia­ławe larwy odci­śnięte przez blask. Foral Yatt leżał na boku na zszy­tej pstro­kato narzu­cie, pod­party na jed­nym łok­ciu, opuszki pal­ców zgu­biw­szy w gęstych jasnych lokach przy skro­niach. Sze­ro­kie pasmo nie­bie­skiego kosme­tyku bie­gło uko­śnie przez jego twarz, obej­mu­jąc lewą brew, spły­wa­jąc na lewe oko, grzbiet nosa, prawy poli­czek. Węż­sza smuga czer­wieni, nie­wiele wię­cej niż poje­dyn­cze pocią­gnię­cie pędzla, sunęła nad górną kra­wę­dzią, przez grzbiety i zagłę­bie­nia przy­stoj­nych rzeź­bio­nych rysów, koń­cząc się pod pra­wym uchem.

Miał na sobie jeden z kostiu­mów Raury Czin.

Była to suk­nia, długa i fio­le­towa, zebrana w eks­tra­wa­ganc­kie fal­bany na ramio­nach, tak że ręce pozo­sta­wały nagie. Wysoki koł­nierz się­gał punktu tuż nad wybrzu­sze­niem na szyi Forala Yatta, poni­żej zaś tka­nina była jed­no­lita i nie­przej­rzy­sta, aż do linii demar­ka­cyj­nej zaraz pod most­kiem. Od tego miej­sca suk­nia wyda­wała się pokro­jona na dłu­gie paski, które spły­wały do kostek, przy czym co druga fio­le­towa wstęga została odcięta i zastą­piona pła­tem kora­lo­wo­ró­żo­wego sznurka, sple­cio­nego we wzory płat­ków śniegu, przez które widać było skórę pod spodem. Na pal­cach u rąk i nóg znaj­do­wały się luste­reczka.

Wdzie­ra­jąc się przez szcze­linę w ścia­nie, z dźwię­kiem przy­po­mi­na­ją­cym dzie­cięce dmu­cha­nie w szyjkę wąskiej butelki, wie­trzyk mącił per­fu­mo­wane powie­trze, a pło­mień lata­renki zaczął się wahać. Przez chwilę armie świa­tła i mroku nacie­rały tam i z powro­tem w nagłych spo­rach gra­nicz­nych. Cie­nie gęst­nie­jące w oczo­do­łach Forala Yatta zda­wały się spły­wać po policz­kach niczym nad­miar smoły, po czym kur­czyły się wstecz, by zgro­ma­dzić się pod nawi­sem brwi. Uśmiech­nął się do Raury Czin ustami sta­ran­nie pobar­wio­nymi soczy­stym indygo.

- Musia­łam wró­cić. Nie mogłam cię tu zosta­wić.

Orze­cze­nia w obu zda­niach Foral Yatt zaak­cen­to­wał w osten­ta­cyjny, afek­to­wany spo­sób. Raura Czin z tru­dem docie­kała sensu wypo­wie­dzi aktora, jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się ziden­ty­fi­ko­wać to dzi­wac­two flek­sji, sza­le­nie zna­jome, a jed­nak wymy­ka­jące się pamięci.

- Ale... co masz na myśli? Ni­gdzie nie byłeś. Ty...

Raura Czin poczuła, że coś masyw­nego się na nią zwala, zbliża się z prze­ra­ża­jącą pręd­ko­ścią, która para­li­żuje wolę i spra­wia, że unik jest nie do pomy­śle­nia. Przy­po­mi­nało to zasły­szane opo­wie­ści o zaćmie­niu, kiedy ludzie widzieli olbrzymi cień księ­życa pędzący ku nim po ziemi, ogromną pla­netę ciem­no­ści prze­ta­cza­jącą się przez maleń­kie pola i pastwi­ska z nie­po­rów­ny­walną do niczego szyb­ko­ścią. Sto­jąc w roz­pach­nio­nej sypialni, zro­zu­miała ich prze­ra­że­nie. Świat cieni pra­wie ją dopadł. Jesz­cze chwila i zosta­łaby zmiaż­dżona pod jego nie­od­partą, nie­skoń­czoną masą.

Foral Yatt znów prze­mó­wił z łóżka. Pra­wi­dło­wo­ści akcentu w jego mowie wciąż plą­sały poza zasię­giem roz­po­zna­nia, szy­der­cze i nie­uchwytne.

- Zosta­wi­łam cię. Nie pamię­tasz? Zosta­wi­łam cię, bo ważne było dla mnie, żeby roz­sła­wić swoje imię. Wiem, że ode­bra­łeś to jako nie­spra­wie­dli­wość, ale ty jesteś prze­ciętny, a ja jestem wyjąt­kową istotą. Mam w sobie coś nie­spo­ty­ka­nego, nie­po­wta­rzalny urok, który wymyka się opi­sowi, i choć kocha­łam cię głę­boko, głę­boko, moją powin­no­ścią było uka­zać światu i jego wszyst­kim miesz­kań­com ten skarb, któ­rym jestem. Z pew­no­ścią możesz to chyba zro­zu­mieć?

Nagle Raura Czin uświa­do­miła sobie, gdzie sły­szała głos, któ­rym posłu­guje się Foral Yatt. Roz­pę­dzona mroczna pla­neta ude­rzyła w nią z całej siły. Raura Czin była stra­cona.

- Ale już wszystko zostało zała­twione. Teraz ludzie, jak świat długi i sze­roki, znają moje imię, a mój wewnętrzny ogień, któ­rego naturę tylko ja mogę nazwać, przy­ciąga ich jak ćmy. Teraz jestem w pełni czło­wie­kiem, jestem wolna i mogę znów cię kochać. Uwiel­biam cię. Ubó­stwiam. Kocham cię, kocham cię bar­dziej niż cokol­wiek na świe­cie z wyjąt­kiem sławy. Ale...

Paro­dia była nie­wy­obra­żal­nie podła i zara­zem nie­za­prze­czal­nie trafna. Ziden­ty­fi­ko­waw­szy głos, Raura Czin nie mogła zro­bić nic wię­cej, jak tylko zaak­cep­to­wać okrutne lustrzane odbi­cie twa­rzy, które mu towa­rzy­szyło. Przy­gwoż­dżona czar­nym cię­ża­rem wid­mo­wego księ­życa, patrzyła bez­rad­nie, jak Foral Yatt obnaża wszyst­kie zaro­zu­mial­stwa, nie­do­rzecz­no­ści, drobne uniki, które skła­dały się na jej ist­nie­nie. Młody męż­czy­zna leżał na łóżku, mie­niącą się kon­ste­la­cją opusz­ków pal­ców doty­ka­jąc błę­kitu dol­nej wargi w pan­to­mi­mie nie­po­koju i nie­zde­cy­do­wa­nia. Pod­niósł wzrok na Raurę Czin, a pod jego dłu­gimi rzę­sami bły­snął jupi­ter bła­ga­jący roz­pacz­li­wie o współ­czu­cie, pod­czas gdy pod­bró­dek drżał pod cię­ża­rem słów nie­wy­po­wie­dzia­nych przez usta. W końcu, gdy Foral Yatt prze­cią­gnął swoje melo­dra­ma­tyczne waha­nie do gra­nic absurdu, popły­nęły słowa w zapie­ra­ją­cej dech kaska­dzie:

- Ale czy ty na­dal mnie kochasz? - Zro­bił pauzę i zamru­gał dwu­krot­nie. - Mimo tego, co ci zro­bi­łam?

W jed­nym z kątów zidio­ciałe dziecko zaczęło dmu­chać w szyjkę smu­kłej butelki, a wzo­rami świa­tła i cie­nia w kom­na­cie tar­gnęły kon­wul­sje. Raura Czin, porwana przez wzbu­rzony ocean kosz­maru, usły­szała głos mówiący w oddali:

- Czy we wnę­trzu kulki śpi jasz­czurka?

Głos był tak głę­boki i męski, że uznała, że musi nale­żeć do Forala Yatta, tyle że głos Forala Yatta był już inny. Czyj więc mógł być? Gdy obja­wiła się odpo­wiedź, jej zmy­sły były nazbyt otę­piałe, by zare­ago­wać czymś wię­cej niż naj­głęb­szym tonem roz­pa­czy. To był jej głos. Oczy­wi­ście, że to był jej głos.

Foral Yatt uśmiech­nął się na łóżku i opadł leni­wie na plecy. Uśmiech, który nosił na twa­rzy, nale­żał raczej do niego, a nie do gro­te­sko­wej i kąśli­wej paro­dii Raury Czin, ale kiedy się ode­zwał, prze­mó­wił jej akcen­tami:

- Być może jestem kulą. Być może nie­zgłę­biona cha­ry­zma, którą ludzie we mnie dostrze­gają, to w isto­cie jasz­czurka zwi­nięta w moim wnę­trzu. Jej mate­rialna rze­czy­wi­stość jest wąt­pliwa, ale jej wpływ na umysł bez­sporny.

Ich spoj­rze­nia były scze­pione, świa­do­mość sie­bie nawza­jem ugrun­to­wana w tej chwili wza­jem­nego zro­zu­mie­nia, które zawsze ist­niało mię­dzy wężem a kró­li­kiem. Obli­zu­jąc nie­bie­skie wargi, Foral Yatt delek­to­wał się sma­kiem dłu­giej chwili poprze­dza­ją­cej zada­nie coup de grâce.

- Czy mam ci wyznać imię mojej jasz­czurki? Czy mam ci wyznać miano tej rze­czy, dzięki któ­rej jestem wraż­liwa, miło­wana, czczona, opro­mie­niona sławą?

Zna­jąc już odpo­wiedź, Raura Czin pokrę­ciła gwał­tow­nie głową, ale nie była w sta­nie wydo­być z sie­bie głosu.

- Wina.

Już. Zostało powie­dziane. On wie­dział. Pło­mień lata­renki zadrżał. Cie­nie zaszar­żo­wały, lecz zaraz się wyco­fały, prze­gru­po­wu­jąc do kolej­nego ataku.

- Widzisz, to klu­czowe dla mojej toż­sa­mo­ści. To ból, który mnie napę­dza, bez niego jestem niczym. Och, mój uko­chany, pali mnie wstyd, że spro­wa­dzi­łam na cie­bie całe to nie­szczę­ście.

Sto­jąc chwiej­nie u stóp łóżka, z winem z wie­cze­rzy kwa­śnie­ją­cym w żołądku, Raura Czin poczuła się cał­ko­wi­cie zagu­biona, gdy kolejne war­stwy sensu zaczęły nakła­dać się na sie­bie, roz­kwi­ta­jąc w nowe kształty jak zabawka z arty­stycz­nie pomię­tego papieru. Czy Foral Yatt opi­sy­wał wła­sne uczu­cia, czy też naśla­do­wał męki, które dostrzegł w niej? Czy dozna­wał szcze­rych wyrzu­tów sumie­nia z powodu jado­wi­tego kalam­buru, któ­rego się dopu­ścił? W samym środku stra­chu i sko­ło­wa­nia, które dopa­dły Raurę Czin jak hura­gan, zaczęła się for­mo­wać gruda urazy, jasna i zimna w spo­koj­nym oku cyklonu.

Jak śmiał prze­pra­szać? Jak śmiał bła­gać o zro­zu­mie­nie, gdy ode­grał ten nie­zno­śny spek­takl poni­że­nia? W Rau­rze Czin nara­stał gniew, a gdy wpa­try­wała się lodo­wa­tym wzro­kiem w postać na łóżku, ule­gła i bez­bronna syl­wetka wśród wstęg fio­le­to­wej sukni stop­niowo sta­wała się tak samo draż­niąca jak sapa­nie tego nie­zno­śnego dziew­czę­cego głosu.

- Czy możesz mi wyba­czyć? Och, mój kochany, wyda­jesz się taki srogi. Jakże nie­roz­tropna byłam, raniąc cię w ten straszny, lek­ko­myślny spo­sób.

Foral Yatt usiadł i wycią­gnął bła­gal­nie ręce do Raury Czin, nie­sa­mo­wi­cie blade, gdy wyło­niły się niczym łabę­dzie szyje z krezy przy ramio­nach. Oczy ape­lo­wały o uwol­nie­nie od męczarni samo­bi­czo­wa­nia się, nie­bie­skie usta wypo­wia­dały nie­sły­szalne pół­słówka wyja­śnień i prze­pro­sin, zwie­ra­jąc się niby do poca­łunku łak­ną­cego roz­grze­sze­nia.

Z całej siły, na jaką było ją stać, Raura Czin ude­rzyła go grzbie­tem dłoni w usta, roz­sma­ro­wu­jąc nie­bie­ski barw­nik na jego policzku i swo­ich knyk­ciach. Suchy trzask ciosu i okrzyk bólu odbiły się od zim­nych kamien­nych ścian. Foral Yatt upadł do tyłu, zakry­wa­jąc twarz i prze­wra­ca­jąc się na bok. Znie­ru­cho­miał sku­lony na łata­nym worku, zwró­cony ple­cami do Raury Czin.

Raurę Czin ude­rzył nagle widok jego krzy­wego krę­go­słupa, widocz­nego przez roz­pro­szone fio­le­towe wstęgi sukni. Zorien­to­wała się, że gniew w jej sercu idzie w parze z gwał­tow­nym napo­rem w lędź­wiach, bo poczuła erek­cję wyry­wa­jącą się z potrza­sku popie­la­to­sza­rych skó­rza­nych bry­cze­sów. Foral Yatt zaci­snął usta i zaczął szlo­chać na łóżku. Jakby żyjąc wła­snym życiem, dłoń zdrę­twiała i opu­chła po ude­rze­niu prze­su­nęła się w stronę węzła z konop­nego sznura i zaci­snęła się w twardą pięść na brzu­chu.

Raura Czin zgwał­ciła go dwa razy, bru­tal­nie, nie czer­piąc z tego żad­nej przy­jem­no­ści.

Dopiero gdy było po wszyst­kim, zro­zu­miała, jaką krzywdę sobie wyrzą­dziła, i zaczęła pła­kać bez­gło­śnie, jak to robią męż­czyźni, sie­dząc na brzegu narzuty, z ramio­nami drżą­cymi w ciszy. Foral Yatt leżał na łóżku za jej ple­cami, wpa­trzony w prze­ciw­le­głą ścianę. Nasie­nie Raury Czin zaschło jako mały nie­re­gu­larny kleks na osku­ba­nej ala­ba­stro­wej skó­rze nad pra­wym kola­nem aktora - prze­źro­czy­sta błonka na cia­snym wgłę­bie­niu. Foral Yatt szar­pał go w roz­tar­gnie­niu zwier­cia­dla­nymi paznok­ciami, nie mówiąc ani słowa.

Knot w lata­rence sta­wał się coraz krót­szy, aż w końcu zasy­czał i zgasł. W ten wła­śnie spo­sób mie­rzono upływ godzin w Domu bez Zega­rów.

- Nie mia­łem prawa. Nie mia­łem prawa tak cię potrak­to­wać...

- Pro­szę cię. To bez zna­cze­nia.

- Zosta­niesz? Zosta­niesz tu ze mną?

- Nie mogę.

- Ale... co ja pocznę, jeśli odej­dziesz? Nie ma powodu, byś odcho­dziła.

- Powo­dem jest moja praca. Moja praca i moja kariera.

- A co ze mną? Nie widzisz, że zosta­wisz mnie tutaj w potrza­sku? Ni­gdy nie uda mi się uciec. Pro­szę. Zro­bię wszystko, co chcesz, ale nie zosta­wiaj mnie tutaj.

- Powi­nie­neś był o tym pomy­śleć, zanim doko­na­łeś zemsty.

- Och, pro­szę, prze­cież powie­dzia­łem, że żałuję. Nie możesz pomy­śleć o tym, kim byli­śmy dla sie­bie, i mi wyba­czyć?

- Za późno, moja miło­ści. O wiele za późno.

- Nie pozwolę ci odejść. Nie pozwolę, byśmy znów zostali roz­dzie­leni.

- Pro­szę. Nie chcę scen. Ostat­nim razem to było tak żenu­jące.

- Och, nie martw się. Nie będę wsz­czy­nał awan­tur.

- To dobrze. Teraz muszę wysłać któ­rąś gospo­dy­nię, by zamó­wiła dla mnie powóz na rano i zor­ga­ni­zo­wała prze­nie­sie­nie mojej gar­de­roby z powro­tem do pen­sjo­natu.

- Nie zosta­wisz mi nic? Pro­szę, pozwól mi zatrzy­mać tę fio­le­tową suk­nię.

- Nie.

- Czy nie widzisz, co robisz? Zabie­rasz mi wszystko! Jak do tego doszło?

- Nie bądź naiwny. Jeste­śmy w Mie­ście Wybrań­ców For­tuny.

- Zaraz, ty mówisz do mnie o for­tu­nie? Nie jestem już pewien, czy for­tuna w ogóle ist­nieje. Czy ist­nieje szczę­ście, czy tylko oko­licz­no­ści bez formy i pra­wi­dło­wo­ści, bez­sen­sowna fala, która zabiera wszystko ze sobą?

- Czy we wnę­trzu kulki śpi jasz­czurka?

Sie­dząc na bal­ko­nie, nie­świa­do­mie żując ane­miczne nie­bie­skie kwiaty zerwane z okien­nego ogrodu, Som-Som patrzyła na dzie­dzi­niec Domu bez Zega­rów. Przed chwilą, wraz z pierw­szymi pro­mie­niami świtu, przed zaokrą­glone mury zaje­chał powóz. Na wpół zama­sko­wana dziew­czyna zda­wała sobie sprawę, że Raura Czin musi opu­ścić Dom, aby powró­cić do swo­jej bajecz­nej egzy­sten­cji w świe­cie poło­żo­nym poza jego sied­mioma barw­nymi por­ta­lami.

Z początku Raura Czin mówiła o swoim poby­cie w Domu raczej w kate­go­riach mie­sięcy niż tygo­dni, Som-Som przy­pusz­czała więc, że to mroczne prądy pły­nące mię­dzy nią a Fora­lem Yat­tem spo­wo­do­wały nie­za­po­wie­dziany wyjazd. Zasta­na­wiała się, czy aktorka złoży jej wizytę, aby poże­gnać się przed podróżą, i poczuła ukłu­cie smutku na myśl o roz­sta­niu.

Prze­ciw­sta­wiła się dziel­nie temu żalowi, a to przy­nio­sło ogromną ulgę. Som-Som ucie­szyła się, że Raura Czin nie dopu­ściła do tego, by stać się więź­niem tej strasz­li­wej powagi, jaką cecho­wał się Dom, i choćby z tego powodu miała nadzieję, że szczę­ście zawie­dzie aktorkę daleko poza mury, które zakrzy­wiały się niczym szare zabor­cze ramiona.

O cichym poranku dźwięk otwie­ra­nych bla­do­żół­tych drzwi był ostry jak dia­ment i Som-Som wychy­liła się z bal­konu, by popa­trzeć na ele­gancką postać oku­taną w kar­ma­zyn, wcho­dzącą na zimne czarne płyty chod­ni­kowe, na któ­rych nocny chłód pozo­sta­wił nikły nalot szronu.

Som-Som, która w dzie­wią­tym roku życia prze­stała cie­szyć się per­cep­cją głębi, odnio­sła wra­że­nie, że z bla­do­żół­tego roz­cię­cia w ciele Domu bez Zega­rów wypły­nęła samo­na­pę­dza­jąca się kro­pla krwi, która poto­czyła się po pokry­tej szro­nem czar­nej pły­cie dzie­dzińca, ście­ka­jąc powoli w kie­runku bramy po prze­ciw­nej stro­nie. W zależ­no­ści od per­spek­tywy od czasu do czasu uka­zy­wała się dwu­wy­mia­rowa biała dłoń, kre­mowy pła­tek, który wyła­niał się na krótko na powierzchni czer­wo­nej plamy, po czym zni­kał.

W miarę jak pacio­rek kar­ma­zynu prze­su­wał się po podwó­rzu, sta­wał się tym, co osoba bez przy­pa­dło­ści Som-Som roz­po­zna­łaby jako istotę ludzką. Postać zatrzy­mała się w poło­wie dzie­dzińca i odwró­ciła, odchy­la­jąc głowę, by spoj­rzeć wprost na Som-Som, jakby była świa­doma, że na wpół zama­sko­wana przy­gląda się jej od chwili prze­kro­cze­nia progu bla­do­żół­tych drzwi. Zza czer­wieni wyło­niła się twarz.

Foral Yatt wpa­try­wał się w oczy Som-Som, zarówno w to, które mru­gało, jak i to, które mru­gać nie mogło.

Zrazu wyraz jego twa­rzy wyda­wał się nie­pewny, zabar­wiony poczu­ciem winy, które Som-Som uznała za nie­po­ko­jąco zna­jome, potem jed­nak poja­wił się uśmiech. Mijały nie­zmie­rzone dłu­gie sekundy, a oni wpa­try­wali się w sie­bie, po czym on odwró­cił się i poszedł dalej przez duży krąg gagatu, zni­ka­jąc pod wyso­kim kamien­nym łukiem.

Po chwili roz­legł się trzask lej­ców, następ­nie stu­kot kopyt na bruku, kiedy konie zaprzę­żone do powozu otrzą­snęły się z letargu i ruszyły krę­tymi uli­cami Lia­veku, gdzie mię­dzy stło­czo­nymi budyn­kami uno­siła się uspo­ka­ja­jąca woń stu przy­rzą­dza­nych śnia­dań.

Som-Som sie­działa nie­ru­chomo na bal­ko­nie, ze wzro­kiem utkwio­nym w miej­sce, gdzie przy­sta­nął Foral Yatt, kiedy odwró­cił się, by na nią spoj­rzeć. Jego uśmiech pozo­stał jako obraz odci­śnięty w jej umy­śle. Był to uśmiech z rodzaju tych, które Som-Som widziała wcze­śniej i które natych­miast roz­po­zna­wała.

Uśmiech czar­no­księż­nika. Radość kowala szczę­ścia, który w końcu osią­gnął długo odwle­kane speł­nie­nie. Przez nie­zmie­rzony czas Som-Som sie­działa bez ruchu. Na jej twa­rzy zastygł pusty wyraz, aż prze­po­ło­wione rysy odzy­skały pozory jed­no­ści, bo z powodu oszo­ło­mie­nia żywa strona prze­mie­niła się w por­ce­lanę.

Pod­nió­sł­szy się rap­tow­nie, zachy­bo­tała krze­słem tak bar­dzo, że prze­wró­ciło się za jej ple­cami na posadzkę bal­konu. Poru­szała się szybko w oso­bli­wie rwa­nym ryt­mie. Cały tre­ning i dys­cy­plina, które masko­wały jej trud­no­ści w utrzy­ma­niu koor­dy­na­cji, poszły w zapo­mnie­nie, gdy pognała po wąskich drew­nia­nych scho­dach i dalej przez pół­ko­li­ste podwó­rze.

Bla­do­żółte drzwi nie były zary­glo­wane.

Raura Czin sie­działa przy stole, sztywna i wyprę­żona na jed­nym z krze­seł o pro­stym opar­ciu. Wyda­wało się, że wpa­truje się w dwa przed­mioty, które spo­czy­wały na bia­łym drew­nie blatu, nie­zbyt wyraźne w przy­dy­mio­nym świe­tle poranka. Som-Som pode­szła do stołu i przyj­rzała się uważ­niej, mru­żąc oko, które wciąż pozwa­lało się zmru­żyć.

Jed­nym z przed­mio­tów była zwy­kła mie­dziana kulka, która nic dla niej nie zna­czyła. Drugi wyglą­dał raczej jak jajko z czy­sto odcię­tym koń­cem.

Z tą róż­nicą, że był zie­lony.

Z tą róż­nicą, że miał patrzące pusto oczo­doły i bez­ustny uśmiech.

Zapach lukre­cji Som-Som poczuła w tym samym momen­cie, w któ­rym uświa­do­miła sobie, że od chwili jej wej­ścia do kom­naty Raura Czin nie zaczerp­nęła odde­chu.

To nie fizyczne prze­ra­że­nie pognało zasa­paną i poty­ka­jącą się Som-Som z powro­tem przez bla­do­żółte drzwi. Na dzie­dzi­niec wypło­szyła ją kolo­sal­ność tego, co znaj­do­wało się wewnątrz. Nie była to też nie­chęć do prze­by­wa­nia w obec­no­ści umar­łych. Pod­czas lat swo­jej służby kur­ty­zana czar­no­księż­ni­ków stała się świad­kiem gor­szych rze­czy niż oznaki ludz­kiej śmier­tel­no­ści, a samo­bój­stwa w Domu bez Zega­rów zda­rzały się na tyle czę­sto, że ucho­dziły uwa­dze. Z pew­no­ścią nazbyt czę­sto, by spo­wo­do­wać tak gwał­towną reak­cję u kogoś, kogo w chwili naj­więk­szej roz­ko­szy klienci prze­mie­niali nie­kiedy w istotę innego gatunku lub w byt zło­żony z kłę­bią­cych się bia­łych opa­rów.

Nie było to w zupeł­no­ści prze­ra­że­nie, które żeruje na umy­śle, ani stu­pro­cen­towa odraza duchowa. To uczu­cie nie miało żad­nego kształtu, żad­nego wymiaru, który można uchwy­cić, i wła­śnie na tym zasa­dzała się naj­peł­niej­sza jego groza. Popeł­niono strasz­liwą zbrod­nię, potwor­ność o prze­ra­ża­ją­cej wymo­wie i skali, która w pewien spo­sób pozo­stała abs­trak­cyjna, nie­uchwytna. Nie miała żad­nych dostrze­gal­nych zary­sów, jej mon­stru­al­ność była więc nie­skoń­czona i to wła­śnie ona spra­wiła, że Som-Som wyto­czyła się z powro­tem na zimny czarny dzie­dzi­niec.

Chciała wołać do obo­jęt­nych okien Domu bez Zega­rów, wciąż zawar­tych przed poran­nym świa­tłem, pod­czas gdy ci, któ­rzy znaj­do­wali się wewnątrz, cie­szyli się snem zasłu­żo­nym poprzed­niego dnia. Chciała krzy­czeć i obu­dzić całe Mia­sto Wybrań­ców For­tuny, by roz­gło­sić wszem wobec o potwor­no­ści popeł­nio­nej, gdy Lia­vek był zajęty sobą, niczego nie podej­rze­wa­jąc. Ale oczy­wi­ście nie mogła nic powie­dzieć. Ogrom tego, co się wyda­rzyło, pozo­stał zamknięty w jej wnę­trzu, jako coś łusko­wa­tego, zim­nego, odra­ża­ją­cego w jej umy­śle, coś, czego nie można zoba­czyć ani dotknąć, o czym nie można powie­dzieć dru­giemu czło­wie­kowi. Sku­lone w nie­do­sięż­nej ciem­no­ści za por­ce­la­nową maską, wygrze­wało się w ukry­ciu, poza potwier­dze­niem, poza nega­cją.

Ledwo tam obecne.

Prze­ło­żył Robert Sudół

Nawet nie legenda

Z moich doświad­czeń wynika, że dzia­ła­nia dżil­kowca zwy­kle przy­pi­suje się eks­plo­zji magi­strali gazo­wej.

Merelda w końcu przy­je­chała na kon­fe­ren­cję CSI­CON-u, jak zwy­kle zwra­ca­jąc powszechną uwagę. Zapar­ko­wała samo­chód obok sta­rego zada­szo­nego targu i, zdy­szana, prze­szła całą Fet­ter Street, nim przy­po­mniała sobie, że koło­no­tat­nik z pro­po­zy­cjami cią­gle leży na tyl­nym sie­dze­niu auta (cała Merelda!). Więk­szość uczest­ni­ków spo­tka­nia już przy­była. Drzwi agen­cji obrotu nie­ru­cho­mo­ściami były zamknięte tylko na zatrzask. Merelda prze­szła przez nie­oświe­tlone biuro, dotarła do dużej sali kon­fe­ren­cyj­nej na zaple­czu, po czym spę­dziła miłe pięć minut na weso­łej papla­ni­nie, wita­jąc się z gośćmi.

Na końcu dłu­giego stołu kon­fe­ren­cyj­nego zauwa­żyła zde­ner­wo­wa­nego, nie­ogo­lo­nego Mar­cusa Clarke'a, zało­ży­ciela Cen­trum Stu­diów nad Incy­den­tami Cudow­nymi, Oso­bli­wymi i Nie­wy­tłu­ma­czal­nymi. Entu­zja­stycz­nie pero­ro­wał, roz­ma­wia­jąc z ponu­rym Davi­dem Wat­kin­sem. Wat­kins, zawsze naj­bar­dziej kon­ser­wa­tyw­nie ubrany uczest­nik spo­tkań odby­wa­ją­cych się co dwa tygo­dnie, był regio­nal­nym mana­ge­rem firmy Chal­combe & Ben­tine - dla­tego człon­ko­wie CSI­CON-u mogli korzy­stać z lokalu po godzi­nach pracy. Merelda nie­zgrab­nie zdjęła płaszcz pokryty kro­plami desz­czu i poma­chała do swo­jej przy­ja­ciółki Emmy, sie­dzą­cej naprze­ciwko Dave'a i Mar­cusa. Emma była nauczy­cielką i miała hopla na punk­cie kryp­to­zo­olo­gii. Sala kon­fe­ren­cyjna pach­niała skórą; gwar nie­skład­nych roz­mów przy­po­mi­nał ato­nalne dźwięki dzwon­ków wietrz­nych. Brian Appleby, Wysoki Brian, nawra­cał na wiarę w duchy gotkę Adrianę, stu­dentkę medio­znaw­stwa, która wstą­piła do grupy zale­d­wie kilka tygo­dni wcze­śniej. Brian Tay­lor, Niski Brian, nie poja­wił się na trze­cim spo­tka­niu z rzędu. Merelda przy­pusz­czała, że on i jego żona - San­dra, prawda? - są cią­gle zaab­sor­bo­wani nowo naro­dzo­nym dziec­kiem.

A zatem około dzie­się­ciu osób. Nie­źle. Errol Meeks opo­wie­dział aneg­dotę na temat boj­lera zaku­pio­nego nie­dawno do domu; wszy­scy wybuch­nęli śmie­chem i ogar­nęło ich lek­kie poczu­cie winy, że w gru­pie nie ma innych czar­no­skó­rych. Carl o cudzo­ziem­skim nazwi­sku koń­czą­cym się na "-wicz" (albo coś w tym rodzaju) sie­dział z nie­szczę­śliwą miną naj­bli­żej drzwi. Obok stał zwi­nięty dywan oparty o puste krze­sło. Merelda przy­po­mniała sobie, że mówił coś o zmia­nie miesz­ka­nia. Tak, chyba się prze­pro­wa­dza. Ponura mina Carla miała praw­do­po­dob­nie zwią­zek z Ali­son Macre­ady, która spo­glą­dała na niego ostro z końca stołu, gdzie sie­działa w pobliżu Dave'a i Mar­cusa. Roz­ma­wiała z dwoj­giem przy­ja­ciół i sąsia­dów z gór­nego pię­tra, Steve'em i She­ilą Den­to­nami. Przez ostat­nie pół­tora roku Carl i Ali­son byli parą, a ich roz­sta­nie tro­chę popsuło atmos­ferę na poprzed­nim spo­tka­niu. Przy­kre, ale takie rze­czy się zda­rzają.

Merelda prze­wie­siła płaszcz przez ramię jak tor­re­ador muletę i powoli okrą­żyła stół. Zatrzy­my­wała się przed kolej­nymi gośćmi, zamie­niała z nimi kilka słów, po czym usia­dła na wol­nym krze­śle obok Emmy. Wie­czór zapo­wia­dał się dość cie­ka­wie. Mar­cus zapla­no­wał wielką debatę nad zmianą pro­gramu badań CSI­CON-u, a także reorien­ta­cją nie­wiel­kiego kwar­tal­nika grupy - nosił on tytuł "Inte­re­sting Times". Merelda spy­tała młodą nauczy­cielkę, co sądzi o "nie­zba­da­nych wodach", na które pro­po­nuje wypły­nąć Mar­cus, ale Emma odpo­wie­działa, że nie jest pewna, czy dobrze go rozu­mie. Póź­niej zmie­niła temat i poka­zała Merel­dzie w komórce rze­kome zdję­cie czu­pa­ka­bry, tro­chę roz­ma­zane. Gwar roz­mów nagle ucichł jak w kinie, gdy gasną świa­tła, i Merelda zro­zu­miała, że spo­tka­nie wresz­cie się zaczyna. Zamie­niła się w słuch.

Sie­dzia­łem, dopóki mogłem, a potem prze­pro­si­łem i wysze­dłem. Wiał wiatr i sią­piła mżawka. Usły­sza­łem, jak ktoś woła za moimi ple­cami: "Hej, pro­szę zacze­kać! Zapo­mniał pan... pra­nia". Dwa tygo­dnie póź­niej powie­dziano mi, że mniej wię­cej w tym momen­cie dżil­ko­wiec roz­ło­żył boczne płe­twy. Oczy­wi­ście nikt dokład­nie nie wie­dział, co widzi, lecz uczest­nicy spo­tka­nia mieli tro­chę czasu - sekundę, naj­wy­żej dwie - by zro­zu­mieć, czego nie widzą. Może­cie uwa­żać, że taka dra­styczna akcja pre­wen­cyjna wiąże się dla mnie z dużym ryzy­kiem, ale z moich doświad­czeń wynika coś prze­ciw­nego.

David słu­chał Mar­cusa, kiwa­jąc głową i od czasu do czasu chrzą­ka­jąc z apro­batą, bo go lubił i znał od lat, choć, szcze­rze mówiąc, miał wąt­pli­wo­ści co do pro­jektu zmiany pro­gramu badań. Z pew­no­ścią grupa dzia­łała bar­dzo dobrze. Mimo to czuł, że nie może tego powie­dzieć. Miał nie­przy­jemną świa­do­mość, że jest naj­star­szym człon­kiem CSI­CON-u, i nie chciał ucho­dzić za prze­ciw­nika nowych idei, kon­ser­wa­ty­stę albo drę­twusa. Czy ludzie cią­gle mówią "drę­twus"? Nie wie­dział i z żalem godził się z tym, że staje się przez to jesz­cze bar­dziej drę­twy.

Mar­cus kiwał kró­ciutko ostrzy­żoną głową, coraz bar­dziej pod­eks­cy­to­wany.

- Mam na myśli to, że kiedy ludzie rela­cjo­nują zja­wi­ska, zwy­kle opi­sują je za pomocą zna­nych pojęć. A gdyby ktoś spo­tkał się ze zja­wi­skiem, które nie przy­staje do naszych kate­go­rii poję­cio­wych, i nie ma słów, by je opi­sać? Jak opi­sać? To nie­moż­liwe, prawda? Z pew­no­ścią ist­nieją tysiące przy­pad­ków, kiedy... - David sku­pił uwagę na pozo­sta­łych bada­czach nie­wy­tłu­ma­czal­nych feno­me­nów; gryźli łodygi rabar­baru, czę­stu­jąc się z tale­rzy­ków sto­ją­cych na poli­tu­ro­wa­nym stole, przy któ­rym zwy­kle odby­wały się dys­ku­sje o cenach nie­ru­cho­mo­ści pro­wa­dzone przez pra­cow­ni­ków firmy Chal­combe & Ben­tine. Doszło do zamie­sza­nia koło drzwi, gdy do sali wpa­dła elo­kwentna Merelda Jacobs. Skar­żyła się, że zosta­wiła coś w samo­cho­dzie i musiała wró­cić Fet­ter Street w ulew­nym desz­czu. Cóż, czyja to wina? Po dru­giej stro­nie sali, naprze­ciwko Carla Wasowca i jego chy­bo­tli­wego stosu sta­rych gazet, Brian Appleby jaw­nie pod­ry­wał nową człon­ki­nię, Adrianę. Jego wiel­kie jabłko Adama poru­sza­jące się gro­te­skowo w górę i w dół przy­po­mi­nało jojo. David wes­tchnął, choć tylko w duchu.

Może Mar­cus ma rację? Może CSI­CON rze­czy­wi­ście potrze­buje zmian? David przy­po­mniał sobie czasy, gdy zało­żyli go we dwóch, zale­d­wie trzy lata wcze­śniej, chyba w 2016 roku. Było to w trud­nym okre­sie, kiedy Davida opu­ściła Anne - ode­szła w siną dal. Zauwa­żył, jak nie­wielu ma przy­ja­ciół, i potrze­bo­wał kogoś, z kim mógłby poga­dać. Znał Mar­cusa od 2000 roku, gdy młod­szy męż­czy­zna był jego klien­tem i odkryli, że obaj od dawna czy­tają "For­tean Times". Po odej­ściu Anne Mar­cus wpa­dał do niego na piwo dwa razy w tygo­dniu. W cza­sie jed­nego z takich spo­tkań rzu­cił pomysł stwo­rze­nia grupy zaj­mu­ją­cej się bada­niami zja­wisk nad­przy­ro­dzo­nych, "ale z poczu­ciem humoru", jak się wyra­ził, po czym David beł­ko­tli­wie zasu­ge­ro­wał, by spo­ty­kali się w prze­stron­nej sali kon­fe­ren­cyj­nej w fir­mie - i po trzech latach w niej się znaj­do­wali. Gdyby David chciał być szczery, musiałby przy­znać, że w głębi duszy liczył na pozna­nie jakichś atrak­cyj­nych dziew­czyn, ale tak się nie stało. Miał nadzieję pode­rwać dłu­go­nogą She­ilę Hall, lecz ni stąd, ni zowąd wyszła za Steve'a Den­tona. "Czym się róż­nię od Briana Appleby'ego, wygła­sza­ją­cego cha­otyczne tyrady o polter­ge­iście z Enfield, by ukryć samot­ność?" - pomy­ślał.

Mar­cus, sie­dzący obok Davida, popro­sił o ciszę i zaczął entu­zja­stycz­nie pero­ro­wać na temat "stu­diów nad nega­tywną prze­strze­nią w feno­me­no­lo­gii", cokol­wiek to miało zna­czyć. Wie­czór się roz­po­czął.

Jak już wspo­mnia­łem, trzeba się przy­zwy­czaić do życia emo­cjo­nal­nego szep­czą­cego wacka. Wcze­śniej jej nie spo­tka­łem - i było oczy­wi­ste, że mnie nie znosi - ale myśla­łem głów­nie o sek­sie, który będziemy upra­wiać, a także o tym, jakie ładne ma oczy. Ow­szem, czu­łem lek­kie wyrzuty sumie­nia z powodu losu cze­ka­ją­cego uczest­ni­ków zebra­nia. Wiem, że to nie­zbyt racjo­nalne: widzia­łem ich po raz pierw­szy, a oni mnie po raz ostatni. Był to poże­gnalny wie­czór. Cho­ciaż uwa­żam to za nie­moż­liwe, usi­ło­wa­łem patrzeć na świat z ich punktu widze­nia i dla­tego im współczu­łem. Kiedy roz­ma­wia­łem z nimi przed dwoma tygo­dniami, nie wyda­wało się to przy­kre; chcia­łem, żeby spę­dzili ze sobą tro­chę czasu, bo z ich per­spek­tywy był to ostatni wie­czór. Nie wsta­łem i nie wysze­dłem natych­miast, bo nie jestem potwo­rem. Pra­gnę to pod­kre­ślić.

Posta­no­wiła wię­cej nie przy­cho­dzić na spo­tka­nia grupy. Pod­jęła decy­zję, gdy w poło­wie glę­dze­nia o umar­łych, któ­rzy nie mogą zaznać spo­koju, żyla­sty Brian spy­tał, czy widziała film z Timo­thym Spal­lem. Fan­ta­styczna kre­acja. Ma go w domu i gdyby Adriana miała ochotę wpaść i obej­rzeć...

Ogól­nie rzecz bio­rąc, doszła do wnio­sku, że CSI­CON nie speł­nił jej nadziei - tak naprawdę liczyła na zdo­by­cie mate­ria­łów do pracy magi­ster­skiej zaty­tu­ło­wa­nej Sub­kul­tura bada­czy zja­wisk para­nor­mal­nych a współ­cze­sna pra­wica. Czuła lek­kie wyrzuty sumie­nia: nie była z nimi szczera. Suge­ro­wała, że stu­diuje zja­wi­ska nad­przy­ro­dzone, choć w grun­cie rze­czy stu­dio­wała bada­ją­cych je ludzi.

U szczytu stołu łysy wykła­dowca lite­ra­tury angiel­skiej, z pew­no­ścią gej, ener­gicz­nie kon­ty­nu­ował mono­log. Jeśli Adriana dobrze rozu­miała, główna teza spro­wa­dzała się do tego, że zamiast szu­kać wam­pi­rów, lata­ją­cych tale­rzy, yeti, potwo­rów z Loch Ness i innych praw­do­po­dob­nie nie­ist­nie­ją­cych feno­me­nów, grupa powinna poszu­ki­wać zja­wisk, któ­rych ist­nie­nia nikt nawet nie podej­rzewa.

- Chcę powie­dzieć, że wszy­scy wie­dzą, czym są duchy. - Cóż, nie wie­dzą. - Powin­ni­śmy szu­kać zja­wisk, które są dla nas nie­wi­dzialne. - W oczy­wi­sty spo­sób obej­muje to duchy, jeśli się nad tym głę­biej zasta­no­wić. Po pro­stu, nie tylko w zna­cze­niu aka­de­mic­kim.

Adriana, sta­ran­nie uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z chu­dym jak szczapa sąsia­dem po lewej, zatrze­po­tała sztucz­nymi rzę­sami i zer­k­nęła na resztę grupy. Obok pero­ru­ją­cego i gesty­ku­lu­ją­cego pre­le­genta sie­dział pośred­nik obrotu nie­ru­cho­mo­ściami, który przy­po­mi­nał jej ojca, choć wyda­wał się jesz­cze bar­dziej przy­gnę­biony i ziry­to­wany. Nieco dalej, po prze­ciw­nej stro­nie, pewien Polak wycho­dził ze skóry, by wszy­scy zauwa­żyli nie­dawno kupione przez niego ultra­no­wo­cze­sne kolumny gło­śni­kowe, a na końcu stołu pięć­dzie­się­cio­kil­ku­let­nia rudo­włosa kobieta, która spóź­niła się na spo­tka­nie, osten­ta­cyj­nie prze­glą­dała koło­no­tat­nik i gło­śno cmo­kała. Obok niej słu­chała pre­le­genta niska blon­dynka ubrana w bluzę jak z kry­mi­nału skan­dy­naw­skiego - Adriana przy­pusz­czała, że to kolejna nauczy­cielka - a poza tym, po pra­wej, kilka pustych krze­seł dalej, sie­dział Errol. Był jedy­nym czar­no­skó­rym człon­kiem CSI­CON-u i, przy­pad­kowo, jedyną osobą, któ­rej imię zdo­łała zapa­mię­tać.

Żaden z nich nie był uży­teczny, bo żaden nie był szcze­gól­nie pra­wi­cowy. Powinna zmie­nić tak­tykę, zapi­sać się do Angiel­skiej Ligi Obrony i cze­kać na wzmianki o Atlan­ty­dzie albo teo­rii pustej Ziemi. Prze­su­nęła nie­wielką gumę do żucia z pra­wej strony ust na lewą i pod­jęła sta­now­czą decy­zję - nie przyj­dzie na następne spo­tka­nie za dwa tygo­dnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki