Ilion. Dylogia. Tom 1 - Dan Simmons

Kup ebooka

62.00 zł
52.70 zł (49,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

8. Ardis

8

Ardis

Daeman spał smacz­nie i śnił o kobie­tach.

Śniły mu się - co uwa­żał za zabawny i nieco intry­gu­jący zbieg oko­licz­no­ści - jedy­nie w samotne noce. Wyglą­dało na to, że potrze­bo­wał regu­lar­nej dawki cie­pła kobie­cego ciała i gdy cało­dzienne usi­ło­wa­nia zawo­dziły, odpo­wied­nie dozna­nia zapew­niała mu pod­świa­do­mość. Ock­nął się dość późno w swym wygod­nym pokoju w Dwo­rze Ardis. Sen roz­padł się na ulotne frag­menty i znik­nął. Pozo­sta­wił jed­nak po sobie poranną erek­cję i kilka nie­ja­snych wspo­mnień - widok ciała Ady (lub kogoś bar­dzo do niej podob­nego). Było cie­płe i blade. Spry­skane won­no­ściami. Obda­rzone kształt­nymi poślad­kami, krą­głymi pier­siami i moc­nymi udami. Daeman nie mógł się już docze­kać chwili, kiedy weź­mie je w ramiona. Tego bowiem pięk­nego poranka nie miał w zasa­dzie żad­nych wąt­pli­wo­ści. Czuł, że Ada już mu się nie wymknie.

Jakiś czas potem wyką­pał się, ogo­lił i ubrał w odpo­wied­nio do sytu­acji (był prze­cież na wsi) swo­bodny strój: luźne baweł­niane spodnie w biało-nie­bie­skie pasy, kami­zelkę z serży, paste­lową mary­narkę, koszulę z bia­łego jedwa­biu i spięty szpilką z rubi­nem fular. Cało­ści dopeł­niły czarne, skó­rzane buty (nieco bar­dziej wytrzy­małe od jego tra­dy­cyj­nych, wizy­to­wych moka­sy­nów) i ulu­biona drew­niana laska. Śnia­da­nie zjadł w zala­nej słoń­cem oran­że­rii, gdzie ucie­szył się na wia­do­mość, że Han­nah i ten utra­piony Har­man wyje­chali wcze­snym ran­kiem.

- Przy­go­to­wują się do wie­czor­nego odlewu - wyja­śniła Ada enig­ma­tycz­nie, lecz Daeman nie poczuł się zain­te­re­so­wany na tyle, by pro­sić o dodat­kowe wyja­śnie­nia. Do szczę­ścia wystar­czała mu świa­do­mość, że facet wresz­cie znik­nął.

Dziś rano Ada nie poru­szała absur­dal­nych tema­tów w rodzaju ksią­żek czy stat­ków kosmicz­nych. Spę­dziła z nim za to wiele czasu i chęt­nie przy­jęła na sie­bie rolę prze­wod­niczki. Przy­po­mniała Daema­nowi roz­kład pomiesz­czeń dworu, opro­wa­dziła go po kry­tych dwu­spa­do­wym sufi­tem kory­ta­rzach; zwie­dzili prze­stronne piw­niczki z winem, tajne przej­ścia i wie­kowe pod­da­sza. Wró­ciły do niego wspo­mnie­nia z pierw­szej wizyty w Ardis. Mło­dziutka, nie­opie­rzona Ada wpro­wa­dziła go wtedy po roz­kle­ko­ta­nej dra­bince na lądo­wi­sko skocz­ków, a Daeman - nie­zmien­nie łasy na tego rodzaju obja­wie­nia - ujrzał prze­lot­nie raj wszyst­kich mło­dych chło­pa­ków świata. Jedno spoj­rze­nie pod spód­niczkę idą­cej przo­dem dziew­czynki: dosko­nale zapa­mię­tał mlecz­no­białe uda i maja­czący mię­dzy nimi cień.

Dzi­siaj także wspięli się po tej samej dra­bince na tę samą plat­formę, lecz tym razem Ada puściła go przo­dem, a gdy zgło­sił dżen­tel­meń­ski sprze­ciw i zauwa­żył, że pierw­szeń­stwo należy się damom, roz­cią­gnęła wargi w łobu­zer­skim uśmie­chu, wska­zu­ją­cym, że i ona tam­tego wyda­rze­nia nie zapo­mniała.

Dwór Ardis był wysoki. Plat­forma lądo­wi­ska - zbu­do­wana z lśnią­cych mimo sta­ro­ści maho­nio­wych desek - wisiała pomię­dzy spa­dzi­stymi dachami sześć­dzie­siąt stóp nad zie­mią i wybie­gała ponad żwi­rowy pod­jazd, na któ­rym stały woj­niksy. Z tej wyso­ko­ści przy­po­mi­nały zardze­wiałe dwu­nożne ska­ra­be­usze. Daeman ostroż­nie nie zbli­żył się do nie­za­bez­pie­czo­nej porę­czą kra­wę­dzi, lecz Ada odważ­nie pode­szła na sam skraj. Z tęsk­notą w oczach powio­dła spoj­rze­niem po traw­niku, cią­gną­cym się spod domu aż po odle­głą linię lasu.

- Prawda, że czło­wiek oddałby wszystko za jed­nego spraw­nego skoczka? - ode­zwała się dziew­czyna. - Choćby tylko na kilka dni...

- Nie­prawda. Po co mi sko­czek?

Ada unio­sła smu­kłą dłoń i ski­nęła ku drze­wom.

- Nawet zwy­kłym, dzie­cię­cym skocz­kiem można było prze­le­cieć nad lasem i rzeką, ponad tam­tymi wzgó­rzami na zacho­dzie. Ludzie fru­wali i fru­wali. Całymi dniami, bez prze­rwy. Dola­ty­wali nawet w oko­lice, gdzie nie ma fak­so­wę­złów.

- Nie rozu­miem tylko po co.

Dziew­czyna przyj­rzała mu się uważ­niej.

- Nie jesteś cie­kaw? Nie inte­re­suje cię, co tam jest?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Równina Ilionu

1

Rów­nina Ilionu

Gniew.

Opie­waj, o Muzo, gniew Achil­lesa, gniew syna Peleusa, zbrod­ni­czego mężo­bójcy, któ­remu śmierć jest prze­zna­cze­niem. Zanoś pieśń o gnie­wie, który kosz­to­wał Acha­jów tak wielu dobrych ludzi, który tak liczne, pełne życia i ser­deczne dusze posłał poza wrota posęp­nego Domu Śmierci. Zaśpie­waj też, o Muzo, o gnie­wie bogów, kapry­śnie wła­da­ją­cych z wyżyn nowego Olimpu; opo­wiedz nam, śpie­waczko, o gnie­wie post­lu­dzi, choć ci dawno już znik­nęli; oraz o gnie­wie nie­licz­nych oca­la­łych ludzi praw­dzi­wych, tych bez­u­ży­tecz­nych, któ­rych zaprząta tylko wła­sny los. Wspo­mnij też, o Muzo, w swej pie­śni gniew istot świa­do­mych i czu­ją­cych, lecz nie do końca ludz­kich, które śnią pod lodami Europy, umie­rają w siar­ko­wych popio­łach Io i przy­cho­dzą na świat w sku­tych siar­czy­stym mro­zem doli­nach Gani­me­desa.

Nie zapo­mnij rów­nież, o Muzo, o mnie samym. O nie­szczę­snym, ponow­nie i wbrew woli naro­dzo­nym Hoc­ken­ber­rym - o bied­nym mar­twym dok­to­rze Tho­ma­sie Hoc­ken­ber­rym, przez przy­ja­ciół nazy­wa­nym Hoc­ken­bu­shem, tych przy­ja­ciół, któ­rzy dawno temu obró­cili się w pył w zapo­mnia­nym przed wie­kami świe­cie. Głoś pieśń o moim gnie­wie. Tak, rów­nież o moim gnie­wie, o Muzo, choć jakże drob­nym i nie­zna­czą­cym w porów­na­niu z wście­kło­ścią nie­śmier­tel­nych Olim­pij­czy­ków lub furią Achil­lesa, zabójcy bogów.

Cho­ciaż jed­nak nie, o Muzo. O mnie nie śpie­waj wcale. Znam cię dobrze. Byłem twym sługą i nie­wol­ni­kiem, o Muzo, ty dziwko nie­zrów­nana. I nie ufam ci, o Muzo. Nie dowie­rzam ci ani tro­chę.

***

Skoro przy­pa­dła mi - nie­chęt­nie, przy­znam, peł­niona - rola chóru tej opo­wie­ści, mogę ją roz­po­cząć w dowol­nie wybra­nym przez sie­bie momen­cie. Roz­pocznę ją więc wła­śnie od tej chwili...

Nastaje dzień podobny wszyst­kim innym z ponad dzie­wię­ciu lat, jakie minęły od moich ponow­nych naro­dzin. Budzę się w kosza­rach scho­lii. Jak okiem się­gnąć, pod błę­kit­nym nie­bem cią­gną się poła­cie czer­wo­nego pia­sku. Ota­czają mnie wiel­kie, kamienne głowy. Ze snu wyrywa mnie wezwa­nie Muzy. Zabój­cze cer­be­rydy obwą­chują mnie i prze­pusz­czają. Szybką krysz­ta­łową windą wjeż­dżam na tra­wia­sty wierz­cho­łek Olimpu - sie­dem­na­ście mil w górę, po wschod­nim zbo­czu góry. Tam, gdy już zaanon­so­wano me przy­by­cie do pustej willi Muzy, odbie­ram pole­ce­nia od scho­dzą­cego ze służby scho­lia­sty, zakła­dam mor­fu­jącą bran­so­letę i bojowy pan­cerz, wsu­wam za pas para­li­za­tor, po czym tele­por­tuję się kwan­towo - tekuję - na zalaną wie­czor­nym świa­tłem rów­ninę Ilionu.

Jeżeli kie­dy­kol­wiek pró­bo­wa­li­ście sobie wyobra­zić oblę­że­nie tego mia­sta - czym ja zaj­mo­wa­łem się zawo­dowo przez ponad dwa­dzie­ścia lat - pogódź­cie się teraz z fak­tem, iż wasza wyobraź­nia z pew­no­ścią zada­niu nie spro­stała. Prze­ko­na­łem się o tym na sobie. Rze­czy­wi­stość jest dalece bar­dziej cudowna i strasz­liwa niż obrazy odma­lo­wane w wier­szach śle­pego poety.

Przede wszyst­kim mia­sto. Ilion. Troja. Jedno z naj­wspa­nial­szych, ufor­ty­fi­ko­wa­nych poleis sta­ro­żyt­no­ści - wyra­sta z rów­niny nieco ponad dwie mile od plaży, na któ­rej teraz stoję, lecz mimo odle­gło­ści wciąż jest wyraź­nie widoczne i piękne. Wydaje się, że ze swo­jego wznie­sie­nia włada całą oko­licą. Wyso­kie mury migocą pło­mie­niami tysięcy ognisk i pochodni. Wieże nie są wcale tak nie­bo­tyczne, jak sta­rał się nas prze­ko­nać Mar­lowe, lecz mimo to osza­ła­mia­jące - strze­li­ste, okrą­głe, obce i olśnie­wa­jące.

Następ­nie mamy Acha­jów, Dana­jów i rze­sze pozo­sta­łych najeźdź­ców - ści­śle rzecz ujmu­jąc, nie są jesz­cze Gre­kami, gdyż od powsta­nia tego narodu dzielą nas z górą dwa tysiące lat. Ja jed­nak pozwolę sobie ich w ten spo­sób okre­ślać. Grec­kie obozy cią­gną się wzdłuż tutej­szego wybrzeża dłu­gimi milami. Pro­wa­dząc zaję­cia z "Iliady", wykła­da­łem stu­den­tom, że wojna tro­jań­ska, wbrew całej swej home­ryc­kiej glo­rii, w rze­czy­wi­sto­ści była praw­do­po­dob­nie kon­flik­tem pomniej­szym - ot, marne kilka tysięcy wojow­ni­ków z Gre­cji wystą­piło prze­ciwko porów­ny­wal­nej licz­bie Tro­jan. Nawet naj­bar­dziej uczeni człon­ko­wie scho­lii - grupy uczo­nych bada­ją­cych "Iliadę" od nie­mal dwóch mile­niów - sza­co­wali na pod­sta­wie eposu, że czar­nymi okrę­tami, które dzie­więć lat temu spo­częły na pobli­skiej plaży, nie mogło przy­być wię­cej niż pięć­dzie­siąt tysięcy wojow­ni­ków z Achai i pozo­sta­łych grec­kich krain.

Jakże się mylili! Obec­nie oce­nia się, że Ilion naje­chało ponad dwie­ście pięć­dzie­siąt tysięcy Gre­ków, a Tro­jan wraz z woj­skami sojusz­ni­czymi zebrała się mniej wię­cej połowa tej liczby. Wygląda na to, że aby wziąć udział w tej bitwie ocho­czo sta­wili się wielcy wojow­nicy i boha­te­ro­wie z każ­dej, nawet naj­mniej­szej, grec­kiej wyspy - wszak wojna ozna­cza łupy - i przy­wie­dli ze sobą żoł­nie­rzy, sprzy­mie­rzeń­ców, słu­żą­cych, nie­wol­ni­ków i kon­ku­biny.

Widok jest powa­la­jący: mila za milą jasno oświe­tlo­nych namio­tów, obo­zo­wych ogni, zasie­ków z naostrzo­nych pali, mile rowów obron­nych wyko­pa­nych w twar­dej gle­bie powy­żej plaży - nie w celu zapew­nie­nia sobie ochrony i kry­jówki, lecz by znie­chę­cić tro­jań­ską kawa­le­rię do szarż. A całe to mro­wie namio­tów i ludzi - wypo­le­ro­wane groty i gład­kie tar­cze - wszystko roz­bły­skuje w bla­sku pło­mieni tysięcy ognisk dają­cych wojow­ni­kom cie­pło i strawę. Migocą też stosy pogrze­bowe.

Bo tutaj zwłoki się pali.

Zaraza nęka sze­regi Gre­ków już od kilku tygo­dni. Naj­pierw zaczęły zdy­chać osły i psy, potem padli pierwsi poje­dyn­czy żoł­nie­rze i nie­wol­nicy, aż wresz­cie, nagle, dzie­sięć dni temu, roz­pę­tała się praw­dziwa epi­de­mia, powa­la­jąc wię­cej achaj­skich i danaj­skich hero­sów, niż zdo­łali to uczy­nić Tro­ja­nie w ciągu dłu­gich mie­sięcy oblę­że­nia. Oso­bi­ście podej­rze­wam tyfus. Grecy są jed­nak świę­cie prze­ko­nani, że źró­dłem cho­roby jest gniew Apolla.

Widy­wa­łem go z oddali - zarówno na Olim­pie, jak i tutaj - i rze­czy­wi­ście typ jest dość paskudny. Apollo to patron łucz­ni­ków, pan srebr­nego łuku, bóstwo "nio­sące śmierć z oddali" i cho­ciaż nosi tytuł boga zdro­wia, włada rów­nież cho­ro­bami. Co wię­cej, jest w tym star­ciu naj­waż­niej­szym spo­śród Olim­pij­czy­ków sojusz­ni­kiem Tro­jan i gdyby mógł speł­nić swą wolę, Acha­jo­wie wymar­liby do ostat­niego. Bez względu na to, czy tyfus naro­dził się w zbru­ka­nych gni­ją­cymi tru­pami rze­kach i stud­niach, czy przy­nio­sły go srebrne strzały Apolla, są Grecy zupeł­nie słusz­nie prze­świad­czeni, że bóg życzy im klę­ski.

W tej chwili Achaj­scy kró­lo­wie - a we wła­snym kraju i wła­snych oczach kró­lem jest każdy z tych grec­kich wodzów - zbie­rają się w cie­niu namiotu Aga­mem­nona, by nara­dzić się co do spo­sobu odpar­cia zarazy. Zmie­rzam w ich stronę powoli, a nawet nieco nie­chęt­nie, mimo że po ponad dzie­wię­ciu latach dłu­żą­cego się ocze­ki­wa­nia i obser­wa­cji oblę­że­nia dzi­siej­szy wie­czór powi­nien się oka­zać naj­bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cym ze wszyst­kich dotych­cza­so­wych. Dzi­siaj bowiem home­rycka "Iliada" zaczyna się naprawdę.

Oczy­wi­ście oglą­da­łem już część opi­sa­nych w epo­sie wyda­rzeń, te, które poeta prze­niósł w momenty bar­dziej sprzy­ja­jące arty­stycz­nej wizji. Widzia­łem na przy­kład tak zwany "kata­log okrę­tów", kiedy to spi­sano i wymie­niono grec­kie siły. Homer umie­ścił tę chwilę w dru­giej księ­dze "Iliady", lecz ja byłem jej świad­kiem już ponad dzie­więć lat temu, pod­czas kon­cen­tra­cji sił przed wyprawą. Doszło do tego w Auli­dzie, cie­śni­nie dzie­lą­cej Eubeę i kon­ty­nen­talną część Gre­cji. Przy­pa­try­wa­łem się też epi­po­le­sis, doko­na­nemu przez Aga­mem­nona prze­glą­dowi wojsk, który w dziele Homera poja­wia się w księ­dze czwar­tej, lecz w rze­czy­wi­sto­ści odbył się nie­ba­wem po wylą­do­wa­niu armii pod Ilio­nem. Jakiś czas po owym wyda­rze­niu nastą­piło to, co, naucza­jąc, okre­śla­łem mia­nem teicho­sko­pii, czyli "widoku z muru", kiedy Helena poka­zy­wała Pria­mowi i pozo­sta­łym przy­wód­com Tro­jan achaj­skich boha­te­rów i wymie­niała ich imiona. Teicho­sko­pia zna­la­zła się w księ­dze trze­ciej "Iliady", lecz - podob­nie jak epi­po­le­sis - fak­tycz­nie wyda­rzyła się nie­długo po przy­by­ciu grec­kich stat­ków.

O ile poję­cia rze­czy­wi­sto­ści i fak­tów mają tu w ogóle jakieś zasto­so­wa­nie.

Tym się nie kło­poczmy, dzi­siaj bowiem zwo­łano zgro­ma­dze­nie przed namio­tem Aga­mem­nona i dzi­siaj doj­dzie do sporu pomię­dzy kró­lem i Achil­le­sem. Od tego wła­śnie zaczyna się akcja "Iliady" i wiem, że powi­nie­nem na tym nie­zwy­kłym wie­czo­rze skon­cen­tro­wać całą ener­gię i przy­wo­łać na pomoc cały zasób swej nauko­wej wie­dzy. Jed­nakże, prawdę powie­dziaw­szy, mam to wszystko w dupie. Niech się pysz­nią. Niech się cheł­pią. Niech­że Achil­les dobę­dzie mie­cza - no dobrze, przy­znaję, że tę aku­rat scenę chęt­nie bym zoba­czył. Cie­kawe, czy żeby go powstrzy­mać, Atena naprawdę stawi się tu oso­bi­ście, czy, też jej inter­wen­cja była po pro­stu home­rycką meta­forą zdro­wego roz­sądku, który osta­tecz­nie posta­no­wił się ode­zwać w sercu Achil­lesa? Całe życie cze­ka­łem, by zna­leźć na to pyta­nie odpo­wiedź, a teraz gdy od jej uzy­ska­nia dzielą mnie led­wie minuty, z jakie­goś nie­zro­zu­mia­łego powodu... No, mam to w dupie.

Dzie­więć lat uciąż­li­wego, mozol­nego odzy­ski­wa­nia wspo­mnień sprzed bole­snego zmar­twych­wsta­nia. Dzie­więć lat bez­u­stan­nej wojny i pozo­wa­nia na herosa, nie mówiąc nawet o dzie­wię­ciu latach życia w nie­woli u bogów i Muzy. Tak, te dzie­więć lat wywarło na mnie silne piętno. Jeśli o mnie cho­dzi, rów­nie dobrze mógłby się na nie­bie poja­wić nagle B-52 i zrzu­cić na zwa­śnio­nych Gre­ków i Tro­jan bombę ato­mową. Pie­przyć tych wszyst­kich boha­te­rów i ich drew­niane rydwany.

Mimo szcze­rej nie­chęci zmie­rzam cięż­kim kro­kiem ku namio­towi Aga­mem­nona. W końcu to prze­cież moja praca, moje zada­nie. Gdy­bym tego spo­tka­nia nie prze­śle­dził i nie zło­żył raportu Muzie, stra­cił­bym posadę. Bogo­wie prze­mie­li­liby mnie z powro­tem w strzępki nitek DNA, z któ­rych mnie wskrze­sili, i to - jak się cza­sem ład­nie powiada - byłoby tyle.

2. Wzgórza Ardis, Dwór Ardis

2

Wzgó­rza Ardis, Dwór Ardis

Daeman zma­te­ria­li­zo­wał się w pobliżu domu Ady. Kilka razy zamru­gał z głup­ko­wa­tym wyra­zem twa­rzy, rażony pro­mie­niami czer­wo­nego słońca. Na nie­bie nie było ani jed­nej chmury. Blask zachodu pło­nął pomię­dzy wyso­kimi drze­wami na grani, roz­świe­tla­jąc oba wiru­jące z wolna na kobal­to­wym nie­bie pier­ście­nie B i R. Daeman poczuł się nieco zdez­o­rien­to­wany. Tutaj zapa­dał wie­czór, a drobną sekundę wcze­śniej, gdy fak­so­wał się z przy­ję­cia w Ułan­ba­cie - Tobi obcho­dził aku­rat swoją Drugą Dwu­dziestkę - było jesz­cze rano. Odkąd zło­żył Adzie ostat­nią wizytę minęło już wiele lat, a wyjąw­szy domy tych zna­jo­mych i przy­ja­ciół, któ­rych odwie­dzał naj­czę­ściej - Sed­mana w Paryżu, Ono w Bel­lin­ba­dzie, Risir na kli­fach Chomu, kilku innych osób - ni­gdy nie miał poję­cia na jakim kon­ty­nen­cie, tudzież o któ­rej godzi­nie wylą­duje. W grun­cie rze­czy to nie miało szcze­gól­nego zna­cze­nia - chło­pak i tak nie znał nazw ani roz­kładu kon­ty­nen­tów, a jesz­cze mniej­sze poję­cie miał o geo­gra­fii i spra­wach takich jak kon­cep­cja stref cza­so­wych.

Dez­orien­ta­cja była jed­nak rze­czy­wi­sta. Uciekł mu cały dzień. A może wła­śnie jeden dzień zyskał? W każ­dym razie, powie­trze pach­niało tutaj ina­czej - było bar­dziej duszne, wil­gotne, dzi­kie.

Daeman rozej­rzał się. Stał pośrodku stan­dar­do­wej plat­formy fak­so­wej. Kon­struk­cja była typowa: z per­ma­be­to­no­wego okręgu ster­czały fiku­śne żela­zne słupki pod­trzy­mu­jące jak w ogro­do­wej altance kopułę z żół­tego krysz­tału. W samym cen­trum kręgu tkwił słup ozna­czony tra­dy­cyj­nym, lecz nie­zro­zu­mia­łym dla niego sym­bo­lem. Poza plat­formą, w całej doli­nie nie było widać żad­nej innej budowli. Tylko trawa, drzewa, szem­rzący w oddali stru­mień i krzy­żu­jące się na nie­bie pier­ście­nie, obra­ca­jące się powoli niczym obrę­cze gigan­tycz­nego żyro­skopu.

Wie­czór był cie­pły i bar­dziej wil­gotny niż w Ułan­ba­cie. Plat­formę zbu­do­wano w niecce łąki oto­czo­nej niskimi wznie­sie­niami. Dwa­dzie­ścia stóp dalej cze­kał mocno już sfa­ty­go­wany, dwu­oso­bowy, jed­no­ko­łowy kabrio­let. Tuż nad kozłem uno­sił się rów­nie wie­kowy ser­wi­tor, a pomię­dzy drew­nia­nymi dysz­lami stał samotny woj­niks. Daeman odwie­dził ostatni raz Ardis już ponad dzie­sięć lat temu, lecz w jed­nej chwili przy­po­mniał sobie wręcz bar­ba­rzyń­skie nie­wy­gody tutej­szego życia. Prze­cież to absurd - co trzeba mieć w gło­wie, żeby nie zbu­do­wać domu tuż przy fak­so­węźle?

- Daeman Uhr? - upew­nił się ser­wi­tor, mimo że prze­cież musiał znać toż­sa­mość gościa.

Daeman burk­nął coś w odpo­wie­dzi i wycią­gnął rękę, w któ­rej trzy­mał swój pod­nisz­czony nese­ser. Maleńki ser­wi­tor pod­le­ciał bli­żej, prze­jął bagaż wyście­ła­nymi mięk­kim mate­ria­łem chwy­ta­kami i zapa­ko­wał go do kry­tego płót­nem bagaż­nika. Chło­pak zajął miej­sce w kabrio­le­cie.

- Cze­kamy jesz­cze na kogoś?

- Przy­był pan jako ostatni z gości - odparł ser­wi­tor.

Z nikłym brzę­cze­niem wle­ciał z powro­tem na kozioł i roz­ka­zu­jąco cmok­nął. Woj­niks pode­rwał dyszle i ruszył bie­giem w kie­runku zacho­dzą­cego słońca. Jego rdze­wie­jące koń­czyny i koło kabrio­letu pra­wie nie wzbi­jały kurzu ze żwi­ro­wej drogi. Daeman roz­siadł się wygod­nie na obi­tym zie­loną skórą sie­dze­niu, wsparł dło­nie na główce laski i zaczął się roz­ko­szo­wać prze­jażdżką.

Nie przy­był do Ady po pro­stu w odwie­dziny. Poja­wił się tutaj, by ją uwieść. Tym wła­śnie zaj­mo­wał się naj­czę­ściej - uwo­dził młode kobiety. Aha, kolek­cjo­no­wał jesz­cze motyle. Fakt, że Ada miała około dwu­dzie­stu pię­ciu lat, a on dobi­jał powoli swo­jej Dru­giej Dwu­dziestki, zupeł­nie mu nie prze­szka­dzał. Podob­nie jak ten drugi fakt - Ada była jego kuzynką. Zaka­zu­jące kazi­rod­czych związ­ków tabu wyga­sło już dawno temu. Zresztą Daeman ni­gdy nawet nie sły­szał o dry­fie gene­tycz­nym. A gdyby sły­szał, pozo­sta­wiłby napra­wie­nie ewen­tu­al­nych szkód kon­ser­wa­torni. Kon­ser­wa­tor­nia potra­fiła wyle­czyć wszystko.

Dekadę temu chło­pak odwie­dził Dwór Ardis w ramach rodzin­nej wizyty - oraz po to, by uwieść kuzynkę Ady, Vir­gi­nię. Oczy­wi­ście wyłącz­nie dla zabi­cia nudy, gdyż Vir­gi­nia miała mniej wię­cej tyle uroku, co prze­ciętny woj­niks. Wtedy jed­nak, po raz pierw­szy w życiu, zoba­czył Adę nago. Prze­mie­rzał wła­śnie nie­koń­czące się kory­ta­rze dworu w poszu­ki­wa­niu oran­że­rii, gdzie miano podać śnia­da­nie. W pew­nej chwili zna­lazł się przy wej­ściu do pokoju dziew­czyny. Drzwi były uchy­lone, a za nimi widać było wyso­kie, lekko wypa­czone lustro. Szklana tafla uka­zy­wała odbi­cie Ady, obmy­wa­ją­cej się ze znu­dzoną miną gąbką w mied­nicy. O kuzynce Daemana dało się powie­dzieć wiele, lecz nie to, by prze­sad­nie dbała o higienę - potwier­dził to odkry­cie póź­niej. Nie­mniej ten obraz - uroda mło­dej kobiety wyklu­wa­ją­cej się wła­śnie z poczwarki wieku dziew­czę­cego - pochło­nął go bez reszty. Jego, męż­czy­znę nie­wiele wów­czas star­szego niż Ada była obec­nie.

Zresztą nawet wów­czas, gdy jej bio­dra i uda wciąż zdra­dzały dzie­cięce krą­gło­ści, a piersi były zale­d­wie goto­wymi do roz­kwit­nię­cia pącz­kami, Ada sta­no­wiła widok, dla któ­rego warto było przy­sta­nąć. Była blada - jej skóra nie tra­ciła jasnego per­ga­mi­no­wego odcie­nia, bez względu na to, jak długo dziew­czyna prze­by­wała na słońcu - a szare oczy, mali­nowe usta i kru­czo­czarne włosy skła­dały się na całość żyw­cem wyjętą z marzeń domo­ro­słego miło­śnika ero­tyki. W myśl zale­ceń ówcze­snej mody kobiety powinny golić pachy, lecz ani młoda Ada, ani - Daeman miał na to nie­kła­maną nadzieję - jej bar­dziej doro­słe wcie­le­nie nie przy­kła­dały do tego nakazu wagi więk­szej, niż do pozo­sta­łych kul­tu­ro­wych naka­zów. W tym wspo­mnie­niu wize­runku z lustra - które niczym motyl zostało sta­ran­nie prze­bite szpilką, zamknięte za szkłem i zawie­szone w gale­rii pamięci Daemana - zasty­gło wciąż dziew­częce, lecz już zmy­słowe ciało, cięż­kie i jasne piersi, śmie­tan­kowa cera, uważne spoj­rze­nie oraz ogólne wra­że­nie bla­do­ści, pod­kre­ślo­nej czte­rema plam­kami czar­nych wło­sów - wijący się znak zapy­ta­nia na gło­wie (zwy­kle nosiła niesta­ran­nie upiętą fry­zurę, chyba że wła­śnie się bawiła, co zaj­mo­wało jej więk­szość czasu), prze­cinki pod pachami i dwa ide­al­nie ukształ­to­wane wykrzyk­niki - wciąż nie­prze­mie­nione przez czas i doj­rze­wa­nie w trój­kąt - pro­wa­dzące pro­sto w cień mię­dzy udami.

Na usta sie­dzą­cego w kabrio­le­cie Daemana wypły­nął uśmiech. Nie miał poję­cia, z jakiego powodu Ada zapro­siła go po tylu latach na swoje uro­dziny - lub uro­dziny osoby, któ­rej dwu­dziestkę mieli obcho­dzić - był jed­nak pewien, że zanim powróci do swej zwy­kłej rze­czy­wi­sto­ści ban­kie­tów, dłu­gich wizyt u przy­ja­ciół i prze­lot­nych roman­sów ze świa­to­wymi kobie­tami, uwie­dzie i tę dziew­czynę.

Woj­niks cią­gnął pojazd bez wysiłku. Mimo że truch­tał żwawo, nie było sły­chać niczego poza chrzę­stem żwiru pod jego odnó­żami i nikłym szme­rem sta­rze­ją­cych się żyro­sko­pów kabrio­letu. W doli­nie kła­dły się już pierw­sze cie­nie, lecz wąska, wio­dąca na prze­łęcz droga wciąż była oświe­tlona ostat­nimi prze­bły­skami dnia. Na grzbie­cie mignęło im słońce, a zaraz potem zje­chali w szer­szą dolinę, gdzie po obu stro­nach cią­gnęły się łany jakie­goś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego, niskiego zboża. Nad polami szy­bo­wały rol­ni­cze ser­wi­tory. Sko­ja­rzyły się Daema­nowi z lewi­tu­ją­cymi pił­kami do kry­kieta.

Dotych­czas pro­wa­dząca na zachód droga odbiła na połu­dnie - z per­spek­tywy chło­paka w lewo. Kry­tym, drew­nia­nym mostem prze­cięli rzekę, po czym wspięli się na bar­dziej strome wzgó­rze i wje­chali do sta­rego lasu. Mgli­ście przy­po­mi­nał sobie, że dzie­sięć lat temu - tego samego dnia, gdy ujrzał w lustrze nagą Adę - łowił tutaj motyle. Zła­pał wtedy rzadką odmianę rusałki żałob­nika i roz­kosz tej chwili zlała się w jego pamięci z emo­cjami, jakich doświad­czył, patrząc na blade ciało i czarne włosy dziew­czyny. Przy­po­mniał sobie spoj­rze­nie, jakim obrzu­ciła go oglą­dana w zwier­cia­dle Ada, kiedy na moment prze­rwała mycie. Żad­nego zain­te­re­so­wa­nia. Nie była zła ani zado­wo­lona. Nie­skromna, lecz nie­na­chalna. W zasa­dzie bez­na­miętna. Posłała dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niemu Daema­nowi, który zamarł z pożą­da­nia na kory­ta­rzu, takie samo spoj­rze­nie, jakim on obda­rzał chwy­tane przez sie­bie motyle.

Kabrio­let zbli­żał się do Dworu Ardis. Pod wie­ko­wymi dębami, wią­zami i jesio­nami pano­wał mrok, lecz wzdłuż drogi roz­sta­wiono żółte latar­nie. Głę­biej w pier­wot­nym lesie maja­czyły podobne róż­no­ko­lo­rowe szlaki, wyzna­cza­jące zapewne trasy do innych miejsc.

Woj­niks wypro­wa­dził ich wresz­cie spo­mię­dzy drzew i oczom Daemana uka­zał się wie­czorny pej­zaż: jaśnie­jący na szczy­cie wznie­sie­nia Dwór Ardis; wysy­pane bia­łym żwi­rem ścieżki i drogi łączące dom Ady z innymi ośrod­kami; sze­roka, zie­lona murawa, cią­gnąca się spod samej rezy­den­cji przez ponad ćwierć mili, aż do gra­nicy kolej­nego lasu. Jesz­cze dalej pobły­sku­jąca rzeka, w wodzie odbi­jały się pro­myki umie­ra­ją­cego na nie­bie słońca. Za prze­łę­czą na połu­dnio­wym zacho­dzie widać było odle­głe, rów­nie gęsto zale­sione wzgó­rza - czarne teraz, stę­sk­nione za świa­tłem - a za nimi jesz­cze następne wznie­sie­nia, sta­pia­jące się z mrocz­nymi chmu­rami na hory­zon­cie.

Daeman zady­go­tał na całym ciele. Na śmierć zapo­mniał, że dom Ady znaj­duje się w pobliżu zamiesz­ka­nych przez dino­zaury lasów. Przy­po­mniał sobie strach, jaki ogar­nął go przy poprzed­niej wizy­cie, mimo że Vir­gi­nia i Vanessa oraz wszy­scy pozo­stali zapew­niali, że tereny łowiec­kie naprawdę groź­nych gadów znaj­dują się ponad pięć­set mil dalej. Wszy­scy z wyjąt­kiem pięt­na­sto­let­niej Ady, która obda­rzyła go wyra­cho­wa­nym, lekko roz­ba­wio­nym spoj­rze­niem, które - jak się nie­ba­wem prze­ko­nał - było jej sztan­da­ro­wym wyra­zem twa­rzy. Potem, by w ogóle zechciał się prze­spa­ce­ro­wać po lesie, musieli go kusić, suge­ru­jąc spo­tka­nia z moty­lami. Teraz - co nagle stało się jasne - będą potrze­bo­wać sil­niej­szych argu­men­tów. Ow­szem, zda­wał sobie sprawę, że w towa­rzy­stwie ser­wi­to­rów i woj­nik­sów jest cał­ko­wi­cie bez­pieczny, ale nie miał naj­mniej­szej ochoty dać się pożreć wymar­łym gadom i ock­nąć w kon­ser­wa­torni ze wspo­mnie­niem tak kom­pro­mi­tu­ją­cego końca.

Roz­ło­ży­sty wiąz, rosnący na nachy­lo­nym ku posia­dło­ści stoku został upstrzony dzie­siąt­kami latarni; wzdłuż okrą­głego pod­jazdu i bia­łych, żwi­ro­wych ście­żek w ogro­dzie stały pochod­nie. Woj­niksy trzy­mały wartę przy wyty­cza­ją­cych gra­nice rezy­den­cji żywo­pło­tach i na skraju mrocz­nego lasu. Nie­opo­dal wiązu Daeman zauwa­żył długi stół - migo­tliwa poświata falu­ją­cych w wie­czor­nym wie­trze pło­my­ków odbi­jała się w zasta­wie - kil­koro gości szy­ko­wało się już do ban­kietu. Chło­pak spo­strzegł rów­nież z zado­wo­le­niem - w głębi ducha był sno­bem - iż więk­szość zebra­nych męż­czyzn jest odziana w zie­mi­stej barwy bur­nusy, peł­niące tu rolę wie­czo­ro­wych płasz­czy. W krę­gach wpły­wo­wej socjety, w jakich zwy­kle się obra­cał, moda na ten ubiór prze­mi­nęła już kilka mie­sięcy temu.

Kabrio­let prze­to­czył się po okrą­głym pod­jeź­dzie pro­sto pod główne wrota dworu i zatrzy­mał w sno­pie żół­tego świa­tła pada­ją­cego z otwar­tych drzwi. Woj­niks opu­ścił drew­niane dyszle na zie­mię tak deli­kat­nie, że Daeman nawet nie wyczuł, kiedy zetknęły się z zie­mią. Ser­wi­tor oble­ciał pojazd, by wziąć bagaż, a gość wysiadł i z przy­jem­no­ścią poczuł pod sto­pami stały grunt. Wciąż lekko krę­ciło mu się w gło­wie - przy­pa­dłość nie­uchronna po każ­dym fak­so­wa­niu.

Z dworu wypa­dła mu na powi­ta­nie Ada. Daeman zatrzy­mał się w pół kroku i dość głu­pio uśmiech­nął. Dziew­czyna oka­zała się nie tylko pięk­niej­sza niż zapa­mię­tał; takiej urody nie ocze­ki­wał w naj­śmiel­szych snach.

3. Równina Ilionu

3

Rów­nina Ilionu

Przy­wódcy Gre­ków gro­ma­dzą się kar­nie przed namio­tem Aga­mem­nona, zbiera się też tłum zacie­ka­wio­nych gapiów. Spór pomię­dzy kró­lem i Achil­le­sem już w tej chwili nabiera tem­pe­ra­tury.

Powi­nie­nem był wcze­śniej wspo­mnieć, że przed przy­by­ciem na miej­sce mor­fo­wa­łem w Biasa - ale nie tego pylij­skiego dowódcę, który służy w armii Nestora, lecz w kapi­tana pod­da­nego roz­ka­zom Mene­steusa. Ów nie­szczę­sny Ateń­czyk zapadł na tyfus i - acz­kol­wiek prze­żyje i weź­mie udział w walce, poja­wia­jąc się w księ­dze trzy­na­stej - rzadko opusz­cza swój namiot, roz­bity kawa­łek dalej na plaży. Jako ofi­cera ota­cza go aura posłu­chu, wystar­cza­jąca, by przy­pad­kowi świad­ko­wie roz­stą­pili się przede mną i umoż­li­wili dostęp do głów­nego kręgu. Nikt jed­nak nie spo­dziewa się, że w trak­cie nie­uchron­nie zbli­ża­ją­cej się kłótni Bias zabie­rze głos.

Spóź­ni­łem się hanieb­nie na więk­szą część dra­ma­tycz­nej sceny, kiedy to Kal­chas, syn Testora, "pierw­szy w swym urzę­dzie", wyja­wił Acha­jom rze­czy­wi­ste przy­czyny gniewu Apolla. Jeden ze sto­ją­cych obok dowód­ców szepce do mnie, że Kal­chas, zanim prze­mó­wił, zażą­dał nie­ty­kal­no­ści - popro­sił Achil­lesa o ochronę, na wypa­dek gdyby tłu­mowi bądź któ­re­muś z wodzów nie przy­pa­dły do gustu jego słowa. Achil­les wyra­ził zgodę. Kal­chas wtedy powie­dział to, co połowa z nich podej­rze­wała skry­cie już wcze­śniej: Chry­zes, kapłan Apolla, bła­gał o zwrot porwa­nej córki, a zde­cy­do­wana odmowa Aga­mem­nona dotknęła boga do żywego.

Przed­sta­wiona przez Kal­chasa wer­sja wypad­ków mocno Aga­mem­nona roz­gnie­wała.

- Dosłow­nie łajno mu z ust popły­nęło - szepce kapi­tan, zano­sząc się śmie­chem, w któ­rym czuć woń wina. Ten ofi­cer, o ile się nie mylę, ma na imię Orus i zosta­nie za kilka tygo­dni zgła­dzony przez Hek­tora, gdy tro­jań­ski heros już na dobre zacznie masa­kro­wać Acha­jów.

Orus opo­wiada mi, że led­wie kilka minut wcze­śniej Aga­mem­non zgo­dził się oddać tę wła­śnie nie­wol­nicę, dziew­czynę imie­niem Chry­ze­ida.

- Posia­da­nie tej branki bar­dzo jest mi miłe i byłaby w mym domu pocie­chą jedyną, więk­szą niż Kli­taj­me­stra! - wykrzyk­nął Atryda i zaraz potem zażą­dał rekom­pen­saty w postaci innej, rów­nie cie­szą­cej oko nie­wol­nicy.

Wedle rela­cji z tru­dem trzy­ma­ją­cego pion Orusa, Achil­les odpo­wie­dział, woła­jąc, iż Aga­mem­non jest "łakomcą" i "człe­kiem bez­wstyd­nego czoła", po czym dodał, że Argi­wo­wie - to kolejne po Acha­jach, Dana­jach i tym podob­nych prze­zwi­sko prze­klę­tych grec­kich najeźdź­ców - w obec­nej sytu­acji nie są w sta­nie prze­ka­zać sza­cow­nemu wodzowi dodat­ko­wych zdo­by­czy. Być może pew­nego dnia, o ile losy wojny obrócą się na ich korzyść - obie­cał mężo­bójca Achil­les - król otrzyma swoją wyma­rzoną dziew­czynę. Tym­cza­sem przy­ka­zał Aga­mem­nonowi zwró­cić Chry­ze­idę jej ojcu i zamknąć gębę.

- W tym momen­cie król Aga­mem­non Atryda wylał z ust nie tylko łajno, ale i stado sra­ją­cych nim kóz - mówi, śmie­jąc się, Orus. Rechoce na tyle gło­śno, że sto­jący dokoła dowódcy zaczęli obra­cać ku nam spoj­rze­nia.

Przy­ta­kuję ski­nie­niem i odwra­cam się ku głów­nym akto­rom sceny. Aga­mem­non, jak zwy­kle, znaj­duje się w cen­trum uwagi. Atryda wygląda dokład­nie tak, jak powi­nien wyglą­dać naczelny wódz tego rodzaju armii - wysoki, z brodą poskrę­caną w kla­syczne loki, godne pół­boga czoło i prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie. Musku­larny, natarty oliwą, odziany w naj­lep­szy strój i zbroję. Naprze­ciwko niego, w samym środku kręgu stoi Achil­les. Sil­niej­szy, młod­szy i jesz­cze pięk­niej­szy niż Aga­mem­non. Achil­les bez mała wymyka się moż­li­wo­ściom kro­ni­kar­skiego pióra. Gdy ujrza­łem go po raz pierw­szy - ponad dzie­więć lat temu, przy oka­zji wspo­mnia­nego kata­logu okrę­tów - stwier­dzi­łem, że jest to naj­bar­dziej boski z boskich ludzi, jacy kie­dy­kol­wiek kro­czyli po tej ziemi, tak bar­dzo wydał mi się wład­czy i impo­nu­jący. Od tam­tej pory zmą­drza­łem i dosze­dłem do wnio­sku, że Achil­les - mimo swej urody i siły - jest czło­wie­kiem względ­nie głu­pim - ot, taki bar­dziej przy­stojny Arnold Schwa­rze­neg­ger.

Wokół obu adwer­sa­rzy zwarł się krąg boha­te­rów, o któ­rych opo­wia­da­łem stu­den­tom przez całe swoje poprzed­nie życie. Oglą­da­jąc ich na wła­sne oczy, ani razu nie poczu­łem zawodu. Bli­sko Aga­mem­nona, lecz w oczy­wi­sty spo­sób nie w jego stron­nic­twie, trzyma się Ody­se­usz - o całą głowę niż­szy od króla, lecz obda­rzony szer­szą pier­sią, poru­sza­jący się wśród wład­ców Gre­cji niczym byk mię­dzy kro­wami. Raz po raz rzuca spoj­rze­nia zdra­dza­jące nie­by­wałą inte­li­gen­cję i spryt, które uwi­dacz­niają się rów­nież w pokry­wa­ją­cych doj­rzałe obli­cze zmarszcz­kach. Ni­gdy z Ody­sem nie roz­ma­wia­łem, lecz tęsk­nię za tym spo­tka­niem i mam nadzieję, że nastąpi jesz­cze przed koń­cem wojny, zanim podej­mie swą słynną wędrówkę.

Po pra­wicy Aga­mem­nona mamy Mene­la­osa, jego młod­szego brata i męża Heleny. Myślę, że doro­bił­bym się obrzy­dli­wych bogactw, gdy­bym dosta­wał choć dolara za każ­dym razem, kiedy sły­sza­łem, jak Acha­jo­wie szep­tali mię­dzy sobą, że gdyby tylko Mene­laos był spraw­niej­szym kochan­kiem - lub "miał więk­szego kutasa" jak trzy lata wstecz deli­kat­nie ujął to w roz­mo­wie z przy­ja­cie­lem Dio­me­des - Helena nie zbie­głaby z Pary­sem do Ilionu, a herosi naj­dal­szych grec­kich archi­pe­la­gów nie musie­liby tra­wić dzie­wię­ciu lat na tym prze­klę­tym oblę­że­niu. Miej­sce po lewej stro­nie władcy zaj­muje Ore­stes - nie ten roz­piesz­czony kró­lew­ski syna­lek, który pew­nego dnia pomści zabi­tego ojca i dochra­pie się wła­snego dra­matu, lecz lojalny włócz­nik, któ­rego czeka śmierć z ręki rzeź­nika Hek­tora już pod­czas naj­bliż­szego odważ­niej­szego wypadu Tro­jan.

Tuż za ple­cami Aga­mem­nona stoi Eury­ba­tes, herold monar­chy - tej postaci rów­nież nie należy mylić z Eury­ba­tesem, herol­dem Ody­se­usza. Ramię w ramię z nim widzę pto­le­me­uszo­wego syna, Eury­me­dona. Przy­stoj­niak, woź­nica rydwanu Aga­mem­nona - nie ten o wiele mniej pięk­no­licy Eury­me­don, który pro­wa­dzi wóz Nestora. (Tak, mnie rów­nież zda­rza się żało­wać, że zamiast wszyst­kich tych patro­ni­mi­ków i przy­dom­ków greccy herosi nie noszą nor­mal­nych nazwisk).

Ponadto w ota­cza­ją­cym Atrydę pół­kręgu sta­nęli dzi­siej­szego wie­czoru Ajak­so­wie - Wielki i Mały. Przy­wódcy armii przy­by­łych z Sala­miny i Lokrydy. Aku­rat ich nikt i ni­gdy ze sobą nie pomyli - chyba że z powodu imie­nia - ponie­waż Ajaks Wielki posturą przy­po­mina bram­ka­rza hoke­jo­wej dru­żyny, pod­czas gdy Ajaks Mały koja­rzy się raczej z kie­szon­kow­cem. Eury­alus, trzeci co do waż­no­ści wojow­nik z Argo­lidy stoi przy boku swego pana, Ste­ne­losa, męż­czy­zny z wargą znie­kształ­coną do tego stop­nia, że nie jest w sta­nie wymó­wić wła­snego imie­nia. Towa­rzy­szy nam rów­nież szczery i uczciwy Dio­me­des, naj­wyż­szy dowódca argo­lidz­kiego kon­tyn­gentu. Dzi­siaj nie wygląda na zado­wo­lo­nego. Stoi ze sple­cio­nymi na piersi rękoma, wzrok wle­pia w zie­mię. Stary Nestor - mówiący "wyra­zami słod­szymi od miodu" - zna­lazł się w pobliżu połowy ludz­kiego kręgu i wydaje się jesz­cze mniej szczę­śliwy niż Dio­me­des, zwłasz­cza gdy widzi, że Aga­mem­non i Achil­les spie­rają się coraz bar­dziej zaja­dle.

Jeżeli sprawy poto­czą się zgod­nie z opo­wie­ścią Homera, Nestor już za kilka minut wygłosi swoją sła­wetną mowę, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc zawsty­dzić naraz Aga­mem­nona i roz­wście­czo­nego Achil­lesa i nakło­nić ich, by podali sobie ręce, zanim na wewnętrz­nych swa­rach sko­rzy­stają wro­dzy Tro­ja­nie. Przy­znaję, że mam ochotę tego prze­mó­wie­nia wysłu­chać, choćby ze względu na zawarte w nim odnie­sie­nie do sto­czo­nej wieki temu wojny z cen­tau­rami. Cen­taury inte­re­sują mnie od zawsze, a Homer każe Nesto­rowi opo­wia­dać o nich bar­dzo rze­czowo i kon­kret­nie. Na kar­tach "Iliady" poja­wiają się wzmianki o dwóch tylko gatun­kach mitycz­nych stwo­rzeń. Jed­nym z nich są chi­mery, dru­gim wła­śnie cen­taury. Cze­kam więc na ten frag­ment w napię­ciu, trzy­ma­jąc się cały czas na ubo­czu, poza zasię­giem wzroku Nestora. Uni­kam go, ponie­waż Bias - czło­wiek, w któ­rego mor­fo­wa­łem - jest jed­nym z pod­wład­nych starca i wolał­bym unik­nąć roz­mowy. W tej chwili jed­nak nic podob­nego mi nie grozi - uwaga Nestora i wszyst­kich pozo­sta­łych sku­piona jest na wymia­nie ostrych słów i kro­pe­lek śliny, jaka wciąż trwa mię­dzy Aga­mem­no­nem i Achil­le­sem.

W pobliżu Nestora zebrała się grupa ludzi, któ­rzy nie opo­wie­dzieli się wyraź­nie po stro­nie jed­nego z adwer­sa­rzy. Są to: Mene­steus (który za kilka tygo­dni, o ile wyda­rze­nia poto­czą się zgod­nie z tek­stem, zosta­nie zgła­dzony przez Parysa), Eume­lus (dowo­dzący Tes­sal­czy­kami z Feraju), Polik­sy­nus (jeden z wodzów Epej­czy­ków), jego przy­ja­ciel Tal­pius, prze­wo­dzący Etol­czy­kom Toas, Leon­teus i Poli­po­etes w cha­rak­te­ry­stycz­nych stro­jach z Argiwy, a także Machaon ze swoim bra­tem Poda­li­rio­sem oraz kil­koma tesal­skimi ofi­ce­rami, któ­rzy trzy­mają się nieco z tyłu. Jest rów­nież umi­ło­wany przy­ja­ciel Ody­se­usza Leu­kus (prze­zna­cze­nie ska­zało go na śmierć z ręki Anti­pusa, która nastąpi już za kilka dni) i wielu innych, któ­rych przez lata zdą­ży­łem bar­dzo dobrze poznać. Zresztą nie tylko z wyglądu. Pamię­tam rów­nież brzmie­nie ich gło­sów, roz­po­znaję oso­bi­ste style walki, spo­soby tocze­nia spo­rów i zwy­czaje towa­rzy­szące skła­da­niu ofiar bogom. Jeśli jesz­cze o tym nie wspo­mnia­łem, trzeba wam wie­dzieć, iż sta­ro­żytni Grecy nie robią niczego na pół gwizdka - kiedy już się za coś zabie­rają, wyko­nują zada­nie, przy­kła­da­jąc do niego wszyst­kie swe siły i talenty i pono­sząc przy tym, jak napi­sał pewien dwu­dzie­sto­wieczny uczony, "pełne ryzyko porażki".

Naprze­ciw Aga­mem­nona, po pra­wicy Achil­lesa, stoi Patro­klos - naj­bliż­szy przy­ja­ciel mężo­bójcy, któ­rego śmierć - zamor­duje go Hek­tor - spro­wo­kuje praw­dziwy gniew Achil­lesa i naj­krwaw­szą rzeź w histo­rii wojen. Obok niego widzę Tle­po­le­mosa, pięk­nego syna mitycz­nego herosa Hera­klesa, który zbiegł z domu po zamor­do­wa­niu wuja ojca i nie­długo pole­gnie powa­lony przez Sar­pe­dona. Mię­dzy Tle­po­le­mo­sem, a Patro­klosem usta­wił się stary Foj­niks (druh i dawny nauczy­ciel Achil­lesa), szep­czący coś do Orsy­cho­lusa, syna Dio­klesa, który swoją drogą zosta­nie nie­ba­wem uśmier­cony przez Ene­asza. Po lewicy wście­kłego Achil­lesa zauwa­żam Ido­me­neusa - ten, według poematu, wcale nie był w aż tak zaży­łych sto­sun­kach z mężo­bójcą, jak poka­zała rze­czy­wi­stość.

Oczy­wi­ście w kręgu naj­waż­niej­szych boha­te­rów jest znacz­nie wię­cej osób. Nie­zli­czone rze­sze hero­sów stoją też za moimi ple­cami, ale naj­waż­niej­sze, byście wie­dzieli, że tutaj nikt nie pozo­staje ano­ni­mowy, ani w epo­sie Homera, ani w rze­czy­wi­sto­ści roz­gry­wa­ją­cej się tutaj, na rów­ni­nie pod Ilio­nem. Każ­dego z wojow­ni­ków okre­śla imię ojca, prze­szłość, posia­dane zie­mie, żony, dzieci i stan zamoż­no­ści. Nikomu nie zapo­mina się tego wszyst­kiego ani na moment, nawet w trak­cie starć, zarówno zbroj­nych, jak i czy­sto reto­rycz­nych. Taka mno­gość infor­ma­cji do zapa­mię­ta­nia wykoń­czy­łaby nie­jed­nego naukowca.

- Wiem, bogom podobny Achil­le­sie, że jesteś wiecz­nym oszu­stem! Oszu­ku­jesz, gra­jąc w kości, posłu­gu­jesz się kłam­stwem na polu walki i w miło­ści, a teraz pró­bu­jesz zwieść i mnie! - wydziera się Aga­mem­non. - Ale nie, ze mną ci się to nie powie­dzie. Mnie w ten spo­sób nie oma­misz! Masz piękną nie­wol­nicę Bry­ze­idę, rów­nie uro­dziwą jak moja Chry­ze­ida. Chcesz zacho­wać swój łup, a mnie puścić z gołymi rękami?! Nie­do­cze­ka­nie twoje. Wolał­bym prze­ka­zać dowo­dze­nie naszą armią sto­ją­cemu tu Ajak­sowi... lub Ido­me­neu­sowi... albo chy­tremu Ody­sowi... bądź nawet tobie, Achil­le­sie... ow­szem, nawet tobie!... niż zostać w tak per­fidny spo­sób wystrych­nię­tym na dudka.

- Zatem uczyń to bez zwłoki - rzuca wzgar­dli­wie syn Peleusa. - Naj­wyż­szy już czas, by popro­wa­dził nas praw­dziwy przy­wódca.

Obli­cze Aga­mem­nona oblewa się pur­purą.

- Dobrze. Idź, zepchnij czarny okręt na fale. Obsadź go wio­śla­rzami i wypeł­nij darami dla bogów... Odbierz mi Chry­ze­idę, jeśliś tak śmiały... lecz ty sam będziesz musiał zło­żyć ofiarę, Achil­le­sie, zabójco mężów. I wiedz, że ja w zamian odbiorę ci inny łup, zabiorę śliczną Bry­ze­idę.

Przy­stojną twarz Achil­lesa wykrzy­wia gniew.

- Bez­wstyd­niku! Brak wstydu jest twą zbroją, a chci­wość ci płasz­czem, ty tchó­rzu o psim pysku!

Aga­mem­non pod­cho­dzi do prze­ciw­nika o krok bli­żej, wypusz­cza z dłoni berło i chwyta za ręko­jeść mie­cza.

Achil­les odpo­wiada iden­tycz­nym kro­kiem naprzód i podob­nie jak król kła­dzie rękę na broni.

- Tro­ja­nie ni­gdy nie wyrzą­dzili nam szkody, Aga­mem­no­nie, za to ty ow­szem. To nie włócz­nicy z Ilionu spro­wa­dzili nas na te brzegi, lecz twa zachłan­ność. Wal­czymy w two­jej spra­wie, ty gigan­tyczna beko wstydu. Przy­pły­nę­li­śmy tutaj za tobą, byś mógł odzy­skać honor, ty i brat twój, Mene­laos, mąż, który nawet wła­snej żony nie potra­fił utrzy­mać w sypialni...

Po tych sło­wach do przodu wyrywa się Mene­laos. On rów­nież łapie za miecz. Wodzo­wie i ich ludzie prze­cho­dzą na stronę to jed­nego, to dru­giego boha­tera i krąg się roz­pada, dzieli na trzy obozy - zwo­len­ni­ków Aga­mem­nona, tych, któ­rzy chcą wal­czyć u boku Achil­lesa, i osób neu­tral­nych, zebra­nych w pobliżu Odysa i Nestora. Ci ostatni spra­wiają wra­że­nie na tyle znie­sma­czo­nych, że chęt­nie zasie­kliby obu pie­nia­czy.

- Odpły­wamy! Zabie­ram swo­ich ludzi! - woła Achil­les. - Wra­camy do Ftyi. Lepiej zato­nąć w pustym statku pły­ną­cym do domu po porażce, niż zostać tutaj i tra­cić god­ność, napeł­nia­jąc kie­lich Atry­dzie i mno­żąc prze­zna­czone mu łupy.

- Wybor­nie, ucie­kaj­cie! - wrzesz­czy Aga­mem­non. - Dezer­te­ruj­cie! Nie będę wam prze­szka­dzać. Ni­gdy nie usły­szysz, bym cię pro­sił, żebyś został i dla mnie wal­czył. Jesteś wiel­kim wojow­ni­kiem, Achil­le­sie, lecz cóż z tego? Tę zdol­ność otrzy­ma­łeś od bogów, nie jest twoją zasługą. Tak kochasz bitwy, krew i szlach­to­wa­nie wro­gów? Zbierz swych czo­ło­bit­nych Myr­mi­do­nów i odejdź! - wypluwa z sie­bie władca.

Achil­les dosłow­nie dygoce ze zło­ści. Wyraź­nie widać, że czuje się roz­darty pomię­dzy ochotą, by odwró­cić się na pię­cie, zwo­łać swe oddziały i na zawsze odpły­nąć spod Ilionu, oraz prze­możną pokusą, by dobyć mie­cza i roz­pła­tać Aga­mem­no­nowi brzuch niczym ofiar­nej owcy.

- Wiedz jed­nak, Achil­le­sie - cią­gnie król, któ­rego wrza­ski prze­cho­dzą w strasz­liwy szept, dosko­nale sły­szalny przez każ­dego z setek zebra­nych męż­czyzn - że bez względu na to, czy zosta­niesz, czy odej­dziesz, zre­zy­gnuję ze swo­jej Chry­ze­idy, jako że wymaga tego ode mnie sam bóg, sam Apollo. W zamian jed­nak zatrzy­mam twoją Bry­ze­idę i wtedy wszy­scy się dowie­dzą o ile zna­mie­nit­szym męż­czyzną jest Aga­mem­non od tego gbu­ro­wa­tego chłystka, Achil­lesa!

W tym momen­cie Achil­les traci nad sobą resztki pano­wa­nia i dobywa mie­cza. W tym punk­cie "Iliada" musia­łaby się zakoń­czyć - śmier­cią Aga­mem­nona, Achil­lesa lub ich obu - a Acha­jo­wie musie­liby roz­pły­nąć się do domów, Hek­tor dożyłby w spo­koju sędzi­wej sta­ro­ści, a wspa­niały Ilion trwałby przez tysiąc lat i być może rzu­cił wyzwa­nie Rzy­mowi, lecz w tym samym mgnie­niu za ple­cami Achil­lesa poja­wia się Atena.

Widzę ją. Achil­les zata­cza się i odwraca wykrzy­wioną obu­rze­niem twarz. Natu­ral­nie rów­nież ją dostrzega. Nikt inny jed­nak bogini nie zauważa. Nie rozu­miem zasad, na jakich opiera się tech­no­lo­gia masku­jąca, ale działa rów­nie sku­tecz­nie, kiedy posłu­guję się nią ja i gdy do jej pomocy ucie­kają się Olim­pij­czycy.

W tej chwili dzi­wić może nie tylko nie­wi­dzial­ność Ateny - uświa­da­miam to sobie natych­miast. Bogo­wie ponow­nie zatrzy­mali czas. To ich ulu­biona sztuczka, dzięki któ­rej mogą bez­piecz­nie i pota­jem­nie roz­ma­wiać ze swymi ludz­kimi pupil­kami. Lubią ten efekt, choć nie widuję go czę­sto. Zasty­gły otwarte usta Aga­mem­nona - dro­binki śliny wiszą nie­ru­chomo w powie­trzu - nie dobywa się z nich żaden dźwięk, nie drga szczęka, nie poru­sza się nawet jeden mię­sień, nie mru­gają powieki ciem­nych oczu. To samo spo­tkało wszyst­kich zebra­nych. Zamarli, stoją jak urze­czeni lub zacza­ro­wani, zamro­żeni w cza­sie. Szy­bu­jąca mewa zatrzy­mała się nad nami w locie. Fale zawi­sają wygięte ku plaży, nie opa­dają na brzeg. Powie­trze stało się gęste jak syrop i więź­niemy w nim wszy­scy, niczym owady w sty­gną­cym bursz­ty­nie. W tym wszech­świe­cie bez­ru­chu poru­szają się wyłącz­nie Pal­las Atena, Achil­les i - choć tylko po to, by się lekko nachy­lić i lepiej ich sły­szeć - ja sam.

Dłoń wojow­nika wciąż spo­czywa na ręko­je­ści mie­cza - wysu­nię­tego już do połowy z fine­zyj­nie zdo­bio­nej pochwy - lecz Atena chwyta go za pukle dłu­gich wło­sów, obraca gwał­tow­nie przo­dem do sie­bie i Achil­les nie waży się w tej chwili wycią­gnąć broni na dobre. Ozna­cza­łoby to sprze­ci­wie­nie się boskiej woli.

Oczy herosa na­dal jed­nak płoną - raczej sza­leń­stwem niż zdro­wym ogniem - i Achil­les wykrzy­kuje w tę gęstą jak melasa ciszę, która zawsze zapada, gdy czas ustaje w biegu.

- Dla­czego, córo Zeusa?! Do dia­ska, dla­czego wła­śnie w tej chwili? Dla­czego przy­by­wasz do mnie teraz, o bogini? Czy chcesz napa­wać się wido­kiem poni­że­nia, jakiego doznaję od Aga­mem­nona?

- Ustąp! - rzuca Atena.

Jeżeli ni­gdy nie widzie­li­ście olim­pij­skiego boga na wła­sne oczy, mogę wam jedy­nie powie­dzieć, że są nad­na­tu­ral­nie wysocy - dosłow­nie. Atena, na przy­kład, ma przy­naj­mniej dwa metry dzie­sięć wzro­stu. Są przy tym ude­rza­jąco piękni. Domy­ślam się, że to zasługa nano­tech­no­lo­gii i labo­ra­to­riów gene­tycz­nych. W postaci Ateny zbie­gają się kobieca uroda, boski auto­ry­tet i czy­sta, niczym nie­ska­żona aura wła­dzy, o inten­syw­no­ści, jakiej nawet nie prze­czu­wa­łem, zanim przy­wró­cono mnie do ist­nie­nia w cie­niu Olimpu.

Dłoń bogini nie odrywa się od pukli Achil­lesa. Atena odciąga mu głowę, zmu­sza do odwró­ce­nia wzroku od znie­ru­cho­mia­łego Aga­mem­nona i jego sług.

- Ni­gdy mu nie ustą­pię! - krzy­czy wojow­nik. Nawet w tym zasty­głym powie­trzu, które tłumi i spo­wal­nia wszyst­kie dźwięki, w tonie mężo­bójcy sły­chać siłę. - Ten wieprz, król od sied­miu bole­ści, zapłaci za swą aro­gan­cję życiem!

- Ustąp - powta­rza Atena. - Hera, bogini o mar­mu­ro­wych ramio­nach, przy­słała mnie tu z nieba, bym uśmie­rzyła twój gniew. Ustąp.

W obłędne spoj­rze­nie Achil­lesa wkrada się cień zwąt­pie­nia. Hera, żona Zeusa, jest naj­po­tęż­niej­szą spo­śród olim­pij­skich sojusz­ni­ków Acha­jów, a także oso­bi­stą patronką Achil­lesa.

- W tej chwili połóż kres waśni - roz­ka­zuje bogini. - Wypuść miecz z dłoni, Achil­le­sie. Prze­klnij Aga­mem­nona, jeśli musisz, lecz nie zabi­jaj go. Wypeł­nij nasz roz­kaz, a złożę ci obiet­nicę... Wysłu­chaj nas teraz, a pew­nego dnia twa znie­waga zosta­nie wyna­gro­dzona świe­tli­stymi darami po trzy­kroć wię­cej war­tymi niż ta chwila. Jeżeli postą­pisz nam wbrew, umrzesz. Okaż Herze i mnie posłu­szeń­stwo, Achil­le­sie, a otrzy­masz sowitą nagrodę. Wiem, że tak się sta­nie, gdyż znam prze­zna­cze­nie bogów i ludzi.

Achil­les paskud­nie się krzywi, uwal­nia szarp­nię­ciem włosy i posęp­nieje, lecz miecz wędruje z powro­tem do pochwy. Czuję się tak, jak­bym obser­wo­wał jedyne dwie żywe istoty w parku peł­nym posą­gów.

- Nie mogę sprze­ci­wić się wam obu, moja bogini - odzywa się heros. - Czło­wiek winien ugiąć kark przed boską wolą, nawet jeśli gniew kale­czy mu serce. Lecz słuszne i uczciwe jest rów­nież, gdy bogo­wie wysłu­chują modlitw chy­lą­cego przed nimi głowę męża.

Kąciki oczu Ateny drgają i deli­katny uśmie­szek prze­myka przez jej obli­cze, po czym bogini znika - tekuje się z powro­tem na Olimp, a czas zaczyna pły­nąć nor­mal­nym tem­pem.

Aga­mem­non koń­czy swoją wście­kłą połajnkę.

Achil­les, z mie­czem u boku, wkra­cza na śro­dek kręgu.

- Ty wiecz­nie pijana beko na wino! - woła mężo­bójca. - Czło­wieku o psich oczach i sercu łani. Przy­wódco, któ­ryś ni­gdy nie popro­wa­dził nas do walki, ani nie szy­ko­wa­łeś zasa­dzek z naj­lep­szymi pośród Acha­jów. Ty, któ­remu zbra­kło odwagi, by złu­pić Ilion, więc rabu­jesz namioty wła­snych żoł­nie­rzy. Królu, który włada jedy­nie naj­po­dlej­szymi dur­niami, wysłu­chaj mej obiet­nicy, mej uświę­co­nej przy­sięgi... - Setki ota­cza­ją­cych mnie ludzi jak jeden mąż wstrzy­mują oddech. Są bar­dziej wstrzą­śnięci zapo­wie­dzią nie­zwy­kłego przy­rze­cze­nia, niż gdyby Achil­les po pro­stu zakłuł Aga­mem­nona jak kun­dla. - Przy­się­gam ci, że pew­nego dnia syno­wie Achai gorzko zatę­sk­nią za Achil­lesem! - woła mężo­bójca, tak gło­śno, że wojow­nicy gra­jący w kości w namio­tach odda­lo­nych nawet o sto metrów zamie­rają, by wysłu­chać do końca. - Wszy­scy, cała twoja armia! Lecz wów­czas, Atrydo, zapła­czesz w głębi ducha, gdyż nic już was nie ocali, nikt nie ura­tuje przed pała­ją­cym żądzą mordu Hek­to­rem, który zetnie was jak żni­wiarz kosi łany psze­nicy. I tego samego dnia z roz­pa­czy wydrzesz sobie serce z piersi i zjesz je, wyrzu­ca­jąc sobie, że tak bar­dzo upo­ko­rzy­łeś naj­lep­szego pośród Acha­jów.

To powie­dziaw­szy, Achil­les odwraca się na swej sła­wet­nej pię­cie i wycho­dzi z kręgu. Roz­lega się chrzęst kro­ków na przy­brzeż­nym żwi­rze w mroku mię­dzy namio­tami. I trzeba mu oddać jedno...

Ten męż­czy­zna potrafi koń­czyć z roz­ma­chem.

Król splata ręce na piersi i kręci głową. Roz­le­gają się roz­mowy, pod­no­szą się poru­szone głosy. Nestor wystę­puje naprzód, by wygło­sić swoją mowę o "spól­nej spra­wie", woj­nie pod­czas któ­rej zjed­no­czeni Grecy "cen­tau­rom dumne starli karki". Wyła­puję pewną roz­bież­ność. U Homera, pod­czas prze­mó­wie­nia Nestora, Achil­les wciąż się jesz­cze wścieka. Mój aka­de­micki umysł scho­lia­sty skrzęt­nie ten fakt odno­to­wuje, lecz myśli sku­piam już na czymś bar­dzo, ale to bar­dzo odmien­nym.

To wła­śnie w tej chwili, gdy przy­po­mi­nam sobie zabój­cze spoj­rze­nie, jakie Achil­les rzu­cił Ate­nie, zanim bogini szarp­nęła go za włosy i zmu­siła do posłu­chu, kieł­kuje we mnie plan tak śmiały, tak jaw­nie ska­zany na porażkę, samo­bój­czy i cudowny zara­zem, że na moment tracę dech w piersi.

- Aby dobrze się czu­jesz, Bia­sie? - pyta sto­jący obok Orus.

Zasko­czył mnie. Skon­ster­no­wany, przez mgnie­nie oka nie potra­fię sobie przy­po­mnieć kim jest on, oraz kim wła­ści­wie jest ów Bias. Zapo­mnia­łem o postaci, pod którą się pod­szy­łem. Kręcę głową i opusz­czam krąg, prze­ci­ska­jąc się przez tłum sła­wet­nych mor­der­ców.

Żwir chrzę­ści pod moimi sto­pami, lecz nie sły­chać tego hero­icz­nego echa, jakie towa­rzy­szyło odcho­dzą­cemu Achil­le­sowi. Kie­ruję się nad wodę i gdy tylko wycho­dzę poza zasięg spoj­rzeń, porzu­cam kształt Biasa. Gdyby kto­kol­wiek mnie w tej chwili zoba­czył, ujrzałby Tho­masa Hoc­ken­berry'ego, męż­czy­znę w śred­nim wieku, w oku­la­rach, zgar­bio­nego pod nie­do­rzecz­nie cięż­kim rynsz­tun­kiem achaj­skiego włócz­nika. Mor­fu­jąca bran­so­leta i bojowy pan­cerz scho­lia­sty nikną pod war­stwami wełny i futra.

Ocean jest ciemny. Ciemny jak czer­wone wino - ubar­wiam w myślach, lecz w ogóle mnie to nie bawi.

Czuję - wcale nie po raz pierw­szy - prze­możną ochotę, by sko­rzy­stać z masko­wa­nia i lewi­ta­cyj­nej uprzęży i odle­cieć stąd - po raz ostatni poszy­bo­wać nad Ilio­nem. W świe­tle pochodni przyj­rzeć się jesz­cze ska­za­nym przez los miesz­kań­com mia­sta, po czym odfru­nąć na połu­dniowy zachód. Prze­mie­rzyć ciemne jak czer­wone wino morze - Egej­skie - i dole­cieć do wciąż nie­grec­kich wysp i kon­ty­nentu. Mógł­bym spraw­dzić co sły­chać u Kli­taj­me­stry i Pene­lopy, u Tele­ma­cha i Ore­stesa. Dok­tor Tho­mas Hoc­ken­berry, zarówno za młodu, jak i doro­sły, zawsze znacz­nie lepiej doga­dy­wał się z kobie­tami i dziećmi niż z doj­rza­łymi męż­czy­znami.

Kło­pot w tym, że proto-grec­kie damy i ich pocie­chy są znacz­nie bar­dziej krwio­żer­cze i poryw­cze niż wszy­scy doj­rzali męż­czyźni, któ­rych dok­tor Hoc­ken­berry poznał w swym poprzed­nim, zupeł­nie bez­kr­wa­wym życiu.

Zatem dale­kie loty mogę spo­koj­nie odło­żyć na póź­niej. W zasa­dzie lepiej zupeł­nie o nich zapo­mnieć.

Fale przy­bi­jają do brzegu. Jedna za drugą. Swoj­ski, nie­zmienny rytm uspo­kaja.

Zro­bię to. Pod­ję­ciu decy­zji towa­rzy­szą emo­cje podobne lata­niu - nie, nie lata­niu, lecz eks­cy­ta­cji w tej krót­kiej chwili nie­waż­ko­ści, jakiej doznaje czło­wiek rzu­ca­jący się w prze­paść. Już wiem, że o powro­cie na stały grunt nie ma mowy. Runę lub poszy­buję.

Zro­bię to.

4. W pobliżu Conamara Chaos

4

W pobliżu Cona­mara Chaos

Baty­skaf euro­pań­skiego morawca Mahn­muta odsa­dził już od kra­kena na trzy kilo­me­try i wciąż zwięk­szał dzie­lący ich dystans, co teo­re­tycz­nie powinno natchnąć jego maleńki, robo-orga­niczny orga­nizm nie­jaką pew­no­ścią, lecz tak się wcale nie działo. A to dla­tego, że macki kra­ke­nów dość czę­sto roz­ra­stały się do pię­cio­ki­lo­me­tro­wej dłu­go­ści.

Dokucz­liwa przy­krość. Co gor­sza, kra­ken po pro­stu prze­szka­dzał. Mahn­mut już nie­mal skoń­czył nową ana­lizę sonetu sto szes­na­stego i pilno mu było prze­słać ją na Io, do Orphu. Gdyby więc coś połknęło baty­skaf w tej chwili, uznałby to za zda­rze­nie co naj­mniej nie­for­tunne.

Ponow­nie wyszpe­rał kra­kena sona­rem, spraw­dził, że ta wielka i wygłod­niała gala­re­to­wata breja rze­czy­wi­ście na­dal go ściga, po czym połą­czył się z reak­to­rem na czas wystar­cza­jący, by baty­skaf przy­śpie­szył o trzy dodat­kowe węzły.

Kra­ken, który ze swych odmę­tów zapę­dził się za nim aż do otwar­tych kana­łów w oko­li­cach Cona­mara Chaos, nie wytrzy­mał tempa. Mahn­mut zda­wał sobie sprawę, że dopóki obaj płyną z taką pręd­ko­ścią, ści­ga­jący go potwór nie zdoła roz­po­strzeć macek i pochwy­cić baty­skafu. Gdyby jed­nak mały okrę­cik natknął się po dro­dze na jakąś prze­szkodę - dajmy na to roz­le­głą kolo­nię flu­ore­scen­cyj­nych kra­sno­ro­stów - i musiał zwol­nić, bądź, co gor­sza, zaplą­tał się w ich poły­sku­jące, obrzy­dliwe pasma, kra­ken runąłby na niego jak...

- Noż, cho­lera - rzu­cił Mahn­mut, rezy­gnu­jąc z dal­szych prób zna­le­zie­nia god­nego porów­na­nia.

Sie­dział w cia­snej kabi­nie, oto­czony mono­ton­nym szu­mem mecha­ni­zmów. Czuj­niki morawca były pod­łą­czone do ukła­dów baty­skafu, a wir­tu­alne obra­zo­wa­nie uka­zało mu wła­śnie wiel­kie sku­pi­ska świe­cą­cych kra­sno­ro­stów. Pły­nął pro­sto w ich stronę. Jaśnie­jąca ple­cha roz­ra­stała się w prą­dach izo­ter­micz­nych, kar­miąc się siar­cza­nem magnezu, któ­rego krwi­sto­czer­wone for­ma­cje uno­siły się pod lodo­wym szel­fem niczym korze­nie roślin.

Zanu­rze­nie, pomy­ślał Mahn­mut i sta­te­czek zanur­ko­wał dwa­dzie­ścia kilo­me­trów głę­biej, uni­ka­jąc naj­ni­żej zawie­szo­nych kolo­nii kra­sno­ro­stów led­wie o kil­ka­dzie­siąt metrów. Kra­ken skie­ro­wał się za nim. Gdyby stwór potra­fił się zło­wiesz­czo uśmie­chać, zro­biłby to wła­śnie w tej chwili - na tej głę­bo­ko­ści kra­keny polo­wały z zabój­czą sku­tecz­no­ścią.

Mahn­mut nie­chęt­nie usu­nął sonet sto szes­na­sty z wir­tu­al­nego pola widze­nia i prze­ana­li­zo­wał dostępne moż­li­wo­ści dzia­ła­nia. Nie miał ochoty dać się pożreć nie­całe sto kilo­me­trów od Cen­trum Cona­mara Chaos. Oczy­wi­ście to wszystko wina cho­ler­nych biu­ro­kra­tów. Nim kazali moraw­cowi wra­cać do bazy, powinni byli wyku­rzyć z oko­licy mor­skie potwory. Kra­kena mógł natu­ral­nie zabić, lecz w pobliżu nie było żad­nej żni­wiarki, a zanim firma zdą­ży­łaby jakąś zor­ga­ni­zo­wać i dostar­czyć, trup mon­strum stałby się karmą dla żyją­cych wśród kra­sno­ro­stów paso­ży­tów, sol­nych reki­nów, pogo­no­fo­rów i swych wła­snych pobra­tym­ców. Nie, do takiego mar­no­traw­stwa nie wolno mu było dopu­ścić.

Mahn­mut wyłą­czył wir­tu­alny wzrok i rozej­rzał się po kabi­nie, jakby w nadziei, że widok nie­wiel­kiego wnę­trza natchnie go lep­szym pomy­słem. Fak­tycz­nie, natchnął.

Na kon­so­le­cie, w towa­rzy­stwie opra­wio­nych w skórę tomów Szek­spira i wydruku pracy Helen Ven­dler, stała lampa lawowa - iro­niczny pre­zent od jego daw­nego part­nera, morawca Urt­zwe­ila. Dostał ją bez mała dwa­dzie­ścia jowi­szo­wych lat temu.

Mahn­mut uśmiech­nął się i ponow­nie włą­czył wir­tu­alny wzrok na wszyst­kich czę­sto­tli­wo­ściach pasma. W tak nie­wiel­kiej odle­gło­ści od cen­trali musiał prze­cież zna­leźć jakieś dia­piry. A kra­keny nie cier­piały dia­pi­rów.

Tak. Pięt­na­ście kilo­me­trów na połu­dniowy wschód wypa­trzył całe ich pole, uno­siły się z wolna ku pokry­wa­ją­cej powierzch­nię war­stwie lodu, rów­nie leni­wie jak kawałki wosku w jego lam­pie. Mahn­mut usta­wił kurs na naj­bliż­szy dia­pir i przy­śpie­szył o pięć węzłów. Tak dla bez­pie­czeń­stwa, o ile kto­kol­wiek w ogóle mógł czuć się bez­piecz­nym w zasięgu macek doro­słego kra­kena.

Dia­piry były kawa­łami mięk­kiego lodu, ogrza­nego w głę­bi­nach przez kominy hydro­ter­malne i gorące strefy gra­wi­ta­cyjne. Uno­siły się w sło­nych od epso­mitu wodach ku lądo­lo­dowi, jaki daw­niej pokry­wał sto pro­cent powierzchni Europy, a teraz, dwa tysiące ziem­skich lat po roz­po­czę­ciu prac przez krio­boty, na­dal zaj­mo­wał ponad dzie­więć­dzie­siąt osiem pro­cent obszaru księ­życa. Wyty­po­wany przez morawca dia­pir miał około pięt­na­stu kilo­me­trów śred­nicy i prędko zbli­żał się do szelfu.

Kra­keny nie lubiły dia­pi­rów ze względu na ich wła­ści­wo­ści elek­tro­li­tyczne. W ich sąsiedz­twie nie korzy­stały z zabój­czych ramion i szczęk, ani nawet ze swo­ich deli­kat­nych czu­łek.

Baty­skaf Mahn­muta dości­gnął dia­pir z dzie­się­cio­ki­lo­me­trową prze­wagą nad kra­ke­nem. Mora­wiec zwol­nił, przy­go­to­wał kadłub do zde­rze­nia, wsu­nął czuj­niki i sondy, po czym wwier­cił się w głąb mięk­kiej lodo­wej bryły. Posłu­gu­jąc się sona­rem i sys­te­mem nawi­ga­cji sate­li­tar­nej, spraw­dził roz­kład szcze­lin w krze oraz kana­łów nawi­ga­cyj­nych, od któ­rych na­dal dzie­lił go mniej wię­cej ośmio­ki­lo­me­trowy słup wody. Za kilka minut dia­pir zde­rzy się z grubą lodową pokrywą, prze­bije się przez spę­ka­liny i wytry­śnie wysoką na sto metrów fon­tanną mokrej brei. W krót­kim cza­sie ta oko­lica Cona­mary Chaos upodobni się do ame­ry­kań­skiego Parku Yel­low­stone z cza­sów Zapo­mnia­nej Ery, sły­ną­cego z wrzą­cych źró­deł i czer­wo­nych siar­ko­wych gej­ze­rów. Następ­nie piana i dro­biny lodu roz­pro­szą się w powie­trzu i powoli, jakby w zwol­nio­nym tem­pie, opadną na powierzch­nię ścią­gane panu­ją­cym na Euro­pie cią­że­niem, wyno­szą­cym jedną siódmą ziem­skiego. Syp­nie gęsty deszcz ze śnie­giem, który szybko zasty­gnie w cien­kiej, sztucz­nej atmos­fe­rze księ­życa - ciśnie­nie wyno­siło tu led­wie sto mili­ba­rów - two­rząc na i tak fan­ta­zyj­nych lodo­wych poła­ciach nowe abs­trak­cyjne for­ma­cje.

Mahn­mut nie mógł umrzeć w ści­słym tego słowa zna­cze­niu - był co prawda czę­ściowo orga­niczny, jed­nak nie dało się o nim sen­sow­nie powie­dzieć, że "żyje". Nie­mniej, mimo że zapro­jek­to­wano go do zno­sze­nia dużych obcią­żeń, zde­cy­do­wa­nie nie miał zamiaru stać się czę­ścią fon­tanny, tudzież dodat­kiem do lodo­wej rzeźby, która uwię­zi­łaby go na następny tysiąc euro­pań­skich lat. Przez chwilę, pro­wa­dząc kal­ku­la­cje, zapo­mniał o kra­ke­nie, a nawet o sone­cie sto szes­na­stym. Wyli­czył tempo wzno­sze­nia się dia­piru, szyb­kość, z jaką baty­skaf prze­dzie­rał się przez mięk­nący lód, oraz pręd­kość zbli­ża­nia się do sku­tej lodem powierzchni oce­anu. Otrzy­mane wyniki prze­słał do maszy­nowni i zbior­ni­ków z bala­stem. Zgod­nie z pla­nem miał wyrwać się z połu­dnio­wej ściany dia­piru pół kilo­me­tra przed koli­zją z lądo­lo­dem i mak­sy­mal­nie przy­śpie­szyć, by wybić się awa­ryj­nie ponad powierzch­nię dokład­nie w chwili, gdy potężna fala pozo­sta­ło­ści dia­piru wystrzeli z kanału. Następ­nie zamie­rzał sko­rzy­stać z dodat­ko­wego przy­śpie­sze­nia - sza­cun­kowe dane wska­zy­wały że pręd­kość baty­skafu wzro­śnie o sto kilo­me­trów na godzinę - by umknąć przed lodową nawał­nicą, korzy­sta­jąc z pojazdu jak z deski sur­fin­go­wej przez połowę bra­ku­ją­cego do Cen­trum Cona­mara Chaos dystansu. Ostat­nie dwa­dzie­ścia kilo­me­trów będzie musiał poko­nać już na powierzchni, po osłab­nię­ciu fali. Co do tego nie miał jed­nak wyboru. Tak czy ina­czej, zano­siło się na wynu­rze­nie w wiel­kim stylu.

O ile kanał nawi­ga­cyjny nie okaże się zablo­ko­wany. I o ile z Cona­mary nie wypły­nie nim aku­rat inny baty­skaf w prze­ciw­nym kie­runku. W takim przy­padku, przez kilka nędz­nych minut pozo­sta­ją­cych do znisz­cze­nia jego i "Mrocz­nej damy", Mahn­mut najadłby się wstydu za całe życie.

Oczy­wi­ście nie musiałby się już przej­mo­wać kra­ke­nem. Te stwo­rze­nia nie zbli­żały się do lodo­wej powierzchni bli­żej niż na pięć kilo­me­trów.

Po wpro­wa­dze­niu do sys­te­mów wszyst­kich koniecz­nych pole­ceń, wie­dząc, że zro­bił wszystko co w jego mocy, by zapew­nić sobie prze­trwa­nie i przy­być do bazy na czas, Mahn­mut wró­cił do ana­lizy sonetu.

Baty­skaf - dawno temu ochrzczony mia­nem "Mrocz­nej damy" - ostat­nie bra­ku­jące dwa­dzie­ścia kilo­me­trów do Cen­trum Cona­mara Chaos poko­nał sze­ro­kim na tysiąc metrów kana­łem, pły­nąc po falu­ją­cym pod czar­nym nie­bem morzu. Nad powierzch­nią Europy wscho­dził Jowisz w trze­ciej kwar­cie, roz­pa­la­jąc kłęby chmur przy­tłu­mio­nymi bar­wami. Maleńka Io sunęła na tle giganta tuż nad zmro­żo­nym hory­zon­tem. Po obu stro­nach kanału maja­czyły wyso­kie na kil­ka­set metrów, pokryte głę­bo­kimi roz­pa­dli­nami klify, któ­rych mdłe ściany migo­tały pod ciem­nie­ją­cym nie­bo­skło­nem sza­ro­ścią i przy­ga­szo­nymi odcie­niami czer­wieni.

Czu­jąc rosnącą eks­cy­ta­cję, Manh­mut wyświe­tlił szek­spi­row­ski sonet.

Sonet 116

Nie­chaj do pra­wych umy­słów złą­cze­nia

Żadne warunki nie będą przy­dane.

Miło­ścią nie jest miłość, co się zmie­nia

Lub jako rze­czy jest powy­gi­nane.

Nie. Miłość znak to we wiecz­no­ści stały,

Co nie wstrzą­śnięty jest nawet przez burze,

Gwiazda dla barki, którą wichry gnały,

War­tość nie­znana, świa­tło lśniące w górze.

Nie bła­znem czasu miłość jest, choć zgod­nie

Z pra­wami jego więdną nasze wdzięki.

Nie zmie­nia się w godziny i tygo­dnie,

Lecz do zagłady trwa, do skraju męki.

Gdy spraw­dzą na mnie - kłam­stwo to rzecz pło­cha,

Nig­dym nie pisał, ni­gdy nikt nie kochał.1

W ciągu lat zdą­żył ten sonet znie­na­wi­dzić. Wła­śnie tego typu bzdury ludzie z Zapo­mnia­nej Ery recy­to­wali na ślu­bach. Kicz i tan­deta. Szek­spira zde­cy­do­wa­nie było stać na wię­cej.

Jed­nakże, kiedy Mahn­mut zna­lazł mikro­za­pisy kry­tycz­nych prac kobiety nazwi­skiem Helen Ven­dler - uczo­nej żyją­cej i piszą­cej w jed­nym z dawno minio­nych stu­leci, dzie­więt­na­stym, dwu­dzie­stym lub dwu­dzie­stym pierw­szym (dokład­nej daty aktyw­no­ści autorki nie udało się jed­no­znacz­nie usta­lić) - natknął się na klucz do odczy­ta­nia utworu. Otóż ist­niała kon­cep­cja, w myśl któ­rej sonet sto szes­na­sty nie był wcale, jak zakła­dano przez wieki, prze­sło­dzoną pochwałą, lecz wyra­zem gwał­tow­nego odtrą­ce­nia.

Przej­rzał wyno­to­wane słowa klu­czowe. Znaj­do­wał je w każ­dym wer­sie - naj­pierw "żadne", "nie" i "ni­gdy", a potem w wer­sie czter­na­stym "ni­gdym", "nie", "ni­gdy", "nikt" i znowu "nie". Brzmiały jak echo wypo­wie­dzia­nego przez króla Leara nihi­li­stycz­nego "ni­gdy, ni­gdy, ni­gdy, ni­gdy, ni­gdy".

Tak, zde­cy­do­wa­nie było to odtrą­ce­nie. Do odkry­cia pozo­sta­wało tylko co, lub kogo, autor tak naprawdę odtrą­cał?

Manh­mut wie­dział, że sonet sto szes­na­sty sta­nowi część cyklu skie­ro­wa­nego do "Mło­dzieńca", nie­mniej zda­wał sobie sprawę, że wyraz "Mło­dzie­niec" jest jedy­nie list­kiem figo­wym, doda­nym w póź­niej­szych, bar­dziej skrom­nych latach poety. Miło­sne wier­sze nie były wcale adre­so­wane do żad­nego mło­dzieńca, lecz po pro­stu do chłopca, naj­wy­żej trzy­na­sto­latka. Mora­wiec zapo­znał się z kry­tycz­nymi tek­stami z dru­giej połowy dwu­dzie­stego stu­le­cia i wie­dział, iż ówcze­śni uczeni uzna­wali sonet za wypo­wiedź wprost - za homo­sek­su­alne, skie­ro­wane do kochanka wyzna­nie Szek­spira. Mahn­mut rozu­miał jed­nak rów­nież - opie­ra­jąc się na innych opra­co­wa­niach z póź­nego okresu Zapo­mnia­nej Ery i wcze­śniej­szych - że tego rodzaju poli­tycz­nie moty­wo­wane inter­pre­ta­cje są zgoła dzie­cinne.

Szek­spi­row­skie sonety skła­dały się w dra­mat. O tym Mahn­mut był głę­boko prze­ko­nany. Jego boha­te­rami byli zarówno "Mło­dzie­niec" jak i "Mroczna dama". Cykl powsta­wał na prze­strzeni wielu lat. Poszcze­gólne utwory nie sta­no­wiły owocu burz­li­wych, mło­dzień­czych namięt­no­ści, lecz były dzie­łem doj­rza­łego, w pełni roz­wi­nię­tego talentu dra­matopisarza. Jaki więc był ich temat prze­wodni? Miłość. A co Anglik sądził o owym uczu­ciu? Co myślał "tak naprawdę"?

Tego już nikt i ni­gdy miał się nie dowie­dzieć - Mahn­mut prze­czu­wał, że Bard był zbyt prze­bie­gły, nad­mier­nie cyniczny i skryty, by kie­dy­kol­wiek wyja­wić swe praw­dziwe myśli. Jed­nak w pisa­nych jedna za drugą sztu­kach Szek­spir demon­stro­wał jak silne tar­ga­jące ludźmi emo­cje - miło­ści nie wyłą­cza­jąc - czy­nią z nich głup­ców. A autor, podob­nie jak król Lear, uwiel­biał głup­ców i bła­znów. Prze­cież bła­znem For­tuny był Romeo. Ham­let - bła­znem losu. Mak­bet - ambi­cji, Fal­staff... Nie, ten nie był niczyim tref­ni­siem... cho­ciaż zgłu­piał z miło­ści do księ­cia Hala i kiedy ten mło­dzie­niec go odrzu­cił, usechł z tęsk­noty i uwiądł z pęk­nię­tym ser­cem.

Mahn­mut rozu­miał także, że poeta z sone­tów, nazy­wany cza­sem "Wil­lem", nie jest - wbrew twier­dze­niom licz­nych, nie­zbyt docie­kli­wych naukow­ców - histo­rycz­nym Wil­lia­mem Szek­spi­rem, lecz tylko kolej­nym dziec­kiem arty­stycz­nej wyobraźni dra­ma­turga, lite­rac­kim kon­struk­tem pozwa­la­ją­cym pisa­rzowi pozna­wać i prze­mie­rzać zawiłe ścieżki miło­ści. Czy było zatem moż­liwe, że ów "poeta" był - na podo­bień­stwo nie­szczę­snego, szek­spi­row­skiego hra­biego Orsino - bła­znem miło­ści? Czło­wie­kiem zako­cha­nym w uczu­ciu jako takim?

Taka inter­pre­ta­cja bar­dzo przy­pa­dła Mahn­mu­towi do gustu. Wie­dział, że szek­spi­row­skie "pra­wych umy­słów złą­cze­nie" star­szego poety i mło­dzieńca nie było homo­sek­su­al­nym związ­kiem, a raczej praw­dziwą komu­nią wraż­li­wo­ści, aspek­tem miło­ści wysła­wia­nym na długo, zanim Bard poja­wił się na świe­cie. Na pierw­szy rzut oka sonet sto szes­na­sty wyda­wał się sztam­po­wym wyzna­niem miło­ści i pod nie­biosa wyno­sił trwa­łość uczu­cia, lecz jeżeli w rze­czy­wi­sto­ści był utwo­rem zwia­stu­ją­cym odtrą­ce­nie i odmowę...

Nagle Mahn­mut ujrzał oczami wyobraźni całość ukła­danki. Podob­nie jak wielu wiel­kich pisa­rzy, Szek­spir nie ujaw­niał w swych wier­szach wszyst­kiego. Jeżeli jed­nak byłby to utwór o odtrą­ce­niu, ku czemu byłoby skie­ro­wane? Cóż takiego mógł star­szy, zadu­rzony poeta usły­szeć od tajem­ni­czego mło­dzieńca, co doma­gało się tak sta­now­czej, gwał­tow­nej reak­cji?

Mahn­mut roz­pro­sto­wał palce głów­nego mani­pu­la­tora, się­gnął po rysik i zaczął pisać...

Drogi Willu...

Bez wąt­pie­nia życzy­li­by­śmy sobie obaj, by nasze pra­wych umy­słów złą­cze­nie - jako że męż­czyźni nie mogą się cie­szyć sakra­men­talną unią ciał - było rów­nie rze­czy­wi­ste i stałe, jak praw­dziwe mał­żeń­stwo. To jed­nak nie­moż­liwe. Ludzie się zmie­niają, Will. Zmienne są także oko­licz­no­ści. A gdy zni­kają pewne ludz­kie cechy, lub gdy odcho­dzą sami ludzie, zamiera rów­nież i miłość. Kocha­łem Cię, Will, darzy­łem Cię szczerą miło­ścią, ale Ty się zmie­ni­łeś. Zmie­ni­łeś się, wsku­tek czego prze­miana dotknęła zarówno mnie, jak i naturę naszego uczu­cia.

Szcze­rze oddany

Mło­dzie­niec

Mahn­mut odczy­tał swój list i wybuch­nął śmie­chem, lecz zaraz umilkł, uświa­do­mił sobie bowiem, jak w świe­tle tej lite­rac­kiej próby zmie­nia się wymowa sonetu. Teraz, w miej­sce prze­sło­dzo­nej afir­ma­cji nie­prze­mi­ja­ją­cej miło­ści poja­wiała się w wier­szu gwał­towna nie­zgoda na odrzu­ce­nie ze strony mło­dego, skon­cen­tro­wa­nego na sobie samym czło­wieka. Spró­bo­wał odczy­tać dziełko na nowo:

Nie­chaj do pra­wych umy­słów złą­cze­nia

Żadne (tak zwane) "warunki" nie będą przy­dane.

Miło­ścią nie jest miłość, co "się zmie­nia"

Lub "jako rze­czy jest powy­gi­nane".

Nie!

Emo­cje Mahn­muta osią­gnęły swój pułap. Teraz cały sonet, ba, cały cykl ukła­dał się w spójną i sen­sowną całość. Z miło­ści wyra­ża­ją­cej się "pra­wych umy­słów złą­cze­niem" zostało bar­dzo nie­wiele, może jedy­nie gniew, wza­jemne oskar­że­nia, pre­ten­sje, kłam­stwa i nie­wier­ność. Jed­nym sło­wem, porzu­cone zostaną wszyst­kie roman­tyczne dozna­nia, które wyczer­pią się do sonetu sto dwu­dzie­stego szó­stego, kiedy to "Mło­dzie­niec" wraz z kon­cep­cją ide­al­nej miło­ści znikną, a w ich miej­sce poja­wią się wyuz­dane cie­le­sne ucie­chy, ofe­ro­wane przez "Mroczną damę". Mahn­mut prze­niósł swą świa­do­mość w prze­strzeń wir­tu­alną i zaczął ukła­dać elek­tro­niczną notkę do swego wier­nego, wie­lo­let­niego roz­mówcy, Orphu z Io.

Zawyły alar­mowe syreny. Przed wir­tu­al­nymi oczyma Mahn­muta zami­go­tały ostrze­gaw­cze świa­tła. Kra­ken! - prze­mknęło mu w pierw­szej chwili przez myśl, lecz prze­cież bestia za nic nie wynu­rzy­łaby się na powierzch­nię, a co dopiero mówić o poja­wie­niu się w otwar­tym kanale.

Mora­wiec zar­chi­wi­zo­wał sonet wraz z notat­kami, usu­nął list z kolejki nadaw­czej i uru­cho­mił zewnętrzne czuj­niki baty­skafu.

"Mroczna dama" znaj­do­wała się pięć kilo­me­trów od Cen­trum Cona­mara Chaos, w rejo­nie obję­tym już sys­te­mem zdal­nego ste­ro­wa­nia doków. Prze­ka­zał nawi­ga­cję auto­ma­tyce i przyj­rzał się rosną­cym przed baty­ska­fem lodo­wym urwi­skom.

Z oddali Cen­trum Cona­mara Chaos wyglą­dało iden­tycz­nie jak pozo­stałe czę­ści powierzchni Europy - spię­trzone grzbiety zmro­żo­nych kli­fów, się­ga­jące na dwie­ście lub trzy­sta metrów w górę; potrza­skane lodowe masy, kanały nawi­ga­cyjne i lodowe soczewki. Nie­mniej po chwili rejsu uka­zały się rów­nież znaki świad­czące o tym, że oko­lica jest zamiesz­kana: czarna pasz­cza doku baty­ska­fów, sunące po urwi­skach windy, otwie­ra­jące się w lodo­wych ścia­nach okna, mru­ga­jące świa­tła pozy­cyjne, migo­cące także na modu­łach powierzch­nio­wych, węzłach miesz­kal­nych i szpi­cach anten. A ponad tym wszyst­kim - tam gdzie koń­czył się klif i zaczy­nało czarne niebo - zoba­czył kilka mię­dzyk­się­ży­co­wych pro­mów, dla ochrony przed burzami przy­cu­mo­wa­nych na lądo­wi­sku.

Statki kosmiczne w Cen­trum Cona­mara. Nie­co­dzienny widok. Mahn­mut wpły­nął do doku, prze­sta­wił sys­temy baty­skafu w tryb ocze­ki­wa­nia i zaczął się wypi­nać z urzą­dzeń i ukła­dów statku. Przez cały ten czas myślał.

Po jaką cho­lerę mnie tu wezwali?

Następ­nie pod­dał się trau­ma­tycz­nemu dozna­niu ogra­ni­cze­nia zmy­słów. Dosto­so­wał recep­tory do wymo­gów cia­snego, huma­no­idal­nego ciała i wysiadł z baty­skafu. Ruszył kory­ta­rzem wśród oświe­tlo­nych nie­bie­skimi lam­pami lodo­wych ścian i poje­chał windą ku znaj­du­ją­cym się daleko w górze węzłom miesz­kal­nym.

5. Dwór Ardis

5

Dwór Ardis

Wie­czorny poczę­stu­nek dla tuzina osób podano na stole pod upstrzo­nym lam­pio­nami drze­wem: sar­nina i pie­czeń ze świeżo upo­lo­wa­nego dzika, pstrąg z pły­ną­cej poni­żej dworu rzeki, woło­wina pro­sto z pastwisk roz­cią­ga­ją­cych się pomię­dzy Ardis a plat­formą fak­sową, białe i czer­wone wina z oko­licz­nych win­nic, świeża kuku­ry­dza, dynie, sałaty i gro­szek z ogrodu, a także impor­to­wany fak­sem kawior.

- Czyje uro­dziny będziemy świę­to­wać? I która to wła­ści­wie Dwu­dziestka? - zacie­ka­wił się Daeman, gdy ser­wi­tory zaczęły nakła­dać bie­siad­ni­kom pierw­sze dania.

- Rocz­nica jest moja, ale to nie Dwu­dziestka - odpo­wie­dział przy­stojny, kędzie­rzawy męż­czy­zna imie­niem Har­man.

- Słu­cham? - Daeman roz­cią­gnął wargi w uśmie­chu, cho­ciaż nie zro­zu­miał. Prze­jął paterę z dynią, poczę­sto­wał się i podał ją sie­dzą­cej obok damie.

- Har­man obcho­dzi uro­dziny co roku - wyja­śniła Ada, zaj­mu­jąca hono­rowe miej­sce u szczytu stołu. Uroda odzia­nej w czarno-płową, jedwabną suk­nię dziew­czyny dzia­łała na niego nie­mal jak fizyczny dotyk.

Chło­pak pokrę­cił głową, na­dal nie do końca poj­mo­wał. Dorocz­nych jubi­le­uszy nie zauwa­żał prak­tycz­nie nikt, a jesz­cze mniej liczni je cele­bro­wali.

- Czyli nie świę­tu­jemy dzi­siaj two­jej bio­lo­gicz­nej Dwu­dziestki? - skie­ro­wał uwagę do Har­mana, po czym ski­nął głową uno­szą­cemu się obok ser­wi­to­rowi, który dolał mu wina.

- Nie. Cho­ciaż wła­śnie dziś wypa­dają moje bio­lo­giczne uro­dziny - powtó­rzył z uśmie­chem zagad­nięty. - Dzie­więć­dzie­siąte dzie­wiąte.

Wstrzą­śnięty Daeman na moment znie­ru­cho­miał, po czym prędko, ukrad­kiem rozej­rzał się, podej­rze­wa­jąc, że padł wła­śnie ofiarą dow­cipu zro­zu­mia­łego jedy­nie dla pro­win­cju­szy - oczy­wi­ście dow­cipu w bar­dzo złym guście. Mimo wszystko, z dzie­więć­dzie­sią­tego dzie­wią­tego jubi­le­uszu nikt nie powi­nien robić sobie żar­tów. Uśmiech­nął się więc lekko i zamilkł w ocze­ki­wa­niu na puentę.

- Har­man mówi poważ­nie - rzu­ciła swo­bod­nie Ada. Pozo­stali goście mil­czeli. Z lasu dola­ty­wało nawo­ły­wa­nie noc­nych pta­ków.

- Ja... bar­dzo prze­pra­szam - wydu­kał Daeman.

- Przy­znam się, że nie mogę się tego roku docze­kać. - Har­man powiódł spoj­rze­niem dokoła. - Mam wiele pla­nów.

- Rok temu Har­man prze­szedł sto mil po dnie Bruzdy Atlan­tyc­kiej - wtrą­ciła Han­nah, młoda, krót­ko­włosa przy­ja­ciółka Ady.

W tej chwili Daeman nabrał pew­no­ści. Natrzą­sają się z niego.

- Prze­cież tam­tędy nie da się przejść.

- Cóż, ja to zro­bi­łem - rzu­cił Har­man, ogry­za­jąc kolbę kuku­ry­dzy. - Oczy­wi­ście, jak już powie­działa Han­nah, prze­pro­wa­dzi­łem tylko krótki reko­ne­sans. Sto mil od wybrzeża Ame­ryki Pół­noc­nej i z powro­tem. Nic trud­nego.

Daeman uśmiech­nął się raz jesz­cze, za nic nie chciał wyjść na dur­nia.

- Ale w jaki w ogóle spo­sób udało ci się dotrzeć do Bruzdy, Har­man Uhr? W jej pobliżu nie ma nawet jed­nego fak­so­wę­zła.

Nie miał co prawda poję­cia, gdzie szu­kać tej Atlan­tyc­kiej Bruzdy, nie wie­dział czym jest Ame­ryka Pół­nocna i nie był do końca prze­ko­nany, w któ­rym wła­ści­wie miej­scu znaj­duje się Atlan­tyk, był za to pewien, że żaden z trzy­stu sie­dem­na­stu fak­so­wę­złów nie leży w pobliżu Bruzdy. W swo­ich dotych­cza­so­wych podró­żach sko­rzy­stał z nich wszyst­kich co naj­mniej raz i ni­gdy nie zwie­dził legen­dar­nego miej­sca.

Har­man odło­żył ogry­zioną kuku­ry­dzę.

- Pie­chotą, Daeman Uhr. Bruzda ma swój począ­tek na wschod­nim wybrzeżu Ame­ryki Pół­noc­nej i bie­gnie wzdłuż czter­dzie­stego rów­no­leż­nika, aż do kra­iny nazy­wa­nej w Zapo­mnia­nej Erze Europą. Ostat­nim pań­stwem naro­do­wym zaj­mu­ją­cym przy­brzeżne tereny u wylotu Bruzdy była, o ile się nie mylę, Hisz­pa­nia. Od ruin sta­ro­żyt­nej Fila­de­fii, ty możesz ją znać pod nazwą Węzła 124, obec­nie jest to posia­dłość Lomana Uhr, można do Bruzdy dotrzeć po kil­ku­go­dzin­nym spa­ce­rze. Gdyby wystar­czyło mi odwagi i gdy­bym zabrał ze sobą dość pro­wiantu, dotarł­bym do samej Hisz­pa­nii.

Daeman poki­wał uprzej­mie głową. Uśmiech­nął się. Facet plótł trzy po trzy. Naj­pierw nie­przy­stojne prze­chwałki dzie­więć­dzie­sią­tymi dzie­wią­tymi uro­dzi­nami, potem baj­du­rze­nie o rów­no­leż­ni­kach, jakichś mia­stach z Zapo­mnia­nej Ery i pie­szych wypra­wach. Prze­cież nikt nor­malny nie cho­dzi pie­chotą dalej niż kil­ka­set metrów! Jaki w tym sens? Wszystko, co może czło­wieka inte­re­so­wać, znaj­duje się w pobliżu fak­so­wę­złów, a do tych kilku odle­głych od plat­form kurio­zów - na przy­kład posia­dło­ści Ady - dojeż­dżało się wygod­nie kabrio­le­tem bądź bryczką. Lomana Daeman znał. Natu­ral­nie, że znał - nie­dawno bawił się w jego rezy­den­cji na Trze­ciej Dwu­dzie­stce Ono - jed­nak cała reszta mono­logu Har­mana? Nie, zwy­kłe pozba­wione sensu głodne kawałki. Zapewne dobie­ga­jący kresu swych dni facet naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ześwi­ro­wał. No cóż, teraz i tak został mu tylko ostatni faks do kon­ser­wa­torni, a resztę zała­twi wnie­bo­wstą­pie­nie.

Daeman rzu­cił okiem na Adę. Miał nadzieję, że dziew­czyna zain­ter­we­niuje i zmieni temat, lecz gospo­dyni na­dal łagod­nie się uśmie­chała, jakby zga­dzała się ze wszyst­kim co wyga­dy­wał Har­man. W poszu­ki­wa­niu pomocy rozej­rzał się po twa­rzach reszty współ­bie­siad­ni­ków, lecz i oni uprzej­mie słu­chali - co wię­cej, słu­chali z wyraź­nym zacie­ka­wie­niem. Jakby ple­ce­nie podob­nych far­ma­zo­nów sta­no­wiło stały ele­ment pro­win­cjo­nal­nych kola­cy­jek.

- Nie naj­gor­szy pstrąg, prawda? - Daeman zagad­nął sąsiadkę z lewej strony. - Pani rów­nież sma­ko­wał?

Sie­dząca po dru­giej stro­nie stołu kobieta, zażywna i rudo­włosa, zapewne sporo po Dru­giej Dwu­dzie­stce, wsparła swój wydatny, spi­cza­sty pod­bró­dek na nie­wiel­kiej pią­stce i zwró­ciła się do Har­mana.

- Jak tam było? To zna­czy w Bruź­dzie?

Kędzie­rzawy, mocno opa­lony męż­czy­zna pró­bo­wał się wymi­gać, lecz pozo­stali goście - w ich licz­bie młoda blon­dynka, którą Daeman zapy­tał o pstrąga i która tak nie­ele­gancko zbyła jego cie­ka­wość mil­cze­niem - zaczęli upar­cie nale­gać na opo­wieść. Osta­tecz­nie uległ i popro­sił o ciszę, uno­sząc dłoń.

- Dla czło­wieka, który ni­gdy Bruzdy nie widział, fascy­nu­jący jest już sam widok z brzegu. Kory­tarz ma mniej wię­cej osiem­dzie­siąt metrów sze­ro­ko­ści i cią­gnie się na wschód aż po hory­zont. Wydaje się, że w oddali przej­ście stop­niowo się zwęża, aż wresz­cie, w miej­scu gdzie ocean spo­tyka się z nie­bem, prze­obraża się w cie­niut­kie, jasne pasemko. Wra­że­nie towa­rzy­szące wcho­dze­niu na Bruzdę jest... nieco dziwne. W miej­scu, gdzie Bruzda łączy się z plażą, pia­sek nie jest wcale wil­gotny. Nie obmy­wają go fale. Z początku cała uwaga wędrowca kie­ruje się na boki. Czło­wiek scho­dzi coraz niżej i ogląda dwie pio­nowe ściany wody. Jest tak, jakby od spie­nio­nego morza oddzie­lała śmiałka jedy­nie szklana szyba. Ścian bruzdy trzeba dotknąć. Nie sądzę, by kto­kol­wiek oparł się poku­sie. Bariera jest gąb­cza­sta, nie­wi­doczna i chłodna od wody, deli­kat­nie ugina się pod napo­rem oce­anu, lecz mimo to zacho­wuje szczel­ność. Potem scho­dzi się głę­biej, wciąż po suchym pia­sku, jako że od stu­leci mor­skie dno moczy jedy­nie deszcz. Pod­łoże jest więc stward­niałe. Wszę­dzie dokoła walają się zasu­szone szczątki mor­skich zwie­rząt i roślin. Są zmu­mi­fi­ko­wane tak dosko­nale, że spra­wiają wra­że­nie ska­mie­nia­łych. Po pierw­szych kil­ku­na­stu metrach ściany wody z obu stron się­gają już nad głowę. A za nimi poja­wiają się cie­nie. Małe rybki, zacie­ka­wione, pod­pły­wają do gra­nicy morza i powie­trza. Cza­sem prze­myka syl­wetka rekina, widać blade świa­tełka, które oka­zują się gala­re­to­wa­tymi, bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nymi stwo­rze­niami. Co jakiś czas zwie­rzęta zde­rzają się z nie­wi­doczną ścianą Bruzdy zim­nymi łbami i gwał­tow­nie się cofają, wyraź­nie prze­stra­szone. Po przej­ściu mili woda sięga już tak wysoko, że na dnie robi się ciemno. Kil­ka­na­ście mil dalej ściany kory­ta­rza wzno­szą się na ponad tysiąc stóp. A na nie­bie, które zmie­nia się tam w wąską kre­skę, widać gwiazdy. Nawet w biały dzień.

- Nie­moż­liwe! - rzu­cił chudy męż­czy­zna o pia­sko­wych wło­sach, sie­dzący kilka miejsc od Daemana. Chło­pak przy­po­mniał sobie, że facet ma na imię Loes. - Żar­tu­jesz, prawda?

- Nie - odparł Har­man. - To wszystko prawda. - Uśmiech­nął się. - Sze­dłem w ten spo­sób przez około cztery dni. Nocami spa­łem. Zawró­ci­łem dopiero, kiedy skoń­czyły mi się zapasy.

- Tylko jak w takich warun­kach odróż­nia­łeś dzień od nocy? - zapy­tała jedna z przy­ja­ció­łek Ady, wyspor­to­wana dziew­czyna imie­niem Han­nah.

- Ow­szem, niebo jest w głębi Bruzdy czarne, a gwiazdy widać bez prze­rwy - wyja­śnił Har­man - ale ocean po obu stro­nach mieni się wszyst­kimi odcie­niami błę­kitu. Od jasno­nie­bie­skiego daleko w górze, po mroczną czerń na pozio­mie dna.

- Natkną­łeś się po dro­dze na coś szcze­gól­nie inte­re­su­ją­cego? - zacie­ka­wiła się Ada.

- Widzia­łem wraki. Zato­pione statki. Z Zapo­mnia­nej Ery i jesz­cze star­sze. Naprawdę sta­ro­żytne. A także jeden, który mógł być... now­szy. - Znowu się uśmiech­nął. - Jeden z nich zba­da­łem dokład­niej. Wielki, zardze­wiały kadłub prze­bi­jał pół­nocną ścianę Bruzdy. Leżał na boku. Do środka dosta­łem się przez wyrwę w bur­cie. Wspi­na­łem się po dra­bin­kach, cho­dzi­łem po pochy­łych pokła­dach. Drogę oświe­tla­łem sobie małą lata­renką, którą zabra­łem z domu. W pew­nym momen­cie, w prze­stron­nym pomiesz­cze­niu - zdaje się, że w daw­nych cza­sach nazy­wano je ładow­nią - tra­fi­łem na ścianę Bruzdy. Roz­cią­gała się od pod­łogi po powałę. Pio­nowa ściana wody. Tuż za nią pły­wały ryby. Przy­tkną­łem twarz do tej zim­nej, nie­wi­dzial­nej bariery i oglą­da­łem pąkle, mię­czaki, mor­skie węże i inne stwo­rze­nia. Pokry­wały wszel­kie moż­liwe powierzch­nie, polo­wały jedne na dru­gie. Po mojej stro­nie wszystko we wraku było suche. Stara, łusz­cząca się rdza. Byłem tam jedyną żywą istotą, nie licząc małego bia­łego kraba, który rów­nież musiał zapę­dzić się w to miej­sce z dale­kiego lądu.

Zerwał się wiatr. Szu­miące nad ich gło­wami drzewo ode­zwało się gło­śniej. Lam­piony się zako­ły­sały, a ich mięk­kie świa­tło zagrało na jedwab­nych i baweł­nia­nych stro­jach, poma­lo­wało kobiece fry­zury, poło­żyło się cie­pło na dło­niach i obli­czach zasłu­cha­nych gości.

Wszy­scy wpa­try­wali się w Har­mana jak urze­czeni. Nawet Daeman poczuł się zain­try­go­wany, mimo że z ust męż­czy­zny wciąż pły­nął potok far­ma­zo­nów.

Roz­sta­wione wzdłuż ścieżki w żela­znych sto­ja­kach pochod­nie trza­skały i sypały iskrami przy każ­dym sil­niej­szym podmu­chu.

- No, a woj­niksy? - ode­zwała się sąsiadka Loesa; Daeman nie umiał sobie przy­po­mnieć jej imie­nia. Chyba Emme? - Jest ich tam wię­cej niż na lądzie? I czy są ruchome, czy stoją w miej­scu?

- Tam woj­nik­sów nie ma. W ogóle.

Wszyst­kich zamu­ro­wało. Daeman poczuł się rów­nie wstrzą­śnięty, jak wcze­śniej, kiedy Har­man oświad­czył, że ma już dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć lat. Poczuł lek­kie zawroty głowy. Nie­wy­klu­czone, że podane wino było moc­niej­sze niż przy­pusz­czał.

- W ogóle nie ma woj­nik­sów... - powtó­rzyła Ada. W jej tonie zabrzmiało nie tyle zasko­cze­nie, ile dziwny smu­tek. - Wznie­śmy toast. - Dziew­czyna się­gnęła po kie­li­szek.

Ser­wi­tory pod­le­ciały, by napeł­nić naczy­nia. Bie­siad­nicy chwy­cili za szkło. Daeman odcze­kał aż prze­sta­nie mu się krę­cić w gło­wie i z pew­nym wysił­kiem przy­wo­łał na twarz uprzejmy uśmiech.

Osta­tecz­nie Ada toa­stu nie wygło­siła, lecz wypili wszy­scy - włącz­nie z ocią­ga­ją­cym się przez chwilę Daema­nem.

***

Pod koniec posiłku wiatr nasi­lił się jesz­cze bar­dziej. Nad­cią­ga­jące chmury prze­sło­niły pier­ście­nie B i R. W powie­trzu poja­wiła się woń ozonu, a ciem­nie­jące na zacho­dzie wzgó­rza znik­nęły za kur­tyną desz­czu. Uczest­nicy przy­ję­cia prze­nie­śli się więc do środka, po czym, podzie­leni na mniej­sze grupki, poszu­ki­wali roz­ry­wek w licz­nych salach rezy­den­cji. W połu­dnio­wej oran­że­rii ser­wi­tory ode­grały kon­cert muzyki kame­ral­nej, kilka osób dało się sku­sić kry­temu szkla­nym dachem base­nowi w tyl­nej czę­ści budynku, a na sze­ro­kim para­pe­cie wido­ko­wej werandy na pię­trze zaaran­żo­wano bufet z wie­czor­nymi prze­ką­skami. Część par znik­nęła w sypial­niach, by się kochać, jesz­cze inni zaszyli się w zacisz­nych zakąt­kach, zało­żyli całuny i prze­nie­śli się pod Troję.

Daeman ruszył za Adą, która zapro­wa­dziła go wraz z Hanną i Har­ma­nem do biblio­teki na dru­gim pię­trze. Wie­dział, że, aby zre­ali­zo­wać plan i uwieść dziew­czynę jesz­cze przed koń­cem week­endu, musi przy niej spę­dzać każdą wolną minutę. Chło­pak dosko­nale rozu­miał, że uwo­dze­nie jest zara­zem dzie­dziną naukową, jak i formą sztuki - powo­dze­nie gwa­ran­to­wał odpo­wied­nio zmie­szany kok­tajl talentu, rygo­ry­stycz­nego prze­strze­ga­nia zasad, odpo­wied­niej dozy kon­taktu i spo­sob­no­ści. Naj­waż­niej­szy był, oczy­wi­ście, kon­takt.

Prze­cha­dza­jąc się po biblio­tece obok Ady, Daeman wyraź­nie czuł żar jej ciała bijący spod sukni z czarno-pło­wego jedwa­biu. Dolna warga dziew­czyny - zauwa­żył to już dzie­sięć lat temu - była nie­zwy­kle kształtna, wydatna i osza­ła­mia­jąco kar­mi­nowa. Wręcz stwo­rzona, by ją kąsać. Kiedy w roz­mo­wie z Har­ma­nem i Hanną gospo­dyni unio­sła rękę, by pod­kre­ślić wyso­kość rega­łów, Daeman zauwa­żył pod cie­niutką tka­niną deli­katne, sub­telne falo­wa­nie jej pra­wej piersi.

Natu­ral­nie, kilka biblio­tek zwie­dzał już wcze­śniej, lecz tak prze­stron­nej nie widział ni­gdy. Pomiesz­cze­nie musiało sobie mie­rzyć ponad sto stóp dłu­go­ści, sufit wisiał pięć­dzie­siąt stóp nad pod­łogą. Wzdłuż trzech ścian, w poło­wie wyso­ko­ści sali, bie­gła antre­sola, dostęp do wyżej usta­wio­nych tomów na obu pozio­mach sali zapew­niały prze­suwne dra­binki. W ścia­nach otwie­rały się liczne alkowy i wnęki. Na oto­czo­nych wygod­nymi kana­pami i fote­lami sto­łach cze­kały otwarte księgi. Półki z książ­kami wisiały nawet nad olbrzy­mim oknem w wyku­szu naj­dal­szej od drzwi ściany. Daeman był pewien, że zgro­ma­dzone tu auten­tyczne książki sta­rego typu musiały już wiele stu­leci temu (w grę praw­do­po­dob­nie wcho­dziły nawet mile­nia) zostać naszpi­ko­wane zapo­bie­ga­ją­cymi roz­kła­dowi nano­che­mi­ka­liami. Wszyst­kie te bez­u­ży­teczne arte­fakty wyko­nane były prze­cież - na litość boską! - ze skóry i papieru, pokry­tych farbą dru­kar­ską bądź atra­men­tem. Mimo tych zabie­gów cała wyło­żona maho­niową boaze­rią biblio­teka, wraz z obla­nymi pla­mami cie­płego świa­tła, antycz­nymi, obi­tymi skó­rzaną tapi­cerką meblami i posęp­nymi górami ksią­żek, tchnęła sta­ro­ścią i zgni­li­zną. Daeman nie potra­fił zro­zu­mieć, z jakiego powodu rodzina Ady utrzy­muje w Ardis to mau­zo­leum ani dla­czego Har­man i Han­nah koniecz­nie chcieli je obej­rzeć.

Kędzie­rzawy męż­czy­zna, który twier­dził, że trwa ostatni rok jego życia oraz że wybrał się na pie­szą wędrówkę po Bruź­dzie Atlan­tyc­kiej, aż znie­ru­cho­miał z zachwytu.

- Tutaj jest prze­cu­dow­nie! - Wspiął się na dra­binkę, prze­je­chał na niej wzdłuż kilku rega­łów, po czym musnął dło­nią okładkę opa­słego, opraw­nego w skórę tomisz­cza.

Daeman wybuch­nął śmie­chem.

- Myślisz, że zadziała funk­cja czy­ta­nia, Har­man Uhr?

Zagad­nięty odpo­wie­dział uśmie­chem, lecz wyda­wał się tak pewny sie­bie, że Daeman przez moment pod­świa­do­mie ocze­ki­wał, iż z książki popły­nie po jego przed­ra­mie­niu stru­mień zło­tych sym­boli, sygna­li­zu­jący odna­le­zie­nie i ana­lizę tre­ści. Sam Daeman ni­gdy oczy­wi­ście nie widział zapo­mnia­nej funk­cji w dzia­ła­niu, lecz opo­wia­dała mu o niej bab­cia i inni starcy, opi­su­jący roz­rywki swych pra­pra­dziad­ków.

Nie popły­nęło nawet jedno słowo. Har­man cof­nął rękę.

- A tobie do niej nie tęskno, Daeman Uhr?

Daeman ponow­nie gło­śno się roze­śmiał - nie po raz pierw­szy tego dziw­nego wie­czoru - lecz zaraz potem wyczuł na sobie wyraź­nie spoj­rze­nia obu dziew­czyn, które przy­glą­dały mu się cie­ka­wie, acz z pewną domieszką kon­ster­na­cji.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie - odparł. - Dla­czego mia­łoby mi jej bra­ko­wać? Czy mógł­bym z tych sta­roci wyczy­tać cokol­wiek inte­re­su­ją­cego o naszym współ­cze­snym świe­cie?

Har­man wdra­pał się nieco wyżej.

- Nie cie­kawi cię, na przy­kład, dla­czego znik­nęli z Ziemi post­lu­dzie? I dokąd się udali?

- Ani tro­chę. A udali się do swo­ich rodzin­nych miast na pier­ście­niach. Prze­cież każdy o tym wie.

- Tylko dla­czego? - spy­tał Har­man. - Po tysią­cach lat kie­ro­wa­nia naszym życiem i spra­wo­wa­nia nad nami opieki. Z jakiego powodu nas zosta­wili?

- Bzdura! - fuk­nął Daeman, nieco bar­dziej opry­skli­wie niż zamie­rzał. - Nikogo nie zosta­wili. Spe­cjalne poste­runki wciąż nas pil­nują. Z góry.

Har­man poki­wał głową, jakby doznał nagłego olśnie­nia. Jego dra­binka pod­je­chała na mosięż­nej szy­nie kilka kolej­nych metrów ku górze. Czub­kiem głowy dotknął nie­mal antre­soli.

- A co powiesz o woj­nik­sach?

- Co miał­bym o nich powie­dzieć?

- Zda­rzyło ci się może zasta­na­wiać, dla­czego przez dłu­gie stu­le­cia pozo­sta­wały w zupeł­nym bez­ru­chu, a obec­nie są tak aktywne?

Daeman otwo­rzył usta, lecz na to pyta­nie nie miał goto­wej odpo­wie­dzi.

- Wszyst­kie te teo­rie, twier­dze­nia, że woj­niksy zaczęły się ruszać dopiero po ostat­nim fak­so­wa­niu, to nic wię­cej jak stek wie­rut­nych bzdur. Mity i folk­lor.

Ada pode­szła krok bli­żej.

- Daema­nie, naprawdę nie zasta­na­wia­łeś się, skąd pocho­dzą?

- Kto, moja droga?

- Woj­niksy.

Chło­pak odpo­wie­dział szcze­rym i dono­śnym śmie­chem.

- Oczy­wi­ście, że nie, moja droga. Woj­niksy były tutaj od zawsze. Są wieczne. Podob­nie jak słońce i gwiazdy zni­kają nam cza­sami z oczu, ale są bez­u­stan­nie obecne.

- Tak jak słońce i gwiazdy... i pier­ście­nie? - dopy­tała ści­szo­nym gło­sem Han­nah.

- Otóż to - przy­tak­nął Daeman, zado­wo­lony, że przy­naj­mniej jedna z dziew­czyn pojęła.

Har­man zdjął z regału grubą księgę.

- Daeman Uhr, Ada wspo­mi­nała, że jesteś zna­ko­mi­tym lepi­dop­te­ro­lo­giem.

- Kim, prze­pra­szam?

- Znawcą motyli.

Chło­pak poczuł, że zalewa się rumień­cem. Zawsze robiło mu się przy­jem­nie, kiedy ktoś potra­fił go doce­nić. Nawet jeżeli był to nie­zna­jomy. I nawet jeśli temu nie­zna­jo­memu ewi­dent­nie bra­ko­wało pią­tej klepki.

- Nie uwa­żam się za znawcę, Har­man Uhr. Jestem zwy­kłym, skrom­nym kolek­cjo­ne­rem, który liznął co nieco wia­do­mo­ści od wuja.

Har­man zszedł z dra­binki i prze­niósł ciężki tom na pul­pit.

- Zatem mam tu coś, co powinno cię zacie­ka­wić. - Otwo­rzył zabyt­kową okładkę.

Na błysz­czą­cych stro­ni­cach wid­niały barwne wize­runki motyli.

Daeman pod­szedł bli­żej. Ode­brało mu mowę. Wujek nauczył go nazw mniej wię­cej dwu­dzie­stu gatun­ków. Kole­dzy zbie­ra­cze pod­po­wie­dzieli mu nazwy kilku innych odmian motyli, jakie miał w swo­jej kolek­cji. Wycią­gnął dłoń i musnął pal­cem ilu­stra­cję przed­sta­wia­jącą pazia kró­lo­wej.

- Paź kró­lo­wej - ode­zwał się Har­man. - Papi­lio machaon.

Daeman nie zro­zu­miał dwóch ostat­nich słów, lecz obda­rzył star­szego męż­czy­znę peł­nym podziwu spoj­rze­niem.

- Ty rów­nież je zbie­rasz, Har­man Uhr!

- Skądże znowu! - Har­man wska­zał obra­zek zna­jomo wyglą­da­ją­cego, czarno-poma­rań­czo­wego motyla. - A to danaid wędrowny.

- Zga­dza się - potwier­dził skon­fun­do­wany chło­pak.

- Admi­rał. Per­ło­wiec. Prze­platka. Modra­szek. Oset­nik. Nie­py­lak apollo. - Har­man doty­kał kolej­nych rysun­ków. Daeman zdo­łał roz­po­znać zale­d­wie trzy okazy.

- Widzę, że świet­nie się znasz na moty­lach.

Har­man zaprze­czył ruchem głowy.

- Jesz­cze minutę temu nie podej­rze­wa­łem nawet, że te owady mają swoje nazwy.

Daeman zer­k­nął na dłoń roz­mówcy.

- Włą­czy­łeś funk­cję czy­ta­nia, Har­man Uhr!

Har­man ponow­nie pokrę­cił głową.

- Nie. Nikt już nie może jej uru­cho­mić. Podob­nie jak nikt nie ma dostępu do funk­cji komu­ni­ka­cyj­nej, geo­lo­ka­cyj­nej, dostępu do datas­fery czy moż­li­wo­ści samo­fak­so­wa­nia z dala od węzłów.

- W takim razie... - zaczął Daeman i zaraz urwał, do głębi skon­fun­do­wany. Czyżby wszy­scy ci ludzie z jakie­goś powodu się na niego uwzięli? Przy­je­chał na ten week­end do Ardis w dobrych zamia­rach. Oczy­wi­ście pla­no­wał uwieść Adę, ale to prze­cież nic złego. A oni odpła­cali mu tymi bez­u­stan­nymi... kpi­nami i gier­kami?

Ada, zupeł­nie jakby wyczuła wzbie­ra­jący w chło­paku gniew, musnęła jego ramię smu­kłymi pal­cami.

- Daeman Uhr, Har­man nie uru­cho­mił funk­cji czy­ta­nia - zapew­niła pół­gło­sem. - Po pro­stu nie­dawno nauczył się czy­tać.

Daeman otwo­rzył sze­roko oczy. Wyja­śnie­nie dziew­czyny było mniej wię­cej tak samo sen­sowne, jak świę­to­wa­nie dzie­więć­dzie­sią­tych dzie­wią­tych uro­dzin, tudzież wyga­dy­wa­nie głupstw o spa­ce­rach po Bruź­dzie Atlan­tyc­kiej.

- To pewna kon­kretna umie­jęt­ność - pod­jął cicho Har­man. - Podob­nie jak wie­dza o odmia­nach motyli, bądź twoje sła­wetne talenty w dzie­dzi­nie... zaba­wia­nia dam.

Sły­sząc ostat­nie zda­nie, Daeman otwo­rzył sze­roko oczy. Czyżby moje dru­gie hobby było aż tak powszech­nie znane? - prze­mknęło mu przez myśl.

- Har­man obie­cał, że i nas nauczy tej sztuczki... Czy­ta­nia - wtrą­ciła Han­nah. - Moim zda­niem to może się, mimo wszystko, oka­zać przy­datne. Jeżeli poznam z ksią­żek taj­niki odlew­nic­twa, pew­nie uniknę popa­rzeń.

Odlew­nic­two? Wyraz obił się kie­dyś Daema­nowi o uszy, ale nie zapa­mię­tał jego zna­cze­nia. Nie miał poję­cia, jaki mogło mieć zwią­zek z ogniem czy akty­wo­wa­niem funk­cji czy­ta­nia. Obli­zał ner­wowo wargi.

- Skończmy może z tymi dzi­wacz­nymi gier­kami. Czego wy wła­ści­wie ode mnie chce­cie?

- Poszu­ku­jemy statku kosmicz­nego - odparła Ada. - I mamy powody sądzić, że zdo­łasz nam pomóc.

6. Olimp

6

Olimp

Po zakoń­cze­niu zmiany w noc kon­fron­ta­cji Achil­lesa z Aga­mem­no­nem, tekuję się z powro­tem do olim­pij­skich koszar scho­lia­stów. Swoje obser­wa­cje i wnio­ski notuję, zapi­suję myśli w kamie­niu tek­sto­wym i zano­szę to wszystko do nie­wiel­kiego bia­łego pokoju Muzy, z któ­rego okien roz­ta­cza się widok na jezioro w kal­de­rze. Ku memu zasko­cze­niu, zastaję tam gospo­dy­nię we wła­snej oso­bie. Roz­ma­wia wła­śnie z innym scho­lia­stą.

Kolega nazywa się Nigh­ten­hel­ser. Jest zbu­do­wany jak tur i nie­zwy­kle towa­rzy­sko uspo­so­biony. W ciągu spę­dzo­nych z nim na Olim­pie czte­rech lat zdą­ży­łem się dowie­dzieć, że miesz­kał, pra­co­wał naukowo i zmarł na początku dwu­dzie­stego stu­le­cia, gdzieś na ame­ry­kań­skim Środ­ko­wym Zacho­dzie. Widząc mnie w wej­ściu, Muza koń­czy roz­mowę z Nigh­ten­hel­serem i odpra­wia go przez wykute z brązu drzwi ku win­dzie, która zwozi scho­lia­stę z Olimpu do zbu­do­wanych na czer­wo­nej rów­ni­nie koszar.

Muza przy­wo­łuje mnie ski­nie­niem palca. Wcho­dzę głę­biej, skła­dam kamień tek­stowy na mar­mu­ro­wym stole i cofam się o krok, prze­ko­nany, że odprawi mnie bez słowa. Do tego wła­śnie spro­wa­dzają się zwy­kle nasze kon­takty. Z zasko­cze­niem jed­nak widzę, że jesz­cze w mojej obec­no­ści pod­nosi kamień i zaci­ska na nim palce. Przy­myka powieki, kon­cen­truje się. Wciąż stoję w bez­ru­chu i cze­kam. Przy­znaję, że zaczy­nam się dener­wo­wać. Serce wali mi jak mło­tem, a sple­cione na ple­cach dło­nie - znie­ru­cho­mia­łem w nie­zgrab­nej paro­dii woj­sko­wego "spo­cznij" - pokrywa śli­ska war­stewka potu. Już wiele lat temu zro­zu­mia­łem, iż bogo­wie wcale nie czy­tają w myślach. Ich nie­ziem­ska bie­głość w odga­dy­wa­niu myśli śmier­tel­ni­ków - hero­sów i scho­lia­stów - wynika z zaawan­so­wa­nej zna­jo­mo­ści zasad rzą­dzą­cych mimiką ludz­kiej twa­rzy, mimo­wol­nymi ruchami gałek ocznych i podob­nymi deta­lami. Oczy­wi­ście mogę się mylić. Może rze­czy­wi­ście są tele­pa­tami. Jeśli tak - i gdyby uznali za sto­sowne prze­nik­nąć mój umysł aku­rat w chwili kiedy wie­czo­rem dozna­łem na plaży obja­wie­nia i pod­ją­łem decy­zję - jestem już tru­pem. Po raz drugi.

Widzia­łem co spo­tyka scho­lia­stów, któ­rzy draż­nią Muzę, o zagnie­wa­niu waż­niej­szych bóstw uprzej­mie nawet nie wspo­mnę. Kilka lat temu - dokład­niej w pią­tym roku oblę­że­nia - pra­co­wał z nami scho­lia­sta z dwu­dzie­stego szó­stego stu­le­cia. Okrą­glutki, zuchwały Azjata, noszący nie­co­dzienne nazwi­sko Bru­ster Lin. Mimo że Bru­ster Lin był pośród nas naj­bar­dziej inte­li­gent­nym, prze­ni­kli­wym i lot­nym uczo­nym, wro­dzona bez­czel­ność wpę­dziła go do grobu. Dosłow­nie. Pew­nego dnia wygło­sił jeden ze swo­ich cię­tych, iro­nicz­nych komen­ta­rzy. Poszło o poje­dy­nek Parysa z Mene­la­osem, jedno jedyne star­cie dwóch face­tów, które mogło roz­strzy­gnąć losy całej wojny. Walka na śmierć i życie pomię­dzy tro­jań­skim kochan­kiem Heleny i jej achaj­skim mał­żon­kiem zor­ga­ni­zo­wana została na oczach dwóch wiwa­tu­ją­cych armii; Parys lśnił urodą w swej zło­tej zbroi, a Mene­laos sta­nął do boju, posy­ła­jąc zło­wro­gie spoj­rze­nia. Star­cie nie wska­zało jed­nak zwy­cięzcy. A to dla­tego, że Afro­dyta, widząc że jej ulu­bień­cowi Pary­sowi grozi prze­miał na karmę dla czerwi, zain­ter­we­nio­wała i prze­nio­sła go z placu pro­sto do sypialni Heleny, gdzie - to pro­blem łączący wszyst­kich znie­wie­ścia­łych libe­ra­łów w dzie­jach ludz­ko­ści - oka­zał się wojow­ni­kiem znacz­nie bar­dziej spraw­nym niż na polu bitwy.

Tak więc, gdy Bru­ster Lin wygło­sił jedną ze swych prze­za­baw­nych uwag na temat tego epi­zodu, Muza nie zna­la­zła w niej nic szcze­gól­nie śmiesz­nego. Pstryk­nęła pal­cami i miliardy try­lio­nów posłusz­nych nano­cy­tów krą­żą­cych w ciele nie­szczę­snego scho­lia­sty wystrze­liły jed­no­cze­śnie na zewnątrz niczym hordy nano­le­min­gów. Bru­ster Lin - który nawet nie zdą­żył prze­stać się uśmie­chać - roz­padł się na naszych oczach na tysiąc krwa­wych kawał­ków, a jego wyszcze­rzona głowa poto­czyła się pod nogi reszty scho­lia­stów. Sta­li­śmy aku­rat na bacz­ność, lecz nikt nie ważył się drgnąć.

Lek­cja była surowa i wzię­li­śmy ją sobie głę­boko do serca. Żad­nych wła­snych opi­nii i komen­ta­rzy. Żad­nych żar­ci­ków z wysu­bli­mo­wa­nych roz­ry­wek Olim­pij­czy­ków. Za drwiny płaci się życiem.

Muza otwiera oczy i obrzuca mnie spoj­rze­niem.

- Hoc­ken­berry, od jak dawna z nami pra­cu­jesz? - zaczyna tonem, jaki pamię­tam ze swego poprzed­niego życia. Posłu­gi­wali się nim kadrowi, gdy zamie­rzali wylać z roboty urzęd­nika śred­niego szcze­bla.

Zdaję sobie sprawę, że pyta­nie jest reto­ryczne, lecz gdy czło­wieka pyta bogini - nawet pomniej­szego rzędu - należy odpo­wia­dać nawet na reto­ryczne pyta­nia.

- Dzie­więć lat, dwa mie­siące i osiem­na­ście dni, moja bogini.

Muza kiwa głową. Jestem naj­star­szym pozo­sta­ją­cym przy życiu scho­lia­stą. To zna­czy, jestem tym scho­lia­stą, któ­remu udało się prze­żyć naj­dłu­żej. A ona świet­nie o tym wie. Być może więc fakt, że ofi­cjal­nie zwró­ciła uwagę na moją dłu­go­wiecz­ność, sta­nowi dla mnie ele­gię i już za moment roz­bry­znę się w mgiełce nano­cy­tów.

Zawsze kła­dłem stu­den­tom do głów, że Muz - córek Mne­mo­syne - było dzie­więć: Klio, Euterpe, Talia, Mel­po­mena, Terp­sy­chora, Erato, Poli­hym­nia, Ura­nia i Kaliope. Każda z nich (przy­naj­mniej wedle póź­no­grec­kiej tra­dy­cji) spra­wo­wała patro­nat nad okre­śloną formą arty­stycz­nej wypo­wie­dzi, na przy­kład grą na fle­cie, tań­cem czy ukła­da­niem hero­icz­nych epo­sów. Jed­nakże w trak­cie dzie­wię­ciu lat, dwóch mie­sięcy i osiem­na­stu dni służby w roli obser­wa­tora wyda­rzeń na rów­ni­nie Ilionu widzia­łem i sły­sza­łem o tylko jed­nej Muzie - tej sie­dzą­cej wła­śnie przede mną za mar­mu­ro­wym sto­łem, wyso­kiej bogini. Z powodu jej ostrego tonu nazwa­łem ją w myślach Kaliope, acz­kol­wiek to imię ozna­cza "obda­rzoną pięk­nym gło­sem". Nie umiem stwier­dzić, czy jej głos jest piękny, czy nie - oso­bi­ście sły­szę w nim raczej wycie syreny alar­mo­wej niż melo­dyjne brzmie­nie skrzy­piec - za to nauczy­łem się, że kiedy wygła­sza tym tonem roz­kaz, reak­cja może być jedna: wyko­nać!

- Chodź ze mną - rzuca. Wstaje płyn­nym ruchem i wycho­dzi z bia­łej mar­mu­ro­wej kom­naty bocz­nymi drzwiami.

Padł roz­kaz. Wyko­nuję.

Muza dorów­nuje syl­wetką pozo­sta­łym bóstwom - co ozna­cza, że mie­rzy sobie ponad dwa metry wzro­stu, lecz zacho­wuje przy tym ide­alne pro­por­cje ciała. Jest być może nieco mniej ponętna niż nie­które inne bogi­nie, lecz i tak zbu­do­wana niczym dwu­dzie­sto­wieczna lek­ko­atletka i nawet przy zmniej­szo­nym cią­że­niu Olimpu muszę co chwila pod­bie­gać, by za nią nadą­żyć.

Prze­cho­dzimy po dobrze utrzy­ma­nym zie­lo­nym traw­niku pomię­dzy bia­łymi budyn­kami i przy­sta­jemy przy rydwa­nie. Powie­dzia­łem "rydwan", bo też pojazd fak­tycz­nie przy­po­mina z grub­sza rydwan - jest niski, mniej wię­cej w kształ­cie pod­kowy, wsiada się z boku. Bra­kuje jed­nak koni, lej­ców i woź­nicy. Muza chwyta za burtę i wzywa mnie gestem do sie­bie.

Z waha­niem i łomo­cą­cym w sza­leń­czym tem­pie ser­cem wsia­dam i staję obok bogini. Muza prze­biega dłu­gimi pal­cami po zło­tym kli­nie, będą­cym praw­do­po­dob­nie czymś w rodzaju deski roz­dziel­czej. Zaczy­nają migo­tać lampki. Rydwan pomru­kuje, trza­ska, ota­cza go nagle siatka elek­trycz­nych wyła­do­wań i uno­simy się w powie­trze. Gdy zawra­camy, przed pojaz­dem poja­wia się nagle para holo­gra­ficz­nych koni i rze­czy­wi­ście wygląda to tak, jakby cią­gnęły rydwan po nie­bie. Rozu­miem oczy­wi­ście, że holo­gramy zostały wymy­ślone na uży­tek Gre­ków i Tro­jan, lecz i ja odno­szę bar­dzo silne wra­że­nie, że szy­bu­jemy cią­gnięci przez praw­dziwe zwie­rzęta. Przy­trzy­muję się mocno meta­lo­wej porę­czy i roz­sta­wiam sze­rzej nogi, cho­ciaż przy­śpie­sze­nie jest zupeł­nie nie­od­czu­walne, nawet kiedy rydwan ska­cze i prze­chyla się w ostrym zakrę­cie sto stóp nad skromną świą­ty­nią Muzy. Zaraz potem mkniemy już ku głę­bo­kiej niecce kal­de­ro­wego jeziora.

Rydwan bogów! - zachwy­cam się w duchu i natych­miast skła­dam ten wybuch dzie­cin­nej rado­ści na karb zmę­cze­nia i zwięk­szo­nej dawki adre­na­liny.

Oczy­wi­ście podzi­wia­łem te pojazdy już tysiące razy wcze­śniej. Bez prze­rwy fru­wają w tę i z powro­tem po nie­bie Olimpu bądź nad rów­ni­nami Ilionu, wożąc bogów zaprząt­nię­tych swo­imi nie­biań­skimi spra­wami, lecz zawsze dotąd oglą­da­łem je z ziemi, skąd konie wyglą­dają jak żywe. Sam rydwan z kolei oka­zuje się znacz­nie mniej solidny, kiedy stoi się w środku, pędząc tysiąc stóp ponad szczy­tem góry - ści­śle rzecz bio­rąc wul­kanu - któ­rego wierz­cho­łek wznosi się dodat­kowe osiem­dzie­siąt pięć tysięcy stóp nad pozio­mem pustyni.

Na tej wyso­ko­ści atmos­fera powinna być już w zasa­dzie szcząt­kowa, a skały skute lodem. Powie­trze jest jed­nak rów­nie gęste i nada­jące się do oddy­cha­nia jak sie­dem­na­ście mil niżej, w tulą­cych się do wul­ka­nicz­nych urwisk kosza­rach scho­lia­stów. Zamiast wiecz­nej zmar­z­liny sze­roki wierz­cho­łek pokry­wają zie­lone traw­niki, rosną tutaj też drzewa i pysz­nią się białe gma­chy, któ­rych skala i prze­pych spra­wiają, że Akro­pol wydaje się w porów­na­niu z nimi wiej­skim wychod­kiem.

Znaj­du­jące się w samym cen­trum terenu kal­de­rowe jezioro ma kształt roz­cią­gnię­tej na bez mała sześć­dzie­siąt mil cyfry osiem. Prze­la­tu­jemy nad nim z pręd­ko­ścią pra­wie nad­dźwię­kową. Wiatr nie urywa nam głów wyłącz­nie dla­tego, że chroni nas jakie­goś rodzaju pole siłowe lub boskie czary, tłu­miące zara­zem wszel­kie dźwięki. Poni­żej, na brze­gach jeziora, zauwa­żam setki budyn­ków. Wszyst­kie są oto­czone hek­ta­rami wypie­lę­gno­wa­nej murawy i ozdob­nych ogro­dów - domy­ślam się, że to rezy­den­cje bogów. Po błę­kit­nej tafli jeziora krążą leni­wie potężne, zje­żone wio­słami auto­try­remy. Scho­lia­sta Bru­ster Lin powie­dział mi kie­dyś, że w jego oce­nie Olimp u pod­nóża jest wiel­ko­ści Ari­zony, pod­czas gdy sam tra­wia­sty wierz­cho­łek dorów­nuje powierzch­nią sta­nowi Rhode Island. Kiedy usły­sza­łem nazwy miejsc z tam­tego dru­giego świata, z innej epoki i innego życia, poczu­łem się dość nie­swojo.

Ści­skam obu­rącz wąską kra­wędź burty i prze­no­szę spoj­rze­nie poza olim­pij­ski szczyt. Pano­rama zapiera dech w piersi.

Lecimy dosta­tecz­nie wysoko, by uka­zała się nam krzy­wi­zna pla­nety. Na pół­noc­nym zacho­dzie, aż po łuko­waty hory­zont, cią­gnie się bez­kre­sny, błę­kitny ocean. Na pół­noc­nym wscho­dzie z kolei widać wybrzeże. Wyobra­żam sobie, że mimo wiel­kich odle­gło­ści dostrze­gam linię potęż­nych kamien­nych głów, wyzna­cza­jącą tam gra­nicę lądu i morza. Bez­po­śred­nio na pół­nocy mamy sier­po­waty, bez­i­mienny archi­pe­lag, widoczny rów­nież z okien koszar scho­lia­stów, jako że leży tylko kilka mil od plaży. Dalej nie ma już nic, tylko błę­kit aż po bie­gun. Kiedy spo­glą­dam na połu­dniowy wschód, widzę trzy inne wyso­kie wul­kany. Cho­ciaż wycho­dzą ponad hory­zont, to wyraź­nie nie są tak potężne jak Olimp, lecz w odróż­nie­niu od boskiej sie­dziby, gdzie panuje kon­tro­lo­wany mikro­kli­mat, ich wierz­chołki bielą się śnież­nymi cza­pami. Jed­nym z nich - jak się domy­ślam - jest Heli­kon, dom mej Muzy i jej sióstr, o ile oczy­wi­ście ist­nieją. Połu­dnie i połu­dniowy zachód zaj­mują setki mil pól upraw­nych, a następ­nie dzi­kie knieje, czer­wona pusty­nia i chyba znów lasy, aż zie­mia zlewa się wresz­cie z chmu­rami i mgłą, w któ­rej, nawet wytę­ża­jąc wzrok, nie mogę roz­róż­nić żad­nych szcze­gó­łów.

Muza kołuje w powie­trzu i obniża lot ku zachod­niemu brze­gowi jeziora kal­de­ro­wego. Dopiero teraz oka­zuje się, że białe plamki, które widzia­łem, gdy fru­nę­li­śmy nad wodą, są w isto­cie wiel­kimi bia­łymi budow­lami. Ogrom­nymi gma­chami ozdo­bio­nymi kolum­na­dami, sze­ro­kimi scho­dami, gigan­tycz­nymi fron­to­nami i rzę­dami posą­gów. Jestem głę­boko prze­ko­nany, że tej czę­ści Olimpu nie odwie­dził jesz­cze żaden scho­lia­sta... a w każ­dym razie żaden stąd nie wró­cił, by podzie­lić się rewe­la­cjami z resztą kole­gów.

Kie­ru­jemy się ku naj­więk­szemu z olbrzy­mich budyn­ków. Rydwan ląduje i holo­gra­ficzne rumaki gasną. Na tra­wie dokoła stoi bez­ład­nie kil­ka­set innych pod­nieb­nych pojaz­dów.

Muza dobywa spo­mię­dzy fałd swej szaty nie­wielki meda­lion.

- Hoc­ken­berry - zwraca się do mnie - otrzy­ma­łam pole­ce­nie, by zapro­wa­dzić cię do miej­sca, w któ­rym nie możesz prze­by­wać. Jedno z bóstw zasu­ge­ro­wało, bym wrę­czyła ci dwa przed­mioty, dzięki któ­rym w razie wykry­cia nie zosta­niesz natych­miast zgnie­ciony jak komar. Załóż to.

Muza wrę­cza mi oba rekwi­zyty - wspo­mniany meda­lion na łań­cuszku i skó­rzany hełm, przy­po­mi­na­jący pokryty deko­ra­cyj­nymi tło­cze­niami kap­tur. Wisio­rek jest mały, lecz dosyć ciężki, być może szcze­ro­złoty.

Muza wyciąga rękę i prze­kręca jego zewnętrzną obwódkę w kie­runku prze­ciw­nym do ruchu wska­zó­wek zegara.

- To jest oso­bi­sty tele­por­ter kwan­towy. Iden­tycz­nymi posłu­gują się bogo­wie - tłu­ma­czy, nieco obni­ża­jąc głos. - Dzięki niemu możesz się prze­nieść w dowolne miej­sce. Wystar­czy, że je sobie wyraź­nie wyobra­zisz. Ten przy­rząd pozwala rów­nież śle­dzić bogów podró­żu­ją­cych poprzez prze­strzeń Plancka. Nato­miast two­jego śladu kwan­to­wego nie wytropi nikt, z wyjąt­kiem bóstwa, które mi te przed­mioty prze­ka­zało. Zro­zu­mia­łeś?

- Tak - odpo­wia­dam, pró­bu­jąc opa­no­wać drże­nie głosu. Nie powi­nie­nem tego podarku przyj­mo­wać. Przy­płacę to głową. Drugi "pre­zent" oka­zuje się znacz­nie bar­dziej groźny.

- Oto Hełm Śmierci - podej­muje Muza, wkła­da­jąc mi na głowę ozdobne, skó­rzane nakry­cie, po czym zsuwa mi je na szyję jak zwy­kły kap­tur. - Hełm, który wyszedł spod ręki samego Hadesa. To jedyna rzecz w całym wszech­świe­cie, która pozwoli ci się ukryć przed boskim wzro­kiem.

Mru­gam gwał­tow­nie z przy­głu­pią miną. Przy­po­mi­nam sobie mgli­ście jakieś doty­czące "Hełmu Śmierci" przy­pisy z nauko­wych opra­co­wań i uświa­da­miam sobie, że samo imię Hades (po grecku Äid?s) ozna­czało pier­wot­nie "nie­wi­dzialny". Jeżeli się jed­nak nie mylę, Homer wspo­mina o Heł­mie Śmierci tylko jeden, jedyny raz, w sce­nie, w któ­rej Atena nakłada go, by umknąć przed spoj­rze­niami boga wojny, Aresa. Dla­czego, na litość Olim­pij­czy­ków, któ­reś z bóstw posta­no­wiło mi tego dia­bel­stwa uży­czyć? W co oni pró­bują mnie wro­bić? Czuję jak miękną mi kolana.

- Załóż ten hełm - roz­ka­zuje Muza.

Nie­zręcz­nie pod­cią­gam gruby skó­rzany kap­tur. Pod pal­cami wyczu­wam wszyte wewnątrz urzą­dze­nia: układy sca­lone, nano­ma­szyny. Hełm jest wypo­sa­żony w prze­zro­czy­ste, gięt­kie osłony na oczy i prze­sła­nia­jącą usta siatkę. Gdy nasu­wam go do końca, powie­trze wokół dziw­nie faluje, acz­kol­wiek poza tym widzę zupeł­nie nor­mal­nie.

- Nie­by­wałe - zdu­miewa się Muza. Patrzy pro­sto na mnie, lecz wyczu­wam, że mnie nie widzi.

Przy­cho­dzi mi do głowy, że speł­ni­łem wła­śnie marze­nie wszyst­kich nasto­lat­ków świata - sta­łem się nie­wi­dzialny. Oczy­wi­ście, zupeł­nie przy tym nie poj­muję, w jaki spo­sób hełm zdo­łał zama­sko­wać całe moje ciało. Korci mnie, by rzu­cić się do natych­mia­sto­wej ucieczki i skryć przed Muzą i całą resztą Olim­pij­czy­ków. Dła­wię ten nie­bez­pieczny impuls. Gdzieś prze­cież musi tkwić haczyk. Żaden bóg czy bogini, nawet nie moja pod­rzędna Muza, nie obda­rzyłby pro­stego scho­lia­sty tak potęż­nymi narzę­dziami bez nale­ży­tego zabez­pie­cze­nia.

- To urzą­dze­nie zapewni ci nie­wi­dzial­ność w oczach wszyst­kich bóstw, z wyjąt­kiem bogini, która pole­ciła mi je tobie prze­ka­zać - podej­muje Muza pół­gło­sem, wpa­tru­jąc się w pustkę nad moim pra­wym ramie­niem. - Ona jed­nak wciąż będzie cię mogła zoba­czyć i wytro­pić dokąd­kol­wiek się udasz, Hoc­ken­berry. I mimo że meda­lion niwe­luje wyda­wane przez wła­ści­ciela dźwięki, wonie i tłumi nawet bicie serca, to pamię­taj, że zmy­sły bogów dzia­łają w spo­sób dla cie­bie nie­po­jęty. Przez następne kilka minut nie będziesz się ode mnie odda­lać. Stą­paj ostroż­nie. Nie odzy­waj się. Oddy­chaj tak płytko i powoli, jak tylko zdo­łasz. Jeżeli zosta­niesz wykryty, ani ja, ani twa boska patronka nie zdo­łamy cię uchro­nić przed gnie­wem Zeusa.

Czy ktoś mi powie, w jaki spo­sób zdjęty prze­ra­że­niem czło­wiek ma oddy­chać płytko i powoli? Oczy­wi­ście pota­kuję ski­nie­niem, zapo­mniaw­szy, że Muza mnie teraz nie widzi.

- Tak, moja bogini - popra­wiam się po chwili ochry­płym gło­sem, widząc, że na­dal patrzy wycze­ku­jąco tam, gdzie mnie aku­rat nie ma.

- Ujmij mnie za ramię - pada szorstka komenda. - Przez cały czas pozo­sta­niesz przy mnie. Nie odchodź i nie odda­laj się albo zosta­niesz zgła­dzony.

Chwy­tam ją za łokieć gestem nie­śmia­łej panienki na pierw­szym doro­słym balu. Muza ma zimną skórę.

***

Byłem kie­dyś z wycieczką w Budynku Mon­to­wa­nia Pojaz­dów w Cen­trum Kosmicz­nym imie­nia Ken­nedy'ego na przy­lądku Cana­ve­ral. Prze­wod­niczka opo­wia­dała, że pod wiszą­cym setki stóp nad beto­nową posadzką dachem two­rzą się nie­kiedy chmury. Mimo to cały BMP dałoby się usta­wić w rogu gigan­tycz­nego pomiesz­cze­nia, w któ­rym się teraz z Muzą znaj­du­jemy, i wyglą­dałby tutaj bar­dzo mizer­nie. Ot, domek z kloc­ków w gotyc­kiej kate­drze.

Kiedy czło­wiek myśli o bogach, przed oczyma stają mu ci naj­bar­dziej znani, naj­waż­niejsi - Zeus, Hera, Apollo i kil­koro innych - w sali zebrały się już setki bóstw, a mimo to wnę­trze zieje pustką. Nie­sły­cha­nie wysoko, jakby całe mile powy­żej, maja­czy złota kopuła - Grecy nie znali sekretu kon­struk­cji kopuł, więc archi­tek­tura budynku kon­tra­stuje z rygo­ry­stycz­nie kla­sycz­nym sty­lem reszty wiel­kich gma­chów, jakie widzia­łem dotąd na Olim­pie. Pomiesz­cze­nie ma nie­zwy­kłe wła­ści­wo­ści aku­styczne, kopuła odbija dźwięki i roz­pra­sza je po całej przy­tła­cza­ją­cej hali.

Posadzka wygląda na wyko­naną z kutego złota. Bogo­wie stoją na krę­tych antre­so­lach, opie­rają się o mar­mu­rowe balu­strady i spo­glą­dają w dół. We wszyst­kich ścia­nach otwie­rają się setki łuko­wato skle­pio­nych wnęk, w któ­rych bie­leją mar­mu­rowe posągi, przed­sta­wia­jące zebrane tu dzi­siaj posta­cie.

Gdzie­nie­gdzie roz­bły­skują barwne holo­gramy Acha­jów i Tro­jan, wiele spo­śród nich uka­zuje natu­ral­nych roz­mia­rów męż­czyzn i kobiet zaję­tych tocze­niem spo­rów, jedze­niem, kocha­niem się bądź spa­niem. W pobliżu środka sali złota posadzka obniża się stop­niowo, two­rząc zagłę­bie­nie więk­sze od kil­ku­na­stu base­nów olim­pij­skich, w któ­rym wyświe­tlane są napły­wa­jące w cza­sie rze­czy­wi­stym obrazy z Ilionu - widoki z lotu ptaka, zbli­że­nia, sze­ro­kie pano­ramy. Roz­mowy Gre­ków i obroń­ców Troi dola­tują do nas tak wyraźne, jakby znaj­do­wali się tu razem z nami. Całą tę wypeł­nioną pro­jek­cjami nieckę ota­czają bogo­wie: roz­pie­rają się w kamien­nych tro­nach, wycią­gają się wygod­nie na mięk­kich kana­pach, stoją odziani w swoje komik­sowe togi. A są to bóstwa naj­waż­niej­sze. Trzon pan­te­onu. Ci, któ­rych imiona znają nawet dzie­ciaki z pod­sta­wówki.

Kiedy Muza pod­cho­dzi do zagłę­bie­nia, pomniejsi bogo­wie roz­stę­pują się przed nami. Sta­ram się nadą­żać, nie ode­rwać dygo­cą­cej dłoni od jej zło­ci­stego ramie­nia, nie skrzyp­nąć san­da­łem, nie potknąć się, nie kich­nąć i nie oddy­chać. Wycho­dzi na to, że bogo­wie fak­tycz­nie mnie nie widzą. Zakła­dam, że gdyby mnie zoba­czyli, dowie­dział­bym się o tym bez chwili zwłoki.

Muza zatrzy­muje się kilka metrów od Pal­las Ateny, a ja przy­su­wam się do niej tak bli­sko, że czuję się niczym trzy­letni chłop­czyk, kry­jący się za spód­nicą mamusi.

Trwa wła­śnie zaja­dły spór. Hebe, jedna z mniej istot­nych bogiń, krąży mię­dzy zebra­nymi, roz­le­wa­jąc do zło­tych kie­li­chów zło­ci­sty nek­tar. Na tro­nie sie­dzi Zeus i już na pierw­szy rzut oka widać, że to on jest tutaj kró­lem: Zeus gro­mo­władny, bóg nad bogami.

On wcale nie wygląda na postać z komiksu. Jest w naj­wyż­szym stop­niu rze­czy­wi­sty, nie­sa­mo­wi­cie wysoki, bro­daty, o mię­śniach natar­tych oliwą. Sama jego nama­calna i wład­cza obec­ność wystar­cza, by krew zaczęła sty­gnąć mi w żyłach.

- W jaki spo­sób mamy sku­tecz­nie trzy­mać pie­czę nad prze­bie­giem tej wojny? - Zeus zwraca się ostro do zebra­nych, rzu­ca­jąc jed­no­cze­śnie Herze, swej mał­żonce, ostre jak szty­let spoj­rze­nie. - Jak mamy kie­ro­wać losem Heleny? Czy to w ogóle wyko­nalne, skoro tak potężne bogi­nie jak Hera z Argos i Atena, patronka żoł­nie­rzy, raz po raz dopusz­czają się bez­po­śred­nich inter­wen­cji? Zna­ko­mi­tym przy­kła­dem jest nie­dawne powstrzy­ma­nie ręki Achil­lesa, który chciał prze­lać krew Atrydy.

Następ­nie kie­ruje swe chmurne, mio­ta­jące pio­runy oczy ku bogini wyle­gu­ją­cej się na fio­le­to­wych podu­chach.

- A ty, wiecz­nie roze­śmiana Afro­dyto, wier­nie trzy­ma­jąca stronę pięk­no­li­cego Parysa, odpę­dza­jąca od niego złe duchy i odbi­ja­jąca cel­nie rzu­cone włócz­nie? W jaki spo­sób mamy jasno prze­ka­zać śmier­tel­nym wolę bogów, a przede wszyst­kim, nie bójmy się tego powie­dzieć otwar­cie, wolę Zeusa, jeśli bogi­nie raz po raz będą chro­nić swych fawo­ry­tów, nie licząc się z wyro­kami Prze­zna­cze­nia? Wiedz, Hero, że wbrew wszyst­kim twym machi­na­cjom, Mene­laos może jesz­cze powieźć Helenę z powro­tem do domu... Moż­liwe rów­nież, któż zdoła cokol­wiek prze­wi­dzieć, że to Ilion wyj­dzie z oblę­że­nia zwy­cię­sko. Bez względu jed­nak na osta­teczny wynik, nie dopusz­czę, by zde­cy­do­wała o nim garstka bogi­nek.

Hera splata smu­kłe ramiona na piersi. W home­ryc­kim epo­sie ciało Hery bar­dzo czę­sto jest okre­ślane mia­nem "śnież­nego", więc pod­świa­do­mie spo­dzie­wa­łem się, że skóra na jej rękach będzie biel­sza niż u innych bogiń. I cho­ciaż cera Hery rze­czy­wi­ście ma mleczny odcień, to wcale nie jaśniej­szy niż skóra Afro­dyty, Hebe (córki Hery), czy któ­rej­kol­wiek z bogiń, jakie widzę ze swego miej­sca... Z jedy­nym wyjąt­kiem Ateny, dziw­nie mocno opa­lo­nej. Dosko­nale rozu­miem, że epi­tety w epo­sach Homera peł­nią rolę słu­żebną wobec formy; o Achil­le­sie czy­tamy co chwila, że jest "szyb­ko­nogi", Apollo "strzały wypusz­cza dale­kie", a imię Aga­mem­nona poprze­dza zwy­kle zwrot "naro­dów król", lub stwier­dze­nie, że "trzyma sze­ro­kie pano­wa­nie"; okręty Acha­jów są "czarne" i tak dalej. Powta­rza­nie owych okre­śleń pozwa­lało speł­nić nie­ła­twe wymogi hek­sa­me­tru dak­ty­licz­nego, co było dla autora waż­niej­sze niż ich czy­sto opi­sowa war­tość. Innymi słowy, tak uło­żony utwór można było swo­bod­nie zaśpie­wać bez naru­sza­nia metrum. Zawsze też podej­rze­wa­łem, że nie­które z rytu­al­nych wyra­żeń Homera - dajmy na to "róża­no­palca jutrzenka" - są zwy­kłymi wypeł­nia­czami, pozwa­la­ją­cymi aoj­dom zyskać kilka cen­nych sekund na przy­po­mnie­nie sobie (lub wymy­śle­nie) ciągu dal­szego.

Ze świa­do­mo­ścią wszyst­kich powyż­szych zastrze­żeń i tak uważ­nie przy­glą­dam się ramio­nom Hery, która szy­kuje się, by odpo­wie­dzieć mał­żon­kowi.

- Synu Kro­nosa, władco naj­sroż­szy - zaczyna, wciąż ze skrzy­żo­wa­nymi rękoma - co ty, do cho­lery, wyga­du­jesz? Jak śmiesz choćby myśleć o zni­we­cze­niu moich wysił­ków? Żeby spro­wa­dzić tu armie Acha­jów, wyla­łam litry nie­śmier­tel­nego potu. Natru­dzi­łam się, łech­cąc roz­bu­chane ego wszyst­kich tych hero­sów, obła­ska­wia­jąc ich, by nie wyrżnęli się nawza­jem, zanim wymor­dują Tro­jan. Z tru­dem praw­dzi­wym i wysił­kiem, swoim wła­snym wysił­kiem, mężu Zeu­sie, pra­co­wa­łam, by zesłać nie­dolę na króla Priama, jego synów i sto­licę.

Zeus marsz­czy czoło i pochyla się na swym tro­nie, który spra­wia wra­że­nie nie­zbyt wygod­nego. Wiel­kie białe pię­ści na prze­mian zaci­skają się i roz­luź­niają.

Poiry­to­wana Hera wznosi dło­nie ku niebu.

- Zro­bisz, co zechcesz, jak zwy­kle zresztą. Nie spo­dzie­waj się jed­nak, że kto­kol­wiek z nie­śmier­tel­nych będzie cię za to wychwa­lać.

Gro­mo­władny pod­rywa się z miej­sca. O ile pozo­stali bogo­wie mają po dwa, trzy metry wzro­stu, to Zeus musi sobie mie­rzyć dobrze ponad trzy. Czoło ma w tej chwili nie tyle zmarsz­czone, ile raczej pokryte głę­bo­kimi wąwo­zami, i zaczyna grzmieć - wcale nie meta­fo­rycz­nie:

- Hero! Moja droga, kochana i nie­na­sy­cona Hero! Cóż takiego uczy­nił ci Priam bądź jego syno­wie? Jaką krzywdę ci wyrzą­dzili, że zapa­ła­łaś tak nie­ustę­pliwą i wście­kłą żądzą znisz­cze­nia Ilionu?

Hera stoi bez słowa. Ręce opu­ściła wzdłuż boków. Co jedy­nie dodat­kowo zaognia monar­szą wście­kłość Zeusa.

- Wię­cej w tobie krwio­żer­czych uczuć niż gniewu, bogini! - ryczy. - Nie usta­niesz, póki nie roz­trza­skasz bram Troi, nie spo­czniesz do chwili, kiedy nie zwa­lisz jej murów i nie pożresz paru­ją­cych ciał obroń­ców.

Buń­czuczny wyraz twa­rzy Hery w zasa­dzie potwier­dza słowa oskar­że­nia.

- No cóż... - grzmi Zeus i nagle traci rezon, w czym do złu­dze­nia przy­po­mina wszyst­kich skru­szo­nych mał­żon­ków w dzie­jach. - Rób jak uwa­żasz, Hero. Powiem ci jed­nak coś jesz­cze i chcę, żebyś dobrze to sobie zapa­mię­tała. Gdy nadej­dzie dzień, w któ­rym to ja poprzy­się­gnę jakie­muś mia­stu znisz­cze­nie i obie­cam pożreć jego oby­wa­teli, mia­stu, które ty będziesz kochała rów­nie gorąco, jak ja kocham Ilion, wtedy nie waż się nawet myśleć o uśmie­rze­niu mego gniewu.

Bogini zbliża się do męża trzema szyb­kimi kro­kami. Jej ruchy koja­rzą mi się z gra­cją ata­ku­ją­cego dra­pież­nika, bądź wdzię­kiem, z jakim sza­chowy arcy­mistrz dostrzega i wyko­rzy­stuje nada­rza­jącą się kom­bi­na­cję.

- Zna­ko­mi­cie! Naj­bar­dziej ze wszyst­kich umi­ło­wa­łam sobie Argos, Spartę i Mykeny, któ­rych sze­ro­kie aleje są rów­nie wspa­niałe i dumne jak ulice prze­klę­tego Ilionu. Złup je i zniszcz, mój panie, skoro taka jest wola twego gniew­nego serca. Nie sprze­ci­wię ci się. Nie będę żywić o to urazy... Nie zyska­ła­bym na tym wiele, gdyż to ty jesteś z nas dwojga sil­niej­szy. Nie zapo­mi­naj wszak o jed­nym, mój Zeu­sie. Ow­szem, jestem ci poło­wicą, lecz jestem rów­nież córą Kro­nosa i zasłu­guję na twe powa­ża­nie.

- Nawet przez mgnie­nie oka nie twier­dzi­łem ina­czej - mam­roce Zeus pod nosem i ponow­nie zasiada na twar­dym tro­nie.

- W takim razie ustąpmy sobie wza­jem­nie - pro­po­nuje Hera, w któ­rej gło­sie poja­wia się nie­moż­liwa do prze­ocze­nia domieszka sło­dy­czy. - Ja ule­gnę tobie, ty pogo­dzisz się z moją wolą. Pomniej­sze bóstwa przy­kla­sną. A teraz prędko, mój mężu! Achil­les opu­ścił arenę, a Tro­ja­nie i Acha­jo­wie zawarli nie­pewny rozejm. Spraw, by to miesz­kańcy Ilionu jako pierwsi zła­mali dane słowo i karki sła­wet­nych Gre­ków.

Zeus wodzi nabur­mu­szo­nym spoj­rze­niem, mam­roce nie­wy­raź­nie pod nosem, wierci się na sie­dze­niu, lecz wresz­cie spo­gląda na słu­cha­jącą uważ­nie Atenę.

- Udaj się czym prę­dzej na mil­czące dziś pole bitwy. Roz­ka­zuję ci spra­wić, by Tro­ja­nie naru­szyli rozejm i prze­trą­cili karki osła­wio­nym Acha­jom.

- I niech potem zdru­zgocą Argi­wów - dodaje Hera.

- A dodat­kowo, niech potem zdru­zgocą Argi­wów - powta­rza zre­zy­gno­wany Zeus.

Atena znika w roz­bły­sku kwan­to­wej tele­por­ta­cji. Zeus z Herą opusz­czają wielką salę, pozo­stali bogo­wie odcho­dzą powol­nym kro­kiem, wymie­nia­jąc się ści­szo­nymi uwa­gami.

Muza daje mi znak nie­znacz­nym ski­nie­niem palca i wypro­wa­dza mnie za drzwi.

***

- Hoc­ken­berry - odzywa się bogini miło­ści, wygod­nie roz­parta na usła­nej podu­chami oto­ma­nie. Cią­że­nie, mimo że nie­wiel­kie, pod­kre­śla jedwa­bi­stą, mleczną zmy­sło­wość jej figury.

To Muza przy­wio­dła mnie do tego toną­cego w pół­mroku pokoju, jed­nego z wielu na Dwo­rze Bogów. Kom­natę roz­świe­tla jedy­nie blask nikłych pło­mieni w kok­sow­niku i poświata cze­goś, co podej­rza­nie przy­po­mina kom­pu­te­rowy moni­tor. Szep­tem przy­ka­zała mi zdjąć Hełm Śmierci z głowy, co witam z mie­sza­nymi uczu­ciami. Z ulgą pozby­łem się skó­rza­nego kap­tura, lecz wraz z widzial­no­ścią powró­cił strach.

Zaraz potem wkro­czyła Afro­dyta, uło­żyła się na kana­pie i powie­działa:

- To wszystko, Melete. Wezwę cię, gdy będziesz potrzebna.

Muza wyszła przez ukryte w ścia­nie drzwi.

Melete - powtó­rzy­łem w duchu. Imię nie należy do żad­nej z dzie­wię­ciu córek Mne­mo­syne. Pocho­dzi ze znacz­nie wcze­śniej­szej epoki, kiedy powszech­nie uzna­wano, że muz jest tylko trójka: Melete, patro­nu­jąca "ćwi­cze­niu", opie­ku­jąca się "zapa­mię­ty­wa­niem" Mneme oraz Aoide, odpo­wie­dzialna za...

- Hoc­ken­berry, na Dwo­rze Bogów widzia­łam cię wyraź­nie - podej­muje Afro­dyta, odry­wa­jąc mnie od uni­wer­sy­tec­kich roz­wa­żań. - Gdy­bym wska­zała cię Zeu­sowi, nie był­byś w tej chwili nawet garstką popiołu. Także tele­por­ta­cyjny meda­lion nie pomógłby ci w ucieczce, gdyż jestem cię w sta­nie wyśle­dzić w dowol­nym punk­cie czasu i prze­strzeni. Czy rozu­miesz, z jakiego powodu tutaj tra­fi­łeś?

Zatem to Afro­dyta jest moją patronką. To ona roz­ka­zała Muzie wrę­czyć mi oba urzą­dze­nia. Co powi­nie­nem zro­bić? Przy­klęk­nąć? Paść na twarz przed boskim maje­sta­tem? Jak się do niej zwra­cać? Jesz­cze ni­gdy w ciągu dzie­wię­ciu lat, dwóch mie­sięcy i osiem­na­stu dni na Olim­pie żadne bóstwo nie zwró­ciło na mnie naj­mniej­szej uwagi. Nie licząc Muzy.

Osta­tecz­nie decy­duję się na lekki ukłon i skrom­nie odwra­cam spoj­rze­nie od jej urody. Nie patrzę na różowe sutki prze­świ­tu­jące przez cienką war­stwę jedwa­biu, nie widzę już deli­kat­nie zakre­ślo­nego brzu­cha, pod któ­rym, mię­dzy udami, wid­nieje trój­kątny cień.

- Nie, moja bogini - odpo­wia­dam wresz­cie, gdy już z wysił­kiem przy­po­mnia­łem sobie o co pytała.

- A czy wiesz, dla­czego zosta­łeś wyty­po­wany na scho­lia­stę, Hoc­ken­berry? Dla­czego twoje DNA unik­nęło nano­cy­to­wego wstrząsu? I dla­czego, zanim wybrano cię do rein­te­gra­cji, twoje prace na temat wojny zostały umiesz­czone w sim­plek­sie?

- Nie, moja bogini. - To moje DNA unik­nęło jakie­goś nano­cy­to­wego wstrząsu?

- A czy wiesz w ogóle, śmier­telny cie­niu, czym w ogóle jest sim­pleks?

Czyżby wiru­sem opryszczki? - myślę.

- Nie, moja bogini - odpo­wia­dam.

- Sim­pleks to pro­sty obiekt geo­me­trii mate­ma­tycz­nej. Ćwi­cze­nie z logi­styki. Zwi­nięty w trze­cim wymia­rze trój­kąt bądź tra­pe­zoid - tłu­ma­czy Afro­dyta. - Dopiero w prze­strzeni wie­lo­wy­mia­ro­wej i z uwzględ­nie­niem algo­ryt­mów okre­śla­ją­cych nowe zakresy poję­ciowe, two­rzą­cych i niwe­lu­ją­cych ewen­tu­alne obszary prze­strzeni N, płasz­czy­zna wyklu­cze­nia nabiera usta­lo­nych kon­tu­rów. Czy teraz poj­mu­jesz, Hoc­ken­berry? Rozu­miesz, jaki ma to zwią­zek z prze­strzenią kwan­tową, z cza­sem, z toczącą się na rów­ni­nie wojną i wresz­cie z twoim wła­snym losem?

- Nie, moja bogini. - Tym razem drże­nie mojego głosu jest wyraźne. Prze­staję nad nim pano­wać.

Sły­szę sze­lest jedwa­biu i pod­no­szę wzrok na czas dosta­tecz­nie długi, by ujrzeć naj­pięk­niej­szą z kobiet, która wła­śnie popra­wia się wśród poduch na oto­ma­nie. Mignęły mi jej gład­kie uda i jasne ramiona.

- Nie­istotne - sły­szę. - Ty, tudzież śmier­tel­nik będący twoim wzor­cem, kilka tysięcy lat temu napi­sa­łeś książkę. Czy pamię­tasz jej treść?

- Nie, moja bogini.

- Hoc­ken­berry, jeżeli odpo­wiesz mi w ten spo­sób raz jesz­cze, roz­szar­pię cię od kro­cza do czoła, a z two­ich jelit uplotę sobie pod­wiązki. Dosłow­nie. Czy cho­ciaż to było dla cie­bie wystar­cza­jąco zro­zu­miałe?

Nie jest łatwo roz­ma­wiać, kiedy czło­wiek nie ma w ustach nawet grama śliny.

- Tak, moja bogini - odpo­wia­dam sze­lesz­czą­cym, prze­su­szo­nym gło­sem.

- Ta książka liczyła sobie dzie­więć­set trzy­dzie­ści pięść stron i trak­to­wała o jed­nym, jedy­nym sło­wie. Menin. Czy teraz sobie przy­po­mi­nasz?

- Nie, moja bo... Oba­wiam się, że nie pamię­tam, Afro­dyto. Jestem jed­nak pewien, że wszystko, co mówisz, jest prawdą.

Znowu zer­kam w górę. Zauwa­żam, że bogini lekko się uśmie­cha. Wsparła pod­bró­dek na lewej dłoni, jej palec układa się wzdłuż policzka ku ide­al­nie zary­so­wa­nej ciem­nej brwi. Oczy Afro­dyty mają odcień wykwint­nego koniaku.

- Gniew - tłu­ma­czy szep­tem. - Menin aeide thea... Czy wiesz, kto w tej woj­nie zwy­cięży, Hoc­ken­berry?

Teraz muszę się zasta­no­wić naprawdę szybko. Gdy­bym nie znał zakoń­cze­nia eposu, oka­zał­bym się mar­nym scho­lia­stą - acz­kol­wiek "Iliada" wcale nie koń­czy się znisz­cze­niem Troi, a opi­sem cere­mo­nii pogrze­bo­wej Patro­klosa, przy­ja­ciela Achil­lesa. Co wię­cej, wzmianki o drew­nia­nym koniu poja­wiają się tylko w kilku uwa­gach Ody­se­usza, i to zamiesz­czo­nych w zupeł­nie innym dziele... Jeżeli jed­nak udam, że znam rezul­tat tej kon­kret­nej wojny... Pod­słu­chany dopiero co spór potwier­dził, że edykt Zeusa, na któ­rego mocy Olim­pij­czy­kom nie wolno znać tre­ści home­ryc­kiego eposu, wciąż pozo­staje w mocy... Nie chciał­bym wyka­zać się wynio­sło­ścią i dać do zro­zu­mie­nia, że jestem pod jakim­kol­wiek wzglę­dem lep­szy niż Olim­pij­czycy i sama For­tuna. Pycha ni­gdy nie zyski­wała śmier­tel­nym boskiego pokla­sku. Poza tym Zeus, a tylko on zna całość "Iliady", zezwo­lił resz­cie bogów oraz scho­lia­stom dys­ku­to­wać wyłącz­nie o wyda­rze­niach, jakie już nastą­piły. A kto­kol­wiek wku­rzy Zeusa, nie powi­nien liczyć na dłu­gie i szczę­śliwe życie. Nie­mniej, podobno, wstrząs nano­cy­towy mi nie grozi... No, ale z dru­giej strony, skoro bogini miło­ści zapo­wiada, że zrobi z moich jelit pod­wiązki, to nie mam naj­mniej­szego powodu w nią wąt­pić.

- Jak brzmiało pyta­nie, moja bogini? - Na nic lep­szego mnie w tej chwili nie stać.

- Znasz zakoń­cze­nie "Iliady", lecz gdy­bym cię o nie zapy­tała, postą­pi­ła­bym wbrew roz­ka­zowi Zeusa - mówi Afro­dyta. Jej uśmiech znik­nął, zastą­piony nader kobie­cym gry­ma­sem nadą­sa­nych ust. - Mogę cię jed­nak zapy­tać, czy epos prze­wi­dział ten kon­kretny roz­wój wypad­ków. Zatem? Scho­lia­sto Hoc­ken­berry, czy według cie­bie to Zeus włada wszech­świa­tem, czy wię­cej do powie­dze­nia ma Prze­zna­cze­nie?

O w dupę! - myślę. Każda moż­liwa odpo­wiedź sprawi, że zostanę wypa­tro­szony, a ta piękna kobieta, bogini, wdzieje pod­wiązki ocie­ka­jące moimi pły­nami ustro­jo­wymi.

- Według mnie, bogini, cho­ciaż wszech­świat nagina się do woli Zeusa i jest zmu­szony zara­zem wypeł­niać kaprysy boskiej siły zwa­nej prze­zna­cze­niem, to życiem zarówno ludzi, jak i bogów rzą­dzi rów­nież kaos.

Afro­dyta pry­cha z roz­ba­wie­niem. Cała jest taka miękka, nama­calna, wabiąca...

- Nie chcemy raczej, by o wyniku tego star­cia zde­cy­do­wał chaos - mówi gło­sem, w któ­rym nie znaj­duję już nawet krztyny weso­ło­ści. - Obser­wo­wa­łeś może dzi­siaj chwilę, kiedy Achil­les wyco­fał się z walki?

- Tak, moja bogini.

- Wiesz też o tym, że mężo­bójca zano­sił wcze­śniej modły do Tetydy? Pro­sił ją, by uka­rała Acha­jów za hańbę, jaką okrył go Aga­mem­non.

- Nie byłem tego bez­po­śred­nim świad­kiem, bogini, lecz wiem że taki roz­wój wypad­ków został prze­wi­dziany w... epo­sie. - Bez­pieczne sfor­mu­ło­wa­nie. Mowa o wyda­rze­niach z prze­szło­ści. Poza tym Tetyda, mor­ska boginka, jest matką herosa i cały Olimp wie, że Achil­les wzy­wał jej pomocy.

- Nie ina­czej - przy­ta­kuje Afro­dyta. - Ta flą­dra o mokrych cycach doczła­pała się już na dwór i rzu­ciła się Zeu­sowi do kolan, zaraz po tym, jak stary dureń wró­cił znad rzeki Oke­anos, gdzie jak zwy­kle łaj­da­czył się w towa­rzy­stwie Etio­pów. Bła­gała go w imię Achil­lesa, by udzie­lił zwy­cię­stwa Tro­ja­nom, a ten pryk wyra­ził zgodę, co nara­ziło go na domowy spór z Herą, naczelną patronką Argi­wów. Stąd owa scy­sja, którą mia­łeś oka­zję obser­wo­wać.

Pro­stuję się. Staję ze spusz­czo­nymi wzdłuż ciała rękoma, dło­nie kie­ruję naprzód, lekko skła­niam głowę. Przez cały ten czas obser­wuję Afro­dytę uważ­nie, jakby była jado­witą kobrą, acz­kol­wiek wiem, że gdyby uznała za sto­sowne mnie zgła­dzić, zaata­ko­wa­łaby dalece szyb­ciej i bar­dziej sku­tecz­nie niż naj­groź­niej­szy wąż.

- Czy wiesz, dla­czego prze­ży­łeś tu dłu­żej niż jaki­kol­wiek scho­lia­sta w dzie­jach? - syczy bogini.

Nie przy­cho­dzi mi do głowy żadna odpo­wiedź, która nie dopro­wa­dzi­łaby do mojego rychłego zgonu. Nieco bar­dziej pochy­lam głowę i cze­kam w mil­cze­niu.

- Żyjesz, ponie­waż prze­wi­dzia­łam, że będziesz w sta­nie wyświad­czyć mi kie­dyś przy­sługę.

Kro­ple potu perlą się na moim czole. Spły­wają i pieką w oczy. Wyczu­wam też strużki na policzku i karku. Bez­względ­nym obo­wiąz­kiem scho­lia­stów - od dzie­wię­ciu lat, dwóch mie­sięcy i osiem­na­stu dni także moim - jest obser­wo­wać toczącą się na rów­ni­nie Ilionu wojnę, ale tylko obser­wo­wać. Pod żad­nym pozo­rem nie wolno nam wpły­wać na jej wynik, nie możemy dopu­ścić się niczego, co mogłoby w choć naj­drob­niej­szy spo­sób zmie­nić osta­teczny rezul­tat oblę­że­nia, czy uczynki i decy­zje hero­sów.

- Sły­sza­łeś, co powie­dzia­łam, Hoc­ken­berry?

- Tak, moja bogini.

- I nie cie­kawi cię, o jakiej przy­słu­dze mówię, scho­lia­sto?

- Cie­kawi, moja bogini.

Afro­dyta pod­nosi się z kanapy. Raz jesz­cze się kła­niam, lecz sły­szę szmer jedwab­nej sukni, dobiega mnie nawet odgłos towa­rzy­szący ocie­ra­niu się deli­kat­nych bia­łych ud. Kiedy do mnie pod­cho­dzi; czuję woń pach­ni­deł i kobie­co­ści. Zatrzy­muje się tuż obok. Zapo­mnia­łem - na chwilę - jak wyso­kie są bogi­nie, lecz uświa­da­miam to sobie natych­miast, gdy wyczu­wam, że się nade mną pochyla. Piersi zawi­sają led­wie o kilka cali od moich wpa­trzo­nych w posadzkę oczu. Przez mgnie­nie zma­gam się z potrzebą zagrze­ba­nia twa­rzy w aro­ma­tycz­nej doli­nie jej biu­stu i cho­ciaż dosko­nale zdaję sobie sprawę, że byłby to mój ostatni wybryk przed bru­tal­nym koń­cem, jestem pra­wie pewien, że nie poża­ło­wał­bym. Pokusa jed­nak prze­mija bły­ska­wicz­nie.

Afro­dyta składa mi dłoń na spię­tym ramie­niu, muska tło­cze­nia na skó­rze Hełmu Śmierci, po czym deli­kat­nie wie­dzie koniusz­kami pal­ców po moim policzku. Boję się strasz­li­wie, lecz czuję też wzbie­ra­jącą, silną i twardą erek­cję.

Kiedy sły­szę jej cichy, zmy­słowy i nieco roz­ba­wiony szept, nabie­ram pew­no­ści, że bogini dosko­nale wie, co się ze mną dzieje. Wię­cej, ocze­kuje tego niczym należ­nego sobie hołdu. Nachyla się ku mnie tak bli­sko, że owiewa mnie cie­pło jej odde­chu. Padają dwa zwię­złe pole­ce­nia.

- Będziesz dla mnie szpie­go­wał pozo­sta­łych bogów. - Pierw­sze, wypo­wie­dziane pół­gło­sem. I to dru­gie, nie­mal zagłu­szone osza­la­łym biciem mojego serca: - A gdy nadej­dzie wła­ściwa pora, zabi­jesz Atenę.

7. Centrum Conamara Chaos

7

Cen­trum Cona­mara Chaos

Razem z Mahn­mu­tem, w her­me­tycz­nej, kli­ma­ty­zo­wa­nej sali kon­fe­ren­cyj­nej zajęła miej­sca piątka gali­lej­skich moraw­ców. Pocho­dzą­cego z Europy robota znał - naczelny inte­gra­tor z Pwyll nazy­wał się Aste­ague/Che - lecz pozo­stała trójka była pro­win­cju­szowi Mahn­mu­towi rów­nie obca jak kra­ken. Mora­wiec z Gani­me­desa cie­szył się wysoką i ele­gancką kon­struk­cją, ata­wi­stycz­nie huma­no­idalną, typową dla moraw­ców z jego księ­życa. Miał czarną fule­re­nową powłokę i owa­dzie oczy. Przy­bysz z Cal­li­sto pro­jek­tem i roz­mia­rami bar­dziej przy­po­mi­nał Mahn­muta - był wysoki na około metr i znacz­nie mniej koja­rzył się z czło­wie­kiem. Chro­niła go przej­rzy­sta poli­me­rowa obu­dowa, pod którą można było wypa­trzeć frag­menty syn­te­tycz­nej skóry, a nawet kawałki praw­dzi­wego ciała. Mógł ważyć trzy­dzie­ści, naj­wy­żej czter­dzie­ści kilo­gra­mów. Robot z Io nato­miast spra­wiał wra­że­nie... impo­nu­jące. Wytrzy­mały, kla­sycz­nego pro­jektu mora­wiec, zbu­do­wany, by bez trudu zno­sić warunki panu­jące w pla­zmo­wych toru­sach i siar­ko­wych gej­ze­rach. Był wysoki na co naj­mniej trzy metry, długi na sześć, a kształ­tem przy­wo­dził na myśl ziem­skie skrzy­pło­cze. Podob­nie jak one opan­ce­rzony i wypo­sa­żony w nie­przy­zwo­icie liczne wypustki, siłow­niki, obiek­tywy, witki, czułki, sze­ro­ko­za­kre­sowe sen­sory i chwy­taki. Już na pierw­szy rzut oka widać było, że dłu­go­trwała praca w próżni nie jest mu obca - jego obu­dowę pokry­wały liczne ślady po ude­rze­niach kosmicz­nego śmie­cia, po wie­lo­kroć wygła­dzane i pole­ro­wane tylko po to, by zaraz poja­wiły się świeże. W efek­cie był rów­nie dzio­baty jak nazna­czona kra­te­rami powierzch­nia jego macie­rzy­stej Io. Wcho­dząc i usta­wia­jąc się w sali, korzy­stał ze swych potęż­nych reflek­to­rów gra­wi­ta­cyj­nych - nie chciał zary­so­wać pod­łogi. Ostroż­ność pod­po­wie­działa Mahn­mu­towi, by się nie zbli­żać zanadto do olbrzyma. Zajął miej­sce po prze­ciw­nej stro­nie stołu.

Morawce nie przed­sta­wiły się sobie ani w pod­czer­wieni, ani drogą radiową. Mahn­mut uznał, że nie będzie się wyry­wać. Pod­łą­czył się do rege­ne­ra­cyj­nych pępo­win, pocią­gnął łyk i cze­kał.

Oso­bi­ście po pro­stu lubił oddy­chać powie­trzem pobie­ra­nym z zewnątrz i robił to zawsze, kiedy pozwa­lały mu warunki, lecz zdzi­wił się, że w sali, w któ­rej prze­by­wały morawce z Io i Gani­me­desa, istoty zde­cy­do­wa­nie nie­wy­ma­ga­jące atmos­fery, usta­wiono ciśnie­nie aż sied­miu­set mili­ba­rów. W pew­nej chwili Aste­ague/Che nawią­zał łącz­ność za pomocą mikro­mo­du­la­cji fal powie­trza. Mowa. W dodatku posłu­żył się ludz­kim języ­kiem. Angiel­skim z Zapo­mnia­nej Ery. Dopiero teraz dotarło do Mahn­muta, że salę wypeł­niono powie­trzem nie dla wygody, lecz w celu zapew­nie­nia pouf­no­ści spo­tka­nia. W ukła­dzie gali­lej­skim komu­ni­ka­cja dźwię­kowa sta­no­wiła naj­bar­dziej bez­pieczny kanał prze­ka­zy­wa­nia infor­ma­cji i w sys­temy jej prze­twa­rza­nia wypo­sa­żono nawet cięż­kiego, próż­nio­wego robota z Io.

- Na wstę­pie chcę wszyst­kim podzię­ko­wać za przy­by­cie kosz­tem waszych zwy­kłych obo­wiąz­ków - roz­po­czął naczelny inte­gra­tor z Pwyll - Szcze­gólne wyrazy wdzięcz­no­ści należą się tym, któ­rzy przy­le­cieli z innych księ­ży­ców. Nazy­wam się Aste­ague/Che. Witam Korosa III z Gani­me­desa, Ri Po z Cal­li­sto, Mahn­muta bada­ją­cego lokalny, euro­pań­ski bie­gun połu­dniowy oraz Orphu z Io.

Mahn­mut aż prze­li­czył ze zdzi­wie­nia i natych­miast otwo­rzył pry­watne łącze radiowe.

- Orphu z Io? Mój wie­lo­letni roz­mówca, znawca spu­ści­zny Szek­spira?

- We wła­snej oso­bie. Mahn­mut, przy­ja­cielu, to wielka przy­jem­ność móc cię wresz­cie spo­tkać oso­bi­ście.

- Nie­zwy­kłe! Jakie były szanse, że zetkniemy się w taki aku­rat spo­sób?

- Wcale nie tak małe, jak ci się wydaje, przy­ja­cielu. Kiedy tylko usły­sza­łem, że zosta­niesz zapro­szony do udziału w tej samo­bój­czej eks­pe­dy­cji, zaczą­łem usil­nie zabie­gać, by i mnie do niej doko­op­to­wano.

- Samo­bój­czej eks­pe­dy­cji? O czym ty mówisz?

- ...po ponad pięć­dzie­się­ciu jowi­szo­wych latach od ostat­niego kon­taktu z post­ludźmi... w ziem­skiej rachu­bie będzie to około sze­ściu stu­leci... - cią­gnął Aste­ague/Che - do cna stra­ci­li­śmy roze­zna­nie w ich zamia­rach i poczy­na­niach. A brak pew­no­ści wywo­łuje ner­wo­wość. Nastał czas, by zor­ga­ni­zo­wać eks­pe­dy­cję do cen­trum Układu Sło­necz­nego, w stronę domu, by tak rzec, i dowie­dzieć się, jaki jest obecny ewo­lu­cyjny sta­tus tych istot, oraz oce­nić, czy mogą sta­no­wić dla Gali­lej­czy­ków bez­po­śred­nie zagro­że­nie. - Tu Aste­ague/Che na moment urwał. - A ist­nieją powody, by sądzić, że tak.

Prze­zro­czy­sta ściana za euro­pań­skim inte­gra­to­rem, przez którą widać było masyw Jowi­sza wzno­szący się ponad zalaną bla­skiem gwiazd lodową rów­niną, zma­to­wiała i wyświe­tlone zostały na niej księ­życe i pla­nety wiru­jące w dostoj­nym tańcu wokół odle­głej gwiazdy. Zbli­że­nie uka­zało układ Ziemi, Księ­życa i pier­ścieni.

- W ciągu ubie­głych pię­ciu­set ziem­skich lat dra­stycz­nie spa­dła aktyw­ność post­lu­dzi, mie­rzona pod wzglę­dem ilo­ści modu­lo­wa­nych sygna­łów radio­wych, gra­wi­to­no­wych i neu­tri­no­wych - oznaj­mił Aste­ague/Che. - Sto lat temu ode­bra­li­śmy ostatni tego rodzaju sygnał. Z samej Ziemi docho­dzą nas jedy­nie impulsy śla­dowe, zapewne wytwo­rzone dzia­łal­no­ścią robo­tów.

- Czy na­dal egzy­stuje tam nie­wielka grupka pier­wot­nych ludzi? - spy­tał Ri Po, nie­wielki mora­wiec z Cal­li­sto.

- Tej infor­ma­cji nie posia­damy - odparł Aste­ague/Che, po czym prze­cią­gnął ręką nad pul­pi­tem i na okien­nym ekra­nie poja­wiła się Zie­mia.

Mahn­mut mimo­wol­nie wstrzy­mał oddech. Na dwóch trze­cich powierzchni pla­nety pano­wał dzień. Pod zwa­łami suną­cych chmur widać było błę­kit morza i kilka skraw­ków brą­zo­wych kon­ty­nen­tów. Ni­gdy jesz­cze nie widział Ziemi. Inten­syw­ność barw pla­nety przy­tła­czała.

- Czy oglą­damy trans­mi­sję bez­po­śred­nią? - zacie­ka­wił się Koros III.

- Ow­szem. Kon­sor­cjum Pię­ciu Księ­ży­ców zbu­do­wało nie­wielki tele­skop optyczny, który został umiesz­czony w prze­strzeni kosmicz­nej, tuż za gra­nicą magne­tos­fery Jowi­sza. W przed­się­wzię­ciu tym brał mię­dzy innymi udział obecny tu Ri Po.

- Prze­pra­szam za tak marną roz­dziel­czość - ode­zwał się mora­wiec z Cal­li­sto. - Odkąd ostat­nio pra­co­wa­li­śmy ze sprzę­tem astro­no­micz­nym dzia­ła­ją­cym w zakre­sie fal świa­tła widzial­nego minęło ponad sto jowi­szo­wych lat. W dodatku tele­skop powsta­wał w pośpie­chu.

- Czy zna­le­ziono jakie­kol­wiek ślady pier­wot­nych? - zapy­tał Orphu z Io i dodał przez radio do Mahn­muta: - Pytam o potom­ków two­jego Szek­spira.

- Nic roz­strzy­ga­ją­cego - odparł Aste­ague/Che. - Mak­si­mum roz­dziel­czo­ści tele­skopu pozwala otrzy­mać plamkę o boku nieco poni­żej dwóch kilo­me­trów. Nie zaob­ser­wo­wa­li­śmy żad­nych bez­po­śred­nich świa­dectw ich obec­no­ści, tudzież ich nowych wytwo­rów. Widać tylko ruiny znane już z wcze­śniej­szych map. Wykry­li­śmy co prawda pewne neu­tri­nowe oznaki fak­so­wa­nia, lecz to mogą być ślady reszt­kowe, bądź jak wspo­mi­na­łem, dzia­ła­jące na­dal auto­maty. Poza tym, muszę przy­znać, że ludźmi daw­nego typu obec­nie nie zaj­mu­jemy się pra­wie wcale. W tej chwili inte­re­sują nas głów­nie post­lu­dzie.

- Mojego Szek­spira? Chcia­łeś powie­dzieć: naszego! - odpo­wie­dział Ioń­czy­kowi Mahn­mut na pry­wat­nym kanale.

- Musisz mi wyba­czyć - odparł Orphu. - Dobrze wiesz, że doce­niam sonety Barda, a nawet jego dra­maty. Nie­mniej od dawna fascy­nuje mnie przede wszyst­kim Pro­ust.

- Pro­ust?! Ten esteta?! Wolne żarty!

- Wręcz prze­ciw­nie. - W pod­dźwię­ko­wym zakre­sie fal roz­legł się głu­chy hur­got, który Mahn­mut zin­ter­pre­to­wał jako śmiech roz­mówcy.

Inte­gra­tor wyświe­tlił obrazy uka­zu­jące nie­które z milio­nów orbi­tal­nych modu­łów miesz­kal­nych, które ota­czały pier­ście­niami Zie­mię. Wiele było bia­łych, pozo­stałe pobły­ski­wały sre­brem. W ostrym świe­tle pobli­skiej gwiazdy wyglą­dały cudow­nie, lecz wyda­wały się rów­nież nie­zwy­czaj­nie zimne. I puste.

- Brak komu­ni­ka­cji pro­mo­wej. Żad­nych dowo­dów na fak­sową łącz­ność z Zie­mią. Znik­nęły rów­nież kon­woje prze­wo­żące surowce z pier­ścieni na Marsa. Ostatni zaob­ser­wo­wano dwa­dzie­ścia jowi­szo­wych lat temu, czyli dwie­ście czter­dzie­ści kilka ziem­skich.

- Podej­rze­wa­cie zatem, że post­lu­dzie także znik­nęli? - zapy­tał Koros III. - Że z jakie­goś powodu wygi­nęli? A może wyemi­gro­wali?

- Wia­domo nam tylko, że nastą­piła dra­styczna zmiana w zapo­trze­bo­wa­niu na ener­gię chro­no­kla­styczną, kwan­tową i gra­wi­ta­cyjną - wyja­śnił inte­gra­tor. Obu­do­wany jasno­żół­tym pan­ce­rzem robot był wyż­szy i bar­dziej huma­no­idalny niż Mahn­mut. Prze­ma­wiał spo­koj­nie, nie­zbyt gło­śno, modu­lo­wa­nym gło­sem. - Obec­nie skon­cen­tro­wa­li­śmy zain­te­re­so­wa­nie na Mar­sie.

Ekran wypeł­nił obraz czwar­tej pla­nety Układu Sło­necz­nego.

Mahn­mut kon­cen­tro­wał swe zain­te­re­so­wa­nie na Mar­sie w naj­lep­szym wypadku spo­ra­dycz­nie, a wszyst­kie znane mu holo­gramy i zdję­cia pla­nety pocho­dziły jesz­cze z Zapo­mnia­nej Ery. Uka­zany na ekra­nie świat w niczym jed­nak nie przy­po­mi­nał tam­tych wize­run­ków.

W miej­sce rdza­wo­czer­wo­nej powierzchni poja­wiło się nie­bie­skie morze, zaj­mu­jące więk­szą część pół­noc­nej pół­kuli. Do tego gigan­tycz­nego akwenu wpa­dała rzeka Val­les Mari­ne­ris, widoczna pod posta­cią błę­kit­nej, sze­ro­kiej na wiele kilo­me­trów wstęgi. Spore poła­cie pół­kuli połu­dnio­wej pozo­stały rudawe, lecz gdzie­nie­gdzie było też widać roz­le­głe plamy zie­leni. Wul­kany na wyży­nie Thar­sis jak daw­niej cią­gnęły się mrocz­nym sze­re­giem z połu­dnio­wego zachodu na pół­nocny wschód. Nad jed­nym kłę­bił się nawet wyraź­nie dostrze­galny pió­ro­pusz dymu. Olym­pus Mons z kolei wzno­sił się teraz nie­całe dwa­dzie­ścia kilo­me­trów od wiel­kiej zatoki pół­noc­nego oce­anu. Po dzien­nej poło­wie pla­nety wędro­wały sku­pi­ska bia­łych chmur, nato­miast poza linią ter­mi­na­tora, w skry­tym w ciem­no­ści Base­nie Hel­las migo­tały świa­tła. Na pół­noc od wybrzeża rów­niny Chryse Pla­ni­tia Mahn­mut spo­strzegł spi­ralę hura­ganu.

- Ter­ra­for­mo­wali go - wyrwało mu się. - Post­lu­dzie ter­ra­for­mo­wali Marsa.

- Jak dawno temu? - spy­tał Ophu z Io.

Gali­lej­czy­ków nie­szcze­gól­nie cie­ka­wiły losy Marsa - podob­nie zresztą jak pozo­sta­łych wewnętrz­nych pla­net układu (wyją­tek sta­no­wiła tu two­rzona daw­niej przez ludzi lite­ra­tura) - zatem zmiany na Czer­wo­nej Pla­ne­cie mogły zajść w dowol­nym momen­cie ostat­nich dwóch i pół tysiąca ziem­skich lat, kiedy to morawce wzięły roz­brat z ludz­ko­ścią.

- Cały pro­ces zajął im dwa ubie­głe stu­le­cia - odpo­wie­dział inte­gra­tor. - Może pół­tora.

- Nie­moż­liwe - oświad­czył Koros III bez­na­mięt­nym, nie­do­pusz­cza­ją­cym sprze­ciwu tonem. - Marsa nie da się ter­ra­for­mo­wać w tak krót­kim cza­sie.

- Ow­szem, to rze­czy­wi­ście wydaje się nie­re­alne - przy­tak­nął Aste­ague/Che. - Nie­mniej przed­sta­wiam wam fakty.

- Czyli post­lu­dzie prze­nie­śli się wła­śnie na Marsa - wywnio­sko­wał Ophu z Io.

- Jeste­śmy odmien­nego zda­nia - ode­zwał się mały Ri Po. - Roz­dziel­czość naszych zdjęć Marsa jest bar­dziej zno­śna niż tych z Ziemi. Dla przy­kładu, wzdłuż linii brze­go­wych...

Wyświe­tlił na ekra­nie kręty pół­wy­sep, poło­żony na pół­noc od Val­les Mari­ne­ris. Potężna rzeka - wła­ści­wie roz­cią­gnięte śród­lą­dowe morze - wpa­dała do zatoki, skąd wąskim prze­smy­kiem prze­le­wała się do wiel­kiego pół­nocnego oce­anu. Zbli­że­nie uka­zało oko­licę, w któ­rej ląd spo­ty­kał się z morzem - miej­scami czer­wie­niały pustynne wzgó­rza, gdzie indziej widać było zie­leń gęsto zale­sio­nych rów­nin. Wzdłuż brzegu cią­gnął się sze­reg maleń­kich czar­nych punk­ci­ków. Ri Po ponow­nie wzmoc­nił powięk­sze­nie.

- Czy to są... rzeźby? - zdu­miał się Mahn­mut.

- Tak. Praw­do­po­dob­nie kamienne głowy - potwier­dził Ri Po.

Zmie­nił usta­wie­nia pro­jek­tora i poka­zał moraw­com cień jed­nego z nie­wy­raź­nych obiek­tów. W kształ­cie ciem­nej plamy dało się roz­po­znać zarys czoła, nosa i wydat­nego pod­bródka.

- Prze­cież to jakiś absurd - żach­nął się Koros III. - Żeby oto­czyć tej wiel­ko­ści rzeź­bami cały pół­nocny ocean, musie­liby dys­po­no­wać milio­nami sztuk.

- Według naszych sza­cun­ków dokład­nie czte­rema milio­nami, dwu­stu trzema tysią­cami, pię­ciu­set dzie­wię­cioma - powie­dział Aste­ague/Che. - Prace wciąż trwają. Przyj­rzyj­cie się, pro­szę, temu zdję­ciu. Wyko­nano je około dwóch mie­sięcy temu, gdy Mars znaj­do­wał się naj­bli­żej nas.

Na roz­ma­za­nym obra­zie mro­wie maleń­kich postaci wlo­kło na rol­kach olbrzy­mią kamienną głowę. Twarz posągu zwró­cona była ku niebu, ciem­nie­jące oczy wpa­try­wały się w obiek­tyw tele­skopu. Maciup­kie ludziki cią­gnęły rzeźbę za pomocą dłu­gich, uwią­za­nych do niej lin. Zupeł­nie jak egip­scy nie­wol­nicy przy budo­wie pira­mid - prze­mknęło Mahn­mu­towi przez myśl.

- Ludzie? - ode­zwał się Oprhu. - Czy może roboty?

- Podej­rze­wamy, że są to jesz­cze inne istoty - pod­jął Ri Po. - Kwe­stia roz­miaru. Zwróć­cie rów­nież uwagę na barwę owych postaci, usta­li­li­śmy ją dzięki ana­li­zie widma.

- Zie­lona? - rzu­cił Mahn­mut. Z zaga­dek cenił sobie te lite­rac­kie, za życio­wymi nie prze­pa­dał. - Zie­lone roboty?

- Albo nie­znany dotych­czas gatu­nek zie­lo­nych huma­no­idów - zasu­ge­ro­wał z całą powagą Aste­ague/Che.

- A może emze­tele? - Ophu zahu­czał swym pod­dźwię­ko­wym śmie­chem. - Wie­cie, MZL. Małe zie­lone ludziki - wyja­śnił na kanale ogól­nym i znów zachi­cho­tał.

- W jakim wła­ści­wie celu zosta­li­śmy tutaj wezwani? - Mahn­mut spoj­rzał na inte­gra­tora. - Czy mamy cokol­wiek wspól­nego z ter­ra­for­mo­wa­niem Marsa?

Aste­ague/Che prze­sta­wił okno z powro­tem w tryb prze­zro­czy­sto­ści. W wie­czor­nym świe­tle atmos­fe­ryczne pasy Jowi­sza i lodowe rów­niny Europy wyda­wały się wyjąt­kowo ponure. Tru­pio blady pej­zaż mocno kon­tra­sto­wał z oglą­da­nymi przed momen­tem inten­syw­nymi błę­ki­tami i bielą wewnętrz­nych pla­net układu.

- Pla­nu­jemy wysłać na Marsa eks­pe­dy­cję. Spe­cjalny zespół, który zbada sytu­ację i złoży szcze­gó­łowy raport - powie­dział inte­gra­tor. - Do udziału w misji wyty­po­wani zosta­li­ście wła­śnie wy. Jeżeli nie wyra­ża­cie zgody, chciał­bym to usły­szeć w tej chwili.

Czwórka moraw­ców mil­czała na wszyst­kich zakre­sach fal.

- Opi­su­jąc zało­że­nia misji, roz­myśl­nie nie wspo­mnia­łem o powro­cie - pod­jął Aste­ague/Che. - Nie dys­po­nu­jemy nie­za­wodną metodą spro­wa­dze­nia was z powro­tem w oko­lice Jowi­sza. Dla­tego pro­szę o wyraźny sygnał, jeżeli któ­ryś z was chce odmó­wić.

Ponow­nie nie ode­zwał się nikt.

- Rozu­miem - skon­sta­to­wał euro­pań­ski inte­gra­tor. - Wszel­kie doty­czące wyprawy szcze­góły udo­stęp­nimy wam już za parę minut przez sieć, pozwól­cie jed­nak, że oso­bi­ście zwrócę uwagę na naj­waż­niej­sze ele­menty planu. Do bada­nia Marsa wyko­rzy­stamy baty­skaf Mahn­muta. Ri Po i Orphu zajmą się spo­rzą­dza­niem map z orbity. Mahn­mut i Koros III wylą­dują na powierzchni. Szcze­gól­nie inte­re­suje nas aktyw­ność w oko­licy naj­więk­szego wul­kanu pla­nety, Olym­pus Mons. W rejo­nie tej góry reje­stru­jemy bar­dzo silne i jak dotąd nie­wy­ja­śnio­nej natury fluk­tu­acje kwan­towe. Mahn­mut wysa­dzi Korosa III na wybrzeżu, po czym nasz gani­me­dej­ski przy­ja­ciel prze­pro­wa­dzi dokładny reko­ne­sans.

Z archi­wów i lek­tur Mahn­mut pamię­tał, że żyjący w Zapo­mnia­nej Erze ludzie, chcąc zasy­gna­li­zo­wać, że zaraz prze­rwą wypo­wiedź roz­mówcy, chrzą­kali. Wydał z sie­bie sto­sowny odgłos.

- Musi­cie wyba­czyć moją wro­dzoną głu­potę, ale chciał­bym się dowie­dzieć w jaki spo­sób prze­trans­por­tu­jemy "Mroczną damę", mój baty­skaf, na Marsa?

- Żadną miarą nie jest to pyta­nie głu­pie - przy­znał inte­gra­tor. - Orphu?

Wielki pan­cerny skrzy­płocz obró­cił się na swych reflek­to­rach gra­wi­ta­cyj­nych i skie­ro­wał ku Mahn­mu­towi czarne obiek­tywy kamer.

- Ostat­niego wypadu w głąb układu doko­na­li­śmy setki lat temu. Wysła­nie na Marsa cze­go­kol­wiek meto­dami z tam­tego okresu zaję­łoby pół jowi­szo­wego roku. Z tego powodu posta­no­wi­li­śmy sko­rzy­stać z nożyc.

Ri Po nie­spo­koj­nie poru­szył się za sto­łem.

- Wyda­wało mi się, że nożyce mają być wyko­rzy­sty­wane wyłącz­nie do podróży na dystan­sach mię­dzy­gwiezd­nych.

- Kon­sor­cjum Pię­ciu Księ­ży­ców uznało, że naszej eks­pe­dy­cji przy­słu­guje prio­ry­tet - odparł Orphu z Io.

- Rozu­miem jed­nak, że wsa­dzi­cie nas przed­tem do jakie­goś pojazdu? - upew­nił się Koros III. - Czy może będzie­cie nami strze­lać jak kur­cza­kami z tre­bu­sza?

Chro­bo­tliwy, pod­dźwię­kowy rechot Orphu wpra­wił w drga­nia cały blat. Porów­na­nie naj­wy­raź­niej przy­pa­dło mu do gustu.

Mahn­mut pod­łą­czył się do ogól­nej sieci i prze­szu­kał jej zasoby. Tre­busz oka­zał się maszyną oblęż­ni­czą, sto­so­waną w Zapo­mnia­nej Erze przez ludzi z cywi­li­za­cji Poziomu Dru­giego, jesz­cze przed wyna­le­zie­niem maszyny paro­wej. Machina dzia­łała w opar­ciu o pro­ste zasady mecha­niki, lecz strze­lała z siłą znacz­nie więk­szą niż kata­pulty, była w sta­nie posłać wiel­kie głazy na ponad milę.

- Odpo­wiedni sta­tek kosmiczny już jest gotowy - wyja­śnił Aste­ague/Che. - Na orbitę Marsa dotrze po kilku dniach lotu. Kon­struk­cja pojazdu umoż­liwi rów­nież prze­wie­zie­nie baty­skafu Mahn­muta. Spe­cjal­nie dla was zapro­jek­to­wano zestaw osłon ter­micz­nych, które umoż­liwią "Mrocz­nej damie" bez­pieczne wej­ście w atmos­ferę.

- Dole­cieć do Marsa w kilka dni... - Ri Po zamy­ślił się. - Jakich prze­cią­żeń należy się spo­dzie­wać pod­czas opusz­cza­nia pla­zmo­wego torusa Io?

- Bez mała trzy tysiące g - odpo­wie­dział Aste­ague/Che. - Ziem­skich.

Mahn­mut, który ni­gdy jesz­cze nie doznał cią­że­nia więk­szego niż panu­jące na Euro­pie (a wyno­siło ono nie­całą jedną siódmą gra­wi­ta­cji Ziemi) spró­bo­wał sobie wyobra­zić prze­cią­że­nie dwa­dzie­ścia jeden tysięcy razy sil­niej­sze. Bez powo­dze­nia.

- Na okres przy­śpie­sza­nia cały pojazd, z "Mroczną damą" włącz­nie, zosta­nie wypeł­niony spe­cjal­nym żelem. Będzie nam wygod­nie jak ukła­dowi sca­lo­nemu w żela­ty­nie - obie­cał Orphu z Io.

Stało się jasne, że Orphu brał oso­bi­sty udział w budo­wie statku. Ri Po miał doświad­cze­nie w obser­wa­cjach Ziemi i Marsa. Rów­nież Koros III został zapewne uprze­dzony o prze­zna­czo­nej mu roli dowódcy. Mahn­mut odniósł wra­że­nie, że jedy­nie on nie brał udziału w przy­go­to­wa­niach. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że przy­pa­dło mu zada­nie trze­cio­rzęd­nego zna­cze­nia - miał po pro­stu prze­pro­wa­dzić baty­skaf przez mar­sjań­skie morza. Może jed­nak - zasta­no­wił się - powi­nie­nem się z tej awan­tury wypi­sać?

- Pro­ust? - zagad­nął na pry­wat­nym kanale przy­by­sza z Io.

- Żałuję tylko, że nie pole­cimy na Zie­mię, przy­ja­cielu. Mogli­by­śmy odwie­dzić Strat­ford-upon-Avon. Kupi­li­by­śmy sobie pamiąt­kowy kubek.

Podob­nymi żar­tami prze­rzu­cali się już od dawna, lecz w nowym kon­tek­ście dow­cip nabrał świe­żo­ści. Mahn­mut odpo­wie­dział, nada­jąc przy­zwo­itej jako­ści paro­dię głu­chego śmie­chu roz­mówcy i potężny robot zare­cho­tał tak dono­śnie, że w gęstym powie­trzu sali usły­szeli to wszy­scy pozo­stali.

Ri Po nie tra­cił czasu na dow­cipy. Zajął się wyli­cze­niami.

- Nożyce powinny nadać nam pręd­kość począt­kową równą pra­wie dwóm dzie­sią­tym pręd­ko­ści świa­tła. Nawet jeżeli w głębi sys­temu zaczniemy dra­stycz­nie hamo­wać magne­tycz­nym czer­pa­kiem, do celu podej­dziemy z mniej wię­cej jedną tysięczną c. Wycho­dzi ponad trzy­sta kilo­me­trów na sekundę. Rze­czy­wi­ście dole­cimy na Marsa bar­dzo szybko, nawet jeśli, jak w tej chwili, pla­neta znaj­dzie się po dru­giej stro­nie Słońca. Tylko czy kto­kol­wiek zasta­no­wił się nad pro­ble­mem osta­tecz­nego wytra­ce­nia szyb­ko­ści?

- Tak - Orphu z Io wyci­szył śmiech. - Zasta­na­wia­li­śmy się.

***

Mimo trzy­dzie­stu jowi­szo­wych lat ist­nie­nia, Mahn­mut wciąż nie miał na Euro­pie nikogo, z kim musiałby się poże­gnać. Urt­zweil, jego part­ner badaw­czy, został przed osiem­na­stu laty zmiaż­dżony przez lodowe ściany zamy­ka­ją­cej się drogi wod­nej w pobliżu Kra­teru Pwyll. W póź­niej­szym okre­sie Mahn­mut nie zwią­zał się już z żadną rozumną istotą.

Szes­na­ście godzin po kon­fe­ren­cji, Cen­trum Cona­mara Chaos zle­ciło wyspe­cja­li­zo­wa­nym holow­ni­kom orbi­tal­nym pod­jąć "Mroczną damę" z kanału nawi­ga­cyj­nego i wynieść ją na orbitę, gdzie próż­niowe morawce, pra­cu­jące pod nad­zo­rem Orphu z Io, umie­ściły baty­skaf w ocze­ku­ją­cym już mar­statku. Wie­kowe cią­gniki mię­dzyk­się­ży­cowe spro­wa­dziły mar­sta­tek na powierzch­nię Io. Mahn­mut prze­dys­ku­to­wał pobież­nie kwe­stię ochrzcze­nia nowego pojazdu z trzema pozo­sta­łymi moraw­cami z zespołu, lecz nie wystar­czyło im wyobraźni. Nazew­ni­czy zapał szybko ostygł i od tej chwili mówili po pro­stu "sta­tek".

Podob­nie jak więk­szo­ści pojaz­dów kosmicz­nych, jakie morawce zbu­do­wały przez tysiące lat swych kosmicz­nych podróży, także i tego nie można było okre­ślić mia­nem ele­ganc­kiego, a przy­naj­mniej nie wedle kla­sycz­nych stan­dar­dów. Mie­rzył sto pięt­na­ście metrów dłu­go­ści i skła­dał się w dużej mie­rze z fule­re­no­wego szkie­letu, modu­łów otu­lo­nych pomarsz­czoną war­stwą osłon anty­ra­dia­cyj­nych, pół­au­to­no­micz­nych sond oraz ist­nego gąsz­czu anten, czuj­ni­ków i prze­wo­dów. Od poru­sza­ją­cych się w oko­li­cach Jowi­sza pojaz­dów ich sta­tek róż­nił się przede wszyst­kim poły­skli­wym magne­tycz­nym rdze­niem dipo­lo­wym i eks­tra­wa­ganc­kimi ekra­nami. Te ostat­nie chro­niły gru­zło­waty dziób, zamon­to­wane wewnątrz cztery dzwony ter­mo­ją­dro­wych reak­to­rów oraz pięć wygię­tych rogów czer­paka Matloffa-Fen­nelly'ego. Dzie­się­cio­me­trowa wypustka na rufie mie­ściła w sobie zło­żony, wyko­nany z boru żagiel. Oba ostat­nie urzą­dze­nia miały się przy­dać dopiero przy hamo­wa­niu, a reak­tory nie miały nic wspól­nego z zapew­nie­niem począt­ko­wego przy­śpie­sze­nia.

Mahn­mut został na - wypeł­nio­nym teraz żelem - pokła­dzie "Mrocz­nej damy", pod­czas gdy Koros III i Ri Po usa­do­wili się sześć­dzie­siąt metrów dalej, w dzio­bo­wym module ste­row­ni­czego, który zwy­cza­jowo nazy­wali most­kiem. W myśl planu Ri Po miał pod­czas sza­leń­czej prze­jażdżki ku wewnętrz­nym pla­ne­tom pod­jąć trud nawi­ga­cji. Koros III z kolei został ofi­cjal­nie mia­no­wany dowódcą misji. Wspo­mniany plan naka­zy­wał rów­nież Gani­me­da­ni­nowi zająć miej­sce w baty­ska­fie Mahn­muta - opróż­nio­nym już wtedy z żelu - na krótko przed lotem "Mrocz­nej damy" na powierzch­nię Marsa. Po lądo­wa­niu w oce­anie Mahn­mut miał peł­nić rolę tak­sów­ka­rza i dostar­czyć Korosa III na wyzna­czone przez dowódcę miej­sce, skąd pla­no­wano roz­po­cząć zwiad. To wła­śnie Koro­sowi zała­do­wano do pamięci detale misji. Mahn­mut nie musiał ich znać.

Orphu z Io zain­sta­lo­wał się w zagłę­bie­niu zewnętrz­nej powłoki statku, za dzie­się­cioma zwo­jami sole­no­idu, a przed roz­pór­kami oli­no­wa­nia żagla. Z most­kiem i łodzią pod­wodną utrzy­my­wał kon­takt wszel­kimi moż­li­wymi kana­łami. Nawią­zał łącz­ność gło­sową, sie­ciową i radiową. Jeżeli nie zaprzą­tały go aku­rat kwe­stie tech­niczne, czas spę­dzał głów­nie na roz­mo­wach z Mahn­mu­tem.

- Wiesz, przy­ja­cielu? Na­dal nie­zmier­nie inte­re­suje mnie twoja teo­ria doty­cząca dra­ma­tycz­nej kon­struk­cji sone­tów. Żywię nadzieję, że prze­trwamy dosta­tecz­nie długo, byś zdą­żył doko­nać ana­lizy dal­szych czę­ści cyklu.

- Ale ten Pro­ust? - odparł Mahn­mut. - Po co ślę­czeć nad Pro­ustem, gdy można całe ist­nie­nie poświę­cić bada­niu Szek­spira?

- Pro­ust był praw­do­po­dob­nie naj­więk­szym z arty­stów, jacy kie­dy­kol­wiek zgłę­biali pro­ble­ma­tykę czasu, pamięci i per­cep­cji - oświad­czył Orphu.

Mahn­mut odpo­wie­dział falą zakłó­ceń.

Pokryty licz­nymi wgnie­ce­niami mora­wiec z Io prze­słał odgłos swego dud­nią­cego rechotu.

- Ech, przy­ja­cielu. Nie mogę się docze­kać dnia, kiedy zdo­łam cię prze­ko­nać, że przy­jem­ność i wie­dzę można czer­pać z lek­tury ich obu.

***

Wia­do­mość od Korosa III dotarła na ogól­no­do­stęp­nym kanale.

- Zbli­żamy się do torusa pla­zmo­wego Io. Myślę, że warto zwięk­szyć prze­pu­sto­wość łączy wizyj­nych.

Mahn­mut uak­tyw­nił je wszyst­kie. Nor­mal­nie wolał obser­wo­wać oto­cze­nie statku za pomocą optycz­nych ukła­dów Orphu z Io, lecz w tej chwili naj­cie­kaw­sze widoki ofe­ro­wały przed­nie kamery statku, wcale nie­ko­niecz­nie w paśmie świa­tła widzial­nego.

Z nie­prze­rwa­nie rosnącą pręd­ko­ścią zbli­żali się do wiel­kiej Io, przy­po­mi­na­ją­cej czer­wo­no­żółtą, pla­mia­stą twarz. Do księ­życa pod­cho­dzili od spodu płasz­czy­zny eklip­tyki i szy­ko­wali się do prze­lotu nad jego pół­noc­nym bie­gu­nem. Zaraz potem mieli się zna­leźć w łączą­cym Io z Jowi­szem magne­tycz­nym tunelu.

Orphu i Ri Po wyko­rzy­stali krótką podróż z Europy i ścią­gnęli nieco danych doty­czą­cych tego obszaru oko­ło­jo­wi­szo­wej prze­strzeni. Mahn­mut, rodo­wity Euro­pa­nin, przez całe ist­nie­nie kon­cen­tro­wał się na sona­rze i tylko od czasu do czasu ucie­kał się do obser­wa­cji czar­nych oce­anów za pomocą wzroku. Teraz jed­nak, obda­rzony więk­szą liczbą zmy­słów, ujrzał, jak hała­śliwą i tłoczną oko­licą jest magne­tos­fera Jowi­sza. Oglą­da­jąc układ w zakre­sie fal radio­wych, zoba­czył gruby torus pla­zmowy Io oraz wybie­ga­jący z niego pod kątem pro­stym tunel magne­tyczny, łączący się dwoma bliź­nia­czymi łukami z bie­gu­nami gazo­wego olbrzyma. Daleko poza Jowi­szem i jego księ­ży­cami, już za linią magne­to­pauzy, fale magne­tyczne roz­bi­jały się niczym białe bał­wany na nie­wi­dzial­nej rafie. Mahn­mut sły­szał rów­nież śpie­wa­jące w ciem­no­ści za tą rafą wsteczne fale Lang­mu­ira i trza­ski łamią­cych się jono­wych fal aku­stycz­nych, koń­czą­cych swą daleką podróż ze Słońca. Samo Słońce wyglą­dało z oko­lic Jowi­sza jak zwy­czajna - choć bar­dzo jasna - gwiazda. Jedna spo­śród wielu.

Teraz, gdy sta­tek wymi­nął już Io i zmie­rzał w stronę magne­tycz­nego tunelu, Mahn­mut usły­szał w paśmie fal radio­wych syk wyda­wany przez nie­wielki księ­życ, prze­dzie­ra­jący się przez wła­sny torus pla­zmowy - Io poże­rała wła­sny ogon. Obser­wu­jąc wyra­zi­ste pasy rów­ni­ko­wych emi­sji, musiał wyci­szyć radiowy ryk samego tunelu roz­le­ga­jący się w zakre­sie fal krót­kich i śred­nich. Cała gali­lej­ska prze­strzeń sta­no­wiła istny piec, w któ­rym wrzało twarde pro­mie­nio­wa­nie i elek­tro­ma­gne­tyczna aktyw­ność. Mahn­mut całe ist­nie­nie spę­dził, odbie­ra­jąc ten jazgot w tle swego wir­tu­al­nego słu­chu, lecz prze­lot statku z torusa do tunelu w tak nie­du­żej odle­gło­ści od Jowi­sza spra­wił, że omia­ta­jące sta­tek kaskady udrę­czo­nych elek­tro­nów sko­wy­czały niczym cmen­tarne zjawy. Doświad­cze­nie było nowe i Mahn­mut stwier­dził, że tro­chę się dener­wuje.

Zaraz potem zna­leźli się w tunelu.

- Trzy­maj­cie się! - zawo­łał Koros III, tuż zanim hura­ga­nowy szum wyklu­czył dźwię­kową komu­ni­ka­cję.

Pla­zmowy torus Io był wiel­kim pier­ście­niem nała­do­wa­nych czą­ste­czek, wiru­ją­cych w suną­cej za księ­ży­cem smu­dze dwu­tlenku siarki, siar­ko­wo­doru i innych gazów. Macie­rzy­sty księ­życ Orphu krą­żył po swej orbi­cie z olbrzy­mią pręd­ko­ścią. Jeden obrót wokół Jowi­sza zaj­mo­wał mu zale­d­wie jedną i sie­dem­dzie­siąt sie­dem set­nych lokal­nej doby. Roz­ci­na­jąc zarówno pole magne­tyczne gazo­wego olbrzyma, jak i wła­sny pla­zmowy torus, Io wytwa­rzała silny prąd elek­tryczny - roz­cią­ga­jący się pomię­dzy Jowi­szem i powierzch­nią księ­życa cylin­der nie­by­wale skon­cen­tro­wa­nych pły­wów magne­tycz­nych, zwany wła­śnie tune­lem magne­tycz­nym. Ów tunel pro­wa­dził do obu bie­gu­nów wiel­kiej pla­nety, ponad któ­rymi wywo­ły­wał gwał­towne, nie­zwy­kle inten­sywne zorze polarne. W jego wnę­trzu pły­nął prąd stały o natę­że­niu około pię­ciu mega­am­pe­rów, bez­u­stan­nie gene­ru­jąc moc ponad dwóch try­lio­nów watów.

Kil­ka­dzie­siąt lat temu Kon­sor­cjum Pię­ciu Księ­ży­ców uznało, że taka ilość ener­gii nie powinna się mar­no­wać.

Sta­tek prze­mknął ponad pół­noc­nym bie­gu­nem Io. Mate­riał wyrzu­cony przez siar­kowe wul­kany księ­życa - szcze­gól­nie aktywny był wzno­szący się w oko­li­cach rów­nika Pro­me­te­usz - wzno­sił się na sto czter­dzie­ści kilo­me­trów ponad ospo­watą twarz Io. Zupeł­nie jakby zazdro­sny księ­życ do nich strze­lał, pró­bu­jąc nakło­nić, by zawró­cili, nim znajdą się w miej­scu, z któ­rego nie będzie odwrotu.

Za późno. Już się tam zna­leźli.

Ri Po nało­żył na obraz z przed­niej kamery pojazdu gra­ficzne znacz­niki nawi­ga­cyjne, uka­zu­jące ich tor lotu w tunelu i poło­że­nie wzglę­dem nożyc. Jowisz pędził pro­sto na nich, gwał­tow­nie wypeł­nia­jąc swym pasia­stym ciel­skiem pole widze­nia.

Ostrza nożyc - dwu­ra­mien­nego obro­to­wego akce­le­ra­tora magne­tycz­nego, zain­sta­lo­wa­nego wewnątrz natu­ral­nego akce­le­ra­tora czą­stek, jakim był tunel - miały po osiem tysięcy kilo­me­trów dłu­go­ści i pokry­wały led­wie drobny wyci­nek roz­cią­ga­ją­cej się na ponad pół miliona kilo­me­trów krzy­wi­zny tunelu.

Były za to ruchome.

- Moment pędu ma wiele cudow­nych zalet, mój mały przy­ja­cielu - wyłusz­czył Mahn­mu­towi Orphu z Io.

Mimo asy­sty idą­cych pełną parą holow­ni­ków, sta­tek nio­sący w swym łonie uko­chany baty­skaf Mahn­muta zbli­żył się do tunelu magne­tycz­nego z pręd­ko­ścią jedy­nie dwu­dzie­stu czte­rech kilo­me­trów na sekundę. Poni­żej osiem­dzie­się­ciu sze­ściu tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Z taką szyb­ko­ścią samo poko­na­nie dystansu dzie­lą­cego ich od Jowi­sza zaję­łoby ponad cztery godziny. Podróż na Marsa liczy­liby w ziem­skich latach. Oczy­wi­ście nie mieli zamiaru wlec się przez całą drogę.

Pojazd wle­ciał w pełne trza­sków, roz­sza­lałe, huczące pole tunelu magne­tycz­nego, odszu­kał wierz­cho­łek nożyc i usta­wił się rów­no­le­gle do ich gór­nego ostrza. Następ­nie wyko­rzy­stał zapew­niane przez tunel przy­śpie­sze­nie i pomknął w głąb liczą­cego sobie pięć kilo­me­trów śred­nicy rdze­nia nad­prze­wo­dzą­cego akce­le­ra­tora dipo­lo­wego. Led­wie - niczym piłka do kro­kieta, poko­nu­jąca pierw­szą z kilku tysięcy bra­mek - minęli pierw­szy zwój sole­no­idu, ostrza nożyc zaczęły się roz­wie­rać z pręd­ko­ścią kątową bli­ską (a teo­re­tycz­nie nawet prze­wyż­sza­jącą) pręd­ko­ści świa­tła. W jed­nej chwili sunęli jak po rze­mie­niu trza­ska­ją­cego bicza, a już w następ­nej wystrze­lili z nożyc, napę­dzani dwoma try­lio­nami watów ener­gii tunelu.

W ciągu dwóch koma sze­ściu dzie­sią­tych sekundy przy­śpie­sze­nie statku - i wszyst­kiego co się na nim znaj­do­wało - wzro­sło od zera do nie­mal trzech tysięcy g.

Jowisz sko­czył ku nim gwał­tow­nie, w mgnie­niu oka prze­mknął pod pokła­dem i znik­nął za rufą.

Mahn­mut spo­wol­nił tempo wyświe­tla­nia obra­zów na swo­ich moni­to­rach. Chciał w pełni doce­nić moment odlotu.

- Juhu­uuu! - zawo­łał Orphu ze swo­jego gniazda w kadłu­bie.

Nad­we­rę­żone ude­rze­niem potęż­nego ciągu kon­struk­cje statku i baty­skafu jęczały, zgrzy­tały i zawo­dziły, lecz oba pojazdy wyko­nano z wytrzy­ma­łych mate­ria­łów. "Mroczna dama" została prze­cież stwo­rzona do pracy w odmę­tach oce­anów Europy, gdzie niczym nie­zwy­kłym nie było ciśnie­nie rzędu milio­nów kilo­gra­mów na cen­ty­metr kwa­dra­towy. Morawce miały rów­nie solidną budowę.

- Niech mnie cho­lera... - Mahn­mut chciał się ode­zwać tylko do Orphu, lecz jego słowa przez przy­pa­dek tra­fiły na ogólny kanał.

- Co racja, to racja - przy­tak­nął Ri Po.

Migo­tliwy owal zorzy polar­nej nad bie­gu­nem pół­noc­nym Jowi­sza i roz­pa­lone zna­mię w miej­scu, gdzie tunel magne­tyczny sty­kał się z atmos­ferą - zaświe­ciły przez moment tuż pod nimi i nie­mal natych­miast zga­sły w oddali.

Znaj­du­jący się po dru­giej stro­nie układu Gani­me­des - jesz­cze parę sekund temu odda­lony o milion kilo­me­trów - zbli­żył się gwał­tow­nie, mignął w ekra­nach i także stra­cili go z oczu.

- Uruk Sul­cus - nadał do załogi Koros III i Mahn­mut odru­chowo pomy­ślał, że dowódca prze­klina lub się dławi, lecz po chwili wyło­wił lekko sen­ty­men­talną nutę w jego zwy­kle bez­na­mięt­nym gło­sie. Domy­ślił się, że Koros wymie­nił nazwę jed­nego z rejo­nów Gani­me­desa - tej widocz­nej przez uła­mek chwili kuli brud­nego śniegu. Poże­gnał się z domem.

Zaraz potem prze­mknął obok kolejny z księ­ży­ców Jowi­sza, maleńka Hima­lia. Wyglą­dała jak osza­lały świe­tlik. Żaden z moraw­ców ni­gdy jej nie odwie­dził, nie było po co.

- Wła­śnie poko­na­li­śmy gra­nicę magne­tos­fery - obwie­ścił Ri Po ze swym szorst­kim akcen­tem z Cal­li­sto. - Witaj­cie w wiel­kim świe­cie. Co do was nie mam pew­no­ści, ale dla mnie to debiu­cik.

Mahn­mut zer­k­nął na ekrany. Pode­słany przez Ri Po raport infor­mo­wał, że od momentu startu poko­nali już dystans równy pięć­dzie­się­ciu trzem śred­ni­com Jowi­sza i wciąż przy­śpie­szali. Musiał się­gnąć do naj­głęb­szych zaka­mar­ków swych pamię­cio­wych zaso­bów. Oka­zało się, że śred­nica gazo­wego giganta wynosi pra­wie sto czter­dzie­ści dwa tysiące kilo­me­trów. Dopiero teraz oce­nił pręd­kość statku we wła­ści­wej per­spek­ty­wie. Pojazd wzbił się ponad płasz­czy­znę eklip­tyki, lecz mora­wiec pamię­tał mgli­ście, że według planu, gra­wi­ta­cja Słońca miała spro­wa­dzić ich z powro­tem w kie­runku Marsa, znaj­du­ją­cego się w tej chwili po prze­ciw­nej stro­nie układu. Cóż, nawi­ga­cją i tak zaj­mo­wał się ktoś inny. Jego zada­nie miało się roz­po­cząć dopiero w momen­cie lądo­wa­nia w oce­anie czer­wo­nej pla­nety, a żegluga w tam­tej­szych wodach zapo­wia­dała się bez­pro­ble­mowo. Dużo słońca, wyso­kie tem­pe­ra­tury, płyt­kie morza i śmie­chu warte ciśnie­nie. Nocami drogę będą wska­zy­wać kon­ste­la­cje, a za dnia sate­lity, które zaraz po przy­lo­cie zamie­rzali roz­mie­ścić na orbi­cie. A pro­mie­nio­wa­nie? W porów­na­niu z sza­le­ją­cym na Euro­pie - nie­obecne. W dodatku na Mar­sie nie było kra­ke­nów ani lodu. Naprawdę nie będzie tam lodu! Bułka z masłem.

Natu­ral­nie, jeżeli post­lu­dzie okażą się wro­dzy, ist­niała spora szansa, że morawce nie prze­trwają podróży na Marsa lub wej­ścia w jego atmos­ferę. Zresztą, nawet gdyby wodo­wali z powo­dze­niem, to wiele wska­zy­wało na to, że w oko­lice Jowi­sza raczej nie wrócą. Nic to. Mahn­mut i tak nie miał już na nic więk­szego wpływu. Jego myśli ule­ciały z powro­tem do Szek­spira.

- Wszy­scy cali i zdrowi? - zapy­tał Koros III.

Morawce nie zgło­siły żad­nych uste­rek. Żeby wyrzą­dzić im poważ­niej­szą krzywdę, trzeba było cze­goś wię­cej niż przy­śpie­sze­nia rzędu kilku tysięcy g. Byli w świet­nych nastro­jach.

Ri Po nada­wał wła­śnie kolejną por­cję mono­ton­nych infor­ma­cji, doty­czą­cych zapla­no­wa­nego kursu i podróży kosmicz­nych w ogóle, lecz Mahn­mut prak­tycz­nie prze­stał go słu­chać. Zagar­nęło go pole gra­wi­ta­cyjne sonetu sto dwa­dzie­ścia sie­dem, pierw­szego z cyklu utwo­rów o "Mrocz­nej damie".