8. Ardis
8
Ardis
Daeman spał smacznie i śnił o kobietach.
Śniły mu się - co uważał za zabawny i nieco intrygujący zbieg
okoliczności - jedynie w samotne noce. Wyglądało na to, że potrzebował
regularnej dawki ciepła kobiecego ciała i gdy całodzienne usiłowania
zawodziły, odpowiednie doznania zapewniała mu podświadomość. Ocknął się
dość późno w swym wygodnym pokoju w Dworze Ardis. Sen rozpadł się na
ulotne fragmenty i zniknął. Pozostawił jednak po sobie poranną erekcję i kilka niejasnych wspomnień - widok ciała Ady (lub kogoś bardzo do niej
podobnego). Było ciepłe i blade. Spryskane wonnościami. Obdarzone
kształtnymi pośladkami, krągłymi piersiami i mocnymi udami. Daeman nie
mógł się już doczekać chwili, kiedy weźmie je w ramiona. Tego bowiem
pięknego poranka nie miał w zasadzie żadnych wątpliwości. Czuł, że Ada
już mu się nie wymknie.
Jakiś czas potem wykąpał się, ogolił i ubrał w odpowiednio do sytuacji
(był przecież na wsi) swobodny strój: luźne bawełniane spodnie w biało-niebieskie pasy, kamizelkę z serży, pastelową marynarkę, koszulę z białego jedwabiu i spięty szpilką z rubinem fular. Całości dopełniły
czarne, skórzane buty (nieco bardziej wytrzymałe od jego tradycyjnych,
wizytowych mokasynów) i ulubiona drewniana laska. Śniadanie zjadł w zalanej słońcem oranżerii, gdzie ucieszył się na wiadomość, że Hannah i ten utrapiony Harman wyjechali wczesnym rankiem.
- Przygotowują się do wieczornego odlewu - wyjaśniła Ada enigmatycznie,
lecz Daeman nie poczuł się zainteresowany na tyle, by prosić o dodatkowe
wyjaśnienia. Do szczęścia wystarczała mu świadomość, że facet wreszcie
zniknął.
Dziś rano Ada nie poruszała absurdalnych tematów w rodzaju książek czy
statków kosmicznych. Spędziła z nim za to wiele czasu i chętnie przyjęła
na siebie rolę przewodniczki. Przypomniała Daemanowi rozkład pomieszczeń
dworu, oprowadziła go po krytych dwuspadowym sufitem korytarzach;
zwiedzili przestronne piwniczki z winem, tajne przejścia i wiekowe
poddasza. Wróciły do niego wspomnienia z pierwszej wizyty w Ardis.
Młodziutka, nieopierzona Ada wprowadziła go wtedy po rozklekotanej
drabince na lądowisko skoczków, a Daeman - niezmiennie łasy na tego
rodzaju objawienia - ujrzał przelotnie raj wszystkich młodych chłopaków
świata. Jedno spojrzenie pod spódniczkę idącej przodem dziewczynki:
doskonale zapamiętał mlecznobiałe uda i majaczący między nimi cień.
Dzisiaj także wspięli się po tej samej drabince na tę samą platformę,
lecz tym razem Ada puściła go przodem, a gdy zgłosił dżentelmeński
sprzeciw i zauważył, że pierwszeństwo należy się damom, rozciągnęła
wargi w łobuzerskim uśmiechu, wskazującym, że i ona tamtego wydarzenia
nie zapomniała.
Dwór Ardis był wysoki. Platforma lądowiska - zbudowana z lśniących mimo
starości mahoniowych desek - wisiała pomiędzy spadzistymi dachami
sześćdziesiąt stóp nad ziemią i wybiegała ponad żwirowy podjazd, na
którym stały wojniksy. Z tej wysokości przypominały zardzewiałe dwunożne
skarabeusze. Daeman ostrożnie nie zbliżył się do niezabezpieczonej
poręczą krawędzi, lecz Ada odważnie podeszła na sam skraj. Z tęsknotą w oczach powiodła spojrzeniem po trawniku, ciągnącym się spod domu aż po
odległą linię lasu.
- Prawda, że człowiek oddałby wszystko za jednego sprawnego skoczka? -
odezwała się dziewczyna. - Choćby tylko na kilka dni...
- Nieprawda. Po co mi skoczek?
Ada uniosła smukłą dłoń i skinęła ku drzewom.
- Nawet zwykłym, dziecięcym skoczkiem można było przelecieć nad lasem i rzeką, ponad tamtymi wzgórzami na zachodzie. Ludzie fruwali i fruwali.
Całymi dniami, bez przerwy. Dolatywali nawet w okolice, gdzie nie ma
faksowęzłów.
- Nie rozumiem tylko po co.
Dziewczyna przyjrzała mu się uważniej.
- Nie jesteś ciekaw? Nie interesuje cię, co tam jest?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Równina Ilionu
1
Równina Ilionu
Gniew.
Opiewaj, o Muzo, gniew Achillesa, gniew syna Peleusa, zbrodniczego
mężobójcy, któremu śmierć jest przeznaczeniem. Zanoś pieśń o gniewie,
który kosztował Achajów tak wielu dobrych ludzi, który tak liczne, pełne
życia i serdeczne dusze posłał poza wrota posępnego Domu Śmierci.
Zaśpiewaj też, o Muzo, o gniewie bogów, kapryśnie władających z wyżyn
nowego Olimpu; opowiedz nam, śpiewaczko, o gniewie postludzi, choć ci
dawno już zniknęli; oraz o gniewie nielicznych ocalałych ludzi
prawdziwych, tych bezużytecznych, których zaprząta tylko własny los.
Wspomnij też, o Muzo, w swej pieśni gniew istot świadomych i czujących,
lecz nie do końca ludzkich, które śnią pod lodami Europy, umierają w siarkowych popiołach Io i przychodzą na świat w skutych siarczystym
mrozem dolinach Ganimedesa.
Nie zapomnij również, o Muzo, o mnie samym. O nieszczęsnym, ponownie i wbrew woli narodzonym Hockenberrym - o biednym martwym doktorze Thomasie
Hockenberrym, przez przyjaciół nazywanym Hockenbushem, tych przyjaciół,
którzy dawno temu obrócili się w pył w zapomnianym przed wiekami
świecie. Głoś pieśń o moim gniewie. Tak, również o moim gniewie, o Muzo,
choć jakże drobnym i nieznaczącym w porównaniu z wściekłością
nieśmiertelnych Olimpijczyków lub furią Achillesa, zabójcy bogów.
Chociaż jednak nie, o Muzo. O mnie nie śpiewaj wcale. Znam cię dobrze.
Byłem twym sługą i niewolnikiem, o Muzo, ty dziwko niezrównana. I nie
ufam ci, o Muzo. Nie dowierzam ci ani trochę.
***
Skoro przypadła mi - niechętnie, przyznam, pełniona - rola chóru tej
opowieści, mogę ją rozpocząć w dowolnie wybranym przez siebie momencie.
Rozpocznę ją więc właśnie od tej chwili...
Nastaje dzień podobny wszystkim innym z ponad dziewięciu lat, jakie
minęły od moich ponownych narodzin. Budzę się w koszarach scholii. Jak
okiem sięgnąć, pod błękitnym niebem ciągną się połacie czerwonego
piasku. Otaczają mnie wielkie, kamienne głowy. Ze snu wyrywa mnie
wezwanie Muzy. Zabójcze cerberydy obwąchują mnie i przepuszczają. Szybką
kryształową windą wjeżdżam na trawiasty wierzchołek Olimpu -
siedemnaście mil w górę, po wschodnim zboczu góry. Tam, gdy już
zaanonsowano me przybycie do pustej willi Muzy, odbieram polecenia od
schodzącego ze służby scholiasty, zakładam morfującą bransoletę i bojowy
pancerz, wsuwam za pas paralizator, po czym teleportuję się kwantowo -
tekuję - na zalaną wieczornym światłem równinę Ilionu.
Jeżeli kiedykolwiek próbowaliście sobie wyobrazić oblężenie tego miasta
- czym ja zajmowałem się zawodowo przez ponad dwadzieścia lat -
pogódźcie się teraz z faktem, iż wasza wyobraźnia z pewnością zadaniu
nie sprostała. Przekonałem się o tym na sobie. Rzeczywistość jest dalece
bardziej cudowna i straszliwa niż obrazy odmalowane w wierszach ślepego
poety.
Przede wszystkim miasto. Ilion. Troja. Jedno z najwspanialszych,
ufortyfikowanych poleis starożytności - wyrasta z równiny nieco ponad
dwie mile od plaży, na której teraz stoję, lecz mimo odległości wciąż
jest wyraźnie widoczne i piękne. Wydaje się, że ze swojego wzniesienia
włada całą okolicą. Wysokie mury migocą płomieniami tysięcy ognisk i pochodni. Wieże nie są wcale tak niebotyczne, jak starał się nas
przekonać Marlowe, lecz mimo to oszałamiające - strzeliste, okrągłe,
obce i olśniewające.
Następnie mamy Achajów, Danajów i rzesze pozostałych najeźdźców - ściśle
rzecz ujmując, nie są jeszcze Grekami, gdyż od powstania tego narodu
dzielą nas z górą dwa tysiące lat. Ja jednak pozwolę sobie ich w ten
sposób określać. Greckie obozy ciągną się wzdłuż tutejszego wybrzeża
długimi milami. Prowadząc zajęcia z "Iliady", wykładałem studentom, że
wojna trojańska, wbrew całej swej homeryckiej glorii, w rzeczywistości
była prawdopodobnie konfliktem pomniejszym - ot, marne kilka tysięcy
wojowników z Grecji wystąpiło przeciwko porównywalnej liczbie Trojan.
Nawet najbardziej uczeni członkowie scholii - grupy uczonych badających
"Iliadę" od niemal dwóch mileniów - szacowali na podstawie eposu, że
czarnymi okrętami, które dziewięć lat temu spoczęły na pobliskiej plaży,
nie mogło przybyć więcej niż pięćdziesiąt tysięcy wojowników z Achai i pozostałych greckich krain.
Jakże się mylili! Obecnie ocenia się, że Ilion najechało ponad dwieście
pięćdziesiąt tysięcy Greków, a Trojan wraz z wojskami sojuszniczymi
zebrała się mniej więcej połowa tej liczby. Wygląda na to, że aby wziąć
udział w tej bitwie ochoczo stawili się wielcy wojownicy i bohaterowie z każdej, nawet najmniejszej, greckiej wyspy - wszak wojna oznacza łupy -
i przywiedli ze sobą żołnierzy, sprzymierzeńców, służących, niewolników
i konkubiny.
Widok jest powalający: mila za milą jasno oświetlonych namiotów,
obozowych ogni, zasieków z naostrzonych pali, mile rowów obronnych
wykopanych w twardej glebie powyżej plaży - nie w celu zapewnienia sobie
ochrony i kryjówki, lecz by zniechęcić trojańską kawalerię do szarż. A całe to mrowie namiotów i ludzi - wypolerowane groty i gładkie tarcze -
wszystko rozbłyskuje w blasku płomieni tysięcy ognisk dających
wojownikom ciepło i strawę. Migocą też stosy pogrzebowe.
Bo tutaj zwłoki się pali.
Zaraza nęka szeregi Greków już od kilku tygodni. Najpierw zaczęły
zdychać osły i psy, potem padli pierwsi pojedynczy żołnierze i niewolnicy, aż wreszcie, nagle, dziesięć dni temu, rozpętała się
prawdziwa epidemia, powalając więcej achajskich i danajskich herosów,
niż zdołali to uczynić Trojanie w ciągu długich miesięcy oblężenia.
Osobiście podejrzewam tyfus. Grecy są jednak święcie przekonani, że
źródłem choroby jest gniew Apolla.
Widywałem go z oddali - zarówno na Olimpie, jak i tutaj - i rzeczywiście
typ jest dość paskudny. Apollo to patron łuczników, pan srebrnego łuku,
bóstwo "niosące śmierć z oddali" i chociaż nosi tytuł boga zdrowia,
włada również chorobami. Co więcej, jest w tym starciu najważniejszym
spośród Olimpijczyków sojusznikiem Trojan i gdyby mógł spełnić swą wolę,
Achajowie wymarliby do ostatniego. Bez względu na to, czy tyfus narodził
się w zbrukanych gnijącymi trupami rzekach i studniach, czy przyniosły
go srebrne strzały Apolla, są Grecy zupełnie słusznie przeświadczeni, że
bóg życzy im klęski.
W tej chwili Achajscy królowie - a we własnym kraju i własnych oczach
królem jest każdy z tych greckich wodzów - zbierają się w cieniu namiotu
Agamemnona, by naradzić się co do sposobu odparcia zarazy. Zmierzam w ich stronę powoli, a nawet nieco niechętnie, mimo że po ponad dziewięciu
latach dłużącego się oczekiwania i obserwacji oblężenia dzisiejszy
wieczór powinien się okazać najbardziej emocjonującym ze wszystkich
dotychczasowych. Dzisiaj bowiem homerycka "Iliada" zaczyna się naprawdę.
Oczywiście oglądałem już część opisanych w eposie wydarzeń, te, które
poeta przeniósł w momenty bardziej sprzyjające artystycznej wizji.
Widziałem na przykład tak zwany "katalog okrętów", kiedy to spisano i wymieniono greckie siły. Homer umieścił tę chwilę w drugiej księdze
"Iliady", lecz ja byłem jej świadkiem już ponad dziewięć lat temu,
podczas koncentracji sił przed wyprawą. Doszło do tego w Aulidzie,
cieśninie dzielącej Eubeę i kontynentalną część Grecji. Przypatrywałem
się też epipolesis, dokonanemu przez Agamemnona przeglądowi wojsk,
który w dziele Homera pojawia się w księdze czwartej, lecz w rzeczywistości odbył się niebawem po wylądowaniu armii pod Ilionem.
Jakiś czas po owym wydarzeniu nastąpiło to, co, nauczając, określałem
mianem teichoskopii, czyli "widoku z muru", kiedy Helena pokazywała
Priamowi i pozostałym przywódcom Trojan achajskich bohaterów i wymieniała ich imiona. Teichoskopia znalazła się w księdze trzeciej
"Iliady", lecz - podobnie jak epipolesis - faktycznie wydarzyła się
niedługo po przybyciu greckich statków.
O ile pojęcia rzeczywistości i faktów mają tu w ogóle jakieś
zastosowanie.
Tym się nie kłopoczmy, dzisiaj bowiem zwołano zgromadzenie przed
namiotem Agamemnona i dzisiaj dojdzie do sporu pomiędzy królem i Achillesem. Od tego właśnie zaczyna się akcja "Iliady" i wiem, że
powinienem na tym niezwykłym wieczorze skoncentrować całą energię i przywołać na pomoc cały zasób swej naukowej wiedzy. Jednakże, prawdę
powiedziawszy, mam to wszystko w dupie. Niech się pysznią. Niech się
chełpią. Niechże Achilles dobędzie miecza - no dobrze, przyznaję, że tę
akurat scenę chętnie bym zobaczył. Ciekawe, czy żeby go powstrzymać,
Atena naprawdę stawi się tu osobiście, czy, też jej interwencja była po
prostu homerycką metaforą zdrowego rozsądku, który ostatecznie
postanowił się odezwać w sercu Achillesa? Całe życie czekałem, by
znaleźć na to pytanie odpowiedź, a teraz gdy od jej uzyskania dzielą
mnie ledwie minuty, z jakiegoś niezrozumiałego powodu... No, mam to w dupie.
Dziewięć lat uciążliwego, mozolnego odzyskiwania wspomnień sprzed
bolesnego zmartwychwstania. Dziewięć lat bezustannej wojny i pozowania
na herosa, nie mówiąc nawet o dziewięciu latach życia w niewoli u bogów
i Muzy. Tak, te dziewięć lat wywarło na mnie silne piętno. Jeśli o mnie
chodzi, równie dobrze mógłby się na niebie pojawić nagle B-52 i zrzucić
na zwaśnionych Greków i Trojan bombę atomową. Pieprzyć tych wszystkich
bohaterów i ich drewniane rydwany.
Mimo szczerej niechęci zmierzam ciężkim krokiem ku namiotowi Agamemnona.
W końcu to przecież moja praca, moje zadanie. Gdybym tego spotkania nie
prześledził i nie złożył raportu Muzie, straciłbym posadę. Bogowie
przemieliliby mnie z powrotem w strzępki nitek DNA, z których mnie
wskrzesili, i to - jak się czasem ładnie powiada - byłoby tyle.
2. Wzgórza Ardis, Dwór Ardis
2
Wzgórza Ardis, Dwór Ardis
Daeman zmaterializował się w pobliżu domu Ady. Kilka razy zamrugał z głupkowatym wyrazem twarzy, rażony promieniami czerwonego słońca. Na
niebie nie było ani jednej chmury. Blask zachodu płonął pomiędzy
wysokimi drzewami na grani, rozświetlając oba wirujące z wolna na
kobaltowym niebie pierścienie B i R. Daeman poczuł się nieco
zdezorientowany. Tutaj zapadał wieczór, a drobną sekundę wcześniej, gdy
faksował się z przyjęcia w Ułanbacie - Tobi obchodził akurat swoją Drugą
Dwudziestkę - było jeszcze rano. Odkąd złożył Adzie ostatnią wizytę
minęło już wiele lat, a wyjąwszy domy tych znajomych i przyjaciół,
których odwiedzał najczęściej - Sedmana w Paryżu, Ono w Bellinbadzie,
Risir na klifach Chomu, kilku innych osób - nigdy nie miał pojęcia na
jakim kontynencie, tudzież o której godzinie wyląduje. W gruncie rzeczy
to nie miało szczególnego znaczenia - chłopak i tak nie znał nazw ani
rozkładu kontynentów, a jeszcze mniejsze pojęcie miał o geografii i sprawach takich jak koncepcja stref czasowych.
Dezorientacja była jednak rzeczywista. Uciekł mu cały dzień. A może
właśnie jeden dzień zyskał? W każdym razie, powietrze pachniało tutaj
inaczej - było bardziej duszne, wilgotne, dzikie.
Daeman rozejrzał się. Stał pośrodku standardowej platformy faksowej.
Konstrukcja była typowa: z permabetonowego okręgu sterczały fikuśne
żelazne słupki podtrzymujące jak w ogrodowej altance kopułę z żółtego
kryształu. W samym centrum kręgu tkwił słup oznaczony tradycyjnym, lecz
niezrozumiałym dla niego symbolem. Poza platformą, w całej dolinie nie
było widać żadnej innej budowli. Tylko trawa, drzewa, szemrzący w oddali
strumień i krzyżujące się na niebie pierścienie, obracające się powoli
niczym obręcze gigantycznego żyroskopu.
Wieczór był ciepły i bardziej wilgotny niż w Ułanbacie. Platformę
zbudowano w niecce łąki otoczonej niskimi wzniesieniami. Dwadzieścia
stóp dalej czekał mocno już sfatygowany, dwuosobowy, jednokołowy
kabriolet. Tuż nad kozłem unosił się równie wiekowy serwitor, a pomiędzy
drewnianymi dyszlami stał samotny wojniks. Daeman odwiedził ostatni raz
Ardis już ponad dziesięć lat temu, lecz w jednej chwili przypomniał
sobie wręcz barbarzyńskie niewygody tutejszego życia. Przecież to absurd
- co trzeba mieć w głowie, żeby nie zbudować domu tuż przy faksowęźle?
- Daeman Uhr? - upewnił się serwitor, mimo że przecież musiał znać
tożsamość gościa.
Daeman burknął coś w odpowiedzi i wyciągnął rękę, w której trzymał swój
podniszczony neseser. Maleńki serwitor podleciał bliżej, przejął bagaż
wyściełanymi miękkim materiałem chwytakami i zapakował go do krytego
płótnem bagażnika. Chłopak zajął miejsce w kabriolecie.
- Czekamy jeszcze na kogoś?
- Przybył pan jako ostatni z gości - odparł serwitor.
Z nikłym brzęczeniem wleciał z powrotem na kozioł i rozkazująco cmoknął.
Wojniks poderwał dyszle i ruszył biegiem w kierunku zachodzącego słońca.
Jego rdzewiejące kończyny i koło kabrioletu prawie nie wzbijały kurzu ze
żwirowej drogi. Daeman rozsiadł się wygodnie na obitym zieloną skórą
siedzeniu, wsparł dłonie na główce laski i zaczął się rozkoszować
przejażdżką.
Nie przybył do Ady po prostu w odwiedziny. Pojawił się tutaj, by ją
uwieść. Tym właśnie zajmował się najczęściej - uwodził młode kobiety.
Aha, kolekcjonował jeszcze motyle. Fakt, że Ada miała około dwudziestu
pięciu lat, a on dobijał powoli swojej Drugiej Dwudziestki, zupełnie mu
nie przeszkadzał. Podobnie jak ten drugi fakt - Ada była jego kuzynką.
Zakazujące kazirodczych związków tabu wygasło już dawno temu. Zresztą
Daeman nigdy nawet nie słyszał o dryfie genetycznym. A gdyby słyszał,
pozostawiłby naprawienie ewentualnych szkód konserwatorni.
Konserwatornia potrafiła wyleczyć wszystko.
Dekadę temu chłopak odwiedził Dwór Ardis w ramach rodzinnej wizyty -
oraz po to, by uwieść kuzynkę Ady, Virginię. Oczywiście wyłącznie dla
zabicia nudy, gdyż Virginia miała mniej więcej tyle uroku, co przeciętny
wojniks. Wtedy jednak, po raz pierwszy w życiu, zobaczył Adę nago.
Przemierzał właśnie niekończące się korytarze dworu w poszukiwaniu
oranżerii, gdzie miano podać śniadanie. W pewnej chwili znalazł się przy
wejściu do pokoju dziewczyny. Drzwi były uchylone, a za nimi widać było
wysokie, lekko wypaczone lustro. Szklana tafla ukazywała odbicie Ady,
obmywającej się ze znudzoną miną gąbką w miednicy. O kuzynce Daemana
dało się powiedzieć wiele, lecz nie to, by przesadnie dbała o higienę -
potwierdził to odkrycie później. Niemniej ten obraz - uroda młodej
kobiety wykluwającej się właśnie z poczwarki wieku dziewczęcego -
pochłonął go bez reszty. Jego, mężczyznę niewiele wówczas starszego niż
Ada była obecnie.
Zresztą nawet wówczas, gdy jej biodra i uda wciąż zdradzały dziecięce
krągłości, a piersi były zaledwie gotowymi do rozkwitnięcia pączkami,
Ada stanowiła widok, dla którego warto było przystanąć. Była blada - jej
skóra nie traciła jasnego pergaminowego odcienia, bez względu na to, jak
długo dziewczyna przebywała na słońcu - a szare oczy, malinowe usta i kruczoczarne włosy składały się na całość żywcem wyjętą z marzeń
domorosłego miłośnika erotyki. W myśl zaleceń ówczesnej mody kobiety
powinny golić pachy, lecz ani młoda Ada, ani - Daeman miał na to
niekłamaną nadzieję - jej bardziej dorosłe wcielenie nie przykładały do
tego nakazu wagi większej, niż do pozostałych kulturowych nakazów. W tym
wspomnieniu wizerunku z lustra - które niczym motyl zostało starannie
przebite szpilką, zamknięte za szkłem i zawieszone w galerii pamięci
Daemana - zastygło wciąż dziewczęce, lecz już zmysłowe ciało, ciężkie i jasne piersi, śmietankowa cera, uważne spojrzenie oraz ogólne wrażenie
bladości, podkreślonej czterema plamkami czarnych włosów - wijący się
znak zapytania na głowie (zwykle nosiła niestarannie upiętą fryzurę,
chyba że właśnie się bawiła, co zajmowało jej większość czasu),
przecinki pod pachami i dwa idealnie ukształtowane wykrzykniki - wciąż
nieprzemienione przez czas i dojrzewanie w trójkąt - prowadzące prosto w cień między udami.
Na usta siedzącego w kabriolecie Daemana wypłynął uśmiech. Nie miał
pojęcia, z jakiego powodu Ada zaprosiła go po tylu latach na swoje
urodziny - lub urodziny osoby, której dwudziestkę mieli obchodzić - był
jednak pewien, że zanim powróci do swej zwykłej rzeczywistości
bankietów, długich wizyt u przyjaciół i przelotnych romansów ze
światowymi kobietami, uwiedzie i tę dziewczynę.
Wojniks ciągnął pojazd bez wysiłku. Mimo że truchtał żwawo, nie było
słychać niczego poza chrzęstem żwiru pod jego odnóżami i nikłym szmerem
starzejących się żyroskopów kabrioletu. W dolinie kładły się już
pierwsze cienie, lecz wąska, wiodąca na przełęcz droga wciąż była
oświetlona ostatnimi przebłyskami dnia. Na grzbiecie mignęło im słońce,
a zaraz potem zjechali w szerszą dolinę, gdzie po obu stronach ciągnęły
się łany jakiegoś niezidentyfikowanego, niskiego zboża. Nad polami
szybowały rolnicze serwitory. Skojarzyły się Daemanowi z lewitującymi
piłkami do krykieta.
Dotychczas prowadząca na zachód droga odbiła na południe - z perspektywy
chłopaka w lewo. Krytym, drewnianym mostem przecięli rzekę, po czym
wspięli się na bardziej strome wzgórze i wjechali do starego lasu.
Mgliście przypominał sobie, że dziesięć lat temu - tego samego dnia, gdy
ujrzał w lustrze nagą Adę - łowił tutaj motyle. Złapał wtedy rzadką
odmianę rusałki żałobnika i rozkosz tej chwili zlała się w jego pamięci
z emocjami, jakich doświadczył, patrząc na blade ciało i czarne włosy
dziewczyny. Przypomniał sobie spojrzenie, jakim obrzuciła go oglądana w zwierciadle Ada, kiedy na moment przerwała mycie. Żadnego
zainteresowania. Nie była zła ani zadowolona. Nieskromna, lecz
nienachalna. W zasadzie beznamiętna. Posłała dwudziestosiedmioletniemu
Daemanowi, który zamarł z pożądania na korytarzu, takie samo spojrzenie,
jakim on obdarzał chwytane przez siebie motyle.
Kabriolet zbliżał się do Dworu Ardis. Pod wiekowymi dębami, wiązami i jesionami panował mrok, lecz wzdłuż drogi rozstawiono żółte latarnie.
Głębiej w pierwotnym lesie majaczyły podobne różnokolorowe szlaki,
wyznaczające zapewne trasy do innych miejsc.
Wojniks wyprowadził ich wreszcie spomiędzy drzew i oczom Daemana ukazał
się wieczorny pejzaż: jaśniejący na szczycie wzniesienia Dwór Ardis;
wysypane białym żwirem ścieżki i drogi łączące dom Ady z innymi
ośrodkami; szeroka, zielona murawa, ciągnąca się spod samej rezydencji
przez ponad ćwierć mili, aż do granicy kolejnego lasu. Jeszcze dalej
pobłyskująca rzeka, w wodzie odbijały się promyki umierającego na niebie
słońca. Za przełęczą na południowym zachodzie widać było odległe, równie
gęsto zalesione wzgórza - czarne teraz, stęsknione za światłem - a za
nimi jeszcze następne wzniesienia, stapiające się z mrocznymi chmurami
na horyzoncie.
Daeman zadygotał na całym ciele. Na śmierć zapomniał, że dom Ady
znajduje się w pobliżu zamieszkanych przez dinozaury lasów. Przypomniał
sobie strach, jaki ogarnął go przy poprzedniej wizycie, mimo że Virginia
i Vanessa oraz wszyscy pozostali zapewniali, że tereny łowieckie
naprawdę groźnych gadów znajdują się ponad pięćset mil dalej. Wszyscy z wyjątkiem piętnastoletniej Ady, która obdarzyła go wyrachowanym, lekko
rozbawionym spojrzeniem, które - jak się niebawem przekonał - było jej
sztandarowym wyrazem twarzy. Potem, by w ogóle zechciał się
przespacerować po lesie, musieli go kusić, sugerując spotkania z motylami. Teraz - co nagle stało się jasne - będą potrzebować
silniejszych argumentów. Owszem, zdawał sobie sprawę, że w towarzystwie
serwitorów i wojniksów jest całkowicie bezpieczny, ale nie miał
najmniejszej ochoty dać się pożreć wymarłym gadom i ocknąć w konserwatorni ze wspomnieniem tak kompromitującego końca.
Rozłożysty wiąz, rosnący na nachylonym ku posiadłości stoku został
upstrzony dziesiątkami latarni; wzdłuż okrągłego podjazdu i białych,
żwirowych ścieżek w ogrodzie stały pochodnie. Wojniksy trzymały wartę
przy wytyczających granice rezydencji żywopłotach i na skraju mrocznego
lasu. Nieopodal wiązu Daeman zauważył długi stół - migotliwa poświata
falujących w wieczornym wietrze płomyków odbijała się w zastawie -
kilkoro gości szykowało się już do bankietu. Chłopak spostrzegł również
z zadowoleniem - w głębi ducha był snobem - iż większość zebranych
mężczyzn jest odziana w ziemistej barwy burnusy, pełniące tu rolę
wieczorowych płaszczy. W kręgach wpływowej socjety, w jakich zwykle się
obracał, moda na ten ubiór przeminęła już kilka miesięcy temu.
Kabriolet przetoczył się po okrągłym podjeździe prosto pod główne wrota
dworu i zatrzymał w snopie żółtego światła padającego z otwartych drzwi.
Wojniks opuścił drewniane dyszle na ziemię tak delikatnie, że Daeman
nawet nie wyczuł, kiedy zetknęły się z ziemią. Serwitor obleciał pojazd,
by wziąć bagaż, a gość wysiadł i z przyjemnością poczuł pod stopami
stały grunt. Wciąż lekko kręciło mu się w głowie - przypadłość
nieuchronna po każdym faksowaniu.
Z dworu wypadła mu na powitanie Ada. Daeman zatrzymał się w pół kroku i dość głupio uśmiechnął. Dziewczyna okazała się nie tylko piękniejsza niż
zapamiętał; takiej urody nie oczekiwał w najśmielszych snach.
3. Równina Ilionu
3
Równina Ilionu
Przywódcy Greków gromadzą się karnie przed namiotem Agamemnona, zbiera
się też tłum zaciekawionych gapiów. Spór pomiędzy królem i Achillesem
już w tej chwili nabiera temperatury.
Powinienem był wcześniej wspomnieć, że przed przybyciem na miejsce
morfowałem w Biasa - ale nie tego pylijskiego dowódcę, który służy w armii Nestora, lecz w kapitana poddanego rozkazom Menesteusa. Ów
nieszczęsny Ateńczyk zapadł na tyfus i - aczkolwiek przeżyje i weźmie
udział w walce, pojawiając się w księdze trzynastej - rzadko opuszcza
swój namiot, rozbity kawałek dalej na plaży. Jako oficera otacza go aura
posłuchu, wystarczająca, by przypadkowi świadkowie rozstąpili się przede
mną i umożliwili dostęp do głównego kręgu. Nikt jednak nie spodziewa
się, że w trakcie nieuchronnie zbliżającej się kłótni Bias zabierze
głos.
Spóźniłem się haniebnie na większą część dramatycznej sceny, kiedy to
Kalchas, syn Testora, "pierwszy w swym urzędzie", wyjawił Achajom
rzeczywiste przyczyny gniewu Apolla. Jeden ze stojących obok dowódców
szepce do mnie, że Kalchas, zanim przemówił, zażądał nietykalności -
poprosił Achillesa o ochronę, na wypadek gdyby tłumowi bądź któremuś z wodzów nie przypadły do gustu jego słowa. Achilles wyraził zgodę.
Kalchas wtedy powiedział to, co połowa z nich podejrzewała skrycie już
wcześniej: Chryzes, kapłan Apolla, błagał o zwrot porwanej córki, a zdecydowana odmowa Agamemnona dotknęła boga do żywego.
Przedstawiona przez Kalchasa wersja wypadków mocno Agamemnona
rozgniewała.
- Dosłownie łajno mu z ust popłynęło - szepce kapitan, zanosząc się
śmiechem, w którym czuć woń wina. Ten oficer, o ile się nie mylę, ma na
imię Orus i zostanie za kilka tygodni zgładzony przez Hektora, gdy
trojański heros już na dobre zacznie masakrować Achajów.
Orus opowiada mi, że ledwie kilka minut wcześniej Agamemnon zgodził się
oddać tę właśnie niewolnicę, dziewczynę imieniem Chryzeida.
- Posiadanie tej branki bardzo jest mi miłe i byłaby w mym domu pociechą
jedyną, większą niż Klitajmestra! - wykrzyknął Atryda i zaraz potem
zażądał rekompensaty w postaci innej, równie cieszącej oko niewolnicy.
Wedle relacji z trudem trzymającego pion Orusa, Achilles odpowiedział,
wołając, iż Agamemnon jest "łakomcą" i "człekiem bezwstydnego czoła", po
czym dodał, że Argiwowie - to kolejne po Achajach, Danajach i tym
podobnych przezwisko przeklętych greckich najeźdźców - w obecnej
sytuacji nie są w stanie przekazać szacownemu wodzowi dodatkowych
zdobyczy. Być może pewnego dnia, o ile losy wojny obrócą się na ich
korzyść - obiecał mężobójca Achilles - król otrzyma swoją wymarzoną
dziewczynę. Tymczasem przykazał Agamemnonowi zwrócić Chryzeidę jej ojcu
i zamknąć gębę.
- W tym momencie król Agamemnon Atryda wylał z ust nie tylko łajno, ale
i stado srających nim kóz - mówi, śmiejąc się, Orus. Rechoce na tyle
głośno, że stojący dokoła dowódcy zaczęli obracać ku nam spojrzenia.
Przytakuję skinieniem i odwracam się ku głównym aktorom sceny.
Agamemnon, jak zwykle, znajduje się w centrum uwagi. Atryda wygląda
dokładnie tak, jak powinien wyglądać naczelny wódz tego rodzaju armii -
wysoki, z brodą poskręcaną w klasyczne loki, godne półboga czoło i przeszywające spojrzenie. Muskularny, natarty oliwą, odziany w najlepszy
strój i zbroję. Naprzeciwko niego, w samym środku kręgu stoi Achilles.
Silniejszy, młodszy i jeszcze piękniejszy niż Agamemnon. Achilles bez
mała wymyka się możliwościom kronikarskiego pióra. Gdy ujrzałem go po
raz pierwszy - ponad dziewięć lat temu, przy okazji wspomnianego
katalogu okrętów - stwierdziłem, że jest to najbardziej boski z boskich
ludzi, jacy kiedykolwiek kroczyli po tej ziemi, tak bardzo wydał mi się
władczy i imponujący. Od tamtej pory zmądrzałem i doszedłem do wniosku,
że Achilles - mimo swej urody i siły - jest człowiekiem względnie głupim
- ot, taki bardziej przystojny Arnold Schwarzenegger.
Wokół obu adwersarzy zwarł się krąg bohaterów, o których opowiadałem
studentom przez całe swoje poprzednie życie. Oglądając ich na własne
oczy, ani razu nie poczułem zawodu. Blisko Agamemnona, lecz w oczywisty
sposób nie w jego stronnictwie, trzyma się Odyseusz - o całą głowę
niższy od króla, lecz obdarzony szerszą piersią, poruszający się wśród
władców Grecji niczym byk między krowami. Raz po raz rzuca spojrzenia
zdradzające niebywałą inteligencję i spryt, które uwidaczniają się
również w pokrywających dojrzałe oblicze zmarszczkach. Nigdy z Odysem
nie rozmawiałem, lecz tęsknię za tym spotkaniem i mam nadzieję, że
nastąpi jeszcze przed końcem wojny, zanim podejmie swą słynną wędrówkę.
Po prawicy Agamemnona mamy Menelaosa, jego młodszego brata i męża
Heleny. Myślę, że dorobiłbym się obrzydliwych bogactw, gdybym dostawał
choć dolara za każdym razem, kiedy słyszałem, jak Achajowie szeptali
między sobą, że gdyby tylko Menelaos był sprawniejszym kochankiem - lub
"miał większego kutasa" jak trzy lata wstecz delikatnie ujął to w rozmowie z przyjacielem Diomedes - Helena nie zbiegłaby z Parysem do
Ilionu, a herosi najdalszych greckich archipelagów nie musieliby trawić
dziewięciu lat na tym przeklętym oblężeniu. Miejsce po lewej stronie
władcy zajmuje Orestes - nie ten rozpieszczony królewski synalek, który
pewnego dnia pomści zabitego ojca i dochrapie się własnego dramatu, lecz
lojalny włócznik, którego czeka śmierć z ręki rzeźnika Hektora już
podczas najbliższego odważniejszego wypadu Trojan.
Tuż za plecami Agamemnona stoi Eurybates, herold monarchy - tej postaci
również nie należy mylić z Eurybatesem, heroldem Odyseusza. Ramię w ramię z nim widzę ptolemeuszowego syna, Eurymedona. Przystojniak,
woźnica rydwanu Agamemnona - nie ten o wiele mniej pięknolicy Eurymedon,
który prowadzi wóz Nestora. (Tak, mnie również zdarza się żałować, że
zamiast wszystkich tych patronimików i przydomków greccy herosi nie
noszą normalnych nazwisk).
Ponadto w otaczającym Atrydę półkręgu stanęli dzisiejszego wieczoru
Ajaksowie - Wielki i Mały. Przywódcy armii przybyłych z Salaminy i Lokrydy. Akurat ich nikt i nigdy ze sobą nie pomyli - chyba że z powodu
imienia - ponieważ Ajaks Wielki posturą przypomina bramkarza hokejowej
drużyny, podczas gdy Ajaks Mały kojarzy się raczej z kieszonkowcem.
Euryalus, trzeci co do ważności wojownik z Argolidy stoi przy boku swego
pana, Stenelosa, mężczyzny z wargą zniekształconą do tego stopnia, że
nie jest w stanie wymówić własnego imienia. Towarzyszy nam również
szczery i uczciwy Diomedes, najwyższy dowódca argolidzkiego kontyngentu.
Dzisiaj nie wygląda na zadowolonego. Stoi ze splecionymi na piersi
rękoma, wzrok wlepia w ziemię. Stary Nestor - mówiący "wyrazami
słodszymi od miodu" - znalazł się w pobliżu połowy ludzkiego kręgu i wydaje się jeszcze mniej szczęśliwy niż Diomedes, zwłaszcza gdy widzi,
że Agamemnon i Achilles spierają się coraz bardziej zajadle.
Jeżeli sprawy potoczą się zgodnie z opowieścią Homera, Nestor już za
kilka minut wygłosi swoją sławetną mowę, bezskutecznie próbując
zawstydzić naraz Agamemnona i rozwścieczonego Achillesa i nakłonić ich,
by podali sobie ręce, zanim na wewnętrznych swarach skorzystają wrodzy
Trojanie. Przyznaję, że mam ochotę tego przemówienia wysłuchać, choćby
ze względu na zawarte w nim odniesienie do stoczonej wieki temu wojny z centaurami. Centaury interesują mnie od zawsze, a Homer każe Nestorowi
opowiadać o nich bardzo rzeczowo i konkretnie. Na kartach "Iliady"
pojawiają się wzmianki o dwóch tylko gatunkach mitycznych stworzeń.
Jednym z nich są chimery, drugim właśnie centaury. Czekam więc na ten
fragment w napięciu, trzymając się cały czas na uboczu, poza zasięgiem
wzroku Nestora. Unikam go, ponieważ Bias - człowiek, w którego
morfowałem - jest jednym z podwładnych starca i wolałbym uniknąć
rozmowy. W tej chwili jednak nic podobnego mi nie grozi - uwaga Nestora
i wszystkich pozostałych skupiona jest na wymianie ostrych słów i kropelek śliny, jaka wciąż trwa między Agamemnonem i Achillesem.
W pobliżu Nestora zebrała się grupa ludzi, którzy nie opowiedzieli się
wyraźnie po stronie jednego z adwersarzy. Są to: Menesteus (który za
kilka tygodni, o ile wydarzenia potoczą się zgodnie z tekstem, zostanie
zgładzony przez Parysa), Eumelus (dowodzący Tessalczykami z Feraju),
Poliksynus (jeden z wodzów Epejczyków), jego przyjaciel Talpius,
przewodzący Etolczykom Toas, Leonteus i Polipoetes w charakterystycznych
strojach z Argiwy, a także Machaon ze swoim bratem Podaliriosem oraz
kilkoma tesalskimi oficerami, którzy trzymają się nieco z tyłu. Jest
również umiłowany przyjaciel Odyseusza Leukus (przeznaczenie skazało go
na śmierć z ręki Antipusa, która nastąpi już za kilka dni) i wielu
innych, których przez lata zdążyłem bardzo dobrze poznać. Zresztą nie
tylko z wyglądu. Pamiętam również brzmienie ich głosów, rozpoznaję
osobiste style walki, sposoby toczenia sporów i zwyczaje towarzyszące
składaniu ofiar bogom. Jeśli jeszcze o tym nie wspomniałem, trzeba wam
wiedzieć, iż starożytni Grecy nie robią niczego na pół gwizdka - kiedy
już się za coś zabierają, wykonują zadanie, przykładając do niego
wszystkie swe siły i talenty i ponosząc przy tym, jak napisał pewien
dwudziestowieczny uczony, "pełne ryzyko porażki".
Naprzeciw Agamemnona, po prawicy Achillesa, stoi Patroklos - najbliższy
przyjaciel mężobójcy, którego śmierć - zamorduje go Hektor - sprowokuje
prawdziwy gniew Achillesa i najkrwawszą rzeź w historii wojen. Obok
niego widzę Tlepolemosa, pięknego syna mitycznego herosa Heraklesa,
który zbiegł z domu po zamordowaniu wuja ojca i niedługo polegnie
powalony przez Sarpedona. Między Tlepolemosem, a Patroklosem ustawił się
stary Fojniks (druh i dawny nauczyciel Achillesa), szepczący coś do
Orsycholusa, syna Dioklesa, który swoją drogą zostanie niebawem
uśmiercony przez Eneasza. Po lewicy wściekłego Achillesa zauważam
Idomeneusa - ten, według poematu, wcale nie był w aż tak zażyłych
stosunkach z mężobójcą, jak pokazała rzeczywistość.
Oczywiście w kręgu najważniejszych bohaterów jest znacznie więcej osób.
Niezliczone rzesze herosów stoją też za moimi plecami, ale
najważniejsze, byście wiedzieli, że tutaj nikt nie pozostaje anonimowy,
ani w eposie Homera, ani w rzeczywistości rozgrywającej się tutaj, na
równinie pod Ilionem. Każdego z wojowników określa imię ojca,
przeszłość, posiadane ziemie, żony, dzieci i stan zamożności. Nikomu nie
zapomina się tego wszystkiego ani na moment, nawet w trakcie starć,
zarówno zbrojnych, jak i czysto retorycznych. Taka mnogość informacji do
zapamiętania wykończyłaby niejednego naukowca.
- Wiem, bogom podobny Achillesie, że jesteś wiecznym oszustem!
Oszukujesz, grając w kości, posługujesz się kłamstwem na polu walki i w miłości, a teraz próbujesz zwieść i mnie! - wydziera się Agamemnon. -
Ale nie, ze mną ci się to nie powiedzie. Mnie w ten sposób nie omamisz!
Masz piękną niewolnicę Bryzeidę, równie urodziwą jak moja Chryzeida.
Chcesz zachować swój łup, a mnie puścić z gołymi rękami?! Niedoczekanie
twoje. Wolałbym przekazać dowodzenie naszą armią stojącemu tu Ajaksowi...
lub Idomeneusowi... albo chytremu Odysowi... bądź nawet tobie, Achillesie...
owszem, nawet tobie!... niż zostać w tak perfidny sposób wystrychniętym na
dudka.
- Zatem uczyń to bez zwłoki - rzuca wzgardliwie syn Peleusa. - Najwyższy
już czas, by poprowadził nas prawdziwy przywódca.
Oblicze Agamemnona oblewa się purpurą.
- Dobrze. Idź, zepchnij czarny okręt na fale. Obsadź go wioślarzami i wypełnij darami dla bogów... Odbierz mi Chryzeidę, jeśliś tak śmiały... lecz
ty sam będziesz musiał złożyć ofiarę, Achillesie, zabójco mężów. I wiedz, że ja w zamian odbiorę ci inny łup, zabiorę śliczną Bryzeidę.
Przystojną twarz Achillesa wykrzywia gniew.
- Bezwstydniku! Brak wstydu jest twą zbroją, a chciwość ci płaszczem, ty
tchórzu o psim pysku!
Agamemnon podchodzi do przeciwnika o krok bliżej, wypuszcza z dłoni
berło i chwyta za rękojeść miecza.
Achilles odpowiada identycznym krokiem naprzód i podobnie jak król
kładzie rękę na broni.
- Trojanie nigdy nie wyrządzili nam szkody, Agamemnonie, za to ty
owszem. To nie włócznicy z Ilionu sprowadzili nas na te brzegi, lecz twa
zachłanność. Walczymy w twojej sprawie, ty gigantyczna beko wstydu.
Przypłynęliśmy tutaj za tobą, byś mógł odzyskać honor, ty i brat twój,
Menelaos, mąż, który nawet własnej żony nie potrafił utrzymać w sypialni...
Po tych słowach do przodu wyrywa się Menelaos. On również łapie za
miecz. Wodzowie i ich ludzie przechodzą na stronę to jednego, to
drugiego bohatera i krąg się rozpada, dzieli na trzy obozy - zwolenników
Agamemnona, tych, którzy chcą walczyć u boku Achillesa, i osób
neutralnych, zebranych w pobliżu Odysa i Nestora. Ci ostatni sprawiają
wrażenie na tyle zniesmaczonych, że chętnie zasiekliby obu pieniaczy.
- Odpływamy! Zabieram swoich ludzi! - woła Achilles. - Wracamy do Ftyi.
Lepiej zatonąć w pustym statku płynącym do domu po porażce, niż zostać
tutaj i tracić godność, napełniając kielich Atrydzie i mnożąc
przeznaczone mu łupy.
- Wybornie, uciekajcie! - wrzeszczy Agamemnon. - Dezerterujcie! Nie będę
wam przeszkadzać. Nigdy nie usłyszysz, bym cię prosił, żebyś został i dla mnie walczył. Jesteś wielkim wojownikiem, Achillesie, lecz cóż z tego? Tę zdolność otrzymałeś od bogów, nie jest twoją zasługą. Tak
kochasz bitwy, krew i szlachtowanie wrogów? Zbierz swych czołobitnych
Myrmidonów i odejdź! - wypluwa z siebie władca.
Achilles dosłownie dygoce ze złości. Wyraźnie widać, że czuje się
rozdarty pomiędzy ochotą, by odwrócić się na pięcie, zwołać swe oddziały
i na zawsze odpłynąć spod Ilionu, oraz przemożną pokusą, by dobyć miecza
i rozpłatać Agamemnonowi brzuch niczym ofiarnej owcy.
- Wiedz jednak, Achillesie - ciągnie król, którego wrzaski przechodzą w straszliwy szept, doskonale słyszalny przez każdego z setek zebranych
mężczyzn - że bez względu na to, czy zostaniesz, czy odejdziesz,
zrezygnuję ze swojej Chryzeidy, jako że wymaga tego ode mnie sam bóg,
sam Apollo. W zamian jednak zatrzymam twoją Bryzeidę i wtedy wszyscy się
dowiedzą o ile znamienitszym mężczyzną jest Agamemnon od tego
gburowatego chłystka, Achillesa!
W tym momencie Achilles traci nad sobą resztki panowania i dobywa
miecza. W tym punkcie "Iliada" musiałaby się zakończyć - śmiercią
Agamemnona, Achillesa lub ich obu - a Achajowie musieliby rozpłynąć się
do domów, Hektor dożyłby w spokoju sędziwej starości, a wspaniały Ilion
trwałby przez tysiąc lat i być może rzucił wyzwanie Rzymowi, lecz w tym
samym mgnieniu za plecami Achillesa pojawia się Atena.
Widzę ją. Achilles zatacza się i odwraca wykrzywioną oburzeniem twarz.
Naturalnie również ją dostrzega. Nikt inny jednak bogini nie zauważa.
Nie rozumiem zasad, na jakich opiera się technologia maskująca, ale
działa równie skutecznie, kiedy posługuję się nią ja i gdy do jej pomocy
uciekają się Olimpijczycy.
W tej chwili dziwić może nie tylko niewidzialność Ateny - uświadamiam to
sobie natychmiast. Bogowie ponownie zatrzymali czas. To ich ulubiona
sztuczka, dzięki której mogą bezpiecznie i potajemnie rozmawiać ze swymi
ludzkimi pupilkami. Lubią ten efekt, choć nie widuję go często. Zastygły
otwarte usta Agamemnona - drobinki śliny wiszą nieruchomo w powietrzu -
nie dobywa się z nich żaden dźwięk, nie drga szczęka, nie porusza się
nawet jeden mięsień, nie mrugają powieki ciemnych oczu. To samo spotkało
wszystkich zebranych. Zamarli, stoją jak urzeczeni lub zaczarowani,
zamrożeni w czasie. Szybująca mewa zatrzymała się nad nami w locie. Fale
zawisają wygięte ku plaży, nie opadają na brzeg. Powietrze stało się
gęste jak syrop i więźniemy w nim wszyscy, niczym owady w stygnącym
bursztynie. W tym wszechświecie bezruchu poruszają się wyłącznie Pallas
Atena, Achilles i - choć tylko po to, by się lekko nachylić i lepiej ich
słyszeć - ja sam.
Dłoń wojownika wciąż spoczywa na rękojeści miecza - wysuniętego już do
połowy z finezyjnie zdobionej pochwy - lecz Atena chwyta go za pukle
długich włosów, obraca gwałtownie przodem do siebie i Achilles nie waży
się w tej chwili wyciągnąć broni na dobre. Oznaczałoby to sprzeciwienie
się boskiej woli.
Oczy herosa nadal jednak płoną - raczej szaleństwem niż zdrowym ogniem -
i Achilles wykrzykuje w tę gęstą jak melasa ciszę, która zawsze zapada,
gdy czas ustaje w biegu.
- Dlaczego, córo Zeusa?! Do diaska, dlaczego właśnie w tej chwili?
Dlaczego przybywasz do mnie teraz, o bogini? Czy chcesz napawać się
widokiem poniżenia, jakiego doznaję od Agamemnona?
- Ustąp! - rzuca Atena.
Jeżeli nigdy nie widzieliście olimpijskiego boga na własne oczy, mogę
wam jedynie powiedzieć, że są nadnaturalnie wysocy - dosłownie. Atena,
na przykład, ma przynajmniej dwa metry dziesięć wzrostu. Są przy tym
uderzająco piękni. Domyślam się, że to zasługa nanotechnologii i laboratoriów genetycznych. W postaci Ateny zbiegają się kobieca uroda,
boski autorytet i czysta, niczym nieskażona aura władzy, o intensywności, jakiej nawet nie przeczuwałem, zanim przywrócono mnie do
istnienia w cieniu Olimpu.
Dłoń bogini nie odrywa się od pukli Achillesa. Atena odciąga mu głowę,
zmusza do odwrócenia wzroku od znieruchomiałego Agamemnona i jego sług.
- Nigdy mu nie ustąpię! - krzyczy wojownik. Nawet w tym zastygłym
powietrzu, które tłumi i spowalnia wszystkie dźwięki, w tonie mężobójcy
słychać siłę. - Ten wieprz, król od siedmiu boleści, zapłaci za swą
arogancję życiem!
- Ustąp - powtarza Atena. - Hera, bogini o marmurowych ramionach,
przysłała mnie tu z nieba, bym uśmierzyła twój gniew. Ustąp.
W obłędne spojrzenie Achillesa wkrada się cień zwątpienia. Hera, żona
Zeusa, jest najpotężniejszą spośród olimpijskich sojuszników Achajów, a także osobistą patronką Achillesa.
- W tej chwili połóż kres waśni - rozkazuje bogini. - Wypuść miecz z dłoni, Achillesie. Przeklnij Agamemnona, jeśli musisz, lecz nie zabijaj
go. Wypełnij nasz rozkaz, a złożę ci obietnicę... Wysłuchaj nas teraz, a pewnego dnia twa zniewaga zostanie wynagrodzona świetlistymi darami po
trzykroć więcej wartymi niż ta chwila. Jeżeli postąpisz nam wbrew,
umrzesz. Okaż Herze i mnie posłuszeństwo, Achillesie, a otrzymasz sowitą
nagrodę. Wiem, że tak się stanie, gdyż znam przeznaczenie bogów i ludzi.
Achilles paskudnie się krzywi, uwalnia szarpnięciem włosy i posępnieje,
lecz miecz wędruje z powrotem do pochwy. Czuję się tak, jakbym
obserwował jedyne dwie żywe istoty w parku pełnym posągów.
- Nie mogę sprzeciwić się wam obu, moja bogini - odzywa się heros. -
Człowiek winien ugiąć kark przed boską wolą, nawet jeśli gniew kaleczy
mu serce. Lecz słuszne i uczciwe jest również, gdy bogowie wysłuchują
modlitw chylącego przed nimi głowę męża.
Kąciki oczu Ateny drgają i delikatny uśmieszek przemyka przez jej
oblicze, po czym bogini znika - tekuje się z powrotem na Olimp, a czas
zaczyna płynąć normalnym tempem.
Agamemnon kończy swoją wściekłą połajnkę.
Achilles, z mieczem u boku, wkracza na środek kręgu.
- Ty wiecznie pijana beko na wino! - woła mężobójca. - Człowieku o psich
oczach i sercu łani. Przywódco, któryś nigdy nie poprowadził nas do
walki, ani nie szykowałeś zasadzek z najlepszymi pośród Achajów. Ty,
któremu zbrakło odwagi, by złupić Ilion, więc rabujesz namioty własnych
żołnierzy. Królu, który włada jedynie najpodlejszymi durniami, wysłuchaj
mej obietnicy, mej uświęconej przysięgi... - Setki otaczających mnie ludzi
jak jeden mąż wstrzymują oddech. Są bardziej wstrząśnięci zapowiedzią
niezwykłego przyrzeczenia, niż gdyby Achilles po prostu zakłuł
Agamemnona jak kundla. - Przysięgam ci, że pewnego dnia synowie Achai
gorzko zatęsknią za Achillesem! - woła mężobójca, tak głośno, że
wojownicy grający w kości w namiotach oddalonych nawet o sto metrów
zamierają, by wysłuchać do końca. - Wszyscy, cała twoja armia! Lecz
wówczas, Atrydo, zapłaczesz w głębi ducha, gdyż nic już was nie ocali,
nikt nie uratuje przed pałającym żądzą mordu Hektorem, który zetnie was
jak żniwiarz kosi łany pszenicy. I tego samego dnia z rozpaczy wydrzesz
sobie serce z piersi i zjesz je, wyrzucając sobie, że tak bardzo
upokorzyłeś najlepszego pośród Achajów.
To powiedziawszy, Achilles odwraca się na swej sławetnej pięcie i wychodzi z kręgu. Rozlega się chrzęst kroków na przybrzeżnym żwirze w mroku między namiotami. I trzeba mu oddać jedno...
Ten mężczyzna potrafi kończyć z rozmachem.
Król splata ręce na piersi i kręci głową. Rozlegają się rozmowy,
podnoszą się poruszone głosy. Nestor występuje naprzód, by wygłosić
swoją mowę o "spólnej sprawie", wojnie podczas której zjednoczeni Grecy
"centaurom dumne starli karki". Wyłapuję pewną rozbieżność. U Homera,
podczas przemówienia Nestora, Achilles wciąż się jeszcze wścieka. Mój
akademicki umysł scholiasty skrzętnie ten fakt odnotowuje, lecz myśli
skupiam już na czymś bardzo, ale to bardzo odmiennym.
To właśnie w tej chwili, gdy przypominam sobie zabójcze spojrzenie,
jakie Achilles rzucił Atenie, zanim bogini szarpnęła go za włosy i zmusiła do posłuchu, kiełkuje we mnie plan tak śmiały, tak jawnie
skazany na porażkę, samobójczy i cudowny zarazem, że na moment tracę
dech w piersi.
- Aby dobrze się czujesz, Biasie? - pyta stojący obok Orus.
Zaskoczył mnie. Skonsternowany, przez mgnienie oka nie potrafię sobie
przypomnieć kim jest on, oraz kim właściwie jest ów Bias. Zapomniałem o postaci, pod którą się podszyłem. Kręcę głową i opuszczam krąg,
przeciskając się przez tłum sławetnych morderców.
Żwir chrzęści pod moimi stopami, lecz nie słychać tego heroicznego echa,
jakie towarzyszyło odchodzącemu Achillesowi. Kieruję się nad wodę i gdy
tylko wychodzę poza zasięg spojrzeń, porzucam kształt Biasa. Gdyby
ktokolwiek mnie w tej chwili zobaczył, ujrzałby Thomasa Hockenberry'ego,
mężczyznę w średnim wieku, w okularach, zgarbionego pod niedorzecznie
ciężkim rynsztunkiem achajskiego włócznika. Morfująca bransoleta i bojowy pancerz scholiasty nikną pod warstwami wełny i futra.
Ocean jest ciemny. Ciemny jak czerwone wino - ubarwiam w myślach, lecz w ogóle mnie to nie bawi.
Czuję - wcale nie po raz pierwszy - przemożną ochotę, by skorzystać z maskowania i lewitacyjnej uprzęży i odlecieć stąd - po raz ostatni
poszybować nad Ilionem. W świetle pochodni przyjrzeć się jeszcze
skazanym przez los mieszkańcom miasta, po czym odfrunąć na południowy
zachód. Przemierzyć ciemne jak czerwone wino morze - Egejskie - i dolecieć do wciąż niegreckich wysp i kontynentu. Mógłbym sprawdzić co
słychać u Klitajmestry i Penelopy, u Telemacha i Orestesa. Doktor Thomas
Hockenberry, zarówno za młodu, jak i dorosły, zawsze znacznie lepiej
dogadywał się z kobietami i dziećmi niż z dojrzałymi mężczyznami.
Kłopot w tym, że proto-greckie damy i ich pociechy są znacznie bardziej
krwiożercze i porywcze niż wszyscy dojrzali mężczyźni, których doktor
Hockenberry poznał w swym poprzednim, zupełnie bezkrwawym życiu.
Zatem dalekie loty mogę spokojnie odłożyć na później. W zasadzie lepiej
zupełnie o nich zapomnieć.
Fale przybijają do brzegu. Jedna za drugą. Swojski, niezmienny rytm
uspokaja.
Zrobię to. Podjęciu decyzji towarzyszą emocje podobne lataniu - nie, nie
lataniu, lecz ekscytacji w tej krótkiej chwili nieważkości, jakiej
doznaje człowiek rzucający się w przepaść. Już wiem, że o powrocie na
stały grunt nie ma mowy. Runę lub poszybuję.
Zrobię to.
4. W pobliżu Conamara Chaos
4
W pobliżu Conamara Chaos
Batyskaf europańskiego morawca Mahnmuta odsadził już od krakena na trzy
kilometry i wciąż zwiększał dzielący ich dystans, co teoretycznie
powinno natchnąć jego maleńki, robo-organiczny organizm niejaką
pewnością, lecz tak się wcale nie działo. A to dlatego, że macki
krakenów dość często rozrastały się do pięciokilometrowej długości.
Dokuczliwa przykrość. Co gorsza, kraken po prostu przeszkadzał. Mahnmut
już niemal skończył nową analizę sonetu sto szesnastego i pilno mu było
przesłać ją na Io, do Orphu. Gdyby więc coś połknęło batyskaf w tej
chwili, uznałby to za zdarzenie co najmniej niefortunne.
Ponownie wyszperał krakena sonarem, sprawdził, że ta wielka i wygłodniała galaretowata breja rzeczywiście nadal go ściga, po czym
połączył się z reaktorem na czas wystarczający, by batyskaf przyśpieszył
o trzy dodatkowe węzły.
Kraken, który ze swych odmętów zapędził się za nim aż do otwartych
kanałów w okolicach Conamara Chaos, nie wytrzymał tempa. Mahnmut zdawał
sobie sprawę, że dopóki obaj płyną z taką prędkością, ścigający go
potwór nie zdoła rozpostrzeć macek i pochwycić batyskafu. Gdyby jednak
mały okręcik natknął się po drodze na jakąś przeszkodę - dajmy na to
rozległą kolonię fluorescencyjnych krasnorostów - i musiał zwolnić,
bądź, co gorsza, zaplątał się w ich połyskujące, obrzydliwe pasma,
kraken runąłby na niego jak...
- Noż, cholera - rzucił Mahnmut, rezygnując z dalszych prób znalezienia
godnego porównania.
Siedział w ciasnej kabinie, otoczony monotonnym szumem mechanizmów.
Czujniki morawca były podłączone do układów batyskafu, a wirtualne
obrazowanie ukazało mu właśnie wielkie skupiska świecących krasnorostów.
Płynął prosto w ich stronę. Jaśniejąca plecha rozrastała się w prądach
izotermicznych, karmiąc się siarczanem magnezu, którego krwistoczerwone
formacje unosiły się pod lodowym szelfem niczym korzenie roślin.
Zanurzenie, pomyślał Mahnmut i stateczek zanurkował dwadzieścia
kilometrów głębiej, unikając najniżej zawieszonych kolonii krasnorostów
ledwie o kilkadziesiąt metrów. Kraken skierował się za nim. Gdyby stwór
potrafił się złowieszczo uśmiechać, zrobiłby to właśnie w tej chwili -
na tej głębokości krakeny polowały z zabójczą skutecznością.
Mahnmut niechętnie usunął sonet sto szesnasty z wirtualnego pola
widzenia i przeanalizował dostępne możliwości działania. Nie miał ochoty
dać się pożreć niecałe sto kilometrów od Centrum Conamara Chaos.
Oczywiście to wszystko wina cholernych biurokratów. Nim kazali morawcowi
wracać do bazy, powinni byli wykurzyć z okolicy morskie potwory. Krakena
mógł naturalnie zabić, lecz w pobliżu nie było żadnej żniwiarki, a zanim
firma zdążyłaby jakąś zorganizować i dostarczyć, trup monstrum stałby
się karmą dla żyjących wśród krasnorostów pasożytów, solnych rekinów,
pogonoforów i swych własnych pobratymców. Nie, do takiego marnotrawstwa
nie wolno mu było dopuścić.
Mahnmut wyłączył wirtualny wzrok i rozejrzał się po kabinie, jakby w nadziei, że widok niewielkiego wnętrza natchnie go lepszym pomysłem.
Faktycznie, natchnął.
Na konsolecie, w towarzystwie oprawionych w skórę tomów Szekspira i wydruku pracy Helen Vendler, stała lampa lawowa - ironiczny prezent od
jego dawnego partnera, morawca Urtzweila. Dostał ją bez mała dwadzieścia
jowiszowych lat temu.
Mahnmut uśmiechnął się i ponownie włączył wirtualny wzrok na wszystkich
częstotliwościach pasma. W tak niewielkiej odległości od centrali musiał
przecież znaleźć jakieś diapiry. A krakeny nie cierpiały diapirów.
Tak. Piętnaście kilometrów na południowy wschód wypatrzył całe ich pole,
unosiły się z wolna ku pokrywającej powierzchnię warstwie lodu, równie
leniwie jak kawałki wosku w jego lampie. Mahnmut ustawił kurs na
najbliższy diapir i przyśpieszył o pięć węzłów. Tak dla bezpieczeństwa,
o ile ktokolwiek w ogóle mógł czuć się bezpiecznym w zasięgu macek
dorosłego krakena.
Diapiry były kawałami miękkiego lodu, ogrzanego w głębinach przez kominy
hydrotermalne i gorące strefy grawitacyjne. Unosiły się w słonych od
epsomitu wodach ku lądolodowi, jaki dawniej pokrywał sto procent
powierzchni Europy, a teraz, dwa tysiące ziemskich lat po rozpoczęciu
prac przez krioboty, nadal zajmował ponad dziewięćdziesiąt osiem procent
obszaru księżyca. Wytypowany przez morawca diapir miał około piętnastu
kilometrów średnicy i prędko zbliżał się do szelfu.
Krakeny nie lubiły diapirów ze względu na ich właściwości
elektrolityczne. W ich sąsiedztwie nie korzystały z zabójczych ramion i szczęk, ani nawet ze swoich delikatnych czułek.
Batyskaf Mahnmuta doścignął diapir z dziesięciokilometrową przewagą nad
krakenem. Morawiec zwolnił, przygotował kadłub do zderzenia, wsunął
czujniki i sondy, po czym wwiercił się w głąb miękkiej lodowej bryły.
Posługując się sonarem i systemem nawigacji satelitarnej, sprawdził
rozkład szczelin w krze oraz kanałów nawigacyjnych, od których nadal
dzielił go mniej więcej ośmiokilometrowy słup wody. Za kilka minut
diapir zderzy się z grubą lodową pokrywą, przebije się przez spękaliny i wytryśnie wysoką na sto metrów fontanną mokrej brei. W krótkim czasie ta
okolica Conamary Chaos upodobni się do amerykańskiego Parku Yellowstone
z czasów Zapomnianej Ery, słynącego z wrzących źródeł i czerwonych
siarkowych gejzerów. Następnie piana i drobiny lodu rozproszą się w powietrzu i powoli, jakby w zwolnionym tempie, opadną na powierzchnię
ściągane panującym na Europie ciążeniem, wynoszącym jedną siódmą
ziemskiego. Sypnie gęsty deszcz ze śniegiem, który szybko zastygnie w cienkiej, sztucznej atmosferze księżyca - ciśnienie wynosiło tu ledwie
sto milibarów - tworząc na i tak fantazyjnych lodowych połaciach nowe
abstrakcyjne formacje.
Mahnmut nie mógł umrzeć w ścisłym tego słowa znaczeniu - był co prawda
częściowo organiczny, jednak nie dało się o nim sensownie powiedzieć, że
"żyje". Niemniej, mimo że zaprojektowano go do znoszenia dużych
obciążeń, zdecydowanie nie miał zamiaru stać się częścią fontanny,
tudzież dodatkiem do lodowej rzeźby, która uwięziłaby go na następny
tysiąc europańskich lat. Przez chwilę, prowadząc kalkulacje, zapomniał o krakenie, a nawet o sonecie sto szesnastym. Wyliczył tempo wznoszenia
się diapiru, szybkość, z jaką batyskaf przedzierał się przez mięknący
lód, oraz prędkość zbliżania się do skutej lodem powierzchni oceanu.
Otrzymane wyniki przesłał do maszynowni i zbiorników z balastem. Zgodnie
z planem miał wyrwać się z południowej ściany diapiru pół kilometra
przed kolizją z lądolodem i maksymalnie przyśpieszyć, by wybić się
awaryjnie ponad powierzchnię dokładnie w chwili, gdy potężna fala
pozostałości diapiru wystrzeli z kanału. Następnie zamierzał skorzystać
z dodatkowego przyśpieszenia - szacunkowe dane wskazywały że prędkość
batyskafu wzrośnie o sto kilometrów na godzinę - by umknąć przed lodową
nawałnicą, korzystając z pojazdu jak z deski surfingowej przez połowę
brakującego do Centrum Conamara Chaos dystansu. Ostatnie dwadzieścia
kilometrów będzie musiał pokonać już na powierzchni, po osłabnięciu
fali. Co do tego nie miał jednak wyboru. Tak czy inaczej, zanosiło się
na wynurzenie w wielkim stylu.
O ile kanał nawigacyjny nie okaże się zablokowany. I o ile z Conamary
nie wypłynie nim akurat inny batyskaf w przeciwnym kierunku. W takim
przypadku, przez kilka nędznych minut pozostających do zniszczenia jego
i "Mrocznej damy", Mahnmut najadłby się wstydu za całe życie.
Oczywiście nie musiałby się już przejmować krakenem. Te stworzenia nie
zbliżały się do lodowej powierzchni bliżej niż na pięć kilometrów.
Po wprowadzeniu do systemów wszystkich koniecznych poleceń, wiedząc, że
zrobił wszystko co w jego mocy, by zapewnić sobie przetrwanie i przybyć
do bazy na czas, Mahnmut wrócił do analizy sonetu.
Batyskaf - dawno temu ochrzczony mianem "Mrocznej damy" - ostatnie
brakujące dwadzieścia kilometrów do Centrum Conamara Chaos pokonał
szerokim na tysiąc metrów kanałem, płynąc po falującym pod czarnym
niebem morzu. Nad powierzchnią Europy wschodził Jowisz w trzeciej
kwarcie, rozpalając kłęby chmur przytłumionymi barwami. Maleńka Io
sunęła na tle giganta tuż nad zmrożonym horyzontem. Po obu stronach
kanału majaczyły wysokie na kilkaset metrów, pokryte głębokimi
rozpadlinami klify, których mdłe ściany migotały pod ciemniejącym
nieboskłonem szarością i przygaszonymi odcieniami czerwieni.
Czując rosnącą ekscytację, Manhmut wyświetlił szekspirowski sonet.
Sonet 116
Niechaj do prawych umysłów złączenia
Żadne warunki nie będą przydane.
Miłością nie jest miłość, co się zmienia
Lub jako rzeczy jest powyginane.
Nie. Miłość znak to we wieczności stały,
Co nie wstrząśnięty jest nawet przez burze,
Gwiazda dla barki, którą wichry gnały,
Wartość nieznana, światło lśniące w górze.
Nie błaznem czasu miłość jest, choć zgodnie
Z prawami jego więdną nasze wdzięki.
Nie zmienia się w godziny i tygodnie,
Lecz do zagłady trwa, do skraju męki.
Gdy sprawdzą na mnie - kłamstwo to rzecz płocha,
Nigdym nie pisał, nigdy nikt nie kochał.1
W ciągu lat zdążył ten sonet znienawidzić. Właśnie tego typu bzdury
ludzie z Zapomnianej Ery recytowali na ślubach. Kicz i tandeta.
Szekspira zdecydowanie było stać na więcej.
Jednakże, kiedy Mahnmut znalazł mikrozapisy krytycznych prac kobiety
nazwiskiem Helen Vendler - uczonej żyjącej i piszącej w jednym z dawno
minionych stuleci, dziewiętnastym, dwudziestym lub dwudziestym pierwszym
(dokładnej daty aktywności autorki nie udało się jednoznacznie ustalić)
- natknął się na klucz do odczytania utworu. Otóż istniała koncepcja, w myśl której sonet sto szesnasty nie był wcale, jak zakładano przez
wieki, przesłodzoną pochwałą, lecz wyrazem gwałtownego odtrącenia.
Przejrzał wynotowane słowa kluczowe. Znajdował je w każdym wersie -
najpierw "żadne", "nie" i "nigdy", a potem w wersie czternastym
"nigdym", "nie", "nigdy", "nikt" i znowu "nie". Brzmiały jak echo
wypowiedzianego przez króla Leara nihilistycznego "nigdy, nigdy, nigdy,
nigdy, nigdy".
Tak, zdecydowanie było to odtrącenie. Do odkrycia pozostawało tylko co,
lub kogo, autor tak naprawdę odtrącał?
Manhmut wiedział, że sonet sto szesnasty stanowi część cyklu
skierowanego do "Młodzieńca", niemniej zdawał sobie sprawę, że wyraz
"Młodzieniec" jest jedynie listkiem figowym, dodanym w późniejszych,
bardziej skromnych latach poety. Miłosne wiersze nie były wcale
adresowane do żadnego młodzieńca, lecz po prostu do chłopca, najwyżej
trzynastolatka. Morawiec zapoznał się z krytycznymi tekstami z drugiej
połowy dwudziestego stulecia i wiedział, iż ówcześni uczeni uznawali
sonet za wypowiedź wprost - za homoseksualne, skierowane do kochanka
wyznanie Szekspira. Mahnmut rozumiał jednak również - opierając się na
innych opracowaniach z późnego okresu Zapomnianej Ery i wcześniejszych -
że tego rodzaju politycznie motywowane interpretacje są zgoła dziecinne.
Szekspirowskie sonety składały się w dramat. O tym Mahnmut był głęboko
przekonany. Jego bohaterami byli zarówno "Młodzieniec" jak i "Mroczna
dama". Cykl powstawał na przestrzeni wielu lat. Poszczególne utwory nie
stanowiły owocu burzliwych, młodzieńczych namiętności, lecz były dziełem
dojrzałego, w pełni rozwiniętego talentu dramatopisarza. Jaki więc był
ich temat przewodni? Miłość. A co Anglik sądził o owym uczuciu? Co
myślał "tak naprawdę"?
Tego już nikt i nigdy miał się nie dowiedzieć - Mahnmut przeczuwał, że
Bard był zbyt przebiegły, nadmiernie cyniczny i skryty, by kiedykolwiek
wyjawić swe prawdziwe myśli. Jednak w pisanych jedna za drugą sztukach
Szekspir demonstrował jak silne targające ludźmi emocje - miłości nie
wyłączając - czynią z nich głupców. A autor, podobnie jak król Lear,
uwielbiał głupców i błaznów. Przecież błaznem Fortuny był Romeo. Hamlet
- błaznem losu. Makbet - ambicji, Falstaff... Nie, ten nie był niczyim
trefnisiem... chociaż zgłupiał z miłości do księcia Hala i kiedy ten
młodzieniec go odrzucił, usechł z tęsknoty i uwiądł z pękniętym sercem.
Mahnmut rozumiał także, że poeta z sonetów, nazywany czasem "Willem",
nie jest - wbrew twierdzeniom licznych, niezbyt dociekliwych naukowców -
historycznym Williamem Szekspirem, lecz tylko kolejnym dzieckiem
artystycznej wyobraźni dramaturga, literackim konstruktem pozwalającym
pisarzowi poznawać i przemierzać zawiłe ścieżki miłości. Czy było zatem
możliwe, że ów "poeta" był - na podobieństwo nieszczęsnego,
szekspirowskiego hrabiego Orsino - błaznem miłości? Człowiekiem
zakochanym w uczuciu jako takim?
Taka interpretacja bardzo przypadła Mahnmutowi do gustu. Wiedział, że
szekspirowskie "prawych umysłów złączenie" starszego poety i młodzieńca
nie było homoseksualnym związkiem, a raczej prawdziwą komunią
wrażliwości, aspektem miłości wysławianym na długo, zanim Bard pojawił
się na świecie. Na pierwszy rzut oka sonet sto szesnasty wydawał się
sztampowym wyznaniem miłości i pod niebiosa wynosił trwałość uczucia,
lecz jeżeli w rzeczywistości był utworem zwiastującym odtrącenie i odmowę...
Nagle Mahnmut ujrzał oczami wyobraźni całość układanki. Podobnie jak
wielu wielkich pisarzy, Szekspir nie ujawniał w swych wierszach
wszystkiego. Jeżeli jednak byłby to utwór o odtrąceniu, ku czemu byłoby
skierowane? Cóż takiego mógł starszy, zadurzony poeta usłyszeć od
tajemniczego młodzieńca, co domagało się tak stanowczej, gwałtownej
reakcji?
Mahnmut rozprostował palce głównego manipulatora, sięgnął po rysik i zaczął pisać...
Drogi Willu...
Bez wątpienia życzylibyśmy sobie obaj, by nasze prawych umysłów
złączenie - jako że mężczyźni nie mogą się cieszyć sakramentalną unią
ciał - było równie rzeczywiste i stałe, jak prawdziwe małżeństwo. To
jednak niemożliwe. Ludzie się zmieniają, Will. Zmienne są także
okoliczności. A gdy znikają pewne ludzkie cechy, lub gdy odchodzą sami
ludzie, zamiera również i miłość. Kochałem Cię, Will, darzyłem Cię
szczerą miłością, ale Ty się zmieniłeś. Zmieniłeś się, wskutek czego
przemiana dotknęła zarówno mnie, jak i naturę naszego uczucia.
Szczerze oddany
Młodzieniec
Mahnmut odczytał swój list i wybuchnął śmiechem, lecz zaraz umilkł,
uświadomił sobie bowiem, jak w świetle tej literackiej próby zmienia się
wymowa sonetu. Teraz, w miejsce przesłodzonej afirmacji nieprzemijającej
miłości pojawiała się w wierszu gwałtowna niezgoda na odrzucenie ze
strony młodego, skoncentrowanego na sobie samym człowieka. Spróbował
odczytać dziełko na nowo:
Niechaj do prawych umysłów złączenia
Żadne (tak zwane) "warunki" nie będą przydane.
Miłością nie jest miłość, co "się zmienia"
Lub "jako rzeczy jest powyginane".
Nie!
Emocje Mahnmuta osiągnęły swój pułap. Teraz cały sonet, ba, cały cykl
układał się w spójną i sensowną całość. Z miłości wyrażającej się
"prawych umysłów złączeniem" zostało bardzo niewiele, może jedynie
gniew, wzajemne oskarżenia, pretensje, kłamstwa i niewierność. Jednym
słowem, porzucone zostaną wszystkie romantyczne doznania, które
wyczerpią się do sonetu sto dwudziestego szóstego, kiedy to
"Młodzieniec" wraz z koncepcją idealnej miłości znikną, a w ich miejsce
pojawią się wyuzdane cielesne uciechy, oferowane przez "Mroczną damę".
Mahnmut przeniósł swą świadomość w przestrzeń wirtualną i zaczął układać
elektroniczną notkę do swego wiernego, wieloletniego rozmówcy, Orphu z Io.
Zawyły alarmowe syreny. Przed wirtualnymi oczyma Mahnmuta zamigotały
ostrzegawcze światła. Kraken! - przemknęło mu w pierwszej chwili przez
myśl, lecz przecież bestia za nic nie wynurzyłaby się na powierzchnię, a co dopiero mówić o pojawieniu się w otwartym kanale.
Morawiec zarchiwizował sonet wraz z notatkami, usunął list z kolejki
nadawczej i uruchomił zewnętrzne czujniki batyskafu.
"Mroczna dama" znajdowała się pięć kilometrów od Centrum Conamara Chaos,
w rejonie objętym już systemem zdalnego sterowania doków. Przekazał
nawigację automatyce i przyjrzał się rosnącym przed batyskafem lodowym
urwiskom.
Z oddali Centrum Conamara Chaos wyglądało identycznie jak pozostałe
części powierzchni Europy - spiętrzone grzbiety zmrożonych klifów,
sięgające na dwieście lub trzysta metrów w górę; potrzaskane lodowe
masy, kanały nawigacyjne i lodowe soczewki. Niemniej po chwili rejsu
ukazały się również znaki świadczące o tym, że okolica jest zamieszkana:
czarna paszcza doku batyskafów, sunące po urwiskach windy, otwierające
się w lodowych ścianach okna, mrugające światła pozycyjne, migocące
także na modułach powierzchniowych, węzłach mieszkalnych i szpicach
anten. A ponad tym wszystkim - tam gdzie kończył się klif i zaczynało
czarne niebo - zobaczył kilka międzyksiężycowych promów, dla ochrony
przed burzami przycumowanych na lądowisku.
Statki kosmiczne w Centrum Conamara. Niecodzienny widok. Mahnmut wpłynął
do doku, przestawił systemy batyskafu w tryb oczekiwania i zaczął się
wypinać z urządzeń i układów statku. Przez cały ten czas myślał.
Po jaką cholerę mnie tu wezwali?
Następnie poddał się traumatycznemu doznaniu ograniczenia zmysłów.
Dostosował receptory do wymogów ciasnego, humanoidalnego ciała i wysiadł
z batyskafu. Ruszył korytarzem wśród oświetlonych niebieskimi lampami
lodowych ścian i pojechał windą ku znajdującym się daleko w górze węzłom
mieszkalnym.
5. Dwór Ardis
5
Dwór Ardis
Wieczorny poczęstunek dla tuzina osób podano na stole pod upstrzonym
lampionami drzewem: sarnina i pieczeń ze świeżo upolowanego dzika,
pstrąg z płynącej poniżej dworu rzeki, wołowina prosto z pastwisk
rozciągających się pomiędzy Ardis a platformą faksową, białe i czerwone
wina z okolicznych winnic, świeża kukurydza, dynie, sałaty i groszek z ogrodu, a także importowany faksem kawior.
- Czyje urodziny będziemy świętować? I która to właściwie Dwudziestka? -
zaciekawił się Daeman, gdy serwitory zaczęły nakładać biesiadnikom
pierwsze dania.
- Rocznica jest moja, ale to nie Dwudziestka - odpowiedział przystojny,
kędzierzawy mężczyzna imieniem Harman.
- Słucham? - Daeman rozciągnął wargi w uśmiechu, chociaż nie zrozumiał.
Przejął paterę z dynią, poczęstował się i podał ją siedzącej obok damie.
- Harman obchodzi urodziny co roku - wyjaśniła Ada, zajmująca honorowe
miejsce u szczytu stołu. Uroda odzianej w czarno-płową, jedwabną suknię
dziewczyny działała na niego niemal jak fizyczny dotyk.
Chłopak pokręcił głową, nadal nie do końca pojmował. Dorocznych
jubileuszy nie zauważał praktycznie nikt, a jeszcze mniej liczni je
celebrowali.
- Czyli nie świętujemy dzisiaj twojej biologicznej Dwudziestki? -
skierował uwagę do Harmana, po czym skinął głową unoszącemu się obok
serwitorowi, który dolał mu wina.
- Nie. Chociaż właśnie dziś wypadają moje biologiczne urodziny -
powtórzył z uśmiechem zagadnięty. - Dziewięćdziesiąte dziewiąte.
Wstrząśnięty Daeman na moment znieruchomiał, po czym prędko, ukradkiem
rozejrzał się, podejrzewając, że padł właśnie ofiarą dowcipu
zrozumiałego jedynie dla prowincjuszy - oczywiście dowcipu w bardzo złym
guście. Mimo wszystko, z dziewięćdziesiątego dziewiątego jubileuszu nikt
nie powinien robić sobie żartów. Uśmiechnął się więc lekko i zamilkł w oczekiwaniu na puentę.
- Harman mówi poważnie - rzuciła swobodnie Ada. Pozostali goście
milczeli. Z lasu dolatywało nawoływanie nocnych ptaków.
- Ja... bardzo przepraszam - wydukał Daeman.
- Przyznam się, że nie mogę się tego roku doczekać. - Harman powiódł
spojrzeniem dokoła. - Mam wiele planów.
- Rok temu Harman przeszedł sto mil po dnie Bruzdy Atlantyckiej -
wtrąciła Hannah, młoda, krótkowłosa przyjaciółka Ady.
W tej chwili Daeman nabrał pewności. Natrząsają się z niego.
- Przecież tamtędy nie da się przejść.
- Cóż, ja to zrobiłem - rzucił Harman, ogryzając kolbę kukurydzy. -
Oczywiście, jak już powiedziała Hannah, przeprowadziłem tylko krótki
rekonesans. Sto mil od wybrzeża Ameryki Północnej i z powrotem. Nic
trudnego.
Daeman uśmiechnął się raz jeszcze, za nic nie chciał wyjść na durnia.
- Ale w jaki w ogóle sposób udało ci się dotrzeć do Bruzdy, Harman Uhr?
W jej pobliżu nie ma nawet jednego faksowęzła.
Nie miał co prawda pojęcia, gdzie szukać tej Atlantyckiej Bruzdy, nie
wiedział czym jest Ameryka Północna i nie był do końca przekonany, w którym właściwie miejscu znajduje się Atlantyk, był za to pewien, że
żaden z trzystu siedemnastu faksowęzłów nie leży w pobliżu Bruzdy. W swoich dotychczasowych podróżach skorzystał z nich wszystkich co
najmniej raz i nigdy nie zwiedził legendarnego miejsca.
Harman odłożył ogryzioną kukurydzę.
- Piechotą, Daeman Uhr. Bruzda ma swój początek na wschodnim wybrzeżu
Ameryki Północnej i biegnie wzdłuż czterdziestego równoleżnika, aż do
krainy nazywanej w Zapomnianej Erze Europą. Ostatnim państwem narodowym
zajmującym przybrzeżne tereny u wylotu Bruzdy była, o ile się nie mylę,
Hiszpania. Od ruin starożytnej Filadefii, ty możesz ją znać pod nazwą
Węzła 124, obecnie jest to posiadłość Lomana Uhr, można do Bruzdy
dotrzeć po kilkugodzinnym spacerze. Gdyby wystarczyło mi odwagi i gdybym
zabrał ze sobą dość prowiantu, dotarłbym do samej Hiszpanii.
Daeman pokiwał uprzejmie głową. Uśmiechnął się. Facet plótł trzy po
trzy. Najpierw nieprzystojne przechwałki dziewięćdziesiątymi dziewiątymi
urodzinami, potem bajdurzenie o równoleżnikach, jakichś miastach z Zapomnianej Ery i pieszych wyprawach. Przecież nikt normalny nie chodzi
piechotą dalej niż kilkaset metrów! Jaki w tym sens? Wszystko, co może
człowieka interesować, znajduje się w pobliżu faksowęzłów, a do tych
kilku odległych od platform kuriozów - na przykład posiadłości Ady -
dojeżdżało się wygodnie kabrioletem bądź bryczką. Lomana Daeman znał.
Naturalnie, że znał - niedawno bawił się w jego rezydencji na Trzeciej
Dwudziestce Ono - jednak cała reszta monologu Harmana? Nie, zwykłe
pozbawione sensu głodne kawałki. Zapewne dobiegający kresu swych dni
facet najzwyczajniej w świecie ześwirował. No cóż, teraz i tak został mu
tylko ostatni faks do konserwatorni, a resztę załatwi wniebowstąpienie.
Daeman rzucił okiem na Adę. Miał nadzieję, że dziewczyna zainterweniuje
i zmieni temat, lecz gospodyni nadal łagodnie się uśmiechała, jakby
zgadzała się ze wszystkim co wygadywał Harman. W poszukiwaniu pomocy
rozejrzał się po twarzach reszty współbiesiadników, lecz i oni uprzejmie
słuchali - co więcej, słuchali z wyraźnym zaciekawieniem. Jakby plecenie
podobnych farmazonów stanowiło stały element prowincjonalnych kolacyjek.
- Nie najgorszy pstrąg, prawda? - Daeman zagadnął sąsiadkę z lewej
strony. - Pani również smakował?
Siedząca po drugiej stronie stołu kobieta, zażywna i rudowłosa, zapewne
sporo po Drugiej Dwudziestce, wsparła swój wydatny, spiczasty podbródek
na niewielkiej piąstce i zwróciła się do Harmana.
- Jak tam było? To znaczy w Bruździe?
Kędzierzawy, mocno opalony mężczyzna próbował się wymigać, lecz
pozostali goście - w ich liczbie młoda blondynka, którą Daeman zapytał o pstrąga i która tak nieelegancko zbyła jego ciekawość milczeniem -
zaczęli uparcie nalegać na opowieść. Ostatecznie uległ i poprosił o ciszę, unosząc dłoń.
- Dla człowieka, który nigdy Bruzdy nie widział, fascynujący jest już
sam widok z brzegu. Korytarz ma mniej więcej osiemdziesiąt metrów
szerokości i ciągnie się na wschód aż po horyzont. Wydaje się, że w oddali przejście stopniowo się zwęża, aż wreszcie, w miejscu gdzie ocean
spotyka się z niebem, przeobraża się w cieniutkie, jasne pasemko.
Wrażenie towarzyszące wchodzeniu na Bruzdę jest... nieco dziwne. W miejscu, gdzie Bruzda łączy się z plażą, piasek nie jest wcale wilgotny.
Nie obmywają go fale. Z początku cała uwaga wędrowca kieruje się na
boki. Człowiek schodzi coraz niżej i ogląda dwie pionowe ściany wody.
Jest tak, jakby od spienionego morza oddzielała śmiałka jedynie szklana
szyba. Ścian bruzdy trzeba dotknąć. Nie sądzę, by ktokolwiek oparł się
pokusie. Bariera jest gąbczasta, niewidoczna i chłodna od wody,
delikatnie ugina się pod naporem oceanu, lecz mimo to zachowuje
szczelność. Potem schodzi się głębiej, wciąż po suchym piasku, jako że
od stuleci morskie dno moczy jedynie deszcz. Podłoże jest więc
stwardniałe. Wszędzie dokoła walają się zasuszone szczątki morskich
zwierząt i roślin. Są zmumifikowane tak doskonale, że sprawiają wrażenie
skamieniałych. Po pierwszych kilkunastu metrach ściany wody z obu stron
sięgają już nad głowę. A za nimi pojawiają się cienie. Małe rybki,
zaciekawione, podpływają do granicy morza i powietrza. Czasem przemyka
sylwetka rekina, widać blade światełka, które okazują się
galaretowatymi, bliżej niezidentyfikowanymi stworzeniami. Co jakiś czas
zwierzęta zderzają się z niewidoczną ścianą Bruzdy zimnymi łbami i gwałtownie się cofają, wyraźnie przestraszone. Po przejściu mili woda
sięga już tak wysoko, że na dnie robi się ciemno. Kilkanaście mil dalej
ściany korytarza wznoszą się na ponad tysiąc stóp. A na niebie, które
zmienia się tam w wąską kreskę, widać gwiazdy. Nawet w biały dzień.
- Niemożliwe! - rzucił chudy mężczyzna o piaskowych włosach, siedzący
kilka miejsc od Daemana. Chłopak przypomniał sobie, że facet ma na imię
Loes. - Żartujesz, prawda?
- Nie - odparł Harman. - To wszystko prawda. - Uśmiechnął się. - Szedłem
w ten sposób przez około cztery dni. Nocami spałem. Zawróciłem dopiero,
kiedy skończyły mi się zapasy.
- Tylko jak w takich warunkach odróżniałeś dzień od nocy? - zapytała
jedna z przyjaciółek Ady, wysportowana dziewczyna imieniem Hannah.
- Owszem, niebo jest w głębi Bruzdy czarne, a gwiazdy widać bez przerwy
- wyjaśnił Harman - ale ocean po obu stronach mieni się wszystkimi
odcieniami błękitu. Od jasnoniebieskiego daleko w górze, po mroczną
czerń na poziomie dna.
- Natknąłeś się po drodze na coś szczególnie interesującego? -
zaciekawiła się Ada.
- Widziałem wraki. Zatopione statki. Z Zapomnianej Ery i jeszcze
starsze. Naprawdę starożytne. A także jeden, który mógł być... nowszy. -
Znowu się uśmiechnął. - Jeden z nich zbadałem dokładniej. Wielki,
zardzewiały kadłub przebijał północną ścianę Bruzdy. Leżał na boku. Do
środka dostałem się przez wyrwę w burcie. Wspinałem się po drabinkach,
chodziłem po pochyłych pokładach. Drogę oświetlałem sobie małą
latarenką, którą zabrałem z domu. W pewnym momencie, w przestronnym
pomieszczeniu - zdaje się, że w dawnych czasach nazywano je ładownią -
trafiłem na ścianę Bruzdy. Rozciągała się od podłogi po powałę. Pionowa
ściana wody. Tuż za nią pływały ryby. Przytknąłem twarz do tej zimnej,
niewidzialnej bariery i oglądałem pąkle, mięczaki, morskie węże i inne
stworzenia. Pokrywały wszelkie możliwe powierzchnie, polowały jedne na
drugie. Po mojej stronie wszystko we wraku było suche. Stara, łuszcząca
się rdza. Byłem tam jedyną żywą istotą, nie licząc małego białego kraba,
który również musiał zapędzić się w to miejsce z dalekiego lądu.
Zerwał się wiatr. Szumiące nad ich głowami drzewo odezwało się głośniej.
Lampiony się zakołysały, a ich miękkie światło zagrało na jedwabnych i bawełnianych strojach, pomalowało kobiece fryzury, położyło się ciepło
na dłoniach i obliczach zasłuchanych gości.
Wszyscy wpatrywali się w Harmana jak urzeczeni. Nawet Daeman poczuł się
zaintrygowany, mimo że z ust mężczyzny wciąż płynął potok farmazonów.
Rozstawione wzdłuż ścieżki w żelaznych stojakach pochodnie trzaskały i sypały iskrami przy każdym silniejszym podmuchu.
- No, a wojniksy? - odezwała się sąsiadka Loesa; Daeman nie umiał sobie
przypomnieć jej imienia. Chyba Emme? - Jest ich tam więcej niż na
lądzie? I czy są ruchome, czy stoją w miejscu?
- Tam wojniksów nie ma. W ogóle.
Wszystkich zamurowało. Daeman poczuł się równie wstrząśnięty, jak
wcześniej, kiedy Harman oświadczył, że ma już dziewięćdziesiąt dziewięć
lat. Poczuł lekkie zawroty głowy. Niewykluczone, że podane wino było
mocniejsze niż przypuszczał.
- W ogóle nie ma wojniksów... - powtórzyła Ada. W jej tonie zabrzmiało nie
tyle zaskoczenie, ile dziwny smutek. - Wznieśmy toast. - Dziewczyna
sięgnęła po kieliszek.
Serwitory podleciały, by napełnić naczynia. Biesiadnicy chwycili za
szkło. Daeman odczekał aż przestanie mu się kręcić w głowie i z pewnym
wysiłkiem przywołał na twarz uprzejmy uśmiech.
Ostatecznie Ada toastu nie wygłosiła, lecz wypili wszyscy - włącznie z ociągającym się przez chwilę Daemanem.
***
Pod koniec posiłku wiatr nasilił się jeszcze bardziej. Nadciągające
chmury przesłoniły pierścienie B i R. W powietrzu pojawiła się woń
ozonu, a ciemniejące na zachodzie wzgórza zniknęły za kurtyną deszczu.
Uczestnicy przyjęcia przenieśli się więc do środka, po czym, podzieleni
na mniejsze grupki, poszukiwali rozrywek w licznych salach rezydencji. W południowej oranżerii serwitory odegrały koncert muzyki kameralnej,
kilka osób dało się skusić krytemu szklanym dachem basenowi w tylnej
części budynku, a na szerokim parapecie widokowej werandy na piętrze
zaaranżowano bufet z wieczornymi przekąskami. Część par zniknęła w sypialniach, by się kochać, jeszcze inni zaszyli się w zacisznych
zakątkach, założyli całuny i przenieśli się pod Troję.
Daeman ruszył za Adą, która zaprowadziła go wraz z Hanną i Harmanem do
biblioteki na drugim piętrze. Wiedział, że, aby zrealizować plan i uwieść dziewczynę jeszcze przed końcem weekendu, musi przy niej spędzać
każdą wolną minutę. Chłopak doskonale rozumiał, że uwodzenie jest
zarazem dziedziną naukową, jak i formą sztuki - powodzenie gwarantował
odpowiednio zmieszany koktajl talentu, rygorystycznego przestrzegania
zasad, odpowiedniej dozy kontaktu i sposobności. Najważniejszy był,
oczywiście, kontakt.
Przechadzając się po bibliotece obok Ady, Daeman wyraźnie czuł żar jej
ciała bijący spod sukni z czarno-płowego jedwabiu. Dolna warga
dziewczyny - zauważył to już dziesięć lat temu - była niezwykle
kształtna, wydatna i oszałamiająco karminowa. Wręcz stworzona, by ją
kąsać. Kiedy w rozmowie z Harmanem i Hanną gospodyni uniosła rękę, by
podkreślić wysokość regałów, Daeman zauważył pod cieniutką tkaniną
delikatne, subtelne falowanie jej prawej piersi.
Naturalnie, kilka bibliotek zwiedzał już wcześniej, lecz tak
przestronnej nie widział nigdy. Pomieszczenie musiało sobie mierzyć
ponad sto stóp długości, sufit wisiał pięćdziesiąt stóp nad podłogą.
Wzdłuż trzech ścian, w połowie wysokości sali, biegła antresola, dostęp
do wyżej ustawionych tomów na obu poziomach sali zapewniały przesuwne
drabinki. W ścianach otwierały się liczne alkowy i wnęki. Na otoczonych
wygodnymi kanapami i fotelami stołach czekały otwarte księgi. Półki z książkami wisiały nawet nad olbrzymim oknem w wykuszu najdalszej od
drzwi ściany. Daeman był pewien, że zgromadzone tu autentyczne książki
starego typu musiały już wiele stuleci temu (w grę prawdopodobnie
wchodziły nawet milenia) zostać naszpikowane zapobiegającymi rozkładowi
nanochemikaliami. Wszystkie te bezużyteczne artefakty wykonane były
przecież - na litość boską! - ze skóry i papieru, pokrytych farbą
drukarską bądź atramentem. Mimo tych zabiegów cała wyłożona mahoniową
boazerią biblioteka, wraz z oblanymi plamami ciepłego światła,
antycznymi, obitymi skórzaną tapicerką meblami i posępnymi górami
książek, tchnęła starością i zgnilizną. Daeman nie potrafił zrozumieć, z jakiego powodu rodzina Ady utrzymuje w Ardis to mauzoleum ani dlaczego
Harman i Hannah koniecznie chcieli je obejrzeć.
Kędzierzawy mężczyzna, który twierdził, że trwa ostatni rok jego życia
oraz że wybrał się na pieszą wędrówkę po Bruździe Atlantyckiej, aż
znieruchomiał z zachwytu.
- Tutaj jest przecudownie! - Wspiął się na drabinkę, przejechał na niej
wzdłuż kilku regałów, po czym musnął dłonią okładkę opasłego, oprawnego
w skórę tomiszcza.
Daeman wybuchnął śmiechem.
- Myślisz, że zadziała funkcja czytania, Harman Uhr?
Zagadnięty odpowiedział uśmiechem, lecz wydawał się tak pewny siebie, że
Daeman przez moment podświadomie oczekiwał, iż z książki popłynie po
jego przedramieniu strumień złotych symboli, sygnalizujący odnalezienie
i analizę treści. Sam Daeman nigdy oczywiście nie widział zapomnianej
funkcji w działaniu, lecz opowiadała mu o niej babcia i inni starcy,
opisujący rozrywki swych prapradziadków.
Nie popłynęło nawet jedno słowo. Harman cofnął rękę.
- A tobie do niej nie tęskno, Daeman Uhr?
Daeman ponownie głośno się roześmiał - nie po raz pierwszy tego dziwnego
wieczoru - lecz zaraz potem wyczuł na sobie wyraźnie spojrzenia obu
dziewczyn, które przyglądały mu się ciekawie, acz z pewną domieszką
konsternacji.
- Nie, oczywiście, że nie - odparł. - Dlaczego miałoby mi jej brakować?
Czy mógłbym z tych staroci wyczytać cokolwiek interesującego o naszym
współczesnym świecie?
Harman wdrapał się nieco wyżej.
- Nie ciekawi cię, na przykład, dlaczego zniknęli z Ziemi postludzie? I dokąd się udali?
- Ani trochę. A udali się do swoich rodzinnych miast na pierścieniach.
Przecież każdy o tym wie.
- Tylko dlaczego? - spytał Harman. - Po tysiącach lat kierowania naszym
życiem i sprawowania nad nami opieki. Z jakiego powodu nas zostawili?
- Bzdura! - fuknął Daeman, nieco bardziej opryskliwie niż zamierzał. -
Nikogo nie zostawili. Specjalne posterunki wciąż nas pilnują. Z góry.
Harman pokiwał głową, jakby doznał nagłego olśnienia. Jego drabinka
podjechała na mosiężnej szynie kilka kolejnych metrów ku górze. Czubkiem
głowy dotknął niemal antresoli.
- A co powiesz o wojniksach?
- Co miałbym o nich powiedzieć?
- Zdarzyło ci się może zastanawiać, dlaczego przez długie stulecia
pozostawały w zupełnym bezruchu, a obecnie są tak aktywne?
Daeman otworzył usta, lecz na to pytanie nie miał gotowej odpowiedzi.
- Wszystkie te teorie, twierdzenia, że wojniksy zaczęły się ruszać
dopiero po ostatnim faksowaniu, to nic więcej jak stek wierutnych bzdur.
Mity i folklor.
Ada podeszła krok bliżej.
- Daemanie, naprawdę nie zastanawiałeś się, skąd pochodzą?
- Kto, moja droga?
- Wojniksy.
Chłopak odpowiedział szczerym i donośnym śmiechem.
- Oczywiście, że nie, moja droga. Wojniksy były tutaj od zawsze. Są
wieczne. Podobnie jak słońce i gwiazdy znikają nam czasami z oczu, ale
są bezustannie obecne.
- Tak jak słońce i gwiazdy... i pierścienie? - dopytała ściszonym głosem
Hannah.
- Otóż to - przytaknął Daeman, zadowolony, że przynajmniej jedna z dziewczyn pojęła.
Harman zdjął z regału grubą księgę.
- Daeman Uhr, Ada wspominała, że jesteś znakomitym lepidopterologiem.
- Kim, przepraszam?
- Znawcą motyli.
Chłopak poczuł, że zalewa się rumieńcem. Zawsze robiło mu się
przyjemnie, kiedy ktoś potrafił go docenić. Nawet jeżeli był to
nieznajomy. I nawet jeśli temu nieznajomemu ewidentnie brakowało piątej
klepki.
- Nie uważam się za znawcę, Harman Uhr. Jestem zwykłym, skromnym
kolekcjonerem, który liznął co nieco wiadomości od wuja.
Harman zszedł z drabinki i przeniósł ciężki tom na pulpit.
- Zatem mam tu coś, co powinno cię zaciekawić. - Otworzył zabytkową
okładkę.
Na błyszczących stronicach widniały barwne wizerunki motyli.
Daeman podszedł bliżej. Odebrało mu mowę. Wujek nauczył go nazw mniej
więcej dwudziestu gatunków. Koledzy zbieracze podpowiedzieli mu nazwy
kilku innych odmian motyli, jakie miał w swojej kolekcji. Wyciągnął dłoń
i musnął palcem ilustrację przedstawiającą pazia królowej.
- Paź królowej - odezwał się Harman. - Papilio machaon.
Daeman nie zrozumiał dwóch ostatnich słów, lecz obdarzył starszego
mężczyznę pełnym podziwu spojrzeniem.
- Ty również je zbierasz, Harman Uhr!
- Skądże znowu! - Harman wskazał obrazek znajomo wyglądającego,
czarno-pomarańczowego motyla. - A to danaid wędrowny.
- Zgadza się - potwierdził skonfundowany chłopak.
- Admirał. Perłowiec. Przeplatka. Modraszek. Osetnik. Niepylak apollo. -
Harman dotykał kolejnych rysunków. Daeman zdołał rozpoznać zaledwie trzy
okazy.
- Widzę, że świetnie się znasz na motylach.
Harman zaprzeczył ruchem głowy.
- Jeszcze minutę temu nie podejrzewałem nawet, że te owady mają swoje
nazwy.
Daeman zerknął na dłoń rozmówcy.
- Włączyłeś funkcję czytania, Harman Uhr!
Harman ponownie pokręcił głową.
- Nie. Nikt już nie może jej uruchomić. Podobnie jak nikt nie ma dostępu
do funkcji komunikacyjnej, geolokacyjnej, dostępu do datasfery czy
możliwości samofaksowania z dala od węzłów.
- W takim razie... - zaczął Daeman i zaraz urwał, do głębi skonfundowany.
Czyżby wszyscy ci ludzie z jakiegoś powodu się na niego uwzięli?
Przyjechał na ten weekend do Ardis w dobrych zamiarach. Oczywiście
planował uwieść Adę, ale to przecież nic złego. A oni odpłacali mu tymi
bezustannymi... kpinami i gierkami?
Ada, zupełnie jakby wyczuła wzbierający w chłopaku gniew, musnęła jego
ramię smukłymi palcami.
- Daeman Uhr, Harman nie uruchomił funkcji czytania - zapewniła
półgłosem. - Po prostu niedawno nauczył się czytać.
Daeman otworzył szeroko oczy. Wyjaśnienie dziewczyny było mniej więcej
tak samo sensowne, jak świętowanie dziewięćdziesiątych dziewiątych
urodzin, tudzież wygadywanie głupstw o spacerach po Bruździe
Atlantyckiej.
- To pewna konkretna umiejętność - podjął cicho Harman. - Podobnie jak
wiedza o odmianach motyli, bądź twoje sławetne talenty w dziedzinie...
zabawiania dam.
Słysząc ostatnie zdanie, Daeman otworzył szeroko oczy. Czyżby moje
drugie hobby było aż tak powszechnie znane? - przemknęło mu przez myśl.
- Harman obiecał, że i nas nauczy tej sztuczki... Czytania - wtrąciła
Hannah. - Moim zdaniem to może się, mimo wszystko, okazać przydatne.
Jeżeli poznam z książek tajniki odlewnictwa, pewnie uniknę poparzeń.
Odlewnictwo? Wyraz obił się kiedyś Daemanowi o uszy, ale nie zapamiętał
jego znaczenia. Nie miał pojęcia, jaki mogło mieć związek z ogniem czy
aktywowaniem funkcji czytania. Oblizał nerwowo wargi.
- Skończmy może z tymi dziwacznymi gierkami. Czego wy właściwie ode mnie
chcecie?
- Poszukujemy statku kosmicznego - odparła Ada. - I mamy powody sądzić,
że zdołasz nam pomóc.
6. Olimp
6
Olimp
Po zakończeniu zmiany w noc konfrontacji Achillesa z Agamemnonem, tekuję
się z powrotem do olimpijskich koszar scholiastów. Swoje obserwacje i wnioski notuję, zapisuję myśli w kamieniu tekstowym i zanoszę to
wszystko do niewielkiego białego pokoju Muzy, z którego okien roztacza
się widok na jezioro w kalderze. Ku memu zaskoczeniu, zastaję tam
gospodynię we własnej osobie. Rozmawia właśnie z innym scholiastą.
Kolega nazywa się Nightenhelser. Jest zbudowany jak tur i niezwykle
towarzysko usposobiony. W ciągu spędzonych z nim na Olimpie czterech lat
zdążyłem się dowiedzieć, że mieszkał, pracował naukowo i zmarł na
początku dwudziestego stulecia, gdzieś na amerykańskim Środkowym
Zachodzie. Widząc mnie w wejściu, Muza kończy rozmowę z Nightenhelserem
i odprawia go przez wykute z brązu drzwi ku windzie, która zwozi
scholiastę z Olimpu do zbudowanych na czerwonej równinie koszar.
Muza przywołuje mnie skinieniem palca. Wchodzę głębiej, składam kamień
tekstowy na marmurowym stole i cofam się o krok, przekonany, że odprawi
mnie bez słowa. Do tego właśnie sprowadzają się zwykle nasze kontakty. Z zaskoczeniem jednak widzę, że jeszcze w mojej obecności podnosi kamień i zaciska na nim palce. Przymyka powieki, koncentruje się. Wciąż stoję w bezruchu i czekam. Przyznaję, że zaczynam się denerwować. Serce wali mi
jak młotem, a splecione na plecach dłonie - znieruchomiałem w niezgrabnej parodii wojskowego "spocznij" - pokrywa śliska warstewka
potu. Już wiele lat temu zrozumiałem, iż bogowie wcale nie czytają w myślach. Ich nieziemska biegłość w odgadywaniu myśli śmiertelników -
herosów i scholiastów - wynika z zaawansowanej znajomości zasad
rządzących mimiką ludzkiej twarzy, mimowolnymi ruchami gałek ocznych i podobnymi detalami. Oczywiście mogę się mylić. Może rzeczywiście są
telepatami. Jeśli tak - i gdyby uznali za stosowne przeniknąć mój umysł
akurat w chwili kiedy wieczorem doznałem na plaży objawienia i podjąłem
decyzję - jestem już trupem. Po raz drugi.
Widziałem co spotyka scholiastów, którzy drażnią Muzę, o zagniewaniu
ważniejszych bóstw uprzejmie nawet nie wspomnę. Kilka lat temu -
dokładniej w piątym roku oblężenia - pracował z nami scholiasta z dwudziestego szóstego stulecia. Okrąglutki, zuchwały Azjata, noszący
niecodzienne nazwisko Bruster Lin. Mimo że Bruster Lin był pośród nas
najbardziej inteligentnym, przenikliwym i lotnym uczonym, wrodzona
bezczelność wpędziła go do grobu. Dosłownie. Pewnego dnia wygłosił jeden
ze swoich ciętych, ironicznych komentarzy. Poszło o pojedynek Parysa z Menelaosem, jedno jedyne starcie dwóch facetów, które mogło rozstrzygnąć
losy całej wojny. Walka na śmierć i życie pomiędzy trojańskim kochankiem
Heleny i jej achajskim małżonkiem zorganizowana została na oczach dwóch
wiwatujących armii; Parys lśnił urodą w swej złotej zbroi, a Menelaos
stanął do boju, posyłając złowrogie spojrzenia. Starcie nie wskazało
jednak zwycięzcy. A to dlatego, że Afrodyta, widząc że jej ulubieńcowi
Parysowi grozi przemiał na karmę dla czerwi, zainterweniowała i przeniosła go z placu prosto do sypialni Heleny, gdzie - to problem
łączący wszystkich zniewieściałych liberałów w dziejach ludzkości -
okazał się wojownikiem znacznie bardziej sprawnym niż na polu bitwy.
Tak więc, gdy Bruster Lin wygłosił jedną ze swych przezabawnych uwag na
temat tego epizodu, Muza nie znalazła w niej nic szczególnie śmiesznego.
Pstryknęła palcami i miliardy trylionów posłusznych nanocytów krążących
w ciele nieszczęsnego scholiasty wystrzeliły jednocześnie na zewnątrz
niczym hordy nanolemingów. Bruster Lin - który nawet nie zdążył przestać
się uśmiechać - rozpadł się na naszych oczach na tysiąc krwawych
kawałków, a jego wyszczerzona głowa potoczyła się pod nogi reszty
scholiastów. Staliśmy akurat na baczność, lecz nikt nie ważył się
drgnąć.
Lekcja była surowa i wzięliśmy ją sobie głęboko do serca. Żadnych
własnych opinii i komentarzy. Żadnych żarcików z wysublimowanych
rozrywek Olimpijczyków. Za drwiny płaci się życiem.
Muza otwiera oczy i obrzuca mnie spojrzeniem.
- Hockenberry, od jak dawna z nami pracujesz? - zaczyna tonem, jaki
pamiętam ze swego poprzedniego życia. Posługiwali się nim kadrowi, gdy
zamierzali wylać z roboty urzędnika średniego szczebla.
Zdaję sobie sprawę, że pytanie jest retoryczne, lecz gdy człowieka pyta
bogini - nawet pomniejszego rzędu - należy odpowiadać nawet na
retoryczne pytania.
- Dziewięć lat, dwa miesiące i osiemnaście dni, moja bogini.
Muza kiwa głową. Jestem najstarszym pozostającym przy życiu scholiastą.
To znaczy, jestem tym scholiastą, któremu udało się przeżyć najdłużej. A ona świetnie o tym wie. Być może więc fakt, że oficjalnie zwróciła uwagę
na moją długowieczność, stanowi dla mnie elegię i już za moment
rozbryznę się w mgiełce nanocytów.
Zawsze kładłem studentom do głów, że Muz - córek Mnemosyne - było
dziewięć: Klio, Euterpe, Talia, Melpomena, Terpsychora, Erato,
Polihymnia, Urania i Kaliope. Każda z nich (przynajmniej wedle
późnogreckiej tradycji) sprawowała patronat nad określoną formą
artystycznej wypowiedzi, na przykład grą na flecie, tańcem czy
układaniem heroicznych eposów. Jednakże w trakcie dziewięciu lat, dwóch
miesięcy i osiemnastu dni służby w roli obserwatora wydarzeń na równinie
Ilionu widziałem i słyszałem o tylko jednej Muzie - tej siedzącej
właśnie przede mną za marmurowym stołem, wysokiej bogini. Z powodu jej
ostrego tonu nazwałem ją w myślach Kaliope, aczkolwiek to imię oznacza
"obdarzoną pięknym głosem". Nie umiem stwierdzić, czy jej głos jest
piękny, czy nie - osobiście słyszę w nim raczej wycie syreny alarmowej
niż melodyjne brzmienie skrzypiec - za to nauczyłem się, że kiedy
wygłasza tym tonem rozkaz, reakcja może być jedna: wykonać!
- Chodź ze mną - rzuca. Wstaje płynnym ruchem i wychodzi z białej
marmurowej komnaty bocznymi drzwiami.
Padł rozkaz. Wykonuję.
Muza dorównuje sylwetką pozostałym bóstwom - co oznacza, że mierzy sobie
ponad dwa metry wzrostu, lecz zachowuje przy tym idealne proporcje
ciała. Jest być może nieco mniej ponętna niż niektóre inne boginie, lecz
i tak zbudowana niczym dwudziestowieczna lekkoatletka i nawet przy
zmniejszonym ciążeniu Olimpu muszę co chwila podbiegać, by za nią
nadążyć.
Przechodzimy po dobrze utrzymanym zielonym trawniku pomiędzy białymi
budynkami i przystajemy przy rydwanie. Powiedziałem "rydwan", bo też
pojazd faktycznie przypomina z grubsza rydwan - jest niski, mniej więcej
w kształcie podkowy, wsiada się z boku. Brakuje jednak koni, lejców i woźnicy. Muza chwyta za burtę i wzywa mnie gestem do siebie.
Z wahaniem i łomocącym w szaleńczym tempie sercem wsiadam i staję obok
bogini. Muza przebiega długimi palcami po złotym klinie, będącym
prawdopodobnie czymś w rodzaju deski rozdzielczej. Zaczynają migotać
lampki. Rydwan pomrukuje, trzaska, otacza go nagle siatka elektrycznych
wyładowań i unosimy się w powietrze. Gdy zawracamy, przed pojazdem
pojawia się nagle para holograficznych koni i rzeczywiście wygląda to
tak, jakby ciągnęły rydwan po niebie. Rozumiem oczywiście, że hologramy
zostały wymyślone na użytek Greków i Trojan, lecz i ja odnoszę bardzo
silne wrażenie, że szybujemy ciągnięci przez prawdziwe zwierzęta.
Przytrzymuję się mocno metalowej poręczy i rozstawiam szerzej nogi,
chociaż przyśpieszenie jest zupełnie nieodczuwalne, nawet kiedy rydwan
skacze i przechyla się w ostrym zakręcie sto stóp nad skromną świątynią
Muzy. Zaraz potem mkniemy już ku głębokiej niecce kalderowego jeziora.
Rydwan bogów! - zachwycam się w duchu i natychmiast składam ten wybuch
dziecinnej radości na karb zmęczenia i zwiększonej dawki adrenaliny.
Oczywiście podziwiałem te pojazdy już tysiące razy wcześniej. Bez
przerwy fruwają w tę i z powrotem po niebie Olimpu bądź nad równinami
Ilionu, wożąc bogów zaprzątniętych swoimi niebiańskimi sprawami, lecz
zawsze dotąd oglądałem je z ziemi, skąd konie wyglądają jak żywe. Sam
rydwan z kolei okazuje się znacznie mniej solidny, kiedy stoi się w środku, pędząc tysiąc stóp ponad szczytem góry - ściśle rzecz biorąc
wulkanu - którego wierzchołek wznosi się dodatkowe osiemdziesiąt pięć
tysięcy stóp nad poziomem pustyni.
Na tej wysokości atmosfera powinna być już w zasadzie szczątkowa, a skały skute lodem. Powietrze jest jednak równie gęste i nadające się do
oddychania jak siedemnaście mil niżej, w tulących się do wulkanicznych
urwisk koszarach scholiastów. Zamiast wiecznej zmarzliny szeroki
wierzchołek pokrywają zielone trawniki, rosną tutaj też drzewa i pysznią
się białe gmachy, których skala i przepych sprawiają, że Akropol wydaje
się w porównaniu z nimi wiejskim wychodkiem.
Znajdujące się w samym centrum terenu kalderowe jezioro ma kształt
rozciągniętej na bez mała sześćdziesiąt mil cyfry osiem. Przelatujemy
nad nim z prędkością prawie naddźwiękową. Wiatr nie urywa nam głów
wyłącznie dlatego, że chroni nas jakiegoś rodzaju pole siłowe lub boskie
czary, tłumiące zarazem wszelkie dźwięki. Poniżej, na brzegach jeziora,
zauważam setki budynków. Wszystkie są otoczone hektarami wypielęgnowanej
murawy i ozdobnych ogrodów - domyślam się, że to rezydencje bogów. Po
błękitnej tafli jeziora krążą leniwie potężne, zjeżone wiosłami
autotryremy. Scholiasta Bruster Lin powiedział mi kiedyś, że w jego
ocenie Olimp u podnóża jest wielkości Arizony, podczas gdy sam trawiasty
wierzchołek dorównuje powierzchnią stanowi Rhode Island. Kiedy
usłyszałem nazwy miejsc z tamtego drugiego świata, z innej epoki i innego życia, poczułem się dość nieswojo.
Ściskam oburącz wąską krawędź burty i przenoszę spojrzenie poza
olimpijski szczyt. Panorama zapiera dech w piersi.
Lecimy dostatecznie wysoko, by ukazała się nam krzywizna planety. Na
północnym zachodzie, aż po łukowaty horyzont, ciągnie się bezkresny,
błękitny ocean. Na północnym wschodzie z kolei widać wybrzeże. Wyobrażam
sobie, że mimo wielkich odległości dostrzegam linię potężnych kamiennych
głów, wyznaczającą tam granicę lądu i morza. Bezpośrednio na północy
mamy sierpowaty, bezimienny archipelag, widoczny również z okien koszar
scholiastów, jako że leży tylko kilka mil od plaży. Dalej nie ma już
nic, tylko błękit aż po biegun. Kiedy spoglądam na południowy wschód,
widzę trzy inne wysokie wulkany. Chociaż wychodzą ponad horyzont, to
wyraźnie nie są tak potężne jak Olimp, lecz w odróżnieniu od boskiej
siedziby, gdzie panuje kontrolowany mikroklimat, ich wierzchołki bielą
się śnieżnymi czapami. Jednym z nich - jak się domyślam - jest Helikon,
dom mej Muzy i jej sióstr, o ile oczywiście istnieją. Południe i południowy zachód zajmują setki mil pól uprawnych, a następnie dzikie
knieje, czerwona pustynia i chyba znów lasy, aż ziemia zlewa się
wreszcie z chmurami i mgłą, w której, nawet wytężając wzrok, nie mogę
rozróżnić żadnych szczegółów.
Muza kołuje w powietrzu i obniża lot ku zachodniemu brzegowi jeziora
kalderowego. Dopiero teraz okazuje się, że białe plamki, które
widziałem, gdy frunęliśmy nad wodą, są w istocie wielkimi białymi
budowlami. Ogromnymi gmachami ozdobionymi kolumnadami, szerokimi
schodami, gigantycznymi frontonami i rzędami posągów. Jestem głęboko
przekonany, że tej części Olimpu nie odwiedził jeszcze żaden scholiasta...
a w każdym razie żaden stąd nie wrócił, by podzielić się rewelacjami z resztą kolegów.
Kierujemy się ku największemu z olbrzymich budynków. Rydwan ląduje i holograficzne rumaki gasną. Na trawie dokoła stoi bezładnie kilkaset
innych podniebnych pojazdów.
Muza dobywa spomiędzy fałd swej szaty niewielki medalion.
- Hockenberry - zwraca się do mnie - otrzymałam polecenie, by
zaprowadzić cię do miejsca, w którym nie możesz przebywać. Jedno z bóstw
zasugerowało, bym wręczyła ci dwa przedmioty, dzięki którym w razie
wykrycia nie zostaniesz natychmiast zgnieciony jak komar. Załóż to.
Muza wręcza mi oba rekwizyty - wspomniany medalion na łańcuszku i skórzany hełm, przypominający pokryty dekoracyjnymi tłoczeniami kaptur.
Wisiorek jest mały, lecz dosyć ciężki, być może szczerozłoty.
Muza wyciąga rękę i przekręca jego zewnętrzną obwódkę w kierunku
przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.
- To jest osobisty teleporter kwantowy. Identycznymi posługują się
bogowie - tłumaczy, nieco obniżając głos. - Dzięki niemu możesz się
przenieść w dowolne miejsce. Wystarczy, że je sobie wyraźnie wyobrazisz.
Ten przyrząd pozwala również śledzić bogów podróżujących poprzez
przestrzeń Plancka. Natomiast twojego śladu kwantowego nie wytropi nikt,
z wyjątkiem bóstwa, które mi te przedmioty przekazało. Zrozumiałeś?
- Tak - odpowiadam, próbując opanować drżenie głosu. Nie powinienem tego
podarku przyjmować. Przypłacę to głową. Drugi "prezent" okazuje się
znacznie bardziej groźny.
- Oto Hełm Śmierci - podejmuje Muza, wkładając mi na głowę ozdobne,
skórzane nakrycie, po czym zsuwa mi je na szyję jak zwykły kaptur. -
Hełm, który wyszedł spod ręki samego Hadesa. To jedyna rzecz w całym
wszechświecie, która pozwoli ci się ukryć przed boskim wzrokiem.
Mrugam gwałtownie z przygłupią miną. Przypominam sobie mgliście jakieś
dotyczące "Hełmu Śmierci" przypisy z naukowych opracowań i uświadamiam
sobie, że samo imię Hades (po grecku Äid?s) oznaczało pierwotnie
"niewidzialny". Jeżeli się jednak nie mylę, Homer wspomina o Hełmie
Śmierci tylko jeden, jedyny raz, w scenie, w której Atena nakłada go, by
umknąć przed spojrzeniami boga wojny, Aresa. Dlaczego, na litość
Olimpijczyków, któreś z bóstw postanowiło mi tego diabelstwa użyczyć? W co oni próbują mnie wrobić? Czuję jak miękną mi kolana.
- Załóż ten hełm - rozkazuje Muza.
Niezręcznie podciągam gruby skórzany kaptur. Pod palcami wyczuwam wszyte
wewnątrz urządzenia: układy scalone, nanomaszyny. Hełm jest wyposażony w przezroczyste, giętkie osłony na oczy i przesłaniającą usta siatkę. Gdy
nasuwam go do końca, powietrze wokół dziwnie faluje, aczkolwiek poza tym
widzę zupełnie normalnie.
- Niebywałe - zdumiewa się Muza. Patrzy prosto na mnie, lecz wyczuwam,
że mnie nie widzi.
Przychodzi mi do głowy, że spełniłem właśnie marzenie wszystkich
nastolatków świata - stałem się niewidzialny. Oczywiście, zupełnie przy
tym nie pojmuję, w jaki sposób hełm zdołał zamaskować całe moje ciało.
Korci mnie, by rzucić się do natychmiastowej ucieczki i skryć przed Muzą
i całą resztą Olimpijczyków. Dławię ten niebezpieczny impuls. Gdzieś
przecież musi tkwić haczyk. Żaden bóg czy bogini, nawet nie moja
podrzędna Muza, nie obdarzyłby prostego scholiasty tak potężnymi
narzędziami bez należytego zabezpieczenia.
- To urządzenie zapewni ci niewidzialność w oczach wszystkich bóstw, z wyjątkiem bogini, która poleciła mi je tobie przekazać - podejmuje Muza
półgłosem, wpatrując się w pustkę nad moim prawym ramieniem. - Ona
jednak wciąż będzie cię mogła zobaczyć i wytropić dokądkolwiek się
udasz, Hockenberry. I mimo że medalion niweluje wydawane przez
właściciela dźwięki, wonie i tłumi nawet bicie serca, to pamiętaj, że
zmysły bogów działają w sposób dla ciebie niepojęty. Przez następne
kilka minut nie będziesz się ode mnie oddalać. Stąpaj ostrożnie. Nie
odzywaj się. Oddychaj tak płytko i powoli, jak tylko zdołasz. Jeżeli
zostaniesz wykryty, ani ja, ani twa boska patronka nie zdołamy cię
uchronić przed gniewem Zeusa.
Czy ktoś mi powie, w jaki sposób zdjęty przerażeniem człowiek ma
oddychać płytko i powoli? Oczywiście potakuję skinieniem, zapomniawszy,
że Muza mnie teraz nie widzi.
- Tak, moja bogini - poprawiam się po chwili ochrypłym głosem, widząc,
że nadal patrzy wyczekująco tam, gdzie mnie akurat nie ma.
- Ujmij mnie za ramię - pada szorstka komenda. - Przez cały czas
pozostaniesz przy mnie. Nie odchodź i nie oddalaj się albo zostaniesz
zgładzony.
Chwytam ją za łokieć gestem nieśmiałej panienki na pierwszym dorosłym
balu. Muza ma zimną skórę.
***
Byłem kiedyś z wycieczką w Budynku Montowania Pojazdów w Centrum
Kosmicznym imienia Kennedy'ego na przylądku Canaveral. Przewodniczka
opowiadała, że pod wiszącym setki stóp nad betonową posadzką dachem
tworzą się niekiedy chmury. Mimo to cały BMP dałoby się ustawić w rogu
gigantycznego pomieszczenia, w którym się teraz z Muzą znajdujemy, i wyglądałby tutaj bardzo mizernie. Ot, domek z klocków w gotyckiej
katedrze.
Kiedy człowiek myśli o bogach, przed oczyma stają mu ci najbardziej
znani, najważniejsi - Zeus, Hera, Apollo i kilkoro innych - w sali
zebrały się już setki bóstw, a mimo to wnętrze zieje pustką.
Niesłychanie wysoko, jakby całe mile powyżej, majaczy złota kopuła -
Grecy nie znali sekretu konstrukcji kopuł, więc architektura budynku
kontrastuje z rygorystycznie klasycznym stylem reszty wielkich gmachów,
jakie widziałem dotąd na Olimpie. Pomieszczenie ma niezwykłe właściwości
akustyczne, kopuła odbija dźwięki i rozprasza je po całej
przytłaczającej hali.
Posadzka wygląda na wykonaną z kutego złota. Bogowie stoją na krętych
antresolach, opierają się o marmurowe balustrady i spoglądają w dół. We
wszystkich ścianach otwierają się setki łukowato sklepionych wnęk, w których bieleją marmurowe posągi, przedstawiające zebrane tu dzisiaj
postacie.
Gdzieniegdzie rozbłyskują barwne hologramy Achajów i Trojan, wiele
spośród nich ukazuje naturalnych rozmiarów mężczyzn i kobiet zajętych
toczeniem sporów, jedzeniem, kochaniem się bądź spaniem. W pobliżu
środka sali złota posadzka obniża się stopniowo, tworząc zagłębienie
większe od kilkunastu basenów olimpijskich, w którym wyświetlane są
napływające w czasie rzeczywistym obrazy z Ilionu - widoki z lotu ptaka,
zbliżenia, szerokie panoramy. Rozmowy Greków i obrońców Troi dolatują do
nas tak wyraźne, jakby znajdowali się tu razem z nami. Całą tę
wypełnioną projekcjami nieckę otaczają bogowie: rozpierają się w kamiennych tronach, wyciągają się wygodnie na miękkich kanapach, stoją
odziani w swoje komiksowe togi. A są to bóstwa najważniejsze. Trzon
panteonu. Ci, których imiona znają nawet dzieciaki z podstawówki.
Kiedy Muza podchodzi do zagłębienia, pomniejsi bogowie rozstępują się
przed nami. Staram się nadążać, nie oderwać dygocącej dłoni od jej
złocistego ramienia, nie skrzypnąć sandałem, nie potknąć się, nie
kichnąć i nie oddychać. Wychodzi na to, że bogowie faktycznie mnie nie
widzą. Zakładam, że gdyby mnie zobaczyli, dowiedziałbym się o tym bez
chwili zwłoki.
Muza zatrzymuje się kilka metrów od Pallas Ateny, a ja przysuwam się do
niej tak blisko, że czuję się niczym trzyletni chłopczyk, kryjący się za
spódnicą mamusi.
Trwa właśnie zajadły spór. Hebe, jedna z mniej istotnych bogiń, krąży
między zebranymi, rozlewając do złotych kielichów złocisty nektar. Na
tronie siedzi Zeus i już na pierwszy rzut oka widać, że to on jest tutaj
królem: Zeus gromowładny, bóg nad bogami.
On wcale nie wygląda na postać z komiksu. Jest w najwyższym stopniu
rzeczywisty, niesamowicie wysoki, brodaty, o mięśniach natartych oliwą.
Sama jego namacalna i władcza obecność wystarcza, by krew zaczęła
stygnąć mi w żyłach.
- W jaki sposób mamy skutecznie trzymać pieczę nad przebiegiem tej
wojny? - Zeus zwraca się ostro do zebranych, rzucając jednocześnie
Herze, swej małżonce, ostre jak sztylet spojrzenie. - Jak mamy kierować
losem Heleny? Czy to w ogóle wykonalne, skoro tak potężne boginie jak
Hera z Argos i Atena, patronka żołnierzy, raz po raz dopuszczają się
bezpośrednich interwencji? Znakomitym przykładem jest niedawne
powstrzymanie ręki Achillesa, który chciał przelać krew Atrydy.
Następnie kieruje swe chmurne, miotające pioruny oczy ku bogini
wylegującej się na fioletowych poduchach.
- A ty, wiecznie roześmiana Afrodyto, wiernie trzymająca stronę
pięknolicego Parysa, odpędzająca od niego złe duchy i odbijająca celnie
rzucone włócznie? W jaki sposób mamy jasno przekazać śmiertelnym wolę
bogów, a przede wszystkim, nie bójmy się tego powiedzieć otwarcie, wolę
Zeusa, jeśli boginie raz po raz będą chronić swych faworytów, nie licząc
się z wyrokami Przeznaczenia? Wiedz, Hero, że wbrew wszystkim twym
machinacjom, Menelaos może jeszcze powieźć Helenę z powrotem do domu...
Możliwe również, któż zdoła cokolwiek przewidzieć, że to Ilion wyjdzie z oblężenia zwycięsko. Bez względu jednak na ostateczny wynik, nie
dopuszczę, by zdecydowała o nim garstka boginek.
Hera splata smukłe ramiona na piersi. W homeryckim eposie ciało Hery
bardzo często jest określane mianem "śnieżnego", więc podświadomie
spodziewałem się, że skóra na jej rękach będzie bielsza niż u innych
bogiń. I chociaż cera Hery rzeczywiście ma mleczny odcień, to wcale nie
jaśniejszy niż skóra Afrodyty, Hebe (córki Hery), czy którejkolwiek z bogiń, jakie widzę ze swego miejsca... Z jedynym wyjątkiem Ateny, dziwnie
mocno opalonej. Doskonale rozumiem, że epitety w eposach Homera pełnią
rolę służebną wobec formy; o Achillesie czytamy co chwila, że jest
"szybkonogi", Apollo "strzały wypuszcza dalekie", a imię Agamemnona
poprzedza zwykle zwrot "narodów król", lub stwierdzenie, że "trzyma
szerokie panowanie"; okręty Achajów są "czarne" i tak dalej. Powtarzanie
owych określeń pozwalało spełnić niełatwe wymogi heksametru
daktylicznego, co było dla autora ważniejsze niż ich czysto opisowa
wartość. Innymi słowy, tak ułożony utwór można było swobodnie zaśpiewać
bez naruszania metrum. Zawsze też podejrzewałem, że niektóre z rytualnych wyrażeń Homera - dajmy na to "różanopalca jutrzenka" - są
zwykłymi wypełniaczami, pozwalającymi aojdom zyskać kilka cennych sekund
na przypomnienie sobie (lub wymyślenie) ciągu dalszego.
Ze świadomością wszystkich powyższych zastrzeżeń i tak uważnie
przyglądam się ramionom Hery, która szykuje się, by odpowiedzieć
małżonkowi.
- Synu Kronosa, władco najsroższy - zaczyna, wciąż ze skrzyżowanymi
rękoma - co ty, do cholery, wygadujesz? Jak śmiesz choćby myśleć o zniweczeniu moich wysiłków? Żeby sprowadzić tu armie Achajów, wylałam
litry nieśmiertelnego potu. Natrudziłam się, łechcąc rozbuchane ego
wszystkich tych herosów, obłaskawiając ich, by nie wyrżnęli się
nawzajem, zanim wymordują Trojan. Z trudem prawdziwym i wysiłkiem, swoim
własnym wysiłkiem, mężu Zeusie, pracowałam, by zesłać niedolę na króla
Priama, jego synów i stolicę.
Zeus marszczy czoło i pochyla się na swym tronie, który sprawia wrażenie
niezbyt wygodnego. Wielkie białe pięści na przemian zaciskają się i rozluźniają.
Poirytowana Hera wznosi dłonie ku niebu.
- Zrobisz, co zechcesz, jak zwykle zresztą. Nie spodziewaj się jednak,
że ktokolwiek z nieśmiertelnych będzie cię za to wychwalać.
Gromowładny podrywa się z miejsca. O ile pozostali bogowie mają po dwa,
trzy metry wzrostu, to Zeus musi sobie mierzyć dobrze ponad trzy. Czoło
ma w tej chwili nie tyle zmarszczone, ile raczej pokryte głębokimi
wąwozami, i zaczyna grzmieć - wcale nie metaforycznie:
- Hero! Moja droga, kochana i nienasycona Hero! Cóż takiego uczynił ci
Priam bądź jego synowie? Jaką krzywdę ci wyrządzili, że zapałałaś tak
nieustępliwą i wściekłą żądzą zniszczenia Ilionu?
Hera stoi bez słowa. Ręce opuściła wzdłuż boków. Co jedynie dodatkowo
zaognia monarszą wściekłość Zeusa.
- Więcej w tobie krwiożerczych uczuć niż gniewu, bogini! - ryczy. - Nie
ustaniesz, póki nie roztrzaskasz bram Troi, nie spoczniesz do chwili,
kiedy nie zwalisz jej murów i nie pożresz parujących ciał obrońców.
Buńczuczny wyraz twarzy Hery w zasadzie potwierdza słowa oskarżenia.
- No cóż... - grzmi Zeus i nagle traci rezon, w czym do złudzenia
przypomina wszystkich skruszonych małżonków w dziejach. - Rób jak
uważasz, Hero. Powiem ci jednak coś jeszcze i chcę, żebyś dobrze to
sobie zapamiętała. Gdy nadejdzie dzień, w którym to ja poprzysięgnę
jakiemuś miastu zniszczenie i obiecam pożreć jego obywateli, miastu,
które ty będziesz kochała równie gorąco, jak ja kocham Ilion, wtedy nie
waż się nawet myśleć o uśmierzeniu mego gniewu.
Bogini zbliża się do męża trzema szybkimi krokami. Jej ruchy kojarzą mi
się z gracją atakującego drapieżnika, bądź wdziękiem, z jakim szachowy
arcymistrz dostrzega i wykorzystuje nadarzającą się kombinację.
- Znakomicie! Najbardziej ze wszystkich umiłowałam sobie Argos, Spartę i Mykeny, których szerokie aleje są równie wspaniałe i dumne jak ulice
przeklętego Ilionu. Złup je i zniszcz, mój panie, skoro taka jest wola
twego gniewnego serca. Nie sprzeciwię ci się. Nie będę żywić o to urazy...
Nie zyskałabym na tym wiele, gdyż to ty jesteś z nas dwojga silniejszy.
Nie zapominaj wszak o jednym, mój Zeusie. Owszem, jestem ci połowicą,
lecz jestem również córą Kronosa i zasługuję na twe poważanie.
- Nawet przez mgnienie oka nie twierdziłem inaczej - mamroce Zeus pod
nosem i ponownie zasiada na twardym tronie.
- W takim razie ustąpmy sobie wzajemnie - proponuje Hera, w której
głosie pojawia się niemożliwa do przeoczenia domieszka słodyczy. - Ja
ulegnę tobie, ty pogodzisz się z moją wolą. Pomniejsze bóstwa
przyklasną. A teraz prędko, mój mężu! Achilles opuścił arenę, a Trojanie
i Achajowie zawarli niepewny rozejm. Spraw, by to mieszkańcy Ilionu jako
pierwsi złamali dane słowo i karki sławetnych Greków.
Zeus wodzi naburmuszonym spojrzeniem, mamroce niewyraźnie pod nosem,
wierci się na siedzeniu, lecz wreszcie spogląda na słuchającą uważnie
Atenę.
- Udaj się czym prędzej na milczące dziś pole bitwy. Rozkazuję ci
sprawić, by Trojanie naruszyli rozejm i przetrącili karki osławionym
Achajom.
- I niech potem zdruzgocą Argiwów - dodaje Hera.
- A dodatkowo, niech potem zdruzgocą Argiwów - powtarza zrezygnowany
Zeus.
Atena znika w rozbłysku kwantowej teleportacji. Zeus z Herą opuszczają
wielką salę, pozostali bogowie odchodzą powolnym krokiem, wymieniając
się ściszonymi uwagami.
Muza daje mi znak nieznacznym skinieniem palca i wyprowadza mnie za
drzwi.
***
- Hockenberry - odzywa się bogini miłości, wygodnie rozparta na usłanej
poduchami otomanie. Ciążenie, mimo że niewielkie, podkreśla jedwabistą,
mleczną zmysłowość jej figury.
To Muza przywiodła mnie do tego tonącego w półmroku pokoju, jednego z wielu na Dworze Bogów. Komnatę rozświetla jedynie blask nikłych płomieni
w koksowniku i poświata czegoś, co podejrzanie przypomina komputerowy
monitor. Szeptem przykazała mi zdjąć Hełm Śmierci z głowy, co witam z mieszanymi uczuciami. Z ulgą pozbyłem się skórzanego kaptura, lecz wraz
z widzialnością powrócił strach.
Zaraz potem wkroczyła Afrodyta, ułożyła się na kanapie i powiedziała:
- To wszystko, Melete. Wezwę cię, gdy będziesz potrzebna.
Muza wyszła przez ukryte w ścianie drzwi.
Melete - powtórzyłem w duchu. Imię nie należy do żadnej z dziewięciu
córek Mnemosyne. Pochodzi ze znacznie wcześniejszej epoki, kiedy
powszechnie uznawano, że muz jest tylko trójka: Melete, patronująca
"ćwiczeniu", opiekująca się "zapamiętywaniem" Mneme oraz Aoide,
odpowiedzialna za...
- Hockenberry, na Dworze Bogów widziałam cię wyraźnie - podejmuje
Afrodyta, odrywając mnie od uniwersyteckich rozważań. - Gdybym wskazała
cię Zeusowi, nie byłbyś w tej chwili nawet garstką popiołu. Także
teleportacyjny medalion nie pomógłby ci w ucieczce, gdyż jestem cię w stanie wyśledzić w dowolnym punkcie czasu i przestrzeni. Czy rozumiesz,
z jakiego powodu tutaj trafiłeś?
Zatem to Afrodyta jest moją patronką. To ona rozkazała Muzie wręczyć mi
oba urządzenia. Co powinienem zrobić? Przyklęknąć? Paść na twarz przed
boskim majestatem? Jak się do niej zwracać? Jeszcze nigdy w ciągu
dziewięciu lat, dwóch miesięcy i osiemnastu dni na Olimpie żadne bóstwo
nie zwróciło na mnie najmniejszej uwagi. Nie licząc Muzy.
Ostatecznie decyduję się na lekki ukłon i skromnie odwracam spojrzenie
od jej urody. Nie patrzę na różowe sutki prześwitujące przez cienką
warstwę jedwabiu, nie widzę już delikatnie zakreślonego brzucha, pod
którym, między udami, widnieje trójkątny cień.
- Nie, moja bogini - odpowiadam wreszcie, gdy już z wysiłkiem
przypomniałem sobie o co pytała.
- A czy wiesz, dlaczego zostałeś wytypowany na scholiastę, Hockenberry?
Dlaczego twoje DNA uniknęło nanocytowego wstrząsu? I dlaczego, zanim
wybrano cię do reintegracji, twoje prace na temat wojny zostały
umieszczone w simpleksie?
- Nie, moja bogini. - To moje DNA uniknęło jakiegoś nanocytowego
wstrząsu?
- A czy wiesz w ogóle, śmiertelny cieniu, czym w ogóle jest simpleks?
Czyżby wirusem opryszczki? - myślę.
- Nie, moja bogini - odpowiadam.
- Simpleks to prosty obiekt geometrii matematycznej. Ćwiczenie z logistyki. Zwinięty w trzecim wymiarze trójkąt bądź trapezoid - tłumaczy
Afrodyta. - Dopiero w przestrzeni wielowymiarowej i z uwzględnieniem
algorytmów określających nowe zakresy pojęciowe, tworzących i niwelujących ewentualne obszary przestrzeni N, płaszczyzna wykluczenia
nabiera ustalonych konturów. Czy teraz pojmujesz, Hockenberry?
Rozumiesz, jaki ma to związek z przestrzenią kwantową, z czasem, z toczącą się na równinie wojną i wreszcie z twoim własnym losem?
- Nie, moja bogini. - Tym razem drżenie mojego głosu jest wyraźne.
Przestaję nad nim panować.
Słyszę szelest jedwabiu i podnoszę wzrok na czas dostatecznie długi, by
ujrzeć najpiękniejszą z kobiet, która właśnie poprawia się wśród poduch
na otomanie. Mignęły mi jej gładkie uda i jasne ramiona.
- Nieistotne - słyszę. - Ty, tudzież śmiertelnik będący twoim wzorcem,
kilka tysięcy lat temu napisałeś książkę. Czy pamiętasz jej treść?
- Nie, moja bogini.
- Hockenberry, jeżeli odpowiesz mi w ten sposób raz jeszcze, rozszarpię
cię od krocza do czoła, a z twoich jelit uplotę sobie podwiązki.
Dosłownie. Czy chociaż to było dla ciebie wystarczająco zrozumiałe?
Nie jest łatwo rozmawiać, kiedy człowiek nie ma w ustach nawet grama
śliny.
- Tak, moja bogini - odpowiadam szeleszczącym, przesuszonym głosem.
- Ta książka liczyła sobie dziewięćset trzydzieści pięść stron i traktowała o jednym, jedynym słowie. Menin. Czy teraz sobie
przypominasz?
- Nie, moja bo... Obawiam się, że nie pamiętam, Afrodyto. Jestem jednak
pewien, że wszystko, co mówisz, jest prawdą.
Znowu zerkam w górę. Zauważam, że bogini lekko się uśmiecha. Wsparła
podbródek na lewej dłoni, jej palec układa się wzdłuż policzka ku
idealnie zarysowanej ciemnej brwi. Oczy Afrodyty mają odcień wykwintnego
koniaku.
- Gniew - tłumaczy szeptem. - Menin aeide thea... Czy wiesz, kto w tej
wojnie zwycięży, Hockenberry?
Teraz muszę się zastanowić naprawdę szybko. Gdybym nie znał zakończenia
eposu, okazałbym się marnym scholiastą - aczkolwiek "Iliada" wcale nie
kończy się zniszczeniem Troi, a opisem ceremonii pogrzebowej Patroklosa,
przyjaciela Achillesa. Co więcej, wzmianki o drewnianym koniu pojawiają
się tylko w kilku uwagach Odyseusza, i to zamieszczonych w zupełnie
innym dziele... Jeżeli jednak udam, że znam rezultat tej konkretnej wojny...
Podsłuchany dopiero co spór potwierdził, że edykt Zeusa, na którego mocy
Olimpijczykom nie wolno znać treści homeryckiego eposu, wciąż pozostaje
w mocy... Nie chciałbym wykazać się wyniosłością i dać do zrozumienia, że
jestem pod jakimkolwiek względem lepszy niż Olimpijczycy i sama Fortuna.
Pycha nigdy nie zyskiwała śmiertelnym boskiego poklasku. Poza tym Zeus,
a tylko on zna całość "Iliady", zezwolił reszcie bogów oraz scholiastom
dyskutować wyłącznie o wydarzeniach, jakie już nastąpiły. A ktokolwiek
wkurzy Zeusa, nie powinien liczyć na długie i szczęśliwe życie.
Niemniej, podobno, wstrząs nanocytowy mi nie grozi... No, ale z drugiej
strony, skoro bogini miłości zapowiada, że zrobi z moich jelit
podwiązki, to nie mam najmniejszego powodu w nią wątpić.
- Jak brzmiało pytanie, moja bogini? - Na nic lepszego mnie w tej chwili
nie stać.
- Znasz zakończenie "Iliady", lecz gdybym cię o nie zapytała,
postąpiłabym wbrew rozkazowi Zeusa - mówi Afrodyta. Jej uśmiech zniknął,
zastąpiony nader kobiecym grymasem nadąsanych ust. - Mogę cię jednak
zapytać, czy epos przewidział ten konkretny rozwój wypadków. Zatem?
Scholiasto Hockenberry, czy według ciebie to Zeus włada wszechświatem,
czy więcej do powiedzenia ma Przeznaczenie?
O w dupę! - myślę. Każda możliwa odpowiedź sprawi, że zostanę
wypatroszony, a ta piękna kobieta, bogini, wdzieje podwiązki ociekające
moimi płynami ustrojowymi.
- Według mnie, bogini, chociaż wszechświat nagina się do woli Zeusa i jest zmuszony zarazem wypełniać kaprysy boskiej siły zwanej
przeznaczeniem, to życiem zarówno ludzi, jak i bogów rządzi również
kaos.
Afrodyta prycha z rozbawieniem. Cała jest taka miękka, namacalna,
wabiąca...
- Nie chcemy raczej, by o wyniku tego starcia zdecydował chaos - mówi
głosem, w którym nie znajduję już nawet krztyny wesołości. -
Obserwowałeś może dzisiaj chwilę, kiedy Achilles wycofał się z walki?
- Tak, moja bogini.
- Wiesz też o tym, że mężobójca zanosił wcześniej modły do Tetydy?
Prosił ją, by ukarała Achajów za hańbę, jaką okrył go Agamemnon.
- Nie byłem tego bezpośrednim świadkiem, bogini, lecz wiem że taki
rozwój wypadków został przewidziany w... eposie. - Bezpieczne
sformułowanie. Mowa o wydarzeniach z przeszłości. Poza tym Tetyda,
morska boginka, jest matką herosa i cały Olimp wie, że Achilles wzywał
jej pomocy.
- Nie inaczej - przytakuje Afrodyta. - Ta flądra o mokrych cycach
doczłapała się już na dwór i rzuciła się Zeusowi do kolan, zaraz po tym,
jak stary dureń wrócił znad rzeki Okeanos, gdzie jak zwykle łajdaczył
się w towarzystwie Etiopów. Błagała go w imię Achillesa, by udzielił
zwycięstwa Trojanom, a ten pryk wyraził zgodę, co naraziło go na domowy
spór z Herą, naczelną patronką Argiwów. Stąd owa scysja, którą miałeś
okazję obserwować.
Prostuję się. Staję ze spuszczonymi wzdłuż ciała rękoma, dłonie kieruję
naprzód, lekko skłaniam głowę. Przez cały ten czas obserwuję Afrodytę
uważnie, jakby była jadowitą kobrą, aczkolwiek wiem, że gdyby uznała za
stosowne mnie zgładzić, zaatakowałaby dalece szybciej i bardziej
skutecznie niż najgroźniejszy wąż.
- Czy wiesz, dlaczego przeżyłeś tu dłużej niż jakikolwiek scholiasta w dziejach? - syczy bogini.
Nie przychodzi mi do głowy żadna odpowiedź, która nie doprowadziłaby do
mojego rychłego zgonu. Nieco bardziej pochylam głowę i czekam w milczeniu.
- Żyjesz, ponieważ przewidziałam, że będziesz w stanie wyświadczyć mi
kiedyś przysługę.
Krople potu perlą się na moim czole. Spływają i pieką w oczy. Wyczuwam
też strużki na policzku i karku. Bezwzględnym obowiązkiem scholiastów -
od dziewięciu lat, dwóch miesięcy i osiemnastu dni także moim - jest
obserwować toczącą się na równinie Ilionu wojnę, ale tylko obserwować.
Pod żadnym pozorem nie wolno nam wpływać na jej wynik, nie możemy
dopuścić się niczego, co mogłoby w choć najdrobniejszy sposób zmienić
ostateczny rezultat oblężenia, czy uczynki i decyzje herosów.
- Słyszałeś, co powiedziałam, Hockenberry?
- Tak, moja bogini.
- I nie ciekawi cię, o jakiej przysłudze mówię, scholiasto?
- Ciekawi, moja bogini.
Afrodyta podnosi się z kanapy. Raz jeszcze się kłaniam, lecz słyszę
szmer jedwabnej sukni, dobiega mnie nawet odgłos towarzyszący ocieraniu
się delikatnych białych ud. Kiedy do mnie podchodzi; czuję woń pachnideł
i kobiecości. Zatrzymuje się tuż obok. Zapomniałem - na chwilę - jak
wysokie są boginie, lecz uświadamiam to sobie natychmiast, gdy wyczuwam,
że się nade mną pochyla. Piersi zawisają ledwie o kilka cali od moich
wpatrzonych w posadzkę oczu. Przez mgnienie zmagam się z potrzebą
zagrzebania twarzy w aromatycznej dolinie jej biustu i chociaż doskonale
zdaję sobie sprawę, że byłby to mój ostatni wybryk przed brutalnym
końcem, jestem prawie pewien, że nie pożałowałbym. Pokusa jednak
przemija błyskawicznie.
Afrodyta składa mi dłoń na spiętym ramieniu, muska tłoczenia na skórze
Hełmu Śmierci, po czym delikatnie wiedzie koniuszkami palców po moim
policzku. Boję się straszliwie, lecz czuję też wzbierającą, silną i twardą erekcję.
Kiedy słyszę jej cichy, zmysłowy i nieco rozbawiony szept, nabieram
pewności, że bogini doskonale wie, co się ze mną dzieje. Więcej,
oczekuje tego niczym należnego sobie hołdu. Nachyla się ku mnie tak
blisko, że owiewa mnie ciepło jej oddechu. Padają dwa zwięzłe polecenia.
- Będziesz dla mnie szpiegował pozostałych bogów. - Pierwsze,
wypowiedziane półgłosem. I to drugie, niemal zagłuszone oszalałym biciem
mojego serca: - A gdy nadejdzie właściwa pora, zabijesz Atenę.
7. Centrum Conamara Chaos
7
Centrum Conamara Chaos
Razem z Mahnmutem, w hermetycznej, klimatyzowanej sali konferencyjnej
zajęła miejsca piątka galilejskich morawców. Pochodzącego z Europy
robota znał - naczelny integrator z Pwyll nazywał się Asteague/Che -
lecz pozostała trójka była prowincjuszowi Mahnmutowi równie obca jak
kraken. Morawiec z Ganimedesa cieszył się wysoką i elegancką
konstrukcją, atawistycznie humanoidalną, typową dla morawców z jego
księżyca. Miał czarną fulerenową powłokę i owadzie oczy. Przybysz z Callisto projektem i rozmiarami bardziej przypominał Mahnmuta - był
wysoki na około metr i znacznie mniej kojarzył się z człowiekiem.
Chroniła go przejrzysta polimerowa obudowa, pod którą można było
wypatrzeć fragmenty syntetycznej skóry, a nawet kawałki prawdziwego
ciała. Mógł ważyć trzydzieści, najwyżej czterdzieści kilogramów. Robot z Io natomiast sprawiał wrażenie... imponujące. Wytrzymały, klasycznego
projektu morawiec, zbudowany, by bez trudu znosić warunki panujące w plazmowych torusach i siarkowych gejzerach. Był wysoki na co najmniej
trzy metry, długi na sześć, a kształtem przywodził na myśl ziemskie
skrzypłocze. Podobnie jak one opancerzony i wyposażony w nieprzyzwoicie
liczne wypustki, siłowniki, obiektywy, witki, czułki, szerokozakresowe
sensory i chwytaki. Już na pierwszy rzut oka widać było, że długotrwała
praca w próżni nie jest mu obca - jego obudowę pokrywały liczne ślady po
uderzeniach kosmicznego śmiecia, po wielokroć wygładzane i polerowane
tylko po to, by zaraz pojawiły się świeże. W efekcie był równie dziobaty
jak naznaczona kraterami powierzchnia jego macierzystej Io. Wchodząc i ustawiając się w sali, korzystał ze swych potężnych reflektorów
grawitacyjnych - nie chciał zarysować podłogi. Ostrożność podpowiedziała
Mahnmutowi, by się nie zbliżać zanadto do olbrzyma. Zajął miejsce po
przeciwnej stronie stołu.
Morawce nie przedstawiły się sobie ani w podczerwieni, ani drogą
radiową. Mahnmut uznał, że nie będzie się wyrywać. Podłączył się do
regeneracyjnych pępowin, pociągnął łyk i czekał.
Osobiście po prostu lubił oddychać powietrzem pobieranym z zewnątrz i robił to zawsze, kiedy pozwalały mu warunki, lecz zdziwił się, że w sali, w której przebywały morawce z Io i Ganimedesa, istoty zdecydowanie
niewymagające atmosfery, ustawiono ciśnienie aż siedmiuset milibarów. W pewnej chwili Asteague/Che nawiązał łączność za pomocą mikromodulacji
fal powietrza. Mowa. W dodatku posłużył się ludzkim językiem. Angielskim
z Zapomnianej Ery. Dopiero teraz dotarło do Mahnmuta, że salę wypełniono
powietrzem nie dla wygody, lecz w celu zapewnienia poufności spotkania.
W układzie galilejskim komunikacja dźwiękowa stanowiła najbardziej
bezpieczny kanał przekazywania informacji i w systemy jej przetwarzania
wyposażono nawet ciężkiego, próżniowego robota z Io.
- Na wstępie chcę wszystkim podziękować za przybycie kosztem waszych
zwykłych obowiązków - rozpoczął naczelny integrator z Pwyll - Szczególne
wyrazy wdzięczności należą się tym, którzy przylecieli z innych
księżyców. Nazywam się Asteague/Che. Witam Korosa III z Ganimedesa, Ri
Po z Callisto, Mahnmuta badającego lokalny, europański biegun południowy
oraz Orphu z Io.
Mahnmut aż przeliczył ze zdziwienia i natychmiast otworzył prywatne
łącze radiowe.
- Orphu z Io? Mój wieloletni rozmówca, znawca spuścizny Szekspira?
- We własnej osobie. Mahnmut, przyjacielu, to wielka przyjemność móc cię
wreszcie spotkać osobiście.
- Niezwykłe! Jakie były szanse, że zetkniemy się w taki akurat sposób?
- Wcale nie tak małe, jak ci się wydaje, przyjacielu. Kiedy tylko
usłyszałem, że zostaniesz zaproszony do udziału w tej samobójczej
ekspedycji, zacząłem usilnie zabiegać, by i mnie do niej dokooptowano.
- Samobójczej ekspedycji? O czym ty mówisz?
- ...po ponad pięćdziesięciu jowiszowych latach od ostatniego kontaktu z postludźmi... w ziemskiej rachubie będzie to około sześciu stuleci... -
ciągnął Asteague/Che - do cna straciliśmy rozeznanie w ich zamiarach i poczynaniach. A brak pewności wywołuje nerwowość. Nastał czas, by
zorganizować ekspedycję do centrum Układu Słonecznego, w stronę domu, by
tak rzec, i dowiedzieć się, jaki jest obecny ewolucyjny status tych
istot, oraz ocenić, czy mogą stanowić dla Galilejczyków bezpośrednie
zagrożenie. - Tu Asteague/Che na moment urwał. - A istnieją powody, by
sądzić, że tak.
Przezroczysta ściana za europańskim integratorem, przez którą widać było
masyw Jowisza wznoszący się ponad zalaną blaskiem gwiazd lodową równiną,
zmatowiała i wyświetlone zostały na niej księżyce i planety wirujące w dostojnym tańcu wokół odległej gwiazdy. Zbliżenie ukazało układ Ziemi,
Księżyca i pierścieni.
- W ciągu ubiegłych pięciuset ziemskich lat drastycznie spadła aktywność
postludzi, mierzona pod względem ilości modulowanych sygnałów radiowych,
grawitonowych i neutrinowych - oznajmił Asteague/Che. - Sto lat temu
odebraliśmy ostatni tego rodzaju sygnał. Z samej Ziemi dochodzą nas
jedynie impulsy śladowe, zapewne wytworzone działalnością robotów.
- Czy nadal egzystuje tam niewielka grupka pierwotnych ludzi? - spytał
Ri Po, niewielki morawiec z Callisto.
- Tej informacji nie posiadamy - odparł Asteague/Che, po czym
przeciągnął ręką nad pulpitem i na okiennym ekranie pojawiła się Ziemia.
Mahnmut mimowolnie wstrzymał oddech. Na dwóch trzecich powierzchni
planety panował dzień. Pod zwałami sunących chmur widać było błękit
morza i kilka skrawków brązowych kontynentów. Nigdy jeszcze nie widział
Ziemi. Intensywność barw planety przytłaczała.
- Czy oglądamy transmisję bezpośrednią? - zaciekawił się Koros III.
- Owszem. Konsorcjum Pięciu Księżyców zbudowało niewielki teleskop
optyczny, który został umieszczony w przestrzeni kosmicznej, tuż za
granicą magnetosfery Jowisza. W przedsięwzięciu tym brał między innymi
udział obecny tu Ri Po.
- Przepraszam za tak marną rozdzielczość - odezwał się morawiec z Callisto. - Odkąd ostatnio pracowaliśmy ze sprzętem astronomicznym
działającym w zakresie fal światła widzialnego minęło ponad sto
jowiszowych lat. W dodatku teleskop powstawał w pośpiechu.
- Czy znaleziono jakiekolwiek ślady pierwotnych? - zapytał Orphu z Io i dodał przez radio do Mahnmuta: - Pytam o potomków twojego Szekspira.
- Nic rozstrzygającego - odparł Asteague/Che. - Maksimum rozdzielczości
teleskopu pozwala otrzymać plamkę o boku nieco poniżej dwóch kilometrów.
Nie zaobserwowaliśmy żadnych bezpośrednich świadectw ich obecności,
tudzież ich nowych wytworów. Widać tylko ruiny znane już z wcześniejszych map. Wykryliśmy co prawda pewne neutrinowe oznaki
faksowania, lecz to mogą być ślady resztkowe, bądź jak wspominałem,
działające nadal automaty. Poza tym, muszę przyznać, że ludźmi dawnego
typu obecnie nie zajmujemy się prawie wcale. W tej chwili interesują nas
głównie postludzie.
- Mojego Szekspira? Chciałeś powiedzieć: naszego! - odpowiedział
Iończykowi Mahnmut na prywatnym kanale.
- Musisz mi wybaczyć - odparł Orphu. - Dobrze wiesz, że doceniam sonety
Barda, a nawet jego dramaty. Niemniej od dawna fascynuje mnie przede
wszystkim Proust.
- Proust?! Ten esteta?! Wolne żarty!
- Wręcz przeciwnie. - W poddźwiękowym zakresie fal rozległ się głuchy
hurgot, który Mahnmut zinterpretował jako śmiech rozmówcy.
Integrator wyświetlił obrazy ukazujące niektóre z milionów orbitalnych
modułów mieszkalnych, które otaczały pierścieniami Ziemię. Wiele było
białych, pozostałe pobłyskiwały srebrem. W ostrym świetle pobliskiej
gwiazdy wyglądały cudownie, lecz wydawały się również niezwyczajnie
zimne. I puste.
- Brak komunikacji promowej. Żadnych dowodów na faksową łączność z Ziemią. Zniknęły również konwoje przewożące surowce z pierścieni na
Marsa. Ostatni zaobserwowano dwadzieścia jowiszowych lat temu, czyli
dwieście czterdzieści kilka ziemskich.
- Podejrzewacie zatem, że postludzie także zniknęli? - zapytał Koros
III. - Że z jakiegoś powodu wyginęli? A może wyemigrowali?
- Wiadomo nam tylko, że nastąpiła drastyczna zmiana w zapotrzebowaniu na
energię chronoklastyczną, kwantową i grawitacyjną - wyjaśnił integrator.
Obudowany jasnożółtym pancerzem robot był wyższy i bardziej humanoidalny
niż Mahnmut. Przemawiał spokojnie, niezbyt głośno, modulowanym głosem. -
Obecnie skoncentrowaliśmy zainteresowanie na Marsie.
Ekran wypełnił obraz czwartej planety Układu Słonecznego.
Mahnmut koncentrował swe zainteresowanie na Marsie w najlepszym wypadku
sporadycznie, a wszystkie znane mu hologramy i zdjęcia planety
pochodziły jeszcze z Zapomnianej Ery. Ukazany na ekranie świat w niczym
jednak nie przypominał tamtych wizerunków.
W miejsce rdzawoczerwonej powierzchni pojawiło się niebieskie morze,
zajmujące większą część północnej półkuli. Do tego gigantycznego akwenu
wpadała rzeka Valles Marineris, widoczna pod postacią błękitnej,
szerokiej na wiele kilometrów wstęgi. Spore połacie półkuli południowej
pozostały rudawe, lecz gdzieniegdzie było też widać rozległe plamy
zieleni. Wulkany na wyżynie Tharsis jak dawniej ciągnęły się mrocznym
szeregiem z południowego zachodu na północny wschód. Nad jednym kłębił
się nawet wyraźnie dostrzegalny pióropusz dymu. Olympus Mons z kolei
wznosił się teraz niecałe dwadzieścia kilometrów od wielkiej zatoki
północnego oceanu. Po dziennej połowie planety wędrowały skupiska
białych chmur, natomiast poza linią terminatora, w skrytym w ciemności
Basenie Hellas migotały światła. Na północ od wybrzeża równiny Chryse
Planitia Mahnmut spostrzegł spiralę huraganu.
- Terraformowali go - wyrwało mu się. - Postludzie terraformowali Marsa.
- Jak dawno temu? - spytał Ophu z Io.
Galilejczyków nieszczególnie ciekawiły losy Marsa - podobnie zresztą jak
pozostałych wewnętrznych planet układu (wyjątek stanowiła tu tworzona
dawniej przez ludzi literatura) - zatem zmiany na Czerwonej Planecie
mogły zajść w dowolnym momencie ostatnich dwóch i pół tysiąca ziemskich
lat, kiedy to morawce wzięły rozbrat z ludzkością.
- Cały proces zajął im dwa ubiegłe stulecia - odpowiedział integrator. -
Może półtora.
- Niemożliwe - oświadczył Koros III beznamiętnym, niedopuszczającym
sprzeciwu tonem. - Marsa nie da się terraformować w tak krótkim czasie.
- Owszem, to rzeczywiście wydaje się nierealne - przytaknął
Asteague/Che. - Niemniej przedstawiam wam fakty.
- Czyli postludzie przenieśli się właśnie na Marsa - wywnioskował Ophu z Io.
- Jesteśmy odmiennego zdania - odezwał się mały Ri Po. - Rozdzielczość
naszych zdjęć Marsa jest bardziej znośna niż tych z Ziemi. Dla
przykładu, wzdłuż linii brzegowych...
Wyświetlił na ekranie kręty półwysep, położony na północ od Valles
Marineris. Potężna rzeka - właściwie rozciągnięte śródlądowe morze -
wpadała do zatoki, skąd wąskim przesmykiem przelewała się do wielkiego
północnego oceanu. Zbliżenie ukazało okolicę, w której ląd spotykał się
z morzem - miejscami czerwieniały pustynne wzgórza, gdzie indziej widać
było zieleń gęsto zalesionych równin. Wzdłuż brzegu ciągnął się szereg
maleńkich czarnych punkcików. Ri Po ponownie wzmocnił powiększenie.
- Czy to są... rzeźby? - zdumiał się Mahnmut.
- Tak. Prawdopodobnie kamienne głowy - potwierdził Ri Po.
Zmienił ustawienia projektora i pokazał morawcom cień jednego z niewyraźnych obiektów. W kształcie ciemnej plamy dało się rozpoznać
zarys czoła, nosa i wydatnego podbródka.
- Przecież to jakiś absurd - żachnął się Koros III. - Żeby otoczyć tej
wielkości rzeźbami cały północny ocean, musieliby dysponować milionami
sztuk.
- Według naszych szacunków dokładnie czterema milionami, dwustu trzema
tysiącami, pięciuset dziewięcioma - powiedział Asteague/Che. - Prace
wciąż trwają. Przyjrzyjcie się, proszę, temu zdjęciu. Wykonano je około
dwóch miesięcy temu, gdy Mars znajdował się najbliżej nas.
Na rozmazanym obrazie mrowie maleńkich postaci wlokło na rolkach
olbrzymią kamienną głowę. Twarz posągu zwrócona była ku niebu,
ciemniejące oczy wpatrywały się w obiektyw teleskopu. Maciupkie ludziki
ciągnęły rzeźbę za pomocą długich, uwiązanych do niej lin. Zupełnie jak
egipscy niewolnicy przy budowie piramid - przemknęło Mahnmutowi przez
myśl.
- Ludzie? - odezwał się Oprhu. - Czy może roboty?
- Podejrzewamy, że są to jeszcze inne istoty - podjął Ri Po. - Kwestia
rozmiaru. Zwróćcie również uwagę na barwę owych postaci, ustaliliśmy ją
dzięki analizie widma.
- Zielona? - rzucił Mahnmut. Z zagadek cenił sobie te literackie, za
życiowymi nie przepadał. - Zielone roboty?
- Albo nieznany dotychczas gatunek zielonych humanoidów - zasugerował z całą powagą Asteague/Che.
- A może emzetele? - Ophu zahuczał swym poddźwiękowym śmiechem. -
Wiecie, MZL. Małe zielone ludziki - wyjaśnił na kanale ogólnym i znów
zachichotał.
- W jakim właściwie celu zostaliśmy tutaj wezwani? - Mahnmut spojrzał na
integratora. - Czy mamy cokolwiek wspólnego z terraformowaniem Marsa?
Asteague/Che przestawił okno z powrotem w tryb przezroczystości. W wieczornym świetle atmosferyczne pasy Jowisza i lodowe równiny Europy
wydawały się wyjątkowo ponure. Trupio blady pejzaż mocno kontrastował z oglądanymi przed momentem intensywnymi błękitami i bielą wewnętrznych
planet układu.
- Planujemy wysłać na Marsa ekspedycję. Specjalny zespół, który zbada
sytuację i złoży szczegółowy raport - powiedział integrator. - Do
udziału w misji wytypowani zostaliście właśnie wy. Jeżeli nie wyrażacie
zgody, chciałbym to usłyszeć w tej chwili.
Czwórka morawców milczała na wszystkich zakresach fal.
- Opisując założenia misji, rozmyślnie nie wspomniałem o powrocie -
podjął Asteague/Che. - Nie dysponujemy niezawodną metodą sprowadzenia
was z powrotem w okolice Jowisza. Dlatego proszę o wyraźny sygnał,
jeżeli któryś z was chce odmówić.
Ponownie nie odezwał się nikt.
- Rozumiem - skonstatował europański integrator. - Wszelkie dotyczące
wyprawy szczegóły udostępnimy wam już za parę minut przez sieć,
pozwólcie jednak, że osobiście zwrócę uwagę na najważniejsze elementy
planu. Do badania Marsa wykorzystamy batyskaf Mahnmuta. Ri Po i Orphu
zajmą się sporządzaniem map z orbity. Mahnmut i Koros III wylądują na
powierzchni. Szczególnie interesuje nas aktywność w okolicy największego
wulkanu planety, Olympus Mons. W rejonie tej góry rejestrujemy bardzo
silne i jak dotąd niewyjaśnionej natury fluktuacje kwantowe. Mahnmut
wysadzi Korosa III na wybrzeżu, po czym nasz ganimedejski przyjaciel
przeprowadzi dokładny rekonesans.
Z archiwów i lektur Mahnmut pamiętał, że żyjący w Zapomnianej Erze
ludzie, chcąc zasygnalizować, że zaraz przerwą wypowiedź rozmówcy,
chrząkali. Wydał z siebie stosowny odgłos.
- Musicie wybaczyć moją wrodzoną głupotę, ale chciałbym się dowiedzieć w jaki sposób przetransportujemy "Mroczną damę", mój batyskaf, na Marsa?
- Żadną miarą nie jest to pytanie głupie - przyznał integrator. - Orphu?
Wielki pancerny skrzypłocz obrócił się na swych reflektorach
grawitacyjnych i skierował ku Mahnmutowi czarne obiektywy kamer.
- Ostatniego wypadu w głąb układu dokonaliśmy setki lat temu. Wysłanie
na Marsa czegokolwiek metodami z tamtego okresu zajęłoby pół jowiszowego
roku. Z tego powodu postanowiliśmy skorzystać z nożyc.
Ri Po niespokojnie poruszył się za stołem.
- Wydawało mi się, że nożyce mają być wykorzystywane wyłącznie do
podróży na dystansach międzygwiezdnych.
- Konsorcjum Pięciu Księżyców uznało, że naszej ekspedycji przysługuje
priorytet - odparł Orphu z Io.
- Rozumiem jednak, że wsadzicie nas przedtem do jakiegoś pojazdu? -
upewnił się Koros III. - Czy może będziecie nami strzelać jak kurczakami
z trebusza?
Chrobotliwy, poddźwiękowy rechot Orphu wprawił w drgania cały blat.
Porównanie najwyraźniej przypadło mu do gustu.
Mahnmut podłączył się do ogólnej sieci i przeszukał jej zasoby. Trebusz
okazał się maszyną oblężniczą, stosowaną w Zapomnianej Erze przez ludzi
z cywilizacji Poziomu Drugiego, jeszcze przed wynalezieniem maszyny
parowej. Machina działała w oparciu o proste zasady mechaniki, lecz
strzelała z siłą znacznie większą niż katapulty, była w stanie posłać
wielkie głazy na ponad milę.
- Odpowiedni statek kosmiczny już jest gotowy - wyjaśnił Asteague/Che. -
Na orbitę Marsa dotrze po kilku dniach lotu. Konstrukcja pojazdu
umożliwi również przewiezienie batyskafu Mahnmuta. Specjalnie dla was
zaprojektowano zestaw osłon termicznych, które umożliwią "Mrocznej
damie" bezpieczne wejście w atmosferę.
- Dolecieć do Marsa w kilka dni... - Ri Po zamyślił się. - Jakich
przeciążeń należy się spodziewać podczas opuszczania plazmowego torusa
Io?
- Bez mała trzy tysiące g - odpowiedział Asteague/Che. - Ziemskich.
Mahnmut, który nigdy jeszcze nie doznał ciążenia większego niż panujące
na Europie (a wynosiło ono niecałą jedną siódmą grawitacji Ziemi)
spróbował sobie wyobrazić przeciążenie dwadzieścia jeden tysięcy razy
silniejsze. Bez powodzenia.
- Na okres przyśpieszania cały pojazd, z "Mroczną damą" włącznie,
zostanie wypełniony specjalnym żelem. Będzie nam wygodnie jak układowi
scalonemu w żelatynie - obiecał Orphu z Io.
Stało się jasne, że Orphu brał osobisty udział w budowie statku. Ri Po
miał doświadczenie w obserwacjach Ziemi i Marsa. Również Koros III
został zapewne uprzedzony o przeznaczonej mu roli dowódcy. Mahnmut
odniósł wrażenie, że jedynie on nie brał udziału w przygotowaniach.
Prawdopodobnie dlatego, że przypadło mu zadanie trzeciorzędnego
znaczenia - miał po prostu przeprowadzić batyskaf przez marsjańskie
morza. Może jednak - zastanowił się - powinienem się z tej awantury
wypisać?
- Proust? - zagadnął na prywatnym kanale przybysza z Io.
- Żałuję tylko, że nie polecimy na Ziemię, przyjacielu. Moglibyśmy
odwiedzić Stratford-upon-Avon. Kupilibyśmy sobie pamiątkowy kubek.
Podobnymi żartami przerzucali się już od dawna, lecz w nowym kontekście
dowcip nabrał świeżości. Mahnmut odpowiedział, nadając przyzwoitej
jakości parodię głuchego śmiechu rozmówcy i potężny robot zarechotał tak
donośnie, że w gęstym powietrzu sali usłyszeli to wszyscy pozostali.
Ri Po nie tracił czasu na dowcipy. Zajął się wyliczeniami.
- Nożyce powinny nadać nam prędkość początkową równą prawie dwóm
dziesiątym prędkości światła. Nawet jeżeli w głębi systemu zaczniemy
drastycznie hamować magnetycznym czerpakiem, do celu podejdziemy z mniej
więcej jedną tysięczną c. Wychodzi ponad trzysta kilometrów na sekundę.
Rzeczywiście dolecimy na Marsa bardzo szybko, nawet jeśli, jak w tej
chwili, planeta znajdzie się po drugiej stronie Słońca. Tylko czy
ktokolwiek zastanowił się nad problemem ostatecznego wytracenia
szybkości?
- Tak - Orphu z Io wyciszył śmiech. - Zastanawialiśmy się.
***
Mimo trzydziestu jowiszowych lat istnienia, Mahnmut wciąż nie miał na
Europie nikogo, z kim musiałby się pożegnać. Urtzweil, jego partner
badawczy, został przed osiemnastu laty zmiażdżony przez lodowe ściany
zamykającej się drogi wodnej w pobliżu Krateru Pwyll. W późniejszym
okresie Mahnmut nie związał się już z żadną rozumną istotą.
Szesnaście godzin po konferencji, Centrum Conamara Chaos zleciło
wyspecjalizowanym holownikom orbitalnym podjąć "Mroczną damę" z kanału
nawigacyjnego i wynieść ją na orbitę, gdzie próżniowe morawce, pracujące
pod nadzorem Orphu z Io, umieściły batyskaf w oczekującym już marstatku.
Wiekowe ciągniki międzyksiężycowe sprowadziły marstatek na powierzchnię
Io. Mahnmut przedyskutował pobieżnie kwestię ochrzczenia nowego pojazdu
z trzema pozostałymi morawcami z zespołu, lecz nie wystarczyło im
wyobraźni. Nazewniczy zapał szybko ostygł i od tej chwili mówili po
prostu "statek".
Podobnie jak większości pojazdów kosmicznych, jakie morawce zbudowały
przez tysiące lat swych kosmicznych podróży, także i tego nie można było
określić mianem eleganckiego, a przynajmniej nie wedle klasycznych
standardów. Mierzył sto piętnaście metrów długości i składał się w dużej
mierze z fulerenowego szkieletu, modułów otulonych pomarszczoną warstwą
osłon antyradiacyjnych, półautonomicznych sond oraz istnego gąszczu
anten, czujników i przewodów. Od poruszających się w okolicach Jowisza
pojazdów ich statek różnił się przede wszystkim połyskliwym magnetycznym
rdzeniem dipolowym i ekstrawaganckimi ekranami. Te ostatnie chroniły
gruzłowaty dziób, zamontowane wewnątrz cztery dzwony termojądrowych
reaktorów oraz pięć wygiętych rogów czerpaka Matloffa-Fennelly'ego.
Dziesięciometrowa wypustka na rufie mieściła w sobie złożony, wykonany z boru żagiel. Oba ostatnie urządzenia miały się przydać dopiero przy
hamowaniu, a reaktory nie miały nic wspólnego z zapewnieniem
początkowego przyśpieszenia.
Mahnmut został na - wypełnionym teraz żelem - pokładzie "Mrocznej damy",
podczas gdy Koros III i Ri Po usadowili się sześćdziesiąt metrów dalej,
w dziobowym module sterowniczego, który zwyczajowo nazywali mostkiem. W myśl planu Ri Po miał podczas szaleńczej przejażdżki ku wewnętrznym
planetom podjąć trud nawigacji. Koros III z kolei został oficjalnie
mianowany dowódcą misji. Wspomniany plan nakazywał również
Ganimedaninowi zająć miejsce w batyskafie Mahnmuta - opróżnionym już
wtedy z żelu - na krótko przed lotem "Mrocznej damy" na powierzchnię
Marsa. Po lądowaniu w oceanie Mahnmut miał pełnić rolę taksówkarza i dostarczyć Korosa III na wyznaczone przez dowódcę miejsce, skąd
planowano rozpocząć zwiad. To właśnie Korosowi załadowano do pamięci
detale misji. Mahnmut nie musiał ich znać.
Orphu z Io zainstalował się w zagłębieniu zewnętrznej powłoki statku, za
dziesięcioma zwojami solenoidu, a przed rozpórkami olinowania żagla. Z mostkiem i łodzią podwodną utrzymywał kontakt wszelkimi możliwymi
kanałami. Nawiązał łączność głosową, sieciową i radiową. Jeżeli nie
zaprzątały go akurat kwestie techniczne, czas spędzał głównie na
rozmowach z Mahnmutem.
- Wiesz, przyjacielu? Nadal niezmiernie interesuje mnie twoja teoria
dotycząca dramatycznej konstrukcji sonetów. Żywię nadzieję, że
przetrwamy dostatecznie długo, byś zdążył dokonać analizy dalszych
części cyklu.
- Ale ten Proust? - odparł Mahnmut. - Po co ślęczeć nad Proustem, gdy
można całe istnienie poświęcić badaniu Szekspira?
- Proust był prawdopodobnie największym z artystów, jacy kiedykolwiek
zgłębiali problematykę czasu, pamięci i percepcji - oświadczył Orphu.
Mahnmut odpowiedział falą zakłóceń.
Pokryty licznymi wgnieceniami morawiec z Io przesłał odgłos swego
dudniącego rechotu.
- Ech, przyjacielu. Nie mogę się doczekać dnia, kiedy zdołam cię
przekonać, że przyjemność i wiedzę można czerpać z lektury ich obu.
***
Wiadomość od Korosa III dotarła na ogólnodostępnym kanale.
- Zbliżamy się do torusa plazmowego Io. Myślę, że warto zwiększyć
przepustowość łączy wizyjnych.
Mahnmut uaktywnił je wszystkie. Normalnie wolał obserwować otoczenie
statku za pomocą optycznych układów Orphu z Io, lecz w tej chwili
najciekawsze widoki oferowały przednie kamery statku, wcale
niekoniecznie w paśmie światła widzialnego.
Z nieprzerwanie rosnącą prędkością zbliżali się do wielkiej Io,
przypominającej czerwonożółtą, plamiastą twarz. Do księżyca podchodzili
od spodu płaszczyzny ekliptyki i szykowali się do przelotu nad jego
północnym biegunem. Zaraz potem mieli się znaleźć w łączącym Io z Jowiszem magnetycznym tunelu.
Orphu i Ri Po wykorzystali krótką podróż z Europy i ściągnęli nieco
danych dotyczących tego obszaru okołojowiszowej przestrzeni. Mahnmut,
rodowity Europanin, przez całe istnienie koncentrował się na sonarze i tylko od czasu do czasu uciekał się do obserwacji czarnych oceanów za
pomocą wzroku. Teraz jednak, obdarzony większą liczbą zmysłów, ujrzał,
jak hałaśliwą i tłoczną okolicą jest magnetosfera Jowisza. Oglądając
układ w zakresie fal radiowych, zobaczył gruby torus plazmowy Io oraz
wybiegający z niego pod kątem prostym tunel magnetyczny, łączący się
dwoma bliźniaczymi łukami z biegunami gazowego olbrzyma. Daleko poza
Jowiszem i jego księżycami, już za linią magnetopauzy, fale magnetyczne
rozbijały się niczym białe bałwany na niewidzialnej rafie. Mahnmut
słyszał również śpiewające w ciemności za tą rafą wsteczne fale
Langmuira i trzaski łamiących się jonowych fal akustycznych, kończących
swą daleką podróż ze Słońca. Samo Słońce wyglądało z okolic Jowisza jak
zwyczajna - choć bardzo jasna - gwiazda. Jedna spośród wielu.
Teraz, gdy statek wyminął już Io i zmierzał w stronę magnetycznego
tunelu, Mahnmut usłyszał w paśmie fal radiowych syk wydawany przez
niewielki księżyc, przedzierający się przez własny torus plazmowy - Io
pożerała własny ogon. Obserwując wyraziste pasy równikowych emisji,
musiał wyciszyć radiowy ryk samego tunelu rozlegający się w zakresie fal
krótkich i średnich. Cała galilejska przestrzeń stanowiła istny piec, w którym wrzało twarde promieniowanie i elektromagnetyczna aktywność.
Mahnmut całe istnienie spędził, odbierając ten jazgot w tle swego
wirtualnego słuchu, lecz przelot statku z torusa do tunelu w tak
niedużej odległości od Jowisza sprawił, że omiatające statek kaskady
udręczonych elektronów skowyczały niczym cmentarne zjawy. Doświadczenie
było nowe i Mahnmut stwierdził, że trochę się denerwuje.
Zaraz potem znaleźli się w tunelu.
- Trzymajcie się! - zawołał Koros III, tuż zanim huraganowy szum
wykluczył dźwiękową komunikację.
Plazmowy torus Io był wielkim pierścieniem naładowanych cząsteczek,
wirujących w sunącej za księżycem smudze dwutlenku siarki, siarkowodoru
i innych gazów. Macierzysty księżyc Orphu krążył po swej orbicie z olbrzymią prędkością. Jeden obrót wokół Jowisza zajmował mu zaledwie
jedną i siedemdziesiąt siedem setnych lokalnej doby. Rozcinając zarówno
pole magnetyczne gazowego olbrzyma, jak i własny plazmowy torus, Io
wytwarzała silny prąd elektryczny - rozciągający się pomiędzy Jowiszem i powierzchnią księżyca cylinder niebywale skoncentrowanych pływów
magnetycznych, zwany właśnie tunelem magnetycznym. Ów tunel prowadził do
obu biegunów wielkiej planety, ponad którymi wywoływał gwałtowne,
niezwykle intensywne zorze polarne. W jego wnętrzu płynął prąd stały o natężeniu około pięciu megaamperów, bezustannie generując moc ponad
dwóch trylionów watów.
Kilkadziesiąt lat temu Konsorcjum Pięciu Księżyców uznało, że taka ilość
energii nie powinna się marnować.
Statek przemknął ponad północnym biegunem Io. Materiał wyrzucony przez
siarkowe wulkany księżyca - szczególnie aktywny był wznoszący się w okolicach równika Prometeusz - wznosił się na sto czterdzieści
kilometrów ponad ospowatą twarz Io. Zupełnie jakby zazdrosny księżyc do
nich strzelał, próbując nakłonić, by zawrócili, nim znajdą się w miejscu, z którego nie będzie odwrotu.
Za późno. Już się tam znaleźli.
Ri Po nałożył na obraz z przedniej kamery pojazdu graficzne znaczniki
nawigacyjne, ukazujące ich tor lotu w tunelu i położenie względem nożyc.
Jowisz pędził prosto na nich, gwałtownie wypełniając swym pasiastym
cielskiem pole widzenia.
Ostrza nożyc - dwuramiennego obrotowego akceleratora magnetycznego,
zainstalowanego wewnątrz naturalnego akceleratora cząstek, jakim był
tunel - miały po osiem tysięcy kilometrów długości i pokrywały ledwie
drobny wycinek rozciągającej się na ponad pół miliona kilometrów
krzywizny tunelu.
Były za to ruchome.
- Moment pędu ma wiele cudownych zalet, mój mały przyjacielu -
wyłuszczył Mahnmutowi Orphu z Io.
Mimo asysty idących pełną parą holowników, statek niosący w swym łonie
ukochany batyskaf Mahnmuta zbliżył się do tunelu magnetycznego z prędkością jedynie dwudziestu czterech kilometrów na sekundę. Poniżej
osiemdziesięciu sześciu tysięcy kilometrów na godzinę. Z taką szybkością
samo pokonanie dystansu dzielącego ich od Jowisza zajęłoby ponad cztery
godziny. Podróż na Marsa liczyliby w ziemskich latach. Oczywiście nie
mieli zamiaru wlec się przez całą drogę.
Pojazd wleciał w pełne trzasków, rozszalałe, huczące pole tunelu
magnetycznego, odszukał wierzchołek nożyc i ustawił się równolegle do
ich górnego ostrza. Następnie wykorzystał zapewniane przez tunel
przyśpieszenie i pomknął w głąb liczącego sobie pięć kilometrów średnicy
rdzenia nadprzewodzącego akceleratora dipolowego. Ledwie - niczym piłka
do krokieta, pokonująca pierwszą z kilku tysięcy bramek - minęli
pierwszy zwój solenoidu, ostrza nożyc zaczęły się rozwierać z prędkością
kątową bliską (a teoretycznie nawet przewyższającą) prędkości światła. W jednej chwili sunęli jak po rzemieniu trzaskającego bicza, a już w następnej wystrzelili z nożyc, napędzani dwoma trylionami watów energii
tunelu.
W ciągu dwóch koma sześciu dziesiątych sekundy przyśpieszenie statku - i wszystkiego co się na nim znajdowało - wzrosło od zera do niemal trzech
tysięcy g.
Jowisz skoczył ku nim gwałtownie, w mgnieniu oka przemknął pod pokładem
i zniknął za rufą.
Mahnmut spowolnił tempo wyświetlania obrazów na swoich monitorach.
Chciał w pełni docenić moment odlotu.
- Juhuuuu! - zawołał Orphu ze swojego gniazda w kadłubie.
Nadwerężone uderzeniem potężnego ciągu konstrukcje statku i batyskafu
jęczały, zgrzytały i zawodziły, lecz oba pojazdy wykonano z wytrzymałych
materiałów. "Mroczna dama" została przecież stworzona do pracy w odmętach oceanów Europy, gdzie niczym niezwykłym nie było ciśnienie
rzędu milionów kilogramów na centymetr kwadratowy. Morawce miały równie
solidną budowę.
- Niech mnie cholera... - Mahnmut chciał się odezwać tylko do Orphu, lecz
jego słowa przez przypadek trafiły na ogólny kanał.
- Co racja, to racja - przytaknął Ri Po.
Migotliwy owal zorzy polarnej nad biegunem północnym Jowisza i rozpalone
znamię w miejscu, gdzie tunel magnetyczny stykał się z atmosferą -
zaświeciły przez moment tuż pod nimi i niemal natychmiast zgasły w oddali.
Znajdujący się po drugiej stronie układu Ganimedes - jeszcze parę sekund
temu oddalony o milion kilometrów - zbliżył się gwałtownie, mignął w ekranach i także stracili go z oczu.
- Uruk Sulcus - nadał do załogi Koros III i Mahnmut odruchowo pomyślał,
że dowódca przeklina lub się dławi, lecz po chwili wyłowił lekko
sentymentalną nutę w jego zwykle beznamiętnym głosie. Domyślił się, że
Koros wymienił nazwę jednego z rejonów Ganimedesa - tej widocznej przez
ułamek chwili kuli brudnego śniegu. Pożegnał się z domem.
Zaraz potem przemknął obok kolejny z księżyców Jowisza, maleńka Himalia.
Wyglądała jak oszalały świetlik. Żaden z morawców nigdy jej nie
odwiedził, nie było po co.
- Właśnie pokonaliśmy granicę magnetosfery - obwieścił Ri Po ze swym
szorstkim akcentem z Callisto. - Witajcie w wielkim świecie. Co do was
nie mam pewności, ale dla mnie to debiucik.
Mahnmut zerknął na ekrany. Podesłany przez Ri Po raport informował, że
od momentu startu pokonali już dystans równy pięćdziesięciu trzem
średnicom Jowisza i wciąż przyśpieszali. Musiał sięgnąć do najgłębszych
zakamarków swych pamięciowych zasobów. Okazało się, że średnica gazowego
giganta wynosi prawie sto czterdzieści dwa tysiące kilometrów. Dopiero
teraz ocenił prędkość statku we właściwej perspektywie. Pojazd wzbił się
ponad płaszczyznę ekliptyki, lecz morawiec pamiętał mgliście, że według
planu, grawitacja Słońca miała sprowadzić ich z powrotem w kierunku
Marsa, znajdującego się w tej chwili po przeciwnej stronie układu. Cóż,
nawigacją i tak zajmował się ktoś inny. Jego zadanie miało się rozpocząć
dopiero w momencie lądowania w oceanie czerwonej planety, a żegluga w tamtejszych wodach zapowiadała się bezproblemowo. Dużo słońca, wysokie
temperatury, płytkie morza i śmiechu warte ciśnienie. Nocami drogę będą
wskazywać konstelacje, a za dnia satelity, które zaraz po przylocie
zamierzali rozmieścić na orbicie. A promieniowanie? W porównaniu z szalejącym na Europie - nieobecne. W dodatku na Marsie nie było krakenów
ani lodu. Naprawdę nie będzie tam lodu! Bułka z masłem.
Naturalnie, jeżeli postludzie okażą się wrodzy, istniała spora szansa,
że morawce nie przetrwają podróży na Marsa lub wejścia w jego atmosferę.
Zresztą, nawet gdyby wodowali z powodzeniem, to wiele wskazywało na to,
że w okolice Jowisza raczej nie wrócą. Nic to. Mahnmut i tak nie miał
już na nic większego wpływu. Jego myśli uleciały z powrotem do
Szekspira.
- Wszyscy cali i zdrowi? - zapytał Koros III.
Morawce nie zgłosiły żadnych usterek. Żeby wyrządzić im poważniejszą
krzywdę, trzeba było czegoś więcej niż przyśpieszenia rzędu kilku
tysięcy g. Byli w świetnych nastrojach.
Ri Po nadawał właśnie kolejną porcję monotonnych informacji, dotyczących
zaplanowanego kursu i podróży kosmicznych w ogóle, lecz Mahnmut
praktycznie przestał go słuchać. Zagarnęło go pole grawitacyjne sonetu
sto dwadzieścia siedem, pierwszego z cyklu utworów o "Mrocznej damie".