Ile kosztuje uśmiech? - Ulrich Schnabel

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy w nocy 21 sierpnia 1968 roku do Czechosłowacji weszło pół miliona żołnierzy, aby zakończyć praską wiosnę, Czesi nie mieli żadnych szans. W ciągu kilku godzin posłuszne Moskwie wojska sojusznicze zajęły wszystkie najważniejsze pod względem strategicznym punkty w kraju, a przywództwo czeskie postanowiło nie stawiać militarnego oporu. Sytuacja podbitej CSRR, która odważyła się wypróbować "socjalizm z ludzką twarzą", była bowiem po prostu beznadziejna.
Jednak społeczeństwo czeskie, mimo że sowieckie oddziały okupacyjne miały miażdżącą przewagę, nie zamierzało dawać za wygraną. Czesi zdejmowali tablice z nazwami miejscowości albo przekręcali drogowskazy, aby wprowadzić w błąd nieznających terenu okupantów. Sporządzali plakaty nawołujące do biernego oporu. I nawet wówczas, gdy plakaty zrywano, a Sowieci likwidowali stopniowo nielegalne radiostacje, duch oporu nie zamarł. Czesi odwołali się do ostatniej broni, jaką dysponują uciskani: do ironii.
Kilku dowcipnisiów pomalowało paroma ruchami pędzla zwykłe cegły, nazwało je "czeskimi radiami" i udawało, że za ich pomocą odbiera sprytnie zaszyfrowane tajne wiadomości. Inni podchwycili pomysł i te osobliwe cegły stały się symbolem niezłomnej woli oporu, wyrazem tego, że społeczeństwo nie poddało się, lecz w konfrontacji z silniejszym przeciwnikiem zachowało swoją godność i wewnętrzną niezależność.
A Sowieci? Wskutek rozpowszechnienia się fenomenu pomalowanych cegieł stali się wyraźnie nerwowi. Być może naprawdę obawiali się nowej, nieznanej, tajnej technologii, a może po prostu taka symbolika oporu była dla nich niewygodna - w każdym razie wydali rozkaz natychmiastowej konfiskaty wszystkich "czeskich radioodbiorników". Żołnierze ruszyli na poszukiwania tych bezwartościowych cegieł i zaczęli je zbierać - tak wielki był strach potężnych najeźdźców przed ludnością, która została wprawdzie pokonana, ale nie złamana[1].
Członkowie czeskiego ruchu oporu nie tylko w owym czasie zademonstrowali w tak pomysłowy sposób swoją siłę emocjonalną, lecz także dowiedli, że naszego życia nigdy nie definiują jedynie okoliczności zewnętrzne. Nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji możemy zachować wewnętrzne pole manewru, zawsze bowiem mamy wybór dotyczący sposobu oceny tych okoliczności oraz tego, jak się do nich ustosunkujemy. To od nas zależy, czy rzeczywistość zobaczymy wyłącznie w czarnych barwach, czy też dostrzeżemy w niej również jaśniejsze kolory niosące nadzieję. Nawet rzekomo niezbite fakty nigdy nie są jednoznaczne, lecz ukazują się nam - w zależności od filtra emocjonalnego, przez jaki na nie spoglądamy - raz w takim, a raz w innym świetle.
Właśnie emocjonalne zabarwienie naszej egzystencji jest tematem tej książki. Chodzi w niej o pewne siły podświadomości, które sterują czynami i nadają znaczenie doświadczeniom. Innymi słowy: o mechanizmy życia uczuciowego, które decydują o tym, jak odbieramy otaczający nas świat.
Dotyczy to, rzecz jasna, nie tylko okresów wojny czy katastrof, ale także dnia powszedniego. Jak traktujemy agresywnego kierowcę, który w godzinach szczytu zajeżdża nam drogę? Jak radzimy sobie ze stresującymi sytuacjami w życiu zawodowym czy z kłótniami w rodzinie? Jak reagujemy na utratę pracy lub niepomyślną diagnozę, którą zaskoczył nas lekarz? Czy podobne sytuacje wyzwalają w nas jedynie strach, wściekłość albo agresję, czy też może uruchamiają również inne uczucia, na przykład odwagę, współczucie, głęboki szacunek, miłość, respekt? Fakty są oczywiście niepodważalne, ale to od nas zależy, jak je zinterpretujemy i jakie im przypiszemy znaczenie emocjonalne. W obliczu trudności nie do przezwyciężenia możemy pogrążyć się w rozpaczy - albo za pomocą jakiegoś konceptu, jak ten z "czeskimi radiami", zachować poczucie własnej wartości oraz godności.
Załamanie i wyzdrowienie
Pomalowaną na kolorowo cegłę zobaczyłem po raz pierwszy dopiero po wielu latach od zakończenia praskiej wiosny, w 2012 roku na Documenta[2] w Kassel. Ta największa na świecie wystawa sztuki współczesnej wyrywa co pięć lat niepokaźne Kassel z jego powszedniości i przenosi do centrum świata globalnej sztuki. Prezentuje się tam setki eksponatów, niektóre tak duże, że wypełniają całe hale, a ich cena sięga milionowych kwot. Inne z kolei są tak małe, że z łatwością można je przeoczyć - jak na przykład te dwie pomalowane cegły.
Jako symbole woli przeżycia znakomicie pasowały do ówczesnego hasła przewodniego wystawy Documenta: "Collapse and Recovery". O załamaniu i wyzdrowieniu opowiadały w Kassel także liczne inne dzieła sztuki: ich tematem była wojna oraz nieprzemijająca tęsknota za pokojem, mówiły o wszelkich możliwych rodzajach porażek oraz o impulsie do rozpoczynania wszystkiego na nowo. Amerykański artysta Michael Rakowitz połączył na przykład spustoszenia, jakie przyniosła druga wojna światowa, z aktualnymi zniszczeniami w Afganistanie. W 2001 roku w Bamianie talibowie wysadzili w powietrze ogromne posągi Buddy zaliczane do światowego dziedzictwa kulturowego. Rakowitz, przy pomocy afgańskich kamieniarzy, stworzył dzieła sztuki z pozostałości po tych zniszczeniach.
W kamieniach po posągach w Bamianie wyryte zostały teksty, wierne kopie cennych niemieckich rękopisów, między innymi Pieśń o Hildebrandzie z IX wieku. Te dzieła piśmiennictwa spłonęły w 1941 roku podczas nalotu bombowego na heską Bibliotekę Krajową w Kassel albo zostały uszkodzone przez ogień i wodę, niektóre napęczniały lub skręciły się z gorąca. Rakowitz postanowił za pomocą kamieni z Bamianu odtworzyć te utracone i zdewastowane księgi - wspaniały przykład na to, jak dawna sztuka przemienia się w nową, jak z dzieła zniszczenia rodzi się twórczy impuls.
Opowieści o collapse and recovery bardzo mnie wtedy poruszyły. Kilka tygodni wcześniej sam bowiem doświadczyłem, jak łatwo zwyczajne życie może utracić swoją nienaruszalną, wydawałoby się, równowagę. Wypadek wybił mnie z dotychczasowego rytmu i unieruchomił na wiele tygodni. W tym samym prawie czasie moją rodzinę i znajomych dotknęła cała seria nieszczęść - zmarło dziecko, ktoś zachorował na raka, wybuchnęły nagle długo wypierane z pamięci traumy z dzieciństwa... Na Documenta jechałem więc raczej w kiepskim nastroju, ale sztuka podziałała na mnie wręcz uzdrawiająco.
Przez kilka dni włóczyłem się po halach oraz parkach wystawowych i chłonąłem po części wspaniałe, a po części osobliwe pomysły artystów z całego świata, którzy w bardzo różnorodny sposób opowiadali o wrażliwości ludzkiej egzystencji na ciosy oraz o próbach uporania się z tą wrażliwością. Były tam na przykład rysunki kredą brytyjskiej artystki Tacity Dean, która zamierzała właściwie pokazać w Kassel film na temat Afganistanu. Jednak znaczna część materiału filmowego uległa zniszczeniu, ostało się jedynie kilka nadpalonych i częściowo prześwietlonych ujęć przyrody. Zamiast zrezygnować z udziału w wystawie, Dean posłużyła się kredą i narysowała na podstawie tych zdjęć filigranowe krajobrazy na dużych płytach łupkowych - równie głębokie, jak łatwe do zniszczenia dzieła sztuki, jedne z najpiękniejszych na wystawie[3].
Podobnie poruszającym dokumentem twórczego odwrócenia porażki był list kolońskiego artysty Kaia Althoffa, wysłany kilka tygodni przed otwarciem wystawy do jej kuratorki Carolyn Christov-Bakargiev. Althoff na pięciu zapisanych ręcznie stronach z żalem informował, że czuje się niestety zmuszony do wycofania się z udziału w Documenta. Artysta wątpił bowiem, czy podoła wysokim wymaganiom stawianym uczestnikom wystawy: w 2012 roku zgodził się już na udział w kilku przedsięwzięciach artystycznych i nie był pewny, czy sprosta wszystkim tym zobowiązaniom.
Każdy z nas doświadczył chyba podobnej sytuacji: człowiek czuje się usidlony przez przymus okoliczności, a zobowiązania zaczynają go powoli przerastać. Większość artystów zapewne wysłałaby do Kassel jakikolwiek eksponat, a przynajmniej postarałaby się o umieszczenie nazwiska w katalogu wystawy. Althoff natomiast, kiedy uświadomił sobie, że brakuje mu zarówno czasu, jak i inspiracji do wykonania wielkiego dzieła, poprosił kuratorkę wystawy o zwolnienie go z uczestnictwa; na szczęście, jak napisał, mało kto wiedział, że został zaproszony.
Tymczasem kuratorka również wykazała się odwagą: zamiast list Althoffa wstydliwie przemilczeć, Christov-Bakargiev zaprezentowała go w możliwie dużym formacie w gablocie stojącej w jednym z głównych punktów wystawy, w ogromnym, pustym zazwyczaj pomieszczeniu, tak zwanym Fridericanum. Tutaj właśnie w 1955 roku miała miejsce pierwsza wystawa Documenta i stąd zwykle goście rozpoczynają zwiedzanie. W 2012 roku pierwszym eksponatem, jaki napotykali, był właśnie list, w którym Althoff przyznaje, że nie czuje się na siłach, by sprostać wymogom Documenta. Wystawiony w pustej sali stanowi znakomity komentarz do dzisiejszych czasów, kiedy to nastawione na sukces, poddane nieustającej presji społeczeństwo odczuwa lęk, że nie podoła nadmiernym wymaganiom współczesności. Tym samym wystawienie listu Althoffa stało się rodzajem hołdu dla przeciążonych pracą bohaterów dnia powszedniego, którzy w pewnym momencie postanawiają powiedzieć "nie" wszystkim swoim zobowiązaniom.
Niewidzialna dyktatura
Im dłużej przebywałem w salach wystawowych Documenta i im więcej eksponatów tego rodzaju oglądałem, tym wyraźniej uświadamiałem sobie, jak głęboko ludzkim doświadczeniem jest porażka i jak często musimy konfrontować się z poczuciem klęski, które zmusza nas do zmiany dotychczasowego punktu widzenia. A wszystkie pokazane na wystawie dzieła to próba kreatywnego radzenia sobie z załamaniem i przekształcenia go w zjawisko pozytywne, niosące nadzieję, pogodne, a nawet wyzwalające.
Mimo że udało mi się podładować nieco baterie duchowe, to jednak rezerwy energetyczne moich zdolności percepcyjnych po kilku dniach się wyczerpały. Potrzebowałem koniecznie ich zasilenia. Opuściłem więc strefę sztuki i zanurzyłem się w "normalny" świat wielkich interesów na deptaku w Kassel. Uderzyło mnie zatęchłe powietrze domów towarowych i zwyczajny w takich miejscach rejwach; tablice reklamowe wykrzykiwały swoje przeceny, a ludzie o twarzach bez wyrazu przesuwali się wzdłuż regałów i witryn, w których stały setki urządzeń elektronicznych. A przez mój mózg - ustawiony od paru dni na odbiór sztuki - przemknęła myśl: cóż za szalona inscenizacja!
Także i tutaj ustawiono eksponaty zapraszające, by się im dokładnie przyjrzeć, eksponaty, których celem było dotarcie do moich emocji. Jednak w tym przypadku nie chodziło o oddziaływanie artystyczne, lecz o mój portfel. "Kup mnie!", wydawały się wołać bezgłośnie wystawione urządzenia; a cała ta wyszukana inscenizacja służyła głównie do tego, aby nakłonić klientów do wydawania pieniędzy oraz wyzwolić w nich poczucie, że ich szczęście zależy wyłącznie od nabycia tych towarów.
Także zachowanie ludzi oraz ich wzajemny stosunek wyraźnie różniły się od tych panujących w halach Documenta. Tam dominowała atmosfera spokoju i odprężenia, ludzie w głębi duszy czuli więź z innymi zwiedzającymi, wynikającą ze wspólnych zainteresowań sztuką i wizji bycia razem. Natomiast w medialnym świecie interesów wyczuwało się napiętą atmosferę konkurencji, wydawało się, że wszyscy za czymś gonią i jednocześnie boją się, że coś przeoczą lub zostaną oszukani. O tej mieszance strachu i wyrachowania, tak charakterystycznej dla świata komercji, zupełnie zapomniałem podczas zwiedzania wystawy.
Teraz jednak dotarło do mnie z tym większą wyrazistością, w jakim emocjonalnym otoczeniu żyjemy zazwyczaj. Nieustannie gonimy za marchewką, jaką podsuwa nam pod nos świat konsumpcji, a do tego logika tego świata przenika do logiki naszych przeżyć. Całe społeczeństwo czuje się w obowiązku dążyć do coraz wyższego wzrostu, bo inaczej światu globalnego kapitalizmu grozi upadek. Za mantrą wzrostu podążamy nie tylko na polu ekonomii, lecz coraz częściej również w życiu prywatnym[4]. Nie ustajemy w wysiłkach, by zoptymalizować swój dobry nastrój, i jesteśmy wręcz uzależnieni od poczucia, że jednak jakoś posuwamy się do przodu, nieważne dokąd.
Przy czym logika konsumpcji oraz wzrostu ekonomicznego ma wszelkie cechy dyktatu, nawet jeśli nie są one widoczne, a dyktatura nie występuje w tak groźnej formie, jak działania okupantów sowieckich w Czechosłowacji, lecz ma charakter subtelny i dyskretny. Objawia się na przykład w postaci prania mózgu wszechobecną reklamą, w uwodzicielskiej sile nowoczesnego świata towarów, w znaczeniu przywiązywanym do pracy i wydajności, jak również w naszych wyobrażeniach dotyczących szczęścia i miłości. Kiedy uświadomiłem sobie to wszystko, spacerując po domu towarowym w Kassel, a towarzyszące temu emocje poczułem wręcz fizycznie, dojrzała we mnie decyzja do napisania tej książki.
Siła naszych emocji
W książce Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia opisałem szeroko rozpowszechnione uczucie bycia pod presją oraz zaproponowałem sposoby, za pomocą których można uniknąć takich ciągłych nacisków[5]. Reakcje na tę książkę były zaskakujące: otrzymałem liczne zaproszenia od menedżerów, parafii i szkół, od lekarzy, osób wyobcowanych ze społeczeństwa i terapeutów; wszyscy cierpieli z powodu przyspieszenia w nowoczesnym społeczeństwie. W licznych rozmowach okazało się, że nawet najpiękniejsze strategie relaksu pozostają nieskuteczne, jeżeli nie towarzyszą im głębsze emocje. Ludzie bowiem doskonale wiedzą, co chcieliby zmienić, ale udaje się to tylko nielicznym, ponieważ większości w osiągnięciu oczekiwanego efektu przeszkadzają własne uczucia i przyzwyczajenia.
Wynika to stąd, że zarówno nasze preferencje, jak zachowanie sterowane są przez emocje w dużo większym stopniu, niż można by przypuszczać. To one właśnie kształtują postrzeganie i decydują o intuicyjnych ocenach. Uczucia działają jak wewnętrzny kompas, który mówi mózgowi, co jest ważne i na czym powinien się skoncentrować. Często dzieje się to automatycznie, a my w ogóle nie dostrzegamy owej subtelnej siły emocji: uważamy, że taką czy inną decyzję - na przykład dotyczącą kupna urządzenia elektrycznego czy stosunku do partnera - podjęliśmy sami. Tymczasem umysł dostarcza nam jedynie argumentów post factum, które mają uzasadnić podjętą wcześniej decyzję.
Władzę tego emocjonalnego mechanizmu sterowniczego można także zaobserwować w sposobach radzenia sobie z pośpiechem i stresem. Często bowiem czujemy się zagonieni nie tylko dlatego, że naciskają na nas pracodawca czy inni ludzie, lecz także z powodu wysokich wymagań stawianych samym sobie. Tak już przyswoiliśmy sobie ów nacisk zewnętrzny, że nie opuszcza on nas nawet w czasie wolnym od pracy.
Okoliczności zewnętrzne to nie jedyny czynnik, który sprawia, że jesteśmy szczęśliwi lub nie; towarzyszą im zawsze określone emocje. Uczucia odgrywają bowiem istotną rolę nie tylko w życiu prywatnym. Mają również ogromny wpływ na wydarzenia globalne. Z tego właśnie powodu tak trudno rozwiązać wiele kontrowersji politycznych - na przykład nieustający konflikt między Izraelem a Palestyną: nie chodzi w nich jedynie o konkretne kwestie sporne, lecz o głęboko zranione uczucia, a wszelkie apele o rozsądek rozbijają się o niszczącą dynamikę emocji[6].
W najbardziej nawet racjonalnie prowadzonych sporach pulsuje emocjonalne serce. Za fasadą polityki może skrywać się próżność, zawstydzenie albo żądza władzy. Ekonomia żyje ambicjami, strachem i dążeniem do sukcesu - nawet tak beznamiętna z pozoru nauka jest napędzana emocjami, na przykład pragnieniem uznania, zawiścią wobec kolegów czy dumą z zaprezentowania jako pierwszy nowego odkrycia.
Mimo to znaczenie uczuć było przez długi czas niedoceniane, co zakrawało wręcz na groteskę. W polityce, życiu społecznym oraz w nauce prawie się o nich nie mówiło: uczucia uważano za rodzaj intymnej słabości albo luksusu, dla których nie ma miejsca w "poważnym życiu". Idealnym typem człowieka był homo oeconomicus podejmujący decyzje racjonalnie i "na chłodno" - bez poddawania się wpływowi chwiejnych uczuć. Tylko kobiety i dzieci mogły okazywać emocje w sposób niepohamowany, mężczyznom wolno było im ulegać jedynie w rzadkich sentymentalnych chwilach, po których natychmiast powracali do racjonalności.
Jednakże taki punkt widzenia przeszedł w ostatnich latach radykalną przemianę: także ekonomiści i naukowcy zaczęli powoli dostrzegać, jak bardzo nasze działania są naznaczone emocjami. Dopiero uczucia nadają doświadczeniom odpowiednią rangę, to one mówią nam, na co powinniśmy zwrócić uwagę, i w ten sposób wskazują kierunek rozumowi. Emocje podobne są więc do instrumentów nawigacyjnych, za pomocą których poruszamy się przez życie i które umożliwiają nam odbieranie swoich działań jako sensowne.
Oczywiście te instrumenty nawigacyjne nie są niezawodne. Mogą nas poprowadzić w fałszywym kierunku, jeżeli nie zrozumiemy właściwie ich przekazu. Na przykład kogoś, komu podoba się reklama, w której zadowoleni ludzie cieszą się z nowego napoju, trapi prawdopodobnie głęboka tęsknota za przyjaźnią i poczuciem przynależności. Niestety, tego właśnie nie można kupić, a osoba, która mimo to da się nakłonić do zakupu reklamowanego napoju, szybko się zorientuje, że z nowym nabytkiem jest tak samo samotna jak przedtem.
Cel naszej podróży
Wszystko zależy więc od mądrego obchodzenia się z uczuciami. Nie wolno nam ich ignorować, jako że są wyrazem głębokich, instynktownych sił. Nie powinniśmy im też ślepo zawierzać, ponieważ zbyt łatwo podlegają manipulacji. Jak więc znaleźć w tej sytuacji rozwiązanie kompromisowe?
Już samo sformułowanie tego pytania jest pierwszym krokiem na drodze do uzyskania właściwej odpowiedzi: uświadamiając sobie różne aspekty naszego życia uczuciowego, stajemy się wobec niego mniej bezbronni. A to w dzisiejszym wysoce stechnologizowanym społeczeństwie medialnym odgrywa istotniejszą rolę niż kiedykolwiek w przeszłości.
Z jednej bowiem strony uczucia przekazują nam cenne informacje i pomagają w podejmowaniu wielu decyzji[7]. Z drugiej nasze emocje stanowią w społeczeństwie medialnym obiekt, o który toczą się zacięte boje i ścierają różnorodne wpływy i interesy. Każdy, kto chce sprzedać nam nowy produkt albo program partyjny, kto chce nas pozyskać do współdziałania na Facebooku, w ramach jakiejś akcji pomocowej czy walki terrorystycznej, apeluje przede wszystkim do naszych uczuć, do marzeń o miłości i poczuciu przynależności albo do lęków i złości. Na płaszczyźnie emocjonalnej człowiek jest bowiem o wiele bardziej podatny na sugestie i zranienia, jak również na różnego rodzaju próby uwodzenia i wpływania.
Celem niniejszej książki jest wspieranie was w odkrywaniu rozdźwięków między pozorną stabilnością a własnymi uczuciami oraz ich podatnością na manipulacje. To zaproszenie do podróży do własnego życia uczuciowego, tego "ostatniego nieznanego kontynentu, który nie został jeszcze odkryty", jak twierdzi badaczka emocji Ute Frevert[8]. Przy czym nie chodzi tylko o odkrycie tajemnic tego kontynentu, lecz także o nauczenie się obchodzenia z owymi siłami, które każdego dnia kształtują nasze życie. Ostatecznie nie da się przecież uczuć tak po prostu włączyć czy też wyłączyć, nie jesteśmy w stanie decydować, czy chcemy je mieć, czy też nie - możemy tylko próbować postępować wobec nich mądrze i sensownie.
Pomoże w tym rzecz jasna znajomość biologii oraz psychologii uczuć. Równie istotna jest też obserwacja otoczenia społecznego, jako że kultura, w jakiej się rodzimy, wpływa na nasze reakcje emocjonalne. Bajki, których słuchaliśmy w dzieciństwie, wartości wyznawane przez naszych przyjaciół i znajomych, filmy, reklamy i media odciskają swoje piętno na naszym życiu uczuciowym w sposób silniejszy, niż przypuszczamy. A wszelkie z pozoru bardzo indywidualne emocje są ściśle powiązane z kulturą uczuć, w jakiej żyjemy.
Z tego powodu w kilku większych rozdziałach tej książki rozmieszczona została mapa aktualnego "krajobrazu uczuć", po którym poruszamy się każdego dnia: chodzi o fenomen "emocjonalnego zarażenia" oraz ogromny wpływ bliźnich na osobiste życie uczuciowe (rozdział 1); o sposób obchodzenia się z niekontrolowanym zalewem informacji i uczuć, który w społeczeństwie medialnym codziennie grozi nam podtopieniem (rozdział 2); o nasze wyobrażenia dotyczące szczęścia i nieszczęścia oraz ich wzajemnych relacji; o rozkosz i cierpienie w miłości (rozdział 7) oraz o pracę z uczuciami, jaką wykonujemy nieustannie, nie zdając sobie z tego sprawy (rozdział 8).
Oprócz tych głównych tematów poruszone zostaną także kwestie dotyczące tego, czym właściwie są uczucia i do czego służą (rozdział 4), w jaki sposób rozwijają się one już w wieku niemowlęcym i co na nie wpływa (rozdział 5), a także: dlaczego w świetle najnowszych badań naukowych przestaje być już aktualny tradycyjny podział na uczucia i rozsądek, emotio i ratio (rozdział 6).
Pomiędzy tymi w sporej części analitycznymi, obszernymi rozdziałami znajdują się również krótsze rozważania, rozmowy oraz relacje, w których omówione zostały konkretne problemy - na przykład: jak poradzić sobie ze współczesnymi lękami i przeciążeniami, jak kształtować w sposób trwały relację miłosną czy też jak być w większej zgodzie z samym sobą. Ta kategoria przemyśleń nazwana została Jak lepiej odczuwać i ma przyczynić się do udoskonalenia umiejętności odbierania własnych uczuć, a także po prostu do bardziej komfortowego samopoczucia.
Ale bez obaw: książka ta nie narzuca nikomu, jak powinien się czuć, ma jedynie zachęcać do wykształcenia wrażliwości na własne życie uczuciowe, a także do stawienia niekiedy oporu emocjonalnemu imperatywowi naszych czasów. Niepoznany kontynent uczuć kryje bowiem nie tylko wspaniałe widoki, lecz również klucz do sensu ludzkiej egzystencji.
JAK LEPIEJ ODCZUWAĆ (1) PRZETESTUJCIE SIĘ SAMI!
Autotesty są bardzo popularne. Któż nie chciałby zgłębić najskrytszych tajemnic własnej osobowości? Któż nie chciałby dowiedzieć się, jakim jest typem w miłości, w jak sympatyczny (lub denerwujący) sposób oddziałuje na bliźnich i czy rzeczywiście jest szczęśliwy?
Niestety tylko nieliczne testy psychologiczne zamieszczane w czasopismach oferują to, co obiecują ich autorzy. Z reguły są skonstruowane zbyt prosto: w większości chodzi o udzielenie odpowiedzi na pytania, które sugerują dające się z góry przewidzieć odpowiedzi ("Czy jesteś człowiekiem uczuciowym?", "Czy lubisz gorące igraszki miłosne?"). Wartość poznawcza takiej samooceny jest bliska zeru.
Bo co oznacza na przykład określenie "uczuciowy"? Bezwzględny właściciel nieruchomości, który w dzień bez żadnych wewnętrznych oporów wyrzuca lokatorów na bruk, uważa się za człowieka uczuciowego, ponieważ wieczorem nie potrafi powstrzymać się od łez, oglądając kiczowaty film; kobieta chirurg, która codziennie ratuje życie w sali operacyjnej, ma się być może za osobę pozbawioną uczuć, bo wykonuje swoją pracę profesjonalnie i nie współczuje każdemu pacjentowi. A co rozumiemy pod pojęciem "gorących" igraszek miłosnych? Dla jednego oznacza to używanie kajdanek oraz strojów z błyszczącej skóry, dla drugiego rozgrzanie łóżka elektryczną poduszką.
Tymczasem dobry test po pierwsze musi zawierać pytania o wiele mniej schematyczne, a po drugie jego wynik nie powinien opierać się wyłącznie na samoocenie testowanego. Któż bowiem, jeżeli go o to spytamy, nie opisze siebie jako człowieka wielkodusznego, tolerancyjnego i sympatycznego? I kto tak naprawdę obiektywnie patrzy na swoje słabostki, które tak chętnie ukrywa przed innymi?
Poniższa krótka lista pytań ma ułatwić lepsze poznanie samego siebie i własnych uprzedzeń. Udzielenie odpowiedzi proszę potraktować jak zabawę, która nie rości sobie pretensji do naukowych uogólnień. Jeżeli jednak pytania te wyzwolą w kimś chęć zajrzenia w siebie głębiej, być może otrzyma on zaskakujące informacje na temat własnego życia uczuciowego.
Proszę więc wziąć kartkę i ołówek i notować, bez większego namysłu, spontaniczne odpowiedzi na każde z poniższych pytań. Odpowiedzi te warto zachować, aby móc je porównać z własnymi poglądami po lekturze książki. Za skutki nie biorę, podkreślam, żadnej odpowiedzialności. Każdy przeprowadza ten test na własne ryzyko!
Z ręką na sercu:
1. Jeżeli poproszono by Cię o przypisanie nastrojowi, który towarzyszy Ci w życiu najczęściej, jednego koloru (albo też kilku) - jaki najlepiej by do niego pasował?
2. Z jakim uczuciem najczęściej kojarzysz ten kolor?
3. Czy istnieją "kolory uczuć", których brakuje w Twoim życiu?
4. Czy w dzisiejszym społeczeństwie możemy otwarcie mówić o swoich uczuciach?
5. Z kim Ty rozmawiasz otwarcie o własnych uczuciach?
6. Na ile wiarygodne wydają Ci się publiczne wypowiedzi znanych osób na temat uczuć?
7. Wyobraź sobie, że jesteś kimś sławnym. Twoje małżeństwo się rozpadło, a Ty czujesz przygnębienie. Dziennikarka z wielkiego czasopisma lifestyle'owego przeprowadza z Tobą wywiad i pyta o Twoją miłość. Co jej odpowiesz?
8. W ramach samooceny odpowiedz na pytanie dotyczące dwóch podstawowych właściwości: czy jesteś w gruncie rzeczy człowiekiem życzliwym i wielkodusznym?
9. Pomyśl o dzisiejszym dniu: ile razy zdarzyło Ci się zachować się jak osoba życzliwa i wielkoduszna? I przez jaką część czasu towarzyszyły Ci raczej zdenerwowanie, wściekłość lub lęk?
10. Wyobraź sobie, że pytasz swoich przyjaciół/kolegów z pracy o ich ocenę Twojego zachowania. Jak myślisz, co by odpowiedzieli?
11. Na ile według Ciebie odpowiedzi te byłyby szczere?
12. Jak brzmiałaby Twoja odpowiedź, gdyby o ocenę poprosił Cię przyjaciel/przyjaciółka?
13. Odpowiedz raz jeszcze na pytania numer 4 i 5. Czy odpowiedzi nadal są takie same?
14. Zadanie na zakończenie: porozmawiaj spokojnie ze swoimi przyjaciółmi na ten temat! Czy rzeczywiście odpowiadają zgodnie z Twoimi oczekiwaniami?
W zasadzie najlepiej podróżuje się, odczuwając.
Fernando Pessoa
Jednego z najdziwniejszych doświadczeń w życiu doznałem przed laty w ponurym pokoju hotelowym w sennym Bonn. Brałem tam udział w jakiejś konferencji naukowej, o której już dawno zapomniałem. Pamiętam natomiast do dziś, co przydarzyło mi się wieczorem przed telewizorem. Oglądałem właśnie - jak zwykle niezbyt pomyślne - wiadomości, a potem nieco znudzony przeskakiwałem z kanału na kanał, aż w końcu trafiłem na relację z igrzysk olimpijskich, rozgrywanych wówczas, w 2000 roku, w Australii.
Na ekranie pojawiły się ilustrowane patetyczną muzyką poruszające sceny z ceremonii otwarcia tych "zielonych" igrzysk, które odbywały się pod hasłami ochrony środowiska naturalnego oraz politycznego pojednania. Ogień olimpijski zapalała Cathy Freeman, przedstawicielka Aborygenów, przez wieki dyskryminowanych rdzennych mieszkańców Australii. (A Freeman, jak w prawdziwej bajce, jako pierwsza Aborygenka rzeczywiście zdobyła później złoto olimpijskie). Sportowcy z całego świata machali przyjaźnie i mimo dzielących ich różnic politycznych wspólnie cieszyli się tymi igrzyskami. Pokazywano śmiejące się dzieci, wzruszonych prominentów i rozemocjonowanych widzów, którzy przez krótką chwilę czuli się wspólnotą. Oglądałem te sceny dość obojętnie i już miałem przeskoczyć na inny kanał, gdy nagle poczułem coś dziwnego: mimowolnie zacząłem się rozklejać, ogarnęło mnie wyciskające łzy z oczu wzruszenie.
Zawstydziła mnie ta reakcja. Nawet jeżeli nikt mnie przy tym nie widział, to jednak takie własne zachowanie odbierałem jako coś nie na miejscu i kompromitującego. Rozpłakać się, siedząc samemu przed telewizorem - to nie było raczej w moim zwyczaju. I to w dodatku na widok przewidywalnej aż do bólu inscenizacji idylli olimpijskiej, której ocena budziła wiele uzasadnionych wątpliwości! Czyż wspaniały świat uroczystości otwarcia igrzysk nie był tylko i wyłącznie przedstawieniem? Jako krytyczny obserwator współczesności byłem świadomy, że olimpiada to w gruncie rzeczy jeden wielki biznes, a członkowie Komitetu Olimpijskiego są tak samo skorumpowani jak działacze sportowi. A mimo to nagle opanowało mnie zupełnie inne uczucie: oto czułem bliskość z tymi wszystkimi ludźmi na stadionie, których połączyła - chociaż na ten krótki moment - wizja pokojowego świata. I wzruszyłem się do łez.
Dzisiaj wiem już, co spotkało mnie wówczas przed telewizorem: padłem ofiarą zarażenia emocjonalnego, masowe uczucia na stadionie olimpijskim w Sydney mimowolnie przeskoczyły na mnie i ogarnęły mnie wbrew mojej woli - podobnie jak wirusy grypy w zatłoczonym wagonie metra przechodzą z jednego człowieka na drugiego. Zanim jednak pokręcicie głową z niedowierzaniem, czytając to pozornie dziwaczne wyjaśnienie, zastanówcie się, proszę, przez chwilę: czy w rozmaitych sytuacjach nie doznaliście podobnego uczucia?
Czy podczas oglądania niektórych filmów o miłości nie ogarnia was osobliwe wzruszenie? Albo może cisną się wam łzy do oczu, gdy patrzycie na śmierć matki jelonka Bambi w filmie rysunkowym? Czy może to małe dzieci "rozkładają was na łopatki", jak stwierdził zmarły pisarz Wolfgang Herrndorf[9]? Czy też porywa was euforyczny entuzjazm na stadionie piłki nożnej, względnie ekstatyczny zachwyt na festiwalu heavymetalowym?
We wszystkich tych przypadkach doznajemy uczuć, które są nie tylko nasze. To raczej emocje innych wpływają na nas w sposób, który wymyka się naszej świadomej kontroli, a przez to dotyka nas szczególnie głęboko. Nauka, kiedy usiłuje opisać fenomen odpowiedzialny za mechanizm fascynacji przeżywanymi w grupie wydarzeniami masowymi, mówi wtedy o "zarażeniu emocjonalnym"[10]. Dochodzi wówczas często do automatycznej synchronizacji uczuć i nastrojów, które stopniowo infekują wszystkich członków grupy czy tłumu, co w konsekwencji wytwarza ogromnie silne uczucie zbiorowe.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji