Iksowie - Gyorgy Spiro

Reflow text when sidebars are open.
Do Pana Profesora Zbigniewa Raszewskiego
W Warszawie, na ulicę Długą
Wielce Szanowny Panie Profesorze!
Dwukrotnie spotkałem się z Panem w Warszawie w kwietniu 1975 roku i chociaż - może także dla Pana było to miłe zaskoczenie - skruszyło się między nami sporo barier natury pokoleniowej, językowej oraz innych - nie odważyłem się wspomnieć, iż piszę powieść o bohaterze Pańskiej wspaniałej monografii, o Wojciechu Bogusławskim, gdyż mimo wszystko to dość nietypowe, by jakiś w miarę młody Węgier zabrał się za pisanie powieści o pewnej dziwnej, także przez polskich pisarzy rzadko opisywanej, epoce z dziejów Polski. A jednak napisałem ją, bo chociaż dzieje obu narodów są podobne, to nie na tyle, by osobę postronną mogły sparaliżować tematy tabu i istniejące uprzedzenia.
Pan, Profesorze Kustoszu, będzie dokładnie wiedział, gdzie do wydarzeń historycznych podchodziłem z pedantyczną wręcz dokładnością, a gdzie od nich odchodziłem, uzupełniając jakby przypadkowość historii. Pan wie, że po roku 1799 Bogusławski nie występował już we Lwowie; że zmarł dopiero w 1829 roku; że wybudował sobie pałacyk; że Pierożyńska nie mogła się nim opiekować; że Grudzińska nie grywała u Mistrza, a za mąż wyszła dopiero w 1820 roku; ze względów konstrukcyjnych skondensowałem wiele lat i, co tu ukrywać, popuszczałem wodze swej fantazji. Ale może Pan zauważyć także to, iż wszystkie moje postaci są bez wyjątku postaciami historycznymi, od Wielkiego Księcia po inspicjenta, od antykwariusza po suflera, a opisywane przedstawienia zrelacjonowałem w oparciu o dane źródłowe.
Pan, Panie Profesorze, z pewnością na pamięć zna przetłumaczone przeze mnie dosłownie teksty Iksów, które dzięki profesorowi Szwankowskiemu oraz Panu ukazały się w wydanym 23 lata temu przez Ossolineum, a liczącym ponad 600 stron woluminie wzbogaconym o liczne przypisy oraz ilustracje. Dla mnie Towarzystwo Iksów jest czymś więcej niż tajnym stowarzyszeniem istniejącym w rzeczywistości. Dostrzeże Pan, iż w mej powieści każdy jest, w szerokim znaczeniu, Iksem: Ipsyloni, Zera a także niebiorący udziału w polemikach, gdyż wszyscy są członkami społeczeństwa - ta tajemnicza litera oznacza zarówno zamieszkującą w nas zbiorową nieświadomość, jak również niezależne od nas, karmiące się z nas wszystkich to, co nienazwane.
Być może Pan Profesor pamięta, że, aczkolwiek dość ponuro, to jednak zgodziłem się z konkluzją Pańskich rozważań, zgodnie z którą wielka proza w dzisiejszych czasach może pojawić się jedynie w Związku Radzieckim lub Stanach Zjednoczonych, a u nas - w Polsce i na Węgrzech - nie ma ku temu warunków. W głębi duszy jednak miałem nadzieję, iż niepowstałą jeszcze powieścią zaprzeczę nam obydwu. Pragnąłem napisać takie dzieło, pod którym załamie się stół.
Od naszego spotkania minęły cztery lata. Coś z pewnością udało mi się osiągnąć: wypleniłem z siebie skłonność do efektownych, lecz tonących w niejasności rozwiązań. Pośrednio pomógł mi w tym także Pański niezłomny obiektywizm naukowy. Dlatego proszę, Panie Profesorze, pozwolić, iż na pamiątkę naszych rozmów prowadzonych na ulicy Długiej, niedaleko dawno już zburzonego warszawskiego Teatru Narodowego, tę książkę zadedykuję Panu oraz polskim ludziom światłej myśli takim jak Pan.
Lipiec, 1979
György Spiró
- Przybył Bogusławski - zakomunikował Macrott.
Osiński zza biurka wpatrzył się w teatralnego golibrodę nieruchomym wzrokiem.
- Bogusławski? - spytał.
Macrott przytaknął.
- Przybył?
- Przybył, panie dyrektorze.
- I gdzie jest teraz?
- Rozprawia w teatralnej knajpie.
Najpierw powinien przyjść do mnie, pomyślał Osiński, ale wolał zaszyć się w suterenie. Z pewnością raczy aktorów legendami o sobie. Nie, nie zejdę do niego, postanowił twardo, niech on do mnie przyjdzie.
- I po to pan do mnie przyszedł, Macrott?
- Po to. Myślałem, że to pana dyrektora zainteresuje.
- Może pan odejść, Macrott.
Z uczuciem zawodu Macrott opuścił pokój dyrektora, po czym w swej pracowni teatralnego golibrody zabrał się do pisania codziennego raportu. Od razu poprawił mu się nastrój. Pięknymi, spokojnie i starannie kaligrafowanymi literami kreślił na papierze, iż Wojciech Bogusławski, znany aktor, wrócił do Warszawy po półrocznym pobycie we Lwowie, a jego zamiarem jest najprawdopodobniej ponowne przejęcie dyrekcji teatru od swego zięcia, pana Osińskiego. U dołu kartki Macrott pieczołowicie wpisał datę.
Tego dnia w Paryżu podpisano Święte Przymierze.
O tym fakcie nikt Macrotta nie powiadomił.
Raport Tobiasza Macrotta, teatralnego golibrody szkockiego pochodzenia, następnego dnia rano wraz z herbatą otrzymali:
generał Rożniecki, szef żanarmerii,
hrabia Mostowski, minister spraw wewnętrznych,
prezydent Węgrzecki,
książę Czartoryski, kandydat na urząd namiestnika,
baron Mohrenheim, sekretarz Wielkiego Księcia
i wielu innych.
Osiński długo siedział za swoim biurkiem i wreszcie doszedł do wniosku, że Bogusławski nie może mu już zaszkodzić, przezorność jednak nie zawadzi. Postanowił więc, że następnego dnia powiadomi o przybyciu Bogusławskiego
ministra spraw wewnętrznych Mostowskiego,
księcia Czartoryskiego,
Mohrenheima, sekretarza Wielkiego Księcia,
ewentualnie prezydenta miasta Węgrzeckiego,
a jeśli zostanie doń dopuszczony, wspomni o tym również samemu Nowosilcowowi.
Jest już stary, pomyślał Osiński, ma pięćdziesiąt osiem lat. Długo raczej nie pociągnie. I po uszy zadłużony. Zadłużony u mnie.
Zadłużenie Bogusławskiego wynosiło sto osiemdziesiąt tysięcy złotych, kiedy Osiński za sto osiem tysięcy kupił teatr wraz z dekoracjami i kostiumami oraz częścią rękopisów, dalsze osiemnaście zapłacił Bogusławskiemu za opuszczenie teatru - tej kwoty mu nie wręczył, bo tyle Bogusławski przyrzekł Rozalii w posagu, co oczywiście pozostało tylko czczą obietnicą - zostało więc jeszcze do spłacenia siedemdziesiąt dwa. W południe podczas obiadu Osiński na wszelki wypadek spytał żonę:
- Powiedz, moja droga, ile jest mi winien pani ojczulek?
- Znaczną sumę - odparła Rozalia.
Osiński przytaknął.
- Czemu pytasz? - zainteresowała się Rozalia.
- Wrócił ze Lwowa - powiedział Osiński.
Rozalia milczała.
W tym czasie w teatralnej suterenie Bogusławski jadł na kredyt kaszę.
- Miałem z sobą dwa paszporty - opowiadał z pełnymi ustami, z ziarnkami kaszy na długiej, siwej brodzie. - Jeden prawdziwy, drugi jakiegoś kupca, który załatwiłem we Lwowie. Wytrzęśliśmy się już dyliżansem za Kraków, kiedy nadjechał oddział Austriaków i zażądali paszportów. Wyciągnąłem prawdziwy, spytali, czym się zajmuję, i nieopatrznie powiedziałem, że jestem kupcem.
Siedzący w gospodzie aż syknęli.
- Austriacy powiedzieli: tu wpisano, że aktor. Mówię im, że tylko żartowałem. Macie pojęcie - oni nie znają się na żartach.
- Nie mają poczucia humoru - potwierdził Zdanowicz.
- Zabrali mnie z powrotem do Krakowa i przymknęli w jakiejś piwnicy. Przez cały dzień nie dali mi nic do jedzenia. Siedziałem zasępiony w tej zimnej norze i wpadłem na pomysł, jak by należało przebudować teatr. I to całkiem tanio.
- Prościej będzie zburzyć - uznał Malinowski.
- Od dłuższego czasu - ciągnął Bogusławski, mieszając kaszę - pierwszy raz miałem okazję do rozmyślań w całkowitym spokoju. Ci Habsburgowie to całkiem porządni faceci. Następnego dnia zaprowadzili mnie do oficera, który drobiazgowo, we właściwy im sposób, zaczął mnie wypytywać, położył przede mną oba paszporty, żebym sobie któryś wybrał, skoro tak bardzo lubię podróżować. Mówię: jestem aktorem, co najmniej takim jak Talma. Nawet nie drgnął. Nie widział Talmy.
- My też - stwierdziła rzeczowo Helena Rutkowska.
- Ale on nawet o nim nie słyszał - odparł Bogusławski z niezadowoleniem. - Mówię mu: ja pierwszy śpiewałem w Warszawie Mozarta, ale o Mozarcie także nic nie słyszał! Zapytałem, czy był kiedyś w teatrze. Kiedyś tam był, nawet mu się podobało, ale tytułu sztuki nie pamiętał, jakiś negus zadźgał swoją żonę.
- Otello - oznajmił z dumą Szczurowski.
- O to i ja spytałem - odparł Bogusławski, przysuwając sobie kolejne danie - ale tylko wzruszył ramionami. Czy pan ją dobrze pamięta, kapitanie? Skinął głową. No więc, mówię, odegram panu kapitanowi żonę negusa.
Żółkowski parsknął śmiechem.
- Wyszczerzył zęby i przywołał nawet wartowników. Swego czasu Bulla grał Otella po niemiecku, pamiętałem kilka fragmentów. Poprosiłem oficera, by stanął naprzeciw mnie - on będzie zazdrosnym negusem, ja jego żoną. I zacząłem mówić. Na początku rechotali, ale powoli milkli i tak się gapili, jakby jeszcze nigdy w życiu nie spotkali ponętnej dziewczyny. Widziałem po oczach oficera, że naprawdę wczuwa się w rolę Maura, w jego wzroku było tyle zazdrości, że natychmiast bym go zaangażował do roli. Kiedy go objąłem i pocałowałem, nikt nawet się nie zaśmiał. Albo mnie rozstrzelają, pomyślałem, albo wypuszczą.
W bufecie zapadła cisza, Bogusławski zanurzył łyżkę w misie.
- Sądzicie zapewne, że mnie rozstrzelali, co? - rzucił ze śmiechem.
- Mistrzu, Mistrzu - Malinowski pokręcił z niedowierzaniem czarną czupryną - to takie piękne, że tylko pan mógł coś podobnego wymyślić.
- Nie musi nawet być prawdziwe - burknął zrzędliwie Żółkowski. - Grunt, że piękne.
- Wobec tego postawcie mi jeszcze jeden obiad - odparł Bogusławski. - Mięsa nie ma?
- Nie ma - oznajmił osowiale tłuścioch Żółkowski.
- Od tygodni nie ma - dodał Szymanowski.
- Nie szkodzi - powiedział Bogusławski. - Jest kasza.
- Musiał się pan nieźle zadłużyć we Lwowie, Mistrzu - rzucił Malinowski.
- Rzeczywiście nieźle. Ale stara gwardia, jak widzę, została.
- Są i nowi - odparł Szymanowski ponuro. - Sam pan zobaczy. Osiński zaangażował kupę durniów.
- Coś brak wam humoru - stwierdził Bogusławski. - A przecież jest kasza. Co idzie dziś wieczorem?
- Genialna sztuka - skrzywił się Żółkowski. - Bezwzględnie musi pan zobaczyć. Przez te pół roku sporo się tu zmieniło.
- Dmuszewscy jeszcze są? - spytał Bogusławski.
- Są.
- Kudlicz też jest - dodał Malinowski. - Bardzo się ucieszy, że Mistrz wrócił.
- Będę miał przynajmniej kogo nienawidzić - odparł ze śmiechem Bogusławski.
Przed gmachem teatru już się nie śmiał. Jego wysoka, chuda postać przygarbiła się, długa, zapuszczona we Lwowie siwa broda smętnie opadała na wytarte futro. Oczekiwał, że rzucą mu się na szyję, lecz oni tylko beznamiętnie zastygli wokół niego, z rzadka ktoś rzucił pytanie, nikt naprawdę się nie cieszył, nawet dowcipy Żółkowskiego były posępne. Nie wierzą we mnie, pomyślał, już się mnie nie boją.
Kręcił się przy tylnym wejściu do teatru, mijali go znajomi aktorzy i technicy, mignęła twarz suflera Wąsikowskiego i Gerlicera, szefa maszynowni, żaden jednak go nie dostrzegł. Przecież nie mógł się przez te pół roku aż tak zestarzeć. To ta broda.
Ruszył w kierunku Miodowej, obejrzał się na stojący pośrodku placu teatr. Zniszczony, odrapany budynek, nadający się do wszystkiego, tylko nie na teatr. Kiedy król zaakceptował tanią propozycję Bonawentury Solariego zamiast pełnych rozmachu projektów Schrögera i Merliniego, Bogusławski nie mógł jeszcze przypuszczać, że wkrótce, po zaledwie dwunastu latach, jemu przypadnie remont, i ponownie za niewielkie pieniądze. Do budynku głównego dostawił przybudówkę, wzmocnił fundamenty, w trakcie remontu okazało się, że całe obelkowanie zbutwiało i trzeba je wymienić; na poddaszu urządzono mieszkanie dla maszynisty, a przy wejściu do budynku postawiono stajnię. Król w końcu dorzucił zrozpaczonemu Bogusławskiemu trochę pieniędzy, pod warunkiem że zbudują dodatkowe wejście do loży królewskiej. Tak też się stało. Na magazyn dekoracji i na garderoby funduszy już oczywiście zabrakło. Po kilku latach gmach znów groził zawaleniem, więc w 1808 roku wszystko zaczęło się od początku. Bogusławski wiedział, że nawet mimo tamtego remontu teatr jeszcze jakoś się trzyma tylko dzięki modlitwom. Z kwot przeznaczonych na nieustanne naprawy można by wznieść trzy przyzwoite teatry. I tak najnędzniejszym teatrem Europy stał się ten w Warszawie; potwierdzało to wielu podróżnych, wśród nich Kotzebue.
A zresztą, teraz niech się martwi Osiński.
Plac Krasińskich tchnął tą samą atmosferą, którą czuł rano, przeprawiając się promem z Pragi. Warszawa zeszła na dziady, stała się przygnębiającym, zbiedniałym miastem. Gmach sądu, pałac Krasińskich już z daleka zalatywały stęchlizną, na Długiej budynki chyliły się ku ruinie, a najbardziej kamienica czynszowa Ehlerta, mogąca przyjąć dwa tysiące mieszkańców. Na Miodowej do tej pory nie wywieszono nazwy ulicy. Nie tak dawno z wielką pompą przechrzczono ją na ulicę Napoleona, a potem po cichu zdjęto tabliczkę, lecz starej nie przywrócono jeszcze na dawne miejsce. Cały plac Teatralny pokrywało błoto. U wylotu Długiej kotłował się niewielki tłum, roiło się od żandarmów, widać przeprowadzano rewizje w poszukiwaniu tytoniu i spirytusu. Rankiem, gdy Bogusławski przeprawiał się przez Wisłę, dokładnie zrewidowano także jego, a potem raz jeszcze obszukano go przed bramą miejską.
Powolnym krokiem dotarł do końca Miodowej. Słynna cukiernia u Lessla była zamknięta, na drzwiach wypożyczalni książek Glücksberga krata z kłódką, ale dwie inne cukiernie, Honoratka i pobliska Dziurka Marysi, były otwarte. Bogusławski nadal czuł głód; przystanął na rogu Miodowej i Senatorskiej przed restauracją Chovota, lecz po chwili ruszył dalej: zje raczej za darmo u syna.
Większość sklepów po obu stronach Krakowskiego też była zamknięta. Mięsa nie widział nigdzie. Zajrzał na chwilę na Stare Miasto, ratusz ział pustką i do połowy wypalonymi murami, tylko dzieci grały tam w piłkę. Kramiki przyklejone do murów ratusza również stały puste, wałęsało się przed nimi zaledwie kilku Żydów, wyraźnie znudzonych. Przy karetach wychudzone konie. Stangreci na kozłach drzemali owinięci kocami, żaden nie zaoferował swoich usług. Bogusławski przemierzył całe Krakowskie Przedmieście i przystanął przed pałacem Radziwiłłów. Budynek służący niegdyś za teatr, w którym zaczynał karierę, wyglądał teraz opłakanie, pośród kamieni pleniło się zielsko, a na dachu rosło drzewko. Nigdy jeszcze Warszawa nie była taką pustynią.
Nie szkodzi, pomyślał Bogusławski, nawet w takich czasach trzeba robić teatr.
Ruszył w stronę domu Nacewiczów.
Jeśli oni też nie przyjmą mnie należycie, pomyślał, natychmiast wrócę do Krakowa.
Przy Świętokrzyskiej stały drewniane domy. Tu zaczynało się nowe getto, od kilku lat Żydów przesiedlano ze śródmieścia na Marszałkowską, w okolice starego cmentarza, gdzie raz za razem wody gruntowe wypłukiwały z ziemi zwłoki. Syn mieszkał na obrzeżu getta i próżno starał się przenieść do śródmieścia, gdzie mieszkali inni młodzi oficerowie, nie pozwalał mu na to zbyt mały żołd; Bogusławski nie był w stanie wesprzeć go nawet marnym groszem, a zresztą nie chciał tego.
Drzwi otworzyła Aniela, przez chwilę tylko patrzyła, potem rzuciła mu się na szyję i wciągnęła do środka.
- Ignacego jeszcze nie ma - powiedziała w pokoju. - Cały czas ćwiczą parady, do domu wraca tylko na spanie.
Bogusławski zasiadł w starym fotelu - podarował go dzieciom w prezencie ślubnym - z cichym chrzęstem starych kości rozprostował zesztywniałe palce i załzawionymi oczami przyglądał się drobnej, delikatnie zbudowanej dziewczynie.
- Nie zerkniesz na wnuka? - spytała Aniela.
- To ja mam wnuka? - odparł zaskoczony Bogusławski.
- Zapomniałeś, co? Kiedy wyjeżdżałeś, byłam w czwartym miesiącu.
- Ten wyskrobek to mój wnuk?
- Owszem. Wojciech Maurycy.
Bogusławski patrzył osłupiały, Aniela cicho się roześmiała i zaniosła niemowlę do drugiego pokoju.
- Jest tylko kasza - powiedziała, wracając.
- Jadłem już w teatrze. Napiłbym się herbaty.
- Opowiesz mi wszystko? - zapytała Aniela, przyniósłszy samowar.
Bogusławski wzruszył ramionami.
- Sześć miesięcy szlag trafił - powiedział. - Narobiłem długów.
- I tak ich nie zwrócisz - stwierdziła Aniela.
- Chyba nie - odparł Mistrz. - Mimo to było dobrze.
- Przywykłeś już...
Bogusławski uniósł głowę i uśmiechnął się. Przytaknął.
- Tak - powiedział. - Jeśli człowiek przez lata jest Wielkim Dyrektorem... a potem nagle spada między dawnych pochlebców... z Dyrektora na kuglarza...
Wzruszył ramionami i roześmiał się.
- Czego chcesz? - powiedziała Aniela. - W czerwcu, kiedy ogłoszono, że staliśmy się królestwem, znów grano Cud mniemany. Zawsze grają twoją sztukę, gdy ktoś przybywa do Warszawy. Teraz dorobiono temu gębę ku większej chwale Wielkiego Księcia. Wyszedł szajs.
- Bo nie ja reżyserowałem - stwierdził Mistrz. - Pewnie na cześć cara Aleksandra też wystawimy Cud mniemany. To pocieszające. Wystarczy, że raz w życiu napisze się rewolucyjną operę. - Skrzywił się pogardliwie.
- Napoleon przegrał pod Waterloo - rzuciła Aniela.
- Wiem. Jest mleko?
- Nie ma.
Aniela nalała herbaty.
- Ignacy zdobył na czarnym rynku. Już i o herbatę trudno. Mleko może będzie, jak car przyjedzie na koronację.
- Wtedy mleko na pewno będzie. I znów zagrają moją sztukę. Powiedz mi, czemu jesteś smutna?
- Nie ma sensu, bym wracała do teatru.
Bogusławski powoli sączył herbatę. Zaledwie szesnastoletnia, urocza, cudowna dziewczyna. Jeszcze pół roku temu była trzpiotowatym podlotkiem. A teraz ruchy ma powolne i znużone, oczy zwrócone do wewnątrz, jakby wiedziały o rzeczach, o których tylko jemu, Bogusławskiemu, wypada wiedzieć.
- Nie postarzałam się - uśmiechnęła się Aniela. - Ja się tylko zmieniłam.
Bogusławski westchnął.
- Nadal chciałbyś mnie za żonę?
- Chciałbym - odrzekł Bogusławski - gdybym tylko był trzydzieści lat młodszy.
- Więc dobrze, przy najbliższej okazji wyjdę za ciebie.
Porzuć mego syna, chciał powiedzieć Bogusławski, ja naprawdę się z tobą ożenię.
- Zagraj coś - poprosił.
Aniela siadła do fortepianu i zaczęła grać. Bogusławski rozparł się wygodnie w fotelu i przymknął oczy. Aniela zaczęła Mozartem, potem zagrała luźne tematy. Jak ona dziwnie improwizuje, pomyślał Bogusławski, ileż w niej mroku. Każda jej kadencja to dysonans, potem długie wprowadzenie do tematu, te jednak nie rozwijają się i nie znajdują rozwiązania. Samo falowanie, niewiodące ku żadnemu celowi. Ona niszczy formy, ale w ich miejsce nie tworzy innych. Jakże wielką tragiczką mogłaby być ta mała.
Aniela przykryła drzemiącego Bogusławskiego i długo wpatrywała się w jego twarz.
Potem poszła do pokoju i niechętnie nakarmiła piersią dziecko.
Bogusławski obudził się późnym popołudniem. Naburmuszony i rozbity wygramolił się z fotela.
- Miałem długą podróż - powiedział. - Wczoraj rano wyruszyłem z Krakowa, ten parszywy dyliżans wytrząsł mi wszystkie flaki. Całe godziny czekałem na Pradze na prom. W strasznym ścisku tłoczyli się wokół mnie jacyś cieśle, chłopi, gałganiarze, Cyganie, Żydzi, rabusie, a ja tylko czekałem na chwilę, kiedy mnie rozpoznają i nazwą Mistrzem. Jakby ktokolwiek z nich był kiedyś w teatrze. - Roześmiał się. - Zgolę brodę, żeby mogli mnie rozpoznać, i zapuszczę na nowo dopiero wtedy, kiedy przyprowadzę mój lud do nowej ojczyzny. Daj mi jakieś ubranie, w tych gałganach nie mogę przecież pójść do teatru.
Aniela przyglądała się ze smutnym uśmiechem, jak teść przebiera się w ubranie syna. Stary pan wychudł, można było policzyć mu żebra, kości miednicy prawie że przebijały skórę.
- Co tak patrzysz? - spytał Bogusławski. - Chudy jestem? Przynajmniej nie muszę się martwić, że utyję.
Aniela milczała.
- To niedobrze, że mnie kochasz - oznajmił szorstko Bogusławski. - Wiem, że mnie kochasz, chociaż masz teraz przed sobą wychudzone widmo. Nakazuję ci, byś mnie ponownie pokochała dopiero wtedy, kiedy znów będę taki jak dawniej, kiedy będę kimś, za kim szaleje widownia, kogo wynosi się na rękach ze sceny. Do tego czasu masz mnie nie kochać, słyszysz?
Aniela skinęła głową.
- Nie wierzysz już we mnie, co?
Uśmiechnęła się.
- Jestem pełen planów - powiedział Bogusławski chmurnie. - Wygryzę tego idiotę Osińskiego. Nie pozwolę tak sobą pomiatać. Wygramolę się z długów, zobaczysz, nawet Pan Bóg nie może mi przeszkodzić, a co dopiero taki Osiński. Bydlę bez polotu.
- To u niego jesteś zadłużony.
- I co z tego? Mam jeszcze przyjaciół. Stworzę taki teatr, jakiego jeszcze nie było. To nie mrzonki zgrzybiałego starca. Mówię to ja, Bogusławski, polski Molier. Dożyjesz jeszcze tego, że Moliera będą nazywali francuskim Bogusławskim. Nie ma jakiegoś kapelusza?
Aniela przyniosła kapelusz.
- Zamieszkaj u nas.
- Mam swoje mieszkanie - obruszył się Bogusławski.
Na ulicy zaczął się zastanawiać, skąd weźmie na opał. Nieważne. W końcu przetrwał już gorsze czasy.
O wpół do szóstej dotarł do teatru. W suterenie kazał sobie zgolić brodę.
- Ostatnio jakby przerzedziły się panu włosy - powiedział Macrott.
- Tym lepiej uda się dobrać perukę - odparował Mistrz.
Pryszczaty wyrostek zgarnął szczotką kosmyki siwych włosów.
- Chłopak znakomicie robi peruki - rzucił Tobiasz. - Ma na imię Hieronim. To syn pana Szymańskiego.
Przez chwilę Bogusławski przyglądał się chłopakowi, po czym poklepał go po twarzy. Chłopak się zaczerwienił.
- Z nim trzeba delikatnie - przestrzegł Tobiasz dobrotliwie. - Czasem potrafi aktora ugryźć w rękę.
Przed spektaklem Bogusławski nie zszedł już do knajpy, nie chciał, by ponownie za niego płacono. Na widowni usiadł w ostatnim rzędzie, skąd mógł objąć wzrokiem całość. Ogarnęła go trema. Czekał na cud, widok pustych ław przepełniał go rozkosznym niepokojem. W czasie przedstawień, jeśli akurat nie grał i mógł obserwować kolegów na scenie, zaczynało mu burczeć w brzuchu. Teraz też poczuł, że kiszki zagrają mu marsza. To przedstawienie będzie śledzić z przejęciem, chociaż nie ma z nim nic wspólnego, to już interes Osińskiego.
Pojawiła się stara bileterka, żeby go przegonić. Uśmiechnął się do niej.
- Mistrz! - szepnęła kobiecina i zmieszana podreptała z powrotem.
Bogusławski przypatrywał się wchodzącym widzom. Wszyscy wyelegantowani. Miejsca stojące na drugim piętrze, tak zwany paradyz lub inaczej jaskółkę, wypełniali młodzi, najwyraźniej studenci nowo powstałej uczelni.
Podwójna loża królewska z lewej świeciła pustką. Od reszty widowni nadal oddzielały ją kraty, w głębi połyskiwały lustra. To tu, w asyście jakby wiecznie tych samych żołnierzy gwardii przybocznej, tkwili nieruchomo w fotelu Fryderyk August, Fryderyk Wilhelm, Napoleon i Poniatowski, tu teraz siaduje Wielki Książę Konstanty, tutaj też niebawem zasiądzie car Aleksander. Przez królewską lożę przewijali się wszyscy panujący, Polacy, Prusacy, Sasi, Rosjanie, zmieniały się postacie, ale dekoracja pozostała ta sama. Tak jak pozostali prawdziwi aktorzy, wysługujący się każdej władzy, którzy w sprzyjającym momencie potrafili w każdą władzę uderzyć zza pleców.
To jest moje królestwo, pomyślał Bogusławski, nikt mi go nie jest w stanie odebrać. Ani Osiński, ani car, ani nawet Pan Bóg.
Całe zmęczenie gdzieś z niego uleciało. Pięćdziesiąt osiem lat to jeszcze nie starość. Być może ma przed sobą dwa lub trzy lata, ale równie dobrze może ich być dwadzieścia albo też trzydzieści. Trzeba tak żyć, jakby wszystko mogło się jeszcze zdarzyć, a wówczas z pewnością coś się zdarzy. Trzeba grać.
Kiedy na widowni wygaszono światła, Bogusławskiemu zaczęło burczeć w brzuchu.
Przypominał sobie tę dekorację. Pejzaż wymalowany na tylnej kulisie w głębi sceny to dzieło Smuglewicza. Namalował go chyba piętnaście lat temu do jakiejś sztuki; teraz malarz od pięciu lat już nie żyje, a wyblakły pejzaż nadal jest użyteczny. Drzewo z przewierconej na wylot deski z wiszącymi na nim ogromnymi owocami było pomysłem Plerscha jeszcze z początku wieku, kiedy w jakimś dramacie grozy z dziupli drzewa miał się wynurzyć wampir. W każdym z tych krzeseł Bogusławski siedział, pił z każdego pucharu, te przedmioty to jego przyjaciele, ze wszystkimi wiążą go miłe sercu wspomnienia, wszystkie je traktował jak swoją własność. Potem wraz z teatrem sprzedał Osińskiemu także rekwizyty, wiosną tego roku, gdy znalazł się na dnie z powodu bankructwa. To on kazał wykonać wszystkie rekwizyty, on biegał za każdym meblem, on kierował pędzlem Smuglewicza i własnymi rękami montował nad sceną pomosty podczas ostatniej przebudowy. Mógł je sobie Osiński kupić, nie mógł jednak mieć pojęcia o ich prawdziwej wartości, bo tej kupić nie można.
Grano dramat grozy, po bożemu, według ustalonego kanonu. Przez drogi i bezdroża zbójcy, bez wytchnienia, ścigali bohatera. Z pełnym aprobaty znudzeniem Bogusławski śledził wydarzenia, do chwili gdy pojawiła się małpa, wierny druh bohatera, która bełkocząc coś i huśtając się na drzewie, pełna poświęcenia, dopóty będzie ratować życie swego pana, dopóki zbójcy jej nie zastrzelą. Bogusławski często grał w sztukach rojących się od dzikich zwierząt i upiorów, jednak ta małpa jakoś nie mogła mu się pomieścić w głowie. Nie wiedział, kto ją gra, poza małpim bełkotem nie słyszał innych głosów. Ale najbardziej przeszkadzało mu, że nie rozumiał, co małpa ma wyrażać. Na początku snuł domysły, że bohaterem sztuki jest Napoleon, a zatem małpa oznacza Polskę, która za wszelką cenę trzyma się cesarza. Sądząc jednak po reakcji publiczności, nie o to chodziło. Później starał się odszukać w sztuce inne aktualne treści - że być może małpa to Wielki Książę, wobec tego postać pana to wiecznie wyczekująca ocalenia Polska, lecz i ta interpretacja jakoś mu nie pasowała, Osiński nie mógł mieć tyle odwagi, by ukryć Wielkiego Księcia pod postacią małpy. Bogusławski niespokojnie wiercił się na krześle. Sztuka pobudzała do śmiechu i śmiał się w typowy dla siebie sposób, do wewnątrz, spazmatycznie i bezgłośnie, lecz widownia nie śmiała się wcale. Śledziła wydarzenia w głębokiej ciszy i była wyraźnie przejęta. W małpie widziała tylko małpę.
Bogusławski musiał pogodzić się z myślą, że przez taką widownię wcale nie komedię ogląda. Nie wyczuwał atmosfery komedii. Cóż to za dziwna widownia? Pół roku temu jeszcze umieliby się śmiać. A przynajmniej nie siedzieliby tak cicho. Jeśli współczują małpie, niech przynajmniej pokrzykują, by dodać jej otuchy.
Kiedy pod koniec spektaklu zbójcy zastrzelili wierną małpę, a ona na wierzchołku drzewa śmiertelnie raniona przez długie chwile coś bełkotała, aż spadła - w tej samej chwili opadła też kurtyna - widownia zaniosła się szlochem. Kobiety podnosiły do oczu rożki chusteczek, panowie ze smutkiem, w głębokim zamyśleniu, wpatrywali się w pustkę. Cichnący szloch zastąpiły pojedyncze oklaski. Aktorzy wyszli do braw, niosąc na ramionach małpę. Grający ją aktor nie zdjął kostiumu, nie raczył nawet uchylić maski. Bogusławski oczekiwał, że małpa wytnie teraz coś nieprzyzwoitego, lecz na próżno.
- Wstrząsające przeżycie - usłyszał głos jakiejś damy w foyer. Miała na głowie wielki wspaniały kapelusz.
- Gdybym to ja miała takie wierne zwierzę - dorzuciła inna.
- Mówią, że małpy rozumieją ludzki język - powiedział jakiś pan.
- Szkoda, że w naszych lasach nie mieszkają małpy - dodał inny.
Bogusławski powlókł się z powrotem do sutereny, zapukał do garderoby Ledóchowskiej, ale drzwi były zamknięte. Ledóchowska w tej sztuce nie grała. Pan Bautz właśnie zamykał teatralną knajpę, ale jeszcze zrobił Bogusławskiemu herbatę. Na korytarzu przesuwano dekoracje, Zieliński klął i pokrzykiwał dyszkantem, bo któryś z aktorów spóźnił się z wejściem na scenę. Ciekawe, pomyślał Bogusławski, ja tego nie zauważyłem.
Odgłosy z wolna zamierały, pozostawiony sam sobie Bogusławski opuścił teatr.
Przed pałacem kasztelana Sołtyka na Nowolipkach - piętnaście lat temu założono tu Towarzystwo Przyjaciół Nauk, nazywane potocznie Akademią - długie minuty dobijał się do bramy, nim wreszcie pojawił się odźwierny i łaskawie obiecał zameldować panu kasztelanowi o przybyciu pana Wojciecha, po czym zatrzasnął bramę Bogusławskiemu przed nosem. Siąpił zimny deszcz ze śniegiem. Stary aktor postawił kołnierz. Zostawiłem gdzieś kapelusz syna, pomyślał ze smutkiem.
Na ulicy nie było żywej duszy, minęła już ósma, większość lamp się nie paliła. Na całej trasie między teatrem a pałacem kasztelana zagadał do niego tylko jeden lampiarz, ale i jego Bogusławski szybko się pozbył; nie miałby nawet jak mu zapłacić za przyświecanie w drodze. To w ogóle cud, pomyślał, że oświetlenie w teatrze działa normalnie.
Kasztelan w towarzystwie syna przyjął go w znajomej, ogromnej, pełnej chłodnego przepychu sali. Bogusławski uścisnął dłoń tak kasztelana, jak i jego kruczowłosego syna o wyrazistej twarzy, po czym usiadł w jednym z liczących sobie już kilka wieków foteli.
- Proszę nie zdejmować płaszcza, panie Wojciechu - powiedział kasztelan Stanisław - nie najlepiej stoimy z opałem.
Przez kilka chwil milczeli.
- Co nowego we Lwowie? - spytał kasztelan.
- Żyją tak, jakby w ogóle nie było wojny - odrzekł Bogusławski.
- Popełniliśmy wielki błąd - powiedział Roman Sołtyk - że nie zorganizowaliśmy na Ukrainie oddziałów partyzanckich. A tyle razy molestowałem w tej sprawie Napoleona. Osadzili go na Świętej Helenie, słyszał pan?
Bogusławski przytaknął.
- A w Krakowie? - spytał kasztelan.
- Żyją dla siebie. Cieszą się niewymownie, że znaleźli się poza Królestwem Polskim. Na serio chcą odgrywać rolę miasta-państwa. Powiadają, że nie wiedzieliby, co począć z polskim rządem.
- A gdzież tu mamy polski rząd? - zapytał Roman. - Tu jest tylko wielki książę, no i Nowosilcow. Odkrył go kiedyś książę Czartoryski, to on polecił go uwadze Aleksandra, ściągnięto go nam tutaj na kark, a Czartoryski był niezmiernie zdumiony, gdy całymi dniami nie mógł się doprosić o audiencję u Nowosilcowa.
Znów na chwilę zamilkli.
- Nie ma tu teraz nic do roboty - powiedział kasztelan. - Najpierw myśleliśmy, że przejdziemy do opozycji, ale do tego potrzebna byłaby opozycja. Pan również nic nie wie o opozycji, prawda, panie Wojciechu? Musimy czekać, aż sytuacja jeszcze się pogorszy.
Bogusławski utkwił wzrok w przepięknych srebrnych świecznikach.
- Cały czas wspomina się o konstytuancie - mówił dalej kasztelan - a tym możemy zabawiać się przez całe lata. Nikt nie chce zmian, najmniej car Aleksander. Według poufnych wiadomości... - zamilkł i machnął ręką. - Szeregowcom odebrano broń i rozpuszczono ich na cztery wiatry, chłopi się cieszą, że nie muszą już więcej walczyć. Wszyscy oficerowie mogli sobie zachować stopnie otrzymane od Napoleona, ale oni też poszli w rozsypkę, a nasi generałowie dostają wspaniałe emerytury od niedawnego jeszcze wroga, naszego dobroczyńcy, batiuszki cara. U nas wielki spokój, panie Wojciechu. Z całą pewnością Czartoryski zostanie namiestnikiem.
Znów zamilkli.
- Wolnomularze jeszcze działają? - zapytał Bogusławski.
- Tak - odparł Roman i zaśmiał się. - Nawet Wielki Książę do nich przystąpił. A jak pan myśli, kto jest zastępcą Wielkiego Mistrza? Generał Rożniecki! Resztę może pan sobie dopowiedzieć.
- Napije się pan? - spytał kasztelan i zadzwonił.
- Dziękuję.
Kamerdyner rozlał do kieliszków czerwone wino.
- Od Fukiera - powiedział kasztelan. - Nie wiem, skąd on je bierze, to czarodziej. W czym panu możemy pomóc?
Kasztelan, broniąc się przed chłodem, szczelniej owinął się futrem z lisa.
- Chciałbym wrócić do teatru - odrzekł Bogusławski. - Jeśli się uda, przyrzekam, że będę panom pomagać jak dawniej.
Kasztelan tylko machnął ręką.
- Nie ma w czym pomagać, panie Wojciechu. W porządku. Powiem Józefowi Krasińskiemu, on z pomocą wolnomularzy może wywrzeć presję na Osińskiego. Wspomnę o panu także Linowskiemu, zauważyłem, że interesuje się teatrem. Moje stosunki ze Staszicem się popsuły, ale, jak pamiętam, pana także niezbyt lubił.
- Dwa razy odrzucił moją kandydaturę do Akademii - powiedział Bogusławski.
- Mogę też porozmawiać z generałem Dąbrowskim. Żyje teraz samotnie w swoim majątku, ale na dniach przyjedzie do Warszawy.
- Dziękuję.
- A Niemcewiczowi nie wspomnieć o panu? - spytał kasztelan.
Bogusławski zastanawiał się przez chwilę.
- Raczej nie - odrzekł. - Z Niemcewiczem nigdy nie wiadomo, po czyjej stronie zagra.
- Dobrze. Czy mogę coś jeszcze dla pana zrobić?
Bogusławski milczał. Kasztelan zadzwonił na kamerdynera i kazał przynieść szkatułkę. Lokaj się oddalił, Bogusławski czekał w milczeniu.
- Zwróci mi pan, kiedy będzie miał z czego - powiedział kasztelan.
Bogusławski opuścił głowę.
Na ulicy wziął głęboki oddech i przeliczył pieniądze. Dostał tyle, ile sam sobie płacił za miesiąc, kiedy teatr należał jeszcze do niego. Mógł za to przeżyć skromnie nawet trzy miesiące, choć powinien opłacić zaległy czynsz za ponad pół roku. Trzy miesiące to sporo czasu, wystarczająco dużo, by dokonać choćby i trzech cudów jednego po drugim.Z pewnym zaskoczeniem uprzytomnił sobie, że wciąż ma siedemdziesiąt dwa tysiące długu. Jeszcze moi wnukowie będą go spłacać, pomyślał. Karol na przykład będzie spłacać go sam sobie, jako syn Osińskiego i wnuk Bogusławskiego.
Jego gniew zwrócił się nagle przeciw Sołtykom. Wspaniałomyślnie rzucili mu parę złotych z posiadanych setek tysięcy. I musi jeszcze być za to wdzięczny, musi je przyjąć, wstydząc się za siebie, i będzie ich dłużnikiem do samej śmierci. Nazywają siebie opozycją, bo nigdy nie mieli dość oleju w głowie, by wkręcić się między rządzących. Kasztelan odważnie zaszył się w swoim majątku, natomiast Roman przetrwał wojnę jako adiutant Napoleona, pole bitwy widział tylko wtedy, gdy szedł identyfikować trupy. On także bierze nielichy żołd od cara. A teraz obaj są w opozycji. Przyjdzie im zdechnąć z nudów.
Po chwili przestał utyskiwać: pomyślał, jaką minę zrobi kamienicznik, ten stary handlarz, kiedy mu ciśnie w twarz zaległy dług.
Nie miał jednak szczęścia, w domu była tylko przygłupawa córka handlarza, jej kazał podpisać pokwitowanie.
Bogusławski postanowił, że jak będzie mieć pieniądze, kupi sobie dom. Jakiś pałac. Drewniane schody szyderczo zaskrzypiały.
W pokoju wypełnionym po sufit rekwizytami, pamiątkami i rękopisami długo walczył z żelaznym piecykiem. Nie miał czym rozpalić, o mało co nie zdjął ze ściany portretu swej dawnej miłości, Anny Lampel, ale po chwili postanowił, że okaże jej łaskę, Bacciarellim przecież nie pali się w piecu, raczej oddaje się go w zastaw. Nie spalił również pastelowego portretu Marianny Pierożyńskiej, z podobnych względów.
Dygotał jeszcze z zimna, opatulony obszernym płaszczem, kiedy weszła Marianna, pierwowzór pastelowego obrazu, tylko w starszym wydaniu.
- Szybko rozchodzą się wieści po Warszawie - powiedział Bogusławski uszczypliwie.
Marianna Pierożyńska, matka dzieci Bogusławskiego - Ignacego i Rozalii, jak również babka jego wnuków - Karola i Wojciecha Maurycego, bez słowa wyrzutu wypakowała wędzoną rybę. Bogusławski zaczął jeść, nie przestając jednak gderać.
- Kto to rozpaplał? - spytał. - Aniela?
- Moja starsza siostra - powiedziała Marianna.
Bogusławski zaczął wymyślać na wszystkich krewnych Truskolaskiej.
- Co za babsko! - pieklił się z pełnymi ustami. - Minęło już dziesięć lat, jak na zawsze zburzyłem jej karierę, a ona ciągle miesza w tym gównie.
Marianna z wychudzoną i zwiotczałą twarzą, lecz radością w oczach, wpatrywała się w jedzącego łapczywie Mistrza.
Wielu ludzi znowu będzie źle spało, pomyślał Bogusławski, wyciągając się z rozkoszą na łóżku.
Osiński, nie mogąc zasnąć, ciężko posapuje i obiecuje sobie solennie, że w żadnym wypadku, przenigdy nie zaangażuje swojego teścia.
Żółkowskiego dręczy sumienie, że nie był dość uprzejmy dla Mistrza, który uczynił z niego aktora.
Szymanowski żyje nadzieją, że z pomocą Mistrza uda mu się wygryźć młodego Werowskiego, którego zaangażował Osiński.
Malinowski żałuje, że duma nie pozwoliła mu okazać radości z powrotu Mistrza.
Ignacy jest zazdrosny z powodu Anieli i wolałby być biedny, żeby tylko nie musieć pomagać ojcu. A przecież to bez wątpienia on dał Mariannie pieniądze na rybę. Biedny chłopcze, pomyślał Bogusławski, widać nie jesteś aż tak ubogi.
Dmuszewscy też już muszą o nim wiedzieć, pierwszą myślą chyba wszystkich było właśnie ich zawiadomić. Może Mistrz znów uwiedzie Konstancję. Pewnie Dmuszewski, roztkliwiając się, głaszcze teraz główkę Stanisława. Ile lat ma teraz Stanisław? Siedem. Stanisław Pięknowski. Konstancja nie chciała, by nosił nazwisko Mistrza, lecz nie zezwoliła również, by Dmuszewski prawnie go adoptował. Swoją drogą Konstancja ładnie się tu zachowała, pomyślał Bogusławski i westchnął. Jednym słowem, Dmuszewski będzie teraz otaczać żonę jeszcze większą miłością i on właśnie będzie nadal najbardziej oddany Mistrzowi. Dostanie rozwolnienia, rozmyślał dalej Bogusławski, całą noc przesiedzi w wychodku.
- He, he - powiedział Mariannie na dobranoc i zapadł w spokojny sen.
Rano najchętniej pobiegłby od razu do teatru, by wszystkich od Osińskiego po dekoratorów zmieszać z błotem za wczorajsze przedstawienie. Psują publiczność głupawymi przedstawieniami, jego publiczność! W porę wróciłem, pomyślał, to banda beztalenci, beze mnie do niczego nie dojdą.
Ogolił się, długo stroił miny do lustra, wymamrotał kilka monologów i doszedł do wniosku, że na twarzy nie ma ani śladu starości. Wciąż jest tym samym Bogusławskim. Wytaszczył okuty blachą drewniany kufer, w którym przechowywał rękopisy. Nigdy się z nim nie rozstawał, zawsze go zabierał ze sobą, raz tylko zostawił, właśnie teraz, gdy wyjechał do Lwowa. To była niepoważna ucieczka, pomyślał. Przypomniał sobie po kolei wszystkich znajomych dyrektorów teatrów, którzy splajtowali; jeśli któryś nie siedział w więzieniu, przeważnie musiał ukrywać się przed wierzycielami. Zwiał z Warszawy Montbrun, w którego trupie rozpoczynał karierę, uciekł Bizesti; Foures, kierujący trupą aktorów francuskich, ledwo umknął przed więzieniem - to ja ich zrujnowałem, pomyślał Bogusławski z zadowoleniem - nawet Döbbelin zwinął swój namiot i uciekł z powrotem do Poznania...
Bogusławski liczył, że przez te pół roku przeszła już aktorom złość, zapomnieli, ile razy wstrzymywał im gaże, a teraz będą musieli obwiniać za wszystkie dotychczasowe krzywdy nowego dyrektora, Bogu ducha winnego Osińskiego.
Marianna przyniosła śniadanie, Bogusławski pochłaniał je ze smakiem, wypytując o sprawy teatru. Marianna już od sześciu lat nie zagrała nawet epizodu, miała jednak dość dokładne informacje. Wbrew zakazom Bogusławskiego odwiedzała czasem córkę Rozalię; niekiedy spotykała się z siostrą Truskolaską, która do początków jedynowładztwa Bogusławskiego kierowała najsilniejszą trupą; Marianna była w dobrych stosunkach z córką Truskolaskiej, Ledóchowską, wielką aktorką tragiczną; bardzo chętnie znosił jej też wieści Nacewicz, lubiący wypić epizodysta, którego córka Aniela niedawno urodziła drugiego wnuka Marianny, Wojciecha Maurycego.
Bogusławski przygotował niewielkie karteczki, zapisał na nich nazwiska aktorów, a obok nazwisk świeżo zaangażowanych wpisał najpotrzebniejszą informację. Marianna nigdy się nie myliła w swoich ocenach dotyczących talentu i wad charakteru poszczególnych aktorów, rzadko się jednak orientowała, jakie siły za nimi stoją.
- Nie mam z ciebie wiele pożytku - warknął wreszcie Bogusławski i zaczął się bawić karteczkami jak talią kart. Marianna w milczeniu obserwowała, jak przez dłuższą chwilę układał sobie z nich pasjansa. Intryga zawsze była istotnym elementem strategii Bogusławskiego.
Skończywszy aktorskiego pasjansa, Bogusławski zaczął wypytywać o ogólne samopoczucie robotników, krawców, garderobianych, stolarzy, golibrodów i muzyków. Układanie pasjansa z informacjami na ich temat nie trwało wiele krócej. Marianna odniosła wrażenie, że Bogusławski jest zadowolony z wyniku.
- Gdzieś w tym mieście - powiedział Mistrz z uśmiechem - od samego rana gra się w podobny sposób moim nazwiskiem.
- Nie chcesz zobaczyć Zosi? - spytała Marianna.
- Co z nią? - rzucił Bogusławski i stracił humor. Jedenastoletnia córka, z którą nie można było jeszcze sensownie porozmawiać, zdecydowanie go nudziła. Zosia w ogóle nie powinna się była urodzić. Była owocem przelotnej przygody, Marianna wzięła ją do siebie i opiekowała się jak własną córką. Bogusławski nie traktował poważnie miłosierdzia, nie uważał go za szczere.
- Ciągle choruje - powiedziała Marianna. - Oddałam ją do Szpitala Świętego Ducha. Bogusławski burknął z niezadowoleniem. Ten szpital zyskał sławę najgorszego w mieście, mordowano w nim więcej chorych niż we wszystkich pozostałych łącznie.
- Odwiedzę ją kiedyś - wykrztusił w końcu.
Marianna nie zrobiła żadnej uwagi na temat tego, że to w końcu nie ona jest matką jego dziecka.
Bogusławski zaczął się ubierać.
- Pójdę do Niemcewicza - powiedział.
- Wrócisz na obiad?
Przytaknął z roztargnieniem.
Wziął dorożkę, pieniądze otrzymane od Sołtyka mile łechtały go w kieszeni płaszcza. Była piękna słoneczna pogoda, kiedy ruszył na Ursynów, do Niemcewicza, do jego majątku nieprzypominającego nawet w najmniejszym stopniu posiadłości ziemskiej, sprawiającego raczej wrażenie zapuszczonego wysypiska śmieci, które Niemcewicz nazywał rzecz jasna farmą. Kupił ją krótko po powrocie z emigracji w Stanach Zjednoczonych. Zamierzał ją nazwać Waszyngton, na cześć amerykańskiego prezydenta, ale nie wyrażono na to zgody, narodził się więc Ursynów, od drugiego imienia Niemcewicza. Tylko jedna część farmy była doprowadzona do porządku - szambo, obok którego Niemcewicz założył ogród pełen rzeźb i kazał zawiesić hamaki; z dumą pokazywał go gościom. "Tutaj ja jestem panem", zwykł mawiać i piał, naśladując koguta.
Niemcewicz wylegiwał się na słońcu w ogrodzie, jakby w oczekiwaniu gościa.
- Słyszałem - powiedział przysadzisty, szerokolicy siwy lew i spod krzaczastych brwi spojrzał ironicznie na Bogusławskiego - że już wczoraj odbyłeś pogawędkę z Sołtykiem.
- Mała jest ta Warszawa - odparł Bogusławski i opadł wygodnie na drugi fotel. To też był rekwizyt, przez ćwierć wieku grał w głośnej komedii Niemcewicza Powrót posła. Owo przedstawienie było największym sukcesem Bogusławskiego. Wtedy łączyła ich jeszcze wielka przyjaźń, byli młodzi, obaj rewolucjoniści i obaj optymiści. Wtedy istniało też jeszcze państwo polskie. Fotel sprzedał potem Bogusławski tanio Smuglewiczowi, malarzowi, od którego wycyganił go następnie Niemcewicz, kiedy ostatecznie wrócił do kraju, by, jak mówił, "spojrzeć prosto w oczy samemu sobie z dawnych lat".
- Też możesz szukać, tam gdzie warto, słyszysz - powiedział Niemcewicz. - Niewiele rodów odstawiono całkowicie na ubocze, Sołtykowie jednak byli jednymi z pierwszych.
- Co mogę zrobić, jeśli nie mam wysoko postawionych protektorów?
- Na przykład ja jestem - odparł Niemcewicz uprzejmie.
- Aha - rzucił Mistrz. - Krótko mówiąc, piszesz komedię i nie chcesz, żebym ci ją zepsuł.
- Jesteś pewien, że wrócisz na scenę? - zainteresował się życzliwie Niemcewicz.
- Chyba przeczuwam - ciągnął niezmieszany Bogusławski - o czym będzie twoja komedia: o Sołtykach, czyż nie? Odstawiono ich na bok, więc można się teraz z nich naigrawać. Kasztelan liże dupę Czartoryskim, bo jak zwycięży Aleksander, młody Czartoryski będzie miał szansę zasiąść na tronie; swego syna na wszelki wypadek uczyni adiutantem u boku Napoleona, bo w końcu i Francuzi mogą przecież zwyciężyć...
- To nic strasznego. - Niemcewicz machnął ręką. - Tak bywało w każdej lepszej rodzinie.
- No cóż, to prawda - przytaknął Bogusławski. - Przecież twój wysoki protektor, stary Czartoryski, bawił się w to samo.
- Ale on jest moim protektorem - uśmiechnął się szyderczo Niemcewicz. - O nim nie mógłbym pisać.
- Dlatego napisz o Sołtykach - zaproponował Bogusławski.
- Ech - rzucił Niemcewicz. - Staruszku, o iluż ja rzeczach wiem! Pokój to piękna rzecz, teraz wychodzi na jaw, co się działo w minionych latach za kulisami.
- To opowiadaj - zachęcił Bogusławski.
Niemcewicz zaśmiał się.
- Ode mnie niczego nie wyciągniesz - odparł. - Słyszałeś, że nasi szwoleżerowie spotkali pod Paryżem Kościuszkę?
- Co z nim?
- Nasi bohaterowie narodowi rekwirowali właśnie słomę dla swych koni. To było dzień po abdykacji Napoleona. Rabują więc nasi, rabują, kiedy nagle w stajni pojawia się jakiś zgrzybiały staruszek i wzywa po polsku naszych dzielnych zuchów, by nie odbierali mienia francuskim chłopom, którzy sporo już wycierpieli. Nasi bohaterscy chłopcy porządnie przyłożyli staremu, po czym spytali, skąd zna polski. "Ja-ja-jes-tem Ko-Ko-Kościuszko - wyjąkał pobity do krwi starzec. - Wa-al-alczyłem o wo-wo-olność!" Usłyszawszy to, dzielni rodacy wzięli staruszka z zakrwawionym nosem na ramiona, ponieśli przez całą wieś, potem postawili na ziemi i odeszli, a słomę i tak zabrali. Opowiadał to Vandernoot, oficer przyboczny Napoleona, obecnie wielce szanowany doradca naszej tajnej służby carskiej, który był świadkiem tego wydarzenia.
- Biedny Kościuszko. Był kiedyś twoim przyjacielem.
- Czyim to przyjacielem ja nie byłem! Niewielu polskich pisarzy mogłoby się poszczycić taką kolekcją skalpów jak moja. Moim przyjacielem był książę Poniatowski, dopóki się nie utopił, moimi przyjaciółmi byli George Washington i prezydent Jefferson, moim przyjacielem był główny strażnik więzienny Twierdzy Pietropawłowskiej, ty także swego czasu byłeś moim przyjacielem. Jeden przyjaciel mi pozostał, Mostowski, któremu w petersburskiej celi bez wytchnienia wystukiwałem przez ścianę posiadane informacje. Stare, dobre czasy! Ech, Twierdza Pietropawłowska! Gdybym tak kiedyś zasiadł do pisania pamiętników!
- To pisz.
- Wolę pisać tragedie. Pana Osińskiego, który jest twoim odkryciem, a zarazem zięciem, pociągają wzniosłe poematy. Tragedie o niczym nie mówią, ale przynajmniej dobrze potrafią wynudzić. Pisz tragedie, jest na nie zbyt. Możesz je wydać pod moim nazwiskiem, w uszach Osińskiego twoje nazwisko nie brzmi zbyt melodyjnie. A propos, jadłem śniadanie u Mostowskiego, który spytał, co ma z tobą zrobić.
- Co odpowiedziałeś?
- A co ty byś odpowiedział na moim miejscu?
Bogusławski milczał.
- Widzisz - rzekł Niemcewicz. - Powiedziałem mu dokładnie to samo. Mostowski podsunął myśl, czyby nie wysłać cię na emeryturę.
- Przynajmniej rozwiązałaby się sprawa starości polskich aktorów - odparł ponuro Bogusławski. - Dziesięć lat temu, kiedy po raz pierwszy to zaproponowałem, wyśmiano mnie. Musieliśmy przegrać największą wojnę w naszej historii, by warunki dojrzały do załatwienia emerytury dla aktorów.
- Jeszcze nie dość przegraliśmy - powiedział Niemcewicz. - Krótko mówiąc, Mostowski wcale cię nie wyśle na emeryturę. Jak powiedział, taniej będzie, jeśli da sobie z tobą spokój.
- Miły człowiek.
- Wręcz przemiły. Nie dlatego tak go chwalę, że jest moim przyjacielem, ale że również w sprawach finansowych jest przykładem realisty. Pisz raczej powieści. Ludzi nudzą już głupoty de Genlis, Cottina czy Delille'a, za to D'Arlincourt cieszy się ogromnym powodzeniem. Prędzej czy później i tak zamkną teatr.
- Tak? A kto to zrobi?
- No dobrze, ja też postaram się coś uczynić w tej sprawie - zaśmiał się ustępliwie Niemcewicz. - Ale żebym nie zapomniał: słyszałem, że wczoraj wieczorem zabroniłeś Sołtykowi prosić mnie o wstawienie się za tobą. Czyżbyś mi już nie dowierzał?
Bogusławski śmiał się głośno dłuższą chwilę.
- I to właśnie, mój królu - odpowiedział, kiedy znów udało mu się wziąć oddech - tak uwielbiam w Warszawie.
Niemcewicz śmiał się razem z nim, a po chwili z leżącej pod krzesłem ogrodowym torby podróżnej wyjął dwa pliki rękopisów.
- Nadal jestem grafomanem - powiedział. - Interesują cię?
- Sztuki? - spytał Bogusławski, krzywiąc się.
- Ależ skąd, to poważne rzeczy - zaprotestował Niemcewicz. - Popatrz tylko, to nowa konstytucja wolnomularstwa, wyryję ją w kamieniu.
Bogusławski wziął jeden plik, nieźle waży, stwierdził i przerzucił kilka kartek.
- Cała rzecz w tym - powiedział Niemcewicz - że zamierzam dobrać się do dogmatycznych przywódców, by bronić symbolicznych lóż. Toż to w końcu karygodne, że od lat już nie zaprasza się członków Wielkiego Wschodu na zebrania Kapituły Najwyższej.
Bogusławski uniósł brwi.
- Loże są zupełnie pozbawione kierownictwa - ciągnął Niemcewicz. - Wynajdują sobie różne dziwne rytuały, rozpadła się nam cała masoneria.
- I wierzysz, że w interesie Rosjan leży...?
- Nie wierzę - odparł Niemcewicz.
- Wierzysz, że można wskrzesić?...
- Nie można.
- Po co się w takim razie tyle mordowałeś nad tymi bzdurami? - spytał Bogusławski, wskazując na przekreślone i poprawione zdania.
- Może uda się jeszcze wzmocnić pozycję Wielkiego Mistrza.
- No, chyba że tak - powiedział Bogusławski. - Czemu od tego nie zacząłeś? Powiedz, że Kostka Potocki dobrze płaci.
- To tylko sukces moralny - odparł Niemcewicz. - Wiesz, ile dostaje Nowosilcow za to, że siedzi nam tutaj na karku? Sto tysięcy rocznie. Podczas gdy na wszystkie szpitale możemy przeznaczyć zaledwie dziewięćset tysięcy.
Bogusławski cmokał bez przekonania, kartkując rękopis.
- A to co takiego? Wielki Mistrz ma mieć zastępcę?
- Musiałem to wprowadzić - tłumaczył się Niemcewicz. - Rożnieckiemu trzeba dać jakąś wysoką pozycję.
- Krótko mówiąc, tajna służba też jest uwzględniona w waszej konstytucji.
- A co, wśród nas i tak jest pełno szpicli. Bez kompromisu nic się nie da zrobić. Zresztą to wszystko nie miałoby sensu, gdybym nie mógł się pokręcić tam, gdzie zapadają decyzje. Odłóż to, popatrz raczej tutaj. - Podał Bogusławskiemu inny rękopis. - Moje pamiętniki - oznajmił dobitnie.
Bogusławski zaczął kartkować nowy rękopis.
- Może kiedyś przydadzą się komuś - powiedział Niemcewicz. - Podejrzewam, że dość dużo wiemy. Jeśli nikt tego nie opisze, wszystko przeminie bez śladu.
- Pamiętniki mają sens tylko wtedy - odparł Bogusławski - kiedy jest w nich wszystko.
Niemcewicz zaśmiał się.
- W tych nie ma wszystkiego, tu są tylko nieszkodliwe kwękania. Ale równolegle piszę jeszcze inne, te będą prawdziwe.
- Pokaż mi.
- Nie mam ich u siebie - powiedział Niemcewicz. - Są schowane. Po co mają je znaleźć przy jakiejś przypadkowej rewizji. Kiedy mam gotową jedną, dwie strony, zanoszę je do kogoś. Prowadzę też dziennik. Jego także u mnie nie znajdą. Trzymam tylko to. W tym niczego nie ma. Ale i tak byłbym oburzony, gdyby mi przeszkodzono w ich wydaniu.
Niemcewicz z wyraźnym zadowoleniem delektował się własną przebiegłością.
- Nie będziesz miał w najbliższym czasie rewizji, mój królu - powiedział Bogusławski, rezygnując z dalszej namowy.
- Tak myślisz? Uspokoiłby mnie twój optymizm, gdyby niecałe dwa tygodnie temu Nowosilcow nie spalił publicznie mojej parodii sprzed dwudziestu lat.
- Której? Tej antyrosyjskiej?
- Właśnie tej, staruszku, chociaż już odsiedziałem za nią dwa lata. Natknęli się na nią u jakiegoś nieszczęsnego rzeźnika i przymknęli go. A ja, autor, łażę sobie na wolności, tytułują mnie senatorem, a każdej zimy przenoszę się do pałacu Potockich, gdzie w drugim skrzydle zamieszkał Nowosilcow. Kiedy się spotykamy, wymieniamy uprzejmości. Może nadejść jeszcze taka chwila, że nie każe spalić moich ulotek, tylko wykorzysta je jako akt oskarżenia przeciwko mnie.
- Mój ty Boże - powiedział Bogusławski.
- Ten idiota Staszic - ciągnął z goryczą Niemcewicz - ma cholernie dużo szczęścia. Dwadzieścia lat temu w Ostatnim ostrzeżeniu agitował za Rosjanami i teraz głośno czy półgębkiem może się na to powołać. Ale ja?!
- Takiś biedny, mój królu, że mi chyba serce pęknie - odparł Bogusławski.
W domu Marianna czekała już z pieczoną gęsią. Bogusławski zajadał z apetytem. Po południu ktoś zapukał do drzwi. Stał w nich niechlujnie wyglądający osobnik, mówiący, że szuka Mistrza.
Mistrz wysysał właśnie kość.
- Jestem Cieślak - powiedział przybysz, który wdarł się do środka i stanął przed Bogusławskim. - Sądząc z nazwiska, powinienem być cieślą, ale przez pomyłkę wyuczyłem się krawiectwa.
- Cieszę się - odrzekł Bogusławski.
- Przysłano mnie z teatru - powiedział Cieślak.
Bogusławski wyszukał wśród karteczek tę z nazwiskiem Cieślaka.
- Proszę mówić, mój królu.
- Mistrzu - rzekł Cieślak ze wzruszeniem w głosie - dziś przed południem zebrali się wszyscy aktorzy i rozprawiali o panu. Proszą, by wrócił pan do teatru i zajął należne sobie miejsce. Wysłano mnie, abym powiadomił Mistrza o panującej powszechnie opinii.
- To bardzo ładnie, mój królu. Kto był obecny na tym zebraniu?
Cieślak wymienił nazwiska. Bogusławski przekładał leżące przed nim karteczki.
- Dobrze, mój królu - odparł po chwili. - Ale właściwie czego oni chcą? Bez umowy nie mogę wrócić.
Cieślak milczał bezradnie.
- Powiedz im, że muszą wywalczyć dla mnie umowę. I jeszcze jedno. Kiedy będą zwoływać kolejne szumne zebranie, niech zaproszą mnie na piśmie.
O czwartej nad ranem odwiedził Dmuszewskiego. Konstancja jeszcze spała. O tej porze Dmuszewski zwykł był pracować. Bogusławski przywitał się z zaskoczonym Dmuszewskim jak z rodzonym bratem, dając do zrozumienia, że nie przybył do niego w sprawie teatru, lecz chce z nim porozmawiać jako wolnomularz. Słysząc to, Dmuszewski podał mu rękę w wolnomularskim geście powitania i bez słowa poprowadził do jednego z pokoi, gdzie półki uginały się pod ciężarem przetłumaczonych już i czekających jeszcze na przekład dramatów. Dmuszewskiemu było obojętne, co tłumaczy i co gra, pod tym względem uważał się za ucznia Bogusławskiego.
Bogusławski prosił go o pomoc w uzyskaniu stopnia mistrza.
Dmuszewski zmieszał się, zaczął gładzić długie, siwe włosy. Miał wyrzuty sumienia - swego czasu Bogusławski, będący już od dawna wolnomularzem, rekomendował go, później Dmuszewski, dzięki poparciu Osińskiego, awansował z terminatora na ucznia, z ucznia na mistrza, natomiast Bogusławski utknął na stopniu ucznia. Dmuszewski najchętniej by mu teraz oświadczył, że syna Mistrza, Stanisława, kocha jak własne dziecko, a także, że jedynym jego pragnieniem jest zobaczyć Mistrza z powrotem w teatrze, ale nie wiedział, jak zacząć.
- Uczynię wszystko - szepnął rozpaczliwie, po czym nieco chaotycznie zaczął opowiadać, iż ruch wolnomularski czeka teraz wielki rozkwit, albowiem wspiera go zarówno Wielki Książę, jak i generał Rożniecki. Mówił o pracy lóż Światło Wschodu oraz Świątynia Izis, zapowiadając jednocześnie, że bracia dążą do utworzenia jednolitej Polskiej Loży Narodowej. Do owych dążeń nawet sam car podchodzi z pełnym zrozumieniem.
Kiedy Dmuszewski dostał zadyszki, Bogusławski nieoczekiwanie zaczął ronić łzy i drżącym głosem podziękował mu, iż wziął udział w tym tak już głośnym zebraniu, które, wedle wieści przyniesionych przez Cieślaka, obdarzyło go, marnotrawnego syna, życzliwością aktorów.
W oczach Dmuszewskiego także pojawiły się łzy i powiedział, że jak tylko mały Stasio wstanie, da mu zaraz prztyczka w łepetynę. Korzystając z okazji, uroczyście zaprosił Bogusławskiego, aby za pół roku, podczas świąt wielkanocnych, koniecznie przybył na ucztę do gospody Potok, na którą już teraz gromadzi pieniądze.
Bogusławski wcześniej się przygotował i teraz wygrzebał ile miał pięciogroszówek. Dmuszewski znany był z tego, że od wszystkich, czy kto chciał, czy nie chciał, dopraszał się natrętnie pięciogroszówek, by następnie rozdawać je żebrakom.
Ta uprzejmość rozczuliła Dmuszewskiego; oświadczył, że cokolwiek by się stało, zawsze pozostanie wierny Mistrzowi, któremu tyle, a właściwie to w ogóle wszystko na tym bożym świecie, zawdzięcza.
- Kto grał małpę w tym kretyństwie? - spytał Bogusławski, gdy Dmuszewski doszedł już nieco do siebie.
- Kratzer - odparł Dmuszewski. - Dwa miesiące temu przyjechał tu z Krakowa.
- Korepetytor muzyki? - upewnił się zaskoczony Bogusławski.
Dmuszewski przytaknął.
- Osiński go zaangażował, ale potem się zorientował, że Kratzer nie ma słuchu. To pechowiec, kiedyś kupił w Krakowie teatr i w dwa tygodnie zbankrutował.
- I jak tu być dyrektorem teatru! - rzucił Bogusławski.
Dmuszewski chodził nerwowo po pokoju.
- Nie chce pan zobaczyć Konstancji? - spytał nagle. - Jest taka miła, kiedy śpi.
Bogusławski odmówił gestem.
- Już ją oglądałem - powiedział.
- Kupiłem teatralną knajpę - odparł na to Dmuszewski - i podarowałem go panu Bautzowi. To inwalida wojenny, zasłużył na to.
Bogusławski uznał ten gest za piękny i wielce szlachetny.
Po odejściu Bogusławskiego Dmuszewski długo jeszcze biegał wzburzony po pokoju, po czym, jak to zawsze robił w krytycznych chwilach, błyskawicznie zabrał się do tłumaczenia jakiejś francuskiej farsy. Było to siedemdziesiąte czy osiemdziesiąte już tłumaczenie, którym mógł się pochwalić, bądź przeróbka; wszystkie, od pierwszego do ostatniego, zawdzięczały swe istnienie duchowym kryzysom tłumacza.
Bogusławski próbował nawiązać jakiś kontakt z Józefem Krasińskim, lecz ten przebywał w Wiedniu, a do Ludwika Platera, drugiego co do rangi masona, nie mógł się dostać. Na młodszego brata Ludwika, Stanisława Platera, natknął się nieoczekiwanie na dziedzińcu pałacu. Stanisław życzliwie wypytywał go o samopoczucie, Bogusławski zaś od razu powierzył mu przekład jednej ze sztuk Kotzebuego.
- Jest w niej wspaniała rola ojca - uzasadnił swój wybór.
Plater się zgodził. Mistrz był zdziwiony, że Stanisława wcale nie interesuje, jakim prawem zleca mu pracę ktoś, kto nie jest ani dyrektorem, ani nawet członkiem teatru, i w końcu doszedł do wniosku, że Plater nie ma zielonego pojęcia o sytuacji w teatrze, być może nie wie nawet, iż od pół roku dyrektorem jest Osiński.
Bogusławski się uspokoił. Wynika z tego, że są tacy, w których świadomości na zawsze pozostał dyrektorem Teatru Narodowego.
Po chwili zawrzał w nim gniew. W końcu wszyscy powinni wiedzieć, że ciągle się go niesprawiedliwie pomija.
- Napisałem list do Kostki Potockiego - powiedział wieczorem Mariannie.
Marianna milczała; minister oświecenia nie lubił zbytnio Mistrza.
- Nie pisałem w swoim imieniu - zaśmiał się drwiąco Bogusławski. - Pewne tajne stowarzyszenie domaga się, bym powrócił na scenę.
- Tego to chyba nie musiałeś...
- Z pewnością pojawią się tajne stowarzyszenia - rzucił Mistrz. - Pojawią się? Już są. Zresztą Mostowski także otrzymał podobne listy. Jeszcze we Lwowie i w Krakowie pisałem do niego, w imieniu swoich wielbicieli, że pan minister spraw wewnętrznych powinien od czasu do czasu łaskawie wyrazić zgodę na to, by również na odłączonych terenach ludzie mogli zachwycać się moją sztuką.
Zanosił się śmiechem. Nie przyznał się już do tego, iż pisał także do gubernatora carskiego Łanskoja i do Wielkiego Księcia; pierwszemu zaproponował, że chętnie zagra mu Fonwizina po rosyjsku, natomiast uwadze drugiego z należną mu czcią i szacunkiem polecał swoją niezrównaną umiejętność gry na oboju. Do Kostki Potockiego napisał również we własnym imieniu, że chciałby prowadzić na uniwersytecie zajęcia z historii dramatu, rzecz jasna darmo, wyłącznie z pobudek patriotycznych.
I zaczął się zjawiać wszędzie, gdzie mógł.
W budynku pijarów na Miodowej wielką owację zgotowała mu młodzież ze Szkoły Dramatycznej. Odegrał przed nimi rolę Wielkiego Bogusławskiego, użył kilku nieprzyzwoitych słów, doprawił ironią, a na dodatek pozwolił sobie na aluzję do perkatego nosa Wielkiego Księcia. Umówił się na oddzielne randki z dwiema piętnastolatkami; szybki sukces uszczęśliwił go, cały dzień rozpierała go duma i męskość, dowcipkował nawet z Marianną, która nie mogła zrozumieć, co się Mistrzowi stało. Na randki oczywiście nie poszedł.
Natomiast w czwartek udał się do biskupa Woronicza. Zjawił się u niego przed południem i ze wzruszeniem w głosie zapytał, czy biskup nie mógłby osobiście odprawić modlitwy za zdrowie jego córki Zosi. To sprawiło, że z kolei wzruszył się Woronicz, obiecał spełnić prośbę, po czym zaczął go dokładnie wypytywać o przeżycia ze Lwowa i dalsze plany. Rozmowa, jak to sobie Bogusławski zaplanował, przeciągnęła się, tak że biskup zatrzymał go również na obiad. A ponieważ właśnie we czwartki zwykł był wydawać swe obiady literackie - o tej samej porze, co generał Wincenty Krasiński, do którego jednak Mistrz nie mógłby przyjść bez zapowiedzi - wielu wspaniałych mężów miało okazję ujrzeć z bliska eksdyrektora po powrocie z wojaży. Towarzystwo było mieszane: Węcki, wydawca, Lesznowski - redaktor naczelny "Gazety", Linde, dyrektor liceum, był tam również radca stanu Sierakowski oraz adiutant Maksymilian Fredro z żoną Rosjanką. Bogusławski recytował wiersze Zabłockiego (Woronicz przepadał za tym autorem: był to jedyny wybitniejszy pisarz polski, który wstąpił do klasztoru), po czym zapatrzywszy się posępnie w dal, z goryczą oznajmił zebranym, że jeśli nie zostanie dopuszczony na scenę, bez wątpienia rzuci się carowi Aleksandrowi do stóp, gdy ten wreszcie przybędzie do Warszawy. Woronicz zapewnił go, że w tej sprawie nie musi się jeszcze zwracać do cara.
- No - powiedział w domu Mistrz Mariannie - doprowadziłem do tego, że Linde zaprosił mnie do siebie na wieczór.
- Pójdziesz? - zdziwiła się Marianna.
- Ani myślę.
Już samo przypuszczenie uznał za obraźliwe.
- Żenujące typy - powiedział. - Choćby ten Lesznowski!... Kiwa głową i się szczerzy. Szczerzy zęby i kiwa głową. Oto cały repertuar.
Również o innych nie wyrażał się lepiej.
- Nudzą się śmiertelnie - podsumował. - Był najwyższy czas wracać do domu. Już ja ich wyrwę z tej nudy.
Nadal nikt z teatru go nie poszukiwał, zaczynał się niepokoić, przemierzał ulice, przesiadywał godzinami w kawiarniach, pozwalał się rozpoznać, gawędził sobie z wielbicielami, pełen dostojeństwa i nieprzystępny, i rozprawiał o swoich przyszłych rolach.
Do teatru nie poszedł. Trzeba poczekać, aż Osiński zacznie go błagać, by wrócił, wtedy on okaże swoją łaskę.
Niebawem złożył mu wizytę Węgrzecki, prezydent.
- Uczynię, co mogę - powiedział na przywitanie i usiadł.
Był wysokim, szczupłym mężczyzną o mizernej twarzy pooranej zmarszczkami. Choć kilka lat młodszy od Bogusławskiego, wyglądał jak jego równolatek.
- Co we Lwowie? - zapytał.
- Beznadziejne miasto - odparł Bogusławski.
Węgrzecki pokiwał głową.
- Warszawa jest jeszcze gorsza niż Lwów, mój królu - powiedział z determinacją. - To już koniec. Pomyłką było nie tylko to, w co kiedyś wierzyliśmy, ale też to, w co kiedyś będziemy wierzyć.
- A jeśli tak?
- Przydałaby się raz jakaś gruntowna rewolucja - ciągnął Węgrzecki. - Gdyby i ona upadła, jak francuska, z powodu jakiegoś nowego Napoleona, to wtedy zgoda. Wówczas zaczęlibyśmy się zastanawiać.
- U nas też upadła w dziewięćdziesiątym czwartym - powiedział Bogusławski.
- Ale nie dostatecznie - osądził ten fakt Węgrzecki. - Zdławiono ją z zewnątrz. Gdyby przegniła wyłącznie od wewnątrz, bez żadnej zewnętrznej pomocy, byłbym teraz spokojny. Ale zdławiono ją i wobec tego, jak znam siebie, nadal pozostanę jakobinem. Niezbyt to wdzięczna rola.
Bogusławski milczał.
- Jesteśmy w całkowitej defensywie - kontynuował Węgrzecki. - Jeśli Arakczejewowi wpadnie do głowy i u nas założyć kolonię wojskową, jak to się stało w Nowogródku, nasze szacowne stany jak psy radośnie zamerdają ogonami, a nasze dzieci i kobiety wcieli się do regularnej armii. Aleksander powiedział, że w Rosji musi być tylu żołnierzy, ilu jest w Prusach i Austrii łącznie. Wyobraź sobie, co by powiedział, gdyby te państwa nie były jej sprzymierzeńcami!
- Twoim zdaniem, mój królu, będzie wojna?
- Będzie. Wszyscy się zbroją. Możemy liczyć tylko na to, że jeśli, powiedzmy, Metternich wypowie wojnę Aleksandrowi, Rosjanie dowiedzą się o tym po piętnastu, dwudziestu latach.
Bogusławski roześmiał się.
- To nie dowcip - powiedział Węgrzecki. - Czytałem pewien poufny raport, opracowany przez Kapodistriasa, tyle trwa przechodzenie dekretów carskich przez kolejne urzędy.
- Nieźle - odparł Bogusławski z uznaniem.
- W zeszłym roku jesienią na osobiste polecenie Golicyna na uniwersytecie w Kazaniu uroczyście zakopano w poświęconej ziemi preparaty anatomiczne... Wiesz, ile idzie w tym roku na ich armię? Sto dwadzieścia milionów rubli. Na flotę dalsze piętnaście. Na policję osiem. Na kulturę dwa miliony. Dwa miliony. A w tym są przecież i szpitale.
- Mój Boże - odparł Bogusławski. - Tak zawsze było.
Ponownie zamilkli.
- Dzierżkowski jeszcze żyje? - spytał Węgrzecki.
- Jest coraz grubszy - odrzekł Bogusławski. - Przesyła pozdrowienia.
- Co porabia?
- Zbiera książki, jak zwykle.
- Kiedyś mu je ukradną - stwierdził Węgrzecki.
- Niech do tego czasu zbiera. Widziałem u niego pisma ulotne, pięknie oprawione.
Węgrzecki wzruszył ramionami. Pięć lat temu wydał własnym sumptem broszurkę, w której przedstawiał swoje stanowisko w kwestii zakładania komun, tolerancji oraz równości społecznej, zrobiło się wokół niego gorąco, ale wkrótce wydarzyły się jeszcze ważniejsze sprawy, na przykład wojna, i Węgrzeckiemu jakoś się upiekło.
- Jednym słowem, nie powinienem jechać do Lwowa - westchnął Węgrzecki - ale wobec tego nie mam już zupełnie dokąd jechać.
Następnego dnia znów ktoś zapukał. W drzwiach stał jasnowłosy młodzieniec o dużych oczach i dziewczęcej twarzy, która spłonęła rumieńcem.
- Nazywam się Antoni Fiszer - powiedział.
Bogusławski przyglądał mu się spod przymrużonych powiek i przypomniał sobie, że to nazwisko znajduje się wśród karteczek zawierających charakterystyki muzyków. Tympanista, pomyślał.
- Czy przypadkiem nie łączy coś pana z generałem Fiszerem? - spytał. - Wiesz, mój królu, tym który poległ pod Moskwą jesienią dwunastego roku.
- Był moim styjem - powiedział młodzieniec wstydliwie. - Ale nigdy go nie widziałem.
Bogusławski zaprosił go do środka.
- Czego pan szuka w orkiestrze? - spytał.
Fiszer ściskał w ręku gruby rękopis.
- Jest pan bardzo nieśmiały - rzucił Bogusławski. - Teatr nie jest dobrym miejscem dla pana.
- Wiem - odpowiedział Fiszer ze smutkiem. - Matka chciała mnie widzieć prawnikiem. Mam nawet za sobą dwa semestry.
Zamilkł, po czym, jąkając się, wyrzucił z siebie:
- Przyniosłem dramat.
Bogusławski uśmiechnął się.
- Proszę położyć na stole. Jeśli się nie mylę, to tragedia.
- A skąd pan wie?
- No, nie ma się co wstydzić, to minie. Ale wie pan, że nie mam teraz w teatrze nic do powiedzenia?
Fiszer skinął głową, a Bogusławskiego ogarnęło dziwne wzruszenie.
- Przypomina mi pan Zabłockiego - powiedział. - On też miał takie durne, wielkie oczy.
- O ile wiem - odparł chłopak - Mistrz nie znosił Zabłockiego.
- Oczywiście, że go nie znosiłem, król darzył go swoimi łaskami. Nie twierdzę, że nie miał talentu, pominąwszy tę drobnostkę, że się silił na tragedie. Od kiedy przestał pisać, naprawdę go lubię. Raz go nawet odwiedziłem w klasztorze. Pan też skończy w habicie.
Fiszer siedział na krześle jak sparaliżowany.
- Słowem, bywa pan również na uniwersytecie - zamyślił się Bogusławski. - Ma pan przyjaciół wśród studentów?
Fiszer skinął głową.
- Następnym razem proszę mi o nich opowiedzieć, dobrze? - poprosił Bogusławski i utkwił wzrok w jakimś punkcie ponad głową chłopca. - W ciągu najbliższych dni przeczytam sztukę.
Fiszer wycofał się tyłem z pokoju, Bogusławski wrzucił rękopis do przepastnego kufra.
Wszyscy już trajkotali na temat przygotowań związanych z przyjazdem cara Aleksandra, kiedy do markotnego Bogusławskiego wpadła zadyszana Marianna.
- Osiński podpisał! - zawołała.
Bogusławski zerwał się z krzesła.
- Kto ci powiedział?
- Kupiec korzenny.
Uspokojony Bogusławski uśmiechnął się szeroko, ubrał się, wypróbował przed lustrem kilka min pełnych chłodnego dostojeństwa i zaczął czekać.
Posłaniec przybył po obiedzie i przedstawił się jako Maciej Unicki. Oznajmił, że od trzech miesięcy służy w teatrze w charakterze starszego kontrolera i sekretarza.
- Służy pan? - spytał Bogusławski.
- Zostałem zdemobilizowany w stopniu kapitana - oznajmił Unicki. - Jestem prawą ręką pana Osińskiego. Pan Osiński komunikuje, że z wielką radością angażuje do swojego zespołu pana Bogusławskiego, i łaskawie prosi o podpisanie kontraktu.
Bogusławski usiadł za stołem, flegmatycznie obracał w ręku papier, po czym zaczął go gruntownie studiować. Pana Unickiego zapomniał poprosić o zajęcie miejsca.
Nie okazał jednak radości.
Szybko zrozumiał, czemu Osiński był tak hojny. Wszyscy będą teraz nienawidzić Mistrza za wyższą o dwadzieścia procent gażę.
Nie szkodzi.
Zastanawiał się, jaki błąd mógłby znaleźć w kontrakcie, aby móc go odesłać i aby Osiński był zmuszony ustąpić, lecz nie znalazł niczego, co dałoby się zakwestionować. I podpisał.