Iksowie - Gyorgy Spiro

-
Proszę czekać

Do Pana Pro­fe­so­ra Zbi­gnie­wa Ra­szew­skie­go

W War­sza­wie, na uli­cę Dłu­gą

 

Wiel­ce Sza­now­ny Pa­nie Pro­fe­so­rze!

Dwu­krot­nie spo­tka­łem się z Pa­nem w War­sza­wie w kwiet­niu 1975 roku i cho­ciaż - może tak­że dla Pana było to miłe za­sko­cze­nie - skru­szy­ło się mię­dzy nami spo­ro ba­rier na­tu­ry po­ko­le­nio­wej, ję­zy­ko­wej oraz in­nych - nie od­wa­ży­łem się wspo­mnieć, iż pi­szę po­wieść o bo­ha­te­rze Pań­skiej wspa­nia­łej mo­no­gra­fii, o Woj­cie­chu Bo­gu­sław­skim, gdyż mimo wszyst­ko to dość nie­ty­po­we, by ja­kiś w mia­rę mło­dy Wę­gier za­brał się za pi­sa­nie po­wie­ści o pew­nej dziw­nej, tak­że przez pol­skich pi­sa­rzy rzad­ko opi­sy­wa­nej, epo­ce z dzie­jów Pol­ski. A jed­nak na­pi­sa­łem ją, bo cho­ciaż dzie­je obu na­ro­dów są po­dob­ne, to nie na tyle, by oso­bę po­stron­ną mo­gły spa­ra­li­żo­wać te­ma­ty tabu i ist­nie­ją­ce uprze­dze­nia.

Pan, Pro­fe­so­rze Ku­sto­szu, bę­dzie do­kład­nie wie­dział, gdzie do wy­da­rzeń hi­sto­rycz­nych pod­cho­dzi­łem z pe­dan­tycz­ną wręcz do­kład­no­ścią, a gdzie od nich od­cho­dzi­łem, uzu­peł­nia­jąc jak­by przy­pad­ko­wość hi­sto­rii. Pan wie, że po roku 1799 Bo­gu­sław­ski nie wy­stę­po­wał już we Lwo­wie; że zmarł do­pie­ro w 1829 roku; że wy­bu­do­wał so­bie pa­ła­cyk; że Pie­ro­żyń­ska nie mo­gła się nim opie­ko­wać; że Gru­dziń­ska nie gry­wa­ła u Mi­strza, a za mąż wy­szła do­pie­ro w 1820 roku; ze wzglę­dów kon­struk­cyj­nych skon­den­so­wa­łem wie­le lat i, co tu ukry­wać, po­pusz­cza­łem wo­dze swej fan­ta­zji. Ale może Pan za­uwa­żyć tak­że to, iż wszyst­kie moje po­sta­ci są bez wy­jąt­ku po­sta­cia­mi hi­sto­rycz­ny­mi, od Wiel­kie­go Księ­cia po in­spi­cjen­ta, od an­ty­kwa­riu­sza po su­fle­ra, a opi­sy­wa­ne przed­sta­wie­nia zre­la­cjo­no­wa­łem w opar­ciu o dane źró­dło­we.

Pan, Pa­nie Pro­fe­so­rze, z pew­no­ścią na pa­mięć zna prze­tłu­ma­czo­ne prze­ze mnie do­słow­nie tek­sty Ik­sów, któ­re dzię­ki pro­fe­so­ro­wi Szwan­kow­skie­mu oraz Panu uka­za­ły się w wy­da­nym 23 lata temu przez Osso­li­neum, a li­czą­cym po­nad 600 stron wo­lu­mi­nie wzbo­ga­co­nym o licz­ne przy­pi­sy oraz ilu­stra­cje. Dla mnie To­wa­rzy­stwo Ik­sów jest czymś wię­cej niż taj­nym sto­wa­rzy­sze­niem ist­nie­ją­cym w rze­czy­wi­sto­ści. Do­strze­że Pan, iż w mej po­wie­ści każ­dy jest, w sze­ro­kim zna­cze­niu, Ik­sem: Ip­sy­lo­ni, Zera a tak­że nie­bio­rą­cy udzia­łu w po­le­mi­kach, gdyż wszy­scy są człon­ka­mi spo­łe­czeń­stwa - ta ta­jem­ni­cza li­te­ra ozna­cza za­rów­no za­miesz­ku­ją­cą w nas zbio­ro­wą nie­świa­do­mość, jak rów­nież nie­za­leż­ne od nas, kar­mią­ce się z nas wszyst­kich to, co nie­na­zwa­ne.

Być może Pan Pro­fe­sor pa­mię­ta, że, acz­kol­wiek dość po­nu­ro, to jed­nak zgo­dzi­łem się z kon­klu­zją Pań­skich roz­wa­żań, zgod­nie z któ­rą wiel­ka pro­za w dzi­siej­szych cza­sach może po­ja­wić się je­dy­nie w Związ­ku Ra­dziec­kim lub Sta­nach Zjed­no­czo­nych, a u nas - w Pol­sce i na Wę­grzech - nie ma ku temu wa­run­ków. W głę­bi du­szy jed­nak mia­łem na­dzie­ję, iż nie­po­wsta­łą jesz­cze po­wie­ścią za­prze­czę nam oby­dwu. Pra­gną­łem na­pi­sać ta­kie dzie­ło, pod któ­rym za­ła­mie się stół.

Od na­sze­go spo­tka­nia mi­nę­ły czte­ry lata. Coś z pew­no­ścią uda­ło mi się osią­gnąć: wy­ple­ni­łem z sie­bie skłon­ność do efek­tow­nych, lecz to­ną­cych w nie­ja­sno­ści roz­wią­zań. Po­śred­nio po­mógł mi w tym tak­że Pań­ski nie­złom­ny obiek­ty­wizm na­uko­wy. Dla­te­go pro­szę, Pa­nie Pro­fe­so­rze, po­zwo­lić, iż na pa­miąt­kę na­szych roz­mów pro­wa­dzo­nych na uli­cy Dłu­giej, nie­da­le­ko daw­no już zbu­rzo­ne­go war­szaw­skie­go Te­atru Na­ro­do­we­go, tę książ­kę za­de­dy­ku­ję Panu oraz pol­skim lu­dziom świa­tłej my­śli ta­kim jak Pan.

 

Li­piec, 1979

Gy­ör­gy Spi­ró

Iksowie

- Przy­był Bo­gu­sław­ski - za­ko­mu­ni­ko­wał Ma­crott.

Osiń­ski zza biur­ka wpa­trzył się w te­atral­ne­go go­li­bro­dę nie­ru­cho­mym wzro­kiem.

- Bo­gu­sław­ski? - spy­tał.

Ma­crott przy­tak­nął.

- Przy­był?

- Przy­był, pa­nie dy­rek­to­rze.

- I gdzie jest te­raz?

- Roz­pra­wia w te­atral­nej knaj­pie.

Naj­pierw po­wi­nien przyjść do mnie, po­my­ślał Osiń­ski, ale wo­lał za­szyć się w su­te­re­nie. Z pew­no­ścią ra­czy ak­to­rów le­gen­da­mi o so­bie. Nie, nie zej­dę do nie­go, po­sta­no­wił twar­do, niech on do mnie przyj­dzie.

- I po to pan do mnie przy­szedł, Ma­crott?

- Po to. My­śla­łem, że to pana dy­rek­to­ra za­in­te­re­su­je.

- Może pan odejść, Ma­crott.

Z uczu­ciem za­wo­du Ma­crott opu­ścił po­kój dy­rek­to­ra, po czym w swej pra­cow­ni te­atral­ne­go go­li­bro­dy za­brał się do pi­sa­nia co­dzien­ne­go ra­por­tu. Od razu po­pra­wił mu się na­strój. Pięk­ny­mi, spo­koj­nie i sta­ran­nie ka­li­gra­fo­wa­ny­mi li­te­ra­mi kre­ślił na pa­pie­rze, iż Woj­ciech Bo­gu­sław­ski, zna­ny ak­tor, wró­cił do War­sza­wy po pół­rocz­nym po­by­cie we Lwo­wie, a jego za­mia­rem jest naj­praw­do­po­dob­niej po­now­ne prze­ję­cie dy­rek­cji te­atru od swe­go zię­cia, pana Osiń­skie­go. U dołu kart­ki Ma­crott pie­czo­ło­wi­cie wpi­sał datę.

Tego dnia w Pa­ry­żu pod­pi­sa­no Świę­te Przy­mie­rze.

O tym fak­cie nikt Ma­crot­ta nie po­wia­do­mił.

Ra­port To­bia­sza Ma­crot­ta, te­atral­ne­go go­li­bro­dy szkoc­kie­go po­cho­dze­nia, na­stęp­ne­go dnia rano wraz z her­ba­tą otrzy­ma­li:

ge­ne­rał Roż­niec­ki, szef ża­nar­me­rii,

hra­bia Mo­stow­ski, mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych,

pre­zy­dent Wę­grzec­ki,

ksią­żę Czar­to­ry­ski, kan­dy­dat na urząd na­miest­ni­ka,

ba­ron Moh­ren­he­im, se­kre­tarz Wiel­kie­go Księ­cia

i wie­lu in­nych.

Osiń­ski dłu­go sie­dział za swo­im biur­kiem i wresz­cie do­szedł do wnio­sku, że Bo­gu­sław­ski nie może mu już za­szko­dzić, prze­zor­ność jed­nak nie za­wa­dzi. Po­sta­no­wił więc, że na­stęp­ne­go dnia po­wia­do­mi o przy­by­ciu Bo­gu­sław­skie­go

mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych Mo­stow­skie­go,

księ­cia Czar­to­ry­skie­go,

Moh­ren­he­ima, se­kre­ta­rza Wiel­kie­go Księ­cia,

ewen­tu­al­nie pre­zy­den­ta mia­sta Wę­grzec­kie­go,

a je­śli zo­sta­nie doń do­pusz­czo­ny, wspo­mni o tym rów­nież sa­me­mu No­wo­sil­co­wo­wi.

Jest już sta­ry, po­my­ślał Osiń­ski, ma pięć­dzie­siąt osiem lat. Dłu­go ra­czej nie po­cią­gnie. I po uszy za­dłu­żo­ny. Za­dłu­żo­ny u mnie.

Za­dłu­że­nie Bo­gu­sław­skie­go wy­no­si­ło sto osiem­dzie­siąt ty­się­cy zło­tych, kie­dy Osiń­ski za sto osiem ty­się­cy ku­pił te­atr wraz z de­ko­ra­cja­mi i ko­stiu­ma­mi oraz czę­ścią rę­ko­pi­sów, dal­sze osiem­na­ście za­pła­cił Bo­gu­sław­skie­mu za opusz­cze­nie te­atru - tej kwo­ty mu nie wrę­czył, bo tyle Bo­gu­sław­ski przy­rzekł Ro­za­lii w po­sa­gu, co oczy­wi­ście po­zo­sta­ło tyl­ko czczą obiet­ni­cą - zo­sta­ło więc jesz­cze do spła­ce­nia sie­dem­dzie­siąt dwa. W po­łu­dnie pod­czas obia­du Osiń­ski na wszel­ki wy­pa­dek spy­tał żonę:

- Po­wiedz, moja dro­ga, ile jest mi wi­nien pani oj­czu­lek?

- Znacz­ną sumę - od­par­ła Ro­za­lia.

Osiń­ski przy­tak­nął.

- Cze­mu py­tasz? - za­in­te­re­so­wa­ła się Ro­za­lia.

- Wró­cił ze Lwo­wa - po­wie­dział Osiń­ski.

Ro­za­lia mil­cza­ła.

W tym cza­sie w te­atral­nej su­te­re­nie Bo­gu­sław­ski jadł na kre­dyt ka­szę.

- Mia­łem z sobą dwa pasz­por­ty - opo­wia­dał z peł­ny­mi usta­mi, z ziarn­ka­mi ka­szy na dłu­giej, si­wej bro­dzie. - Je­den praw­dzi­wy, dru­gi ja­kie­goś kup­ca, któ­ry za­ła­twi­łem we Lwo­wie. Wy­trzę­śli­śmy się już dy­li­żan­sem za Kra­ków, kie­dy nad­je­chał od­dział Au­stria­ków i za­żą­da­li pasz­por­tów. Wy­cią­gną­łem praw­dzi­wy, spy­ta­li, czym się zaj­mu­ję, i nie­opatrz­nie po­wie­dzia­łem, że je­stem kup­cem.

Sie­dzą­cy w go­spo­dzie aż syk­nę­li.

- Au­stria­cy po­wie­dzie­li: tu wpi­sa­no, że ak­tor. Mó­wię im, że tyl­ko żar­to­wa­łem. Ma­cie po­ję­cie - oni nie zna­ją się na żar­tach.

- Nie mają po­czu­cia hu­mo­ru - po­twier­dził Zda­no­wicz.

- Za­bra­li mnie z po­wro­tem do Kra­ko­wa i przy­mknę­li w ja­kiejś piw­ni­cy. Przez cały dzień nie dali mi nic do je­dze­nia. Sie­dzia­łem za­sę­pio­ny w tej zim­nej no­rze i wpa­dłem na po­mysł, jak by na­le­ża­ło prze­bu­do­wać te­atr. I to cał­kiem ta­nio.

- Pro­ściej bę­dzie zbu­rzyć - uznał Ma­li­now­ski.

- Od dłuż­sze­go cza­su - cią­gnął Bo­gu­sław­ski, mie­sza­jąc ka­szę - pierw­szy raz mia­łem oka­zję do roz­my­ślań w cał­ko­wi­tym spo­ko­ju. Ci Habs­bur­go­wie to cał­kiem po­rząd­ni fa­ce­ci. Na­stęp­ne­go dnia za­pro­wa­dzi­li mnie do ofi­ce­ra, któ­ry dro­bia­zgo­wo, we wła­ści­wy im spo­sób, za­czął mnie wy­py­ty­wać, po­ło­żył przede mną oba pasz­por­ty, że­bym so­bie któ­ryś wy­brał, sko­ro tak bar­dzo lu­bię po­dró­żo­wać. Mó­wię: je­stem ak­to­rem, co naj­mniej ta­kim jak Tal­ma. Na­wet nie drgnął. Nie wi­dział Tal­my.

- My też - stwier­dzi­ła rze­czo­wo He­le­na Rut­kow­ska.

- Ale on na­wet o nim nie sły­szał - od­parł Bo­gu­sław­ski z nie­za­do­wo­le­niem. - Mó­wię mu: ja pierw­szy śpie­wa­łem w War­sza­wie Mo­zar­ta, ale o Mo­zar­cie tak­że nic nie sły­szał! Za­py­ta­łem, czy był kie­dyś w te­atrze. Kie­dyś tam był, na­wet mu się po­do­ba­ło, ale ty­tu­łu sztu­ki nie pa­mię­tał, ja­kiś ne­gus za­dźgał swo­ją żonę.

- Otel­lo - oznaj­mił z dumą Szczu­row­ski.

- O to i ja spy­ta­łem - od­parł Bo­gu­sław­ski, przy­su­wa­jąc so­bie ko­lej­ne da­nie - ale tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi. Czy pan ją do­brze pa­mię­ta, ka­pi­ta­nie? Ski­nął gło­wą. No więc, mó­wię, ode­gram panu ka­pi­ta­no­wi żonę ne­gu­sa.

Żół­kow­ski par­sk­nął śmie­chem.

- Wy­szcze­rzył zęby i przy­wo­łał na­wet war­tow­ni­ków. Swe­go cza­su Bul­la grał Otel­la po nie­miec­ku, pa­mię­ta­łem kil­ka frag­men­tów. Po­pro­si­łem ofi­ce­ra, by sta­nął na­prze­ciw mnie - on bę­dzie za­zdro­snym ne­gu­sem, ja jego żoną. I za­czą­łem mó­wić. Na po­cząt­ku re­cho­ta­li, ale po­wo­li mil­kli i tak się ga­pi­li, jak­by jesz­cze nig­dy w ży­ciu nie spo­tka­li po­nęt­nej dziew­czy­ny. Wi­dzia­łem po oczach ofi­ce­ra, że na­praw­dę wczu­wa się w rolę Mau­ra, w jego wzro­ku było tyle za­zdro­ści, że na­tych­miast bym go za­an­ga­żo­wał do roli. Kie­dy go ob­ją­łem i po­ca­ło­wa­łem, nikt na­wet się nie za­śmiał. Albo mnie roz­strze­la­ją, po­my­śla­łem, albo wy­pusz­czą.

W bu­fe­cie za­pa­dła ci­sza, Bo­gu­sław­ski za­nu­rzył łyż­kę w mi­sie.

- Są­dzi­cie za­pew­ne, że mnie roz­strze­la­li, co? - rzu­cił ze śmie­chem.

- Mi­strzu, Mi­strzu - Ma­li­now­ski po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem czar­ną czu­pry­ną - to ta­kie pięk­ne, że tyl­ko pan mógł coś po­dob­ne­go wy­my­ślić.

- Nie musi na­wet być praw­dzi­we - burk­nął zrzę­dli­wie Żół­kow­ski. - Grunt, że pięk­ne.

- Wo­bec tego po­staw­cie mi jesz­cze je­den obiad - od­parł Bo­gu­sław­ski. - Mię­sa nie ma?

- Nie ma - oznaj­mił oso­wia­le tłu­ścioch Żół­kow­ski.

- Od ty­go­dni nie ma - do­dał Szy­ma­now­ski.

- Nie szko­dzi - po­wie­dział Bo­gu­sław­ski. - Jest ka­sza.

- Mu­siał się pan nie­źle za­dłu­żyć we Lwo­wie, Mi­strzu - rzu­cił Ma­li­now­ski.

- Rze­czy­wi­ście nie­źle. Ale sta­ra gwar­dia, jak wi­dzę, zo­sta­ła.

- Są i nowi - od­parł Szy­ma­now­ski po­nu­ro. - Sam pan zo­ba­czy. Osiń­ski za­an­ga­żo­wał kupę dur­niów.

- Coś brak wam hu­mo­ru - stwier­dził Bo­gu­sław­ski. - A prze­cież jest ka­sza. Co idzie dziś wie­czo­rem?

- Ge­nial­na sztu­ka - skrzy­wił się Żół­kow­ski. - Bez­względ­nie musi pan zo­ba­czyć. Przez te pół roku spo­ro się tu zmie­ni­ło.

- Dmu­szew­scy jesz­cze są? - spy­tał Bo­gu­sław­ski.

- Są.

- Ku­dlicz też jest - do­dał Ma­li­now­ski. - Bar­dzo się ucie­szy, że Mistrz wró­cił.

- Będę miał przy­najm­niej kogo nie­na­wi­dzić - od­parł ze śmie­chem Bo­gu­sław­ski.

Przed gma­chem te­atru już się nie śmiał. Jego wy­so­ka, chu­da po­stać przy­gar­bi­ła się, dłu­ga, za­pusz­czo­na we Lwo­wie siwa bro­da smęt­nie opa­da­ła na wy­tar­te fu­tro. Ocze­ki­wał, że rzu­cą mu się na szy­ję, lecz oni tyl­ko bez­na­mięt­nie za­sty­gli wo­kół nie­go, z rzad­ka ktoś rzu­cił py­ta­nie, nikt na­praw­dę się nie cie­szył, na­wet dow­ci­py Żół­kow­skie­go były po­sęp­ne. Nie wie­rzą we mnie, po­my­ślał, już się mnie nie boją.

Krę­cił się przy tyl­nym wej­ściu do te­atru, mi­ja­li go zna­jo­mi ak­to­rzy i tech­ni­cy, mi­gnę­ła twarz su­fle­ra Wą­si­kow­skie­go i Ger­li­ce­ra, sze­fa ma­szy­now­ni, ża­den jed­nak go nie do­strzegł. Prze­cież nie mógł się przez te pół roku aż tak ze­sta­rzeć. To ta bro­da.

Ru­szył w kie­run­ku Mio­do­wej, obej­rzał się na sto­ją­cy po­środ­ku pla­cu te­atr. Znisz­czo­ny, odra­pa­ny bu­dy­nek, na­da­ją­cy się do wszyst­kie­go, tyl­ko nie na te­atr. Kie­dy król za­ak­cep­to­wał ta­nią pro­po­zy­cję Bo­na­wen­tu­ry So­la­rie­go za­miast peł­nych roz­ma­chu pro­jek­tów Schröge­ra i Mer­li­nie­go, Bo­gu­sław­ski nie mógł jesz­cze przy­pusz­czać, że wkrót­ce, po za­le­d­wie dwu­na­stu la­tach, jemu przy­pad­nie re­mont, i po­now­nie za nie­wiel­kie pie­nią­dze. Do bu­dyn­ku głów­ne­go do­sta­wił przy­bu­dów­kę, wzmoc­nił fun­da­men­ty, w trak­cie re­mon­tu oka­za­ło się, że całe obe­lko­wa­nie zbu­twia­ło i trze­ba je wy­mie­nić; na pod­da­szu urzą­dzo­no miesz­ka­nie dla ma­szy­ni­sty, a przy wej­ściu do bu­dyn­ku po­sta­wio­no staj­nię. Król w koń­cu do­rzu­cił zroz­pa­czo­ne­mu Bo­gu­sław­skie­mu tro­chę pie­nię­dzy, pod wa­run­kiem że zbu­du­ją do­dat­ko­we wej­ście do loży kró­lew­skiej. Tak też się sta­ło. Na ma­ga­zyn de­ko­ra­cji i na gar­de­ro­by fun­du­szy już oczy­wi­ście za­bra­kło. Po kil­ku la­tach gmach znów gro­ził za­wa­le­niem, więc w 1808 roku wszyst­ko za­czę­ło się od po­cząt­ku. Bo­gu­sław­ski wie­dział, że na­wet mimo tam­te­go re­mon­tu te­atr jesz­cze ja­koś się trzy­ma tyl­ko dzię­ki mo­dli­twom. Z kwot prze­zna­czo­nych na nie­ustan­ne na­pra­wy moż­na by wznieść trzy przy­zwo­ite te­atry. I tak naj­nędz­niej­szym te­atrem Eu­ro­py stał się ten w War­sza­wie; po­twier­dza­ło to wie­lu po­dróż­nych, wśród nich Kot­ze­bue.

A zresz­tą, te­raz niech się mar­twi Osiń­ski.

Plac Kra­siń­skich tchnął tą samą at­mos­fe­rą, któ­rą czuł rano, prze­pra­wia­jąc się pro­mem z Pra­gi. War­sza­wa ze­szła na dzia­dy, sta­ła się przy­gnę­bia­ją­cym, zbied­nia­łym mia­stem. Gmach sądu, pa­łac Kra­siń­skich już z da­le­ka za­la­ty­wa­ły stę­chli­zną, na Dłu­giej bu­dyn­ki chy­li­ły się ku ru­inie, a naj­bar­dziej ka­mie­ni­ca czyn­szo­wa Eh­ler­ta, mo­gą­ca przy­jąć dwa ty­sią­ce miesz­kań­ców. Na Mio­do­wej do tej pory nie wy­wie­szo­no na­zwy uli­cy. Nie tak daw­no z wiel­ką pom­pą prze­chrzczo­no ją na uli­cę Na­po­le­ona, a po­tem po ci­chu zdję­to ta­blicz­kę, lecz sta­rej nie przy­wró­co­no jesz­cze na daw­ne miej­sce. Cały plac Te­atral­ny po­kry­wa­ło bło­to. U wy­lo­tu Dłu­giej ko­tło­wał się nie­wiel­ki tłum, ro­iło się od żan­dar­mów, wi­dać prze­pro­wa­dza­no re­wi­zje w po­szu­ki­wa­niu ty­to­niu i spi­ry­tu­su. Ran­kiem, gdy Bo­gu­sław­ski prze­pra­wiał się przez Wi­słę, do­kład­nie zre­wi­do­wa­no tak­że jego, a po­tem raz jesz­cze ob­szu­ka­no go przed bra­mą miej­ską.

Po­wol­nym kro­kiem do­tarł do koń­ca Mio­do­wej. Słyn­na cu­kier­nia u Les­sla była za­mknię­ta, na drzwiach wy­po­ży­czal­ni ksią­żek Glücks­ber­ga kra­ta z kłód­ką, ale dwie inne cu­kier­nie, Ho­no­rat­ka i po­bli­ska Dziur­ka Ma­ry­si, były otwar­te. Bo­gu­sław­ski nadal czuł głód; przy­sta­nął na rogu Mio­do­wej i Se­na­tor­skiej przed re­stau­ra­cją Cho­vo­ta, lecz po chwi­li ru­szył da­lej: zje ra­czej za dar­mo u syna.

Więk­szość skle­pów po obu stro­nach Kra­kow­skie­go też była za­mknię­ta. Mię­sa nie wi­dział nig­dzie. Zaj­rzał na chwi­lę na Sta­re Mia­sto, ra­tusz ział pust­ką i do po­ło­wy wy­pa­lo­ny­mi mu­ra­mi, tyl­ko dzie­ci gra­ły tam w pił­kę. Kra­mi­ki przy­kle­jo­ne do mu­rów ra­tu­sza rów­nież sta­ły pu­ste, wa­łę­sa­ło się przed nimi za­le­d­wie kil­ku Ży­dów, wy­raź­nie znu­dzo­nych. Przy ka­re­tach wy­chu­dzo­ne ko­nie. Stan­gre­ci na ko­złach drze­ma­li owi­nię­ci ko­ca­mi, ża­den nie za­ofe­ro­wał swo­ich usług. Bo­gu­sław­ski prze­mie­rzył całe Kra­kow­skie Przed­mie­ście i przy­sta­nął przed pa­ła­cem Ra­dzi­wił­łów. Bu­dy­nek słu­żą­cy nie­gdyś za te­atr, w któ­rym za­czy­nał ka­rie­rę, wy­glą­dał te­raz opła­ka­nie, po­śród ka­mie­ni ple­ni­ło się ziel­sko, a na da­chu ro­sło drzew­ko. Nig­dy jesz­cze War­sza­wa nie była taką pu­sty­nią.

Nie szko­dzi, po­my­ślał Bo­gu­sław­ski, na­wet w ta­kich cza­sach trze­ba ro­bić te­atr.

Ru­szył w stro­nę domu Na­ce­wi­czów.

Je­śli oni też nie przyj­mą mnie na­le­ży­cie, po­my­ślał, na­tych­miast wró­cę do Kra­ko­wa.

Przy Świę­to­krzy­skiej sta­ły drew­nia­ne domy. Tu za­czy­na­ło się nowe get­to, od kil­ku lat Ży­dów prze­sie­dla­no ze śród­mie­ścia na Mar­szał­kow­ską, w oko­li­ce sta­re­go cmen­ta­rza, gdzie raz za ra­zem wody grun­to­we wy­płu­ki­wa­ły z zie­mi zwło­ki. Syn miesz­kał na obrze­żu get­ta i próż­no sta­rał się prze­nieść do śród­mie­ścia, gdzie miesz­ka­li inni mło­dzi ofi­ce­ro­wie, nie po­zwa­lał mu na to zbyt mały żołd; Bo­gu­sław­ski nie był w sta­nie wes­przeć go na­wet mar­nym gro­szem, a zresz­tą nie chciał tego.

Drzwi otwo­rzy­ła Anie­la, przez chwi­lę tyl­ko pa­trzy­ła, po­tem rzu­ci­ła mu się na szy­ję i wcią­gnę­ła do środ­ka.

- Igna­ce­go jesz­cze nie ma - po­wie­dzia­ła w po­ko­ju. - Cały czas ćwi­czą pa­ra­dy, do domu wra­ca tyl­ko na spa­nie.

Bo­gu­sław­ski za­siadł w sta­rym fo­te­lu - po­da­ro­wał go dzie­ciom w pre­zen­cie ślub­nym - z ci­chym chrzę­stem sta­rych ko­ści roz­pro­sto­wał ze­sztyw­nia­łe pal­ce i za­łza­wio­ny­mi ocza­mi przy­glą­dał się drob­nej, de­li­kat­nie zbu­do­wa­nej dziew­czy­nie.

- Nie zer­k­niesz na wnu­ka? - spy­ta­ła Anie­la.

- To ja mam wnu­ka? - od­parł za­sko­czo­ny Bo­gu­sław­ski.

- Za­po­mnia­łeś, co? Kie­dy wy­jeż­dża­łeś, by­łam w czwar­tym mie­sią­cu.

- Ten wy­skro­bek to mój wnuk?

- Owszem. Woj­ciech Mau­ry­cy.

Bo­gu­sław­ski pa­trzył osłu­pia­ły, Anie­la ci­cho się ro­ze­śmia­ła i za­nio­sła nie­mow­lę do dru­gie­go po­ko­ju.

- Jest tyl­ko ka­sza - po­wie­dzia­ła, wra­ca­jąc.

- Ja­dłem już w te­atrze. Na­pił­bym się her­ba­ty.

- Opo­wiesz mi wszyst­ko? - za­py­ta­ła Anie­la, przy­nió­sł­szy sa­mo­war.

Bo­gu­sław­ski wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Sześć mie­się­cy szlag tra­fił - po­wie­dział. - Na­ro­bi­łem dłu­gów.

- I tak ich nie zwró­cisz - stwier­dzi­ła Anie­la.

- Chy­ba nie - od­parł Mistrz. - Mimo to było do­brze.

- Przy­wy­kłeś już...

Bo­gu­sław­ski uniósł gło­wę i uśmiech­nął się. Przy­tak­nął.

- Tak - po­wie­dział. - Je­śli czło­wiek przez lata jest Wiel­kim Dy­rek­to­rem... a po­tem na­gle spa­da mię­dzy daw­nych po­chleb­ców... z Dy­rek­to­ra na ku­gla­rza...

Wzru­szył ra­mio­na­mi i ro­ze­śmiał się.

- Cze­go chcesz? - po­wie­dzia­ła Anie­la. - W czerw­cu, kie­dy ogło­szo­no, że sta­li­śmy się kró­le­stwem, znów gra­no Cud mnie­ma­ny. Za­wsze gra­ją two­ją sztu­kę, gdy ktoś przy­by­wa do War­sza­wy. Te­raz do­ro­bio­no temu gębę ku więk­szej chwa­le Wiel­kie­go Księ­cia. Wy­szedł szajs.

- Bo nie ja re­ży­se­ro­wa­łem - stwier­dził Mistrz. - Pew­nie na cześć cara Alek­san­dra też wy­sta­wi­my Cud mnie­ma­ny. To po­cie­sza­ją­ce. Wy­star­czy, że raz w ży­ciu na­pi­sze się re­wo­lu­cyj­ną ope­rę. - Skrzy­wił się po­gar­dli­wie.

- Na­po­le­on prze­grał pod Wa­ter­loo - rzu­ci­ła Anie­la.

- Wiem. Jest mle­ko?

- Nie ma.

Anie­la na­la­ła her­ba­ty.

- Igna­cy zdo­był na czar­nym ryn­ku. Już i o her­ba­tę trud­no. Mle­ko może bę­dzie, jak car przy­je­dzie na ko­ro­na­cję.

- Wte­dy mle­ko na pew­no bę­dzie. I znów za­gra­ją moją sztu­kę. Po­wiedz mi, cze­mu je­steś smut­na?

- Nie ma sen­su, bym wra­ca­ła do te­atru.

Bo­gu­sław­ski po­wo­li są­czył her­ba­tę. Za­le­d­wie szes­na­sto­let­nia, uro­cza, cu­dow­na dziew­czy­na. Jesz­cze pół roku temu była trzpio­to­wa­tym pod­lot­kiem. A te­raz ru­chy ma po­wol­ne i znu­żo­ne, oczy zwró­co­ne do we­wnątrz, jak­by wie­dzia­ły o rze­czach, o któ­rych tyl­ko jemu, Bo­gu­sław­skie­mu, wy­pa­da wie­dzieć.

- Nie po­sta­rza­łam się - uśmiech­nę­ła się Anie­la. - Ja się tyl­ko zmie­ni­łam.

Bo­gu­sław­ski wes­tchnął.

- Nadal chciał­byś mnie za żonę?

- Chciał­bym - od­rzekł Bo­gu­sław­ski - gdy­bym tyl­ko był trzy­dzie­ści lat młod­szy.

- Więc do­brze, przy naj­bliż­szej oka­zji wyj­dę za cie­bie.

Po­rzuć mego syna, chciał po­wie­dzieć Bo­gu­sław­ski, ja na­praw­dę się z tobą oże­nię.

- Za­graj coś - po­pro­sił.

Anie­la sia­dła do for­te­pia­nu i za­czę­ła grać. Bo­gu­sław­ski roz­parł się wy­god­nie w fo­te­lu i przy­mknął oczy. Anie­la za­czę­ła Mo­zar­tem, po­tem za­gra­ła luź­ne te­ma­ty. Jak ona dziw­nie im­pro­wi­zu­je, po­my­ślał Bo­gu­sław­ski, ileż w niej mro­ku. Każ­da jej ka­den­cja to dy­so­nans, po­tem dłu­gie wpro­wa­dze­nie do te­ma­tu, te jed­nak nie roz­wi­ja­ją się i nie znaj­du­ją roz­wią­za­nia. Samo fa­lo­wa­nie, nie­wio­dą­ce ku żad­ne­mu ce­lo­wi. Ona nisz­czy for­my, ale w ich miej­sce nie two­rzy in­nych. Jak­że wiel­ką tra­gicz­ką mo­gła­by być ta mała.

Anie­la przy­kry­ła drze­mią­ce­go Bo­gu­sław­skie­go i dłu­go wpa­try­wa­ła się w jego twarz.

Po­tem po­szła do po­ko­ju i nie­chęt­nie na­kar­mi­ła pier­sią dziec­ko.

Bo­gu­sław­ski obu­dził się póź­nym po­po­łu­dniem. Na­bur­mu­szo­ny i roz­bi­ty wy­gra­mo­lił się z fo­te­la.

- Mia­łem dłu­gą po­dróż - po­wie­dział. - Wczo­raj rano wy­ru­szy­łem z Kra­ko­wa, ten par­szy­wy dy­li­żans wy­trząsł mi wszyst­kie fla­ki. Całe go­dzi­ny cze­ka­łem na Pra­dze na prom. W strasz­nym ści­sku tło­czy­li się wo­kół mnie ja­cyś cie­śle, chło­pi, gał­ga­nia­rze, Cy­ga­nie, Ży­dzi, ra­bu­sie, a ja tyl­ko cze­ka­łem na chwi­lę, kie­dy mnie roz­po­zna­ją i na­zwą Mi­strzem. Jak­by kto­kol­wiek z nich był kie­dyś w te­atrze. - Ro­ze­śmiał się. - Zgo­lę bro­dę, żeby mo­gli mnie roz­po­znać, i za­pusz­czę na nowo do­pie­ro wte­dy, kie­dy przy­pro­wa­dzę mój lud do no­wej oj­czy­zny. Daj mi ja­kieś ubra­nie, w tych gał­ga­nach nie mogę prze­cież pójść do te­atru.

Anie­la przy­glą­da­ła się ze smut­nym uśmie­chem, jak teść prze­bie­ra się w ubra­nie syna. Sta­ry pan wy­chudł, moż­na było po­li­czyć mu że­bra, ko­ści mied­ni­cy pra­wie że prze­bi­ja­ły skó­rę.

- Co tak pa­trzysz? - spy­tał Bo­gu­sław­ski. - Chu­dy je­stem? Przy­najm­niej nie mu­szę się mar­twić, że uty­ję.

Anie­la mil­cza­ła.

- To nie­do­brze, że mnie ko­chasz - oznaj­mił szorst­ko Bo­gu­sław­ski. - Wiem, że mnie ko­chasz, cho­ciaż masz te­raz przed sobą wy­chu­dzo­ne wid­mo. Na­ka­zu­ję ci, byś mnie po­now­nie po­ko­cha­ła do­pie­ro wte­dy, kie­dy znów będę taki jak daw­niej, kie­dy będę kimś, za kim sza­le­je wi­dow­nia, kogo wy­no­si się na rę­kach ze sce­ny. Do tego cza­su masz mnie nie ko­chać, sły­szysz?

Anie­la ski­nę­ła gło­wą.

- Nie wie­rzysz już we mnie, co?

Uśmiech­nę­ła się.

- Je­stem pe­łen pla­nów - po­wie­dział Bo­gu­sław­ski chmur­nie. - Wy­gry­zę tego idio­tę Osiń­skie­go. Nie po­zwo­lę tak sobą po­mia­tać. Wy­gra­mo­lę się z dłu­gów, zo­ba­czysz, na­wet Pan Bóg nie może mi prze­szko­dzić, a co do­pie­ro taki Osiń­ski. By­dlę bez po­lo­tu.

- To u nie­go je­steś za­dłu­żo­ny.

- I co z tego? Mam jesz­cze przy­ja­ciół. Stwo­rzę taki te­atr, ja­kie­go jesz­cze nie było. To nie mrzon­ki zgrzy­bia­łe­go star­ca. Mó­wię to ja, Bo­gu­sław­ski, pol­ski Mo­lier. Do­ży­jesz jesz­cze tego, że Mo­lie­ra będą na­zy­wa­li fran­cu­skim Bo­gu­sław­skim. Nie ma ja­kie­goś ka­pe­lu­sza?

Anie­la przy­nio­sła ka­pe­lusz.

- Za­miesz­kaj u nas.

- Mam swo­je miesz­ka­nie - ob­ru­szył się Bo­gu­sław­ski.

Na uli­cy za­czął się za­sta­na­wiać, skąd weź­mie na opał. Nie­waż­ne. W koń­cu prze­trwał już gor­sze cza­sy.

O wpół do szó­stej do­tarł do te­atru. W su­te­re­nie ka­zał so­bie zgo­lić bro­dę.

- Ostat­nio jak­by prze­rze­dzi­ły się panu wło­sy - po­wie­dział Ma­crott.

- Tym le­piej uda się do­brać pe­ru­kę - od­pa­ro­wał Mistrz.

Prysz­cza­ty wy­ro­stek zgar­nął szczot­ką ko­smy­ki si­wych wło­sów.

- Chło­pak zna­ko­mi­cie robi pe­ru­ki - rzu­cił To­biasz. - Ma na imię Hie­ro­nim. To syn pana Szy­mań­skie­go.

Przez chwi­lę Bo­gu­sław­ski przy­glą­dał się chło­pa­ko­wi, po czym po­kle­pał go po twa­rzy. Chło­pak się za­czer­wie­nił.

- Z nim trze­ba de­li­kat­nie - prze­strzegł To­biasz do­bro­tli­wie. - Cza­sem po­tra­fi ak­to­ra ugryźć w rękę.

Przed spek­ta­klem Bo­gu­sław­ski nie zszedł już do knaj­py, nie chciał, by po­now­nie za nie­go pła­co­no. Na wi­dow­ni usiadł w ostat­nim rzę­dzie, skąd mógł ob­jąć wzro­kiem ca­łość. Ogar­nę­ła go tre­ma. Cze­kał na cud, wi­dok pu­stych ław prze­peł­niał go roz­kosz­nym nie­po­ko­jem. W cza­sie przed­sta­wień, je­śli aku­rat nie grał i mógł ob­ser­wo­wać ko­le­gów na sce­nie, za­czy­na­ło mu bur­czeć w brzu­chu. Te­raz też po­czuł, że kisz­ki za­gra­ją mu mar­sza. To przed­sta­wie­nie bę­dzie śle­dzić z prze­ję­ciem, cho­ciaż nie ma z nim nic wspól­ne­go, to już in­te­res Osiń­skie­go.

Po­ja­wi­ła się sta­ra bi­le­ter­ka, żeby go prze­go­nić. Uśmiech­nął się do niej.

- Mistrz! - szep­nę­ła ko­bie­ci­na i zmie­sza­na po­drep­ta­ła z po­wro­tem.

Bo­gu­sław­ski przy­pa­try­wał się wcho­dzą­cym wi­dzom. Wszy­scy wy­ele­gan­to­wa­ni. Miej­sca sto­ją­ce na dru­gim pię­trze, tak zwa­ny pa­ra­dyz lub in­a­czej ja­skół­kę, wy­peł­nia­li mło­dzi, naj­wy­raź­niej stu­den­ci nowo po­wsta­łej uczel­ni.

Po­dwój­na loża kró­lew­ska z le­wej świe­ci­ła pust­ką. Od resz­ty wi­dow­ni nadal od­dzie­la­ły ją kra­ty, w głę­bi po­ły­ski­wa­ły lu­stra. To tu, w asy­ście jak­by wiecz­nie tych sa­mych żoł­nie­rzy gwar­dii przy­bocz­nej, tkwi­li nie­ru­cho­mo w fo­te­lu Fry­de­ryk Au­gust, Fry­de­ryk Wil­helm, Na­po­le­on i Po­nia­tow­ski, tu te­raz sia­du­je Wiel­ki Ksią­żę Kon­stan­ty, tu­taj też nie­ba­wem za­sią­dzie car Alek­san­der. Przez kró­lew­ską lożę prze­wi­ja­li się wszy­scy pa­nu­ją­cy, Po­la­cy, Pru­sa­cy, Sasi, Ro­sja­nie, zmie­nia­ły się po­sta­cie, ale de­ko­ra­cja po­zo­sta­ła ta sama. Tak jak po­zo­sta­li praw­dzi­wi ak­to­rzy, wy­słu­gu­ją­cy się każ­dej wła­dzy, któ­rzy w sprzy­ja­ją­cym mo­men­cie po­tra­fi­li w każ­dą wła­dzę ude­rzyć zza ple­ców.

To jest moje kró­le­stwo, po­my­ślał Bo­gu­sław­ski, nikt mi go nie jest w sta­nie ode­brać. Ani Osiń­ski, ani car, ani na­wet Pan Bóg.

Całe zmę­cze­nie gdzieś z nie­go ule­cia­ło. Pięć­dzie­siąt osiem lat to jesz­cze nie sta­rość. Być może ma przed sobą dwa lub trzy lata, ale rów­nie do­brze może ich być dwa­dzie­ścia albo też trzy­dzie­ści. Trze­ba tak żyć, jak­by wszyst­ko mo­gło się jesz­cze zda­rzyć, a wów­czas z pew­no­ścią coś się zda­rzy. Trze­ba grać.

Kie­dy na wi­dow­ni wy­ga­szo­no świa­tła, Bo­gu­sław­skie­mu za­czę­ło bur­czeć w brzu­chu.

Przy­po­mi­nał so­bie tę de­ko­ra­cję. Pej­zaż wy­ma­lo­wa­ny na tyl­nej ku­li­sie w głę­bi sce­ny to dzie­ło Smu­gle­wi­cza. Na­ma­lo­wał go chy­ba pięt­na­ście lat temu do ja­kiejś sztu­ki; te­raz ma­larz od pię­ciu lat już nie żyje, a wy­bla­kły pej­zaż nadal jest uży­tecz­ny. Drze­wo z prze­wier­co­nej na wy­lot de­ski z wi­szą­cy­mi na nim ogrom­ny­mi owo­ca­mi było po­my­słem Pler­scha jesz­cze z po­cząt­ku wie­ku, kie­dy w ja­kimś dra­ma­cie gro­zy z dziu­pli drze­wa miał się wy­nu­rzyć wam­pir. W każ­dym z tych krze­seł Bo­gu­sław­ski sie­dział, pił z każ­de­go pu­cha­ru, te przed­mio­ty to jego przy­ja­cie­le, ze wszyst­ki­mi wią­żą go miłe ser­cu wspo­mnie­nia, wszyst­kie je trak­to­wał jak swo­ją wła­sność. Po­tem wraz z te­atrem sprze­dał Osiń­skie­mu tak­że re­kwi­zy­ty, wio­sną tego roku, gdy zna­lazł się na dnie z po­wo­du ban­kruc­twa. To on ka­zał wy­ko­nać wszyst­kie re­kwi­zy­ty, on bie­gał za każ­dym me­blem, on kie­ro­wał pędz­lem Smu­gle­wi­cza i wła­sny­mi rę­ka­mi mon­to­wał nad sce­ną po­mo­sty pod­czas ostat­niej prze­bu­do­wy. Mógł je so­bie Osiń­ski ku­pić, nie mógł jed­nak mieć po­ję­cia o ich praw­dzi­wej war­to­ści, bo tej ku­pić nie moż­na.

Gra­no dra­mat gro­zy, po bo­że­mu, we­dług usta­lo­ne­go ka­no­nu. Przez dro­gi i bez­dro­ża zbój­cy, bez wy­tchnie­nia, ści­ga­li bo­ha­te­ra. Z peł­nym apro­ba­ty znu­dze­niem Bo­gu­sław­ski śle­dził wy­da­rze­nia, do chwi­li gdy po­ja­wi­ła się mał­pa, wier­ny druh bo­ha­te­ra, któ­ra beł­ko­cząc coś i huś­ta­jąc się na drze­wie, peł­na po­świę­ce­nia, do­pó­ty bę­dzie ra­to­wać ży­cie swe­go pana, do­pó­ki zbój­cy jej nie za­strze­lą. Bo­gu­sław­ski czę­sto grał w sztu­kach ro­ją­cych się od dzi­kich zwie­rząt i upio­rów, jed­nak ta mał­pa ja­koś nie mo­gła mu się po­mie­ścić w gło­wie. Nie wie­dział, kto ją gra, poza mał­pim beł­ko­tem nie sły­szał in­nych gło­sów. Ale naj­bar­dziej prze­szka­dza­ło mu, że nie ro­zu­miał, co mał­pa ma wy­ra­żać. Na po­cząt­ku snuł do­my­sły, że bo­ha­te­rem sztu­ki jest Na­po­le­on, a za­tem mał­pa ozna­cza Pol­skę, któ­ra za wszel­ką cenę trzy­ma się ce­sa­rza. Są­dząc jed­nak po re­ak­cji pu­blicz­no­ści, nie o to cho­dzi­ło. Póź­niej sta­rał się od­szu­kać w sztu­ce inne ak­tu­al­ne tre­ści - że być może mał­pa to Wiel­ki Ksią­żę, wo­bec tego po­stać pana to wiecz­nie wy­cze­ku­ją­ca oca­le­nia Pol­ska, lecz i ta in­ter­pre­ta­cja ja­koś mu nie pa­so­wa­ła, Osiń­ski nie mógł mieć tyle od­wa­gi, by ukryć Wiel­kie­go Księ­cia pod po­sta­cią mał­py. Bo­gu­sław­ski nie­spo­koj­nie wier­cił się na krze­śle. Sztu­ka po­bu­dza­ła do śmie­chu i śmiał się w ty­po­wy dla sie­bie spo­sób, do we­wnątrz, spa­zma­tycz­nie i bez­gło­śnie, lecz wi­dow­nia nie śmia­ła się wca­le. Śle­dzi­ła wy­da­rze­nia w głę­bo­kiej ci­szy i była wy­raź­nie prze­ję­ta. W mał­pie wi­dzia­ła tyl­ko mał­pę.

Bo­gu­sław­ski mu­siał po­go­dzić się z my­ślą, że przez taką wi­dow­nię wca­le nie ko­me­dię oglą­da. Nie wy­czu­wał at­mos­fe­ry ko­me­dii. Cóż to za dziw­na wi­dow­nia? Pół roku temu jesz­cze umie­li­by się śmiać. A przy­najm­niej nie sie­dzie­li­by tak ci­cho. Je­śli współ­czu­ją mał­pie, niech przy­najm­niej po­krzy­ku­ją, by do­dać jej otu­chy.

Kie­dy pod ko­niec spek­ta­klu zbój­cy za­strze­li­li wier­ną mał­pę, a ona na wierz­choł­ku drze­wa śmier­tel­nie ra­nio­na przez dłu­gie chwi­le coś beł­ko­ta­ła, aż spa­dła - w tej sa­mej chwi­li opa­dła też kur­ty­na - wi­dow­nia za­nio­sła się szlo­chem. Ko­bie­ty pod­no­si­ły do oczu roż­ki chu­s­te­czek, pa­no­wie ze smut­kiem, w głę­bo­kim za­my­śle­niu, wpa­try­wa­li się w pust­kę. Cich­ną­cy szloch za­stą­pi­ły po­je­dyn­cze okla­ski. Ak­to­rzy wy­szli do braw, nio­sąc na ra­mio­nach mał­pę. Gra­ją­cy ją ak­tor nie zdjął ko­stiu­mu, nie ra­czył na­wet uchy­lić ma­ski. Bo­gu­sław­ski ocze­ki­wał, że mał­pa wy­tnie te­raz coś nie­przy­zwo­ite­go, lecz na próż­no.

- Wstrzą­sa­ją­ce prze­ży­cie - usły­szał głos ja­kiejś damy w foy­er. Mia­ła na gło­wie wiel­ki wspa­nia­ły ka­pe­lusz.

- Gdy­bym to ja mia­ła ta­kie wier­ne zwie­rzę - do­rzu­ci­ła inna.

- Mó­wią, że mał­py ro­zu­mie­ją ludz­ki ję­zyk - po­wie­dział ja­kiś pan.

- Szko­da, że w na­szych la­sach nie miesz­ka­ją mał­py - do­dał inny.

Bo­gu­sław­ski po­wlókł się z po­wro­tem do su­te­re­ny, za­pu­kał do gar­de­ro­by Le­dó­chow­skiej, ale drzwi były za­mknię­te. Le­dó­chow­ska w tej sztu­ce nie gra­ła. Pan Bautz wła­śnie za­my­kał te­atral­ną knaj­pę, ale jesz­cze zro­bił Bo­gu­sław­skie­mu her­ba­tę. Na ko­ry­ta­rzu prze­su­wa­no de­ko­ra­cje, Zie­liń­ski klął i po­krzy­ki­wał dy­sz­kan­tem, bo któ­ryś z ak­to­rów spóź­nił się z wej­ściem na sce­nę. Cie­ka­we, po­my­ślał Bo­gu­sław­ski, ja tego nie za­uwa­ży­łem.

Od­gło­sy z wol­na za­mie­ra­ły, po­zo­sta­wio­ny sam so­bie Bo­gu­sław­ski opu­ścił te­atr.

Przed pa­ła­cem kasz­te­la­na Soł­ty­ka na No­wo­lip­kach - pięt­na­ście lat temu za­ło­żo­no tu To­wa­rzy­stwo Przy­ja­ciół Nauk, na­zy­wa­ne po­tocz­nie Aka­de­mią - dłu­gie mi­nu­ty do­bi­jał się do bra­my, nim wresz­cie po­ja­wił się odźwier­ny i ła­ska­wie obie­cał za­mel­do­wać panu kasz­te­la­no­wi o przy­by­ciu pana Woj­cie­cha, po czym za­trza­snął bra­mę Bo­gu­sław­skie­mu przed no­sem. Sią­pił zim­ny deszcz ze śnie­giem. Sta­ry ak­tor po­sta­wił koł­nierz. Zo­sta­wi­łem gdzieś ka­pe­lusz syna, po­my­ślał ze smut­kiem.

Na uli­cy nie było ży­wej du­szy, mi­nę­ła już ósma, więk­szość lamp się nie pa­li­ła. Na ca­łej tra­sie mię­dzy te­atrem a pa­ła­cem kasz­te­la­na za­ga­dał do nie­go tyl­ko je­den lam­piarz, ale i jego Bo­gu­sław­ski szyb­ko się po­zbył; nie miał­by na­wet jak mu za­pła­cić za przy­świe­ca­nie w dro­dze. To w ogó­le cud, po­my­ślał, że oświe­tle­nie w te­atrze dzia­ła nor­mal­nie.

Kasz­te­lan w to­wa­rzy­stwie syna przy­jął go w zna­jo­mej, ogrom­nej, peł­nej chłod­ne­go prze­py­chu sali. Bo­gu­sław­ski uści­snął dłoń tak kasz­te­la­na, jak i jego kru­czo­wło­se­go syna o wy­ra­zi­stej twa­rzy, po czym usiadł w jed­nym z li­czą­cych so­bie już kil­ka wie­ków fo­te­li.

- Pro­szę nie zdej­mo­wać płasz­cza, pa­nie Woj­cie­chu - po­wie­dział kasz­te­lan Sta­ni­sław - nie naj­le­piej sto­imy z opa­łem.

Przez kil­ka chwil mil­cze­li.

- Co no­we­go we Lwo­wie? - spy­tał kasz­te­lan.

- Żyją tak, jak­by w ogó­le nie było woj­ny - od­rzekł Bo­gu­sław­ski.

- Po­peł­ni­li­śmy wiel­ki błąd - po­wie­dział Ro­man Soł­tyk - że nie zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy na Ukra­inie od­dzia­łów par­ty­zanc­kich. A tyle razy mo­le­sto­wa­łem w tej spra­wie Na­po­le­ona. Osa­dzi­li go na Świę­tej He­le­nie, sły­szał pan?

Bo­gu­sław­ski przy­tak­nął.

- A w Kra­ko­wie? - spy­tał kasz­te­lan.

- Żyją dla sie­bie. Cie­szą się nie­wy­mow­nie, że zna­leź­li się poza Kró­le­stwem Pol­skim. Na se­rio chcą od­gry­wać rolę mia­sta-pań­stwa. Po­wia­da­ją, że nie wie­dzie­li­by, co po­cząć z pol­skim rzą­dem.

- A gdzież tu mamy pol­ski rząd? - za­py­tał Ro­man. - Tu jest tyl­ko wiel­ki ksią­żę, no i No­wo­sil­cow. Od­krył go kie­dyś ksią­żę Czar­to­ry­ski, to on po­le­cił go uwa­dze Alek­san­dra, ścią­gnię­to go nam tu­taj na kark, a Czar­to­ry­ski był nie­zmier­nie zdu­mio­ny, gdy ca­ły­mi dnia­mi nie mógł się do­pro­sić o au­dien­cję u No­wo­sil­co­wa.

Znów na chwi­lę za­mil­kli.

- Nie ma tu te­raz nic do ro­bo­ty - po­wie­dział kasz­te­lan. - Naj­pierw my­śle­li­śmy, że przej­dzie­my do opo­zy­cji, ale do tego po­trzeb­na by­ła­by opo­zy­cja. Pan rów­nież nic nie wie o opo­zy­cji, praw­da, pa­nie Woj­cie­chu? Mu­si­my cze­kać, aż sy­tu­acja jesz­cze się po­gor­szy.

Bo­gu­sław­ski utkwił wzrok w prze­pięk­nych srebr­nych świecz­ni­kach.

- Cały czas wspo­mi­na się o kon­sty­tu­an­cie - mó­wił da­lej kasz­te­lan - a tym mo­że­my za­ba­wiać się przez całe lata. Nikt nie chce zmian, naj­mniej car Alek­san­der. We­dług po­uf­nych wia­do­mo­ści... - za­milkł i mach­nął ręką. - Sze­re­gow­com ode­bra­no broń i roz­pusz­czo­no ich na czte­ry wia­try, chło­pi się cie­szą, że nie mu­szą już wię­cej wal­czyć. Wszy­scy ofi­ce­ro­wie mo­gli so­bie za­cho­wać stop­nie otrzy­ma­ne od Na­po­le­ona, ale oni też po­szli w roz­syp­kę, a nasi ge­ne­ra­ło­wie do­sta­ją wspa­nia­łe eme­ry­tu­ry od nie­daw­ne­go jesz­cze wro­ga, na­sze­go do­bro­czyń­cy, ba­tiusz­ki cara. U nas wiel­ki spo­kój, pa­nie Woj­cie­chu. Z całą pew­no­ścią Czar­to­ry­ski zo­sta­nie na­miest­ni­kiem.

Znów za­mil­kli.

- Wol­no­mu­la­rze jesz­cze dzia­ła­ją? - za­py­tał Bo­gu­sław­ski.

- Tak - od­parł Ro­man i za­śmiał się. - Na­wet Wiel­ki Ksią­żę do nich przy­stą­pił. A jak pan my­śli, kto jest za­stęp­cą Wiel­kie­go Mi­strza? Ge­ne­rał Roż­niec­ki! Resz­tę może pan so­bie do­po­wie­dzieć.

- Na­pi­je się pan? - spy­tał kasz­te­lan i za­dzwo­nił.

- Dzię­ku­ję.

Ka­mer­dy­ner roz­lał do kie­lisz­ków czer­wo­ne wino.

- Od Fu­kie­ra - po­wie­dział kasz­te­lan. - Nie wiem, skąd on je bie­rze, to cza­ro­dziej. W czym panu mo­że­my po­móc?

Kasz­te­lan, bro­niąc się przed chło­dem, szczel­niej owi­nął się fu­trem z lisa.

- Chciał­bym wró­cić do te­atru - od­rzekł Bo­gu­sław­ski. - Je­śli się uda, przy­rze­kam, że będę pa­nom po­ma­gać jak daw­niej.

Kasz­te­lan tyl­ko mach­nął ręką.

- Nie ma w czym po­ma­gać, pa­nie Woj­cie­chu. W po­rząd­ku. Po­wiem Jó­ze­fo­wi Kra­siń­skie­mu, on z po­mo­cą wol­no­mu­la­rzy może wy­wrzeć pre­sję na Osiń­skie­go. Wspo­mnę o panu tak­że Li­now­skie­mu, za­uwa­ży­łem, że in­te­re­su­je się te­atrem. Moje sto­sun­ki ze Sta­szi­cem się po­psu­ły, ale, jak pa­mię­tam, pana tak­że nie­zbyt lu­bił.

- Dwa razy od­rzu­cił moją kan­dy­da­tu­rę do Aka­de­mii - po­wie­dział Bo­gu­sław­ski.

- Mogę też po­roz­ma­wiać z ge­ne­ra­łem Dą­brow­skim. Żyje te­raz sa­mot­nie w swo­im ma­jąt­ku, ale na dniach przy­je­dzie do War­sza­wy.

- Dzię­ku­ję.

- A Niem­ce­wi­czo­wi nie wspo­mnieć o panu? - spy­tał kasz­te­lan.

Bo­gu­sław­ski za­sta­na­wiał się przez chwi­lę.

- Ra­czej nie - od­rzekł. - Z Niem­ce­wi­czem nig­dy nie wia­do­mo, po czy­jej stro­nie za­gra.

- Do­brze. Czy mogę coś jesz­cze dla pana zro­bić?

Bo­gu­sław­ski mil­czał. Kasz­te­lan za­dzwo­nił na ka­mer­dy­ne­ra i ka­zał przy­nieść szka­tuł­kę. Lo­kaj się od­da­lił, Bo­gu­sław­ski cze­kał w mil­cze­niu.

- Zwró­ci mi pan, kie­dy bę­dzie miał z cze­go - po­wie­dział kasz­te­lan.

Bo­gu­sław­ski opu­ścił gło­wę.

Na uli­cy wziął głę­bo­ki od­dech i prze­li­czył pie­nią­dze. Do­stał tyle, ile sam so­bie pła­cił za mie­siąc, kie­dy te­atr na­le­żał jesz­cze do nie­go. Mógł za to prze­żyć skrom­nie na­wet trzy mie­sią­ce, choć po­wi­nien opła­cić za­le­gły czynsz za po­nad pół roku. Trzy mie­sią­ce to spo­ro cza­su, wy­star­cza­ją­co dużo, by do­ko­nać choć­by i trzech cu­dów jed­ne­go po dru­gim.Z pew­nym za­sko­cze­niem uprzy­tom­nił so­bie, że wciąż ma sie­dem­dzie­siąt dwa ty­sią­ce dłu­gu. Jesz­cze moi wnu­ko­wie będą go spła­cać, po­my­ślał. Ka­rol na przy­kład bę­dzie spła­cać go sam so­bie, jako syn Osiń­skie­go i wnuk Bo­gu­sław­skie­go.

Jego gniew zwró­cił się na­gle prze­ciw Soł­ty­kom. Wspa­nia­ło­myśl­nie rzu­ci­li mu parę zło­tych z po­sia­da­nych se­tek ty­się­cy. I musi jesz­cze być za to wdzięcz­ny, musi je przy­jąć, wsty­dząc się za sie­bie, i bę­dzie ich dłuż­ni­kiem do sa­mej śmier­ci. Na­zy­wa­ją sie­bie opo­zy­cją, bo nig­dy nie mie­li dość ole­ju w gło­wie, by wkrę­cić się mię­dzy rzą­dzą­cych. Kasz­te­lan od­waż­nie za­szył się w swo­im ma­jąt­ku, na­to­miast Ro­man prze­trwał woj­nę jako ad­iu­tant Na­po­le­ona, pole bi­twy wi­dział tyl­ko wte­dy, gdy szedł iden­ty­fi­ko­wać tru­py. On tak­że bie­rze nie­li­chy żołd od cara. A te­raz obaj są w opo­zy­cji. Przyj­dzie im zdech­nąć z nu­dów.

Po chwi­li prze­stał uty­ski­wać: po­my­ślał, jaką minę zro­bi ka­mie­nicz­nik, ten sta­ry han­dlarz, kie­dy mu ci­śnie w twarz za­le­gły dług.

Nie miał jed­nak szczę­ścia, w domu była tyl­ko przy­głu­pa­wa cór­ka han­dla­rza, jej ka­zał pod­pi­sać po­kwi­to­wa­nie.

Bo­gu­sław­ski po­sta­no­wił, że jak bę­dzie mieć pie­nią­dze, kupi so­bie dom. Ja­kiś pa­łac. Drew­nia­ne scho­dy szy­der­czo za­skrzy­pia­ły.

W po­ko­ju wy­peł­nio­nym po su­fit re­kwi­zy­ta­mi, pa­miąt­ka­mi i rę­ko­pi­sa­mi dłu­go wal­czył z że­la­znym pie­cy­kiem. Nie miał czym roz­pa­lić, o mało co nie zdjął ze ścia­ny por­tre­tu swej daw­nej mi­ło­ści, Anny Lam­pel, ale po chwi­li po­sta­no­wił, że oka­że jej ła­skę, Bac­cia­rel­lim prze­cież nie pali się w pie­cu, ra­czej od­da­je się go w za­staw. Nie spa­lił rów­nież pa­ste­lo­we­go por­tre­tu Ma­rian­ny Pie­ro­żyń­skiej, z po­dob­nych wzglę­dów.

Dy­go­tał jesz­cze z zim­na, opa­tu­lo­ny ob­szer­nym płasz­czem, kie­dy we­szła Ma­rian­na, pier­wo­wzór pa­ste­lo­we­go ob­ra­zu, tyl­ko w star­szym wy­da­niu.

- Szyb­ko roz­cho­dzą się wie­ści po War­sza­wie - po­wie­dział Bo­gu­sław­ski uszczy­pli­wie.

Ma­rian­na Pie­ro­żyń­ska, mat­ka dzie­ci Bo­gu­sław­skie­go - Igna­ce­go i Ro­za­lii, jak rów­nież bab­ka jego wnu­ków - Ka­ro­la i Woj­cie­cha Mau­ry­ce­go, bez sło­wa wy­rzu­tu wy­pa­ko­wa­ła wę­dzo­ną rybę. Bo­gu­sław­ski za­czął jeść, nie prze­sta­jąc jed­nak gde­rać.

- Kto to roz­pa­plał? - spy­tał. - Anie­la?

- Moja star­sza sio­stra - po­wie­dzia­ła Ma­rian­na.

Bo­gu­sław­ski za­czął wy­my­ślać na wszyst­kich krew­nych Tru­sko­la­skiej.

- Co za bab­sko! - pie­klił się z peł­ny­mi usta­mi. - Mi­nę­ło już dzie­sięć lat, jak na za­wsze zbu­rzy­łem jej ka­rie­rę, a ona cią­gle mie­sza w tym gów­nie.

Ma­rian­na z wy­chu­dzo­ną i zwiot­cza­łą twa­rzą, lecz ra­do­ścią w oczach, wpa­try­wa­ła się w je­dzą­ce­go łap­czy­wie Mi­strza.

Wie­lu lu­dzi zno­wu bę­dzie źle spa­ło, po­my­ślał Bo­gu­sław­ski, wy­cią­ga­jąc się z roz­ko­szą na łóż­ku.

Osiń­ski, nie mo­gąc za­snąć, cięż­ko po­sa­pu­je i obie­cu­je so­bie so­len­nie, że w żad­nym wy­pad­ku, prze­nig­dy nie za­an­ga­żu­je swo­je­go te­ścia.

Żół­kow­skie­go drę­czy su­mie­nie, że nie był dość uprzej­my dla Mi­strza, któ­ry uczy­nił z nie­go ak­to­ra.

Szy­ma­now­ski żyje na­dzie­ją, że z po­mo­cą Mi­strza uda mu się wy­gryźć mło­de­go We­row­skie­go, któ­re­go za­an­ga­żo­wał Osiń­ski.

Ma­li­now­ski ża­łu­je, że duma nie po­zwo­li­ła mu oka­zać ra­do­ści z po­wro­tu Mi­strza.

Igna­cy jest za­zdro­sny z po­wo­du Anie­li i wo­lał­by być bied­ny, żeby tyl­ko nie mu­sieć po­ma­gać ojcu. A prze­cież to bez wąt­pie­nia on dał Ma­rian­nie pie­nią­dze na rybę. Bied­ny chłop­cze, po­my­ślał Bo­gu­sław­ski, wi­dać nie je­steś aż tak ubo­gi.

Dmu­szew­scy też już mu­szą o nim wie­dzieć, pierw­szą my­ślą chy­ba wszyst­kich było wła­śnie ich za­wia­do­mić. Może Mistrz znów uwie­dzie Kon­stan­cję. Pew­nie Dmu­szew­ski, roz­tkli­wia­jąc się, głasz­cze te­raz głów­kę Sta­ni­sła­wa. Ile lat ma te­raz Sta­ni­sław? Sie­dem. Sta­ni­sław Pięk­now­ski. Kon­stan­cja nie chcia­ła, by no­sił na­zwi­sko Mi­strza, lecz nie ze­zwo­li­ła rów­nież, by Dmu­szew­ski praw­nie go ad­op­to­wał. Swo­ją dro­gą Kon­stan­cja ład­nie się tu za­cho­wa­ła, po­my­ślał Bo­gu­sław­ski i wes­tchnął. Jed­nym sło­wem, Dmu­szew­ski bę­dzie te­raz ota­czać żonę jesz­cze więk­szą mi­ło­ścią i on wła­śnie bę­dzie nadal naj­bar­dziej od­da­ny Mi­strzo­wi. Do­sta­nie roz­wol­nie­nia, roz­my­ślał da­lej Bo­gu­sław­ski, całą noc prze­sie­dzi w wy­chod­ku.

- He, he - po­wie­dział Ma­rian­nie na do­bra­noc i za­padł w spo­koj­ny sen.

Rano naj­chęt­niej po­biegł­by od razu do te­atru, by wszyst­kich od Osiń­skie­go po de­ko­ra­to­rów zmie­szać z bło­tem za wczo­raj­sze przed­sta­wie­nie. Psu­ją pu­blicz­ność głu­pa­wy­mi przed­sta­wie­nia­mi, jego pu­blicz­ność! W porę wró­ci­łem, po­my­ślał, to ban­da bez­ta­len­ci, beze mnie do ni­cze­go nie doj­dą.

Ogo­lił się, dłu­go stro­ił miny do lu­stra, wy­mam­ro­tał kil­ka mo­no­lo­gów i do­szedł do wnio­sku, że na twa­rzy nie ma ani śla­du sta­ro­ści. Wciąż jest tym sa­mym Bo­gu­sław­skim. Wy­tasz­czył oku­ty bla­chą drew­nia­ny ku­fer, w któ­rym prze­cho­wy­wał rę­ko­pi­sy. Nig­dy się z nim nie roz­sta­wał, za­wsze go za­bie­rał ze sobą, raz tyl­ko zo­sta­wił, wła­śnie te­raz, gdy wy­je­chał do Lwo­wa. To była nie­po­waż­na uciecz­ka, po­my­ślał. Przy­po­mniał so­bie po ko­lei wszyst­kich zna­jo­mych dy­rek­to­rów te­atrów, któ­rzy splaj­to­wa­li; je­śli któ­ryś nie sie­dział w wię­zie­niu, prze­waż­nie mu­siał ukry­wać się przed wie­rzy­cie­la­mi. Zwiał z War­sza­wy Mont­brun, w któ­re­go tru­pie roz­po­czy­nał ka­rie­rę, uciekł Bi­ze­sti; Fo­ures, kie­ru­ją­cy tru­pą ak­to­rów fran­cu­skich, le­d­wo umknął przed wię­zie­niem - to ja ich zruj­no­wa­łem, po­my­ślał Bo­gu­sław­ski z za­do­wo­le­niem - na­wet Döb­be­lin zwi­nął swój na­miot i uciekł z po­wro­tem do Po­zna­nia...

Bo­gu­sław­ski li­czył, że przez te pół roku prze­szła już ak­to­rom złość, za­po­mnie­li, ile razy wstrzy­my­wał im gaże, a te­raz będą mu­sie­li ob­wi­niać za wszyst­kie do­tych­cza­so­we krzyw­dy no­we­go dy­rek­to­ra, Bogu du­cha win­ne­go Osiń­skie­go.

Ma­rian­na przy­nio­sła śnia­da­nie, Bo­gu­sław­ski po­chła­niał je ze sma­kiem, wy­py­tu­jąc o spra­wy te­atru. Ma­rian­na już od sze­ściu lat nie za­gra­ła na­wet epi­zo­du, mia­ła jed­nak dość do­kład­ne in­for­ma­cje. Wbrew za­ka­zom Bo­gu­sław­skie­go od­wie­dza­ła cza­sem cór­kę Ro­za­lię; nie­kie­dy spo­ty­ka­ła się z sio­strą Tru­sko­la­ską, któ­ra do po­cząt­ków je­dy­no­władz­twa Bo­gu­sław­skie­go kie­ro­wa­ła naj­sil­niej­szą tru­pą; Ma­rian­na była w do­brych sto­sun­kach z cór­ką Tru­sko­la­skiej, Le­dó­chow­ską, wiel­ką ak­tor­ką tra­gicz­ną; bar­dzo chęt­nie zno­sił jej też wie­ści Na­ce­wicz, lu­bią­cy wy­pić epi­zo­dy­sta, któ­re­go cór­ka Anie­la nie­daw­no uro­dzi­ła dru­gie­go wnu­ka Ma­rian­ny, Woj­cie­cha Mau­ry­ce­go.

Bo­gu­sław­ski przy­go­to­wał nie­wiel­kie kar­tecz­ki, za­pi­sał na nich na­zwi­ska ak­to­rów, a obok na­zwisk świe­żo za­an­ga­żo­wa­nych wpi­sał naj­po­trzeb­niej­szą in­for­ma­cję. Ma­rian­na nig­dy się nie my­li­ła w swo­ich oce­nach do­ty­czą­cych ta­len­tu i wad cha­rak­te­ru po­szcze­gól­nych ak­to­rów, rzad­ko się jed­nak orien­to­wa­ła, ja­kie siły za nimi sto­ją.

- Nie mam z cie­bie wie­le po­żyt­ku - wark­nął wresz­cie Bo­gu­sław­ski i za­czął się ba­wić kar­tecz­ka­mi jak ta­lią kart. Ma­rian­na w mil­cze­niu ob­ser­wo­wa­ła, jak przez dłuż­szą chwi­lę ukła­dał so­bie z nich pa­sjan­sa. In­try­ga za­wsze była istot­nym ele­men­tem stra­te­gii Bo­gu­sław­skie­go.

Skoń­czyw­szy ak­tor­skie­go pa­sjan­sa, Bo­gu­sław­ski za­czął wy­py­ty­wać o ogól­ne sa­mo­po­czu­cie ro­bot­ni­ków, kraw­ców, gar­de­ro­bia­nych, sto­la­rzy, go­li­bro­dów i mu­zy­ków. Ukła­da­nie pa­sjan­sa z in­for­ma­cja­mi na ich te­mat nie trwa­ło wie­le kró­cej. Ma­rian­na od­nio­sła wra­że­nie, że Bo­gu­sław­ski jest za­do­wo­lo­ny z wy­ni­ku.

- Gdzieś w tym mie­ście - po­wie­dział Mistrz z uśmie­chem - od sa­me­go rana gra się w po­dob­ny spo­sób moim na­zwi­skiem.

- Nie chcesz zo­ba­czyć Zosi? - spy­ta­ła Ma­rian­na.

- Co z nią? - rzu­cił Bo­gu­sław­ski i stra­cił hu­mor. Je­de­na­sto­let­nia cór­ka, z któ­rą nie moż­na było jesz­cze sen­sow­nie po­roz­ma­wiać, zde­cy­do­wa­nie go nu­dzi­ła. Zo­sia w ogó­le nie po­win­na się była uro­dzić. Była owo­cem prze­lot­nej przy­go­dy, Ma­rian­na wzię­ła ją do sie­bie i opie­ko­wa­ła się jak wła­sną cór­ką. Bo­gu­sław­ski nie trak­to­wał po­waż­nie mi­ło­sier­dzia, nie uwa­żał go za szcze­re.

- Cią­gle cho­ru­je - po­wie­dzia­ła Ma­rian­na. - Od­da­łam ją do Szpi­ta­la Świę­te­go Du­cha. Bo­gu­sław­ski burk­nął z nie­za­do­wo­le­niem. Ten szpi­tal zy­skał sła­wę naj­gor­sze­go w mie­ście, mor­do­wa­no w nim wię­cej cho­rych niż we wszyst­kich po­zo­sta­łych łącz­nie.

- Od­wie­dzę ją kie­dyś - wy­krztu­sił w koń­cu.

Ma­rian­na nie zro­bi­ła żad­nej uwa­gi na te­mat tego, że to w koń­cu nie ona jest mat­ką jego dziec­ka.

Bo­gu­sław­ski za­czął się ubie­rać.

- Pój­dę do Niem­ce­wi­cza - po­wie­dział.

- Wró­cisz na obiad?

Przy­tak­nął z roz­tar­gnie­niem.

Wziął do­roż­kę, pie­nią­dze otrzy­ma­ne od Soł­ty­ka mile łech­ta­ły go w kie­sze­ni płasz­cza. Była pięk­na sło­necz­na po­go­da, kie­dy ru­szył na Ur­sy­nów, do Niem­ce­wi­cza, do jego ma­jąt­ku nie­przy­po­mi­na­ją­ce­go na­wet w naj­mniej­szym stop­niu po­sia­dło­ści ziem­skiej, spra­wia­ją­ce­go ra­czej wra­że­nie za­pusz­czo­ne­go wy­sy­pi­ska śmie­ci, któ­re Niem­ce­wicz na­zy­wał rzecz ja­sna far­mą. Ku­pił ją krót­ko po po­wro­cie z emi­gra­cji w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Za­mie­rzał ją na­zwać Wa­szyng­ton, na cześć ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta, ale nie wy­ra­żo­no na to zgo­dy, na­ro­dził się więc Ur­sy­nów, od dru­gie­go imie­nia Niem­ce­wi­cza. Tyl­ko jed­na część far­my była do­pro­wa­dzo­na do po­rząd­ku - szam­bo, obok któ­re­go Niem­ce­wicz za­ło­żył ogród pe­łen rzeźb i ka­zał za­wie­sić ha­ma­ki; z dumą po­ka­zy­wał go go­ściom. "Tu­taj ja je­stem pa­nem", zwykł ma­wiać i piał, na­śla­du­jąc ko­gu­ta.

Niem­ce­wicz wy­le­gi­wał się na słoń­cu w ogro­dzie, jak­by w ocze­ki­wa­niu go­ścia.

- Sły­sza­łem - po­wie­dział przy­sa­dzi­sty, sze­ro­ko­li­cy siwy lew i spod krza­cza­stych brwi spoj­rzał iro­nicz­nie na Bo­gu­sław­skie­go - że już wczo­raj od­by­łeś po­ga­węd­kę z Soł­ty­kiem.

- Mała jest ta War­sza­wa - od­parł Bo­gu­sław­ski i opadł wy­god­nie na dru­gi fo­tel. To też był re­kwi­zyt, przez ćwierć wie­ku grał w gło­śnej ko­me­dii Niem­ce­wi­cza Po­wrót po­sła. Owo przed­sta­wie­nie było naj­więk­szym suk­ce­sem Bo­gu­sław­skie­go. Wte­dy łą­czy­ła ich jesz­cze wiel­ka przy­jaźń, byli mło­dzi, obaj re­wo­lu­cjo­ni­ści i obaj opty­mi­ści. Wte­dy ist­nia­ło też jesz­cze pań­stwo pol­skie. Fo­tel sprze­dał po­tem Bo­gu­sław­ski ta­nio Smu­gle­wi­czo­wi, ma­la­rzo­wi, od któ­re­go wy­cy­ga­nił go na­stęp­nie Niem­ce­wicz, kie­dy osta­tecz­nie wró­cił do kra­ju, by, jak mó­wił, "spoj­rzeć pro­sto w oczy sa­me­mu so­bie z daw­nych lat".

- Też mo­żesz szu­kać, tam gdzie war­to, sły­szysz - po­wie­dział Niem­ce­wicz. - Nie­wie­le ro­dów od­sta­wio­no cał­ko­wi­cie na ubo­cze, Soł­ty­ko­wie jed­nak byli jed­ny­mi z pierw­szych.

- Co mogę zro­bić, je­śli nie mam wy­so­ko po­sta­wio­nych pro­tek­to­rów?

- Na przy­kład ja je­stem - od­parł Niem­ce­wicz uprzej­mie.

- Aha - rzu­cił Mistrz. - Krót­ko mó­wiąc, pi­szesz ko­me­dię i nie chcesz, że­bym ci ją ze­psuł.

- Je­steś pe­wien, że wró­cisz na sce­nę? - za­in­te­re­so­wał się życz­li­wie Niem­ce­wicz.

- Chy­ba prze­czu­wam - cią­gnął nie­zmie­sza­ny Bo­gu­sław­ski - o czym bę­dzie two­ja ko­me­dia: o Soł­ty­kach, czyż nie? Od­sta­wio­no ich na bok, więc moż­na się te­raz z nich na­igra­wać. Kasz­te­lan liże dupę Czar­to­ry­skim, bo jak zwy­cię­ży Alek­san­der, mło­dy Czar­to­ry­ski bę­dzie miał szan­sę za­siąść na tro­nie; swe­go syna na wszel­ki wy­pa­dek uczy­ni ad­iu­tan­tem u boku Na­po­le­ona, bo w koń­cu i Fran­cu­zi mogą prze­cież zwy­cię­żyć...

- To nic strasz­ne­go. - Niem­ce­wicz mach­nął ręką. - Tak by­wa­ło w każ­dej lep­szej ro­dzi­nie.

- No cóż, to praw­da - przy­tak­nął Bo­gu­sław­ski. - Prze­cież twój wy­so­ki pro­tek­tor, sta­ry Czar­to­ry­ski, ba­wił się w to samo.

- Ale on jest moim pro­tek­to­rem - uśmiech­nął się szy­der­czo Niem­ce­wicz. - O nim nie mógł­bym pi­sać.

- Dla­te­go na­pisz o Soł­ty­kach - za­pro­po­no­wał Bo­gu­sław­ski.

- Ech - rzu­cił Niem­ce­wicz. - Sta­rusz­ku, o iluż ja rze­czach wiem! Po­kój to pięk­na rzecz, te­raz wy­cho­dzi na jaw, co się dzia­ło w mi­nio­nych la­tach za ku­li­sa­mi.

- To opo­wia­daj - za­chę­cił Bo­gu­sław­ski.

Niem­ce­wicz za­śmiał się.

- Ode mnie ni­cze­go nie wy­cią­gniesz - od­parł. - Sły­sza­łeś, że nasi szwo­le­że­ro­wie spo­tka­li pod Pa­ry­żem Ko­ściusz­kę?

- Co z nim?

- Nasi bo­ha­te­ro­wie na­ro­do­wi re­kwi­ro­wa­li wła­śnie sło­mę dla swych koni. To było dzień po ab­dy­ka­cji Na­po­le­ona. Ra­bu­ją więc nasi, ra­bu­ją, kie­dy na­gle w staj­ni po­ja­wia się ja­kiś zgrzy­bia­ły sta­ru­szek i wzy­wa po pol­sku na­szych dziel­nych zu­chów, by nie od­bie­ra­li mie­nia fran­cu­skim chło­pom, któ­rzy spo­ro już wy­cier­pie­li. Nasi bo­ha­ter­scy chłop­cy po­rząd­nie przy­ło­ży­li sta­re­mu, po czym spy­ta­li, skąd zna pol­ski. "Ja-ja-jes-tem Ko-Ko-Ko­ściusz­ko - wy­ją­kał po­bi­ty do krwi sta­rzec. - Wa-al-al­czy­łem o wo-wo-ol­ność!" Usły­szaw­szy to, dziel­ni ro­da­cy wzię­li sta­rusz­ka z za­krwa­wio­nym no­sem na ra­mio­na, po­nie­śli przez całą wieś, po­tem po­sta­wi­li na zie­mi i ode­szli, a sło­mę i tak za­bra­li. Opo­wia­dał to Van­der­no­ot, ofi­cer przy­bocz­ny Na­po­le­ona, obec­nie wiel­ce sza­no­wa­ny do­rad­ca na­szej taj­nej służ­by car­skiej, któ­ry był świad­kiem tego wy­da­rze­nia.

- Bied­ny Ko­ściusz­ko. Był kie­dyś two­im przy­ja­cie­lem.

- Czy­im to przy­ja­cie­lem ja nie by­łem! Nie­wie­lu pol­skich pi­sa­rzy mo­gło­by się po­szczy­cić taką ko­lek­cją skal­pów jak moja. Moim przy­ja­cie­lem był ksią­żę Po­nia­tow­ski, do­pó­ki się nie uto­pił, mo­imi przy­ja­ciół­mi byli Geo­r­ge Wa­shing­ton i pre­zy­dent Jef­fer­son, moim przy­ja­cie­lem był głów­ny straż­nik wię­zien­ny Twier­dzy Pie­tro­paw­łow­skiej, ty tak­że swe­go cza­su by­łeś moim przy­ja­cie­lem. Je­den przy­ja­ciel mi po­zo­stał, Mo­stow­ski, któ­re­mu w pe­ters­bur­skiej celi bez wy­tchnie­nia wy­stu­ki­wa­łem przez ścia­nę po­sia­da­ne in­for­ma­cje. Sta­re, do­bre cza­sy! Ech, Twier­dza Pie­tro­paw­łow­ska! Gdy­bym tak kie­dyś za­siadł do pi­sa­nia pa­mięt­ni­ków!

- To pisz.

- Wolę pi­sać tra­ge­die. Pana Osiń­skie­go, któ­ry jest two­im od­kry­ciem, a za­ra­zem zię­ciem, po­cią­ga­ją wznio­słe po­ema­ty. Tra­ge­die o ni­czym nie mó­wią, ale przy­najm­niej do­brze po­tra­fią wy­nu­dzić. Pisz tra­ge­die, jest na nie zbyt. Mo­żesz je wy­dać pod moim na­zwi­skiem, w uszach Osiń­skie­go two­je na­zwi­sko nie brzmi zbyt me­lo­dyj­nie. A pro­pos, ja­dłem śnia­da­nie u Mo­stow­skie­go, któ­ry spy­tał, co ma z tobą zro­bić.

- Co od­po­wie­dzia­łeś?

- A co ty byś od­po­wie­dział na moim miej­scu?

Bo­gu­sław­ski mil­czał.

- Wi­dzisz - rzekł Niem­ce­wicz. - Po­wie­dzia­łem mu do­kład­nie to samo. Mo­stow­ski pod­su­nął myśl, czy­by nie wy­słać cię na eme­ry­tu­rę.

- Przy­najm­niej roz­wią­za­ła­by się spra­wa sta­ro­ści pol­skich ak­to­rów - od­parł po­nu­ro Bo­gu­sław­ski. - Dzie­sięć lat temu, kie­dy po raz pierw­szy to za­pro­po­no­wa­łem, wy­śmia­no mnie. Mu­sie­li­śmy prze­grać naj­więk­szą woj­nę w na­szej hi­sto­rii, by wa­run­ki doj­rza­ły do za­ła­twie­nia eme­ry­tu­ry dla ak­to­rów.

- Jesz­cze nie dość prze­gra­li­śmy - po­wie­dział Niem­ce­wicz. - Krót­ko mó­wiąc, Mo­stow­ski wca­le cię nie wy­śle na eme­ry­tu­rę. Jak po­wie­dział, ta­niej bę­dzie, je­śli da so­bie z tobą spo­kój.

- Miły czło­wiek.

- Wręcz prze­mi­ły. Nie dla­te­go tak go chwa­lę, że jest moim przy­ja­cie­lem, ale że rów­nież w spra­wach fi­nan­so­wych jest przy­kła­dem re­ali­sty. Pisz ra­czej po­wie­ści. Lu­dzi nu­dzą już głu­po­ty de Gen­lis, Cot­ti­na czy De­lil­le'a, za to D'Ar­lin­co­urt cie­szy się ogrom­nym po­wo­dze­niem. Prę­dzej czy póź­niej i tak za­mkną te­atr.

- Tak? A kto to zro­bi?

- No do­brze, ja też po­sta­ram się coś uczy­nić w tej spra­wie - za­śmiał się ustę­pli­wie Niem­ce­wicz. - Ale że­bym nie za­po­mniał: sły­sza­łem, że wczo­raj wie­czo­rem za­bro­ni­łeś Soł­ty­ko­wi pro­sić mnie o wsta­wie­nie się za tobą. Czyż­byś mi już nie do­wie­rzał?

Bo­gu­sław­ski śmiał się gło­śno dłuż­szą chwi­lę.

- I to wła­śnie, mój kró­lu - od­po­wie­dział, kie­dy znów uda­ło mu się wziąć od­dech - tak uwiel­biam w War­sza­wie.

Niem­ce­wicz śmiał się ra­zem z nim, a po chwi­li z le­żą­cej pod krze­słem ogro­do­wym tor­by po­dróż­nej wy­jął dwa pli­ki rę­ko­pi­sów.

- Nadal je­stem gra­fo­ma­nem - po­wie­dział. - In­te­re­su­ją cię?

- Sztu­ki? - spy­tał Bo­gu­sław­ski, krzy­wiąc się.

- Ależ skąd, to po­waż­ne rze­czy - za­pro­te­sto­wał Niem­ce­wicz. - Po­patrz tyl­ko, to nowa kon­sty­tu­cja wol­no­mu­lar­stwa, wy­ry­ję ją w ka­mie­niu.

Bo­gu­sław­ski wziął je­den plik, nie­źle waży, stwier­dził i prze­rzu­cił kil­ka kar­tek.

- Cała rzecz w tym - po­wie­dział Niem­ce­wicz - że za­mie­rzam do­brać się do do­gma­tycz­nych przy­wód­ców, by bro­nić sym­bo­licz­nych lóż. Toż to w koń­cu ka­ry­god­ne, że od lat już nie za­pra­sza się człon­ków Wiel­kie­go Wscho­du na ze­bra­nia Ka­pi­tu­ły Naj­wyż­szej.

Bo­gu­sław­ski uniósł brwi.

- Loże są zu­peł­nie po­zba­wio­ne kie­row­nic­twa - cią­gnął Niem­ce­wicz. - Wy­naj­du­ją so­bie róż­ne dziw­ne ry­tu­ały, roz­pa­dła się nam cała ma­so­ne­ria.

- I wie­rzysz, że w in­te­re­sie Ro­sjan leży...?

- Nie wie­rzę - od­parł Niem­ce­wicz.

- Wie­rzysz, że moż­na wskrze­sić?...

- Nie moż­na.

- Po co się w ta­kim ra­zie tyle mor­do­wa­łeś nad tymi bzdu­ra­mi? - spy­tał Bo­gu­sław­ski, wska­zu­jąc na prze­kre­ślo­ne i po­pra­wio­ne zda­nia.

- Może uda się jesz­cze wzmoc­nić po­zy­cję Wiel­kie­go Mi­strza.

- No, chy­ba że tak - po­wie­dział Bo­gu­sław­ski. - Cze­mu od tego nie za­czą­łeś? Po­wiedz, że Kost­ka Po­toc­ki do­brze pła­ci.

- To tyl­ko suk­ces mo­ral­ny - od­parł Niem­ce­wicz. - Wiesz, ile do­sta­je No­wo­sil­cow za to, że sie­dzi nam tu­taj na kar­ku? Sto ty­się­cy rocz­nie. Pod­czas gdy na wszyst­kie szpi­ta­le mo­że­my prze­zna­czyć za­le­d­wie dzie­więć­set ty­się­cy.

Bo­gu­sław­ski cmo­kał bez prze­ko­na­nia, kart­ku­jąc rę­ko­pis.

- A to co ta­kie­go? Wiel­ki Mistrz ma mieć za­stęp­cę?

- Mu­sia­łem to wpro­wa­dzić - tłu­ma­czył się Niem­ce­wicz. - Roż­niec­kie­mu trze­ba dać ja­kąś wy­so­ką po­zy­cję.

- Krót­ko mó­wiąc, taj­na służ­ba też jest uwzględ­nio­na w wa­szej kon­sty­tu­cji.

- A co, wśród nas i tak jest peł­no szpic­li. Bez kom­pro­mi­su nic się nie da zro­bić. Zresz­tą to wszyst­ko nie mia­ło­by sen­su, gdy­bym nie mógł się po­krę­cić tam, gdzie za­pa­da­ją de­cy­zje. Odłóż to, po­patrz ra­czej tu­taj. - Po­dał Bo­gu­sław­skie­mu inny rę­ko­pis. - Moje pa­mięt­ni­ki - oznaj­mił do­bit­nie.

Bo­gu­sław­ski za­czął kart­ko­wać nowy rę­ko­pis.

- Może kie­dyś przy­da­dzą się ko­muś - po­wie­dział Niem­ce­wicz. - Po­dej­rze­wam, że dość dużo wie­my. Je­śli nikt tego nie opi­sze, wszyst­ko prze­mi­nie bez śla­du.

- Pa­mięt­ni­ki mają sens tyl­ko wte­dy - od­parł Bo­gu­sław­ski - kie­dy jest w nich wszyst­ko.

Niem­ce­wicz za­śmiał się.

- W tych nie ma wszyst­kie­go, tu są tyl­ko nie­szko­dli­we kwę­ka­nia. Ale rów­no­le­gle pi­szę jesz­cze inne, te będą praw­dzi­we.

- Po­każ mi.

- Nie mam ich u sie­bie - po­wie­dział Niem­ce­wicz. - Są scho­wa­ne. Po co mają je zna­leźć przy ja­kiejś przy­pad­ko­wej re­wi­zji. Kie­dy mam go­to­wą jed­ną, dwie stro­ny, za­no­szę je do ko­goś. Pro­wa­dzę też dzien­nik. Jego tak­że u mnie nie znaj­dą. Trzy­mam tyl­ko to. W tym ni­cze­go nie ma. Ale i tak był­bym obu­rzo­ny, gdy­by mi prze­szko­dzo­no w ich wy­da­niu.

Niem­ce­wicz z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem de­lek­to­wał się wła­sną prze­bie­gło­ścią.

- Nie bę­dziesz miał w naj­bliż­szym cza­sie re­wi­zji, mój kró­lu - po­wie­dział Bo­gu­sław­ski, re­zy­gnu­jąc z dal­szej na­mo­wy.

- Tak my­ślisz? Uspo­ko­ił­by mnie twój opty­mizm, gdy­by nie­ca­łe dwa ty­go­dnie temu No­wo­sil­cow nie spa­lił pu­blicz­nie mo­jej pa­ro­dii sprzed dwu­dzie­stu lat.

- Któ­rej? Tej an­ty­ro­syj­skiej?

- Wła­śnie tej, sta­rusz­ku, cho­ciaż już od­sie­dzia­łem za nią dwa lata. Na­tknę­li się na nią u ja­kie­goś nie­szczę­sne­go rzeź­ni­ka i przy­mknę­li go. A ja, au­tor, łażę so­bie na wol­no­ści, ty­tu­łu­ją mnie se­na­to­rem, a każ­dej zimy prze­no­szę się do pa­ła­cu Po­toc­kich, gdzie w dru­gim skrzy­dle za­miesz­kał No­wo­sil­cow. Kie­dy się spo­ty­ka­my, wy­mie­nia­my uprzej­mo­ści. Może na­dejść jesz­cze taka chwi­la, że nie każe spa­lić mo­ich ulo­tek, tyl­ko wy­ko­rzy­sta je jako akt oskar­że­nia prze­ciw­ko mnie.

- Mój ty Boże - po­wie­dział Bo­gu­sław­ski.

- Ten idio­ta Sta­szic - cią­gnął z go­ry­czą Niem­ce­wicz - ma cho­ler­nie dużo szczę­ścia. Dwa­dzie­ścia lat temu w Ostat­nim ostrze­że­niu agi­to­wał za Ro­sja­na­mi i te­raz gło­śno czy pół­gęb­kiem może się na to po­wo­łać. Ale ja?!

- Ta­kiś bied­ny, mój kró­lu, że mi chy­ba ser­ce pęk­nie - od­parł Bo­gu­sław­ski.

W domu Ma­rian­na cze­ka­ła już z pie­czo­ną gę­sią. Bo­gu­sław­ski za­ja­dał z ape­ty­tem. Po po­łu­dniu ktoś za­pu­kał do drzwi. Stał w nich nie­chluj­nie wy­glą­da­ją­cy osob­nik, mó­wią­cy, że szu­ka Mi­strza.

Mistrz wy­sy­sał wła­śnie kość.

- Je­stem Cie­ślak - po­wie­dział przy­bysz, któ­ry wdarł się do środ­ka i sta­nął przed Bo­gu­sław­skim. - Są­dząc z na­zwi­ska, po­wi­nie­nem być cie­ślą, ale przez po­mył­kę wy­uczy­łem się kra­wiec­twa.

- Cie­szę się - od­rzekł Bo­gu­sław­ski.

- Przy­sła­no mnie z te­atru - po­wie­dział Cie­ślak.

Bo­gu­sław­ski wy­szu­kał wśród kar­te­czek tę z na­zwi­skiem Cie­śla­ka.

- Pro­szę mó­wić, mój kró­lu.

- Mi­strzu - rzekł Cie­ślak ze wzru­sze­niem w gło­sie - dziś przed po­łu­dniem ze­bra­li się wszy­scy ak­to­rzy i roz­pra­wia­li o panu. Pro­szą, by wró­cił pan do te­atru i za­jął na­leż­ne so­bie miej­sce. Wy­sła­no mnie, abym po­wia­do­mił Mi­strza o pa­nu­ją­cej po­wszech­nie opi­nii.

- To bar­dzo ład­nie, mój kró­lu. Kto był obec­ny na tym ze­bra­niu?

Cie­ślak wy­mie­nił na­zwi­ska. Bo­gu­sław­ski prze­kła­dał le­żą­ce przed nim kar­tecz­ki.

- Do­brze, mój kró­lu - od­parł po chwi­li. - Ale wła­ści­wie cze­go oni chcą? Bez umo­wy nie mogę wró­cić.

Cie­ślak mil­czał bez­rad­nie.

- Po­wiedz im, że mu­szą wy­wal­czyć dla mnie umo­wę. I jesz­cze jed­no. Kie­dy będą zwo­ły­wać ko­lej­ne szum­ne ze­bra­nie, niech za­pro­szą mnie na pi­śmie.

O czwar­tej nad ra­nem od­wie­dził Dmu­szew­skie­go. Kon­stan­cja jesz­cze spa­ła. O tej po­rze Dmu­szew­ski zwykł był pra­co­wać. Bo­gu­sław­ski przy­wi­tał się z za­sko­czo­nym Dmu­szew­skim jak z ro­dzo­nym bra­tem, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie przy­był do nie­go w spra­wie te­atru, lecz chce z nim po­roz­ma­wiać jako wol­no­mu­larz. Sły­sząc to, Dmu­szew­ski po­dał mu rękę w wol­no­mu­lar­skim ge­ście po­wi­ta­nia i bez sło­wa po­pro­wa­dził do jed­ne­go z po­koi, gdzie pół­ki ugi­na­ły się pod cię­ża­rem prze­tłu­ma­czo­nych już i cze­ka­ją­cych jesz­cze na prze­kład dra­ma­tów. Dmu­szew­skie­mu było obo­jęt­ne, co tłu­ma­czy i co gra, pod tym wzglę­dem uwa­żał się za ucznia Bo­gu­sław­skie­go.

Bo­gu­sław­ski pro­sił go o po­moc w uzy­ska­niu stop­nia mi­strza.

Dmu­szew­ski zmie­szał się, za­czął gła­dzić dłu­gie, siwe wło­sy. Miał wy­rzu­ty su­mie­nia - swe­go cza­su Bo­gu­sław­ski, bę­dą­cy już od daw­na wol­no­mu­la­rzem, re­ko­men­do­wał go, póź­niej Dmu­szew­ski, dzię­ki po­par­ciu Osiń­skie­go, awan­so­wał z ter­mi­na­to­ra na ucznia, z ucznia na mi­strza, na­to­miast Bo­gu­sław­ski utknął na stop­niu ucznia. Dmu­szew­ski naj­chęt­niej by mu te­raz oświad­czył, że syna Mi­strza, Sta­ni­sła­wa, ko­cha jak wła­sne dziec­ko, a tak­że, że je­dy­nym jego pra­gnie­niem jest zo­ba­czyć Mi­strza z po­wro­tem w te­atrze, ale nie wie­dział, jak za­cząć.

- Uczy­nię wszyst­ko - szep­nął roz­pacz­li­wie, po czym nie­co cha­otycz­nie za­czął opo­wia­dać, iż ruch wol­no­mu­lar­ski cze­ka te­raz wiel­ki roz­kwit, al­bo­wiem wspie­ra go za­rów­no Wiel­ki Ksią­żę, jak i ge­ne­rał Roż­niec­ki. Mó­wił o pra­cy lóż Świa­tło Wscho­du oraz Świą­ty­nia Izis, za­po­wia­da­jąc jed­no­cze­śnie, że bra­cia dążą do utwo­rze­nia jed­no­li­tej Pol­skiej Loży Na­ro­do­wej. Do owych dą­żeń na­wet sam car pod­cho­dzi z peł­nym zro­zu­mie­niem.

Kie­dy Dmu­szew­ski do­stał za­dysz­ki, Bo­gu­sław­ski nie­ocze­ki­wa­nie za­czął ro­nić łzy i drżą­cym gło­sem po­dzię­ko­wał mu, iż wziął udział w tym tak już gło­śnym ze­bra­niu, któ­re, we­dle wie­ści przy­nie­sio­nych przez Cie­śla­ka, ob­da­rzy­ło go, mar­no­traw­ne­go syna, życz­li­wo­ścią ak­to­rów.

W oczach Dmu­szew­skie­go tak­że po­ja­wi­ły się łzy i po­wie­dział, że jak tyl­ko mały Sta­sio wsta­nie, da mu za­raz prztycz­ka w łe­pe­ty­nę. Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, uro­czy­ście za­pro­sił Bo­gu­sław­skie­go, aby za pół roku, pod­czas świąt wiel­ka­noc­nych, ko­niecz­nie przy­był na ucztę do go­spo­dy Po­tok, na któ­rą już te­raz gro­ma­dzi pie­nią­dze.

Bo­gu­sław­ski wcze­śniej się przy­go­to­wał i te­raz wy­grze­bał ile miał pię­cio­gro­szó­wek. Dmu­szew­ski zna­ny był z tego, że od wszyst­kich, czy kto chciał, czy nie chciał, do­pra­szał się na­tręt­nie pię­cio­gro­szó­wek, by na­stęp­nie roz­da­wać je że­bra­kom.

Ta uprzej­mość roz­czu­li­ła Dmu­szew­skie­go; oświad­czył, że co­kol­wiek by się sta­ło, za­wsze po­zo­sta­nie wier­ny Mi­strzo­wi, któ­re­mu tyle, a wła­ści­wie to w ogó­le wszyst­ko na tym bo­żym świe­cie, za­wdzię­cza.

- Kto grał mał­pę w tym kre­tyń­stwie? - spy­tał Bo­gu­sław­ski, gdy Dmu­szew­ski do­szedł już nie­co do sie­bie.

- Krat­zer - od­parł Dmu­szew­ski. - Dwa mie­sią­ce temu przy­je­chał tu z Kra­ko­wa.

- Ko­re­pe­ty­tor mu­zy­ki? - upew­nił się za­sko­czo­ny Bo­gu­sław­ski.

Dmu­szew­ski przy­tak­nął.

- Osiń­ski go za­an­ga­żo­wał, ale po­tem się zo­rien­to­wał, że Krat­zer nie ma słu­chu. To pe­cho­wiec, kie­dyś ku­pił w Kra­ko­wie te­atr i w dwa ty­go­dnie zban­kru­to­wał.

- I jak tu być dy­rek­to­rem te­atru! - rzu­cił Bo­gu­sław­ski.

Dmu­szew­ski cho­dził ner­wo­wo po po­ko­ju.

- Nie chce pan zo­ba­czyć Kon­stan­cji? - spy­tał na­gle. - Jest taka miła, kie­dy śpi.

Bo­gu­sław­ski od­mó­wił ge­stem.

- Już ją oglą­da­łem - po­wie­dział.

- Ku­pi­łem te­atral­ną knaj­pę - od­parł na to Dmu­szew­ski - i po­da­ro­wa­łem go panu Baut­zo­wi. To in­wa­li­da wo­jen­ny, za­słu­żył na to.

Bo­gu­sław­ski uznał ten gest za pięk­ny i wiel­ce szla­chet­ny.

Po odej­ściu Bo­gu­sław­skie­go Dmu­szew­ski dłu­go jesz­cze bie­gał wzbu­rzo­ny po po­ko­ju, po czym, jak to za­wsze ro­bił w kry­tycz­nych chwi­lach, bły­ska­wicz­nie za­brał się do tłu­ma­cze­nia ja­kiejś fran­cu­skiej far­sy. Było to sie­dem­dzie­sią­te czy osiem­dzie­sią­te już tłu­ma­cze­nie, któ­rym mógł się po­chwa­lić, bądź prze­rób­ka; wszyst­kie, od pierw­sze­go do ostat­nie­go, za­wdzię­cza­ły swe ist­nie­nie du­cho­wym kry­zy­som tłu­ma­cza.

Bo­gu­sław­ski pró­bo­wał na­wią­zać ja­kiś kon­takt z Jó­ze­fem Kra­siń­skim, lecz ten prze­by­wał w Wied­niu, a do Lu­dwi­ka Pla­te­ra, dru­gie­go co do ran­gi ma­so­na, nie mógł się do­stać. Na młod­sze­go bra­ta Lu­dwi­ka, Sta­ni­sła­wa Pla­te­ra, na­tknął się nie­ocze­ki­wa­nie na dzie­dziń­cu pa­ła­cu. Sta­ni­sław życz­li­wie wy­py­ty­wał go o sa­mo­po­czu­cie, Bo­gu­sław­ski zaś od razu po­wie­rzył mu prze­kład jed­nej ze sztuk Kot­ze­bu­ego.

- Jest w niej wspa­nia­ła rola ojca - uza­sad­nił swój wy­bór.

Pla­ter się zgo­dził. Mistrz był zdzi­wio­ny, że Sta­ni­sła­wa wca­le nie in­te­re­su­je, ja­kim pra­wem zle­ca mu pra­cę ktoś, kto nie jest ani dy­rek­to­rem, ani na­wet człon­kiem te­atru, i w koń­cu do­szedł do wnio­sku, że Pla­ter nie ma zie­lo­ne­go po­ję­cia o sy­tu­acji w te­atrze, być może nie wie na­wet, iż od pół roku dy­rek­to­rem jest Osiń­ski.

Bo­gu­sław­ski się uspo­ko­ił. Wy­ni­ka z tego, że są tacy, w któ­rych świa­do­mo­ści na za­wsze po­zo­stał dy­rek­to­rem Te­atru Na­ro­do­we­go.

Po chwi­li za­wrzał w nim gniew. W koń­cu wszy­scy po­win­ni wie­dzieć, że cią­gle się go nie­spra­wie­dli­wie po­mi­ja.

- Na­pi­sa­łem list do Kost­ki Po­toc­kie­go - po­wie­dział wie­czo­rem Ma­rian­nie.

Ma­rian­na mil­cza­ła; mi­ni­ster oświe­ce­nia nie lu­bił zbyt­nio Mi­strza.

- Nie pi­sa­łem w swo­im imie­niu - za­śmiał się drwią­co Bo­gu­sław­ski. - Pew­ne taj­ne sto­wa­rzy­sze­nie do­ma­ga się, bym po­wró­cił na sce­nę.

- Tego to chy­ba nie mu­sia­łeś...

- Z pew­no­ścią po­ja­wią się taj­ne sto­wa­rzy­sze­nia - rzu­cił Mistrz. - Po­ja­wią się? Już są. Zresz­tą Mo­stow­ski tak­że otrzy­mał po­dob­ne li­sty. Jesz­cze we Lwo­wie i w Kra­ko­wie pi­sa­łem do nie­go, w imie­niu swo­ich wiel­bi­cie­li, że pan mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych po­wi­nien od cza­su do cza­su ła­ska­wie wy­ra­zić zgo­dę na to, by rów­nież na odłą­czo­nych te­re­nach lu­dzie mo­gli za­chwy­cać się moją sztu­ką.

Za­no­sił się śmie­chem. Nie przy­znał się już do tego, iż pi­sał tak­że do gu­ber­na­to­ra car­skie­go Łan­sko­ja i do Wiel­kie­go Księ­cia; pierw­sze­mu za­pro­po­no­wał, że chęt­nie za­gra mu Fon­wi­zi­na po ro­syj­sku, na­to­miast uwa­dze dru­gie­go z na­leż­ną mu czcią i sza­cun­kiem po­le­cał swo­ją nie­zrów­na­ną umie­jęt­ność gry na obo­ju. Do Kost­ki Po­toc­kie­go na­pi­sał rów­nież we wła­snym imie­niu, że chciał­by pro­wa­dzić na uni­wer­sy­te­cie za­ję­cia z hi­sto­rii dra­ma­tu, rzecz ja­sna dar­mo, wy­łącz­nie z po­bu­dek pa­trio­tycz­nych.

I za­czął się zja­wiać wszę­dzie, gdzie mógł.

W bu­dyn­ku pi­ja­rów na Mio­do­wej wiel­ką owa­cję zgo­to­wa­ła mu mło­dzież ze Szko­ły Dra­ma­tycz­nej. Ode­grał przed nimi rolę Wiel­kie­go Bo­gu­sław­skie­go, użył kil­ku nie­przy­zwo­itych słów, do­pra­wił iro­nią, a na do­da­tek po­zwo­lił so­bie na alu­zję do per­ka­te­go nosa Wiel­kie­go Księ­cia. Umó­wił się na od­dziel­ne rand­ki z dwie­ma pięt­na­sto­lat­ka­mi; szyb­ki suk­ces uszczę­śli­wił go, cały dzień roz­pie­ra­ła go duma i mę­skość, dow­cip­ko­wał na­wet z Ma­rian­ną, któ­ra nie mo­gła zro­zu­mieć, co się Mi­strzo­wi sta­ło. Na rand­ki oczy­wi­ście nie po­szedł.

Na­to­miast w czwar­tek udał się do bi­sku­pa Wo­ro­ni­cza. Zja­wił się u nie­go przed po­łu­dniem i ze wzru­sze­niem w gło­sie za­py­tał, czy bi­skup nie mógł­by oso­bi­ście od­pra­wić mo­dli­twy za zdro­wie jego cór­ki Zosi. To spra­wi­ło, że z ko­lei wzru­szył się Wo­ro­nicz, obie­cał speł­nić proś­bę, po czym za­czął go do­kład­nie wy­py­ty­wać o prze­ży­cia ze Lwo­wa i dal­sze pla­ny. Roz­mo­wa, jak to so­bie Bo­gu­sław­ski za­pla­no­wał, prze­cią­gnę­ła się, tak że bi­skup za­trzy­mał go rów­nież na obiad. A po­nie­waż wła­śnie we czwart­ki zwykł był wy­da­wać swe obia­dy li­te­rac­kie - o tej sa­mej po­rze, co ge­ne­rał Win­cen­ty Kra­siń­ski, do któ­re­go jed­nak Mistrz nie mógł­by przyjść bez za­po­wie­dzi - wie­lu wspa­nia­łych mę­żów mia­ło oka­zję uj­rzeć z bli­ska eks­dy­rek­to­ra po po­wro­cie z wo­ja­ży. To­wa­rzy­stwo było mie­sza­ne: Węc­ki, wy­daw­ca, Lesz­now­ski - re­dak­tor na­czel­ny "Ga­ze­ty", Lin­de, dy­rek­tor li­ceum, był tam rów­nież rad­ca sta­nu Sie­ra­kow­ski oraz ad­iu­tant Mak­sy­mi­lian Fre­dro z żoną Ro­sjan­ką. Bo­gu­sław­ski re­cy­to­wał wier­sze Za­błoc­kie­go (Wo­ro­nicz prze­pa­dał za tym au­to­rem: był to je­dy­ny wy­bit­niej­szy pi­sarz pol­ski, któ­ry wstą­pił do klasz­to­ru), po czym za­pa­trzyw­szy się po­sęp­nie w dal, z go­ry­czą oznaj­mił ze­bra­nym, że je­śli nie zo­sta­nie do­pusz­czo­ny na sce­nę, bez wąt­pie­nia rzu­ci się ca­ro­wi Alek­san­dro­wi do stóp, gdy ten wresz­cie przy­bę­dzie do War­sza­wy. Wo­ro­nicz za­pew­nił go, że w tej spra­wie nie musi się jesz­cze zwra­cać do cara.

- No - po­wie­dział w domu Mistrz Ma­rian­nie - do­pro­wa­dzi­łem do tego, że Lin­de za­pro­sił mnie do sie­bie na wie­czór.

- Pój­dziesz? - zdzi­wi­ła się Ma­rian­na.

- Ani my­ślę.

Już samo przy­pusz­cze­nie uznał za ob­raź­li­we.

- Że­nu­ją­ce typy - po­wie­dział. - Choć­by ten Lesz­now­ski!... Kiwa gło­wą i się szcze­rzy. Szcze­rzy zęby i kiwa gło­wą. Oto cały re­per­tu­ar.

Rów­nież o in­nych nie wy­ra­żał się le­piej.

- Nu­dzą się śmier­tel­nie - pod­su­mo­wał. - Był naj­wyż­szy czas wra­cać do domu. Już ja ich wy­rwę z tej nudy.

Nadal nikt z te­atru go nie po­szu­ki­wał, za­czy­nał się nie­po­ko­ić, prze­mie­rzał uli­ce, prze­sia­dy­wał go­dzi­na­mi w ka­wiar­niach, po­zwa­lał się roz­po­znać, ga­wę­dził so­bie z wiel­bi­cie­la­mi, pe­łen do­sto­jeń­stwa i nie­przy­stęp­ny, i roz­pra­wiał o swo­ich przy­szłych ro­lach.

Do te­atru nie po­szedł. Trze­ba po­cze­kać, aż Osiń­ski za­cznie go bła­gać, by wró­cił, wte­dy on oka­że swo­ją ła­skę.

Nie­ba­wem zło­żył mu wi­zy­tę Wę­grzec­ki, pre­zy­dent.

- Uczy­nię, co mogę - po­wie­dział na przy­wi­ta­nie i usiadł.

Był wy­so­kim, szczu­płym męż­czy­zną o mi­zer­nej twa­rzy po­ora­nej zmarszcz­ka­mi. Choć kil­ka lat młod­szy od Bo­gu­sław­skie­go, wy­glą­dał jak jego rów­no­la­tek.

- Co we Lwo­wie? - za­py­tał.

- Bez­na­dziej­ne mia­sto - od­parł Bo­gu­sław­ski.

Wę­grzec­ki po­ki­wał gło­wą.

- War­sza­wa jest jesz­cze gor­sza niż Lwów, mój kró­lu - po­wie­dział z de­ter­mi­na­cją. - To już ko­niec. Po­mył­ką było nie tyl­ko to, w co kie­dyś wie­rzy­li­śmy, ale też to, w co kie­dyś bę­dzie­my wie­rzyć.

- A je­śli tak?

- Przy­da­ła­by się raz ja­kaś grun­tow­na re­wo­lu­cja - cią­gnął Wę­grzec­ki. - Gdy­by i ona upa­dła, jak fran­cu­ska, z po­wo­du ja­kie­goś no­we­go Na­po­le­ona, to wte­dy zgo­da. Wów­czas za­czę­li­by­śmy się za­sta­na­wiać.

- U nas też upa­dła w dzie­więć­dzie­sią­tym czwar­tym - po­wie­dział Bo­gu­sław­ski.

- Ale nie do­sta­tecz­nie - osą­dził ten fakt Wę­grzec­ki. - Zdła­wio­no ją z ze­wnątrz. Gdy­by prze­gni­ła wy­łącz­nie od we­wnątrz, bez żad­nej ze­wnętrz­nej po­mo­cy, był­bym te­raz spo­koj­ny. Ale zdła­wio­no ją i wo­bec tego, jak znam sie­bie, nadal po­zo­sta­nę ja­ko­bi­nem. Nie­zbyt to wdzięcz­na rola.

Bo­gu­sław­ski mil­czał.

- Je­ste­śmy w cał­ko­wi­tej de­fen­sy­wie - kon­ty­nu­ował Wę­grzec­ki. - Je­śli Arak­cze­je­wo­wi wpad­nie do gło­wy i u nas za­ło­żyć ko­lo­nię woj­sko­wą, jak to się sta­ło w No­wo­gród­ku, na­sze sza­cow­ne sta­ny jak psy ra­do­śnie za­mer­da­ją ogo­na­mi, a na­sze dzie­ci i ko­bie­ty wcie­li się do re­gu­lar­nej ar­mii. Alek­san­der po­wie­dział, że w Ro­sji musi być tylu żoł­nie­rzy, ilu jest w Pru­sach i Au­strii łącz­nie. Wy­obraź so­bie, co by po­wie­dział, gdy­by te pań­stwa nie były jej sprzy­mie­rzeń­ca­mi!

- Two­im zda­niem, mój kró­lu, bę­dzie woj­na?

- Bę­dzie. Wszy­scy się zbro­ją. Mo­że­my li­czyć tyl­ko na to, że je­śli, po­wiedz­my, Met­ter­nich wy­po­wie woj­nę Alek­san­dro­wi, Ro­sja­nie do­wie­dzą się o tym po pięt­na­stu, dwu­dzie­stu la­tach.

Bo­gu­sław­ski ro­ze­śmiał się.

- To nie dow­cip - po­wie­dział Wę­grzec­ki. - Czy­ta­łem pe­wien po­uf­ny ra­port, opra­co­wa­ny przez Ka­po­di­stria­sa, tyle trwa prze­cho­dze­nie de­kre­tów car­skich przez ko­lej­ne urzę­dy.

- Nie­źle - od­parł Bo­gu­sław­ski z uzna­niem.

- W ze­szłym roku je­sie­nią na oso­bi­ste po­le­ce­nie Go­li­cy­na na uni­wer­sy­te­cie w Ka­za­niu uro­czy­ście za­ko­pa­no w po­świę­co­nej zie­mi pre­pa­ra­ty ana­to­micz­ne... Wiesz, ile idzie w tym roku na ich ar­mię? Sto dwa­dzie­ścia mi­lio­nów ru­bli. Na flo­tę dal­sze pięt­na­ście. Na po­li­cję osiem. Na kul­tu­rę dwa mi­lio­ny. Dwa mi­lio­ny. A w tym są prze­cież i szpi­ta­le.

- Mój Boże - od­parł Bo­gu­sław­ski. - Tak za­wsze było.

Po­now­nie za­mil­kli.

- Dzierż­kow­ski jesz­cze żyje? - spy­tał Wę­grzec­ki.

- Jest co­raz grub­szy - od­rzekł Bo­gu­sław­ski. - Prze­sy­ła po­zdro­wie­nia.

- Co po­ra­bia?

- Zbie­ra książ­ki, jak zwy­kle.

- Kie­dyś mu je ukrad­ną - stwier­dził Wę­grzec­ki.

- Niech do tego cza­su zbie­ra. Wi­dzia­łem u nie­go pi­sma ulot­ne, pięk­nie opra­wio­ne.

Wę­grzec­ki wzru­szył ra­mio­na­mi. Pięć lat temu wy­dał wła­snym sump­tem bro­szur­kę, w któ­rej przed­sta­wiał swo­je sta­no­wi­sko w kwe­stii za­kła­da­nia ko­mun, to­le­ran­cji oraz rów­no­ści spo­łecz­nej, zro­bi­ło się wo­kół nie­go go­rą­co, ale wkrót­ce wy­da­rzy­ły się jesz­cze waż­niej­sze spra­wy, na przy­kład woj­na, i Wę­grzec­kie­mu ja­koś się upie­kło.

- Jed­nym sło­wem, nie po­wi­nie­nem je­chać do Lwo­wa - wes­tchnął Wę­grzec­ki - ale wo­bec tego nie mam już zu­peł­nie do­kąd je­chać.

Na­stęp­ne­go dnia znów ktoś za­pu­kał. W drzwiach stał ja­sno­wło­sy mło­dzie­niec o du­żych oczach i dziew­czę­cej twa­rzy, któ­ra spło­nę­ła ru­mień­cem.

- Na­zy­wam się An­to­ni Fi­szer - po­wie­dział.

Bo­gu­sław­ski przy­glą­dał mu się spod przy­mru­żo­nych po­wiek i przy­po­mniał so­bie, że to na­zwi­sko znaj­du­je się wśród kar­te­czek za­wie­ra­ją­cych cha­rak­te­ry­sty­ki mu­zy­ków. Tym­pa­ni­sta, po­my­ślał.

- Czy przy­pad­kiem nie łą­czy coś pana z ge­ne­ra­łem Fi­sze­rem? - spy­tał. - Wiesz, mój kró­lu, tym któ­ry po­legł pod Mo­skwą je­sie­nią dwu­na­ste­go roku.

- Był moim sty­jem - po­wie­dział mło­dzie­niec wsty­dli­wie. - Ale nig­dy go nie wi­dzia­łem.

Bo­gu­sław­ski za­pro­sił go do środ­ka.

- Cze­go pan szu­ka w or­kie­strze? - spy­tał.

Fi­szer ści­skał w ręku gru­by rę­ko­pis.

- Jest pan bar­dzo nie­śmia­ły - rzu­cił Bo­gu­sław­ski. - Te­atr nie jest do­brym miej­scem dla pana.

- Wiem - od­po­wie­dział Fi­szer ze smut­kiem. - Mat­ka chcia­ła mnie wi­dzieć praw­ni­kiem. Mam na­wet za sobą dwa se­me­stry.

Za­milkł, po czym, ją­ka­jąc się, wy­rzu­cił z sie­bie:

- Przy­nio­słem dra­mat.

Bo­gu­sław­ski uśmiech­nął się.

- Pro­szę po­ło­żyć na sto­le. Je­śli się nie mylę, to tra­ge­dia.

- A skąd pan wie?

- No, nie ma się co wsty­dzić, to mi­nie. Ale wie pan, że nie mam te­raz w te­atrze nic do po­wie­dze­nia?

Fi­szer ski­nął gło­wą, a Bo­gu­sław­skie­go ogar­nę­ło dziw­ne wzru­sze­nie.

- Przy­po­mi­na mi pan Za­błoc­kie­go - po­wie­dział. - On też miał ta­kie dur­ne, wiel­kie oczy.

- O ile wiem - od­parł chło­pak - Mistrz nie zno­sił Za­błoc­kie­go.

- Oczy­wi­ście, że go nie zno­si­łem, król da­rzył go swo­imi ła­ska­mi. Nie twier­dzę, że nie miał ta­len­tu, po­mi­nąw­szy tę drob­nost­kę, że się si­lił na tra­ge­die. Od kie­dy prze­stał pi­sać, na­praw­dę go lu­bię. Raz go na­wet od­wie­dzi­łem w klasz­to­rze. Pan też skoń­czy w ha­bi­cie.

Fi­szer sie­dział na krze­śle jak spa­ra­li­żo­wa­ny.

- Sło­wem, bywa pan rów­nież na uni­wer­sy­te­cie - za­my­ślił się Bo­gu­sław­ski. - Ma pan przy­ja­ciół wśród stu­den­tów?

Fi­szer ski­nął gło­wą.

- Na­stęp­nym ra­zem pro­szę mi o nich opo­wie­dzieć, do­brze? - po­pro­sił Bo­gu­sław­ski i utkwił wzrok w ja­kimś punk­cie po­nad gło­wą chłop­ca. - W cią­gu naj­bliż­szych dni prze­czy­tam sztu­kę.

Fi­szer wy­co­fał się ty­łem z po­ko­ju, Bo­gu­sław­ski wrzu­cił rę­ko­pis do prze­past­ne­go ku­fra.

Wszy­scy już traj­ko­ta­li na te­mat przy­go­to­wań zwią­za­nych z przy­jaz­dem cara Alek­san­dra, kie­dy do mar­kot­ne­go Bo­gu­sław­skie­go wpa­dła za­dy­sza­na Ma­rian­na.

- Osiń­ski pod­pi­sał! - za­wo­ła­ła.

Bo­gu­sław­ski ze­rwał się z krze­sła.

- Kto ci po­wie­dział?

- Ku­piec ko­rzen­ny.

Uspo­ko­jo­ny Bo­gu­sław­ski uśmiech­nął się sze­ro­ko, ubrał się, wy­pró­bo­wał przed lu­strem kil­ka min peł­nych chłod­ne­go do­sto­jeń­stwa i za­czął cze­kać.

Po­sła­niec przy­był po obie­dzie i przed­sta­wił się jako Ma­ciej Unic­ki. Oznaj­mił, że od trzech mie­się­cy słu­ży w te­atrze w cha­rak­te­rze star­sze­go kon­tro­le­ra i se­kre­ta­rza.

- Słu­ży pan? - spy­tał Bo­gu­sław­ski.

- Zo­sta­łem zde­mo­bi­li­zo­wa­ny w stop­niu ka­pi­ta­na - oznaj­mił Unic­ki. - Je­stem pra­wą ręką pana Osiń­skie­go. Pan Osiń­ski ko­mu­ni­ku­je, że z wiel­ką ra­do­ścią an­ga­żu­je do swo­je­go ze­spo­łu pana Bo­gu­sław­skie­go, i ła­ska­wie pro­si o pod­pi­sa­nie kon­trak­tu.

Bo­gu­sław­ski usiadł za sto­łem, fleg­ma­tycz­nie ob­ra­cał w ręku pa­pier, po czym za­czął go grun­tow­nie stu­dio­wać. Pana Unic­kie­go za­po­mniał po­pro­sić o za­ję­cie miej­sca.

Nie oka­zał jed­nak ra­do­ści.

Szyb­ko zro­zu­miał, cze­mu Osiń­ski był tak hoj­ny. Wszy­scy będą te­raz nie­na­wi­dzić Mi­strza za wyż­szą o dwa­dzie­ścia pro­cent gażę.

Nie szko­dzi.

Za­sta­na­wiał się, jaki błąd mógł­by zna­leźć w kontr­ak­cie, aby móc go ode­słać i aby Osiń­ski był zmu­szo­ny ustą­pić, lecz nie zna­lazł ni­cze­go, co da­ło­by się za­kwe­stio­no­wać. I pod­pi­sał.