Część pierwsza"Osiemset kilo złota"
"Jak można tak niepostrzeżenie się stoczyć..." -?zamyśliłem się,
spoglądając przez okno na majestatyczny front Hotel de Paris, widoczny w oddali przez szczelinę wśród innych domów miasta. Jeszcze przed kilkoma
miesiącami... no, nie... przed ponad rokiem, rezydowałem tam w luksusowym
apartamencie na drugim piętrze, z widokiem na Place du Casino, otwartym
rachunkiem i zachwycającą pokojówką Fatimą, dziewiętnastoletnią
Somalijką.
"Ani nagle, ani niespodziewanie" -?poprawiłem się w myślach, usiłując
bezskutecznie domknąć okno, niedbale odnawiane niezliczoną warstwą farb.
Wyciągam smoking z szafy... Dlaczego te zawiasy tak niemiłosiernie
skrzypią? Kazałem naoliwić, ale komu to tłumaczyć? Już ledwo co u mnie
sprzątają, właściwie wcale. Pościel zużyta, pognieciona, szara. A i po
cóż zmieniać? Przyniosą nową, też szarą, bo płótno stare, sparciałe
nieomal. Biorę ze stolika dzbanuszek oliwy z tacy, leję delikatnie na
zawias. Może przestanie piszczeć. Oczywiście kropla spada na czubek
buta. Nie problem. Nawet dobrze. Szuwaks się skończył, więc pucuję
szmatką obuwie. Nikt tu za mnie tego nie wykona. Dobrze, że jeszcze z pralni koszule przychodzą porządnie wykrochmalone. I cud jakiś, że
oddają akurat moje. Wącham czysty rękaw. No cóż... ług. A co ma być czuć?
W "Hotel de Paris" odnosili bieliznę w pudełkach z płatkami róż. Nie
roztkliwiamy się, Karol! Jest, jak ma być. To jeszcze tylko parę dni,
tydzień najwyżej.
Dwa i pół roku ustawicznych, codziennych porażek, rzadko -?zbyt rzadko -
okraszonych chwilami tryumfu, nagłego zastrzyku wiary, że to ja właśnie,
nie kto inny, jest wybrańcem kapryśnego losu, Dzieckiem Fortuny. Panem i Władcą piekielnego kręgu trzydziestu siedmiu liczb. Że cały ten świat:
ów pałac hazardu, tłumy eleganckich desperatów z każdego zakątka świata,
skrzące się tęczowymi błyskami klejnoty, trunki w kryształach, szatańska
modlitwa irytująco nienagannego krupiera: "Rien ne va plus!"; cały ten
obsesyjny mikrokosmos jest... nieprawdziwy. To iluzja, zaaranżowana
wyłącznie dla mnie -?jedynego prawdziwego materialnego bytu. Ich nie ma,
jestem tylko ja, jedyny widz w gigantycznym teatrze marionetek. A skoro
tylko ja jestem tu materialny, to cały ten spektakl wieloletni,
powtarzalny, uporczywy, musi zakończyć się tylko w jeden sposób. Grand
finale. Dla mnie. Rozbijam bank! Nawet nie zgarniam żetonów, bo i tak
wiedzą, że to wszystko już moje. Kasjer Vincent, wzruszony -?może nawet
ma łzy w oczach -?podpisuje czek, składa na pół, dociska paznokciem na
grzbiecie i wolno przesuwa po blacie w kierunku mojej dłoni. Ja rzucam
mu... nie, kładę i też wolno przesuwam żeton -?1000 franków. Słyszę brawa
i okrzyki za plecami. Chowam czek do wewnętrznej kieszeni, mimowolnie a celowo powoli celebrując ostatni akord zwycięstwa. I wychodzę. Wypływam.
Wzlatuję... A tam, za mną, spektakl skończony. Aktorzy mojej opery
wypuszczają oddech, statyści siadają, zdejmują wykwintne nakrycia, panie
oddają biżuterię skarbnikowi do kuferka, kelnerzy zlewają resztki
trunków z powrotem do butelek, bo szkoda przecież. Zwijają dywany do
prania, wchodzą dekoratorzy ściągnąć obrazy i draperie. Kierownik
wypłaca pensję statystom, pod tylne drzwi zajeżdżają platformy po meble...
Bo to wszystko iluzja. Prawdziwy jest tylko czek. Tak będzie, bo być
musi. Kiedy? Jeden Szatan wie. Może dziś? Dlaczego właśnie akurat nie
dziś? A zatem trzeba tam być. Jestem przecież głównym aktorem tego
spektaklu. Co by się nie stało.
Słońce w oknie skrywa się powoli za wzgórzem pałacu Grimaldich. Pora
ruszać.
Teraz ten niemiły rytuał. Otwieram pugilares. Sto... sto pięćdziesiąt...
Zaraz! Przecież miałem pięćset franków od Jaspera. Banknot był tu, w przegródce na bilety wizytowe, złożony na czworo... Był... Ale być przestał.
Przedwczoraj jedenaście razy z rzędu szły czarne. Nie lubię jedynek, za
to tuzin to moja szczęśliwa liczba. Postawiłem ten tysiąc na "czerwone",
bo to niedopuszczalne, żeby tyle razy wyszło "noir". No i w pewnym
sensie instynkt mnie nie zawiódł. Nie przyszło czarne. Wyszło "zero".
Powoli zatrzasnąłem pugilares. 250 franków. Stawać do gry z kilkoma
żetonami to śmieszne. Nawet więcej, to niesmaczne. Hańbiące. Jak można
wchodzić do Białego Salonu z taką sumą? To wręcz żebracze. Fortuna nie
znosi żebraków. Lepiej wcale nie iść, niż wkraczać z opuszczonym czołem,
bo zaledwie pięć żetonów w spoconej dłoni. Przecież inni to czują, że
zjawiasz się bez moralnego prawa do wejścia.
Koperta w kieszeni sakwojażu. 300 franków na pociąg i zaległy hotel.
"Zachowaj resztki rozsądku i traktuj jako żelazną rezerwę" -?uprzedził
Kazik, listownie dosyłając pieniądze. "To jest ostatnia przesyłka" -
ostrzegł. Kazimierz wie lepiej. Zawsze wiedział lepiej. "Żelazna
rezerwa" to przecież nie znaczy nic innego, jak "nie graj nimi w kasynie". Nakaz. Jak może brat brata, w dodatku młodszego, skazywać na
upokorzenie, banicję towarzyską? Człowiek, który był raz w burdelu, a w operze nigdy, ośmiela się być Katonem osoby światowej? To doprawdy
niesmaczne. Na szczęście na banknotach nie jest napisane, do czego mają
posłużyć.
Sięgam na dno szafy po sakwojaż. Zabieram z bocznej kieszeni liliową
kopertę i wyjmuję banknoty owinięte bibułką. Rozwijam... Na bibułce jest
coś napisane... "To są pieniądze matki". Aha! Więc szantaż. To ma mnie
ująć za serce. Pieniądze matki! Od ust sobie odjęła. Akurat! Daje lekką
ręką po dziesięć tysięcy rubli rocznie na parafię, a drugą odejmuje
sobie od ust dla mnie. Nasza rodzinna hipokryzja. Przecież mama pragnie
szczęścia dla syna. A ja matczyne pragnienie szczęścia przenoszę do
kasyna. Jak ten płomień olimpijski.
Sześć nowych banknotów upasło nieco pugilares. Laseczka, cylinder. Zamek
jak zawsze zacina się, ale już nie ma czego chronić. Schody.
Mijam ukosem Place du Casino. Odźwierny, prawie dwumetrowy dryblas w czapce ze złotym otokiem, ukłonił się głęboko i uchylił skrzydło drzwi.
W holu głównym już gęstniało. Powitania, powitania, powitania.
-?Kłaniam, monsieur Meitner!
-?Jak się masz, Karol!
Całuję szeroką jak szpadel dłoń jego małżonki i dysponentki gotówką,
Gertrudy. Odchodzą.
-?Co u ciebie, Karolu?
-?Nic szczególnego, Antonio. Jak szczęście?
-?Kręci się tu gdzieś niedaleko, ha, ha!
Zbliżam się do baru. Od śniadania nic nie miałem w ustach. Szybko dwie z łososiem. Dostojnie rozglądam się. Nikt nie zwraca uwagi. Z kawiorem.
Spokojnie...
-?Cześć przystojniaku!
-?Cześć, Adam!
-?Mam nadzieję, że dziś ci się powiedzie...
-?A, dziękuję.
-?Szczerze. W końcu to i mój biznes. Mnie też jesteś trochę winien...
Uśmiecham się i odwracam na pięcie. "Też!". Bezczelność! Że jest wśród
tych, którym zalegam z długiem. Nietakt. Ale cóż, Amerykanin! Ma jakieś
gigantyczne udziały w tamtejszym kolejnictwie, ale każde tysiąc franków
pamięta, jakby to były jego ostatnie. Oryginał!
Bardzo interesująca szatynka. Tej dotąd nie widziałem. Drobna, ale jakaś
taka sprężysta. Z niebanalnym biustem, którego nie ukrywa. Obok niej
zupełnie bezbarwny jegomość w binoklach. Zapewne mąż, bo rozmawiają
półsłówkami, nie patrząc na siebie. Wśród głów mignęły siwe bokobrody
generała Ziencewa. No, to trzeba się szybko przemieścić. Temu jestem
naprawdę sporo winien. Tak dużo, że można rzec, bezzwrotnie. Lepiej go
unikać, bo gwałtownik. Zwłaszcza, gdy wypije, czyli co wieczór. Lubi
przyczepić się i wypomina na głos, jakby z ambony, przy ludziach, gęsto
podpierając epitetami. Wulgarne. Osobna rzecz, że mu się nie dziwię.
Staje ze swoją świtą przy stole z trunkami.
Dostojnie, ale raźnym krokiem przechodzę pod kantor kasowy. Czekam.
Wymienia jakiś rudzielec, dzieciak prawie. Z akcentu -?Anglik. Ci od
zawsze rządzili na tym wybrzeżu. Najwspanialsze rezydencje -?ich. Na
wyspie im za zimno. Niezły kapitalik położył. Ciekawe, czy rodzice się
cieszą? Albo może to szczęśliwy beneficjent testamentu? Jak ja przed
laty. Oj, stopnieje ci mająteczek, zanim się obejrzysz! Poszedł. Pobiegł
właściwie. Wyciągam powoli pugilares, odliczam banknoty, przebierając
palcami. Wyciągam te moje pięćset pięćdziesiąt franków i nieruchomieję.
Niby zastanawiając się, czy nie "wyciągnąć więcej". Taka etiuda
teatralna dla kasjera. Stary Vincent wie, że to tylko jasełka. I ja
wiem, że on wie. Ale rytuał odbyć się musi. Zabieram żetony. Jedenaście.
Nie lubię jedynek. Może jednak wziąć dziesięć i zostawić sobie
pięćdziesiąt franków? Za późno. Zza gazety, ze swojego fotela, przygląda
mi się Etienne Bach, dyrektor kasyna. Znamy się od lat, ale akurat nic
dobrego z tego nie wynika. Poślizgał wzrokiem po mnie, nie zwracając
uwagi, że i ja na niego patrzę. Nie skinął głową, tylko wrócił do
czytania. Nie przepadam za nim. Nienagannie uprzejmy i świetnie udaje
serdecznego, ale gładki jest, obło-okrągły, doskonały w kształcie, jak
kulka do rulety. Chowam żetony do kieszeni i sunę do Białej Sali, już
nie witając się z nikim, bo stół... Stół czeka!
Wtapiam się w drugi szereg obserwujących. Nigdy nie zasiadam do gry z marszu. Zresztą mało kto tak robi. Rozglądam się. Krupier jakiś nowy. Od
kilku dni go widzę zaledwie. Nie jest nowicjuszem. Łysiejący
czterdziestolatek o kłującym wzroku, południowiec, bo śniady. Irytujący.
Jego ruchy są zbyt zamaszyste, przeakcentowane, przypominają gesty
iluzjonisty, więc oszustwo automatycznie kojarzy się samo. I ten głos -
nosowy, niedbały, lekceważący. Stanowczo nie sprawia wrażenia właściwiej
osoby na tym stanowisku. Nie budzi zaufania po prostu. Boże! O czym ja
myślę... Krupier budzący zaufanie! Zabawne! Uwagę ściąga młody Angol.
Grubo stawia, ale asekuracyjnie: uporczywie czerwone i nieparzyste: w okolicy trzydziestu procent szansy -?to nie jest hazard. Dlatego
wygrywa. Pięć... nie! Sześć razy wyszły "rouge". Teraz obstawiłbym
czwórkę..., ale jeszcze nie ruszam. Czarne "28". No, proszę! Już mi
fortuna sprzyja. Większość siedzących przy stole to znajomi. Wieloletni.
Choć trudno ich nazwać przyjaciółmi, bo w tych murach przyjaźni nie ma.
Konflikt interesów. Naturalne. Rudy Angol zmienił strategię i gra
fibonaccim. Jest zasypany żetonami, to coś tam wygra. Prawo nowicjusza.
Wokół niego kręci się jeden ze stałych, a przynajmniej nader częstych
gości kasyna. Niezbyt wysoki, ale sprawiający wrażenie mocnego, wyraźnie
łysiejący od czoła szatyn, z pielęgnowaną, ostrą kozią bródką,
ewidentnie czernioną, a niepasującą do reszty fizjonomii jakby celowo,
dla ukrycia naturalnego wyglądu. Przedstawiał się "van Horn", czy "van
Horst", ale niczym Holendra nie przypominał. A już najmniej akcentem.
Odbyliśmy może z tuzin zdawkowych, niezobowiązujących rozmów przy drinku
w barze. O rulecie nie zagadnął nigdy, raczej o paniach. Nie był to
zatem żaden z licznych tu kuglarzy hazardu. Raczej agent służb jakichś,
zwłaszcza z uwagi na tę demonstracyjną bródkę. Ale grzeczny,
powściągliwy. Tak i teraz, spojrzawszy na mnie skłonił głowę powoli,
przymykając jednocześnie powieki, jakby w dowód szacunku.
Fotel przede mną zwalnia Fulgencio Barros. Tysiące kilometrów gruntów,
miliony sztuk bydła, najpoważniejsza persona argentyńskiej wołowiny. I zaskoczenie -?wegetarianin. Pewnie za dużo wie o mięsie.
-?Buenos noches, Carlo. Siadasz?
-?Po tobie zawsze, Fulgo.
Też mu coś dłużnym, ale jakoś nie wspomina. Powiadają, że w interesach
jest bandytą, ale tu najwyraźniej zmienia tryb na wypoczynkowy. Lubię
takich. Po lewej Adam z Filadelfii. Gra jakimś swoim nader wyrafinowanym
systemem, obstawia nieprzewidywalnie, zawsze z nieodgadnionym grymasem
pod nosem, że nie obstawiłbym, czy się uśmiecha, czy wścieka. A może po
prostu stawia, jak mu fantazja podpowiada. Toteż na ogół przegrywa, ale
jak już coś zgarnie, to wysoko. Na początek obstawiam jednym żetonem
pierwszy tuzin. W ślad za rudym Angolem. Taki kaprys na początek. "12".
No i pięknie...
Obracam w palcach ostatni żeton, jaki mi pozostał. Ostatni dzisiaj i ostatni może na zawsze. Hm, niby tout va bien, a emocje mnie nagle
opuszczają. Wszystko jest bez znaczenia. No, ale uruchamiam resztki
woli. Cztery razy po kolei było "noir", ostatnie dwa parzyste. Kładę
ciepły od dłoni żeton na "28".
-?Rien ne va plus!
Kulka zaczyna tańczyć niedaleko "28" i na koniec zgrabnie ląduje w "7".
Wstaję.
Idę głównym holem. Dyrektor Bach podnosi się z jednego ze służbowych
foteli, odkłada gazetę i -?przybierając całkiem sympatyczny uśmiech -
zaprasza mnie gestem do gabinetu. Siadamy przy empirowym stoliku.
Częstuje Remy Martin. Nie przepadam, ale przyjmuję, z lekkim ukłonem, bo
nie ja tu rozdaję karty. Bach długo patrzy w okno, bawiąc się
pucharkiem.
-?Zadam ci, Charles, tylko jedno pytanie, na które zresztą nie musisz
odpowiadać... Dlaczego grasz?
Oglądam bursztynowe refleksy koniaku i zwlekam z odpowiedzią.
-?Panie dyrektorze...
-?Mów mi na "ty". Wystarczająco długo się znamy.
-?A zatem, Etienne... jednym słowem mówiąc -?Przeznaczenie!
-?O! Mocne słowo!
-?Ale przemyślane.
-?Po tej odpowiedzi nie dziw się, że zadam następne. A na jakiej
podstawie sądzisz, że to "Przeznaczenie"?
-?Musiałbym ci więcej opowiedzieć o sobie.
-?Nie spieszę się.
Powoli wypiłem koniak do dna.
-?Zatem proszę... Urodziłem się w całkiem zamożnej polskiej rodzinie. Mamy
dobra niedaleko Winnicy na Ukrainie.
-?Wstęp banalny.
-?Tak... Byłem siódmym dzieckiem, najmłodszym z rodzeństwa. Trzy siostry i trzech braci.
-?O, to coś szczególnego. Byłem jedynakiem, nie mam pojęcia.
-?Faktycznie to nietypowa okoliczność. Bo w pałacu pełnym guwernantek,
opiekunów, służby i nauczycieli... wychowywałem się sam.
Tu Etienne po raz pierwszy zainteresował się tym, co mówię. Napełnił
lampki koniakiem.
-?Taaak...?
-?Bracia byli sporo starsi i oni zajmowali uwagę ojca. W nich upatrywał
następców w swojej cukrowni, na rodzinnych plantacjach, na urzędach.
Zresztą braci też nie interesowałem. A tym bardziej sióstr, jeszcze
starszych. Ja miałem kilka lat, a to już były panienki.
-?Zamążpójście, romanse?
-?...i Kościół.
-?No dobrze. Ale co to ma wspólnego z Przeznaczeniem?
-?A więc byłem samotnym dzieckiem. Wymyślałem sobie zabawy na jedną
osobę. Najbardziej polubiłem grę w przewidywanie.
-?Przewidywanie?
-?Tak. Zgadywanie, co się stanie za chwilę. Na przykład, która z pięciu
srok na krzaku poderwie się pierwsza.
-?To było zajmujące?
-?Jak zacząłem trafiać, to tak.
-?A to dawało się przewidzieć?
-?Do pewnego stopnia. Na ogół ta, która najdłużej siedziała nieruchomo,
odlatywała pierwsza. A reszta to intuicja. Ale nie tylko sroki. Na
przykład w sklepie. Matka często zabierała mnie do miasteczka. Ona miała
jakieś interesy, na ogół w kościele, a ja wałęsałem się po ulicach.
Zamyśliłem się na chwilę... Sklep Zieglera.
-?Cztery gruszki poproszę.
Abel Ziegler wybiera gruszki ze straganu. Ale zanim położy je na szalce,
mówię szybko.
-?Pół funta i sześć łutów...
Położył gruszki. Wskazówka waha się i zatrzymuje na ? funta, 6 łutów.
Wytrzymujemy się wzrokiem. Bierze jeszcze ze straganu dwie gruszki.
-?Jak powiesz, ile teraz będzie, to masz je darmo.
Trzyma gruszki w ręku. Myślę. Bo to nie tak, że słucham tylko Głosu.
Najpierw trzeba się nauczyć liczyć. Już dawno wiem, że cztery gruszki
mają średnio pół funta. Najpierw uważnie patrzeć, czy nakłada średnie
gruszki, czy inne. Dziś były mniejsze. Czyli już wiem. Mniej. Ale ile? I tu dopiero włącza się mi ten Głos, który -?nie wiadomo czemu -
podpowiada.
-?Pół funta, 14 łutów.
Dokłada owoce do tamtych. Wskazówka waha się i zatrzymuje tak, jak
dokładnie przewidziałem.
-?Czekaj jeszcze!
Ziegler wybiera z kosza garść czereśni i czeka, by rzucić na szalkę.
-?Ile?
Czereśni nie mam przetrenowanych, zatem trzeba iść tylko na intuicję.
-?Funt i 1 łut.
Rzuca czereśnie na wagę. Wskazówka tańczy i zatrzymuje się na... 1 funt i 3 łuty. Abel zadowolony rozkłada ręce.
-?Ha! Przegrał!
Płacę za te cztery gruszki. Idę przez ulicę, gryząc owoc.
Przychodziłem do sklepu Zieglera regularnie i bawiliśmy się wagą. Aż
pewnego razu...
-?Stój tu! Czekaj minutkę!
Abel wybiegł na plac i dramatycznie gestykulując, zaciągnął do
warzywniaka gromadkę Żydów, którzy zawsze obsiadali pobliskie ławki,
zajadle dyskutując o niczym. Ziegler, z tajemniczą miną namawiał gości,
by kładli na szali owoce. Jakie chcą. Na kontuarze pojawiła się garść
monet i kilka banknotów. Obstawiali. Wreszcie Abel uciszył wszystkich
gestem ręki. Przyglądałem się owocom na wadze.
-?Dwa funty i trzy łuty.
Sprzedawca położył na przeciwległej szali odważnik 2 funty. Wskazówka
zatańczyła i uspokoiła się po chwili, wskazując... 3 łuty. Abel zarechotał
zachwycony, mężczyźni patrzyli po sobie ze zdziwieniem. Abel zdjął z wagi szalkę z owocami i podsunął w moją stronę. Powoli pokręciłem głową
i wskazałem palcem rublową monetę. Ziegler z kwaśnym grymasem przesunął
ją po blacie w moją stronę. Chwyciłem, ukłoniłem się i wybiegłem...
Dyrektor Bach przysunął swój fotel i położył dłoń na mojej.
-?Coś się stało, Charles?
-?Proszę mi wybaczyć. Wspomnienia.
Natychmiast wróciłem do rzeczywistości.
-?A zatem dalej. Moja dziecięca pasja przewidywania w sposób naturalny
wymagała umiejętności coraz to bieglejszego obliczania, a właściwie
szacowania, czyli mierzenia intuicyjnie, jak to się mówi, "na oko". Oto
przykład. Niedaleko Winnicy był poligon i często na drodze do stacji
kolejowej maszerowały kolumny żołnierzy. Biegaliśmy z kolegami na
wzgórek obserwować przemarsz. Bawiliśmy się wtedy w zgadywanie, ilu to
żołnierzy tym razem maszeruje. Dość szybko znalazłem metodę. Pomogło mi
przydrożne drzewo. A dokładniej jego cień.
-?To znaczy?
-?Z daleka nie sposób policzyć, nawet mając tak dobry wzrok jak
dzieciak, liczbę rzędów w kolumnie. Ale da się policzyć, ile razy cień
pnia drzewa zasłoni twarz żołnierza idącego brzegiem kolumny. I zanim
czoło wojska zbliżyło się do naszej gromadki, już wiedziałem, że cień na
twarzach mignął 56 razy. Wystarczyło przemnożyć przez cztery, dodać
dwóch, którzy zawsze szli w ariergardzie i zanim czoło z dowódcą
zbliżyło się do nas, oświadczałem chłopakom, że idzie dwieście
dwudziestu siedmiu. W cukierni zgadywałem, które ciastko wybierze
najbliższa klientka, z której gałęzi drzewa spadnie pierwszy liść.
Wchodząc na targowisko jednym spojrzeniem szacowałem, ile tam stoi koni,
a potem liczyłem. Trening czyni mistrza. Stawało się to powoli moją
obsesją, bo im bieglej odgadywałem, tym bardziej chciałem lepiej. Tak to
umiejętność błyskawicznego liczenia plus intuicja i ćwiczona pamięć
zbiły się w jedność, swego rodzaju moc, czy raczej wtajemniczenie. W istocie -?nie wiedząc o tym -?uczyłem się praktycznie rachunku
prawdopodobieństwa i pogłębionej spostrzegawczości.
-?Pięknie. Ale miało być o hazardzie.
-?Cierpliwości, dyrektorze! Już dochodzę do sedna sprawy... W moim
rodzinnym domu, jak we wszystkich dworach w okolicy, namiętnie grywano w karty. Bezkarnie biegający wokół stołów szczeniak nie zwracał niczyjej
uwagi i łatwo się domyślić, że wkrótce zasady mariasza, pikiety czy
wista znałem lepiej od starych. I tu pojawiła się ciocia Ksenia. Była
naszą daleką krewną, wyszła za mąż za pobliskiego sąsiada, radcę w urzędzie guberni. Na skutek tych obu przyczyn oraz przyjemności
przebywania w towarzystwie, grywała u nas często. Zwłaszcza, że
bezdzietna. Odrobinę zbyt pulchna trzydziestolatka, o miłej buzi i wesołym usposobieniu. Pewnego wieczoru, gdy kręciłem się wokół stołu,
napotkałem jej wzrok pytający, a właściwie proszący. Patrzyła mi w oczy
długo, a w kącikach ust drżał jej dyskretny uśmiech. Polałem z dzbana
lemoniadę i zbliżyłem się do jej krzesła. Jeden rzut oka na jej karty
wystarczył. Odszedłem naprzeciw, a ona zaczęła delikatnie przesuwać
paznokciem po wachlarzu jej kart. Gdy dotknęła właściwej, nieznacznie
zmrużyłem oczy. Tego wieczoru Ksenia tryumfowała bezapelacyjnie. Po
skończonej sesji karcianej, mrugnęła z kolei do mnie i z pucharkiem
szampana wyszła do ogrodu. Czekała na ławeczce, ucałowała mnie w policzek i wspólnie wypiliśmy z jej kieliszka. Odtąd stałem się szulerem
cioci Kseni. Początkowo nadal wędrowałem wokół stołu, zerkając
bezczelnie w rozdania i w odpowiednich momentach mrugałem do niej lewym
lub prawym okiem, a ciocia wygrywała. Tak to dowiedziałem się, że by
zdobyć kobietę, wystarczy w odpowiednim momencie mrugnąć odpowiednim
okiem.
-?Dowcipne. Mów dalej.
-?Szybko zorientowałem się, jakimi systemami, czy raczej nawykami,
posługują się tutejsi stali gracze, w tym -?Boże, wybacz! -?rodzice. Nie
musiałem podle zaglądać w ich karty, stawałem za krzesłem Kseni i dotykając jej prawego lub lewego ramienia, kierowałem grą. Ona była
tylko maszyną do rzucania kart. To trwało latami.
I oto pewnej nocy -?minąłem chyba wówczas półmetek gimnazjum, mając się,
błędnie, za osobę prawie dorosłą -?po wyjątkowo długich i burzliwych
rozgrywkach, gdy znowu tryumfowaliśmy z Ksenią, jak zwykle zeszła do
ogrodu z lampką szampana. Ale tym razem pocałowała mnie... w usta. Nagle
doznałem zupełnie nieznanego oszołomienia, stanu pomieszania lęku i euforii. Nie do końca wiedziałem, co się ze mną dzieje. Być może nawet
dotknąłem jedwabiu, okrywającego biust cioci. Wtedy nagle, choć nie mogę
powiedzieć, że nieoczekiwanie, jej ręka przesunęła się do moich spodni i rozpoczęła nader zręczny taniec z guzikami. Ach! Wprawdzie już sporo
wcześniej parobek Gawryło pokazał mi, jak można organicznie sprawić
sobie przyjemność, ale oto właśnie przekonywałem się, że o niebo lepiej
(słowo "niebo" nie jest tu przypadkowe), gdy robi to kobieta. Chwilę
później przestała mnie całować i pochyliła głowę...
Dyrektor Etienne Bach chłonął moje słowa, co chwila podnosząc kieliszek
do swoich ust. Widać, że mam dar narracji. A to, że Etienne preferuje
płeć męską, być może wzmacnia tylko efekt opowiadania.
-?Od tej nocy awansowałem na karcianego rycerza Kseni. A ona bajecznie
poszerzała wachlarz podziękowań. W końcu doszło do tego, że nagle
polubiłem jazdę konną, którą do tej pory zaniedbywałem. Kłusowałem coraz
chętniej i częściej do boru przy drodze na Lipowiec, gdzie na małą
polankę zajeżdżała wolantem Ksenia i konie odpoczywały. Długo
odpoczywały... Ale, pardon dyrektorze! Oddaliłem się od tematu hazardu.
Dawne emocje poniosły.
-?Proszę nie przerywać, Charles. Tak malowniczo obrazujesz.
-?I oto w to moje "Et in Arcadia ego" wkroczył czas. Przeniosłem się
do Moskwy, pożal się Boże, studiować. Wcześniej byłem w kijowskim
gimnazjum. Tam zaczęły się karty na całego. Najpierw ograłem do nitki
kolegów. Spostrzegłem od razu, że wykonujemy zupełnie inne czynności -
oni spekulowali, zastanawiali się, próbowali, wahali... Ja spoglądałem na
swoje karty i od razu wiedziałem wszystko. Na swój sposób była to gra
nieuczciwa, bo choć karty nie były znaczone, miałem w mózgu mechanizm,
który nie dawał im szans. W kilka tygodni wszystkie ich ruble były w moim kufrze. O mało nie doszło do samosądu, ale kijowscy koledzy wpadli
na pomysł, żeby na mnie zarobić. Był w mieście salon u inżyniera
Patoczkina. Prywatny, ale niby takie półkasyno. Poszliśmy we dwóch z Antkiem Sulima-Barszczewskim, bo najpoważniej wyglądał. Na oko po
dwudziestce, z wąsem, nawet trochę już łysiał. Ja też już byłem nie
ułomek, ale z fizjonomii ciągle niedolat. Pożyczyli nam zegarki na
łańcuszkach, binokle, cygarety... Ach, jacy byliśmy dorośli! Przed północą
zgrałem już do nitki całe towarzystwo...
-?Nierozsądnie -?wyrwało się dyrektorowi.
-?Kompletnie bez dyplomacji. Niedojrzałość, Etienne. Po wyjściu, na
schodach dogonił nas jakiś oficer. Siny ze złości, a może też i wypił za
dużo, z kabury wyciągnął nagana, krzyczał, groził. Zwróciliśmy mu całą
wygraną i tyle było mojej kariery u Patoczkina. Ale Kijów miasto duże -
było gdzie grać. Tylko mądrzej. Wolniej jedziesz, dalej dojedziesz.
Naprawdę nie zanudzam cię, dyrektorze?
-?A skąd! -?Etienne Bach poluzował kołnierzyk koszuli. -?Chociaż
najbarwniejsze było o tej cioci.
-?Ksenię spotkałem później tylko raz. Gdzieś tak pół roku po moim
wyjeździe do Moskwy zmarł nasz sąsiad Tomaszewicz. Na pogrzebie ją
zobaczyłem. Była już w mocno zaawansowanej ciąży. Na uboczu zamieniłem z nią dwa słowa. Podszedłem mocno zgaszony i niepewny. Ukłoniłem się.
Powiedziała, nie patrząc na mnie.
-?Nie bój się. To nie twoje.
-?Nie boję się. Po sąsiedzie rozpaczam...
To już nie była moja Ksenia. To już była matka. W należnej jej aureoli.
Wyjechali gdzieś potem z rodziną... Ale ad rem. W Kijowie pierwszy raz
zetknąłem się z ruletką. Od razu poczułem, że to zupełnie inna para
butów. Gra pseudolosowa, powiadają. Zaiste. To już nie karty. Wymaga
zaangażowania innych zmysłów. Wiele nocy przypatrywałem się rulecie i szukałem porozumienia z urządzeniem. Bo widzisz, w kartach masz do
czynienia z żywym przeciwnikiem, który ma swoje nawyki, wady, omyłki.
Jak to trafnie nazywają: czynnik ludzki. Tymczasem w rulecie psychologii
nie ma.
-?Wybacz, Charles, ale mówisz oczywistości.
-?Dobrze. Słusznie. Mówmy o kasynie. O tym kasynie. Droga moja do Monte
Carlo, jak się okazało, wymagała cierpliwości. Spadek po ojcu obwarowany
był warunkami. Dyplom uczelni w Moskwie, którego nawiasem mówiąc, nigdy
nie otrzymałem, bo hazard i życie towarzyskie (czytaj: kobiety) wyparły
obowiązek edukacji na dalszy, ślepy tor. Rada rodzinna, matka przede
wszystkim, ale i moi pracowici bracia czynili dosłownie wszystko, by
odwlec moment mojej samodzielności. Aż w końcu, ponad dwa lata temu,
udało mi się spieniężyć moją część ojcowizny i nieomal natychmiast
przyjechałem tutaj.
-?I przetraciłeś wszystko. Zgadza się?
-?Wiesz najlepiej.
-?Ale przecież było sporo wieczorów, kiedy szło ci wyśmienicie. W jedną
noc wygrywałeś sumy, które niejeden nazwałby majątkiem. Nie wystarczało?
-?Nie rozumiemy się zupełnie, dyrektorze. W każdym kasynie musi nastąpić
moment, kiedy ktoś rozbije bank...
-?Statystycznie rzecz ujmując... -?Etienne Bach uśmiechnął się
protekcjonalnie -?musi. Praktycznie niekoniecznie.
Popatrzyłem mu w oczy, odwzajemniając uśmiech.
-?Od wielu lat nikomu się to nie udało. Choć w każdej chwili może
nastąpić. Nie dodaje ci to adrenaliny?
-?Wam dodaje, mnie nie. Kasyno jest przygotowane na taką ewentualność. W każdej chwili. I po to grasz?
-?Przecież to jasne. Żeby rozbić bank!
-?Wszyscy tu wchodzą z tym marzeniem.
-?Ale między nimi, a mną jest podstawowa różnica: oni marzą, a ja wiem.
-?W twoim przekonaniu?
-?Naturalnie. Ale tylko ono dla mnie się liczy. Ja istnieję realnie.
Reszta jest iluzją.
-?Aha...-?Etienne Bach splótł dłonie i oparł na nich brodę.
-?Teraz już rozumiem. Dlatego pomogę ci. Masz dożywotni zakaz wstępu do
tego kasyna. To upraszcza sprawę.
Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się tego. Szczególnie teraz.
-?Przysługuje ci w ogóle takie prawo?
-?Owszem. Jesteś zadłużony u wielu stałych klientów. O tych kilkunastu
tysiącach franków, które zalegasz generałowi, wiedzą wszyscy. Ale jest
też grono pomniejszych wierzycieli. W tak delikatnej instytucji
finansowej jak kasyno, jesteś persona non grata. Wystarczy to.
Bach znowu położył dłoń na mojej. "Obrzydliwie ciepłą ma rękę" -
pomyślałem odruchowo, ale nie ruszyłem nią.
-?Nie ma w tym nic osobistego. Przeciwnie. Ja cię bardzo lubię, Charles.
Dowiodę ci tego: twój dług u generała spłaci kasyno. Żetonami
oczywiście, czyli i tak wrócą do nas. Gdzie pomieszkujesz obecnie?
-?W "La Belmont" na Avenue Saint-Laurent.
-?Zapchlony pensjonat dla komiwojażerów i najniższych służących. Oj,
Charles, Charles! Domyślam się, że nawet tam jesteś dłużny?
-?Jakbyś przy tym był, dyrektorze.
-?Zatem pokryję też koszty w tamtej budzie, już z mojej prywatnej
kieszeni. Niewielki uszczerbek. I dam ci bilet pierwszej klasy do
Wiednia. Na pojutrze.
-?Pojutrze?
-?Tak -?Etienne wstał, poprawił ubranie i wyjął z kieszeni jeden
stufrankowy żeton.
-?Szanuję twoją niezłomną wiarę, że jesteś wybrańcem losu. Jutro. Jedna
gra. Jeśli jest tak, jak myślisz, to stanie się, jak chcesz.
Położył żeton na blacie stolika.
Nazajutrz stałem długo na tarasie kasyna, wpatrując się tępo w nienaganną powierzchnię morza i czekając na zmierzch. Bo też i nie
miałem o czym myśleć. Mając jeden żeton nie sposób układać jakiejkolwiek
strategii, nic planować, ani tym bardziej kalkulować. Poddać się
instynktowi, obstawić, kiedy czujesz i jak czujesz. I koniec zabawy na
tem.
Wreszcie zmierzch zapadł. Późno, ale za to żwawo. Wkroczyłem do Białej
Sali uderzony nadmiarem światła i gwaru. Nadzorujący porządek cywil,
barczysty i sękaty Emmanuel, ukłonił mi się z błyskiem zainteresowania w oku. Ha, dyrektor już poinformował personel. Czyli znaczącą osobą tu
jestem, przynajmniej dzisiaj. Zainstalowałem się w drugim rzędzie
obserwujących, kłaniając na obie strony znajomym. Znowu ten irytujący
krupier-iluzjonista. Trudno, dziś to już nie ma żadnego znaczenia. Szła
długa sekwencja "noir". Młody rudy Angol znowu szastał, ale przegrywał.
Jakiś kudłaty i podpity Rosjanin pokrzykiwał, uciszany przez sąsiadów.
"0". Krupier roztańczył się rękami nad stołem. Ktoś z lewej podniósł się
i odsłonił siedzącą obok szatynkę, którą widziałem kilka dni temu. Tę z interesującym biustem. Jest niepiękna, ale magnetycznie interesująca.
Miła z wyglądu, mówiąc najprościej. Za nią, opierając dłonie na jej
ramionach, stał milczący mąż w binoklach. No, dobrze. Elegancko, ale
radykalnie przemieściłem się do pustego krzesła, odczekałem sekundę dla
formalności i powoli zasiadłem. Ukłoniłem się sąsiadce, ona poczęstowała
mnie żywym, choć krótkim spojrzeniem i skinęła główką. Obstawiła
najbliższe cztery pola.
-?Rien ne va plus!
Iluzjonista zakręcił, popisując się giętkością przegubu.
-?"33".
Uśmiechnęła się do wygranej i obstawiła to samo, podwajając stawkę. Nie
taka ona szalona -?bywało, że sam celowo tak czyniłem. Posłałem jej
uśmiech, znowu lekko się kłaniając. Tym razem odwzajemniła się
łobuzerskim uśmieszkiem, dłużej nieco. I zabębniła palcami w blat.
Wciągnęło ją.
-?Rien ne va plus!
-?"36".
Uderzyła dłonią w kant stołu i już nie kryjąc się, z radością rozejrzała
dookoła.
-?Podziwiam szczęście, madame.
-?A jak ja się cieszę!
Mąż pochylił się nad jej uchem.
-?Późno już, kochanie.
-?Moment, proszę!
Tym razem obstawiła tylko jednym żetonem, drugi tuzin. Kulka przestała
skakać po tarczy i umieściła się w rowku.
-?"17".
Odwróciła twarz do męża z tryumfująca miną.
-?Widzisz?!
Krupier podsunął jej kolejną wygraną.
-?Pozwoli pani, że tym razem podążę za jej szczęściem? -?zaryzykowałem
dość bezczelnie.
-?Nie mogę zabronić.
Bez wahania obstawiła "12". I znowu zabębniła palcami w blat. Żeton,
którym do tej pory żonglowałem, ująłem w dwa palce i przykryłem (!) jej
żeton na dwunastce. Natychmiast zerknęła na mnie i lekko przygryzła
dolną wargę.
-?Rien ne va plus!
Skupiłem wzrok na kulce, która znalazła sobie szczęśliwe miejsce na
"12"... i nagle przeskoczyła na "28".
-?A niech to diabli! -?wyrwało mi się.
-?Pan... Polak? -?zapytała po polsku, obdarzając mnie zupełnie innym
rodzajem zainteresowania.
-?Karol Jaroszyński, do usług.
-?Ewelina Maynard. Ale de domo Michalska.
-?Bardzo mi miło.
-?A mnie smutno, że nakłoniłam pana do przegranej -?kontynuowała.
-?Zdarza się.
-?Teraz będzie lepiej. Poprawię się.
Mąż uśmiechnął się zza jej włosów. Najwyraźniej nie rozumiał po polsku.
-?Niestety, obstawiam tylko raz podczas wieczoru. Taką mam zasadę -
podniosłem się dostojnie z krzesła.
-?Może faktycznie pora, żeby skończyć? -?To już powiedziała po
francusku, podając rękę małżonkowi.
-?Mąż się niecierpliwi, bo o północy ma kolej do Paryża -?To dla
odmiany, wstając od stołu, powiedziała po polsku.
Wyswobodziliśmy się z tłumu obserwatorów.
-?Wolno zapytać, czy pan skoligowany z Jaroszyńskimi spod Tarnopola? To
moje rodzinne okolice.
-?Żałuję, ale nie. Z Winnicy.
-?Nie ma co żałować. Tam pewnie też pięknie -?zamknęła rozmowę. I znowu
przygryzła lekko dolną wargę.
-?Dziękuję za wieczór.
Ukłoniłem się mężowi.
-?Karol Jaroszyński.
-?Pierre Maynard.
Wyszli z kasyna w kierunku hotelu "Ermitage". Pierre Maynard, podawszy
jej ramię, narzucił zdecydowane tempo kroków. Może istotnie spieszyli
się? Szedłem za nimi po nadmorskiej stronie Avenue de Monte Carlo, w cieniu i bezpiecznym dystansie. Znikli w bramie hotelowej, a ja usiadłem
na ławce, ukrytej wśród bugenwilli rozległego skweru. Po mniej więcej
kwadransie wyszli. On, przebrany do podróży, trzymał spory sakwojaż.
Jednocześnie pod schody zajechał hotelowy powóz, portier umieścił bagaż
w koszu z tyłu. Małżonek pomógł jej wsiąść i ruszyli.
Powóz wrócił po pół godzinie. Wysiadła sama, energicznie, unikając
pomocy portiera, nie oglądając się na boki, znikła w skrzydle drzwi
hotelowych. Odczekałem kwadrans i podniosłem się z ławki. Minąłem
nieruchomego portiera, wszedłem do westybulu, kierując się do recepcji.
-?Dobry wieczór. Apartament państwa Maynard, numer... hm... dwanaście -
zaryzykowałem.
Recepcjonista pochylił się nad księgą gości.
"Jeśli to faktycznie dwanaście, to zaplanowała rzecz już na początku" -
przemknęło mi przez myśl.
-?Oui -?mruknął recepcjonista i zezwalająco kiwnął do boya przy
schodach.
Przyjęła mnie bez zdziwienia, ale i bez radości. Jakby wszystko było z góry ustalone. Stała na środku sypialni wyczekująco, delikatnie
pomagając mi przy zdejmowaniu (uważałem, by nie nadto natarczywym) jej
okryć. Zsunęliśmy się na pościel bez egzaltacji, jak małżeństwo. I dopiero kładąc głowę na poduszkę uśmiechnęła się szeroko, mrużąc oczy,
jak drapieżnik.
Poruszała się rytmicznie, wyzbyta z dzikiego entuzjazmu. Przeciwnie -
chłonęła rozkosz w jakimś ekstatycznym skupieniu, jeszcze bardziej mnie
stymulującym. Oczy miała raz przymknięte, by za chwilę je otworzyć
szeroko i znowu przymknąć w jakimś osobnym od bioder rytmie. Spocone
kosmyki włosów malowniczo układały się na jej policzkach.
Tempo naszych zgodnych ruchów przyspieszyło, czasami załamując się w kontrapunktach. Usta miała w półotwarte, oddech coraz szybszy,
głośniejszy, koniuszkiem języka wędrowała po brzegu zębów i ust.
Niekiedy nagle, nieoczekiwanie wpijała paznokcie w skórę moich pleców.
Nasze ruchy, drgnienia, stawały się coraz gwałtowniejsze, nieopanowane.
Unosiła brodę raptownie i opuszczała, szybki oddech przerywała, gryząc
wargę. Oczy miała szeroko otwarte. Źrenice wbite w moje oczy nagle
zbiegły się. Zatrzepotała w moim uścisku i zaczęła gasnąć. Po chwili,
rozdzieleni już, wsłuchiwaliśmy się w słabnące bicie serc. A potem
przytuliła się do mego boku i momentalnie usnęła.
Nad ranem poczułem jak jej palce poszukują mnie. Kilka chwil potem znowu
byliśmy w sobie, ale tym razem wszystko potoczyło się inaczej. To już
nie był pierwszy łyk, by ugasić pragnienie, tylko drugi, żeby poczuć
smak. Staliśmy się kochankami ze stażem. Bez zachłannego egoizmu, tym
razem ja czułem ją, a ona mnie. I to było inaczej piękne. A po grand
finale tym razem ja natychmiast zapadłem w sen.
Obudziło mnie gwałtowne uderzenie światła. Odsunęła zasłony, już okryta
w peniuar i prowizorycznie uczesana.
-?Wybacz, że nie przyniosą nam kawy, ale...
-?Naturalnie...
Zbiegłem po schodach w miarę dostojnie, ale na tyle szybko, żeby nie
zwlekać. Siwy portier w drzwiach uniósł brwi, widząc dżentelmena w stroju wieczorowym, wychodzącego wczesnym ranem z hotelu. No i co?
Pierwszy raz to widzi? Mimo wszystko odruchowo sięgnąłem, by dać mu
franka i... nagle poczułem, że kieszeń jest pełna żetonów. No, proszę!
Odszedłem kilka kroków na skwer i wyciągnąłem je dyskretnie. Dwadzieścia
żetonów pięćdziesięciofrankowych. Zastanowiłem się przez chwilę.
Upokarzające. Owszem. Ale co? Wrócić do niej i oddać? Wywołałoby to
arcyniezręczną rozmowę i jeszcze bardziej upokorzyło. I mnie, i ją. Co
zatem? A do czego służą żetony? I przecież w tym celu mi je dała.
Spakowałem swoje rzeczy do kufra i zszedłem do konsjerżki z prośbą, by
pozostał gdzieś bezpieczny do jutra. Madame Mathilde, jeśli tak ją
można nazwać, emanowała uprzejmością. Z pewną nawet dumą oświadczyła, że
rano był już urzędnik z kasyna i spłacił moje należności co do centyma,
więc pokój mogę trzymać do jutra, bez obiekcji. Zaproponowała nawet
kawę, z której skorzystałem chętnie, bo to pierwsza w dniu dzisiejszym,
a już dawno po południu. Zapewniała mnie przy okazji kilkukrotnie, że
gdybym przyjechał powtórnie, to będzie czekał na mnie lux pokój na
pierwszym piętrze, byle tylko uprzedzić.
Długi spacer po promenadzie wypełniłem sobie rozważaniami, jak też
postąpić. Formalnie od dziś obowiązywał mnie zakaz wstępu do kasyna. Ale
czym ryzykowałem? Niczym. Odrobina wstydu, gdyby agenci dyrektora
wyprowadzili mnie siłą. Cóż mi to? Przecież już tu nie wrócę. Zakaz
dożywotni.
Oglądałem w porcie łodzie, plażowiczów na piasku, bogate wystawy
sklepów, aż zastał mnie zmierzch. No cóż... Raz kozie śmierć! Oczywiście
nie ryzykowałem wtargnięcia przez główne drzwi. Tamci z pewnością są
pouczeni, żeby mnie wyłuskać. Ale te lata dały mi jakąś wiedzę na temat
tej "świątyni". Wejście na zaplecze skrzydła teatralnego! Powinno być
otwarte. I było. Stamtąd szybko pustym korytarzem do Salle du
Trente-Quarante, gdzie już widać gości i jest się między kogo wmieszać.
No, pierwszy etap za mną. Brawo. Teraz powoli do palarni.
-?Charles?! Charles!
Skamieniałem i powoli się odwróciłem. Generał. Uśmiechnięty. Pijany już
trochę. Podszedł i objął ramionami.
-?Wot, nastojaszczyj dżentelmen!
Ukłoniłem się na wszelki wypadek. Generał i jewo kamanda otoczyli mnie
szczelnie.
-?Nie wiem, jakie tam masz układy z kasynem, ale wchodzimy przed chwilą
i w progu dyrektor Bach. Z nowiną. Twój dług zwraca mi kasyno! Jak grom
z jasnego nieba! Z serca ci powiem, że już przestałem wierzyć w ten
zwrot od ciebie. A nieliche to pieniążki były! Ale proszę! Chodźmy do
rulety, szybko puszczę je, bo szczęśliwe.
-?Beze mnie. Obiecałem nie grać.
-?No, chodźże, powiadam! Wiem, że zakazali ci grać, ale popatrzysz
sobie, jak ja twoimi pieniędzmi, które tak naprawdę nigdy twoje nie
były, rozbijam bank! Ha, ha, ha! No, spieszy!
Schowany w grupce akolitów generała wsunąłem się do Białej Sali. Kilka
krzeseł już czekało na jego świtę, więc zasiadł pierwszy, nakazując mi
miejsce obok. Rozglądałem się dyskretnie, ale nikt z cywilnych agentów
kasyna nie zwrócił na mnie uwagi. Krupier też nie raczył zahaczyć mnie
wzrokiem. Generał ułożył pokaźny stos żetonów i sypnął na pole.
Wyszło "19". Zebrał za "noir", "nieparzyste" i "drugi tuzin" i chyba
tyle samo oddał. Ale szczęśliwy. Cóż, bawi się. Teraz obstawił
pojedyncze numery i przegrał. Więc wziął się na sposób i znowu obstawił
dużo, ale bezpiecznie, na "pierwszy i trzeci tuzin". Wyszło "0". Stary
się zachmurzył, ale tylko na chwilę. Nadal nikt nie zwracał na mnie
uwagi, więc zatem... dłoń sama powędrowała do kieszeni i najdyskretniej,
jak umiałem, położyłem jeden żeton na... oczywiście "12". Moja ostatnia
przegrana na stole i wygrana w hotelu.
-?Rien ne va plus!
Kulka poszalała na tarczy i posłusznie usiadła na "12". Generał
popatrzył na mnie zdziwiony, ale reszta towarzystwa nie zwróciła uwagi.
No! To, co powinienem zwrócić Ewelinie i jeszcze 700 franków! I nie gram
dalej. Posiedzę sobie. Obejrzę, jak generał przegrywa. Obojętnie
przyglądałem się kilku następnym grom, nawet niewielka senność mi się
pojawiła, ale... co to?! Na środku stołu zobaczyłem siedzącą... s r o k ę.
Czarną, jak pole "17", gdzie oparła pazurki, jedynie z białym trójkątem
torsu, niczym koszuli krupiera pod połami fraka. Po sekundzie
zatrzepotała skrzydłami, wzbiła się pod wysokie sklepienie sufitu i znikła... Rozejrzałem się po siedzących, ale nikt nie sprawiał wrażenia,
że też ją widział. Tylko ja. Wyciągnąłem trzy żetony, potem jeszcze dwa
i postawiłem kolumienkę na "17". Najwyżej mnie wyrzucą. Trudno.
-?Rien ne va plus!
Tym razem już cały stół spoglądał, gdy krupier podsunął mi stertę
żetonów. Pociemniało mi w oczach i nagle pojąłem, że to jest... TA CHWILA!
Na nią czekałem tyle lat! Zaraz, zaraz! Na jakich liczbach przegrywałem
przedwczoraj? "28"! Postawiłem 500 na "28".
-?...va plus!
Blady krupier podsuwał mi tłum żetonów.
1000 na "36".
-?...va plus!!
Czarna łopatka pchała do mnie 36 tysięcy.
2000 na "2".
-?...plus!!!
Generał na przemian krzyczał i śmiał się. Obserwujący klaskali. Damy
wydawały głośne "och!", jak podczas orgazmu.
I dalej! Po czarnych, jak sroki. 5000 na "21".
-?...plus!!!!
5000 na "15".
-?...plus!!!!!
Czułem oddechy tłumu za plecami.
5000 na 27.
-?...plus!!!!!!
Sala wrzała. Dwadzieścia trzy razy z rzędu zgarnąłem. Ja. Wreszcie ja!
Nagle ucichli. Poczułem dłoń na ramieniu.
-?No, wystarczy już, chłopcze, tego dobrego...
Potem Etienne Bach głośno, ale powoli i z pewnym dostojnym smutkiem
ogłosił cudownie brzmiące zdania.
-?Szanowni Państwo wybaczą! Zapraszam jutro. Dziś już kasyno utraciło
wypłacalność.
Huknął gwar. Stanąłem przed dyrektorem, patrząc pytająco w oczy.
-?O jedenastej rano u mnie -?zażądał.
Nadal patrzyłem pytająco. Bach wyciągnął z kieszeni banknot 1000 franków
i wcisnął mi w rękę.
-?Masz. Zabaw się, póki co.
I odszedł.
Otoczyło mnie mnóstwo nieznanych twarzy. Klepali po ramionach, jakieś
panie -?często niemłode -?całowały w policzki. Ktoś podsunął kieliszek
szampana, który natychmiast opróżniłem. Błysnęła magnezja fotografa.
Skąd tu fotograf?
Stałem przy bufecie, pijąc Perignon z butelki. Jakiś nieznajomy
pocałował mnie w rękę, potem ja jego... Ciemnoskóra Fatima całowała mnie w usta..., co tu nagle robi ona?
Wskoczyłem z butelką na krzesło i krzyczałem: "Jestem Panem Świata!!!".
Zastukałem do drzwi apartamentu. Otworzyła zaskoczona, ale natychmiast
opanowała się i spojrzała pytająco. Ukłoniłem się lekko.
-?Wybacz, że tak wcześnie rano.
Uchyliła szerzej drzwi, ale bez entuzjazmu.
-?Nie spodziewałam się ciebie, szczerze mówiąc.
Delikatnie zamknąłem drzwi za sobą.
-?Pardon! Wydarzyła się wielka sprawa! Rozbiłem bank!
-?Proszę?
-?Rozbiłem bank kasyna! Wygrałem! Dwa miliony franków! Twoimi żetonami!
-?O!... proszę!... Naprawdę?!
-?To jest twoja wygrana! Mam obowiązek i przyjemność zwrócić ci ją. No...
prawie. Chyba tysiąc już wydałem.
-?W żadnym wypadku, chłopcze. To twoja wygrana. Zasłużyłeś wczoraj na
to. Tutaj. I jeszcze jedno. Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz podczas
zaprzeszłej nocy, zwróciłam na ciebie uwagę, bo... cóż, po prostu
spodobała mi się twoja... powłoka cielesna. I przyglądałam się, z jaką
szaloną determinacją traciłeś kolejne żetony. A gdy wczoraj usiadłeś
obok mnie -?nie wnikam, czy przypadkowo -?celebrowałeś w spoconych i drżących dłoniach jedyny żeton. A straciwszy go skłamałeś, że obstawiasz
tylko raz podczas wieczoru. Łatwo wywnioskowałam, że miałeś tylko jeden
na całą noc. Nie mam racji??
Nareszcie uśmiechnęła się lekko i wskazała fotel, ale nie usiadłem.
-?Ewelino! To... może chociaż po połowie? Twój kapitał, moja robocizna.
Tak chyba będzie honorowo?
-?Nonsens. Owszem, lubię pieniądze, ale zastanów się rozsądnie: co bym
powiedziała mężowi? Że znajomy dał mi milion? Przecież sensacja się
rozniesie, już się pewnie roznosi. Z gazet dowie się, że to ty. Jak mu
wytłumaczę?
-?No... Właściwie znowu masz rację. Ale to dyshonor dla mnie.
-?Nie mówmy w tym przypadku o honorze. Proszę cię. Jeśli uważasz,
przekaż moją część tego majątku... na Polskę.
-?Na Polskę?! Przecież nie ma Polski.
-?Ale będzie. Może już wkrótce. Tylko, na Boga, żadna tam "Fundacja
Eweliny Michalskiej". Raczej już... Anny Jagiellonki.
Uniosła twarz i pocałowała mnie w usta. Bardzo delikatnie, jak na
Jagiellonkę.
Dyrektor Etienne Bach przyjął mnie w półmrocznym gabinecie, nie wstając
zza biurka.
-?No, tak... Monsieur Jaroszyński. Narobiłeś tu dużo kłopotów. Prywatnie
mówiąc, mam cię za nic, bo nie dotrzymałeś danego słowa...
-?Otrzymałem zakaz, ale nie przyrzekałem, że dotrzymam.
-?Gówniana linia obrony. Wiesz o tym. Ale sprawa nie jest taka prosta,
bo nie mamy nic na papierze. A o twojej wygranej już jest głośno. Zawsze
kręcą się tu jacyś dziennikarze od sensacji. Wczoraj też byli, widzieli
wszystko, zdążyli ściągnąć fotografów...
-?Spostrzegłem.
Przesunął po blacie biurka złożoną w pół gazetę.
-?Już napisali. Teraz węszą i rozpytują, więc jutro będzie jeszcze
więcej. Zaistniał, więc, jakby to precyzyjnie nazwać... fakt prasowy? I co
teraz? Jeśli nawet okażesz szczątki honoru i nie będziesz się domagał
wygranej, to prasa zrobi to za ciebie. Bo widzisz -?miasto z nas żyje,
ale niekoniecznie nas lubi. Pojawią się chciwi prawnicy, zawisłe sądy... A kasyno to pieniądz, a ten nie lubi rozgłosu.
Chwilę milczał, patrząc w szczelinę światła w niedociągniętej zasłonie.
-?A zatem... Wygrałeś, Karolu. Rozbiłeś bank. Gratuluję.
-?Nie wiem, co powiedzieć.
-?Nic. A tak na marginesie... Jakiś system? Mam tu szczegółowy raport z przebiegu wczorajszych gier... -?Bach postukał palcem w leżącą przed nim
kartkę, -?I żadnej logiki w tym nie widzę.
-?Nie było systemu. Stało się to, co musiało się stać.
-?Słyszałem to przedwczoraj. Przeznaczenie. Kismet.
-?Tak. A przy okazji, ile wygrałem?
-?Dwa miliony dziewięćdziesiąt pięć tysięcy pięćset pięćdziesiąt
franków. Sporo. Prawie osiemset kilo złota.
-?Siedemset siedemdziesiąt osiem, mniej więcej.
-?No tak. Umiesz przecież szybko liczyć. Aha! Jeszcze jedno ważne: cofam
ci zakaz wstępu do kasyna. A nawet zapraszam.
-?O!
-?Co się dziwisz? Musisz odpracować wygraną. Teraz, w aureoli geniusza,
ściągniesz do nas więcej klientów. Ludzie czytają gazety i chcą marzyć.
Pozjeżdżają się więc tutaj.
-?Przykro mi, ale to była moja ostatnia wizyta w kasynie. Jeśli cię
pocieszy, to w jakimkolwiek kasynie.
-?O!
-?Tłumaczyłem ci. Chciałem osiągnąć absolut -?rozbić bank w najsłynniejszym kasynie świata. I to się stało. Już nie mam czego szukać
w hazardzie.
-?Co zatem?
-?Są inne szczyty do zdobycia.
-?Na przykład?
-?Przedsiębiorczość. Za dziesięć lat będę... najbogatszym człowiekiem na
świecie! I... zięciem cara Mikołaja! Jestem przecież Panem Świata.
-?O, la, la! Upoiło zwycięzcę. Pomoże ci, jeśli się z tobą o to założę?
-?Będę zaszczycony!
-?A więc za dziesięć lat, o jedenastej rano, w tym samym miejscu.
Wstał i podaliśmy sobie ręce.
Byłem już w połowie drogi do drzwi, ale zatrzymał mnie.
-?Jeszcze ostatnie pytanie, którego zapewne się nie spodziewasz...
Pragniesz być powszechnie lubianym?
Trafił mnie w czułe miejsce. Stałem, próbując uporządkować myśl.
-?Jak już wspomniałem ci przed chwilą, wychowałem się w rodzinie
licznej, majętnej, zgodnej i w zasadzie szczęśliwej. Tylko, że na skutek
różnic wieku, usposobień i temperamentów, żyłem niejako obok nich.
Szczelnie zdystansowany. Właściwie zaledwie akceptowany, jak ruchomy
przedmiot wyposażenia domu, oczywisty, ale w zasadzie zbędny. Obojętność
braci nawet mnie nie bolała, ale o względy matki i sióstr zabiegałem
nieustannie i bezskutecznie. Rozpaczliwe próby zaskarbienia ich
sympatii, lub choćby uwagi, odnosiły przeciwne skutki. Na ogół obojętne,
niekiedy nawet karciły mnie za natręctwo. Tym boleśniej, że byle jak. I ślady tego pozostały. Być może dlatego teraz tak żywiołowo zabiegam o sympatię kobiet. Cóż. Taki już jestem i tego nie zmienię. A i nie chcę.
Krótko mówiąc -?tak! Od najmłodszych lat do dziś noszę w sobie dwa
pragnienia: bycia lubianym i bycia lepszym od innych. Najlepszym.
-?Ależ Charles! Przecież to się wzajemnie wyklucza. Albo będziesz
najlepszym, albo lubianym. Trzeba wybierać. Tylko, że ty po wydarzeniu
dzisiejszej nocy tego wyboru już nie masz. Te sto osób, które były
świadkami twojego triumfu, obdarzyły cię podziwem, ale i niechęcią.
Mniej lub bardziej świadomą. A za kilka godzin wyjdą popołudniowe gazety
i będziesz bohaterem na ustach milionów, którzy otoczą cię podziwem i towarzyszącą temu zawiścią. A do tego jeszcze jesteś bezczelnie
atrakcyjny z wyglądu -?Tu Etienne Bach uśmiechnął się miękko i zalotnie,
jak kobieta -?tym gorzej dla ciebie. Więc jeśli zrobisz błyskotliwą
karierę, w co nie wątpię znając twoje kompleksy, wkrótce staniesz się
dzieckiem szczęścia i królem życia. I włożysz sobie na głowę koronę.
Cierniową. Która nawet nie boli, jeśli ktoś ma grubą skórę. Ale ty
akurat nie masz. Więc o byciu lubianym -?zapomnij!
Szedłem w środku dnia przez pusty i ciemny hol Grand Casino. Stuk
obcasów grzmiał w zupełnej ciszy jak salwy. Otworzyłem drzwi. Blask
słońca uderzył i oślepił. Ze srebrnoszarego trawnika uniósł się
kompletnie biały ptak. Sroka.
-?To spora suma. Naprawdę duża... Wielka. Uczciwie mówiąc, przekracza
wartość zabezpieczenia naszego banku w złocie.
Dyrektor Prywatnego Banku Handlowego w Kijowie przyjął nas na stojąco.
Trudno. Widać, że lekko oszołomiony treścią trzymanego w drżącej dłoni
dokumentu, nie mógł ukryć zakłopotania. Rozglądałem się ciekawie po
gabinecie. Niby cały w mahoniu, świeżym, bo jeszcze pachniał, ale zegar
w kącie zaledwie niemiecki "Grundmann & Sohne", średniej marki.
Kryształy żyrandola ze szkła pomniejszej jakości, a i szlifowane marnie,
pochłaniały promienie światła, zamiast olśniewać. Cóż, prowincja. Nawet
stolicę mają nie tu, a w Charkowie, więc czego chcieć.
-?Ale zda mi się, że pan mnie nie słucha -?twarz dyrektora wyrażała
sprzeczne uczucia, bo suma na papierze imponująca, moja osoba nieznana,
czyli, krótko mówiąc, niepewność.
-?Słucham bardzo uważnie.
Urzędnik podrapał się po spoconym czole.
-?Proponuje pan nam depozyt w postaci siedmiuset pięćdziesięciu
kilogramów złota, próby 999, loco bank Societe Generale w Paryżu...
-?To źle? Francja spokojna, Paryż bezpieczny, a tu w każdej chwili może
się powtórzyć rok 1905. Fabryki staną, rubel poszybuje w dół. To raczej
ja ryzykuję.
-?Naturalnie... Można na to patrzeć i z tej strony, panie...
-?Jaroszyński -?szybko podpowiedziała smarkula, strzelając do mnie
błyskiem czarnych oczu. "Te kryształy na żyrandolu powinny mieć takie
słoneczne refleksy, jak jej ślepia -?przemknęło mi przez myśl -?wtedy
byłyby coś warte. Ależ ona piękna!".
-?Naturalnie, panie Jaroszyński. Ale uprzedzam...
-?Możemy wreszcie usiąść? -?wypaliła i nie czekając na przyzwolenie,
przysunęła sobie krzesło. -?Stopy okropnie zmęczone, bo nowe pantofle
mam. Prezent sprzed chwili!
Rozsiadła się i na oczach zdumionego dyrektora bezceremonialnie zsunęła
obuwie ze stóp. Zająłem miejsce na sąsiednim krześle.
-?Ale uprzedzam, panie Jaroszyński, że tak znaczna wpłata uzależnia pana
majątek od decyzji władz banku. Niekiedy, w pana oczach, decyzji
ryzykownych.
-?Wiem. Ale przy tak znacznej wpłacie uzależniam bank od moich decyzji
finansowych. Niekiedy, w oczach władz banku, ryzykownych. Dlatego
wybrałem mały bank.
Dyrektor nadal stał, choć zachwiał się nieznacznie.
-?Mniemam, że natychmiast wniesie pan o kredyt?
-?Tylko po to ulokowałem te środki.
-?No, taak... -?Dyrektor wziął głębszy oddech, ale nie zdążył wypuścić,
gdy z hukiem drzwi wkroczył dżentelmen rosłej postury, tęgi, siwowłosy i czegoś nader radosny.
-?Drogi monsieur Karol!! Doprawdy! Jakżem szczęśliwy!
Doskoczył do mnie w sekundę i zaczął ściskać, jakbyśmy się kiedykolwiek
znali.
Dyrektor jeszcze nie wyprostował pleców po ukłonie, gdy zaczął, jąkając
się.
-?Panie prezesie...
-?Stroczkin! Wieniedykt Aleksandrowicz. Ależ o panu głośno po salonach w całym Kijowie! No, No!... -?Po czym spojrzał na swojego podwładnego
chłodno.
-?A dyrektor Morozow nic nie wie. Odludek! Świeżo z Woroneżu żem go
ściągnął, bo rodzina daleka, ale... -?Prezes Stroczkin machnął ręką i zatrzymał wzrok na owym Morozowie.
-?Pawka! Skocz do gabinetu "12", bo tam narada jest w sprawie kredytu
hrabiego Inoziemcowa... A tam "narada"! Konsylium właściwie, bo spłata
umiera. Ha, ha, ha! No, idź, idź! Rychlej!
Odprowadził wzrokiem skromnie oddalającego się dyrektora.
-?Nic nie wie! Taki typ... Jakżem ja rad pana widzieć, Karol! Czytałem,
czytałem! Monte Carlo! Góra złota! No, no! A jakże pana witano w domu, w Winnicy? Pewnie tak radośnie, jak ja?
-?Nie byłem jeszcze w domu.
-?A!... Nie był... Ale musi mi pan, Karolu drogi, opowiedzieć, kiedy, jak to
tam było w tym Monte Carlo. Usiądziemy u mnie, popijemy starki, a mam
czterdziestoletnią! Bo sam w owym Monte Carlo jeszcze nie byłem, nie
złożyło się. Choć chciałaby dusza do raju... he, he, he!
Korzystając z wolnej chwili podczas tyrady prezesa, zabrałem dokument z dyrektorskiego biurka. Więc gdy w końcu zapytał: "A cóż za potrzeba
sprowadza pana w moje niskie progi?", podetknąłem mu pod nos pismo,
które przebiegł nader szybko, może tylko zwracając uwagę na liczby.
-?Kredycik? Czyż nie?
-?Nie użyłbym zdrobnienia, ale tak. Kredyt.
Przestał się nagle uśmiechać.
-?No, tak. Oczywiste. Niemniej tak ogromny kredyt to dla nas wielki znak
zapytania. Wolno prosić o niedyskrecję? Czy to będzie bezpieczna
inwestycja?
-?A to już pan prezes lepiej wie.
Podniósł na mnie wzrok, pełen ciekawości. Nie bezinteresownej.
-?Nie rozumiem. Co zatem zamierza pan nabyć?
-?Wasz bank.
Czarnooka prychnęła śmiechem dyskretnie, ale słyszalnie. Dopiero wtedy
zwrócił na nią uwagę. Pochylił się ku mnie i stwierdził półgłosem:
-?Skoro to na poważnie...
-?Całkowicie.
-?To wydaje mi się, że nasza dalsza rozmowa wymaga maksymalnej dyskrecji
-?i wskazał ją wzrokiem.
-?Bez obaw. To moja najlepsza przyjaciółka.
Uspokojony kiwnął głową. A ja pochyliłem się ku niej i szepnąłem:
-?A właściwie jak ty masz na imię?
Wyciągnęła do Stroczkina dłoń, którą on ucałował soczyście.
-?Raisa Metrevelli. Miło mi...
No tak! Gruzinka! To tłumaczy tę karnację. I tę gorącą krew. Stroczkin
pojaśniał w uśmiechu.
-?Jestem zaszczycony! Będę pamiętał!
Z jej oczu błysnął ku mnie kolejny czarny piorun.
-?Obaj zapamiętajcie.
Prezes pospieszył z wyjaśnieniem.
-?Początkowo po prostu wziąłem panią za siostrę naszego drogiego Karola.
-?Moje siostry są dużo starsze... I nie tak piękne -?dodałem, by uspokoić
gniew ślicznej, jak się okazało -?Raisy.
Poskutkowało.
Wygrzebaliśmy się z pościeli dopiero koło dziesiątej. Odsunąłem zasłony,
wpuszczając światło i gwar śródmiejskiej ulicy. Piętro niżej, przed
wejściem hotelowym, kumulował się hałas wiecznie obecnych handlarzy
zmieszanych z gośćmi i przechodniami, pisk kół tramwaju o szyny,
prychanie koni, stuk pojazdów i moc dźwięków nieodgadnionego
pochodzenia. Z przyjemnością obserwowałem, jak Raisa powoli zakłada
bieliznę.
Splotłem dłonie za głową.
-?Muszę wyjechać na parę dni.
-?Kiedy?
-?Zaraz!
Zatrzymała zapinanie gorsetu.
-?To teraz mi mówisz? W takim razie musimy zdążyć do magazynu, bo w gości ja nie mam nic. Ani popołudniowego, ani na wieczór. I jakiś
sakwojaż choćby, kosmetyki te najpotrzebniejsze. Buty na podróż. Wiesz,
niepoważny jesteś! To powozem będzie? Koleją? Godzina w magazynie, jak
nic. Albo i dłużej. Przecież muszę starannie dobrać, nie wezmę nic
pierwszego, co mi pod nos podsuną...
-?Sam jadę. Do matki. Rozumiesz, to nie będzie wizyta towarzyska.
-?A kiedy wrócisz?
Rozłożyłem ręce.
-?Ja wiem? Dwa dni? Tydzień?
-?No wiesz! I co ja będę robić w tym czasie?
-?Nie wiem. Może wróć do męża?
Lokomotywa sapała daleko z przodu. Za oknem, jak w kinematografie,
przesuwały się znajome obrazy. Pejzaże z przeszłości. Dość monotonne,
trzeba przyznać obiektywnie, ale cóż, kochane. Pustynie ściernisk,
zagajników ciemne plamy, łąki już przyblakłe, cieniste ściany lasów...
Żelazne koła zadudniły po moście. Chyba Rastawica. No to już blisko pół
drogi...
Wykupiłem cały przedział klasy pierwszej, bo przypadkowych towarzyszy
podróży nie cierpię. Za to nieobute nogi można wyciągnąć, a i bąka
puścić bezkarnie, co mi się właśnie zdarzyło. I poczytać w spokoju
nareszcie. Ponad dwieście wiorst, to i zapas gazet, magazynów rozmaitych
zabrałem: kijowskie, petersburskie, nawet "Wiener Tag". Ze trzy funty
tej prasy... nie... dwa i pół funta najwyżej. Uniosłem stos ponad pulpit...
Jednak chyba będzie trzy. Papier gazetowy wcale ciężki jest w jednostce
masy. O czym piszą?... Świat pędzi do przodu... "Armia Stanów Zjednoczonych
kupiła projekt braci Wrightów". Tymczasem Cesarstwo otwiera linię dla
cywilnych pasażerów. "Deutsche Luftshiffars AG". Jak cywilnym otwierają,
to wojsko już ma... Ale z drugiej strony, proszę! "Marynarka Jego
Królewskiej Mości opracowuje projekt armaty przeciwlotniczej"... Jak
zezwolili prasie pisać, że "opracowują", to pewnie już opracowali.
Anglik ostrożny jest. Takie reguły gry... Swoją drogą, jak z armaty
ustrzelić frunący aeroplan? Muszą zapewne mieć dwie lufy, jak
dubeltówka, albo nawet wiele luf... I strzelać chmurą śrutu, tylko
znaczniejszego, bo aeroplan to cel podobny do ptactwa, tylko większy...
Pożyjemy, zobaczymy. Niestety... Dość pewne, iż przyszłe wojny będą
rozgrywać się w przestworzach. Przynajmniej częściowo... Jeszcze jeden
drobny bączek... I oczywiście natychmiast ktoś puka z korytarza! Patrzę
uważnie w cienie za szybą. Starszy jegomość, siwa bródka, zęby szczerzy...
znam! Sąsiad nasz niedaleki, spod Kalinówki. Z ojcem niegdyś w radach
zasiadał... Paluszkiewicz. Chciał nie chciał, trzeba otworzyć. Wstałem.
-?Młody pan Jaroszyński!! Toż to niespodzianka! Kopę lat!
-?Kłaniam panu sąsiadowi.
Naściskał się mojej ręki i usiadł, posapując.
-?No to jakbym cię myślami wywołał, panie Karolu. No bo oczywiście żem
czytał o tej twojej fortunie z kasyna. No, Chryste Panie! Tonna złota!
-?A gdzie tam tonna!
-?Już ja swoje wiem. Jak gazety piszą "jeden", to czytaj "dwa". Ale
wypytywać cię nie będę, bo pewnie wszyscy wypytują.
-?Owszem, wypytują.
-?To i nie dziw się im... Ależ się z ciebie mężczyzna zrobił dorodny! Jak
ten czas leci! Bo ja cię pamiętam, o... dosłownie takiego! -?Uniósł dłoń
gdzieś tak dziesięć cali nad podłogą. Czyli pamiętał mnie z łona matki,
mniej więcej szósty miesiąc ciąży. Ciekawe...
-?A mój Zygmuś w oficery poszedł. Kawaleria! Też kawał chłopa!... Czyli do
domu jedziesz?
-?Do domu.
-?No to się pani Karolina ucieszy. Telegramem uprzedziłeś, czy
niespodzianka?
-?Uprzedziłem.
-?To już pewnie tam z nogi na nogę przestępują. No bo to, nie kłamawszy,
Jaroszyńscy spod Winnicy niebiedni, ale tonnę złota do majątku dodać, to
jest coś! Pytanie -?w co inwestować? Nie ma mądrych, ale ja mam coś
upatrzonego... Sery twarde! Przegonić precz Holendrów i Francuzów! Mleko u nas tańsze i lepsze, ręce tańsze i lepsze...
Odsunąłem gazety. Będą dwie godziny ekonomii rolniczej...
...Szybko jednak nasza rozmowa, a ściślej monolog jego, na całkiem
odmienne tory przeskoczył.
-?Domyślam, ma się rozumieć, że w owym Monte Carlo słynnem, a też w nadmorskich okolicach, tych Niceach różnych... Bo Nicea tam niedaleko,
nieprawdaż?
-?Zgadza się. Nicea.
-?...towarzystwa światowego, mondu, ludzi świetnych nazwisk i wybitnych
pozycji, oryginałów takoż, poznałeś tam znaczną ilość...
-?Fakt. Masę.
-?...wśród nich także panien znamienitych, bogatych, pięknych a pochopnych, nowoczesnych w obyczaju, he, he... po tamtejszych salonach,
operach, kawiarniach, nie brakuje.
-?Bywają.
-?To i dla młodzieńca takiej prezencji, jak twoja, takich koneksji i dowcipu... to pewnie był jeden wielki raj?
-?Nie narzekałem, panie sąsiedzie.
-?A nie sądź, he, he, he, że potępiam. Wręcz przeciwnie: z każdego
dzbana miodu warto popróbować! Toż to przywilej młodości. Ale... do
trzydziestki! Do trzydziestki. Później już można, ba, trzeba! uważnie
rozejrzeć się za towarzyszką życia najodpowiedniejszą. Niestety, jedną.
Wartą ustatkowania się, czyż nie?
-?Tak mówią.
-?I otóż na myśl mi z nagła przyszła panna pewna z mojej familii..., ale
dalekiej! Żeby nie było, że krewną rekomenduję... Krystynka. Urody
anielskiej, po prostu zwala z nóg! A przy tem podobnież kniazini,
szkoda, że po matce, ale mimo wszystko. A i ziemi ma szmat po horyzont,
plus lasy, tartak, młyny i czego byś nie chciał. Pod sądem, prawdę
mówiąc, ale wygra. Więc jakbyś był skłonny, albo tylko ciekaw, to
wystarczy jeden telegram do mnie...
Za oknem pojawiły się zbudowania przedmieścia i pociąg zaczął znacząco
zwalniać. Paluszkiewicz poderwał się z kanapy.
-?A licho!! Toż już Winnica! A ja żem w przedziale towarzystwo zostawił!
I bagaże!
Doskoczył do drzwi i żegnał się już z korytarza. Jeszcze cofnął dać
bilet wizytowy, który w kieszonkę wsadziłem.
-?A nie zapomnij! Krystynka! Jeden telegram...
Ja także zacząłem się zbierać. Zgarnąłem niedoczytaną prasę, bagażowy
chwycił za kufer i przemaszerowaliśmy na odległy, boczny peron, gdzie na
wąskich torach stał śmiesznie mały parowozik i miniaturowy wagon
salonki. Znałem ten zestaw od dziecka, bo ojciec często z niego był
korzystał, wiele razy i mnie zabierając. Wkroczyłem zatem do wnętrza,
może nie jak do domu, ale w wehikuł czasu, cofający mnie w miłą
przeszłość. Na blacie stołu stał samowar, pewnie ten sam, kosz z owocami
i rogowy nożyk na małej tacce. Wszystko sprzed lat, tylko owoc świeży.
Zawiadowca przez okno spojrzał pytająco, kiwnąłem głową i ruszył pociąg
z jednym pasażerem, który wreszcie mógł dokończyć gazety.
Na platformie stacji "Wapniarka", przed małym, bielonym budynkiem
kolejowym, stał na baczność ten sam naczelnik co zawsze, choć tym razem
w dopiętym mundurze i lśniących butach. Wlepił oczy we mnie, stojącego
na stopniu i chrząkając, czekał, aż się zbliżę. Rozejrzałem się wokół i spostrzegłem niecodzienny tłumek miejscowych obywateli, ubranych
niedzielnie, w koszule białe, surduty, kamizelki, nierzadko nawet
jednocześnie. Zawiadowca tutejszy, rozpostartymi ramionami znaczył im
granicę nieprzekraczalną, a wszystkie oczy skierowane były na mnie.
Naczelnik zrobił dostojny krok naprzód, a obok blondyneczka w różowej
sukience, podlotek może dziesięcioletni, o kształtnej twarzyczce i wielkich brązowych oczach, (oj, ładna panna kiedyś z niej będzie)
trzymała tacę pod białym obrusem, na którym drżała karafka z wódką i oszroniony, napełniony kieliszek.
Naczelnik jeszcze raz odchrząknął i zasalutował.
-?Niech mi będzie wolno... powitać uniżenie... ehm!... wielkiego syna naszej
ziemi...
Cóż za bełkot. Wystarczy jedna udana noc w kasynie i stajesz się
"Wielkim Synem Tej Ziemi!".
-?...z dumą..., ale nie tylko z dumą... ehm!... ale i szacunkiem...
By skończyć żenującą uroczystość, chwyciłem szybko kieliszek, podniosłem
w kierunku mówcy i wychyliłem jednym machnięciem. Potem ukłoniłem jemu,
a następnie zgromadzonym, czego pewnie oczekiwali, bo kilku zaczęło
klaskać. Na szczęście jak spod ziemi wyrósł nasz Konstanty. Sztywny,
jakby kij połknął, wykrochmalony, wyfraczony, włos przygładzony na
mokro. I wzruszony autentycznie.
-?Witamy, paniczu Karolu! Szczęśliwy nam dziś dzień nastał...
Dalej mu gadać nie dałem, tylko uścisnąłem, objąłem po męsku, aż nam łzy
pociekły.
-?Dobra. Bierz kufer i ruszamy. Czym prędzej!
-?Jeden kuferek?! Ino?
-?Konstanty! Opamiętaj się. Czy ja jestem jakaś matrona, żeby bagaże za
mną szeregiem nieśli? Łap kufer i nie marudź.
Porwał kufer i poniósł, ale zdziwiony. Na podjeździe stała, zaprzężona w parę białych koni, nowiutka victoria. Jak spod igły. Błyszcząca czarnym
lakierem i wiśniowym welurem pikowanej kanapy. Rozciągnąłem się na
miękkich sprężynach. Konstanty na tylnym stopniu, czyli jak się u nas
mawiało, na "zadupiu", zacisnął kufer skórzanym pasem i już się piął na
kozioł, ale go wstrzymałem.
-?Czekaj! Posuń się, siądę obok ciebie.
-?Proszę?! Jakże to?
-?Pogadać chcę. Nie będziesz przecież do tyłu mówił.
-?Ale nie godzi się tak! Paniczu! Ludzie patrzą. Gotowi pomyśleć, że
panicz socjalizuje!
-?Dobrze. Wieź mnie tedy, ale za miastem się przesiądę.
Cieszyłem oczy... Kiedy wiesz, jaki odnajdziesz widok za każdym pagórkiem
i za każdym zakrętem drogi, to już nie są rodzinne strony. To jest dom.
-?Pani matka, Bogu dzięki, zdrowa. I przy energii takiej, aż
pozazdrościć. A rygor trzyma, jak, nie przymierzając, pruski oficer.
-?Julka znalazła adoratora?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki