Dawno, dawno temu było sobie maleńkie państewko o nazwie Coniemiara. Od wieków władała nim dynastia płowowłosych królów. W czasach, o których piszę, na tronie zasiadał król Alfred Arcydzielny. Sam sobie nadał ten przydomek rankiem w dniu koronacji, bo Arcydzielny nieźle brzmiało w zestawieniu z imieniem Alfred, a poza tym kiedyś zdołał zatłuc osę, i to bez niczyjej pomocy, jeśli nie liczyć pięciu lokajów i pazia.
Król Alfred Arcydzielny przejął władzę na fali wielkiej popularności. Miał cudne żółte loki, eleganckie sumiaste wąsy i wspaniale się prezentował w obcisłych bryczesach, aksamitnych kaftanach i koszulach z żabotem noszonych wówczas przez zamożnych panów. Alfred uchodził za wspaniałomyślnego władcę, chętnie się uśmiechał i machał ręką każdemu, kto na niego spojrzał, a do tego niesłychanie korzystnie wyglądał na portretach, które rozwożono po całym królestwie i wieszano w ratuszach. Mieszkańcy Coniemiary żyli szczęśliwie pod jego rządami i wielu uważało, że okaże się jeszcze lepszym królem od swojego ojca, Ryszarda Rycerskiego, który cechował się (o czym za jego życia niechętnie wspominano) nader krzywym uzębieniem.
Król Alfred poczuł w duchu ulgę, kiedy się przekonał, jak łatwe jest władanie Coniemiarą. Prawdę powiedziawszy, kraj właściwie rządził się sam. Niemal wszyscy mieli jedzenia w bród, kupcy zarabiali góry złota, a doradcy Freda rozwiązywali nawet najbłahsze problemy. Królowi pozostawało jedynie obdarzać poddanych promiennym uśmiechem, gdy jeździł powozem lub pięć razy w tygodniu wyruszał konno na polowania w towarzystwie dwóch najlepszych przyjaciół, lorda Fujpluja i lorda Oklapa.
Fujpluj i Oklap mieli na wsi wielkie posiadłości, ale doszli do wniosku, że znacznie taniej i przyjemniej mieszka się w pałacu z królem, bo można go objadać, polować na jego jelenie, a do tego pilnować, żeby za bardzo nie polubił którejś z pięknych dam dworu. Nie chcieli bowiem, żeby Fred się ożenił, gdyż królowa mogłaby popsuć im zabawę. Przez pewien czas król wydawał się zainteresowany lady Eslandą, w przeciwieństwie do niego ciemnowłosą, lecz równie piękną, jak on był przystojny. Fujpluj przekonał jednak Freda, że dama jest zbyt poważna i za dużo czyta, a taka królowa nie przypadłaby poddanym do gustu. Król nie wiedział, że lord Fujpluj od dawna żywi urazę do lady Eslandy, gdyż dała mu kosza, kiedy poprosił ją o rękę.
Lord Fujpluj był bardzo chudy, przebiegły i sprytny. Jego przyjaciel Oklap miał rumianą twarz i tyle sadła, że aż sześciu chłopa musiało go sadzać na potężnego kasztanowego konia. Choć nie dorównywał bystrością Fujplujowi, i tak swoją inteligencją znacznie przewyższał króla.
Obaj lordowie, pochlebcy jakich mało, często udawali zdumienie, że Fred tak dobrze sobie radzi ze wszystkim, od jazdy konnej po grę w pchełki. Fujpluj dysponował szczególnym darem przekonywania króla do swoich racji, a Oklap z niezwykłym talentem wmawiał Fredowi, że nikt na świecie nie jest równie lojalny wobec niego jak oni, jego dwaj najlepsi przyjaciele.
Alfred uważał Fujpluja i Oklapa za byczych gości. Namawiali go do urządzania wystawnych przyjęć, wymyślnych pikników i sutych bankietów, jako że Coniemiara słynęła w świecie z jedzenia. Każde z miast w tym kraju było znane z takiej czy innej potrawy, która nie miała sobie równych.
Stolica Coniemiary, Eklerona, leżała na południu kraju, w otoczeniu hektarów sadów, pól pełnych rozmigotanej złotem pszenicy i szmaragdowozielonych łąk, na których pasły się śnieżnobiałe mleczne krowy. Śmietana, mąka i owoce trafiały z prowincji do wybornych eklerońskich cukierników, oni zaś piekli z nich ciasta.
Przypomnijcie sobie, proszę, najpyszniejsze ciasto albo ciastko, jakie w życiu jedliście, a powiem wam, że cukiernicy w Ekleronie spaliliby się ze wstydu, gdyby mieli podać coś takiego w swoim mieście. Jeśli smak któregoś z eklerońskich ciast nie wyciśnie łez zachwytu u dorosłego mężczyzny, uznaje się je za niewypał i skazuje na wieczne zapomnienie. W witrynach cukierni w Ekleronie piętrzyły się stosy smakołyków, takich jak marcepanienki, puszek wróżek czy też najsłynniejsze z nich wszystkich skrawki nieba, tak wyborne, zniewalająco cudowne, że serwowano je wyłącznie na szczególne okazje, a wtedy ludzie płakali ze szczęścia. Król Porfirio z sąsiedniej Plurytanii wystosował do króla Alfreda list, w którym proponował mu rękę dowolnie wybranej córki w zamian za dożywotnie dostawy skrawków nieba. Fujpluj doradził jednak Fredowi, by w odpowiedzi wyśmiał ambasadora Plurytanii.
- Córki króla musiałyby być duuużo ładniejsze, żeby dostał za nie skrawki nieba, najjaśniejszy panie! - oświadczył Fujpluj.
Na północ od Eklerony również rozpościerały się zielone łąki. Nad skrzącymi się rzekami hodowano kruczoczarne krowy oraz szczęśliwe różowe świnie - krowy dla Serwaty, świnie zaś dla Baleronburga, połączonych łukowatym kamiennym mostem miast leżących po sąsiedzku na dwóch brzegach Plumy, głównej rzeki Coniemiary. Po wodzie sunęły różnokolorowe barki, które przewoziły towary z jednego krańca królestwa na drugi.
Serwata słynęła z serów: wielkich białych kręgów, zwartych pomarańczowych gomółek, dużych kruchych baryłek z niebieskimi żyłkami i gładszych niż aksamit malutkich kremowych twarożków.
Baleronburg wielbiono za wędzone i pieczone w miodzie szynki, a także za bekon, pikantne kiełbasy, delikatne befsztyki i pasztety z sarniny.
Smakowity dym unoszący się nad kominami pieców z czerwonej cegły w Baleronburgu mieszał się z wonnym, cierpkim zapachem dochodzącym z obejść serwatańskich sprzedawców sera. W promieniu sześćdziesięciu kilometrów każdemu, kto wdychał te smakowite aromaty, ciekła do ust ślinka.
Kilka godzin drogi na północ od Serwaty i Baleronburga rozpościerały się rozległe winnice, które obfitowały w wielkie niczym jaja, a do tego słodkie i soczyste winogrona. Na koniec dnia podróży docierało się do granitowego miasta Karafa, słynącego z produkcji win. Powiadano, że wystarczy pospacerować po ulicach Karafy, żeby się upić samym powietrzem. Trunki z najlepszych roczników przechodziły z rąk do rąk za grube tysiące złotych monet, a karafiańscy handlarze wina należeli do najbogatszych ludzi w królestwie.
Nieco na północ od Karafy działo się jednak coś dziwnego. Było tak, jakby magicznie żyzne ziemie Coniemiary wyjaławiały się po wydaniu z siebie najlepszej trawy, najlepszych owoców i najlepszej pszenicy na świecie. Północny kraniec królestwa zajmowały Błota, gdzie rosły jedynie pozbawione smaku gumowate grzyby i cienka, sucha trawa, która nadawała się tylko dla nielicznych wyliniałych owiec.
Każde z miast w tym kraju było znane z takiej czy innej potrawy, która nie miała sobie równych.JEREMI KARCZMARSKI, 12 LAT
Wypasający je Błotniacy nie byli zażywnymi, schludnymi elegantami jak karafianie, baleronburżanie, serwatczycy czy eklerończycy, lecz mizernymi obdartusami. Ich niedożywione owce nigdy nie osiągały wysokich cen, ani w Coniemiarze, ani za granicą, więc jedynie nieliczni Błotniacy mieli okazję skosztować przepysznych coniemiarskich win, serów, wołowiny lub ciast. Na Błotach najczęściej jedzono tłusty rosół na baraninie, ugotowany z mięsa zbyt starych na sprzedaż owiec.
Reszta mieszkańców Coniemiary uważała Błotniaków za gburowatych dziwaków, brudnych i zrzędliwych. Przedrzeźniali ich chrapliwe głosy, udając ochrypłe beczenie starych baranów, a po całym królestwie krążyły dowcipy o braku manier i prostactwie Błotniaków. Dla ogółu Coniemiarczyków tylko jedno na Błotach było godne uwagi - legenda o ikabogu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki