I
MÓJ WYŚCIG
W 1949 roku, na trzy tygodnie przed maturą, nauczyciel wychowania fizycznego w moim liceum imienia Mikołaja Kopernika w Opolu, porucznik rezerwy Henryk Kobylec, rozkazał wszystkim przyjść na basen, bo bez zdania egzaminu na kartę pływacką nikt nie dostanie świadectwa dojrzałości. Uwielbiałem pływać, było słonecznie i ciepło, więc z radością przerwałem kucie matmy. Na basenie spotkaliśmy się w komplecie, włącznie z wszystkimi klasowymi ofermami, które znając gołębie serce profesora Kobylca, wiedziały, że choć karty pływackiej nie dostaną, to egzamin zaliczą, pod warunkiem że na płytszej części pływalni przez kilka minut praktycznie udowodnią działanie prawa Archimedesa. Ja natomiast dziarsko wskoczyłem do wody i pięknie płynąc żabką, byłem pierwszy na mecie z dość dużą przewagą. Porucznik dysponował stoperem przywiezionym z Włoch z wyposażenia armii generała Andersa i stwierdził, że przepłynąłem dystans w 2 minuty i 48 sekund. Ani pan profesor, ani ja, ani moi koledzy nie orientowali się, że był to, jak na owe czasy, rezultat lepszy od rekordu Polski. Dostałem kartę, poklepano mnie po ramionach i na tym by się skończyło, gdyby szkoła nie wysłała protokołu z zawodów do Wojewódzkiego Urzędu WF i PW w Katowicach. Nie ulega też wątpliwości, że ten fakt miał poważny wpływ na moje dalsze losy. W Katowicach bowiem znali się na pływaniu. Nie sądzę wprawdzie, aby ktoś zaraz złapał się tam za głowę w związku z odkryciem wspaniałego talentu pływackiego, wynik zapewne - i słusznie - uznano za pomyłkę, niemniej jako jedyny z Opola dostałem powołanie na obóz instruktorów pływania do Sierakowa z załączonym bezpłatnym biletem na przejazd II klasą PKP.
- Otóż przyjechał ten rekordzista z Opola! - powitał mnie w Sierakowie trener Zbigniew Papes. - Weź slipy, idź na basen, zaraz ci zmierzę czas.
Tym razem rekordu nie było, ale i obeszło się bez kompromitacji, bo gorszy prawie o minutę wynik 3:40 odpowiadał normom ówczesnej II klasy sportowej, więc mieściłem się, a nawet nie byłem najgorszy w grupie kursantów.
Po wojennych peregrynacjach, które ze Stanisławowa, przez Węgry, Kraków przywiodły mnie w końcu wraz z rodzicami do Opola, zachłannie, z wszystkimi szkolnymi kolegami uprawiałem wszelkie dostępne sporty. Kopaliśmy piłkę, graliśmy w ping-ponga, boksowaliśmy, braliśmy udział w biegach narodowych i marszach jesiennych. W tamtych czasach w szkole dbano o sport, a dobry stan poniemieckich obiektów umożliwiał czynne uprawianie czego dusza zapragnie. Było tylko jedno kino i jeden teatr, a sportowych możliwości dziesięć razy więcej. Z wielkim sportem zetknąłem się wszakże dopiero w Sierakowie. W Opolu była to zabawa, zawody na poziomie reprezentacji szkoły, a w Sierakowie twardy sportowy trening i wielkie wówczas gwiazdy polskiego sportu pływackiego. Obok kursu instruktorskiego odbywał się tam bowiem obóz kadry narodowej. Krytej żabki, i to na dwa pociągnięcia pod wodą, nauczył mnie Kazik Jankowski, w przyszłości świetny lekarz, a motylkiem nauczyłem się pływać, podpatrując rekordzistę Polski Ryszarda Cichońskiego. Na moje sukcesy w pływaniu było za późno, miałem dziewiętnaście lat i gdybym zaczął choćby sześć lat wcześniej, być może doszedłbym do większych sukcesów. Ba! Nie tylko mnie te lata zabrała wojna. Niemniej sport mocno mnie wtedy, właśnie w Sierakowie, wciągnął.
Wkrótce wszedłem na jeszcze wyższe piętro. Już na studiach dziennikarskich w Warszawie, w maju 1951 roku, też drogą przypadku, zauważyłem wywieszone na murach Uniwersytetu Warszawskiego ogłoszenie o egzaminach na tłumaczy Wyścigu Pokoju. Była to niebywała okazja i pognałem natychmiast do gmachu CRZZ (Centralna Rada Związków Zawodowych), tuż obok uniwerku. Przyszły oczywiście tłumy, ale ze znajomością węgierskiego byłem jeden jedyny. Reszta stanęła do eliminacji, a mnie nawet to ominęło, gdyż nie miał kto mnie z tego pogańskiego języka przepytać i uwierzono mi na słowo honoru. Zaraz potem sprawdziłem się w akcji i przejechałem polskie etapy z Warszawy do Wrocławia w wozie technicznym węgierskiej ekipy, u boku trenera oraz kierownika zespołu. Wyścigu prawie nie widziałem, bo moi Madziarzy jechali przeważnie w ogonie. Tylko jeden Tibor Vida raz czy drugi zabrał się z czołówką i wtedy asekurowaliśmy go, pędząc za peletonem. Był to pionierski okres kolarstwa, napatrzyłem się więc na rozpacz zawodników, którzy tak często łapali dętkę na jeszcze gorszych niż dziś drogach, że mechanicy nie nadążali z podawaniem im zapasowych, naprawionych kół, więc sami musieli zmieniać i pompować gumy. Stąd też na starcie każdy kolarz miał kilka zapasowych, zwiniętych w ósemkę i założonych na ramiona dętek. A przy ramie pompkę, która czasami służyła załatwianiu porachunków z przepychającymi się na siłę i potrącającymi innych rywali, w czym celował Czechosłowak Rużiczka. Znacznie ciekawsze niż walka na szosie były kulisy wyścigu, czyli nieustanne kłótnie na odprawach kierowników drużyn, a to o zajeżdżanie drogi przez zawodników, a to o kolejność wozów technicznych na starcie oraz o inne najrozmaitsze drobiazgi. W atmosferze nie było nic z nazwy wyścigu, do której natomiast szczodrze nawiązywano wieczorem podczas bankietów dla kierownictw poszczególnych ekip. Wszędzie towarzyszyłem z tytułu pełnienia obowiązków tłumacza, mając surowo przykazane, żebym broń Boże się nie upił i po zakończeniu przyjęć odprowadził na kwatery powierzonych mojej opiece gości. A ci nie wylewali za kołnierz i w przeciwieństwie do zawodników pod tym względem byli w czołówce wyścigu. Przemówienia i toasty, które tłumaczyłem, były budujące, a przyjaźń Węgrów, w przeciwieństwie do niektórych innych nacji, absolutnie szczera.
Po każdym etapie odbywała się najpierw wspólna kolacja, po której zawodnicy szli spać, a działacze i dziennikarze rozpoczynali bankiety. Odbywały się one codziennie, a największy, w Łodzi, zaszczycił swoją obecnością najważniejszy wówczas w polskim sporcie człowiek - pułkownik Apolinary Minecki. Prezencję miał znakomitą - wysoki, postawny, w garniturze z szarej flaneli, w jakich paradowali wówczas najwyżsi funkcjonariusze. Wszystko było w porządku, dopóki nie otworzył ust, bo nie tyle rosyjski akcent, ile raczej dosadność słów powalała na ziemię. Wprawdzie Minecki był tylko wiceprzewodniczącym Głównego Komitetu Kultury Fizycznej, ale jako oficer radzieckich służb specjalnych, skierowany do Polski, faktycznie rządził sportem. Organizatorzy wyścigu z Państwowego Przedsiębiorstwa Imprez Sportowych ostrzegli mnie z miejsca, żebym się przypadkiem towarzyszowi ministrowi nie naraził, bo wylecę jak z procy i kto im wtedy będzie Madziarów tłumaczył. Był to czas, kiedy z urzędów i klubów sportowych usuwano resztki przedwojennych działaczy i Minecki zasłynął ze swoich lakonicznych opinii na dokumentach w sprawach personalnych. Swój negatywny stosunek do danej osoby zwykł bowiem wyrażać jednym dopiskiem: wypizdit!
Minecki wygłosił kilka rubasznych toastów, tęgo popił i nazajutrz przespał etap z Łodzi do Katowic za czarnymi okularami w otwartym chevrolecie z numerem jeden, czyli w najważniejszym samochodzie wyścigu. Tyle go potem widziałem, ale docierały do mnie niesamowite opowieści, w które nie sposób było wprost uwierzyć. Pisać o tym nie było wolno, świadkowie wyczynów Mineckiego milczeli, a jego samego po igrzyskach olimpijskich w 1952 roku w Helsinkach ekspediowano ciupasem do Moskwy, znacznie wcześniej niż innych oficerów radzieckich. Po latach, kiedy już byłem dziennikarzem pełną gębą, natknąłem się nagle na wspaniałego kiedyś sportowca, który wykoleił się życiowo i stał się nieuleczalnym alkoholikiem. Był nim wielokrotny mistrz Polski w wadze półciężkiej w boksie Franciszek Szymura. Pisałem właśnie książkę o Feliksie Stammie Została legenda i postanowiłem poświęcić rozdział właśnie temu pięściarzowi, który pochodził z Poznania i był mocno związany ze Stammem. Wtedy dowiedziałem się, że Szymura, na swoje nieszczęście, został osobistym kierowcą Mineckiego. Szymura był dziwakiem, absolutnym abstynentem, "starym kawalerem". Po wojnie boksował w warszawskiej Gwardii, w milicyjnym klubie, więc wymyślono, aby jako pewnego człowieka i w dodatku nieznoszącego alkoholu przydzielić go do Mineckiego. I oto nagle Szymura się rozpił. Krążyła legenda, że było to dziełem innego boksera, genialnego Antoniego Kolczyńskiego, który przed wojną zmiatał rywali z ringu, ale w czasie okupacji się rozpił. A potem wciągnął w nałóg Szymurę, bo boksowali w jednym klubie. Otóż nie. Szymurę rozpił Minecki! To on zmusił go do wypicia pierwszego kieliszka. Szymura, osobisty kierowca i ochroniarz Mineckiego, opowiedział mi o wyczynach swego szefa w Helsinkach. To, że w stolicy Finlandii po pijanemu wyrwał kierownicę z rąk Szymury i rozbił samochód, było niczym, bo jako szefa ekipy olimpijskiej chronił go dyplomatyczny immunitet. Uparł się jednak Minecki na jedną z gwiazd naszej gimnastyki, mistrzynię świata sprzed roku, i zaczął ją najpierw nachodzić, a potem jej dokuczać. Całkowicie zdekoncentrowana mistrzyni zajęła kompromitująco dalekie miejsca. W drodze powrotnej, na statku, świętując zwycięstwa polskich bokserów na ringu w Helsinkach, Minecki zdołał dokonać tego, czego nie osiągnęli ich przeciwnicy, i doprowadził Aleksego Antkiewicza oraz Zygmunta Chychłę do stanu głębokiej zapaści. Tego drugiego, zdobywcę jedynego złotego medalu dla polskiej ekipy, musieli wręcz ratować lekarze, gdyż był uczulony na alkohol i po libacji omal się nie udławił w kajucie. Wiele krzywdy i podłości wyrządził Minecki ludziom, ale jako że miał szeroką, słowiańską duszę, dla niektórych okazał się również łaskawy. Opowiadała mi medalistka w rzucie oszczepem na igrzyskach w Berlinie - wspaniała postać polskiego sportu - Maria Kwaśniewska-Maleszewska, że Minecki poparł swego czasu, ochronił przed represjami i dał pracę jej mężowi, znakomitemu koszykarzowi, a potem trenerowi, Władysławowi Maleszewskiemu, który jako AK-owiec z Wilna ukrywał się po przyjeździe do Warszawy i nie mógł znaleźć dla siebie miejsca.
W taki oto sposób ze swoimi niespełnionymi ambicjami sportowymi oraz przemożnymi chęciami zajrzenia za wielkie kulisy coraz bardziej zacząłem się skłaniać w stronę właśnie tej dziedziny. Na wydziale dziennikarskim UW kończyłem wprawdzie specjalizację kulturalną, wysoce atrakcyjną dzięki barwnym wykładom Aleksandra Jackiewicza, Romana Karsta i Ryszarda Matuszewskiego, pociągała mnie też problematyka międzynarodowa, ale po otrzymaniu dyplomu ukończenia studiów musiałem pożegnać się z myślą o dziennikarstwie. Była to pierwsza linia frontu ideologicznego, w której nie znaleziono dla mnie miejsca, co uświadomił mi dziekan wydziału, powszechnie uważany za wstrętną postać, Jakub Litwin, wręczając skierowanie do pracy w nowo powstającym wydawnictwie książkowym Iskry. Trochę jeszcze pływałem w AZS-ie, a potem w Legii, zacząłem działać społecznie w pływaniu, aż do 1956 roku, kiedy otworzyły się możliwości podjęcia pracy jako dziennikarz. Najpierw wylądowałem na dwa miesiące w redakcji "Przeglądu Sportowego", a potem znalazłem się w wydawnictwie miesięczników sportowych, gdzie poznałem swego pierwszego mistrza, wspaniałego człowieka, redaktora Aleksandra Rekszę. Był to legendarny, przedwojenny dziennikarz sportowy, autor głośnej powieści Wielka gra, a po wojnie komentator radiowy i kierownik redakcji sportowej Polskiego Radia. Wybitny znawca boksu, którym się wtedy pasjonowałem. Reksza został usunięty na boczny tor po mistrzostwach Europy w boksie w 1953 roku w Warszawie, kiedy to, zgodnie z tym, co się działo na ringu, uznał zdobycie pięciu złotych medali przez polskich pięściarzy za większy sukces niż dwa tytuły mistrzowskie radzieckich bokserów. Nie taił też radości na antenie, gdy nasi - Henryk Kukier, Zenon Stefaniuk, Józef Kruża, Aleksy Antkiewicz, Leszek Drogosz, Zbyszek Pietrzykowski, Tadeusz Grzelak i Bogdan Węgrzyniak - szli od zwycięstwa do zwycięstwa i eliminowali reprezentantów ZSRR. Tylko dwa razy udało mi się dostać bilety do odbudowanej na tę okoliczność Hali Mirowskiej. Nie opuściłem jednak ani jednego spektaklu. Codziennie, w oblegającym halę tłumie, słuchałem relacji radiowych - o telewizji wtedy jeszcze nikomu nawet się nie śniło - rozmów z naszymi bokserami i znakomitych komentarzy Rekszy. Razem wiwatowaliśmy w dniu finałów, razem nosiliśmy na ramionach Feliksa Stamma wokół Hali Mirowskiej. Te mistrzostwa po wielu latach braku sportowych sukcesów były powodem do wielkiej radości i dumy, właśnie dzięki zwycięstwom naszych bokserów nad radzieckimi. Reksza i jego sprawozdawcy radiowi nie robili nic innego, jak tylko wiernie relacjonowali to, co działo się na ringu. Uznano to wszakże za odchylenie narodowe i wyrzucono Rekszę z radia. Zupełnie inaczej - słusznie! - oceniała mistrzostwa prasa i nigdy nie zapomnę głównego tytułu, jakim "Przegląd Sportowy" opatrzył sprawozdanie z finałów. Ogromne litery wieściły: "Jengibarian i Soczikas Mistrzami Europy!". I dopiero pod spodem małymi literami: "Polscy bokserzy zdobyli 5 złotych medali!".
Redaktor Reksza długo nie mógł znaleźć pracy, aż wreszcie w 1956 roku, kiedy postanowiono wydawać miesięczniki sportowe, powierzono mu - i to z oporami - współredagowanie pisma "Ring wolny!". Znów zaczął publikować swoje komentarze i miał na łamach pisma stałą rubrykę o boksie zawodowym, co było absolutnym ewenementem. Do tego momentu bowiem na łamach polskiej prasy na amerykańskim boksie profesjonalnym wieszano psy, traktując tę dziedzinę jako pełną zarazę. Reksza pisał natomiast o wielkich postaciach ringu, Jacku Dempseyu, Joem Lousie czy Rockym Marciano, jako godnych naśladowania mistrzach. W 1958 roku Reksza został redaktorem naczelnym miesięcznika i zmienił tytuł na "Boks". Współpracowałem z tym pismem długie lata. W taki oto sposób splotły się moje losy u progu dziennikarstwa z człowiekiem wielkiej klasy i rzetelności. Obdarzonym w dodatku poczuciem humoru, serdecznym. Redagowanie miesięczników było dobrą szkołą, ale przecież nie wymarzonym sportowym dziennikarstwem. Przyszło mi na to jeszcze trochę poczekać, aż jesienią 1957 roku zrobiło się wolne miejsce w dziale sportowym "Sztandaru Młodych".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki