ROZDZIAŁ PIERWSZYŚWIĘTO ZMARŁYCH
Siostra zawsze mówiła Lily, że wracają z wojny do bezpiecznego fortu. Czasem w tej retoryce miejsce wojny zajmowało piekło, a fort zmieniał się w azyl. W rzeczywistości dziewczynki wracały codziennie ze szkoły do domu, jak wszystkie inne dzieci. Lily nie przepadała za większością przedmiotów. Zdawała sobie sprawę, że wiele z tego, czego się uczą, szybko zapomną – a część i tak nigdy im się nie przyda. Mimo to lubiła szkołę, choćby dlatego, że mogła spotykać się z koleżankami. Dlaczego miałaby jej nie lubić? Jej starsza siostra teoretycznie też miała jakieś koleżanki. Teoretycznie, bo jak sama mówiła, nawet w więzieniu trzeba mieć jakichś sojuszników wśród współwięźniów.
W czasie przerw starała się trzymać z siostrą. Ze względu na różnicę wieku dziewczynki chodziły do różnych klas i siłą rzeczy nie miały wspólnych koleżanek, ale nie był to duży problem. Lily miała znajomych zarówno wśród rówieśników, jak i starszaków, a poza tym kochała siostrę. Czasem brała ją pod swoje skrzydła i zapraszała do wspólnego spędzania czasu z innymi dzieciakami. To było dziwne – tak jakby opiekować się starszą siostrą. Zwłaszcza że ta i tak zawsze trzymała się z tyłu, choć czasem podejmowała ostrożne próby udawania, że pasuje do innych dzieci. To jednak działało tylko na krótką metę... Zawsze było widać, że odstawała od reszty, że coś jest z nią nie tak, że jest obcym elementem. A potem, już w domu, Lily słyszała, jak siostra mówiła rodzicom, że dzieciaki zachowują się jak dzikie zwierzęta, jakby miały cztery lata, że nie może znieść ich krzyków...
Rodzice – Annabell i Carlos Almaraz – mieli nadzieję, że coś się zmieni po przeprowadzce. Pragnęli szczęścia dla obu córek. Zdaniem Lily to było naiwne. Sama przeprowadzka była dobrym pomysłem. Teraz mieli salon, ojciec miał swój mały gabinet, a dziewczynkom podobały się nowe pokoje. Wiele rzeczy zmieniło się na lepsze, ale nie można było oczekiwać, że coś się zmieni w przypadku starszej córki. Gdziekolwiek by nie poszli, ona i tak pozostałaby sobą. I w tym tkwił problem. Lily to rozumiała. Tak już musiało być.
Lily szła korytarzem z dwoma koleżankami, gdy zauważyła siostrę – ta akurat wychodziła z przebieralni w towarzystwie znajomych dziewcząt z klasy, z czego jedna była na nią wyraźnie zła. Lily ją rozpoznała. Tak się składało, że znała imiona większości uczniów w podobnym wieku, więc wiedziała, że to była Helen. Lily spojrzała na siostrę. Ta unikała długotrwałego kontaktu wzrokowego z rozmówczynią. Była podenerwowana.
– Idzie twoja siostra – rzuciła do Lily jedna z towarzyszących jej dziewcząt.
– Pójdę do niej – odpowiedziała jej.
– Dobra.
– Zobaczymy się później.
Skierowała się w stronę siostry. Gdy była blisko, usłyszała urywek wypowiadanego przez nią zdania:
– ...denerwuje mnie, kiedy tak mówisz.
– Musisz odbić piłkę za wszelką cenę, rozumiesz?! Choćby głową! – Helen już nie mówiła, ona krzyczała.
Jej rozmówczyni zacisnęła zęby. Zarumieniła się, ale wciąż nad sobą panowała.
– Coral! – zawołała Lily, po czym skinieniem przywołała siostrę.
Spojrzała w jej stronę, wreszcie ją dostrzegając. Natychmiast skorzystała z okazji, by uwolnić się od Helen, i szybko podeszła do Lily. Obie dziewczynki ruszyły korytarzem ramię w ramię. To było całkowicie naturalne – nikogo nie dziwiło, że siostry zostawiły rówieśniczki, żeby iść razem. Coral nie przyciągała niepożądanej uwagi.
– Masz problem z Helen? – zapytała Lily. Inne dzieci zazwyczaj ignorowały Coral i raczej nic do niej nie miały. Helen była twarda, ale też nie była typem dręczycielki.
– Nie. Po prostu mnie nie znosi, bo nie umiem dobrze grać w siatkówkę na WF-ie.
To miało sens.
– Nie możesz bać się piłki. Musisz do niej biec.
– Widziałaś, jakie ostatnio miałam od niej siniaki na nadgarstkach?
– To dlatego, że nieprawidłowo ją odbijasz.
– A o co, twoim zdaniem, ma do mnie pretensje Helen?
– Przecież nie musi cię wybierać do swojej drużyny.
– Musiała. Byłam już ostatnia, a to była jej kolej wyboru.
Lily przez chwilę milczała.
– Chcesz poćwiczyć po lekcjach?
– Nie chcę. W ogóle nie chcę grać w tę głupią grę. Chcę, żeby wszyscy zostawili mnie w świętym spokoju. Czy ja tak wiele wymagam? – Coral się rozkręcała.
– Ile masz jeszcze lekcji? – Lily przezornie przerwała siostrze.
– Dwie. A ty?
– Jedną.
– Świetnie, nie będziemy mogły nawet wracać razem – podsumowała Coral.
– Podobno twoja klasa też wybiera się za miesiąc na wycieczkę na trzy dni. Jedziesz?
– Nie przepadam za kilkudniowymi wycieczkami. I co to za pomysł, żeby organizować wycieczkę o tej porze roku? – zapytała Coral, jakby nigdy w życiu nie słyszała o czymś równie niedorzecznym. – To już wolę te nieszczęsne lekcje.
***
Lily zeszła do salonu, który również służył jako jadalnia, gdzie – według zapewnień matki – rodzina wkrótce miała zjeść razem kolację. Znajdująca się już w pomieszczeniu Coral oglądała jakiś film w oczekiwaniu na obiecany posiłek. Lily zerknęła na ekran. Widziały to już kiedyś z mamą – było to nagranie z musicalu Wicked. Leciało właśnie pożegnanie Glindy i Elfaby. Lily zauważyła, że oczy pogrążonej zwykle w marazmie siostry niebezpiecznie się szklą. Może jednak po przeprowadzce Coral uświadomiła sobie, że coś straciła, opuszczając dawną szkołę? Zawsze trudniej się aklimatyzowała niż młodsza siostra, a przecież przed przeprowadzką miała jakieś koleżanki, z którymi się trzymała.
– Czy jest ci smutno, bo tęsknisz za znajomymi z twojej starej klasy? – zapytała Lily.
– Jest mi smutno, bo nie mam za kim tęsknić – odpowiedziała Coral, nie odrywając wzroku od ekranu. – I jeszcze dlatego, że żal mi Elfaby i Glindy – dodała po chwili namysłu.
Lily nie po raz pierwszy pomyślała, że siostra jest dla niej wieczną, niezrozumiałą zagadką. W tym momencie rodzice przynieśli kolację.
– Możesz oglądać, kochanie – powiedziała Annabell, gdy dostrzegła, że pierworodna chwyciła pilot do telewizora.
Coral usiadła przy stole obok Lily, ale ulokowała się tak, aby widzieć telewizor.
Podczas posiłku młodsza córka opowiedziała o tym, co działo się w szkole. Carlos wspomniał o nowym kontrakcie w wydawnictwie. Annabell oznajmiła mężowi, że dziewczynki będą potrzebowały kilku grubszych ubrań, mimo iż jesień jak na razie jest ciepła. Coral – po skończeniu się filmu – błądziła gdzieś nieobecnym wzrokiem, pogrążona jak zwykle w swoich myślach.
– Pomyśleliśmy z mamą, że w tym roku pojedziemy do mnie na Dzień Zmarłych – oznajmił Carlos, gdy wszystkie bieżące sprawy zostały już omówione.
To oświadczenie przykuło uwagę obu dziewczynek. Nawet Coral błyskawicznie weszła w stan najwyższej czujności.
– Do Hiszpanii? – upewniła się.
– Tak – potwierdziła Annabell. – Dawno nie byliśmy u waszego dziadka.
– Fajnie! – ożywiła się Lily. Podobało jej się w Barcelonie, gdzie mieszkała rodzina ze strony Carlosa.
– Dopiero co się przeprowadziliśmy. Znowu musimy gdzieś jechać? – zaoponowała Coral. – I czy w ogóle nas na to stać? I jak my to zorganizujemy, żeby nie opuścić szkoły? Znowu będziemy miały zaległości... Dopiero co jakoś ogarnęłyśmy temat.
– Co to ma do rzeczy, że niedawno się przeprowadziliśmy? – zapytała Lily, która chciała poznać odpowiedź akurat na to, resztę zignorowała.
– Chodzi o to, że przydałoby się trochę spokoju.
– Mój ojciec i brat nas zapraszają – wyjaśnił Carlos. – Oni fundują przelot dla was dwóch.
– To z okazji Dnia Zmarłych? – zapytała Coral. – Jeśli chcecie w tym roku odwiedzić groby w Barcelonie, możecie lecieć sami. Albo z Lily, jeśli chce – dorzuciła szybko, najwyraźniej gotowa bronić interesu siostry.
Carlos był Hiszpanem, a Annabell Francuzką, więc siłą rzeczy w Dniu Zmarłych rodzina zwykle nie szła na cmentarz. Trudno byłoby im odwiedzić groby w Paryżu i Barcelonie. Co roku ograniczali się do nabożeństwa w kościele i mieszanki tradycji. Składały się na nią głównie obyczaje związane z hiszpańskim el Día de Todos los Santos oraz amerykańskim Halloween, ponieważ francuskie la Toussaint, zdaniem Annabell, nie było obchodzone zbyt podniośle.
Zwykle trzydziestego pierwszego października dziewczynki przebierały się w jakieś stroje i wczesnym wieczorem przechodziły się po okolicznych domach. Znaczy – Lily szła z przyjaciółmi, a Coral czasem do nich dołączała, ale zwykle i tak wracała wcześniej i już w domu przyjmowała z rodzicami dzieci zbierające słodycze. Carlos i Annabell zaopatrywali się w tradycyjne hiszpańskie słodycze powiązane ze Świętem Zmarłych, takie jak marcepanowe kości świętych czy chleb zmarłych. Wyjmowali zdjęcia swoich bliskich zmarłych, coś o nich opowiadali dziewczynkom, a potem zwykle całą rodziną oglądali jakiś film nawiązujący do Halloween.
Można było przewidzieć, że Coral nie będzie zachwycona tak diametralną zmianą ich obyczajów.
– Nie zostawimy cię samej, kochanie – obiecała Annabell. – Nie, kiedy my będziemy na innym kontynencie. Nie opuścicie za wiele dni w szkole. Poza tym, usprawiedliwimy was.
– Znowu będziemy mieć zaległości. Myślicie, że to przyjemne tak ciągle żebrać o pożyczenie zeszytów?
– Za bardzo się tym przejmujesz – pocieszała siostrę Lily.
– Przecież możemy tam pojechać w czasie wakacji – argumentowała Coral. – Wy możecie wrócić do pracy po przerwie i robić to, co zwykle. My w szkole będziemy się już zajmować zupełnie czymś innym.
– Pomożemy wam – zapewniła Annabell.
Jej uspokajający ton i łagodne spojrzenie niebieskich oczu zapobiegło rozegraniu się dramatu. Lily z zadowoleniem stwierdziła, że wszelkie niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Od Annabell biło ciepło i aura bezpieczeństwa, może dlatego tylko ona potrafiła uspokoić Coral. Przynajmniej na krótką metę...
– Będą z tego kłopoty – stwierdziła jeszcze tylko Coral na zakończenie swojego wkładu w dyskusję. Następnie wycofała się gdzieś w głąb siebie.
Carlos i Annabell wymienili spojrzenia, zanim zaczęli wykładać wstępny plan działania. Nie musieli nic na ten temat mówić, ale oboje martwili się o starszą córkę i mieli nadzieję, że wizyta w Barcelonie trochę ją rozweseli.
***
Potwór wypełzł z lustra pod postacią cienia. Była noc i w pokoju było ciemno, więc nawet gdyby znajdujący się tam ludzie nie spali, to i tak mogliby nie dostrzec zagrożenia. Cień szybko przesunął się w po podłodze i już w swojej cielesnej postaci stanął nad łóżkiem.
Leroy przez chwilę przypatrywał się śpiącej parze swoimi żółto-pomarańczowymi ślepiami. To koszmary mężczyzny go przywabiły. W snach kobiety też przewijały się lęki i obawy, ale te nie były dostatecznie interesujące. Strach, że nie jest dość dobra w nowej pracy, umiarkowane zmartwienia dotyczące oddziaływania czasu na jej urodę... Nic specjalnego. Mężczyzna był atrakcyjniejszą ofiarą. Należało tylko przypilnować, żeby nie obudzić jego partnerki, ale z tym nigdy nie było problemów. Bestie takie jak Leroy zawsze poruszały się bezszelestne, jeśli zaszła taka potrzeba. Na wszelki wypadek potwór pochylił się nad nią i wyssał trochę jej koszmarów i wyolbrzymionych obaw. Jej sen stał się spokojniejszy. Nie powinna się obudzić.
Leroy znów skierował swoją uwagę na mężczyznę. Jego koszmary były ciekawsze. Do zwykłego strachu, że żona w jakiś sposób dowie się o jego zdradach, dochodziło coś jeszcze. Katusze, jakie przeżywał, myśląc o tym, czego się dowiedział jakiś czas temu. Coś, czego wolałby nie wiedzieć i czego nigdy nie brał pod uwagę. Chodziło o jego sporo młodszą kochankę, która nie tylko była znacznie atrakcyjniejsza od jego żony, ale w której naprawdę się zakochał – była jego bratnią duszą, dawała mu bliskość i zrozumienie, których to już od dawna nie dawała mu żona. Kochanka, w przeciwieństwie do jego współmałżonki, lubiła seks i powieści kryminalne – tak jak on. Tylko że... była jego córką. Jako młody chłopak oddał swoją spermę do banku nasienia. Potrzebował dorobić. Skąd mógł wiedzieć, że tak to się skończy? I co miał teraz zrobić? Leroy czuł strach, rozpacz i wszystkie inne uczucia miotające tym człowiekiem, kiedy tej nocy pożerał jego koszmary. Karmił się nimi, ale ich właścicielowi nie przynosiło to ulgi. Leroy nie chciał go uspokoić, jak to zrobił z kobietą. Przeciwnie. Rano ów człowiek – któremu zdawało się, że jednak po przerażającym odkryciu jakimś cudem uda mu się pozbierać i pogodzić z samym sobą – znowu wszystko poczuje i to równie intensywnie jak wcześniej. Wszelkie myśli i emocje do niego wrócą. Nie uda mu się wyprzeć tego czy wmówić sobie, że to wszystko nieprawda.
Kiedy potwór się nasycił, przez chwilę wodził ciemnymi szponami po klatce piersiowej mężczyzny, zastanawiając się, czy jednak go nie zabić. Mógłby to zrobić. W całym domu nie wyczuwał żadnych świętych przedmiotów strzegących mieszkańców. Mężczyzna i kobieta nie posiadali żadnych mocy, którymi mogli go powstrzymać. Ale przede wszystkim – śmierć takiego pokręconego, sponiewieranego człowieka niekoniecznie wywołałaby reakcję władcy. Król strzegł ludzi przed potworami, ale miał też inne sprawy i obowiązki – ważniejsze od tej nieszczęsnej kreatury. Mimo wszystko Leroy porzucił ten pomysł. Śmierć tego człowieka była niepotrzebna. Jeśli już miał balansować na krawędzi, to z jakiegoś powodu. Poza tym zabawniej będzie, jeśli pozwoli się temu mężczyźnie żyć – niech dalej się męczy. Może za jakiś czas Leroy znowu go odwiedzi i sprawdzi, czy mężczyzna zdołał jakoś przerwać impas i jak sobie radzi z koszmarami.
Leroy znowu przybrał postać cienia i wślizgnął się do lustra. Chwilę potem wyszedł z innego w łazience w zupełnie innym kraju. Tu też panowała noc, choć godzina była inna. Zbliżał się poranek. Cień błyskawicznie pomknął na sufit, po czym z zawrotną prędkością przemknął przez pozostałe pomieszczenia, usiłując zlokalizować swój następny cel. Czuł jego obecność – wiedział, że znajduje się w tym mieszkaniu. W końcu go odnalazł i przyczaił się na suficie, bezpośrednio nad nim.
To też był mężczyzna, ale ten nie miewał złych snów, dlatego trudniej było go odnaleźć wśród ponad ośmiu miliardów dusz. Zdaniem Leroya brak koszmarów, ukrytych lęków czy jakichkolwiek głębokich traum był dziwny – zwłaszcza u kogoś takiego. To był handlarz ludźmi. A przecież nigdy nie śnili mu się, że niewolnicy rozrywający go na strzępy w szalonej zemście. Ani nawet że to jego ktoś sprzedaje. Ludzie są dziwni.
Istotne jednak było to, że po pierwsze, jego śmierć nie zmartwi króla, a po drugie, że przyda się Leroyowi. Leroy nie był kimś, kto wymierzał sprawiedliwość. Od tego ludzie mieli policję i sądy. Ten człowiek – z sobie tylko znanych powodów – zainteresował się nadnaturalnymi zjawiskami. Ćwiczył tak długo, aż rozwinął w sobie moc – i to na tyle dużą, że udało mu się przejść do świata potworów i spotkać różne kreatury. Zabił parę pomniejszych bestii, a przy kolejnej wizycie zabrał ze sobą kilku przyjaciół. Chcieli złapać jakiegoś potwora i sprzedać go na czarnym rynku... i jakimś cudem im się to udało. Potwór, choć ranny i osłabiony, potem zabił swoich nabywców i uciekł, ale później i tak zginął od odniesionych ran. Oczywiście po tym incydencje król zamknął przejście do swojego świata, ale tego człowieka lepiej było zabić.
Do Leroya przyłączył się drugi cień – na wszelki wypadek lepiej było działać w parach. Co prawda ten człowiek umiał walczyć, ale Leroy się go nie bał, a jego towarzysz miał głównie obserwować, czy w międzyczasie nie pojawi się ktoś trzeci.
Leroy zwinnie zeskoczył z sufitu i stanął nad mężczyzną. Miał ochotę go obudzić i się z nim zabawić. Czasem tak robił... ale może nie tym razem. Było wciąż ciemno, bo o tej porze roku słońce późno wschodziło – niektórzy ludzie już powoli wstawali. Lepiej było załatwić tę sprawę szybko. Leroy bardzo delikatnie, niemal pieszczotliwym ruchem, przekręcił człowieka nieco bardziej na wznak, po czym szybko i bez zawahania podciął mu gardło pazurem. To go obudziło. Potwór patrzył z satysfakcją, jak mężczyzna wybałuszył oczy, kiedy wykrwawiał się na śmierć.
Leroy znów zmienił się w cień i wraz ze swoim towarzyszem zniknął w lustrze. Na razie dość zabijania. Zbliżało się Święto Zmarłych i należało je uczcić wraz z innymi. A skoro on i jego horda mieli się pojawić przed królem, to wypadało zachować względną neutralność.
***
Carlos skończył wnosić walizki do domu. Był w dobrym humorze. Cieszył się, że zobaczy ojca i starszego brata Victora, a nawet z tego że wspólnie odwiedzą grób jego matki – Carmen.
Podróż upłynęła im bez większych problemów. Lily bała się momentu, w którym samolot startował, dlatego Carlos i Annabell musieli trzymać ją za ręce, siedząc po obu jej stronach, potem było już dobrze. Annabell przespała większość podróży, a Coral czytała książkę. Starsza córka wciąż była trochę obrażona – według niej z powodu kłopotów, na jakie narażają ją rodzice – ale ostatecznie ograniczyła się do tego, co było im znane, czyli do zamknięcia się w sobie.
Z lotniska przywiózł ich Victor. Kiedy dotarli na miejsce, nastąpiło przywitanie z seniorem rodu, a potem zaczęli się rozpakowywać. Gdy już się z tym uporali, cała rodzina zebrała się razem przy stole, aby coś zjeść i wygadać się po długiej rozłące.
Carlos ożenił się z Annabell we Francji, a żona przyjęła po ślubie jego nazwisko1. Na kilka lat zamieszkali w Paryżu, gdzie przyszło na świat ich pierwsze dziecko. Później przenieśli się do Chicago, przez co Carlos rzadko widywał swoją hiszpańską rodzinę. Teraz opowiadał bratu i ojcu, jak idzie mu w wydawnictwie, jednocześnie z ukontentowaniem obserwując resztę rodziny.
– Nie mogę narzekać – powiedział Carlos, uśmiechając się do brata. – Mówi się, że ludzie nie mają czasu czytać książek, ale przynajmniej tam, gdzie teraz mieszkamy, wiele osób chętnie sięga po niezbyt długie kryminały i powieści detektywistyczne. I sensacyjne. Na takie książki, ten moment, jest zapotrzebowanie. Spokojnie wychodzimy na swoje.
– Bardzo się cieszę – powiedział ojciec. – A z tym twoim wspólnikiem dobrze ci się współpracuje?
– Tak, Felix jest w porządku. Nie narzuca się, mimo że ma większość udziałów.
– Świetnie – stwierdził Victor. – Jesteśmy z ciebie bardzo dumni.
– Tak naprawdę to trochę kwestia szczęścia. Chociaż z Felixem bardzo się do tego przygotowywaliśmy, to liczyłem się z tym, że może się nie udać. Na to też byłem przygotowany.
– Ale najważniejsze, że wam się udało – pochwalił Victor.
– Jedyne, czego teraz może trochę żałuję, to, że nazwaliśmy wydawnictwo naszymi nazwiskami.
– A co w tym złego? – zapytał ojciec.
– Znaleźliśmy na rynku pewną niszę, ale była ona częściowo okupowana przez dwa inne wydawnictwa. Mieliśmy trochę szczęścia, bo odkryliśmy dwóch bardzo dobrych pisarzy. A ponieważ oferujemy dość korzystne warunki nowym autorom, wzbudza to pewną zawiść. Z kolei moje hiszpańskie nazwisko... czasem zdarzały się anonimowe pogróżki.
– Pogróżki? – zaniepokoił się Victor. Zawsze troszczył się o młodszego brata.
– Nic szczególnie agresywnego – stwierdził Carlos. – Telefony albo liściki typu: ,,Weźcie się za hiszpańskich pisarzy" czy ,,Wracajcie do Meksyku". Bo większość ludzi w USA kojarzy wszystko, co hiszpańskie, z Meksykiem. Czasem na jakichś pisarskich forach pojawiały się dziwne komentarze na nasz temat. Że niby niepatriotycznie jest wysyłać teksty do obcokrajowców, albo że będziemy dyskryminować rodowitych Amerykanów. Co, pomijając już rasizm, jest śmieszne, ponieważ Felix jest Amerykanem chyba jeszcze od czasów brytyjskiej kolonizacji. A to jego nazwisko widnieje jako pierwsze. Do mojego doczepili się na upartego.
Nadanie wydawnictwu nazwy ,,Price & Almaraz" było pomysłem wspólnika Carlosa. Jak na ironię, argumentował, że zestawienie popularnego angielskiego nazwiska z zagranicznym przyciągnie uwagę i zadziała na ich korzyść. Faktycznie, przyciągnęło, ale nie tych, co trzeba.
– A myśleliście o zmianie nazwy? – zapytał ojciec.
– Teraz? Jak już ta stara się przyjęła i utrwaliła? – zaoponował Carlos.
– Właśnie, już wyrobili sobie markę – poparł go Victor, po czym zaczął opowiadać o swojej pracy.
Annabell rozmawiała ze szwagierką. Dobrze się dogadywały. Zresztą jego żona potrafiła porozumieć się niemal z każdym i łatwo odnajdywała wspólny język. Należała do tych ciepłych, pogodnych osób, które większość ludzi lubiła. Opromieniała świat łagodnym uśmiechem.
Lily z ożywieniem rozmawiała z kuzynką Eulalią o nowo odkrytych piosenkarkach, które obie lubiły. Bezwiednie bawiła się platynowym kucykiem. Jej piękne jasnobłękitne oczy błyszczały z podekscytowania – były jaśniejsze od oczu jej matki. Patrząc na nią, Carlos pomyślał o tym, jak bardzo ją kocha. Zawsze była pełna życia i lubiana przez inne dzieci, chodziła na lekcje gry na wiolonczeli, lubiła podróżować. Napawał się dumą.
Ojciec skierował wzrok na swą starszą latorośl. Coral jak zwykle była wycofana. Siedziała spokojnie obok matki, starała się trzymać blisko niej. Starsza córka była wyłączona z rozmowy ze swoją siostrą i kuzynką – te dwie łączyła jakaś nić porozumienia, z której ona była wykluczona. Prawdopodobnie nawet nie kojarzyła osób, o których te rozmawiały. Widać było, że Coral jest zmęczona po podróży i nie ma na nic ochoty. Ewentualnie na powrót do przerwanej lektury Atramentowego serca. Carlosowi trudno było ocenić, czy obserwuje i ocenia towarzystwo, czy też błądzi myślami po jakichś nieznanych krainach. Z jej – nietypowych jak na blondynkę – ciemnobrązowych oczu nie dało się nic wyczytać. Te oczy i ich ciemną oprawę odziedziczyła po jego rodzinie, ale mimo wszystko odstawała jakoś od całego towarzystwa... Była nawet ubrana inaczej niż wszyscy – jak zwykle wystrojona, choć bez specjalnej ku temu okazji – pozostali członkowie rodziny zdecydowali się na swobodne ubrania. Lily, mimo swej zjawiskowej, jasnej urody, pasowała tu dużo bardziej. Zresztą Lily zawsze zdawała się pasować wszędzie.
Carlos odwrócił wzrok od starszej córki. Ponad stołem napotkał spojrzenie Annabell. Żona posłała mu smutny, ale pokrzepiający uśmiech. Ich starsze dziecko pozostawało przygnębione i wiecznie zmartwione, pogrążone w apatii. Coś było z nią nie tak, chociaż trudno było określić, co dokładnie. Carlos pamiętał, że jeszcze kilka lat temu wszystko wyglądało inaczej. Obie jego córki były roześmiane, radosne. A potem coś się zmieniło. Zbyt wcześnie, żeby można było to zrzucić na karb dojrzewania.
– Jaki jest plan na jutro? – Carlos skierował pytanie do brata i szwagierki. – Idziemy zobaczyć Casta?adę?
– Tak, a potem przejdziemy się na cmentarz – odpowiedział jego brat.
– Festiwal organizują prawie przy nim – dodał ojciec. – Będzie po drodze i w ten sposób dziewczynki będą mogły sobie popatrzeć na dekoracje czy kupić jakieś słodycze.
– Nigdy nie widziałam Casta?ady – odezwała się Annabell. – Jak to właściwie wygląda?
– U nas to po prostu coś w rodzaju festiwalu organizowanego na ulicy. Ludzie są poprzebierani – zaczął wyjaśniać jej teść.
– Jest dużo stoisk ze słodyczami i pieczonymi kasztanami – dorzuciła bratanica Carlosa.
– I mnóstwo rozpalonych ognisk – dopowiedziała Alma.
Tym razem zarówno Lily, jak i Coral wydawały się uważnie słuchać. Może to będzie właśnie to coś – pomyślał Carlos. To coś, czego potrzeba, żeby ożywić Coral. I na pewno sprawi to przyjemność Lily.
Następnego dnia wszyscy razem przemierzali ozdobioną ulicę, podziwiając dekoracje. Lily robiła dużo zdjęć, ku zadowoleniu siostry, która została zwolniona z tego obowiązku. Dziewczynki były poprzebierane w upiorne stroje. Aby się wzajemnie nie blokować i zapewnić dzieciom jak najwięcej swobody, rodzina szybko podzieliła się na mniejsze grupy. Victor i Alma pilnowali Lily i Eulalii. Annabell towarzyszyła teściowi, a Carlos czuwał nad Coral. Ta obdarzyła siostrę i kuzynkę melancholijnym spojrzeniem, ale w końcu zajęła się oglądaniem ulicznych atrakcji. Nie było ich jeszcze zbyt wiele – wyszli z domu wcześnie, aby najpierw odwiedzić grób Carmen.
W końcu rodzina dotarła na cmentarz.
– Odwiedzimy mamę, a potem jeszcze pospacerujemy z dziewczynkami – stwierdził Victor. – Jutro odwiedzimy pozostałe groby.
Pomysł wydawał się sensowny. Carmen była jedyną zmarłą z ich rodziny, którą znała Annabell i o której coś wiedziały dziewczynki. Pozostali zmarli to dalsi krewni, znani głównie z opowieści.
– Ojej, jakie to dziwne – powiedziała Lily, wskazując na wielopiętrowe wnęki z prochami. – To wygląda zupełnie inaczej niż u nas.
– W USA mamy nagrobki wmurowane w ziemię – opowiadała Annabell, zwracając się do hiszpańskich członków rodziny.
– To tutaj. – Carlos wskazał córkom wnękę znajdującą się tuż poniżej poziomu jego wzroku.
– Możemy pooglądać cmentarz? – zapytała Lily, gdy dorośli zajęli się wkładaniem sztucznych kwiatów do wazoników.
– Może to dobry pomysł. – Dziadek ochoczo poparł najmłodszą wnuczkę. – Hiszpańskie cmentarze są bardzo piękne. Dzieci popatrzą sobie na inną kulturę, poznają swoje korzenie.
– To może się rozdzielimy? – zaproponowała Alma. – My się jeszcze pokręcimy po ulicy.
– Macie wszyscy telefony? – upewnił się przezornie Victor.
Wszyscy przytaknęli.
– Nie zgubimy się – dodał jeszcze Carlos. – Jest jeszcze wcześnie, a ja pamiętam tę okolicę.
Lily zaczęła robić zdjęcia cmentarzowi. Annabell z ciekawością przyglądała się architekturze. Coral wyglądała na rozdartą. Carlos odniósł wrażenie, że wolałaby dalej oglądać festiwal, ale nie chciała ryzykować w tym obcym dla niej mieście – najwidoczniej obawiała się, że wujostwo, dziadek i kuzynka beztrosko zgubią ją w tłumie.
– Ale potem my też idziemy na festiwal? – upewniła się
– Tak, oczywiście – uspokoiła ją Annabell. – Tylko trochę się tu rozejrzymy.
Rodzina ruszyła w kierunku drugiego końca cmentarza. Ta część była wyraźnie mniej reprezentacyjna – jakby bardziej dzika. Grobowce stawały się coraz rzadsze, wyglądały na zaniedbane i miały mniej pięter. Za to coraz więcej było drzew. Ścieżki nie były już wyłożone kostką brukową. Kiedyś znajdował się tutaj niewielki kompleks leśny. Nie wszystkie drzewa zostały wycięte – część lasku, w ramach ochrony przyrody, została ogrodzona i włączona do cmentarza. Zdaniem Carlosa był to może nietypowy krok ze strony lokalnych władz, ale miał swoje estetyczne zalety. Teraz właściwie spacerowali bardziej po lasku niż po zwyczajowym cmentarzu.
– A to co? – zapytała w pewnym momencie Lily, wskazując coś palcem.
– Mauzoleum – wyjaśniła jej matka.
– Możemy wejść do środka? – kontynuowała dziewczynka.
– Warto spróbować – potwierdziła Annabell, ruszając w stronę drzwi jasnoszarej budowli, która wyłaniała się spośród roślinności.
Coral westchnęła.
– Jak tak dalej pójdzie, to tu zostaniemy – powiedziała cicho do siebie. Carlos jednak to usłyszał.
– Nie kracz, bo wykraczesz – zażartował.
– A czy to w ogóle jest legalne? – wyraziła swoją wątpliwość Coral.
– A czemu nie? Do mauzoleów można wchodzić.
Annabell otworzyła drzwi i weszła do środka. Lily wślizgnęła się za nią, a potem to samo uczynił Carlos. Nie oglądał się za siebie – wiedział, że Coral pójdzie jego śladem.
W środku Lily zaczęła fotografować krypty i trumny.
– Czy to nie jest profanacja? – zapytała Coral, wskazując na siostrę.
– Bez przesady, kochanie. – Annabell zbyła jej obawę.
Lily skręciła w lewo i natknęła się na drzwi.
– Zobaczcie! Może tu jest drugie pomieszczenie! – krzyknęła i szarpnęła za klamkę, ale nie dała rady otworzyć drzwi. – Chyba jest zamknięte.
– Daj, ja spróbuję – odparł Carlos, ruszając w jej stronę. – Ale to raczej tylko boczne wyjście.
– Skoro jest zamknięte, to pewnie nie wolno tam wchodzić – zauważyła Coral.
Carlos również złapał za klamkę i pociągnął. Potem powtórzył czynność. Miał wrażenie, że drzwi tylko się zacięły. Wyraźnie czuł, że drgnęły.
– Nie szarp, widocznie nie wolno... – Starsza córka nie skończyła mówić, kiedy drzwi jednak ustąpiły.
Wszyscy się zbliżyli. Co ciekawe, nie zobaczyli wyjścia na cmentarz, choć wszystko na to wskazywało. Za to ich oczom ukazał się kolejny korytarz – był dość ciemny i miał ściany porośnięte bluszczem. Lily zrobiła mu zdjęcie.
– Co wy na to, żebyśmy sprawdzili, dokąd prowadzi? – zapytała zachęcająco Annabell.
– Tak, chodźmy – poparł żonę Carlos.
Mężczyzna przesunął stojącą w pobliżu niewielką ławeczkę, aby użyć jej do zablokowania drzwi – na wypadek, gdyby miały się zatrzasnąć. Był pewien, że w takim przypadku dałby sobie z nimi radę, ale lepiej dmuchać na zimne. Miał w końcu przy sobie trzy kobiety, za które odpowiadał.
– Tam pewnie nie wolno wchodzić – powtórzyła Coral, ale tym razem powiedziała to bez przekonania. Wizja eksploracji mauzoleum nie była wcale taka nieatrakcyjna. Po chwili ruszyła za rodziną.
Korytarz okazał się bardzo krótki i cała czwórka zobaczyła, że po prostu prowadzi na zewnątrz. Trochę dalej widać było jakichś ludzi i słychać było muzykę – festiwal najwidoczniej dotarł nawet na cmentarz.
– Nic tam nie ma – stwierdziła Coral. – Wracajmy.
– To boczne wyjście – dodała Lily.
Mogliśmy to tak zostawić – myślał później Carlos. To właśnie Coral nie chciała iść dalej. Mogliśmy się wtedy odwrócić i odejść.
Tylko że Carlos uznał, że przecież równie dobrze mogą wyjść tym bocznym wyjściem. Zaś Annabell, z natury bardzo ciekawska, chciała zobaczyć, czy rzeczywiście zabawa jakimś cudem dotarła na sam cmentarz. A Lily chciała sprawdzić, czy te dochodzące ich odgłosy, to na pewno część Casta?ady. Więc poszli przed siebie.
Następne wydarzenia każde z nich zapamiętało trochę inaczej, ale wszystkie wersje układały się w spójną całość.
1 W Hiszpanii po ślubie kobiety zachowują swoje panieńskie nazwisko. Dziecko natomiast otrzymuje pierwsze nazwisko po ojcu, a drugie po matce, przez co każdy posiada dwa nazwiska. Wszystkie przypisy pochodzą od autorki.
ROZDZIAŁ DRUGILUNATOWN
Carlos stał obok żony, trzymał Lily za rękę i przyglądał się Coral. Zafascynowana dziewczynka przysłuchiwała się śpiewom i przypatrywała tańcom potworów – spoglądała na podejrzanie realistyczne wilkołaki, szkielety, mamuny, kikimory i inne, trudne do zidentyfikowane stwory. Niektóre miały skrzydła i unosiły się w powietrzu. Teoretycznie mogły to być bardzo zaawansowane mechanizmy. Tylko było ich podejrzanie dużo. Obecność zwyczajnie wyglądających ludzi działała uspokajająco na rodzinę Almaraz i dawała im względne poczucie bezpieczeństwa. Poza tym wyszli z domu na tyle wcześnie, że zmrok jeszcze nie zapadł. Znajdowali się teraz na terenie przypominającym mroczną, wypaczoną wersję wiktoriańskiego miasteczka. Obu dziewczynkom bardzo się tu spodobało. Rodzicom na początku też. Zabawa była nawet lepsza niż Casta?ada. Lily od czasu do czasu robiła zdjęcia.
– Wiesz, gdzie my w ogóle jesteśmy? – zapytała Annabell męża, jednocześnie nie spuszczając wzroku z Coral. Starsza dziewczynka nie trzymała żadnego z rodziców za rękę, więc w tym obcym miejscu matka chciała ją cały czas widzieć.
– Nie wiem – powiedział Carlos. – Nie przypominam sobie, żeby koło cmentarza było takie miejsce. Trzeba kogoś zapytać.
– Coś jest tutaj nie tak.
W tym momencie podszedł nich mężczyzna w stroju duchownym. Na oko był przed sześćdziesiątką.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – pozdrowił ich po angielsku.
– Na wieki wieków – odpowiedziała mu chórem cała czwórka.
– Nazywam się ojciec John Williams. Przez przypadek usłyszałem państwa rozmowę. Oni wszyscy – wskazał ręką na dziwnie wyglądające istoty – nie zrobią wam krzywdy. To miasteczko nazywa się Lunatown. Wrócą państwo do domu tą samą drogą, którą tu przyszliście.
– To już nie jesteśmy w Barcelonie? – Annabell wydawała się wyraźnie zaskoczona.
– Czy możemy usiąść? Opowiem państwu wszystko przy herbacie – zaproponował ksiądz. – W okolicy jest kilka kawiarni. Później mogę państwa odprowadzić.
Carlos i Annabell wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Ojciec Williams sprawiał dobre wrażenie, przez co nie czuli zagrożenia z jego strony, a nawet jeśli, to przecież mieli nad nim przewagę liczebną. Proponował rozmowę w publicznym miejscu. Obie dziewczynki nie wyglądały na przestraszone. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby z nim porozmawiać i czegoś się dowiedzieć.
Po chwili namysłu Carlos skinął głową na znak przystania na jego propozycję.
Kilka minut później razem usiedli przy stoliku przed elegancką – choć dość specyficzną – kawiarnią. Lokal urządzony był w mrocznym, wiktoriańskim stylu. Jedna z kelnerek wyglądała zwyczajnie – była to uśmiechnięta młoda kobieta. Druga również się do nich uśmiechała, ale miała zakręcone rogi i szaroniebieską skórę. To nie wzbudziło w Carlosie niepokoju – w końcu trwał festiwal, a widywał bardziej spektakularne kostiumy i efekty specjalne.
Niepokój wzbudziły w nim dopiero słowa żony. Annabell miała dobrą intuicję. Czasem śnili jej się jej zmarli bliscy – na znak nadchodzącej choroby lub innych trudnych wydarzeń w rodzinie. Innym razem wyczuwała niebezpieczeństwo bez żadnych konkretnych powodów – jak wtedy, gdy poprosiła Carlosa, by pojechał do pracy inną drogą. Później okazało się, że na jego codziennej trasie doszło do poważnego karambolu. Zdarzało się też, że słyszała dziwne dzwonienie w uszach, a dokładnie w tym samym czasie komuś z ich bliskich przydarzało się coś złego. Bywało również, że przeczuwała dobre wydarzenia.
Tym razem Annabell nie wyczuwała zagrożenia. Dlatego nie zabrali dzieci, a tylko zostali z tym dziwnym miejscu. Ale coś było nie tak – i oboje chcieli się dowiedzieć, o co tutaj chodziło.
Absolutnie zafascynowana Coral śledziła wzrokiem to wszystko, co działo się na ulicy. W jej oczach można było dojrzeć pożądliwość, ale i cień lęku. Bała się, że to wszystko okaże się iluzją, że cała obrzydliwie zwyczajna codzienność wróci nieubłaganie...
Z kolei Lily przestała robić zdjęcia. Teraz z przejęciem wybierała deser z menu. W obecności rodziców nie obawiała się dziwnie wyglądających istot. Odwagi dodawał również jej halloweenowy strój i wcześniejsze zetknięcie się ze strasznymi dekoracjami na ulicach.
W czasie, gdy czekali na swoje zamówienia, ksiądz Williams opowiedział im kilka słów o sobie. Był Anglikiem, nie miał bliskiej rodziny i po latach pełnienia Bożej służby w Wielkiej Brytanii, odnalazł swój dom w Lunatown.
– Tutaj od lat służę w miejscowej parafii – oznajmił. – Większość obecnych mieszkańców mówiła po angielsku, dlatego to w tym języku odprawiam nabożeństwa.
Kiedy przyniesiono im herbatę, kawę i ciastka dla dziewczynek, ojciec Williams przeszedł do właściwej opowieści.
– Shadowland to magiczne miejsce – zaczął. – Znam je od wielu lat i nie boję się użyć tego słowa, by je opisać.
Ojciec John Williams mówił spokojnym głosem, zwracając się głównie do Annabell i Carlosa, jako do dorosłych członków nowo poznanej rodziny. Od czasu do czasu zerkał na Lily, której jasna, niemal baśniowa uroda przyciągała wzrok w tym mrocznym otoczeniu. Nie zauważył jednak, jak w momencie, gdy użył określenia "magiczne", starsza dziewczynka wbiła w niego przenikliwe spojrzenie ciemnobrązowych oczu. Cała czwórka była zaciekawiona jego opowieścią, ale w Coral coraz wyraźniej budziła się zachłanność.
Ze słów księdza dowiedzieli się, że Lunatown było autonomicznym miasteczkiem. Zamieszkiwały je głównie potwory najróżniejszych gatunków, ale też zwyczajni ludzie, tacy jak on. Władca miasteczka – Jack O'Lantern – choć nie był człowiekiem, to zapewniał ludziom nietykalność. Przynajmniej na terenie samego Lunatown. To miasteczko znajdowało się na obszarze zwanym jako Shadowland – większym regionie zamieszkanym przez potwory i wiele gatunków zwierząt.
– Odprowadzę państwa do wyjścia, tak na wszelki wypadek – zaproponował ksiądz, wstając.
Gdy rodzina do niego dołączyła, kontynuował:
– To nie musi być to samo wejście, którym tu trafiliście. Musicie tylko myśleć o miejscu, do którego chcecie wrócić – oznajmił, niespiesznie krocząc z rodziną ulicami miasteczka. – W jaki sposób dostaliście do Lunatown? Byliście w Barcelonie, tak?
– Tak, na cmentarzu – odparł Carlos.
– Weszliśmy do jakiegoś mauzoleum, a wyszliśmy tutaj – dopowiedziała Annabell.
– Czasem tak bywa – stwierdził krótko ojciec Williams.
Dowiedzieli się jeszcze, że do Shadowland można było trafić przez przypadek przez jedno z tych tajemniczych, rzekomo nawiedzonych miejsc – jak na przykład lasy, w których elektronika wariuje, a ludzie twierdzą, że widują dziwne twarze wyglądające zza drzew. Można tu było też trafić z niektórych cmentarzy albo kościołów – szczególnie wtedy, gdy towarzyszyły temu silne emocje. Gdy ktoś odczuwał głęboką samotność, poczucie wyobcowania albo tęsknotę za bliskimi zmarłymi. Ci, którzy raz tu trafili, mogli wrócić, jeśli naprawdę tego pragnęli, ale niewielu ludzi tego chciało. A ci, którzy wracali... czasem porzucali Shadowland po zaledwie kilku wizytach.
Sam ksiądz Williams znalazł to miejsce po raz pierwszy, kiedy był na cmentarzu i nie mógł pogodzić się ze śmiercią ojca. Kiedy odwrócił się od nagrobka i skierował do wyjścia z Highgate Cemetery, sam nie wiedząc jak, zamiast do bramy, doszedł do obrzeży miasteczka.
Carlos pomyślał o Carmen. Po raz pierwszy od dawna odwiedzał jej nagrobek, a w dodatku obecność brata i ojca oraz jego pobyt w Barcelonie przywoływały wspomnienia z dzieciństwa, kiedy jego mama jeszcze żyła. Tego dnia z pewnością tęsknił za nią bardziej niż zwykle.
– Więc może trafiliśmy tutaj, bo odwiedzaliśmy grób członka rodziny – powiedziała Annabell, co wyglądało, jakby czytała mu w myślach.
– Albo ty nas tutaj przyprowadziłaś. Czasem masz te swoje przeczucia – wyraziła swoje przypuszczenie Lily, patrząc na mamę.
– Może – mruknęła Annabell. – Czy to możliwe? – zwróciła się do księdza.
– Chyba tak. Tego raczej nie da się wiedzieć na pewno.
Carlos tego jeszcze nie wziął pod uwagę. Zawsze uważał żonę za wyjątkową osobę. Może w jakiś sposób to właśnie ją ściągnęło to miejsce?
Coral natomiast zapytała o to, co od jakiegoś już czasu najbardziej ją nurtowało:
– Czy dobrze zrozumiałam, że tutaj można się dostać z różnych miejsc? Położonych w różnych krajach?
– Zgadza się – przytaknął ojciec Williams.
– I jeśli raz się tu już było, to wrócić jest już łatwiej? – upewniała się dziewczynka.
Ksiądz znów potwierdził. Carlos wprost widział oczami wyobraźni, jak w jej głowie obracają się trybiki. Chciała spróbować tu wrócić. Była dzieckiem, należało oczekiwać takiej reakcji.
– Może mogłabyś się tu wybrać z domu... – odparła z wahaniem Annabell. – Może razem z Lily i nami... Czyli jest tu zasięg?
– Tak. I w pewnym sensie jest tutaj bezpieczniej niż w normalnym mieście wśród samych ludzi – stwierdził ksiądz. – Tu rzadko dochodzi do jakichkolwiek przestępstw. Oczywiście mam na myśli teren miasteczka.
Mąż i żona spojrzeli po siebie. Byli trochę rozdarci pomiędzy niepokojem o dzieci a chęcią umożliwienia im poznania czegoś nowego. Ostatecznie nie mogli oprzeć się pokusie wykorzystania okazji, gdy zauważyli, że ich pierworodna zainteresowała się czymś innymi niż fikcja. Może dlatego, że ta rzeczywistość przypominała fikcję...
– Ja chcę tu wrócić – powiedziała Coral. – Więc teoretycznie powinno się to udać.
Jeszcze bała się uwierzyć... Nie była pewna, czy zniosłaby odebranie nadziei. Nie odkryła przejścia do Narnii, gdy miała osiem lat. W wieku jedenastu lat nie dostała listu z Hogwartu. Nie znalazła kwiatu paproci ani żadnej innej magicznej rośliny. W nowym domu nie odkryła małych tajemnych drzwiczek prowadzących do Drugiego Świata2. Nowy sąsiad nie okazał się Totoro. Nigdy nie otrzymała smoczego jaja w prezencie. Nie trafiła we śnie do labiryntu z drzwiami do snów innych ludzi3. Nie była żadną zaginioną księżniczką czy czarownicą. W Barcelonie nikt z rodziny nie zaprowadził jej nawet na Cmentarz Zapomnianych Książek. Więc jeśli teraz uwierzy, że w jej życiu wydarzyło się coś cudownego, a potem okaże się to nieprawdą, to...
– Sądzę, że tak, powinnaś tu wrócić, drogie dziecko – powiedział ojciec Williams, nieświadomy jej szaleńczej walki z myślami. – Znajdź jakieś szczególne miejsce. Takie, które jest dla ciebie magiczne. Zazwyczaj powrót tutaj nie jest problematyczny.
Ksiądz zawahał się przez chwilę, po czym zwrócił się do Carlosa i Annabell:
– Przyznam jednak, że czasem jest to niemożliwe. Dzieje się tak, gdy nasz król, dla naszego bezpieczeństwa, zamyka przed kimś wejścia. Robi tak przed przestępcami, których uzna za zbyt niebezpiecznych dla mieszkańców. A czasem człowiek sam nieświadomie zamyka przed sobą niektóre wejścia. To się zdarza szczególnie wtedy, kiedy jest się w złym stanie psychicznym, na przykład w depresji, albo gdy za bardzo się boi, żeby tu dotrzeć.
Aby dojść na cmentarz, musieli przejść przez kawałek promenady i główny plac miasta. Tu na chwilę przystanęli, aby przyjrzeć się tańcom potworów. Lily zrobiła kolejne zdjęcie, ale zaraz opuściła aparat.
– To jest jakieś upiorne – stwierdziła z niesmakiem.
– Fascynująco upiorne – dodała Coral, nie odrywając wzroku od tłumu.
– Już wracamy – skomentowała Annabell. – I tak robi się coraz ciemniej.
Coral bardzo chciała zostać tu dłużej, ale wiedziała, że jej rodzicielka miała rację. Tylko że w półmroku wszystko było jeszcze cudowniejsze... Rodzice mówili coś jeszcze do Lily albo do księdza – Coral nie była pewna, bo już ich nie słuchała. Zrobiła kilka kroków do przodu i skupiła całą swoją uwagę na zabawie odbywającej się na placu. Niektóre potwory latały, inne tańczyły. Muzyka była wystarczająco głośna, by otulić ją z każdej strony, ale nie na tyle, by ogłuszyć. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziała, a jednocześnie... to wszystko było dziwnie znajome.
Nagle doznała olśnienia, już wiedziała, co jej to przypomina. Noc na Łysej Górze z Fantazji Disneya. No oczywiście! Boże, jak ona kochała ten fragment – i to, co działo się tutaj. Tylko że tu nie było Chernaboga. Ale... na jego miejscu był ktoś inny. Rodzice nie zwracali już uwagi na potwory. Pilnowali tylko, by obie córki cały czas były w zasięgu wzroku. Dlatego nie zauważyli wyróżniającej się, złowrogiej postaci w środku tłumu, natomiast Coral nie odrywała od niej wzroku. Może i nie przypominała z wyglądu demonicznego gargulca z Fantazji, ale wyraźnie dało się wyczuć, że jest najpotężniejszą istotą, jaką można tu spotkać... Coral wydało się, że przez kilka sekund nawiązała kontakt wzrokowy z tą istotą. Zadygotała z przestrachu i podekscytowania.
– Pora iść – oznajmiła matka, a po chwili Coral poczuła jej dłoń na przedramieniu.
Annabell delikatnie skierowała ją w przeciwną stronę. Rodzina – prowadzona przez ojca Williamsa – ponownie skierowała się w stronę cmentarza. Kiedy weszli na jego teren, zauważyli małe latające światełka, które okazały się uskrzydlonymi stworzonkami. Ojciec Williams wyjaśnił im, że są to ogniki. Coral i Lily były nimi zafascynowane w tym samym stopniu, ale potem okazało się, że ogniki mają ostre ząbki i czarne złośliwe oczka. Wtedy zainteresowanie Lily spadło do zera, a Coral natychmiast wzrosło o kilkadziesiąt procent.
Starsza dziewczynka oderwała wzrok od nieco złowieszczych stworzonek dopiero wtedy, gdy po drodze do mauzoleum zaczęli mijać innych przechodniów. Nie byli to tylko potwory – pojawiali się też ludzie. Wszyscy kierowali się w stronę nagrobków. Cmentarz Lunatown nie przypominał hiszpańskiego miejsca pochówku – bardziej przypominał amerykańskie cmentarze, jakie znali z życia codziennego. Ludzie i potwory przystawali przy nagrobkach, żeby się pomodlić, zapalić znicze, zostawić kwiaty.
– Dziś jeszcze trwa radosna część święta – powiedział ksiądz, widząc, że rodzina uważnie obserwuje mijanych mieszkańców miasteczka. – Większość osób bawi się na ulicy, ale niektórzy już powoli się zbierają, żeby uczcić pamięci zmarłych.
Ojciec Williams przeprowadził ich przez wejście w mauzoleum. Podarował im też swoją wizytówkę z numerem telefonu. Umówili się na jutro na krótki spacer po promenadzie Lunatown. Gdy się pożegnali, rodzina ruszyła w kierunku domu.
Po drodze Lily podziwiała festiwal, ale Coral – pomimo tej całej ekscytacji – była już zmęczona. Wolałaby być już w domu. Przyglądając się atrakcjom Casta?ady, wyobrażała sobie, że znowu trafili do Lunatown.
W domu Carlos po krótce opowiedział bratu i reszcie rodziny, że po wyjściu z cmentarza trafili do jakiejś nieznanej, dość ekstrawaganckiej części miasta, gdzie poznali miłego księdza. Ów sympatyczny osobnik pokazał im drogę i byli z nim umówieni na jutro. Miał im pokazać okolicę. Ojciec lekko się zdziwił – po jednej stronie cmentarza jest las, a po drugiej normalna część Barcelony, w której nie ma nic osobliwego. Doszedł jednak do wniosku, że wyszli po prostu innym wyjściem z cmentarza – tym w pobliżu lasku – i trochę się zgubili. Victor i Alma wstępnie wyrazili zainteresowanie dołączeniem do Carlosa, Annabell i dziewczynek. Zawsze mogli odkryć coś nowego w swoim rodzinnym mieście. Eulalia też chciała się przejść.
Carlos zajął się sprawdzeniem w Internecie ich nowego znajomego. Okazało się, że faktycznie istniał ktoś taki jak ojciec John Williams.
– To popularne imię i nazwisko – zauważyła Annabell, która siedziała koło męża przy komputerze. – Lecz wszystko niby pasuje. Wiek, pochodzenie... Patrz, jest nawet zdjęcie! Tylko że sprzed lat... To chyba on.
– Na wszelki wypadek dałem jego numer i e-maila mojemu ojcu – poinformował ją Carlos. – Może przesadzam, ale w końcu idziemy w obce miejsce. Bardzo dziwne miejsce.
– Ciekawe, że dziewczynki się nie bały – odparła z uśmiechem Annabell. – Ale dobrze, że jutro pójdziemy tam za dnia.
Coral cieszyła perspektywa wybrania się z rodziną do Lunatown. Może to było coś, co mogłoby ich połączyć. Przeżyliby razem – jako familia – coś nieprzeciętnego. Tego wieczoru po raz pierwszy od bardzo długiego czasu leżała w łóżku i czekała na sen w radosnym nastroju.
Następnego dnia jednak rzeczywistość, jak zwykle, zniszczyła jej pogodne myśli. Najpierw wujek Victor zrezygnował ze wspólnego wyjścia, potem odpuściła także Alma. Coral wciąż trzymała się wizji siebie, Lily i Eulalii wspólnie odkrywających magiczne miejsce. Trzy kuzynki. Trzy siostry. Jak w powieściach. Jednak Eulalia ostatecznie zdecydowała, że najpierw przejdzie się z koleżanką po sklepach, a potem pójdzie z Lily na Tibidabo. To ostanie Coral nawet rozumiała, ale... przecież tam można było pójść kiedy indziej.
– Naprawdę nie chcesz iść z nami? – zapytała Coral swojej siostry, próbując panować nad targającymi nią emocjami.
– Innym razem.
– Nie wiemy, kiedy w ogóle będzie następny raz.
– Przecież sama wiele razy nie chciałaś gdzieś iść. Ze mną, z koleżankami...
– O czym my mówimy! Przecież to zupełnie co innego! Spotkało nas w końcu coś wyjątkowego. To nasza błękitna pełnia...
– Jaka pełnia?
– Ze Smerfów, pamiętasz? To metafora.
– A, prawda.
– A zresztą, nie mówię o wyjściu z jakimiś tam koleżankami, czy innymi obcymi ludźmi. Mówię o nas. Mogłybyśmy być razem.
– Jesteśmy razem codziennie.
– Nie w ten sposób. – westchnęła Coral – Dawniej, kiedy byłyśmy młodsze, byłyśmy naprawdę razem. Jak Madika i Lisabet z Czerwcowego wzgórza.
– O kim ty mówisz? – Lily nie mogła wyjść ze zdumienia. Za jej siostrą czasem naprawdę trudno było nadążyć.
– Nie pamiętasz? To dwie siostry z książek Astrid Lindgren. Mama je nam czytała. Pamiętasz?
– Ta od Dzieci z Bullerbyn? No może, mama czytała nam dużo różnych książek. Ale co to ma do rzeczy?
Coral o mało nie wyszła z siebie.
– Przeżyłybyśmy razem przygodę! Jak Anna i Elsa. Te to chyba kojarzysz?
Lily kojarzyła, ale nie chciała dać się wplątać w pokręcone rozmowy z siostrą. Tak naprawdę, to Lunatown, gdy pierwsze emocje opadły, jakoś specjalnie jej nie interesowało.
– Mówiłam, żebyś pojechała na szkolną wycieczkę. Ja pojadę. Będziemy razem na wycieczce.
W tym momencie Coral machnęła ręką w geście rezygnacji i bez słowa odeszła od siostry.
Ojca Williamsa spotkali przed cmentarzem, tak jak się umówili. Przeprowadził ich znanym im już przejściem. Udali się na spacer po głównej promenadzie. W świetle dnia Carlos i Annabell byli spokojniejsi. Carlos wysłał bratu SMS-a, że są już na miejscu. Zerknął na swoje dziewczyny, za które był odpowiedzialny. Lunatown było dziwne, ale przynajmniej był dzień. Choć bezpośrednio nad miasteczkiem ciągle wisiały chmury blokujące promienie słoneczne, nadal było jasno.
– Przynajmniej już nas nie razi – z wyraźną ulgą wypowiedziała się Coral, zdejmując okulary przeciwsłoneczne, które musiała nosić w Barcelonie.
– W Lunatown prawie zawsze tak jest – stwierdził ksiądz, po czym idąc niespiesznie, wrócił do wczorajszej opowieści.
Ojciec John Williams był przekonany, że Shadowland było umiejscowione gdzieś na północnej półkuli. Tak wynikało z jego obserwacji gwiazd, które to zawsze były nadzwyczaj dobrze widoczne w tym dziwnym świecie. Dużą część Shadowland zajmował las liściasty zwany Dzikim Lasem4. Grasowały po nim lykołaki, chochliki, ogniki i podobne do nich wróżki. Shadowland jest magicznym i jednym w swoim rodzaju wymiarem. Podziemne Underworld zamieszkiwały zmieniające się w cienie demony – potężne gatunki inteligentnych potworów o bardziej agresywnej naturze. Tak naprawdę to ludzie zaczęli je tak nazywać, aby móc je odróżniać, a choć był to sztuczny podział, to jednak z biegiem lat się przyjął. Underworld było właściwie jedynym miejscem w Shadowland, do którego ksiądz wolała się nie zapuszczać – i to nie ze względów religijnych. Po prostu Underworld za bardzo przypominało przestępczy półświatek. Choć tamtejsi mieszkańcy na ogół nie wykazywali zainteresowania ludźmi, to jednak czasem popisywali się, dręcząc tych, którzy byli obdarowani zdolnościami nadnaturalnymi, takimi jak kriokineza czy pirokineza. Tacy ludzie nawet bez broni mogli łatwo zdominować czy zabić demona. Pokonanie ich było pokazem siły.
Ojciec Williams tego dnia opowiedział wiele rzeczy rodzinie Almaraz. Mówił o chochlikach, które czasem powstają z dusz zniszczonych płodów. O ludziach trafiających tu we śnie, kiedy dusza jest odrobinę bliżej tego miejsca niż na co dzień. O lykołakach i innych wyższych potworach wychodzących z luster, sprowadzających koszmary na dusze i karmiące się ich strachem. O ludziach mieszkających w Lunatown, stanowiących tu mniejszość etniczną.
Carlos spojrzał na pierworodną córkę, a potem napotkał spojrzenie niebieskich oczu żony. Annabell posłała mu smutny uśmiech. Znowu rozumieli się bez słów. Nawet kiedy wrócą do Chicago, Coral będzie tu przychodzić. Jeśli tylko da radę znaleźć czy też stworzyć wejście. Do tej pory najbardziej lubiła przebywać w swoim pokoju. Najchętniej siedziałaby w nim całymi dniami. Ale tu będzie wracać. Nic nie mogli zrobić. Nawet jeśli ktoś z boku nazwałby ich nieodpowiedzialnymi rodzicami, to dobrze wiedzieli, że Coral po prostu już podjęła decyzję.
– Zna ksiądz jeszcze jakieś inne wejścia do Shadowland? – zapytała córka.
– Kilka. Niektórzy moi parafianie pokazali mi przejścia, które odnaleźli. Wiem, że są też w Stanach Zjednoczonych. Na pewno są w Nowym Orleanie i jeszcze gdzieś, ale w tej chwili nie pamiętam. Niestety, nie znam żadnego w Chicago.
– Czyli prawdopodobnie wrócimy tu dopiero wtedy, gdy znowu przylecimy do Barcelony.
Carlos bez trudu rozpoznał podszyty goryczą zrezygnowany głos córki. Nieomal słyszał jej myśli: ,,Oczywiście, to byłoby zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Niczego innego się nie spodziewałam". Blask w jej ciemnych oczach na powrót zaczął przygasać. Carlos nie mógł na to patrzeć.
– Ale przecież możesz znaleźć nowe wejście – próbowała pocieszyć ją Annabell. – Tak przynajmniej zrozumiałam – dodała i zerknęła na księdza.
– Zgadza się. Dla chcącego nic trudnego. Jeśli rodzice ci pozwolą, to myślę, że tu wrócisz.
I rzeczywiście – wróciła, co wielu osobom przyszło później żałować...
***
Już następnego dnia bardzo wcześnie rano rodzina wsiadła do samolotu i poleciała do Chicago. Carlos siedział obok Lily. Przeglądał z nią zdjęcia z Barcelony na jej laptopie. Razem wybierali, które wywołają, które usuną jako nieudane, a które Lily wrzuci na Facebooka. Annabell i Coral siedziały po drugiej stronie przejścia. Carlos co jakiś czas spoglądał na nie. Były pogrążone w rozmowie. Annabell wydawała się zasłuchana w słowa córki, których Carlos nie mógł usłyszeć. Był pewien, że rozmawiają o Lunatown i Shadowland. Był też zdania, że z nich dwojga, to jemu – w czasie powrotu – przypadło łatwiejsze zadanie sprawowania opieki nad Lily. Tak pewnie było lepiej – w końcu to Annabell miała kojący wpływ na Coral. Przez większą część lotu rodzina albo spała, albo parami oglądała filmy. Wieczorem wylądowali w Chicago. Gdy dotarli do domu, cała czwórka rzuciła się w wir rozpakowywania. Na koniec owej akcji zasiedli razem przy kolacji. Włączyli telewizor i powoli odżywali po wojażach.
– No to teraz pewnie będziesz szukać wejście do Lunatown – stwierdziła Annabell, uśmiechając się do Coral.
– Kiedy nadrobię zaległości – oznajmiła grobowym głosem dziewczynka i po chwili dodała: – Jeśli je nadrobię.
– No daj już spokój! – zawołała Lily.
– Jestem zadowolona, że trafiliśmy to tego Shadowland. Ale byłoby lepiej, gdyby to się zdarzyło w czasie wakacji. Wtedy byłabym usatysfakcjonowana, bo nie wiązałoby się to z wyjazdem w trakcie roku szkolnego i problemami w szkole. To był błąd.
Oczywiście, że były problemy. Coral wiedziała, że tak będzie. Ostrzegała ich przed tym, ale nikt jej nie słuchał. Najpierw nie mogła złapać telefonicznie nikogo z klasy. Potem okazało się, że koleżanka, od której pożyczyła zeszyt, nie przepisała wszystkiego z tablicy. Następnie Coral ze smutkiem, graniczącym z rozpaczą, skonstatowała, że po prostu nie jest w stanie nadrobić trzech dni nieobecności w jedno popołudnie. Mogła ogarnąć temat, ale nie być perfekcyjnie przygotowana. Taka sama sytuacja działa się wtedy, gdy chorowała. Przytłaczały ją wszelkie zaległości. Choć nauczyciele umożliwiali nadrobienie materiału w ciągu tygodnia od powrotu, to jednak z każdym dniem dochodziły nowe rzeczy do nauki. Coral nawet nie próbowała stworzyć wejścia do Shadowland. Według ojca Williamsa trudno było to zrobić w stanie przemęczenia i stresu. A poza tym, w głębi duszy się tego bała. Nie samego Shadowland, tylko tego, że jej się nie uda. Wtedy nie będzie mogła się już nawet oszukiwać i marzyć o powrocie tam.
Mimo wszelkich obaw w weekend zaczęła próbować. Razem z mamą zastanawiała się, jakie miejsce powinna wybrać. Ponieważ miała to szczęście, że żadna bliska jej osoba jeszcze nie umarła, odrzuciła cmentarz. Nie miał dla niej jeszcze znaczenia emocjonalnego. Myślała o swoim pokoju. Tutaj spędzała najwięcej czasu. Wypełniała tę przestrzeń swoimi sekretnymi myślami, najcudowniejszymi fantazjami i najmroczniejszymi marzeniami. I właśnie z tego samego powodu chciała zachować ten teren bezpiecznie odgrodzony od reszty świata. Pokusa połączenia go z Shadowland była ogromna, ale Coral nie chciała tego jeszcze robić. Wolała pozostać ostrożna i nie podejmować żadnych wiążących decyzji pod wpływem emocji. Nie wiedziała przecież, czy takie raz utworzone przejście udałoby się zamknąć.
– To musi być gdzieś blisko domu – stwierdziła Annabell. – Żebyśmy się za bardzo o ciebie nie martwili. Ale nie w samym domu.
– To powinno być jakieś istotne dla mnie miejsce – zauważyła Coral. – Inaczej to się nie uda. Pewnie i tak się nie uda, ale trzeba zmaksymalizować szanse.
Wybór padł na dąb rosnący niedaleko domu. Coral żywiła do tych majestatycznych drzew pewien sentyment. Był krzak jałowca z baśni braci Grimm, Juniper Berry i tajemnicze drzewo i te dziwne drzewa z obrazu Autumn Jacka Yerki. Lily, z pewnym smutkiem, a potem rezygnacją, obserwowała, jak jej siostra usiłuje stworzyć przejście między korzeniami drzewa. Bezskutecznie. Próbowała je pomóc raz czy dwa, ale szybko jej się to znudziło. Nie zależało jej na tym.
Annabell starała się pocieszyć starszą córkę.
– Nie musi się udać za pierwszym razem.
– To nie był pierwszy raz.
Carlos grał z Lily w karty, ale jednocześnie przysłuchiwał się ich rozmowie. Też chciał, żeby wejście było gdzieś w pobliżu i żeby w ogóle Coral udało się je otworzyć. Był nawet zadowolony, że poznali takie miejsce jak Shadowland. Teraz wręcz trochę się martwił, czy Coral nie będzie się bała tego dziwnego miasteczka lub że w ogóle do niego nie dotrze. Widział powracającą pustkę w jej oczach. To było naprawdę przerażające. Być może dlatego on i Annabell nie byli przeciwni, aby puścić dziecko do miasteczka pełnego potworów. Carlos zdawał sobie sprawę z tego, że jego punkt widzenia nie należał do akceptowalnych przez większość społeczeństwa. Jaki typowy rodzic martwiłby się, czy jego dziecku uda się trafić do magicznego wymiaru? Jednak to on był ojcem Coral i to on znał ją najlepiej. Zarówno on, jak i Annabell pozwalali swoim córkom na dużo, ale robili to świadomie. Upewnił się, że miasteczko Lunatown było dla niej bezpieczne – był w nim, widział, jak wyglądało. Mieszkali tam też nawet jacyś ludzie. Większe niebezpieczeństwo mogłoby grozić Coral lub Lily na przedmieściach Chicago, gdzie teraz mieszkają. Ksiądz Williams sugerował Carlosowi i Annabell, że gdyby któreś z nich poszło do Lunatown, to byłoby to trochę tak, jakby odwiedzało pobliskie miasteczko zamieszkiwane po prostu przez ludzi z tamtego rejonu. Od potworów – które wydawały się rozumnymi, cywilizowanymi istotami – straszniejsza była apatia Coral.
– W najgorszym przypadku wrócimy tam wtedy, gdy znowu pojedziemy do dziadka i wujka – zapewnił córkę.
– A poza tym, możemy pojechać gdzieś w czasie ferii – dorzuciła Lily. – Na jakiś obóz.
Ta ostatnia uwaga momentalnie zgasiła ostatnie iskierki w oczach Coral. Annabell mogłaby przysiąc, że widzi, jak dusza jej pierworodnej wycofuje się gdzieś w jej głąb. Nie mogła znieść widoku tych pustych, ciemnobrązowych oczu.
– Jak będzie już ciepło, to możemy polecieć do Barcelony i chodzić na plażę, a Coral może zwiedzać sobie Lunatown – oznajmiła, chcąc uratować sytuację.
– Właśnie, tak zróbmy – podchwyciła Coral.
– Dobry pomysł – zgodziła się Lily
Carlos uśmiechnął się do Annabell. Jego żona zawsze umiała uszczęśliwić obie dziewczynki. Może on kiedyś też zgłębi tajniki tej sztuki.
Coral powiedziała rodzicom, że w życie prawie każdego człowieka, który ostatecznie długo przebywał na tym świecie, prędzej czy później następuje coś, co dzieli je na tak zwane: przed i po. Była za mała, kiedy przeprowadzili się z Paryża, żeby to pamiętać, więc swoje życie dzieliła na: przed pójściem do szkoły i na to po. To były dwa zupełnie różne etapy, niemal dwa różne światy. Przy czym jej świat nie zmienił się z dnia na dzień, jak to często bywało w oglądanych przez nią filmach. To był pewien proces. Odkąd poszła do szkoły, wiele lat było dla niej takich samych...
Drugim istotnym wydarzeniem była ich wizyta w Lunatown, ale cały jej świat nie odmienił się całkowicie tego dnia – zmiany dopiero się wtedy zaczęły. Zanim otworzyła przejście do Shadowland, kilka razy musiała się wypłakać po nieudanych próbach i nauczyć się używać psychokinezy.
Któregoś dnia po południu wpatrywała się w masywne korzenie wybranego przez siebie drzewa. Tego dnia była spokojniejsza niż zazwyczaj, bo właśnie zaczynał się weekend. A poza tym myślała, że i tak odwiedzą jeszcze Lunatown, tak jak powiedziała mama. Korzenie się nie uniosły i nie odsłoniły tajemnego przejścia, jak opisywał to ojciec Williams, ale za to uniósł się liść, w który właśnie się wpatrywała. Serce omal jej nie stanęło. Liść nie został poderwany przez wiatr, ponieważ w ogóle go nie było. Po prostu uniósł się pionowo w górę i tak zawisł. Podniecona dziewczyna z trudem nad sobą panowała, ale usiłowała nim sterować. Ostrożnie przesuwała liściem w prawo i w lewo. Jak było do przewidzenia – przypominało to sterowanie kursorem za pomocą uszkodzonej myszki. Liść zaczął opadać. Z trudem udało jej się utrzymać go w powietrzu jeszcze przez kilka sekund, po czym z rozmysłem go opuściła. Ekscytacja rozsadzała ją od środka. To było coś, czego nie czuła już od dawna, nie licząc pierwszej wizyty w Lunatown, gdy to obserwowała tańczące potwory na głównym placu. Bardzo chciała znów unieść liść, ale potwornie się bała, że jej się to nie uda.
Boże, proszę, spraw, żeby się udało – zapragnęła. Czytała już wcześniej o telekinezie i innych paranormalnych umiejętnościach. Jeszcze zanim ich istnienie potwierdził ksiądz Williams. Próbowała w przeszłości wiele razy przesunąć coś siłą umysłu. Nigdy jej się nie udawało.
Jeśli teraz nie uda się od razu, to może uda się później – powiedziała sobie. Jeśli raz wyszło, to znaczy, że się da.
Spróbowała. Chwilę to trwało, ale udało jej się unieść liść. Chciała krzyczeć z radości. Potem zabrała się za ćwiczenia na innych przedmiotach. Oczywiście wymagało to treningu. Wiedziała, że nie wytrzyma i powie o tym rodzicom oraz Lily, zanim naprawdę się tego nauczy. Nie wiedziała tylko, czy faktycznie pomoże jej otworzyć przejście, i ta myśl ją zmartwiła, jej radość nieco przygasła. Ale masz coś wyjątkowego – pomyślała. To więcej niż miałaś nadzieję dostać. Przecież nie wierzyła, że spotka ją coś cudownego, nie tak naprawdę. Spędziła jeszcze jakiś czas na ćwiczeniach. Od czasu do czasu musiała przerwać, aby przez chwilę odpocząć. Chciała mieć pewność, że wyjdzie jej, kiedy pokaże rodzicom, co potrafi.
– Ekstra! – pochwaliła Lily kilkadziesiąt minut później, kiedy razem z rodzicami przyglądała się temu, jak jej siostra siłą umysłu unosi listki i patyczki.
– Na początku nie zawsze wychodziło – powiedziała Coral. – Teraz udaje się już prawie za każdym razem. Tak jak wtedy, kiedy uczyłyśmy się jeździć na dwukołowym rowerze, pamiętasz? Jak raz coś zaskoczyło, to potem było już łatwiej.
Coral cieszyła się, że siostrze spodobała się jej umiejętność.
– Też możesz spróbować się tego nauczyć – zasugerowała ostrożnie.
– No może kiedyś. Ale chyba niekoniecznie jest mi to potrzebne do szczęścia.
Lily podobała się psychokineza, ale sama nie miała specjalnej ochoty się tego nauczyć. W zasadzie po co? Moc jej siostry była fajna, jasne, ale Lily nie potrzebowała tej umiejętności. Przecież nie wykonywała żadnej ciężkiej fizycznej pracy. Nie chciałoby jej się marnować dnia na takie ćwiczenia.
– Czy to cię męczy, kochanie? – zapytał zaintrygowany Carlos.
– Teraz już nie. Na początku trochę.
Coral opuściła wszystkie gałązki i liście.
– Napisz e-mail do ojca Williamsa – podpowiedziała Annabell. – Napisz o tym, co ci się udało. I zapytaj, czy można to wykorzystać do zrobienia przejścia.
Annabell cieszyła się tak, jak reszta rodziny, ale naprawdę nie chciała, żeby jej córka teraz zamknęła się w swoim pokoju i tam lewitowała książki i zabawki. Lunatown dawało nadzieję na to, że dziewczynka zacznie częściej wychodzić z domu.
– Nie mówił przecież, że mam do niego pisać – zauważyła Coral, która jak zwykle podchodziła sceptycznie do wszelkich interakcji międzyludzkich. Zauważyła kątem oka, że Lily do kogoś macha. Zaczęła odwracać głowę, żeby zlokalizować tę osobę, czy też osoby, ale w tym momencie odezwał się jej ojciec i dziewczynka na nim skoncentrowała swoją uwagę.
– Dał nam swój adres mailowy – poinformował Carlos.
– Z grzeczności...
– Mamo, tato, ja idę grać w gumę z dziewczynami – oznajmiła Lily, ruszając z miejsca.
Coral spojrzała na siostrę nieco zdezorientowana. Szybko jednak namierzyła wzrokiem dwie dziewczynki, do których ta wcześniej machała.
– Masz komórkę? – zapytała Annabell.
– Tak.
Nie będziemy planować wspólnych przygód w Shadowland – pomyślała Coral. –Typowe.
Oczywiście nie mogła mieć o to pretensji. To naprawdę nie powinno zaboleć. Ale zabolało...
Głos Lily wyrwał ją z zamyślenia.
– Coral!
– Tak?
– Pytałam, czy chcesz z nami pograć.
– Nie, dzięki.
Lily pobiegła do koleżanek. Coral skierowała się do domu. Nie oglądała się za siebie, bo wiedziała, że rodzice też udadzą się do mieszkania.
Trzeba było ustalić, co z tym księdzem Williamsem...
– Mogłaś iść z nimi – zauważył Carlos, idąc za córką.
– W zasadzie nie lubię tych gier w gumę i klasy. Zresztą to koleżanki Lily, nie moje – powiedziała Coral, wchodząc do środka. Poczekała, aż rodzice też wejdą, i wówczas zakończyła swój wywód argumentem: – Znowu moja kolej byłaby na końcu i nawet by do niej nie doszło, bo dziewczyny zdążyłyby się do tego czasu pokłócić o jakąś głupotę.
To była prawda. Zawsze wybierano ją jako ostatnią lub ustawiano na końcu kolejki. A inne dzieci za każdym razem o coś się kłóciły, obrażały i przerywały grę.
– W kwestii księdza Williamsa... – Coral teatralnie zawiesiła głos.
Carlos i Annabell usiedli na kanapie. Oboje wiedzieli, że Coral jest akurat w radosnym nastroju – co było zrozumiałe, biorąc pod uwagę jej nowo nabytą umiejętność. Teraz można było coś ustalić, zanim ta cudowna chwila przeminie.
– Ja bym do niego napisała – stwierdziła Annabell.
– No to napisz. Przecież ja ci nie zabronię.
– A ty nie chcesz?
– I co bym mu napisała? Przecież człowieka nie interesuje, że obce dziecko wykazuje zdolności psychokinetyczne.
– A mnie się wydaje, że to miły, otwarty na ludzi człowiek i chętnie o tym przeczyta – odpowiedziała łagodnie jej matka. – On pierwszy nas zagadnął, czyli nie stroni od kontaktu z innymi. I pewnie będzie mu miło, że poniekąd przyczynił się do tego, że ktoś zaczął dostrzegać różne możliwości i przez to nauczył się czegoś wyjątkowego.
– To by wyglądało tak, jakbym się tym chwaliła... Jakbym koniecznie musiała opowiedzieć każdemu bliższemu i dalszemu znajomemu, że coś mi się udało. A to, że dwa razy się z nim spotkaliśmy, nie daje mi prawa narzucania się.
– Narzucania? – zapytał Carlos. – Przesadzasz.
– To ja do niego napiszę – powiedziała Annabell. – Tak niby żeby mu podziękować.
Carlos zauważył, że w tym momencie Coral zaczęła wykazywać pewne oznaki zainteresowania tym projektem.
– No tak, w ramach podziękowania... To co innego. Tak wypada. Chyba.
– A przy okazji będę mogła go jeszcze o coś zapytać.
– Nie jest to zły pomysł – dorzucił Carlos.
Tak jak przewidywał, Coral teraz się zgodziła. Chciała się zgodzić, sama pragnęła otrzymać od księdza jeszcze jakieś wskazówki. Annabell musiała tylko odpowiednio to przedstawić. Była w tym dobra. Carlos dawno temu, z pewnym zaskoczeniem, stwierdzał, że kocha obie córki równie mocno. Cieszyło go to, bo wiedział, że nie zawsze tak bywa. Obaj z bratem wiedzieli, że ojciec trochę bardziej kocha Victora, a matka trochę bardziej Carlosa. Nie przeszkadzało im to. Rodzice często miewali swoich ulubieńców. On i Annabell obie dziewczynki darzyli takim samym uczuciem, ale to jego żona lepiej umiała dotrzeć do starszej córki.
– Myślicie, że jacyś naukowcy mogliby na mnie zbadać to, jak działa psychokineza? – zapytała Coral, wyrywając Carlosa z zamyślenia.
– Możliwe, ale nie wiem, czy trochę nie szkoda na to twojego czasu – westchnął Carlos. – Raczej nikt by nam za to nie zapłacił, a ty musiałabyś poświęcać swoje popołudnia i weekendy.
– Odpada. – Coral natychmiast machnęła ręką. Przyjemnie byłoby zadziwiać ludzi, pokazywać im coś wyjątkowego, ale już i tak uważała, że doba jest za krótka. Szczególnie w weekendy.
– Czytałem trochę w internecie – kontynuował Carlos – o różnych legendach miejskich, potworach i tak dalej. I wygląda na to, że w niektórych miejscach faktycznie zdarzają się jakieś dziwne zjawiska. Takich rejonów jest mało, ale istnieją. I to niekoniecznie w jakichś azjatyckich lasach czy w dorzeczu Amazonki, tylko na przykład właśnie w niektórych dzielnicach Chicago.
– To jak to możliwe, że my o tym nie wiemy? – zdziwiła się Coral
– W sumie do tej poty się tym nie interesowaliśmy – stwierdził Carlos.
– Może to jest tak, jak z moimi przeczuciami – powiedziała Annabell. – Czasem się pojawiają, czasem nie. Ludzie przez chwilę się nimi interesują, a potem zapominają.
Coral skinęła w zamyśleniu głową. Tak, słyszała czasem w telewizji o czymś niezwykłym, a potem temat wygasał. Nie wracano do niego. Za to nudne wydarzenia polityczne komentowano tygodniami. O jej psychokinezie też by zapomniano. Nie przyniosłaby jej sławy i bogactwa. Ale może przyniesie jej coś innego.
– Napisz faktycznie do księdza Williamsa – zwróciła się stanowczym, konkretnym głosem do matki. – I napisz, że jestem mu wdzięczna.
2 Other World, nawiązanie do powieści Koralina Neila Gaimana i jego ekranizacji.
3 Nawiązanie do serii książek Silver. Trylogia snów Kerstin Gier.
4 Z angielskiego ,,Wild Wood".
ROZDZIAŁ TRZECINIENARODZENI
Nad ranem Carlosa wyrwał ze snu telefon. W pierwszej chwili pomyślał, że znowu dzwonią z reklamą jakiejś usługi czy towaru jednej z tych firm, które to nie wiedzieć skąd mają jego numer komórkowy... Dopiero gdy odbierał, jego zaspany umysł uświadomił sobie, że nie dzwoniliby o takiej porze.
– Nie wstawaj, kochanie – zwrócił się do obudzonej Annabell. – To tylko mój telefon. – Chwycił za komórkę. – Halo?
Słuchał przez kilkanaście sekund. W tym czasie Annabell usiadła na łóżku i włączyła nocną lampkę. Patrzyła na męża i czekała, aż ten skończy rozmawiać.
– Nikt nic nie widział...? Rozumiem... Rozumiem, dziękuję za informację. Do widzenia.
– Wszystko w porządku? – zapytała Annabell. Bardzo wczesna pora i oficjalny ton w głosie męża podpowiadały jej, że coś się stało.
– W magazynie wydawnictwa wybuchł pożar.
– Boże. Co teraz będzie?
– Pożar już ugaszono. Trzeba powiadomić firmę ubezpieczeniową. Spokojnie, Annabell. Wydawnictwo jest ubezpieczone na taki wypadek. – Carlos poczuł przypływ adrenaliny, ale starał się zachować spokój.
– A co z książkami? Będzie teraz opóźnienie w druku?
– Nie wiem, zobaczymy. Nie mam pojęcia, jakie są straty. Muszę zadzwonić do Felixa. On o niczym jeszcze nie wie. Zadzwonili tylko do mnie.
– Ty znasz pewnie lepiej swojego wspólnika, ale... może lepiej poczekać do rana?
– Może i tak...
Carlos usiadł w fotelu obok łóżka. Adrenalina powoli zaczęła opadać. Na ten moment i tak nie mógł za wiele zdziałać.
– Jak mogło do tego dojść? – Annabell zastanawiała się głośno i nie oczekiwała odpowiedzi, ale Carlos wiedział.
Westchnął. Przygotowywał się do tego, aby powiedzieć żonie najgorsze.
– Niestety, to prawie na pewno było podpalenie.
– Co?! Myślałam, że to przegrzanie jakiegoś systemu, jakaś awaria czy coś... Czyli to sprawka wandali?
– Nikogo nie złapali. Wezwali policję... Ech, do tej pory nie potrzebowaliśmy monitoringu, ale jak widać, to był błąd z naszej strony. Jutro dowiem się więcej... To znaczy później. – Carlos uświadomił sobie, że już powoli świta.
– Ubezpieczenie to pokryje?
– Tak, jesteśmy dobrze ubezpieczeni.
Tylko nie wiem, czy do odpowiedniej sumy – pomyślał Carlos. Przecież nie wiedział, jak duże są straty. Nie powiedział też tego głośno, ale w duchu dziękował Bogu, że nie zdecydowali się na kredyt, kiedy kupowali trzeci telewizor, żeby każda z dziewczynek miała swój własny.
– Nie mówmy na razie dzieciom – odezwała się Annabell.
– Masz rację – zgodził się Carlos. – Pojadę tam, jak tylko całkiem się przejaśni. Teraz i tak nic tam nie zdziałam.
Zdecydował, że podzieli się z żoną inną obawą.
– Możliwe, że to nie sprawka jakichś chuliganów, tylko zrobiły to te kanalie z konkurencji. – Tym razem w jego głosie można było wychwycić gniew. – Ci, którym nie podoba się, że nie pochodzę z Ameryki.
– Chyba nie posunęliby się do tego... Rasizm rasizmem, ale mieliby tak ryzykować? Przecież nie jesteś jedynym właścicielem, a Felix jest stąd.
– Moje nazwisko to jedno, może jeszcze by na to przymknęli oko, ale dla niektórych stanowimy konkurencję. Znaleźliśmy pewną niszę na rynku wydawniczym, a teraz dwa inne wydawnictwa wydają podobne książki, skierowane do podobnej grupy czytelniczej. To my odkryliśmy tych dwóch pisarzy, którzy okazali się poczytni, a których jedno z tych wydawnictw odrzuciło...
Carlos na przemian czuł złość i przygnębienie. Annabell pracowała teraz na pół etatu, on zarabiał więcej. Mieli dwoje dzieci. Jego obowiązkiem było zapewnić im godne życie i jak najlepszy start. Jeśli przez te bydlaki jego dziewczynki ucierpią... Nie ręczyłby za swoje czyny.
– Nie wiedziałam, że ta branża jest tak konkurencyjna – westchnęła Annabell. – Wydawałoby się, że publikowanie książek to najbardziej pacyfistyczny biznes świata. I to przecież nie chodzi o książki polityczne czy coś w tym rodzaju.
Carlos zgadzał się z żoną. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw, ale jakoś będzie musiał sobie z tym poradzić.
***
– Proszę przeczytać i podpisać – powiedział policjant.
Carlos przeczytał swoje zeznanie i zrobił tak, jak nakazał funkcjonariusz.
– Dziękuję, jest pan wolny.
– Dziękuję.
Przed wyjściem z komendy czekał na niego Felix. Razem przyjechali złożyć zeznania. Na jego widok wspólnik wstał i obaj mężczyźni wyszli z budynku.
– Mamy sporo czasu – stwierdził Carlos, zerkając na zegarek. – Szybko poszło.
– Kiedy widzimy się z tym człowiekiem z ubezpieczalni?
– Za ponad godzinę. Chyba faktycznie nie będzie z tym żadnych problemów.
– Nie powinno. Powtarzam cały czas, że najważniejsze, że mieścimy się w kwocie ubezpieczenia.
Felix faktycznie ciągle o tym mówił – i co najważniejsze, miał rację. Carlos i Annabell naprawdę odetchnęli, dlatego postanowili powiedzieć dziewczynkom o podpaleniu. Lily i Coral się nie przestraszyły. Rodzice przedstawili córkom to jako coś, czym tylko dorośli powinni się zajmować i czym właściwie już się zajęli. Dziewczynki czuły tylko złość do podpalaczy – kimkolwiek oni byli.
– Policja chyba uważa, że to faktycznie ktoś wynajęty przez konkurencję – stwierdził Felix, siadając na miejscu pasażera i zapinając pasy.
– Tak, ale wszystko wskazuje na to, że naprawdę ciężko znaleźć jakiekolwiek powiązania między podpalaczami a innym wydawnictwem.
– Sami mówili, że to wyglądało na dość profesjonalne podpalenie, więc tu mają pewien trop. Może jednak zaprowadzi ich do kogoś z branży? Skoro nie był to chuligański wybryk, to kto inny mógłby coś takiego zrobić...
– Określili to jako ,,półamatorskie" podpalenie – doprecyzował Carlos. – I chwała Bogu, że tak szybko zauważono płomienie! Podobno mieliśmy szczęście w nieszczęściu, bo mogło być znacznie gorzej. Straty mogły być nieporównywalnie większe.
– Ale sprawców nie znaleziono...
– Też jestem z tego bardzo niezadowolony. Wolałbym, żeby to byli tylko wandale, ale to mało prawdopodobne.
– Myślisz, że to może się powtórzyć?
– Tego właśnie się obawiam – wyznał Carlos. Mówił spokojnie, w końcu prowadził samochód, więc starał się nie denerwować.
Przez ostatnie dni w kółko powtarzał sobie, że musi zachować spokój. Zwykle było to nawet wykonalne. Miał mnóstwo rzeczy do załatwienia po pożarze. Rzucił się w wir pracy i po prostu koncentrował się zadaniach, które miał wykonać, rozmowach, które miał odbyć i pismach, które musiał napisać. W pewnym sensie teraz było gorzej. Czuł, że dopada go przyczajony gniew.
W domu Annabell powitała Carlosa delikatnym pocałunkiem.
– Cześć, kochanie – powiedział Carlos. – Cześć wszystkim! – zawołał, aby powitanie dotarło do córek.
Te odkrzyknęły mu z piętra ze swoich pokoi:
– Cześć!
– Cześć, tato!
– I jak dzisiaj było? – zapytała Annabell, gdy szła z mężem do salonu.
– Dobrze. W zasadzie wszystko załatwiliśmy. Będzie dobrze, ubezpieczenie pokryje straty. Tylko oczywiście mamy przez to straszny bałagan. I niedobrze, że nie złapano sprawców.
– To może na przyszłość trzeba by pomyśleć o jakichś dodatkowych zabezpieczeniach. Może ten monitoring... – zasugerowała ostrożnie Annabell. Skoro ze słów męża wynikało, że wydawnictwo będzie jeszcze miało jakąś przyszłość, to być może należałoby ją zabezpieczyć...
Carlos usiłował odpędzić zmęczenie i skoncentrować się na poruszonej kwestii. Ani on, ani jego żona nie zauważyli, że w tym momencie do salonu wślizgnęła się ich starsza córka.
– Muszę się naradzić z Felixem. Najlepiej jutro. Trzeba wszystko przekalkulować.
Annabell skinęła głową. Wiedziała, że trzeba to na spokojnie przemyśleć.
– A ja mam bardzo dobrą wiadomość – oznajmiła Coral, sprawiając, że dorośli zauważyli jej obecność i oboje na nią spojrzeli.
A to zdecydowanie nowość – pomyślał Carlos. Coral zazwyczaj nie zaczynała rozmowy w tak optymistyczny sposób.
– Tak, Coral? – zapytała ją matka.
Ich latorośl uśmiechnęła się tak jak mógłby się uśmiechnąć czarny charakter z filmu, tuż po tym, kiedy wreszcie udało mu się podbić świat. Albo chociaż zdobyć jakieś królestwo.
– Załatwiłam wreszcie sprawę z tym wejściem do Shadowland.
– Otworzyłaś wejście? – ucieszyła się Annabell.
– Tak – potwierdziła. Coral mówiła w miarę spokojnie, ale jej oczy lśniły radością.
Chciała zakomunikować to w odpowiedni sposób, mamie i tacie jednocześnie. Zastanawiała się, czy nie zebrać całej rodziny w salonie, włącznie z Lily, ale jej siostra uważała jej zainteresowania za głupie. Wolała nie ryzykować, że jednym swoim spojrzeniem albo komentarzem Lily zniszczy tak ważną dla niej chwilę. Poza tym, akurat rozmawiała z koleżanką przez telefon. A Coral i tak z trudem doczekała się powrotu ojca. Nie wytrzymałaby już dłużej.
A rodzice zareagowali dokładnie tak, jak tego chciała. Przez chwilę niedowierzali. Potem zerwali się za kanapy z szerokimi uśmiechami na ustach, zaczęli jej gratulować i mówić, jak bardzo się cieszą. Przez kilka chwil była w centrum uwagi.
– Pokaż nam! – zażądała Annabell. Zupełnie tak samo jak dawniej, gdy żądała zobaczenia jej rysunku, który nauczycielka w szkole pochwaliła przed całą klasą. Albo kiedy chciała zobaczyć pochwałę wpisaną do dzienniczka Lily za jej aktywność podczas godziny wychowawczej.
– To muszę jeszcze przyprowadzić Lily – powiedziała Coral. Czego jak czego, ale tego jej rodzona siostra nie mogła przegapić.
Po chwili całą czwórka stanęli przed domem.
– Doszłam do wniosku, że to całe wejście pod korzeniami dębu to jest dla mnie za trudne – poinformowała wszystkich Coral. – Korzenie są sztywne, mocno wrośnięte w ziemię i bałam się, że jeszcze zrobię drzewu krzywdę i na tym się skończy. Zrobiłam tak, jak poradził mi ksiądz Williams. Wybrałam inne miejsce. Wolałabym, żeby to był dąb, ale już trudno. To tutaj!
Coral wskazała na sztuczny, kamienisty skalniak w ogrodzie – pamiątka po poprzednich właścicielach domu. Nie rosły na nim kwiaty, ale porastały go mchy, paprocie i inne rośliny, których Carlos nie znał, prędzej Annabell – jego żona myślała nawet o tym, aby zrobić tu mały wodospad, ale w obecnej sytuacji z wydawnictwem nie planowała takich inwestycji finansowych. Coral wystudiowanym ruchem wyciągnęła rękę i skinęła w stronę skalniaka. Kamienie w jednym miejscu poruszyły się i uformowały przejście. Wyglądało to jak wejście do jaskini – niewielkie, ale wystarczające dla dorosłego człowieka.
– Udało ci się! – wykrzyknęła Annabell, całując Coral w głowę.
– Super! – pochwaliła Lily. Fascynację Shadowland uważała coś niewłaściwego, zwłaszcza u starszej siostry, jako nastolatka powinna interesować się innymi sprawami, choć Lily musiała przyznać, że sam pokaz telekinezy był widowiskowy. – Tylko co ty będziesz z tym teraz robić?
– Zależy. Zależy od tego, co masz na myśli.
– Będziesz zwiedzać miasteczko? Zabierzesz tam jakichś przyjaciół?
Jakichś przyjaciół? – pomyślała Coral. Nieznajomość jej osoby, którą wykazywała jej jedyna, rodzona siostra nie przestawała jej zadziwiać. Przecież wychowywały się w tym samym domu! Ale nie chciała nerwami niszczyć tej chwili.
– Nie, chyba że ty chcesz pokazać to jakiemuś swojemu znajomemu... – w jej tonie nie było nic zachęcającego. Po prostu stwierdzała taka możliwość. Lily mogła to zrobić, jeśli miała taką ochotę.
– Nieee... – zaprzeczyła młodsza dziewczynka, przeciągając to słowo. Dla jej znajomych takie miasteczko mogło stanowić ciekawostkę, ale nic więcej. Poza tym było dziwaczne i warte zobaczenia tylko jeden raz. Lily wolała normalne miejsca. Czasem zastanawiała się, jak to możliwe, że miała za siostrę takiego odmieńca, ale nie mówiła tego głośno, czując się nieco źle z powodu takich myśli.
– Zobaczcie, gdzie to prowadzi – podkreśliła Coral, starając się nie myśleć o odmowie siostry. Nie dzisiaj.
Całą rodziną przeszli przez ten krótki kamienny tunel i wyszli na skraju lasu, tuż przy Lunatown. Tym razem nie było to od strony cmentarza.
– Ksiądz Williams napisał, że może nam pokazać okoliczne lasy i rzekę – powiedziała Coral. – I że może pokazać nam, gdzie można spotkać wróżki i ogniki.
Jesteś za duża, żeby interesowały cię wróżki, Coral – pomyślała Lily. Powinni interesować cię chłopcy.
Nawet ją już zaczynali interesować, a była młodsza.
– Idź z nią – Annabell zwróciła się do Carlosa. – Na wszelki wypadek niech któreś z nas będzie z nią na początku. A skoro ksiądz chce jej pokazać jakieś leśne tereny, to lepiej niech pójdzie z nimi mężczyzna, a nie kobieta.
Carlos zgadzał się z żoną. John Williams nie wyglądał na pedofila ani seryjnego mordercę, ale kto na takiego wygląda? Poza miasteczkiem najpewniej będą jakieś dzikie zwierzęta i tereny trudne do przejścia. Lepiej, żeby dziecko miało przy sobie silniejszego fizycznie rodzica.
– Tak zrobimy. Może dobrze by było zaprosić księdza Williamsa na herbatę. Przecież teraz może do nas przyjść przez to weście.
– Tak. To dobry pomysł – zgodziła się Annabell. – Ja do niego napiszę. Wolę nie dzwonić, kto wie, ile wynoszą rachunki za połączenie z ukrytą krainą. Szkoda, że ojciec Williams nie korzysta za Skype'a ani Facebooka. Byłoby szybciej.
– A czy teraz możemy tu pospacerować? – zapytała Coral.
– Ja z tobą pospaceruję – zaproponowała Annabell. – Tata jeszcze nic nie jadł. Chyba że jak zjesz, to możemy wszyscy razem... – zwróciła się do Carlosa.
Lily wolała wyjść gdzieś z koleżankami. Skończyło się więc na spacerze Coral i Annabell. Matka i córka oddaliły się nieco od miasteczka i odkryły łąkę ze stawem. Na łące stał kościół, ale akurat w środku nie odprawiano żadnego nabożeństwa. W ogóle nikogo nie spotkały podczas swojej wędrówki. Za to widziały króliki, wiewiórki oraz – ku radości Coral – wróżki.
– Zauważyłaś, że tu jest jeszcze całkiem widno? – zapytała Annabell. – A u nas o tej porze roku już przecież zmierzcha.
– Tak. To też mi się bardzo podoba. Nie znoszę, gdy dni są takie krótkie.
– I spójrz, jaka woda tu jest czysta... – dodała Annabell, podchodząc do wspominanego miejsca.
– Przynajmniej tutaj nie ma plastikowych butelek i innego paskudztwa – skomentowała Coral.
– Spójrz, tam chyba ktoś jest. Nie, nie podchodź do nich, kochanie!
Łąka była otoczona lasem. Z miejsca, w którym stały, dostrzegły jakieś niewielkie postacie przemykające tuż za linią drzew. Potem jednak znikły – większość w głębi lasu, ale Annabell wydawało się, że przynajmniej jedna sylwetka wskoczyła na drzewo, czy może raczej podfrunęła do najniższej gałęzi, a potem zniknęła w koronie.
Już następnego dnia ojciec Williams siedział w salonie rodziny Almaraz i dopijał herbatę z Carlosem, Annabell i Coral. Lily gdzieś poszła z koleżankami i kolegami z sąsiedztwa. Carlos spotkał się wcześniej z księdzem przy bramie Lunatown i zaprowadził go do wejścia.
– Znam ten kościół, o którym pani mówi – mówił John Williams. – Rzadko ktoś tam zagląda. Czasem odprawiam tam msze, zwykle przy jakiejś szczególnej okazji, ale nie w Boże Narodzenie, kiedy jest zimno i wszyscy chętniej idą do kościoła w mieście. Dobrze, że na łące mieszka sporo wróżek. I innych stworzeń. One żywią się między innymi kurzem i to chyba dzięki nim kościół nie wygląda na zaniedbany. Pożyteczne stworzonka.
– No proszę, przydałyby się takie w domu. – Annabell się uśmiechnęła. – Zaoszczędziłoby się na detergentach.
– Jeśli państwo są gotowi, to możemy udać się teraz na przechadzkę. Pokażę wam trochę Dzikiego Lasu. Niektóre stworzenia z Shadowland tam właśnie mieszkają. Pokażę ci, gdzie w miarę blisko można spotkać chochliki – ostatnie zdanie skierował do Coral.
– A jak one wyglądają? Są podobne do wróżek?
– Nie, są znacznie większe. W zasadzie przypominają ludzkie dzieci.
– Możliwe, że wczoraj kilka z nich mignęło nam zza drzew – wyznała Annabell.
Dla Coral to wszystko trwało za długo. Ile można rozmawiać przy herbacie, jeśli ma się gdzieś iść? Kiedy w końcu ona, tata i ksiądz znaleźli się w Dzikim Lesie, obaj mężczyźni musieli przyspieszyć, żeby dotrzymać jej kroku. Ksiądz opowiedział im po drodze, czym były chochliki.
– Ciekawe, czy to odpowiednik porońców – zastanowiła się Coral.
– Czego? – nie zrozumiał Carlos.
– Porońce. Słowiańskie demony. Powstają z dusz poronionych dzieci. Według niektórych źródeł także z dusz niemowląt pochowanych niezgodnie z obrzędem.
Carlos w tym momencie pomyślał, że jednak dobrze, iż nie ma z nimi Lily. Wiedział, co by pomyślała, gdyby się dowiedziała, jakimi rzeczami interesuje się jej siostra. Od razu nic by pewnie nie powiedziała, ale kto wie, czy kiedyś temat by nie wypłynął.
– Zobaczcie! – Ksiądz wskazał na coś po ich lewej stronie. – Wilki. Ale spokojnie, wilki w Shadowland nigdy nie atakują ludzi.
– W ogóle ataki wilków to chyba rzadkość – zauważyła Coral, przyglądając się parze wilków, które szły w pewnym oddaleniu.
Po chwili ruszyli dalej. Carlos wypytywał księdza o gospodarkę miasteczka. Chciał wiedzieć, czy znajdują się w nim komisariat policji i szpital, gdyby coś się stało. Coral próbowała tego słuchać. Wiedziała, że to ważne... Tylko że właśnie dostrzegła chochliki. Była pewna, że to one. Wyglądały dokładnie tak, jak to opisał je ksiądz. Carlos także je zauważył i przystanął. Uznał, że wyglądają okropnie, ale jeden rzut oka na Coral upewnił go, że dziewczynka ma na ten temat odmienne zdanie.
– Raczej do nas nie podejdą – stwierdził ojciec Williams. – Za dużo obcych. Czasem zaczepiają ludzi. Czasem coś im kradną. Lubią rozrabiać. Ale teraz jesteście ze mną. Ja jestem tutejszy. Nie powinny być agresywne.
Kilka małych, skrzydlatych postaci przez chwilę przyglądało się trójce ludzi – a przynajmniej Carlosowi i Coral. Stworzonka te wyglądały tak, jakby miały różne rasy. Coral zauważyła dwa chochliki, które urodą przypominały Azjatów – natychmiast skojarzyła je z dziećmi z japońskich horrorów. Była tam też mała, czarnoskóra chochliczka, która z kolei przypominała jej trochę dziewczynkę z King Konga z 2005 roku. Coral bardzo chciała do nich podejść. Bardzo... lecz chochliki odwróciły się i uciekły.
– Można do nich podejść, jeśli przychodzi się tu dość często i przyzwyczają się do danego człowieka? – zapytała księdza.
Westchnął.
– Już one nie potrzebują się specjalnie przyzwyczajać. Czasem nie można się od nich opędzić. Teraz nie podeszły, bo jestem z wami w roli przewodnika.
– Muszą księdza szanować – stwierdził Carlos.
Ksiądz tylko się roześmiał.
– Co to, to nie! Po prostu regularnie przekupuję je słodyczami. Z tego, co zauważyłem, to im nie psują się od nich te ich ostre ząbki. A uwielbiają słodycze, podobnie jak prawdziwe dzieci.
Ojciec Williams zamilkł na chwilę. Coral pomyślała, że pewnie rozmyślał o losie nienarodzonych dzieci, ale ksiądz niemalże natychmiast odzyskał animusz i odezwał się do niej z uśmiechem:
– Jeśli chcesz, to możesz czasem tu przyjść i się z nimi pobawić, drogie dziecko. One na ogół lubią ludzi, którzy... którzy naprawdę lubią Shadowland. Takich, którzy lubią je na tyle, że stworzyli własne przejście. A takich jest mało. Łatwo je zwabić słodyczami, ale można też zagwizdać. Najlepiej po prostu być w pobliżu łąki. Staraj się też bywać w miasteczku. Uważaj na Underworld. Tam faktycznie może być niebezpiecznie, ale tylko wtedy, jeśli się kogoś sprowokuje... Co prawda, nawet tamtejsi mieszkańcy boją się Jacka, ale czasami zaczepiają... Później narysuję wam mapkę z zaznaczonym wejściem do Underworld. Jeśli bardzo będziesz chciała tam zejść, to pamiętaj o tym, aby pozostać na wyższym poziomie. W razie czego korzystaj ze swojej mocy. Używasz jej dalej, tak?
– Używa, bardzo dużo – odpowiedział za córkę Carlos. – Czy to pomaga?
– Tak. Im więcej jej używa, tym silniejsza się staje.
Coral ucieszyła się tej informacji. Chciała mieć większą moc... jak największą! Wiedziała, że jutro wróci tutaj, by samodzielnie eksplorować dalszą część Dzikiego Lasu.
– Opowiem ci może jeszcze o ludziach, którzy trafiają tu we śnie. – Ksiądz spojrzał na Coral. – O tym, jak osoby z mocami podobnymi do twoich mogą wpłynąć na przybywanie śniących. Sam wiem o tym niewiele, ale spróbuję wytłumaczyć to, co, jak sądzę, rozumiem. Widzisz... dla nich to wcale nie jest sen...
Następnego dnia Coral faktycznie wróciła do Shadowland. Tym razem sama. Annabell poszła z Lily na zakupy, a Carlos był zmęczony. Cały czas bardzo dużo pracował, żeby wydawnictwo jak najszybciej stanęło na nogi po tym nieszczęsnym pożarze.
Coral przyglądała się, jak grupka chochlików straszy jakąś kobietę. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie użyć swojej mocy, by rozgonić stworki. Niedawno zrobiła coś podobnego – przepędziła chłopców rzucających kamieniami w psa przywiązanego na smyczy. Bała się do nich podejść, więc stanęła w pewnym oddaleniu i użyła mocy. Udało się! Musiała jednak uważać, nie chciała wzbudzać sensacji. Choć pokusa, by pokazać, co potrafi, była ogromna... ale na to jeszcze przyjdzie czas. Chłopcy, których przewróciła, chyba nawet jej nie zauważyli. Teraz mogłaby zachować się podobnie... Jednak wtedy tuż obok niej wylądował jeden z chochlików. Coral po raz pierwszy mogła przyjrzeć się z bliska jednemu z nich. To był chłopczyk. Gdyby był człowiekiem, dałaby mu sześć, góra siedem lat. To czyniło go jednym z najstarzej wyglądających chochlików. Miał brązowe włosy i lizał lizaka.
– Nie zawracaj sobie nią głowy – odezwał się do niej chochlik, pokazując swoje ostre ząbki.
Coral pytająco uniosła brew.
– Ona jest wredna. Mówi dzieciom w przedszkolu, że jak nie zjedzą obiadu, to nie wrócą po nie rodzice.
– Rozumiem. W takim razie nie będziemy się nią przejmować.
Coral pamiętała dzieci z przedszkola, do którego przez jakiś czas chodziła, i wspominała je jako rozwrzeszczane stado dzikich małp, lecz to nie był powód, żeby je straszyć. Dziewczynce przemknęło przez głowę kilka myśli dotyczących zszarganych nerwów przedszkolanki, nieudanego dzieciństwa z krzyczącymi na nią rodzicami i potencjalnych problemów sercowych, ale uznała, że nic ją to nie obchodzi.
– Jestem Coral – przedstawiła się szybko, na wypadek, gdyby jej rozmówca odleciał albo pobiegł dołączyć do swoich pobratymców. Nie zdziwiłaby się, gdyby chochlik i tak to zrobił, nawet jej nie odpowiadając. Przecież nie spodziewała się, że Shadowland będzie cudowną krainą pełną przyjaznych istot.
Ale chochlik jej odpowiedział.
– Ja mam na imię Danny.
Ciekawe, kto nadał ci to imię. Na pewno nie rodzice. Ojciec Williams powiedział Coral i Carlosowi, że chciane dzieci i płody żegnane z godnością nigdy nie zamieniały się w chochliki.
– Chcesz się z nami bawić? – zapytał Danny.
– Chcę – potwierdziła Coral.
Chochliki może i wyglądały trochę jak rozbrykane dzieci, ale była w nich jakaś lepsza organizacja, widać było ich inteligencję. To nie była bezmyślna wrzawa. Chochliki nie przypominały Coral dzieci z przedszkola czy z młodszych klas.
– To może być fajne. Ona pewnie się zorientuje, że ty jesteś człowiekiem. To ją zaskoczy. Czy umiesz jakoś straszyć? – W tym pytaniu Coral nie wyczuła żądania, a ciekawość. Czuła, że zaakceptowałby ją bez względu na jej podpowiedź.
– Nieszczególnie... ale mam psychokinetyczne moce. To może czasem przestraszyć.
– Super. To chodźmy. Lubimy, jak jakiś człowiek się przyłącza i wymyśla coś nowego.
– Co mam robić?
– Co tylko zechcesz. My podążymy za tobą.
Danny rozgryzł resztkę lizaka, a potem to samo zrobił z drewnianym patyczkiem i – ku lekkiemu zaskoczeniu Coral – jego również zjadł. Następnie ruszył w stronę reszty towarzystwa i pociągnął dziewczynkę za sobą. Pozostałe chochliki przestały się kotłować – teraz jedynie przytrzymywały przestraszoną, klęczącą kobietę. Wszystkie spojrzenia skierowały na Danny'ego i nowo przybyłą. Instynktownie czuły, że zaczyna się nowy etap gry. Coral przebiegła wzrokiem po małych potworkach i zauważyła, że patrzą na nią bez zdziwienia czy wrogości. Raczej oczekiwały, że podpowie im, co jeszcze mogą zrobić. Może dlatego, że była z nich najstarsza. Przedszkolanka zaś – kiedy na chwilę przestała się szarpać – spojrzała na Coral i oczywiście rozpoznała w niej drugiego człowieka.
– Pomóż mi! Zabierz je ode mnie!
Coral zerknęła na Danny'ego. Ten lekko skinął główką w zachęcającym geście. Dziewczynka spojrzała kobiecie w oczy. W ciągu kilku sekund doznała czegoś w rodzaju wizji, choć wiedziała, że były to sceny z życia kobiety – ujrzała dokładnie to, co najbardziej ją interesowało. Zimne, bezduszne słowa rzucane dzieciom, które nie chciały jeść. Groźby, że nie wrócą po nie rodzice. Coral widziała to jak urywki filmu. Poczuła strach, które ogarniał te dzieci. I choć wiedziała, że kobieta nie była zła... coś w niej głęboko denerwowało Coral.
– Pomogę ci – powiedziała dziewczynka i pochyliła się nad kobietą. – Pomogę ci zrozumieć, jak bardzo można się bać.
Nadzieja w oczach kobiety znikła i została zastąpiona przez strach. Coral wskazała na coś i kobieta spojrzała w tamtym kierunku.
– Widzisz tę niewysoką skarpę i to wejście do jaskini? To również wyjście z tego miejsca. Spróbuj tam dobiec. Damy ci dziesięć sekund. Potem one zaczną cię gonić.
Coral celowo nie nazwała stworków chochlikami. Gdy pozostały bezimienne, stały się bardziej przerażające.
Chwilę wcześniej w myślach uczyniła małą jaskinię wyjściem dla ludzi przeniesionych tu we śnie. To jedna z prostszych sztuczek, której nauczyła się wcześniej od ojca Williamsa. Tylko ludzie to potrafili.
– Jeśli uda ci się dobiec, zanim cię złapią, będziesz mogła wrócić do domu. Jaskinia jest mała. Musisz dotrzeć na drugi koniec, tam jest wyjście. Jasne?
Przedszkolanka oceniła odległość. Może i nie miała nie wiadomo jakiej kondycji, ale mogło jej się udać. Tylko te demoniczne, pazurzaste dzieci... One były naprawdę szybkie. Szybsze niż normalne dzieci.
– Proszę cię, każ im mnie puścić. Proszę!
– Oczywiście. Przecież nie możesz biec, kiedy cię trzymają. Kiedy ruszysz, zaczniemy odliczać.
Coral wyprostowała się i stanęła twarzą do skarpy. Chochliki pozwoliły kobiecie się podnieść, ale nadal ją przytrzymywały. Patrzyły na Coral wyczekująco.
– Teraz.
Chochliki puściły przedszkolankę, która natychmiast rzuciła się w stronę jaskini. Biegła, ile sił w nogach, nie myśląc ani o prawidłowym oddechu, ani odpowiednim tempie. Za plecami słyszała głośne, zbiorowe odliczanie. Wwiercało się w uszy, potęgowało grozę sytuacji. Chciała, żeby ucichło – jego rytm tylko wzmacniał panikę. Gdy odliczanie dobiegło końca, była już blisko. Jeszcze tylko kawałek, jeszcze moment – i będzie bezpieczna. Wydostanie się, wróci do domu i znowu wszystko będzie dobrze...
Niespodziewanie coś ją unieruchomiło. Serce skoczyło jej do gardła. Nie czuła żadnego uchwytu – po prostu... jakby ogarnął ją paraliż. Po chwili dopadła ją banda upiornych dzieci. Teraz strach ogarnął ją na dobre. Zaczęła krzyczeć i wzywać pomocy. Potworki odciągnęły ją od wejścia do jaskini.
Zabiją ją! Albo zwiążą i zostawią tu na zawsze. Nigdy już nie wróci do domu...
Coral podeszła do chochlików i ich ofiary. Uśmiechnęła się lekko. Teraz już zwolniła swój psychokinetyczny uścisk. Chochliki jeszcze przez chwilę bawiły się z kobietą, a gdy już nasyciły się jej przerażeniem, kiedy strach powoli zaczął zamieniać się w rozpacz, wówczas puściły przedszkolankę i pozwoliły jej rozpłynąć się w powietrzu. Ostatecznie wróciła do domu, do własnego łóżka. Jednak po czymś takim nie przechodzi się do porządku dziennego, jak po zwykłym koszmarze... Bo to wcale nie był tylko sen.
Chochliki wybuchnęły radosnym śmiechem, jak po najwspanialszej, najbardziej udanej zabawie.
– To było ekstra! – zawołał czarnoskóry chochlik.
– Super! – potwierdziła chochliczka o eurazjatyckiej urodzie.
W tym momencie Coral zanotowała w pamięci, żeby zapytać ojca Williamsa, czy wszystkie chochliki mówią po angielsku – niezależnie od pochodzenia.
– Świetne! Ale to nie oszustwo? – zainteresował się Danny, patrząc na Coral.
– Oczywiście, że nie. Daliśmy jej dziesięć sekund, potem zaczęliśmy ją gonić. Nikt nic nie mówił o zakazie przytrzymywania psychokinezą – wyjaśniła dziewczynka.
– Tylko nie mów o tym Johnowi. Wiesz, temu księdzu, z którym tu już byłaś – odezwała się chochliczka z grzywką i blond kucykami.
– Właśnie, jemu to ani słowa! – przytaknął inny chochlik, również o złotych włosach, stając obok przedmówczyni.
– Jasne, że nie. Chociaż on chyba i tak sporo wie, co się tu dzieje.
– Słuchajcie, słuchajcie! Tak w ogóle, to jest Coral – przedstawił ją Danny. – A to Nelly i Tommy. – Skinął głową w stronę złotowłosej parki. – Moja siostra i brat. Ja jestem najstarszy!
– A my jesteśmy bliźniętami – powiedziała Nelly. – Ale nie wiemy, które z nas jest starsze.
– Bo nigdy się nie urodziliśmy – dopowiedział Tommy.
Bliźnięta faktycznie wyglądały na nieco młodsze niż Danny. Może o rok, może o dwa lata.
Inne chochliki również się przedstawiły. Coral próbowała zapamiętać ich imiona – bez większego powodzenia.
– A ty o ile jesteś starszy od rodzeństwa? – zapytała ostrożnie Danny'ego.
– Nie jestem pewny. Ja byłem tu kilka lat, zanim oni się pojawili.
No tak, one pojawiały się tu w postaci kilkuletnich dzieci i takie już zostawały. Mogły ich dzielić nawet całe dekady.
– John próbował kiedyś nas wszystkich spisywać. Chociaż nie wiem, po co – powiedział Tommy niedbałym tonem. Tym istotom los w jakiś sposób zaoszczędził choroby sierocej i zastanawiania się, czemu rodzice ich nie chcieli.
– Jack wie, kto kim jest – powiedziała Nelly. – Kto jest czyim dzieckiem, kto i kiedy się pojawił i tak dalej. Hej, chcesz zobaczyć nasz domek na drzewie?
Coral poczuła, jak przepełnia ją satysfakcja. Była przyzwyczajona do rozczarowań. Choć rodzice prawie niczego nie odmawiali córkom, to samo życie było rozczarowujące. Nawet zdobywanie bardzo dobrych ocen zaczynało przychodzić jej z coraz większym trudem, a nawet sumienna praca niekoniecznie przynosiła rezultaty... To budziło narastającą w niej gorycz, która czasem ustępowała miejsca zrezygnowaniu. Jednak teraz udała jej się kolejna rzecz – chochliki ją polubiły! Szczególnie ta trójka rodzeństwa. Może wyczuły w niej coś mrocznego – takiego jak w nich samych.
Tak rozpoczęła się ich dziwna przyjaźń. A wraz z nią – etap dalszych ćwiczeń psychokinezy i innych mocy, eksploracji Dzikiego Lasu, podglądania dzikich zwierząt, ganiania za ognikami i wspólnego obserwowania lykołaków, a także ostrożnego odkrywania Underworld.
– Na początku nie zapuszczaj się za daleko – poradziła jej kiedyś Nelly. – Potwory stamtąd są trochę inne niż te z Lunatown. I inne niż my.
– Tak, na nie trzeba uważać – przytaknął jej brat bliźniak. – Jack nie pozwala zabijać dzieci. Znaczy w ogóle nie pozwala zabijać ludzi. Lecz on ma na głowie miasto.
– Ale ty masz wielką moc – stwierdził Danny. – Jak demony z Underworld to zobaczą, to zaczną schodzić ci z drogi. Czasem atakują kogoś z mocami, żeby pokazać, jacy to oni są silni. Ale jak pokażesz, że jesteś silniejsza, to dadzą ci spokój.
– Rany, jak wśród jakichś ulicznych gangów. Prymitywna przemoc. – Coral przewróciła oczami. – Wiecie może, czy w Underworld można zadzwonić z komórki do Lunatown?
– Można – odpowiedziały chochliki chórem.
Wiele mi to da, jak policja z miasteczka dotrze tam tylko po to, żeby znaleźć moje zwłoki.
– Pójdziemy z tobą – zaproponował Tommy. – Jeśli kiedyś będziesz chciała tam pójść. Pokażemy ci, jak daleko można bezpiecznie zajść.
To też podobało jej się w chochlikach. Dla swoich ofiar były złośliwe, ale wobec niej i siebie wykazywały zrozumienie. Nie jak normalne ludzkie dzieci, które pewnie podpuszczałyby się wzajemnie i robiły zakłady, kto zapuści się dalej w Underworld, albo coś równie "mądrego". A te, które nie odważyłyby się tam zejść, byłyby wyśmiewane.
Coral bardzo chciała zobaczyć Underworld.
Tylko czy warto ryzykować? – pomyślała.
– Ktoś już mi kiedyś powiedział, że w Shadowland, także w Underworld, nie wolno zabijać ludzi. A można zabijać potwory?
– Niby nie. W każdym razie w Lunatown nie można. A w Underworld trochę można – tłumaczył Danny.
No dobrze, to nie było teraz najważniejsze.
– A wy chodzicie do Underworld?
– Bywaliśmy tam. Ale wolimy Dziki Las – powiedziała Nelly.
– Ale w Underworld przestrzega się zasady, która zabrania zabijać ludzi? Czy te potwory tak naprawdę robią to, co chcą?
Jeśli cię zabiją, to przynajmniej unikniesz bezrobocia w przyszłości. A rodzice nadal będą mieć Lily – powiedział głos w jej głowie, ale go zignorowała.
Danny się zastanowił.
– Słyszałem, że raz jakiś potwór zabił tam człowieka... A wtedy Jack zabił tego potwora. I od tego czasu boją się tam zabijać ludzi.
Trzeba było wypytać o to wszystko kogoś bardziej kompetentnego, a mianowicie księdza Williamsa. Coral musiała ustalić, czy istniało realne zagrożenie, a jeśli tak, to jak duże ono było. Bo mogło się jeszcze okazać, że mniej więcej takie, jak przy przechodzeniu przez ulicę na pasach – realne, ale jego podjęcie nie byłoby jednoznaczne ze śmiercią.
Coral stała oparta o drzewo w pobliżu rzeki i obserwowała latające lykołaki. Czytała o nich w bibliotece, która odkryła w Lunatown. Bibliotekarka też o nich nieco opowiedziała. Danny, Tommy i Nelly mówili, że lykołaki zamieszkują Dziki Las – tak jak chochliki. Coral bardzo chciała je zobaczyć. To było jak ujrzenie jednorożca. Wcześniej zrobiła im kilka zdjęć swoim smartfonem, a teraz je obserwowała. Miały skrzydła jak u nietoperzy, cztery kończyny i długie ogony. Kojarzyły jej się z czymś pomiędzy Ogromną Bestią z Księżniczki Łabędzi a antropomorficznymi łasicami z serialu The Wind in the Willows. To i tak było najlepsze porównanie, jakie w tej chwili przyszło jej do głowy.
Akurat bestie nie były zajęte dręczeniem innych ani niczym szczególnie mrocznym. Po prostu latały, wykonując przy tym przeróżne akrobacje, jednocześnie bawiąc się ze sobą w powietrzu. Widać było, że sprawia im to przyjemność. Wyglądały niezwykle majestatycznie – a przynajmniej tak widziała je Coral.
Jedna z bestii wylądowała z gracją obok niej. Miała ciemnoszare futro i żółtopomarańczowe ślepia. Była wyprostowana i trzymała głowę tak, aby móc obserwować znacznie mniejszą od siebie dziewczynkę.
Lykołak odezwał się jako pierwszy.
– Witaj, moja droga. – Uśmiechał się w jakiś dziwny sposób, ale nie obnażał kłów.
– Cześć – odpowiedziała. Starała się zachowywać ostrożność.
– Pozwól, że się przedstawię. Mam na imię Leroy. A to – wskazał na latające bestie – są moje lykołaki.
– Ja mam na imię Coral.
– Ciekawe imię – skomentował. – Powiedz mi, Coral, jak bardzo ci się podoba w Shadowland?
– Bardzo – odpowiedziała szczerze dziewczynka. – Co prawda, jestem tu od niedawna i wciąż nie mogę wyjść z zachwytu, jak tu jest piękne, a dodatkowo dla mnie, jako człowieka, cudownie odmiennie.
– Kto by pomyślał, że takiej ślicznej, eleganckiej dziewczynce spodoba się takie mroczne miejsce. – Nie przestawał się uśmiechać. Wydawało się, że nie pyta z grzeczności, ale wykazuje pewne zainteresowanie.
Coral uśmiechnęła się kurtuazyjnie. Faktycznie, jej wygląd mógł wskazywać na coś innego. Chociaż zaczęła nabierać już kobiecych kształtów, to nie ubierała się jak większość jej rówieśniczek – raczej przypominała grzeczną i niewinną dziewczynkę. Dziś miała na sobie gładki ciemnozielony sweterek i różową ołówkową spódniczkę.
– Jest to mroczne miejsce, ale nie jest ono odpychające. I na swój sposób: po prostu piękne.
– Wydaje mi się, że cię nie przeraża.
– Przeraża? Nie – odpowiedziała.
Przerażające rzeczy widzę poza Shadowland.
– To miejsce wzbudza umiarkowany strach. To zwykła ostrożność – dokończyła swoją wypowiedź. Pomyślała, że z boku muszą wyglądać jak wilk i Czerwony Kapturek. Musiała przyznać, że ta rozmowa była bardzo kulturalna i znacznie przyjemniejsza niż jej konwersacje z większością rówieśników.
– Ile masz lat, Coral?
– Dwanaście – westchnęła – Wolałabym mieć trochę mniej, ale czas leci.
– Naprawdę? – Potwór wydawał się lekko rozbawiony, ale nie w ten pobłażliwy sposób, w jaki zwykle są traktowane dzieci. – Myślałem, że większość ludzkich dzieci chce jak najszybciej dorosnąć.
– I jak najszybciej dźwigać wszelkie możliwe odpowiedzialności i problemy z tym związane, nie wspominając o kosztach – dopowiedziała Coral. – Bardzo uzasadnione pragnienie.
Nie chciała mówić o tym, że im stawała się starsza, tym mniej mogła usprawiedliwić swoje zainteresowania.
– Punkt dla ciebie. Twoi rodzice pozwalają ci tu przychodzić?
Być może to, o co lykołak chciał naprawdę zapytać, to: czy gdybyś nie wróciła do domu, to ktoś wiedziałby, gdzie cię szukać? Coral zawsze mówiła Annabell lub Carlosowi, gdzie będzie.
– Nie tylko pozwalają, ale nawet są zadowoleni. Mówią, że inaczej tylko siedziałabym w pokoju.
Dziewczynka spojrzała znów na latające bestie.
– Mówiłeś, że to twoje lykołaki – zaczęła.
– Tak, jestem ich przywódcą. Robią to, co im każę. Inaczej są zbyt chaotyczne.
– Co one teraz robią?
– Po prostu latają, moja droga. Lykołaki uwielbiają latać. To nie tylko pomaga utrzymać nam formę, ale to dla nas świetna zabawa.
– To widać. Twoi pobratymcy są w tym dobrzy, wykonują coś na kształt akrobacji lotniczych.
Coral przyszła na myśl piosenka Touch the sky z Meridy Walecznej. Żałowała, że nie umie latać. Dziecko w jej wieku nie powinno już mieć takich marzeń, nie powinno fantazjować w ten sposób. Kolejna zakazana rzecz...
Leroy zauważył jej tęskne spojrzenie, a także podziw.
– No cóż, moja droga, miło się rozmawiało, ale sam muszę już lecieć. Niedługo będzie czas polowania.
Coral wróciła do niego spojrzeniem, po czym skinęła lekko głową. Może wzmianka o polowaniu miała ją przestraszyć, ale dziewczyna nie sprawiała wrażenia, jakby ją to jakoś szczególnie ruszyło. Przecież wiedziała, że lykołaki to nie są małe domowe zwierzątka.
– Zamierzasz jeszcze odwiedzić Shadowland?
– Tak, to nie ulega wątpliwości.
– Zatem może się jeszcze kiedyś spotkamy. Do zobaczenia.
– Do zobaczenia.
Coral obserwowała, jak lykołak wzbił się w powietrze. Odprowadzała go wzrokiem do momentu, aż dołączał do swojej watahy.
Zerknęła na zegarek. Zdecydowała, że nadeszła pora, aby wracać. Nie bała się iść przez las. Nawigacja w jej telefonie nie wyświetlała mapy, Shadowland pewnie nie figurowało w żadnej bazie danych, ale smartfon pokazywał zaznaczoną trasę, którą przeszła. Wystarczyło wrócić do punktu, z którego wyruszyła.
Podążała lasem pogrążona we własnych myślach i dopiero po dłuższej chwili zauważyła idącego za nią wilka. Przystanęła, a po kilku krokach zwierzę zrobiło to samo. Teraz naprawdę poczuła się tak, jak w Czerwonym Kapturku. Spodobało jej się to. Nie patrzyła zwierzęciu w oczy, żeby go nie prowokować. Nie bała się jednak, choć obawiałaby się, gdyby był to obcy pies. Powoli się zbliżyła. Zwierzę nie zareagowało. Było takie piękne... Szare i wyjątkowo duże. Tak jej się przynajmniej wydawało. Ile ten osobnik mógł mieć w kłębie? Nie wiedziała, ale wydawało jej się, że dorosły człowiek mógłby dosiąść go jak konia.
Kiedy podeszła jeszcze kawałeczek, wilk zawarczał ostrzegawczo. Cofnęła się więc odrobinę. Ostrożnie i spokojnie, żeby nie wyglądało to na ucieczkę. Sięgnęła po telefon, włączyła aparat. Upewniła się, że lampa błyskowa jest wyłączyła, po czym zrobiła mu zdjęcie. Następnie ostrożnie odwróciła się i powoli ruszyła przed siebie. Przez jakiś czas musiała iść wolniej niż zazwyczaj, nie chcąc wygląda jak uciekająca ofiara. Przyspieszyła dopiero wtedy, kiedy wilk przestał iść jej śladem i zniknął w lesie.
Była w dobrym nastroju. Widziała takie cudowne rzeczy! W ogrodzie otaksowała wzrokiem dwie sroki. Jedna siedziała na gałęzi, druga przemierzała trawnik. One for sorrow, two for joy. Lubiła ten wierszyk. Wiedziała, że to zbieg okoliczności, ale faktycznie w tym momencie czuła radość. To się rzadko zdarzało. W domu pokazała mamie zdjęcia. Ojcu też, ale widziała, że z trudem poświęca jej uwagę. Chyba znowu coś było nie tak w jego pracy.